Zuerst war der Hund, unser Mini-Dackel genannt Zitta aus unserem Leben verschwunden. Zugegeben, in der letzten Zeit war sie sehr anhänglich, aber dass das Ende naht, haben wir wirklich nicht geahnt.
Tier und Mensch So viele Jahre ohne Tier schon Kein Klagen an der Tür, kein Grüßen Kein sehnsuchtsfeuchter Blick, kein Drängen Kein Streichen um das Bein, kein Schnurren Kein selbstvergessenes Mahl, kein Lecken Kein traumverlorenes Ruhn, kein Schlummern So viele Jahre schon gar kein richtiger Mensch mehr. (Robert Gernhardt)
Zapowiedź numer 2, bo pierwsza już była TU. Dziś podpisywanie książki (prezentacja we wrześniu)!
Oczywiście w Sprachcafé Polnisch a właściwie, skoro książka po polsku – w Polskiej Kafejce Językowej. Schulzestr. 1 Stacja S-Bahn Wollankstraße a potem tuż za rogiem.
Spotkanie odbędzie się w języku polskim, ale oczywiście w razie potrzeby porozmawiamy również po niemiecku. Das Treffen findet auf Polnisch statt, aber wenn man deutschsprachig ist, werden wir mit ihm natürlich Deutsch reden.
Z książki:
Moja rodzina dzieliła losy wypędzonych zza Buga w 1945 roku, przyjętych łaskawie przez wiejską społeczność Milanowa, wygnańców na Syberię, ofiar Katynia, pracy przymusowej w Niemczech, aresztowań, zabójstw i śmierci. (…) Podobne, powojenne losy i utraty majątków stały się udziałem setek rodzin i rodów zamieszkujących tereny Europy środkowo-wschodniej, które od roku 1939 zmagały się z wojną, a po roku 1944 ze zmianą ustroju politycznego, przesunięciem granic państwowych, czy wysiedleniem, również z terenów dzisiejszej Polski wschodniej. Ile takich posiadłości zostało osieroconych, ograbionych, zniszczonych? Te zniszczenia i ich skutki w niektórych przypadkach widoczne są jeszcze do dziś. Niewielka ich ilość została szczęśliwie odratowana i stanowi dziś w większości własność prywatną. Powstały w nich centra agroturystyczne, luksusowe hotele z salami konferencyjnymi czy też ośrodki odnowy biologicznej. Na obszarze Polski znajduje się obecnie około 2.800 pałaców, z czego 2.000 nadal pozostaje w ruinie. Wypędzeni lub zbiegli przed represjami właściciele majątków i ich potomkowie żyją dziś rozproszeni po całym świecie.
Jednak wbrew pozorom nie jest to książka (tylko) o ciosach od losu – jest to przede wszystkim niezwykła opowieść o raju!
“Maria Tarnowska należała do ostatniego pokolenia najwyżej sytuowanej warstwy społecznej, która po zakończeniu drugiej wojny światowej doświadczyła utraty wszystkiego, co do tej pory posiadała: majątku, pozycji, wreszcie miejsca w społeczeństwie polskim. W ostatnim dziesięcioleciu ukazało się na rynku wydawniczym wiele opracowań naukowych dotyczących problematyki ziemiaństwa. Wspomnienia napisane przez przedstawicielkę tej warstwy doskonale uzupełniają obraz ziemiańskiego życia na przełomie XIX i XX w. oraz w okresie międzywojennym.” – pisze historyk, Agnieszka Gątarczyk, w recenzji wspomnień Marii Tarnowskiej.
Als mein Vater im Oktober 1909 in der Kreuzberger Reichenbergerstr. 9 geboren wurde, waren seine sieben Schwestern schon auf der Welt. Sein Vater, Wilhelm Baumann, geb. 1868 in Strelno/ Schlesien als unehelicher Sohn eines Gutsinspektors, verschlug es nach Reichsgründung und Ableistung seines Wehrdienstes nach Berlin in die Reichshauptstadt. Hier hoffte er sein Glück zu finden. Erst wohnte er mit seiner Frau in einer Laubenkolonie vor den Toren von Berlin. Dann gelang es ihn, in Kreuzberg eine Wohnung zu mieten. Seine Frau, die er in Berlin kennenlernte und heiratete, war die uneheliche Tochter eines eines Adligen. Sie stammte aus Hettstett in Sachsen /Anhalt. Das erste Kind, älteste Schwester meines Vaters, meine Tante Lydia kam 1895 auf die Welt und meine Tanten erzählten mir, dass ihre Mutter fast jedes Jahr schwanger wurde. Es folgten immer wieder Abtreibungen und die letzte im Jahre 1911 überlebte sie nicht. Da war sie 42 Jahre alt. Nach meinem Vater Alfons wurden keine weiteren Kinder lebend geboren. Die acht Kinder wuchsen dann ohne Mutter auf. Alle meine Tanten sind in Kreuzberg zur Schule gegangen und haben einen Beruf erlernt.
Mein Vater mit Hut als er, anfang der Zwanzigerjahre in Kopenhagen lebte.
EMS: W Berlinie właśnie odwilż i iście wiosenna pogoda, można spokojnie zdecydować się na powtórkę wpisu o pewnej odwilży (prawdziwej, nie metaforycznej), wpisu, który bardzo lubię, przede wszystkim dlatego, że (pisałam już o tym wielokrotnie) jego autorka (a moja ciocia) potrafi fajnie pisać na każdy temat – od Boga po odbieranie dzieci z przedszkola. Bardzo to u niej cenię.
Janina Kowalska
Wiatr
Jest koniec lutego. Siedzę sobie w ciepłym pokoju u córki we Florencji i patrzę na skutki wzmagającego się wiatru. Nawet pada trochę śniegu. Miasto jest wciśnięte między góry i ten śnieg pada prawdopodobnie tam, a tu jest go tyle, ile go wiatr przywieje. Po drugiej stronie ulicy w ogródku rośnie młody cyprys, jest na wysokości metra podparty drewnianym płotkiem, ale wiatr i tak miota nim na wszystkie strony.
Dziś jest prościej, ale do początku lat 90 Chorzowów administracyjnie było kilka i znaczyły je rzymskie cyfry od I do IV. Ponieważ jednak mało kto wiedział, gdzie kończy się granica jednego, a zaczyna już inny, potocznie mówiło się: ida domiasta, jada do Batorego, albo do Starego i ludzie na ogół kojarzyli, o co chodzi, ale też nie zawsze. Jest taki stary wic, rozprawiają dwie sąsiadki w Świętochłowicach:
– kaj jest Hilda ? – pojechała do Chorzowa… – do starego? – nie, do Emy, pranie prać.
Trzecia edycja projektu My Trzy: Ela Kargol, Ewa Maria Slaska, Krystyna Koziewicz
Non omnis moriar…/ Nie wszystko umiera
Długie jesienne wieczory zaczynają tworzyć atmosferę nostalgii, a zwłaszcza 1 listopada, kiedy czcimy Dzień Zmarłych! W naszej polskiej tradycji nadchodzi czas zadumy nad życiem. Współczesna tradycja, a bardziej zwyczaj utwierdzają nas w przekonaniu, że są to najsmutniejsze dni w roku, bo przypominają o śmierci, o tragicznych zdarzeniach w naszych rodzinach, w naszym bliższym i dalszym otoczeniu. Mówimy, myślimy – nie ma już dziadka, babci, nie ma jednego z rodzeństwa, los zabrał mi rodziców zbyt wcześnie, rak uśmiercił w tym roku przyjaciela, koleżankę, znajomą itd.
Myślę o Giannim Vattimo, wspaniałym włoskim filozofie, który zniknął 19 września wieczorem w wieku 87 lat.
Kilka dekad temu doświadczył uważności świata – jego książki przekładano na języki, jego wypowiedzi były namiętnie komentowane. Przeciwstawił się ograniczeniom chrześcijaństwa, szczególnie w jego katolickim roszczeniu do uniwersalizmu, podjął wątki gadamerowskiej hermeneutyki, czyniąc z niej – jak sam to określał – myśl słabą.
Udało mi się zaprosić go na konferencję, a kto próbował, ten wie, że nawet jeśli zaakceptował zaproszenie, ostatecznie mógł nie dotrzeć na miejsce. Potrafił się rozmyślić w ostatnim momencie, ale jeszcze częściej gubił się na lotniskach, przyjeżdżał spóźniony.
Do Warszawy doleciał innym połączeniem, przegapił swój lot.
Ale kiedy już był, okazywał się bardzo hojnym rozmówcą i czarodziejem słowa. Jego esej znaleźć można w książeczce “Solidarność i kryzys zaufania”.
Napisał w nim: „Pytanie: czy aby przetrwać lub osiągnąć szczęście, naprawdę potrzebujemy (my – ludzie) uniwersalnej prawdy (prawd)? Na przykład czy konstruowanie realnego świata wymaga wspólnej wiary w jakieś „opisowe” twierdzenia (w rodzaju: wszyscy ludzie są równi, człowiek jest istotą wolną itd.)? Mówiąc inaczej, czy aby osiągnąć zgodę, musimy dojść do prawdy, czy może osiągając zgodę, dochodzimy jednocześnie do prawdy?
Próbuję pokazać, że istnieje związek pomiędzy każdym roszczeniem do prawdziwości na poziomie teoretycznym a faktycznym istnieniem władzy. Aby móc stwierdzić, że rzeczy ‘są’ takie, a nie inne, trzeba być w jakiś sposób ‘u władzy’.”
I dodawał natychmiast: „Nie mówię przy tym prawdy. Opowiadam tylko historię moich doświadczeń jako filozofa, który dorastał w chrześcijańskim świecie Zachodu i doświadczył uniwersalizmu właśnie w ten sposób.”
Na zdjęciach w dialogu z Pierrem Manent i Scottem Lashem. Na Uniwersytecie Warszawskim w 2010 roku.
***
Ze zlinkowanej powyżej publikacji wyjęłam życiorys Vattimy i, za poradą Jacka Kołtana, fragment jego tekstu, będący kontynuacją cytatu z powyższego wpisu:
Gianni Vattimo (ur. 1936), włoski filozof i polityk. Wykłada na uniwersytecie w Turynie, gdzie jest profesorem estetyki i teorii filozofii. Był także profesorem wizytującym na uniwersytetach amerykańskich (między innymi w Yale i Los Angeles). Jako uczeń Luigiego Pareysona twórczo rozwinął wątki hermeneutyczne filozofii Fryderyka Nietzschego i Martina Heideggera. Jego koncepcję „myśli słabej” cechuje antymetafizyczne i antyuniwersalistyczne nastawienie, które wykorzystuje on także do reinterpretacji tradycji chrześcijańskiej. Vattimo aktywnie uczestniczy w europejskim życiu politycznym zarówno jako poseł do Parlamentu Europejskiego, jak i uczestnik debat publicznych. Do jego ważniejszych prac należą: Essere, storia e linguaggio in Heidegger (1963), Poesia e ontologia (1968) Koniec nowoczesności (1985 [2006]), Społeczeństwo przejrzyste (1989 [2006]) Przyszłość religii (współautor: Richard Rorty, 2005 [2010]) Verità o fede debole? Dialogo sucristianesimo e relativismo (współautor: René Girard, 2006) After the Death of God (współautor: John D. Caputo, 2007).
***
Nie mówię przy tym prawdy. Opowiadam tylko historię moich doświadczeń jako filozofa, który dorastał w chrześcijańskim świecie Zachodu i doświadczył uniwersalizmu właśnie w ten sposób. Wierzyłem kiedyś, że nam, ludziom cywilizacji zachodniej, jako filozofom i chrześcijanom została dana prawda i że naszym zadaniem jest głosić ją całemu światu ze względu na współczucie dla naszych współbraci. Jednak „praktyczny” fakt buntu przeciwko kolonializmowi oraz praktyki nowego imperializmu stosowane przez globalny kapitalizm zmuszają mnie do ponownego przemyślenia mojej filozoficznej idei uniwersalizmu. Nie dokonałem żadnego teoretycznego odkrycia. Zdałem sobie jedynie sprawę, że w świecie, w którym zaznaczyły swą obecność różne kultury, nie mogę już dłużej mówić o uniwersalnej prawdzie. Nie mogę też dłużej ignorować silnego związku między prawdą i władzą. Co dalej? Jaki wniosek płynie z tego prise de conscience? Jako człowiek Zachodu moim partnerom w dialogu międzyreligijnym mogę zaoferować doświadczenie z historią uniwersalizmu. Nawiasem mówiąc, na tym polega moje (czy tylko moje?) bycie chrześcijaninem. „Wyższość” (cudzysłów powinien być wielokrotny) chrześcijaństwa zawiera się w tym (niezależnie od tego, co mówią i myślą papieże), że jest to religia braku religii. Sednem chrześcijańskiego przesłania, jest to, że Bóg/Bogini porzucił(a) swoją transcendencję, by stać się jednym (jedną) z nas. Innymi słowy, jak mówi włoskie powiedzenie, dzięki Bogu, jestem ateistą. ale: Co zamiast uniwersalnej prawdy, świata zjednoczonego pod rządami jakiejś „racjonalnej”, demokratycznej władzy? Nie wiem. Wydaje mi się natomiast, że jako chrześcijanin muszę nawiązywać kontakt z moimi współbraćmi, którzy w przeważającej większości nie są, jak powiedziałby Walter Benjamin, „zwycięzcami” czy też udziałowcami istniejącego porządku i w związku z tym nie wspierają praktycznego, imperialistycznego uniwersalizmu, który grozi likwidacją ludzkości z jej nieredukowalną różnorodnością form i wartości. Rzecz jasna, tak jak prawdopodobnie wszystkie religie, ja również nie znam przepisu na idealne państwo. Nie da się bowiem projektować porządku anarchicznego. Jednak w obecnej sytuacji wydaje się, że jakaś forma anarchicznego – teoretycznego i praktycznego – sprzeciwu mogłaby nam z pewnością pomóc.
Mija dziesiąta rocznica śmierci Sławomira Mrożka. Dramatopisarz, prozaik, satyryk, jeden z najbardziej znanych na świecie polskich pisarzy. Urodził się 29 czerwca 1930 w Borzęcinie, zmarł 15 sierpnia 2013 w Nicei. Mieszkał w Paryżu, USA, Niemczech, Meksyku, w roku 1996 wrócił do Polski, do Krakowa. W roku 2008 ponownie wyemigrował z Polski i zamieszkał w Nicei, we Francji.
Tak zaczyna swoją opowieść o Nim publicystka z Culture.pl*, akcentując, że był twórcą wyjątkowo wszechstronnym, swobodnie poruszającym się w rozmaitych formach wypowiedzi. Jej relacja o Sławomirze Mrożku jest zręcznie skonstruowana i zawiera sporo ciekawych faktów, ale z uwagi na znaczną objętość materiału pozwoliłem sobie umieścić go w załączniku do tego wpisu. Mnie fascynował Mrożek przede wszystkim jako mistrz absurdu i krótkich form literackich, usiłowałem go naśladować w swoim pisaniu, ale nigdy nie udawało mi się choćby nadepnąć mu na piętę. Jak On wspaniale operował słowem. Nie wiem, czy to Państwo znacie:
Chcę być koniem
Mój Boże, jak bardzo chciałbym być koniem…
Gdybym tylko zobaczył w lustrze, że zamiast rąk i nóg mam kopyta, z tyłu ogon i autentyczną końską głowę – natychmiast udałbym się do urzędu mieszkaniowego. – Proszę o nowoczesne, duże mieszkanie – powiedziałbym. – Niech pan złoży podanie i czeka na swoją kolej. – Ha, ha! – zaśmiałbym się. – Czy panowie nie widzą, że ja nie jestem zwyczajnym, takim sobie, szarym człowiekiem? Ja jestem kimś innym, kimś ekstra!
I zaraz otrzymałbym nowoczesne, duże mieszkanie z łazienką.
Występowałbym w kabarecie i nikt by nie mógł powiedzieć, że jestem niezdolny. Nawet wtedy, gdyby moje teksty były niedobre. Przeciwnie.
– Jak na konia, to znakomite – chwalono by mnie. – Ten ma łeb – mówiliby inni.
Nie mówię już o korzyściach, jakie wyciągnąłbym z przysłów i porzekadeł: końskie zdrowie, uśmiać się jak koń, koń ma cztery nogi i też się potknie…
Oczywiście, b y c i e koniem miałoby pewnie strony ujemne. Moim wrogom dałbym nową broń do ręki. Pisząc do mnie anonimy, zaczynaliby w ten sposób: „Pan jest koń? Pan jest kucyk!”
Kobiety interesowałyby się mną. – Pan jest taki inny… – mówiłyby.
Idąc do nieba, otrzymałbym, siłą faktu, skrzydła. Stałbym się wtedy pegazem. Skrzydlaty koń! Czy może być coś piękniejszego dla człowieka?
Sławomir Mrożek, (w:) Opowiadania, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1974, s.14
-…spooooocznij! nie chowajcie tych kart, za późno, całe hrabiostwo dwa dni ścisłego! w tego, jak mu tam, brysia gracie, i to w czasie alarmu!!?? – tak jest obywatelu sierżancie, gramy, ale alarm odwołano, melduję posłusznie… – jak to? odwołano!? – był właśnie goniec z dowództwa dywizji i alarm odwołano… – to dlaczego ja nic o tym nie wiem, ha? – melduję posłusznie, że pan spał, a syrena zepsuta… – trzy dni ścisłego!
… spoooocznij! a wy co, jagielski, żarty sobie z pułkownika stroicie? – przenigdy! towarzyszu majorze… – dwa dni paki! pierwszy za towarzysza, drugi za majora… i żadnych wymówek, nazwaliście pułkownika beczuszko kapralem! – ja? kiedy? – zaraz po porannym apelu, dokładnie (patrzy na zegarek) … przed dwudziestoma sześcioma minutami, są świadkowie! he? – kapralem??? ach… nieprawda, nazwałem go ko-pro-la-lem… – znowu cyganicie, nie ma takiego słowa… – jak matkę kocham, jest, obywatelu sierżancie, niech pan zajrzy do słownika pwn, przysięgam! – hm, ale jak kłamiecie, to jeszcze mnie popamiętacie! – tak jest!