Obrazki z Iranu (2) – Teheran

Adam Slaski

W Teheranie

3 października

A teraz seria obrazków zatytułowanych “Shayan robi abgusz”.

abgusz1abgusz2abgusz3abgusz4Idea jest zasadniczo następująca: gotujemy długo razem ciecierzycę, kurczaka i ziemniaki. Następnie odlewamy wodę do miseczek, dodajemy dużo chleba i powstaje zupa. Resztę rozgniatamy i powstaje drugie danie.

Jemy po persku, czyli rozkładamy na dywanie obrusik i siadamy przy nim po turecku.

Wieczorem poszliśmy na spotkanie couchsurferów. Było dość dziwnie. Najpierw każdy się przedstawiał niczym na spotkaniu anonimowych alkoholików. Potem chwila na swobodne rozmowy i wspólne śpiewy. Atmosfera dość hostelowa. Irańczycy są bardzo serdeczni, a w tej piwnicy poczuli się na tyle swobodnie, że niektóre dziewczyny pozdejmowały hidżaby.
Ale jak ktoś zaczął robić zdjęcia, część z nich założyła je z powrotem.

Teheran generalnie jest pochyły, na północ oznacza zawsze “pod górę”. Północne dzielnice są więc położone dużo wyżej, mają czystsze powietrze i bogatszych mieszkańców. Jeśli udać się odpowiednio daleko można dojść do końca miasta, dolnej stacji kolejki linowej itp. Trochę tak, jakby metro w Warszawie dojeżdżało do Kuźnic. Wieczorem pojechaliśmy do tych Kuźnic, czyli do Darbandu. W weekend był tam tłum, wszyscy chcieli pooddychać górskim powietrzem i zobaczyć panoramę Teheranu by night.

teheranocteheranoc3 teheranoc2Na tych zdjęciach widać wreszcie, jaki Teheran jest ogromniasty. A w praktyce objawia się to tak, że nikt nie zna ulic poza swoją najbliższą okolicą, ludzie ciągle pytają o drogę. W każdej dzielnicy operuje inna korporacja taksówkowa, więc jeśli nie jesteś u siebie, a chcesz zamówić taryfę, musisz dowiedzieć się lokalsów, na jaki numer dzwonić.

Na koniec jeszcze dwa zdjęcia z dziś. Nie ma na nich niczego specjalnego, bo chodziłem dziś po sklepach, kantorach i innych banalnych miejscach. Nie wiem nawet, co to za budynek, ale wydał mi się interesujący.

budynekinteresujacy

Przez 2-3 dni nic się tu nie pojawi, bo opuszczam Teheran i nie będę miał dostępu do Internetu.

Życzę wszystkim miłej niedzieli.

Obrazki z Iranu (1) – pierwszy dzień

Informacje od Adama Slaskiego o jego pobycie w Iranie (właśnie tam jest) docierają do mnie za pomocą appu Telegram. Nigdy bym nie pomyślała, że będę z takich appów w ogóle korzystać, ale mam właśnie nową komórkę i stwierdziłam ze zdumieniem, że nawet budzik w telefonie jest appem. Powiadam Wam, człowiek nie wie, że mówi prozą.

Publikowałam tu już tu relacje polskiej Perskiej żony z Iranu, od dziś przez kilka (a może kilkanaście) następnych niedziel pisze o Iranie nieżonaty Polak.

Adam Slaski

Przyjazd

29 września

Pierwsza zabawna rzecz: w Iranie jak wiadomo jest cenzura internetu, zablokowano więc gazeta.pl i wp.pl, ale nie politykę. Mają widać lepsze układy z ajatollahami.

W samolocie to wyglądało tak: połowa kobiet miała zasłonięte włosy, a połowa odkryte. W momencie lądowania pach-pach wszystkie wyciągnęły chusty. I na lotnisku nie było kompletnie żadnej kontroli, mogłem mieć plecak pełen wódki 🙂

Wrrrr wikipedia nie działa.

Pierwszy dzień chodzenia po Teheranie przyniósł następujące refleksje. Ruch uliczny jest między palermo a hanoi – dużo trąbią, motory jeżdżą po chodnikach, żeby przejść przez jezdnię trzeba trochę odwagi, ale summa sumarum nie miałem z tym wiele problemów, pogubiłem się za to, jeśli można tak powiedzieć, bo właściwie chodziłem bez mapy i celu.

Mapa z przewodnika jest nic nie warta, a ta, którą dostałem w recepcji jeszcze gorsza, na żadnej nie ma np stacji metra, a metro jest całkiem spoko, 5 linii, osobne wagony dla kobiet.

Spotkałem wczoraj na lotnisku dwie pary z Polski i dziś jedną w muzeum. Myślałem, że to będą bardzo fajni ludzie, otwarci, ciekawi świata, tymczasem conajmniej połowa z nich to typowe polaki-cebulaki.
Nie wiem, jak tu trafili

paniikolko
Kółko od rydwanu i pani dla porównania. Pod spodem piesek i cudeńko z lapis lazuli. I pytanie: czy niebieskie naczynie też jest z lapis lazuli?

piesek1-2niebieskienaczynieA teraz plac imama Chomeiniego.

placchomeiniI na ulicy warszawskiej.

varschostreetA słyszeliście o różowych drzewach, które rosną w Iranie?

pinkdrzewo30 września

Dziś rano wymeldowałem się z hotelu i przeniosłem do mojego hosta z couch surfing. Trafiłem naprawdę znakomicie. Shayan jest anglistą, miłośnikiem angielskiej literatury. Jest bardzo oczytany i ciekawie się z nim rozmawia. Zaprzecza też wszelkim stereotypom o Iranie

Po południu spotkałem się z Irańską malarką, która zabrała mnie do muzeum sztuki współczesnej. Wystawa stała jest bardzo dobra, choć jest tylko jeden obraz irańskiego malarza, reszta to zachodnia klasyka: Kandinsky, Jackson Pollock, Mark Rothko etc.

Rozmawialiśmy też o literaturze. Choć przygotowywałem się intensywnie do wyprawy, nie wypadłem najlepiej w oczach Sepidar. Stwierdziła, że “Ajatollah śmie wątpić” się nie liczy, bo było napisane po angielsku, a „Persepolis” po francusku.

Zatem nie czytałem żadnej irańskiej książki, wstyd!

Z drugiej strony okazuje się, że Szachinszach nie jest zupełnie znany w Iranie (Shayan słyszał, ale on czytał wszystko). Byliśmy też na ulicy bukinistów. Wygląda to tak (nie zrobiłem zdjęcia), że wszystkie lokale są zajęte przez księgarnie, księgarnia przy księgarni, a na ulicy z łóżek polowych i kocyków sprzedają “prywaciarze”.

Sepidar wyjaśniła mi, że to te książki na kocykach, to pozycje zakazane w Iranie, wydano je na kserokopiarce z powodu cenzury.

Słowo “zakazane” stosuje się w kontekście Iranu często, ale chyba znaczy tu coś innego niż sądzimy 🙂

Na koniec chciałbym podkreślić, że dziś w Iranie środa środunia, bo jutro zaczyna się weekend. Piątek to dzień święty, a czwartek jest odpowiednikiem soboty. Nie jest jednak wolny obligatoryjnie. niektore instytucje się zamykają, inne pracują tylko dopołudnia, a jeszcze inne cały dzień.

Spotkałem dziś na śniadaniu w hotelu Polaków. Byli bardzo mili, interesujący ludzie. dużo podróżowali, opowiedzieli mi o wyprawie na wyspę świętej Heleny, bardzo skomplikowanej wyprawie, gdyż obejmowała podróż samolotem RAF-u, statkiem pocztowym i kilka dni oczekiwania w bazie marynarki brytyjskiej itp.

Wspólnie zaczęliśmy się też zastanawiać, gdzie odbyła się Konferencja Teherańska, pani bardzo chciała zobaczyć to miejsce. Niestety, prawdopodobnie się jej nie uda. układy odbywały się w rosyjskiej ambasadzie.

Jeszcze jedno. Próbowałem zapunktować w sprawie książek „Irańską Historią Miłosną”. Co prawda to Asia ją czytała, nie ja, ale dokładnie mi opowiedziała. Z tą książką jest jednak inny problem: To kompletna bzdura, napisana dla ludzi z zachodu, żonglująca stereotypami.

Generalnie na ulicach jest wiele par, trzymają się za ręce itp. Ccałowanie w publicznych miejscach chyba rzeczywiście nie uchodzi, nie widziałem ani razu, ale opowieści, jakoby nie dało się porozmawiać z dziewczyną przed ślubem trzeba włożyć między bajki.

Jeszcze jedna ciekawostka. Jest (chyba 35) rocznica wybuchu wojny z Irakiem. w parku jest wystawa poświęcona martyrologii, zdjęcia irańskich bohaterów wojennych itp. Są żołnierze, jest mułła, poważna atmosfera. Jest tez paintball, a czemu nie, przecież to się też kojarzy z wojną!

Jechałem dziś irańską współdzieloną taksówką (taką jak w Taxi Teheran).

Czwartek, 1 października

W Teheranie pada deszcz, rzadkie zjawisko, zamówili specjalnie dla mnie.

Widziałem dziś na ulicy dziewczynę bez hidżabu, było ciemno, pewnie myślała, że nikt nie zauważy. Z tym hidżabem to jest tu w ogóle śmiesznie, ten temat zasługuje na więcej uwagi, wrzucę zdjęcia i napiszę innym razem, bo teraz spadam na imprezę Irańczyków.

Miały przyjść dziewczyny, ale ostatecznie okazało się, że będzie gejówka, sami koledzy mojego hosta, bo ten chłopak, z którym paliłem sziszę to nie mój host, tylko inny gość z CS.

Piątek, 2 października

mostMost łączy dwa parki rozdzielone uprzednio autostradą. zdjęcia nie oddają tego w pełni, ale to fajna architektura i modne miejsce. Obok jest skatepark i inne atrakcje. Wybrałem się tam z Kamyarem, którego poznałem (jakżeby inaczej) przez couchsurfing. Potem poszliśmy na fajkę wodną. Kamyar miał w planach odwiedzić jakiś ładny lokal, ale ten okazał się być zamknięty, toteż wylądowaliśmy w spelunce dla lokalnych palaczy. Fajne miejsce, kobiet się nie wpuszcza, siedzą chłopaki i palą szisze, można zamówić herbatę albo oranżadę.

sziszaZ moim hostem Shayanem poszliśmy za to odwiedzić jeden z teherańskich pałaców. Okazał się rozczarowujący, za to zrobiliśmy sobie ładne zdjęcie w sali lustrzanej.

salalustrzana
Kilka słów o Shayanie. Pochodzi z mniejszości tureckiej (azerskiej) w Iranie, farsi jest dla niego drugim językiem. Jego mama zanim przeszła na emeryturę stała na czele czegoś w rodzaju samorządowego kolegium odwoławczego.

Shayan skończył rok temu anglistykę na uniwersytecie teherańskim, mówi świetnie po angielsku i jest znawcą anglosaskiej literatury. Obronił pracę o Cormacku McCarthym, można z nim porozmawiać o nowej książce Rotha itp. Jest bardzo oczytany, dużo bardziej ode mnie.

Myśli o doktoracie, ale nie ma ochoty wracać na uniwersytet w Teheranie, gdyż profesorowie tworzą kółko wzajemnej adoracji, a poziom badań nie jest najlepszy. Rozważa wyjazd za granicę, ale życie na zachodzie jest bardzo kosztowne dla Irańczyka, więc jeśli nie dostanie jakiegoś dobrego stypendium, w grę wchodzi głównie Turcja.

Wczoraj poszliśmy do imprezę do kolegów Shayana. Impreza to duże słowo, było nas tylko pięciu. Początkowo planowano coś większego, ale okazało się, że dziewczyna gospodarza nie może przyjść, więc odwołał też inne koleżanki, a potem okazało się, że ja będę, więc odwołał kumpli, którzy nie mówią po angielsku. Ta piątka mówiła po angielsku bardzo dobrze, swobodnie żartowaliśmy przez cały wieczór. To byli wszyscy bardzo inteligentni goście, na bieżąco z kulturą, filmami, muzyką, serialami, książkami i wszystkimi tymi rzeczami, które są w Iranie zakazane. A jednak udało mi się pozostać gwiazdą wieczoru, gdyż im trudno jest podróżować i bardzo rzadko wyjeżdżają. Opowiadałem więc o podróżach do Meksyku, Wietnamu, Armenii itd., które to opowieści nie robią na nikim wrażenia w Polsce, a w Iranie można nimi zaimponować kompanom.

Można też zaimponować znawstwem alkoholi. Oni piją głównie bimber albo przemycaną wódkę, nikt oczywiście nie bawi się w szmuglowanie piwa, które stało się w Iranie zupełnie nieznane. Także wino należy do rzadkości, bo wychodzi bardzo drogo. Co innego marihuana, którą łatwo hodować w domu, a policja nie przywiązuje do niej wagi, choć oficjalnie jest oczywiście surowo zakazana. Trawa stała się więc popularna i każdy popala.

A może nie każdy? Towarzystwo, w które tu wszedłem, jest dość specyficzne. Studenci obcych filologii z zasady są zainteresowani zagraniczną kulturą i trybem życia. W każdym społeczeństwie stanowią nieco odrębną grupę. To samo dotyczy artystów, więc również Sepidar nie można uznać za typową Irankę. I nic nie wskazuje na to, żebym miał spotkać jakichś “typowych Irańczyków”, bo przeciętni ludzie nie mówią po angielsku. Z angielskim w szkole jest podobnie jak w Polsce, a chyba nawet gorzej. Dużo gramatyki, mało mówienia, 10 lat takiej nauki i człowiek nie umie się dogadać w najprostszych sprawach. Jeśli ktoś mówi, to znaczy, że wychował się ambitnej rodzinie, która posłała go na dość kosztowne lekcje. Teraz Shayan sam korzysta z tej sytuacji i dobrze zarabia, udzielając lekcji angielskiego

A co to znaczy dobrze zarabiać w Iranie? Pensje są podobne do Polskich, porównywalne. Płaca minimalna to około 300$ (w Polsce chyba bliżej 400), 2000$ uważane jest już za bardzo dobrą stawkę (tyle zarabia kolega Shayana, który jest programistą). Podatek jest niski, toteż Shayan nie bardzo rozumiał, czemu dopytywałem, czy to jest kwota brutto czy netto.

Bardzo drogie są za to mieszkania (brzmi znajomo?). Shayan nie mógłby wynająć mieszkania z własnej pensji, ciągle pomagają mu rodzice. Dla większości młodych ludzi oznacza to, że nie są w stanie wyprowadzić sie z domu przez wiele lat. To jest zdaniem moich rozmówców największy problem Iranu, wcale nie hidżab ani polityka rządu.

Komitas i Aragat

Adam Slaski

… donosi z Armenii

komitas0
Czy chcecie posłuchać ormiańskiej muzyki – zapytał taksówkarz. Oczywiście, że chcemy. Chcecie usłyszeć narodowe pieśni ormiańskie? Może słyszeliście już w Armenii muzykę, ale to nie była prawdziwa ormiańska muzyka. Te piosenki mają armeńskie słowa, ale to obca muzyka, turecka, arabska. Teraz usłyszycie prawdziwe ormiańskie pieśni, oto głos Komitasa.
W starej ładzie zaskrzeczały cherlawe głośniki i usłyszeliśmy armeńską muzykę. Ze zdartej płyty dobiegł nas głos odległej przeszłości. Czysty i silny głos urzekał, choć głośniki rzężały, a samo nagranie było fatalne. W tej chwili wyjechaliśmy ponad las i ujrzeliśmy surowy pejzaż masywu Aragatu. Na te same góry patrzyli kiedyś królowie starożytnej krainy Urartu, taki widok zobaczył Noe, gdy wody potopu opadły i odsłoniły ziemię, tu doznał epifanii święty Grzegorz Oświeciciel. Tu znajdowały się pustelnie ormiańskich mnichów i nie mam wątpliwości, że ten pejzaż jest w ich chorałach.

*****

Soghomon Soghomonian znany jako Komitas urodził się 26 września 1869 roku w Kütahya w zachodniej Anatolii jako jedyne dziecko swych rodziców. O jego rodzicach wiemy, że byli Ormianami, że oboje byli muzykalni i, niestety, że młodo zmarli. Po ich śmierci chłopiec został pozbawiony opieki, dorastał w bezdomności i biedzie. Los uśmiechnął się do młodego Soghomona w roku 1881. Istniał w tym czasie obyczaj, który nakazywał, by uzdolnionych chłopców przygarnął Katolikos Wszystkich Oramian. Właśnie w tym roku miejscowy duchowny udawał się do stolicy Patriarchatu Ormiańskiego – Eczmiadzynu – aby przyjąć sakrę biskupią. Mógł on zabrać ze sobą jednego chłopca i przedstawić go Katolikosowi. Jako że surowe przepisy Imperium Osmańskiego zabraniały używania języka ormiańskiego, gdy chłopiec stanął przed patriarchą umiał mówić jedynie po turecku. Powiedział wtedy “Nie potrafię mówić po armeńsku, lecz jeśli taka jest twoja wola, zaśpiewam.” Choć nie rozumiał słów pieśni, którą zaśpiewał, jego piękny głos urzekł patriarchę, tak że przyjął go w poczet słuchaczy seminarium. Tam Soghomon rozwinął pasję muzyczną, wykształcił się jako śpiewak, dyrygent i kompozytor, a w roku 1894 przyjął święcenia i przybrał imię Komitas, pod którym był później znany. Tam też zafascynowały Komitasa tradycyjne ormiańskie melodie. Aby je poznać, podróżował po kraju i spisywał pieśni ludu. W roku 1895 wydał kolekcję spisanych przez siebie ludowych pieśni miłosnych i weselnych, co oburzyło konserwatywne duchowieństwo. Komitas musiał opuścić seminarium.

*****

komitas1Podejście na Aragat nie jest trudne. Być może to jeden z najłatwiejszych czterotysięczników na świecie, ale dla pary niewprawionych turystów i tak stanowił wyzwanie. Taksówka dowiozła nas do stacji meteorologicznej i sztucznego jeziora na wysokości 3200 m n.p.m. Tu serdecznie powitał nas miejscowy pies wielkości kucyka, który upodobał nas sobie do tego stopnia, że podążał za nami przez następne kilka kilometrów. Idziemy pieszo ścieżką, a częściej na azymut w kierunku szczytu.
Aragat to wygasły wulkan, ostatnie erupcje miały miejsce kilka lub kilkanaście tysięcy lat temu. Krater otaczają cztery wyraźnie zarysowane wierzchołki, najwyższy z nich liczy sobie 4095 m, my zdobywamy oczywiście najniższy – 3900 m. Podejście jest początkowo bardzo łagodne, ale ukształtowanie terenu myli wzrok. Zaintrygowała nas błyszcząca w oddali skała, wydaje nam się, że za pół godziny będziemy koło niej, by lepiej się jej przyjrzeć, ale po godzinie nie widzę, byśmy cokolwiek się do niej przybliżyli.

komitas2Z opisów w przewodniku spodziewam się tłumu turystów i kolejek jak na Giewont, ale nic podobnego nie ma miejsca. Choć pogoda jest piękna, idziemy sami, przez całą drogę widzimy jedynie z daleka 3 lub 4 osoby.

*****

Praca Komitasa znalazła uznanie bogatych mecenasów, a ormiański milioner Aleksander Mantaszew postanowił sfinansować jego dalszą edukację. Młody ksiądz opuścił seminarium, Eczmiadzyn i Armenię, by udać się do Berlina, gdzie studiował muzykę na Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma (dziś: Humboldtów). Należał w tym czasie do założycieli i aktywnych członków Międzynarodowego Towarzystwa Muzycznego. Na jego forum dawał wykłady o muzyce ormiańskiej i dowodził jej starożytnego pochodzenia: jego zdaniem tradycyjna muzyka ormiańska wywodziła się z pieśni śpiewanych jeszcze przed nastaniem chrześcijaństwa, a trzeba pamiętać, że Armenia przyjęła chrześcijaństwo jako pierwszy kraj na świecie w roku 301.
Po odbyciu studiów Komitas wrócił do Armenii, gdzie prędko zreorganizował kształcenie muzyczne, zakładał nowe chóry, objął dyrekcję chóru seminarium w Eczmiadzynie oraz oddawał się badaniom tradycyjnej muzyki. A było co badać. Ormianie od starożytności zapisywali nuty, ale ich burzliwe dzieje sprawiły, że dawna notacja wyszła z użycia i została zapomniana. Komitas poświęcił się nie tylko badaniom historii, lecz także tworzeniu zupełnie nowej muzyki, pisał koncerty i operę.
Okres 1899-1910 to najlepszy czas jego twórczości, wtedy spisał traktaty, które uczyniły go jednym z pionierów etnomuzykologii. Zyskał międzynarodową sławę. W tym czasie Komitas nie tylko komponował i dyrygował chórem, lecz także sam występował jako baryton oraz tenor, a do tego grał po mistrzowsku na flecie i fortepianie. W roku 1912 głos Komitasa zarejestrowano na płycie. Jego sława osiągnęła apogeum, podróżował z koncertami i wykładami do Paryża i Berlina.
Jako muzyk i badacz muzyki był wielkim ambasadorem ormiańskiej kultury. Wyniki jego badań nie spodobały się jednak jego kościelnym przełożonym. Został zmuszony, by po raz kolejny opuścić Armenię. W roku 1910 przeniósł się do Stambułu, gdzie spotkał się z ciepłym przyjęciem ormiańskiej społeczności. Założył tam trzystuosobowy chór Gousan, z którym odnosił liczne sukcesy.

*****

komitas2aZ upływem czasu łąka przeradza się coraz bardziej w rumowisko. Idziemy wolniej i bardziej się męczymy. A może to sprawka wysokości. Nigdy wcześniej nie byliśmy w wysokich górach, więc objawy choroby wysokościowej nie są nam znane, ale męczymy się coraz szybciej. Po każdym odpoczynku łapiemy zadyszkę już po paru krokach. Odpoczywamy więc coraz częściej, a widoki stanowią doskonałą wymówkę, podziwiamy i robimy zdjęcia.

 

 

komitas3Minęliśmy wreszcie błyszczącą skałę, przeszliśmy przez okropne rumowisko i trafiliśmy w końcu na wyraźną ścieżkę. Idzie się nam jednak ciężko, trapi nas tajemnicze zmęczenie, a do tego zrobiło się stromo. Nie ufamy też ocenie odległości, wydaje się nam, że do wierzchołka już blisko, ale to może być kolejna iluzja. Postanawiamy, że jeśli nie dojdziemy w pół godziny, zawracamy. Tym razem jednak pomyliliśmy się w druga stronę, po 10 minutach jesteśmy na przełęczy czy raczej brzegu krateru. Widok jest niesamowity – o ile dotąd w krajobrazie dominowały szarości i ciemna zieleń, krater wypełniają złote piaski, które lśnią w promieniach słońca. Jeszcze pięć minut i stajemy na szczycie. Teraz widać, że choć pozostałe wierzchołki są wyższe jedynie o kilkadziesiąt metrów, są dużo trudniejsze do zdobycia, poza naszymi możliwościami, strome i pełne luźnych skał.
Na szczycie wieje chłodny wiatr, więc szybko: fotki, esemeski, zjadamy po batonie i wracamy. Droga powrotna zajmuje nam jeszcze dwie godziny, w sumie sześć. Według przewodnika powinniśmy byli obrócić w trzy godziny, tacy to z nas niedzieli alpiniści.

komias4*****

Krwawa niedziela 24 kwietnia 1915 roku to początek Rzezi Ormian. Schyłek Imperium Osmańskiego doczekał się tragicznego finału, w następnych miesiącach tureccy nacjonaliści zamordowali półtora miliona Ormian. Tego dnia Komitas został aresztowany razem z innymi ormiańskimi intelektualistami i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Çankırı. Nie opuścili go jednak przyjaciele. Został zwolniony dzięki wstawiennictwu pisarzy Mehmeta Emina Yurdakula i Halida Edipa oraz amerykańskiego ambasadora Henry’ego Morgenthau. Komitas doszczętnie załamał się pod wpływem wydarzeń, których był świadkiem, i pozostałe 20 lat życia spędził w paryskim szpitalu psychiatrycznym, gdzie zmarł w roku 1935.

Korzystałem z:
Virtual Museum of Komitas

Poetry in all languages – Pete Seeger

Adam Slaski

27 stycznia zmarł w wieku 94 lat Pete Seeger. W celu upamiętnienia tego wybitnego muzyka proponuję ogłosić na blogu plebiscyt na najlepszy cover Where have all the flowers gone. Przesłuchałem na youtube sporo wersji i zgłaszam następujące kandydatury:

Część propozycji odnalazłem dzięki playliście: http://www.youtube.com/playlist?list=PL4FCA35324383E557 jeszcze inne dzięki stronie http://www.whosampled.com/Pete-Seeger/Where-Have-All-the-Flowers-Gone%3F/

Czuję, że istnieje jakaś piękna wersja hiszpańska, niestety te, które odnalazłem były dość słabe.

Warto wspomnieć jeszcze dwa słowa o powstaniu utworu. Niezawodna Wikipedia donosi, że Seeger zainspirował się kozacką pieśnią przytoczoną w Cichym Donie i połączył ją z tradycyjną rosyjską melodią. Ostateczny kształt angielskiemu tekstowi nadał Joe Hickerson w 1960 roku.

А где ж гуси?
В камыш ушли.
А где ж камыш?
Девки выжали.
А где ж девки?
Девки замуж ушли.
А где ж казаки?
На войну пошли …

Und wo sind die Gänse?
Sie liefen ins Schilf.
Und wo ist das Schilf hin?
Von Mädchen gemäht.
Und wo sind die Mädchen?
Verheiratet längst!
Und wo die Kosaken?
Sind fort in den Krieg!

Where are the geese?
They ran into the reeds.
Where have the reeds gone?
Gathered by the girls
Where are the girls?
They’ve all taken husbands.
Where are the men?
They have gone off to war.

Zwróciłem też uwagę na pewną różnicę w wymowie oryginału i polskiego przekładu. To niuans, ale wydaje mi się, że regularna budowa angielskiego tekstu bardzo mocno eksponuje wizję wojen, które powtarzają się cyklicznie dziesiątkując każde kolejne pokolenie. “Oh, when will they ever learn?” pyta podmiot liryczny, ale kwiaty porosły już mogiły tych, którzy mogli tę naukę wyciągnąć.

Polski przekład nie jest tak jednoznacznie antywojenny. Przeciwnie, można go potraktować jako piosenkę patriotyczną, a w każdym razie martyrologiczną. Szkoda, ale taka jest polska kultura – strasznie zmilitaryzowana. A jaki jest przekład niemiecki? Sądzę, że analiza innych tłumaczeń też okaże się interesująca i liczę na blogobywalców.

Gdzie są kwiaty z tamtych lat? Piękne kwiaty…
Gdzie są kwiaty z tamtych lat? – Czas zatarł ślad…
Gdzie są kwiaty z tamtych lat? Każda z dziewcząt wzięła kwiat…
Kto wie czy było tak… Kto wie czy było tak…

Gdzie dziewczęta z tamtych lat? Jak te kwiaty…
Gdzie dziewczęta z tamtych lat? – Czas zatarł ślad…
Gdzie dziewczęta z tamtych lat? Za chłopcami poszły w świat…
Kto wie czy było tak… Kto wie czy było tak…

Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Dzielne chwaty…
Gdzie są chłopcy z tamtych lat? – Czas zatarł ślad…
Gdzie są chłopcy z tamtych lat? Na żołnierski poszli szlak…
Kto wie czy było tak… Kto wie czy było tak…

Gdzie żołnierzy naszych kwiat? Tych sprzed laty
Gdzie żołnierzy naszych kwiat? – Czas zatarł ślad…
Gdzie żołnierzy naszych kwiat? Tam gdzie w polu krzyża znak…
Kto wie czy było tak… Kto wie czy było tak…

Gdzie mogiły z dawnych lat? – Tam gdzie kwiaty…
Gdzie mogiły z dawnych lat? – Czas zatarł ślad…
Gdzie mogiły z dawnych lat? Tam gdzie kwiaty posiał wiatr…
Kto wie czy było tak… Kto wie czy było tak…

Pozdrowienia,
Adam Slaski

EMS: A ja, jako pierwsza, podam moją kandydaturę – nie ma jak Marlena Dietrich!

I na zakończenie uwaga: Kochani, ten wpis jest wezwaniem do Czytelników i – proszę – zareagujcie właściwie! Trzeba posłuchać i wybrać, albo też – nadesłać własną, inną propozycję. Pierwsza osoba, która zareaguje, dostanie nagrodę! Ja się oczywiście nie liczę.

Porażająca farsa błędnej percepcji

Był już Jacek Slaski, była Zofia Slaska, no i Ewa Maria Slaska czyli ja. Dziś kolejny Slaski.

Adam Slaski

napisał do mnie maila. Mail mi się spodobał, już chociażby dlatego, że traktuje o książce, którą też czytałam, nawet w oryginale, i która mnie tylko zezłościła. A tymczasem…

Siedzę na kanapie, czytam książkę, fabuła rozwija się z wolna, rzecz o przygodach pisarza-staruszka, czuję się w pełni bezpieczny. Aż tu raptem przewracam stronę i widzę długi fragment zakreślony ołówkiem i opatrzony uwagą: przepisać. Prycham śmiechem, bo denerwują mnie ludzie bazgrzący po bibliotecznych książkach, przepisywacze zaś mnie śmieszą. Czytam ten fragment i czuję, jak z wolna wbija mnie w kanapę. Zanim dotarłem do końca wiedziałem, że sam także będę musiał go przepisać.

Człowiek zwalcza w sobie powierzchowność, płytkość, żeby wyjść do ludzi bez wygórowanych oczekiwań, bez balastu nadziei i buty, nie jak czołg, bez armat i karabinów maszynowych, bez trzydziestocentymetrowej stalowej osłony; człowiek wychodzi do ludzi w zamiarach pokojowych, boso, nie rwie darni pancernymi gąsienicami, odnosi się do ludzi bez uprzedzeń, jak do równych sobie, jak człowiek do człowieka, jak to u nas mawiali – a i tak zawsze się co do ludzi pomyli. Człowiek jest jak czołg wyposażony w mózg. Myli się co do ludzi jeszcze zanim ich spotka, jeszcze kiedy planuje spotkanie; potem myli się w trakcie spotkania; a na koniec wraca do domu, opowiada o spotkaniu osobie trzeciej i myli się po raz kolejny. Ponieważ inni z reguły mylą się tak samo co do nas, cały proces komunikacji jest jedną wielką fatamorganą, wypraną z realizmu, porażającą farsą błędnej percepcji. Cóż jednak mamy począć z tym paląco ważkim problemem innych ludzi, który wykrwawia się z przypisywanego mu przez nas znaczenia, nabierając w zamian znaczeń groteskowych, ponieważ tak marnie jesteśmy wyposażeni w zdolność wzajemnego postrzegania swoich wnętrz i niewidzialnych motywacji. Czy wobec tego każdy powinien zamknąć się w domu, jak
to czynią pisarze-samotnicy, zasiąść w dźwiękoszczelnej celi, aby tam wskrzeszać ludzi ze słów i udawać, że ci ludzie ze słów
są bliżsi prawdy niż prawdziwi ludzie, których na co dzień kaleczymy swoją ignorancją? Przecież celem życia człowieka nie jest prawidłowe zrozumienie innych ludzi. Życie polega na rozumieniu ludzi opacznie, nie raz, i nie dwa, i nie sto, aż w końcu, po głębokim namyśle, znów zrozumiemy ich opacznie. Po tym właśnie poznajemy, że żyjemy: że się mylimy. Może najlepiej byłoby machnąć ręką na słuszne i nie słuszne rozumienie innych ludzi i spokojnie dryfować z prądem życia. Jeżeli ktoś to potrafi – ma szczęście.

Philip Roth, Amerykańska sielanka, tł. Jolanta Kozak, Czytelnik, Warszawa 2001, s. 60.

Może po tym poznaje się wielkiego pisarza, że usypia naszą czujność spokojną narracją, by uderzyć czytelnika ze zdwojoną siłą tak ogłuszająco trafnym fragmentem. Wciąż nie mogę wyjść z podziwu. Odnalazłem nawet ten tekst w oryginale. Co zabawne, tłumaczenie odbiega od oryginału w jednym miejscu w raczej niespodziewany sposób.

You fight your superficiality, your shallowness, so as to try to come at people without unreal expectations, without an overload of bias or hope or arrogance, as untank like as you can be, sans cannon and machine guns and steel plating half a foot thick; you come at them unmenacingly on your own ten toes instead of tearing up the turf with your caterpillar treads, take them on with an open mind, as equals, man to man, as we used to say, and yet you never fail to get them wrong. You might as well have the brain of a tank. You get them wrong before you meet them, while you’re anticipating meeting them; you get them wrong while you’re with them; and then you go home to tell somebody else about the meeting and you get them all wrong again. Since the same generally goes for them with you the whole thing is really a dazzling illusion empty of all perception, an astonishing farce of misperception. And yet what are we to do about this terribly significant business of other people, which gets bled of the significance we think it has and takes on instead a significance that is ludicrous, so ill-equipped are we all to envision one another’s interior workings and invisible aims? Is everyone to go off and lock the door and sit secluded like the lonely writers do, in a soundproof cell, summoning people out of words and then proposing that these word people are closer to the real thing than the real people that we mangle with our ignorance every day? The fact remains that getting people right is not what living is all about anyway. It’s getting them wrong that is living, getting them wrong and wrong and wrong and then, on careful reconsideration, getting them wrong again. That’s how we know we’re alive: we’re wrong. Maybe the best thing would be to forget being right or wrong about people and just go along for the ride. But if you can do that—well, lucky you.

Nie wiem, czy w ogóle czytałaś American pastoral. To piękna książka, w całości godna uwagi. Nie tylko świetnie napisana, lecz także zawiera wiele mało znanych w Polsce wiadomości o Ameryce. Przepisuję jednak tylko ten fragment, który mnie tak szalenie poruszył. Będzie moim nowym credo.

PS: różnicę pomiędzy tekstem polskim a angielskim znalazła Powsinoga – odpowiednie zdania zostały wytłuszczone.

Dziś była rocznica Smoleńska, ale była też rocznica śmierci Jacka Kaczmarskiego.
Obława