Paczka z książkami

Ewa Maria Slaska

Zanim zostałam archeolożką

Kasi i Julicie

Przyszła z Polski paczka z książkami. Rozpakowałam ją, położyłam książki na fotelu i… nie wiedziałam, śmiać się czy płakać. Zobaczyłam bowiem jak na dłoni stan mojego umysłu latem 1967 roku, kiedy to nie mówiąc tego głośno i wciąż jeszcze wybierając się na polonistykę, tak naprawdę już dobrze wiedziałam, że jedyne, co chcę studiować to archeologia.

 

Zacznijmy od rejestru:

Ferdinand Anton, Alt-Peru und seine Kunst
Artur Maria Swinarski, Parodie
Artur Maria Swinarski, Satyry
Olgierd Budrewicz, Romans Morza Karaibskiego
Anna Świderek, Kiedy piaski egipskie przemówiły po grecku
Jan Parandowski, Dysk olimpijski
Kazimierz Michałowski, Jak Grecy tworzyli sztukę
Henri Lothe, Malowidła kwitnącej pustyni
Jack London, Przed Adamem
Artur Maria Swinarski, Trylogia Trojańska w dwóch wieczorach
Etienne Drioton, Egipt faraonów
Anna Sadurska, Sztuka ziemi wydarta
Feliks Z. Weremiej, Śladem zagubionych ogniw
Claude Arthaud, François Hébert-Stevens, Andes toit de l’Amérique

Oczywiście nie były to wszystkie moje książki popularno-naukowe o archeologii, przede wszystkim nie ma tu patrona wszystkich, którzy w owym czasie chcieli studiować archeologię czyli Zenona Kosidowskiego. Gdy słońce było bogiem i Kraina złotych łez to były nasze biblie (Opowieści biblijne już w mniejszym stopniu) i przewodniki duchowe, ale mieliśmy też do dyspozycji mnóstwo innej literatury, bo program wydawniczy w zakresie literatury popularno-naukowej w latach 60 był już szeroki, obejmował całą paletę wiedzy, która mogła zainteresować świadomych obywateli Republiki. Ceny książek były tak przystępne, że nie pamiętam ani jednego razu, kiedy by się ktoś zawahał przed kupnem książki, nawet dużego albumu o sztuce,  z uwagi na cenę. Mogło ich ewentualnie nie starczyć dla wszystkich, ale i pod tym względem lata 60 były jeszcze bardzo dla nas łaskawe. Prawdziwe wojny o książki toczyło się dopiero w latach 70 i 80.

I może jeszcze słowo wyjaśnienia, bo na zdjęciu i w rejestrze zawartości paczki widnieją książki obcojęzyczne. Było ich mnóstwo, a wydawały je nasze bratnie republiki, na przykład “enerdowska”. Ciekawsza jest sprawa z publikacją francuską z roku 1955, tę, jak sądzę, przywiózł jakiś marynarz i sprzedał w antykwariacie.

Miałam więc książki. Mnóstwo książek. Michałowskiego o Egipcie (każdy chciał do Egiptu!), o jaskini Lascaux i (mnóstwo) o Atlantydzie, sterty książek o Ameryce Łacińskiej (to była nasza miłość, jeszcze większa niż Egipt, a to z uwagi na… Cortazara, ale o związkach archeologii z literaturą piękną za chwilę), był Parandowski i jego przepięknie literacko opracowane Mity greckie, ale też Mity greckie Gravesa… O archeologii Słowian mnóstwo pisał Jasienica, którego za chwilę mieli przestać wydawać, bo nagle mu wyciągnięto sprawę przynależności do bandy Łupaszki, ale na razie wciąż jeszcze… Schliemann i Evans byli bliskimi nam ludźmi, właściwie współczesnymi, i bardzo się przejmowaliśmy ich dokonaniami. Jedno z kolorowych czasopism drukowało co tydzień na tylnej okładce artykuły o archeologii, niestety nie pamiętam które (za to pamiętam artykuł o Knossos), a internet w tym względzie w niczym nie pomaga…

Wiele z tych książek miałam i z biegiem lat sprowadziłam je z Gdańska do Berlina, ale jak widać nie wszystkie, skoro nagle moja siostra mogła mi dostarczyć pudło pełne szkolnych lektur… I to w takiej przedziwnej konstelacji. Wszystkie książki z pudła kojarzą się z moimi własnymi przygotowaniami do studiów, ale na pewno nigdy w takim zestawie nie stały razem na żadnej półce. A przecież tak ktoś kiedyś musiał pakować schedę po mnie. Dziesięć książek na raz z jednej półki i do kartonu. Drugie dziesięć, zamykamy pudło i do piwnicy albo na strych.

Okazuje się, że na strych.

Kasiu, pytam, skąd to wzięłaś? I kto to tak zapakował?
Ja.
I dlaczego tak?
Bo na strychu..

Ach, na strychu. Ale u Kasi na strychu? Ja tam nigdy nie mieszkałam! Mniejsza, widocznie podczas likwidowania mojego mieszkania moje książki trafiły do rodziców, a po ich śmierci do Kasi… Czternaście lat temu, 22 września 2002 roku, umarł tata (RIP, Tato!), a my ostatecznie zlikwidowałyśmy mieszkanie rodziców na Grunwaldzkiej.

Bo postanowiłam posprzątać na strychu (moja siostra ostatnio wszystko sprząta, to wiem). Było mnóstwo książek. Brałam do ręki każdą osobno i niektóre były wyraźnie dla ciebie, więc odkładałam je do kartonu…
Dla mnie?
No tak, myślałam sobie, ach to była książka Ewy, albo, ach to na pewno Ewa chętnie będzie miała, a przy Swinarskim…
No właśnie, Swinarski, skąd wiedziałaś, że Achilles i Panny?
Nie wiedziałam, ale pomyślałam, że to taka literatura, że tylko ty, jedyna na świecie, jeszcze jesteś w stanie ją odczytać rozumiejąc wszystkie jej złożone warstwy ironii, erudycji i aluzji politycznej.

Tak jak sądziłam, to nie ja ułożyłam te książki w taki zbiór, zrobiła to porządkująca intuicja mojej siostry… Kasia sama z siebie nie wiedziała więc, że fragmenty Trylogii trojańskiej Swinarskiego, które Mama wkleiła do zeszytów (o tym TU), pokazały mi, że archeologia to nie (tylko) żmudne skrobanie szpachelką po warstwie gliny, ale sposób zbierania informacji o tym, jak żyli ludzie, ani że London i że to dzięki jego minipowieści o plejstocenie zrozumiałam, że najbardziej interesuje mnie epoka kamienia, bo wtedy zaczynało się wszystko, co ze zwykłego zwierzęcia zrobiło człowieka. I o tym jest ta powieść.

Pierwsze wydanie 1907, I wydanie polskie 1957, wydawca Wiedza Powszechna, przekład S.M., autor okładki Włodzimierz Lewiński.

To mi oczywiście przypomina inne książki, które namiętnie czytałam (a potem się okazało, że czytaliśmy). Na przykład Nienacki, tak, ten od Pana Samochodzika. Jedna z najlepszych książek dla młodzieży o archeologii to był Skarb Atanaryka, powieść wydana w roku 1960 jeszcze poza serią, a w następnych wydaniach dodana do Pana Samochodzika jako presequel.
Ale też Cortazar, nasza kultowa lektura, która przeniosła nas wszystkich w świat nigdy przedtem nietknięty najmniejszym nawet poruszeniem naszych umysłów. Cały kontynent nie istniał na naszej wewnętrznej mapie świata, dopóki nagle nie pojawili się Maga i Rocamadour z kubeczkami do picia mate, a my zaczęliśmy mówić po “gliglińsku”. Gdy książka ukazała się po polsku był rok 1968. Studiowałam wtedy polonistykę, kupiłam Grę w klasy i na zawsze porzuciłam myśl o zostaniu polonistką. Musiałam, po prostu musiałam nauczyć się po “gliglińsku” i zrozumieć ciężar kultur, azteckiej i tolteckiej, z których wyrósł Cortazar… I niech mi nikt nie mówi, że Cortazar jest Argentyńczykiem, a ja się tu odwołuję do kultur prekolumbijskich (ale i preazteckich) w Meksyku, bo dla mnie (DLA MNIE) Cortazar to ostatni Toltek, człowiek który wyrąbał niezwykłych ludzi z czarnego kamienia…

Posągi atlantów, dawniej podtrzymujących dach świątyni w Tuli, stolicy Tolteków w okresie IV-X w.n.e.

Na zakończenie podsunę jeszcze Czytelnikowi taką oto znalezioną w Wikipedii myśl, nieznaną mi jako studentce archeologii, ale już wówczas na pewno przeczuwaną… Bo inaczej skądby ten Cortazar?

W ostatnich dziesięcioleciach coraz większym uznaniem środowisk naukowych cieszy się teoria, która nie wiąże nazwy Toltekowie z żadną konkretną grupą etniczną, ani okresem historycznym. Zgodnie z tą koncepcją, opisywani w azteckich przekazach Toltekowie traktowani są bardziej jako konstrukcja filozoficzna i jako mityczna – przynajmniej po części – grupa różnych antycznych społeczności i kultur. Miały one poprzedzać cywilizację Azteków, charakteryzować się wysokim na owe czasy poziomem rozwoju (kultury, cywilizacji i urbanizacji) i być przeciwstawiane “dzikim” zdecentralizowanym ludom wędrownym regionu.

Zgodnie z tą interpretacją każdy ośrodek miejski ówczesnej Mezoameryki mógł być określany Tollan, a jego mieszkańcy – zwani Toltekami. Władcy tak różnych cywilizacji, jak Aztekowie, Majowie Quiché i Majowie Itza wywodzili swe pochodzenie od takich mitycznych tolteckich władców-bogów, jak Quetzalcoatl czy Kukulkan.

 

Victor Jara

Cementerio General de Santiago

Dejé el nicho cubierto con una tosca lápida en la que se leía, sencillamente:
VÍCTOR JARA
14 septiembre de 1973

Tak zapisała Joan Jara w przedmowie do książki o Victorze, Un canto truncado

Grobu wielkiego chilijskiego muzyka, bohatera i ofiary puczu Pinocheta, o którym pisze jego żona Joan Jara, takiego, jaki zobaczyła w październiku 1973 roku, już nie ma. Na starym zdjęciu widać symbole pokoju i napis “Do zwycięstwa…” W roku 2009 niszę chroniącą prochy, jedyny grób, jaki reżim pozwolił przygotować dla swej ofiary, zastąpiono dużym grobem ziemnym.

Joan Jara pisze, że na grobie męża widniała data śmierci 14 września 1973 roku, na górnym zdjęciu nie widać w ogóle, jaki to dzień, wikipedia hiszpańska, niemiecka, polska i angielska podają datę 16, a wydaje mi się, że na nowym nagrobku widnieje 13 i tak też informuje wikipedia francuska. Na pewno aresztowano go 12 września, w drugi dzień puczu. Reżim zaczyna rządy od zabicia piewców wolności. Jakie podobieństwo ze śmiercią Federica Garcii Lorki.

jara-12-kleinByli u nas, Victor Jara, jego choreografka, Margot Loyola, jego zespół, Cuncumén. Mama i Ojciec nazywali ich “Chilijcy”. Pisałam już TU o tej wizycie. Teraz w rocznicę śmierci pieśniarza dodam coś nowego, a mianowicie książkę, którą kilka tygodni temu przysłała mi moja siostra.
Joan Jara, żona artysty, wydała ją we wrześniu 1983 roku, w 10 rocznicę śmierci męża. Przyjaciółka Mamy, Janelle, kupiła ją, napisała dedykację i przysłała do Gdańska w maju 1986 roku.

Mama włożyła do książki zdjęcia z pobytu “Chilijców” u nas w domu. Kasia twierdzi, że jedna z tych dziewcząt na zdjęciu to ja, ale nie byłabym tego taka pewna. Gdy nas odwiedzili, miałam 12 lat, ta podobna do mnie dziewczyna jest jednak dużo starsza, może ma nawet 18 lat.

jara-9klein

W książce nie ma mowy o Polsce, o Gdańsku i o nas, chociaż Joan dość dokładnie opisuje kilkumiesięczną podróż zespołu i Victora do Europy, 1 lipca byli w Pradze, 7 września w Odessie. Przy opisie podróży nie znalazłam żadnych uwag Mamy (a często pisała w książkach – mam to po niej), natomiast jest tam zdjęcie, które jednak muszę zreprodukować i zamieścić – ostatnie zdjęcie Victora…

Wszystkie zdjęcia z książki i książki zrobiła Ania. Specjalnie do mnie przyszła, żeby je zrobić! Dziękuję.

jara-11-klein

A to już zdjęcia z Gdańska, poznaję te firany – kupowało się je bodajże w Cepelii, a ponieważ kiedyś pomagałam naszej znajomej je produkować, wiem, że odbijało się je ręcznie z kilku nakładanych po kolei płyt linoleum. Na pierwszym zdjęciu, ten po prawej, to Viktor. Na drugim – ta po lewej to słynna Margot Loyola. Na trzecim, na fotografii po prawej, ta z przodu, pochylona, to teoretycznie mogłabym być ja, ale chyba nie jestem… Szkoda…

jara-8klein jara-7-klein jara-5-klein-dopel jara-4-klein-pion

Stuart intermezzo

Gdy tak sobie idę sama dokądś, daleko, najlepiej na pielgrzymkę, gdy już uporządkuję wszystkie bieżące myśli i zadania, gdy już przypomni mi się wszystko, o czym zapomniałam, zdarza się, że zaczynam się bawić sama ze sobą w różne gry pamięciowe czy skojarzeniowe, perypatetyczne słówka i państwa-miasta, ruchome piaski spontanicznej twórczości i wędrujące wydmy wiedzy. Jedną z takich zabaw było sprawdzanie, co wiem o jakimś państwie… Państw jak wiadomo jest prawie 200, jest się więc czym zabawiać. Oczywiście nie mam najmniejszego pojęcia o Wyspach św. Tomasza, ale już wiem na przykład całkiem sporo o Wyspach Zielonego Przylądka… Spróbujcie kiedyś, to fajna zabawa… Dziś Australia. Joanna Trümner i Lech Milewski co i rusz przenoszą nas na ten odległy kontynent. Gdy Joanna wczoraj napisała, że kolejny odcinek o Stuarcie przesunie się o tydzień, natychmiast zaproponowałam jako intermezzo moją ulubioną zabawę i napisałam, z czym mi się kojarzy Australia. Kangury, opale, koala, eukaliptus, Kościuszko, Ayer Rock, dziobak, kukabura, aborygeni, wielbłądy, hiacynty wodne, króliki, lirogon, psy dingo… No i znaczki i paczki od cioci z Australii. Znaczki pełne były nieznanych zwierząt, a paczki to było niezwykłe ruchome święto, bo choć potem z reguły się okazywało, że niemal żaden ciuch nie nadaje się do noszenia, to były tam cudowne zabawki, a samo rozpakowywanie paczki było nadzwyczajnym wręcz przeżyciem. Mama zawsze czekała na nas z otwarciem paczki. Wracałyśmy ze szkoły i nagle w szaroburej rzeczywistości PRL-u otwierało się okno do kolorowego świata. Były matchboxy i lalki-niemowlaki, pokoik dla lalek z mebelkami wykładanymi różowym jedwabiem w kwiatuszki, kolorowanki z Królewną Śnieżką i myszką Miki, srebrne pocztówki i teatrzyk… I sterty kolorowych ciuchów. Różowe i seledynowe sweterki, wielkie atłasowe suknie balowe, fiołkowe i ciemnoniebieskie,  czerwone i żółte szale… Koronki, tafta, jedwab… Brokat, hafty… Jaki piękny, piękny świat…

Joanna przysłała nam na dziś kilka australijskich fotografii. Nie układam ich w żaden specjalny sposób, nadałam im tylko nazwy, a komputer je wg tych nazw ułożył. I oto zaczynamy od okna do innego świata… Z Australią widocznie tak jest…

sydneyskalki sydney sydneyfoko sydneykang sydneykoala sydneyopera

Smalec z borsuka

Ewa Maria Slaska

…czyli kilka informacji o życiu wewnętrznym blogera

Admin bloga ma wgląd w różne sprawy z kuchenno-piwnicznego zaplecza radosnej twórczości blogerskiej, które czytelnika wcale nie muszą interesować. Ale mogą, rzecz jasna…

Tak to wygląda na wejściu w codzienne zadania administracyjne, które z reguły zajmują mi około dwóch godzin dziennie. Ale ja nie o tym…

wnetrznoscibloga

To, co zawsze pobieżnie sprawdzam w tym momencie to ten niebieski diagram, statystyka wejść w ostatnich dwóch tygodniach. Zawsze wtedy widać, co ludzie ostatnio chętnie czytali. Tym razem (piszę tego posta 29 sierpnia) najwyższy słupek to mój własny wpis, Z książki niewydanej… Czarny pasek po lewej to menu strukturalne, mogę wybrać czy zmieniam strony, wpisy, bannery, wygląd ogólny, ale mogę też sprawdzić komentarze i skontrolować tagi. Potem są dane o aktualnych wpisach, u góry te, które pojawią się w najbliższych dniach (jeśli już są przygotowane), pod spodem te, które ukazały się dziś oraz cztery poprzednie… Powyżej szybka kontrola statystyk samego bloga:

wnetrznosci2

Widać gołym okiem, od 21 grudnia 2012 roku(same zera jedynki i dwójki!) ukazało się do dzić czyli 29 sierpnia 1349 wpisów. Jak ktoś chce, niech liczy, a jak nie to można mi wierzyć na słowo. Codziennie jeden, a były dwa czy trzy dni, że były dwa wpisy, jeden rano, a jeden przed północą… Wprawdzie jeden gdzieś tam wypadł (autor najpierw dał a potem odebrał – raz się zdarzyło!) ale te dwa czy trzy podwójne wyrównują statystykę z nawiązką. Mamy w blogu trzy tzw strony czyli te informacje na listwie górnej (About us, Impressum i Heute/Dziś / Today). Napisaliście / napisaliśmy (bo i ja to robię) 1770 komentarzy, a nadesłano ich o kilkadziesiąt tysięcy więcej. Dokładnie wyliczając 29 sierpnia tych niechcianych komentarzy było 43.884. Zajmuje się nimi sam główny nasz administrator czyli WordPress, który zastosował sito kontroli komentarzy Akismet. Akismet jednak niczego nie wyrzuca, tylko zostawia mi wszystko do kontroli. Dziś powinnam przejrzeć 8 spamów. Trzeba to robić, bo fizycznie to jednak ja je muszę usunąć, a nie jakieś coś o nazwie Akismet, a poza tym jednak czasem, rzadko, ale zdarza się, że w spamie lądują porządne komentarze i trzeba je wyłuskać. Tym razem były jednak same bzdury:

wnetrznosci3

Likwiduję je, każdy komentarz osobno, czasem rzucam okiem na ich treść, czasem jednak coś mnie zafrapuje i zrobię z tego wpis, jak np TU. Zajrzyjcie, naprawdę warto.

Od dłuższego czasu jednak zaprząta mnie pytanie związane z kolejną usługą, jaką WordPress oferuje adminom. Oprócz statystyk pokazuje mi bowiem, jakie wpisy były ostatnio chętnie czytane:

smalecborsuk

Ze starszych wpisów czytelnicy najchętniej wracali jeszcze do pierwszego wpisu Kingi Szpuler o tłumaczeniach Mamy, Ireny Kuran-Boguckiej, oraz do posta Zbycha Milewicza o Królewcu. Czasem pojawią się tu wpisy sprzed dwóch lub trzech lat, dziś jednak trzymamy się aktualności.

A obok są podane najczęstsze tematy wyszukiwania w samym blogu. Od tygodni, uwierzcie mi, od tygodni głównym tematem, pojawiającym się na pierwszym miejscu jest… smalec z borsuka. Kręcę głową w zadziwieniu, ale sprawdzam i otóż okazuje się, że i owszem, we wpisie Ryszarda Dąbrowskiego o babci tatarskiej szamance jest hasło “smalec z borsuka”! jest cały wywód o środkach pochodzenia zwierzęcego, stosowanych w medycynie ludowej. Proszę:

Lekami pochodzenia zwierzęcego były: tłuszcze z borsuka, jeża i niedźwiedzia oraz psi i wieprzowy smalec (zewnętrznie do nacierania przy zapaleniu oskrzeli, wewnętrznie przy chorobach płucnych, szczególnie gruźlicy), smalec z gęsi, kury i królika (do nacierania przy bólach powstałych w wyniku zaziębień oraz od zawiania). Wszystkie te tłuszcze były także składnikami różnych maści.

Ponadto stosowano mleko kobyle, kozie i krowie (zewnętrznie do przemywań i kompresów przy przeziębieniach oraz stanach zapalnych płuc i oskrzeli, wewnętrznie na gorąco z miodem i masłem przy przeziębieniach i schorzeniach dróg oddechowych, zwłaszcza kaszlu), kożuchy z mleka (przeciwko wrzodom i jęczmieniu na oku), zsiadłe mleko (jako okłady na opuchnięcia), śmietanę i masło (jako składnik maści) oraz sery (zewnętrznie do okładów przy stanach zapalnych i gorączce, wewnętrznie w celu ułatwiania zrastania kości) i serwatki z mleka (zewnętrznie jako kompresy przy bólach reumatycznych, stłuczeniach, bólach głowy, wewnętrznie oczyszczająco przy przeziębieniach, chorobach wątroby i nadkwasocie).

Z organów zwierzęcych stosowano żółć wieprzową (jako nalewkę na spirytusie przeciwko dolegliwościom żołądkowym i zatruciom) oraz żołądek cielęcy (do okładów przy chorobych oczu).

Żółtkami jajek utartymi z cukrem i zalanymi gorącym mlekiem leczono przeziębienia i choroby krtani. Surowym białkiem okładano oparzenia i stłuczenia.

Miód był powszechnie stosowany w stanie czystym oraz łączony z wodą, mlekiem, masłem, wywarem z ziół i alkoholem w wielu schorzeniach a szczególnie dróg oddechowych i serca.

Znaczenie lecznicze posiadała także pajęczyna (sama w sobie lub ugnieciona z chlebem do leczenia ran) oraz mrówki (które po zalaniu spirytusem służyły do nacierania przy reumatyzmie a chore części ciała wkładano też do mrowiska w celu pokąsania).

Mocz ludzki i zwierzęcy używany był do okładów przy zwichnięciach i spuchnięciach oraz do dezynfekcji ran i skaleczeń. Terapeutyczne stosowanie środków pochodzenia zwierzęcego wymagało specyficznej wiedzy i dużego doświadczenia.

Wniosek? Prosty. Nigdy się nie dziw. Z reguły i tak się okaże, że to co Cię najbardziej zadziwi, to Ty sam.

Taka mądrość Slaskiej na niedzielę.

Piątek w sobotę

Niemal od początku istnienia tego blogu, a jest to już, jakby nie było, dobrze ponad trzy i pół roku, niemal regularnie, Roman Brodowski publikuje wpis w pierwszy piątek miesiąca, a tu tymczasem pierwszy piątek miesiąca był wczoraj i został oddany Zbychowi Milewiczowi, który z kolei zawiaduje na tym blogu nie tylko świetnym reportażem, ale i dziwnymi rocznicami (np. jubileusz misia pluszowego), dziwnymi dniami (dzień prostytutki) i strasznymi katastrofami. Wczoraj minęła 350 rocznica ogromnego pożaru Londynu, o którym każdy z nas uczył się na lekcjach angielskiego (London’s burning), po prawdzie nie wiedząc, że to piosnka o autentycznym pożarze. I to jakim.

Tak czy owak pierwszy piątek miesiąca Romanowi przepadł, dostał więc za to pierwszą sobotę miesiąca… Ot, taka nowa, świecka tradycja.

Roman Brodowski

Festiwal kultury trzech narodów

Tam gdzie wielka polityka, zwłaszcza ta na najwyższych szczeblach zawodzi, gdzie interes państwa dotyczący stosunków międzynarodowych ważniejszy jest od ogólnospołecznego, tam często dla przeciwwagi lokalne społeczności biorą w swoje ręce inicjatywy i rozwijają dobre stosunki z sąsiadującymi narodami. Przykładów przytoczyć można wiele.

Jednym z nich jest, zorganizowany już po raz szesnasty Międzynarodowy Festiwal „Kanał Augustowski w Kulturze Trzech Narodów – Białorusinów, Polaków i Litwinów”. Organizatorami tej imprezy od strony białoruskiej są Wydział Kultury i Religii Urzędu Wojewódzkiego oraz grodzieński oddział Związku Polaków na Białorusi.

kanalaugu (2)

Początkowo impreza ta odbywała się tylko na Grodzieńszczyźnie, przy Kanale Augustowskim, w okolicy śluzy „Dąbrówka”. Jednak przy wsparciu Urzędu Miejskiego w Augustowie, augustowskich placówek kultury oraz Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego, festiwal ten już po raz trzeci przekroczył granicę białorusko-polską i odbywa się także po polskiej stronie, w zielonej scenerii augustowskich jezior.

Jak zawsze imprezie tej patronuje po obu stronach granicy wiele instytucji, organizacji pozarządowych oraz media.

Dzięki białoruskim i polskim przyjaciołom, (zwłaszcza tym ze Stowarzyszenia Pomocy „Rubież” , z siedzibą w Białymstoku) w tym roku i my, Polacy z Berlina mieliśmy okazję poczuć atmosferę tej festiwalowo-festynowej zabawy. Pojechaliśmy we trzech, Andrzej, Jurek i ja.

kanalaugu (1)

Naszą podróż rozpoczęliśmy dwudziestego sierpnia w Białymstoku. To z tego miasta wczesnym porankiem, wraz z grupą działaczy i wolontariuszy Stowarzyszenia, autokarem wyruszyliśmy w kierunku wschodniej granicy Polski, gdzie, po obu stronach, odprawieni zostaliśmy szybko i bez jakichkolwiek niemiłych zdarzeń. Wielką niespodzianką natomiast był wjazd do Grodna. Zostaliśmy powitani przez przewodniczącego tutejszego oddziału Związku Polaków na Białorusi, Kazimierza Znajdzińskiego, jak nakazuje polska tradycja – chlebem i solą. Po ceremonii powitania udaliśmy się w dalszą drogę, bezpośrednio do położonej pośród pięknych lasów, nad kanałem, wspomnianej już wcześniej śluzy „Dąbrówka”.

kanalaug (3)

Czym jest Kanał Augustowski? Kiedyś był to gospodarczy szlak wodny łączący Polskę i Białoruś. Dzisiaj jest to prawdziwa perła Europy wśród turystycznych szlaków wodnych.Powstał w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku i łączy dopływy Wisły z Bałtykiem poprzez dopływy Niemna. Ma sto dwa kilometry długości. Posiada osiemnaście murowanych śluz, które umożliwiają pokonywanie różnicy poziomów wynoszącej pięćdziesiąt cztery metry. Ten jakże cenny zabytek co roku przyciąga tysiące kajakarzy. Kanał łączy nie tylko wody i krainy, ale też, przede wszystkim – ludzi. Sprawia, że mieszkający nad jego brzegami obywatele różnych narodowości spotykają się, by, jak co roku, wspólnie śpiewać, tańczyć, odnowić stare przyjaźnie.

Festiwal rozpoczął się przemarszem barwnego korowodu białoruskich, litewskich i polskich zespołów folklorystycznych, ku zadowoleniu licznie zgromadzonej, przybyłej na występy publiczności.

kanalaugu

Oficjalnego otwarcia dokonał wicegubernator Obwodu Grodzieńskiego. Pozdrawiając wszystkich, wyraził nadzieję, że w przyszłości festiwal być może będzie nie tylko okazjonalnie łączył przygraniczną ludność, ale stanie się imprezą dostępną dla każdego kto, kocha folklor i dobrą zabawę. Wiele ciepłych słów padło i z innych ust, głos zabrali bowiem: prezydent Augustowa, Konsul Generalny RP w PGrodnie , a także przedstawiciel konsulatu litewskiego. Wszyscy oni wyrażali nadzieję, nadzieję na wolną od granic i przyjazną tę część Europy.

Warto wspomnieć o wystąpieniu prezesa Stowarzyszenia Pomocy „Rubież”, Józefa Kulikowskiego, który przypomniał o genezie powstania festiwalu, o ciężkiej pracy wielu osób zarówno ze strony polskiej jaki i białoruskiej, dla urzeczywistnienia tej pięknej inicjatywy kulturalno- społecznej, jaką jest Festiwal Trzech Kultur, nad Kanałem Augustowskim.

kanalaug (2)

Na zakończenie oficjalnych wystąpień, w imieniu naszej skromnej, berlińskiej delegacji, i ja zabrałem głos, wspominając nieco o naszej wspólnej, polsko-białorusko-litewskiej przeszłości. Używając przenośni, porównałem, uczestników jak i gości imprezy do postaci Adama Mickiewicza, poety trzech kultur, piszącego po polsku o Litwie, wysławiającego piękno białoruskiej krainy, marzącego o szczęśliwym życiu w wolne j, „jak bracia pospołu” Ojczyźnie.

A potem rozpoczęła się prawdziwie sielankowa zabawa. Na scenie ze śpiewem, tańcem, muzyką prezentowały swój kunszt zespoły folklorystyczne. Wokół sceny, nad brzegami kanału, na porozstawianych straganach podziwiać można było okoliczne rękodzielnictwo, a i kupić co nieco. Place zabaw dla dzieci i dorosłych, stoiska na których regionalna strawa i napitek kusiły do skosztowania, ale przede wszystkim atmosfera jaka tam panowała, na niejednym z nas wywarła niesamowite wrażenie.

„Dąbrówka” tą atmosferą żyła do późnych godzin popołudniowych.

Następnego poranka, przez przygotowane tylko na ten dzień przejście graniczne w Lipszczanach, przejechaliśmy do Augustowa, gdzie w amfiteatrze, nad brzegami jeziora Necko po raz kolejny artyści ze Wschodu mieli okazję zaprezentować się publiczności. Powitani ciepłymi słowami przez prezydenta miasta oraz przedstawiciela Rejonu Grodzieńskiego, zarówno uczestnicy festiwalu, augustowianie, jak też przebywający nad jeziorem goście bawili się wspólnie przy muzyce i śpiewie, do godzin popołudniowych.

Akcentem końcowym był wspólny rejs statkiem po jeziorach , zorganizowany przez władze Augustowa.

Aby takie imprezy służyły łączeniu narodów, z pewnością życzy sobie znakomita większość rodaków. Ale… czy uczymy się, czy uczymy nasze dzieci, tej zwykłej, ludzkiej i nie tylko ojczyźnianej, ale tej ponadnarodowej jedności…?

Berlin, 24.08.2016

Wehikuł czasu

Ewa Maria Slaska i Róża Gałecka

Jedno z tych spotkań…

których się nie spodziewasz, a które na długo zapadną ci w pamięć. Jestem w Sopocie, mój przyjaciel Krzysztof podjeżdża po mnie samochodem.

Pojedziemy do mojej kuzynki, mówi.
Ależ oczywiście, odpowiadam, bo ja zawsze odpowiadam, że ależ oczywiście, jeśli mam się z kimś spotkać, o kim nic nie wiem.

Wjeżdżamy na ulicę Polanki, skręcamy w prawo, w lewo… Dzwoni komórka, odbieram, Lidia, omawiamy wpis na niedzielę, a w międzyczasie Krzysztof i ja wchodzimy do jakiegoś domu, na schodki, do sieni, dzwonimy, ktoś otwiera, no tak mówię, w piątek muszę mieć materiał, witam się, to Ewa Maria Slaska, mówi Krzysztof, koniecznie w piątek, mówię, bo potem nie wiem, czy będzie łącze z internetem, zasadniczo wciąż nie ma, dzień dobry, przepraszam, to pa, na razie i …

Och!

Nie wiem, jak się to stało, ale nagle jestem w pokoju mojej teściowej przed 50 laty, w Poznaniu, gdy obie z Ewą (tą drugą Ewą Marią Slaską, choć wtedy to ona była ta pierwsza, a ja się nazywałam Ewa Bogucka) właśnie zaczynałyśmy studia, ale jestem też na tak zwanej “Batorówce” we Wrzeszczu na ulicy Batorego, w pokoju prababci, ponad 60 lat temu…

hortensjeroza

Jest jednak inaczej, bo u Teściowej i Prababci wszędzie na ścianach wisiały obrazy, ale tu są po prostu wszędzie. Martwe natury, krajobrazy, morze, łodzie, drzewa, ulica w deszczu, tu czerwony parasol, a tu zielony…

lustroroza

Róża maluje, mówi Krzysztof, i pisze wiersze…

Jestem oczarowana, oszołomiona, szczęśliwa, ale też chce mi się płakać. Czegoś mi nagle brak, czegoś żal, żebym ja tylko wiedziała czego… Wiem, że to moja wina, coś zaprzepaściłam, coś przepuściłam przez palce, coś mi uciekło… Już nie piszę wierszy, już nie jestem dobra, już nie wierzę, że można się doskonalić… Ach, bzdury tu wypisuję, każdy ma inne życie, nie mogę mieszkać w takim pokoju, nie mogę mieć takiej wiary i ufności w spojrzeniu, nie mogę… bo ja muszę coś innego, dokądś się muszę spieszyć, coś muszę załatwić… Biegiem, biegiem, umrę w biegu…

Ale teraz, przez chwilę jestem w tym dziwnym miejscu, w pokoju Bzowej Babuleńki, wyniesiona poza czas i miejsce…

Na fotelu w czarodziejskim pokoju u Róży…

kubekroza

Róża Gałecka

Obłoki

Owiewają mnie obłoki
i nie wiem czy one
spływają do mnie
czy podnoszą mnie wzwyż
zbyt lekkie by dotknąć ich słowem
a tak dotykalnie obecne
że przedmioty tracą
swą tożsamość
by w nich się roztapiać

światów przenikanie
trzymam w dłoni
jak bezradny pędzel
przed pustą sztalugą
która prosi o obraz
jak nie napisany wiersz
który prosi o słowo

 

Reblog z siebie samej (2)

Lato, komputery szczerzą zęby, jak się do nich podchodzi, do internetu droga długa i wyboista (dosłownie – ale za to pełna grzybów), autorzy, naprawdę, po prostu leniwi, choć niektórzy używają na określenie swego lenistwa wyrafinowanych sformułowań w stylu – źródło inwencji przypominać ma wyschniętą kuciapkę! – a tu człowiek nieprzezorny czyli ja, nie przygotował sią na taką okoliczność. Uprzedzam więc, że do końca wakacji (czyli do najbliższej niedzieli) jak ktoś czegoś nie przyśle, będą same odgrzewane kotlety… Obudziłam się wczoraj rano i pomyślałam, że o ach, sięgnę po tekst, który opublikowałyśmy pięć lat temu na naszym wspólnym wesołym, rodzinno-kulinarno- literackim blogu pt. Jak udusić kurę... Zajrzałam więc, by sprawdzić, cóż tam tego dnia było i znalazłam informację, że 24 sierpnia pięć lat temu też była środa (dla tych, co znają się na kalendarzu nie jest to pewnie wielkie zaskoczenie, po prostu dwa razy rok przestępny w międzyczasie, ale miło), a ponadto okazało się, że tego dnia ukazał się mój własny wpis (trudno, myślałam, że będzie czyjś, ale słowo się rzekło, kobyłka u płota – mój) i to na temat INWENCJI!

Dedykuję więc ten wpis autorowi, który narzeka, że mu wyschło źródło inwencji 🙂

Ewa Maria Slaska

Inwencje

Czasem bywa tak, że nie wstanę z łóżka, dopóki nie wiem, jak się ubiorę. Niekiedy, zwłaszcza jeśli mają być goście na obiedzie, dopóki nie wiem, co ugotuję. Mam dobrą pamięć, wiem więc, co miałam na sobie trzy lata temu, kiedy po raz ostatni spotkałam się z panią Profesor, która ma dziś przyjść na obiad, i co jadłyśmy. Nawet po 20 latach pamiętam pewien poranek, kiedy przed wstaniem wymyśliłam tort jarzynowy na wegetariańskie urodziny. Teraz doszedł mi jeszcze ten blog. Też nie wstanę bez inspiracji. Jedna z autorek wczoraj się wypowiadała, druga, po powrocie z urlopu wpadła zapewne w wir pracy i nic nie podesłała, ewidentnie to moja kolej, żeby coś napisać o poranku. Długo zatem nie mogłam wstać, przerzucając w głowie inspirujące książki i inne pomysły, aż zerwałam się niemal z okrzykiem, gdy przypomniałam sobie, że przecież już od dawna chciałam coś napisać o Louise Erdrich (nie ma o niej wpisu w polskiej Wikipedii), znakomitej etno-amerykańsko-indiańskiej pisarce z Minneapolis, która pisze po prostu rewelacyjnie, a o której istnieniu dowiedziałam się od Inspiratorki tego blogu (chwała jej za to!).

Gdy w zeszłym roku przyznano Nobla literackiego Hercie Müller, cieszyłam się oczywiście, bo kobieta i pisarka poniekąd etniczna, a na pewno emigrantka i jeszcze na dodatek dość młoda (są z Erdrich równolatkami), ale byłam zdania, że wszystkie (WSZYSTKIE) te cechy znaleźli by i u Louise Erdrich, a to moja prywatna i bezkonkurencyjna kandydatka do ataku na ten niemal męski szaniec, jakim jest Nobel, forteca, gdzie co pewien czas zapadają wprawdzie przedziwne decyzje dotyczące talentu, wieku, pochodzenia narodowego i, rzadziej, płci nagrodzonych autorów, ale która w moim pojęciu nadal jest męska i zależy od produkcji dynamitu do celów wojennych.

Właściwie to wcale mi na tym Noblu dla moich ulubionych pisarzy nie zależy, Lorca nie dostał Nobla, Rilke też nie, dostał za to sto lat temu pewien niemiecki pisarz, Paul Heyse, o którym nawet Niemcy nic nie wiedzą.

Wróćmy jednak do naszych baranów. Kilka powieści Erdrich pojawiło się już po polsku, i coś tam pewnie da się kupić w internecie, choć pobieżna kontrola wykazała, że w amazonce był w ofercie “Klub śpiewających rzeźników” za złotych polskich 7, jednak “towar” okazał się niedostepny. Ale to nieważne, moja inspiracja kulinarna i tak pochodzi z ostatniej, nieprzetłumaczonej powieści Erdrich, “Shadow Tag” (2010). Mąż przygotowuje na kolację suflet z sera, świeżą bagietkę i sałatę z młodych liści szpinaku z gruszkami. Do tego lekko schłodzone białe wino. Według norm stosowanych na tym blogu to menu na pewno świadczy o tym, że Erdrich zapewne umie gotować, a bez wątpienia, wie jak komponować posiłki.

Poczatkującym w gotowaniu pannom powiem, że suflet z sera to najwyższa szkoła jazdy i nie należy się przerażać, jeśli nie wyjdzie. podpowiadam więc na wszelki wypadek, że w tej pięknej, lekkostrawnej kolacji o literackich inspiracjach, suflet spokojnie można zastąpić omletem z serem.

A więc suflet: Ubić trzy białka na najsztywniejszą pianę pod słońcem. Dodać szczyptę soli, 100 gramów drobno pokruszonego sera typu lazur, 3 żółtka, łyżkę miękkiego masła osełkowego. Formę szklaną posmarować masłem, posypać delikatną bułką tartą. Wlać masę na suflet do formy, ostrożnie wstawić do nagrzanego do 180° pieca, zapiekać ok. 45 minut, cały czas się modląc. Wyjąć i natychmiast podawać na stół!!!!

Uwaga z 24 sierpnia 2016 roku:
Wpisy na tamtym blogu, a był to blog dla (umownie traktowanych) Panien, prowadzony przez Panny (i Lecha!), zawsze zawierały jakiś przepis (najczęćciej kulinarny, ale bywało, że dotyczył np. sprzątania), a kończyły się zawsze zagadką literacką. Tego dnia zagadka brzmiała:

Literatura polska też ma w swych rejestrach pisarza indiańskiego pochodzenia. Mieszkał w Trójmieście, był nawet kiedys u nas w domu i w albumach rodzinnych pozostało zdjęcie mężczyzny we wspaniałym pióropuszu.

Sat Okh

Co to za pisarz, co napisał, jakie są jego indiańskie korzenie?

***

Zagadkę bezkonkurencyjnie wygrała Panna o ksywce: Frusty.

Pisarz z zagadki to Stanisław Supłatowicz zwany po indiańsku Sat-Okh – Długie Pióro, pisarz, artysta i gawędziarz.
Podaję linka do pracy magisterskiej na temat Sat-Okha. Niesamowita postać : )

http://www.indianie.eco.pl/litera/sat-okh1.html

Jego twórczość:

* “Ziemia słonych skał” (1958)
* “Biały mustang” (1959)
* “Dorogi schodjatsja” (w jęz. ros., wspólnie z Antoniną Leonidovną Rasulovą) (1973)
* “Powstanie człowieka” (1981)
* “Fort nad Athabaską” (wspólnie z Yackta-Oya) (1985)
* “Biały Mustang.Baśnie i legendy indiańskie” (1987)
* “Głos prerii” (1990)
* “Tajemnica Rzeki Bobrów” (1996)
* “Serce Chippewaya” (1999)
* “Walczący Lenapa” (2001)

Zdjecia Sat-Okha w tym miejscu:

http://www.huuskaluta.com.pl/sat_okh/index.php

Ach, jeszcze dopowiedzenie o jego indiańskich korzeniach cytatem:

‘Urodził się, jak sam twierdził, w “ukrytej wiosce” Indian w dorzeczu rzeki Mackenzie w Kanadzie. Był synem Polki, nauczycielki i uciekinierki z Syberii, Stanisławy Supłatowicz, oraz Leoo-Karko-Ono-Ma (Wysokiego Orła) – Indianina, wojennego wodza plemienia Shawnee (Szawanezów, Szaunisów).’

Pozdro! Hawk!

A tu cytat z Louise Erdrich z “The Painted Drum” z poprzedniej kuchni Ewy (wisiał na ścianie, przepisany ręcznie przez Pannę Inspiratorkę) od kilku lat stale mi towarzyszy… Dziękuję za niego :-)))

“Life will break you. Nobody can protect you from that, and living alone won’t either, for solitude will also break you with its yearning. You have to love. You have to feel. It is the reason you are here on earth. You are here to risk your heart. You are here to be swallowed up. And when it happens that you are broken, or betrayed, or left, or hurt, or death brushes near, let yourself sit by an apple tree and listen to the apples falling all around you in heaps, wasting their sweetness. Tell yourself you tasted as many as you could.”

Z książki nie wydanej

Jeden z terminów określających ten blog brzmi: salon odrzuconych. Nie jest on w przypadku tego wpisu formalnie właściwy, bo oficjalnie nikt tej książki, której początek tu publikuję, nie odrzucił. Przeciwnie – tekst został dobrze, ba, z dużym uznaniem przyjęty… Tyle, że było to w kwietniu, a teraz jest sierpień i od tego czasu nikt się do mnie nie odezwał…

Ewa Maria Slaska

Umarła

Było lato. Umarła. Siedzieliśmy w ławkach kościoła św. Mikołaja na gdańskiej Starówce. Kasia miała na głowie śliczny czarny kapelusik z woalką, ja też miałam włożyć podobny, ale poprzedniego dnia powiesiłam go na lampie i przepaliłam. Było dużo ludzi. Ksiądz coś mówił, ale już wtedy nie wiedziałam, co. Płakałam. Miałam czerwone oczy i zapuchnięty nos. Podczas Podniesienia do kościoła wleciał gołąb, widzieliśmy jak wlatuje przez wielkie otwarte odrzwia. Doleciał nad ołtarz i zaczął kręcić rundy pod sklepieniem. W kółko, w kółko, cały czas w kółko. Do końca mszy.

Nikt z nas nie miał wątpliwości, że to była ona.

Minęło 20 lat. (Uwaga – tekst napisany był rok temu – przedwczoraj minęło 21 lat)

Moja siostra, Kasia, twierdzi, że do kościoła weszła Cyganka z dzieckiem na ręku. Ktoś chciał ją wyprosić, ale ona zaczęła głośno krzyczeć, nie chciała wyjść. Ciekawe, w ogóle tego nie pamiętam, a przecież to takie zdarzenie, które się tam i wtedy MUSIAŁO zdarzyć.

Mama była niezwykłą, nadzwyczaj wrażliwą i utalentowaną artystką i to w dwóch dziedzinach: w grafice i tłumaczeniach poezji, głównie hiszpańskiej. Była nieprzeciętnie inteligentna, miała ogromną erudycję i wybitny talent narratorski. Otaczały ją tłumy przyjaciół i wielbicieli, a mimo to była nadzwyczaj samotna. Zamknięta w sobie i w swoim pokoju, osłonięta zwielokrotnionym murem milczenia, rezerwy, muzyki i opowieści, w których było wiele, ale nie ujawniało się nic, w każdym razie nie o niej samej. Zawsze skryta za maską, za milczącą grafiką i pozornie cudzym tekstem. Bo te teksty wcale nie były cudze, to były jej teksty, to ona je wybierała i to ona je dla nas wyrażała w słowach.

Oczywiście miała wady. Teraz, gdy już jesteśmy dorosłe, moja siostra i ja (choć zapewne nie mam prawa mówić w imieniu mojej siostry) wspominamy ją jako niezwykłego człowieka, ale gdy byłyśmy małe, nie było nam łatwo.

Nie było łatwo. Niestety, nikt nie powiedział, że mamy mieć w życiu łatwo. Nie było to  sprawiedliwe, bo życie nie jest sprawiedliwe. Ale było ciekawe. I na pewno wyposażyło nas na przyszłość w zupełnie już dziś nieistotne przymioty, jak erudycja, uprzejmość i uczciwość, tego jednak, że dziś te cechy już się na nic nie przydadzą, Mama nie mogła przewidzieć, bo chyba nikt nie mógł tego przewidzieć. Nauczyła nas, że trzeba pracować, bo jest to ważne, trzeba więc pracować, jak trzeba, to ponad siły i nie oglądając się na własne korzyści. Nie należy o nic zabiegać, bo zabieganie jest nieeleganckie podobnie jak odginanie małego palca przy piciu herbaty. Nagrodą za pracę jest sama dobrze wykonana praca, a nie pieniądz.

Ojciec zresztą wyznawał tę samą teorię. Nie wolno się dać opętać masie towarowej. Zrobili więc w życiu bardzo dużo, ale niczego się nie dorobili.

No i tak właśnie i ja zrealizowałam swoje życie, bez najmniejszych osobistych korzyści, a za to w konfrontacji z kolejnymi stratami.

Podobno to moja karma.

Wyznawcy teorii karmicznej twierdzą, że twoje życie się spełni, gdy połączysz w swoim życiu karmiczne losy twego ojca i twojej matki. Mnie się to przydarzyło dwa razy. W roku 1999 i w roku 2006. Na Odrze i w Hiszpanii.

W roku 1999 po raz piąty i ostatni odbywał się Polsko-Niemiecki Statek Literacki na Odrze. Zaplanowałam na ten rejs, wtedy jeszcze zresztą nie wiedziałam, że ostatni, iż będziemy podczas rejsu tworzyć i drukować książkę. To były te właśnie słowa – podczas rejsu tworzyć i drukować książkę – które połączyły Ojca mego i Matkę moją w mym własnym życiu. Ojciec projektował statki i jachty, budował je i pływał na nich. Matka tworzyła grafiki. Oboje tworzyli książki. W ich mieszkaniu, podobnie jak w ich życiu, były wydzielone i oddzielone od siebie dwie przestrzenie – pracownia Mamy do tworzenia grafiki i pokój Ojca, miejsce, gdzie projektował statki, jachty i wyprawy.

Drugi raz poczułam, że spełniam swe karmiczne zadanie, gdy poszłam – sama rzecz jasna – na pielgrzymkę do Santiago de Compostela. W naszej rodzinie to Ojciec podążał gdzieś daleko i to tak, żeby było trudno, a Mama kochała Hiszpanię. Tymczasem w roku 2006, to ja szłam na piechotę, a byłam sama, było daleko i trudno, i działo się to w Hiszpanii.

Ale to już nie ta Hiszpania, którą kochała Mama. Na trasie do Santiago zdarzają się bowiem i takie momenty:

Paskudny dzień. W jednym ze sklepów sprzedawczyni, możliwe, że Cyganka, próbuje mi wmówić, że nie zapłaciłam za papierosy (wtedy jeszcze paliłam), w drugim straszny Cygan z poranioną twarzą sprzedaje mi dwie marchewki i dwa jabłka, i dopisuje jedno euro do ceny za to, że jestem obca.

Och, Mamo, tyle zostało z dumnych Gitanos Lorki! Widzę ich masowo na ulicach Berlina. Przyjechali tu z Polski, Czech, Słowacji, Węgier, ale też z Hiszpanii i Portugalii. Kobiety wróżą, dzieci żebrzą na ulicach, mężczyźni handlują kradzionymi samochodami, bo teraz to już samochody, a nie konie. To te same twarze, twarze pięknych zakochanych Cyganów, pięknych niewiernych Cyganek i mordowanych kobiet z dziećmi. Lorca kochał ich piękno i ich szlachetność. Nie wiem, czy wówczas tacy jeszcze byli, czy już wtedy poeta przyłożył do ich pięknych twarzy lustro poetyckiej licencji i poetyckiego współczucia. Byli w Hiszpanii lat dwudziestych ubiegłego wieku pogardzanym zapewne ludem, tak jak w całej Europie, a on był pierwszy, który ich wyniósł do rangi ludzi i to ludzi godnych zazdrości, kochanych, kochających. Pięknych, kochanych, nieszczęśliwych. Szlachetnych.

Było.

Ciekawe, czy Mama w to wierzyła… ?

Reblog z siebie samej

Nie ma łącza, robię co mogę, reblog tekstu sprzed 3 lat

Ewa Maria Slaska i Tomasz Grochal

EMS: Mam takie nazwisko, które aż się prosi o przekręcanie. Nie jest to zresztą moje nazwisko, tylko mojego (byłego) męża, no ale w jakimś stopniu jest też moje, bo używam go już od kiludziesięciu lat. Nazywamy się Slascy. Dokładnie tak – S bez kreski, a bez ogonka. Slaska, Slaski, Slascy. Tym niemniej KAŻDY wie lepiej. Zdarzało się, że ktoś na moich oczach poprawiał mi nazwisko na tę nieszczęsną Śląską. Redaktorzy i korektorzy robią to po prostu nagminnie. Również w internecie pojawiam się tysiące razy jako Slaska i jako Śląska. Redaktor Giedroyc wydając dochodzeniexmoją książkę w paryskiej Kulturze oszczędził mi wprawdzie ą, ale już Ś nie mógł sobie (ani mnie) odmówić. Po przyjeździe do Niemiec zrobiło się jeszcze gorzej, bo nie tylko KAŻDY w Niemczech wiedział lepiej niż ja, jak się nazywam, ale jeszcze był pewien, że zniemczyłam sobie nazwisko, żeby nie denerwować niemieckiego otoczenia albo żeby się ukryć z tym, że jestem Polką, albo zresztą cokolwiek innego…

Czasem się złoszczę, czasem się śmieję, czasem wyjaśniam, zawsze jak zaczynam współpracę z jakąś nową redakcją, piszę błagalne listy i maile, żeby uszanować to piękne, stare, polskie nazwisko, które już wiele stuleci temu tak właśnie brzmiało.

O proszę, tu – wpis w Wikipedii: http://pl.wikipedia.org/wiki/Slascy.

Tak więc nic nie zapowiadało specjalnej niespodzianki, gdy w początku listopada dostałam maila od Tomasza Grochala z Gdańska:

TG: Szanowna Pani Ewa Slaska,
witam Panią z przekonaniem, że zwracam się do  Autorki  wiersza

Dni jesienne
Dni jesienne…
Złocistości pełne
Z czerwonym liściem
we mgle
Zanim wiatr
uszarga je w błocie
Zanim deszcze
opłaczą stokrotnie
Zanim jesień
swój smutek uprzędzie
Dni jesienne…
Trawy jeszcze zielone
Z łkającym ptakiem
w niebie – hen
Gdy krwistą jarzębiną
alejkę wiatr spina
Tańczą.., tańczą
szalone
liście w Łazienkach
przed zimowym snem
xxxxxxxxxxxxxxxxxautor Ewa Śląska
Droga Pani, z tym utworem zetknąłem się dawno temu – w prasie, gdzieś w 1987 roku, i towarzyszy mi… bagatela, od około 40 lat. Stosunkowo niedawno dopiero ustaliłem Autora i wiedziony od zawsze tą potrzebą, szukam z uporem sposobności, aby wyrazić gorące podziękowanie za ten miły utwór, który w okresie złotej polskiej jesieni, która w tym roku dopiero co minęła, staje mi co roku przed oczyma częściej niż w innych porach roku. Może wreszcie tu i teraz nadarza się ta, oczekiwana przeze mnie, okazja.
Mógłbym tu dodać więcej szczegółów i okoliczności z mego życia związanych z tym wierszem, ale zostawmy to na inną okazję.

Z podziękowaniami łączę wyrazy szczerej sympatii
Tomasz Grochal

EMS: Zadumałam się nad nadesłanym mi wierszem. Wiersze, bywało, owszem, wprawdzie dawno temu, ale co ja tam wiem, mogłam zapomnieć, a wiersz też dawny i z dawna w pamięci pana Tomasza. No i sam ten wiersz, tańczą…, tańczą szalone liście w Łazienkach. Czy ja kiedyś coś takiego napisałam? Jasne, pisałam wiersze, każdy pisał, niektórzy nawet znają swoją lirykę na pamięć, ja nie, ale mimo to – szalone liście w Łazienkach? Odpisałam więc:

Dziekuję Panu bardzo, choć nie jestem pewna, czy to naprawdę ja byłam autorką i się chyba nigdy nie dowiemy, bo nie mam już moich starych wierszy. Ale jakoś wydaje mi się, że to nie ja. Była jeszcze druga Ewa Maria Slaska, też w Gdańsku, ale wg moich informacji nie pisała wierszy, choć oczywiście – kto wie? Ta druga Ewa Maria Slaska nie żyje, ale mogę przy okazji zapytać jej Mamę, czy coś znalazłoby się w spuściznie.
A może Pan wie, w jakiej to prasie się ukazało?
Serdecznie pozdrawiam
Ewa Maria Slaska
nie Śląska

I to byłby koniec tej korespondencji, gdyby nie odpowiedź.

TG: Miła Pani, w sowieckiej Rosji w porcie Tuapse na Morzu Czarnym, na jesieni1987 roku, nabyłem w kiosku kilka starych numerów Kobiety i Życia. Wówczas to były jedyne polskie gazety dostępne w kiosku. W jednym z nich w nr 48/1905 z dnia 02.12.1987 natknąłem sie na ten wiersz. Po latach, niedawno ustaliłem kilka szczegółów, między innymi autorkę wiersza, odwiedzając pięknie wyremontowaną biblioteke i czytelnię czasopism na Przymorzu, gdzie dotarłem do archiwalnego egzemplarza tego czasopisma. Pani nie zaprzecza, że tworzyła w przeszłości utwory poetyckie. Rozumiem jednak, że autor czuje ducha swoich utworów i pewnie się nie myli w ocenie.
Pamiętny numer Kobiety i Życia wydrukował wiersz wzbogacając go kolorowymi jesiennymi zdjęciami z urokliwych warszawskich Łazienek, nawiązującymi do treści utworu. Strony z wierszem i zdjęciami przymocowałem na szocie kabiny i w chwilach odpoczynku wpatrywałem sie w nie przez wiele miesięcy, znając treść utworu na pamięć. Tak było do momentu zmustrowania ze statku. Wiersz na papierze tam pozostał, chociaż zabrałem go w swojej pamięci i uczuciach, i towarzyszy mi nadal przy różnych okazjach zwłaszcza jesiennych pejzażach.

slaskawgoogleEMS: Wiem na pewno, że to nie ja. W roku 1987 byłam już na Zachodzie i nie wysyłałam nic do żadnej redakcji w Polsce. No jak nie ja, to poniekąd sprawa się wyjaśniła, ale tylko poniekąd. Bo teraz dzielę z Tomaszem pamięć tej linijki o tańczących szalonych liściach. Po kilku dniach postanowiłam poszukać autorki wiersza w internecie. Niestety w wyszukiwarce pojawiam się przede wszystkim ja sama, co oczywiście tłumaczy, jak Tomasz do mnie dotarł. 2.500.000 wpisów. No, ale to oczywiście nie tylko ja, nie przesadzajmy, pojawia się też Śląsk we wszystkich odmianach, kiełbasa śląska, Ruda Śląska, śląska oczyszczalnia ścieków, biblioteka śląska, powstania… Ale oczywiście znajduję wreszcie inną Ewę Śląską… Oglądam jej zdjęcie. Ładna. Ona? Jeśli to ona, to pisząc wiersz miała 20 lat. W tym wieku pisze się wiersze. Postanawiam nie pytać, tylko opublikować tu ten wiersz i wysłać jej linka. A nuż… Piszę więc do Tomasza, proponuję wpis i proszę o skan.

TG: Witam Pani Ewo, jestem z lekka zaskoczony propozycją. Sądziłem, że sprawa wyczerpała swój potencjał, wytraci bieg i ja z kompanem-wierszem odejdę w siną dal. W odpowiedzi na Pani sugestię postaram się dotrzeć do właściwego źródła, aby uzyskać zdjęcie, skan lub ect. Może zejdzie parę dni, zanim to zadanie wykonam, bo walczę ze swoimi zdrowotnymi słabościami. Zapewniam też, że może Pani robić użytek z korespondencji zgodnie ze swoimi potrzebami.

TG (już następnego dnia):
Pani Ewo, z czytelnią wyszło szybciej niż przypuszczałem, bo dzień był ładny i podjechałem na Przymorze. Przesyłam  zdjęcia.

slaskajesieniaEMS: A teraz wyślemy linka do Ewy znalezionej w Internecie i pokażemy wpis na FB. Może znajdziemy tę, która naprawdę nazywa się Śląska. Ale może nie – bo ta, którą wyszukał polski google mieszka na Śląsku i może tylko taki sobie wybrała pseudonim.

Zobaczymy.

Rowery i rowerzyści

Ewa Maria Slaska

… czyli obyczaje ludu polskiego w drugiej dekadzie XXI wieku

Rower, jak wiadomo, jest środkiem komunikacji, rozrywką, sportem, zabawką, obiektem szpanowania i sposobem na zdrowie, rower zapewnia życie zrównoważone ekologicznie, szczupłą sylwetkę, oszczędność w wydatkach na komunikację miejską… Myślę, że można by dalej wyliczać. W styczniu, z wypowiedzi ministra Waszczykowskiego, dowiedzieliśmy się, że rower to symbol orientacji politycznej, a przy tej okazji znawcy przypomnieli, że już przed wojnami, drugą i pierwszą, tak było i cykliści a dokładniej, jak twierdzili Słonimski i Tuwim, masoni, Żydzi i cykliści, odpowiadali za mnóstwo rzeczy, które dla konserwatysty były obrzydliwością. Zresztą jak w Biblii, że przypomnę mój ulubiony fragment z Księgi Kapłańskiej:

Spośród ptaków będziecie mieli w obrzydzeniu i nie będziecie ich jedli, bo są obrzydliwością, następujące: orzeł, sęp czarny, orzeł morski, wszelkie gatunki kani i sokołów, wszelkie gatunki kruków, struś, sowa, mewa, wszelkie gatunki jastrzębi, puszczyk, kormoran, ibis, łabędź, pelikan, ścierwik, bocian, wszelkie gatunki czapli, dudek i nietoperz.

Bardzo lubiłam zasadę, że nie wolno jeść dudka, i dopiero po latach dowiedziałam się, że to dlatego że dudki wydzielają jakąś smrodliwą substancję, a nie dlatego że ładne i że każdy dudek ma swój czubek. Ministra Waszczykowskiego niewątpliwie cała Polska zaliczyła do czubków i na pewno nie będziemy go jeść. W noworocznym wywiadzie dla niemieckiego Bilda szef polskiego MSZ w trzech zdaniach załatwił nas wszystkich, bo nawet jeśli ktoś, jak ja, nie jeździ na rowerze, to na każdego z nas znalazł się jakiś haczyk, a nawet hak:

Poprzedni rząd realizował w mediach określony lewicowy program. Tak jakby świat według marksistowskiego wzorca musiał automatycznie rozwijać się tylko w jednym kierunku – nowej mieszaniny kultur i ras, świata złożonego z rowerzystów i wegetarian, którzy używają wyłącznie odnawialnych źródeł energii i walczą ze wszelkimi przejawami religii. To ma niewiele wspólnego z tradycyjnymi polskimi wartościami.

Internet i życie polityczne zakotłowały się od rowerów, wiatraków energetycznych i marchewek.
Ostatnio  rower znowu wrócił na arenę polityczną. Postanowiono bowiem, jeżdżąc na rowerze, zaprotestować przeciw temu, że pani Premier nie opublikowała wyroku Trybunału Konstytucyjnego:

Podobno termin 150 dni mijał szóstego sierpnia, w każdym razie to w tym dniu zorganizowano akcję nazwanę: 150 dni – CAŁY ŚWIAT LICZY.  A KOD_LA ocenił ją jako akcję ogólnoświatową a nawet galaktyczną:

Rozważamy zmianę nazwy CAŁA GALAKTYKA LICZY. Nie dajmy się ciemnej stronie mocy i niech moc będzie z wami.

Protestujący KODerzy po zakończonej akcji na tle Ambasady RP w Berlinie, 6 sierpnia 2016 roku.

Ja też tam byłam, nie jeździłam wprawdzie na rowerze, bo, jako się rzekło, nie umiem, ale liczyłam okrążenia i jako pierwsza gratulowałam temu, kto wykonał 150 rundę czyli redaktorowi Tyblewskiemu z audycji polskiej radia Funkhaus Europa.

Łukasz Szopa z KOD_Berlin tak opisał ten ewent:

Dziś w ramach wspólnej akcji “150 dni PRZEKROCZENIA terminu publikacji wyroku TK” KOD Berlin zorganizował pod Ambasadą RP w Berlinie akcję protestacyjną “150 RUND ROWEREM wokół ambasady!”
Przybyło około 20 osób, w tym ponad połowa rowerzystów (dzięki za pomysł panie Waszczykowski!), by pokazać, że Polacy wcale nie zapomnieli, iż rząd RP i odpowiedzialna za to pani premier Beata Szydło od 150 dni łamie konstytucję nie publikując wyroku Trybunału Konstytucyjnego z dnia 9 marca 2016.
Pogoda dopisała idealnie (nie za ciepło, około 20 stopni, chmurki, chwilami kilka kropelek orzeźwiającego deszczyku), i wspólnie wzięliśmy się za okrążenia wokół ambasady (jedno około 800 m – jak wyliczyła uprzejma berlińska policja), razem, solidarnie, ale niekoniecznie jako peleton, by wspólnie zaliczyć 150 okrążeń.
Każde zaliczone przez rowerzyst(k)ę okrążenie honorowane było legendarnym już dzwonkiem w rękach Ewy, podczas gdy skrupulatna Ela dokładnie liczyła okrążenia. Czasami co aktywniejsi rowerzyści mijając budynek ambasady wołali “BEATA DRUKUJ!”, “NASZ TRYBUNAŁ – WASZ PREZES!” albo też “TRYBUNAŁ STANU TO NIE WCZASY!”
Po około godzinie udało się, usłyszeliśmy finalne “Sto pięćdziesiąt”, gdy Jacek z radia Funkhaus Europa minął ambasadę.

DZIĘKUJEMY WSZSTKIM, BYŁO MIŁO, ZDROWO, A PRZEDE WSZYSTKIM BYŁO TO WAŻNE!!!

Tak, zgadzam się, było słodko i miło, tak słodko i miło, że mi na czas jakiś odebrało rozum… Ale, póki co, mój rozum zawsze posłusznie wraca na posterunek i wali mnie po głowie (i niestety po niewczasie) za sentymentalizm, głupotę i płochą skłonność do tego, żeby było słodko i miło. Goyi to się potwory budziły, gdy rozum spał, trzeba uważać, kiedy “słodko i miło” też okaże się monstrum.

Takich sytuacji, żeby było “słodko i miło” tworzyliśmy w ostatnich miesiącach wiele – pikniki, pikiety, dowcipy, teatr, piosenka, groteska… Poczucie humoru jako środek protestu, sałatka z serem feta i sernik, żaba i szczur na głowie…

 

Tak tak, nie wypieram się, też tam jestem czy też, jeśli tylko mogłam, też tam byłam. Widać gołym okiem. I zawsze byłam zdania, że nawet jak jest nas mało, to jednak dajemy znak. Opowiadamy się. Przypominamy. Widać nas. Miałam nawet ulubionego KODera, który podczas pierwszej KODowskiej demonstracji stanął w grudniu 2015 SAM przed ambasadą RP w Portugalii! Nazywa się Kamil Otto Walter-Popławski.

A jednak… Mea culpa. Nie pomyślałam PRZED, pomyślałam dopiero PO! Zawsze myślę do piero PO, nie jestem, obawiam się, Prometeą, ale niestety – durną Epimeteą.

A teraz moje argumenty do dyskusji z tą beznadziejną Slaską, która lubi, żeby było “słodko i miło”, i jeszcze na dodatek dowcipnie, sformułowane PO akcji przed Ambasadą RP 6 sierpnia.

  1. Wyjaśnienie, dlaczego to robimy było dość pokrętne. 150 dni NIE publikowania, które miały oznaczać, że należy się mandat za przekroczenie – jednak w domyśle prędkości a nie dni – to konstrukcja myślowa trudna do wyjaśnienia. Poczułam to najlepiej, gdy trzeba było sens tego, co robimy, wytumaczyć i przetłumaczyć Niemcom. Tłumacz zawsze wyłapuje błędy logiczne wypowiedzi! Nie ma innego wyjścia, bo póki nie zrozumie logiki, nie wie, co tłumaczyć…
  2. Akcja była bez sensu, bo jaki sens ma żądanie od rządu RP, by opublikował wyrok Trybunału Konstytucyjnego sprzed pół roku, skoro w międzyczasie, chyłkiem, pomiędzy szczytem NATO a Światowymi Dniami Młodzieży, 30 lipca i ten rząd, i ten prezydent uchwalili i podpisali nowa uchwałę o TK?
  3. Wszystkie nasze akcje, nie tylko te z założenia małe, śmieszne i prześmiewcze, ale i te duże i poważne, poprawiają nam humor i przypominają wprawdzie światu (a nawet galaktykom), że o coś nam chodzi i mówimy NIE, ale w samej POLSCE niestety nie mają najmniejszego znaczenia. Podobnie jak opinie Komisji Weneckiej i Unii. Pies szczeka, karawana idzie dalej.
  4. Karawana idzie dalej i jest coraz gorzej, coraz więcej brei, budyniu i kisielu.
  5. To oznacza, że trzeba się brać za inne metody. Myśleć, tworzyć teorie i scenariusze, ale też formować zalążki siatek konspiracyjnych i edukacyjnych. Nie tygodniami formułowane manifesty o tym, że ważna jest dla nas edukacyjna przestrzeń wolności, tylko pragmatyczne i obowiązujące ustalenie zasad działania: jak wybierać młodych ludzi, pracowników, urzędników? jak ich kształcić? CO im mówić? Praca u podstaw. Praca organiczna. Konspiracja. Bibuła. Latający uniwersytet. Wszechnica obywatelska. Nowy drugi i trzeci obieg, i to nie (tylko) internetowy, bo internet można zlikwidować jednym ruchem ręki (patrz Chiny). Inne pozainternetowo-komórkowe sposoby komunikacji.
  6. Ale to wszystko nic w porównaniu z najgorszą naszą winą, jaka stała się naszym udziałem podczas tej słodkiej i miłej akcji rozrywkowej. TURCJA! TURCJA!
    Od wielu miesięcy trąbimy o podobieństwach między Erdoganem, Orbanem i Kaczyńskim, a to, jeśli nie ma być tylko retoryką, oznacza, że uważamy, iż zaostrzanie kursu antydemokracyjnego i ograniczanie wolności obywatelskich, jest groźne i prowadzi do KATASTROFY.
    W Turcji ta katastrofa się zdarzyła, tysiące opozycjonistów gniją w więzieniach, dzieją się gwałty, tortury i bezprawie. Dla PiSu nadzwyczajna gratka, bo wygrał na punkty nie czyniąc nic. Po prostu doczekał chwili, gdy NASZ argument obrócił się przeciwko nam i odbiera nam część i tak przecież skromnego poparcia społecznego. Ludzie myślą, a jak myślą, to się boją. Póki można było dyskutować o polityce, rowerach i pietruszce z pozycji bezpieczej akcji pod opieką policji, wychodziło na ulice sporo ludzi (sporo, ale nie powalająco dużo!).  Gdy porównywany do Kaczyńskiego dyktator zamęcza opozycjonistów na śmierć, będziemy się bali i będziemy mieli rację… 
    A my NIC!
    A my o Turcji ani słowa. Wstyd!

    A my sobie jeździmy na rowerach…