Druga wojna światowa, od początku jej rozpoczęcia to znaczy od września 1939 roku, zwłaszcza do czerwca 1941 roku dla nas, Polaków była dramatem wręcz niepojętym. Naród nasz musiał się zmierzyć nie tylko z agresorem zachodnim czyli faszystowskimi Niemcami, ale także od 17 września z kolejnym okupantem czyli Związkiem Radzieckim. Od początku wiadomym było, że państwo polskie nie jest w stanie obronić swojej suwerenności jednocześnie przed faszyzmem i komunizmem. Nic więc dziwnego że zarówno Niemcom jak i Rosjanom wystarczyło kilka tygodni, żeby całkowicie militarnie pokonać nasz kraj. Pakt Ribbentrop – Mołotow wszedł w życie. Polska podzielona została na dwie strefy wpływów. Zawarte wiosną 1939 roku umowy Polski z Anglią i Francją, które miały być gwarantem militarnego wsparcia w przypadku napadu hitlerowskich Niemiec na Polskę, pozostały tylko na papierze. Bezbronna, pozostawiona na łaskę najeźdźców Polska, bez wojska i bez rządu, który uciekł najpierw do Rumunii, a następnie dalej na Zachód, na kilka lat pozostała w rękach oprawców.
Od adminki: podoba mi się myśl, że woda to coś więcej niż kranówka i Perrier, tylko ta argumentacja, dokładnie taka jak we wszystkich innych spiskowych teoriach świata. Szkoda! To by się chyba dało inaczej napisać. Np. tak jak w tej wspaniałej książce, która opowiada się za wolnością nauki i prawem do porażek.
Wpis podsunięty mi na Facebooku przez algorytm, algorytmowi spodobał się on u Zbycha Milewicza, jemu to podsunął Ryszard Piotr, a autorem jest…
Upał. Ja nie mam siły wymyślać tematów, ale moi Autorzy najwyraźniej też nie mają siły. A tu tymczasem szykuje się wyjazd na tydzień, kiedy na pewno nie będę miała czasu, żeby znajdować i konstruować jakieś ciekawe wpisy.
O czym tu pisać? Dobrze, że mam wzory smętnego pytania samego siebie, o czymżeż by tu napisać. Przypomnę Wam. Bo znać znacie, ale czy pamiętacie. Jeśli pamiętacie, przepraszam. Ale na berlińskim bruku niektóre z tych uwag po tylu latach nadal uderzają trafnością. A ponieważ moje Czytelniczki i Czytelnicy rozsiani po świecie, to zapytam: a u Was też tak jak tam ongiś na paryskim bruku? Te swary? I to, żeśmy nieproszeni goście? I ten kraj jedyny, jaki się nam ostał, kraj lat dziecinnych?
Gdy moi bliscy angażują się w aktywizm przeciwko cierpieniu zwierząt, mam wrażenie, że i ja powinnam coś zrobić. Oni wychodzą na ulice. Też pewnie powinnam, ale na zasadzie, “nie angażuj się wszędzie, bo będziesz śmieszna”, z reguły starannie wybieram i ulice, i protesty. Zresztą wszyscy aktywiści to wiedzą, nie da się walczyć o wszystko. Ale jednak “cierpienie zwierząt” to bardzo bolesny temat.
Jestem pisarką i blogerką, sięgnę więc do literatury.
Sigrid Nunez, The Friend. Postanawiam przetłumaczyć fragment rozdziału 5, który mną po prostu wstrząsnął. Nie znałam tej pisarki, nie czytałam, niczego co napisała. Ale myślę, że to wielka autorka. “Przyjaciel”, który jest tytułem tej książki, to Apollo, ogromny dog, którego narratorka otrzymuje w spadku po samobójczej śmierci swego ludzkiego przyjaciela.
– Czytałaś o sprawie mastifów tybetańskich? Rzeczywiście czytałam artykuł w Timesie i próbuję to powiedzieć, ale ta kobieta i tak musi mi go zrelacjonować. Jeszcze kilka lat temu mastif tybetański był w Chinach symbolem statusu, luksusowym obiektem, za który płacono nawet równowartość 200 tysięcy dolarów, a mówi się, że niektóre szczeniaki osiągały cenę miliona dolarów. Gdy gorączka rosła, hodowcy zaczęli produkować coraz więcej mastifów. A gorączka nagle spadła. Uznano, że psy wcale nie są tyle warte, jedzą za dużo i są trudne do okiełznania. A to sprawiło, że na ulicach miast pojawiło się mnóstwo porzuconych mastifów. Władze komunalne nakazały wyłapywanie psów, co odbywało się brutalnie. Niekiedy psy zdychały. Resztę odesłano do rzeźni. Prawdę mówiąc nie była to historia, którą chciałam usłyszeć jeszcze raz. Gdy idę z Apollem na spacer, niekiedy spotykam tę kobietę, jak wyprowadza na spacer dwie swoje łagodne kundelki, matkę i córkę. Opowiada mi o mastifach, a potem od razu przechodzi do następnego tematu, który jednak dotyczy tego samego – okrucieństwa hodowli psów rasowych. To, czego chciała natura, mówi, to, co powinno istnieć, to kundle. A co mamy? Collie głupie jak but, neurotyczne owczarki, mordercze rotweilery, głuche dalmatyńczyki i labradory, które są tak spokojne, że możesz im wystrzelić nad uchem z karabinu, a one i tak nie będą podejrzewały, że może być niebezpiecznie. To takie jarzyny w futrach, kaleki i idioci, socjopatyczne psy, o za cienkich kościach lub zbyt tłustym mięsie. Takie monstra otrzymujesz, jeśli produkujesz zwierzęta, żeby zaspokoić ludzkie zachcianki. To powinno być traktowane jak przestępstwo. (Myślałam, że kobieta zmyśla, gdy opowiedziała mi o pointerach, które zamarzają w dziwacznej pozie wystawiając zwierzynę i nie można ich przywrócić do normalnego stanu, ale okazało się, że mówi prawdę). – Jest mi niedobrze, mówi kobieta, gdy pomyślę, o tym jak świat będzie wyglądał za pięćdziesiąt albo sto lat. Czarno to widzę. Ale potem wzrusza ramionami i mówi, że to i tak bez znaczenia, bo wtedy Ziemia będzie już całkiem zniszczona, po czym zabiera swoje kundelki i odchodzi. A ja zostaję i muszę myśleć o mastifach. Te psy są znane ze swojej ogromnej postury i grzywy, która sprawia, że przypominają lwy, ale poza tym wiadomo, że są nadzwyczaj lojalne w stosunku do właściciela i obdarzone ogromnym instynktem opiekuńczym. O czym więc myśli mastif wyrzucony przez swojego pana i wraz ze stadem innych mastifów wepchnięty do ciężarówki, która zawiezie je do rzeźni. Czy pies rozumie, że został zdradzony? Myślę, że nie. Myślę, że ostatnią myślą mastifa w drodze do rzeźni jest pytanie, kto się teraz będzie opiekował moim panem?
Ewa Maria Slaska po inspirującej rozmowie z Viatorem
Jak kończy się nasz świat?
Rozmawialiśmy któregoś dnia z Viatorem, że myśli mamy schyłkowe. Wspomnieliśmy więc Boecjusza, bo to chyba najsłynniejszy pocieszyciel w historii literatury i filozofii. Człowiek, który szykuje się na własną śmierć i pomaga nam spojrzeć w Kres i Bezkres.
Ale, powiedział Viator, Romulus Wielki bardziej by tu pasował, bo na razie nie my idziemy pod katowski topór, tylko świat cały. Dürenmatt, nie wiem, czy pamiętasz? Romulus Wielki, ostatni cesarz rzymski, odchodzi w chwili, gdy świat właśnie upadł. A nie Aecjusz, ostatni Rzymianin?, pytam, bo lepiej pamiętam Parnickiego, niż Dürenmatta
Nie, powiedział Viator, Aecjusz się miota, intryguje, walczy, próbuje ustawić historię na swoją modłę. Dwoi się i troi. Interweniuje. Zabija, mianuje. Marzy mu się nowa dynastia, sława, chwała, splendory. Ratunek dla upadającego cesarstwa.
A Romulus Augustulus hoduje kury, czyta Marka Aureliusza i stopniowo pozbywa się balastu, jakim jest Imperium. Romulus Augustulus, Auguścik, Romulus jak założyciel Rzymu, Augustulus jak taki umniejszony pierwszy cesarz.
Dürenmatt twierdził, że napisał dramat niehistoryczny. Z reguły, twierdzi autor, to Historia powoduje, że bohater musi stanąć na wysokości zadania. My też tak myślimy. Stanąć, powstać, sprzeciwić się, nie pozwolić. A Dürenmatt każe nam spojrzeć na to wszystko, na cały ten zgiełk z innej perspektywy, ujrzeć sytuację, w której bohater nie robiąc zgoła nic, pozwala odejść staremu światu, po to by mógł się zrealizować nowy.
Rzym upadł. Germanie splądrowali miasto i zhołdowali Imperium. Nowym królem zostanie Odoaker. Cesarz i jego świta spędzają ostatnią noc w letniej willi nad morzem w Kampanii. Wszyscy uciekają, ratując, co tylko się da, pensje, stanowiska, łaski nowego władcy, przedmioty. Nie ma statków, łodzi i kutrów. Cesarzowa Julia, córka i żona cesarzy, jak zwykła przekupka zabiera wszystko, co ma jakąkolwiek wartość, aby odpłynąć na tratwie. Tratwa utonie, a wraz z nią cesarzowa, jej córka, służba, czajniki, nocniki, szlafroki, banany i parawany. Cesarz zostaje sam i gotowy na śmierć, z godnością czeka na pogromcę i następcę. Ale nie, Odoaker nie zabija Romulusa, odsyła go na emeryturę. Niezwykły los w historii Cesarstwa Rzymskiego, gdzie podstawową przyczyną zgonu kolejnych władców jest zabójstwo, morderstwo, może kara śmierci.
Romulus nie ma nic, gdy odchodzi ze sceny Historii, trzymając pod pachą ostatnią rzecz, ostatni przedmiot, jaki mu pozostał, popiersie swego słynnego imiennika, tego pierwszego Romulusa, którego wilczyca wykarmiła własnym mlekiem. Odchodzi z najwyższą godnością. Tak nam dopomóż Bóg, obyśmy też tak potrafili.
od wielu miesięcy daję ci możliwość zapoznania się z naszą wspólną, polsko-ukraińską historią, widzianą oczyma miłośnika i badacza przeszłości.
Jednakże tym razem, w związku ze zbliżającą się kolejną rocznicą naszej narodowej tragedii, dramatu, jaki wydarzył się podczas drugiej wojny światowej, rocznicą ludobójstwa, dokonanego na polskim narodzie na Wołyniu, które początek swój miało 11 lipca 1943 roku, postanowiłem w tym tygodniu upamiętnić tę rocznicę kilkoma wierszami.
Wiem, dla niektórych temat ten jest do dzisiaj tematem tabu.
Punkt widzenia polskich historyków i punkt widzenia ukraińskich historyków jest tu z pewnością różny.
Mówię o dramacie narodu, dramacie ludzi, którzy ze względu na swoją odmienną, nie ukraińską etniczność zostali w bestialski sposób zamordowani, często przez ukraińskich nacjonalistów, niekiedy przez zwykłych przedstawicieli narodu Ukrainy. Wydarzenie to musi zostać nazwane dokonaną przez wspólnotę ukraińską czystką etniczną.
Nie chcę tu opisywać tego bestialstwa, bo i uwierzyć byłoby Wam trudno.
Wszędzie podczas spotkań autorskich, które często dotyczą też tego dramatu, zwykłem powtarzać, że człowiek, który nie zna swojej historii i prawdy o swoich przodkach, prawdy o swojej przeszłości, o swoich korzeniach, pochodzi znikąd, nie istnieje. Żeby budować teraźniejszość, żyć teraźniejszością, musieliśmy posiadać przeszłość. To od nas samych, od tego, jak bardzo chcemy poznać prawdę o naszych przodkach, prawdę historii, zależy to, w jaki sposób będziemy postępowali dzisiaj. Jeżeli przeszłość budowana była prawdą, to budowana przez nas teraźniejszość będzie prawdą i będzie fundamentem prawdy dla przyszłości.
Dlatego też staram się, tak jak inni badacze (abstrahując historyków populistycznych), przypominać również tę konkretną prawdę o Wołyniu.
Pragnę również przestrzec Was przed populizmem. Nauczyłem się nie tylko słuchać, ale również analizować to, co mówią publicyści i historycy, także ci wykorzystywani dla potrzeb politycznych i populistycznych. Staram się nie poprzez emocje, a racjonalne myślenie poszukiwać w ich wypowiedziach prawdy. Bo to o prawdę nam wszystkim powinno chodzić.
W cieniu Prawdy – Wołyń
Odnalazłem groby tamtego Wołynia Zasadziłem między krzyżami, piwonie. Wyglądały jak gołębie czekające lotu. Jak dwie w modlitewnik ułożone dłonie.
Zobaczyłem urodzaj zaoranej ziemi Ludobójstwo ukryte przed oczyma świata I Dusze błądzące wrogą im przestrzenią Czekające prawdy, by narody zbratać
Lecz ta polska prawda powoli zanika. Kat Wołynia „Gierojem” „złotem jest milczenie” Spadkobiercy ofiar, zbrodni spadkobiercy. Tragedię Wołynia niosą w… zapomnienie.
Nam, nie wolno zapomnieć lecz, pamiętać trzeba Dopóki słychać jęki przydrożnych kamieni I dopóki kości przodków, naszych braci W ukraińskiej leżą niegodnie, przestrzeni.
By wybaczyć krzywdy, żyć wewnętrznym mirem Potrzeba pokory, przyznanie win swoich…, Lecz jakże wybaczać, za co, no i komu ? Gdy miast prawdy dzisiaj, naród kłamstwo woli.
Brom 11 Lipca 2024
A ty ziemio.
A ty ziemio znowuż rodzisz. Rozwichrzone złote włosy Na nich jako łez pereł sznury Życiodajny wiszą kłosy
A ty ziemio znowuż wołasz. Ranną rosą żeńców w łany Czas postrzyżyn znowuż nastał Z chabrów wianki plotą panny
A ty ziemio wciąż zapraszasz Zapach chleba w dal rozsiewasz Zaś w przestrzeni twej, kresowej Słowik rzewnie psalmy śpiewa
A ty ziemio, ziemio ojców W której do dziś Pan Bóg drzemie Czekasz na twych synów z ucztą Nadaremnie, nadaremnie
Bo ty ziemio przytuliłaś ich do siebie. Twym ramieniem snu wiecznego troski Rodzisz ziarno z krwi i zapomnienia Tam, gdzie stały na Wołyniu kiedyś wioski
Berlin 02.08.2020
Tylko to pozostało
W zapuszczonej zagrodzie Historia śpi wciąż spokojnie Czeka swojego przebudzenia Kolejnego aktu prawdy
Tylko dziko rosnąca jabłoń Od zawsze wierna ziemi Na której kiedyś kwitło życie Dzisiaj rodzi ocet w owocach
Tylko stary przygarbiony żuraw Zginając zmurszały kark Zagląda do pustej studni Trwa w żebraczej pozie
Gliniany pusty dzbanek Leży obok jakoby krzyża Okryty wilgotnym mchem Przypomina o przemijaniu
I mur z ciemnego kamienia Podobny nieco do ściany płaczu Proszący o proste psalmy W intencji dawno odeszłych
A w starym dębowym pniu Ukryte dusze przeszłości Wołają o głos sumienia Wołają w niemą przestrzeń.
Wspomniała o niej Beata Stasińska na Facebooku: Monika Helfer „Ojczulek” , i „Hałastra. Napisała, że to interesujący kierunek w prozie wiejskiej, na razie tylko w przekładach. Nie wiem, czy się zgadzam, wydaje mi się, że w polskiej prozie wiejskiej dzieją się dobre rzeczy, wystarczy sam tylko Łukasz Barys i jego Jeśli przecięto cię na pół, ale Beata, wydawczyni wydawnictwa Sic! widzi to pewnie inaczej.
Oczywiście muszę teraz przeczytać obie te książki, skoro Beata nawet nie napisała, w której z nich, jest to zdanie o pięknym wydaniu Don Kichota, ale to nieważne, bo rozumiem, że ono w tej historii intensywnie funkcjonuje. Zanim o tym poczytam, pokażę Wam jeszcze inne fragmenty życia baratarystów.
***
Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny przybył do Berlina swoją kolejną łódką-wózkiem. Wędrował od Krosna Odrzańskiego kanałem Odra-Szprewa przez Grünau na Tempelhof. W Berlinie był trzy dni i spędził je intensywnie. To była wędrówka, którą wspólnie zaplanowaliśmy w marcu. I ta łódka się wtedy na tę wyprawę szykowała.
W czerwcu jednak przybyła ta łódka.
Płynęła dzielnie i równie dzielnie jechała na kółkach, ciągniona przez Don Kichota Marka Szaleńca Odrzańskiego.
Ok północy w czwartek przybyli. Zjedli co nieco, wypili co nieco i walnęli się spać. A przespawszy 12 godzin, Marek zdjął worek z wysokich krzaków przed domem. Worek pojawił się tam już w marcu, natychmiast potem, jak Marek wyjechał z Berlina. Przez te trzy miesiące nikt go nie zdjął, ani człowiek, ani zwierzę, ani wiatr.
W piątek Marek odwiedził (bez łódki) Polską Kafejkę Językową, gdzie rozmawialiśmy o zdrowiu i chorobie, w III Rzeszy, i w ogóle. W sobotę był z łódką na Polu Tempelhof na pikniku Polskiego Towarzystwa Szkolnego Oświata z okazji Najdłuższego Dnia w Roku.
Z kolei w niedzielę odbyliśmy (bez łódki) spacer miejski w samo południe (a był to, jak dotąd, najgorętszy dzień w roku!) w poszukiwaniu … piły!
Niedziela, jako się rzekło. Upał, wszyscy sąsiedzi wybyli z domu nad wodę na czerwcówkę, nie ma od kogo pożyczyć. Sklepy zamknięte, nie ma jak kupić. Pchli targ, taki byle jaki, typu mydło i powidło, gdzie spodziewałam się, że ani chybi dostaniemy piłę, był nieczynny. Gdy tam dotarliśmy w lejącym się na łeb skwarze, zastaliśmy pusty parking. Nie było żadnej kartki i żadnej informacji w internecie, po prostu miał być pchli targ jak zawsze, ale nie było.
Zrozpaczona upałem i niebyciem targu powiedziałam, “no, żeby to był kubek, garnek albo talerz, to pewnie byśmy je znaleźli na ulicy, ale piłę! Piły siłą woli nie wyczaruję!”
Pojechaliśmy na niepewne, nie wiedząc, czy coś z tego wyniknie, odwiedzić zaprzyjaźnione ogródki działkowe, gdzie może nic się nie dzieje, ale przecież wszyscy zawsze mają piły. I tak było! Jubilation. Pożyczyliśmy piłę i ruszyliśmy z powrotem do domu. Na uliczce wśród ogródków stała skrzynka, z której można było sobie wziąć, czego człowiek potrzebował.
My wzięliśmy piłę! Okazaliśmy się jednak bardzo skuteczni. Wyczarowaliśmy piłę. Szkoda, że dopiero wtedy, gdy mieliśmy już tę inną. Tak to pewnie zawsze jest ze stosowaniem magii, aby uzyskać zamierzone cele. Gdy stosuje się technikę, wszystko da się wymierzyć. Dlatego Sławosz, choć z opóźnieniami, doleciał jednak do tej Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, a my jak już wyczarowaliśmy sobie piłę, to wtedy, gdy nie była nam już potrzebna.
Mieliśmy więc dwie piły!
Marek przeciął łódkę na pół i wraz z dwoma starymi rowerami, które rozmontował, zapakował do piwnicy, gdzie teraz czekają na lepsze czasy. Nie wiem, jak to zrobił, bo w piwnicy już przedtem nie było miejsca! No nie było! Jak miało być, skoro od 16 lat, czyli od przeprowadzki, stoi tam 16 kartonów książek, których nijak nie dało się zmieścić w mieszkaniu? Są też różne inne klunkry, jak to w piwnicy, elementy jakichś nie ukończonych dzieł sztuki nowoczesnej, liczne wentylatory (lata w Berlinie są coraz gorętsze, wentylatorów trzeba coraz więcej!), ciuchy, których nie noszę, ale jeszcze nie wyrzuciłam, transparenty i ulotki, wydawałoby się, że już nieaktualne, np “Uwaga zły PiS”! Ale teraz nie wiadomo, czy znowu nie okażą się potrzebne. Rozłożony na części manekin kobiety ponad naturalnej wielkości, ze szczotką do butelek wystającą z brzucha, bo szczotka okazała się najlepszym łącznikiem między jej górą a dołem. Znalazłam ją kiedyś na ulicy. Miała wtedy skrzydła z czerwonych maków. Użyliśmy ich podczas wydarzeń o Irenie Bobowskiej, w polskiej mitologii maki to przecież krew. Kobieta nie ma już więc maków, ale nadal jest i ma szczotkę w brzuchu. Teraz osłania ją przepiłowana na dwie części łódka.
Marek wyjechał autobusem jak zwykły człowiek. W mieszkaniu wałęsają się porzucone łańcuchy, śruby i mutry. Przyszły dwie burze po kolei i każda stłukła jedną wielką donicę na balkonie. Może naraziliśmy się jakimś pająkom.
Bardzo to wszystko interesujące. I bardzo baratarystyczne.
może zacznę od tego snu kierownica była z porcelany wjechałam autobusem w regał w rogu pokoju posypały się na podłogę wszystkie podręczniki i mapy
poprawiłam tyłem ścianę jakby można było cofnąć cokolwiek nie patrząc w lusterka
oczywiście nikt nie uwierzy że to przez hamulce będzie, że to ja tak źle prowadzę
potem spadłam autobusem z rampy łóżka na oczach moich przyszłych pasażerów na pewno wezwą policję a to po prostu rampa była tak wąska jak wstyd początkujących kierowców
widzę ich miny nikt już przecież nie wsiądzie tak straciłam pierwszych pasażerów oraz licencję kierowcy autobusu bezpowrotnie
i
to był bardzo dobry początek mojej kariery zawodowej
ostatecznie po wielu przemyśleniach zostałam opiekunem szlaków górskich ścieżek z luźnych kamieni na których można uczyć się łapać równowagę
tam każdy sam pokonuje wybraną trasę mogę pokazać jedynie jak stawiać stopy odmówić wyjścia w deszczu
reszty dowiadują się sami
na przykład tego że dopiero w drodze powrotnej podręczny bagaż odkrywa swój prawdziwy ciężar
Wydaję właśnie drukiem powieść o pokoleniu Solidarności. W ostatecznej redakcji kilka fragmentów wyrzuciłam po prostu, a kilka przeniosłam tu. Oto drugi. Z ciężkim sercem usunęłam z powieści tenj rozdział, bo do niej nijak nie pasuje. Umieściłam go w powieści, bo pisałam w niej o teorii dwóch wolności Isaiaha Berlina, ba, stały się one jej główną osią filozoficzną. Ta opowieść jest jej strasznym uzupełnieniem. Publikuję je tutaj, bo to wzruszające i wstrząsające zarazem.
Ewa Maria Slaska
Wszyscy marzyliśmy o wolności. Nie wiedzieliśmy jednak, że są dwie.
Nikt z nas, w tym również żaden myśliciel nie jest w stanie sprostać temu, co myśli i głosi etyka. Etyka jest wymagającą władczynią, a etyk nie jest lepszy od innych filozofów, a filozofowie w niczym nie są lepsi od innych myślących ludzi. Możemy wyznawać nie wiadomo jakie ideały, ale jesteśmy po prostu i tylko ludźmi. Idealizm nas przerasta. Owszem, może nam służyć jako drogowskaz, ale nie umiemy żyć jako byty idealne. Powiem wręcz jak starożytni Grecy, jesteś winny, bo się urodziłeś, wszyscy jesteśmy winni.
Bohaterami tej opowieści są (późniejszy) filozof Isaiah Berlin i poetka Anna Achmatowa. Rzecz dzieje się w roku 1945. On jest młodym pracownikiem ambasady brytyjskiej, ona o 20 lat starsza, znaną, uznaną i prześladowaną poetką. Gdy była młoda, jej portrety stworzył Modigliani, z którym miała romans w roku 1806 w Paryżu, nota bene w czasie podróży poślubnej.