Lato 2019. Boże Ciało. Codziennie jeden wiersz (16). Kargol

Ela Kargol

Solemnitas Sanctissimi Corporis et Sanguinis Christi
W oktawę Bożego Ciała

Procesja na mojej ulicy

Boże Ciało w Berlinie nie jest dniem ustawowo „świętym”, ani wolnym od pracy. Dopiero w niedzielę po Bożym Ciele obchodzone są uroczystości z nim związane. Niejeden berlińczyk dziwi się i z ciekawością spogląda. mijając w mieście procesję.

W Berlinie, żeby zmniejszyć koszty utrzymania oraz ze względu na coraz mniejszą liczbę zainteresowanych, dwie lub trzy parafie połączono w jedną. Procesja w mojej parafii odbywała się właśnie w tej drugiej.

Trochę z lenistwa i wygodnictwa poszłam w niedzielę do mojego kościoła i uczestniczyłam w tzw. Ausweichmesse (mszy zastępczej, ausweichen znaczy tyle co ominąć, wyminąć, ustępować, unikać), czyli mszy, która daje mi możliwość uniknięcia długiej procesji. Msza rzeczywiście była krótka, bez kazania.

Wracając do domu, zaskoczona i zdziwiona, usłyszałam z oddali pieśni kościelne i pobrzękiwanie dzwonków. Zdziwienie moje było tym jeszcze większe, gdy zobaczyłam kroczącego dumnie policjanta, a później procesję i jej uczestników: wiernych ze sztandarami, ministrantów z dzwonkami, pana, który pieśni intonował i pana z przenośnym głośnikiem, księdza w otoczeniu asysty niosącego monstrancję pod baldachimem i chłopców sypiących kwiatki, tak chłopców.

Kilka lat temu niedaleko mojego domu pojawił się kościól. Pojawił, bo owszem widziałam głebokie wykopy, nie pamiętam jednak fazy budowy, po krótkim czasie stał już budynek, z wieżą i krzyżem na niej. Zdziwiłam się jeszcze bardziej, że w czasach, w których w Berlinie kościołów nie przybywa, a wręcz odwrotnie, powstaje nowa świątynia. Kościół pod wezwaniem św. Piotra jest wprawdzie kościołem katolickim, ale takim, w którego obrządku nic się nie zmieniło od 1500 lat, który nie zawsze żył w zgodzie z papieżem i wielu jego kapłanów zostało ekskomunikowanych, łącznie z założycielem bractwa. W tej chwili, śmiem przypuszczać, stosunki z Watykanem są poprawne, skoro buduje się nowe świątynie.
Lefebryści (Bractwo Kapłańskie Świętego Piusa X, łac. Fraternitas Sacerdotalis Sancti Pii X, FSSPX), bo najczęściej ich się tak nazywa, od nazwiska założyciela bractwa, Marcela Lefebvre’a, zarzucają kościołowi katolickiemu laicyzację i neoprotestantyzm, lewactwo i liberalizm. Chętnie nawróciliby wszystkich katolików, tworząc jak najwięcej państw wyznaniowych, „w których rzymski katolicyzm będzie religią dominującą i jedyną akceptowalną i w których inne wyznania pozbawione będą swoich praw publicznych.” (Zob. TU).
Podeszłam do policjanta i mówię, że to jedyna demonstracja na mojej ulicy. Uśmiechnąl się tylko i zatrzymał nadjeżdżające samochody. Chłopcy sypali kwiatki, a dziewczęta, trochę już starsze, te płatki kwiatowe im podawały, gdy wiaderka plastikowe (nie koszyczki!) były puste. W wiadomościach parafialnych przeczytałam, że kilku chłopców przystąpiło w tym roku do I Komunii Świętej. Tylko chłopcy, a gdzie dziewczęta?
Ołtarz był tylko jeden, a nie jak zwyczajowo – cztery. Mieścił się w bramie wjazdowej przy w kościele, przystrojony z „polskim” przepychem. Kapłan podszedł do ołtarza, stanął plecami do wiernych i zaczął celebrę po łacinie.

„FSSPX krytykuje również wprowadzenie do liturgii języków narodowych i usunięcie z niej łaciny, stanowiącej wspólny język dla całego Kościoła, który świadczył o jego jedności i uniwersalności. Księża Bractwa odrzucają również celebrację mszy w stronę ludu, przypomiając, że kapłan, działający w liturgii in persona Christi (w osobie Chrystusa), staje się przewodnikiem zebranego ludu, prowadząc go do Boga i zarazem uobecniając Jego tajemnice. Symbolem tego ma być zwrócenie celebransa w stronę ołtarza. Bractwo, doszukując się wielu uchybień w zreformowanym rycie mszalnym, celebruje wyłącznie mszę w formie nadzwyczajnej (trydenckiej).“
(Zob. TU).

Wierni przyklęknęli, nie przeszkadzał im szum i łoskot autostrady. Ich śpiew był głośniejszy:
Christus vincit, Christus regnat,
Christus, Christus imperat.

Procesja na mojej ulicy

Szli moją ulicą,
z pieśnią na ustach,
sztandarem i baldachimem,
i z ciałem.
Dzwonki pobrzękiwały,
głośnik skowyczał.
Ubrani jak stróż w Boże Ciało,
był upał, słońce mocno grzało.
Wiatr rozwiał płatki kwiatów
rozsypane na ciepłym asfalcie.

Klęknęli przed ołtarzem
w bramie wjazdowej
obok autostrady na Hamburg.
Kapłan na nich nie spojrzał,
odwrócony do boga
łacinę szlifował.

Lato 2019. 30 lat temu upadł Mur Berliński (2), ale i tak codziennie jeden wiersz (14)

Joanna Trümner (Tekst) & Ela Kargol (zdjęcia)

Kreuzberg

Dzisiejsze zwiedzanie zaczynamy od wypicia kawy w eleganckiej restauracji po drugiej stronie Szprewy, na Kreuzbergu. W miejscu, z którego widać East Side Gallery i ruiny mostu Brommybrücke przed wieloma laty znajdowała się zbudowana na potrzeby cesarza przystań. Cesarski statek zacumował tu jeden jedyny raz w drodze na jakąś wystawę w mieście. Vis à vis „cesarskiej” przystani, po stronie Friedrichshainu, znajduje się inna przystań, zbudowana na żądanie Mercedesa.

Zbudowanie jej było jednym z trzech warunków postawionych przez koncern miastu przed zainwestowaniem (wraz z grupą Anschutz Entertainment) wielkich pieniędzy w Mercedes Benz Platz. Na terenie placu powstały hotele, hale widowiskowe, kawiarnie, restauracje, bary i kręgielnia. Ponadto Mercedes zażądał od miasta zezwolenia na postawienie dużej świetlnej reklamy oraz przesunięcia części oryginalnego, a właściwie już „zrekonstruowanego” muru w sposób, dzięki któremu zarówno mieszkańcy zbudowanych na terenie byłego pasa śmierci luksusowych apartamentów, jak i goście koncertów w Mercedes Benz Arena mają niezakłócony widok na Szprewę. Jak na Kreuzberg przystało, przesunięcie fragmentów galerii i rozpoczęcie prac budowlanych w roku 2013 doprowadziło do licznych protestów, wśród nich demonstracji 17 marca 2013 z udziałem 6.000 osób, w tym znanego amerykańskiego aktora i piosenkarza Davida Hasselhoffa.

East Side Gallery stała się jedną z największych atrakcji miasta, odwiedziły ją miliony turystów. Stała się ona prawdziwym magnesem dla turystów, z wszystkimi pozytywnymi i negatywnymi tego stronami. Do tych negatywnych należą bez wątpienia gracze w kubki i ich naganiacze (a ja naiwnie myślałam, że powymierali lub zestarzeli się i spędzają „jesień życia” w swoich domkach na południu Europy), nachalni muzycy, bezczelne ceny pamiątek i napoi oraz tłumy rozpychających się dosyć bezpardonowo turystów z całego świata.

Głośne stały się żądania złożenia wniosku o wpisanie galerii na listę UNESCO. Prasa nazywa to, co od lat dzieje się z galerią, „nowoczesną farsą”, mam wątpliwości, czy ta podróbka z podróbki zasługuje aż na tyle uwagi. Myślę o Amerykanach i Japończykach tłumnie zwiedzających zamek Neuschwanstein, może za kilka lat w statystyce najczęściej odwiedzanych przez turystów w Niemczech miejsc wyprze go berlińska galeria plagiatów na postawionym na nowo murze?
W przeciwieństwie do Friedrichshainu po drugiej stronie Szprewy turystów jest znacznie mniej, przez co jest autentycznie i swojsko. Dwa razy mieszkałam w tej części miasta, na Kreuzbergu, z sentymentem wspominam luzacką atmosferę, imprezy trwające do świtu i upalne noce, podczas których ulice zapełniały się młodymi ludźmi.
SO 36 pełne było wtedy „panów Lehmannów” z książki Svena Regenera, młodych ludzi, którzy znaleźli tutaj swoją wyspę wolności i nie dopuszczali do siebie ani przez chwilę myśli, że mogliby ją kiedykolwiek opuścić.

Ruszamy w kierunku centrum tej okolicy, Mariannenplatz. W drodze rzuca nam się w oczy duża ilość dziwnie poubieranych, a właściwie porozbieranych osób. Podejrzewam, że gdzieś niedaleko ktoś kręci film porno. Ela odważa się podejść do pary stojącej w gorącym słońcu w lateksowych strojach i prosi o pozwolenie na zrobienie zdjęcia. W tym czasie ja przyglądam się ludziom, którzy mijają tych przebierańców w skapych strojach. Nikt się nie dziwi, nie oburza, nie kręci głową z dezaprobatą. „To jest prawdziwy Kreuzberg”, myślę.

 

Obiekt, który mijamy na Köpenicker Straße jest dużym kompleksem fabrycznym. Kiedyś znajowała się tutaj tzw. Heeresbäckerei (piekarnia wojskowa), która była częścią Królewskiego Pruskiego Urzędu Prowiantowego. Ten kompleks jest obecnie zabytkiem chronionym, w którym odbywają się rozmaite targi i imprezy. Dzisiaj spotykają się tam na targach „nasi” fetyszyści.
Idziemy dalej wzdłuż Köpenicker Straße, a ja bezskutecznie próbuję sobie przypomnieć, w którym z domów na tej ulicy mieszkał zaprzyjaźniony malarz i pisarz z Polski. Z internetu wyczytuję, że jest oprócz tego i poetą i fotografem, niestety nie dowiaduję się, czy ciągle jeszcze mieszka w tym wielkim, ogrzewanym piecem mieszkaniu na Köpenicker Straße, z którego okna widać było mur. W miejscu, w którym malował wielkie, piękne obrazy opowiadające o spotkaniach z wszechświatem. Miejscu, o którym opowiadał, że mieszka się tu tak spokojnie, „jak u Pana Boga za murem”.

PS od Adminki: Wiesław Sadurski jest tak znany i popularny, że chyba nie musimy go tu anonimizować. Ma się dobrze, nadal maluje i nadal (jak sądzę) mieszka z kotami na Köpenicker Strasse.

Dochodzimy do Mariannenplatz i do jednej z atrakcji muru, o której tak ciekawie opowiadała mi Ela. Tą atrakcją jest ogródek działkowy na byłym pasie śmierci. Turecki Gastarbeiter, Osman Kalin, tak bardzo tęsknił za ogródkiem w ojczystej Anatolii, że nie pytając nikogo o zgodę zaczął w r. 1983 uprawiać warzywa i owoce na terenie, który należał do terytorium NRD, ale znalazł się po zachodniej części muru. Kalin otrzymał zgodę władz NRD, sprawa jego ogródka działkowego rozważana była na szczeblu Centralnego Komitetu SED. Rzekomo strzegący tej części muru przed ucieczkami „obrońcy systemu” nieraz dostawali od niego w prezencie marchewki, pomidory lub jabłka. Kalin zmarł przed rokiem doczekawszy sędziwego wieku. Jego syn, jeden z szóstki dzieci, przejął schedę po ojcu i opiekuje się słynną w Berlinie, a może i na całym świecie, działką pod nietuzinkowym adresem Bethaniendamm 0.

Ela opowiada mi o swojej wizycie tutaj sprzed kilku tygodni. Spotkała syna Osmana, który zajęty był właśnie sadzeniem pomidorów. Było to 1 maja, przed płotem stało kilka osób, które właściciel działki ignorował. Ela odczekała swoje i zagadnęła go. Zapytała, czy nie powinien z tym sadzeniem przeczekać „Zimnych Ogrodników” i opowiedziała mu, że też ma działkę w trochę większej kolonii ogródków. Jej mąż, Tomek, dopiero sadzi i sieje po „Zimnej Zośce”. Wtedy syn Osmana odtajał, zaczął z nią rozmawiać, oprowadził ją po swoim królestwie i z dumą pokazał zdjęcie ojca, który w odważny i niekonwencjonalny sposób zagospodarował ten kawałek „ziemi niczyjej”. Oprowadził ją po domku na drzewie i narzekał na to, że prawie nie ma czasu na uprawianie ogródka, bo musi rozmawiać z turystami i takimi ciekawskimi jak ona. Pokazał jej też prywatne pomieszczenia domu i prosił, żeby ich nie fotografowała. Ela była zachwycona konstrukcją balustrady balkonu zrobioną ze stelaża i boków dziecięcego łóżeczka. W całym wystroju i urządzeniu ogrodu i wnętrza altanki zarówno on jak i jego ojciec wykazali się dużą kreatywnością.

Dzisiaj w ogródku nie zastałyśmy nikogo, mijamy to słynne miejsce i wchodzimy do kościoła św. Tomasza. W środku oglądamy ciekawą wystawę na temat przebiegu muru w tej części miasta. Przy wejściu do kościoła stoi fragment muru, nie mam wątpliwości co do jego autentyczności.


 

Kończymy spotkanie piwem w sympatycznej knajpce w pobliżu Kottbuser Tor. Piwo jest pyszne, jest to moje pierwsze w życiu piwo wypite w knajpce lesbijek.

Cdn.


Codziennie jeden wiersz (przywołany z myślą o aktualnej akcji ekologów)

Henryk Bereska

Pochwała mapy

Wyburzone wioski łużyckie –
czy kiedykolwiek istniały?
Węgiel brunatny co pod nimi leżał,
od dawna spalony.
Nad hałdami wyje wiatr
przez pustkę chwastów.
Wyrzuceni do wielkiej płyty mieszkańcy
podobni przesadzonym drzewom.
Pytani o pochodzenie
odsyłają do mapy.
Przez jakiś czas wioski pozostają jeszcze
w pamięci żyjących.
Ich śmierć
kończy i to.

tłumaczyli z niemieckiego Ewa Maria Slaska i Martin Ryzinski

30 lat temu upadł Mur Berliński (1)

Joanna Trümner
Tekst
Ela Kargol
Zdjęcia

W listopadzie minie trzydzieści lat od upadku berlińskiego muru. Moja przyjaciółka Ela Kargol od dawna nosiła się z pomysłem przejścia lub przejechania rowerem kolejnych etapów liczącej 160 km „trasy muru”. Przekonała mnie, bym dołączyła do tego projektu, wspólnie zadecydowałyśmy, że wybierzemy kilka uważanych za nas za najciekawsze fragmentów trasy i opowiemy historię tych miejsc. Nie tę znaną z podręczników i filmów dokumentalnych historię, lecz historie ludzi żyjących po obydwu stronach muru oraz ciekawostki związane z tym jedynym tego rodzaju miejscem na świecie. Niektóre z wybranych przez nas miejsc są prawdziwymi magnesami dla turystów z całego świata, niektóre są mało znane, o niektórych do niedawna nie wiedziałyśmy nic.

East Side Gallery

Przyglądam się tłumom turystów podążającym w kierunku największej na świecie galerii pod gołym niebem, East Side Gallery. Myślę o tym, że to dziwny zbieg okoliczności, że po raz drugi w ciągu miesiąca znalazłam się w tej części miasta. Dzielnicy, która jeszcze przez wiele lat po upadku muru była dla mnie „Wschodem”, jedną z „białych plam” na mapie miasta, częścią niewidzialnego muru, który przez lata spędzone w Komunie powstawał w wielu polskich głowach.

Na początku miesiąca mijałam East Side Gallery w drodze na koncert do pobliskiej hali widowiskowej, Mercedez Benz Arena. W przerwie koncertu wyszliśmy ze znajomymi na taras z widokiem na plac przed areną. W miejscu, w którym przed dwoma laty znajdował się wielki plac budowy, powstało pięknie podświetlone centrum handlowe z kinem, restauracjami, hotelami, sklepami, mieszkaniami. „Tutaj nawet mur jest elegancki”, myślałam patrząc na ten wielkomiejski pejzaż. Nie wiedziałam jeszcze, że po po gruntownym odnowieniu tej części muru w 2009 r. „galeria” jest nieustannie konserwowana, ulepszana i chroniona przed zniszczeniem.

Pomiędzy Oberbaumbrücke a Ostbahnhof do 1976 r. granicę wewnątrzberlińską chronił drut kolczasty i pas śmierci. „Obrońcy systemu” uważali widocznie Szprewę dzielącą wschodnią dzielnicę Friedrichshain od zachodniej dzielnicy Kreuzberg za wystarczające zabezpieczenie przed ucieczkami. Mimo to w tym miejscu aż 16 osób poniosło śmierć podczas próby przekroczenia granicy. Wśród nich znalazło się siedem ofiar z Berlina Zachodniego, w tym piątka dzieci, które wpadły do Szprewy na zachodnim brzegu, na Kreuzbergu, w miejscu, w którym rzeka była terenem Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

Zastanawiam się dlaczego władze komunistyczne tak długo czekały z postawieniem „prawdziwego” betonowego muru. Przecież Mühlenstrasse była jedną z głównych tras przejazdu zagranicznych delegacji z lotniska na Schonefeld do centrum miasta. Może w sąsiednich budynkach mieszkali wyłącznie „sprawdzeni” ludzie, którym przez głowę nie przeszłoby ani przez chwilę protestowanie przeciwko państwu chłopów i robotników? Jeszcze bardziej zaskakuje mnie fakt, że na terenie pasa śmierci znajdował się czynny przez wiele lat spichlerz zboża (Speichermühle). Obrońcy systemu dzielili budkę wartowniczą na terenie pasa śmierci z pracownikami spichlerza. Budka, w której dzisiaj znajduje się kiosk z pamiątkami, przedzielona była wewnątrz ścianą, pracownicy spichlerza nie mieli więc okazji zobaczyć twarzy żołnierzy pilnujących muru.

Ta największa galeria pod gołym niebem na świecie (1316 metrów) nie powstałaby bez wielkiego zaangażowania wielu osób. Pierwszą z nich był pomysłodawca i realizator galerii, artysta Dave Monty. Pod koniec września 1989 udało mu się po wielu spotkaniach z władzami odpowiedzialnymi za ten odcinek graniczny uzyskać zgodę na stworzenie East Side Gallery. W kilka miesięcy po zniesieniu muru, wiosną 1990 roku, 118 artystów z 21 państw przybyło na prośbę ambasad swoich krajów do Berlina, aby upiększyć obrazami wschodnią część muru. Zarówno Coca Cola jak i Mc Donalds gotowe były przejąć finansowanie projektu, po wielu gorących dyskusjach artyści wybrali niezależność sztuki i odrzucili oferty wielkich koncernów. Artyści pracowali nad obrazami od lutego do września 1990 r. Uroczyste otwarcie East Side Gallery odbyło się na statku na Szprewie 28 września 1990 roku.

Jeszcze przed otwarciem, latem 1990 roku ambasada Japonii zaproponowała przetransportowanie całej galerii po jej ukończeniu do Japonii na teren wystawy światowej EXPO 85. Do transakcji nie doszło ze względu na niewyjaśnione kwestie prawne.

Najbardziej znanym obrazem galerii jest braterski pocałunek Leonida Breżniewa i Ericha Honeckera, namalowany przez nieznanego studenta Akademii Sztuk Pięknych w Moskwie, Dimitrego Wrubla. Obraz noszący tytuł „Boże, pomóż mi przeżyć tą śmiertelną miłość” stał się symbolem East Side Gallery, a artysta zdobył światowy rozgłos.


Chociaż galeria w roku 1991 nabyła prawa obiektu stojącego pod ochroną zabytku na obrazach coraz bardziej widoczne stawały się wpływy warunków atmosferycznych i zniszczenia będące skutkiem masowego turyzmu. W sześć lat po powstaniu galerii mieszkający w Berlinie irański malarz Kani Alavi założył stowarzyszenie Verein Künstlerinitiative East Side Gallery, mające na celu zachowanie tego jedynego w swoim rodzaju dzieła sztuki pod gołym niebem dla przyszłych pokoleń. W październiku 2008 roku rozpoczęło się restaurowanie East Side Gallery. Akcja ta kosztowała 2,2 miliona Euro.

Mur został rozebrany, a stalowe wzmocnienia wewnątrz muru odsłonięte i poddane zabezpieczeniu antykorozyjnemu. Wymagało to częściowego lub całkowitego usunięcia obrazów. Nie wszyscy artyści zgadzali się na konserwację, z żyjących jeszcze 115 osób 87 przyjechało do miasta, żeby odtworzyć swoje dzieła. Każdy z nich otrzymał 3.000 € i zwrot kosztów pobytu. W ten sposób odtworzono 100 obrazów. Twórcy East Side Gallery do dzisiaj mają pretensje o pieniądze, które inni zarabiają na zdjęciach ich obrazów. Jim Avignion podpisał swój obraz na murze słowami „moneymachine”. Ośmiu malarzy nie zgodziło się na ponowne namalowanie swoich obrazów z roku 1990 na murze, uważając je za plagiaty. Krytykowali oni niewysokie wynagrodzenie i utratę praw autorskich do własnych dzieł.

Prace nad „nowym” murem trwały ponad rok. Część artystów zamieszkała na ten czas w przyczepach kampingowych na terenie byłego pasa śmierci, w kilka miesięcy po rozpoczęciu prac powstało na tym terenie prawdziwe osiedle, alternatywne miasto kochających wolność ludzi w miejscu, które do niedawna było symbolem niewoli i przemocy. Do dzisiaj na terenie połączonej dzielnicy Friedrichshain-Kreuzberg, więc blisko centrum miasta, znajduje się sześć tego typu osiedli.

Mieszkańcy „miasteczka” wybili drzwi w murze, żeby móc szybciej przedostawać się na jego drugą stronę. Zrobione przez Elę zdjęcie świetnie komentuje stan muru po wschodniej i po zachodniej stronie. Na zachodniej stronie mur jest pobazgrany graffiti i zapuszczony, po wschodniej stał się dziełem sztuki, na zdjęciu widać najdłuższy, liczący ponad czterdzieści metrów, obraz namalowany przez tatarskiego malarza mieszkającego od 1983 roku w Berlinie Schamila Gimajewa.

Lista twórców galerii umieszczona jest w internecie, nie znalazłam wśród nich polskich nazwisk. Wiele z obrazów opowiada o życiu dysydentów po wschodniej stronie muru. Jedną z ciekawszych historii jest historia pisarza i malarza Thomasa Klingensteina. W czasie Niemieckiej Republiki Demokratycznej był on aktywnym działaczem opozycji. Od najwcześniejszych lat fascynowała go Japonia, niestety krytyczne poglądy na system uniemożliwiły mu studiowanie japanologii. Po maturze Klingenstein podjął pracę jako strażnik w Dziale Wschodniej Azji muzeum Pergamon. W lutym 1981 r. został w wyniku protestów (m. innymi Heinricha Bölla i Güntera Grassa) wydalony do Zachodnich Niemiec. Od 1984 r. do połowy lat 90-tych żył w Japonii. Tam zastał go upadek muru. W 1990 Klingenstein przyjechał do Berlina i namalował w East Side Gallery obraz „Droga okrężna do japońskiego sektora” (Umleitung in den japanischen Sektor).


“Maski” Vyatcheslava Schlyakhova były pierwszym zrekonstuowanym obrazem, który odsłonięto w marcu 2009 roku. Ponowne otwarcie „nowego” muru odbyło się 6 listopada 2009 roku.

W międzyczasie nad powstającą na nowo galerią zaczęły się zbierać czarne chmury, 30. czerwca 2008 miasto udzieliło inwestorowi zgody na budowę osiedla mieszkalnego na terenie East Side Gallery oraz na przesunięcie części East Side Gallery w celu zrobienia miejsca na odbudowę zniszczonego pod koniec wojny mostu Brommybrücke, łączącego Kreuzberg z Friedrichshainen. Ale o tym w następnych odcinkach…

Więcej zdjęć TU

Barataria 120. Don Kichot ze Skolwina

Ela Kargol, Marek Maj

Szczeciński Don Kichot zamieszkał na Skolwinie z dala od centrum, zgiełku, zamku i wiatraka. Wybrał „obrzeża i skraje”, jak w wierszu Marka Maja, poety związanego sercem i pracą ze Skolwinem. Odwiedziłam Don Kichota w majową, słoneczną, leniwą niedzielę.

Mural z błędnym rycerzem i jego towarzyszem Sancho Pansą powstał na ścianie budynku przychodni, obok skolwińskiego Domu Kultury, przy ul. Stołczyńskiej 161 w ramach miejskich projektów pt. „Niwelacja błędów infrastrukturalnych poprzez sztukę ulicy – Street Art” oraz „Poprawa estetyki przestrzeni Miasta Szczecin”. Jego autorem jest znany polski malarz scenograf, plakacista (twórca plakatów do filmów Edi i Mój Nikifor), performer Dariusz Miliński.

Mural robi wrażenie. Postacie trochę jak z Bruegla, a przelatujący bocian jak z Chełmońskiego. Szkoda tylko, że nikt za bocianem nie wodzi wzrokiem. Ani Don Kichot, ani Sancho Pansa, a tym bardziej dzieci zamknięte w skorupie, zajęte swoimi wirtualnymi pojedynkami. One, jak Don Kichot, walczą z wyimaginowanymi olbrzymami, rycerzami, rozbójnikami, z tą różnicą, że nie dostrzegają świata wokół. Książki leżą nieprzeczytane gdzieś obok, tak jak zabawki, którymi nikt się nie bawi i instrumenty, na których nikt nie zagra.

Wiatrak na muralu artysta umieścił prawie na ostatnim planie.

Jedyny szczeciński wiatrak, który znam, jest dość daleko od Skolwina, bo aż na Gumieńcach. Stoi na Cmentarzu Centralnym, przy dawnej ulicy Berlińskiej. Kiedyś mełł zboże na mąkę. Teraz zamienił się w sklep oferujący „znicze i słodycze”. Siostrzeniec właściciela wiatraka opowiadał mi o swoim dziadku, którego staraniem wiatrak odremontowano. Dziadek chciał koniecznie przywrócić wiatrakowi skrzydła. Zamówił je nawet w stoczni. Ale ponieważ wiatrak stoi na cmentarzu, urząd miasta lub inny nie wyraził na to zgody, obawiając się zakłócania spokoju zmarłym. Teraz, gdy o tym piszę, myślę sobie, że ten bliżej nieokreślony urząd obawiał się być może Don Kichota.

Plac zabaw już poza muralem świeci pustkami.

Dom Kultury oferuje bogaty program. Oby trafił do jak największego grona odbiorców!

Można by pomyśleć, że czas na Skolwinie zatrzymał się w miejscu, jak na zegarze z placu zabaw, ale to tylko iluzja, bo czas pędzi i postęp, który ze sobą niesie, zastawia pułapki na nieuważnych.

Marek Maj mówi o muralu:

Don Kichot od 2018 roku jest w logo Domu Kultury “Klub Skolwin”. Wpadłem na ten pomysł, bo jest on jedną z najbardziej charakterystycznych, pojemnych znaczeniowo, kulturowo postaci. I nie chodziło mi o donkichoterię, o tragiczny, beznadziejny, graniczący ze śmiesznością czy żenadą romantyzm, ale raczej o romantyzm, który potrafi sobie stawiać cele niewidoczne dla innych, pozornie wyimaginowane, nieosiągalne. Praca w kulturze, zwłaszcza w takim miejscu jak Skolwin, może nieco przypominać “walkę z wiatrakami”. Takim wiatrakiem może być wszytsko – każde przeciwieństwo ożywione i nieożywione, spodziewane i i nieprzewidywalne, znajome i zupełnie obce. A Don Kichot – mniej lub bardziej udanie – podejmuje walkę z przeciwieństwami: tymi konkretnymi, namacalnymi jak i trudno uchwytnymi… Trafiłem w Gazecie Wyborczej na tekst o muralu w Szczecinku. Był to… Don Kichot w wyobrażeniu i autorstwa Dariusza Milińskiego, dotarłem więc do artysty, opowiedziałem co nieco i w ten oto sposób powstał skolwiński mural z Don Kichotem, który zdąża na odsiecz kulturze przegrywającej walkę (zwłaszcza wśród dzieci) z łatwymi, często prymitywnymi uciechami, pojawiającymi się wraz z internetem i jego narzędziami. Te dzieci siedzą, jak w kukułczym jajku, bo współczesne “zabawki” często są niejakmi pułapkami, podrzutkami, z których nie wiadomo co wyniknie.

Skolwin, prowincja w obrębie miasta albo, jak o niej mówi Marek Maj, „teren wiejski na obszarze metropolitalnym”, urzeka małymi sklepikami, praniem na sznurku, nieczynnym już maglem, przydomowymi ogródkami, zapachem anemonów, a nawet odrapaną klatką schodową, której majowe słońce dodaje uroku.

Marek Maj, wiersz Prowincje, który dość dobrze oddaje te skolwińskie klimaty.

PROWINCJE

– Gdzie zieleń poważa się w trawie,
Gdzie słowo z dotyku jest rzeczy,
A licho przy swoim tkwiąc prawie
Śpi mało i zapał niweczy.

– A szumy się szumią z niczego,
A cisze sprawują się cicho,
Rzeczułki pokorne są brzegom,
Klamoty należą się strychom.

– Skąd bliżej na płoty jest kotom,
Gdzie miesiąc rachują ołówkiem,
A wielkie miłości piechotą
Codziennie wędrują na dniówkę.

Maj, a w maju komunie…

Ela Kargol

Komunia

„No to będziesz komunistą?”, bardziej stwierdziła niż zapytała mojego wnuka fryzjerka, zabierając się do dzieła. Magnus pytającym wzrokiem popatrzył najpierw w lustro, a potem na mnie. Siedział pokornie w za dużym fotelu w małym zakładzie fryzjerskim na południu Polski w Lachowicach i nie rozumiał znaczenia słów skierowanych do niego. „To chyba będzie pierwszy w rodzinie”, odpowiedziałam za niego.

Z tą komunią zaczęło się już dwa lata temu w Berlinie, kiedy moja córka Marta pomyliła kurs dla „komunistów” ze spotkaniami zastępu harcerzy działającym też przy kościele. Magnus chętnie chodził na zbiórki. Z drużynowym grali w piłkę lub piłkarzyków, łazili po drzewach, jeździli na biwaki. Wtedy Marta się zorientowała, że to nie ten kurs. Na drugi rok była bardziej uważna i Magnus zaczął edukację przedkomunijną w odpowiedniej już grupie. Opiekunka grupy, osoba w wieku pochrystusowym bardzo przejęła się rolą. Odwiedziła wszystkie rodziny, rozdała biblie i przedstawiła plan działania. Ksiądz z kolei podziękował rodzicom za zaufanie w czasach kryzysu i upadku kościoła i nie dziwił się tym, którzy się od niego odwrócili.

No i się zaczęło. Wtorki były zajęte. Magnus chodził chętnie. Czegoś tam musieli się uczyć, ale bardziej przez zabawę, a w domu nikt go do niczego nie zmuszał.

Nie wierzyłam własnym oczom i słuchałam z otwartymi ustami, gdy po wizycie u fryzjera poszliśmy do pobliskiego starego drewnianego kościoła i tam Magnus objaśniał mi drogę krzyżową namalowaną na zewnątrz świątymi pod tzw. sobotami, stacja po stacji. Nie nauczył się prawie żadnych modlitw, w mszach niedzielnych uczestniczył rzadko, nudziły go, zresztą tak jak i mnie.

Różnice między kościołami i podejściem do wiary w Polsce i Niemczech są ogromne.
Z radością stwierdzam i popieram w berlińskim kościele katolickim duży wpływ protestantyzmu. Na pewno niejeden Martin Luther przydałby się kościołowi katolickiemu
i to nie tylko w Polsce, ale na całym świecie.

Czym jest komunia? Dla mnie była wtedy białą sukienką, cienkimi rajstopami, białymi butami, które zniszczyłam biegając z kuzynkami po łąkach, dla Tomka, mojego męża była niebieskim rowerem i krótkimi spodenkami, w których zmarzł. Miałam to szczęście, że żaden ksiądz mnie nie skrzywdził.

 Kościół mnie nudził, nie należałam do żadnego ruchu oazowego, dopiero w latach 70 i 80 poznańscy Dominikanie zainteresowali mnie i przyciągnęli wyraźną opozycją w stosunku do panującego reżimu.

W wielu kulturach świętuje się w pewnym wieku dziecka granicę wyjścia z dzieciństwa i przejścia w wiek dojrzewania. W naszym przypadku były to postrzyżyny i komunia. Ojciec opowiadał, że w dniu wybuchu II wojny światowej matka jego, a moja babcia była o niego spokojna „Ty już sobie dasz radę, ty byłeś już u komunii.”

O czym myślał Magnus ubrany w białą szatę wchodząc z zapaloną świecą do kościoła? Nie wiem, dzień przedtem miał wysoką gorączkę, w dzień uroczystości, o czym nie wiedziałam, gorączkę miał jeszcze wyższą, rodzice obniżyli ją nurofenem. Okapnik do świecy, specjalnie na tę uroczystość zakupiony w Kalwarii Zebrzydowskiej, nie spełniał swojej funkcji i wosk parzył dłonie wnuka. Czy myślał o tej całej duchowości, o eucharystii, której ja do teraz nie rozumiem, o tej cudownej zamianie, w którą nie wierzę, a czasami chciałabym.

„Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli” (J 20, 29b).

Zaczęła się uroczystość. Wskazówki, zakazy i nakazy, treści modlitw i pieśni, objaśnienia dla niewiernych i niewiedzących pojawiały się na dużym ekranie.

Ksiądz powitał parafian i nieparafian, wiernych i niewiernych, wątpiących i poszukujących, wyznawców innych religii, agnostykow i ateistów. Wszystkich. A ponieważ 70% przystepujących do komunii dzieci miało polskie korzenie, powitał też po polsku, już trochę krócej. Wiadomo, w Polsce nie ma wątpiących ani wyznających inne religie, są tylko katolicy.

Niestety nagłośnienie w kościele nie działało wystarczająco dobrze, większości słowa mówionego nie rozumiałam więc. Z zamyślenia wybudziła mnie „Barka”, pieśń swego czasu chętnie śpiewana nie tylko podczas religijnych spotkań. Polacy zdziwieni nie podjęli pieśni, tak jak nie podjęli „Ojcze nasz” po polsku.

Później był fotograf, zdjęcia z księdzem, bez księdza, w grupie i samodzielnie, ze świecą i bez świecy, w albie i bez alby… W zanadrzu trzymaliśmy jeszcze polskim zwyczajem różaniec i książeczkę do nabożeństwa. Próbowaliśmy pstryknąć Magnusowi taką fotkę, jakie znam sprzed 50 lat, ale się nie do końca udało.

Na specjalne życzenie bohatera dnia komunijną uroczystość kontynuowaliśmy przy pobliskiej budce z frytkami. Frytki z akcentem biało-czerwonym smakowały wyśmienicie. Madonna zza szyby w pobliskim sklepie ze starociami spoglądała na nas z nadzieją.

Rozczarowała mnie natomiast „pokomunijna komunia” w Polsce. Specjalnie dla prababci powtórzyliśmy całą ceremonię. Goście dopisali, pogoda też, obiad w zaprzyjaźnionej knajpce pyszny. Dzieciaki grały w piłkę, w klasy, w gonito, skakały przez gumę…
W niedzielę wybraliśmy się z prababcią do kościoła, żeby zrobić jej przyjemność i przeżyć to jeszcze raz. Moja mama nie była nigdy superkatoliczką i nie wychowała nas w wierze, raczej w poczuciu obowiązku. Uważała, że do kościoła się chodzi i już. Ojciec z kolei głęboko wierzący, nie wymagał niczego. Ja, osoba na co dzień niepraktykująca, towarzyszyłam mu zawsze, w ostatnich latach jego życia w niedzielnych mszach. Robię to nadal dla niego.

W „powtórce z komunii” nudziliśmy się jak prawie zawsze w kościele, choć Magnus był przejęty rolą. Do komunii nie przystąpił, bo nie ten kościół i nie ten ksiądz. Po mszy, gdy kapłan zaczął krytykować wolność sztuki i zaczął liczyć kolory tęczy, poczułam niesmak
i niechęć do tego zaściankowego katolicyzmu. Prababcia z kolei, niedowidząca, niedosłysząca, z lekką demencją stwierdziła, że było pięknie, tylko jakoś dzieci mało.

11 godzin

Ela Kargol

…czyli wszystko dobre, co się dobrze kończy

Zaczęło się bólami podbrzusza, kłującymi, przychodzącymi falami. Myślała, że jak weźmie coś przeciwbólowego, to przejdzie. Poszła na zajęcia, ale po kolejnym bolesnym skurczu wybiegła z sali wykładowej. Był piątek, trudny dzień dla pacjentów, nieliczne przychodnie są jeszcze czynne, szpitalne oddziały ratunkowe przepełnione.

Znalazłam ją skuloną z bólu, siedzącą na ławce przy Bayerischer Platz w Berlinie. Miałyśmy do wyboru kilka szpitali, wybrałyśmy właśnie ten.

Taksówka przywiozła nas na miejsce, ale pod złe wejście. Dość długo szukałyśmy budynku nr 8, klucząc ścieżkami, choć są zasadniczo dobrze oznakowane. W końcu znalazłyśmy Szpitalny Oddział Ratunkowy, w skrócie SOR, po niemiecku Rettungsstelle lub Notfallaufnahme. Budynek, do którego jak do Mekki ciągną pacjenci, najtłumniej odwiedzany jest wieczorami, w piątki, soboty i niedziele.

Zaczęła się procedura przyjęcia. Po naciśnięciu przycisku, maszynka wydrukowała numer 69.

Usiadłyśmy w rzędzie krzeseł połączonych. A ponieważ jedna osoba wprawiła krzesła w ruch huśtany, zaczęliśmy bujać się wszyscy. Był huśt i jęk mojej córki Heleny, która w końcu nie wytrzymała i przysiadła obok. Pomiędzy jednym a drugim bolesnym skurczem rozmawiałyśmy między sobą w ojczystym języku, snując przypuszczenia skąd te bóle i jak długo jeszcze przyjdzie nam czekać. W najśmielszych przypuszczeniach nie sądziłyśmy, że potrwa to 11 godzin.

Naszej pogawędce przysłuchiwała się rodaczka, dzierżąc w dłoni numer 70. Ponieważ bardzo jej się spieszyło, poprosiła o zamianę numerków, mrucząc coś pod nosem, że musi odebrać jakieś dokumenty, że to nie potrwa długo, że się spieszy… Na moje stanowcze NIE od Helci usłyszała jednoznaczne TAK. Zamieniłyśmy się numerkami. Potem okazało się, że Helcia nie mogła już słuchać jej próśb i zbyt szczegółowych wyjaśnień.

Helcia wzdycha, jęczy, ciężko oddycha, klientów przybywa. Pierwsze pół godziny wydaje się nieskończonością. Wreszcie gong, wyświetlił się nasz numer, którego już nie mamy. Mój wzrok skierowany na rodaczkę powoduje, że natychmiast oddaje nam nasz pierwotny bilet wstępu, my robimy bez słowa to samo.

Zostałyśmy przyjęte. Helcia za dużo opowiada, że wstała i bolało, wzięła prysznic i bolało, poszła na wykłady i bolało, teraz tu jest i boli.

Pani o znudzonym i obojętnym spojrzeniu coś tam notuje i kieruje nas do budynku 35. Szkicuje nam w pośpiechu drogę na wydrukowanej mapie szpitala. Ja domagam się transportu, Helcia skręca się z bólu. Owszem, transport jak najbardziej, ale trzeba poczekać. Nie czekamy, idziemy, błądzimy, w końcu dochodzimy. Wypełniamy kilka formularzy. Ja piszę, Helcia dyktuje. Wszyscy mili, współczujący i z ubolewaniem oznajmiają, że lekarza nie ma, że trzeba się uzbroić w cierpliwość, że czas oczekiwania do czterech godzin.

Biorę wdech i mówię, że córka musi się położyć, że nie da rady usiedzieć. Za chwilę wjeżdża do poczekalni łóżko. Ustawione zostaje z braku innego miejsca na środku pomiędzy innymi cierpiącymi, czekającymi, udręczonymi pacjentami. Helcia wdrapuje się na nie, chwyta mnie za rękę, skula w kłębek i tak trwamy. Za chwilę ma przyjśc mój zmiennik, José, chłopak Helci, odważam się więc opuścić na krótko szpital, aby udać się na umówione spotkanie. W tym czasie Helci pobiorą krew, dwa razy odda mocz do analizy, dwa razy będzie wymiotowała. Zmiennik się spóźnia. Helcia jest u kresu wytrzymałości, dzwoni z płaczem do mnie. Wracam taksówką. Siedzi skulona w kącie, z łóżka zrezygnowała. Po czterech godzinach zjawia się pani ginekolog, która niczego wyjątkowego nie stwierdza, krew w normie, mocz w normie, boli mocno, ale w normie. Wracamy do punktu wyjścia, właściwie wejścia, bo do budynku nr 8, czyli do punktu przyjęć. Budynek długi ze szklanym dachem przypomina palmiarnię, albo świątynię, z główną nawą i dwiema bocznymi oddzielonymi kolumnami.

W nawie głównej ustawione są krzesła, w trzech kolorach, czwórkami, połączone prętem. Kwadrygi? Teraz rozumiem to bujanie na krzesłach, jak na koniach. Ołtarz? A jakże, jest i ołtarz. Na dużym ledowym ekranie przemykają małpy, pływają koniki morskie i delfiny. Są też inne zwierzęta, których nie pamiętam, a potem pojawia się napis: „WIR WÜNSCHEN DIR GUTE BESSERUNG!”, no i chyba specjalnie dla nas i rodaków: „WRACAJ SZYBKO DO ZDROWIA!”

Znowu pobieramy numerek, tym razem 153. Po pół godzinie wchodzimy. Helcia się już prawie wczołguje. Będziemy teraz czekać na chirurga. Pacjentów-klientów przybywa, jest już piątek po południu. Zaczynamy żartować, opowiadać kawały o lekarzach: „Przychodzi baba do lekarza, a lekarza ….nie ma”. Po mojej interwencji w końcu pojawia się pani chirurg, osoba bardzo zajęta, na 24-godzinnym dyżurze, kompetentna, miła, zapracowana. Typuje na wyrostek, choć badanie krwi tego nie potwierdza. Odsyła nas do USG. Nie błądzimy, idziemy szlakiem niebieskich kropek, są jeszcze zielone, ale nie wiem, dokąd prowadzą. Znowu miła osoba zapewnia nas, że trochę poczekamy, bo są pilniejsze przypadki, a wyrostek od razu nie pęka, dopiero po kilku dniach. No więc czekamy, na krzesłach już nie ustawionych w kwadrygi.

W pewnym momencie Helcia zaczyna konwulsyjnie kaszleć. Wiem, zaraz zaczną się wymioty. Zauważa to inna czekająca na łóżku pacjentka, chyba już przyjęta na oddział, bo ubrana w tę paskudną koszulę z rozcięciem z tyłu. Zrywa się z łożka, przynosi nam dwa kubki wody, pouczając, że po wodzie lepiej się wymiotuje. Załatwia też torebkę do wymiotów. Pierwszy raz taką widzę. W tej dziedzinie nastąpił duży postęp. Torebka przypominająca prezerwatywę dla konia (znowu te konie!) spełnia doskonale swoje zadanie. Pacjentka-opiekunka pomaga dalej. Przynosi mokre ręczniki papierowe i kładzie Helci na kark. W odróżnieniu do rodaczki niewiele mówi. Nagle nas opuszcza, wywołana do pana Rentgena. W końcu i Helcię zaprasza do siebie pani USG, by po pewnym czasie kazać nam wrócić do punktu wyjścia – wejścia. Nie biorę numerka. Wchodzę tak, jak nie powinnam wejść. Pytam: „co tetraz?” Odpowiedź: „czekać!”. Stanowczo odpowiadam, że córka nie da rady, że boli, że nie wytrzyma. I staje się cud. Nie musimy już siedzieć w poczekalni pełnej rozhuśtanych kolorowych krzeseł. Udajemy się do jednego z pomieszczń w nawie bocznej. Helcia kładzie się na łóżko i czekamy na anioła, który wkłuje wenflon i podłączy kroplówkę ze środkiem przeciwbólowym. Przychodzi anioł w niebieskim fartuchu i fachowo czyni swoją powinność, czego nie można było powiedzieć o aniele pobierającym krew. Na lewym zgięciu łokciowym Helci powiększa się fioletowy krwiak.

Lek przeciwbólowy kropla po kropli sączy się do krwioobiegu Helci.

Jestem glodna, zmęczona, zła. Kupuję w automacie orzeszki ziemne. Źle rozrywam torebkę i wszystkie lądują na podłodze. Nawet nie próbuję zbierać.

Wracam do mojej Heleny Bolesnej, jej chłopak Hiszpan w lot rozumie parafrazę i nazywa ją Helena de los Dolores. Już prawie cała dawka novalginy wkapała do krwi. Jest lepiej, ból uśmierzony, gdzieś jest, ale jakby stłamszony. Szukam anielicy, która odłączyłaby kroplówkę. Już wiem, że muszę swoje odczekać. Helcia siada, jest bardziej obecna, w jej dłoniach pojawia się komórka. Musi przecież oznajmić światu swój ból i niedolę. Czekamy na chirurga. Z pewnością są już wyniki badań ultrasonograficznych. W końcu przychodzi pani chirurg, ta miła, zapracowana, kompetentna. Ze znawstwem objaśnia zdjęcie USG, na którym nie widać wyrostka, bo schował się za jelito grube. Ale zapalenie wyrostka ma często nietypowe objawy. Pani chirurg proponuje, żebyśmy poczekały na panią ordynator, bo ona jest jeszcze bardziej kompetentna i bardziej zapracowana. Właśnie operuje, znowu więc przyda się cierpliwość. Przygotowujemy się i organizujemy w myślach ewentualne pozostanie w szpitalu. Za wszelką cenę Helcia chce uniknąć wkładania tej paskudnej szpitalnej koszuli z rozcięciem z tyłu.

Na dworze robi się ciemno. Pani ordynator przychodzi i zmusza nas do podjęcia decyzji. Objawy: wyrostek, badania: niewyrostek. Czucie i wiara, czy mędrca szkiełko i oko? Wybieramy to drugie. Pani ordynator z ulgą przyjmuje naszą decyzję i idziemy do domu zaopatrzeni w novalginę i termin na następny dzień o ósmej rano. Noc przebiega spokojnie, zażyte środki przeciwbólowe usypiają i wygaszają ból. Następnego dnia wyrostek pozuje już do zdjęcia, cały i zdrowy. A inna już pani chirurg, miła zapracowana i kompetentna typuje na cystę, która pękła i dlatego bolało.

Trzy liczby, które nam się w tym dniu przytrafiły, towarzyszyły i brały udział w przebiegu dnia nie dają mi spokoju.

Pierwszą była 69, jeśli spojrz na nią do góry nogami, zobaczyć można dokładnie tę samą, wikipedia podaje jeszcze wiele innych interesujących znaczeń. Następną liczbą była 153, nic dla mnie nieznacząca, dopóki nie wysłuchałam w ostatnią niedzielę ewangelii według św. Jana, w którym uczniowie Jezusa wyławiają z Jeziora Tyberiadzkiego 153 ryby. Najciekawszą liczbą jest 11. Jest liczbą pierwszą, palindromiczną („liczbą palindromiczną nazywamy liczbę naturalną, która czytana z prawej do lewej lub z lewej do prawej strony daje tą samą liczbę”), co ciekawe, podniesiona do potęgi drugiej lub trzeciej albo pomnożona przez pierwsze dziewięc cyfr też jest palindromem.

Jest jeszcze park i ogród przyszpitalny, pełen starodrzewia.

Kilka lat temu w ramach „Dnia natury miejskiej” (Tag der StadtNatur) pewien biolog ciekawie o nich opowiadał. Wtedy po raz pierwszy usłyszałam o bożodrzewie, gatunku inwazyjnym, którego ojczyzną są Chiny. Rośnie tu też kilka okazałych czerwonych buków, starych kasztanowców i dębów. Próbowano wtedy wydzielić z części areału ogród dla pracowników szpitala, dzieląc go na mniejsze zagony. Niewiele z tego zostało, są jeszcze ule, domki dla owadów, trochę ziół. W roku 1999 otwarto tzw. Ogród rzeźb (Der Skulpturengarten AVK), dostępny dla wszystkich. Zachęcam i polecam. Moją ulubioną rzeźbą jest „Ludzie i bagaż” Geralda Matznera.

Bzy pachną, kasztany kwitną, ptaki świergocą, czuć wiosnę.

Cytuję za wikipedią:

Wszystko dobre, co się dobrze kończy (ang. All`s Well That Ends Well) – komedia Williama Szekspira, napisana pomiędzy 1601 a 1608 rokiem. Trudno ją jednoznacznie zaklasyfikować do kategorii komedii lub tragedii… Pięć aktów opowiada historię Heleny… Do dnia dzisiejszego sztuka ta nie cieszy się wielkim powodzeniem, jest rzadko wystawiana.”

Barataria 116 Dzień Matki / Muttertag (2)

Ela Kargol

Don Kichot z Cytadeli i Dulcynea z Winograd
(z cyklu Don Kichot w każdym mieście)

Stoi z twarzą zwróconą na północ, otoczony soczystą zielenią traw, kolorem wiosennych kwiatów, młodymi liśćmi starej olchy i białym kwieciem dzikiej gruszy. Smętnie patrzy w dal, czegoś lub kogoś wypatruje, spogląda na resztki obwarowań starej twierdzy Winiary. Odwrócony jest tyłem do czerwonej gwiazdy, której zresztą już nie ma. Koń Rosynant, dość mały i krępy, prawie kucyk, wymusił na jeźdźcu postawę tę, a nie inną, stojącą. Dawno temu miał kopię, do której utraty przyczyniłam się i ja. Zresztą już jej nie potrzebuje. Nie ma wiatraków, a te małe zdobiące przydomowe ogródki, napędzane solarnie…
z nimi nie będzie wojował.

Jedynym epizodem wojennym w dziejach prawie dwustuletniej twierdzy była
II wojna światowa,
kiedy to 23 II 1945 roku po pięciodniowym oblężeniu poddała się niemiecka załoga Cytadeli.

Ale Don Kichota jeszcze tu nie było. Stałby się Cytadelowcem? Jak mój wujek, który nie dał się już nigdy namówić na spacer po powojennej Cytadeli, czy może jednak czerwonoarmistą, których groby zdobią stoki Cytadeli i dla których postawiono w czynie społecznym wysoki obelisk z czerwoną gwiazdą na szczycie. A może pomagałby strażakom ściągnąć w roku 1990 nielubianą gwiazdę.

Miałam wtedy 12 lub 13 lat. Przyszła do nas do klasy matka czerwonoarmisty, który zginął podczas walk o Cytadelę. Spotkanie było z pewnością zaaranżowone, ale pamiętam je do dzisiaj. Opowiadała o swoim synu, pokazywała zdjęcia, potem poszliśmy na jego grób. Matka płakała, niektórzy z nas też. Opiekowaliśmy się tym grobem przez resztę szkoły podstawowej. Szkoda, że nie pamiętam, gdzie to było. Pamiętam za to rzeźbę „Płaczący Kamień” (dla mnie była to płacząca matka), która stoi tam do dzisiaj.

 

Cytadela była dla nas miejscem poszukiwań przygód, jak dla Don Kichota, kiedy wyruszył w świat. W wieku dorastania jesteśmy szaleni i nic nam nie jest straszne. Nawet spalenie ksiąg nie powstrzymałoby nas przed młodzieńczymi szaleństwami, buntem i niepokornością. Tam poczułam smak pierwszego papierosa, pierwszy łyk taniego wina, pierwszy pocałunek, a pozostałości twierdzy, nazywane przez nas „bunkrami” dostarczały niemało wrażeń. Pomni przestróg starszych i zasłyszanych opowieści z dreszczykiem nie mieliśmy odwagi ich zbyt dokładnie penetrować, choć właziliśmy dalej niż było wolno. Ostrzegano nas przed niewypałami i przed ukrywającymi się jeszcze z czasów wojny… Niemcami. Wyobraźnia iście donkiszotowska robiła swoje.

W latach 70 zaczęły pojawiać się rzeźby plenerowe na poznańskiej Cytadeli. Do dzisiejszych czasów przetrwało ich sporo. Jest moja ulubiona „Skrzypaczka”, dziad i baba, przy których robiliśmy sobie zdjęcia i którzy naprawdę nazwani są „Piastem i Rzepichą”, jest sfinks, a właściwie „Maszkarony” spod którego zjeżdżało się na sankach, „Gimnastyczka”, dziewczynka z lamą, nazwana „Niedzielą”, dużo później pojawili się „Nierozpoznani“ Magdaleny Abakanowicz.

No i wreszcie jest i on: Don Kichot z Cytadeli autorstwa Tadeusza Dobosza. Na starych zdjęciach kopię trzyma w prawej dłoni.

W lewej ma tarczę, na głowie coś w rodzaju kapelusza udającego hełm. Wykonany jest z betonu, choć w projekcie miał to być piaskowiec.

Lanca błędnego rycerza służyła nam do ćwiczeń na drążku; niczym na trzepaku podciągaliśmy się na niej, wisieliśmy, robiliśmy fikołki. W końcu nie wytrzymała naszych akrobacji gimnastycznych i wygięła się ku dołowi. Nie wiem, kiedy całkiem zniknęła, zabrano ją po kryjomu, tak jak gwiazdę radziecką z pomnika. Została po niej dziura, do której przylatują dzikie pszczoły, zresztą w innych pęknięciach i rysach też szukają miejsca na gniazda. Teraz już wiem, po co mu ten kapelusz, to kapelusz pszczelarski.

Dulcynea z Winograd nie pierwszej już młodości i drugiej urody. Jej Don Kichot odszedł trzy lata temu, a ten jest za młody. Pamięta go, ale kopii mu nie odda, bo bez niej sobie nie poradzi. Jej walka z wiatrakami i z nieubłaganym przemijaniem dobiega końca.

Chcąc sfotografować mamę na tle błędnego rycerza, musiałam poprosić chłopaka, zaczytanego, siedzącego, opartego plecami o Don Kichota, żeby zmienił na chwilę miejsce. Ukradkiem spojrzałam na jego lekurę. Nie były to rycerskie romanse, ale uratowany od ognia „Harry Potter”.

Dulcynea ujęła swoją lancę w obie drżące dłonie i ledwo trzymając w pozycji poziomej skierowała na północ, w stronę swojego domu, swojej jedynej wyspy.

Foto-Spotkanie w Ratuszu dzielnicy Kreuzberg

Tak proszę Państwa, po raz drugi Barataria, “od zawsze” czyli od dwóch lat zajmująca poniedziałki, ustępuje wpisowi, który musi się ukazać właśnie dziś. I naprawdę właśnie dziś, bo tylko jeszcze dziś, jutro i w środę możecie obejrzeć wystawę, o której pisze Ela…

Ela Kargol

Jeszcze przez kilka dni będzie można obejrzeć w Berlinie w ratuszu Kreuzberg wystawę Foto-Spotkanie, wystawę, która połączyła dwa rodzaje fotografii: cyfrową barwną Lupo Finta i moją analogową, czarno-białą.
Zdjęcia analogowe powstały w latach 80 ubiegłego wieku w Polsce i przedstawiają głównie członków rodziny lub moich dobrych znajomych (jest jeden wyjątek, ale rozpoznacie go sami).

Wszyscy oni (z jednym wyjątkiem) patrzą z ufnością w kamerę lub ją zupełnie ignorują. Sceny nie są ustawiane, pokazują wiejskie życie w Małopolsce i Wielkopolsce. Znam historie moich bohaterów na długo przed i po uwolnieniu migawki.

Irzyk, który na fotografii klepie kosę dawno już nie chodzi z końmi do Doliny Pięciu Stawów, a dziewczynka przycupnięta koło pieca to przyszła mistrzyni Polski w gigancie
i
wicemistrzyni w slalomie.

O kilku z nich opowiem:

Małopolska, Lachowice, Beskidy

Dziadek Piotr pod koniec swojego życia miał już trudności z chodzeniem. Podczas ciepłych pór roku przesiadywał na ławce przed domem. Jednak to miejsce, a szczególnie widok stamtąd był ograniczony. Stodoła odcinała spojrzenie w dal. Kilka razy na dzień podejmował ten nieludzki już dla niego trud podejścia trochę dalej, gdzie mógł spojrzeć może nie poza widnokrąg, ale na swoje pola i dziedziny, na drogę, las, rzekę. Po chwili zapatrzenia szczęśliwy wracał na swoją ławkę.

Józka od Pudy grabiła skoszoną trawę. Na tym polu, jak sięgnę pamięcią zawsze rosła trawa. W zależności od pogody i umiejętności przerzucania jej lub przegrabiania, trawa po kilku dniach stawała się sianiem. Potem układało się ją na ostwiach. Ponieważ wujek Kazek miał lepsze grabie, były większe i miały więcej zębów, Józka często od niego je pożyczała, a może przychodziła tylko pogadać.

Pole od dawna nieuprawiane i niekoszone jest wystawione od kilku lat na sprzedaż.

Okno, przez które spoglądają dziewczynki, mieściło się w domu, w którym urodził się mój ojciec. Dom drewniany, zbudowany bez użycia gwoździa prawie 200 lat temu, niestety nie zaistniał w żadnym spisie zabytków, a obecny właściciel zniszczył to, co stare i piękne. Drewniane bele zastąpił pustakami, okna wstawił plastikowe, nawet ponad stuletni eternit zastąpił blachą.

Dziewczęta spoglądają do kuchni, wtedy jeszcze z piecem i polepą czyli podłogą z gliny.
W tej kuchni babcia gnieździła się z całą rodziną, urodziła jedenaścioro dzieci.

Ojciec pisał we wspomnieniach:

„Drewniany budynek, w którym ujrzałem światło dzienne 6 października 1929 roku miał już wtedy 103 lata. Na tragarzu drewnianym podtrzymującym pułap widnieje napis 1826. Wydaje mi się, że należy do jednych z najstarszych domów we wsi Lachowice powiat Sucha Beskidzka, i gdyby nie fakt, że w 1914 została nałożona nowa konstrukcja dachu i miejsce oryginalnych góralskich gontów zajął eternit, okaz ten znalazłby się pod ochroną zabytków muzealnych. Kontrast między współczesną techniką a oryginałem sprzed powstania listopadowego pogłębił się jeszcze więcej, gdy w 1960 roku zabłysło w nim światło elektryczne.

Pomieszczenie jakie zajmowała nasza rodzina składało się z jednej kuchni o powierzchni 8 metrów kwadratowych, która zarazem była pokojem i sypialnią. Dzisiaj mówi się o trudnościach mieszkaniowych, ale wątpię czy takie warunki mieszkaniowe jakie zajmowała nasza rodzina można spotkać w obecnej chwili”.


Wielkopolska, Sośnica koło Jarocina

Ciocia Bronia, najukochańsza ciocia, pracowita jak mrówka, skora do żartów jak wszyscy w Sośnicy. Często pamiętam jej złożone ku niebu ręce. Nie wiem, czy dziękowała, czy przepraszała w danym momencie Pana Boga. Była prawą ręką proboszcza. Rano zdążyła posprzątać w kościele, oporządzić gospodarstwo i ukręcić masło. To urządzenie, na którym siedzi, to maselnica korbowa.

Prawdopodobnie była sobota. W niedzielę zawsze był rosół. Że akurat na nią padło, no cóż pech. Kiedyś myślałam, że ten, który przeżył i zdumiony patrzy na pieniek, siekierę i głowę i może opłakuje swoją najdroższą, to kogut. Teraz mam wątpliwości, całkiem możliwe, że to kura i jej ból siostrzeński jest o wiele większy. Ból i strach, bo następnym razem może ona będzie przeznaczona na pieniek i rosół. Kogut, dopóki jest jeden, nie ma się czego obawiać.

Salcia i Baran (Salomea to imię, Baran nazwisko)

Cała rodzina ze strony mojej mamy ciężko pracowała na roli i w gospodarstwie, ale potrafiła w tę pracę, a zwłaszcza w momenty po pracy, wnieść tyle radości, żartu, uciechy, wygłupów, że aż tęsknię do tych chwil. Baran był sąsiadem, lubił wypić, bardzo zdolny, rzeźbił, malował, nie tylko ściany. Śpiewać też umiał i grać na gitarze. Nie przeszkadzało mu, że gitara miała cztery struny, w tym jedną ze sznurka. Salcia śpiewała albo „Koło mego ogródeczka”, albo stare niemieckie piosenki. Nauczyła się ich, pracując podczas wojny
„u Helmutów”.

Pojechaliśmy rowerami z wujkiem Idkiem na otwarcie sklepu, małego “z kolonialką”, jak mówił Idek. Sklep był już jakiś czas otwarty, ale właściciel, kolega Idka, wyznając zasadę „Zastaw się, a postaw się” i wywieszając kartkę ZAMKNIĘTE, zrobił dla nas otwarcie specjalne. Wypiliśmy chyba wszystko procentowe, co miał „na sklepie.” Podobno po miesiącu zbankrutował.


Tatry, Schronisko w Dolinie Roztoki i na Ornaku

Irzyk klepie kosę. Właśnie wrócił ze Stawów, rozprzągł konie, puścił luzem. W zasadzie to nie wiem, po co ją klepie. Przed schroniskiem trawy się nie kosiło, może lubi. Jutro znowu konie wywiozą towar pod kolejkę do schroniska w Stawach (Dolina Pięciu Stawów Polskich). Jak kolejka nawali, to Irzyk uwiąże konie i towar będzie wnosił na plecach. Wieczorem napali w „hajcu” i punktualnie na dobranockę zjawi się w „jadalence”. Uwielbiał kreskówki.

Tadzia poznałam w Roztoce. Chodził po schroniskach i zbierał po ceprach puste „flaszeczki”. Niektórzy go przepędzali, ale w Roztoce zawsze dostał ciepłą strawę i nocleg. Tadziu był sprawny inaczej, trochę żył w swoim świecie, ale doskonale radził sobie poza swoim światem. Do renty dorabiał jak mógł i gdzie tylko mógł. Zbierał grzyby, borówki, jeżyny, makulaturę i wspomniane już flaszeczki. Afera zrobiła się wtedy, gdy pokazał jakiemuś dziennikarzowi dokumentację swoich zbiorów, a zapisywał skrupulatnie, tak jak umiał w 16-kartkowych zeszytach w kratkę, ile flasazek zebrał i z jakiego schroniska. Artykuł podobno się ukazał, no i wiadomo było, gdzie piją najwięcej.

Przyjeżdżał w Tatry z rodzicami, Nie pamiętam jego imienia, małomówny. Siadał przed schroniskiem w charakterystycznej dla wszystkich chłopców w jego wieku pozie. Nie posiadając smartfona nudził się kreatywnie. Miał nożyk i patyk.

Agnieszka dzieciństwo spędziła w schronisku, najczęściej w kuchni wśrod kucharek. Zanim zaczęła chodzić, jeżdziła już na nartach w nosidełku z mamą lub tatą. W 2006 roku została mistrzynią Polski w gigancie i wicemistrzynią w slalomie. W 2010 roku wystartowała na zimowej olimpiadzie w Vancouver.

Niektóre z portretowanych osób już dawno odeszły, niektórzy podrośli i wiodą inne życie, część sprzętów wyrzucono na śmietnik. Ze starego domu ojca uratowaliśmy kilka kawałków drewna, z domu matki kilka kamieni. Oprócz wspomnień i kilkudziesięciu zdjęcio-historii cieszy mnie to, że na posklejanej i na nowo pozbijanej ławce dziadka Piotra usiadł jego praprawnuk, a kosy używa nadal często kuzyn Jarek ze Sośnicy, choć ma w pełni zmechanizowane gospodarstwo.

Owsiak w Berlinie

Brawo Bogusław Fleck i cała ekipa UTP czyli Uniwersytetu Trzech Pokoleń!

www.UTP.berlin

Szanowni Państwo, drodzy Przyjaciele,

zapraszamy na kolejny wykład UTP, 15 marca 2019, godz. 18.00, w sali 2094, Uniwersytet Humboldtów, Unter den Linden 6.
Wykład wygłosi Jerzy Owsiak, obserwator rzeczy ulotnych i dziwnych. Witrażysta, dziennikarz radiowy i telewizyjny, podróżnik.
Założyciel i prezes Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, pomysłodawca
i organizator corocznego Finału WOŚP oraz Przystanku Woodstock
– od zeszłego roku pod nazwą Pol’and’Rock.
Temat wystąpienia: Jerzy Owsiak powie na przykładzie Orkiestry jak łączyć, a nie dzielić. Jak być razem, jak tworzyć wspólnie piękne rzeczy z wielkim efektem w postaci zbiórki,
która na przestrzeni ostatnich 27 lat zasiliła polską medycynę kwotą ponad miliarda złotych!
To zasługa wielu osób, także Polaków mieszkających za granicą, zwanych przez Jurka podróżnikami i ambasadorami Polski.

Moderacja:  prof. UAM dr hab. Brygida Helbig-Mischewski

Z uwagi na dużą ilość zainteresowanych prosimy zgłaszać swoje przybycie na adres: utp@utp.berlin
W pierwszej kolejności będą wchodziły osoby z listy.

Prosimy o dużo wcześniejsze przybycie!
Po wykładzie ok. godz. 19.30
w ramch Galerii UTP swoje prace fotograficzne przedstawi Camilla Lobo

Wprowadzenie: dr Piotr Olszówka
Po wykładzie będzie okazja do rozmów przy lampce wina i preclach.

Życzymy dużo przyjemności.
Rada Programowa UTP

I dodatkowe informacje, jakie otrzymałam 5 marca:

Szanowni Państwo, z uwagi na szczególną sytuację, ogromne zainteresowanie spotkaniem z Panem Jerzym Owsiakiem przesyłam następujące informacje osobom zainteresowanym:

– spotkanie odbędzie się w większej sali 3035, 2 piętro. Droga będzie oznaczona.
– wszyscy, którzy zgłosili swoją obecność i nie dostali ode mnie żadnej wiadomości są wpisani na listę, czyli bez problemu wejdą na salę
– te osoby, którym odpisałem, że nie ma miejsc wpisałem na listę rezerwową. Są to zgłoszenia wysłane do 2 marca (proszę sprawdzić datę wysłania maila). Mimo, że mamy do dyspozycji dużo większą salę wiem, że wszyscy się nie zmieszczą. Największą szanse mają ci, którzy przyjdą wcześniej.
– Wernisaż i spotkanie powykładowe odbędzie się tam gdzie zawsze, obok sali 2094

Wszystkich bardzo proszę o dużo wcześniejsze przybycie.
Dziękujemy za wyrozumiałość.

Serdecznie pozdrawiam
Bogusław Flec

I po imprezie. Ela Kargol:

Jurek Owsiak,
Mały wielki człowiek,
Człowiek w biało-czerwonych okularach,
Człowiek z motylem i dużym sercem,
Człowiek, który przegadał pana Olszówkę,
Człowiek, który założył Towarzystwo Przyjaciół Chińskich Ręczników,
Człowiek, który zna piosenki Demisa Roussosa po niemiecku,
Człowiek od rzeczy ulotnych i dziwnych,
Człowiek, z którym każdy chciał mieć dzisiaj zdjęcie,
Człowiek, z którym każdy ma dzisiaj zdjęcie,
Człowiek, który podpisał moją torbę,
Człowiek w Berlinie, na Uniwersytetcie Humboldtów,
Czlowiek, który chce i może,
Czlowiek, który, gdy upadnie zaraz się podnosi,
Człowiek, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych,
Człowiek, który gra do końca świata i o jeden dzień dłużej,
Człowiek orkiestra,
Dziękuję.

Im Rathaus Kreuzberg

Foto-Begegnung

Land / Stadt       Analog / Digital     Polnisch / Deutsch

Elżbieta Kargol / Lupo Finto

01. – 21. März 2019 im Rathaus Kreuzberg, Yorckstraße 4-11
Vernissage Fr., 01.03.2019 um 19:00 Uhr

Unterschiedlicher könnten die Fotografien von Elzbieta Kargol und Lupo Finto nicht sein:

Elzbieta präsentiert eine Auswahl ihrer Momentaufnahmen – auf dem Land in Polen entstanden, analog und schwarz/weiß fotografiert – in Rahmen im klassischen Format 2 zu 3.
Lupo hat jedem Motiv ein „passendes“ farbiges Digitalfoto aus seiner umfangreichen Sammlung von „Street-Art in Berlin“ im Format 3 zu 4 auf Kapa-Platte gegenüber gestellt.
Dorota Kot hat diese beiden Fotograf*innen zusammengebracht,  mit ihnen das Konzept erarbeitet und die Organisation der Ausstellung übernommen.

Diese vielschichtige Begegnung ist ein Experiment, den Betrachtenden Vielfalt, Unterschiedlichkeit aber auch Gemeinsamkeiten verschiedener Fotogenres nahezubringen. Sie soll zum Nachdenken, aber auch zum Lachen anregen!

———————————————————————————————————-

Lupo Finto ist waschechter Berliner und (noch) ü50. Er arbeitet seit 2003 mit Digitalkamera und hat seit 2010 Fotoausstellungen vor allem zu Street-Art in Berlin und Osnabrück.
„Ich bedanke mich herzlichst bei den Street-Art-Künstler*innen, die mir schon viele schöne Momente in der manchmal doch tristen Stadt beschert haben.“
Kontakt: lupofinto@gmx.de

Als Elżbieta vor über 30 Jahren nach Berlin (West) kam, hat sie für sich die Welt der damals analogen Fotografie entdeckt. Die Suche nach den Motiven zieht sie seither nach Polen, wo sie vornehmlich das dörfliche Leben ins Bild setzt. Die meisten in der Ausstellung gezeigten Arbeiten sind von der Autorin selbst in der Dunkelkammer entwickelt und vergrößert worden.
Kontakt: e.kargol@web.de

Die Ausstellung wurde von
Städtepartner Stettin-Kreuzberg/Friedrichshain
organisiert