Berlin okiem flâneura i nomady (3)

Maciej Dudziak


Przechodząc przez most. Flâneur na Oberbaumbrücke


Stoję na moście. Na Oberbaumbrücke. W miejscu, które nie należy już do żadnej dzielnicy, a jeszcze nie należy do kolejnej. Jestem pomiędzy – i to pomiędzy ma w sobie ciężar historii, rytm współczesnego życia i ciszę, która nie daje się zagłuszyć tramwajowemu stukotowi ani śmiechom turystów. Przechodzę, ale nie tylko fizycznie – przechodzę przez coś, przez niewidzialny próg, przez napięcie między przeszłością a teraźniejszością, między znajomym a obcym, między zamieszkanym a tylko użytkowanym. Jestem tu jak flâneur Benjamina – chodzę po mieście nie po to, by gdzieś dojść, ale by widzieć to, czego inni nie widzą. I to właśnie tutaj, na moście, widać najlepiej.

Continue reading “Berlin okiem flâneura i nomady (3)”

Będzie o lwach i o zoologu w Poznaniu, i o poetce.

Ela Kargol

Nie wiem, czy dzisiejsi poznaniacy chodzą jeszcze do zologu, czy już tylko do ogrodu zoologicznego.

Ja pamiętam zolog. W słownikach gwary poznańskiej znajduję i zolog, i zoolog, a nawet z niemiecka colog. Niektórzy odwiedzają ogrody zoologiczne przez całe swoje życie. Ja to robiłam w wieku wczesnej młodości, a potem wczesnej młodości moich dzieci, ewentualnie towarzysząc komuś w wyprawie do Zoo.

Zolog w Poznaniu jest już wiekowy. Mam na myśli ten stary zolog – Stare Zoo. Do niedawna jeszcze uliczne drogowskazy wskazywały w mieście do niego drogę. A może jeszcze wskazują. Podobno Poznań jest jedynym miastem w Polsce, które ma dwa ogrody zoologiczne. Ja wyrastałam w czasach, gdy był jeden. Nowe Zoo wlaśnie budowano. A gdy je otwarto, to kiedyś poszłam z ciekawości. Nachodziłam się dużo, zwierzęta oglądałam z daleka, bo polepszyło im się metrażowo. Zobaczyłam niewiele, bo wszystko było zbyt oddalone, zwierzęta korzystały z „wolności“ i możliwości chowania się przed ciekawskim wzrokiem.

Nie to, co lew w klatce w starym Zoo. Jak zaryczał, to głos niósł się po całych poznańskich Jeżycach. A słonicę Kingę można było prawie pogłaskać. Lwie klatki, gdy lwów zabrakło, udostępniono artystom. Teraz w tych pomieszczaniach otwarto Muzeum Historii Zoo i Lwa w Poznaniu.

W tym roku późnym latem znowu poszłam do zologu. Przypadkowo. Chciałam odwiedzić mieszkanie Kazimiery Iłłakowiczówny – poznanianki nie z wyboru, lecz jak sama pisała o moim mieście, osoby przebywającej tu na wygnaniu.

Czy rzeczywiście tak było? Nie sądzę. Mieszkała na Gajowej, niedaleko zologu.

Nie doczytałam, że do mieszkania można wejść tylko po uprzednim się zgłoszeniu i tylko raz w miesiącu. Przed kamienicą na progu zapraszający napis Salve, więc weszłam. Zachwycona klatką schodową i niebieskim światłem wpadajacym przez niebieskie szybki podeszłam pod drzwi mieszkania poetki. Na skwerze przy dawnej zajezdni tramwajowej, widocznej z okien pokoju Iłłakowiczówny, znajduje się tablica upamiętniająca Czerwiec ’56 i fragment jej wiersza, wiersza manifestu o Poznańskim Powstaniu z1956 roku, Rozstrzelano moje serce…

Kawałek dalej wśród innych poznanianek z Jeżyc znajduję jej wymuralowany portret.

Nie wiem, czy chodziła do zologu. Pamiętam jej wiersz o pegazie, o tym z Teatru Wielkiego i o pewnym panu Gulczyńskim, który go dosiadł, a pegaz mimo wszystko nie poleciał. Pan Gulczyński, powstaniec poznański z 1956 roku, nielubiany przez pegaza i cenzurę, wdrapał sie na szczyt poznańskiej opery, aż milicja, a potem cenzura musiały interweniować.

Jest w Poznaniu na Operze Pegaz,
jak chce, to on leci, a jak chce, to biega
po Sołaczu, Łazarzu, po Krętej, po Młyńskiej…
Czy nie tak, panie Gulczyński?

Pegaz pozostał niewzruszony na szczycie poniemieckiego budynku cesarskiej dzielnicy, lew i pantera także.

Ale oni żyją własnym życiem poza zologiem. Obracają się w innych kręgach. Nawet pantera uniknęła klatki, bo Rilke o niej zapomniał.

Zolog powstał znacznie wcześniej niż gmach opery, znany, jak go już wzniesiono, jako Deutsches Stadttheater.

Dawniej przy ulicy Dworcowej, dziś Zwierzynieckiej znajdował się dworzec kolejowy i Stacja Kolei Stargardzko-Poznańskiej.

Tuż obok działała dobrze prosperująca restauracja, w której chętnie spotykali się miłośnicy gry w kręgle. Dworzec zniknął z miejskiego krajobrazu, ale ulica pozostała. Najpierw nosiła nazwę Tiergartenstrasse, by ostatecznie stać się Zwierzyniecką.

Skąd taka nazwa ulicy?

Początek tej niezwykłej historii miał miejsce właśnie w restauracji dworcowej podczas 50. urodzin jednego z członków Klubu Kręglarzy. Koledzy, skorzy do żartów postanowili uczcić ten jubileusz w nietypowy sposób. Podarowali jubilatowi 12 zwierząt: kozę, owcę, miniaturową świnię, kota, królika, wiewiórkę, gęś, kaczkę, kurę, pawia, tresowaną małpę i niedźwiedzia. Obdarowany pozostawił zwierzęta w ogrodzie restauracji dworcowej, najprawdopodobniej pod fachową opieką i za zgodą właściciela.

Zwierzyniec z czasem się powiększał, ku uciesze nie tylko kręglarzy, ale też mieszkańców miasta.

Trzy lata później, w 1874 roku powołano do życia Towarzystwo Akcyjne Ogród Zoologiczny, a rok później powstało Stowarzyszenie Ogród Zoologiczny, z zarządem, członkami i dotacją od miasta. W 1883 roku obowiązki prowadzenia ogrodu przejął Robert Jaeckel (1851–1907). Choć nie brakowało głosów krytyki wobec jego autorytarnego stylu zarządzania ogrodem zoologicznym, Jaeckel zyskał uznanie za swój zapał, skuteczność, bezinteresowność i ogromny wkład w rozwój poznańskiego „zologu”. To właśnie dzięki jego staraniom udało się wykupić od Kolei Państwowej budynki dawnego dworca i restauracji. Słonica Kinga, którą pamiętam, zamieszkała w starej parowozowni.

Powiększono i zagospodarowano teren ogrodu, powstały nowe pawilony, ozdobny staw, grota, alpinarium, lwiarnia, małpiarnia.

Trzy lata po śmierci Roberta Jaeckla postanowiono uczcić jego pamięć odpowiednim monumentem. Ku zaskoczeniu, a nawet oburzeniu wielu poznaniaków, zamiast pomnika przedstawiającego zasłużoną postać, odsłonięto rzeźbę lwa, króla zwierząt. Autorem dzieła był wybitny berliński rzeźbiarz-animalista August Gaul, twórca wielu już wyrzeźbionych zwierząt. Pomnik przetrwał do dziś. Może ze względu na to, że przedstawiał lwa, nie został po wojnie strącony z cokołu, Wyryty po niemiecku napis: Dem Begründer des Tierparks zum Gedächtnisse („Założycielowi ogrodu zoologicznego ku pamięci”) z czasem uległ zatarciu. W latach 70. XX wieku, dla pewności, by nikt nie próbował go odczytać, przykryto go tablicą z nowym napisem:

W TYM MIEJSCU POWSTAŁ 100 LAT TEMU
POZNAŃSKI OGRÓD ZOOLOGICZNY
POZNAŃ, WE WRZEŚNIU 1974 R.

Oficjalną nazwę pomnika zmieniono na „Pomnik 100-lecia założenia ZOO” .

Bardzo podobny lew stoi przed Starą Galerią Narodową (Alte Nationalgalerie) w Berlinie. Na stronie Staatliche Museen zu Berlin czytam:

Gaul opracował model lwa od 1908 roku w ramach zlecenia miasta Poznań na pomnik założyciela i dyrektora tamtejszego ogrodu zoologicznego w latach 1881–1907, Roberta Jäckela. Pierwsze odlewy w 1910 roku zakończyły fazę projektowania. Istnieją trzy kolejne odlewy, w tym ten z Galerii Narodowej.

https://recherche.smb.museum/detail/965066/stehender-l%c3%b6we

Inny lew – leżący, również autorstwa Augusta Gaula, Był niegdyś częścią kolekcji dzieł sztuki wydawcy i mecenasa Rudolfa Mosse, zagrabionej przez nazistów prawowitym właścicielom. Dzieło zostało zwrócone w 2015 roku, a w 2016 roku zostało odkupione dla Galerii Narodowej w Berlinie. Od kilku lat lew eksponowany jest w foyer berlińskiej Galerii Jamesa Simona.

Po śmierci Roberta Jaeckla w 1907 roku poznańskie zoo zaczęło stopniowo podupadać. Zarówno pierwsza, jak i druga wojna światowa nie oszczędziły ogrodu. Zniszczenia były ogromne, a straty nieodwracalne. Zwierzęta umierały z głodu, ginęły pod gruzami zbombardowanych pawilonów i wybiegów. Do końca drugiej wojny światowej przetrwało zaledwie 176 osobników.

Po wojnie pomału zwierząt przybywało. W 1955 roku przybyła do Poznania z Półwyspu Indochińskiego 3,5-letnia słonica Kinga. Imię wybrano jej później. Nie zamieszkała ani w pustyni ani w puszczy, lecz w starej parowozowni. Podobno była humorzasta. Dożyła sędziwego wieku. Zmarła krótko po swoich 50. urodzinach.

Lew autorstwa Augusta Gaula, poświęcony Robertowi Jaecklowi, to jedyna rzeźba na terenie Starego Zoo w Poznaniu, której historia jest tak dobrze udokumentowana. Pozostałe, choć bardziej rozpoznawalne, jak wilk czy koń, pozostają anonimowe, ich pochodzenie nie jest znane. Wilk, dynamiczny w formie, z wyszczerzonymi kłami i groźnym spojrzeniem, budzi respekt, a jednocześnie cieszy się ogromną sympatią najmłodszych. Każdy z nas choć raz na niego wsiadł i pozował do zdjęcia,

Nie wiadomo, skąd się wziął. Pewne jest tylko, że wilk pojawił się w poznańskim zoo jeszcze przed wojną. Po wojnie otrzymał towarzysza, konia. Według przekazów, rzeźba została przywieziona przez armię radziecką z terenów poniemieckich i podarowana poznańskiemu ogrodowi zoologicznemu. W latach 70. XX wieku rozważano, czy koń mógł być dziełem Augusta Gaula, jednak tę możliwość ostatecznie wykluczono. Gaul znaczy tyle co koń. I tu nasuwa mi się się żart dwujęzyczny:„Einem geschenkten Gaul schaut man nicht ins Maul“, czyli „Darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby.”

Warszawa dostała Pałac Kultury, a Poznań konia.

Stare Zoo już dawno przestało pełnić rolę klasycznego ogrodu zoologicznego. Dziś to zielona enklawa w sercu miasta, park z ciekawą historią i garstką zwierząt. Są kozy, owce, wiewiórki, gęsi, kury… Historia zatoczyła koło, a jej cichym bohaterem i corocznym jubilatem pozostaje poznański „zolog”, z sentymentem wspominany, z sympatią odwiedzany.

Powrót Małą Mi z Berlina (3)

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

DZIEŃ TRZECI  powrotu

Znów bardzo wcześnie wyruszam w drogę. Kierunek Słubice. Po drodze do  Briesen, która miała być asfaltowa, następna niespodzianka. Asfalt się kończy i zaczyna bruk. Coś dużo tych brukowanych dróg w Niemczech. Chyba dobrze, ale nie dla mnie, mam za małe kółka, na szczęście jest szerokie, szutrowe pobocze. W Briesen robię postój, śniadanie i oczywiście kawa. Nie mam mapy, ale w każdej miejscowości, przez którą przechodzę są tablice z mapą okolicy. I tak idąc przez Jacobsdorf, Pillgram, Rosengarten dochodzę do przedmieścia Franfurtu nad Odrą. Po drodze męczy mnie to, co powiedziała mi żona, jak jej powiedziałem, że wędruję, by uwolnić się od lęku. A ona na to – wędrujesz, by uwolnić się ode mnie. Trudno nie przyznać jej racji, choć coś tu nie gra. I tak idąc i rozmyślając, doszedłem do wniosku, że to nie od niej się uwalniam tylko od jej lęków. By to sprawdzić, powinienem ją zabrać z sobą, może jej lęki zostaną w domu. Ale jak to zrobić, skoro jej lęki trzymają ją w domu?
Idąc przez Frankfurt spotykam liczne grupy emigrantów z całego świata. Niektórzy uśmiechają się do mnie, a nawet machają rękami. Zbliżam się do przejścia granicznego na moście między Frankfurtem  a Słubicami. Po jednej i po drugiej stronie kontrole graniczne. Czuję się nielegalnym uchodźcą, niezależnie od tego, w którą stronę bym nie przekraczał granicy. Mam dwa dowody osobiste, jeden ważny ale fałszywy, drugi prawdziwy  ale nieważny. Zarówno po niemieckiej stronie jak i po polskiej strażnicy graniczni uśmiechają się do mnie i niczego nie sprawdzają. Ludzi od Krużganka Oświaty nie ma, pozostała po nich gala flagowa, co wygląda, jakby słup graniczny nie wystarczał. W Słubicach tracę kontakt przez WhatsAppa, a odzyskuję kontakt przez telefon. Co najgorsze, skończył mi się placek od Ewy Marii. I wtedy dopada mnie “chochlik drogi powrotnej”. Najpierw dzwoni do mnie i mówi, że niedaleko mam ośrodek szkoleniowy żeglarzy i że tam mnie na pewno przyjmą i będę mógł przenocować. Jest gorąco, jestem już zmęczony, a ośrodka jak nie ma, tak nie ma. Po blisko dwóch godzinach błądzenia po Słubicach odkrywam, że ten “ośrodek” to mieszkanie w bloku i na dodatek, już dawno zlikwidowany. Nie mam siły szukać miejsca na nocleg. Zostawiam MAŁĄ MI na podwórku u życzliwych ludzi, idę na stację kolejową daleko na peryferiach Słubic i ostatnim pociągiem wracam do domu do Wrocławia.

Berlin okiem flâneura i nomady (2)

Maciej Dudziak


Most jako granica, most jako rana. Antropologia przejścia przez Oberbaumbrücke

W najwęższym miejscu Lichtenberga, tam gdzie jego tkanka niemal dotyka zachodniej strony miasta, znajduje się symboliczny próg – niewielki odcinek przestrzeni, który dzieli, choć fizycznie jest łatwy do przekroczenia. Sprewa, niepozorna rzeka, pełni tu rolę rytualnej bariery – jak w dawnych mitologiach, oddziela dwa porządki: nie tyle Wschód i Zachód w topograficznym sensie, ile dwa światy pamięci, dwa rytmy miejskiego doświadczenia. Przejście przez most Oberbaumbrücke to przejście przez historię, przez czas, przez niewidzialne warstwy kulturowego i afektywnego podziału.
Dziś, żeby dostać się z Lichtenberga na Kreuzberg, wystarczy przysłowiowy rzut beretem. Kilka minut piechotą, kilka kroków przez ceglany, neogotycki most. Ale ten most-symbol nie jest tylko infrastrukturą – to miejsce graniczne, które – jak pisał Victor Turner – funkcjonuje jako przestrzeń liminalna: nie-tu i jeszcze-nie-tam. Oberbaumbrücke nie dzieli już państw, ale nadal dzieli rzeczywistości: przeszłość i teraźniejszość, pamięć i zapomnienie, „wschodniość” i „zachodniość” jako mentalne i społeczne kategorie.

Continue reading “Berlin okiem flâneura i nomady (2)”

Don Kichot i Sancho Pansa u rapera

Znalazł Wiadomo Kto. Dziękuję.

Uwaga! Brzydkie wyrazy.

Styl życia Trueschool

Beat: MC Jaxa
Tekst: MC Jaxa, Udar, Kazio
Mix: MC Jaxa
Okładka: Wanda Marzec (zdjęcie), BuBa (tag)

Na youtubie komentarzy maleńko, ale za to jakie!
Piękna muzyka Kaziu
kurwa lepiej sie nie dało
kazio tak carruje ze to szok
ale bicior dobry jaxa
gdzie low mid panie jaxa

***

No to teraz wyjaśnienia, żeby tacy jak ja mogli w ogóle zrozumieć, o co tu chodzi.

1. MC (wyjaśnienie od Sztucznej Inteligencji, która nie wiem dlaczego, część informacji zaznaczyła na żółto:
MC to skrót od Master of Ceremonies (Mistrz Ceremonii), co pierwotnie oznaczało osobę prowadzącą imprezę hiphopową, a z czasem stało się synonimem rapera z dobrymi umiejętnościami scenicznymi. Raperzy nazywani MC byli odpowiedzialni za animowanie publiczności i utrzymywanie dobrej atmosfery podczas występów, często improwizując w rymach (freestyle). Termin ten jest nadal używany, szczególnie w odniesieniu do artystów o wysokich umiejętnościach performatywnych. 
A więc MC Jaxa to mistrz. OK, zatem szukamy dalej.

2. Znajduję go na Instagramie:

jaxa_vfilar
MC Jaxa
Saska Kępa WWA
@vfilar_squad
VFLR/B3/SWS

3. Słowa, żeby je spisać słuchałam tego z 10 razy, mimo iż wspomagałam tę akcję podpisami automatycznie generowanymi przez YouTube’a.

Jaxa:
Mija czas, mija czas
Zaraz już nie będzie Was
Dla mnie też przyjdzie koniec
A i tak czas ciągle trwonię
W mej głowie
się wspomnienia biorą (śmieje się)

Inny głos:
Ni chuja Cię nie słyszę
Dobra zaraz

Jeszcze inny głos:
Nie no poczekajcie na mnie kurwa

Jaxa:
musisz być cały ….
póki jesteś jeszcze mały
póki…. Będziesz starcem Jo
zgniłym, nie będziesz miał siły
już kurz przykryje ci uśmiech
i choćbyś dmuchał mocno
nigdy go nie zdmuchniesz
… żeby mieć w dupie
choćbyś się ….
bo choćby to zdmuchnięcie głupie było
to będziesz się z tego śmiał
a nie żył ze świadomością, że
życie to niewypał
że do siebie z przeszłości
zmaga się jak być
Uczyłeś się na każdy test
Nie nauczyłeś się żyć
Nienawidzisz siebie
Walisz szot za szotem
Jesteś zwykłym Sancho Pansą
A mogłeś być Don Kichotem
A potem zamiast z wiatrakami walczyć
Walczyć ze sumieniem
Myślisz że zmarnowałeś życie
Dokładnie
Wytłumaczę Ci przecież
Często zamiast się z ziomalami
kształciłeś kalectwo
Cierpisz tak od wspomnień
W zakamarkach głowy
Czas się pożegnać z życiem
A ty wciąż niegotowy
Wszystko spakowane hej
Chyba tak poczekaj
Jeszcze zapomniałeś zostawić tak
Po sobie ślad
Jakikolwiek na ziemi
Może jeszcze zmienić
Może ci się uda
Tymczasem Majka
Przejmuje udar

Inny głos mówi coś.

Jaxa:
Mija czas, mija czas
Zaraz już nie będzie Was
Dla mnie też przyjdzie koniec
A i tak czas ciągle trwonię
W mej głowie
się wspomnienia zbierają
jak pajęczyna
a ja wchodzę na nię
od czasu do czasu
by ukoić melancholię
W tych wspomnieniach tonę
Bo mam ich w sumie tonę
W kokonie wspomnienia
Lubię się schować
Szukam szczęścia
W chwili nie w gibonie
Ten moment w pajęczynie zapisany
Ale same dobre chwile
By nie rozgrzebywać rany
Tak tworzę codziennie moją krainę
Bez przerwy dodaję do niej
Ładne chwile
Lecz by wejść w tę krainę
Też muszę mieć ładne życie
Dlatego nie siedzę w niej bez przerwy
Jak widzę momenty
I się nimi delektuję
Mam piękne wspomnienia
I za to sobie dziękuję
Czas jest szybki
Czasu dogonić się nie da
Dlatego ziomuś pogodzić się
Z tym trzeba i przestać
Wszędzie się spieszyć, gnać
Ponieważ liczony jest twój cenny czas
Minie w twoim życiu tylko
Kilka sekund i będzie
Już początek twego życia kresu
Umrzesz tak czy siak
Więc pozostaw po sobie
Jakiś ślad
Jak wielki kolorowy i piękny ptak
Skumaj ziombel to takie proste
Na koniec każdy z nas będzie w urnie
Proszkiem Tyle ząego wokół ciebie
Nie wiem
Bo wszędzie polityka wojny i globalne
Ocieplenie tak że łap chwilę
Zapamiętaj każde wspomnienie
Zapisuję jak w zeszycie
Ciesz się życiem
Rób co kochasz
Nie goń za szelestem
Zaryzykuj siebie
Pokaż a odnajdziesz szczęście
A gdy ci przyjdzie odejść z tego świata
To masz wspomnienia jak w rękawie
Dzięki nim możesz latać
a w zaświatach nie przyda ci się kasa
Jooouł
Tutaj lecę na tym bicie
jest nas pięciu chłopaków
Co kocha życie
Eeech
Co kocha życie

***

Nic więcej nie znalazłam na temat Jaxy. Nie wiem, skąd to imię? Nie wiem, kto uznał, że jest MC? Na YouTubie jest jeszcze jedno nagranie w podobnym stylu, jak “Zostaw ślad” i jedno zupełnie inne o “Pięciu szlachetnych MC” i to by było na tyle.

https://youtu.be/_J7ZdNTaBys?si=yMQQIOOIVkT2y2_s

Ale fajne wrażliwe chłopaki. Może jednak są Don Kichotami, a nie Sancho Pansami.




Cierpienie zwierząt

Maria Pawlikowska-Jasnorzewska

Do mięsożerców

Dla nich ryby skrzelami pracują w szafliku,
mając na ustach ciszę i krwawiące rany.
Dla nich kuchnia rozbrzmiewa od wrzasku i krzyku
gardzieli podrzynanych i szyj ukręcanych.

Oni to piją grozę z krwią zabitej kaczki
i warzą głowy dzieci: — zadziwionych cieląt.
Wypruwają wnętrzności, krzycząc: flaczki, flaczki,
i jedzą je w niedzielę z rodziną się dzieląc.

Lubią wody na smaku bezradnych piszczeli,
wszechzwierzęce girlandy cynicznej kiełbasy,
krwawe raki z piekielnej wyjęte kąpieli
i baraniego ciała bronzowe atłasy.

Rozsmarowują trupy na niewinnym chlebie,
obwąchują zająca czy aby dość skruszał,
z martwym ozorem w zębach czują się jak w niebie,
i do cudzego mózgu śmieje im się dusza.

Pożerają, dymiący jak nowe cmentarze
te stroskane przystawki, te gorzkie potrawy —
Karki im nabrzmiewają, obwisają twarze,
na których śmieszek hjeny zakwita, trupawy.

Po pięknookiej sarnie nie noszą żałoby,
ale źrą ją na stypie, w dzień pogrzebu radcy,
i zezują miłośnie do gęsiej wątroby
bujni brzuchem jedynie, a łysiną gładcy,
a twardzi tylko sercem — i w całej stolicy
głośni — ale mlaskaniem, smętni biesiadnicy.

Woda w szafie

Adminka: Dostałam ostatnio prezent (dziękuję Krzysztof), jedwabną chustkę, która reprezentuje rzekę. Są cztery różne chustki i reprezentują cztery różne systemy wodne i/ lub rzeki, moja akurat to Szprewa, co ma sens, skoro mieszkam w mieście między Szprewą i Havelą.

Chustki, woda, rzeki

Przeciętna polska szafa kryje w sobie… 715 266 litrów wody

Continue reading “Woda w szafie”