Koty i dzieci

Ewa Maria Slaska i Maryna Over o kotach

000Don Manuel Osorio de Zuniga - Francisco de GoyaFrancisco de Goya y Lucientes (1746–1828)
The Jules Bache Collection
Don Manuel Osorio Manrique de Zuñiga (1784–1792), possibly 1790s.

Zwróćmy uwagę, że ten namalowany przez Goyę chłopczyk, który tak młodo zmarł i nigdy naprawdę nie dorósł na tyle, żeby być panem, jest jednak panem, nie w sensie wieku lecz przynależności kastowej. Szlacheckie, arystokratyczne dziecko, bardzo ciche, bardzo spokojne, a obok niego ptaki i koty, też ciche i spokojne. Był synem księcia Altamiry. Współczesna krytyka sugeruje, że nic na tym obrazie nie jest prawdziwym portretem, są tu bowiem tylko symbole. Może dlatego wszystko jest tu takie ciche i spokojne. Don Manuel został być może namalowany już po śmierci, ptaszki w klatce są symbolem niewinności, a koty uosobieniem czyhającego na człowieka zła jakim jest nieokiełznana i dzika natura. A takie się wydają ciche i spokojne.
Sroka trzyma w dziobie wizytówkę artysty.

001Sarah Bushnell Perkins1790Również ten portret dziewczynki z kotem został namalowany w roku 1790. Stworzył go być może Beardsley Limner, który działał w latach 1785-1805, ale może być też inaczej i wtedy obraz ten namalowała kobieta, Sarah Bushnell Perkins (1771-1831). Nic nie jest tu pewne.  A ciocia Wikipedia, która zawsze i o wszystkim wszystko wie, w sprawie tego malarza i tej malarki milczy we wszystkich możliwych światowych językach. Barbara Wells Sarudy, autorka strony internetowej o sztuce “It is about a time”, którą już tu cytowałam, pisze: The Beardsley Limner (…) was an itinerant artist who executed several naive portraits along the old Boston Post Road, in Connecticut & Massachusetts, from about 1785 to 1805. This name is derived from portraits this artist made of Elizabeth & Hezekiah Beardsley. The Beardsley Limner may actually be a Connecticut pastelist Sarah Perkins. Some stylistic similarities exist between the two, but there are sufficient differences to raise questions about a definitive identification.

004Albert Anker Suisse 1831-1910-kotAlbert Anker (1831 – 1910), malarz szwajcarski, przywołał tym obrazem (Niedzielne popołudnie, 1861, Musée d’art et d’histoire, Neuchâtel) atmosferę niedzieli w rodzinie protestanckiej, choć po prawdzie nie wiem, co mi mówi, że to protestanci. Ale na pewno tak jest. Najstarsza córka (bądź młoda żona) czyta księgę, ojciec rodziny i córka przysłuchują się z uwagą, najmłodsze dziecko śpi, podobnie jak kot na piecu. Surowe, skromne życie, praca, powaga, wiara, szacunek dla Pisma. Piękne są tu te dzieci, ale też Anker był jednym z najważniejszych malarzy XIX-wiecznych, którzy ustalili kanon malowania dziecka jako dziecka, a nie – jak to przedtem miało miejsce – małego dorosłego. Anker namalował około 600 obrazów, z tego 250 to obrazy z dziećmi. Podobno, tak twierdzi Wikipedia, w jego przedstawianiu dzieci widoczne są wpływy pedagogów Jeana-Jacquesa Rousseau (1712–1778) i Johanna Heinricha Pestalozziego (1746–1827).

005Théophile-Alexandre_Steinlen_Chat_Noir1890 005atheophile-alexandre steinlen La Fillette au ChatTheophile Alexandre Steinlen (1859-1923) jest autorem wizerunku jednego z najsłynniejszych kotów europejskich, mianowicie secesyjnego, czarnego i paryskiego (1896), ale namalował też śliczną grubą dziewczynkę z czarnym kotem, który musiał być istotą niezwykłej wprost cierpliwości. W jego twórczości w ogóle jest dużo kotów, niemiecka Wikipedia nazywa go wręcz “niezmordowanym portrecistą kotów”, a w jego rzeźbie są właściwie tylko koty. Dziewczynka z kotkiem jest aktualnie wystawiona na sprzedaż i chyba nie wolno mi jej reprodukować. Ale w razie potrzeby będę się broniła tym, że zachęcam Was do kupna tego obrazu. Trzeba wejść na tę stronę i podać cenę. Napisałam, że zapłacę 100 euro, ale mail się nie wysłał.

003bRenoir Chlopiec z kotem 003aPierre-Auguste_Renoir_099Tych dwoje dzieci namalował Pierre Auguste Renoir (1841-1919). Niestety nie widziałam filmu Gillesa Bourdos z Michelem Bouquet i Christą Theret (2012) i w ogóle ze zdumieniem stwierdzam, że niewiele wiem o tym artyście, który jest chyba najsłynniejszym XIX-wiecznym malarzem europejskim, ale jeśli myślimy, że umiemy go z daleka rozpoznać, ostrzegam – Renoir w ciągu 60 lat czynnego życia namalował około sześciu tysięcy obrazów. Nie znamy ich, nie możemy ich znać i bardzo to przyjemne, bo zawsze nas coś nowego zaskoczy, tak jak mnie ostatnio ta dziewczynka w Musée d’Orsay.

002dziewczynkazkotkamiAndréeBosquet-1900LauraLaWasilewskaDresdenKatzen2012Andrée Bosquet (1900 – 1980) jest malarzem belgijskim, Laura La Wasilewska młodszą od niego o dwa pokolenia Polką. Czy mi się jednak zdaje, czy te dwie dziewczynki są do siebie podobne, mimo że jedna jest poważna, a druga się śmieje?
X
X
X
Poniżej dwóch chłopców z kotem, obaj zamyśleni, ale jak odmienni. Antoni Clavé (1913 – 2005), L’Enfant au Chat i Giuseppe Migneco. Jego chłopiec jest za duży i za dorosły, ale jednak artysta nazwał ten obraz Ragazzo con gatto (1970).

chlopcy-z-kotami

RomualdasPetrauskasX
Ten gruby żółty kot nadawałby się świetnie na partnera dla kota z podróbki obrazu Wodkina Wiosna, mógłby się więc znaleźć we wpisie sprzed tygodnia o żółtych kotach. Ale zasadniczo, oprócz ilustracji uzupełniających moje wywody, prezentuję tu obrazy nadesłane przez Marynę Over, a ten obraz Maryna przysłała dosłownie na ostatnią chwilę. To zresztą nadzwyczaj ciekawe, bo nie mogła wiedzieć, że tematem dzisiejszego wpisu są dzieci. Ale nie po raz pierwszy Maryna i ja myślimy o tym samym.
Romualdas Petrauskas, malarz kompletnie mi nieznany, podejrzewam oczywiście, że Litwin, ale żeby się czegoś dowiedzieć muszę sięgnąć do wiedzy Wujaszka Gugla. Informacji jest jednak niewiele, bo Petrauskas nie ma wpisu w Wikipedii. Jest jednak na Facebooku, skąd wiem, że to malarz współczesny, Litwin, mieszka w Panevėžys czyli Poniewieżu. Na Facebooku i w sieci jest dużo jego obrazów, czyli już wiem, że ten pucaty chłopiec z pucatym kotem to maniera artystyczna, a nie portret. Obraz zatytułowany jest Berniukas (a Google Translator podpowiada, że znaczy to Chłopak), a namalowany został w roku 2007.
I tak to, dzięki nowoczesnym metodom komunikacyjnym, w ciągu kilku minut dowiedziałam się czegoś o człowieku, o którym przedwczoraj w ogóle nie słyszałam.

Żółte koty

Ewa Maria Slaska i Maryna Over o kotach

W sprawie żółtego kota zdania mogą być podzielone. Bo z jednej strony żółty kot, jak moja osobista Schyzia, to po prostu kot rudy, przedstawiany w uproszczonej gamie kolorystycznej albo jako czerwony, albo jako żółty. Albo jest to kolor metaforyczny.

Francesco d'Ubertino Verdi-appelé BachiaccaTen kot na pewno jest rudy, co podkreśla jeszcze żółta suknia kobiety i jej blond rude włosy. Francesco d’Ubertino Verdi, appelé Bachiacca (1494–1557), włoski manierysta. Kobieta z kotem. Jest to być może pierwszy kot w sztuce europejskiej, przedstawiony jako kocia indywidualność. W średniowieczu roiło się oczywiście od kotów, ale były to zwierzęta alegoryczne, a nie przytulane i kochane stworzenia domowe. Tu natomiast kot został sportretowany dokładnie tak samo jak jego pani. Oboje też patrzą na nas dość podobnie – z ciekawością i bez niechęci, ale niezależnie. To nie są spojrzenia istot, które interesuje, czy są podziwiane, bo same dobrze wiedzą, że są godne podziwu. W przypuszczeniu, że to pierwszy europejski kot indywidualny utwierdza mnie wspominana już tu strona “It is about a time”. Jak było do przewidzenia, również Barbara Wells Sarudy udała się w podróż po europejskim malarstwie w poszukiwaniu kotów i Verdi aka Bachiacca jest pierwszym przedstawionym przez nią malarzem. To ładna strona, obejrzyjcie ją sobie, proszę bardzo, ale pamiętajcie, że dla Was to my z Maryną tworzymy wpisy o kotach a nie pani Barbara, OK?

Włoska malarka Amanzia-koty-juz-raz-byloAmanzia Ammirata Guérillot (1828-1886) namalowała w latach 1840-1850 koty, róże, papugę i złote rybki, a większy z tych dwóch kotów, ten rudy, do złudzenia przypomina Schyzię.

Ciekawe, że Amanzia teraz bardzo mi się podoba, a muszę się przyznać, że wiek XIX przedtem nigdy mnie specjalnie nie interesował, oczywiście pomijając to, co zdarzyło się w sztuce pod koniec tego stulecia. Tak naprawdę malarstwo XIX-wieczne odkryłam dopiero po przyjeździe do Niemiec i spotkaniu oko w oko z Casparem Davidem Friedrichem i Arnoldem Böcklinem.

Koty Amanzii poznałam przez facebookową znajomą – Teresę Bogucką, Maryna z kolei przysłała kilkakrotnie rude kocury, w tym wspaniałego rudzielca Susanny Valadon (1865-1938). Ma na imię Raminou, a w google’u pojawia się jako hasło Raminou Valadon, jakby był członkiem rodziny. Pewnie zresztą był.

SusanneValadon-Raminou siedzący na ręczniku susanne-valadon-raminou2Niezwykłego rudego kota, rodem na pewno z Bułhakowa, namalowano w internetowej przeróbce obrazu Kuźmy Pietrowa-Wodkina (1878-1939) – Wiosna (Zob. TU). Jakbym sama nie znała takiego ogromniastego kocura, to bym złożyła ten obraz na karb artystycznej wyobraźni Podrabiacza. A to zwykłe życie. Pan i kotek wyszli w wiosenne popołudnie poleniuchować na łonie natury.

Kuźma Pietrow - Wodkin-kotogromniastyPiękne rude koty. Jeśli natomiast są metaforycznie żółte, stają się krewniakami żółtej krowy. To słynne zwierzę, jeden z memów XX wieku.

Franz_Marc-The_Yellow_Cow-1911Franz Marc, 1911
Solomon R. Guggenheim Museum Nowy Jork

Krowę namalował Franz Marc (1880-1916). Na ten temat, dlaczego żółta krowa jest żółta, napisano już szczególnie wiele. Podobno symbolizowała ona stosunki pomiędzy artystą i jego żoną. Jest pełna życia, uosabia pierwiastek żeński, zdolność rodzenia i karmienia. Krowa oczywiście, nie żona. Czerwień, żółć i pomarańcz to kolory radości, to kolory natury, ale przecież wcale nie naturalne, lecz wręcz przeciwnie – przesadzone, ekspresjonistycznie uwypuklone. Żółta krowa jest jak słońce, jak gorąca plaża, jak lato, jak beztroska…

Tymczasem żółte koty tego samego artysty, stworzone zaledwie rok czy dwa później, są jednak znacznie bardziej powściągliwe, to żółcienie zgaszone szarościami,  naszkicowane zaledwie, ale ich powściągliwość nie jest szkicowa, one po prostu takie są.FranzMarc-two-cats.1912-1914Zupełnie inaczej ma się rzecz z żółtym kotem Picassa. Jest rok 1939. Kot nie jest aż tak wściekle żółty jak krowa, ale niewatpliwie jest nader… naturalny. To dachowiec, właśnie upolował ptaka i zaraz go pożre. Ma zębiska jak potwór. Siedzę ostatnio w tematyce wojny, tak I jak i II, a jeszcze przecież dręczy nas obawa, czy to, co się dzieje, nie jest początkiem III, ten Picassowski potwór namalowany w roku wybuchu wojny wydaje mi się symbolem, jak to napisał Dante, Tedeschi lurchi, żarłocznych Teutonów.

Picasso - kot pozera ptaka 1939

U Picassa jest zresztą więcej żarłocznych kotów. Ten niebieski jest zaledwie o rok wcześniejszy. Wydaje się jednak trochę mniej przerażający.

picasso_bird1938-1
Na zakończenie kot żółty i kot niebieski. Razem. Znowu Franz Marc:
zwei-katzen,blau-und-gelb

Leżeć z kotem na kanapie, drzemać, marzyć

401px-Kramskoi_Meditator_1876 IwanKramskoj-Dziewczynka z kotem (olga)Ewa Maria Slaska i Maryna Over po raz kolejny o kotach

Zaczyna Maryna: Jest taki obraz XIX-wiecznego malarza Iwana Kramskoja “Zapatrzony”. Na tym obrazie leśną ścieżką idzie zabłąkany chłopak, sam jak kołek, w zadumie. Zapatrzył się.

“Gdyby zapatrzonego trącić – pisze Dostojewski, który przywołuje obraz w “Braciach Karamazow” – drgnąłby, jakby ze snu zbudzony, nieprzytomnie (…) na pewno jednak zataił owo głębokie wrażenie, które odczuwał przez czas zapatrzenia się. Wrażenia owe są mu bardzo bliskie, zbiera je z pewnością, nie wiedząc czemu i po co.”

Są ludzie, którzy składają się niemal z samego zapatrzenia się. Żyją do środka. Samorodni mistycy. Patrzę na mojego kota, który przystanął nagle na ścieżce w drodze z ogródka do domu i wbił cicho wzrok w jakiś punkt we wszechświecie – i wiem, że najbliżej takich ludzi są koty.

Obrazy: Iwan Kramskoj (1837 – 1887): Dziewczyna z kotem (Olga) / Medytator (Zapatrzony)

Dalej Ewa Maria: Ona zresztą też zapatrzona, nieobecna. Leży z kotem na kanapie, a gdzie jest naprawdę? Takie jest właśnie leżenie z kotem na kanapie. Aby pozostać w rosyjskich klimatach, powiem, że jest taka kanapa u Strugackich, w ich cudownej książce Poniedziałek zaczyna się w sobotę – siermiężny ale sprawny teleport. Przenosi w inne miejsca, w inne światy. Na kanapie marzymy. Dlatego nie mieści się tu Kobieta z kotem Fritza Erlera, mimo że typologicznie szezlong, na którym spoczywa, to też kanapa.

Bo popatrzmy:

aldunate-kobieta-z-kotem2Carmen Aldunate, chilijska malarka i feministka. Kobieta z kotem. Była już tu w kocich wpisach, ale tym razem jej kobieta nie jest czujną i uważną strażniczką własnego nagiego ja, jak to było na poprzednio cytowanym obrazie – tu się leży, marzy, drzemie, bo kobiecie, która leży na kanapie z kotem nic nie grozi.
Marie Fox
Marie Fox
. Współczesna artystka amerykańska. TU można o niej poczytać. Twierdzi, że maluje owoce, warzywa, kwiaty, ale zarówno google jak i strony internetowe, pokazują tylko jeden rodzaj jej obrazów – kobiety w kolorowych kostiumach kąpielowych. Na plaży, na molo, na leżaku, na fotelu, na kanapie… Kostium, ta ubrana namiastka nagości, ma zresztą na kobiety Fox taki sam wpływ jak kanapa – rozleniwia.

Wladyslaw Slewinski (1854-1918)

Władysław Ślewiński (1854-1918)

picasso-kobieta-z-kotem-piorko

X

X

X

X

X

X

X

X

X

Mówiłam, że Picasso będzie się pojawiał niemal w każdym wpisie. Tu, jak zauważyła Maryna, zachwycające jest, że wylegująca się na czymś kobieta, trudno powiedzieć, czy to kanapa, ale poza jest wybitnie kanapowa – otóż kobieta małym czarnym piórkiem bawi się z małym czarnym kotem. Kobieta, kot, piórko, zamknięty w sobie, monochromatyczny, samowystarczalny świat.

Pastor, pastorowa, syn

Ewa Maria Slaska (tekst), Dorota Cygan (pomysł – kiedyś pojawi się też tekst, ach!)

Poszłyśmy z Dorotą na wystawę. Nie możemy Wam jej polecić w ramach porad kulturalnych, bo obejrzałyśmy ją na dwa dni przed zamknięciem. Czy warto dodawać, że również danego dnia dotarłyśmy do muzeum na dwie godziny przed zamknięciem? No! Ale obejrzałyśmy i byłyśmy pod wrażeniem. Wystawa nazywała się „Leben nach Luther. Eine Kulturgeschichte des evangelischen Pfarrhauses” i zorganizowało ją berlińskie Muzeum Historyczne, to złożone z dwóch budynków – od frontu barokowy Arsenał (Zeughaus), z tyłu – budynek Ieoh Ming Pei.

taipei-ZeughausTematem wystawy jest dom pastora. Dom pastora, a w nim żona, pastorowa, kojarzy mi się od dzieciństwa nadzwyczaj dobrze, a to dzięki lekturze trzech pierwszych tomów Ani z Zielonego Wzgórza. I to jest porada kulturalna zawarta w tym wpisie. Przypomnijmy sobie tę lekturę. Ileż tam jest achów i ochów na temat pastorów, a jeszcze więcej na temat pastorowych. Ania piecze ciasto i dolewa waleriany zamiast wanilii, Ania przyznaje się do tego, że w sosie utopiła się mysz, Ania wreszcie jest zachwycona nową pastorową, bo ta ma sukienkę z… bufami. Marzenie małej dziewczynki.

Pastor jest tam gdzieś, ale prawdziwą osobą jest w powieściach Lucy Maud Montgomery pastorowa. Kobieta – model do naśladowania, piękna, cierpliwa, wyrozumiała, kochająca. To ona ustanawia słodycz praw rządzących w domu pastora.

Dopiero, gdy już wyrosłam z panieńskich lektur, zobaczyłam, że istnieje odwrotna strona prześwietlonego słońcem domu pastora, gdzie pastorowa na werandzie podaje podwieczorek ślicznym dziewczynkom w muślinowych sukienkach. Istnieje bowiem również Dom Pastora, ciężki, ciemny, ponury, w którym Prawo jest bezwzględne, a nie ma Boga Ojca, bo zamiast niego jest Pastor Ojciec. Ten dom znamy chyba najlepiej z filmu Fanny i Aleksander Ingmara Bergmanna (1918-2007). Bergmann był synem luterańskiego pastora z Uppsali. W Fanny i Aleksander dzieci znoszą okrutne cierpienia w domu ojczyma – biskupa.

johann-peter-hasenclever-um-1847Dzieci pastora wychodzą do kościoła albo wcześnie musi zacząć ćwiczyć ten, kto chce służyć przykładem – obraz Johanna Petera Hasenclevera © Sammlung Vollmer, Wuppertal

W kulturze niemieckiej istnieje pojęcie syna lub dzieci pastorów. Ten obraz, namalowany w roku 1847 przez Johanna Petera Hasenclevera „Die Pfarrerskinder“  znalazł się na plakatach wystawy, na katalogu i na książce z tekstami literackimi. Tu jeszcze jest zabawnie, małe dzieci, małe miasteczko u stóp, mały kościółek, napuszony jak paw syn-pastor, pobożna i skromniutka siostra-pastorowa. Ale bycie dzieckiem pastora to powinność i zadanie. Bo i dom pastora był nie tylko domem rodzinnym, ale i obowiązkiem. Miał świecić przykładem, łącząc powinność wobec Boga z powinnością wobec władzy i obowiązkiem pracy w służbie społeczeństwa. Posłuszeństwo było najwyższą cnotą, a jego egzekwowanie usprawiedliwiało niewyobrażalną już dziś surowość. Dzieci pastorów miały być same pastorami, bądź prawnikami i nauczycielami. Już w roku 1697 pastor Johann Samuel Adami opublikował książkę Das exemplarische Priesterkind – Przykładowe dziecko pastora, o tym, jakie powinny być dzieci ewangelickich księży.

Podobnie jak ojciec i jego żona, również dzieci musiały być wzorcowe. Po to, by to uzyskać ojciec pastor nakazywał,  by je bito, głodzono, zamykano w ciemnych komórkach. Nie były szczęśliwe, buntowały się, cierpiały, ale… Rachunek społeczny się najwyraźniej opłacił. Ktoś zbadał już, że ilość sławnych i zasłużonych osobistości kultury niemieckiej, wywodzących się z domów pastorów przekracza w znacznym stopniu średnią statystyczną. Ponad połowa sławnych osobistości w kulturze niemieckiej od XVI do końca XIX wieku pochodziła z domów pastorskich! 26% niemieckich poetów! Encyklopedie wymieniają tu między innymi Friedricha Nietzschego, Gottfrieda Benna, Hermanna Hessego (ten jako młody chłopak uciekł z domu przed okrucieństwem ojca), Carla Gustava Junga, Alberta Schweitzera. Na wystawie przypomniano też Horsta Wessela, człowieka, który w czasie nazizmu odegrał taką samą symboliczną rolę, jak powiedzmy Hanka Sawicka w życiu wczesnego PRL. W póżniejszych latach nikt już nie wiedział, kim była ta dziewczyna, podobnie jak nikt nie myślał o tym, jakie są zasługi czy losy Horsta Wessela i że to on jest autorem słów partyjnego hymnu. Była po prostu pieśń Horsta Wessela (Horst-Wessel-Lied) i żarciki głosiły, że nazistą może zostać tylko ten, kto jest w stanie utrzymać ramię w hitlerowskim pozdrowieniu przez co najmniej trzy minuty i 20 sekund, a więc tak długo, jak długo śpiewa się tę pieśń. Die Fahne hoch! Die Reihen fest geschlossen! / Sztandar w górze, szeregi zwarte! Pieśń cieszyła się ogromną popularnością, a po śmierci autora, zastrzelonego w roku 1930 przez komunistę Albrechta Höhlera, stała się świętością ruchu. Dziś jest oficjalnie zakazana, ale w Wikipedii można jej odsłuchać:

http://de.wikipedia.org/wiki/Horst-Wessel-Lied

Bergmann i Hesse, idole mojej młodości, urodzili się w pastorskich domach i potrafili okrucieństwo wychowania przesublimować w wielkie dzieła humanizmu. I tak widziałam rolę domu pastora w kulturze niemieckiej czy szerzej – protestanckiej. Tymczasem Horst Wessel, tak jak oni, syn pastora, pokazuje mi, zbieraczce ciekawostek i anegdot, że dziedzictwem pastorskiego wychowania może też być zapiekły nacjonalizm i konserwatyzm. I że to być może tacy właśnie synowie pastorów stworzyli podwaliny tego, co zdarzyło się w Europie i sto lat temu i przed 75 laty.

Mówię Wam, to ciężka praca, sprawdzać, jaki sens ma to, w co chcielibyśmy wierzyć.

Koty przyjaciółek-artystek i przyjaciół-artystów

Ewa Maria Slaska
O kotach
a wszystko przez
Marynę Over

Wszystkie mamy przyjaciół-artystów i przyjaciółki-artystki, myślę, że w naszym kręgu nie może się zdarzyć inaczej, zdarza się natomiast, że ci artyści i artystki te też lubią to, co i my lubimy, czyli, żeby pozostać przy aktualnych upodobaniach – koty. Kobiety, jak mi się wydaje, czynią to częściej.

Pierwsze koty naszych przyjaciół nadesłała moja siostra Kasia do blogu “Jak udusić kurę…” Były to dwa rysunki Marioli Landowskiej przedstawiające kota Papuę. Użyłam ich do zilustrowania dwóch wpisów: W piętkę gonię (tam jest też piękne zdjęcie mojego kota czyli Schyzi) oraz Na pociechę dla chorych, smutnych i przepracowanych.

Minęły dwa lata i okazało się, że Maryna Over też zna Mariolę Landowską czyli, jak wszyscy dobrze wiemy, świat jest mały. Mariola jest, jak się okazało, na stronie Maryny o kobietach i sztuce No women no cry, a mnie Maryna podrzuciła jeszcze Romans:

MariolaLandowska-romansRomans wakacyjny, wszystko o tym świadczy, rower, łódka, piłka, namiot, palma. List, strzała amora. Kot jako jeden z elementów sytuacji życiowej. Taki bezczelny kocur, co to łazi własnymi drogami i wszedł na drogi kochanków. Ale jak się dokładniej przyjrzeć, to znajdzie się w tym romansie nie tylko kocura w błękitach, ale i maleńkiego kociaka w barwach skorupki jajka. Nowonarodzony kotek. Wszedł jeszcze w skład romansu, ale pewnie już go kończy. Kotki rodzą się w sierpniu. Pod koniec wakacji. Pojawił się sam dla siebie, czy jest zapowiedzią zmian w życiu kobiety? Jeszcze nikłą, niemal niewidoczną…

Więcej o Marioli Landowskiej TU. Tu natomiast Janusz Bersz, artysta, ukochany Dziadek Maryny, bliski przyjaciel mojej Teściowej. Mówię przecież, świat jest mały. Ja też znałam Janusza Bersza, Dziadka Maryny.

janusz-bersz
Kotka doszukałam się z pewnym trudem, Maryna jest chyba zdania, że wcale go tu nie ma (jest jest, też niebieski! wygląda trochę jak żaba), uważa natomiast i chyba nie bez racji, że ten krajobraz z dworkiem i zamkiem to Bystrzanowice, dwór dziadków mojego męża, gdzie Janusz Bersz jako młody chłopak często bywał. Jeśli tak, to ten zamek u góry to Złoty Potok Raczyńskich, pan i pani koło drzewa to mogą być Dziadek Stanisław i Babcia Konstancja, a dziewczyna w niebieskiej sukience to moja Teściowa.

bystrzanowice-berszTa akwarela, namalowana przez Dziadka Maryny, znajduje się w zbiorach mojej Teściowej. I pomyśleć, że poznałyśmy się z Maryną dzięki Facebookowi.

O Bystrzanowicach było już na blogu – wiele miesięcy temu zamieściłam fragment wspomnień mojej Teściowej o aresztowaniu jej Ojca, Stanisława Grabkowskiego i utracie Bystrzanowic w roku 1945, a dwa dni temu, na rzecz tego wpisu, opublikowałam TU rozdział o życiu codziennym w Bystrzanowicach i przez najbliższych kilka tygodni będę publikowała dalsze fragmenty tej rodzinnej książeczki.

basia-kotDo zbioru zatytułowanego roboczo “Koty stworzone przez naszych przyjaciół” koniecznie trzeba dodać drewnianego kota Barbary Ur. O niej też już tu pisałam, dziś – kot! Kiedyś było tych kotów 50, ostał się tylko jeden. Zostały przygotowane na jakąś wystawę w galerii i klienci rozchwytali je jak ciepłe bułki. Kot należy do kolekcji wysokich smukłych rzeźb Barbary jak Sandra i Kosandra, jak Madonna dźwigająca dziecko na plecach, jak portrety, totemy i demony z całego świata. Przypomnijmy je sobie – są TU.

kotpionwolf

Jest jeszcze kot Wolfa Howarda, który wisi u mnie w kuchni. Howard nie jest moim przyjacielem, ale wystawiał kiedyś w Galerii Zero, prowadzonej przez moją synową i mojego syna, i to z nimi się zaprzyjaźnił. Ciekawe, że jak powiesiłam kota w kuchni, jedna z moich przyjaciółek rzuciła na niego okiem i powiedziała, o, Howard! Okazuje się, że to postać dobrze znana, również z konszachtów z kotami. Namalował między innymi kota ze statkiem w tle. To słynny obraz – Mrs Chippy – i słynny statek, dużo o nim wiem z okresu, gdy redagowałam książkę mojego Ojca, Dariusza Boguckiego, o żeglowaniu w lodach. Sam Howard tak napisał o tym obrazie, broniąc niejako swego pozornie naiwnego sposobu malowania:

Wolf_Howard._Mrs_Chippy“People have said do me, ‘What’s the point in painting a cat? My five-year-old daughter could do that.’ Yes, she could, but would it be a cat that had the look in its eyes that conveyed to you that it was about to be shot? That’s the fate that befell Mrs. Chippy during one of the greatest survival adventures ever—Ernest Shackleton’s voyage to the Antarctic in 1914 on the ship Endurance—shown in the background of the painting , stuck in the ice, as the crew drag the small open boat which later accomplished an 850-mile rescue journey through sixty-foot waves.That’s the difference between my cat and a five-year-old’s.”

Moja synowa Ania podarowała mi kiedyś niebieskiego kota. Podobnie jak kot Howarda – niebieski kot z ogonem w kształcie serca mieszka w kuchni.

kotanikrenzA tu dwoje przyjaciół Maryny Over: Jolanta Pilimon

jola-pilimon-kobiety-i-kotyi Krzysztof Figielski

Krzysztof Figielski kotek

oraz przyjaciółka Doroty Cygan – Edyta Purzycka

edyta-purzycka

Książka o Mamie

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

wystawaKończę dziś wpisy o Mamie. To nie znaczy, że nie mogłabym jeszcze napisać wielu historii o niej, ale moim zdaniem nie wniosłyby one już nic nowego, ani do tego, czego Czytelnik może dowiedzieć się o niej, ale i do tego, czego przy okazji może dowiedzieć się o mnie. Każdy już wie, że Mama była niezwykłą, nadzwyczaj wrażliwą i utalentowaną artystką i to w dwóch dziedzinach: w grafice i tłumaczeniach poezji, głównie hiszpańskiej. Była nieprzeciętnie inteligentna, miała ogromną erudycję i wybitny talent narratorski. Otaczały ją tłumy przyjaciół i wielbicieli, ale właściwie była nadzwyczaj samotna. Zamknięta w sobie i w swoim pokoju, osłonięta wielokrotnym murem milczenia, rezerwy, muzyki i opowieści, w których było wiele, ale nie ujawniało się nic, w każdym razie nie o niej samej. Zawsze skryta za maską, za milczącą grafiką i pozornie cudzym tekstem. Bo te teksty wcale nie były cudze, to były jej teksty, to ona je wybierała i to ona je dla nas wyrażała w słowach. Uważni Czytelnicy doczytali się zapewne, że nie była najlepszą gospodynią domową, ale wiedzą również, że w ogóle się tym nie przejmowała. Domyślą się też, że teraz, gdy już jesteśmy dorosłe, moja siostra i ja (choć nie wiem, czy mam prawo mówić w imieniu mojej siostry) wspominamy ją jako niezwykłego człowieka, ale gdy byłyśmy małe, nie było nam łatwo.

Nie było łatwo. Ale kto powiedział, że mamy mieć w życiu łatwo? Nie było to  sprawiedliwe, bo życie nie jest sprawiedliwe. Ale na pewno było ciekawie. I na pewno wyposażyło nas na przyszłość w zupełnie już dziś nieistotne przymioty, jak erudycja, uprzejmość i uczciwość, tego jednak, że dziś te cechy już się na nic nie przydadzą, Mama nie mogła przewidzieć, bo chyba nikt nie mógł tego przewidzieć. Nauczyła nas, że trzeba pracować, bo jest to ważne, trzeba więc pracować, jak trzeba, to ponad siły i nie oglądając się na własne korzyści. Nie należy o nic zabiegać, bo nagrodą jest dobrze wykonana praca, a nie masa towarowa.

No i tak właśnie zrealizowałam swoje życie.

Bez sensu, ale, Mama powinna być ze mnie naprawdę zadowolona, bez najmniejszych osobistych korzyści. Wszyscy mnie przegonili w wyścigu, a jeśli biegnąc mogli mi coś zabrać, to zabrali.

Z tego co przez ostatnie miesiące i lata napisałam o Mamie, zamierzam ułożyć książkę. Również i dlatego nie mogę już tu więcej pisać, bo blog może trwać choćby wiecznie, ale książkę kiedyś trzeba skończyć.

Nie wiem, jaka ona naprawdę będzie, ale na razie ustanowiłam kilka obowiązujących w niej praw:

Moją Mamą była Irena Kuran-Bogucka. Każdy, kto chce, może ją sobie znaleźć w Internecie, nie będę tu więc pisała tego, co każdy może znaleźć.

To tylko jedna z reguł, którymi obwarowałam to pisanie. Będę tu pisała o tym, co wynika z poszukiwań w jej papierach i, rzadziej, rzeczach, i, jeszcze rzadziej, obiektach. Rzeczy mam mało, papierów dużo, ale daleko nie wszystkie, pojawi się więc tu tylko to, co mam, a nie to, co wiem. Ta zasada znakomicie mi ułatwi życie, bo wiem dużo i w tym „dużo” mieszczą się też tajemnice, ale nie będę ich ujawniać bez zgody Mamy. Ona sama już nie żyje, ale jeśli jej papiery, rzeczy, obiekty gdzieś objawią jedną z tych tajemnic, to znajdzie się ona i w książce. Na razie nic takiego się nie zdarzyło.

Rozumiem, że czytelnik może być niezadowolony z takiej mojej autorskiej decyzji, lecz cóż, może szukać sam, próbując odsłonić te sekrety. Gdzieś się ujawniają. Dociekliwy część z nich znajdzie nawet w miarę szybko, wszystkich na pewno nie. I myślę nawet, że nigdy. No i ostatni „ob-warunek”: rozdziały tej książki najpierw były, są lub będą wpisami na blogu i/lub na blogach. Różnych, bo…

I tu tekst się zakręca jak wąż Ouroburos. Po “bo” proszę przeczytać pierwszy wpis na tym blogu, zatytułowany, jakżeby inaczej, “Blog”.

Reblogs: Drei Jahre danach / Trzy lata później

11.03.2011 / 11.03.2014

Katastrofa nuklearna w Fukushimie nastąpiła 11 marca 2011 roku, gdy tsunami uderzyło w położoną na północ od Tokio siłownię Fukushima, powodując stopienie się prętów paliwowych w trzech reaktorach oraz promieniotwórcze skażenie okolicznych terenów, z których ewakuowano 160 tys. ludzi. Awarii w Fukushimie przypisano najwyższy, siódmy stopień w skali INES (mierzącej od 0 do 7 stopni), który był przypisany katastrofie w Czarnobylu z 1986 r. Po awarii powstały setki stalowych zbiorników na skażoną wodę. W kilku z nich odnotowano nieszczelność, w sierpniu 2013 r. wyciekło 300 ton skażonej wody, w lutym tego roku – 100 ton. Japońskie władze zaklasyfikowały incydent sierpniowy jako trzeci stopień na skali INES. Rzecznik TEPCO, firmy zarządzającej elektrownią, Masayuki Ono, zapewnił, że podejmuje się „różnego rodzaju działania” w związku z wyciekiem, ale że jest mało prawdopodobne, żeby skażona woda dotarła do oceanu.

Trzy lata temu, po katastrofie w Fukushimie, Żywia Karasińska-Fluks opublikowała na blogu “Jak udusić kurę” opowiadanie zatytułowane “Gdzie jest Kazuko?” Sięgnijmy po nie w trzecią rocznicę katastrofy.

Fukushima-530x298

Sind es weiterhin Obdachlosen, die dort arbeiten? Czy w Fukushimie nadal pracują bezdomni?

Nuklearkatastrophe von Fukushima begann am 11. März 2011 mit dem Töhoku-Erdbeben und lief gleichzeitig in vier Reaktorblöcken ab, wo es zu Kernschmelzen kam. Große Mengen an radioaktivem Material wurden freigesetzt und kontaminierten Luft, Böden, Wasser und Nahrungsmittel in der land- und meerseitigen Umgebung.

Kurz vor dem dritten Jahrestag der Reaktorkatastrophe warnte die internationale Ärzteorganisation IPPNW (International Physicians for the Prevention of Nuclear War) vor der Vertuschung gesundheitlicher Folgen. Laut der Bielefelder Ärztin Angelika Claußen werden Ärzte in Japan von der Regierung unter Druck gesetzt, wenn sie nach medizinischen Folgen der Katastrophe suchen. Die Journalistin Oshidori Mako berichtet von immer neuen Lecks am Reaktor und von Schulen, die Lebensmittel aus der Region verwenden müssen, um deren Unbedenklichkeit zu demonstrieren.

Am 3. Jahrestag der Katastrophe sehen wir uns einen kleinen Film von der
Aktuelle Stunde, gesendet am 08.03.2014 unter dem Titel: Fukushima – die verschwiegene Gefahr

Napisy

Ewa Maria Slaska o Łowcach Inskrypcji

Nie pamiętam już, jak i dlaczego, zgłosiłam na Facebooku akces do grupy nazwanej Łowcy Inskrypcji. Jej założycielem jest Krzysztof Górski, który też ustalił cele i reguły grupy. Poszukujmy napisów! Inskrypcji. Warszawskich. Ale nie tylko! Ostatecznie globalizacja hula a my z nią. Inskrypcji po polsku, po łacinie. Po niemiecku, angielsku etc. Wszelkich. Podniosłych i przyziemnych. Dawnych i dzisiejszych. W spiżu, ale i na ścianie toalety. Pomniki, klepsydry, tablice pamiątkowe, szyldy, reklamy, graffiti etc. I mixy różnych napisów, choćby “wandalskie” dopiski do czcigodnych inskrypcjach. Albo nakładanie się reklam na inne warstwy sfery komunikacyjnej miasta etc. Wszystkich zakochanych w naszej Wawie, zwłaszcza chodzących po niej z aparatem, zachęcam do współpracy.

nie-po-polskuNo dobrze, z reguły nie chodzę z aparatem, a jak chodzę, to w najważnejszych miejscach i momentach nawala, albo nawalam ja, czyli zapominam na przykład, że go mam i mogłabym użyć. Nie jestem z Warszawy. Ale za to lubię napisy. Nadzwyczaj wręcz lubię napisy niby to po polsku, choć naprawdę są to słowa w innym języku, tylko brzmią po polsku. Dla tych, którzy się do tego wpisu zaplątali przypadkiem dodam informację znaczącą – jestem z Gdańska a mieszkam w Berlinie. Palto, burka, serio, targi i krok, to tylko kilka z moich berlińskich zdobyczy. Bo bywają jeszcze rubin, barak, burak, rogal, baran…

Poza tym oczywiście bardzo mnie bawią napisy po polsku. To na Kreuzbergu. Najpierw ktoś zadał pytanie:

pytanieW kilka dni potem ktoś dopisał odpowiedź:

odpowKilka dni temu, też na Kreuzbergu, znalazłam przedziwny napis (przepraszam za jakość – moja komórka w nocy nie jest najlepsza, a aparatu, jak zwykle, nie miałam):

widzew-w-berlinie-23-2-14Widzew mogę jeszcze zrozumieć, ale co z tym katarem? Czy to obelga rozczarowanego kibola czy informacja obiektywna, dostarczana przez lokalnego reportera?

Ale lubię też oczywiście napisy po niemiecku i angielsku. Reprodukowana poniżej pocztówka jest niestety nędzną imitacją tego, co zobaczyłam kiedyś na murze, ale oczywiście nie miałam aparatu. Nie tylko przy sobie, w ogóle nie miałam aparatu.

walrechtSlogan powstał w okresie zaciętej walki o prawa wyborcze dla wszystkichWahlrecht für Alle. Jakiś dowcipniś przerobił go na prawa wielorybów dla węgorzy. Jest to bardzo inteligentna przeróbka, bo wieloryb różni się od wyborów tylko brakiem “h”, czego w potocznym języku w ogóle nie słychać, a w węgorzach są dwa “aa” i jedno “l”, podczas gdy w słowie wszyscy – alle – jest jedno “a” i dwa “l”. A do tego naprawdę chodziło o małe chude węgorze, np. cudzoziemców i o to, żeby im przyznać takie same prawa jak mają grube wieloryby czyli “tuziemcy”.

allesPodobną zabawę językową zastosował berliński zespół Ohrbooten, grający mieszaninę Reggae, Ragga, Alternative i HipHop, który sam określa swoją muzykę jako Gyp-Hop. Wszystko dla wszystkich aż wszystkiego zabraknie. Tyle, że po niemiecku to śmieszniejsze, bo zabraknie w potocznym berlińskim brzmi… ist alle, jest wszystko czyli nie ma nic. Tytuł zszedł pod strzechy i wszedł na miejskie ściany.

godisblackRównież tego napisu nie sfotografowałam – tu jest nowojorski, ale widziałam podobny i w Berlinie, i do dziś bardzo tego żałuję. Bo nie wiem, czy zależy mi na tym, żeby świat uznał, iż Bóg jest czarną kobietą, ale nie zależy mi też na tym, żeby był fanatycznym mężczyzną o płomiennym spojrzeniu rzucanym spod czarnej arafatki, a i równie niechętnie akceptuję dziadka z siwą brodą.

Na zakończenie kilka zdjęć z moich zbiorów, niektóre przesłane też do grupy Łowcy Inskrypcji:

brocolliCzekolada jest odpowiedzią Boga na brokuły. Napis na oknie czekoladziarni. Na Kreuzbergu oczywiście.

Berlin makelove  havelessdomore Tu tekst osobisty  – proszę przebacz mi.

przebacz
Nikt nie jest wolny, dopóki wszyscy nie są wolni.

wolnosc
Trzy poniższe zdjęcia są ze Szczecina:

antifa sienieklocimy kawa-nudaIddźcie na kawę!

A to Powsinoga znalazła w Madrycie i w Pradze

:Hemingway w Madrycie Koukali jsme.Praha

A tu znowu moje z Berlina, oba coś znaczą, ale nie to, co się nam wydaje:

kotku Kurde

Kocie sprawy łóżkowe

Wpis Ewy Marii Slaskiej dedykowany, po raz kolejny, Marynie Over

Trzeba poświęcić cały wpis sprawom łóżkowym, bo to ważny rozdział w koegzystencji kota i człowieka. Zacznijmy może od sytuacji dramatycznej, a potem już tylko będziemy stopniować napięcie.

Panie i Panowie… Tatatata! Kot Simona:

Każdy z właścicieli kotów to zna, właściwie bez zmian. Poranny koci miauk, przeraźliwy i konsekwentny. Też znam. Schyzia dodaje jednak do naszych spraw łóżkowych pewną atrakcję, z którą w opowieściach innych nigdy się nie spotkałam. Otóż jak wściekła bestia atakuje moje stopy, jeśli przez sen nieopatrznie wytknę je spod kołdry. Schyzia oczywiście, nawet mimo wieku, jest kotem bojowym i potrafi nieźle dokuczyć, ale mnie z zasady niemal nigdy nie tyka. Tymczasem moje stopy, gdy ukazują się oddzielone ode mnie kołdrą, to w jej pojęciu jakiś potworny wróg i nie jest wykluczone, że kot w ogóle nie kojarzy ich ze mną, lecz przeciwnie, uważa, że to dzikie zwierzęta, atakujące jej panią i trzeba je natychmiast unieszkodliwić.
Imterpretację można uznać za wzruszający objaw mego przywiązania do kota, ale nie zmienia to faktu, że nasze wspólne noce bywają nadzwyczaj dramatyczne.

A tymczasem istoty nieświadome, bo nie posiadające kotów, wyobrażają sobie, że pani z kotem w łóżku wygląda tak:

Fritz Erler (1868 – 1940)Pięknie prawda? Ileż godności i spokoju! Fritz Erler (1868 – 1940). Erler był słynnym niemieckim malarzem wojennym, który tworzył obrazy o I wojnie światowej. Nie przepadałam więc za nim, choć było takie lato, że, przez kicię zresztą, często musiałam o nim myśleć. Kotek mianowicie ciężko zachorował, a zdarzyło się to, jak zawsze przecież, w niedzielę. Czyli trzeba jechać do kliniki, albo szukać dyżurnego weterynarz. Ten, którego znalazłam mieszkał potwornie daleko, ale był (jest) Polakiem i okazał się, okazali się zresztą oboje, i on, i żona, wspaniałymi lekarzami. Opiekowali się Schyzią z ogromnym poświęceniem, wyprowadzili ją z terminalnej choroby i zapewnili do dziś spokojne, zdrowe życie. Nie mam auta, codziennie, a przez pierwsze dni – dwa razy dziennie – pakowałam Schyzię do  grubej płóciennej torby (Schyzia nie znosi koszyków), przytulałam do piersi i 45 minut jechałam metrem, potem przez 15 minut szłam, przez godzinę towarzyszyłam kotu, któremu trzeba było aplikować kroplówki, po czym wracałyśmy do domu. Szłam zawsze przez Aleję Fritza Erlera i zawsze z pewnym niepokojem myślałam o tym, że to ulica człowieka, który służył wojennej propagandzie. W Berlinie takie myśli są nieuniknione, nawet jak się nie żywi wrogich uczuć. Plakat z reprodukcją obrazu Erlera zachęcający do zbierania pieniędzy na wojnę (I wojnę) przyniósł Bankowi Cesarstwa 13 milionów marek, więcej niż jakakolwiek inna akcja propagandowa. Po wojnie i dojściu Hitlera do władzy Erler malował portrety Führera i innych osobistości NSDAP. W roku 1940 szczęśliwie umarł.

A tu kotek.

Poniżej też kotek, i też w łóżku, ale tym razem z panem. Giovanni Lamfranco. 1582-1647. Włoch, późnorenesansowy czy też jak chcą krytycy protobarokowy, a człowiek głowę by dał, że manierystyczny w stylu prerafaelitów, a może nawet całkiem współczesny i tylko z lekka stylizowany na manieryzm. Myli zwłaszcza szelmowskie spojrzenie młodego pana i tematyka, zupełnie niepodobna do tego, jak artysta malował oficjalnie – słynął bowiem z monumentalnych fresków, malowideł na plafonach, sufitach i kopułach oraz ołtarzy o tematyce nadzwyczaj religijnej. I tu nagle młody nagi pan w łóżku. Z kotem. 1620 rok. Dziś w Londynie, w zbiorach Walpole Gallery. Obraz, który skłania krytykę do wysuwania niedwuznacznych domniemywań. Ale w dziele artysty nie ma innych obrazów, które potwierdzałyby te przypuszczenia, nic też nie zachowało się w dokumentach.

Giovanni Lamfranco -kot

A tu znowu Pablo Picasso – namalował tyle kotów, że naprawdę bez niego żaden wpis się nie obędzie. Wierzyć się nie chce, że to on, taki ten obraz normalny, taki, w którym widać, że malarz nie będzie tu robił żadnych eksperymentów z nosem, ręką czy udem, i że z sympatią traktuje swoją modelkę. “Młody był”, napisała Maryna Over w jednym z komentarzy na Facebooku. No tak, rok był zaledwie 1900, malarz miał dopiero 19 lat.

PicassoDonna con gatto1900Tak się powinno leżeć z kotem w łóżku, miły przytulny kotek. Niestety życie znacznie częściej szykuje nam niespodzianki, na przykład w postaci kota, który przez cały czas, gdy przygotowuję ten wpis, łazi po klawiaturze, a teraz ułożył się dokładnie tak, żebym nie widziała na ekranie, co piszę. Zaraz pójdziemy spać, co mi przypomniało pewną łóżkową historię z kotem w roli głównej. Miałam kiedyś osobistego narzeczonego, który był osobą nader trudną. Pewnie, każdy osobisty narzeczony jest trudny, podobnie zresztą jak mąż, syn i ojciec, a i, gwoli sprawiedliwości, matka, żona, narzeczona, córka i siostra. Wszyscy jesteśmy trudni, ale ten był wybitny. Kiedyś pokłócił się ze mną o coś zaraz po powrocie z pracy, a wracał w porze, kiedy ja właśnie wstawałam, a za oknem gwizdały kosy. Pokłócił się, po czym zadowolony z siebie postanowił pójść spać (do mojej sypialni, bo to było moje mieszkanie, nie jego), zostawiając mnie w kuchni z gwiżdżącymi za oknem kosami. Poszedł do sypialni, gdzie na łóżku siedziała Schyzia. Spojrzała na niego wrogo i nafuczała, a gdy chciał ją odsunąć – udrapała. Narzeczony wrócił do kuchni jak niepyszny, poprosił o plaster i zapytał, czy mogłabym zabrać kota. Niestety nie mogłam.
La Calata Culta2Wkrótce potem narzeczony przestał pełnić tę funkcję.

Tyle na temat kotów w łóżku. A na zakończenie obrazek, o którym nic nie wiem. Ma kilka podpisów i napisów, życie paryskie, kotki Ninotki, towarzysze w łóżku.  Maryna wytrzasnęła ten obrazek ze strony La Calata Culta. To strona pisarki Leslie Guevara o erotyce i przewrotnych erotycznych okrucieństwach, zwłaszcza takich, które wykonują małe dziewczynki. Ta Calata Culta może oznaczać Kultową Inwazję, a inwazja w erotyce może oznaczać wiadomo co. A La Calata to taniec starowłoski z XVI wieku grany na lutni.  Nic nie rozumiem, ale to chyba nie szkodzi.

Dzień kobiet Mamy

Ewa Maria Slaska o Irenie Kuran-Boguckiej

maybe-Alfonsina

Fragment tłumaczenia wiersza Alfonsiny Storni

Kobiety. Było ich w sztuce Mamy dużo, w szkicach, grafikach, linorytach, w tłumaczeniach już znacznie mniej, ale oczywiście była Alfonsina Storni oraz Mascha Kaléko, której wiersze Mama przetłumaczyła na moje zamówienie do jednej z pierwszych publikacji WIR-u, a mianowicie do tomu zatytułowanego Poetki z ciemności.

Jak zwykle, ale Czytelnicy już się chyba przyzwyczaili, nie jestem w stanie zaprezentować tu ani pełnego przekroju prac Mamy, w których pojawiły się kobiety, ani pokusić się o syntetyczną analizę tematu “Kobieta w twórczości Ireny Kuran-Boguckiej”. Jednak z okazji Dnia Kobiet chciałam tu przypomnieć niektóre wykonane przez Mamę wizerunki kobiet. Rzadko były to portrety, choć niekiedy rozpoznać można znajome twarze. Była wprawdzie grafika zatytułowana Ewa, o której chętnie bym głosiła, że to ja, ale niestety – nie byłam to ja. Była to jakaś młoda szczupła dziewczyna w swetrze z golfem i blond fryzurą na chłopczycę. Najpiękniejszą grafikę zbliżoną do portretu Mama zatytułowała chyba Tulipany – na pierwszym planie znajdował się szklany kulisty wazon z kwiatami, za nim, chyba w lustrze, twarz kobiety, którą wtedy rozpoznawałam jako Marynę, choć chyba nie było to jej rzeczywiste imię. Była to przez stosunkowo krótki czas dziewczyna jednego z młodych znajomych rodziców – duża kobieta, z prostymi włosami à la Marina Vlady, stąd chyba jej imię, która nosiła się bardzo jak na owe czase modnie i ekstawagancko. Byłam nieznośnym zakompleksionym brzydkim kaczątkiem i Mama podawała mi Marynę za przykład, jak trzeba się umieć “zrobić”, co Maryna umiała fantastycznie.

Piszę tu o Ewie i Marynie tak szeroko, bo… nie mam ani obu tych grafik, ani jak dotąd nie znalazłam żadnej ich reprodukcji.

kobieta kobieta-siedzaca

szkic-glowy-kobietZ reguły jednak kobiety Mamy nie były portretami, lecz stanowiły syntezę pewnego określonego typu ludzkiego.  Widać to już w szkicach. Mama chętnie szkicowała podczas podróży, zapewne były to więc twarze napotkanych ludzi. Ale już w szkicu pojawia się to, co najważniejsze – linia przyszłego zsyntetyzowanego portretu.

Najpierw były portrety historyczne i egzotyczne – które w latach 50 Mama wykonała jako ilustracje do książek – katalogów Naszej Księgarni – Z książką przez stulecia i Z książką przez świat. Niestety nie mam tych książek i nikt z rodziny też ich chyba nie ma.

Już po opublikowaniu tego wpisu nieznany ofiarodawca przysłał mi mailem skany obu publikacji!

X

taniecbona

W obu tych książkach były zarówno przerywniki, jak i duże czarno-białe grafiki z jednym kolorem, w tych o historii był to niebieski, o kontynentach – kolor terrakoty.

Wystawa Ireny 022

mezatkaPortretem syntetycznym były też kobiety z cyklu Okupacja i z obu cyklów pomyślanych jako ilustracje do Lorki.

przerywnik-kobieta-patrzy

okupacja

Niewątpliwie najbardziej uproszczone są postaci z cyklu Metopy barbarzyńskie. Na marginesie dodam, że był to tytuł bardzo chętnie przerabiany przez dziennikarzy i prasę na Metody barbarzyńskie. No ale skąd dziennikarz miał wiedzieć, że fryz dorycki składał się z tryglifów czyli fragmentów kamienia we wzór geometryczny i metop – czyli płaskorzeźb. A zresztą – czy dzisiejszy dziennikarz będzie to wiedział? Wątpię. Mniejsza… Metopy barbarzyńskie były kondensacją rozmyślań Mamy o kulturach Afryki i Ameryki Łacińskiej. Nie wiem, czy myślała o Azji, może o Tybecie, ale chyba nie o Chinach, Indiach i Indochinach.

kuran-metopy4 kuran-metopy3

MadonnaNomadow-uBabaciaPostaci z Metop to nie byli prawdziwi ludzie, to były tylko symboliczne sylwetki. Ale też wtedy Mama stworzyła najpiękniejszą swoją kobietę – Madonnę Nomadów. Sfotografowałam ją tu w mieszkaniu mojej Teściowej.

Gdy skończył się okres drzeworytów i Mama zaczęła pracować techniką linorytową, ludzie powrócili, ale jednocześnie wzmógł się stopień ich typizacji. W linorytach nie ma już podobieństwa do żadnego znanego czy nieznanego modela, tu już są tylko symboliczne figury miłości, tęsknoty, opuszczenia, śmierci.

nauzykaa-mama