Zimy naszego dzieciństwa (3)

Roman Brodowski

Niewidzialna ręka

Wiosna zbliża się szybkimi krokami. Topniejący śnieg odsłania zimowe tajemnice budzącej się do życia przyrody. Przebiśniegi pochylają białe dzwoneczki ku ziemi, a trawa podnosi się coraz śmielej i wyżej, w kierunku tajemniczego ciepła, jaskrawo świecącego ponad głowami, słońca. Nareszcie koniec lekcji. Od jutra rozpoczynają się długo oczekiwane ferie. Tydzień wolności i przerwy od szkolnych obowiązków, zakończony wielkanocnymi świętami. Szkoda tylko, że w tym roku mamy je tak wcześnie. O tej porze noce zazwyczaj są jeszcze bardzo chłodne, a i dni bywają podobne nocom. To oczywiście może uniemożliwić nam dobrą zabawę w lany poniedziałek. Śmigus – dyngus jest przecież najważniejszą częścią obchodów świąt, jest tradycją, która od wieków bawi mieszkańców miast i, takich jak nasza, wsi.

Siedzieliśmy bezczynnie na rozgrzanych przedwiosennym słońcem ruinach ewangielickiego kościoła, spoglądając na otaczające go niby ocean zielone tereny podmokłych łąk.
– Tak, zimy już na pewno nie będzie – powiedział Mirek, wskazując palcem na pasące się w oddali krowy.
– Ano nie będzie – przytaknął Zbyszek, celując kamieniem z procy do stojącej obok pojemnika na śmieci puszki po jakiejś konserwie.
Zawsze, kiedy nie mieliśmy pomysłu na spędzenie wolnego, po zajęciach szkolnych, czasu, przychodziliśmy tutaj, by penetrować częściowo zasypane piwnice w poszukiwaniu (jak głosiła miejscowa legenda) ukrytych przez niemieckich faszystów, zdobyczy wojennych. Wstęp na teren rumowiska był surowo wzbroniony, a stojące wokół tablice informowały o tym, że pod zwałami mogą znajdować się niewypały grożące wybuchem, ale kto by się tym przejmował. Do środka wchodził każdy, kto miał ochotę. Może właśnie dlatego że był zakaz, nieposkromniona ciekawość wymuszała w nas nieposłuszeństwo. To prawda, że czasami udało nam się wykopać kilka łuskek, aluminiowe menażki czy też inne elementy  wyposażenia żołnierzy niemieckich, ale granatów, ostrej amunicji czy też min – nie, na coś takiego, (jak do tej pory), na szczęście nikt z nas się nie natknął.
Kiedyś chłopcy z ulicy Kościelnej wykopali kilka posrebrzanych monet z okresu wojen napoleońskich, kielich mszalny oraz dwie szable z tej samej epoki. Znaleziska te oddali do szkoły jako eksponaty do powstającej właśnie izby pamięci historycznej . Oczywiście fakt ten ugruntował w nas przekonanie, że wnętrza tej niegdysiejszej świątyni kryją w sobie wiele nieodkrytych tajemnic, i pomimo tego że kościół ten wybudowano w latach dwudziestych naszego wieku, byliśmy pewni, że ukryto w nim jakieś skarby.
– Chyba nie będziemu tutaj cały dzień, bezczynnie siedzieć – powiedziałem niby w przestrzeń – musimy coś wymyśleć, bo inaczej umrzemy z nudów. Chłopcy spojrzeli na mnie, potem na siebie, po czym zeskakując z murku, zaczęli jak zwykle kierować kroki do otworu, umożliwiającego wejście do piwnic.
Nagle usłyszeliśmy dobiegający zza naszych pleców groźnie brzmiący głos.
– A wy dokąd? – padło pytanie. – Odwróciliśmy się. Za nami, w odległości kilkunastu metrów stał niemłody już żołnierz z pepeszą przewieszoną przez ramię, a obok niego nowy komendant, naszej, niedawno co powstałej, pszczółkowskiej milicji. – Nie umiecie czytać? – zapytał komendant, wskazując palcem wkopany w ziemię znak ostrzegawczy.
– My – zaczął tłumaczyć przestraszony widokiem mundurów Mirek – chcieliśmy zobaczyć, co jest tam, za tą dziurą, ale nie chcieliśmy… – nie dokończył, bo myśl jego przerwał żołnierz. – Nie chcieliśmy, nie chcieliśmy – powtarzał – a potem, kiedy wydarzy się tragedia, to winny jest każdy tylko nie ci, którzy nie stosują się do poleceń. – Staliśmy jak wryci, nie wiedząc, co z nami będzie. Wojskowy widząc strach w naszych oczach, mówił dalej. – Skoro nie potrafią czytać, i nie ma z nich pożytku, a tylko kłopoty, to powinniśmy ich umieścić w poprawczaku – zwrócił się do milicjanta tak głośno, żeby każdy z nas mógł go usłyszeć.
– No dobrze, już, dobrze – powiedział pojednawczo komendant, ratując nas z opresji. –To dobre chłopaki. Ja im się nawet im nie dziwię, że głupie myśli przychodzą im głowy. Nudzą się i tyle. Gdyby powstał tutaj jakiś klub dla młodzieży, jakieś kółko zainteresowań, boisko sportowe z prawdziwego zdarzenia, to może byłoby inaczej, a tak…? Szukają dziury w całym.
Żołnierz, widząc nas , prawie że dygoczących ze strachu, i słysząc słowa milicjanta, uśmiechnął się lekko, a następnie opowiedział o tragicznym w skutkach wypadku, jaki wydarzył się na tym terenie dzisiejszego poranka.
Okazało się bowiem, że kilku chłopców z „Getta” (tak nazywaliśmy osiedle drewnianych domków, stojących za torami kolejowymi, na obrzeżu naszej wsi) , zamiast do szkoły jak zwykle, udało się do ruin. Podczas przekopywania gruzu znaleźli drewnianą skrzynkę, w której znajdowała się amunicja do karabinu maszynowego. Jeden z nich próbował scyzorykiem wyłuskać proch, który nie wiadomo z jakiej porzyczyny eksplodował. Chłopiec przeżył, ale stracił trzy palce. Właśnie dlatego dzisiaj ma tu przyjechać oddział saperów.
– Widzicie chłopcy – objął jednego z nas – ja też mam dzieci. Młodszy z nich jest w waszym wieku, ma zaledwie jedenaście lat. Co by było, gdyby jemu się coś stało, gdyby nie daj Bóg, to on natrafił na pozostałą w ziemi niespodziankę z ostatniej wojny. Co prawda z każdym rokiem jest ich coraz mniej, ale to dopiero dwadzieścia kilka lat po jej zakończeniu.
Spojrzałem na niego, a potem pomyślałem o moich rodzicach. Co oni muszą codziennie przeżywać, gdy mnie nie ma w domu, gdy wracam wieczorem, gdy wychodzę, nie mówiąc im, dokąd.
– Na szczęście – opowiadał wojskowy – moje dzieci są posłuszne, a zresztą mieszkamy na terenie wolnym od tego paskudztwa. Mają też wiele fajnych zainteresowań. Antek, ten młodszy, należy do klubu „Niewidzialnej Ręki”. Myślę, że słyszeliście o tej telerankowej organizacji.
– Oczywście, że tak – odpowiedzieliśmy prawie że równocześnie.
– Niewidzialna ręka to ci, którzy… – nie dokończyłem, bo w tym momencie nadjechał wojskowy samochód, z którego wyskoczyło kilku młodych saperów.
– Tym razem wam daruję. Uciekajcie do domów i zajmijcie się dobrymi sprawami – zwócił się do nas komendant, kierując się w stronę samochodu.
– Pamiętajcie chłopcy, najważniejsze dbać o zdrowie i rozsądnie wykorzystywać wolny czas – powiedział na odchodne żołnierz, podając nam rękę.
Wracając powoli opustoszałą ulicą do domu, dyskutowaliśmy o tym co usłyszeliśmy i o tym, jak mamy postępować w przyszłości. Zgodnie podjęliśmy decyzję, że w naszej miejscowości…, no właśnie.

Nadszedł poranek wielkopostnego piątku. Na dworze padał deszcz ze śniegiem i zgodnie z naszymi obawami było bardzo chłodno.
Za to na progach prawie wszystkich domów w naszej miejscowości leżały po trzy gałązki bazi związanych czerwoną wstążką oraz laurki ze świątecznymi życzeniami, na których widniał znak „ Niewidzialnej Ręki”.
Poza tym, u niektórych, (starszych schorowanych) mieszkańców stała przed drzwiami, przyniesiona ze studni w wiadrach woda, lub leżało drewno na opał.
Wracaliśmy zmęczeni i przemarznięci na rodzinne pielesze.
– To co? szczęśliwych świąt – powiedział Marek – … i smacznego wielkanocnego jajka – dodał Zbyszek .
– Wszystkiego najlepszego, przyjaciele – odpowiedziałem.
Marek, Zbyszek, Jarek i Ewa oddalali się coraz bardziej, a ja zamykając za sobą furtkę, poczułem satysfakcję, takie dziwne, radosne ciepełko.

Na podstawie opowiadania pod tym samym tytułem z 1986 roku

Wpis okolicznościowy

Zbigniew Milewicz

Wiosna

Osobiście uważam świętowanie Dnia Kobiet w XXI wieku, w Europie za anachronizm. Miłe Panie posiadają więcej praw od nas, mężczyzn, nie ma już niemal zawodu, w którym nie pokazałyby, że są lepsze, jesteśmy na każde ich skinienie, kto tu właściwie powinien obchodzić dzień dyskryminowanej mniejszości? Tak panowie, macie rację, to my, na Czterdziestu Męczenników można by było ustanowić takie święto. Póki co jest jednak 8 marca i mam od głównej animatorki naszego bloga zamówienie na okolicznościowy wpis z tej okazji. Ewa chciała, żeby był pikantny, ale skąd emeryt ma wziąć pieprz, albo chili? Wszystko zwietrzało. Poza tym najwybitniejsze słowa na temat kobiet już zostały w literaturze napisane i niczego nowego, choćby miało moc viagry nad viagrami, już nie wymyślę.

Dlatego oddam głos mojemu ulubionemu poecie, Julianowi Tuwimowi, który dokładnie sto lat temu napisał pikantny wiersz, p.t. Wiosna, zamieszczony w tomie Sokrates tańczący. Ponieważ właśnie nam się zaczyna ta pora roku, będzie na temat, do tego witalnie. W podtytule autor nazwał swój utwór dytyrambem, czyli pieśnią pochwalną, która ma swoje źródło w greckich obrzędach ku czci boga wina i sztuki, Dionizosa. Towarzyszyły im radosne libacje i orgie seksualne, które znajdziemy także w wierszu, tylko zamiast radości jest zwykła zwierzęcość ludzkich żądz. Rozpasany tłum daje im upust w wielkomiejskiej scenerii, może Łodzi, z której poeta pochodził. Tuwim nie oszczędza czytelnika, epatuje dosadnymi słowami, wulgaryzmami, więc współczesna mu krytyka literacka nazwała go pornografem. Czy słusznie? Faktycznie, człowiek we Wiośnie nie brzmi dumnie, kobieta nie ma subtelnych rysów, ale kto zabroni poecie takiej wizji świata.

Gromadę dziś się pochwali,
Pochwali się zbiegowisko
I miasto.
Na rynkach się stosy zapali
I buchnie wielkie ognisko,
I tłum na ulicę wylegnie
Z kątów wypełznie, z nor wybiegnie
Świętować wiosnę w mieście,
Świętować jurne święto.
I Ciebie się pochwali,
Brzuchu w biodrach szerokich,
Niewiasto!

Zachybotało! Buchnęło – i płynie –
Szurają nóżki, kołyszą się biodra,
Gwar, gwar, gwar, chichoty,
Gwar, gwar, gwar, piski,
Wyglancowane dowcipkują pyski,
Wyległo miliard pstrokatej hołoty,
Szurają nóżki, kołyszą się biodra,
Szur, szur, szur, gwar, gwar, gwar,
Suną tysiące rozwydrzonych par,
– A dalej! A dalej! A dalej!
W ciemne zieleńce, do alej,
Na ławce, psiekrwie, na trawce,
Naróbcie Polsce bachorów,
Wijcie się, psiekrwie, wijcie,
W szynkach narożnych pijcie,
Rozrzućcie więcej “kawalerskich chorób”!
A!! będą później ze wstydu się wiły
Dziewki fabryczne, brzuchate kobyły,
Krzywych pędraków sromne nosicielki!
Gwałćcie! Poleci każda na kolację!
Na kolorowe wasze kamizelki,
Na papierowe wasze kołnierzyki!
Tłumie, bądź dziki!
Tłumie! Ty masz RACJĘ!!!

O, ty zbrodniarzu cudowny i prosty,
Elementarny, pierwotnie wspaniały!
Ty gnoju miasta tytanicznej krosty,
Tłumie, o Tłumie, Tłumie rozszalały!
Faluj, straszliwa maso, po ulicach,
Wracaj od rogu, śmiej się, wariuj, szalej!
Ciasno ci w zwartych, twardych kamienicach,
Przyj! Może pękną – i pójdziecie dalej!

Powietrza! Z swych zatęchłych i nudnych facjatek
Wyległ potwór porubczy! Hej, czternastolatki,
Będzie dziś z was korowód zasromanych matek,
Kwiatki moje niewinne! Jasne moje dziatki!

Będzie dziś święto wasze i zabrzęczą szklanki,
Ze wstydem powrócicie, rodzice was skarcą!
Wyjdziecie dziś na rogi ulic, o kochanki,
Sprzedawać się obleśnym, trzęsącym się starcom!

Hej w dryndy! Do hotelów! Na wiedeński sznycel!
Na piwko, na koniaczek, na kanapkę miękką!
Uśmiechnie się, dziewczątka, kelner wasz, jak szpicel,
Niejedną taką widział, niejedną serdeńko…

A kiedy cię obejmą śliskie, drżące łapy
I młodej piersi chciwie, szybko szukać zaczną,
Gdy rozedmą się w żądzy nozdrza, tłuste chrapy,
Gdy ci kto pocznie szeptać pokusę łajdaczną –

– Pozwól!!! Przeraź go sobą, ty grzechu, kobieto!
Rodzicielko wspaniała! Samico nabrzękła!
Olśnij go wyuzdaniem jak złotą rakietą!
“Nie w stylu” będziesz – trwożna, wstydliwa, wylękła…

Wiosna!!! Patrz, co się dzieje! Toć jeszcze za chwilę
I rzuci się tłum cały w rui na ulicę!
Zośki ze szwalni i pralni, “Ignacze”, Kamile!
I poczną sobą samców częstować samice!

Wiosna!!! Hajda – pęczniejcie! Trujcie się ze sromu!
Do szpitali gromadnie, tłuszczo rozwydrzona!
Do kloak swe bastrzęta ciskaj po kryjomu,
I znowu na ulicę, w jej chwytne ramiona!!!

Jeszcze! Jeszcze! I jeszcze! Zachłannie! Bezkreśnie!
Rodźcie, a jak najwięcej! Trzeba miasto silić!
Wyrywajcie bachorom języki boleśnie,
By, gdy je w dół wrzucicie nie mogły już kwilić!

Wszystko – wasze! Biodrami śmigajcie, udami!
Niech idzie tan lubieżnych podnieceń! Nie szkodzi!
– Och, sławię ja cię, tłumie, wzniosłymi słowami
I ciebie, Wiosno, za to, że się zbrodniarz płodzi!

Z obserwatorium zwykłej baby…

Krystyna Koziewicz

Ten pierwszy raz

Moja jesień życia upływa często na przywoływaniu wspomnień z przeszłości, wtedy gmeram w pamięci, która przepuszcza życie przez sito i zostawia tylko to, co sama uznała za szczególnie ważne. Tym niemniej – przeżyte chwile nie giną, niektóre ślady znikają na długo, ale nigdy nie wiadomo, kiedy i dlaczego wybudzą się z przeszłości? Im odleglejsze są wspomnienia, tym częściej retuszują przykrości naszego życia i jest to bardzo dobre dla higieny mózgu. Ta sama zasada sprawia, że przyjemności są przekoloryzowane i całe szczęście, bo przynajmniej jest się z czego cieszyć.

Tak to niekiedy jest, gdy w głowie pojawia się uparta myśl o kimś lub o czymś. Za każdym „słowem” kryje się jakieś „ty” a wraz z nimi przeżycia.

Koniec wstępu!

O tej porze roku, kiedy zimowe miesiące nie zachęcają do dłuższego wychodzenia z domu, wtulamy się w ciepły kocyk i jeśli nie czytamy książki czy gazety, to oglądamy telewizję albo po prostu rozmyślamy, o czasie teraźniejszym i tym przeszłym. Przyszłość bywa zawsze pod znakiem zapytania, lepiej więc o niej w dzisiejszych niespokojnych czasach nie myśleć!

W lutym młodych ludzi ogarnia szaleństwo z powodu zbliżających się Walentynek, dnia świętego Walentego – czyli święta zakochanych. Nasze pokolenie ma raczej dystans to tego dnia, natomiast młodzi już nie. Owszem, co niektórzy mężczyźni są trendy kupują swojej ślubnej czy przyjaciółce prezencik lub wręczają serduszkowce co nieco. Wszak nie wypada samemu nie wręczać, kiedy wokół biegają po mieście panie i panowie z bukiecikami.

Ulegając czarowi święta zakochanych, zaczęłam szperać we wspomnieniach i tak oto przypomniałam sobie mój pierwszy pocałunek, moje pierwsze przejawy zakochania.

Wspomnę tylko, że dawniej było całkiem inaczej. Na randki chłopak przychodził zawsze z jakąś miłą niespodzianką, rzadko z gołą ręką. Gdzieś tam w zanadrzu, za plecami skrywał niespodziankę w postaci zerwanego po drodze kwiatka lub zakupionej w kwiaciarni różyczki. Oficjalnie nie witano się całuskami, ten intymny akt był skrywany i zarezerwowany wyłącznie dla dwojga ludzi. Publiczne całowanie się było mocno piętnowane, bo co by ludzie powiedzieli? – powtarzała moja babcia.

I tak odtwarzając obrazy z młodości przypomniałam sobie mój pierwszy pocałunek i właśnie o nim postanowiłam napisać na Blog Ewy z okazji Św. Walentego – patrona zakochanych.

Może to temat niepoważny dla mego wieku, ale co tam? Przecież ten dzień trąci słodkim infantylizmem, nieprawdaż?

Wracajmy do wspomnień…

A było to tak! Każdego roku na wakacje jeździłam do babci Ani na wieś. W roku pierwszego zakochania miałam 13 lat. Do sąsiadów za płotem przyjechało dwóch studentów z Krakowa, którzy często grywali w piłkę. Jak to z piłką często bywa, wpadła nie tam gdzie była wyznaczona bramka, a daleko obok. No i wpadła do babcinego ogródka, początek naszej znajomości rozwiązał więc sam przypadek, los można by rzec. Od tego momentu zaczęła się nasza wspólna wakacyjna przygoda. Razem chodziliśmy do lasu na jagody, kąpaliśmy się w rzece, zrywaliśmy porzeczki, czereśnie, wiśnie lub godzinami przesiadywaliśmy na ganku.

Ich było dwóch, a ja jedna. Mieli to samo imię – Andrzej.

Pewnego razu pojawił się w naszej zagrodzie tylko jeden Andrzej, ten wyższy, bo mniejszy poszedł do miasta na pocztę. Siedziałam na długich belach drzew. Rozweselony kolega dosiadł się, chyba trochę zbyt blisko. Dziwnie się zachowywał, za bardzo kierował wzrok prosto w oczy i wcale nie wyglądało na to, że chodzi mu o kolor. Patrzył zupełnie inaczej niż zwykle. Wtedy po raz pierwszy poczułam w sercu coś takiego jak zauroczenie. Wstydziłam się jednak dać odczuć, by się nie kapnął.

Nie pamiętam, bym do tego czasu patrzyła na chłopaka takim wzrokiem. Przysuwał się do mnie coraz bliżej i bliżej, aż w pewnym momencie o mało nie wylądowałam na trawie. Zabezpieczając mnie przed upadkiem, chwycił mnie za rękę i przyciągnął do siebie, cmokając w prosto w usta. No i stało się to, czego się najmniej spodziewałam. Zaczął mocno przyciskać usta, że brakowało mi tchu. Wystraszona, przerażona wyrwałam się w jego rąk, bo zrobiło mi się strasznie gorąco, a usta zaczęły rozgrzewać się, jak farelka. Szybko pobiegłam do pokoju, sprawdzając w lustrze, czy czasem babcia nie zmiarkuje, co zrobiłam? Na szczęście nie było śladu. Przyjemność jednak odczuwałam i to sobie na zawsze zapamiętałam…

krysia-buziakiDrugi Andrzej był mniej śmiały, choć wyczuwałam, że był mną bardziej zainteresowany. Po wakacjach tylko z tym drugim kontynuowałam znajomość, a przetrwała ona okres szkoły średniej aż do ukończenia studiów.

Zasypywał mnie listami, od czasu do czasu odwiedzał mnie w internacie, akademiku. Byłam nawet na świętach u jego rodziców, ale nie wyszła nam nasza wspólna przyszłość. Po tej wizycie kontakt urwał się prawie na pół wieku.

To jeszcze nie koniec naszej historii.

Traf chciał, że dwa lata temu brałam udział w warsztatach niedaleko Krakowa. Napisałam na stary adres wiadomość, że będę w tych i tych dniach tam i tam. Czas mijał, a on się nie pojawiał.

Przyszedł jednak! Byłam w holu na przerwie. W pewnym momencie podszedł do mnie nieznany mi mężczyzna, pytając, czy wiem, gdzie jest pani… i tu wymienił moje nazwisko. Kiedy oznajmiłam, że to ja, zaraz po oczach rozpoznałam dawnego Andrzeja. Oczywiście ucieszyłam się ze spotkania, on chyba też?

Początek naszej rozmowy nie kleił się, ale po chwili wszystko było po staremu. Dużo opowiadaliśmy o swoim udanym i nieudanym życiu. Przyznał sie, że byłam w jego życiu tą jedyną, z którą chciał się ożenić. Po tym wyznaniu cały dzień miałam z „głowy”, podekscytowana rozmyślałam o moich życiowych wyborach. Było… minęło…

***
Wracając wspomnieniami do pierwszego pocałunku, z ciekawości zapytałam znajomych, co oni przeżywali i co z tego zapamiętali? Otóż, znajoma mając 11 lat bawiła się na podwórku z kolegą Marynkiem. Mieszkali w tym samym bloku, więc często razem wracali do domu. Któregoś razu niespodziewanie przycisnął ją do siebie i pocałował w usta. Wystraszona, szybko pobiegła do mamy i z drżącym głosem zapytała, ”czy się z tego urodzi dziecko, bo mnie Marynek pocałował?”

Z kolei kolega Marek mając 14 lat grywał z koleżanką szkolną w ping ponga. Po jakimś czasie dziewczyna zaczęła częstować go ciastkami, czekoladkami, sokami owocowymi. Wieczorami siadywali razem na ławce. Pewnego razu nieoczekiwanie usiadła mu na kolanach i zaczęła go namiętnie całować. Jak sam powiada – było mu wtedy tak bardzo przyjemnie, że od tej pory gnał na spotkania, by zażywać rozkoszy pocałunków.

Całkiem odmienne odczucia przy pierwszym pocałunku miał znajomy – Władek. Nie odczuwał żadnej przyjemności. Wręcz odwrotnie, już od samego początku ogarnęło go obrzydzenie. Od tej pory unikał kobiecych ust jak diabeł święconej wody. Czasami tylko, jeśli bardzo zależało mu na kobiecie, zmuszał się do całowania, ale za każdym razem mocno wycierał usta. Niechęć do całowania w usta pozostała mu do dzisiaj.

Zapytałam jeszcze innych, ale twierdzili, iż nie było to dla nich nic szczególnego, byli raczej wystraszeni po szybkim i krótkim akcie cmoknięcia. Wystraszeni, każdy uciekał w swoją stronę.

Trudno się dziwić, że nie wszyscy pamiętają swoje pierwsze uniesienia, ale jeśli macie ochotę się nimi podzielić, to proszę bardzo…

***

Dwa PS od Redakcji

1/ Krysia zapytała i mnie o pierwszy pocałunek – niestety ze wstydem muszę przyznać, że nie mam pojęcia z kim i kiedy. Podejrzewam, że mogło to się zdarzyć na opisanej TU prywatce. Natomiast bardzo dobrze pamiętam pierwszego chłopaka, w którym się zakochałam. Miałam cztery lata, a on się nazywał Andrzej Jagodziński! Pamiętam jak dziś! Siedzieliśmy w przedszkolu na podłodze i turlaliśmy do siebie piłkę. Andrzej miał ciemne włosy i ciemne oczka. 

2/ Farelka – Krysia użyła słowa farelka, a ja myślałam, że to jakiś jej śląski regionalizm, tymczasem Wikipedia podaje po prostu, że jest to termowentylator.  No proszę.

 

Ptaškowa Swajźba

Tomasz Fetzki

Sprawozdanie niepoetyczne

Brudno, chłodno, ciemno i smutno. I tak od wielu tygodni. Jak długo to jeszcze potrwa? Mam dla was dobrą wiadomość! Już niedługo. 25 stycznia minęła połowa zimy. Skąd to wiem? Od Serbołużyczan. Przez całe stulecia, jako naród w przeważającej mierze rolniczy, żyli blisko przyrody i uważnie się jej przyglądali. Spostrzegli, że właśnie pod koniec stycznia ptaki, które nie odleciały do ciepłych krajów, zaczynają zaloty. Łączą się w pary. Obchodzą gody. I ani się spostrzeżemy, gdy w gniazdach zaczerwienią się lub błysną intensywną pomarańczową barwą dzioby nigdy nienasyconych piskląt. Wiosna już właściwie czeka za progiem.

Jakże nie wykorzystać takiej okazji do świętowania i radości? Toteż i od wieków Serbowie znad Szprewy i Nysy obchodzą uroczyście w ów symboliczny dzień środka zimy, 25 stycznia właśnie, łużyckie Ptasie Wesele.

Dawniej było ono szczególnie popularne na Górnych Łużycach, gdzie nosi nazwę Ptači kwas. Z czasem stało się, by tak rzec, specjalnością dolnołużycką, przyjmując tutaj miano Ptaškowej swajźby. Bawią się na nim wszyscy, ale organizuje się je głównie z myślą o maluszkach w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym.

Każdego roku świętowanie wygląda trochę inaczej, choć pewne jego elementy są niezmienne. Trochę tak, jak w naszych Jasełkach: musi być stajenka, Dzieciątko, Józef, Maryja, pastuszkowie i kolędy, ale mnogość potencjalnych scenariuszy, scenografii oraz tekstów do wygłoszenia przyprawić może o zawrót głowy. Takoż rzecz ma się z Ptaškową swajźbą: wiele szczegółów się zmienia, ale zawsze muszą być dzieci przebrane za ptaki, starosta weselny i Młoda Para z korowodem drużbów i druhen, odzianych w tradycyjne regionalne stroje. I musi zabrzmieć stara, tradycyjna pieśń. Jest ona tak piękna, że polubili ją również Niemcy zamieszkujący Łużyce. Oni także niejednokrotnie świętują dzień ptasich godów.

********************

Na prawym brzegu Nysy Łużyckiej pieśń o ptasich zaślubinach przestała rozbrzmiewać już dawno temu. Tym bardziej, że po 1945 roku zamieszkali tu ludzie, dla których to całkiem obcy zwyczaj. Jak zresztą i inne serbołużyckie tradycje. Ale własnych tradycji, jako przesiedleńcy, nie mają. Cóż stoi na przeszkodzie, by przygarnąć i uznać za swoje, stare obyczaje łużyckie? One są naprawdę piękne, a skoro mieszkamy na Łużycach…

Takimi przesłankami kierowałem się, gdy w zeszłym roku postanowiłem przywrócić Żarom dawny obrzęd. Sprawa była o tyle prosta, że pracuję jako nauczyciel. W szkole specjalnej, co nie jest bez znaczenia, gdyż Ptaškowa Swajźba, poza walorami zabawowymi i edukacyjnymi (poznawanie zwyczajów ptaków, ich nazw, przemian w przyrodzie nastających wraz z odwiecznym cyklem pór roku etc.) może być też wykorzystana w charakterze rewalidacyjnym, czyli terapeutycznym: bo to ziarenka rozsypane trzeba wyszukać i starannie wyzbierać, bo ciszę i skupienie zachować podczas obserwacji ptaków odwiedzających karmnik, słowem – czynić szereg rzeczy, które dziecku niepełnosprawnemu intelektualnie przychodzą z trudem…

Zacznijmy jednakże, tak jak się godzi, od początku. Najpierw zbudowaliśmy karmnik, a potem regularnie karmiliśmy skrzydlatych gości.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAZiarno sypaliśmy do karmnika codziennie. Tak jak u Serbołużyczan, te dzieci, które w tej czynności były najbardziej systematyczne i gorliwe, zostają w nagrodę Panią Młodą i Panem Młodym.

Ptaki chętnie odwiedzały karmnik. Mogliśmy podziwiać liczne ich gatunki.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAByły wróble. Jak widać, wcale nie są szarobure.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAByły też sikorki modraszki.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAChętnie i tłumnie pojawiały się sierpówki czyli synogarlice tureckie.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAAle zdecydowanie najwięcej przylatywało sikorek bogatek. Niektóre napełniały jakimś dziwnym niepokojem, jak choćby ta na fotografii. Przyjrzyjcie się dokładnie…

SAMSUNG DIGITAL CAMERACapo di tutti capi, prawdziwy sikorkowy boss.

Dzień zaślubin zbliżał się wielkimi krokami. Trzeba się było do niego przygotować.

SAMSUNG DIGITAL CAMERADzieci same wykonały weselne stroje.

A gdy nadszedł, o poranku ptaki odwdzięczyły się dzieciom.

SAMSUNG DIGITAL CAMERANa parapecie przy karmniku czekały różne słodycze, zwłaszcza tradycyjna serbołużycka drożdżowa sroczka.

I już można było uroczyście świętować.

Unser Fest

Aśka & Renka

Auf der Flucht vor Weihnachten hat Aśka (to nie ja, Joasia, to TA KATASTROFA AŚKA!!!) das wichtigste vergessen…

…um doch noch zu erzählen, wie Aśka und Renka den 24. Dezember verbracht haben, schickt Joasia UNSER FEST, als email, als doc, als odt, als pdf, und mit Foto noch dazu… (aber erst am 26. Dezember, als alle Tage schon von anderen Autoren belegt sind – Anm. EMS)

…und im sinne dieser christianischen Vergebung, wo Jesus heute doch 2 Tage alt ist, vergeben wir auch dieser Aśka? (unter uns gesagt ist Jesus schon nicht nur 11 Tage alt, sondern auch schon beschnitten, was die Kirche am Neujahr gefeiert hatte. Aber die Geschichte ist auch mit Verspätung schön und amüsant. Mit ihr geht unser Christmas-Zyklus vorerst zu Ende, es sei denn auch Dorota noch etwas schreibt. – Anm. EMS)

UNSER FEST

RENKA:        Na weil das war so: Aśka kommt nach Hause und schreit:

AŚKA:           „Du, Renka, Rachela, meine alte Mutter, ist einfach abgehaun nach Israel, und hat uns n Hunderter dagelassen, und an der Klagemauer betet sie jetzt, und die denkt noch, dass du hier so n Weihnachten für alle machst, nicht nur für deine Familie, sondern für meine dazu, weil du doch immer alles machst.“

Und RENKA leuchten die Augen:

RENKA:        Jesus, ein ganzer Hunderter in einem Stück, das hab ich seit ich lebe in diesem deutschen Lande, auf Augen nicht gesehen. Das ist doch ein Wunder, das grösste Wunder der Welt. Guck, der Hunderter ist grün! Und das hab ich nicht gewusst.

AŚKA:            Auf einmal wird Renka weiss wie die Wand, weil jetzt muss sie doch machen diese 13 Gerichte, so wie normal man das in der Heimat macht, zu Weihnachten

RENKA:        das ist doch Gottes Geburt und nicht irgend ein Furz.

AŚKA:            Weil Renka, die ist vom Dorf, wo die noch haben heilige Bilder auf allen Wänden, sogar im Flur hinter der Tür

RENKA:        und nur weil wir hier leben entschuldigt nicht, dass es keine 13 Gerichte gibt. Das ist doch ein Muss, weil als ich 12 war, da hab ich den Papst getroffen, live, als er damals in Polen war, und er, normal, hat mich auf die Stirn geküsst. Und meine Mutter hat mir verboten, die ganze Woche, diese Stirn zu waschen und alle wollten mich anfassen.

AŚKA:            Ee, Renka, lass locker, wir sind doch hier in diesem deutschen Lande, hier glaubt doch niemand an Gott, und an diesen dein Papst, an den glaubt hier nicht mal der hinkende Hund.

RENKA:        Du Aśka, lieber lästerst du nicht, sonst wächst dir ein Herpes auf der Zunge, du weißt doch nicht mal, wie er hieß, unser Papst, der hieß nämlich doch Karol Wojtyła, und sogar Du Aśka, du bist doch Polin, und denkst, der hieß mit Vornamen Johannes und mit Nachnamen Paul.

AŚKA:            Und Renka denkt schwer nach:

RENKA:        Aber Aśka, irgendwie Recht hast du, hier glaubt doch niemand an Gott.

AŚKA:           Und Renka fällt ein, die hat sich mal verlaufen, auf eine deutsche Messe.

RENKA:        Und dort standen drei Leute, in dieser riesigen Kirche, und singen konnte keiner davon. Und wie die mich hier jeden Tag beschimpfen als Katholikin, ständig muss ich ihnen beglaubigen, dass ich normal bin. Und wenn ich mich hübsch anziehe, weil ich in die Kirche gehe, fragen sie mich, ob ich heute Geburtstag hab.

AŚKA:            Und Renka nervt sich maximal:

RENKA:        Die sollen mich doch küssen, du weißt schon wo, und wenn ich diese 13 Gerichte mache, lachen die mich noch aus. Und daraufhin trifft Aśka ein Blitz der Erleuchtung:

AŚKA:            Hör zu, machen wir doch einfach ein jüdisches Fest, weil meine jüdische Familie die kommt bestimmt, und wenn wir nicht befriedigen die koschere Fraktion, kommt noch so n Dibbuk in uns, oder schlimmer… nimmt uns Rachela diesen wunderschön grünen Hunderter zurück.

RENKA:        Du Aśka, das hau du dir mit einem Gummihammer aus deinem Kopf, das ist doch Jesus Geburt, und wer war für die Juden Jesus? Na, normal, ein Betrüger. Und ausserdem, Aśka, sieh die Sache rational: so n Hunderter, der reicht nur für n Aldi, und nicht für so n koscheres Geschäft. Und Aśka verschluckt sich fast:

AŚKA:            Die Rachela lässt uns hier mit diesem einsamen Hunderter zurück und selber fliegt sie nach Israel? Soll die sich doch selber machen ihr koscheres Fest! SIE hat doch den orthodoxen Menopausentick, dass ihr unbeschnitten kommt keiner ins Haus. Und sieht sie ein Doppel-s, und im Deutschen gibt’s viel davon, die ganze Zeit denkt sie an die SS.

RENKA:        Und wir werden ganz trübsinnig und unsere Köpfe lassen sich hängen, weil gleich kommen diese unsere Gäste,

AŚKA            und was, sollen sie diesen grünen Hunderter essen?

RENKA:        Und aufeinmal springt Aśka fast unter die Decke:

AŚKA:            Du, Renka, ich hab, normal, eine Idee, aber welche: machen wir es so wie in diesem deutschen Land, im Sinne dieser ihrer Integration!

RENKA:        Was? Kaufen, kaufen, sich vollfressen und sich verstreiten, und dann noch so tun, als wäre alles Wunderglück – oh nein, mit mir nicht.

AŚKA:            Du Renka, Recht hast du, aber leise, unsere Wände haben doch Löcher, und wenn die hier dich hören, geben die mir nie Hartz IV.

RENKA:        Und in der Damaschkestrasse 24, verliert das Leben seinen Sinn,

AŚKA:            und beide wollen wir sterben,

RENKA:        und zwar sofort.

AŚKA:           Komm Renka, wir machen kein Fest, wir gehen schlafen, und wenn sie an die Tür klingeln, machen wir nicht auf, als wären wir in Polen oder tot.

Und Renka wird noch untröstlicher:

RENKA:        Und was? Sollen wir Rachela geben diesen wunder-grünen Hunderter zurück?

AŚKA:            Oh nein, nur über unsere Leichen. Weil wann sehen wir wieder so n grünen Hunderter in einem Stück?

RENKA:        Und plötzlich klingelt es an der Tür und schon kommen die Gäste:

AŚKA:            unser Moslem aus Bosnien, aufgebrezelt wie zum Impfen,

RENKA:        im Anzügchen a la Broz Tito, diesem Parteibonzen von den Jugos.

AŚKA:            Und dann, zum Ausgleich, der israelische Soldat,

RENKA:        voll und so schwankend, als geben die in dieser israelischen Armee zu enge Schuhe aus.

AŚKA:            Gleich danach, die langweiligeren Gäste, fünf nicht praktizierende Katholiken,

RENKA:        fett eingeflogen, total high, direkt aus Amsterdam.

AŚKA:            Und zum Ausgleich, dank Rachela, der angenähte Onkel Abraham,

RENKA:        wo Aśka den nie auf Augen gesehen hat.

AŚKA:            Und in dieser unserer Bude in der Damaschke 24, wurden plötzlich fünf Sprachen gesprochen,

RENKA:        normal, der Babelturm,

AŚKA:            nur ist nichts schlimmes daraus erwachsen.

RENKA:        Weil  wir habens noch mit dem Hunderter ins Aldi geschafft, und Renka hat schnell noch 200 Pieroggis geklebt

AŚKA:         und niemand hatte so tolle Weihnachten,

RENKA:     die besten in der Welt 

weihnachten bei renka und askaUnd sogar hat sich herausgestellt, was koscher ist: die Giraffe, ja, aber das Zebra schon nicht mehr, weil es Hufen hat.

Heilige Drei Könige

Ewa Maria Slaska

Dreikönigstagsnachtsgeschichte frei nach Shakespeare

– Schönes Kleid, sagt ein Mann und setzt sich zu ihr. Es ist 2 Uhr nachts, sie sitzt in der Roten Rose und hat ein langes rotes Kleid an. Sie trinkt Tee aus einem Glas.
– Ach, sagt sie.
– Bist du vom Theater, oder was? Wer bist du eigentlich? bohrt der Mann. Ich habe dich noch nie hier gesehen. Und hier kommen immer dieselben Menschen.
– Ich kann nicht schlafen, dann wandere ich.
– Nachts? Allein?
– Weißt du, es stört meistens nachts, dass man nicht schlafen kann. Am Tag gilt es als OK. Und meistens ist man dann alleine, weil sonst es nicht so tragisch wäre.
– Und wieso bist du so angezogen?
– Weil… Ach, es ist zu viel, um ihm das alles zu erzählen. Weil ich auf dem Jakobsweg war. Und weil heute der Dreikönigstag ist.
– Ich sehe keinen Zusammenhang.
– Macht nichts. Kein Mensch hätte ihn gesehen.

helgairudaEs sind so viele Sachen in diesem einem Satz. Der Jakobsweg, Shakespeare, drei Könige, rotes Kleid für Hochzeit, weißes für Tod, eine Gewittertochter, eine Prinzessin, ein Mönch, eine Fantasy-Erzählung und eine griechische Tragödie, sieben Selbstmorde, alle für Katz, ein Sohn, eine Nichte, eine geheimnisvolle Mutter, Rotkäppchen, Verkleidung. Verkleidung als Lebensentwurf… Masken tragen, sich verstecken…

– Alles ist nur deshalb, dass wenn ich an Jakobsweg denke, bin ich eine mittelalterliche Prinzessin aus Schlesien, die als Junge verkleidet, nach Santiago geht.

Der Mann schaut sie schweigend an.

– Sorry, sagt er, geht zur Bar und bestellt sich einen großen Wodka auf Eis. Er trinkt ihn in einem Schluck auf Ex und sagt: – Na dann, jetzt erzähle…
– Viel zu erzählen, schon alleine die Auflistung macht müde, aber im Endeffekt nur Karneval, weil letztlich folgenlos, sagt sie. Das Leben ist so wie es ist, voll von Tragik, die sich als Komödie gibt. Langweilig und macht müde.

Sie sitzt in ihrem roten Kleid und zupft an den langen Ärmeln ihres Kleids, die bis zum Boden reichen.

– Erzähl trotzdem. Was zum Trinken, bevor du beginnst?
– Tee, bitte. Schwarzen.

okoJetzt erzählt sie.

– Ich bin eine Schriftstellerin. Das ist wichtig zu wissen, weil vielleicht du keinen meiner Worte glauben sollst. Die Geschichte habe ich vor 25 Jahren gelesen. Die Geschichte von einer mittelalterlichen Prinzessin, die als Junge verkleidet, nach Santiago geht. Sie ist nicht wahr, es ist eine historische Fantasy, von einer alten polnischen Schriftstellerin geschrieben. Trotzdem ist sie der Grund, weshalb auch ich nach Santiago gegangen bin. Sie ist nicht wahr, aber möglich, auch aus Polen gingen im Mittelalter Leute nach Santiago. In Allenstein stand im Regionalmuseum eine kleine hölzerne Figur eines Mönches mit der Jakobsmuschel. Stand, jetzt steht sie nicht mehr. Die Gestalt war grob geschnitten, sehr einfach, plump. Ein Werk eines einfachen Dorfschnitzers, das bezeugt, dass im 11. Jahrhundert Jemand aus dieser Wildnis bis nach Ende Spaniens gegangen ist. Und zurück.
Ich habe es mir immer vorgestellt, ich sei eine Prinzessin, so wie die Mädchen es halt tun. Als ich die Erzählung gelesen habe, war ich schon erwachsen, die Prinzessin habe ich vergessen, aber in diesem Buch kam sie zurück. Diese Autorin, sie heißt übrigens Jadwiga Żylińska, hat mich und meine Fantasien beschrieben. Ich bin diese Prinzessin, die in Begleitung eines Mönches aus Schlesien ausbricht und nach Santiago und Finisterre gelangt. Zuerst im roten Kleid, so wie es sich für eine Prinzessin ziemt, später als Junge verkleidet. Wie die Viola in der Shakespeares Komödie, Dreikönigstag oder Was ihr wollt. Dreikönigstag ist die zwölfte Nacht nach Weihnachten. Eine bizarre Nacht, wann alles passieren kann, denn im elisabethanischen England wurde die Welt am Tag zwölf nach Weihnachten auf den Kopf gestellt: Parodistische Prozessionen, Saufgelage und krudes Treiben ließen das Volk an Symbolen der Macht spielerisch teilhaben. Der Karneval als soziales Ventil und als uraltes, heidnisches Ritual. In Griechenland wirft man am Tag der Drei Könige Gold ins Meer. Die Männer springen dann ins Wasser und suchen das Gold.
– Kalt.
– Freilich, aber nicht so kalt, wie wir es um diese Zeit gewöhnt sind. Vor zehn Jahren war ich zu Weihnachten auf der Insel Rhodos. Am Tag der Drei Könige ist auf der Insel schon Frühling. Also, die Männer springen ins Wasser und versuchen, das Gold zu holen. Das bringt Glück. Dieses Jahr, als ich dort war, sind im Meer drei Männer ertrunken. Alle drei waren Ärzte. Stell dir vor!
– Bedeutet es was?
– Im Allgemeinen oder für mich?
– Oje, so ernst… Für dich.
– Für mich ging es um einen Mann. Am Dreikönigstag flog ich zurück nach Berlin, um seinen Geburtstag zu feiern. Dies über drei Ärzte habe ich von der jungen Pastorin erfahren, Julia. Sie war sehr aufgeregt, weil es ihr sehr symbolisch zu sein schien.
– War es?
– Sicher. Die drei Könige aus der Bibel waren keine Könige, sondern Magier. In den archaischen Kulturen waren Magier sowohl Vermittler zwischen Gott und den Menschen, als auch Heilmänner. Also Ärzte. So wie die Hexen auch Hebammen waren. Es scheint, als ob die Drei Könige an diesem Tag vor zehn Jahren gestorben sind. Erst jetzt? Vielleicht lebten sie und schlugen sich durch die Jahrhunderte, irgendwie, irgendwo und jetzt sind sie gestorben. Oder ganz umgekehrt. Vielleicht müssen jedes Jahr drei Könige sterben, damit die Welt weiter existiert.
– Mister Aufziehvogel?
– Wieder umgekehrt. Murakami nahm die Idee vom Aufziehvogel aus dem heidnischen Glauben. Fast überall auf der Welt muss einmal jährlich oder einmal zu jedem Vollmond, oder einmal zu Sonnenwenden oder einmal zu der Tag-und-Nacht-Gleiche etwas getan werden, damit die Welt richtig funktioniert. Bist du religiös?
– Nee, nicht richtig.
– Das heißt also, du lässt jetzt die Religion links liegen, aber wurdest katholisch oder evangelisch erzogen, oder?
– Katholisch. Ich bin aus Bayern.
– Na dann, kennst du es auch. Einmal im Jahr zum Frühlingsanfang beichten. Ein neuer Mensch werden. Blütenweiß, sauber. Frühlingsputz. Zur Pessah reinigen die Juden die ganze Wohnung. Früher war das einmalige Tun sehr oft blutig. Oder sexuell. Oder beides. Es wurden Menschen oder Tiere geopfert. Drei Ärzte, die im Meer ertrunken sind. So was war vorher durchaus gang und gäbe. In unseren Zeiten wurde das de-ritualisiert und dadurch unwichtig. Das kann sich rächen. Das sind objektive Tatsachen und es kann immer eine Strafe für Nicht-Beachtung der objektiven Tatsachen geben.
– Komm, bitte, zurück. Also am Tag der Drei Könige 2004 sind auf der griechischen Insel Rhodos drei Ärzte im Meer ertrunken, als sie dabei waren, bewusst oder unbewusst, den alten heidnischen Ritual durchzuziehen, nämlich das Gold aus dem Wasser zu holen, um der Welt noch ein Jahr Existenz zu bewahren. Habe ich es richtig zusammengefasst?
– Klug klug klug, Mister Aufziehvogel. Weißt du, mit dem Aufziehvogel passierte mir Mal so eine Geschichte. Fast am Ende des Romans gibt es so einen Kapitel – Töri Okada also Mister Aufziehvogel sitzt in seinem Brunnen und zugleich ist er in einem Hotel, wo sich vielleicht seine verschwundene Ehefrau befindet. Im Brunnen ist es sowieso stockdunkel, im Hotel erlischt plötzlich das Licht. Ich las gerade diese Stelle als das Licht in meiner Wohnung erlosch. Es war aber keine gewöhnliche Sicherungspanne, sondern eine Elektro-Havarie. Im ganzen Bergmann-Kiez und Umgebung ist plötzlich stockdunkel geworden. Erst nach zwei Stunden wurde die Havarie bewartet.
– Es ist nicht dein Ernst.
– Wieso soll ich eine gelogene Geschichte erzählen? Natürlich ist es so passiert.
– Das glaube ich dir. Aber es war ein Zufall, er hatte mit deiner Lektüre vom Murakamis Buch nicht zu tun.
– So so, nichts zu tun… Ja, sicher… Es war nur so. Genauso wie du.

sukienka
– Was habe ich damit zu tun? Ich höre dir nur zu. Wir kennen uns überhaupt nicht. Übrigens, wir heißt du eigentlich?
– Halka.
– Jakob, sagt der Mann. Daher wollte ich deine Geschichte hören. Du sagtest, du warst auf dem Jakobsweg. Bist du in deinem roten Kleid gegangen?
– Nein, wie ein Junge gekleidet.
– Griechenland, sagt er. Wieso erzählst du Stories über Berlin, Polen, Griechenland und Japan, wenn du eigentlich über Spanien berichten wolltest.
– Die Drei Könige sind sehr wichtig in dieser Geschichte. Er ist nämlich am Tag der Drei Könige geboren.
– Wer er?
– Er, der Mann, um den es ging. Er ist in einem polnischen Bergdorf geboren, von dem man her eine Bergkette sehen kann. Die Berge sind weit entfernt, den höchsten Gipfel sieht man nur, wenn man irgendwo nach oben klettert. Aber aus dem kleinen Fensterchen in seinem Kinderzimmer sieht man ihn sehr gut. Der Gipfel heißt Drei Kronen. Drei Kronen für Drei Könige. Ein Steinbock wie Jesus. Der dreifältige König, dazu noch im keltischen Jahre des weißen Hirsches geboren, was ein königliches Zeichen ist. König über die Könige.
– Ej, sagt Jakob. Du übertreibst wohl ein bisschen.
– Klar, schon, nimm alles nicht so ernst. Aber alles ist zugleich wahr, der Tag, der Gipfel, der Sternzeichen, der weiße Hirsch, der chinesische Drachen, alles ist da. Ich habe all diese Stückchen zusammen geklebt, habe ihn zu König gemacht. Und zum Dämon zugleich. Als wir uns kennen gelernt haben, hat mir jemand zum Geburtstag den Pilger, das Buch von Coelho geschenkt, der wahrlich von Dämonen durchdrängt ist. Schon damals wussten alle, dass ich nach Santiago zu Fuß will…
– Weshalb eigentlich? Nur wegen einer Erzählung?
– Nein, nicht nur, es sind viele Gründe gewesen. Wollte eigentlich immer. Eine andere Geschichte. Die hängt mit meiner Kindheit zusammen, mit dem griechischen Schicksal.

Sie schweigen. Sie hat ihren Tee schon längst getrunken. Vor ihm stehen drei leere Wodkagläser.

– Du erzählst viel von Magie. Gehörst du einer Sekte? Oder, was weiß ich, einer New-Age-Gruppe?
Ach was. Ich mach mir selber meine Ängste und meine Magie, sagt sie. Auf dem Jakobsweg habe ich regelrecht Magie getrieben. Ich wollte ihn zurück gewinnen.
– Wen? Den König?
– Ja. Er ist aber kein König. Das ist dir klar, oder? Mir leider auch. Ein gewöhnlicher Kerl, mit einem starken Hang zu schattigen Seiten des Lebens.

Sie denkt an eine kantige Figur, die sie für ihn während einer Mondnacht auf dem Berg Cruz de Ferro aufgebaut hat. Gerade an dieser magischen Nacht, als sie den heiligen Berg bestieg, hat er sich in einem Klub eine Junkie-Frau geholt, die seitdem bei ihm wohnte.

– Damals wusste ich es nicht. Jetzt weiß ich es. Ich habe gestern mit ihm Schluss gemacht.
– Gestern? Deshalb schlaffst du heute nicht. Warum eigentlich? Du wusstest doch, wie er ist. Und wie lange hast du es ausgehalten?
– Fünf Jahre. Ich habe viel dafür bezahlt, schon als ich auf den Jakobsweg ging, wusste ich, dass es schon unerträglich ist, so viel zu bezahlen. Es war aber Klacks im Vergleich dazu, was ich danach zu zahlen hatte.
Er bestellt sich noch einen Wodka.
– Hast du das Buch von Hape Kerkeling gelesen?
– Ja, sagt sie. Ein arroganter Schnösel.
– Wieso?
– Benimmt sich so und beschreibt es auch. Und jetzt hat er es bewirkt, dass so viele aus Deutschland den Weg gehen.
– Vielleicht ist es auch so, sagt Jakob. Ich wäre auch beinah hingegangen.
– Wegen eines Buches? fragt Halka. Eigentlich ist ja OK, jemand muss uns sagen, was wir tun wollen.
– Du bist letztendlich auch wegen eines Buches hingegangen.
– In einem gewissen Sinne schon. Aber im Grunde waren es meine Selbstzweifel und Verzweiflung.
– Selbstzweifel und Verzweiflung, wiederholt Jakob. Du hast aber einen schweren Wortschatz. Wir leben aber in den Zeiten, in denen man nicht so schwermutig denkt. Schuld. Was ist Schuld? Gar Ethiker und Juristen wissen nicht mehr, was wirklich Schuld ist. Alles lässt sich rationalisieren und erklären. Durch Gene oder Erziehung und Sozialisierung.
– Es ist unwichtig, sagt sie. Du musst gar nicht wirklich Schuld tragen. Für manche deine Taten wirst du trotzdem zahlen müssen. So war es in einer griechischen Tragödie. In jeder griechischen Tragödie. Du hast keine andere Wahl, außer das zu tun, was du tun musst. Du tust es und zahlst dafür.

Ihre Stimme ist ruhig. Ohne Gefühl, ohne Emotion.

– Das heißt, im Endeffekt ist es doch deine Schuld, sagt sie nach einer Weile. Wenn du nur tiefer geschaut hättest als das, was du getan hast, weil du dachtest, du kannst nicht anders.
– O du heiliger Jakob, sagt er, da machst du aber alles verdammt kompliziert. Verstehe ich es richtig, du hast nicht gesündigt und du wolltest gar nicht Böses, du hast getan, was du getan hast und dafür hast du die Strafe bezahlt. Und da es niemandem gab, der dir deine Strafe auferlegt hat, hast du sie dir selber auferlegt.
– Ja. Mehr oder weniger.
– Was hast du eigentlich getan?
– An die Liebe geglaubt. An Blicke, Küsse, Beteuerungen…
– O nee, Liebe… Wie eine sechzehnjährige…
– Allerdings. Ich sah es nicht als die Schuld, für die ich zahlen werde. Aber trotzdem… Ich habe die objektiven Tatsachen nicht beachtet. Dafür zahle ich. Für Nicht-Beachtung der objektiven Tatsachen.
– Ungerecht, sagt Jakob. Du bist nicht schuldig, das hast du selbst gesagt. Du hast ein Problem, sicher. Aber Schuld, nee, Schuld in diesem hohen Sinne, das ist zu hoch für einen normalen Menschen.
– Ich machte meine Sühne.
– Altmodischer Begriff und wie! Und woher soll man wissen, dass man am Ende wie ein blöder Sündiger barfuss und mit dem mit Asche bedeckten Haupt stehen würde?
– Es gibt Orakel. Und es gibt Klugheit. Intelligenz. Wissen. Intuition. Man hat schon davon gehört. Ich habe davon gehört. Man kennt doch all die Antigonas, Elektras, Ifigenias. Man ist weder unvoreingenommen noch unvorbereitet. So ist es doch seine Schuld, weil er dem Los nicht genügend Achtung geschenkt hat.
– Ach, das Los.
– Ach, das Los, faxt sie. Ja. Ich weiß, ihr Deutsche mag es nicht, das Los, das Schicksal, die Fortuna.

(…)
– Na, sagt er, was war dann mit diesem Mann?
– Objektive Tatsachen, sagte sie. Er war alles, was ich in einem Mann immer suchte. Nur dies alles war nicht für mich. Ich sollte es wissen. Eigentlich musste ich es wissen. Er war zu jung. Das war bis dem Zeitpunkt kein Problem, fast alle meine Männer waren jünger als ich. Wesentlich jünger sogar. Es war nie ein Hindernis. Diesmal aber schon.
– Und?
– Man wird für alles bestraft, für die Liebe muss man besonders viel bezahlen.
– Liebe ist nicht Schuld.
– Ach nein? Natürlich ist sie Die Schuld. In diesem griechischen Sinne ist sie die Schuld. Ich habe es nicht gewollt, ihn zu lieben. Die Liebe kam aus dem Nix. Ungebeten, uneingeladen. Sie kam und traf mich wie ein Blitz. Bis zu diesem Moment war es immer anders, immer waren es die Männer, die sich darum bemühten, mich zu erobern. Sie mussten mir beibringen, sie zu lieben. Diesmal war ich diejenige, die liebte. Ich könnte nicht anders, nur das zu tun, was ich tun musste: Lieben. Und Liebe… sie trägt ihre eigene Strafe inne. Ablehnung, Ausbeutung, Betrug, Bitterkeit, Einsamkeit, Entbehrung, Gleichgültigkeit, Lächerlichkeit, Lüge, Minderwertigkeit, Ungläubigkeit, Unglücklichsein, Unsicherheit, Selbstzweifel, Verachtung, Verlegenheit, Verzweiflung, Verrat, Verwirrtheit, Verständnislosigkeit, Zurückweisung… Alles ungewollt, uneingeladen, schmerzhaft.
– Alle Achtung, sagt er, alphabetisch geordnet.
– Ich habe noch nicht alle Buchstaben abgearbeitet, sorry. Beim nächsten Mann wird alles anders.
Aus allen möglichen Sorten der griechischen Schuld ist gerade die Liebe die Schrecklichste, weil sie eben auf das Beste, Gütigste, Selbstlose und Hingebungswilligste zielt.
– Oh, du heiliger Jakob, was für eine Katastrophe die Liebe ist, sagt er.
Sie lächelt.
– O ja, sagt sie, wie wahr.
Jakob geht wieder zur Bar und bestellt das Essen.
– So, Scheherezade, sagt er, ich zahle für das Abendbrot und Wein, auch wenn es der Zeit nach eh Frühstück und Tee ist, du erzählst weiter.
– Es gab einmal, sagt Halka, einen griechischen König. Ödipus. Er ist der Sohn des Laios gewesen, des Königs von Theben, dem das Orakel prophezeite: „Dein Sohn wird dich, seinen Vater, erschlagen und deine Frau, seine Mutter heiraten.“ Als er geboren wurde, ließen seine Eltern, um den Fluch umzugehen, seine Füße durchstechen, zusammenbinden und ihn von einem Hirten Gebirge aussetzen. Der Mann übergab ihn einem anderen vorbeiziehenden Hirten. So gelangte Ödipus zum König Polybos von Korinth und wurde von ihm adoptiert. Dann erfährt auch er von dem Orakel: Er werde seinen Vater töten und seine Mutter heiraten. Somit brach er sofort in die Ferne auf, damit sich die Prophezeiung an seinen vermeintlichen Eltern in Korinth nicht bewahrheite. Unterwegs tötet er in einem Handgemenge zwei Männer. Einer davon ist der Laios, sein leiblicher Vater. Er geht weiter, kommt nach Theben, das von grausamer Sphinx heimgesucht ist, antwortet die Rätsel des Monsters, befreit die Stadt und darf als Belohnung die Witwe des gerade gestorbenen Königs, Iokaste, und damit seine eigene Mutter, zur Ehefrau nehmen. Erst später erfährt Ödipus, dass Iokaste und Laios seine leiblichen Eltern sind. Wie es vom Orakel vorausgesagt wurde, beging Ödipus also sowohl Vatermord als auch Inzest.
– Ej, sagt Jakob, deine Erzählkunst lässt nach, diese Geschichte kennt doch jeder.
Halka nickt.
– Die Frage ist, sagt sie, ob sich die Orakel bewahrheitet hätte, wenn Laios und Iokaste gesagt hätten, ihr könnt uns mal, liebe Götter, wir wollten immer einen Sohn haben, er bleibt bei uns. Das Sich-Erfüllen der Prophezeiung passierte nur, weil man versuchte seine Wirkung auszumerzen. Für mich wurde auch ein Orakel aufgehängt, sagt sie. Es musste so sein, ich bin mir sicher. Dieser sagte vor, dass ich niemand werde, nie wer werde, nie zur Ruhm und Ehre gelange. Zum Glück, Wohlstand und Sicherheit nebenbei gesagt auch nicht. Ich sollte nie etwas erreichen, ich war als ein Niemand geboren und werde als ein Niemand sterben.
– Wer hat es getan?
– Mama? Sie waren alle Künstler, meine Mutter, mein Vater, meine Schwester. Nur ich nicht. Ich wollte. Ich wollte malen, Gitarre spielen. Mir wurde sofort gesagt, nein, du nicht, du bist keine Künstlerin. Hast kein Talent, keine Gabe, keinen Daimonion. Deshalb konnte man mir die Aufgaben aufbürden, die den Künstler nicht würdig waren. Die sie ganz einfach keine Lust hatten, zu erledigen. Einkaufen, kochen, saubermachen, waschen, abwaschen, bügeln. Ich ackerte. Ich wusste, dass es so ewig sein wird. Sie werden immer größere Künstler sein, ich werde sie bekochen. Ich bin geflohen. Mit 18 machte ich mich vom Sand und ging. Ich wollte auch wer werden, und dies konnte ich zuhause nie im Leben erreichen. Zuerst bin ich in die andere Stadt geflohen, sie holten mich nach zehn Jahren zurück. Ein paar Jahre später flüchtete ich das zweite Mal, diesmal in einen anderen Staat. Ich versuchte mit meiner ganzen Kraft, wer werden. Umsonst. Jetzt ist mein Leben um. Ich bin Niemand und ich werde als Niemand sterben. Kein Geld, keine Arbeit, keine Sicherheit, kein Ruhm und Ehre. Allein, ohne Ehemann, ohne Partner. Einziges was ich erreicht habe, ist meine verbissene Unabhängigkeit, für die ich wie eine Wahnsinnige bezahle. Kein Mensch musste mich je aushalten, ich hielt mich immer selber aus. Nur, es ist nicht zu aushalten.
– Du bist doch eine Schriftstellerin.
– Ohne jeglichen Erfolg.
– Du kannst gut erzählen.
– Und du hast gut reden. Ich bin Ödipus. Ich versuchte meinem Schicksal zu entgehen, um am Ende genau das zu erreichen, was für mich vorgeplant wurde. Ich habe dafür 40 Jahre hart gearbeitet.

Er versucht ihre Hand in die seine zu nehmen, sie zu trösten. Barsch zieht sie ihre Hand zurück.

– Lass das, sagt sie. Wage nicht, mich zu trösten. Es ist schwierig genug, selber hart zu bleiben, um damit fertig zu werden. Mit dem Mitleid wird es unerträglich. Man kann der Bestimmung nicht entgehen. Das ist das Fazit meines Lebens.

Fotos Krzysztof Pukański

 

Neujahr / Nowy rok

Ewa Maria Slaska

Eine Neujahrsgeschichte

Po polsku TU.

Vor zehn Jahren war ich zu Weihnachten und Silvester auf einer griechischen Insel. Fast allein. Das heißt, natürlich, die Griechen waren da, aber ich wohne in einem Haus für Schriftsteller und kannte Niemanden.

Bei einem Spaziergang gelang ich rein zufällig in ein Haus und in dem Haus in einen Saal aus dem ich die Leute gehört habe, die auf Deutsch sangen. Es war eine evangelische Gemeinde. Die Mitglieder waren meistens deutsche, englische oder holländische Ehefrauen. Die Ehemänner waren Griechen, griechisch-orthodox, die Ehefrauen evangelisch. Es gab einen Pastor, eine Frau Pastor und eine Aushilfepastorin. Gottesdienst zum Sonntag, Predigt zum Gottesdienst, Gott zum Predigt.

Sie haben mich zum Silvester eingeladen, ich habe es dankend angenommen.
Silvester in Griechenland ist kein grenzenloses Vergnügen, wie man es sich so leicht vorstellen möchte, wenn man bedenkt, dass die Griechen so gern tanzen. Sie tanzen zum Silvester gar nicht, sie spielen, um die Wette, um Geld zu gewinnen. Von kleinen Kindern bis zu senilen Omas im Schwarzkleid, alle spielen um das merkantile Glück für nächstes Jahr. Und sie essen Vasilopita, Kaiserkuchen.

Bei dem Pastor haben wir Mahjong gespielt und Vasilopita gab es auch. Es ist so ein Hefekuchen in dem ein Geldstück eingebacken wurde. Floris. Blümchen. Man teilt den Kuchen in so viel Teilen, wie viele Leute zum Party kommen, plus drei. Die drei Extras sind für Gott, für Jesus und für Maria. Wir waren dreizehn, ja, ja, dreizehn, der Kuchen wurde also in 16 Stücke aufgeteilt.

Der Pastor war der Kuchengeber. Er nahm die Teller nacheinander und legte ein Stück Vassilopita drauf. Den ersten Teller gab er mir. Nein, wehrte ich mich, der ist für Gott. Aber nein, der ist für dich. Wir sind doch keine Griechen. Ich nahm den Teller. Als schon alle ihre Teller bekommen haben, da blieben die drei Stück Kuchen auf der Kuchenplatte liegen. Die nehm´ ich für morgen für den Gottesdienst, sagte der Pastor und schob die Platte beiseite.

Wir prosteten uns zu mit einem Glas Wein und machten uns an die Vasilopita. Die Münze war in meinem Stück Kuchen, im ersten Biss. Alle waren neidisch. Ich war stolz. Es ist so selten, dass mir etwas Derartiges passiert. Vielleicht gar nie. Ich gewinne nie, ich bekomme keine unerwarteten Geschenke. Und diesmal bekam ich den Floris, den Glücksbringer, gleich in ersten Biss, in einem Stück Kuchen, das mir gar nicht zukommen sollte, sondern Gott.

Alle waren neidisch, alle dachten aber, dass es für mich so schön war, den Floris zu bekommen.

Es war gar nicht schön, aber ich brauchte Monate, um es zu verstehen. Materiell gesehen mit diesem Silvester begann das schlechteste Jahr meines Lebens. Mein Geld schwand und verschwand. Egal was ich tat, das Geld ging weg. Ich wurde betrogen und bestohlen, mir wurde das Geld nicht ausgezahlt, das ich verdient habe, mein Lohn wurde gekürzt, die Kürzung mit Prämie ersetzt, die Prämie eingestellt…
Ich nahm den Kuchen, der für Gott war, ich eignete mir dadurch die Münze, die Gott gehörte, und ich zahlte dafür sehr sehr bitter.

Der Pastor irrte sich. Wir sind Griechen. Wir sind alle Griechen. Es war nicht meine Schuld, der Gottesdiener hat mir den Gotteskuchen mit der Gottesmünze gegeben, und trotzdem musste ich dafür bezahlen. Ich brauchte weitere paar Jahre, um zu erkennen, dass ich daran doch die Schuld zu tragen habe. Ich wollte Gott seinen Kuchen nicht wegnehmen, aber ich nahm ihn. Ich weiß nicht, was ich anderes tun sollte, aber ich sollte mir etwas ausdenken. Ich nahm den Kuchen, den mir der Pastor anbot und die Gottesmünze brannte mir ein Riesenloch in meinem Geldbeutel. Objektive Tatsache, Und dies war meine Schuld.

Ich fuhr also nach Griechenland zum Ende des Jahres und zum Silvester klaute ich Gott die Glücksmünze. Ich dachte, der Klau ist die Krönung eines sehr guten Jahres. Es war ein gutes Jahr in meinem Leben. Ich habe eine neue Wohnung gefunden, eine schöne Wohnung. Eigentlich war es sogar besser, die schöne Wohnung hat mich gefunden. Ich habe einen wichtigen Preis bekommen, bei der Preisverleihung habe ich einen Mann kennen gelernt. So kam er in mein Leben, in meine neue, schöne Wohnung, ein Mann der das alles war, was ich in einem Mann immer suchte…

Der das alles war, nur nicht für mich. So einfach war es mit dem Glück. Die Liebe war nicht für mich und ich klaute Gott seine Glücksmünze.

Sylwester 1943

Mirka

1944

Był sylwester 1943 roku, mijał czwarty rok wojny, nikt w tym okresie nie umiał przewidzieć, jak długo ta wojna jeszcze potrwa. Nie będę tu opisywała sytuacji strategiczno-politycznej, bo nie o tym chcę pisać.

W listopadzie skończyłam czternaście lat, ale były to inne lata niż dziś, byłam po prostu dorosłą dziewczyną. Sytuacja, w jakiej żyłam, praca konspiracyjna, czyhające nieustannie niebezpieczeństwo, stale towarzystwo osób dorosłych (byłam jedynaczką) zaprzepaściły gdzieś mój okres „podlotkostwa”, byłam po prostu dorosła. A wyglądałam… byłam wyrośnięta chuda gidia, za którą trochę już się oglądali chłopcy, co mi nieco imponowało.

Ten dzień był dla mnie WIELKI – byłam zaproszona na pierwszego swoim życiu Sylwestra. Miałam bawić się całą noc (inaczej nie można było, bo godziny zabawy wyznaczała… godzina policyjna).

Zabawa była doskonała, dobre płyty, dobra muzyka, tańczyłam do upadłego, a tańczyć umiałam doskonale, przed wojna chodziłam na rytmikę i uczyłam się tańczyć.

Sylwester odbywał się w leśniczówce, której właściciele byli mocno zaangażowani w pracę konspiracyjną. Towarzystwo, które bawiło się na tym Sylwestrze, to podchorążowie konspiracyjnej szkoły podchorążych i inni konspiratorzy. Dziewczęta, wszystkie to łączniczki, sanitariuszki i dziewczęta z patrolu gospodarczego, więc kwiat polskiej młodzieży.

Zima była dość tęga. Z leśniczówki wyszliśmy, kiedy było już widno i przez śnieg przedzieraliśmy się do drogi do wsi. W uszach brzmiała mi ostatnia piosenka: Hanko … bo kiedy usta twe mówią nie, to oczy mówią tak… Tę piosenkę pamiętałam długo i w zmiennych kolejach losu tego roku 1944, wielokrotnie ją w myślach nuciłam.

PS. Tego, że panowie, którzy uczestniczyli w Sylwestrze to byli absolwenci kursu Konspiracyjnej Szkoły Podchorążych, którzy tego dnia zdali końcowe egzaminy, dowiedziałam się dopiero w zeszłym roku (2013). Nie wiedziałam o tym, mimo że egzaminował ich między innymi mój Ojciec, który tę szkołę prowadził. Jak konspiracja to konspiracja.

Ciąg dalszy nastąpi

Dzień świętego Szczepana

Joanna Trümner

Pożegnanie choinki

Gasimy po raz ostatni świeczki na choince i patrząc na śnieg za oknem

Krótko jeszcze myślimy o tych mijających świątecznych dniach, dzieleniu się opłatkiem i

Dziecku leżącym w żłobie w kościele po to, abyśmy mogli mieć znowu nadzieję

Dla siebie i innych – walczących o życie, samotnych, rozczarowanych, nie mających już siły.

I o tym, jak bardzo potrzebujemy tych tygodni oczekiwania i radości –

Co roku takich samych, a jednak sprawiających, że uśmiechamy się nawet do wścibskiej sąsiadki.

Tak bardzo chcielibyśmy spędzić je z tymi, których już nie ma…

Może oni właśnie teraz w nieznanym nam miejscu też gaszą świeczki na choinkach

I zdejmując z nich lametę patrzą na nas, mówiąc:

Znajdziecie swoją drogę do szczęścia.

***

Wyjaśnienie dla Czytelników spoza Berlina, a może w ogóle spoza Niemiec. W Polsce choinki stoją w mieszkaniach co najmniej do Trzech Króli, a często do Matki Boskiej Gromnicznej, w Berlinie rozbiera się je i wyrzuca na ulicę ostatniego dnia świąt lub, najpóźniej, zaraz po Nowym Roku. Są wtedy jeszcze bardzo świeże.

Reblog: Wielka Wojna / Der Große Krieg

Ten wpis już tu był rok temu. Wracam do niego, bo taki mi się wydaje ważny i piękny zarazem. / Den Beitrag gab es hier schon – genau vor einem Jahr. Ich kehre zu ihm zurück. Er war sehr wichtig und sehr sehr schön.

Inge da Silva

choinka-okopyWeihnachten 1914. An der Front harren Millionen Soldaten in den verschlammten Schützengräben aus. Im Niemandsland zwischen den feindlichen Linien liegen die Leichen der Gefallenen, teils mit Schnee bedeckt. Am Himmel stand ein blasser Mond. Bleich. Als hätte er die Farbe angenommen der Toten, die unten, im Schlamm, im Stacheldraht, im Niemandsland lagen. Doch mit einem Mal gehen auf beiden Seiten hinter den Wällen Pappschilder hoch: “Frohe Weihnachten” steht da, und “Merry X-Mas”. Was folgt, könnte ein Weihnachtsmärchen sein, aber es hat sich mitten im Ersten Weltkrieg, wirklich so zugetragen. Nach fünf Monaten Krieg mit Hunderttausenden von Toten auf beiden Seiten bricht an der Westfront von der Nordsee bis zur Schweiz der Friede aus. “Um neun Uhr abends werden die Bäume angesteckt, und aus mehr als zweihundert Kehlen klingen die alten deutschen Weihnachtslieder”, hält ein Soldat fest. “Dann setzen wir die brennenden Bäume ganz langsam und sehr vorsichtig auf die Grabenböschung. “Weihnachten, das hatten
so viele Soldaten geglaubt, als sie im Sommer 1914 trunken vor Euphorie an die Front marschierten, Weihnachten sollte der Krieg zu Ende sein. Aber Weihnachten ging gar nichts mehr an der Westfront, die vom belgischen Nieuwpoort an der Nordsee bis zur Schweizer Grenze im Süden reichte und an der sich Deutsche auf der einen, Belgier, Franzosen und Briten auf der anderen Seite gegenüberlagen.
Ein Brite schreibt seiner Frau: “Stell dir vor: Während du zu Hause deinen Truthahn gegessen hast, plauderte ich da draußen mit den Männern, die ich ein paar Stunden vorher noch zu töten versucht hatte.” Ein anderer berichtet: “Auf beiden Seiten herrschte eine Stimmung, dass endlich Schluss sein möge. Wir litten doch alle gleichermaßen unter Läusen, Schlamm, Kälte, Ratten und Todesangst.”

“Niemals sah ich ein schöneres Bild des Friedens”

Es dauert nicht lange, und die Feinde machen sich Geschenke, singen Weihnachtslieder, spielen Fußball, veranstalten Radrennen und trinken belgisches Bier. Vor allem Sachsen, Bayern und Österreicher verstehen sich gut mit den Briten – besser als mit ihren oft so schneidigen Kameraden aus Preußen. Ein britischer Soldat steht plötzlich seinem deutschen Coiffeur aus London gegenüber, der das Gastland bei Kriegsausbruch verlassen musste. Er bekommt sofort einen neuen Schnitt. Nach fünf Monaten Krieg mit Hunderttausenden von Toten auf beiden Seiten bricht an der Westfront von der Nordsee bis zur Schweiz der Friede aus. “Um neun Uhr abends werden die Bäume angesteckt, und aus mehr als zweihundert Kehlen klingen die alten deutschen Weihnachtslieder”, hält ein Soldat fest. “Dann setzen wir die brennenden Bäume ganz langsam und sehr vorsichtig auf die Grabenböschung. “Es war wie im Stadion bei einem Fußballspiel.” Ein britischer Offizier scherzt, für den Neujahrstag sei schon ein neuer Waffenstillstand verabredet worden: “Denn die Deutschen wollen sehen, wie die Fotos geworden sind”. Als das Fest vorbei ist, feuern sich die Soldaten zunächst noch über die Köpfe, dann geht das große Schlachten weiter. Im Jahr darauf ist Weihnachten ein Tag wie jeder andere. Befehl von oben: Jeder, der mit dem Feind “Stille Nacht” singt, ist sofort zu erschießen.
Bekannt ist nur, dass diese Geschichte am 9. Januar 1915 in der britischen “North Mail” erschien. Sie ist eine von zahllosen Beschreibungen eines Ereignisses, das als “Weihnachtsfrieden” in die Geschichte eingegangen ist, als an zahlreichen Abschnitten der Westfront die Soldaten spontan die Waffen niederlegten, um gemeinsam, mitten im Krieg Weihnachten zu feiern. Belgier und Franzosen reichten Deutschen die Hände. Das passierte auch. Aber meistens waren es Briten und Deutsche, die sich freundschaftlich begegneten. Sie sangen “Stille Nacht, heilige Nacht” und “Silent night, holy night”. Sie zeigten sich Fotos von ihren Liebsten. In der Nähe des französischen Dorfes Fromelles feierten sie einen Gottesdienst. “Der Herr ist mein Hirte” sprachen sie, den 23. Psalm, in Deutsch und in Englisch.

Manchmal trafen sich alte Bekannte, der britische Restaurantgast zum Beispiel und der Deutsche, der vor dem Krieg in London als Kellner gearbeitet hat. Und es gab ein Fußballspiel zwischen Sachsen und Schotten, das nicht zuletzt deshalb ein besonderes Erlebnis war, wie ein deutscher Soldat nach Hause schrieb, weil die Männer jedes Mal in Gelächter ausbrachen, wenn ein Schotte zeigte, dass er keine Wäsche unter dem Rock trug.

Eine Episode von vielen, die sich vor allem an den Abschnitten zwischen Mesen und Nieuwkapelle abspielten. “Einen solchen Frieden von unten gab es noch nie in der Geschichte eines Krieges”, schreibt Michael Jürgs, der in seinem Buch “Der kleine Friede im Großen Krieg” das Weihnachtswunder von 1914 minutiös nachgezeichnet hat.

Die Geschichte von Frederick W. Heath wurde erst vor wenigen Monaten wieder entdeckt. 96 Jahre, nachdem sie in einer Zeitung stand. Sie ragt deshalb aus den vielen Augenzeugenberichten heraus, weil sie so viel erzählt von Gefühlen. Von Ängsten und Misstrauen und von der Sehnsucht, trotz allem, einander als Menschen zu begegnen.

Er träumte noch von zu Hause, als er an jenem Weihnachtsabend auf der feindlichen Seite plötzlich ein Licht aufflackern sah. “Ein Flackern in der Dunkelheit”, schrieb er. “Ein Licht an der feindlichen Linie zu dieser Zeit war so selten, dass ich es gleich meldete.” Doch noch während er die Nachricht weitergab, ging an der deutschen Linie ein Licht nach dem anderen an. Und dann hörte er eine Stimme, eine deutsche. Ganz nah schien sie ihm, so nah, dass er sein Gewehr schussbereit hielt. “English soldier”, rief sie, “English soldier, a merry Christmas, a merry Christmas!”

Medien berichteten über den Weihnachtsfrieden

Die Briten schwiegen. Kein Laut war zu hören, außer den Befehlen der Offiziere, still zu bleiben. Es war noch nicht lange her, da hatten deutsche Soldaten an der Westfront vorgetäuscht, sich zu ergeben. Doch als die Briten ebenfalls die Waffen senkten, kamen Deutsche aus dem Hinterhalt – und schossen. Die englische Zeitschrift “The Sphere” hatte darüber ausführlich berichtet. Wer wird an diesem Weihnachtsabend nicht daran gedacht haben?

Doch etwas anderes war größer als die Angst. “Überall an unserer Linie”, schrieb Heath, “hörte man Männer, die den Weihnachtsgruß des Feindes erwiderten. Wie konnten wir dem widerstehen, uns gegenseitig schöne Weihnachten zu wünschen?” Sie begannen, mit den Deutschen zu reden, nicht ohne die Gewehre fest in den Händen zu halten. In dieser Weihnachtsnacht, in der sie Lieder hörten aus den deutschen Schützengräben und das Pfeifen von Flöten, in der die Briten mit Lachen antworteten und Weihnachtslieder aus ihrer Heimat sangen.

Sie riefen Segenswünsche

In dieser Nacht fiel kein Schuss. In der Dämmerung, als der Himmel grau und rosa wurde, da sahen sie ihre Feinde. Unbekümmert bewegten sich die Deutschen außerhalb der Schützengräben. Heath bewunderte den Mut. Es wäre geradezu eine Einladung an die Briten gewesen, abzudrücken. Aber sie schossen nicht. Sie standen auf und riefen Segenswünsche herüber zu den Männern, mit denen sie wenige Stunden zuvor noch gekämpft hatten um Leben und Tod.

Ein Jahr danach passierte schon kein Wunder mehr.