Ludzie z Facebooka 2 Didi Stone Veron

Poznałam go wprawdzie na żywo na dworcu głównym w Berlinie kilka tygodni temu, w pewną jesienną niedzielę o poranku. Zwrócił moją uwagę, bo był super ubrany, podeszłam więc i zapytałam, czy mogę mu zrobić zdjęcie. W końcu okazało się, że zdjęcie zrobi nam wspólnie, jemu i mnie, jego kumpel. Zrobił ich chyba 40, wszystkie takie same i wszystkie nieostre. Wsiedliśmy razem do pociągu do Rathenow, oni wysiedli w trzy minuty później czyli na Spandau, my pojechałyśmy dalej. Teoretycznie na grzyby. Grzybów jednak nie było, za to spadł deszcz i w trzy dni później zaczął się wysyp.

Zamieniliśmy ze sobą co najwyżej pięć zdań, głównie się śmialiśmy. Była to ewidentnie tzw. znajomość nowojorska. Pamiętam, że gdzieś kiedyś taki termin przeczytałam u Vonneguta; jeśli zamieniłeś z kimś kilka słów i uścisnęliście sobie dłonie, to jesteście znajomymi nowojorskimi. I możecie się chwalić tą znajomością do końca życia.

No więc zostaliśmy znajomymi nowojorskimi, ale to dopiero twarzoksiążka mi uświadomiła, jaką niezwykłą osobę spotkałam i kto jest teraz moim “przyjacielem na Facebooku”.

Didi co weekend publikuje na FB różne komentarze na temat tego trzydniowego dnia, który jest w Berlinie dniem najlepszym pod słońcem, bo nie trzeba pracować i można się zajmować życiem (choć Bogiem a prawdą w Berlinie weekend jest przez cały tydzień). Teksty są bez znaczenia, chodzi raczej o podkreślenie radości:

All about the week End! Enjoy ur live And be in love with God. More blessings and happyness for all of US. Bonne fin de week End! Kaviar Diesel de Berlin

C moi veron kaviar Diesel de berlin! Bonne nuit à tous!

Juste une affaire à suivre.
Bon Week end à tous
Veron Diesel de berlin.

War sehr schön das Wochenende.
Ich wünsch euch allen einen guten rutsch ins neue.
Diesel de berlin!

Diesel – włoska firma designerska – ma w Berlinie 18 sklepów z modą. Didi przynosi zaszczyt wszystkim. Od czasu do czasu na FB pokazują się kolorowe jak rajskie ptaki zdjęcia mody dla mężczyzn, ale uważam, że Didi bije wszystkich…

Miłego adwentu, moi mili! Minęła Pierwsza Niedziela Adwentu nadchodzi Druga. Urządźcie przyjęcie, zaproście gości, otwórzcie kolejne drzwiczki w kalendarzu adwentowym, zapalcie pierwszą świeczkę, a potem drugą, a przy okazji pamiętajmy, że od 2 do 10 grudnia święcimy Hannukę. Albo jak to mówią Niemcy Weihnukka (Bożukka?) ugotujcie coś pysznego, ubierzcie się kolorowo, dajcie sobie jakiś drobiazg…

Mikołaj z pastorałem i Mikołaj w czerwonym płaszczu

Ewa Maria Slaska

… a może po prostu święty dzik (i święta locha)

Mimo iż studiowałam etnografię, właściwie nie pamiętam, żebyśmy na studiach kiedyś mówili o świętych dzikach, ale pojawiły się i zostały mi w pamięci dzięki dwóm książkom.

Marion Bradley, Mgły Avalonu

Morgiana, siostra króla Artura, została poślubiona staremu królowi Uriensowi, który przyjął chrzest i starał się być chrześcijaninem. Młodszy syn króla, Accolon, zakochuje się w macosze. Oboje są wrogami chrześcijaństwa. W dzień równonocy wiosennej Accolon i Morgiana, tak jak setki pokoleń kapłanek i kapłanów przed nimi, dokonują rytualnego aktu seksualnego na świeżo zaoranym polu, co wedle pogańskich wierzeń jest niezbędne dla zapewnienia trwałości istnienia. Starszy brat Accolona, Avalloch, podobnie jak ojciec, wyznawca chrześcijaństwa, grozi Morgianie wydaniem ojcu jej zdrady, jeśli mu nie ulegnie. Informuje ją też, że gdy po śmierci ojca on obejmie władze, ukróci pogańskie rytuały. Natarczywe groźby muszą zostać ukrócone. Avalloch musi zginąć.
Morgiana sprawia, że Avalloch ze świtą wyjeżdżają na łowy. Ona będzie tkała płaszcz Avallocha.

A kiedy skończę, pomyślała, czując, jak przez jej serce przebiega dreszcz, już nigdy nie będzie potrzebował żadnego płaszcza… (…)
Morgiana zaczęła powoli przeciągać czółno przez osnowę, uważając, by nie pomylić wzoru. Był to szachowy wzór z brązowych i zielonych kwadratów, niezbyt skomplikowany dla dobrej tkaczki; tak długo, jak automatycznie liczyła rzędy, nie musiała w ogóle o tym myśleć… (…) Czółna ślizgały się po osnowie: zielony, brązowy, zielony, brązowy, co kilka rządków ujmowała inne czółno, zmieniając kolor. Nauczyła synową, jak uzyskać przy farbowaniu tę zieloną barwę, tak jak sama nauczyła się tego w Avalonie… zielony kolor młodych wiosennych liści, brązowy kolor ziemi i zwiędłego listowia, w którym dzikie świnie grzebią w poszukiwaniu żołędzi… czółno ślizga się przez osnowę, grzebień dociska kolejne utkane rzędy nici, jej ręce poruszają się automatycznie, w prawo, w lewo, docisnąć rządek, chwycić drugie czółno… żeby tak koń Avallocha poślizgnął się i upadł, a on żeby skręcił kark i wybawił mnie od tego, co muszę czynić… było jej zimno, drżała, ale ignorowała to siłą woli, koncentrując się tylko na przeciąganiu czółna i liczeniu rzędów… w prawo i w lewo, niech obrazy swobodnie powstają w myślach… widzi Accolona w komnacie Uriensa, grającego z ojcem w kości… żeby tak dzik rzucił się na niego, a myśliwi Avallocha spóźnili się z pomocą…
Powiedziałam Ninianie, że nie zabiję. Nigdy nie nazywaj tej studni, z której nie będziesz pić… w myśli zobaczyła Świętą Studnię Avalonu, wodę tryskającą ze źródełka, spływającą ze zbocza góry. Czółno w tę i z powrotem, brązowy i zielony, brązowy i zielony, jak słoneczne promienie prześwitujące przez opadłe liście na brązową ziemię, w której wzbierają wiosenne fale i napełniają las życiem, soki płyną w brązowych pniach drzew… czółno miga szybciej i szybciej, świat zaczyna zamazywać się przed oczyma… Bogini! Tam, gdzie biegniesz w gęstwinie wraz z jeleniami… wszyscy ludzie i wszystkie zwierzęta są w twych rękach…
Wiele lat temu była Dziewicą Łowczynią, błogosławiła Rogatego Pana i wysyłała go, by biegł z jeleniami i zwyciężył lub poległ, tak jak nakaże Bogini. Powrócił do niej… Teraz nie jest już tą Dziewicą, która ma wielką moc Łowczyni. Jako Matka, z całą mocą swej płodności, utkała sieć (…), siedzi tu z czółnem w dłoni i tka śmierć, sama jak cień starej Śmierci Kostuchy. Wszyscy ludzie są w twoich rękach, na życie i na śmierć, Matko…
Czółno migoce, przesuwa się, ginie sprzed jej oczu, brązowy i zielony, zielony, jak liście i połączone korony drzew, tam gdzie żyją one, zwierzęta… locha węszy i chrząka, i ryje swymi długimi kłami, locha i małe prosiaczki podążające za nią w zagajniku… czółno śmiga w jej dłoniach, a ona nie widzi nic, tylko pochrząkującą i ryjącą lochę w głębi lasu.
Ceridwen, Bogini, Matko, Śmierci, Wielki Kruku… Pani życia i śmierci… Wielka Locho, pożeraczko swych młodych… Wołam cię, przyzywam cię… jeśli to jest zaprawdę to, czego żądasz, do ciebie należy wykonanie tego… wokół niej czas zatrzymał się i posunął, leży na łące, a słońce grzeje jej kark, gdy ona równocześnie biegnie przez las z Królem Bykiem, porusza się po lesie cicho, miękko… węsząc… poczuła życie, to myśliwi jadą i krzyczą. Matko! Wielka Locho…!
W odległym zakamarku swego umysłu Morgiana wiedziała, że jej ręce wciąż poruszają się równomiernie, zielony i brązowy, brązowy i zielony, lecz pod półprzymkniętymi powiekami nie widziała już komnaty i czółna, a tylko świeżą trawę wyrastającą pod drzewami, błoto i suche liście, zbrązowiałe po zimie, jakby na czterech nogach brodziła po pachnącym błocie… życie Matki jest tutaj, pod drzewami… za sobą słyszy ciche pochrząkiwania i popiskiwania swoich prosiątek, gdy jej kły ryją ziemię w poszukiwaniu korzeni i żołędzi, brązowy i zielony, zielony i brązowy…
Przez całe jej ciało przebiega prąd, budzi każdy nerw, gdy docierają do niej odległe kroki i krzyki w lesie… jej ciało siedzi nieruchomo przed krosnami, tka brązowe nici i zmienia je na zielone, czółno za czółnem, tylko jej palce żyją, lecz z nagłym dreszczem przerażenia i ślepą wściekłością naciera do przodu, pozwala, by płynęło teraz przez nią życie lochy…Bogini! Oby tylko nie ucierpieli niewinni… myśliwi nic tobie nie zawinili… Nie może uczynić nic, patrzy z przerażeniem, drży, zatacza się od zapachu krwi, krwi swojego samca… krew tryska z wielkiego dzika, to dla niej jednak nic nie znaczy, on musi zginąć tak jak Król Byk… skoro jego czas nadszedł, jego krew musi zostać przelana na ziemię… za sobą słyszy przerażone piski swoich prosiaków i nagle, jakby wypełniła ją Wielka Bogini, nie wie już, czy jest Morgianą czy Wielką Lochą, słyszy swój własny wściekły kwik i chrząkanie – i tak jak w Avalonie, gdy wznosiła ręce, by sprowadzić w dół mgły Bogini, tak teraz odrzuca głowę do tyłu, drżąc, charcząc, słysząc przerażone kwiczenie swych małych, które tupią nieprzytomne, biegają wkoło niej, trykają jej głowę… jest niemal oszalała od tych obcych zapachów, od krwi, żelaza, obcości, wróg na dwóch nogach zbliża się, żelazo i krew i śmierć, czuje, jak sama naciera, słyszy krzyki, czuje ukłucie metalu i czerwona mgła zalewa jej oczy i brąz i zieleń lasu, czuje, jak w tej samej chwili, gdy w przejmującym bólu uchodzi z niej życie, jej kły coś rozdzierają, czuje, jak tryska krew, i wie, że nie wie już nic więcej… a czółno pracuje dalej, ciężkie teraz jak z ołowiu, ponad rozdzierającym bólem w jej brzuchu i czerwoną mgłą przesłaniającą jej oczy, i jej łomoczącym sercem, w cichej sali, gdzie nie słychać nic, poza szelestem czółna i cichym terkotaniem kołowrotka, w jej uszach wciąż brzmią krzyki… zachwiała się w swoim transie, wycieńczona… przechyliła się, opadła na krosna i leżała tam bez ruchu. (…)
Czuła, jak kobiety pospiesznie rozcierają jej dłonie, wołają jej imię, usłyszała głos Accolona, czuła, jak ją bierze na ręce i podnosi. Nie mogła ani się poruszyć, ani przemówić. Pozwoliła się położyć na łożu, przynieśli jej wina, czuła, jak napój spływa w jej gardle, chciała powiedzieć, wszystko w porządku, zostawcie mnie, ale usłyszała tylko, jak wydaje ciche, przerażone chrząknięcia, i zamilkła, rozdzierał ją ból, ale wiedziała, że umierając, Wielka Locha uwolni ją, lecz najpierw ona też musi przejść agonię… i nawet kiedy tak leżała, oślepiona, zamroczona, umierająca, usłyszała odgłos myśliwskich rogów i wiedziała, że przywożą do zamku ciało Avallocha, zabitego przez lochę w kilka chwil po tym, jak on zabił dzika. Przed śmiercią Avalloch zdążył z kolei zabić lochę… śmierć i krew, i odrodzenie, i przepływ życia wewnątrz lasu, jak czółno śmigające po krosnach… w tę i z powrotem…

Terry Pratchett, Wiedźmikołaj (Papa świnia – Hogfather), przełożył Piotr Cholewa

Najpierw Mikołaj jeździ saniami zaprzężonymi w świnie. Jak na przykład tu:

W powietrzu obok rynny unosiły się sanie.
Postać w czerwonym kapturze właśnie do nich wsiadła i rozmawiała chyba z kimś niewidocznym zza stosu worków.
MÓWIĘ O SYTUACJI. WIĘKSZOŚĆ TYCH LISTÓW… ONE TAK NAPRAWDĘ NIE WIERZĄ. UDAJĄ, ŻE WIERZĄ. NA WSZELKI WYPADEK. OBAWIAM SIĘ, ŻE MOŻE JUŻ BYĆ ZA PÓŹNO. TO SIĘ SZYBKO ROZPRZESTRZENIA, W DODATKU TAKŻE WSTECZ W CZASIE.
(…) NO TO PORA RUSZAĆ. Postać chwyciła lejce. DALEJ, DŁUBACZ! JAZDA, GRZEBACZ! W GÓRĘ, KIEŁ! BIEGIEM, RYJ! JEDZIEMY!
Zaprzężone do sań cztery wielkie dzikie świnie nawet nie drgnęły.
DLACZEGO TO NIE SKUTKUJE? – zdziwił się osobnik w czerwieni.
Nie mam pojęcia, panie – odparły worki. Może spróbujesz, panie, z „dawaj”?
DAWAJ! Czekali. NIE, TEŻ DO NICH NIE DOCIERA.
Szeptali chwilę.
NAPRAWDĘ? SĄDZISZ, ŻE TO SKUTECZNE?
Na mnie na pewno by podziałało, panie. Gdybym był świnią.
NO DOBRZE…
Postać w czerwieni znowu potrząsnęła lejcami.
JABŁKO! SOS!
Świńskie nogi poruszyły się natychmiast. Srebrzysty blask zamigotał na saniach i nagle rozlał się na wszystkie strony. A potem sanie i świnie zmalały do czarnego punktu i zniknęły.

Rozwoziciel prezentów mówi dużymi literami i jest śmiercią. Musi się niewąsko napracować. W końcu ma na to tylko jedną noc, do każdego domu musi wejść przez komin, zostawić prezenty i zjeść ciastko, które zostawiły dla niego dzieci. Popija sherry. Zabiera też rzepy, którymi karmi zaprzężone do sań ogromne świnie. Bestie są wielkie, szare, porośnięte gęstą szczeciną, a nad każdą z nich wisi obłok gryzącej pary. Mają wielkie zakrzywione kły. I nie wyglądają słodko. Nie mają w sobie ani odrobiny czaru. Łypią małymi czerwonymi oczkami. Chrumkają grobowym głosem. Sikają.

Boże Narodzenie nie nazywa się zresztą Boże Narodzenie tylko Strzeżenie Wiedźm. Ale to jest Boże Narodzenie, nawet anglosaskie dekoracje są takie same: Pęki bluszczu i jemioły zwisają z półek. A na kolację o północy zostanie podany pieczony indyk.

Zakończenie książki to historia strasznego polowania na Świętego Dzika, który ginie, aby zamienić się w szamana z czasów starszej epoki kamiennej, potem jest plemiennym mędrcem z czasów neolitu, aż wreszcie staje się kapłanem. To już Hogfather, Papa Świnia, Wiedźmikołaj. Jest potężnym, ubranym w czerwień mężczyzną; lód krystalizuje się tu i tam na jego szatach. I tylko w rzadkich błyskach szronu pojawia się sugestia szczeciny czy kła. Teraz Śmierć już nie rozdaje prezentów, robi to za niego gruby, ubrany na czerwono facet, który kiedyś był dzikiem.

Słyszałam kiedyś – powiedziała w zadumie Susan – że idea czerwonego stroju Wiedźmikołaja powstała stosunkowo niedawno.
NIE, odpowiada Śmierć. PAMIĘTANO JĄ.



Jest jeszcze wyjaśnienie religijne:

Mikołaj z Miry, Święty Mikołaj (gr. Άγιος Νικόλαος, łac. Sanctus Nicolaus), znany również jako Mikołaj z Bari – święty katolicki i prawosławny, wspominany w świętych pismach od VI wieku. Według średniowiecznej hagiografii żył na przełomie III i IV wieku, był biskupem Miry (miasta w Licji), wsławił się cudami oraz pomocą biednym i potrzebującym, którym cichaczem podrzucał nocą złote monety. Był bowiem bogaty z domu, otrzymał wielki spadek, ale ponieważ żył ascetycznie, wcale ich nie potrzebował.
Przez wieki był jednym z najbardziej czczonych świętych na Zachodzie i Wschodzie. Największe jego sanktuarium znajduje się we włoskim Bari.
W ikonografii św. Mikołaj przedstawiany jest z brodą, w szatach biskupa, z mitrą i pastorałem. Najczęściej w jednej ręce trzyma księgę a drugą wykonuje gest błogosławieństwa. Wśród jego atrybutów występują rekwizyty z legend – między innymi trzy złote kule, trzy jabłka, trzy sakiewki, troje dzieci lub młodzieńców, kotwica czy okręt. Jest też często przedstawiany w towarzystwie innych świętych, zwłaszcza Marii z Dzieciątkiem lub Anny Samotrzeciej.

Święty Mikołaj – Fra Angelico, tempera na desce z XV wieku.

I wreszcie wyjaśnienie popkulturowe:

Postać świętego Mikołaja jest wykorzystywana w kulturze masowej przy okazji świąt Bożego Narodzenia. Mikołaj jest starszym mężczyzną z białą brodą, ubranym w czerwony strój, który wedle różnych legend i baśni w okresie świąt Bożego Narodzenia rozwozi dzieciom prezenty saniami ciągniętymi przez zaprzęg reniferów. Mieszka w Laponii, na biegunie północnym albo w  miejscowości Himmelpforte (Wrota Niebieskie) w Niemczech.

Dzięki sprawnej promocji praktycznie zastąpił on w powszechnej świadomości tradycyjny wizerunek świętego Mikołaja, biskupa Miry.

Większość z nas jest przekonana, że znany nam wizerunek Mikołaja stworzony został  w roku 1931 dla potrzeb kampanii reklamowej Coca-Coli. Ale nie jest to  prawda. Jeden z pierwszych wizerunków Św. Mikołaja w nowej popkulturowej wersji powstał w roku 1823. Poeta Clement Moore napisał wiersz A Visit from St. Nicholas (Wizyta Świętego Mikołaja) – Mikołaj jest elfem, przybywa w miniaturowych saniach, zaprzężonych w maleńkie renifery.

W tamtych czasach Święty Mikołaj mieszkał w jaskini  i nosił brązowe ubranie. Następne wyobrażenie Świętego Mikołaja pochodzi z 1863 roku. Wtedy to na zamówienie świątecznej edycji amerykańskiego tygodnika Harper’s Thomas Nast jako pierwszy narysował Świętego Mikołaja jako człowieka, a nie elfa. Mikołaj miał okrągłe policzki, nosił białe bokobrody i był wesołym starszym panem. Postać Świętego Mikołaja jako jowialnego staruszka z siwą brodą w czerwonym stroju, którą dzięki reklamom Coca-Coli zna obecnie prawie cały świat, stworzył dla koncernu amerykański ilustrator, Huddon Sundblom, w 1931 roku.

Modelem Sundbloma był jego przyjaciel i sąsiad, emerytowany sprzedawca, Lou Prentiss. Za inspirację posłużył mu także wyżej wspomniany wiersz Clementa Moura. Po śmierci Prentissa Sundblom wzorował nowe rysunki na sobie samym. Dorysowywał jednak swej postaci wielką siwą brodę, choć sam nigdy jej nie nosił.

Do 1964 roku Sundblom stworzył na potrzeby świątecznych kampanii reklamowych Coca-Coli ponad 40 wizerunków Świętego Mikołaja.


W większej części Europy, w tym w Polsce, mikołajki obchodzone są jednak tradycyjnie
6 grudnia jako wspomnienie świętego Mikołaja, biskupa Miry a nie jowialnego amerykańskiego staruszka. Rankiem tego dnia dzieci, które przez cały mijający rok były grzeczne, znajdują prezenty, ukryte pod poduszką, w buciku lub w innym specjalnie przygotowanym w tym celu miejscu (np. w skarpecie).

No już! Byliście grzeczni? To zajrzyjcie pod poduszkę, wyjrzyjcie za próg, sprawdźcie, co jest w bucie i skarpecie. Może przyjechał facet z reklamy Coca-Coli, ale może jednak dobry biskup z Miry dowiedział się, że potrzebujecie pilnie pieniędzy na coś pilnie potrzebnego
i przyniósł wam złote monety.

Barbara z wieżą

Ewa Maria Slaska

O tym jak nic nie wiedząc i niczym się nie interesując można jednak być mądrą dziewczynką, i co z tego dalej wyniknęło…

Pamiętacie czasy, gdy jako dzieci chodziliście (chodziliśmy) do kościoła? Czy ktoś wam (nam) wtedy tłumaczył, co my w tym kościele naprawdę widzimy? A pamiętacie, co widzieliście (widzieliśmy)?
Pamiętacie święte obrazki, witraże, freski, zeszyt do religii?

Próbuję odtworzyć moją edukację religijną.
Niektórych rzeczy dość szybko się dowiedziałam. Była Matka Boska w niebieskim płaszczu i jej syn, starszy od niej facet, w płaszczu czerwonym. Oboje mieli na piersi promieniste serce, a nad głowami aureole. Czyli byli święci. Mama mi wytłumaczyła, że chłopców ubiera się na niebiesko, bo opiekuje się nimi Matka Boska, a dziewczynki na różowo (co jest łagodniejszą formą czerwieni), bo nimi opiekuje się Jezus. I że to właśnie tak jest, na przemian.

Czy się mylę, jak myślę, że było to jedyne wyjaśnienie religijne, jakie usłyszałam od Mamy? Jednak coś tam wiedziałam, ktoś więc musiał mi coś (o)powiedzieć. Babcia, cioteczna babka, kaszubskie dziewczyny, które się nami opiekowały, sąsiadki?

Chronologia życia i doświadczeń Rodziny Boskiej, tak jak ją dało się ogarnąć dziecięcym umysłem, była następująca (przepraszam osoby wierzące, teraz te sprawy traktuję ze znacznie większym szacunkiem, ale tak wyrastałam – jako niedouczona bezbożnica):

Matce Boskiej w maju budowało się kapliczki z kartonu i umajało je kwiatkami.
W czerwcu były znowu kwiaty, sypałyśmy je w procesji, która szła wtedy jeszcze ulicami, a mieszkańcy mogli umieszczać w oknach tzw. ołtarze, z których zwisały “perskie” dywany.
W kaplicy w Matemblewie Matka Boska była w ciąży.
Potem była zima, książki pod choinką i pocztówki z małym domkiem, a w nim pani, pan i dziecko na sianie (nie kojarzyłam jednak, że to z tej ciąży w Matemblewie to dziecko). Wół czyli krowa (której okropnie się bałam – gdy uciekałam przed krową, zwichnęłam sobie nogę w kostce) i osioł, który kojarzył mi się z jakimś koszmarnym filmem komunistycznym pt. Osiołek Magdany.
No, ale ogólnie było nieźle. Była choinka i pod nogami skrzypiał czysty biały śnieg. Leżałam na tapczanie i czytałam prezent gwiazdkowy: Centkiewiczowie, Kierunek Antarktyda. To datuje. Jest rok 1961. Mam 12 lat.
W niedzielę wielkanocną Jezus o 6 rano leżał w grobie, ale w kościele był taki tłum, że nic nie było widać. Poza tym wisiał na krzyżu, ale dopóki nie dorosłam, nie pojmowałam, że ten wizerunek mężczyzny w koronie cierniowej oznaczał niewyobrażalne wręcz cierpienie. Bóg taki był i nie było powodu, by się specjalnie zajmować jego wyglądem.

Jeśli chodzi o życie rodzinne tych ludzi – “to by było na tyle”.

Z kolei na religii byli raczej ci różni “starzy Żydzi” – jeden trzymał w garści dwie połączone ze sobą tablice (u góry były takie półkoliste jak okna późnogotyckie) z cyferkami od I do XII, jeden wypuszczał gołębia, jednego wrzucili do studni, ale wyszedł, jeden palił zboże i marchew na kamiennym postumencie, a dym giął się ku ziemi (bo Panbóg wolał mięso, co było nie do pojęcia, bo ja mięsa nie cierpiałam). Ach, jeszcze był jeden, który chciał zabić syna ostrym nożem, a w krzakach stał baranek. Baranów też się bałam, od czasu gdy wielki baran rozgonił na cztery wiatry drużynę dzielnych dziewczynek-zuchów (no bo jakie to jest słowo: zuchen? zuszen?), która właśnie składała przysięgę zuchową.

Były święte obrazki, ale z tych to już w ogóle nic nie wynikało, a poza tym były przedmiotem kolekcjonowania a nie oglądania ze zrozumieniem.

No i wreszcie podstawowy element edukacji – witraże w kościele Najświętszego Serca Jezusowego we Wrzeszczu (to ten grassowski kościół, gdzie Oskar Mazerath mości się na kolanach Matki Boskiej – zbudowano go w 1911 roku, a wiele lat określano familiarnym mianem kościoła “na Czarnej”), przedstawiające polskich świętych (ale tego oczywiście nie wiedziałam) – święta Jadwiga, święta Salomea, święta Kinga, Wincenty Kadłubek, biskup Stanisław i Stanisław Kostka.

1437 Święta Barbara – rysunek Jana van Eycka

Kazania były nudne, cała msza była nudna, wstawać, klękać, siadać, śpiewać…
W międzyczasie można popatrzeć na witraże, freski i ołtarze, pełne jakichś świętych postaci. To było ciekawe, ci wszyscy dziwni ludzie.
Znałam ich już z książek Mamy o sztuce, które mogłam oglądać, jak byłam chora, a chora byłam właściwie bez przerwy. Jeleń z krzyżem na głowie, a na pierwszym tle plecy świętego Huberta, święty Sebastian pokłuty strzałami, święta Cecylia z własnymi piersiami na tacy, sto tysiący dziewic towarzyszących śwętej Urszuli, święta Katarzyna z kołem (skąd mogłam wiedzieć, co to znaczy, że ją na tym kole łamano), święty Michał zabijający smoka na obrazie Memmlinga, święta Barbara z graniastą wieżą…

Patrzę na to, co napisałam i sama sobie nie wierzę. Naprawdę byłam takim głupim tłumokiem, naprawdę aż tak nic mnie to nie interesowało? A jeśli tak, to kiedy to się zmieniło? Kiedy zrozumiałam ból i cierpienie przedstawione na tych obrazach? Kiedy odczułam je jako mój własny lęk, że to mnie ktoś będzie łamał kołem lub trzymał w ciemnicy? Kiedy uznałam, że chcę wiedzieć o tych ludziach wszystko, o tym skąd pióro, skąd koło i skąd wieża?

Więc dziś opowiem o Barbarze i wieży.

Barbara pochodziła z pogańskiej rodziny z Heliopolis. Była piękna, a jej ojciec Dioskuros był bogaty. Stać go było, żeby ją wysłać na naukę do Nikomedii. Była mądra i wykształcona.
Prowadziła korespondencję z wielkim filozofem i pisarzem Orygenesem z Aleksandrii. Pod jego wpływem przyjęła chrzest i złożyła ślub czystości. Ojciec dowiedziawszy się o tym, pragnąc wydać ją za mąż i złamać opór dziewczyny, uwięził ją w wieży, głodził ją i straszył,  po to, by wyrzekła się wiary. Dziewczyna była jednak niezłomna, ojciec zaprowadził ją więc do sędziego i oskarżył. Barbara została wychłostana, jednak w nocy odwiedził ją anioł, zaleczył jej rany i udzielił Komunii św. Z rozkazu sędziego została zbita maczugami i przypalona pochodniami, a wreszcie obcięto jej piersi. Wtedy znowu zjawił się anioł i okrył Barbarę białą szatą. I ojciec, i sędzia zrozumieli, że niczego nie osiągną. Zapadł wyrok, by ściąć dziewczynę mieczem, a wyrok wykonał ojciec Barbary. Legenda głosi, że zaledwie odłożył miecz, a zginął rażony piorunem.
Barbara poniosła męczeńską śmierć w Nikomedii (lub Heliopolis) ok. 305 roku, podczas krwawych prześladowań za panowania cesarza Maksymiana Galeriusza (305–311). Nie wiadomo, kiedy się urodziła, przypuszczam, że co najwyżej 15 lat wcześniej. Carmino Elia, reżyser filmu o świętej, który można obejrzeć na stronie internetowej telewizji Trwam (żeby nie było, że nie uprzedzałam!) jest zdania, że była jednak o kilka lat starsza.

Być może to nietypowa śmierć, zadana ręką własnego kochającego ponoć ojca, rozsławiła cześć św. Barbary na Wschodzie i na Zachodzie.

Jako patronkę dobrej śmierci czcili św. Barbarę przede wszystkim ci, którzy na śmierć nagłą i niespodziewaną są najbardziej narażeni: górnicy, hutnicy, marynarze, rybacy, żołnierze, kamieniarze, więźniowie itp. Polecali się jej wszyscy, którzy chcieli sobie uprosić u Pana Boga śmierć szczęśliwą. W Polsce istniało nawet bractwo św. Barbary, patronki dobrej śmierci. Należał do niego św. Stanisław Kostka. Barbara jest ponadto patronką archidiecezji katowickiej, AGH, Edessy, Kairu; architektów, cieśli, dzwonników, kowali, ludwisarzy, murarzy, szczotkarzy, tkaczy, wytwórców sztucznych ogni, żołnierzy (szczególnie artylerzystów i załóg twierdz). Jest jedną z Czternastu Świętych Wspomożycieli.

W ikonografii św. Barbara przedstawiana jest w długiej tunice i w płaszczu, z koroną na głowie, niekiedy w czepku. W ręku trzyma kielich i hostię. Według legendy tuż przed śmiercią anioł przyniósł jej Komunię św. Czasami ukazywana jest z wieżą, w której była więziona (wieża ma zwykle trzy okienka, które miały przypominać Barbarze prawdę o Trójcy Świętej), oraz z mieczem, od którego zginęła.
Często przedstawia się ją w ołtarzach i na obrazach w towarzystwie dwóch innych dziewic męczenniczek – Katarzyny z Aleksandrii i Małgorzaty z Antiochii.

***
Uwaga! wg tradycji ludowej – jeśli wstawicie dziś do wody gałązki wiśni lub czereśni, to zakwitną w Boże Narodzenie.

Barataria 94 Różowe wyspy na niebieskim morzu

Ewa Maria Slaska

Surrounded Islands / Otoczone wyspy / Umgebene Inseln

Wykonali je w latach 1980-1983 Christo i Jeanne-Claude. Ich projekt artystyczny obejmował usypanie w zatoce Biskańskiej, w okolicy najsłynniejszego miasta na Florydzie – Miami, 11 sztucznych wysp, które zostały otoczone matami uplecionymi z różowych sznurów polypropylenu.


Gdy Christo i Jeanne Claude budowali te swoje wyspy, mieszkałam jeszcze w Polsce, zajmowałam się wychowywaniem dziecka, staniem w kolejkach, zaprawianiem na zimę wszystkiego, co człowiekowi w ręce wpadło, i walczeniem o odzyskanie niepodległości i suwerenności państwa polskiego. Między rokiem 1980 a 1983 przeżyliśmy strajki sierpniowe, podpisanie porozumień pomiędzy strajkującymi i władzą, półtora roku Solidarności, wprowadzenie stanu wojennego i jego trwanie, które zaczęło się od grozy, a zakończyło potworną beznadzieją…

I w dobrych i w podłych czasach podtrzymywało nas jednak na duchu, że “świat o nas wie”, “pamięta” i “nie pozwoli”.

Dopiero po latach zorientowałam się, że nawet dla ludzi w Polsce te cztery tak dla mnie znaczące lata mogły mieć inną konotację. W roku 1980 rozpoczęła się kariera Kory i Maanam, w roku 1981 powstał Lombard, którego utwory w roku 1982 weszły na listę przebojów, a latem ukazały się na płycie Śmierć dyskotece!, która osiągnęła status złotej płyty. W Polsce lata 80. to boom muzyki rockowej, ale dociera też łagodne Italo Disco, które tak spodobało się Polakom, że już w następnej dekadzie na jego bazie wytworzyliśmy nasz rodzimy gatunek – Disco Polo. Grają Republika, Kryzys, Brygada Kryzys, ERSATZ, Aya RL, Tilt, Madame, Siekiera, 1984, Klaus Mitffoch, Lech Janerka, Variété, Kult, Maanam, Rezerwat, Bikini, Made in Poland, Obywatel G.C., Novelty Poland, Brak, Kontrola W., wczesny Lady Pank. Rok 1983 i płyta Kryzysowa narzeczona to szczyt ich popularności. Mniej niż zero – polityczna piosenka Lady Pank z roku 1983 znajduje się na liście 100 przebojów PRL. Oczywiście jakiś znaleziony przeze mnie w sieci znawca muzyki z tamtych czasów nie wymienia Kaczmarskiego, Kelusa ani Grechuty, czyli tej muzyki z lat 80., której my wciąż jeszcze słuchamy.

Moja niewiedza na temat tego, co się w latach 80 działo w Polsce poza sferą polityczną sięgnęła szczytu podczas jakiejś dyskusji już w Berlinie w latach zerowych. Pewien młodszy ode mnie o pokolenie pan kłócił się ze mną o słowo alternatywa. On myślał o polskiej muzyce lat 80, która się potem, jeśli dobrze pamiętam tamtą dyskusję, skomercjalizowała i podupadła, ja myślałam o subkulturze alternatywnej na Kreuzbergu w latach 80.

Mało się nie zabiliśmy.

A więc tak, my nic nie wiemy o nich, oni nic nie wiedzą o nas, a “świat” się nami tak czy owak nie interesuje. Jest rok 1980 – Christo i Jeanne Claude prezentują władzom Miami pierwszą wersję projektu różowych wysp. Od roku 1981 prawnicy i fachowcy zabiegają w imieniu artystów o uzyskanie pozwoleń na realizację projektu. Muszą uzyskać zgodę 11 ważnych instytucji, w tym Armii USA. Jak zawsze, artyści pracują za darmo, nie przyjmują dotacji ani grantów, korzystają z pomocy wolontariuszy, a niezbędne pieniądze uzyskują ze sprzedaży rysunków i fragmentów różowej folii.

7 maja 1983 roku instalacja jest gotowa. 11 sztucznych wysp zostaje ujętych w różowe kołnierze o szerokości 61 metrów – do ich realizacji zużyto 604 metry sześcienne folii. Instalacja zajmuje powierzchnię 11 kilometrów kwadratowych. Przez najbliższe dwa tygodnie można ją oglądać z samolotów, ulic nadbrzeżnych, łodzi i mostów pontonowych.
I jest to ogromny sukces!
Sukces artystyczny, ale przede wszystkim społeczny. Ludzie są razem, spotkali się bez żadnego innego celu, tylko chcą obejrzeć dzieło szalonych artystów. Nie ma kawiarni ani restauracji, jest tylko sztuka i oni. W mieście, które borykało się z ciężkimi niepokojami społecznymi na tle majątkowym i rasowym, nagle można było być razem. W ciszy i spokoju. Bez wrzasku, bójek i transparentów. Otoczone folią wyspy pomogły mieszkańcom Miami znaleźć jakiś modus wspólnego życia.

Nie wiedziałabym, o czym do dziś z nostalgią piszą dziennikarze, gdyby nie fakt, że przeżyliśmy to samo w Berlinie. Jeanne Claude i Christo po raz pierwszy postanowili zapakować Reichstag w roku 1972, ale projekt udało się zrealizować dopiero w czerwcu 1995 roku. Berlin się zjednoczył, bo – oczywiście – Niemcy się zjednoczyły. Zapadła decyzja, przeniesienia stolicy i siedziby rządu z przytulnego Bonn do tego okropnego, zimnego i ponurego Berlina. Nikt tego tak naprawdę nie chce, ale racja stanu wymaga podjęcia niesympatycznej decyzji. Reichstag, dawna siedziba władzy niemieckiej, ogromny budynek (wzniesiony na miejscu, gdzie przedtem stał pałac hr. Atanazego Raczyńskiego), stoi od roku 1933 nie używany. Hitlerowska prowokacja, jaką było podpalenie Reichstagu, wyłączyła budynek z użytku. Okres władzy Hitlera, wojna, czas powojenny, budowa Muru Berlińskiego – żadne z tych zdarzeń nie odcisnęło piętna na wielkiej budowli. Reichstag nie jest ruiną, ale świeci pustkami. Jeśli nowy rząd zjednoczonych Niemiec ma tu zacząć pracę, gmach musi zostać odbudowany. Zanim to jednak nastąpi, Jeanne Claude i Christo opakują Reichstag.

Berlińczycy, którym z reguły nic się nie podoba, są niezadowoleni z projektu, ale artyści w towarzystwie wolontariuszy zabierają się do pracy. I potem, nagle, z dnia na dzień – wszystko się zmienia. Nagle cały Berlin jest zachwycony. Pojawiają się głosy, że dobrze by było zostawić na zawsze tę wspaniałą instalację, bo to jedyny sposób, by nie musieć oglądać tego paskudnego budynku. Jest lato, jest ciepło, kwitną lipy, wszyscy idą pospacerować wokół opakowanego Reichstagu. Jeśli byliśmy wczoraj, nie szkodzi, dziś też pójdziemy. Wszyscy są mili, wszyscy się lubią, nikt nie wrzeszczy, nie ma żadnych haseł, ani za, ani przeciw… Opakowany Reichstag sprawił, że pogodziliśmy się ze sobą, z historią, teraźniejszością i przyszłością.

Można było zacząć żyć w nowym świecie. I wcale nie było to (i nie jest) złe życie.

Napisałam ten tekst przed kilkoma tygodniami, 12 listopada, po tej strasznej demonstracji neonazistów w Warszawie, na której czele szli panowie P – premier i prezydent, a za nimi ćwierć miliona ludzi. Część z nich wrzeszczała, że Polska dla Polaków i Europa dla Europejczyków.

Zastanawiam się, czy Christo mógłby opakować Pałac Kultury? Albo stadion? Nie, chyba jednak Pałac Kultury. Christo jest już starszym panem, ma 83 lata, ale może mógłby się jeszcze raz podjąć wielkiego dzieła? W tym roku zorganizował projekt Mastaby w Londynie, może mógłby przenieść się na chwilę do Warszawy.

Adwent

Ewa Maria Slaska

Tyle razy pisałam już o adwencie, że postanowiłam nie powtarzać sama siebie, tylko sama siebie zacytować, przypominając niektóre z opowieści i przepisów.

W Niemczech wszyscy wszystkim składają dziś życzenia, które brzmią ni mniej ni więcej (to jednak dokładny naród) – miłego pierwszego Adwentu! Też Wam życzę.

Opowieść o pomarańczach

Adwent to czekanie. Byliśmy mieszkańcami świata zwanego Komuną, wiedzieliśmy znakomicie, że na wszystko trzeba czekać, często bez obietnicy, że się doczekamy. Nauczyliśmy się stanowczego stania w kolejkach, wytrwałego trwania przed sklepami, zapobiegliwego zapisywania się na listy… I gdy na Zachodzie kolorowy świat z filmów kupując smakołyki i prezenty czekał na przyjście Pana, tak my czekaliśmy na mięso, cukier, masło, mieszkanie, a przed świętami jeszcze na statki z pomarańczami. Statek z pomarańczami wypłynął wczoraj z Kuby… Statek z pomarańczami wpłynie najprawdopodobniej za trzy dni… Statek z pomarańczami stoi na redzie. Takie komunikaty otrzymywaliśmy w gazetach i w radio, a może nawet, przyznaję, że nie pamiętam, w wiadomościach telewizyjnych.
Bywały i inne statki, przywoziły rodzynki, grapefruity, traktory lub paszę dla świń. Ale żadne z nich nie budziły takich emocji jak owe statki z pomarańczami. Nigdy się wtedy nie zastanawiałam nad tym, czy te pomarańcze miały być tylko dla nas, mieszkańców Trójmiasta, czy też dzieliliśmy się dostawą z resztą Polski. Ile w ogóle było tych pomarańczy? Współczesny statek kontenerowy ma ogromną ładowność, przekraczającą nawet 500 tysięcy ton. Największe statki zbudowane dotąd w Polsce to seria masowców o nośności ok. 150 000 ton. No ale to na pewno nie takie kolosy płynęły 40 czy 50 lat temu na Kubę, żeby przywieźć do Gdańska twarde pomarańcze o plamiastej zielono-pomarańczowej skórce. Załóżmy dla prostego rachunku, że przywieziono 20 tysięcy ton tego wspaniałego owocu (który nota bene w kubańskim wydaniu wcale nie był wspaniały). W kilogramie mieściło się pewnie 5 sztuk, co daje łącznie 100 000 000 pomarańczy. Sto milionów? Naprawdę? Po 2,5 sztuki na głowę mieszkańca? Jeden statek zaspokajał adwentowe potrzeby całego kraju??? Nie wiem, w głowie mieszkańca mi się nie mieści. Zawsze się to nam wydawało okropnie mało, taki jeden statek, dlatego chyba nie pyskowaliśmy, że można było kupić tylko po kilogramie, a może nawet po prostu po sztuce na głowę… A przecież jeżeli umiem liczyć, to mogliśmy dostać nawet po dwie pomarańcze na głowę!

Dobrze pamiętam natomiast, co myśmy wtedy z tymi pomarańczami robili – kroiliśmy je w poprzeczne plastry i wkładaliśmy do wigilijnego kompotu z suszonych owoców. I stale ktoś z nas podchodził do dzbanka i wtykał nos pod przykrywającą go ściereczkę. Te pomarańcze w ogóle nie miały smaku, ale pachniały i to już tworzyło nastrój prawdziwych świąt.

Opowieść o 11 listopada

Adwent to cztery ostatnie niedziele przed świętami Bożego Narodzenia. To wie w Polsce każdy katolik, bo pierwsza niedziela adwentu to jednocześnie początek roku liturgicznego. Nie jest to święto ruchome, w takim sensie jak Wielkanoc i inne święta zależne od niej kalendarzowo, ale jednak data jego co roku się zmienia. W tym roku pierwszym dniem adwentu jest dzisiejsza niedziela czyli 2 grudnia. Z lekcji religii każdy z nas na pewno pamięta, że w adwencie “zabaw hucznych nie urządza się”. Dlatego starano się nie brać ślubów w adwencie. Myślałby kto, że jest to zasada obowiązująca w całym świecie katolickim. A bogdaj to…

W Niemczech, i tych katolickich, i tych prostestanckich, i tych ateistycznych, a też i innowiernych, okres adwentu to okres zabawy jak najbardziej hucznej, bo niemiecki karnawał zaczyna się 11 listopada o godzinie 11:11. Co jednemu święto Wyzwolenia a innemu Zakończenia I Wojny Światowej czy wręcz Kapitulacji, to Niemcowi moment wyciągnięcia z szuflady czerwonego nosa na gumce albo srebrnej sukni wieczorowej w złote płomienie jaką miała niedawno na sobie Renée Zellweger (ach!)

Adwent to w krajach protestanckich wieniec adwentowy z czterema świeczkami, domki z piernika, kalendarze adwentowe i ich lokalne odmiany, np. wizyty krasnoludków, ciasteczka adwentowe, dekoracje adwentowe, przygotowania do Bożego Narodzenia (pierniki, figurki do szopki, ozdoby choinkowe, pocztówki świąteczne, prezenty…), w Polsce jeszcze Andrzejki i Barbara, wszędzie Mikołaj, wszędzie tam, gdzie są Żydzi – Chanuka (też się dziś zaczyna!!!), w Skandynawii jeszcze ekstra – Santa Lucia i Julklap…

W każdym razie zaczął się adwent i trzeba upiec ciasteczka. Co najmniej kilka rodzajów. I powinny doczekać przyjścia Pana, ale niektóre ciasteczka kończą się zanim nawet adwent się zacznie. Tak bywa. Albo powiem więcj, tak właśnie jest. A jeśli jest inaczej i raz upieczone ciasteczka starczają bez dalszych wypieków aż do Nowego Roku, to tylko dlatego że (widziałam na własne oczy!) puszcza się w obieg zamkniętą puszką z ciasteczkami, każdy, gość i domownik, otwiera puszkę, wyjmuje ciasteczko, zamyka puszkę i podaje ją dalej. Raz w ciągu wizyty! No ale tego wszak nie będziemy polecać…

Ciasteczka dla Elizy

przepis na niemieckie pierniki “Elisenlebkuchen” z Norymbergi, nazwane tak w XIX wieku ku czci córeczki jednego z piernikarzy. Sam przepis pochodzi z XVI wieku.

elisenlebkuchen

70 g masła
170 g cukru
jajka
200 g mielonych orzechów
łyżka kakao
łyżeczka cynamonu
szczypta mielonych goździków
100 g rodzynek
125 ml mleka
250 g mąki
pół torebki proszku do pieczenia
100 g skórki pomarańczowej usmażonej w cukrze
paczka polewy czekoladowej
posiekane pistacje lub migdały

Tak! To pierniki bez miodu!

Masło, cukier i jajka ukręcić mikserem na masę o konsystencji kremu. Mikser odłożyć. Już go nie będziemy tu potrzebować. Dodać orzechy, skórkę pomarańczową, mleko i przyprawy. Dodać mąkę i proszek do pieczenia. Wymieszać ręcznie.

Posmarować blachę tłuszczem. Wykładać ciasto na blachę – 1 piernik to 1 łyżka stołowa ciasta. Podana porcja ciasta starczy na dwie blachy. Piec 20 minut w temperaturze 220°C.

Ostudzić. Pokryć glazurą, posypać posiekanymi pistacjami lub migdałami.

Te pierniki są nadzwyczaj wręcz pyszne!

Światła w noc

Adwent to najczarniejsza część roku. Tak czarna, że chwała niech będzie protestantom, iż wymyślili, że trzeba ją rozweselić światłami. Oczywiście, chodzi przede wszystkim o światło symboliczne, o to, że przypominamy sobie narodziny Jezusa, ale też oczekujemy jego ponownego przyjścia w chwale. Ale jednak symboliczne światło świeci również jak najbardziej realnie. Jest czarno, zimno i ponuro, a my wracamy do domu i zapalamy światła w noc. Katolicki adwent był czarny, wstawało się rano i szło się czarnymi ulicami do ciemnego kościoła na roraty. Jak jest teraz, oczywiście nie wiem. Niemiecki adwent po prostu tonie w światłach, a od wielu lat świetlne pomysły przekroczyły już granicę i w Polsce też już wszędzie świecą się okna, balkony, ogrody, dachy… Bardzo to lubię. Łańcuchy świateł wokół okien, świeczki pod herbatą, świeczka przy komputerze, grube świece w adwentowym wianku, no i wreszcie ukoronowanie tej świetlnej orgii czyli choinka.
Kicz? No tak, jasne, kicz…

Nowy kot, nowe wpisy o kotach

Ewa Maria Slaska

Rysia

Wierni czytelnicy tego bloga wiedzą, że bardzo lubię koty i że przez ponad 20 lat miałam piękną kocicę imieniem Schyzia (nomen był niestety omen) i że często pisałam o kotach – kotach w domu, kotach w mieście, kotach w sztuce. Moja siostra, moje przyjaciółki warszawskie, Maryna i Danusia, i berlińskie (a czasem i przyjaciele, ale rzadziej), znając moje upodobania, przysyłają mi różne dawne, albo przeciwnie – nowe i spod igły – kocie konterfekty. O tym, że koty są ważne, niech świadczy fakt, że na blogu nie ma odnośnika (tagu) “pies”, ale “kot” oczywiście jest – a ściślej rzecz biorąc: “koty”. Był czas, że tak często znaleźć tu można było wpisy o kotach, że jedna z odległych znajomych, zachęcana przez jedną z bliskich znajomych do czytania mojego bloga (bo ponoć ciekawy), miała odpowiedzieć, że nie ma ochoty, “bo ta Slaska to tylko o kotach pisze”…

Po czym, po 21 latach, Schyzia odeszła do krainy wiecznych kocich łowów, a ja przez długi czas nie pisałam o kotach (no, nie przesadzajmy – ale jednak pisałam rzadziej), bo bardzo mi było brak bliskiej kociej duszy w domu i nie chciałam “rozdrapywać ran”. Twierdziłam przy tym, że już nie chcę brać żadnego nowego kota, bo jeśli i ten miałby przeżyć dwie dekady, to może się zdarzyć, że mnie przeżyje, i co się wtedy z nim stanie. No ale kot przyszedł sam, a właściwie przyszła kotka – mój wnuk nadał jej świetne imię Rysia (choć kicia bardziej żbikowata jest niż rysiowata), no i tak to mogę spokojnie oddać się ulubionej rozrywce czyli pisaniu o kotach.

To Rysia sfotografowana przez moją synową, a to – banalnie – przeze mnie.

Ernę przysłał Tibor Jagielski, choć wcale nie wiem, czy on wie, że ja bardzo lubię koty. A może teraz już wie, ale nie wiem, czy wiedział, jak mi te swoje rysunki podsyłał.

Ten kocur (kocica) śpi w identycznej pozycji co Erna (i generuje ozon):


Takimi kotami powitał mnie pewnego dnia Mieczysław Węglewicz:

Ale przyznaję, że nie mam pojęcia, kto mi podrzucił dwa kolejne koty (autorką pierwszego jest na pewno Katharina Nenning):

Zaglądam dalej w zakamarki tego, co sobie ostatnio zapisałam. To znowu koty Miecia. Przyznajmy, że kot (jako taki) wie, co robi – na większości obrazków albo je albo śpi. Ouachhh… Kotom to dobrze. Tym dwóm jeszcze lepiej niż Rysi, bo Rysi zasadniczo nie wolno łazić po stole. A już spać na stole!

Kota na torebce miała pewna Arabka w autobusie. Musiała lubić koty, bo na opakowaniu komórki też miała kocie oczy i wąsiska, ale już nie chciałam przesadzać z nagabywaniem obcych ludzi o zgodę na fotografowanie.

A tu kubeczek sfotografowany podczas herbatki u mojego siostrzeńca (też autor).

No i okazuje się, że zwykłe koty zajęły tyle miejsca, że właściwie nie starczyło go na koty w dziełach sztuki. Dziś pokażę zatem tylko jeden obrazek z kotami, nadesłany przez moją warszawską przyjaciółkę Danusię. Ale nie martwcie się, na pewno za niedługo znowu napiszę o kotach, bo ja przecież zawsze “tylko o kotach”.


To koty z bestiariusza (Worksop Bestiary, England c. 1185 – NY, The Morgan Library & Museum, MS M.81, fol. 46v) i zaiste, ogromne wielokolorowe bestie, jeden z nich upolował szczura też jak bestia. W internecie ktoś sklasyfikował te koty: Irish Green Shorthair (now very rare), Pictish Woad Blue, and the Mercian Café au Lait Ragdoll.

A very (un)important question

Ewa Maria Slaska

HOW!?

One month ago I was in Washington. I visited Capitol and Capitol Library, Sculpture Garden with a Silver Tree, Vietnam Memorial, Holocaust Museum and Smithsonian Institut. Only in Capitol somebody checked my identity. It means: if somebody shall really want to know I was there he will be able to check it  using Capitols archives. I suppose than that imaginary “someone” will be ably to find my mail-adresse, birthday, number of my slips and information how many grandchildren I have. OK, I do not mind. If I want to see the place where the world is governed I have to accept I am being controlled. But only then.

Now… I am already some weeks back in Europa. Since then I get mails from Smithsonian. Like that one, from 25th of November. A Subject line: a power of knowledge.

Indeed.

Dear Friend,

This year, Smithsonian scientists built a tool that will touch the sun without melting. Smithsonian curators assisted FBI agents in identifying a stolen pair of Ruby Slippers from the The Wizard of Oz. And Smithsonian educators developed a new, freely available science curriculum that can be used by teachers all around the world.

That’s the power of knowledge. And the power of the Smithsonian. Thanks to you.

The year’s not over yet. To keep this momentum going, we’re looking for 150 new Friends of the Smithsonian members by the end of November. And because you’re such a devoted Smithsonian supporter, we’re offering you a Fall Member Drive discounted rate of just $60 – a savings of $15!

Your Member Card

When you become a Friends of the Smithsonian member, you’ll receive your very own Smithsonian membership card. This card is your gateway to exciting discounts, but it means much more than that. It’s a symbol of your belief in the power of knowledge. It shows that you’re committed to helping Smithsonian scientists, researchers, curators and educators make the world a better place.

And here at the Smithsonian, we want to reward you for that commitment. Become a member today and receive:

  • A subscription to Smithsonian magazine;
  • 20% discount in Smithsonian Museum Stores
  • 10% discount at selected Smithsonian dining facilities
  • A beautiful Smithsonian annual engagement calendar with full-color images of exceptional art and artifacts.
  • …and more!
JOIN NOW »

P.S. – Ready to take the next step in your quest for knowledge with a Friends of the Smithsonian membership? Join today and receive your special Fall Member Drive discounted rate – $15 off our standard membership rate!

Well, no, thank you, dear Smithsonian. I am totally excited of an extraordinary history of you and of your founder, but no, thank you, I do not want membership, even offered the cheaper one… I do not want anything but a very (un)important answer to my question:

GUYS! How did you get my mailadress? How did you know I was there? HOW!? I did not ask google, I did not search in Internet, I just was there. And you know it. HOW and WHY?

Is it geotracking?

Does my smartphone spy on me? Does ist listen to what I am saying? (I was excited of history of James Smithson and of your institution, so I told it anybody who wanted or did not want listen to me)

Or is Smithsonian itself making spionage job on its visitors?

PS. Cleaning the spam file I discovered also a mail from Peets Coffee, a small  and informell coffee shop. They also have my  adress. Somebody else?

 

 

Ulice Berlina. Moja ulica.

Ewa Maria Slaska

Kochani, dawno temu prosiłam, żebyście mi przysyłali wpisy o tym, co wiecie o swojej ulicy. Dziś przypominam tę prośbę i zaczynam od mojej własnej ulicy. Paradestrasse, ulica Parad. Bardzo śmieszna nazwa, gdy się popatrzy na tę niewielką, obsadzoną grubymi platanami ulicę, na której parady mogły by co najwyżej urządzać wiewiórki, lisy albo jeże. Bo choć ulica leży właściwie w samym centrum miasta, jest jednak częścią cichego, spokojnego osiedla domków jednorodzinnych, otoczonych murem niewysokich bloków mieszkalnych. Osiedle jest częścią Gärtenstadt, miasta ogrodu, zbudowanego w ostatnim ćwierćwieczu XIX wieku. Zgodnie z nazwą osiedle jest pełne drzew i ogrodów, kwitną tu masy kwiatów, mieszkają różne zwierzęta, łącznie z szopami praczami. Od lat 30 XX wieku, czyli od czasów, gdy do władzy doszedł mały facet z wąsikiem, osiedle przemianowano na Fliegersiedlung – Osiedle Lotników, a ulice zmieniły nazwy – z geograficzno-historycznych na bojowe: nazwano je na cześć pilotów, zasłużonych podczas I wojny światowej. Osiedle miało (i nadal ma) piękne półkoliste ulice, przecina je linia zieleńców ze strumieniem i dwoma stawami, a w samym centrum posadzono piękny ogród różany. Od północy, południa i wschodu do osiedla przylegają piękne parki – Viktoria Park, Park Tempelhof i zamienione na chroniony prawem nieużytek dawne lotnisko Tempelhof*, oddzielone od nas wielką przelotową ulicą – Tempelhofer Damm**.

Na osiedlu nie ma kina, wielkich domów towarowych, właściwie nie ma kawiarni czy klubów, co nas chroni przed plagą Berlina – masami turystów, którzy ciągnąc za sobą walizki na kółkach, zalewają miasto w poszukiwaniu “nie tkniętych ludzką stopą” zakątków. Mamy za to dwa kościoły, kwadratowy katolicki i okrągły ewangelicki, oba modernistyczne, mamy piękny plac z modernistyczną fontanną bocianów, wielki dworzec kolejki i kolei, kilka szkół i przedszkoli oraz plac zabaw z samolotami. Projektant placu odwołał się do nazwy osiedla, nie zastanawiając się nad tym, że Boelcke czy Manfred von Richthoffen, patroni naszych ulic, w niczym nie przypominają uśmiechniętego lotnika z książeczek dla dzieci.

Ale nie myślę o tym, gdy patrzę z balkonu na ogrody pode mną, gdy wiosną piję kawę, podziwiając cudowną ogromną kwitnącą na różowo wiśnię, gdy już w lutym widzę pierwsze kwitnące kwiaty tegoroczne, a w styczniu widzę, że te grudniowe wciąż jeszcze kwitną, albo gdy nad balkonem rozpina się tęcza, myślę sobie, że mam ogromne szczęście, że mieszkam właśnie tu.

7:40 rano, 11 listopada 2018 roku – tak na mojej ulicy uczciliśmy koniec I wojny światowej


Rozpędziłam się w zachwytach. Tu więc trochę trzeźwych i prozaicznych informacji na temat mojej ulicy:

Wiadomości ogólne
Kod pocztowy 12101
Dzielnica miasta Tempelhof
Komunikacja Strefa A autobusy 104, 248 — metro (U‑Bahn) nr 6 stacja Paradestr
Przebieg ulicy od Tempelhofer Damm do Placu Adolfa Scheidta (Adolf-Scheidt-Platz)
Historia
Dzielnica historyczna Tempelhof
Nazwa ulicy od roku 1913

Nazwa związana z faktem, że ulicę wytyczono na terenie wojskowego placu ćwiczeń (poligonu). Wiosną 1722 roku król Fryderyk Wilhelm I przyjął w tym miejscu pierwszą paradę wojskową. Od roku 1905 stacjonował tu regiment wojsk kolejowych, a teren nadal był przeznaczony na apele, capstrzyki i parady. Rósł tu, na rogu dzisiejszej Paradestrasse i Tempelhofer Damm, jeden z licznych swego czasu tzw. dębów cesarskich (Kaiser-Eiche), pod którym stały trybuny dla cesarza odbbierającego paradę.

* To to lotnisko, na które przylatywały polskie samoloty.
** Trakt na Tempelhof czyli terenów w średniowieczu należących do zakonu Templariuszy, a od renesansu oddanych do użytku militarnego.

Barataria 93 Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Dziekuję Jackowi za inspirację

W Wikipedii czytamy: Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band (krótko nazywany Sgt. Pepper) to ósmy album studyjny grupy The Beatles, opublikowany 26 maja 1967 roku. 50 lat temu, ale o tym już pisałam. Zresztą wszyscy pisali.

Właśnie zdawałam maturę. Nie wiem, czy w ogóle dotarło do mnie, że Beatlesi wydali coś nowego. Dla mnie świat Beatlesów kończył się na filmie Help. Ale świat nie stoi w miejscu, nawet jeśli my siedzimy i kujemy do matury. Przypomnę nas tu, bo myślę, że nikt nigdy nie zrobił nam wspólnego zdjęcia.

Magda Dankiewicz, Mariusz Barański, Antek Szczepkowski i ja: Ewa Bogucka. Z Magdą spotkałyśmy się w zeszłym roku. Z okazji 50-lecia matury! Z Antkiem (mieszka w Teksasie) rozmawiałam przez telefon. “Nie zdałbym matury, gdyby nie ty”, powiedział Antek. “Nie paliłabym papierosów, gdyby nie ty”, odpowiedziałam. No ale już nie palę. Za słuchanie piosenek odpowiadała Baśka Owsiana (też się z nią spotkałam). Może ona będzie wiedziała, czy słuchałyśmy Sierżanta Pieprza tego lata 1967 roku. Pytam. Baśka twierdzi, że tak i że od tego nam skrzydła rosły.

Sierżant Pieprz był częścią Summer of Love, kiedy to ruch hippisów w USA osiągnął swój złoty szczyt. Zapowiadał przyszły rok i Festiwal Woodstock, ale na razie był maj 1967 i matura, a potem powtórne kucie, ale już osobno, do egzaminu wstępnego na studia. Nie chciałam studiować, chciałam zostać hippiską. Nie wiedziałam, co mogłabym zrobić. Miałam długie potargane włosy, nosiłam długie spódnice, opaski przez czoło i naszyjniki z łańcuchów kupionych w sklepie żelaznym (koło Mody Polskiej). Kosztowały 2 złote za metr. Moje ówczesne marzenia stały w jawnej sprzeczności z tym, jak nasze matki  i nasi ojcowie przygotowali nas do wejścia w dorosłość. Kilka dni temu, dzięki Facebookowej zabawie “w książki”, wymieniłam od ręki kilka pozycji, którymi mama-tata sterowali naszymi ambicjami. Lucy Maud Montgomery “Błękitny zamek”, “Jajko i ja” Betty MacDonald, “Serca Dalili”, co się po polsku zwało “Imitacja życia”, Fanny Hurst i “Tajemniczy opiekun” Jean Webster. Same amerykańskie powieści. Stara panna, panna na wydaniu, wdowa i sierota. Kobiety opisane przez kobiety. To dzięki tym książkom i ich autorkom, zdając maturę, byłyśmy obywatelkami świata, młodymi nowoczesnymi istotami płci żeńskiej, które wzięły życie w swoje ręce. I tak nam to zostało.

Nie pamiętam, żebyśmy ucząc się do matury złapali kiedykolwiek w radio Luxemburg Sierżanta Pieprza. Ale San Francisco (Be Sure to Wear Flowers in Your Hair), hymn tego lata, w wykonaniu Scotta McKenzie, puszczała Trójka, a może nawet przedziwny produkt Komuny – Muzyka i Aktualności. Aktualności były straszne, muzyka – świetna.

If you’re going to San Francisco,
be sure to wear some flowers in your hair.
If you come to San Francisco,
Summertime will be a love-in there.

Ale oczywiście Scott McKenzie to typowy dla naszej młodości wyciskacz nastrojów, tymczasem Sierżant Pieprz Beatlesów oznaczał rewolucję. Jak to ktoś napisał – piosenka i płyta przekroczyły możliwości ówczesnej techniki grania i nagrywania w studio. U szczytu powodzenia kultury hippisów narodził się psychodelic.

It was twenty years ago today,
Sgt. Pepper taught the band to play
They’ve been going in and out of style
But they’re guaranteed to raise a smile
So may I introduce to you
The act you’ve known for all these years
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
We’re Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
We hope you will enjoy the show
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
Sit back and let the evening go
Sgt. Pepper’s lonely, Sgt. Pepper’s lonely
Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band
It’s wonderful to be here
It’s certainly a thrill
You’re such a lovely audience
We’d like to take you home with us
We’d love to take you home
I don’t really want to stop the show
But I thought that you might like to know
That the singer’s going to sing a song
And he wants you all to sing along
So let me introduce to you
The one and only Billy Shears
And Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band

Wszystko pięknie, ale to wciąż nie jest Barataria. Bo Barataria zacznie się zaraz za rogiem czyli w filmie Żółta łódź podwodna, który powstał w roku 1968. No i tam właśnie rozgrywa się typowa baśniowo-utopijna sytuacja.

Jacek Slaski, TIP Berlin

Yellow Submarine als Comic

Bissige Türken, Clowns und der furchtbare fliegende Handschuh, die Blaumiesen schrecken vor nichts zurück. Sie wollen Schrecken verbreiten und das freundliche Pepperland mit ihrer finsteren Blauheit überziehen. Ein mutiger Kapitän will das verhindern, er besteigt sein gelbes Unterseeboot und macht sich auf zu einer fantastischen Reise. Unterwegs trifft er die Fab Four und kehrt mit ihnen, über einige Umwege, zurück ins unterjochte Land. Mit der Kraft der Musik vertreiben sie die blauen Aggressoren und Pepperland wird wieder zum psychedelischen Paradies, das es einst war.

Czyli klasyczna sytuacja.  Jakiś kraj, tu Pepperland (chętnie kraj na wyspie) zostaje zaatakowany przez Złych (tym razem Sine Smutasy, który moim zdaniem mogłybby się nazywać Siniaki – Blue Meanies, Paskudni Turcy, Niebieska żarłoczna Rękawica). Bohaterski super hero (Kapitan) sprowadza pomoc (Beatlesi) – wspólnymi siłami udaje się pokonać zło. Wszyscy tańczą i śpiewają.

Szczęśliwy kraj (Pepperland)

Wrogowie

Narzędzie walki

Super Heros

Yellow Submarine
The Beatles

In the town where I was born
Lived a man who sailed to sea
And he told us of his life
In the land of submarines

So we sailed up to the sun
Till we found a sea of green
And we lived beneath the waves
In our yellow submarine

We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine
We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine

And our friends are all aboard
Many more of them live next door
And the band begins to play

We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine
We all live in a yellow submarine
Yellow submarine, yellow submarine

(Full speed ahead Mr. Boatswain, full speed ahead
Full speed ahead it is, Sergeant.
Cut the cable, drop the cable
Aye, Sir, aye
Captain, captain)

 

Zakończenie. Wszyscy tańczą. All Together Now

Film był gotowy 17 lipca 1968. O godzinie 20 w Londynie w Pawilonie na Piccadilly Circus odbyła się prapremiera z udziałem Beatlesów. Byliśmy już po pierwszym roku studiów.
W marcu studenci Uniwersytetu Warszawskiego rozpoczęli rozruchy (zwane potem wydarzeniami marcowymi) w obronie Dziadów Mickiewicza, co dało asumpt do rozgrywek partyjnych, przekształciło się w propagandę skierowaną przeciwko intelektualistom i nagonkę antysemicką, a w końcu doprowadziło do masowej emigracji Żydów z Polski.
W Pradze od 5 stycznia 1968 roku trwała praska wiosna. Mogliśmy żywić nadzieje, że wreszcie coś się ruszy.
Ruszyło się (w miesiąc po prapremierze filmu) w nocy z 20 na 21 sierpnia tego roku, ale nie tak, jak myśleliśmy. Państwa członkowskie Układu Warszawskiego (ZSRR, Polska, Węgry, NRD i Bułgaria) dokonały inwazji, topiąc we krwi praskie nadzieje.

Na festiwalu w Sopocie w roku 1968 I miejsce zdobyła wykonana przez Urszulę Sipińską piosenka Po ten kwiat czerwony. Jej refren brzmiał:

Żołnierz dziewczynie nie skłamie,
Chociaż nie wszystko jej powie.
Żołnierz zarzuci broń na ramię,
Wróci, to resztę dopowie.

Taki to był rok. Beatlesi nie przybyli do Warszawy ani do Pragi, by wyrwać nas spod władzy Siniaków, polscy żołnierze poszli do Pragi i to o tym się w Polsce śpiewało. A w końcu Praga to też było jakieś nasze marzenie o Baratarii.

Professor Brückner – Ende einer Geschichte

Am 23. November (Thanksgiving Day!) bekomme ich per Mail folgendes Schreiben:

Sehr geehrte Frau Slaska, sehr geehrte Frau Kuzio-Weber,

heute möchte ich auf den im Jahr 2013 mit der damaligen Senatsverwaltung für Stadtentwicklung und Umwelt geführten Schriftwechsel zurückkommen und Ihnen die erfreuliche Mitteilung machen, dass der Senat von Berlin in seiner Sitzung am 6. November 2018 mit Senatsbeschluss Nr. S-1667/2018 unter anderem auch die Verlängerung der Grabstätte von Professor Aleksander Brückner (1856-1939) auf dem Parkfriedhof Tempelhof als Ehrengrabstätte des Landes Berlin für die Dauer von weiteren 20 Jahren beschlossen hat.

Die Presserklärung des Senats finden Sie hier:

https://www.berlin.de/…/pr…/2018/pressemitteilung.755287.php

Ich bedanke mich für Ihr Engagement in Bezug auf diese Ehrengrabstätte des Landes Berlin.

Mit freundlichen Grüßen
Christian Krüger

Senatskanzlei / Senate Chancellery

Also doch… Ich spüre ein Kribbel im Bauch. Die Sache mit dem Grab von Profesor Brückner beschäftigte mich schon lange. Es war mühsam, manchmal, wenn es um Kontakte mit den Obrigkeiten in Polen ging, recht unangenehm, in Deutschland dafür immer freundlich, aber, oje, wie langwierig und scheinbar ergebnisslos. Die Bürokratische Mühlen mahlen sehr sehr langsam. Die Senatssitzung, auf der es entschieden wurde fand am 14. August statt. Die zweite, die es bestättigte – am 6. November, zu mir kam die Mitteilung am 23. November.

Höhepunkt unserer Bemühungen ums Grab von Prof. Brückner. Am 14. März 2014 der Marschall des Polnischen Sejms, Bogdan Borusewicz, in Begleitung von den polnischen und deutschen Parlamentarier sowie des Generalkonsuls der RP in Berlin bei der Niederlegung der Blumen auf dem Grab. Anna Kuzio-Weber und ich waren dabei. Ich stehe ganz klein dahinten, Anna machte das Bild.

Irgendwie kann ich es nicht wahrnehmen, dass es jetzt erledigt idt.

Aber, o happy Thanksgiving Day!, es ist wahr, ein hohgestellter Beamter des Berliner Sentas wird sich doch keine kleine Scherze mit Frau Slaska und Frau Kuzio-Weber erlauben.

Ich studiere alle weiterführende links. Er ist da. Nach Hans Baluschek und Willy Brandt.

Auch der Arnold Słucki ist immer noch da, obwohl mathematisch-technisch gesehen, ist seine Zeit auch abgelaufen. Die Entscheidung über Ehrengrab fiel nämlich am 2.09.1997.  20 Jahre der Gültigkeit von Ehrengrab-Entscheidung sind somit schon mehr als ein Jahr hin. Wird sich jetzt jemand es zum Herz nehmen, sich demnächst auch um Słucki zu bemühen? Polnische Botschaft? Polnisches Institut in Berlin? Stowarzyszenie Pisarzy Polskich w Polsce? Polska Akademia Nauk w Berlinie? Polski Instytut Pamięci Narodowej? Uniwersytet Warszawski? Alles Institutionen, die wir wegen des Grabs von Prof. Brückner vergeblich “abgeklappert” haben.

Ich habe mehrere male hier auf dem Blog über das problem mit dem Grab vom Professor Brückner geschrieben, habe unseren Glanz und unseren Elend “besungen”. Jetzt ist es getan.

Ich rufe Anna Kuzio-Weber an. Es ist doch “unser Ding”.
– Wir haben es! schrie ich ins Handy.
Sie weiss noch vom nix.
– Schau in die Post, antworte ich.
Eine Minute Ruhe und nach dem schlichten Anerkennungsausdruck, kommt eine schlichte nüchterne Frage:
– 20 Jahre. Und was wird danach geschehen?
Shit. Sie hat Recht. Und was wird danach geschehen? Der Friedhof wird 2027 völlig aufgelöst. Ist eigentlich schon fast leer. Das Grab wird bis 2038 gepflegt. Dort? Umgebetet? Nach Polen übergebracht, wie während der Diskussion schon manche vorgeschlagen haben.
– Vielleicht, sage ich zögernd, vielleicht… werden sich die von uns damals angeschriebenen Institutionen doch rechtzeitig darum kümmern. Vielleich die Universitäten Halle und Jena, die doch seit 2012 gemeinsam ein Alexander-Brückner-Zentrum führen? Wer weiß.
– Wir werden es nicht mehr erleben, antwortet sie.
Da hat sie recht.


Andere Beiträge (auch die, wo das nur am Rande erwähnt ist) von diesem Blog über das Problem mit dem Grab von Professor Brücken (auf Deutsch und/oder Polnisch) habe ich hier aufgelistet:

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2012/12/30/bruckner/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2014/11/01/profesor-bruckner-jak-co-roku/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/10/31/bruckner-raz-jeszcze-wieder-prof-bruckner/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2017/06/10/gron-na-cmentarzu-w-berlinie/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/09/16/gesichter-berlins/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/10/30/ich-bin-nicht-tot-nie-umarlem-ne-son-gia-morto/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/11/02/halloween-wszystkich-swietych-zaduszki/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2018/11/08/reblog-nachts-am-meer/


Und hier noch eine auf Polnisch für Facebook verfasste Liste von all denen, die uns auf dem Weg zum Erfolg tätlich unterstützt haben:

Ewa Maria Slaska Pięć lat walczyłyśmy – Anna Kuzio-Weber i ja – o przyznanie grobowi Profesora Brücknera statusu grobu honorowego. W tej walce wspierały nas przez te lata liczne osoby, a niekiedy również instytucje. Postaram się wymienić tu wszystkich, ale jeśli o kimś zapomniałam, to niech się nie obraża, tylko natychmiast sam siebie dopisze:
Ewa Maria Slaska Bzdurę napisałam powyżej. Zaczęłyśmy z Anią samotną walkę znacznie wcześniej, bo w roku 2011 – czyli 7 lat temu. Po tym, jak żadna z instytucji i żadna z ważnych osobistości, do których się zwróciłyśmy, nie zwróciły na nas uwagi, poskarżyłam się na FB, że tak jest – wtedy dopiero (dzięki Fejsbuczku kochany) zrobił się raban, znalazłyśmy osoby wspierające nasze wysiłki. I wtedy też postanowiłyśmy machnąć ręką na instytucje i osobiście we dwie, w imieniu WIR-u, który już przestał istnieć, i całej zaangażowanej Polonii, złożyłyśmy wniosek do Senatu o (najpierw) przedłużenie i (potem) przywrócenie grobowi profesora statusu grobu honorowego, pozostającego pod opieką władz Berlina. Było to 5 lat temu! I to na TEN LIST otrzymałyśmy właśnie tę fantastyczną odpowiedź… Tak było
Ewa Maria Slaska Dawid Jung poeta i Łukasz Narolski, rekonstruktor historii, którzy założyli stronę internetową Profesor Aleksander Brückner In Memoriam. Moi kochani, dziękuję!!! Ta strona poruszyła w Polsce niebo i ziemię!
Ewa Maria Slaska Jacek Tyblewski i Monika Stefanek z Radia Funkhaus Europa (dziś Cosmo) oraz Bogdan Twardochleb, z redakcji Kuriera Szczecińskiego!!!!
Ewa Maria Slaska Wiem, wszyscy mieliście i mieliśmy, masę problemów i nieprzyjemności z powody naszych starań. Ale uzyskaliśmy to, co chcieliśmy uzyskać, i to sami, my, powiem szumnie – obywatele! i nasze obywatelskie instytucje!
Ewa Maria Slaska Maria Gast-Ciechomska i (nie istniejące już) Stowarzyszenie Frauen Initiative Berlin-Warschau.
Ewa Maria Slaska Jeśli mowa o Stowarzyszeniach Już Nieistniejących, to muszę tu przypomnieć, że Anna Kuzio-Weber i ja reprezentowałyśmy w momencie rozpoczęcia starań Polsko-Niemieckie Towarzystwo Literackie WIR.

Ewa Maria Slaska Bardzo dziękujemy panu (wówczas) Marszałkowi Sejmu RP, Bogdanowi Borusewiczowi, który wraz z delegacją parlamentarzystów polskich i niemieckich odwiedził grób w marcu 2014 roku

Ewa Maria Slaska Od lat w staraniach o zachowanie grobu wspierało nas również Stowarzyszenie Städtepartner Stettin e.V., a zwłaszcza Wolfgang Hahn, Anne i Folker Schmidt oraz Dorota Kot
Ewa Maria Slaska Wielkie zasługi “dla sprawy” położyła też Szewczyk Maria prowadząca od lat program polski w Volkshochschule Wedding oraz jej liczni kursanci.
Ewa Maria Slaska I wreszcie (choć wcale nie na końcu) moi przyjaciele, znajomi i nieznajomi, którzy od lat chodzili z nami 1 listopada na grób profesora: Roman Brodowski, Krystyna Koziewicz, Krystyna Jesse, Andreas M. Völker, Tereska Michońska, Tibor Jagielski, Monika Wrzosek-Mueller… Och mój ty Boże, na pewno o kimś zapomniałam…