Ci, którzy mnie znają od dawna, wiedzą, że lubię koty, czerwone sukienki i irysy. Wielokrotnie dawałam temu wyraz tu na blogu. Sukienki były całkiem niedawno, dziś kolej na irysy. Irysy w nowej wersji – nie jako pojedynczy kwiat lub bukiet, lecz jako pole.
To stary motyw w historii sztuki. Sprawdzam, czy już tu pokazywałam ten najstarszy znany obraz, przedstawiający księcia, który idzie przez pole irysów. Okazuje się, że przez 11 lat ani razu nie zająknęłam się o księciu, a teraz jak go szukałam, zorientowałam się, że w literaturze niemieckiej nazywa się go Księciem lilii (Lilienprinz) a nie Księciem irysów.
Z tym freskiem jest całe morzez zgryzot. Ale zacznijmy od pozytywów. To jedno z najwspanialszych malowideł ściennych z pałacu króla Minosa w Knossos. Klasyfikację młodzieńca jako księcia lub ewentualnie kapłana zaproponował odkrywca Knossos, brytyjski archeolog Arthur Evans (1851–1941). Pałac pochodzi z epoki brązu i jest klasycznym wręcz przykładem sztuki minojskiej. Książę ma na głowie koronę z piór, a przyodziewa go tylko opaska na biodrach. Evans przypuszczał, że książę prowadzi na smyczy jakieś mistyczne zwierzę, gryfa albo smoka, tak jak księżniczka z obrazu Ucella, którą niedawno przypominałam. Ale tak naprawdę nic więcej nie wiemy i nauka nie zidentyfikowała żadnego zwierzęcia mistycznego. Wprawdzie wedle legendy żył tu Minotaur, czyli człowiek z głową byka, a zabił go Tezeusz, ale o Minotaurze też nic pewnego nie da się powiedzieć, poza tym, że jego kult przetrwał do dziś w postaci corridy. Obecnie naukowcy podejrzewają, że wizerunek księcia w ogóle nie jest autentyczny i rekonstruktor fresku, Emile Gilliéron, kierując się sugestiami Evansa, nieudolnie skleił go z kilku innych fragmentów. Poza tym wcale nie jest pewne, czy to aby na pewno książę, i jest to problem zarówno historyczny – nie wiadomo kto – jak i genderowy, bo być może to wcale nie jest książę, tylko księżniczka (bardzo jest biała, za biała na chłopaka). No i wreszcie nie jest pewne czy to lilie czy irysy, bo książę jako się rzekło, w różnych językach apaceruje wśród różnych kwiatów. Być może Gilliéron, skoro był Francuzem, domalował jednak stylizowane lilie burbońskie.
Ciekawe jest to “pomięszanie” pojęć, bo lilia i irys to dwie zupełnie inne rośliny, lilia (ta po prawej) wyrasta z cebuli, irys z kłączy. Każdy w kwiaciarni bez trudu odróżni białą lub kolorową lilię od białego lub kolorowego irysa. A jednak w języku symbolicznym lilia i irys to często jedna i ta sama roślina. Albo jeszcze prościej – białe kwiaty to lilia, niebieskie – to irys. Kwiaty w Knosos są niebieskie. No, w każdym razie nie są białe i mają niebieskie liście. A zatem irysy.
Ale wpiszcie w google Knossos lilie lub też Knossos irysy, a zobaczycie – wcale nie wiadomo, co to za rośliny.
Więc nie książę, nie pole i nie irysów.
Inne pola irysów, które znalazłam, są już znacznie prostsze.
To są więc iris fields forever: Claude Monet, Vincent van Gogh, Timothy Easton i jeszcze dwa razy van Gogh
Dnie się robią coraz cieplejsze, ci co mają ogrody, na pewno już pracują, teraz przyszła pora na nas, właścicieli balkonów.
Filomena spojrzała z okna na szarą ulicę Karmelicką, jadące tramwaje, ludzi spieszących dokądś…
Ruch na ulicy niebywały, tramwaje i auta sprawiają codzienny hałas, ale ten nigdy jej nie przeszkadzał, natomiast cisza podczas Pandemii i “Lokdownów” już tak…
Kobieta bowiem przyzwyczaiła się do tych jakże swojskich dźwięków życia z czasów jeszcze “sprzed Corony”. Też i gruchanie gołębi dziobiących ziarna od strony podwórza miało w sobie coś absolutnie swojego.
Na obiad podano rybę, na kolację jest zawsze jakiś rolmops, wędzony śledź albo inny łosoś. Nie znam się na rybach. Akurat śledzia od łososia odróżnię, a trzecim gatunkiem dobrze mi znanym, są paluszki rybne. Czuję się, jakbyśmy byli nad morzem, a do morza przecież daleko.
Z okna widzę Łabędzi Staw z fontanną, a za nim tajemniczy dom zdrojowy (Kurhaus). Tajemniczy, bo dla mnie na razie nieosiągalny. I niech tak zostanie. Niech będzie tajemnicą. Wolałabym się nie rozczarować, wchodząc do środka. Codziennie spoglądam w jego kierunku przez panoramiczne okno mojego zdrojowego pokoju.
Wczoraj zdjęto u mnie firany, widok się jeszcze bardziej poszerzył, zdominowal nudny pokój. A Kurhaus stoi niezdobyty, niby zaprasza, niby odstrasza. Majestatyczny, nieosiągalny. Coraz bardziej mnie intryguje. “Czarodziejski Kurort” z kuracjuszami sprzed stu lat. Których i tak już nie ma. Bo jeśli nawet pokonali choroby, to zabiły ich wojny, w najlepszym przypadku starość.
A więc ich cienie gdzieś tam przemykają korytarzami, zaglądają do pokoi, do sal większych i mniejszych, balowych, jeśli takie były, na pewno były; z pobłażaniem i wyrozumiałością spoglądają na żywych.
Tym, których zabiły wojny, postawiono pomnik w parku zdrojowym. Ci, których zabiła starość leżą na cmentarzach, za daleko, jak na moje możliwości poruszania się.
Kurhaus był pierwszym zdrojowym budynkiem. Dużo później wybudowano następne. A jeszcze później ten, w którym mnie zakwaterowano. Ten z widokiem na staw i Kurhaus, z wielką jadalnią, gdzie serwują rybę, a kuracjuszy przypisują do stolika i numeru. Nasz stolik jest milczący. Nikt z nikim nie rozmawia, ani o pogodzie, ani o zabiegach ani o jedzeniu. Uprzejmie podajemy sobie rano dzbanek z kawą, wieczorem z herbatą. Życzymy miłego dnia lub wieczoru. Bierzemy swoje laski i kuśtykamy podpierając się nimi na zabiegi lub do pokoi.
W pokojach telewizory, okna na świat, bo nie każdy ma okno na staw i Kurhaus, a jeśli nawet ma, to świat w telewizorze jakby większy.
Nad stawem czarny łabędź i jego koleżanka gęś. Gdy rano słyszę ich dzikie wrzaski, to myślę, że albo przyszedł lis po łabędzia – bo kiedyś przyszedł i zabrał i dlatego jest tylko jeden – albo zarzynają gęś, która cudem jakiś czas temu uniknęła zarżnięcia. Gęś jest wielka, Pomorska, taki gatunek, świąteczny, bogaty w mięso. Mięso też czasem podają do obiadu. Ale gęsiny jeszcze nie było.
Gabinety tortur stoją otworem, pod warunkiem, że zdążysz z jednych tortur na drugie w odpowiednim czasie. Automatyczna szyna podobno czyni cuda, Nie wiem, czy cudem można nazwać ból. Jest i cappuccino, napój, który osładza tortury, tortury późnego życia, tego prawdziwego i tego z powieści Ingi Iwasiów. W nocy nie mogę spać, odwiedzają mnie Empuzy. To wszystko wina opiatów, lub braku nalewki, a może w śledziach jest jakaś moc, która przenika do sennych zdarzeń i marzeń.
Przerwałam milczenie dzisiaj przy stole. Zapytałam moich posiłkowych towarzyszy, czy ktoś z nich był już w Kurhausie? Nikt nie był. Choć wiem, że inni byli, ci co lepiej chodzą, ci już wyrehabilitowani. Ciekawa jestem ich wrażeń. Nie wiem, kogo pytać. Może lepiej zostać z tą ciekawością sam na sam. Nie szukać wrażeń i nie pytać o nie. Niech “Czarodziejski Kurhaus” pozostanie w sferze wyobraźni i domniemań. Niech pozostanie widokiem z okna.
Dzieci chcą, żeby rodzice byli tacy jak rodzice innych dzieci. Mnie się nie podobało, że Mama nie wysiaduje z innymi mamami na ławeczce za domem. Mój syn uważał, że mama sąsiada znacznie lepiej gotuje niż ja. Na pewno jest tak, że nawet gdy społeczny konwenans akurat wspiera oryginalną indywidualność, to i tak dzieci będą wymagały od rodziców, by byli oni indywidualni dokładnie tak samo jak rodzice kolegów i koleżanek. “Wszyscy jesteście indywidualistami”, woła Brian z Życia Briana. “Wszyscy jesteśmy indywidualistami”, odkrzykuje tłum. I tylko jeden człowieczek odważa się podnieść palec, jak uczeń zgłaszający się do odpowiedzi, i zapiszczeć, że nie, on nie. Wszystko odróżniało Mamę od innych matek. Była dziwna. Była artystką, ubierała się na czarno, miała brudne ręce, gotowała dziwne rzeczy albo nie gotowała wcale, przyjaźniła się z dziwnymi ludźmi, słuchała dziwnej muzyki, jakiej nikt nie słuchał. Spała do trzeciej po południu. Pracowała w nocy. To o niej ta piosenka, idzie niebo ciemną nocą, ma w fartuszku pełno gwiazd…
Po przerwie wracam do reblogowania mich ulubionych wpisów
Szalis Erger
Jak?
Zacznijmy od czanów. Jest to rodzaj forów internetowych, w których dużą rolę odgrywają obrazki (publikowane jako kolejne posty), aczkolwiek dozwolone są też wiadomości z samym tekstem. Drugą i chyba najważniejszą cechą czanów jest anonimowość ich użytkowników. Żeby dodawać posty nie trzeba posiadać konta. Znaczna większość osób nawet nie podpisuje w żaden sposób swoich wpisów. Zamiast tego publikują je pod automatycznie dodawanym pseudonimem Anonymous (nie mylić ze znaną grupą hakerów w maskach, która posługuje się tą nazwą).
Taki pseudonim osobie z zewnątrz wyda się tabula rasa – nazwą, za którą może kryć się wszystko i której samej w sobie brak jeszcze wydźwięku. Dla użytkowników czanów sprawa ma się zgoła inaczej – anoni (spolszczenie “anons” – skrót od Anonymous) są społecznością z własną kulturą, hierarchią wartości, hermetycznym językiem i poczuciem humoru. Fakt, że są anonimowi wcale nie czyni ich wyblakłymi – właściwie przeciwnie, dzięki temu, że jeden jest nieodróżnialny od drugiego, są niczym rój, jeszcze bardziej skolektywizowani.
Każdy anonimowy, dodając swój post, staje się niejako tym wspólnym, współdzielonym anonem. Rojność nie oznacza jednak nijakości. Każdy z osobna, mając poczucie, że nie jest rozpoznawalny, może pozwolić sobie na więcej niż w prawdziwym życiu. Jest to więc rój wybuchowy, kąsający – rój pełen zwierzeń, które nie boją się osądu społecznego lub nawet chcą temu osądowi zagrać na nosie, sprowokować go z bezpiecznej pozycji (tak też się działo, ilekroć obrazoburcze treści z czanów przedostawały się do szerszej publiki).
Samo to nie jest jeszcze niezwykłe – wszyscy znamy zależność “kozak w necie, pizda w świecie”. Wiemy, że anonimowość nie zawsze sprzyja merytoryczności, że gorset społeczny tłumi naszą chęć wzajemnego pożarcia się w słowach. Przypadek anonów jest jednak bardziej szczególny. Wielu z nich jest również życiowymi nieudacznikami – są to zazwyczaj młodzi mężczyźni, odrzuceni przez grupy rówieśnicze, cierpiący na fobię społeczną, nierzadko też depresję. Sami określają się mianem przegrywów (to oni wymyślili to słowo, jak i inne, których użyłem i użyję).
Nawiasem mówiąc: ponieważ społeczności i subkultury internetowe są bardziej rozmyte, dynamiczne i bardziej się przenikają niż te w świecie analogowym, jeszcze trudniej powiedzieć o nich coś definitywnego. Mój opis jest w związku z tym tylko przybliżeniem. To, co dotąd napisałem, może się niektórym skojarzyć np. ze społecznością tzw. inceli (mężczyzn niezdolnych do znalezienia partnerki seksualnej), o których świadomość przedarła się jakiś czas temu do mediów głównego nurtu. Jednak nie wszystkie przegrywy są incelami, a niektóre, choć są, wyrzekają się tej łatki i całej ideologii, która się z nią wiąże.
Rzeczą, w której przegrywy wygrywają są memy. Anonimowe fora obrazkowe miały ogromny wkład w rozwój kultury memów. Wiele formatów, postaci czy zwrotów memowych swój początek miało w tych hermetycznych środowiskach. Z czasem zaczęły one docierać do coraz szerszego grona odbiorców. W tej chwili niektóre z nich są po prostu częścią wspólnej bazy pojęciowej, którą współdzielą ze sobą wszyscy młodzi ludzie i która jest dla nich tak oczywista, jak kiedyś oczywiste były nawiązania do Szekspira. Jednym z wielu przykładów wkładu czanów we współczesną kulturę jest tzw. Żaba Pepe (Pepe the Frog). Sympatyczny rysunek zantropomorfizowanej żaby (najczęściej samej jej głowy) pojawił się w tysiącach odmian. Pierwszy, oryginalny Pepe był wesoły, ale później powstały wersje smutne, zaskoczone, rozwścieczone, obrazoburcze, nazistowskie, rasistowskie, anarchistyczne, kapitalistyczne, buddyjskie, ortodoksyjne, dekadenckie, samobójcze, zamożne, napalone i wypalone. Żaba Pepe dla różnych osób znaczy różne rzeczy.
Przegrywom nie podoba się, że wytwory ich kultury zostały przejęte przez normików – tak nazywają ludzi zwykłych, przystosowanych do życia w społeczeństwie. Normictwo jest dla nich bezmyślnym bydłem, ogłupionym przez łatwość, z jaką przychodzi im życie w zgodzie z normami społecznymi. I chociaż z jednej strony chcieliby być normikami, z drugiej – gardzą nimi. Normicy nie doświadczyli “uszlachetniającego” cierpienia, które bierze się ze spierdolenia (stan bycia przegrywem). Ich uprzywilejowanie uniemożliwia im zrozumienie tego, z czym je się życie przegrywa. Konsumują więc kulturę przegrywów powierzchownie, nie wiedząc nawet, skąd pochodzi. Albo nawet gorzej – kradną ją i uzurpują sobie autorstwo (prawdopodobnie przypadek pisarza Malcolma XD, który przypisuje sobie autorstwo słynnego opowiadania o wędkarzu, dzięki czemu zyskał sporą popularność, wydał nawet bestseller). To nietypowy przypadek “apropriacji kulturowej” (przywłaszczania sobie elementów kultury mniejszości przez grupę dominującą) – zwykle mówi się o niej raczej w kontekście rasowym lub etnicznym, np. dredy noszone przez białe osoby. Tym razem zaś mowa o wykorzystaniu prac autorstwa mniejszości młodych, przeważnie białych mężczyzn.
Żaba Pepe stała się maskotką przegrywów. Podobnie jak Trump, gdy po raz pierwszy wystartował w wyborach prezydenckich. Niebojący się wygłaszania kontrowersyjnych opinii i celowo prowokujący – nie z chęci poszerzenia pola debaty, nawet nie z chęci wygrania, tylko z chęci rozjuszenia oponentów – spełniał tym samym definicję tzw. trolla. A że niemała część przegrywów to trolle, zobaczyli w nim swojaka.
Trumpowi pomogło jeszcze coś innego: cyferki w postach. Na czanach każdy z anonimowych postów posiada swój numer identyfikacyjny. Jeśli w numerze jakaś cyfra się powtarza (np. 15777), uznaje się to za znak od losu, który próbuje zwrócić uwagę na treść danego posta. Im więcej powtórzeń cyfry, tym większa waga wyróżnienia. W przypadku zaś gdy post zawiera przepowiednię, powtórzenia cyfr mają stanowić jej potwierdzenie. Działało to w szczególności na 4chanie (jedna ze stron), ponieważ częstotliwość publikowanych tam postów uniemożliwiała przewidzenie, jaki numer otrzyma nasz post.
Użytkownicy czanów mieli wrażenie, że los wyjątkowo upodobał sobie posty dotyczące Trumpa. Ilekroć pojawiał się wątek na jego temat, powtórzenia sypały się jak z rękawa. Najbardziej robiącym wrażenie “cudem” okazał się post z maksymalną liczbą powtórzeń – 77777777:
Kto wysyłał te znaki? Wkrótce okazało się coś, czego nikt się nie spodziewał: obudziło się prabóstwo.
Użytkownicy 4chana mają w swoim slangu słowo “kek”, które znaczy tyle co “lol” lub “haha”. Ktoś zwrócił uwagę, że w starożytnym Egipcie istniało prabóstwo o takim imieniu. Kek uosabia ciemność i chaos, przyjmuje zaś postać… żaby.
No dobrze, zbieg okoliczności jakich wiele. Ale na tym się nie skończyło. Ktoś inny odkrył, że w internecie figurki bóstwa Kek są od dawna dostępne do zakupienia. Cóż, nie brakuje przecież fanów starożytnego Egiptu – co więc w tym dziwnego? Uwagę zwróciły jednak hieroglify, które zostały umieszczone na figurkach:
Pierwszy hieroglif wygląda na siedzącego człowieka, drugi jest niczym komputer, trzeci zaś przypomina helisę. (R)ewolucja memowa?
Trump był pierwszym amerykańskim prezydentem, którego wizerunek tak bardzo wsparły memy.
Ale to nie koniec dziwnych przypadków. Kilku anonów natrafiło na intrygującą piosenkę z lat 80. “Shadilay” włoskiego zespołu… “P.E.P.E”! Tak wyglądała okładka albumu:
Żaba z różdżką. Przepowiednia?
To wszystko zostało odkryte wiele lat po powstaniu zarówno memów z żabą Pepe, jak i zwrotu “kek”.
Można nie wierzyć w byty nadprzyrodzone, lecz przy takich zbiegach okoliczności trudno dziwić się niektórym przegrywom, że poczuli się oni wysłannikami prabóstwa chaosu.
Wierzące przegrywy wykorzystały więc swoją moc twórczą, swój talent w kreowaniu lotnych memów, pomagając Trumpowi w wygraniu wyborów. Korzystając z zapału, z jakim normicy podbierają ich wytwory, podsunęli im memy, na których Trump był po prostu cool. Zgodnie z regułą, przekaz przedostał się do internetowego mainstreamu. I ciemność wygrała.
Niedawno pojawł się to na blogu wpis o kobietach w czarnych sukniach. Spodobał się Wam. Było dużo miłych reakcji, a Christine Ziegler przysłała mi dwa moje zdjęcia w czerwonych sukniach (dziękuję, Krysia!).
I tak się złożyło, że właśnie wczoraj przygotowałyśmy obie, Krysia Koziewicz i ja, zaproszenie do Polskiej Kafejki Językowej o, tak, o Krystynach w czerwonych sukniach.
Na tych zdjęciach to ja, Ewa. Pierwsza fota została zrobiona przez Christine Ziegler, druga pochodzi z filmu “Legenda Zygmunta Blask”, reżyseria Jemek Jemowit, kamera – Krzysztof Honowski; trzecie zdjęcie zrobiła Krystyna Koziewicz 24 lutego, podczas wernisażu prac powarsztatowych projektu Polkopedia w Regenbogenfabrik.
W dużym, stołowym pokoju czekała już na Filomenę, pachnąca dobrą, gorącą kawą, porcelanowa filiżanka. Kobieta jak zwykle najpierw przyglądała się gołębiom, raz od strony ulicy, a raz od podwórza, zanim zapaliła papierosa i zasiadła do codziennej, już prawie rytualnie parzonej i pitej kawy.
Dzisiaj czuła się dobrze, wyspana, co ostatnio było nie byle rzadkością.
Poczuła nawet przypływ świeżej, dobrej energii, z którą w ogóle nie wiedziała, co począć, również jakąś dziwną tęsknotę, której nie mogła długo zidentifikować; czy była to tęsknota za konkretną osobą, czy wydarzeniem, a może jakimś miejscem?
Kiedy się tak zamyśliła, zamykając jak zwykle oczy, nagle jakby usłyszała znajome szczekanie, a gdzieś z zielonej łąki wyłonił się jej ukochany pies Czaruś, będący już od bardzo dawna za tęczowym, psim mostem. Prawie czuła pod palcami jego miękką sierść, słyszała żałosne skomlenie, podobne temu, kiedy pod koniec życia zaczął już miewać najprzeróżniejsze psie dolegliwości. W sercu zaczęło ją ściskać, łzy jak małe groszki “sypały” się z oczu, zanim na dobre rozpłakała się nad utratą najlepszego przyjaciela, powiernika, towarzysza z bardzo wczesnego dzieciństwa.
Czaruś teraz cieszył się całym sobą, jak zwykle wachlując w okół ogonem…
Jakże często później bywała zazdrosna o psa pani Klary, Kajtka. Kajtek i Czarek pewnie gdzieś w zaświatach bawią się już razem – pomyślała z sentymentem i uśmiechem do samej siebie.
Czuła, jak ogromnie tęskni za tą zwierzęcą, bezinteresowną miłością i wiernością. Zrozumiała po śmierci Czarusia, że odejścia zwierząt nie da się nigdy porównać z odejściem człowieka: tu odchodzi najczystsza miłość, absolutna kwintesencja niewinności. Zwierzę nigdy, przenigdy nie uczyni świadomie, perfidnie, nikomu niczego złego, w odróżnieniu od człowieka.
Scenka 3):
Stacja: Tak mi Ciebie brak
Kobieta będąca od wielu już dni w podróży, wyglądała przez otwarte okno przedziału, gdy pociąg zbliżał się coraz wolniej do kolejnej stacji.
Silne słońce raziło ją w oczy, mimo, że była to już jesień. Założyła więc okulary słoneczne (miała je zawsze przy sobie), by spokojnie przyglądać się dużej, jasnej stacji, do której dojeżdżał pociąg. Nazwa wypisana była dużymi podświetlonymi literami, peron ozdobiony białymi chryzantenami, których nie brakowało akurat w październiku.
Ludzie wysiadający z pociągu wyglądali przeróżnie; jedni ubrani na czarno, jakby w żałobie, inni wyróżniali się tylko żałobnym wzrokiem, pełnym tęsknoty i oczekiwania, jakimś głodem w oczach, a inni z kolei ubrani w delikatne, pastelowe okrycia i raczej młodzi, szybciej podążali naprzód.
Kobietę ogarniało wszechobejmujące wzruszenie, tęsknota dla niej niezrozumiała, czuła się bezsilna nie rozumiejąc co umknęło w jej życiu, czego jej brakowało…
Wiedziała, że to ciągle nie jej stacja, by już wysiadać, uczucie to było ciągle za mało precyzyjne, by opuszczać już ten przedziwny pociąg.
Nie widziała ze zdziwieniem również, aby ktokolwiek wsiadał do niego, dziwne to – pomyślała – nikomu nie udało się żadne spotkanie, z tym kimś, tak oczekiwanym?
Fantom buszuje po sercu i mózgu, ucieka, przybiega, chowa bawiąc się,
płacze chichocząc, rozpylając zapachy, tak dzikiej tęsknoty…
Matka, dziecko, kochanka, ojciec, zmarły ktoś, żywy, nie ma ich, nie ma,
a nie dają spocząć, i wciąż trzeba czasu, by przestać już czekać.
Cierpliwa pasażerka zamknęła oczy i zobaczyła nagle ogród z tłumem ludzi, patrzących a to w niebo, a to w ziemię, z włosami rozwianymi od szalonego wiatru, gwiżdżącego w pustce bezmiernego rozczarowania.
Zmarł 23 lutego 2014 roku. Kiedyś zamieściłem TUTAJ o nim wpis, więc nie będę się powtarzał, ale w dziesiątą rocznicę śmierci Tadeusza Chyły chciałbym przytoczyć kilka faktów, które pominąłem poprzednio. Posłużę się znowu ściągawką z Culture.pl, w którym to portalu znalazłem biograficzną opowieść o artyście, pióra Janusza R. Kowalczyka.
Chyłeńkę, który miał w zwyczaju wszystko zdrabniać, nazywano ostatnim cesarzem ballady. W szarzyźnie PRL był artystą niezwykłym i wyjątkowym – jednym z najbardziej rozpoznawalnych wykonawców śpiewających ballady, które wówczas nuciła cała Polska. Łączył w sobie krańcowo różne cechy – silnego mężczyzny i lirycznego artysty. Zaczął jednak od malarstwa i był mu wierny do końca życia. Od Liceum Sztuk Plastycznych w Gdyni Orłowie. Później były studia na Wydziale Malarstwa Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Plastycznych w Sopocie, w pracowni Juliusza Studnickiego i Jacka Żuławskiego. Uprawiał malarstwo sztalugowe, ścienne i scenografię. Dyplom zdobył w 1961 r.
Było tak, pewnej nocy śnił mi się uporczywie pewien sen – uporczywie, tak jak to bywa niekiedy ze snami, rozwiązywałam wciąż od nowa to samo zadanie – miałam zrobić kolaż na temat słynnej Polki w czarnej sukni. Myślę, że to była reminiscencja przeprowadzonych 20 stycznia warsztatów, mających wzbogacić Polkopedię… hola, stop, bo mi główny temat ucieknie. No więc kolaż na temat tej kobiety, o której nic nie wiedziałam, tylko ta czarna suknia, długa, ozdobna, obfita, sugerująca, że chodzi o portret z XIX wieku. We śnie usiłowałam się dowiedzieć, kto namalował tę kobietę, czy Rodakowski?
Kalifornia, St Petersburg, Warszawa, Drezno, Monachium…
Gdzie tu zacząć?
Najlepiej w bliskim sąsiedztwie – złotodajne pola Ballarat – 120 km od Melbourne. Wspominałem na tym blogu o moich muzycznych doświadczeniach z tego miejsca – Źródła 7 – już wtedy nie uszedł mojej uwadze istotny fakt – w lutym 1858 roku odwiedziła Ballarat znana skandalistka Lola Montez i zaprezentowała tu swój słynny Taniec Pająka – Spider Dance. Podczas tego tańca powiewała swoją suknią odkrywając coraz wyżej swoje nogi aż… tu zdania są podzielone – niektóry widzowie widzieli jej majtki, inni widzieli, że nie widzieli majtek. Znalazł się jednak odważny dziennikarz, Henry Seekamp, który w swoim piśmie donosił, że majtki to sprawa drugorzędna, pierwszorzędny jest fakt, że pani Montez nie prezentuje żadnego tańca. Ta zniewaga krwi wymaga. Następnego dnia pani Montez odszukała dziennikarza w miejscowym barze i zaatakowała go szpicrutą…
W obu zlinkowanych reportażach zauważyłem zaskakującą informację: “After fleeing from the coup in Bavaria, Montez…” Zamach stanu w Bawarii?
Chwileczkę, zacznijmy od początku.
Kto się kryje za tym hiszpańskim nazwiskiem?
Niektóre źródła podają, że hiszpańska księżniczka, ja jednak pamiętam, kto masowo emigrował do Australii w połowie XIX wieku – Irlandczycy. Zgadza się! Lola Montez urodziła się w miejscowości Limerick jako Maria Dolores Elisa Rosanna Gilbert, córka niskiego rangą oficera marynarki brytyjskiej i senority Oliverres de Montalva. Gdy miała 3 lata, jej ojciec został wysłany służbowo do Indii, gdzie po kilku latach zmarł na cholerę. Senorita Oliverres wkrótce znalazła męża, a nieco później znalazła męża dla córki – 80-letniego sędziego. Maria Dolores uciekła z domu i wzięła ślub ze znacznie młodszym oficerem. Po kilku miesiącach małżeństwa mąż uciekł od Marii Dolores, a ona uznała chyba, że małżeństwo to bardzo śliska ścieżka, zmieniła nazwisko na Lola Montez i ruszyła na podbój świata. Paryż – tu oczarowała obu Aleksandrów Dumasów – ojca jak i syna. Drezno – Franciszek Liszt. Warszawa – tu zatrzymam się dłużej…
Encyklopedia Teatru Polskiego (Źródła 1) donosi: “…Przyjechała w tym czasie do Warszawy Lola Montez, córka byłego jenerała hiszpańskiego. Jako tancerka zrobiła z dyrekcyą umowę na pięć przedstawień, po 3000 zł. każde. Będąc piękną znalazła protekcyę w ks. Radziwille, w hr. Zamoyskim, Turkulle, ministrze, Franciszku Potockim etc. etc. Przy pierwszem wystąpieniu krzyki, oklaski protektorów i młodzieży krzesłowej zastąpiły niedostatek talentu, bo, prawdę powiedziawszy, było to z ujmą dla p. Turczynowiczowej i panny Wendt, pierwszych solistek baletu warszawskiego; oneby tę cachuchę kunsztowniej odtańcowały. (…) Nazajutrz posłała dyrekcya z uwiadomieniem, że od dalszych występów jest wolna. Ale tu protektorowie najechali Abramowicza z tem, żeby umowę wypełnić; że, wróciwszy do kraju, źle o Polakach mówić będzie; i wiele jeszcze innych uwag robili i póty od niego nie wyjechali, póki im nie przyrzekł, że za trzy dni znowu wystąpi. Przebiegła Hiszpanka zrozumiała, że są nieukontentowania publiczności i zapewniła się, że ją protektorowie podtrzymają. Nadto, bywając na obiadach u bankiera Piotra Steinkellera, prosiła go o protekcyę. Skutkiem tego Steinkeller rozdał sto biletów kowalom (których do 200 w jego fabryce na Solcu pracowało), z instrukcyą, żeby na niego uważali: jak tylko on klaskać zacznie, żeby i oni wszyscy walili w dłonie co sił mają. Rozpoczęła Lola taniec. Zaczęto sykać. Lecz kowale Steinkellera, gdyby grom, zagłuszyli sykaczów, którzy, wyszedłszy z cierpliwości, gwiżdżąc przeraźliwie z pomocą świstawek, pole otrzymali. Lola przestała tańczyć, orkiestra umilkła, a ona, wyszedłszy na przód sceny, powiedziała po francusku, że to gwizdanie jest dziełem, pochodzącem z tej loży – i wskazała na lożę Abramowicza. Spuszczono kurtynę, wszyscy się rozeszli. Nazajutrz rano wyszedł rozkaz ks. Namiestnika, żeby w przeciągu 12 godzin Lola Montez opuściła Warszawę. Posłał po nią wojenny gubernator, lecz do niego pójść nie chciała, tylko do księcia. Stojący za drzwiami policyant nie puścił jej, za co uderzyła go sztyletem, który ześlizgnął się po lakierowanym bandolierze. Policyanta zaraz zastąpiło dwóch żandarmów…”
Kolejny etap St Petersburg. Lola została przyjęta przez cara Mikołaja I na prywatnej audiencji. Biografia Loli (źródła 4) podaje dość niezwykłą relację z tej audiencji… Przerwało ją niespodziewane przybycie dowódcy frontu na Kaukazie. Car schował Lolę do szafy, aby móc się w pełni skoncentrować na sytuacji na froncie. Sprawa była poważna, car i dowódca musieli spotkać się z dowódcami armii, wyszli z pokoju, car zatrzasnął drzwi. Dopiero po kilku godzinach przypomniał sobie o Loli, wysłał adiutanta, aby ją uwolnił i przeprosił. Następnie przeprosił osobiście i dał jej 1,000 rubli rekompensaty.
Pora na podbój Bawarii… Rok 1846 – królem Bawarii był wtedy Ludwig I (dziadek Ludwiga II, który wymyślił zamek dla Disneylandu). Źródła (2) donoszą, że Ludwig I również był dziwakiem – nie używał karety, chodził piechotą po ulicach, pisał wiersze, zbudował świątynię Walhalla (źródła 3) ku czci wybitnych postaci “szeroko rozumianej kultury niemieckiej” – na tyle szeroko, że zmieścił się w niej Mikołaj Kopernik. Nic dziwnego, że gdy zobaczył Lolę Montez na scenie w Monachium, oczarowała go. Za pięć dni zaprosił ją jako oficjalnego gościa na dwór królewski. Po miesiącu nadał jej tytuł księżniczki Landsdorf, wybudował dla niej dom i wyznaczył pensję 20,000 florenów. To już był rok 1847 – Europa dojrzewała do Wiosny Ludów – Lola Montez panoszyła się w Monachium jak na swoim podwórku, była arogancka wobec królowej. Miarka przebrała się, gdy Lola zaczęła ingerować w skład rady uniwersytetu. Studenci zorganizowali masowe protesty, król wydał dekret zamykający uniwersytet na rok, protesty rozszerzyły się na całe miasto – rada lordów wydała dekret o wydaleniu Loli z Bawarii, tłum spalił jej dom. Ludwig I został zmuszony do abdykacji.
Lola przeniosła się do Szwajcarii, liczyła, że Ludwig I do niej dołączy, gdy to nie nastąpiło, pojechała do Anglii, gdzie wyszła drugi raz za mąż. Niestety okazało się, że jej rozstanie z pierwszym mężem nie było do końca formalne, oskarżono ją o bigamię, uciekła więc do USA. W Kalifornii trwała właśnie gorączka złota i występy Loli cieszyły się wielką popularnością. Chyba znowu zaszkodziła jej zbytnia fascynacja mężczyzn jej osobą – kolejny ślub, niejasności formalne – lepiej było przenieść się za kolejny ocean, czyli do Australii. W Australii Lola cieszyła się wielką popularnością wśród górników w kopalniach złota, media były raczej krytyczne.
Wpis zacząłem od relacji takiego właśnie, krytycznego odbioru, w wyniku którego doszło do pojedynku na szpicruty. To wydarzenie uwiecznił australijski kompozytor – Albert Denning – w utworze “Lola Montez, Polka” szpicruty strzelają gęsto – KLIK. W maju 1856 roku Lola wyruszyła w podróż powrotną do Kalifornii. Próby powrotu na deski sceniczne nie były udane – Lola spędziła ostatnie lata życia wygłaszając umoralniające pogadanki. Zmarła 17 stycznia 1861 roku w wieku 40 lat.
Propozycja:
Autor proponuje byśmy, zważywszy fakt, że Lola urodziła się w Limerick, napisali limeryki na jej temat. Limeryki były już na tym blogu po kilkakroć, można więc szybciutko znaleźć stosowne informacje, tu przypomnę więc tylko, że mają one konstrukcję aabba i najlepiej by wers pierwszy się zaczynał się, a ostatni kończył nazwą jakieś miejscowości. Limerykom bynajmniej nie szkodzi odrobina frywolności. Dla zachęty spróbuję więc:
Pewien pająk z Lolą w Ballarcie, podskakiwał tańcząc zażarcie aż Lola majtki zgubiła niesławy się dorobiła i już nigdy nie tańczyła w Pagarcie
Nie jest to szczyt kunsztu limerykowego, ale na lepsze rymowanki nie mam czasu. Piszcie Wy, Kochani.