Slaska i Hornby o piłce nożnej

Ewa Maria Slaska

Futbol jako czynnik odpowiedzialny za nasze życie

Ale nie tak jak myślicie… się okaże…

Mam prawo wypowiadać się na temat piłki nożnej, ponieważ odegrała ona ważną rolę podczas mojego ślubu. Wychodziłam za mąż w Gdańsku 15 czerwca 1974 roku. Ci, którzy znają na pamięć najważniejsze momenty w historii rozgrywek futbolowych pomiędzy Polską a resztą świata, na pewno pamiętają, że był to pierwszy dzień Mistrzostw Świata. Ślub był o godzinie 16, a o 18 mecz Polska – Argentyna. Drugi Mundial, w którym Polska brała udział. Pierwszy był w roku 1938 z udziałem słynnego Ernesta Wilimowskiego.

Nieprzewidujący, jak to studenci, nie zamówiliśmy taksówek, a oczywiście nie mieliśmy samochodów. Taksówkarze dali się ubłagać, żeby nas odwieźć do Urzędu Stanu Cywilnego z Wrzeszcza do Gdańska, ale zdecydowanie odmówili czekania na nas. Wszyscy pojechali, my wzięliśmy ślub, a potem nie bacząc na jakieś wezwania pani ksiądz cywilnej do składania życzeń nowożeńcom, popędziliśmy do tramwaju, a po dwudziestu minutach już w biegu wyskakiwaliśmy z tramwaju, gnając na skos przez ulicę do domu weselnego czyli na Grunwaldzką 7. Moja Mama, która oglądała to wszystko statecznie z jadącego dalej tramwaju (postanowiła jednak wysiąść na przystanku), twierdziła, że wyglądało to jak scena z filmu o hippisach – dziewczyny w długich sukniach w kwiaty (ja też) i wszyscy z długimi włosami, tyle że chłopaki miały jeszcze brody. Jak wiecie udało nam się tym to sposobem załatwić jedno z najpiękniejszych zwycięstw w dziejach polskiej piłki nożnej: Polska wygrała 3:2. Zachowało się zdjęcie gości weselnych stojących przed telewizorem, podczas gdy na stadionie Neckarskim (Neckarstadion) w Stuttgarcie orkiestra grała Hymn Polski.

slub Ewy005 slub Ewy001 slub Ewy002 slub Ewy003 slub Ewy004

Oczywiście niezapomniany to był Mundial. Byliśmy Wielcy. Futbol, piosenka Maryli Rodowicz, była oficjalnym hymnem mistrzostw.

Kazimierz Górski był Bogiem. Lato, który w tym meczu strzelił dwie bramki, został w ogólnej klasyfikacji królem strzelców.  Wszystko byłoby najcudowniej na tym najlepszym ze światów, gdyby nie końcówka czyli tzw. “mecz na wodzie” 3 lipca we Frankfurcie nad Menem. Najpierw lało, potem stadion chlupotał, a sędziowie mimo to zezwolili na mecz RFN-PRL, bo ważne były czyjeś tam interesy. Mecz zaczął się z półgodzinnym opóźnieniem, a na dodatek przerwano go, aby uczcić minutą ciszy śmierć prezydenta Argentyny Perona, który zmarł zresztą dwa dni wcześniej. Przegraliśmy 1:0, choć Deyna obronił karny. Wyszliśmy z Mundialu na trzecim miejscu…

Tak jest pewnie w każdym małżeństwie – zaczyna się najwspanialej na świecie, dzieweczki w ludowych strojach tańczą w kółeczko, a potem ktoś umiera, ważne są czyjeś interesy i przez cały czas pada deszcz…

A jeśli myślicie, że trochę przesadzam, przypisując meczom polskiej reprezentacji wpływ na moje życie, a nam, gościom weselnym, wpływ na wyniki meczu, to sięgnijcie po książkę Nicka Hornby’ego Futbolowa gorączka (Fever Pitch).

Gorączka… to zestaw krótkich historii, opowieści o kolejnych meczach opowiedzianych przez zagorzałego kibica londyńskiego Arsenalu. To zarazem opowieść o rozgrywkach i o życiu narratora-autora od roku 1968 do roku 1992. Niemal ćwierć wieku w służbie kibicowania. Piłka nożna wpływa na decyzje i wybory pisarza, to zrozumiałe – każdy kibic tak ustawia swoje życie, żeby praca, kobiety, obowiązki i rozrywki nie zakłócały mu spokojnej konsumpcji rozgrywek. U Hornby’ego jednak ten związek jest znacznie mocniejszy. Gdy Arsenal ma chude lata, pisarzowi się nie wiedzie, a w krytycznym okresie nawet popada w depresję. Gdy jednak po 18 latach posuchy Arsenal zaczyna wygrywać,  depresja mija jak ręką odjął.

Ale opowieść Hornby’ego ma też szerszy wydźwięk. Autor analizuje siebie i swoje decyzje, zastanawia się nad tym, co to znaczy być kibicem, jakie jest społeczne znaczenie piłki nożnej, jak się zmieniała w latach 70, jak wchodziła na salony, jak zmieniały się rozgrywki, mecze, sposoby gry, kluby, zespoły i sami kibice. Piłka nożna to element innego wszechświata, równie poważnego i stresującego jak praca, z takimi samymi zmartwieniami, nadziejami i rozczarowaniami, choć także sporadycznymi radościami. Interesuję się piłka nożną z wielu powodów, ale nie dlatego, że jest ona rozrywkowa. […] to nie jest forma ucieczki ani rozrywki, tylko odmienna wizja świata.

To nie Ty wybierasz klub, to klub wybiera Ciebie, pisze Hornby, co jest jak mi się wydaje parafrazą zdania Heinricha Heinego: Wir ergreifen keine Idee, sondern die Idee ergreift uns und knechtet uns und peitscht uns in die Arena hinein dass wir wie gezwungene Gladiatoren für sie kämpfen. (To nie my tworzymy ideę, to idea nas wybiera i czyni sobie poddaną…)

Zachwycił mnie u Hornby’ego akapit o tym, na czym polega właściwie szczęście, jakie przeżywa fan podczas meczu rozgrywanego przez jego wybrany klub…

Książka ukazała się w roku 2003 w wydawnictwie Zysk i S-ka, autorką przekładu jest Małgorzata Hesko-Kołodzińska, ale  w sieci znalazłam tylko okrojony cytat, brakujące akapity dotłumaczyłam więc ja. Oto fragment, który dla Was wybrałam na tę ostatnią niedzielę przed rozpoczęciem Mistrzostw Europy we Francji. Hornby wraca z nagiej szarej jamy jaką jest depresja do świata, gdy na boisku Anfield przytrafia się cud w postaci gola zdobytego przez Arsenal w ostatniej minucie doliczonego czasu. 26 maja 1989 roku w 92 minucie gry Michael Thomas strzela bramkę, która kończy osiemnaście lat chudych… Osiemnaście lat, zapomniane w ciągu sekundy.

Co może być analogią właściwą dla tej sytuacji? Pete Davies we wspaniałej książce o Mistrzostwach Świata 1990, All played out, pisze, że niekiedy gracze, opisując uczucie, jakiego doznają gdy strzelili gola, porównują je do seksu. […]

Problem z wykorzystaniem orgazmu jako metafory w odniesieniu do pewnych momentów gry polega na tym, że choć uczucie szczytowania jest niewątpliwie przyjemne, jest także dobrze znane, powtarzalne (co parę godzin, jeśli się jada warzywa) i obliczalne, zwłaszcza u mężczyzn. Gdy uprawia się seks, wiadomo, na co można liczyć. Może, gdybym nie uprawiał seksu przez osiemnaście lat i pożegnał się z nadzieją, że przydarzy mi się on w ciągu następnych osiemnastu lat, i wtedy jak grom z jasnego nieba objawiła mi się szansa… Może w tych okolicznościach udałoby się osiągnąć napięcie uczuciowe zbliżone do sytuacji w Anfield.  Oczywiście seks to bezdyskusyjnie przyjemniejsze zajęcie niż oglądanie piłki nożnej (nie ma remisów bezbramkowych, nie ma pułapek ofsajdowych i jest ciepło). W normalnych okolicznościach uczucia z nim związane po prostu nie są tak intensywne, jak przy okazji zdobycia tytułu mistrzowskiego w ostatniej chwili, raz w życiu. Żaden moment opisywany przez ludzi, jako najwspanialszy w życiu moim zdaniem nie jest analogiczny. Urodzenie dziecka to zapewne taka sytuacja, ale nie zawiera w sobie kluczowego elementu, jakim jest niespodzianka. No i na pewno trwa zbyt długo. Realizacja osobistych ambicji? Doktorat, awans czy co tam jeszcze – są pozbawione atrakcji, jaką jest efekt osiągnięcia celu w ostatniej sekundzie. No i nie poprzedzała ich rozpaczliwa beznadzieja. Co więc może zapewnić taką nagłość? Wielka wygrana w ruletce? Może. Ale zdobycie dużej sumy pieniędzy uruchamia inne strefy psychiki i nie zawiera w sobie elementu wspólnoty.

Nie ma nic, co mogłoby pomóc w opisaniu takiego uczucia. Wykorzystałem wszelkie dostępne opcje. Nie umiem sobie uświadomić, czego w równym stopniu mógłbym pożądać przez prawie dwadzieścia lat (czegóż można by pożądać przez prawie dwadzieścia lat?), nie umiem też przywołać niczego, czego bym pożądał tak samo jako chłopak jak w wieku męskim. Dlatego, proszę, bądźcie tolerancyjni dla tych, którzy takie sportowe emocje określają jako najwspanialsze w życiu. Nie brakuje nam wyobraźni, nie prowadzimy smutnego życia odartego z uczuć. Rzecz w tym, że prawdziwe życie jest bledsze, nudniejsze i mniejsze w nim prawdopodobieństwo nieoczekiwanej ekstazy.

Eine kleine Seite auf der Strasse…

Ewa Maria Slaska

Auf der Strasse gefunden…

Meine Leser wissen es schon, ich finde Sachen. Ich erfinde sie auch, klar, dafür bin ich eine Schriftstellerin, aber ich bin auch eine Archäologin und dies, weil ich eben Sachen finde. Egal welche… Ganz einfach: Sachen. Diesmal war es wieder eine Buchseite. Es war schon Mal hier, im Laufe der Zeit wird es immer öfter Sachen geben, die schon Mal hier waren.  Sehr oft Bücher, ab und zu aber auch Buchseiten. Eine mit einem Bild. Einem guten Bild. Ich bin Tochter einer Graphikerin und auch wenn sie im Dreck und Schlamm liegt, bin ich imstande eine gute Graphik zu erkennen. Eine sehr gute…

kasack1

Schon vom Weitem dachte ich, es wären die 40er. Und so war es. Es ist eine Seite aus dem Buch von einem Kasack. Das weiß ich: Hermann Kasack. Ein deutscher Schriftsteller. Die Stadt… Dies weiß ich schon selber nicht, aber mein Iphon sagt es mir sofort. Die Stadt hinter dem Strom, herausgegeben beim Suhrkamp in Berlin 1947.

kasack4

Wikipedia ist sofort hilfsbereit zur Stelle, um mir weitere Informationen zu liefern:

Das existentialistische Werk gehört zu den bedeutenden Romanen der deutschen Nachkriegsliteratur. Hans Vogt komponierte nach dem Werk eine Oper in 3 Akten, welche am 3. Mai 1955 in Wiesbaden uraufgeführt wurde.

kasack2

Hauptfigur des Romans ist der Orientalist Dr. Robert Lindhoff, der durch einen unklaren Auftrag mit dem Zug in eine fremde Stadt reist. Diese stellt sich für ihn rätselhaft und undurchschaubar dar, er begegnet Menschen, die in seiner Erinnerung eigentlich bereits verstorben sind, unter anderem seinem Vater und seiner ehemaligen Geliebten Anna.

Lindhoff wird als offizieller Chronist der Stadt eingestellt, um die Gebräuche und Geschichte der Stadt festzuhalten. Diese erschließen sich ihm jedoch nicht, die Personen denen er auf seinen Streifzügen begegnet, verrichten sinnlose Tätigkeiten, ohne erkennbaren Nutzen. Schließlich erkennt der Protagonist, dass er sich in einem Reich der Toten befindet. Es ist für ihn unmöglich, seinen Auftrag, eine Chronik zu verfassen, auszuführen, doch diese schreibt sich auf übernatürliche Art selbst.

Der Roman schließt sich kreisförmig, wenn Robert Lindhoff am Ende des Romans wieder in einem Zug sitzt und, diesmal als Toter, in die Stadt hinter dem Strom reist.

Also Totenhorn. Über das polnische Buch in genau diesselber Weise konstruiert, habe ich vor kurzem auf Polnisch geschrieben. Es ergibt sich die Frage, ob der Pole Wyganowski den Kasack kannte und ob er seine Vision von dem deutschen Schriftsteller hat, oder ob beide an die Jenseitsfahrten und -visionen der griechischen Antike (wie die Geschichte von Orpheus oder Ulysses) oder an Dantes Göttliche Kommödie anspielen. Es kann aber auch Kafka sein, der den Paten für beide Autoren stand. Kasacks Figur, Dr. Robert Lindhoff, ist ein Alt-Orientalist, ein Keilschriftforscher.  Solche Reisende wiederholen sich in der Literatur. Raimund („Mundus“) Gregorius aus dem Paul Merciers Roman Nachtzug nach Lissabon, ist ein Altphilologe, genauso wie Hermann Mussert im mysteriösen Roman Cees Notebooms Die folgende Geschichte, der ebenfalls so eine Reise zwischen dem Leben und dem Tod schildert.  Sind die Altphilologen besonder anfällig?

Der Roman entstand in zwei Teilen, zunächst während des Zweiten Weltkrieges 1942-44, sowie in den Nachkriegsjahren 1946/47.

Der zeitgenössiche Kritiker schrieb im Spiegel 1948:

Zweimal hat Hermann Kasack angesetzt, um sein Buch zu schreiben. 1942 fing er in Potsdam an. Es gab in seiner Umwelt noch kein vergleichbares Abbild der Ruinenstadt, wie sie ihm visionär vor Augen stand. 1945, nach mehr als einjähriger Pause, holte er das halbfertige Manuskript wieder hervor und brachte es dann zu Ende. Da war die Vision “vorweggenommene Wirklichkeit” geworden.

1942 hatte Kasack geglaubt, mit zwei bis drei Schreibmaschinenseiten auszukommen, um die ihn bedrängenden Gesichte zu bannen. Es wurden genau 600 Druckseiten daraus.

In Wikipedia liest man weiter:

Der Roman wird als eines der wichtigsten Werke der inneren Emigration bezeichnet, da sich Kasack, anders als viele seiner Kollegen, nicht zur Emigration aus dem nationalsozialistischen Deutschland entschlossen hatte.

Nach seinem Erscheinen wurde der Roman begeistert aufgenommen und in den Folgejahren in mehrere Sprachen übersetzt. Man interpretierte die geisterhafte Stimmung der Stadt, an der Schwelle zwischen Welt und Unterwelt, als ein Gleichnis für die Stimmung in Deutschland in den letzten Kriegsjahren. Wie andere Nachkriegsschriftsteller beschäftigt sich Kasack mit der Hilflosigkeit des Individuums in Konfrontation mit Grenzsituationen. Damit verbunden wird die Frage nach dem Wesen der eigenen Existenz.

Kasack ist 1896 geboren i starb 1966. Siebzig ist er geworden (fast siebzig – ein paar Monate fehlten). Es hat natürlich keine Bedeutung, aber 2016 jährt sich sowohl sein Geburts- als auch sein Todestag.

Das Buch habe ich also sofort identifiziert, seine Bedeutung auch fast sofort erkannt. Ich weiß auch schon, dass es seit Jahren nicht mehr heraussgegeben wird. (Rechts: die Originalausgabe aus dem Jahre 1947)

Jetzt muss ich aber noch eine Information finden und zwar: Wie heisst der Autor der Grafiken in Kasackss Buch? Dies wird schwieriger, Graphiker und Übersetzer sind gern vergessen, übersehen oder weggeräumt. Und so ist es. Im Internet gibt es keinerlei Information… Eigentlich Schade, vielleicht auch Schande. So ein guter Graphiker, total ignoriert!

In allen Internetangeboten sieht man nur nichts sagendes meistens voller Flecken Leinenumschlag des Buches in seiner Ausgabe vom 1947. Ich finde es in der Universitäts Bibliothek, wo es aber in einem geschlossenem Raum liegt, man wird es mir erst nach dem Wochenend zukommen lassen. Nun nach dem Wochenend bin ich für eine Woche weg. Erst übermorgen schreibe ich Euch hier, wie der Graphiker heißt…

***
Ich habe sie gefunden. Eine Sie, eine Künstlerin, die Beate Dietrich hieß. Mit 17 Holzschnitten illustrierte sie die DDR-Reclam-Ausgabe des Buches im Jahre 1989 in Leipzig. Sie machte auch Zeichnungen zu Kiepenheuer Ausgabe von Tess d’Uberville von Thomas Hardy (1989). Ebenfalls 1989 lieferte sie ein Werk für ein Leipziger Graphic Portfolio ‘liberté – egalité – fraternité‘. Merkwürdig. Als ob sie nur in Leipzig und nur 1989 tätig wäre.

***

Am Ende zitiere ich den letzten Absatz des Buches, weil er erklärt, wie die Buchseiten aus dem Buch entfernt, irgendwohin gelangen…

kasackdiestadt-oklAls sich der Zug einer großen Flußbrücke näherte, trat er an das Fenster. Während sein Wagen langsam über den Strom fuhr, warf er einen Stoß von Blättern, die er aus einem Buch gerissen hatte, in die Tiefe, so dass er zuletzt nur noch die blaue Hülle des Einbandes in Händen hielt. Die Papiere flatterten rasch durch die Luft und trieben in dem modrigen Wasser, wo sie allmählich zerfielen.

Der Reisende war unterdessen schon an der Endstation ausgestiegen. Er ging, einer von vielen, im Zwielicht der frühen Morgendämmerung einer Stadt entgegen, die ihm sonderlich vertraut war, obwohl er sich nicht
erinnern konnte, sie schon früher
einmal betreten zu haben.

Reblog z Miasta kobiet

Miasto Kobiet

Karolina Macios

Kim zostaniesz, gdy dorośniesz?

Moje dziecko postanowiło zostać papieżem. „Jan Paweł III, Jan Paweł III”, podśpiewuje, lepiąc z plasteliny kupkę śmieci pod drzewem, bo tylko takie drzewa widuje na naszym osiedlu.

Karolina Macios / fot. Anna CiuprykKarolina Macios / fot. Anna Ciupryk

„Jan Paweł III, Jan Paweł III”, nuci, myjąc zęby i przy okazji plując pastą na podłogę. A gdy babcia pyta: „Kim zostaniesz, gdy dorośniesz?”, syn odpowiada: „Jan Pawełem III”, bo wciąż ma problemy z deklinacją. Babci łza w oku się kręci, bo córka co prawda stracona, ale za to wnuk jeszcze ma szanse wyjść na ludzi. I to jakich ludzi! Mężczyzna mojego życia, to znaczy ten pierwszy z dwóch mężczyzn mojego życia, spogląda na mnie z paniką w oczach. Wcale mu się nie dziwię, bo jak by to wyglądało, gdyby syn buddysty został papieżem? Wstyd i basta. A ja spoglądam na drugiego mężczyznę mojego życia i myślę sobie: fiu, fiu, wysoko mierzy. Trudno mu będzie, co prawda, bo na religię nie chodzi, nie chrzczony w dodatku, a ja do ołtarza w białej kiecce nie szłam, ale co mu będę za młodu skrzydła podcinać? Mówię mu uparcie: „możesz zostać, kim chcesz, synu”.
Nie ukrywam, lepszy byłby zawód, co to aż tak wiele od człowieka nie wymaga, nie weryfikuje jego rodziny, związków i poglądów, nie pozwala innym zaglądać człowiekowi do łóżka ani decydować o tym, w co ma się ubierać i jak zachowywać. No, ale chwileczkę, myślę sobie, rozejrzawszy się dookoła. Przyszło nam żyć w takich czasach, kiedy ci bez białych sukienek, ślubów, chrztów i szczęśćboże znaleźli się w mniejszości, a mniejszość z reguły znajduje się na dole łańcucha pokarmowego. Logika podpowiada, że im wyżej w łańcuchu, tym lepiej, więc właściwie czemu nie miałby zostać papieżem? Nie jest kobietą, a to już spory plus. No chyba że zmieni płeć, ale co wówczas byłby z niego za katolik? Szanse, że zajdzie w nieślubną ciążę i ją usunie, tak czy siak raczej znikome. Musiałby się, co prawda, wyrzec znajomości rodziców z wujkami, którzy lubią mężczyzn, bo to źle by wyglądało, no i przestać wreszcie mówić: „my nie wierzymy w Boga, ale za to wierzymy w masę fajnych rzeczy, prawda?”, ale to też dałoby się jakoś załatwić.

W tym wieku za czekoladę człowiek zrobi wszystko.

Pozostała jeszcze kwestia chrztu, komunii i bierzmowania, ale w tym wypadku im później, tym lepiej – w końcu z jednego nawróconego grzesznika większa radość niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, prawda? Nie wspominając już o synu marnotrawnym. Musiałby też chodzić w kiecce, ale o to akurat zadbaliśmy zawczasu – w naszym domu panuje przekonanie, że każdy może się ubierać, jak chce, a chłopcy też mogą chodzić w sukienkach. Na szczęście mówimy tu o białej, a nie różowej, bo różowego koloru mimo tolerancji nie przeskoczymy. Taki zawód nie pozwoliłby mu również z nikim się związać, przynajmniej oficjalnie. Ale spójrzmy prawdzie w oczy – jeśli mój syn pokocha mężczyznę, to też oficjalnie się z nim nie zwiąże. Nie w tym kraju. Na szczęście żadna z tych opcji nie wchodzi w grę, bo i tak obiecał, że ożeni się tylko ze mną. Co prawda, jeśli w końcu się zdecyduje, „Miasto Kobiet” będzie musiało usunąć ten felieton z archiwum, ja będę musiała wziąć ślub kościelny i to raczej nie z buddystą, wyrzec się kilku przyjaciół, wycofać z obiegu ze trzy moje książki i usunąć po cichu tych wszystkich, którzy poznali moje poglądy, ale… czego się nie robi dla dziecka?
Cokolwiek zdecyduje, poprę go, od tego są wszak matki. Ale do tego czasu na pewno nauczy się sam myśleć i wyciągać wnioski. Poza tym może nadejdą takie czasy, kiedy sam wybierze, w co i jak chce wierzyć, kto wie? Może wtedy w szkole będzie pisać sprawdziany z tego epizodu w historii Polski, kiedy Bóg, Honor i Ojczyzna mieli się znacznie lepiej od tych, co tu nie pasowali?

Stadtlegenden

Es hat noch Zeit, eigentlich sehr viel Zeit, aber die Organisatorin wollte, dass ich es unbedingt schon jetzt veröffentliche. Na ja, es handelt sich um Piwnica pod Baranami, eine der Stadtlegenden Krakaus und Polens, dafür kann ich ja auch zweimal werben, einmal heute und einmal im Spetember… Meinetwegen 🙂

ulotka-piwnica-przod(1)

25. SEPTEMBER 2016, 18:00 Uhr

BABYLON, Rosa-Luxemburg-Str. 30, Berlin

http://www.ewadmoch.eu

DIE UNERTRÄGLICHE LEICHTHEIT DES SEINS

Es soll ein künstlerisches Ereignis werden, der Abend mit Beteiligung von Künstlern des Kabaretts Piwnica pod Baranami, das eine ganz besondere „Insel“ ist –auf keinen Fall aber eine ruhige und utopische Insel.
In dieser Extraklasse des Kabaretts wird es Auftritte u.a. von Tadeusz Kwinta, Mieczyslaw Święcicki, Miki Obłoński, Czesław Wojtała, Ewa Wnuk-Krzyżanowska, Oli Maurer, Tamara Kalinowska, Leszek Wójtowicz, Rafał Jędrzejczyk, Piotr Kuba Kubowicz, Agata Ślazyk, Dorota Ślęzak, Beata Czernecka, Maciek Półtorak, Rafał Jędrzejczyk, Kamila Klimczak, Andrzej und Aneta Talkowski und anderer geben.

Es ist eine starke eingespielte Künstler-Boheme,
die für das gemeinsame Spiel alles hinwirft.

Eine einmalige Atmosphäre
– surrealistischer Humor, Lyrik, herrliche Lieder.

Gastgeber des Abends: Leszek Wójtowicz
Musikalische Leitung; Michał Półtorak
Drehbuch und Regie: Bogdan Micek

ulotka-piwnica-tyl(1)

Während des Konzerts kann das Buch „Kabaret w Polsce 1950 – 2000“ (Kabarett in Polen von 1950 – 2000“) käuflich erworben werden und es gibt ein Zusammentreffen mit den Autoren des Buches

Informationen und Tickets:
Ewa Dmoch, http://www.ewadmoch.eu

Samobójca z Cmentarza Tatarskiego

Ewa Maria Slaska

Już donosiłam, że piszę teraz książkę o tatarskim dziedzictwie rodzinnym. Przed kilkoma tygodniami pojawił się tu pierwszy wpis z serii, którą można by zatytułować “Tatarskie odpryski” – w trakcie poszukiwań i lektur co i raz pojawiają się tematy uboczne, których na pewno nie będę potrzebowała w książce, ale skoro się pojawiły, szkoda by było je całkiem zignorować. Takim tematem jest…

Mężczyzna z Cmentarza Tatarskiego w Warszawie

Lech Milewski pisząc o Powstaniu w Irlandii wspomniał ulicę Tatarską w Krakowie, co mi przypomniało, że w Lublinie jest Tatarski Majdan, a w Warszawie – nie tylko ulica Tatarska, ale i Cmentarz Tatarski, a nawet dwa: Muzułmański Cmentarz Kaukaski i Muzułmański Cmentarz Tatarski, oba zaliczane obecnie do zespołu zabytkowych cmentarzy wyznaniowych na Powązkach.

Cmentarz Kaukaski został założony w 1830 roku. Miał tysiąc m² powierzchni, a gdy się przepełnił w roku w 1867  powstał Cmentarz Tatarski, nieco większy – bo mierzył 0,5 ha, zaś obecnie zajmuje około 1 ha. Na Cmentarzu Kaukaskim są obecnie chowani uchodźcy z Czeczenii. Oba cmentarze były podczas powstania warszawskiego terenem ciężkich walk.

Na cmentarzach muzułmańskich chowani byli głównie muzułmańscy żołnierze carskiej armii stacjonującej w Warszawie. Później zaczęto grzebać tu innych muzułmanów. Są one miejscem spoczynku polskich Tatarów, głównie wywodzących się z obszaru Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jeszcze pod koniec XIX w. Cmentarz Tatarski podzielony był na część dla bogatszych (na prawo od wejścia) i część dla biedniejszych (na lewo od wejścia). Potem ten podział zarzucono z inicjatywy warszawskiego imama. Podczas I wojny światowej spoczęli tu zmarli w niemieckiej niewoli żołnierze carscy wyznający islam.

Przeglądam listę nazwisk osób pochowanych na obu cmentarzach. Niewiele. Na Kaukaskim Jan Buczacki, tłumacz Koranu, na Tatarskim – Jerzy Edigey (zm. 1983) – adwokat, działacz społeczny, autor powieści kryminalnych. Wikipedia podaje, że wywodził się z tatarskiej rodziny szlacheckiej, herbu Koryca, osiadłej na Litwie w XVI wieku. Przydomek i literacki pseudonim „Edigey” przyjął od imienia jednego z wodzów Złotej Ordy – Edygeja, który według legendy miał dać początek rodzinie Koryckich.

Na cmentarzu wyróżnia się nagrobek w kształcie minaretu z szarego kamienia na grobie Abduła Halika Usmi, zmarłego w wieku 29 lat dnia 13 marca 1932. Grób pięknie zdobiony, z wyrytymi strofami wiersza Zygmunta Krasińskiego pt. „Resurrecturis”: Mnóż ty się jeden przez czyny żyjące, / A będą z ciebie jednego — tysiące! Jest dziełem znakomitego warszawskiego artysty i mistrza kamieniarskiego, Bolesława Sypniewskiego.

Halik Usmi był Turkiem ze Stambułu. Używał przydomka bej, co znaczyło, że pochodził ze szlacheckiego rodu, w Polsce posługiwał się tytułem książęcym. W każdym razie napis na grobie głosi: Książę Abdul Halik Usmi. 1903-1932, co jednak może nie być prawdą, a niejaki Kamil Alijew (Камиль Алиев) twierdzi, że nie ma w annałach takiego kniazia.

Przyjechał do Warszawy na studia w Wyższej Szkole Handlowej, jednocześnie był kaskaderem. Jako woltyżer dublował kilka ról aktorskich w trudnych scenach w filmach polskiej produkcji. To dzięki temu poznał miłość swojego życia i… przyczynę śmierci. Halik zakochał się bowiem bez pamięci w Jadwidze Smosarskiej, słynnej divie przedwojennego kina polskiego. Porzucił dla niej swą muzułmańską narzeczoną. Teraz jednak sprawa nie jest jasna – bo jedna z opowieści o Haliku głosi, że aktorka odrzuciła amanta, druga – wręcz przeciwnie – że była mu nader przychylna i nawet rozważała przejście na islam. Coś się jednak poszło nie tak.

alikijadwinia

Był młody (choć wcale tak znowu młodo nie wyglądał), zamożny, przystojny i szybko znalazł dostęp do warszawskiego światka. Bywał w „Oazie”, znanej restauracji przy ulicy Wierzbowej, gdzie mógł może spotkać mojego wujecznego dziadka, tak jak i on – bywalca. Choć może nie, bo legenda rodzinna głosi, że dziadek bywał w “Adrii” i możliwe, że były to zupełnie różne kręgi. W „Oazie” działał kabaret, założony przez Juliana Krzewińskiego i Władysława Waltera, dancing i bar-grill room. Alkohol, kobiety, taniec i śpiew. Dochodziło do bójek między podpitymi gośćmi. Tak też się zdarzyło w sylwestra 1931 roku, gdy Halik wdał się w spór z majorem Sobolewskim i został przez niego postrzelony w szyję. Jedna wersja głosi, że poszło o honor pięknej aktorki, druga, że przystojny Turek flirtował (na odległość, na odległość!) z towarzyszką oficera. Sprawa stała się głośna i informowała o niej prasa w całej Polsce.

Możliwe, że była to prowokacja i że Halik chciał zginąć w pojedynku. Gdy się to nie udało, w kilka tygodni później zabił się strzałem z rewolweru. Była niedziela, wczesny ranek, 13 marca 1932 roku w Domu Akademickim przy ul. Akademickiej 5. Pokój 655.

Podobno to Smosarska miała ufundować nieszczęsnemu wielbicielowi piękny nagrobek na Cmentarzu Tatarskim.

Aktorka wyszła za mąż dopiero w roku 1935, w roku 1939 wyjechali oboje z mężem do USA. Powróciła do Polski w roku 1970. Podobno odwiedzała cmentarz i przynosiła kwiaty na grób Halika.

Uwaga, jeśli zechcecie odwiedzić cmentarze muzułmańskie w Warszawie, a właściwie tylko Cmentarz Tatarski, bo Kaukaski jest zamknięty na głucho i niedostępny, to musicie być stosownie ubrani, w strój zakrywający całe ciało. Kobiety muszą zasłonić włosy.

http://ciekawostkihistoryczne.pl/2012/02/09/serce-zaklete-w-kamieniu-historia-pewnej-smierci-i-pewnego-grobowca/#ixzz48EvIQgmI

http://kumukia.ru/article-82

 

Idzie Nowe

Ewa Maria Slaska

O patriotyzmie, jedzeniu i spaniu (ze sobą)

Byłam kilka dni temu na festynie polnijnym. Upał. “Raz na ludowo”, szynki, kiełbasy, pierogi, tańce krakowskie, polonezy… Dużo zwykłych ludzi, mało przemówień. Nienajgorzej. Przeszłam się od stoiska do stoiska, wszędzie rozmowy o polityce, wszędzie w jednym duchu – “na łeb upadli”. I niezastąpiony polski sposób na reżimy – doraźny dowcip.

Przechodzi dwóch panów w jasnych spodniach i koszulach w kratę. Gdzie się podziały koleżanki-małżonki, pyta ktoś i ma oczywiście na myśli, że kupują kiełbasy lub pierogi, a panowie sobie idą dalej. Odpowiedź zachwyca: Aaaa… zmieniliśmy orientację, nawet się już ubieramy w partner look.

Siedzę sobie z talerzykami papierowym i kubeczkami, czekam na koleżankę, dlatego na talerzykach dwie potrawy – ryż z jarzynami i lasagne. Przechodzi ktoś, rzuca okiem na talerzyki i mówi, oj, nie po polsku się je, będzie kara…

Śmieszne? Jeszcze tak, ale za chwilę może przecież być inaczej… Niemiecki znajomy cytuje na Facebooku fragmenty tekstu Nikolaia Klimeniouka o jedzeniu w Rosji.

Patrioten essen keinen Parmesan

Ein liberaler russischer Politikwissenschaftler aß in einem deutschen Restaurant holländischen Hering. Dieser schmeckte ihm so gut, dass es auf Facebook schrieb, der russische Hering sei eine schwache Kopie des holländischen Originals […] Und dann blieb ihm dieser Hering im Hals stecken. Die patriotische Facebook-Öffentlichkeit tobte wie die Nordsee im Winter. […] Die Parmesan-Nostalgiker kaufen sich in Europa satt und betreiben einen kleinen Privathandel mit “Sanktionka”, dem verbotenen Essen. […] Die neuste russische Wortschöpfung “Rasreschonka” – erlaubtes Essen – ziert die Ankunftshalle des Moskauer Scheremetjewo-Flughafens.

Pewien polityk rosyjski pochwalił na FB holenderskie śledzie i oberwał od oburzonych patriotów. Bo patrioci nie jedzą parmezanu. Niepatrioci natomiast sprowadzają ser z zagranicy lub kupują w nielegalnych sklepach zwanych “Sankcjonka”. Legalne jedzenie nazywa się “Razrieszonka”.

Zresztą po co nam przykład putinowskiej Rosji pozbawionej przez sankcje europejskie dostępu do produktów zagranicznych, po prostu przypomnijmy sobie sklepy za żółtymi firankami i pewexy.

Z naszego punktu widzenia był to wynik niesprawnego działania gospodarki planowej. Tymczasem Nikolai Klimeniouk, rosyjski emigrant od ćwierć wieku mieszkający w Niemczech, widzi w tym przemyślaną politykę. Niedostatek jedzenia był jednym ze sposobów trzymania podwładnych w ryzach. Głodujący i głodni mogą się buntować, pół-głodni są potulni i posłuszni…

Oto przeszłość, która nas czeka. Na początek zapewne w sprawie kultury, obyczajów i praworządności, jak się nadal będziemy stawiać – to może być, że i jedzenia. Przesadzam?

Pisałam już o tym, ale powtórzę… Kiedyś mój (wówczas) dobry znajomy, Maciej Łopiński, znakomity felietonista znakomitej zapomnianej gazety gdańskiej Czas, napisał tekścik czyli listek zatytułowany  “Jajo za dychę”. Chodziło mu o naszą polską (a może ludzką) skłonność do wyolbrzymiania. Jajko kosztowało w owych zamierzchłych czasach przedsolidarnościowych najpierw jakieś grosze, a potem zaczęło radykalnie drożeć. Gdy kosztowało już ze trzy złote, pesymiści krakali, że cena dojdzie do dziesięciu. Maciej obśmiał nas, a potem wszyscy na własne oczy zobaczyliśmy w sklepach jajka nie tylko za dychę ale i za stówę.

Uwaga, idzie nowe, a może wraca stare. W niektórych szkołach w piątki nauczyciele kontrolują, czy dzieci nie mają przypadkiem kanapek z szynką…

Schmidt czyta Prousta…

…Ewa Maria Slaska…

…czyta Schmidta

Wiele tygodni temu nieopatrznie przyznałam się na Facebooku, że czytam książkę pewnego pisarza niemieckiego średniej generacji, który opisuje jak czyta Prousta. Dwoje moich facebookowych przyjaciół – Julita Bielak i Marcin Wilk – okazało zainteresowanie tą lekturą, a ja pochopnie napisałam, że ach OK, jak Was to tak interesuje, to zrobię o tym wpis…

Aby Czytelnik zrozumiał, na co się porwałam, muszę się na chwilę odwołać do rachunkowości. W poszukiwaniu straconego czasu Marcela Prousta, powieść wydawana przez kolejne lata od zakończenia I wojny światowej, to Dzieło Przeogromne. Duchem, oczywiście, ale i całkiem przyziemnie – masą. Siedem tomów, każdy średnio – 500 stron, w sumie 3500 stron. Trudnych i żmudnych w czytaniu. Czytałam Prousta mnóstwo razy, z pełnym poczuciem, że przy każdej lekturze odkrywam w tej książce, w kongenialnym tłumaczeniu Boya, coś nowego, czego przedtem nie zauważyłam. Przyznaję jednakowoż, że ostatnio szło mi już coraz gorzej i to nie dlatego że już wszystko znałam na pamięć, przecież nie sposób zapamiętać wszystkich inteligentnych myśli i obserwacji, zgromadzonych na 3500 stronach… i nawet nie dlatego, że to ja już wyrosłam z Prousta, tak jak się wyrasta z Ani z Zielonego Wzgórza. Więc nie, to raczej chyba Proust wyrósł z naszych czasów. Nie uważam, że Douglas Coupland jest lepszy od Marcela Prousta, ale jednak nasz umysł współczesnego człowieka łatwiej buduje synapsy z pokoleniem X niż z neurotycznym proustowskim Narratorem. Może najbardziej mi – dziś – przeszkadza fakt, że Proust, jeden z najsłynniejszych gejów w kulturze europejskiej, wydziwia w swej książce nad homoseksualizmem innych, ale ani słowem się nie zająknie, że on też reprezentuje rasę z Gomory. Mało tego, trzy tomy o Albertynie (W cieniu zakwitających dziewcząt, Uwięziona i Nie ma Albertyny), naprawdę opowieści o lokaju i kochanku, Albercie, tchną dziś straszliwym wręcz anachronizmem. Co gorsza owo zakamuflowanie jest w opisie stosunków z przełomu wieku XIX i XX po prostu wydumane i niezgodne z niczym realnym. O ile bowiem mężczyzna rzeczywiście nie mógł się przyznać, że jest homoseksualistą, to jednak w równym stopniu nie mógł “kupić” sobie od rodziny młodej panny z całkiem dobrego domu i trzymać jej u siebie w niewoli seksualnej, fizycznej i duchowej. Tak się traktowało utrzymanki czyli kokoty, ale z panienkami z dobrego domu chodziło się na spacery albo się je poślubiało.

Od dawna więc nie czytałam już Prousta, wciąż jednak byłam zdania, że jestem ostatnim człowiekiem na świecie, który pokonał siedem tomów Poszukiwania… Dlatego zdziwiłam się, gdy znalazłam na ulicy książkę autora o pokolenie młodszego ode mnie (urodził się w roku 1970), który nie tylko podjął trud tej lektury (nota bene, teraz to on jest zdania, że jest ostatnim człowiekiem na świecie, który…), ale jeszcze ją opisał.

Jochen Schmidt czytał 20 stron dziennie, od lipca 2006 do stycznia 2007 roku. Nota bene po niemiecku to 3900 stron. Opisywał tę lekturę na blogu, a potem wydał jako książkę i płytę. I tu dalszy ciąg rachunków – książka Schmidta liczy 600 stron, sześć razy mniej niż opisywany oryginał, ale mimo to jest to sam w sobie potężny kawał lektury, wymagający czasu. A ja, mimo że czytam bez przerwy, to aż tyle czasu nie mam, zwłaszcza, że ciężki tom Schmidta nie nadaje się jako lektura do metra i na podróż. Być może po to właśnie jest i płyta, ale ja zdecydowanie nie jestem “słuchaczem” książek, nie lubię audiobooków ani nawet czytników, po prostu lubię papierowe książki. Teraz więc, w kilka miesięcy po złożonej obietnicy doczytałam u Schmidta zaledwie do strony 93, on zaś dotarł u Prousta do stron 213-235 tomu W cieniu zakwitających dziewcząt.

Podczas lektury Schmidta borykam się jeszcze z problemem tłumaczenia. Oczywiście czytam Schmidta po niemiecku i to mi w ogóle nie przeszkadza, ale on też czyta po niemiecku i załącza cytaty po niemiecku, a ja w nich  w ogóle nie rozpoznaję “mojego Prousta”! Niech dla uzmysłowienia mojej męki wystarczy fakt, że słynna proustowska magdalenka to Sandtörtchen, torcik piaskowy… Nota bene, co za bzdura, ten tłumacz! doprawdy! nie odróżnia obrazu Holbeina od pola bananowego. A niemiecka Wikipedia za nim. Ciasteczko piaskowe, też coś… Proszę bardzo – TU magdalenki, a TU ciasto piaskowe.

Oczywiście Schmidt czyta… nie jest pierwszą książką o tym, jak się czyta Prousta. Chyba najsłynniejszą napisał Alain de Botton How Proust can change your life (1997), ale Schmidt pisze dokładnie o tym samym.

Nie mogę na razie ocenić całej książki. Powiem jednak, że to co mi się w niej najbardziej podoba, to wcale nie opinie Schmidta na temat lektury Prousta, lecz to co tu i ówdzie pisze o sobie i swoim życiu. Czyta bowiem tego Prousta w Berlinie i w małej wiosce w Brandenburgii, w Odessie i w samolocie z Warszawy do Berlina.

Przytoczę tu jeden z wpisów (str. 89-90), który dobrze to obrazuje.

34. Nie, 20.8., Alt-Lipchen (Stara Lipka), przed południem

Turkot taczek na podwórku. Bzyczenie muchy, które zawsze będzie takie samo i nigdy się nie zestarzeje. Również układ krajobrazu nie wymaga aktualizacji. Dom, w którym każda zmiana będzie zakłóceniem, po spray na muchy z produkcji enerdowskich zakładów aerozoli w Karl-Marx-Stadt, który od trzydziestu lat niezmiennie nieużywany stoi w łazience. Kto dał nam prawo, by go wyrzucić? Każdy szczegół w domu oznacza jakiś problem, który kiedyś ludzie tu mieszkający musieli rozwiązać i nawet jeśli nie wiesz, co to był za problem, bo budowniczy domu dawno umarli, trzeba respektować rozwiązania, które wybrali. Gdyby to ode mnie zależało, należałoby się ograniczyć zaledwie do poprawek, do prowizorki, która latami będzie wypełniała swoje zadania, stosować tylko jakieś znalezione materiały.

Wiatr wróży jesień, przed dziewięciu laty podjąłem tu ostatnią próbę napisania książki, gdyby nie było tego domu, nie byłoby zapewne i książki. Ciekawe, jak Proust dawał sobie z tym radę, w końcu był bogaty, miał służbę, po co właściwie miał pisać?

W cieniu zakwitających dziewcząt, s. 192-213

Czyż Proust nie pisał właśnie przez pół tomu o nieszczęśliwej miłości? A teraz znowu to samo, choć trzeba przyznać, że jako czytelnik nie masz poczucia, że autor się powtarza. Ale też nie jest to aż tak ważne, żeby o tym wspominać. Marcel codziennie spotyka się z Gilbertą, co ją wreszcie nudzi, a jego zmusza do wycofania się i przysparza mu cierpień. Co dzień czeka na pocztę, gdy minie poranek – na listonosza, który przychodzi po południu. Stan ekscytacji staje się chroniczny, bo ledwo emocje oczekiwania miały się czas uspokoić, już przychodziła nowa racja spodziewania się; wreszcie nie było już w dniu ani minuty, w której bym nie odczuwał owego ucisku serca, tak trudnego do zniesienia bodaj przez godzinę. A cóż my mamy dziś powiedzieć, w czasach maili i SMS? Diabelskie wynalazki, które nieszczęśliwie zakochanym wydłużają czekanie na każdą sekundę dnia. Nowoczesne metody komunikacji oznaczają zarówno komunikację jak milczenie.

Aby udowodnić Gilbercie, że radzi sobie bez niej, Marcel regularnie odwiedza salon Odetty, nie zaszczycając obecnością herbaty wydawanej w tym samym czasie przez Gilbertę. Każda wizyta jaką składałem pani Swann bez widzenia Gilberty, była mi okrutna, ale czułem, że tyleż poprawia pojęcie Gilberty o mnie. Jacyż piękni się sobie wydajemy, nieszczęśliwie zakochani, szlachetni w wyrzeczeniu, przygotowani na wszelakie wstrząsy duszy. I doprawdy każdemu rzuci się to w oczy, tylko niestety nie osobie, którą uwielbiamy.

O czym rozmawiają panie w salonie Odetty, możemy sobie szczęśliwie podarować. Jak tragicznym problemem jest być żoną polityka i wciąż mieć do czynienia z tymi samymi nudziarzami w ministerstwach. Widzi  pani, to tak jak z szefem protokołu, który jest garbaty; to murowane, jeszcze nie siedzi u mnie pięciu minut, a już muszę dotknąć jego garbu. Czy lepiej kupować rośliny u Lemaître’a, Debaca czy Lachume’a? A wypieki: Nie potrzebuję pytać o markę fabryczną, wiem, że pani wszystko bierze od Rebatteta. Muszę wyznać, że jestem bardziej eklektyczna. W kwestii ptifurów i w ogóle wszystkich łakoci często zwracam się do Bourbonneux. Ale uznaję, że oni tam nie mają pojęcia, co to są dobre lody. We wszystkim, co się tyczy lodów, kremów czy sorbetu, Rebattet to Sztuka przez wielkie S.

Zapomniane czynności:
– zadać sobie trud, by wymienić całą służbę
– rozumieć, że rolą gospodyni jest tylko pośredniczenie
– widzieć najważniejszy moment dnia nie w chwili przywdziewania toalety, lecz, przeciwnie, w chwili rozbierania się dla mężczyzny.

* Zdania zapisane kursywą – tłumaczenie Tadeusz Boy Żeleński; tłumaczenie Schmidta – ja.

Reblog: Czterdziestolatek

Szymon Hołownia przedwczoraj na Facebooku

W ubiegłym tygodniu miałem osiem spotkań autorskich w środkowej Polsce, na Podlasiu i na Śląsku. W sumie tysiąc – dwa tysiące ludzi. Gdy w debacie pojawiały się wątki bieżące, mówiłem (oczywiście machając rękami) o tym, jak zmęczeni chyba jesteśmy polityką. A mimo to wciąż o niej gadamy, bo jest ona jak wrzód na wiadomo czym, o którym człowiek sobie przypomina zawsze, gdy tylko siada. Z jednej strony nas to wyniszcza, z drugiej – jesteśmy jak alkoholik, który nie umie nie pić, bo jeszcze nie zaliczył dna, więc powtarza sobie że da sobie jeszcze z tym radę.

Znaczna część publiczności potakiwała, powtarzała: “dokładnie!”. Robiła to z takim entuzjazmem, że nawet mnie, spotkaniowego wyjadacza, musiało to zastanowić. Kurde, żyjemy w wolnym państwoe, nie ma wojny, a ludzie sprawiali wrażenie śmiertelnie swoim krajem zmęczonych. Jakby nie było już obywateli, a poborowi przymusowo wcieleni do wojska (kilku plemiennych wojsk), tęskniący za odebraną im podmiotowością.

Co daliśmy z sobą zrobić, że już nawet o pogodzie nie można porozmawiać spokojnie. Że jest jak w czasach mojej zamierzchłej młodości, gdzie wszystko było pretekstem do tego, by dowalić komuchom. Tyle że dziś komuchy od dawna są w muzeum, a od paru lat śmiertelną wojnę toczą w Polsce dwie frakcje wywodzące się z “Solidarności”, dzięki którym z tego pojęcia nie zostały nawet strzępy.

Coraz częściej spotykam ludzi, którzy wycofują się za swój płot, budują prywatne szczęście, odpuszczając sobie kontekst wspólnoty. Są zmęczeni widokiem szalejących tam egotyków, szczerze przekonanych że władza to nie służba a majestat. Ci co mieli zapewnić wodę w kranach uznali w końcu państwo za swój akwapark, ci co mieli posklejać Polaków, rozpętali nowe wojny i samomianowali się mesjaszami.

Jedni mają program: “Precz z tamtymi”. Drudzy: “Precz z tymi, co mówią: precz z tamtymi”. Nic nie zmienią kolejne audyty ani marsze. Polska – to moje zdanie – nie potrzebuje Zbawcy ani Obrońcy Przed Zbawcą. Polska potrzebuje SOLIDARNOŚCI.

Przez ostatnie ćwierć wieku wypracowaliśmy tylu nowych Piłsudskich i Che Guevarów, Robin Hoodów i Adamów Smithów, Bolków oraz Lolków, że moglibyśy ich eksportować. Nam teraz przydałby się ktoś, kto realnie umiałby zlepić Polaków wokół jedynej wspólnej idei, jaka nam jeszcze w genach została. Nie wokół historii, narodu, wiary, Europy czy portfela, a wokół solidarności.

Skąd wiem, że jeszcze ją tam mamy? Bo w realu widzę jak zachowują się rodacy, nie gdy każe im się wziąć udział w dyskusji o pomocy innym, ale gdy stają twarzą w twarz z człowiekiem, który znalazł się opałach. Zwykle kończy się jałowe pitolenie na fejsbuniu czy heheszki na twitterkach, ktoś idzie po bandaż, ktoś inny po herbatę, ktoś dzwoni do syna, żeby natychmiast leciał z kocem.

Ten oddolny instynktowny odruch należy na maksa rozdmuchać i przenieść wyżej, jak najwyżej. My się już nigdy nie dogadamy przy użyciu obecnie używanych w debacie publicznej narzędzi. To co sobie nimi możemy zrobić to wyłącznie wzajemna okupacja. Powinniśmy więc cofnąć się o krok i sięgnąć po te, których jako ostatnich umieliśmy używać wspólnie. Właśnie po solidarność. Tę, o której w swoim eseju pisał ks. Tischner – a la Miłosierny Samarytanin, który gdy ktoś krwawi, nie wygłasza przemówień, nie leci tropić winnych, tylko pochyla się i jak umie, tak bandażuje. Tę, o której pisał Karol Wojtyła w “Osobie i czynie” a później w encyklikach: solidarności społecznej, kiedy to ludzie razem biorą odpowiedzialność za to, co mają razem i w ten sposób powstaje coś, czego wcześniej nie było – dobro wspólne. Bo przecież nie wszystko trzeba koniecznie mieć na własność, żeby się tym cieszyć (patrz Tatry albo Półwysep Helski), a jak ja ze swojej dychy oddam złotówkę i sąsiad też odda, to każdy z nas ma odtąd siłę nabywczą jedenastu zeta, tylko się trzeba dogadać.

Czy to się da zrobić, gdy ludzie mają różne poglądy? Jasne, że się da. Żeby zmienić żarówkę nie trzeba się zgadzać w sprawie in vitro. A my mamy w Polsce naprawdę sporo spraw do załatwienia zanim dojdziemy do tych, co do których nigdy się nie zgadzaliśmy i zawsze nie będziemy się zgadzać.

Do tego potrzeba by jednak było kogoś, kto umie zrobić coś więcej niż odbijać kraj, założyć kolejną partię buntu, albo powtarzać, że wszystko jakoś samo sie ułoży, byleby był hajs. Trzeba by było znaleźć gdzieś polityków, o których wierze będziemy się przekonywać nie podczas transmisji wielkich celebracji (wierzący urzędnik z pewnością znajdzie czas na codzienną Eucharystię przed pracą, a nie w ramach pracy), a po tym czy realnie dają ludziom nadzieję (uwaga: kasa to nie to samo co nadzieja), a nie powiększają ich lęki. Trzeba by było znaleźć takich, dla których jedynym pomysłem na europejskość i humanizm nie jest straszenie Ciemnogrodem i powtarzanie banałów o orgazmie jaki zapewnią każdemu pieszczoty św. Postępu oraz niewidzialnych czułych dłoni rynku.

Producenci kos (na sztorc), męczennicy, pasterze owiec, wesołe Romki i posępni Janusze – już byli. Teraz popękanemu krajowi potrzebny jest ktoś, kto oprócz polityki gospodarczej, międzynarodowej oraz historycznej, przede wszystkim umiałby robić klej. Kogo ludzie nie będą wyznawać albo podziwiać, ale zwyczajnie lubić. Kto przypomni, że człowiek najpierw jest człowiekiem, a później wyborcą. Kto umiałby pokazać szacunek, zanim pokaże, że ma rację. I kto oprócz spraw zasadniczych i wielkich, byłby też specem od nie mniej ważnych drobiazgów. Np. organizowałby comiesięczne spotkania liderów partii, Kościołów i (reprezentatywnych) stowarzyszeń przy winie i grillu. Wprowadziłby dla urzędników “erki” obowiązkowy coroczny wolontariat w świetlicy środowiskowej lub w hospicjum. A do bezdomnych nie jeździł opancerzoną kolumną na Wigilię, ale organizował ją w rządowych pałacach, pokazując w ten sposób wszystkim innym, że nie tylko ci co płacą PIT albo mają siłę dźwigać jakiś sztandar, są obywatelami.

Ja – choć jestem obecnie w fazie zbrzydzenia polityką do poziomu zwracania treści – dałbym takiemu komuś wszystko, co może dać szary obywatel, któremu wystarczy, że ma prawo czynne, a nie kręci go bierne. Czyli głos.

I tak sobie w tym ostatnim tygodniu jeżdżąc po kraju pomyślałem, że kurka wodna dość półśrodków i wydawania kasy na znachorów – teraz to ja wytrzymam tak długo, aż przyjedzie LEKARZ. Przez całe dorosłe życie głosowałem nie za kimś, ale przeciw komuś. A dziś mam 40 lat i chyba dorosłem do tego, żeby serdecznie olać “panów mniejsze zło”, i poczekać na kogoś, kto wreszcie zrozumie, że pokoju nie osiąga się wywołując wojnę.

Solidarność o muerte! Że zacytuję klasyka. 🙂

Tajemnice w komputerze…

Kochani czytelnicy. Proszę, byście podczas lektury tego wpisu posłuchali Beethovena. Zanim skończycie, dowiecie się dlaczego?

Ewa Maria Slaska

… czyli poezja i muzyka na niedzielę

Wpis ten zaczął powstawać 4 maja o godzinie 9, zakończyłam jego pisanie 5 maja o godzinie 7; jest zapisem moich poszukiwań, zmierzających do rozwikłania pewnej zagadki. Gdy zaczynałam, nie wiedziałam kompletnie nic.

W przepaściach komputera i szaf, przynajmniej u mnie, kryją się niezwykłe i tajemnicze dokumenty. Wypływają niekiedy na powierzchnię i zadziwiają mnie niezmiernie. Kiedyś tak “spadł mi na głowę” przepisany przez moją Mamę wiersz Krynickiego, znaleziony w pudle z papierami. Dziś poetka z komputera. Właściwie szukałam Emily Dickinson, która zmarła 15 maja 1886 roku (dziś jest 130 rocznica), a znalazłam Ritę Dove. Gołym okiem widać, że Rita będzie tematem obszernym, a Emily się nie zmieści, przypominam więc na wszelki wypadek, że pisałam o niej TU i że jest moim nieodmiennym zachwyceniem.

O Ricie Dove opowiedziała mi Marta, kochająca książki amerykanistka, zajmująca się piszącym w USA kobietami, zaliczanymi do tak zwanej literatury etnicznej i postetnicznej, Louise Erdrich, Amy Tan czy Toni Morrison i Alice Walker. Marta dała mi kiedyś do przeczytania poemat Rity o czarnym muzyku polskiego pochodzenia, nawet była jakaś przymiarka do przetłumaczenia tej opowieści na polski, coś tam przełożyłam i odesłałam do kogoś, ale, jak często – nic z tego nie wyniknęło. I nic też nie pamiętam, wystarczyło jednak, by podczas przeszukiwania komputera nie zadziwić się plikiem zatytułowanym “RitaDoves1” – byłam pewna, że to albo oryginał albo moje próby translatorskie. Przerzuciłam plik na pulpit, by móc do niego szybko wrócić.

Niewiele wiem o Ricie Dove, poza tym, że jest współczesną czarną amerykańską poetką. Piękną. I niech mi wybaczy słowo czarny, bo czarne jest piękne.

A więc… RitaDove napisała kiedyś ów wspomniany już poemat o pochodzącym z Polski muzyku Mulacie, który w czasach Haydna zachwycał Londyn, przede wszystkim zaś – londyńskie damy. A ponieważ tego dnia przy śniadaniu rozmawialiśmy o nim, ucieszyłam się, że nie muszę specjalnie szukać, nawet uznałam, że jak zwykle, skoro czegoś potrzebuję, to się to znajduje. Lecz otóż nie… Otworzyłam plik i zobaczyłam dwa wiersze, których NIGDY nie czytałam, nie widziałam, nie wiedziałam… Ten mały dokument spowodował całą serię zadziwień.

Rita Dove

Black Billy Waters

wersja I

Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali
Wierzą w złoto, władzę, stada na hali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Gram na skrzypkach, lubią mnie wielcy i mali
Daj mi monetę, panie – dzięki i niech Bóg cię chwali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Wpadł pieniądz do sakwy, słyszęć go z dali
W słodkiej muzyce na nędznej życia bujam się fali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Kiedyś, gdym był wojakiem, Czarnym mnie zwali
O łąki zielone walczyłem i stada na hali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Bez nogi dziś kuśtykam, wróg mnie powalił
Jestem Black Billy Waters, tak mnie nazwali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali

Tu wariat, a tam książę w blasku opali
Londyn kocha nowinki, to mu się chwali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

A Mulatowi, co serca miasta rozpalił
Radę dam, gdy usłucha, Los go nie zwali
Dom swój na plecach dźwigaj, to nikt go nie spali

Tańczę dla was, choć tacy jesteście mali
Śpiewam wam, choć żeście się rumem uchlali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

Weź sznura łokci trzy i bicz korali
I tych wspomnij, co tu już przed tobą skonali
Dom mój na plecach dźwigam, nikt go nie spali
Mężczyźni to żebracy, czarni czy biali

wersja II

Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak
Świat w złoto wierzy, władzę i szubienicy hak
A ja dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak

Gram na skrzypkach, lubi mnie wielki, lubi mały świat
Daj mi monetę, panie – dzięki, dzielny jesteś chwat
Lecz, czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Wpadł pieniądz do sakwy, lecz tak czy owak
Mimo słodkiej muzyki nędznego życia znak
Gdy dom na plecach dźwigam, jestem jak ślimak

Kiedyś, gdym był wojakiem, Czarny był mój znak
O łąki zielone walczyłem, władzę i szubienicy hak
Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Bez nogi dziś kuśtykam, wróg zostawił ślad
Jestem Black Billy Waters, tak mnie zwie świat
I dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak

Czy książę, czy Turek, czy mały żebrak
Londyn kocha nowinki, światowy blask
A ty, czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Więc Mulatowi, co w serce miasta ognisty wbił znak
Radę dam, gdy usłucha, nie będzie szczęścia mu brak
Ty też dom swój na plecach dźwigaj i bądź jak ślimak

Tańczę dla was, choć przecież ducha wam brak
i pijani jesteście, a śpiewam wam i tak
Czyś czarny, czy biały, biedak z ciebie i żebrak

Weź sznura łokci trzy i bicz czerwony jak lak
I tych wspomnij, co już przed tobą skonali w łzach
A ja dom na plecach dźwigam, bom jest jak ślimak
Ty zaś, czyś biały, czy czarny, biedak z ciebie i żebrak

Piękne… nadzwyczajne po prostu, ale… Po pierwsze dlaczego to nie jest poemat o “moim”muzyku”? Dlaczego po polsku? Dlaczego dwie wersje? Kto to przetłumaczył? Kto to był Black Billy Waters? Skąd się to wzięło w moim komputerze?

Zaczynam od pytania najprostszego – kim był Black Billy Waters? Wikipedia natychmiast odpowiada – czarny żebrak mieszkający w Londynie na przełomie wieku XVIII i XIX. Jeden z dziesięciu tysięcy Czarnych mieszkających w owym czasie w Anglii. Był beznogi, stąd to porównanie do ślimaka. Podobno był żołnierzem, pływał na okrętach wojennych i stracił nogę w walkach. Miał żonę i dwoje dzieci. Żył w skrajnej nędzy, żebrał przed wejściem do teatrów, śpiewając dowcipne kuplety i przygrywając na skrzypkach.

Portret namalowany najprawdopodobniej przez Sir Davida Wilkie

Cieszył się ogromną popularnością i został umieszczony co najmniej w dwóch utworach, opisujących życie w Londynie pod koniec XVIII wieku, gdy jeden z nich wystawiono na scenie – Black Billy grał tam sam siebie. Nazywano go królem żebraków.

Tłumaczony w tajemniczym dokumencie tekst był swoistym testamentem Billy’ego.

Thus poor Black Billy’s made his Will,
His Property was small good lack,
For till the day death did him kill
His house he carried on his back.
The Adelphi now may say alas!
And to his memory raise a stone:
Their gold will be exchanged for brass,
Since poor Black Billy’s dead and gone.

Wiem, najprościej byłoby już teraz sięgnąć po pomoc do internetu, i na pewno mnie to nie minie, ale na razie rozmyślam sobie o Ricie Dove bez jakiejkolwiek pomocy z zewnątrz.

Oba tłumaczenia na polski są lepsze od zacytowanego tu oryginału,  napisanego przez samego Black Billy Watersa. Ten, kto to przetłumaczył na polski, świetnie się bawił i był mistrzem sztuki wiązania słów. Pierwsza wersja tłumaczenia polskiego jest oparta na jednym rymie będącym polskim odpowiednikiem angielskiego will, druga na rymie lack czyli brak. Tłumacz użył dwóch rymów zastosowanych w oryginale i to jeszcze wybrał rymy męskie, które w polszczyźnie są po prostu przekleństwem i kojarzą się z najtańszymi wypocinami pseudopoetów.

Tyś pchła
Tyś pchła
mię do miłości tej…

Drążę. Czy jest możliwe, by to Rita Doves napisała te dwa doskonałe wiersze po polsku i byłyby to jej wiersze, tak jak spolszczony Giaur był poematem Mickiewicza. Ale oczywiście, nie, nie i jeszcze raz nie. Tak nie potrafiłby chyba pisać żaden cudzoziemiec, a i Polaka zdolnego wykonać taki majstersztyk, długo by szukać.

No ale szukam. Już zaczęłam.

W obu wersjach powtarza się porada Black Willy’ego dla…

Więc Mulatowi, co w serce miasta ognisty wbił znak
Radę dam… / A Mulatowi, co serca miasta rozpalił
Radę dam…

To pewnie ten czarny muzyk z Polski, więc może jednak i Billy Black jest częścią tego poematu…

Rita Dove urodziła się w roku 1952. Jest poetką i literaturoznawczynią, pracuje na Uniwersytecie Virginia. Ciekawe, że hasło w polskiej Wikipedii nie wspomina ani słowem o polskich zainteresowaniach artystki. Ze spisu książek artystki wybieram Sonata Mulattica, New York: Norton, 2009. To właśnie ten poemat. Nawet pamiętam, że okładka była biało-niebieska.

Czarny skrzypek George Polgreen Bridgetower (1780–1860) był zdaniem Rity – synem Polki, wiejskiej dziewczyny z okolic Białej Podlaskiej, zdaniem polskiej i niemieckiej Wikipedii – synem Niemki z Budziszyna, niejakiej Schmidt. Ojcem był “African Prince” z Etiopii bądź, jak twierdzi Rita, z Barbadosu. Słabo pamiętam ten poemat, czytałam go w roku 2009, niemal od razu po wydaniu, ale wydaje mi się, że Rita jest zdania, iż George był nieślubnym dzieckiem, a wikipedyści zakładają, że rodzice wzięli ślub i że George miał jeszcze brata, Friedricha Josepha, wiolonczelistę. Ale może było tak, że matką George’a była Polka, a Friedricha – Niemka. Albo, że Polka z Podlasia czy ze Śląska (jak chce Rita) dopiero po urodzeniu pierwszego syna wzięła ślub ze swym czarnym kochankiem, a wikipedystom z Ameryki Polka czy Niemka to za jedno… A polska i niemiecka Wikipedia za nimi jak za panią matką…

Ojciec George’a był służącym księcia Hieronima Wincentego Radziwiłła w jego podlaskich dobrach w Białej Podlaskiej. W roku 1779 papa przenosi się na służbę do księcia Esterhasego,  dzieciństwo chłopca / chłopców upływa więc na Węgrzech, w majątku, gdzie nadwornym muzykiem był Józef Haydn. Stąd znajomość George’a z wielkimi tamtego świata, Haydnem, Beethovenem, ale też Thomasem Jeffersonem. Jefferson był na występie Bridgetowera w Paryżu i wspomina ślicznego dziewięcioletniego chłopca z kaskadą czarnych loków.

W roku 1790 Bridgetower osiadł na stałe w Londynie. Był członkiem orkiestry króla Jerzego IV (tego, który był jednocześnie księciem hanowerskim i odpowiada za związki Windsoru z dynastiami niemieckimi).

W 1802  Bridgetower wyjechał do Drezna, aby odwiedzić matkę i brata. Rok później wystąpił w Wiedniu razem z Ludwigiem van Beethovenem. Wywarł wielkie wrażenie na austriackim kompozytorze, który zadedykował mu Sonatę skrzypcową nr 9 A-dur (op. 47). Po raz pierwszy została publicznie zagrana 24 maja 1803 r. w wiedeńskim teatrze Augarten – Beethoven grał na fortepianie, a Bridgetower akompaniował mu na skrzypcach.

George Bridgetower, autor Henry Edridge

Kompozytor nazwał swoje dzieło Sonata mulattica composta per il Mulatto Brischdauer, gran pazzo e compositore mulattico.  Już w dedykacji zapowiedział, że jest to dzieło nadzwyczajnie wręcz trudne czyli praktycznie – nie do zagrania. Wkrótce jednak doszło konfliktu między muzykami, w wyniku czego Beethoven zmienił dedykację i zadedykował sonatę Rodolphowi Kreutzerowi (dziś sonata jest znana właśnie jako “Kreutzerowska”). Dlaczego? Najbardziej znana wersja mówi o tym, że Bridgetower obraził kobiety, które okazały się przyjaciółkami Beethovena. Mniej poprawny politycznie wariant zakłada, że młodszy uwiódł czy też oczarował pannę, która podobała się starszemu. Tak to też jest chyba i u Rity.

Nota bene Kreutzer jej nigdy nie zagrał. A Bridgetower – tak.

W roku 2013 powstał film o poemacie, poetce, geniuszu i zapomnianym czarnym muzyku, którego gra współczesny czarny muzyk – Joshua Coyne.

***

Wszystko to nadzwyczaj ciekawe, ale niestety w ogóle nie tłumaczy, co to są za wiersze, te które znalazłam u siebie w komputerze? Czy są częścią Sonaty mulackiej? Znajduję spis treści poematu, a w nim, o tak, wiersz Black Billy Waters. Dobrze, Ewuniu, bardzo ładnie sobie radzisz.

A więc tak, na pewno, przynajmniej według Rity, Billy Waters i George Bridgetower się znali. Mieszkali w Londynie, a łączył ich nie tylko kolor skóry, ale i instrumentum – skrzypce. O tak, Rita sparafrazowała autentyczny testament Watersa.

All men are beggars, white or black;
some worship gold, some peddle brass.
My only house is on my back.

I play my fiddle, I stay on track,
give my peg leg—thankee sire!—a jolly thwack;
all men are beggars, white or black.

And the plink of coin in my gunny sack
is the bittersweet music in a life of lack;
my only house is on my back.

Was a soldier once, led a failed attack
in that greener country for the Union Jack.
All men are beggars, white or black.

Crippled as a crab, sugary as sassafras:
I’m Black Billy Waters, and you can kiss my ass!
My only house weighs on my back.

There he struts, like a Turkish cracker jack!
London queues for any novelty, and that’s a fact.
All men are beggars, white or black.

And to this bright brown upstart, hack
among kings, one piece of advice: don’t unpack.
all the home you’ll own is on your back.

I’ll dance for the price of a mean cognac,
Sing gay songs like a natural-born maniac;
all men are beggars, white or black.

So let’s scrape the catgut clean, stack
the chords three deep! See, I’m no quack—
though my only house is on my back.
All men are beggars, white or black.

A TU można posłuchać, jak poetka recytuje ten wiersz.

***
Już wszystko wiem. Przez 24 godziny przekopałam się od kompletnej niewiedzy do pełnej wiedzy. Poza jednym – bo kto te wiersze przetłumaczył na polski!? Kto mi je przysłał? Co miałam z nimi zrobić (i dlaczego nic nie zrobiłam)? KTO? CO?

POMOCY!

Lato

O Republice Ściborskiej pisałam już tu kilka razy, teraz przyszło zaproszenie na…
Obóz przygodowy z psami w Republice Ściborskiej

Trudniejsza i bardziej rozbudowana forma niż obozy dla ojców z synami

7 dni razem w prawdziwej naturze

obozzpsami1

 

UCZESTNICY: całe rodziny, ale także mogą brać udział osoby indywidualne, rodzice z dziećmi. Osoby niepełnoletnie mogą uczestniczyć z pełnoletnim opiekunem. Minimalny wiek uczestników – 8 lat.

obozzpsami2Prowadzący obóz:

Dariusz Morsztyn Biegnący Wilk

 

obozzpsami3

PROGRAM:

– codzienne zajęcia z psami zaprzęgowymi Biegnącego Wilka (cani cross, jazda zaprzęgiem, dog trekking, wyprawy z psami, zabawy ze szczeniętami, dogoterapia naturalna). Każdy otrzyma na cały obóz do opieki nowego przyjaciela – psa zaprzęgowego.

– niestandardowe zajęcia sportowe (codzienne poranne zaprawy fizyczne, nietypowe sporty i zawody) i hartowanie (kąpiele i czarna bania)

– codzienna wyprawa terenowa (teren górzysty, niezwykłe bagna, dzika rzeka, jeden nocleg w lesie)

– zajęcia indiańskie, eskimoskie, survivalowe, edukacyjne

– praktyka życia w indiańskim i traperskim stylu (nauka posługiwania się nożem, siekierą, piłą, zbieranie ziół i grzybów, praca przy koniach, traperskie gotowanie).

obozzpsami4Każdego dnia będą zorganizowane zajęcia i praca w obozowisku.

Ideą projektu jest przeniesienie się w naturalny świat, którego już nie ma na co dzień.

obozzpsami5

ZAKWATEROWANIE i WYPOSAŻENIE:

– każda rodzina mieszka w tipi, posiłki będziemy przygotowywać w replice autentycznej chaty traperskiej, wodę będziemy brać ze studni założonej w 1784 roku (najlepsza w okolicy), codziennie baniowanie w archaicznej czarnej bani, do dyspozycji kilka miejsc do kąpieli na terenie Republiki, muzeum eskimoskie, indiańskie i Marii Rodziewiczówny, zabytkowa czynna pasieka z 1935 roku, ekologiczny ogród (nasza ziemia od ponad 30 lat nie jest nawożona chemią – kultywujemy zdrowy styl życia), stałe mieszkanie w sąsiedztwie z dziką przyrodą na terenie Lasów Skaliskich (m.in. łosie, jelenie, wilki, rysie, orły…, na naszym terenie żyje stado koni, bobry, żurawie, bociany, 50 psów zaprzęgowych (w tym małe szczeniaki).

My nie inwestujemy w luksus i standard…, jesteśmy cząstką przyrody. Jeśli chcesz przeżyć przygodę w autentycznym, zdrowym miejscu, opartym na starych wiejskich zwyczajach i pracy – zapraszamy do Republiki Ściborskiej!

obozzpsami6WYŻYWIENIE

Żywimy się zdrowo i wegetariańsko. Wszyscy po kolei przygotowują pożywienie. Zioła i część warzyw każdy będzie bezpośrednio pobierał z organicznego ogrodu. Codziennie pięć posiłków.

 

 

obozzpsami8

OBOWIĄZKOWE WYPOSAŻENIE NA OSOBĘ:

– dobry traperski nóż i siekiera (albo weźcie cokolwiek albo sprawcie sobie te dwa narzędzia doskonałe – na całe życie, na obozie umożliwimy zakup dobrych, ręcznie wykonanych noży), wszystko pozostałe jest mniej ważne ale może się przydać: śpiwór, strój traperski (długie mocne spodnie, wysokie buty, koszula z długimi rękawami, nakrycie głowy – do pracy, wędrówek) taki aby nie żal go było brudzić, strój sportowy, strój do pracy (np. przy psach, rękawice do pracy), indywidualna apteczka (indywidualne leki, środki do dezynfekcji i obtarć), moskitiera do spania, przybory do jedzenia i mycia.

Na pewno: schudniesz, zahartujesz się, scementujecie rodzinę, zyskasz wyrobienie, poznasz maszerski fach i wiejskie, prawdziwe życie, wyrobisz się w technikach survivalowych.

NA OBOZIE NIE UŻYWAMY: telefonów komórkowych, smartfonów, komputerów, alkoholu, tytoniu, słodyczy, używek, niezdrowej żywności.

Jak się przygotować:

– lektura: „Porąb i spal” Larsa Myttinga, „Lato Leśnych Ludzi” Marii Rodziewiczówny

– pouczcie się posługiwania siekierą i nożem, palenia ognia, potrenujcie trochę i pogimnastykujcie się przed obozem (mniejsze będą zakwasy pierwszego dnia…)

– dograjcie sobie sprzęt i ubiór, nie idźcie w stronę mody i wyglądu, a praktyczności!

Minimalna ilość osób na obozie – 10, maksymalna – 20.
Minimalny wiek uczestników 8 lat.

Turnusy: 6-13 sierpnia & 20-27 sierpnia

Ceny:

– osoba indywidualna – 1050 zł
– dwie osoby (rodzic + dziecko, para osób) – 950 zł/osobę
– rodzina (3 i więcej osób) – 850 zł/osobę
– własny pies na obozie – 100 zł

Za odpłatność każdy otrzymuje: 7 dni programu, miejsce zakwaterowania, psy do współpracy, wyżywienie (wspólnie wykonywane), podstawowe ubezpieczenie.

Płatność: 50% z góry w momencie rezerwacji, reszta na obozie gotówką.

Zgłoszenia,info: biegnacy-wilk@post.pl, 604 29 29 97

Uwaga – można się u nas zgłosić na wlontariat lub praktykę studencką. Więcej informacji TU