Jak być dobrym?

Ewa Maria Slaska

Rozważania o wszystkim i o niczym

Jak być dobrym? How to be good? Powieść Nicka Hornby. Znalazłam ją, w tym właśnie wydaniu, na ulicy i bardzo mi się nie podobała. Absurdalna historia o tym, że, choćbyśmy oddawali nie wiadomo ile własnego majątku, czasu i przestrzeni życiowej, i tak nigdy nie będziemy dobrzy, nigdy nie zdołamy być sprawiedliwi, nigdy nie podzielimy się naprawdę, a w końcu ciężar bycia dobrym zmusi nas do powrotu do dawnego życia.

Bezradność.

Doprowadzona do absurdu i nudna historia, niegodna autora świetnych recenzji i zabawnej powieści O chłopcu, jednak trafnie oddająca dylemat, przed którym stajemy każdego dnia. Bo zasadniczo jesteśmy dobrzy i chcielibyśmy, żeby świat też był dobry. A nie jest. Robimy więc, co możemy. Staramy się i zawsze na jakimś szwie pruje się nasza sukienka dobrej istoty. Bo nie możemy, nie mamy siły ani czasu, żeby być dobrym w ogóle.  Bo tego za dużo, bo trzeba by ogarnąć Dobrem przez duże D i stosunki międzyludzkie, i ekologię, i sprawiedliwość dziejową… Jak jesteśmy dobrzy w jednej dziedzinie, to w innej nam szwankuje. Dlatego, gdy kupuję pomidory, gruszki, czosnek, fasolkę i ćwikłę na targu ekologicznym, i okazuje się, że brakuje mi 3 centów, muszę oddać jednego pomidora… Po prostu prujemy się na szwach.

Łatwiej zobaczyć te sprute szwy u innych, najpierw więc inni, a dopiero potem ja.

Mam koleżankę angażującą się w protesty przeciw manipulacjom genetycznym żywności. Protestuje też przeciwko doświadczeniom na zwierzętach. Gdy jednak zachorowała, a choroba zaczęła jej sprawiać nieznośny ból, sprowadziła za duże pieniądze z Ekwadoru szamańskie leki produkowane ze świnek morskich… Inna, zaangażowana w likwidację lotniska w środku miasta, bo służy tylko bogatym, gdy powiedziałam jej, że Donbas padł, odparła, że przecież tylko zostały opanowane główne budynki… Jeszcze inna bardzo się interesuje leczeniem za pomocą zdrowego jedzenia, ale nie chce się spotykać z chorymi, bo mają złą karmę… (Nota bene – przedni i niezamierzony żart językowy). Pewien ważny działacz, bogaty jak trzech nababów, ma usta pełne frazesów o patriotyzmie i pomocy, ale gdy zimą w okresie konfrontacji na majdanie zbieramy pieniądze dla Ukrainy – nie daje ani grosza…

No, ale przecież jesteśmy dobrzy. Ja na przykład sortuję śmieci i mam czas dla ludzi, jeśli potrzebują pomocy. Jestem wegetarianką, nie dorabiam się i nie jestem zawistna. Tak mi się wydaje. Ale… Gdzie sprzeniewierzam się samej sobie? Zapewne nie tylko wtedy, gdy bezmyślnie wrzucam baterie do kosza na śmieci ogólne, albo nie dość dokładnie myję owoce. W setkach spraw jestem nie taka, jak trzeba, i mówię nie to, co trzeba. Na pewno tak jest, skoro świat na około wciąż mnie krytykuje.

To wszystko działania pozorne i nic nie kosztują, co najwyżej płacimy w sklepach ze zdrową żywnością trzy razy drożej za ryż i to przez nas, wegetarian, marchewka będzie niedługo droższa niż kiełbasa.

Bohaterowie Hornby’ego idą znacznie dalej, bo to, okazuje się, profetyczna książka. Przyjmują pod własny dach uciekinierów i namawiają do tego sąsiadów. I wszystko się źle kończy. Oczywiście, źle się kończy. Łatwiej nie jeść flaczków niż podzielić życie z Obcym.

To wciąż jeszcze, na razie wyimaginowana sytuacja, a nasze potknięcia na drodze do Dobrego są błahe, ale gdy na wyspach greckich jest 120 tysięcy uciekinierów, a drugie tyle atakuje kanał La Manche, a gdzieś przecież muszą mieszkać, coś jeść i coś pić, to sytuacja przestaje być wyimaginowana, a błahe powody do myślenia, że jest się dobrym przestają mieć znaczenie. Bo zabawa się skończyła, bo już nie o zdrową pietruszkę chodzi i nie o ochronę gniazdowisk czyżyka polnego, tylko o nagą egzystencję. Bardzo mnie to wszystko martwi, bo jeśli ja sama nie potrafię się sprawdzić, jeżeli nie potrafimy się sprawdzić,  jako weganie sortujący śmieci, to jacy się okażemy za chwilę?

Z zapisków stróża (2)

Zbigniew Milewicz

Władza

Dwa domy, w których pracuję, różnią się od siebie pod każdym względem. Na Schwabingu nie obowiązuje mnie żaden uniform, zwyczajnie mam zamknąć albo otworzyć wszystkie drzwi, żeby personel przygotował się do pracy, czasami nocą przypilnować rzemieślników, którym zlecono jakąś przebudowę bądź remont, zdarza się, że towarzyszę jakiejś inwentaryzacji. Dom w centrum miasta stawia mi dodatkowe wymagania: muszę nosić czarne spodnie, białą koszulę, firmowy krawat plus identyfikator ze zdjęciem, imieniem i nazwiskiem oraz napisem Wachmann. Zanim rano zabiorę się za uruchamianie podjazdów na piętra, sprawdzanie wind i otwieranie portali, z tysiąc razy powiem też guten Morgen.

zbychSłużę pomocą portierowi, który jest zajęty innymi obowiązkami i nie ma czasu sprawdzać, czy każdy wchodzący do Domu wejściem służbowym, dysponuje takimi uprawnieniami. O tym zaś decyduje elektronika, czytnik kart osobistych – kiedy zapala się zielone światełko, człowiek może wejść do pracy, kiedy czerwone, coś jest z nim nie tak i wtedy kieruję go do kolegi-portiera. Poddają się tej procedurze bez szemrania, w kapitalizmie każdy chce pracować, bo musi, a często tak mu się do tej roboty śpieszy, że nie kasuje karty, tylko korzysta z otwartych drzwi i stróż musi mu nogę podstawić, żeby się cwaniak wykopyrtnął i nie wdarł bezprawnie do środka. Żartuję oczywiście, nie jestem bramkarzem w jakiejś tam podrzędnej spelunie i obowiązuje mnie pełna kultura. Zastawiam zatem brzuchem wejście i grzecznie pytam panią X albo pana Y, dlaczegóż to nie wypełnili swojego podstawowego, pracowniczego obowiązku o poranku. Prawda, nie zawsze zdążę to zrobić, w Domu pracuje w większości młody i gibki personel, ale jeszcze nie zdarzyło mi się, żeby któryś z delikwentów pokazał mi, znikając na horyzoncie, środkowy palec. Jest więc ogólnie pozytywnie na tym stanowisku pracy.

Wieczorem pracownicy wychodzą stąd tą samą drogą, każdy uruchamia jokera, zainstalowanego przy drzwiach, elektroniczny przycisk losowego wyboru ludzi do kontroli. Przy zielonym światełku można bez sprawdzania wyjść na ulicę, czerwone nakazuje pokazać zawartość torebki albo plecaka, do osobistych kontroli nie jesteśmy upoważnieni. Tylko ludzie z brygad sprzątających Dom wyłączeni są z tej zielono-czerwonej gry losowej, stoją najniżej w hierarchii personalnej i wszyscy bez wyjątku muszą pokazać przed wyjściem na zewnątrz zawartość podręcznego bagażu. Na ogół są to kobiety, cudzoziemki, słabo mówiące po niemiecku, zaglądam do ich torebek, albo plastikowych siatek i nigdy nie znajduję żadnych drogocennych pereł ani perfum od Coty`ego, czasami tylko jakieś butelki po coli, które ktoś wyrzucił do śmietnika. Dyrekcja Domu jeszcze przymyka oko na to, że je wynoszą na zewnątrz, ale i to się już niebawem skończy. Parę dni temu za usiłowanie wyniesienia używanego kartonu z kontenera w magazynie starsza Etiopka w trybie natychmiastowym straciła pracę. Przestępny czyn zarejestrowała kamera, do akcji natychmiast wkroczyli miejscowi detektywi, przyjechała policja i nazajutrz od jej koleżanek, zawsze rozszczebiotanych, jak papużki, wiało już tylko wielkim smutkiem.

Parę osób na mocy niepisanych praw ma tutaj wolny wjazd. Należą one do ścisłego kierownictwa Domu, a dwie urzędniczki są tak mikrego wzrostu, że nie sięgają ręką czytnika. Z rozpoznaniem tych pań nie miałem problemu, ale skąd w pierwszym tygodniu pracy mogłem wiedzieć, że facet w zmokniętym kombinezonie motocyklowym, zaciągający się łapczywie ostatnim dymem, któremu stanąłem na drodze, to główny boss.

– Nie przejmuj się, Sibi – pocieszył mnie Franz – on na pewno się ucieszył, że dobrze pilnujesz drzwi.

Franz jest w Domu portierem z kilkuletnim stażem, miałem nadzieję, że się nie myli. Wcześniej pracował w browarze Spatena jako kierowca i konwojent, dostarczał popularne, monachijskie piwo do sklepów, restauracji i dyskotek, dopóki nie wysiadło mu zdrowie. Jak na rdzennego Bawarczyka przystało, miał muzyczny talent i w czasie wolnym od pracy grywał na gitarze w knajpianych kapelach, pod golonkę, pod nóżkę, ale to już też historia. Nie pamięta, kiedy ostatni raz miał gitarę w ręce, a wszystko z powodu jednej jego zakochanej fanki i zazdrosnej żony. Zmienił muzyczne hobby na zbieranie ziół; koło pobliskiego Freisingu, gdzie mieszka, są piękne, czyste łąki, na których wiosną kwitnie np. czosnek niedźwiedzi. Jakże on jest pyszny, dostałem od Franza po koleżeńsku pęczek, nie mogłem nie zrewanżować mu się później papierosami z Polski.

Thomas, zmiennik Franza, pochodzi z Chemnitz. Miał ukończone studia uniwersyteckie na wydziałach historii i anglistyki w Heidelbergu oraz lata pracy zawodowej, spędzonej głównie w szkolnictwie. Ten belfer wychodzi z niego przy różnych okazjach, ale ogólnie tworzymy zgrany zespół. Najlepiej w centralnym Domu orientuje się Albrecht, z racji najdłuższego stażu stróżowania, zna tu wszystkie zakamarki i tajne przejścia. Jest najbardziej techniczny z nas wszystkich, w domu posiada warsztat mechaniczny, którego mogą mu pozazdrościć profesjonaliści i jednocześnie nie wyobraża sobie życia bez muzyki. Gra biegle na kilku instrumentach klawiszowych, stara się uczestniczyć we wszystkich ważniejszych koncertach muzyki poważnej w mieście, wiecznie rozpacza, że tak rzadko na nich bywamy, więc nie dokuczamy mu zbyt mocno za jego słabość do własnej płci, której się zresztą nie wypiera. Wszyscy lubimy żarty, bez tego w branży ochraniarskiej nie da się normalnie pracować. Najweselszy jest Abdel, Tunezyjczyk, mierzący ponad dwa metry wzrostu, z generacji mojego młodszego syna, który wnosił zdecydowanie ożywczego ducha do naszego grona seniorów. Miał żonę Niemkę i w perspektywie uzyskanie niemieckiego obywatelstwa, do tego czasu miał zamiar się dorobić. Przynajmniej raz w kwartale chwat ciągnął za sobą do Tunisu ze dwa samochody lepszej klasy, kasował za nie pieniądze i inwestował w następny zakup. Jeszcze dziesięć lat temu okazjonalnie bawiłem się w to samo, a kiedy po powrocie z Polski ledwo zwracały mi się koszta, to się cieszyłem.

w przedpokojuNic tak jednak człowieka nie dowartościowuje, jak przynajmniej odrobina władzy. Mogłem nie wpuścić do Domu samego dyrektora albo powiedzieć pracownikowi uprzejmie, lecz stanowczo: proszę jeszcze raz skasować kartę, bo światełko się nie zapaliło. Kiedy indziej występowałem w roli łaskawcy i przymykałem oko, kiedy śliczna brunetka z Prady zostawiła swój identyfikator w innej torebce, ale za to jakim uśmiechem dziękowała mi później za wyrozumiałość… Miałem władzę nad klientami, przestępującymi z nogi na nogę przed drzwiami wejściowymi, aż nadejdzie upragniona dziesiąta, mogłem im w przypływie dobrego humoru skrócić ten czas o parę sekund (a przy okazji trochę zwiększyć dochody Domu), albo i nie. Kiedy tupnę w posadzkę w magazynie, na Schwabingu, uciekają przede mną myszy, albo i nie, muchy przeganiam Bildem ze swojej kanciapy, gdybym nie miał nad nimi władzy, zignorowałyby go przecież i dały się zabić.

Tylko karaluchy mają mnie w nosie (choć nie wiem, czy posiadają taką część ciała), zauważyłem to w czasie pewnej wizytacji z Centrali. Było po jakiejś większej ulewie, goście poprosili mnie, bym otworzył im podziemny parking, bo zamierzali już odjechać i wtedy dranie zaatakowały nas całym szwadronem. Miały pod górkę, my przeciwnie, ale to ludzie dali za wygraną. Kobiety stanęły jak wryte w miejscu i zaczęły z przerażenia piszczeć, mężczyźni uskoczyli pod ścianę, kto wie, może to była tylko konkurencja, przebrana za karakony, ale zamach stanu się udał. Nie musisz być powabny ani przyjemny w obejściu, jak masz waleczny szwadron, cel do osiągnięcia i wolę zwycięstwa, to je zdobędziesz.

Reblog: Flüchtlinge auf der Insel Kos

spiegel-banner

Sonnenaufgang auf Kos, Flüchtlinge schleppen sich an den Strand. Daniel Etter hat eine Familie bei der Ankunft auf der griechischen Insel fotografiert. Das Bild geht um die Welt. Im Interview erzählt er, wie es entstanden ist.

Laith Majid ist ein Mann wie ein Bär. Mächtige Unterarme, Dreitagebart, ein Gesicht, als habe er schon so manche Rauferei durchgestanden. Jetzt steht Majid da, seine Tochter, seinen Sohn, seine Frau eng umschlungen. Majid weint: Sie leben.

Hunderte Flüchtlinge kommen jeden Tag am Strand der griechischen Insel Kos an. Flüchtlinge, die in winzigen, wackligen Booten von der Türkei aus versuchen, in die EU zu gelangen. Flüchtlinge wie der Syrer Majid und seine kleine Familie. Daniel Etter hat sie getroffen, hat den Moment ihrer Ankunft im Morgengrauen festgehalten. Es ist ein besonderes Foto, mit dem die renommierte “New York Times” ihre Flüchtlingsberichterstattung illustriert. Ein Foto, das tausendfach in den sozialen Netzwerken geteilt wird. Es geht um die Welt.

“Damit habe ich nicht gerechnet”, sagt Etter. Der 34-Jährige lebt in Barcelona. Als freier Fotograf reist er zu den Orten, an denen die Flüchtlingskrise ein Gesicht hat. “Vielleicht bin ich nicht der emotionalste Mensch”, schreibt Etter auf Facebook, aber Majids Reaktion “bringt mich immer noch zum Weinen”. Auf SPIEGEL ONLINE erzählt er die Geschichte des Bildes.

SPIEGEL ONLINE: Herr Etter, Ihr Foto zeigt eine sehr emotionale Szene auf Kos. Fällt es Ihnen in solchen Momenten schwer, Ihre Arbeit zu machen?

Daniel Etter: Nein, da bin ich völlig auf meine Arbeit konzentriert. Es geht alles wahnsinnig schnell, die Boote kommen an, alle wollen sofort vom Strand weg. Aber natürlich war das ein sehr emotionaler Moment, auch für mich. Laith Majid wirkt ja nicht gerade gefühlsduselig. Dann mitzuerleben, wie all die Angst und die Sorgen um die Familie von ihm abfallen, war sehr bewegend. Bei mir kam das alles später hoch, als ich das Foto immer wieder angesehen habe. Mir sind immer wieder die Tränen gekommen. Das ist mir noch nie vorher passiert.

SPIEGEL ONLINE: Wie ist das Bild entstanden?

Etter: Ich bin gegen 4.30 Uhr an den Strand von Kos gegangen. Die meisten Flüchtlinge kommen während des Sonnenaufgangs an. Ich habe in der Ferne das kleine Schlauchboot entdeckt. Zwölf Personen saßen darin, ausgelegt war es vielleicht für drei oder vier. Nach über zwei Stunden Fahrt hatte das Boot Luft verloren, Wasser war hineingelaufen, die Flüchtlinge waren durchnässt, als sie am Ufer ankamen. Sie waren dann völlig erleichtert, heil angekommen zu sein.

SPIEGEL ONLINE: Was wissen Sie über die Familie, die Sie fotografiert haben?

Etter: Sie kommen aus Deir ez-Zor, einer syrischen Stadt, die seit Jahren im Kampf zwischen Islamisten und der Regierung in Grund und Boden bombardiert wird. So lange es irgendwie ging, haben sie es dort ausgehalten. Sie wollten nicht weg. Die Mutter arbeitete als Englischlehrerin. Jetzt sucht die Familie nach einem Ort, an dem ihre Kinder sicher leben können. Sie wollen nach Deutschland.

SPIEGEL ONLINE: Wie hat die Familie auf Sie reagiert?

Etter: Die haben mich zunächst überhaupt nicht wahrgenommen. In diesem Moment kam bei ihnen alles zusammen: Die Freude, es geschafft zu haben; die Liebe für die Familie; die Trauer über das, was früher war. Ich war aber dann länger mit ihnen unterwegs, habe ihnen erklärt, wo sie sich melden müssen. Als sie mich ein bisschen kennengelernt haben, waren sie wahnsinnig liebenswert.

SPIEGEL ONLINE: Was ist aus ihnen geworden?

Etter: Ich habe sie noch einmal in Kos getroffen. Da haben sie in einem einfachen Zelt an der Strandpromenade übernachtet. Die Tochter hatte nach der anstrengenden Reise hohes Fieber, auch der Sohn hat die ganze Zeit geschlafen. Am Abend wollten sie auf die Fähre gehen, die als eine Art Auffanglager dienen soll. Ob sie das geschafft haben, weiß ich nicht.

SPIEGEL ONLINE: Haben Sie die vielen positiven Reaktionen auf das Bild überrascht?

Etter: Ich wusste schon, dass das ein gutes Bild ist. Ich arbeite seit ein paar Jahren als Fotograf und habe viele emotionale Szenen erlebt. Aber es hat mich noch nie eine Situation so berührt wie diese. So etwas in einem Bild einfangen zu können, ist der Grund, warum ich Fotojournalist bin. Ich hatte aber nicht damit gerechnet, dass das Foto auch so viele andere Menschen bewegt. Das ist ein tolles Gefühl.

***

Der Autor:

Daniel Etter ist freier Fotograf und Autor. Der 34-Jährige lebt in Barcelona. Ausgebildet wurde er an der Deutschen Journalistenschule in München. Heute fotografiert er unter anderem für die “New York Times”. Texte von ihm wurden auch auf SPIEGEL ONLINE veröffentlicht. Für seine Arbeiten erhielt er mehrere Auszeichnungen.

Dzieciątko z cmentarza w Berehach Horisznich

Tomasz Fetzki

Coś takiego można chyba nazwać podróżą sentymentalną. W poszukiwaniu bezpowrotnie utraconej młodości, he he. Odwiedziny, po trzydziestu latach od pierwszej wizyty, w jednej z bieszczadzkich wiosek.

Pewnych doznań nie da się powtórzyć i to z racji czysto technicznych: pociąg na trasie Przemyśl-Zagórz przez terytorium ZSRR już nie kursuje. A były to doznania co się zowie! Zwłaszcza dla nastolatka: te zasieki na granicy, ci sowieccy sołdaci pod bronią, obstawiający na czas tranzytu wszystkie wejścia do wagonów, świadomość, że mijane rzeki i potoki płyną ku Morzu Czarnemu, egzotyka PRAWDZIWYCH radzieckich miasteczek… Niżankowice, Dobromil i Chyrów z monumentalną bryłą sławnego Zakładu Naukowo-Wychowawczego Ojców Jezuitów (o tym, że klasztor pełnił kiedyś taką funkcję, Viator wtedy jeszcze nie wiedział, ale budynek zrobił na nim wrażenie). Wspomnienia natrętne… No, ale od Ustrzyk Dolnych trasa już ta sama: wielką pętlą bieszczadzką. Tyle, że trzy dekady temu trzeba było tłuc się zapchanym do granic możliwości autobusem, a teraz, gdy człowiek obrósł w piórka, porusza się samochodem. Co posiada tę między innymi zaletę, że można się zatrzymać w dowolnym miejscu, na przykład w punkcie widokowym.


Na horyzoncie Tarnica, Halicz i pasmo połonin. Na planie pierwszym, w dolince, Lutowiska. Zapamiętajmy tę miejscowość i te odległości, bo są ważne dla naszej opowieści.

Za Ustrzykami Górnymi skręt w prawo, jeszcze jedna przełęcz pokonana dzięki malowniczym serpentynom i jesteśmy na miejscu. Tabliczka głosi co prawda, że to Brzegi Górne, ale każdy, kto miał choć odrobinę kontaktu z tymi górami, nie powie inaczej, niż Berehy; Brzegi brzmią w ustach bieszczadnika nienaturalnie, jak zgrzyt. Berehy: taką właśnie, bojkowską nazwę, nosiła wieś, która się tu znajdowała do 1946. Wtedy, jak wszystkie inne okoliczne osady, została w wyniku walk z Ukraińcami zniszczona i wysiedlona. Choć z tymi Bojkami sprawa nie jest do końca oczywista. Na pewno to nie Polacy, lecz podobnie jak Łemkowie, Rusini wyznania greckokatolickiego lub prawosławnego. Ale czy Ukraińcy? Wśród samych Bojków nie ma co do tego jasności (trochę tak, jak wśród Ślązaków): niektórzy uważają swój lud za część wielkiego narodu ukraińskiego, inni twierdzą, że należą od odrębnej, karpatoruskiej nacji. Z Polakami także ich stosunki układały się różnie, nie zawsze dobrze, o czym świadczy choćby krwawy epizod wspólnej historii z przełomu 1918 i 1919 roku, zwany Republiką Komańczańską; zapamiętajmy go, bo jest ważny dla naszej opowieści. Nie Viatorowi te rzeczy rozstrzygać, wystarczy świadomość, że, bez wchodzenia w nadmierne niuanse, wszystkie okoliczne wsie wysiedlono hurtowo w niespokojnych tutaj latach po zakończeniu II wojny światowej. A każda z nich była w zdecydowanej większości rusińska. Średnio na kilkuset Łemków lub Bojków przypadało kilkunastu do dwudziestu kilku Polaków i tyluż Żydów. Tak było i w Berehach, choć źródła, do których dotarł Viator, z jakiegoś powodu są mocno rozbieżne; jedne mówią, że w roku 1921 na 445 grekokatolików przypadało 82 katolików rzymskich, inne, że w tymże roku mieszkało tutaj 497 Rusinów i 2 Polaków. Jak by nie liczyć, Polacy stanowili mniejszość. Znikomą. Najbliższa polska wieś, czyli Polana, znajdowała się około 20 kilometrów stąd… ale w linii prostej, a po drodze było kilka pasm gór i wzgórz. Zapamiętajmy te fakty, bo są ważne dla naszej opowieści.

Teraz w Berehach stoi jeden dom: tak było trzydzieści lat temu i nic się przez ten czas nie zmieniło. Tyle, że pojawiły się jeszcze: spory parking oraz budka mieszcząca sezonowy punkt informacyjny parku narodowego. Niektóre okoliczne wsie, takie jak Wetlina, Ustrzyki Górne czy Nasiczne odbudowano (inna rzecz, że ohydnie, bez cienia pomyślunku o związkach architektury z krajobrazem, ale jednak odbudowano). Berehy pozostały pustkowiem. Dlaczego? Kto wie, może dlatego, że leżą na końcu świata, w odciętej kotlince, wciśniętej między trzy potężne szczyty: Połoninę Wetlińską, Połoninę Caryńską i Wielką Rawkę? Pamiętajmy o tej izolacji, bo jest ważna dla naszej opowieści.

Strome, zdziczałe zbocze Połoniny Wetlińskiej dominuje nad doliną, w której kiedyś rozciągała się wieś.

Ludzi wygnano, domy spalono albo porzucono. Taki los spotkał też, co oczywiste, cerkiew i otaczający ją cmentarz. Który Viator odwiedza raz wtóry po trzydziestu latach. O nim skądinąd myślał, snując swego czasu opowieść o zatartych napisach cyrylicą kutych w kamieniach nagrobnych. Są, tak samo jak były wtedy. Nawet bardziej, bo od tamtego czasu pozostałości cmentarza kilkakrotnie były odnawiane przez miejscowych pasjonatów historii.

Cerkwi już dawno nie ma, a tyle pozostało z greckokatolickiego cmentarza. Na szczęście ktoś dba o to tyle.

Napisy cyrylicą kute w kamieniach nagrobnych. Przez niejakiego Hrycia Buchwaka, miejscowego artystę-samouka. On też wykonał ornamenty, widoczne na tym i innych zachowanych nagrobkach.

Dość dobrze wyrył Viator w swojej pamięci to miejsce. Większość szczegółów się zgadza. Ale nie ten. Tej płyty nagrobnej nie przechował we wspomnieniach. Dlaczego? Przegapił ją? Była zbyt zarośnięta zielskiem? A może jej kawałki tkwiły gdzieś w ziemi, a zostały wydobyte i zakonserwowane podczas jednej z renowacji? Bo przecież gdyby ją wtedy Wędrowiec zobaczył, zapamiętałby niechybnie: różni się wszak od pozostałych wyraźnie.

ATu spoczywa Janina Jankowska. Zmarła w pierwszej wjośnie życia. 14/3 1935.

Nie chodzi bynajmniej o metafizykę unoszącą się wokół grobu dzieciątka (niektórzy twierdzą, że taki grób to dowód à rebours na istnienie czegoś po drugiej stronie, bo przecież taka niesprawiedliwość to już o zbytni absurd się ociera… ale czy mało to innych absurdów na tym świecie, absurdów tryumfujących?) Nie o taką metafizykę chodzi, można jej doświadczyć na kwaterze dziecięcej najbliższego cmentarza, nie trzeba po to jechać na koniec świata, do Berehów.

Viator myśli raczej o matce Janeczki. O jej samotności. Spotęgowanej splotem okoliczności.

Bo koniec świata, bo wyniosłe, przytłaczające szczyty dokoła.

Bo sąsiedzi prawie wszyscy innego języka. Czy życzliwi chociaż? A może raczej wrodzy? Często dawni kresowiacy we wspomnieniach przywołują idylliczne współżycie kilku nacji, zniszczone dopiero przez demona wojny. Tak pięknie chyba nie było, pamięć cukruje Arkadię dzieciństwa. Wzajemna nienawiść, która wybuchła w roku 1939 i szalała kilka kolejnych lat, nie wzięła się znikąd… Nie chodzi o rozliczenia, kto zaczął i kto bardziej winien; na to nie czas tutaj i nie miejsce, zresztą i kompetencji brak Viatorowi do wydawania takich rozstrzygnięć. Idzie jedynie o proste stwierdzenie faktu, że napięcie między Rusinami i Polakami już wtedy było i narastało. Także w Berehach. Wydarzenia związane z Republiką Komańczańską rozgrywały się tylko kilkanaście kilometrów stąd i zaledwie szesnaście lat wcześniej. Pamiętano o nich z pewnością! Nie wyklucza to oczywiście istnienia jednostkowych serdecznych i przyjaznych kontaktów czy relacji. Czy matka Janeczki mogła na takowe liczyć? Czy miała sąsiadki, którym by się wypłakała w zapaskę?

Bo ciemna i mroźna zima. Tak, tak, Wędrowiec pamięta, że był marzec. Ale to są góry i śnieg tutaj czasem zalega prawie do maja. To chyba zima uniemożliwiła pochówek dzieciątka na cmentarzu rzymskokatolickim: najbliższy znajdował się w Lutowiskach – niby niecałe 20 kilometrów stąd, ale przez góry, w śniegu i błocie! Czy dotarł chociaż do Berehów ksiądz obrządku łacińskiego?

Czy mąż stanął na wysokości zadania i, pomimo surowego bieszczadzkiego życia i ciężkiej pracy, dał jej wystarczająco dużo ciepła i wsparcia? Czy miała inne dzieci, dla których mogła żyć?

Co się stało potem? Przeżyła wojnę, czy pochowana jest blisko Janeczki? A może wyjechała stąd gdzieś daleko? I zostawiła Janeczkę samą?

Koniec i bomba, ale kto czytał, ten nie trąba. Bo każda myśl o dzieciątku daje jej ulgę w tej samotności. Ot, taka metafizyka…

Z sadów pradziadka do Powstania Warszawskiego – część IV

Andrzej Rejman

ExLibris_Julii_Hrebnickiej…tym razem kilka wierszy i autentycznych wspomnień, krótkich zapisów, notatek, które znalazłem w archiwach rodzinnych.

Nie publikowany nigdy wiersz Julii Doktorowicz-Hrebnickiej dla “Klary” – Stanisława Wierzyńskiego.
Stanisław Wierzyński (ur. 10 lutego 1910 we Lwowie, zm. 7 września 1988 w Warszawie) – oficer rezerwy piechoty WP, podchorąży (1934), podporucznik (15 sierpnia 1942), porucznik (wrzesień 1944), kapitan (1986). Syn Hieronima Wierzyńskiego, ojciec Macieja Wierzyńskiego i Anny Wierzyńskiej

Julia Hrebnicka
“Klarze”

Kiedyś wyruszał na los nieznany
Dała Ci babcia siwa,
Srebrny, w Jeruzalem poświęcony,
Chrystusa obrazek rzewliwy.

Misterny był to medalion,
Pamiątka rodzinna z przed laty
W szlachetnym metalu rzeźbiony
Boskich rysów ornament bogaty

Gdy błogosławieństw zaklęcia
Staruszka siwa szeptała,
Skacząca jak wróbelek,
Wbiegła córeczka mała.

Kukiełka jasnowłosa
Wspinała się na paluszki
Aż jej z wielkiego wzruszenia
zaczerwieniły się uszki.

I z zaciśniętej piąstki
Podała Ci blaszkę cienką
Odpustowy, biedny medalik
Z Przenajświętszą Panienką
“Tatusiu… powracaj prędko!”

Pewnego wieczoru
Gdy się zdawało, że świat się wali
Te dwa swe klejnoty mi pokazałeś,
I palce Ci drżały…

Umilkliśmy…
I cicho patrzyliśmy daleko.
Miast gruzów spopielałych
Przez zamkniętą powiekę
Wisienkę ujrzałam młodą
Kwieciem okrytą białem…

***
wiersze Julii Hrebnickiej przepisane z rękopisów datowanych ok. 1945-48

Warszawa

Wyrastasz piękne i złote,
Otwierasz martwe powieki…
Choć wróg Cię bił pięścią w oczy,
Choć chciał Cię powalić na wieki

Warszawo – Miasto Niezłomne,
Miasto – tułaczej wiary…
Do życia wstajesz nowego
Blaskiem Virtuti Militari

1944
***
sierpień 1944 na Starym Mieście

Krzywonosa Latarnia
Na niebieskiej ulicy
Broniła dzikim Niemcom
wejścia do piwnicy

A słonecznik,
co na działkach rósł cienki
Chronił przed pociskami
Chłopców i Panienki

W cień, jak w zbroję sprężystą,
Odział się bojaźliwy
I w śmierć własną nie wierząc
Poległ – bardzo szczęśliwy

Wiatr pożary poskramiał
Sen odganiał granaty,
Obłok rany otulał –
Obłok – biały, jak z waty…

Krzyczała i płakała
Oślepła piosenka –
..że: Zwycięstwo, Zwycięstwo!
I, że nikt się nie lęka…

***
Po czem Cię poznam domu rozbity?
Jakże Cię znajdę? Skorupę zamarłą
W rozkwicie cegieł tkwisz,
Groźny spaloną barwą.

Z lękiem do Ciebie się zbliżam –
Wspomnienie bije jak grom –
Macam wokoło jak ślepiec:
Nie boję się już – to nasz dom.

Darował ktoś pomoc przyjazną
I podał ręce ofiarne – lecz
Z kamiennej lawiny ja sama
Twe drżące serce odgarnę!

***
Podróż z Zameczka do Opoczna

Wysoko ze słomy gniazdko się kołysze,
Ciepłem mnie darzy opiekuńcze ramię.
Wokół stawy zastygłę przedwiośnianą ciszą.
Wóz nasz płynie i płyną wciąż chmury nad nami.

Spokój światów uśpionych.
Zda się tu od wieków.
Nigdy nic się nie działo.
Rozpacz ptaka, zwierzęcia, człowieka.

Znikła w krzyku ostatnim? Może nie istniała?
Milcząca maska ziemi cierpienie ukryła.
Swym hełmów szeregiem ponad krwawą treścią.
Pręży grzbiet swój mogiła

Zemsty dumna sytością
Choć próchna krzywiznę
i nędzę i nagość
Starannie tak kryje.

Wybiegły nam na spotkanie
domki Opoczna małe
Kościół we wróblim świergocie;
Kolory czerwono-białe.

Przed wzruszeń zawieruchą
Ramię przyjazne mnie broni
I złe spojrzenia oddala
Ta najtroskliwsza z dłoni…

marzec 1945

***
Autor nieznany – rękopis znaleziony w ruinach Warszawy
(maszynopis przekazany przez Salinę Baniewicz Małgorzacie Hrebnickiej wraz z innymi wierszami)

Długo na mapach krwawą plamą
urągać będzie światu miasto,
w którym dziś giną szepcąc: mamo…
nie ukończywszy lat szesnastu.

Dziecięce palce zamiast piłki, –
na tej tragicznej szkolnej pauzie –
zza barykady filipinki
ciskają w czołgi. Sten, lub mauzer,
w kieszeni jeszcze pięć nabojów –
– oto twe “zbrojne ramię”, Polsko!

Kiedy po latach, w czas pokoju
będzie wam deptać sen to wojsko,
co nie zaznało ust dziewczyny, –
zadrżyjcie syci “krwi i chwały”,

niech wami wstrząśnie ciężar winy,
żeście wynieśli głowy cało, –
dziś medalami wspomnień dzwoniąc –
w rocznicy naszej hekatomby…

A teraz miasto niechaj płonie,
niech ze sztukasów lecą bomby!

sierpień 1944

***
Julia Hrebnicka
(przepisane z rękopisu – odnaleziono tylko fragmenty tekstu)

…lecz skąd się wzięła pośrodku ogródka – wyrwa, wokół której marszczy się wał, świeżej, wilgotnej ziemi?
Od strony ruin zbliżyła się jakaś pani.
Obeszła ogródek. Postała na niewygodnej kupce kamieni.
Czekałam.

“Przepraszam” – spytała – “Czy była pani przy ekshumacji?”
Przy ekshumacji?

Teraz zobaczyłam na bruku ulicy Sapieżyńskiej kilka drewnianych, długich skrzynek, obok wielkiej ciężarówki. Nie było przy nich na razie nikogo.

Ludzie mrowili sie dopiero nieco dalej, wokoło jedynej, ocalałej tutaj kamienicy.
Całkowicie przejęci codzinnymi sprawami ludzi żywych – rozwieszali upraną dopiero co bieliznę,
strofowali dzieci, kłócili się w bramie, naprawiali zepsute krany.
Są dzielni i sprawni.
Na gruzach potrafili wyhodować piękne kartofle.
Słyszy pani – posadzili kartofle! –
deptali po szczątkach męczeńskich bohaterów…

(strona następna)

…a kiedy dobiegłyśmy do gorących gruzów kościoła św. Jacka – była tam już wielka cisza…
Nie, nie będę słuchała zrozpaczonego głosu dr Przemysławy – głosu, który odżywa we mnie jak echo, ilekroć ktoś wypowiada tragiczne słowa – “Kościół Św. Jacka”…
Nie było w ludzkich rękach dość mocy, aby wyszarpać z pod kamiennej lawiny tysiące ciał.

Teraz wejście do kościoła zamknięte deskami, jak miłosierną kurtyną.
A tuż zaraz rozsiadł się jakiś sprzedawca – spokojnie zasłaniający siebie i swój towar wielkim parasolem w pasy.
Nad nimi, z głębokiej wnęki patrzą kamienne twarze Matki Boskiej z Dzieciątkiem.
Smutne milczenie rysów z szarego piaskowca, jest jednocześnie twarde: Tak być musiało…

Ulicą maszeruje kilka harcerzy. Śpiewają.
Pod podeszwami ich mocnych, podkutych butów chrzęszczą i przewalają się cegły.
Są tacy jak tamci, może ci sami…

Wiatr zagrał nagle na żelaznych strunach wywróconych rynien i zerwanych balkonów.
Przypełznął zapach cierpkiej spalenizny.

Tkwiłam nieruchomo wśród cegieł ulicy Świętojerskiej – aż jakaś starowina wysunęła się nie wiadomo skąd i spytała czego szukam…

Warszawa
ok. 1946

Gra cieni (3)

Viktoria Korb

Teluk Betung czyli gdzie pieprz rośnie

– Gloria, jutro zaczyna się doroczne pięciodniowe spotkanie Wspólnoty Pieprzu w Teluk Betung na Południowej Sumatrze – poinformował mnie Fakir Hak. – Ponieważ przygotowujemy z nimi projekt, chciałbym żebyś tam poleciała reprezentować UN PIP.
Ucieszyłam się, na co Fakir pospiesznie dodał, że być może  też tam wpadnie na jeden dzien.
– Uczestnicy niechybnie oczekują, że wygłoszę przemówienie. Nie mogę ich rozczarować – zakończył z udanym westchnieniem.
Gdy poszłam po bilet do BIUROS, agencji podróży w naszym budynku, obsługującej tylko ONZ, poproszono mnie o autoryzację podróży. Nigdy jeszcze o czymś takim nie słyszałam.
Urzędnik zadzwonił do Fakira, który nakazał:
– Wydajcie jej bilet, autoryzację załatwimy po powrocie.
Gdy wychodziłam, rozleciała mi się torebka. Szybko udałam się do “Sarinyh”, jednego z niewielu domów towarowych w Jakarcie. Był on położony naprzeciw naszego biura i droga do niego prowadziła przez most nad Jalan Thamrin. Metalowe płyty mostu klekotały i uginały się przy każdym kroku. Zastanawiałam się, kiedy się zawali, i czy pode mną, oraz co się stanie z rezydującą tam żebraczka z niemowlęciem, której czasem dawałam parę groszy. Ale nie zawsze, by nie nabrała przekonania, że ma do tego prawo.
Tym razem przejście jeszcze się udało. Nie znalazłam odpowiedniej torby, więc poszłam na pobliski bazar. Pac – jakieś błoto wylądowało na moim czole. Aha – tak płacę za bladą twarz i kolonialną przeszłość Holendrów, pomyślałam gorzko.

Nasz szofer Sejnan zawiózł Fakira, który nagle się zdecydował, i mnie na krajowe lotnisko. Nikt nie słyszał o naszej rezerwacji, więc nie dostaliśmy miejsca w samolocie. Przy niezliczonych szklankach letniej indonezyjskiej herbaty “Biały kwiat” czekaliśmy na następny lot, który nie nadchodził. Hak postanowił więc wrócić do pracy, tłumacząc się pilnymi sprawami. Nic dziwnego – na lotnisku panował tłok i dziki upał, a w biurze był miły chłodek. Na wszelki wypadek dał mi swoje czeki podróżne in blanco, bo nie miałam jeszcze własnych. Po jego odjeździe siąpałam dalej herbatę, rozglądając się czujnie dookoła, by nie przegapić odlotu. Był na to tylko jeden sposób – obserwacja koczowania innych pasażerów.
Gdy barwny tłumek wiedziony zniekształconymi zapowiedziami, odwiecznym instynktem lub ruchami na polu startowym rzucał się w jakimkolwiek kierunku, biegłam za nim pytając:
– Teluk Betung?
Po paru godzinach usłyszałam upragnione “si”. Wmieszałam się miedzy podróżników snujących się po polu startowym i palących przy tym krajową specjalność, papierosy z goździkami zwane “kretek”. Przed odlotem przeczytałam w lokalnej gazecie, wydawanej po angielsku “Indonesian Observer”, że samolot, który wczoraj wystartował z Jakarty musiał wkrótce znów wylądować z powodu problemów technicznych. Trzeba było też natychmiast ewakuować pasażerów, “co było o tyle proste, że na szczęście drzwi samolotu były wciąż jeszcze otwarte”.

W Teluk Betung powitał mnie lotnisku dyrektor Wspólnoty Pieprzu, Singhal, Hindus, który wyglądał jak kapitan Nemo z powieści Jules Verne‘a.
Oślepiona wyglądem Singhala i zmęczeniem przespałam się kilkanaście minut, umyłam spoconą głowę i z mokrymi jeszcze włosami udałam się na przyjęcie do zmrożonej klimatyzacją sali hotelowej. Zajął się mną natychmiast Singhal, za którym jak cień ojca Hamleta wlókł się jego zastępca, Malajczyk Willi Willis. Byłam jedyną kobietę na przyjęciu, poza “hostessami” w strojach narodowych – sarongach i bluzkach, z filuternymi szalami na jednym ramieniu. Po bezalkoholowym przyjęciu Singhal, znając życie oraz z niskich pobudek, zaprosił mnie do swego pokoju na Campari. Niskie pobudki były dwojakiego rodzaju – po pierwsze miał nadzieję dostać fundusze od UN PIP, a po drugie zaczął ze mną subtelny flirt.
Pochwaliłam go, że przypomina kapitana Nemo, ale niestety nigdy o nim nie słyszał. To od razu zahamowało moją ochotę na romans. Ktoś, kto nie zna Jules Verne’a? Pomijając genialność  jego pisarstwa, zawsze bardzo wiele dla mnie znaczył – mój ojciec był typem inżyniera z jego powieści – wszechstronnym i oczytanym wynalazcą.
Rzuciliśmy się w wir obrad, przejażdżek jeepem po plantażach i fabrykach pieprzu oraz przyjęć na naszą cześć. Szybko zgłębiałam tajniki pieprzu, jego choroby i techniki marketingowe.
Z dnia na dzień uczyłam się też swej roli w UN PIP. Przede wszystkim głównej zasady, a mianowicie nic nie przyrzekać, ale jednocześnie niczego nie odrzucać kategorycznie:
– Rozpatrzymy wasz wniosek i spróbujemy go zrealizować – powtarzałam co chwilę to motto każdego biurokraty.
W końcu przyleciał Fakir i uwolnił mnie od tej samotnej obrony. Wieczorem gaworzyliśmy razem z Singhalem, który znów dumnie postawił na stole butelkę Campari. Hak oczywiście odmówił picia wina, twierdząc, że podniety pobiera z kawy.
– Każda kultura ma swoje sposoby – skomentowałam tryumfalnie.
Stopniowo rozmowa zeszła na Niemcy, a po chwili oczywiście na faszyzm.
Singhal stwierdził, najwyraźniej chcąc sprawić mi przyjemność, że Hitler musiał być naprawdę  wielkim człowiekiem, aby skłonić Niemców do zrobienia tego, co zrobili w czasie wojny, a szczególnie do zagazowania milionów Żydów.
Nie pierwszy raz przeżyłam takie reakcje ze strony ludzi z Trzeciego Świata, gdy słyszeli, że mieszkam w Niemczech.
Niektórzy z nich uważali się za “prawdziwych Aryjczyków”, a więc sądzili, że wśród samych swoich można rozmawiać otwarcie.
Zawrzałam w głębi ducha, ale nie dałam się ponieść niedyplomatycznej pasji. Oświadczyłam tylko, że większość Niemców już  dawno nie sympatyzuje ani z faszyzmem ani z Hitlerem.
Fakir posumował pojednawczo:
– Zgódźmy się, że Hitler musiał co najmniej mieć ogromną charyzmę.
Spotkanie zakończyło się przyjęciem dla Wspólnoty Pieprzu u gubernatora Południowej Sumatry. Alkoholu wprawdzie i tu nie podano, ale tradycyjne tańce, w których nawet każdy ruch palca ma symboliczne znaczenie, w pełni to skompensowały. Potem ku memu zaskoczeniu Singhal, Hak i ja zostaliśmy wezwani na podium na ceremonialne przemowy. Od zawsze nienawidziłam publicznych występów, ale na szczęście poproszono o przemowę tylko Singhala, jako najstarszego, a więc i najważniejszego w hierarchii.
Singhal upajając się swoim głosem pokazał prawdziwą klasę:– To małe i pozornie niepozorne, szare ziarenko pieprzu, któremu tyle zawdzięczamy w rozwoju naszych regionów, poniesiemy w daleki świat. Od Tokio do Chicago, od Australii do Afryki, od Moskwy do Buenos Aires, wszędzie, na każdym stole znajduje się pieprz z Indii i Sumatry. Statki z pieprzem zawijają w tej chwili do wszystkich portów na świecie…

Drodzy Czytelnicy, opowieść toczy się oczywiście dalej, ale będziemy się z nią mogli zapoznać dopiero, gdy jakieś wydawnictwo ją wyda. Ktoś chętny może?

Przedruk: Żagiew

minabombymyszyFragmenty książki Bomby i myszy, którą autorka opatrzyła podtytułem powieść mieszczańska. Jest to niezwykła opowieść o życiu w getcie warszawskim relacjonowana przez młodą kobietę – Natę. To ona jest tą mieszczanką, to ona, jej mąż Piotr i synek Bobuś są tą mieszczańską rodziną. Powieść ukazała się w roku 1966 w Londynie i chyba nigdy nie pojawiła się w Polsce. Dlaczego? Nie wiem. Nigdy jeszcze takich relacji nie czytaliście i jeśli uda się Wam to znaleźć w bibliotece, to konieczcie sobie pożyczcie. W Warszawie Bomby i myszy są na pewno w Bibliotece Uniwersyteckiej. Pismo, o którym mowa w cytowanym tu fragmencie, „Żagiew”, ukazywało się w getcie w latach 1941-1943. Jego numery zachowały się w Archiwum Ringelbluma.

Człowiek, który założył i redagował „Żagiew”, a którego autorka nazywa Kazimierz, nazywał się naprawdę Stefan Lubliner. Urodził się w roku 1890. Przed I wojną światową był uczestnikiem strajków szkolnych. Brał udział w wojnie, za co w roku 1932 został odznaczony Orderem Niepodległości. Był zwolennikiem bezwzględnej asymiliacji Żydów. Studiował matematykę w Lozannie, po wojnie pracował jako dziennikarz – współpracował z pismem Młodzieży Wyznania Mojżeszowego “Rozwaga”, prowadził na zlecenie Sejmu i Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP biuro wycinków prasowych. Stefan Lubliner zginął albo w getcie albo w obozie koncentracyjnym w Trawnikach w roku 1943. 

Mina Tomkiewicz Bomby i myszy

Gryf Publications Ltd Londyn 1966, strona 154 ff

Kiedy Piotr po raz pierwszy wprowadził na strych Kazimierza i Adasia, ci aż zachłysnęli się z wrażenia. Kazimierz obejrzał dokładnie wąskie schody, okno, możliwe wejścia i wyjścia.
„Dobrze” – powiedział i jeszcze raz spytał Piotra, czy zdaje sobie sprawę z tego, co robi i co mu grozi. Spojrzał przy tym na niego uważnie wielkimi zaciętymi oczyma, które zawsze krył pod kobieco wygiętymi długimi rzęsami.

Adaś o nic nie pytał. Już szperał, myszkował między gratami, już wyciągał z tryumfalnym okrzykiem połamane polowe łóżko ze sterczącym włosiem, majstrował coś przy śmiertelnie brudnej lampce, którą trudno było znaleźć tak zlała się szarością i brudem z otoczeniem. Potem Adam wytaszczył z pod skrzynek misternie rzeźbioną mahoniową deskę i stwierdził, że nadaje się cudownie na stolik. Piotr palił papierosa za papierosem. Dopiero na widok mahoniowego kawałka uśmiechnął się kątem warg,
„To część naszego kredensu. Nata zabiłaby cię!”

I znów zapalił papierosa. Adaś, umorusany, z opadającymi kosmykami włosów, z twarzą o komicznie rozłożonych plamach brudu, chciał odłożyć wiśniowy blat na miejsce, krzywiąc się zresztą z odrobiną ironii, ale Piotr machnął ręką z lekceważeniem.
„Zostaw, nieważne!”
Nie upłynęło pół godziny, kiedy na części nacinego kredensu, umocowanej na skrzyni, stanął aparat radiowy, który Kazimierz wypakował z papierowej walizki. Adaś głaskał radio z czułością, jak się pieści ukochane dziecko.
„Nawet się nie obiło, nic a nic. Popatrz!”
Włączył radio do kontaktu, który już zdążył założyć. Zawarczało, zacharkało, przez aparat przeszło rzężenie, jak u chorego. Niemiecka gimnastyka, muzyka, jakieś przemówienie, z początku niewyraźne, potem coraz dostępniej, można łowić słowa obcego, dźwięcznego języka. Po francusku.

Piotr spuścił głowę i uważnie gasi nogą papierosa. Zdaje sobie sprawę, że bierze na siebie odpowiedzialność za życie kilkuset co najmniej osób z całego domu. Wśród nich Nata, Bobuś… matka… cała rodzina. Jak w tanim melodramacie snują mu się pod powiekami wielkie litery Bekantmachungu. Za przechowywanie radia… kara śmierci… kara śmierci… kara śmierci… a tutaj oprócz radia jest jeszcze tajna gazetka, opór, bunt, kilku słabych ludzi wplątanych w beznadziejną robotę podcinania korzeni największej dzisiaj potęgi świata, Niemiec.

zagiew-w-getcie (2)-mala„Żagiew” nazywa się tajna gazetka, za której wydawanie grozi kara śmierci… jednej… dziesięciu, tysięcy śmierci. Na ulicy 6-go Sierpnia zlikwidowali cały dom za znalezienie radia. Na Kruczej wywieźli 60 ludzi za tajną gazetkę. Rozstrzelali, powiesili, wywieźli do Oświęcimia za bunt, za krecią robotę, za marzenie o wolności. I to po aryjskiej stronie. W getcie mogą wszystko wysadzić w powietrze. Różowe łapki Bobusia, zapłakane matczyne oczy w otoku zmarszczek, Nata…
Piotr dusi butem papierosa, który już dawno nie pali się. Kiedy podniósł oczy, napotkał wzrok Kazimierza, ciężki od napięcia, czujny, gorący. Bez słowa Piotr podał mu rękę.
A potem już swobodnie ustawili gdzieś w kącie za pakami powielacz, okurzyli maszynę do pisania i zastanawiali się, jak ulepszyć odbiór. Kazimierz zszedł na dół, żeby sprawdzić, czy nic nie słychać. Ale w codziennym jazgocie podwórza, w krzyku ulicy, zawodzeniach żebraków i turkocie przejeżdżających wozów, roztapiały się dźwięki radia. Radio mogło grać. Grało tak od pierwszej chwili wojny. Wchłaniało grzmiące i puste słowa otuchy, martwiło się niemieckimi zwycięstwami, zapłakiwało nad „planowym” cofaniem tych, na których się liczyło. Radio pierwsze wiedziało, że Narvik, konało pod Dunkierką, załamywało się w Paryżu i traciło resztki nadziei pod Kijowem.

Nasłuchy robił kuzyn Adaś. Jeszcze przed wojną rodzina miała z kuzynem Adasiem ciągłe kłopoty. Bo kuzyn Adaś to stary komunista. Pokłócił się z rodzicami, fabrykantami z Łodzi, nosił zawsze wygniecione ubranie i wystrzępiony wiśniowy krawat. Czupryna była w „artystycznym nieładzie”. To Adasia poszukiwali „tajniacy”, to Adaś był aresztowany, trzeba się było starać dla niego o kaucję. Sprawa, wałówki, adwokaci. To wpadał do mieszkania z plikiem nielegalnej literatury, to Adasia trzeba było schować, lub przenocować jego koleżków. O Adasia dopytywały się zawsze jakieś podejrzane typy „w przebraniach” kelnerów, służących, robotników (Nata zawsze twierdziła, że typy były poprzebierane). Jednym słowem konspiracja. Komunizm.

„Odziedziczy fabrykę ojca, to odechce mu się komunizowania” – przepowiadała ciotka Justyna, badając nerwowo, czy brylantowy pająk dobrze siedzi w czarnej sukni.
„Właśnie zmądrzeje” – mówili rodzice Naty, zadowoleni, że ze swoich dzieci mają pociechę.

Kuzyn Adaś był popularny w rodzinie, można nawet powiedzieć – lubiany. Lubiany, jak nieudane dziecko, z pobłażaniem, z obawą, z litością. Lubili go, owszem, ale każdy po kolei wolał go nie widzieć u siebie z tymi jego tajemniczymi paczkami i arsenałem światoburczych idei. Cóżby dopiero powiedziała rodzina na dzisiejsze zachowanie kuzyna Adasia! Że Adaś, oprócz wielu innych zakazanych czynności, słucha codziennie radia właśnie w domu na Lesznie.

Radio stało się haszyszem Adasia, namiętnością. Czy miał się Adaś obawiać Bekantmachungów, grożących śmiercią, kiedy śmierć była po prostu ukoronowaniem bohaterskiego życia, naturalnym zakończeniem podniebnych lotów. Czy mogły go obchodzić jakiekolwiek gettowe rozkazy, rodzinne niepokoje, kiedy dla niego bliższe i dostępniejsze były kręte uliczki Tobruku, czy bezbrzeżne piaski El-Alamain, niż cała gettowa rzeczywistość.

Bomby nad Barceloną to był jego chrzest bojowy. Teraz najchętniej poszedłby w lasy, ale komórka organizacyjna, do której należał, wyznaczyła mu tę pracę, którą pokochał. Łączność. Często, kiedy w jakiejś zakonspirowanej norze leżał z Wandą na wąskim wyrku, rozsnuwał przed nią wizje dalekiego świata, w którym tętniło życie i śmierć, bohaterstwo i czyn. Wanda, mądra zrównoważona Wanda, łykała jego słowa, jak cudowny szampan w rozdźwięczaną noc karnawałową. Zrósł się Adaś ze swoim radiem, jak Kazimierz zrósł się ze swoim powielaczem, na którym wiernie odbijał radiowe opowieści, tłumacząc je i komentując w podziemnej gazetce o nazwie „Żagiew”.

zagiew-strona copy
Z tych wszystkich, którzy walczyli, Kazimierz był może najbardziej bezkompromisowy. Toczyła go żądza walki, nie miał cierpliwości czekać, każdy jego artykuł, każde przemówienie biczowało inercję, tchórzostwo, brak oporu. Głębokie przemiany dokonały się w Kazimierzu, zanim doszedł do tego stanu.
Kiedyś, wydawałoby się przed wiekami, paradował z koleżkami w kolorowych deklach i śpiewał na komersach „Gaudeamus Igitur”. Asymilatorska korporacja, do której należał, nazywana była „Lutetia”, jej filistrem honoris causa był ramolowaty profesor sanacyjny, który podczas przemówień korporanckich szczypał kelnerki. Wysoko postawieni przyjaciele z ministerstw i ze sfer akademickich, kolacyjki, za które płacił, prezenty, które kupował, inteligenckie pogawędki w kawiarniach. Czarne oczy Kazimierza były pełne żaru, kiedy recytował z pamięci całe strony Norwida czy z Wyspiańskiego, lub opowiadał o rozwoju polskiej sztuki ludowej. Dla polskich kolegów Kazimierza były to przeważnie nowiny, oni nie muszą przecież tego znać tak dobrze. Klepali Kazimierza po plecach, mówiąc „Rzeczywiście nadzwyczajne, że  w ł a ś n i e   p a n a   to interesuje”. Tolerowali Kazimierza, „owszem, żydowski inteligent, ale…” Bariera. Kazimierz chciał złamać barierę, być taki jak oni. Nie szło. „Asymilator”, mówili jego żydowscy koledzy, słuchając z szacunkiem jego wywodów na temat „Wesela”. Ale trzymali się od niego z daleka, nie wtajemniczali go w swoje żydowskie sprawy, jak obcego. Nie należał więc ani do tamtych, tak zawsze naturalnie pewnych siebie Polaków, ani do tych innych, szarpanych wątpliwościami i problemami. Jedni i drudzy, instynktownie, nie mieli do niego zaufania i Kazimierz setki razy zadawał sobie rozpaczliwe pytanie, kim jest.

Niemcy rozstrzygnęli. Jako Żyda zamknęli go w getcie. Niewola i ucisk stały ponad problemami, które dręczyły do tej pory Kazimierza. Walka ze złem była także jedna, niepodzielna. Za murami getta Kazimierz odnalazł siebie.
W getcie Kazimierz prowadzi pracę wolnościową nie szczędząc życia i majątku (…żeby wiedzieli, żeby wiedzieli, że Żyd taki sam, i w dobrym, i w złym…). Prowadzi tajne kursy wojskowe, organizuje bojówki, jest duszą podziemia. „Żagiew” pokochał jak własne dziecko.

Wiernym przyjacielem radia był także Korn, chociaż poglądami różnił się od przyjaciół i „Żagwi”. Korn był przez długi czas „złotym młodzieńcem”. Przed obiadem siedział w Ziemiańskiej, po obiedzie chodził na fajfy do Adrii, a wieczorami na bridża. W międzyczasie studiował filozofię, co rodzina uznawała za zalążek jego przyszłych dziwactw. Bo cóż daje Żydowi ukończenie filozofii?

Pewnego dnia, miał już wtedy ze 25 lat i zrobiony doktorat, rzucił dom, zrezygnował z Ziemiańskiej i został chalucem na farmie rolniczej na Grochowie. Orał ziemię, doił krowy, jego wypielęgnowane ręce popękały i zgrubiały. Nigdy nie chciał mówić o tym, co na niego wpłynęło w kierunku tak radykalnego przeobrażenia.
Rodzina uważała krok Korna za rodzaj spokojnego obłędu. „Można przecież być syjonistą, ale nie od razu jechać do Palestyny i doić krowy z doktoratem z filozofii w kieszeni.” Uważali, że zmiana ta była następstwem rozczarowania spowodowanego nie otrzymaniem asystentury na Uniwersytecie ze względów rasowych. Nata była zachwycona postępowaniem Korna, pewno dlatego, że sama nigdy nie zdobyła się na nic podobnego.
W getcie Korn był członkiem „kibucu” syjonistycznego na Nalewkach, brał na siebie najniebezpieczniejsze roboty, wydawało się czasami, że nie zna uczucia strachu. Pracował jako mechanik samym gnieździe os, w Gestapo w Alejach Szucha, których sama nazwa budziła w ludziach zwierzęcy strach. Udawało mu się nieraz zdobywać tam ważne wiadomości, lub pomagać aresztowanym. Stamtąd dostarczał lamp i części do adasiowego radia. Ostatnio Kazimierz wciągnął go do „Żagwi” i Korn okazał się także i przy tej robocie bardzo pożyteczny. Dzięki swojej przepustce z „Gestapo” kręcił się swobodnie po aryjskiej stronie i mógł przenosić „Żagiew”, którą za pośrednictwem Witolda przekazywano jednej z podziemnych organizacji otrzymując w zamian wolnościowe pisma polskie, których była wielka ilość różnych formatów, poglądów i rodzajów. Co to za tryumf był dla „Żagwi”, kiedy w jednym z takich pism poświęcono jej całą stronicę, przy czym, ubolewając nad niskim poziomem niektórych pism, postawiono „Żagiew” za wzór.

Kilku ich było przy tej gazetce. Wierni, zacięci, żyli stale jak pod hipnozą niewielkiego aparatu radiowego. W jednej z najbardziej ludnych cukierni na Lesznie mieli swoją „skrzynkę”, tam rozdawali swoje „Żagwie”, wypuszczali je w świat, aby niosły słowa pociechy, czy protestu. Tam także odbywały się pertraktacje między tymi „żebrakami wolności”, a ludźmi, którzy dostarczali im papieru, materiałów, czasem pieniędzy.
Kiedy ostatnie mieszkanie paliło im się pod nogami i nie mieli gdzie się podziać ze swoim radiem, maszyną do pisania, hektografem i podejrzanymi wizytami, zwrócili się do Piotra z prośbą o konkretną pomoc. Piotr był w tym okresie bardziej niż kiedykolwiek szarpany sprzecznymi uczuciami.
Przypadkowo któregoś dnia natknął się przy murku na zmasakrowanego trupa dobrej znajomej. Leżała w poprzek ulicy, w jedwabnej bieliźnie, nogi w gazowych pończochach tytłały się w rynsztoku. Zaondulowane fale blond włosów splamione były krwią i błotem. Na górnej wardze pozostał jeszcze wygięty łuk wyrysowany starannie jaskrawą pomadką. Złapana po aryjskiej stronie… Nie pierwszy taki wypadek, tylko że akurat dobra znajoma. Taka ładna, miła kobieta.
W kilka dni później Piotr był przy egzekucji stu osób także złapanych po aryjskiej stronie. Małe dzieci, kobiety, padały pokotem pod salwą policyjnego szwadronu. Wrogowie potężnego Reichu: dziesięcioletni Abuś, który chciał zobaczyć Wisłę, Rywka, która chciała kupić tani chleb. Inni, podobni. Okazało się, że tańsze jest życie.
Płakali mężczyźni przy egzekucji stu szarych ludzi, złapanych po aryjskiej stronie. Piotr nie płakał. Skrystalizował się w nim wtedy bunt, zdławiony do tej pory obrożą obowiązków. Pierwszym jego wyrazem było zaofiarowanie pomocy „Żagwi”.
Wystarał się u kuzynki Dory o pokój dla Kazimierza, który powoli wrastał w społeczeństwo kamienicy. O różnych porach dnia i nocy redagował „Żagiew”, drukował ją i odbijał na hektografie, załatwiał sprawy, o których nikt nic nie wiedział. Wieczorami siadywał w kącie pokoju u Lesserów, bawił się z Józieczkiem, kibicował przy bridżu. Albo czytał, Wyspiańskiego, Tuwima, czasem nawet Mickiewicza.

„Żagiew” zrosła się z kamienicą na Lesznie, jak klub karciany pani Konowej, jak składy gestapowca Erlicha, jak „pierwsze piętro” nędzarzy, jak romans pani Izabelli z Braudowiczem.

(…) O 5.25 jest audycja z Rosji, potem inne. Z Anglii, z Niemiec, z Francji. Trudno się od tego oderwać. Przykręca się gałkę, żeby było ciszej, głowy prawie dotykają skrzynki, bo wydaje się, że tak lepiej słychać. Błyszczy żółtawo tarcza radia z nazwami dalekich wolnych miast, posuwa się igła po swobodnym świeci. Skuleni na podłodze, na skrzynkach czy na połamanym łóżku, siedzą Piotr, Kazimierz, Korn i Adaś, słuchają przerywanego tysiącem zgrzytów i świstów głosu spikera, opowiadającego o bojach, o robocie pozafrontowej. Wsłuchują się w dzikie przemówienia propagandowe Goebelsa, Rosenberga, Hitlera.
Żydzi są wszystkiemu winni! Żydzi wywołali wojnę z Rosją! Żydokomuna! Roosvelt to pachołek żydowski. Zaraza świata! Wytępić! Wygubić! Zniszczyć! Wszystkiemu winni Żydzi, Żydzi. ŻYDZI!
„I cykliści zapomniał dodać! – uzupełnia za każdym razem niemieckich wodzów Adaś, śmiejąc się sam ze starego dowcipu.

(…) Była to wielka chwila odprężenia, gdy przez rosyjskie radio nadano zachłystującym się ze wzruszenia głosem wiadomość o przystąpieniu Ameryki do wojny. To przybliżało koniec koszmaru, zwiększało szanse, zapalało do dalszej roboty. Członkowie grupy dwoili się i troili. Redakcja i kolportaż „Żagwi”, organizacja grupek młodzieżowych, kontakty z aryjską stroną, szykowanie grupek dywersyjnych.

(…) Czasem przychodził do getta Witold, szary żołnierz w podziemnej Armii Krajowej. Przynosił aryjskie papiery. Stanowił łącznik z polską walką, z własnej inicjatywy dodawał ducha i otuchy. Towarzyszył mu często starszy siwy pan, pseudonim „architekt”, którego poglądy polityczne były niejasne. Pomaganie Żydom uważał za rodzaj misji chrystusowej, obowiązek wierzącego chrześcijanina. Wszyscy razem układali apele i sprawozdania dla zagranicy, które Witold posyłał gdzie było trzeba tajnymi drogami polskiego podziemia.

(…) Pomoc z zewnątrz była minimalna, raczej teoretyczna, raczej uczuciowa. Jednostki posiadające siłę wewnętrzną i potrzebę walki bez względu na przeszkody, były nieliczne. (…) Czy mogła w takich warunkach mowa o czymś zakrojonym na większą skalę? Nie tak łatwo połączyć komórki od tylu wieków samowystarczalne. Te wszystkie wątpliwości i sprawy roztrząsali Kazimierz i Piotr w długich rozmowach prowadzonych na strychu przy akompaniamencie stłumionych dalekich słów z graniastej skrzynki.
Z przyjściem Witolda czy „architekta” dyskusja ożywiała się. Dwaj aryjczycy wnosili świeżość, nadzieję, mieli więcej wiary w przyszłość. Było im źle, ale nie tak beznadziejnie, jak tym za murami.

(…) Kiedyś Witold i „architekt” przyszli bardzo zdenerwowani. „Architekt” szarpał rzadkie kępki włosów, poprawiał co chwię krawat, mrucząc przy tym coś pod nosem. Witold wkładał i zdejmował okulary, przecierał je, chuchał w nie, jakby to była najważniejsza sprawa na świecie. Kazimierz obserwował ich uważnie.
„Jakaś wsypa?”
Witold machnął ręką pogardliwie i chrząknął przy tym gwałtownie.
„Są łobuzy… Chrystusa w sercu nie mają… nie nauczyli się kochać bliźniego…” – mruczy „architekt”, a ciekawość Kazimierza wzrasta.
Kazimierz wie, że przyjechał wysłannik z Londynu dla dokonania koordynacji całej prasy podziemnej. Wraz z Piotrem i Witoldem ustalili, aby na komisji koordynacyjnej postawić wniosek o przyjęcie „Żagwi” do wspólnoty pism walczących o wolność. Chcieli, by „Żagiew” miała te same prawa i opiekę rządu londyńskiego jak inne pisma. Kazimierz domyśla się trochę, że zachowanie „architekta” i Witolda pozostaje w związku z tą sprawą. Ale co się stało? Co mogło się stać?
Siwy pan nadal poprawia krawat i mamle o wrogach ludzkości, o braterstwie, o wstydzie. Wreszcie Witold zdecydował się wykrztusić prawdę.
Po aryjskiej stronie wychodziło dwadzieścia kilka pism „podziemia”. Organizacje prawicowe, bardziej rozbite na partie i partyjki i operujące większymi funduszami, miały tych pism z piętnaście, bo każdy odłam i odłamik uważał sobie za punkt honoru takie pismo lepiej czy gorzej, ale wydawać i kolportować. Otóż na komisji koordynacyjnej postawiony przez Witolda wniosek w sprawie „Żagwi” przepadł właśnie owymi piętnastoma głosami. Nie szło „Żagwi” o pomoc materialną, jakoś sobie radzili, chcieli tylko mieć to uczucie łączności, świadomość równouprawnienia we wspólnej walce o ludzkie prawa. Dla grupki ludzi skupionych koło pisemka, „Żagiew” była sztandarem. Ten sztandar został sponiewierany, uznany za gorszy od innych sztandarów, chociaż na równi z innymi był symbolem walki o wolność, która jest jedna.

(…) Trzeba przeżuć w sobie tę sprawę, policzek jeszcze za bardzo piecze, żeby można się było zdobyć na bezstronność. Tyle trudu, tyle dobrych myśli… Biedna „Żagiew” cierpi za swoje żydostwo. Jak my (Treblinka…, Bełżec…, Żydzi, Żydzi, ŻYDZI!!!!). Kazimierz czuje się jak matka, której powiedziano, że najukochańsze dziecko jest brzydkie i głupie, nic nie warte. BARIERA, znów TA BARIERA, chociaż tyle wspólnej krwi już w nią wsiąkło!

„Ano, to będziemy dalej walczyć, żeby i takie rzeczy zwalczyć. Takie jest przecież nasze zadanie. Budować nowy świat, innych ludzi. Dlaczego właściwie tak martwicie się? Przecież każda walka ma swoje zwycięstwo i klęski, wzloty i upadki. Inaczej nie byłaby to walka.”

Wanda mówi po prostu i naturalnie, tylko na matowe policzki wystąpił ślad rumieńca, bo Wanda nie jest przyzwyczajona dużo mówić.

Haus Europa

Brigitte von Ungern-Sternberg

Kindheiten in Europa: Heidi Ramlow

Überquert man eine Landesgrenze und kommt in ‘fremdes’ Land so ist einfach alles anders: die Sprache, das Essen, die Musik, wie sich Menschen zueinander verhalten …die Art zu denken. Oft erlebt, aber immer wieder spannend!

Ganz gleich ob und wie sich das ‘Haus Europa’ entwickeln wird, es wird in diesem großen ‘Haus’ immer viele separate Wohnungen geben, die sich höchst unterschiedlich präsentieren: polnische, französische, deutsche, griechische, italienische … Wohnungen (Wie viele? Siehe Europakarte!)

‘Haus Europa’? Das reicht nicht! Eigentlich sollte man eher von einer großen ‘Wohnanlage Europa’ sprechen.

Es empfiehlt sich, in diesen europäischen Wohnungen gelegentlich das Kinderzimmer aufzusuchen – denn wann haben wir sprechen, singen, denken gelernt, die Art Feste zu feiern und zu kochen? In der Kindheit natürlich! War man einmal in einer solchen Kinderstube, versteht man schon einiges davon, warum ein Mensch, der da groß geworden ist, so ist wie er ist. Und gut ist es auch, sich bei einer passenden Gelegenheit gegenseitig etwas von seinen prägenden Kindheitserlebnissen zu berichten.

Heidi RamlowHeidi Ramlow hat angefangen, diesen Faden des gegenseitigen Kennenlernens und Verstehens über die Kindheitserzählungen aufzugreifen. Sie ist 1941 in Pustchow/Pustkowo zur Welt gekommen, hat also Wurzeln in Pommern, die sie in ihrem langen Leben in Hamburg, München und Berlin nicht vergessen hat. Und schon ist man mitten drin in gar nicht so einfachen Kindheiten. Viele sind in Europa nicht in säuberlich abgetrennten Wohnungen aufgewachsen, sondern sind einmal oder sogar mehrmals in der ‘Wohnanlage’ umgezogen. Da steht in einer verlassenen oder aufgegebenen Wohnung so ein Kindheitskoffer herum. Die jetzigen Bewohner fragen sich vielleicht: Wie ist der denn dahin gekommen? Anzumerken ist natürlich, dass das ‘Haus Europa’ in der ersten Hälfte des 20. Jahrhunderts ganz und gar nicht ein Ort friedlichen Zusammenlebens war.

Ein von Heidi Ramlow herausgegebenes Buch über Kindheiten in Schweden und Deutschland gibt es seit Mai 2015 schon im Handel.

Ein zweites Buch mit dem Titel “Kindheit in Deutschland – Kindheit in Polen” ist im Entstehen, soll am 1.9.2015 erscheinen und 12 Euro kosten. Es werden in der zweisprachigen Anthologie 27 polnische und deutsche Autoren und Autorinnen von ihren Kindheitserlebnissen berichten, in unterschiedlicher literarischer Form, von Familie, Liebe, Religion, Ideologie, Fluchterlebnissen und Heimatsuche erzählen. Es ist ein Beitrag zum gegenseitigen Verstehen und auch zur Versöhnung, so Heidi Ramlow. Herausgeber des Buches ist Heinrich von der Haar, Vorsitzender des Literatur-Kollegs Brandenburg e.V., Schirmherrin der Anthologie – Gesine Schwan, Präsidentin der Europauniversität Viadrina, Frankfurt/Oder.

Es gibt auch bereits einen Terminplan für eine Reihe von Lesungen in Deutschland und Polen, fünf davon im Oktober und November in Berlin. Von Kindheiten zu lesen ist interessant, sie erzählt zu bekommen einfach schön!

Flyer Deutsch  Flyer Po polsku

Die Herstellungskosten des Buches sind noch nicht gedeckt, über den Crowdfan-Link erfährt man, wie man mit einer Spende dazu beitragen kann.

Z zapisków stróża (1)

Zbigniew Milewicz

Stary człowiek i myszy

Emeryt bez jakiegoś konkretnego zajęcia szybko dziadzieje, a mieszkając w tak drogim mieście jak Monachium musi dorabiać do emerytury, bo jest ona skromna. Koszta życia w Niemczech rosną w szybkim tempie, za mocarstwowe ambicje polityków płacą najwięcej przeciętni obywatele tego kraju i kiedy ich już nie stać na piwo z Aldiego, dołączają do śmieciarzy, grzebiących w koszach na chodniku, albo muszą gdzieś dorobić do socjalu, pensji albo renty.

Piwo z Aldiego nie smakuje mi, wolę beczkowego Augustinera, którego cena na dorocznym Oktoberfest przekroczy 10 Euro, więc jak tu dalej nie pracować. Od prawie dwóch lat zasilam personel firmy ochroniarskiej, która pilnuje mienia jednej z niemieckich sieci domów handlowych. Zanim mnie zatrudnią, muszę przedstawić świadectwo niekaralności i zdać branżowy egzamin w izbie handlowo-przemysłowej, później krok po kroku zostaję wtajemniczony w arkana pracy stróża-klucznika. Do moich obowiązków należy wstępnie poranne otwieranie Domu w centrum i wieczorne zamykanie Domu w dzielnicy Schwabing, później odwrotnie. Nigdy nie ciągnę dwóch zmian pod jednym adresem, generalną zasadą pracy w ochronie jest brak zaufania, nawet w stosunku do samego siebie. Gdybym na przykład zapomniał przekręcić klucz w jakichś drzwiach wieczorem, to rano już nie musiałbym ich otwierać, z czego mógłby skorzystać włamywacz. Teoretycznie, bo przecież był jeszcze system alarmowy, który aktywowało się w obiekcie po jego zamknięciu. Rano stróż wyłączał to elektroniczne zabezpieczenie, kontrolując dokładnie czas. Przyspieszenie procedury nawet o minutę – dwie ściągało mu na kark policję, o czym w pierwszym dniu pracy jeszcze nie wiedziałem. Rejonowy komisariat znajdował się nieopodal, podjechali w mgnieniu oka, ale skończyło się na rutynowych pytaniach, typu: kim jestem i skąd mam klucz do Domu.

Na czterech piętrach Dom handlował wszelakimi artykułami codziennego użytku, a w podziemiach żywnością i napojami, była kantyna i bar, więc roiło się tutaj także od myszy. Gryzonie, jak wiadomo, są stworzeniami inteligentnymi i w dzień spały sobie pod sklepowymi regałami i paletami w magazynach, żeby nie straszyć dwunożnej klienteli, ale po zamknięciu interesu ruszały na polowanie, ignorując gniewne przytupywania sprzątaczy i stróża. Personel Domu wyrzucał codziennie do kubłów na odpady masę żywności – resztek z kantyny, produktów, którym kończył się termin ważności, albo coś się rozbiło, zmieniło kolor, straciło dawną jędrność, stworzenia miały więc w czym ucztować. Pracowników obowiązywał zakaz wynoszenia czegokolwiek na zewnątrz, wszędzie były kamery, aktywne przez całą dobę, kto je ignorował, ryzykował w najlepszym razie dyscyplinarne zwolnienie z pracy i zakaz wstępu do Domu. Dlaczego nie przeceniano produktów, którym kończył się termin ważności, nie rozdawano ich dobroczynnym instytucjom w mieście, karmiącym ludzi ubogich i bezdomnych? Trudno było mi uwierzyć w to, że na przeszkodzie stoją przepisy podatkowe, które obciążają darczyńców wysokimi opłatami.

– Skoro tak, to dlaczego nie zamawiacie mniej towarów, żeby ich później nie marnować? – zapytałem któregoś dnia głównego zaopatrzeniowca.
– Klient Domu musi mieć wrażenie, że jest w krainie obfitości, że na niczym nam nie zbywa – odparł.

Podobno w porównaniu ze swoim Wielkim Bratem w centrum miasta, który chętnie odwiedzali bogaci Arabowie i Rosjanie, Dom był na plusie, jeżeli chodzi o dochody. W centrum masę pieniędzy inwestowano w make up, w przepych wystroju wnętrza, miał dużo wyższe ceny niż na Schwabingu i w sumie przynosił straty. Tutaj oszczędzano nawet na podstawowych remontach, przez co od strony zaplecza Dom nieciekawie wyglądał.

Stróż miał swoje miejsce w kanciapie magazynierów, przyjmujących dostawy towarów, przeszklonym kiosku, ustawionym wśród pras do zgniatania plastiku i kartonów, stosów palet, wózków widłowych, przeróżnych skrzyń i kubłów wypełnionych odpadami spożywczymi. Zimą dawało się tutaj wytrzymać, latem roiło się od much, od śmietników ciągnął niesamowity odór, a myszy wypełzały ze wszystkich możliwych zakamarków. Ze względu na sprzedaż artykułów spożywczych w Domu, gryzoni nie można było tępić trutkami, zamiast tego posadzkę wykładano czasami wieczorem, po zamknięciu, deseczkami, posmarowanymi zapachową, bardzo kleistą substancją. Miały one zagorzałych przeciwników wśród obrońców praw zwierząt, ale były bardzo skuteczne. Pamiętam kiedyś, na rannej zmianie, niechcący wdepnąłem butem w taką łapkę i przez dobry kwadrans tańczyłem na jednej nodze, żeby się pozbyć świństwa. Dobrym pomysłem był także niedawny remont jednej ze ścian w magazynie przyjęć towarów, w której myszy lubiły sobie zakładać gniazda i przez pewien czas wydawało się, jakby dały za wygraną. Może te stare już sobie odpuściły. Zresztą, filozoficznie rzecz biorąc, myszy żyją dużo krócej od ludzi i nie zdążą tyle naniszczyć w swoim życiu, co człowiek. Widzę jednak, że mysia młodzież jest w pełni sił i naciera.

Patrzę na nowego, młodego prezydenta kraju, z którego pochodzę. Przychodzi objąć swój urząd z czterema programowymi przemówieniami, na początek, uśmiecha się zwycięsko do milionów ludzi, zgromadzonych przed telewizorami, pręży muskuły, taki jest przywilej młodości. Nie życzę mu źle, bo będzie reprezentował Polskę, nie chciałbym, aby jej interes ucierpiał, trzeba mu także dać czas na przekucie pozytywnych deklaracji w czyny. Odchodzący prezydent wygląda na zmęczonego, rozumiem go, jest raptem tylko parę lat młodszy ode mnie i nie z banalnymi, niemieckimi myszami miał do czynienia w czasie swojej pięcioletniej kadencji, a z milionami Polaków. A Polak potrafi zmęczyć, oj i to jak. W starszym wieku człowiek powinien się bardziej szanować, bo już nie ta forma, co kiedyś, nie to zdrowie. Mój niedościgniony mistrz poetyckiej satyry, Tadeusz Żeleński-Boy, ponad 100 lat temu opublikował w swoich Słówkach następujący wierszyk, który zacytuję na zakończenie w całości:

Gdy się człowiek robi starszy,
Wszystko w nim po trochu parszy-
wieje;

Ceni sobie spokój miły
I czeka, aż całkiem wyły-
sieje.

Wówczas przychodzą nań żale,
Szczęścia swego liczy zale-
głości.

I mimo tak smutne znamię,
Straszne go chwytają namię-
tności…

Z desperacją patrzy czarną
Na swe lata młode zmarno-
wane,

W wspomnień aureolę boską
Pręży myśli swoje rozko-
chane…

Z żalem rozważa w swej nędzy
Każde “nicniebyłomiędzy-
nami”,

Każdy nie dopity puchar,
Każdy flirt młodzieńczy z kuchar-
kami…

Wspomni z jakąś wielką gidią
Swe gruchania, ach jak idio-
tyczne,

I czuje w grzbiecie, wzdłuż szelek,
Jakieś dziwne prądy elek-
tryczne…

Jakąś gęś, z którą do rana
Szukali na mapie Ana-
tolii,

Jakiś powrót łódką z Bielan,
Jakiś wieczór pełen melan-
cholii…

Gdybyż, ach, snów wskrzesła mara,
Dziergana w rozkoszy ara-
beski.

Gdybyż bodaj raz, ach gdyby
Sycić swą CHUĆ jak sam Przyby-
szewski!…

…I wdecha zwiędłe zapachy
Nad swych marzeń trumną nachy-
lony,

I w letnią noc, w smutku szale
Łzami skrapia własne kale-
sony…

Do dzieci i młodzieży/ An die Kinder und Jugendlichen!

filmdzieciZgłaszajcie się!

Czy imigracyjne pochodzenie może być naszą zaletą?
Co wnosimy do kraju, do którego emigrujemy i co otrzymujemy?

Z tymi pytaniami już pod koniec sierpnia zmierzy się grupa młodzieży w wieku
14-18 lat i udzieli na nie odpowiedzi w sposób filmowy.

W ciągu pięciu dni młodzi filmowcy będą mieli okazję stać się aktorami, reżyserami, operatorami, kierownikami planu filmowego, montażystami – jednym słowem, będą mogli wypróbować się w różnych zawodach filmowych.

Film, który powstanie w ramach warsztatów, będzie prezentowany w TV ALEX oraz weźmie udział w konkursach filmowych, przeznaczonych dla młodych twórców.

Warsztaty są darmowe i wciąż są jeszcze miejsca… a więc,

Kamera… akcja!

Zgłoś się pod adres email: aktywnie.prs@gmail.com
lub zadzwoń: 01758595921

Kolejna edycja rusza już pod koniec sierpnia 2015 roku

Ostatnim razem było fantastycznie! Zobaczcie sami!

https://vimeo.com/123721581

***

Meldet Euch an!

Kann ein Migrationshintergrund auch ein Vorteil sein?
Was bringen wir in ein Land ein, in das wir emigrieren und was erhalten wir im Gegenzug?

Mit diesen Fragen wird sich eine Gruppe von Jugendlichen im Alter von 14 bis 18 Jahren bereits Ende August auseinandersetzen und uns ihre filmischen Antworten präsentieren.

Im Laufe von fünf Tagen werden junge Filmemacher/innen die Möglichkeit haben Schauspieler/in, Regisseur/in, Kameramann/-frau, Aufnahmeleiter/in, Cutter/in zu sein – mit anderen Worten werden sie die Möglichkeit haben sich in unterschiedlichen Filmberufen auszuprobieren.

Der Film, welcher im Rahmen dieses Workshops entsteht, wird bei Alex TV ausgestrahlt und bei Filmfestivals für junge Filmemacher eingereicht.

Der Workshop ist kostenlos und es gibt noch freie Plätze, also …
Kamera ab!
Melde Dich einfach an unter
E-Mail: aktywnie.prs@gmail.com
oder telefonisch: 01758595921

Die nächste Runde startet Ende August 2015
Beim letzten Mal hat es sehr viel Spaß gemacht! Schaut rein!
https://vimeo.com/123721581