Życzenia z okazji przesilenia zimowego

Ryszard Dąbrowski

Okres kiedy noce zaczynają być krótsze a dnie się wydłużają, nazywany jest eufemistycznie świętami Bożego Narodzenia oraz Nowym Rokiem.

Zgodnie z moją ubiegłoroczną deklaracją, żadnych życzeń świątecznych, do końca Waszego lub mojego życia, nigdy więcej już nie będzie.

Niemniej, zgodnie z tą samą deklaracją, będą jedynie życzenia noworoczne.

Tu i teraz na rok 2016.

Czego ja mogę Wam życzyć? Wy sami musicie sobie czegoś życzyć!

A więc życzę Wam, abyście sobie życzyli, abyście byli wiecznie młodymi – jak nie ciałem to duchem, abyście byli  pięknymi, zdrowymi i bogatymi i aby po ewentualnej śmierci abyście trafili do nieba (które nie istnieje).

Życzę Wam także, żebyście sobie życzyli, aby wasi wrogowie, zbrzydli, popadli w nędzę i zachorowali, lub przynajmniej powymierali, a po śmierci aby trafili do piekła (które istnieje).

My sobie życzymy także tego samego i aby w końcu jedna stara …

Żyjcie tak, jakby każdy Wasz kolejny dzień, miałby być tym ostatnim.

Grażyna & Ryszard (już nie Mikołaj)

P.S. Ten miłosny list ilustruję zdjęciem, na którym ja i Дед Мороз popijamy sobie czeskie piwo a z „laptopu” przygrywa nam Жанна Бичевская.

przesilenie

Ponieważ Dziadeczek Mróz jest Rosjaninem i wszyscy odmawiają mu wiz („generalissimus” Putin powoli wraca już do łask i wpuszczany jest ponownie na salony – w Waszyngtonie czy też w jakimś tam innym Paryżu – ale jego paladyni oraz poddani jeszcze nie), dlatego na plażę tę, na której tu siedzimy, dziadeczek przybył nielegalnie, drogą „lotniczą”, czyli saniami ciągniętymi przez jego ukochane reny.

Aby nie dawać CIA, M15, BND, ABW oraz innym służbą żadnych dowodów do rąk, nie zdradzę gdzie to zdjęcie wykonano, a Д. М. „wyfotoszopowałem” z tego zdjęcia.

A więc, czeskim piwem Budweiserem (5% C2H5OH): skål, na zdrowie, за ваше здоровье, na zdravi, cheers , zum Wohl !!!

Czyli reasumując i jak mówią Niemcy: udanego poślizgu w nowy rok…

Pod choinkę bez choinki… rozmyślania ekologiczne

Krystyna Koziewicz

 Natura cierpi

Nasza planeta cierpi, jest zagrożona – tak brzmi konkluzja ONZ w panelu ds. Zmian Klimatu IPCC. Raport ocieplenia obciąża człowieka za emitowane gazy cieplarniane czyli dwutlenek węgla. Unia Europejska postanowiła, że do roku 2020 zmniejszyć trzeba o połowę emisję dwutlenku węgla. Co więcej za 13 lat 20% całej energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych – słońca, wiatru, wody czy biomasy. Budowanie nowych elektrowni atomowych budzi coraz więcej protestów zarówno organizacji ekologicznych jak i tzw. zwykłych ludzi. Niewątpliwie po katastrofach w Czernobylu i Fukushimie niezwykle wzrosła społeczna świadomość zagrożeń.

Podczas szczytu klimatycznego władcy świata debatowali na ten temat w Paryżu. Przez dwa dni z tej okazji leciały non stop reportaże z różnych zakątków świata. Byłam załamana tym, co się stało z naszą Ziemią – zamiast ratować banki lepiej ratować Ziemię!

krysia eko (1)

Co jednak my zwykli obywatele tego świata możemy w codziennych działaniach uczynić dla ochrony środowiska? Najlepiej byłoby zacząć od siebie, od małych kroków, które zsumują się w czyny wielkie i dopiero powszechność pewnych nawyków i zachowań spowoduje dostrzegalne efekty. Zaoszczędzony litr wody, pomnożony przez parę milionów, daje już pojemność małego jeziorka. Idąc po sprawunki nie musimy za każdym razem kupować plastikowej torby, nie trzeba też używać pralki z paroma ciuszkami, palić światła w pomieszczeniu, gdzie nas nie ma. Przyroda cierpi. Tak pisze o tym ks. Jan Twardowski.

Rachunek dla dorosłego”

 Jak daleko odszedłeś od prostego kubka z jednym uchem
Od starego stołu ze zwykłą ceratą
Od wzruszenia nie na niby
Od sensu
Od podziwu nad światem.

Warunkiem tworzenia społeczeństwa żyjącego zgodnie z prawami natury jest edukacja, kształcenie powszechnej świadomości, że świat składa się z określonej puli zasobów, której nie da się pomnożyć i która wystarczyć musi na następne pokolenia. Nie ma miejsca na egocentryzm i zachłanność. Człowiek nie może dominować nad przyrodą, lecz musi nauczyć się ją respektować. Nasze zachowania konsumenckie muszą być bardziej świadome – musimy kupować rzeczywiście to, co jest naprawdę potrzebne. Każda rzecz ma swój koniec i wcześniej czy później najelegantsza sukienka czy najdroższy samochód stanie się zużytym śmieciem. Podobnie śmieciami staną się w swoim czasie najwytworniejsze markowe sprzęty domowe, butelki po napojach, tysiące opakowań, tony plastiku. W gospodarce rynkowej to klienci uznają, co jest warte nabycia, a producenci się ich potrzebom podporządkowują.

Każdy kto wychowywał się na wsi, nabył co nieco nawyków ekologicznych, które wymuszało samo życie, jak palenie śmieci, oszczędność wody (czerpało się ze studni) i światła, stara polska zasada, że nie wolno wyrzucać jedzenia – odpadkami karmiono ptactwo, zwierzynę. Do sklepu chodziło się z małą siatką, foliowe torebki były nieznane, śmietanę i mleko kupowało się butelkach na wymianę, a kolorowe cukierków rzadko były opakowane. Z pewnością dzieciństwo spędzone na zielonej trawie w ogrodzie, wśród krzewów i drzew, zwierząt domowych, wielkich połaci łąk i pól wykształciło podziw i respekt dla przyrody.

Pierwsze nawyki ekologiczne przyswoili mi już w dzieciństwie rodzice, babcia, dziadek. Pokazali, do którego wiadra wrzucać resztki jedzenia dla świnek, gdzie składać papiery, a gdzie odstawiać butelki. Wspólnie ze starszym rodzeństwem spędzaliśmy czas w ogrodzie na zabawach, zrywaniu owoców, ale też i na pracy. Trzeba było bardzo uważać, by nie łamać gałęzi i nie zapominać o podlewaniu kwiatów, warzyw. Ojcowskie nakazy!

Niestety, z różnych powodów trzeba było opuścić cudowną krainę i zamieszkać w mieście. Byłam jeszcze dzieckiem. Nowe miejsce – miasto wojewódzkie było brzydkie – wokół zabudowania, bloki mieszkalne, zabetonowane ulice, asfalt, żadnej zieleni. Owszem, parę drzewek i krzewów rosło dla ozdoby i jakieś tam rabatki w centrum miasta, na głównych ulicach drzewa powycinano, ażeby kierowcy mieli lepszą widoczność.

I choć dzisiaj warunki życia są diametralnie różne, konsumpcja dóbr materialnych przerasta potrzeby ludzkie. Co innego dzisiejsi renciści, emeryci – to grupa społeczna żyjąca najbardziej ekologicznie. Ich po prostu nie stać na marnotrawstwo!

krysia eko

Nieraz zadaję sobie pytanie, czym ziemia ma oddychać, skoro kurczy się jej wolna powierzchnia, oddana pod nowo powstające budowy? I te betonowe dróżki do garażu, aby opony nie naraziły się na zabrudzenie – to już naprawdę wielka przesada!

Zdaję sobie sprawę, że mówię tu banały i że jest to po prostu śmieszne, a jednak namawiam do zmiany nawyków, do segregowanie śmieci, stosowania żarówek energooszczędnych, gotowania pod przykrywką, prania pełnej pralki, izolacji okien, używania papieru toaletowego z recyklingu. Pamiętam – kiedy chodziłam do szkoły, zbierałam flaszki, makulaturę, dźwigałam wielgachne tobołki do punktu skupu. W ten oto ciężki dla wątłej osóbki sposób osładzałam sobie życie, zarabiając na dropsy, lizaki, lemoniadkę, czekoladkę. To samo robiły moje dzieci, polując zapalczywie na wszelakie żelastwo, butelki, papier, tekturę – bo miały z tego wielką uciechę. Dzisiaj słyszy się o zbieraniu przez młodzież nakrętek, baterii, ale podobnych punktów skupu makulatury nie widzę, więc kto i po co będzie zbierał, jeśli nikomu na tym nie zależy? A może się mylę? Daj Boże!

Podczas pobytu w Kanadzie byłam świadkiem, jak dwa czy trzy razy w tygodniu ludzie wystawiali w kolorowych pojemnikach posegregowane śmieci. Każdy mieszkaniec dzielnicy wiedział w jaki dzień zbiera się makulaturę, odzież, odpadki biologiczne. Ja, nie znająca zwyczajów, wystawiałam początkowo wszystko, podczas gdy firma zabierała tylko ten właściwy surowiec. Po tygodniu „wpadek” i instruktażu syna opanowałam sztukę „wystawki”. Spodobał mi się też zwyczaj wystawiania raz w miesiącu przed domem przedmiotów do odsprzedania i do darmowego zabrania. I nie było w tym nic wstydliwego. Z zazdrością przyglądałam się, jak mieszkańcy dzielnicy willowej całymi rodzinami spacerowali wokół domów i nie dość, że odnajdywali potrzebne rzeczy, to jeszcze sobie pogawędzili, kawkę wypili i pokosztowali domowych wypieków. Było czego pozazdrościć!

Od kiedy mieszkam w Berlinie przyzwyczaiłam się, że kupując napoje płacę z góry kaucję, automatycznie więc każda butelka i każdy słoik są w poszanowaniu. Powszechną popularnością cieszą się sklepy tzw. drugiej ręki, podobnie jak pchle targi, na które każdej niedzieli chodzą tłumy ludzi.

To wszystko to sprawnie funkcjonujący system pozyskiwania przedmiotów z recyklingu, łatwy do zrozumienia, przyswojenia i realizacji.

Jednym słowem nie ma sensu za wiele filozofować o poszanowaniu matki Ziemi, bo każdy o tym wie… tylko przejąć rozwiązania sprawdzone, a ludzie sami włączą się w łańcuch naczyń powiązanych. Inaczej zmarnujemy bez potrzeby tony papieru wypisywaniem morałów, a natura nadal będzie cierpieć.

Najbardziej cieszy mnie fakt, kiedy moje dorosłe wnuczki podczas pobytu w Berlinie mogą się co nieco przyuczyć do pewnych „babcinych” dziwactw, zwłaszcza segregowania śmieci. Nieraz patrzą zdziwionym okiem, kiedy im tłumaczę, po co to wszystko, ale niech tam…

Co ciekawe, wnuczki na skutek babcinych „wykładów” przestały kupować kolorowy papier toaletowy, który zawiera szkodliwe substancje chemiczne podrażniające delikatne części ciała. Brawo! Podszkoliły się też w wyłączaniu świateł, a także w podlewaniu licznych kwiatów w mieszkaniu i na balkonie. Codzienne sprawdzanie ilości wody w doniczkach uważam za wielki sukces, ponieważ w ich domu żaden kwiatek nie przeżył roku. Temat wstydliwy, ale to już przeszłość! Wnuczki pokochały chodzenie do parków i ogrodów, zwłaszcza berlińskiego parku „Ogrody świata” na Marzahnie. Bo jak nie kochać ogrodów, słuchając romantycznej piosenki w wykonaniu Jonasza Kofty „Pamiętajcie o ogrodach”, która powinna stać się hymnem organizacji ekologicznych.

Ale WAŻNA JEST EDUKACJA nie tylko dzieci, ale przede wszystkim dorosłych, bo to ONI zniszczyli naszą Matkę Ziemię!

Kończąc eko-wywody, chcę dodać, że unikam w mieszkaniu wielkiej elektryfikacji, plastikowych dupereli i innych niepotrzebnych kurzołapów i durnostojek, natomiast wysoko cenię wyroby z naturalnego tworzywa, zwłaszcza wikliny, które za psie grosze kupuję na pchlich targach. Jak zatem widać, przemysł nie ma ze mnie za wiele pożytku, ponieważ moim sklepem i zaopatrzeniowcem są targowiska z używanym sprzętem, odzieżą i innymi potrzebnymi gadżetami.

No i jeszcze – sadźmy drzewa! To pomysł, który zrodził się, kiedy trzeba było kupić prezent urodzinowy dla brata. Kupiłam mu sadzonkę do ogrodu i od tej pory każdemu, kto posiada dom z ogrodem, kupuję drzewko. Jedno z nich rośnie nawet w Kanadzie. Może chociaż w ten sposób oddam ziemi to, co sama nieopatrznie zniszczyłam.

Ach no i…

Nie kupuję choinki, tylko w dzieciństwie miałam w domu rodzinnym – ozdabiam stoły i szafki pachnącymi świeczkami, drewnianymi ozdobami ludowymi, z bombek robię lampiony, zawieszam kartki świąteczne na tasiemce przy drzwiach… Za to stół nakryty pięknym haftowanym obrusem, pod obrusem sianko, i całe mieszkanie udekorowane jest żywymi kwiatami – gwiazdą betlejemską.

W poszukiwaniu prawdziwych świąt Bożego Narodzenia

Autorka była moją ciotką. Słabo ją znałam, ona mieszkała w Warszawie, my – w Gdańsku. Rok temu poznałam się z jej synem i odtąd spotykamy się rodzinnie co jakiś czas, niezbyt często, bo on mieszka w Warszawie a ja w Berlinie. Jan pisze dla nas czasami, a czasami ja piszę o nim. To on mi udostępnił nieopublikowane teksty mamy, z których zaczerpnęłam to wspomnienie.

Helena Balicka-Kozłowska

W poszukiwaniu

…prawdziwych świąt Bożego Narodzenia, to znaczy takich, jakie były w moim dzieciństwie, w domu rodzinnym i których nastroju nigdy nie udało mi się odtworzyć.

Temat to dziwny dla kogoś pochodzącego z domu laickiego i to od kilku pokoleń, bo moi dziadkowie z obu stron, jeszcze w połowie lat 70 XIX wieku zakładali w Warszawie pierwsze kółka socjalistyczne i za socjalizm obaj byli zesłani na Syberię. Rodzice także wierzyli, że socjalizm zapewni społeczeństwom harmonijny rozwój, światu pokój, a ludziom sprawiedliwość społeczną. W moim domu rodzinnym nikt poza służącą nie chodził do kościoła, choć niektórzy domownicy i krewni byli wierzący, ale nie praktykujący. Jednak wigilii Bożego Narodzenia, najpiękniejszego dnia w roku, wyczekiwali wszyscy, nie tylko ja, jedyne dziecko w rodzinie.

00-trzyprababcieipradziadek

Babcia Autorki, Helena (u góry po lewej) i moja prababcia, Eugenia (u góry po prawej) były siostrami (na dole pozostałe rodzeństwo – Felek i Jadwiga)

O tym, że święta Bożego Narodzenia to święta niezwykłe, byli przekonani wszyscy. Pamiętam jak w połowie lat trzydziestych ksiądz zapytał nas na lekcji religii: dziewczynki, jakie jest najważniejsze święto katolickie? – cala czterdziestoosobowa klasa jednym głosem odpowiedziała: Boże Narodzenie. Byłyśmy zaskoczone, że ksiądz uważa Wielkanoc za święto ważniejsze.

Na długo przed świętami przystępowało się do przeglądu starych zabawek choinkowych, wybierało się te, które trzeba naprawić i szykowało nowe. Oprócz nielicznych niewielkich jednobarwnych bombek i szychu, wszystko musiało być zrobione pracowicie w domu. Choinki ubierane tylko bombkami (jak to bywa obecnie nie tylko w sklepach) zawsze przypominają mi jezdnię wykładaną brukowcami (któż zresztą ma dzisiaj takie skojarzenia?). Łańcuchy jako mała dziewczynka robiłam z kolorowego glansowanego papieru, jako starsza głównie z kolorowej bibułki i słomki, z błyszczących papierków od cukierków a po wojnie z kapsli od mleka (wychodziły z nich piękne dzwonki). Łańcuchów musiało być 6-8 odmian. Z wydmuszek, skorupek orzechów, szyszek, słomek, koralików i kartonu powstawały smoki i ryby, rozmaite ptaszki, a także nietoperze i pająki w sieci. Robiło się także różne koszyczki, gwiazdki i wszelkie odmiany niewielkich wiejskich pająków lub innych zwisających ozdób. Na czubku choinki musiała być słomiana, pozłacana gwiazda z długim ogonem, a nie żaden tam szklany szpikulec.

nimfapolilak

Autorka jako młoda dziewczyna

W tym samym mniej więcej czasie przystępowało się do przygotowywania prezentów. Było oczywiste, że sama je musiałam sporządzać. Tak więc dla jednej Babci robiłam rozmaite ozdoby choinkowe i zanosiłam wraz z choinką. Druga Babcia, mama oraz ciotki otrzymywały haftowane serwetki i powłoczki na poduszki na kanapę, własnoręcznie uszyte saszetki na grzebienie lub poduszeczki do igieł. Ojcu chyba niczego nie robiłam sama tylko kupowałam za zaoszczędzone kieszonkowe scyzoryk lub tym podobne. W późniejszych czasach wyspecjalizowałam się w robieniu zakładek do książek w postaci mini-witraży. Ciemny karton podwójnie złożony wycinałam w rozmaite wzory i wewnątrz wyklejałam kolorową bibułką. Na pomysł tych zakładek wpadłam robiąc wraz z kolanek dekorację okien Sali szkolnej, w której odbywały się rekolekcje. Jeśli zaś chodzi o mnie, dawałam oczywiście dorosłym do zrozumienia, co chciałabym otrzymać.

mama-ciotka-hela

Autorka (pierwsza z lewej) i moja Mama (obok niej) były kuzynkami. Na zdjęciu – rodzinne dzieci i goście u dziadków w willi Polanka w Śródborowie

W wigilię św. Mikołaja wysyłałam do niego list, nie pocztą, jak to dzisiaj jest w zwyczaju, tylko wprost do nieba. Przypominam sobie, że przed wojną św. Mikołaj mieszkał w niebie, a nie w żadnej tam Finlandii czy na biegunie. Było to możliwe, bo sprzedawano wówczas baloniki napełnione gazem, a nie powietrzem, które same unosiły się do góry i często w parkach uciekały malcom ku ich rozpaczy. Pamiętam doskonale jak stałam na balkonie III piętra w domu, którego nie ma (dziś przebiega tam ulica Waryńskiego) i obserwowałam unoszący się w noc balonik.

Choinkę, zawsze dużą, kupowało się na środku placu Zbawiciela (tramwaj wówczas okrążał plac) w jakby cudem powstałym zagajniku świerkowo-jodłowym. Choinki sprzedawano wówczas tylko obsadzone na drewnianych podstawkach, a nie leżące bezładnie jak obecnie. Pachniały wspaniale. Dlaczego dzisiaj tak nie pachną?

Drzewko stojące pośrodku dużego pokoju uczyła mnie stroić Kisia, jedna z moich ciotek, zawodowa rewolucjonistka, jak wówczas mówiono, a jednocześnie entuzjastka świąt. Pamiętam doskonale jej rady, wskazówki i przestrogi – drzewko musi stać daleko od firanek. Ubieranie zaczyna się od wieszania jabłek, które jako ciężkie obciągają gałęzie i wyrównują je do poziomu; choinkę ubiera się zawsze od góry; zakładając lichtarzyki trzeba uważać, by świeczki nie znalazły się pod gałązką „wyższego piętra”. Na samym końcu wiesza się łańcuchy – zależnie od ich rodzaju albo spływające ze szczytu albo biegnące falisto z gałęzi na gałąź, bacząc by z daleka omijały świeczki. Żeby wypadało wszystko jak należy strojeniu choinki trzeba było poświęcić bardzo wiele czasu, uwagi i cierpliwości. Dla wykończenia ubierania choinki używać można tylko szychu lub lamety, bo „anielskie włosy” się palą. I wreszcie: gdy choinka jest zapalona nie wolno od niej odchodzić, a wszyscy powinni siedzieć wokół niej albo półkolem. Gdy goście odchodzą, najpierw trzeba pogasić świeczki. I bez instrukcji wiedziałam, że najładniejsze lampki nie zastąpią świeczek (lampki powinny być używane tylko w m miejscach publicznych), bo nie wywołują niepowtarzalnego, świątecznego nastroju. Stosowanie się do tych zasad spowodowało, że nigdy w ciągu 70 lat nie było u nas pożaru choinki.

tustalachoinka

Rodzina na imieninach. W pierwszym rzędzie, druga od prawej  – Mama autorki, a sama autorka z tyłu za nią. Zapewne to samo towarzystwo pojawiało się i w wigilię. A choinka stała być może właśnie tu, w tym narożniku

W wigilię około godziny pierwszej (słowa „trzynasta godzina” używali tylko kolejarze) jadło się kartofle w mundurkach ze śledzikiem, potem było jeszcze wiele krzątaniny i wreszcie zjawiali się wszyscy goście: matka i siostra Ojca (rodzice Mamy już nie żyli) oraz parę samotnych ciotek – półkrewnych albo zgoła „przyszywanych”. Po łamaniu się opłatkiem i składaniu życzeń siadało się do stołu; była zawsze czysta zupa grzybowa z łazankami, smażony karp z kartoflami, pierogi z kapustą i grzybami oraz kluski z makiem; alkoholu nigdy nie było. Po zjedzeniu tych potraw robiło się przerwę. Wszyscy lokowali się wokół choinki, zapalonej i błyskającej zimnymi ogniami i śpiewali kolędy. Intonowała zawsze Niuńcia, moja chrzestna, która z nami mieszkała. Miała świetny słuch, czysty donośny głos, a że pochodziła ze wsi, kolęd znała mnóstwo i wszystkich zmuszała do śpiewania, a ci co nie umieli lub fałszowali, śpiewali cichutko, a głos Niuńci dominował.
W tym czasie ja, jedyne dziecko, rozdawałam prezenty, wyciągając je spod choinki. Potem znów siadano do stołu – była herbata, różne ciasta, mak z miodem i orzechami, bakalie i owoce. Trudno mi to wyrazić słowami, ale najbliższe prawdy będzie stwierdzenie – wszyscy byliśmy szczęśliwi.

***

W tym wspomnieniu nie ma ani słowa o tym, że Boże Narodzenie to wielkie święto religijne. Dla mnie i dla moich bliskich było ono świętem tradycji i wspólnoty rodzinno-przyjacielskiej, ciepła i dobrych uczuć dla każdego.

nasekretarzykuzattykaGdy spotkaliśmy się z Janem w Warszawie w styczniu 2015 roku na jednym z rodzinnych mebli (biurko z attyką, będące ongiś własnością naszej wspólnej praprababki – Pauliny) stały jeszcze w wazonie świątecznie ozdobione gałęzie. Nie pamiętałam o tym, gdy ustawiłam sobie dekorację świąteczną.
Ciekawe – przecież gust estetyczny (a tym bardziej ekologiczny) nie mógł się przenieść przez pięć pokoleń, od połowy XIX wieku do dziś, ale widocznie przetrwały jakieś zasady, które sprawiły, że Jan i ja ustawiamy sobie w XXI wieku podobne pseudo-choinki.

mojachoinka2015

Dwie historie wigilijne

Roman Zygmunt Brodowski

Puste krzesło

Czy pamiętam moją najpiękniejszą wigilię? – Oczywiście.

Był grudzień roku 1981 – pamiętny miesiąc rozpoczęcia stanu wojennego.
O, ironio, ten tragiczny dla naszego narodu okres, dla mnie stał się lekcją prawdziwej pokory, miłości i wiary.
W tym czasie mieszkałem w kopalnianym domu górnika, wybudowanym przy nowo powstałej kopalni w Żorach. Właśnie w Żorach znalazłem miejsce schronienia, po tym jak opuściłem Bytom, ostrzeżony przez personalnego kopalni „Dymitrow” przed sankcjami, jakie mnie czekały za niesubordynację, czyli nie podjęcie pracy podczas strajku generalnego.

Kiedy 13 grudnia internowano mojego brata, a moja mama ukryła się przed SB u swojej koleżanki, z dala od domu, wiedziałem, że w tym roku nie spotkamy się wszyscy przy naszym rodzinnym, wigilijnym stole.

Nie wiedziałem natomiast tego, co miało nastąpić krótko przed planowanym wyjazdem do domu. Okazało się bowiem, że nie dostałem przepustki na wyjazd, co równało się temu, że święta spędzę wraz ze współmieszkańcami „wólca”, jak Ślązacy zwykli nazywać hotel robotniczy.

24 grudnia kopalnia przygotowała dla nas na terenie hotelowej stołówki tradycyjną kolację wigilijną.
Właściwie nie wiem, czy można to było nazwać kolacją. Wieczerza rozpoczęła się bowiem o godzinie piętnastej.
Do stołu zasiadło nas dziesięciu, może dwunastu „samców” i dwie kucharki. Nie było ani opłatka ani choinki. Jedynym świątecznym elementem był stroik z wielką bombką leżący pośrodku stołu, na którym pokazały się typowe polskie potrawy, czyli barszcz z uszkami, wigilijny karp i zupa grzybowa.
Mimo przytłaczającej atmosfery staraliśmy się jak najbardziej podtrzymywać sztuczny klimat rodzinnej sielanki.

Po godzinie wspólnego posiłku rozeszliśmy się, jedni do swoich pokoi, inni do świetlicy, jeszcze inni na dwór
Ja postanowiłem wybrać się na spacer. Wieczór był wyjątkowo mroźny i pogodny. Księżyc jaskrawo oświetlał zaśnieżone pola.

W zamyśleniu podążałem w kierunku Świerklan. W oświetlonych oknach nielicznych domów widniały wystrojone choinki. Ich mieszkańcy odziani w odświętne stroje krzątali się po izbach, śpiewali kolędy, rozpakowywali prezenty. Widok ten wyciskał mi łzy z oczu.

Tęsknota za najbliższymi, strach o nich, wywoływały we mnie huśtawkę nastrojów, od zwykłego żalu aż po frustrację.

Właśnie mijałem kolejny dom, gdy nagle nie wiadomo skąd, naprzeciwko mnie stanął starszy mężczyzna, a obok niego kilkuletnia dziewczynka.

– Wesołych Świąt – powiedział
– Wesołych – odpowiedziałem starając się go wyminąć.
– Niech pan zoczeka panoczku – zagadnął nieznajomy, delikatnie chwytając mnie za ramię. – Pan chyba nietutejszy – kontynuował.
– Nie, nie tutejszy – potwierdziłem jego przypuszczenia. Mieszkam w domu górnika – wskazałem widniejący na tle szybu oświetlony blok.

Mężczyzna pokiwał głową i począł wypytywać skąd pochodzę, ile mam lat, jak liczną rodzinę, jakie plany na świąteczne dni i tak dalej.
Natomiast dziewczynka obserwując mnie z ukosa, co jakiś czas mnie zaczepiała, szturchając rubasznie w bok. Nawet nie wiem, jak to się stało, ale im dłużej ze sobą rozmawialiśmy, tym większa była tajemnicza nić sympatii, przybliżająca nas ku sobie.

W końcu starszy pan zaproponował, abym spędził u niego wigilię. Oczywiście na początku odmówiłem, tłumacząc się, przeziębieniem i bólem głowy. Dziewczynka nie dała za wygraną i chwyciwszy mnie za rękę zaczęła prosić, żebym się zgodził.
– Piknie was prosza ponocku, pódź z nami. Bydymy wos radzi – powtarzała.

W końcu zgodziłem się. Chociaż szczerze mówiąc było mi bardzo głupio.

Po kilku minutach stanęliśmy w progu dużego jednorodzinnego domu.
Przy drzwiach stała starsza kobieta w ludowym stroju, a obok niej trzy dziewczynki.
– Kaj ze sie smykoł chopecku – zapytała – i nie czekając na odpowiedź, kazała prosić gościa, czyli mnie do chałupy.

W wielkiej izbie krzątały się cztery dorosłe osoby. Kobiety nakrywały do stołu, a mężczyźni ustawiali krzesła. Dziwił mnie fakt, że oprócz otaczającej mnie gromadki dzieciaków, nikt nie zwracał na mnie uwagi, nikt o nic mnie nie pytał.
Dopiero gdy wszystko już było gotowe do rozpoczęcia wieczerzy, dorośli zaczęli podchodzić do mnie i witając przedstawiali się po kolei. Następnie spokojnie zajmowali miejsca koło stołu.

Stałem obok drzwi, nie wiedząc jak się zachować. Dopiero gdy senior rodu, pan który mnie przyprowadził, postawił talerzyk z opłatkiem na stole, jego syn zapalił świece, a seniorka rodu położyła na pustym krześle białą haftowaną serwetkę, zrozumiałem o co chodzi.
Oboje staruszkowie podeszli do mnie i wziąwszy pod ramię zaprowadzili do tego pustego krzesła. Wszyscy wstali i modlitwą wypowiedzianą ustami seniora rozpoczęli wigilijną kolację.
Nikt nie może sobie wyobrazić wzruszenia, jakiego doznałem, gdy podczas modlitwy usłyszałem następujące słowa.

„Dziękujemy Tobie Panie Boże za łaskę, jakiej doznajemy i za przybysza jakiego nam posłałeś, byśmy się mogli dzielić naszą radością z innymi”.

Po wigili poszliśmy na pasterkę. A i święta spędziłem z tą wielopokoleniową rodziną.

Co było potem? – Potem przez kilka wspaniałych lat mieszkałem u nich. Najpierw jako lokator wynajmujący stancję, później przyjaciel domu, aż w końcu niepisany członek rodziny moich niezapomnianych Nieszporków i Dworoków.

Minęło wiele lat, a ja wciąż pamiętam, wciąż czuję wobec nich dług wdzięczności za ich chrześcijańską dobroć.

Jak dobrze, że znów nadchodzą święta. Jak zawsze postawię puste krzesło, z nadzieją, że ktoś obcy, ktoś smutny, sponiewierany przez los, zapuka do mych drzwi. A może w tym roku poszukam go sam. Przecież jestem chrześcijaninem.

Berlin grudzień 1996 – zmodyfikowane grudzień 2015

Spotkanie

Jadąc berlińskim metrem na tradycyjne comiesięczne spotkanie z
„Kresowianami” spotkałem niezwykłych ludzi. Była to para staruszków dostojnie odzianych w czarne sukienne palta. Usiedli vis-a vis. Trzymając się za ręce, patrzyli na mnie uśmiechając się. Cicho, o czymś rozmawiali Nieco poirytowany ich spojrzeniami i ja zacząłem ich obserwować. Na początku wydawało mi się, że jest to jakieś bardziej europejsko cywilizowane małżeństwo tureckie. Na posiwiałej głowie jegomościa leżała czapeczka z ciemnoniebieskiej włóczki, podobna do tych jakie zazwyczaj noszą Turcy, kształtem przypominająca nieco głębszą żydowską „jarmułkę”. A i zadbana siwa broda, śniada cera, ciemne brwi i oczy klasyfikowały go jako obywatela Turcji. Kobieta także pasowała wyglądem do tej nacji. Tyle tylko, że na głowie brakowało stałego elementu ubioru kobiet w tym wieku czyli zakrywającej włosy chusty.
Dopiero mowa jaką się porozumiewali, kazała mi zastanowić się nad tym, skąd pochodzili. Była niepodobna ani do tureckiej, ani arabskiej, ani do żadnej znanej mi fonetycznie odmiany języków południowych, czy też bliskowschodnich.

Zaciekawiony, delikatnie zapytałem mężczyznę o pochodzenie jego języka. Niestety on mnie nie zrozumiał. Powtórzyłem pytanie posługując się wątpliwie mi znanym angielskim. Odpowiedział, że jest to język syryjski. Zdziwiłem się, bo syryjski to jednak arabski, ale oni oboje mówili tak łagodnie, że ich mowa zabrzmiała mi całkiem tajemniczo.
Obawiając się, że po angielsku mogę sobie nie poradzić, zadałem mu jeszcze pytanie, a mianowicie, czy oprócz syryjskiego i angielskiego, zna jeszcze inne języki. Okazało się, że zna rosyjski i pobieżnie francuski. Odetchnąłem z ulgą, bo i jeden i drugi jest mi znany.
Rozmawialiśmy o wielu sprawach. Dowiedziałem się, że mój rozmówca był znanym lekarzem w Damaszku. Pracował jako onkolog w szpitalu, prowadził wykłady na uniwersytecie medycznym. Rosyjski zna dobrze, bo w młodości studiował w Moskwie, a po studiach pięć lat odbywał staż w jednym z moskiewskich szpitali.
Opowiadał o ojczyźnie , o tęsknocie do niej, o tym ile musiał przejść, by dzisiaj spokojnie być tu, w Berlinie.

O tym, co mi powiedział, nie napiszę, bo i tak 90% polskiego społeczeństwa wie lepiej, jak tam w Syrii jest, kto doprowadził do dramatu narodu syryjskiego i kto ich zdaniem ponosi winę za to co się dzisiaj dzieje na bliskim wschodzie. Nie będę
burzył wewnętrznego spokoju i przekonania o własnej nieomylności moich rodaków, bo nie widzę w tym sensu.
A i polscy intelektualiści? – (mówiąc o tych dla których „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”) także wiedzą swoje – ze słyszenia.

Zresztą – o powolnej zmianie kulturowej i religijnej, jaka zachodzi w Europie i na świecie, a czego jesteśmy świadkami, pisałem już w 2007 roku.
I tak jak wówczas również dzisiaj moje zdanie dla naszych decydentów jest bez znaczenia, a listy tzw. otwarte jakie w związku z moim zaniepokojeniem od czasu do czasu wysyłam, trafiają zapewne do kosza lub w przysłowiową próżnię.
Powiem tylko tyle, że pomyliłem się, bo proces przemian kulturowych, a przede wszystkim religijnych zachodzi o wiele szybciej, niż myślałem. Wówczas twierdziłem, (w oparciu o badania socjologiczne, jakie zostały wykonane przez holenderskich naukowców w 2007 roku) że nieunikniona zmiana dominacji tak zwanej kultury zachodniej na rzecz cywilizacji islamskiej, zwłaszcza w obszarze religii i kultury, może w Europie nastąpić już w roku 2050. Proces ten (jak pisałem) miałby przebiegać w sposób pokojowy, poprzez tak zwaną wojnę przyrostu naturalnego. Kryzys demograficzny po stronie społeczeństwa rozwiniętego, starzejące się narody oraz brak zainteresowania tworzeniem wspólnot rodzinnych, przy pełnej akceptacji dominantu komercji nad podstawowymi wartościami chrześcijaństwa na bazie których powstaliśmy, z jednej strony, i ekspansywna polityka zwiększenia populacji w przestrzeni państw kultury wschodniej (islamskiej) zwłaszcza na terenie Europy (na koszt Europejczyków – pomoc socjalna) z drugiej, prostą drogą prowadzą do wyparcia na naszych terenach trwającego ponad dwa tysiące lat chrześcijaństwa. Nietety dzisiaj zarówno tempo jak i sam proces tych przemian coraz bardziej nabiera cech konfrontacji siłowej.

Wracając do spotkania oko w oko z syryjskimi uchodżcami, to w momencie gdy stwierdziłem (wyrażając solidarność z ich narodem), że mam nadzieję, iż winien tylu zbrodni Assad, poniesie w końcu zasłużoną karę , usłyszałem, że nie od Assada naród syryjski ucieka, a od fanatyków islamskiego państwa oraz wspierających ich sojuszników. Przyznam, że nie mam pojęcia o kim mówił mój rozmówca, a może i lepiej nie wiedzieć.
Po co ma mnie ktoś posądzać o wrogą naszej polskiej racji stanu propagandę. Przecież polskie środki przekazu są jak ksiądz na ambonie, czyste i zawsze prawdomówne.
Dojeżdżając do celu postanowiłem godnie pożegnać moich współtowarzyszy podróży. Dopiero gdy wstali zauważyłem w klapie palta Pana Syryjczyka maleńki złoty krzyżyk.
– A to co? – zapytałem.
– To pamiątka mojego chrztu – uśmiechnął się dobrodusznie. – Od pokoleń moja rodzina i ja jesteśmy członkami chrześcijańskiej wspólnoty i od pokoleń modlimy się do Pana Jezusa. Uścisnąłem mu dłoń i wysiadłem z metra.

– Jak dobrze, że znów nadchodzą święta – pomyśałem. – Jak zawsze postawię puste krzesło, z nadzieją, że ktoś obcy, ktoś smutny, sponiewierany przez los, zapuka do mich drzwi. A może w tym roku poszukam go sam. Przecież jestem chrześcijaninem.

Opowiadanie oparte jest na faktach
Berlin 29.11. 2015

Pastorałka

…a raczej coś w rodzaju pastorałki

Tomasz Fetzki

Natrafił na niego Viator podczas przedświątecznych porządków, pośród hałd szpargałów. Skąd się wziął u niego ten tekst? Istnieje kilka wersji wyjaśnienia zagadki:
a. Rękopis znaleziony został w Saragossie.
b. Odkryto go w starym kościele Św. Pawła w Baltimore, datowany, rzecz jasna, 1692 rok.
c. Spod gruzów odkopały go urocze kłamczuszki, przy okazji znalezienia zapisu nutowego Adagia Tomaso Albinoniego, w ruinach Staatsbibliothek w Dreźnie.

Wybierzcie tę opcję, która wam pasuje. A wraz z nią i z samą pastorałką przyjmijcie najserdeczniejsze świąteczne życzenia.

Kim Ty byłaś: gwiazdą Wenus, wstającego dnia probierzem
Meteorem lotu pędem rozżagwionym w jonosferze
Czy kometą splatającą warkocz z pyłu kosmicznego?
Obojętne – serca rwałaś ku tęsknocie do lepszego.
Pewnie nikt Cię tutaj nie słał, nam się tylko skojarzyło
Z tej nadziei beznadziejnej, by się wreszcie odmieniło!
Piękna, gdy dokoła siałaś blaskiem świetlnej aureoli
Et in terra pax hominibus
Pokój ludziom dobrej woli…

Skąd byś przyszła, co znaczyła, dokąd miałaś pożeglować
Warto było choć przez chwilkę Twą zagadkę kontemplować
Przypomniałaś, że nie białej szmaty trzeba do corridy
Że za wcześnie, by się poddać i ogłosić tryumf ohydy
By opuścić wzrok, ramiona, zatłuc w sobie wyobraźnię.
Ty po niebie z gracją płyniesz, my wśród kurzu jakby raźniej
Już idziemy, choć czasami każdy krok i oddech boli
Et in terra pax hominibus
Pokój ludziom dobrej woli!

O nas tyle! Jeśli wolno dodatkowe prośby zgłaszać:
Czy byś mogła, czy byś chciała niepokoju ziarno zasiać
Tam, gdzie rolnik pracowity pielęgnuje wciąż z oddaniem
Bujne, plenne swe poletko, porośnięte gęstym łanem
Intryg, szczucia, wiarołomstwa, sprzedajnego uniżenia.
Może jego sercem także szarpnie jasność zrozumienia
Że bezcenne, bo jedyne, życie niszczy i partoli?
Et in terra pax hominibus
Pokój ludziom dobrej woli

Wojenne wigilie

Andrzej Rejman

Przeglądam dziennik Małgorzaty Hrebnickiej z okresu okupacji (1939-1944). Wynotowuję fragmenty. Znajduję pięknie zachowany notes wydatków domowych.

Fragmenty “Dziennika czasu okupacji” M. Hrebnickiej – pisownia oryginalna.

1939
(…)
13-go listopada
(Hrebniccy wracają do Warszawy po wyjściu z miasta na początku września 1939 po radiowym apelu R. Umiastowskiego, przyp. mój, AR)

Świta. Mijamy Otwock, Wawer. Pod samą Warszawą trzymają nas strasznie długo. Przywożą na dworzec Zachodni. Wynajmujemy furkę na resorach. Sawicki jedzie z nami. Rozstajemy się z Bohdanowiczami. Jedziemy Grójecką, Aleją Niepodległości. Z daleka widzimy Instytut, po drodze kilka domów okropnie zniszczonych. Wjeżdżamy na Rakowiecką, aż niedobrze się robi, podjeżdżamy do Instytutu, nasze okna całe, ale Pciólko mówi, że jakby tam nikt nie mieszka. Podjeżdżamy przed bramkę. Boże! blokada przy naszym mieszkaniu rozbita. (…)
Przez dach głównego Instytutu wpadło 5 granatów, wyrwało wszystkie futryny od drzwi i okien. Na dom spadło 8 bomb zapalających. Do ogródka koło 30. Dwa metry od naszego mieszkania spadła bomba, niszcząc arkadę.
Warszawa poddała się 27-go/IX.

M_Hrebnicka_notes_1939_4

24-go grudnia
Wilja! Mamy grube ryby, karpie. Śledzie, kwasek z uszkami, w których grzybów ilość minimalna, a większa część sucharków, bo grzyby 80 zł. za kg., a więc kupiłam tylko 4 duże. Kisiel kakaowy, kompot, ryż, groch i łamańce. Całkiem wspaniale. Nie spodziewaliśmy się mieć taką porządną wilję, szczególnie siedząc w Biczalu. (chodzi o wrzesień 1939, gdy Hrebniccy po wyjściu z Warszawy dojechali aż na Wołyń, w rej Równego przyp. mój AR)
Na szafce Kazika malutka i milutka choineczka. Kolorowe świeczki. Najedliśmy się, ciepło przytulnie. Jadalny teraz u nas w sypialnym. Jadalny zajęty pod biuro, gdzie Pciólko, Makowski, czasem przychodzi p. Żurawska.
Święta siedzimy w domu.

Na drugi dzień Świąt, t. j. 26-go straszna egzekucja w Wawrze i Aninie. Rozstrzelano koło 120 osób za zamordowanie dwóch Niemców. Podobno brali też z I-szej, II-giej, III-ciej i IV Poprzecznej w Aninie. Umieramy z niepokoju. (Tam właśnie mieszkała rodzina Tyszkiewiczów, kuzyni Hrebnickich, przyp. mój, AR) Na koniec Julcia jedzie 3-go na wywiad. Tyszkiewicz uratował się wprost cudem, już go prowadzili na rozstrzelanie, ale ponieważ sprawdzali przedtem dokumenty, a on miał niemiecki dokument, zwolnili go!

M_Hrebnicka_notes_1939_3
1940
(…)
28-go listopada
Byłam na pokazie gotowania w Związku Pań Domu (Nowy Świat 9). Jadłam prażuchę i kluski. Kupiłam 10 arkuszy przepisów.
Jakiś czas człowiek jest spokojny, wszystko wydaje się snem, albo już nie takie strasznym. Aż tu znowu wstrząs wyprowadza z równowagi i każe przypomnieć sobie koszmarne i potworne czasy, w których żyjemy. Kolega Julci z IF-u nie żyje. (Prawdopodobnie Instytut Fermentacyjny na Krakowskim Przedmieściu w W-wie, gdzie Julia Hrebnicka dostała pracę, przyp. mój AR) Matka otrzymała zawiadomienie, że może wziąć prochy syna za przesłaniem 12 złotych… Czyn niczym nieusprawiedliwiony, nawet wojną.

29-go listopada
Życie jest wiecznym oczekiwaniem czegoś, co ma stać się jutro…. Tak w dobre czasy człowiek żył wciąż przyszłością, jutro będzie to, owo, pojutrze trzeba zrobić to, popojutrze pójść tam, za tydzień jakieś egzamin, wizyty u doktora, zebrania w szkołach, tam jakiś odczyt, sprawunki, smażenie konfitur, kino, teatr itp. Teraźniejszość wymykała się jak woda przez palce, płynęła w przeszłość, do której zwracało się czasem wspomnieniami, tęskniło, ale rzadko. Teraz, gdy się drży o jutro, które jest tak niepewne, a może wręcz okropne, żyje się teraźniejszością, napawa sie człowiek tymi chwilami, które są względnie spokojne w zacisznym, ciepłym pokoju, wśród szklanek, kubeczków, talerzy i kupy książek na końcu, które są do przeczytania, zeszytów, do których zapisuje się to i owo, pudełka do roboty. Czasem rzut pamięci w przeszłość, wspomnienia złe i dobre, ale na krótko. Przeważa chwila teraźniejsza.

30-go listopada
”Natura, która nie znosi próżni fizycznej, czyżby znosiła taki bezsens moralny, jak bezużyteczne dręczenie niezliczonych miliardów istot? …Poza świadomością zmysłów naszych tworzy się w przestrzeni i czasie dzieło jakieś olbrzymie i doskonałe, dla którego potrzebne są jakieś istnienia, cierpienia, umierania, a także – i może nade wszystko – nasza doskonałość”…Tak mówi Orzeszkowa. A może i tak.
(…)
(brak wpisu o Wigilii, może była zbyt smutna… Przyp. mój, AR)

M_Hrebnicka_notes_1939_2

1941

(…)
19-go grudnia
Katastrofalnie przedstawiała się u nas sprawa z kartoflami, a tymczasem nadeszły z Tęczynka i Starachowic. Mamy więc koło 6 metrów!
Zima zapowiada się łagodna. Coś jakby przedwiośnie. Miłosierdzie Boże nad biednymi ludźmi. W Moskwie o tej porze bywały już porządne mroziki i śnieg, jak i chałwa na ulicy. Dzisiejszy dzień – dzień początku ferii świątecznych.
Przed oczami ulica Sretenka u wylotu baszni Sucharewa.

basznia_suchareva(Autorka spędziła wczesną młodość w Moskwie, tam wzięła ślub w 1912 roku. Wspomniana Baszta Sucharewa została zburzona w latach trzydziestych XX w., przyp. mój, AR)* W sklepiku kartonaże na choinkę, między innymi srebrne lampki z czerwonymi i szafirowymi szkiełkami z żelatynowego papieru. Zapach mrozu i śniegu, choinek.

24-25 – go grudnia
Na wilii byliśmy w Aninie. Było bardzo miło, przytulnie, gościnnie, serdecznie. W domu byłoby zbyt ubogo i ciężko.
3-cia wigilia – data niewesoła. Człowiek rad teraz zbiera się do kupy ze swymi. Była i ryba i rozmaite słodkie ciasta. Przenocowaliśmy. Śliczna choinka. Na gwiazdkę dostaliśmy mydło, kawałek boczku, kiełbasy, pończochy (Julcia), notes (Kazik), kawę z Portugalii. Oprócz tego ciocia Mania obdarowała mnie jeszcze jedną parą butów, te będą dla Julci, a poprzednie dla mnie. Kazikowi dała sportowe Wujaszka, obdzieliła bochenkiem domowego chleba, pojechaliśmy do domu obładowani wielce. A na obiad był kocioł z bigosem, pomidorowa zupa z ryżem (!) i czarna kawa z ciastem.

27-go grudnia
Wczoraj byliśmy u Mani na Bielanach. Było smutno, a od wódki wesoło, a od wódki z piwem mdliło. (…) Tramwaj szedł okropnie, musieliśmy się przesiadać i ledwo na 10-tą byliśmy w domu. (Godzina policyjna obowiązywała od 22.00, przyp. mój, AR)

28-go grudnia
Miał przyjść Zdziś i Aciowie, przyszedł Gaweł i Lunia. Przyszykowaliśmy stół z nakryciem na 9 osób. Sałatka, galaretka ze skórek wieprzowych, tort kartoflany i ciasteczka pieczone na patelni (tort też).

* Basznia Suchareva, widok od ul Sretenka, źródło: http://moskva.kotoroy.net/histories/10.html
Niezwykłej architektury budowla – (ros. Сухарева башня) była jednym z najbardziej znanych zabytków i symboli Moskwy aż do jej zniszczenia przez władze sowieckie w 1934 roku, Wybudowana w stylu barokowym w latach 1692 -1695 z polecenia cara Piotra Wielkiego dla upamiętnienia jego tryumfu nad siostrą Zofią. Wieża została nazwana na cześć Sukhareva, którego pułk poparł cara. Nie była to twierdza , ale raczej uroczysta brama do miasta .

M_Hrebnicka_notes_1939_1
1942

(…)

1-go grudnia
A otóż wczoraj i dziś przepalili trochę. Kaloryfery ciepłe. (w 1942 roku w budynku Instytutu Geologicznego były i działały czasami kaloryfery!!! przyp. mój, AR). Radosna niespodzianka. Mają palić po trochę o ile mróz będzie, aby kaloryfery nie popękały. Trochę raźniej na duszy. Otrzymaliśmy paczkę z Raju – groch i pierniki grochowe. Wicher straszliwy. Julcia kupuje dla Kazika masło, bułki, mięso, wpłaciła za niego do szkoły, bardzo poczciwa i na nas tyle na chleb wydaje i słoninę kupuje, a nic, nic dla siebie.

2-go grudnia
1° ciepła, w mieszkaniu 8° R. (skali Réamura używano przed wojną – 1°C odpowiada 0,8° w skali Réaumura. Przyp. mój, AR) Takiej temperatury nie mieliśmy jeszcze jak mieszkamy tutaj. Julcia nakupiła bułek, każdemu po bułce. Z Raju znowu paczka – groch i kawałeczek wędzonki.

4-go grudnia
-8°, ale kaloryfery ku naszej wielkiej radości są ciepłe. (…)
11-go grudnia
Przecudowny dzień, rozsłoneczniony, +15° R na słońcu. A na duszy nieznośny ciężar wojny… (…)

13-go grudnia
Byłam u Baniewiczowej. Obdarowała mnie hojnie: margaryna (ponad kilo), mąka i melasa na piernik świąteczny. (…)

15-go grudnia
(…) Ważę 52 kg. To znaczy od ostatniego ważenia przybyłam 5 kg. A tłuszczu mamy o wiele mniej, chyba w 10 razy mniej niż 2 lata temu, a także prawie zupełnie cukru, a więc albo człowiek przystosował się już do pewnych braków w odżywianiu, albo tuczą kartofle i chleb Julci. Wątroba kosztuje już 60 zł. kg.!

17-go grudnia
Ciekawie zapisać przebieg dnia całego. Wstaję przed 5-tą i biorę się za gotowanie zacierki. Julcię budzę o 5-tej, Stasia i Kazika o 6-tej. Rozchodzą się wszyscy do pracy, a my z niańką z apetytem zabieramy się za zacierkę. Sprzątam i ubieram się. O wpół do jedenastej idę po zakupy. Robi się obiad. O 12-tej Papciólko przychodzi ze swoją zupą i dzieli się z obecnymi. Potem jemy swoją zupę, jak przychodzi Kazik, czasem jest już i Julcia. O 5-tej przychodzi Papciólko i jemy z nim razem drugą potrawę. Kolacja – gotowane kartofle w łupinach lub bez ze skwarkami – bodaj że najprzyjemniejsza część dnia. Wszyscy jesteśmy razem, przegląd dnia, wymiana zdań, dzielenie się wrażeniami i tym co było za cały dzień. Szkoda, że trwa to krótko, bo wszyscy są pomęczeni, najedzeni i chce się spać. W obawie przed alarmami prawie się nie rozbieram. Często przed spaniem łata się i ceruje. Czytać prawie nie ma kiedy. Na kolację Papciólko robi codzień kisiel – z berberysu, w piątek z mleka przydziałowego, z dodaniem olejku migdałowego i z różnych innych zapachów olejkowych. Oprócz tego Papciólko powstawiał szyby w oknach wewnętrznych (szkła do fotografii). Ten człowiek jest zdolny do wszystkiego!

(…)
Już druga połowa grudnia. Z ulgą obrywa się kartki kalendarza, każdym dniem bliżej do końca wojny. Śmiem wierzyć, że to nastąpi w roku 43-im.

18-go
Jakąś śliczną widziałam kość szpikową! Cud! Kosztowała 5 zł. Nie miałam tyle, aby ją kupić. Trzeba było kupić proszek do zębów, herbatę i już na obiad zostało tylko, tylko. Dobrze trzeba nakręcić głową, obliczyć, przerachować, bo Papciólko wydziela skąpo, a tu takie zawrotne ceny wszystkiego!
(…)

20-go
(…) Wciąż jest ciepło, mrozu nie ma, chociaż noce wyiskrzone księżycem. Już zaledwie kilka kartek dzieli nas od Nowego 43-go Roku. Pokładam w nim wielkie nadzieje! Na stole leży kilka zerwanych kartek kalendarzowych, rozwiane jak liście jesienne, a każdy taki dzień zawierał i niepokój i udrękę i niepewność jutra, a ileż takich było za cały rok! Jednak czas zawsze leci, i to jedyne szczęście, bo co by było, żeby się wlekł? Z Raju paczka – pszenica i grzyby.

24-go
Dziś minęły 3 lata, 3 miesiące, 3 tygodnie i 3 dni od początku wojny! Wilję urządziliśmy w Aninie. Wszystko było jak należy – wspaniała tłusta ryba, kisiele, reszta, śleżyki z makiem, kompot, makowiec, pierniki i ciastka. (…) Nastrój był na ogół smutniejszy niż w roku zeszłym… (…)

25-go
Spaliśmy rzetelnie, od 11-tej do 8-ej, było ciepło. (…) Pochmurno i mrozu wciąż nie ma. (…)

28-go
-7°. Choinkę mamy w tym roku bardzo mizerną i obskubaną, kosztowała 20 zł. a mniejsze nawet były po 40-50 zł. Świeczek kupiło się 5. Ubogo, bo nawet świecidełek jest mniej niż zawsze, potłukło się i już mało zostało. Kazik mówi, że to ostatnia wojenna choinka, a no zobaczymy. Wygra ode mnie może 1 kg. czekolady. Daj Boże!

Malgorzata_Hrebnicka_ok_19391943
(…)

X
12-go
Jest w pół do 7-mej rano. Kazik już wyszedł. Z obrazkiem Matki Boskiej Częstochowskiej stoję przy oknie – „od wszelakich złych przygód masz go zachować”.

Dnieje, ale jeszcze szaro, jest pochmurno, tylko na wschodzie rozbłysnął pas złocisty. W górze wśród szarych chmur błyszczy gwiazdka, ale chmury ją wkrótce przesłaniają. Boże mocny, ześlij ludziom opamiętanie i rychły koniec wojny, a jeśli tak ma być, niech zabłyśnie jeszcze ta gwiazdka, jako zapowiedź lepszego jutra. Z utęsknieniem spoglądam na szare niebo. – Wśród szarej waty chmur jaśnieje gwiazdka przeczysta, jak objawienie. Otucha wstępuje w serce. A może… Daj Boże!. (…)

15-go
Do wszystkiego człowiek może się przyzwyczaić. Śpię koło 4-ch godzin i nic. Wstawać trzeba z racji słabego dopływu gazu o w pół do 5-tej. Jemy co dzień z rana zacierkę, lub owsiankę zaprawioną grzybkiem, do tego spuszczane kartofle, przesmażona cebulka. Na obiad zupa ze stołówki mieszana z instytucką, 2-ga potrawa też ze stołówki, czasem do tego mięso. W niedzielę swój obiad, zupa – grochówka lub jarzynowa, fasola lub kasza. No i jakoś żyjemy. A obok w koszarach (niemieckie koszary na ulicy Rakowieckiej nieopodal Instytutu Geologicznego, zajętego przez Niemców, przyp. mój, AR) gęgają gęsi i pobudzają do marzeń o chrupiącej gęsiej skórce… Ale rzeczywistość jest odgrodzona kolczastym drutem… Wieczorem jak zwykle kartofle gotowane, do tego skwarki na konfiturowych spodeczkach rozdzielanych nam z całym pietyzmem przez Papciólka.
(…)

19-go
Pierwsza noc od dłuższego czasu wyiskrzona gwiazdami i półksiężycem. Alarm od 1-szej do 2-giej. Schodziliśmy do schronu, było nas mało, bo alarm był słaby i nie wszyscy słyszeli. (…)

22-go
Silny wiatr, a słońce, wschodząc zabarwia płomienno-różową pożogą południowo-wschodnią część nieba, pokryło szyby różowym matem. Julcia przyniosła z biura puszkę konserw mięsnych i suszonej ryby. Przedtem dali jeszcze mrożone żółtki. Papciólko robił piernik.

24-go
Wigilia! W domu, u siebie. Świat zapuszczony śniegiem. Zadymka, słońce zawieszone jak opłatek, blade, bezpromienne. Dopiero rozjarzyło się, kiedy chodziłam po obiad. Dźwigałam 4 rondle i Papciólko mnie spotkał. Obiad – barszcz i kluski z makiem. Na pierwszy dzień dali bigos, na drugi flaki. Mamy dwie milutkie choineczki (za 20 zł. i za 8 zł). W czasie wilii rozweseliliśmy się po 6-ciu kieliszeczkach. Na zakąskę mieliśmy po bułeczce i stynki marynowane. Potem kwasek grzybowy z uszami, ryba smażona (dorsz suszony) z kapustą kwaśną, pszenica, kisielek żurawinowy, kompot z jabłek suszonych i łamańce. Potem piliśmy herbatę głogową z bułeczkami. Spokojnych Świąt!

25-go
Śliczne śnieżno-białe Boże Narodzenie. Lekki mrozik. Cisza zdaje się potęgować lekką mgiełką. Słońca nie ma. Julcia jeździła do Anina. Przywiozła jabłek. Cały dzień upłynął pod znakiem żarcia. Dojadaliśmy resztki wigilijne, do tego bigos i konina z fasolą. (…)

***
Mój komentarz – Autorka stara się odnaleźć w każdym dniu jakiś promyk nadziei. Mimo oczywistych trudności (uderzające jest, jak wiele czasu poświęca sprawom aprowizacji) sytuacja rodziny Hrebnickich (mimo kilku momentów “krytycznych” opisanych w innym miejscu “Dziennika”) aż do wybuchu Powstania Warszawskiego była względnie stabilna (jeżeli w ogóle można mówić o stabilizacji podczas wojny) . Okupant po zajęciu w 1939 roku Państwowego Instytutu Geologicznego PIG (podczas okupacji pod zarządem niemieckim – jako filia urzędu niemieckiego – Amt für Bodenforschung), pozostawił w nim wielu pracowników przedwojennego Instytutu, zezwalając na przebywanie w dotychczasowych mieszkaniach i zlecając różne prace terenowe lub kartograficzne dotyczące obszaru GG, czyli de facto mogącymi stanowić także wartość dla powojennej Polski. Przekaz rodzinny mówi, że St. Hrebnicki starał się je tak traktować i wykonywać.
Losy pracowników PIG-u były zresztą bardzo różne, np Arnold Makowski (1876-1943) – geolog, specjalista geologii złóż węgla, paleontolog oraz inżynier górniczy – podczas okupacji był nadal zatrudniony jako geolog w prowadzonym przez Niemców Instytucie, prowadząc Archiwum Map i Rękopisów. Napisał w tym czasie pracę o węglach brunatnych w Środkowej Polsce, opublikowaną pośmiertnie przez PIG w 1947 roku. Ciężkie warunki życia i szykany ówczesnego dyrektora Instytutu prof. R. Brinkmanna doprowadziły do ciężkiej choroby serca i śmierci.
Mąż autorki Stanisław Doktorowicz-Hrebnicki (1888-1974) podczas okupacji niemieckiej prowadził m.in. badania złóż rud żelaza pasma tychowskiego w rejonie Starachowic (1940), a w latach 1943-1944 wykonywał zdjęcie geologiczne na zachód od Krakowa, w rejonie Dębnika i Zabierzowa, aż do Wisły.
Z kolei inny geolog – Józef Zwierzycki (1888-1961) – profesor, badacz Archipelagu Malajskiego i Nowej Gwinei. Był konsultantem i rzeczoznawcą Ministerstwa Przemysłu i Handlu oraz Wyższego Urzędu Górniczego. II wojna światowa zastała go w stolicy, gdzie na polecenie dyrektora Karola Bohdanowicza pospiesznie zabezpieczał mienie i archiwum Państwowego Instytutu Geologicznego. Został aresztowany nocą z 28 na 29 kwietnia 1941 roku i osadzony na Pawiaku. Później przewieziono go do obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, gdzie przebywał do 3 lipca 1942 roku. Stamtąd został przeniesiony do Niemiec i od tej pory, jako więzień polityczny, pełnił funkcję tłumacza w Niemieckiej Służbie Geologicznej (Reichsamt für Bodenforschung). Wysłany pod eskortą do Warszawy w końcu lipca 1944, uciekł w Krakowie, gdzie ukrywał się aż do stycznia 1945. Od razu po wyzwoleniu Krakowa zaczął wykładać wulkanologię na Uniwersytecie Jagiellońskim, a następnie geologię naftową na Akademii Górniczej.

***

PS. Przygotowywałam wpis na wigilię z moich archiwów rodzinnych – a mianowicie z maszynopisów cioci Heleny Balickiej-Kozłowskiej. Znalazłam tam fragment, który chyba lepiej pasuje tutaj:

W czasie wojny wigilia była smutna, skromna i mimo kolęd cicha, deklamowało się wiersze wojenne. Było nas niewielu, Babcia już przeszło 80-letnia nie wychodziła z domu, jedna z “przyszywanych” ciotek była w getcie, stryj – oficer– błąkał się gdzieś po Bliskim Wschodzie. Ci krewni, którzy z nami spędzali wigilię musieli oczywiście u nas nocować, bo godzina policyjna była wcześnie. Dla oszczędności zamiast dużego świerka kupowało się malutką sosenkę lub tylko kilka dużych gałęzi świerkowych, które rozłożyście mocowałam na ścianie i ubierałam w maleńkie bombki, świeczki i szych.

W roku 1943 zabrakło Ojca, który był w Oświęcimu. Oczywiście talerz i krzesło na niego czekały i mówiło się tylko o Nim…
Po wojnie Ojciec nam opowiedział o tej wigilii w Auschwitz-Birkenau. Urządzili ją z produktów przysłanych w paczkach, siedzieli wokół gałązki choiny wetkniętej w butelkę, łamali się chlebem. Niesamowite było, jak wspominał Ojciec, że gdy oni śpiewali  “Cichą Noc”, z pobliskiego baraku słychać było “Stille Nacht”, śpiewaną przez Niemców.

Wigilię 1944 roku spędzałam w Zakopanem na Olczy, gdzie odwiedziłam przyjaciół wysiedlonych z Warszawy. Do wieczerzy zasiedliśmy z rodziną gazdów. Dziwne, ale nie pamiętam szczegółów owej odmiennej wigilii. Zapamiętałam tylko to, że po kolędach gazda wywołał nas na dwór w roziskrzony gwiazdami śnieg i powiedział, słuchojcie panie jak góry śpiewają. I rzeczywiście śpiewały – może góry, może las a może potoki.

Reblog: Między Łodzią, Berlinem a Wenecją…

Wojciech Drozdek

Krance…

Szybko, po deszczu, nim słońce zajdzie, szurając po skwerze, gdzie jeszcze nie uprzątnięto wszystkich liści… gnijących już, ale o jakże bliskim mi zapachu wycieczek z Ojcem… Trzynastką? …przez Bałucki Rynek? …do Łagiewnik. Tam, na tarasie starej drewnianej willi, opatuleni w koce piliśmy z Bratem herbatę. W pokoju, za szybą na szarym ekranie telewizora, ktoś komuś chciał udowodnić, że gdyby wszyscy ludzie dobrej woli.

I strzępy rozmowy: “A rzucą choinki..? Znów stać trzeba będzie cała noc przy oknie..?” Widać było Skład Węgla. Ten, obok Fabrycznej, której tory wylewały się niemal na ulicę a i bunkier niemiecki i węglarzy z rolwagami… próbowali trafić obręczami kół w szyny ‘tramwaja’, by lżej było rolować.

“Ach, jakoś damy sobie radę… – powtarzał co roku Ojciec. – No tak, wy TO znacie i jak TO zrobić te … jak im tam… a! -‘ KRANCE’!” Matka robiła ‘krance’ jeszcze przed wojną no i w czasie też. Mniejsze, skromniejsze na kredensy i te większe ozdobione czerwonymi wstążkami do podwieszania pod sufitem. I białe grube świece… Mówili, że to tylko u lutrów takie były… Przydało się to matczyne doświadczenie w parę lat po wojnie.

Niemców wprawdzie już dawno nie było, ale i choinek też. Więc ludzie zamawiali ‘krance’. Na słowo ‘stroik’ poczekać trzeba było jeszcze lata… Pamiętam i u nas w Domu, raz czy dwa razy pod sufitem… nadziwić się nie mogłem.
“W naszej robotniczej łodzi.. coraz mniej bażantów chodzi”.

Dziś, wracając do domu, stanąłem przed wystawą, zobaczyłem ‘kranca’ i coś więcej…

Nie wiem jak wyglądała kwiaciarnia mojej Matki. Ni piotrkowska, ni łódzka. Nawet fotografie się nie zachowały. Tylko stempel ‘zapłacone’ …i nic więcej. Pomyślałem, że może tak właśnie… Z krancem u sufitu, latarynkami po bokach… niedbale rzuconym kieliszkiem i butelką wina, które się ostały do podziwiania na starym dobrym pledzie z bielskiej wełny…

Weihnachten

Monika Wrzosek-Müller

Weihnachten war und ist für sie ein Fest der Harmonie, Liebe und Zuversicht; verständlich es wurde ein göttliches Kind geboren, alles bewegt sich, richtet sich in die Zukunft aus. Das kann mitunter in Kitsch ausarten, im äußeren und mentalen Kitsch, mit Liedern, sich Verbrüdern, mit Lichterketten und Weihnachtsmärkten, Glühwein, Essen ohne Ende; oder ist es das, was wir im Leben brauchen: ein bisschen Kitsch, damit die Wirklichkeit zu ertragen ist.

Als sie klein war, noch in Warschau, in Polen, konnte sie eine Woche vor Weihnachten nicht baden, oder sie ging zu Bekannten, um dort zu duschen, denn in ihrer Badewanne schwammen immer zwei gesunde, große Karpfen. Sie wollte sie nie essen, weder in Gelee, noch gebraten, noch in Gemüse oder auf griechische Art mit Tomaten. Immer schmeckte sie das sumpfige, morastige heraus und die Gräten machten ihr auch zu schaffen. Als sie da im Bad schwammen, hatte sie die Karpfen mit Brot gefüttert; sie bekamen auch Namen, leider hörten sie auf ihre Namen nicht, schwammen ihre Runden in dem kleinen Becken der Badewanne. Doch Karpfen gehörten zum Weihnachten ihrer Kindheit; vieles gehörte zu Weihnachten, sie erinnerte sich an das wohlige Gefühl und Vorfreude in den Tagen vorher, an viele Vorbereitungen und an das Horten von Lebensmitteln, ausrollen vom Teig für Pirogen und an Kutja mit Mohn, unendlich oft durch den Fleischwolf mit einem entsprechenden Aufsatz gedreht, es durfte ja gar nichts am Tisch fehlen. Und an den Moment als die Lichter am Tannenbaum brannten und die ewigen Streitereien aufhörten, als der Tisch gedeckt war, die Oblate auf ein bisschen Heu in der Mitte des Tisches lag und man mit den Wünschen begann. Als Kind versank sie förmlich in der Sicherheit zwischen Oma und Tante und vielen Geschenken und gesungenen Weihnachtsliedern. Es gab so etwas wie heilige Momente der glücklichen Leere und Wunschlosigkeit.

Später im Erwachsenenleben sollte sie die Sicherheit weitergeben, die Bräuche erhalten und sie kultivieren und diese Gefühle wiederherstellen für ihren Mann und Sohn, für Leute die mit ihr waren.

Sie erinnerte sich an eine lange Reise, noch in den achtziger Jahren, durch ganz Frankreich von Nancy über die Loire Schlösser in die Bretagne, in der vorweihnachtlichen Zeit, und wie sie über die Fülle und Verschiedenheit der angebotenen Waren staunte: es gab unendlich viele Sorten von Käse, von Gemüse, Obst und Meeresfrüchten, selbst von Austern die verschiedensten Formen und angeblich Geschmäcker und dann die ganze Vielfalt der Muscheln. In den Regalen lagen reihenweise, gestapelte Weinflaschen und es wurde lange gesucht, mehrere Läden aufgesucht, ausgewählt, probiert. Die Art der Einkäufe, die als Selbstbeschäftigung verstanden werden und an die angenehme Seite des Lebens erinnern sollte, die sie gar nicht kannte. Einkäufe waren in ihrer Welt immer lästig.

Die grande Fête du Noël fand immer am ersten Weihnachtstag statt und es war das große Essen, meistens doch im Restaurant. Es wurde im Kreis der Familie in ausgesuchtem, vorbestelltem Restaurant lange gespeist. Die riesigen Menüs mit 7 bis 9 Gängen wurden an festlich dekorierten Tischen sehr professionell serviert und verschwanden nach und nach, von den Tischen, Tellern in den Bäuchen; sie wunderte sich jedes Mal, wie man das alles aufessen konnte, aß aber selbst kräftig mit.

Später kamen dann die Weihnachten in Italien, die mit Krippenbauen, Tannenbaum suchen und Besuchen von Familie und Freunden verliefen. Zu Natale ging man Kirchen besuchen, um sich die mehr oder weniger kunstvollen Krippen anzuschauen, auch die Leute zu bestaunen, die unabhängig vom Wetter ihre teuren Pelze und die ganze Winterausstattung trugen. In kleinen Ortschaften stellte jedes Haus eine Krippe vor der Tür aus, es gab regelrecht Wettbewerbe für die schönste, witzigste oder ausgefallenste Krippe; sie erinnerte sich an eine Krippe bei den Carabinieri in San Miniato, die in einem Aquarium hergerichtet war. Weihnachten war die Zeit der Geschenke, kunstvoll verpackte Tüten mit Kleinigkeiten in Seidenpapier eingewickelt, alles wunderschön arrangiert. Und dann die Kartons mit panettone, sie suchten immer die einfachsten, traditionellsten aus, und Vin Santo mit cantuccini. Oft wurden die Reste der Trüffel zum ersten Weihnachtstag verspeist, die Küche war einfach aber aromatisch; die italienische Reihenfolge hielten sie nicht ein, aßen sich nicht durch die antipasti, primi mit Pasta oder und Risotto, secondi mit Fisch und Fleisch und dolci durch. Was sie am meisten genossen, war das Wetter, dass man oft viel Zeit draußen verbringen konnte und es für ihre Begriffe sehr warm war.

Die Städte waren aber nicht so opulent mit Lichtern geschmückt, es hingen manchmal rote Kokarden an den Eingangstüren und ein paar Lichterketten, eher ohne ganzheitliche Inszenierung, ohne große allgemeine Wirkung. Die blieb den Städten und Regionen im Norden vorbehalten.

Jedes Jahr kriegte Berlin ein neues Kleid aus Tausenden Lichterketten; manche glanzvoll und wirklich kunstvoll arrangiert, andere etwas kitschig, bunt, schrill, blinkend; den Möglichkeiten wurden keine Grenzen gesetzt. Das fing schon im Oktober mit dem Fest des Lichts an, als bestimmte Baudenkmäler in vielen Farben beleuchtet wurden. Später kamen dann die Weihnachtsbeleuchtung, die Weihnachtsmärkte und große Tannenbäume mit Lichterketten. Jedes Viertel hatte eigene Konzepte für die vorweihnachtliche Beleuchtung auch mit kleinen Eisbahnen für die Kinder; die schönste Weihnachtsdekoration war natürlich immer am Kudamm oder Unter den Linden, wo die Silhouetten der Bäume mit Tausenden von winzigen Lämpchen nachgezeichnet wurden, manchmal bewunderte sie die kunstvoll arrangierten Fensterläden. Sie fand diese Flut der Lichter ermutigend und aufbauend in der tristen Jahreszeit, auch wenn sie viel Strom verbrauchten. Eher wenig konnte sie mit den vielen Weihnachtsmärkten anfangen, sie mochte die ganz kleinen, künstlerischen, wo man ausgefallene Sachen kaufen konnte und sich aber meistens doch zurückhielt wegen der Preise. Es gab einen Ranking unter den Berliner Weihnachtsmärkten; die größten waren gar nicht die besten. Manchmal hatte man den Eindruck, dass seit Anfang Dezember die Berliner sich an Weihnachtsmärkten ernährten, an manchen war es immer eng und voll.

Es gab noch ein Neujahrsfest außerhalb jeder bekannten Tradition auf einer kleinen Insel, an den Backwaters, in Südindien. Da das Management des Hotels wusste, dass wir aus Europa kamen, gab es unendlich viele Plastikweihnachtsbäume mit blinkenden und pulsierenden Lichterketten und opulenten, sehr farbigen Weihnachtsschmuck, dazu auch indischen Tanz und Musik. Auf einen Weihnachtsbaum versuchte sich immer wieder ein ganz dicker, großer und bunter Vogel draufsetzen, so dass der Baum gleich umkippte zur Erheiterung der Allgemeinheit. Als Feuerwerk wurden die Wunderkerzen angezündet, die leider wegen der Feuchtigkeit gleich wieder ausgingen. So wurde ihr dann auch bewusst, dass der Gebrauch von so viel Plastikzeug und elektrischen Lichterketten eine Not war, alle Kerzen würden sowieso ausgehen, wegen der Feuchte und wegen des Windes. Doch es war ein schönes, buntes Fest.

In Berlin ging sie auch oft in Konzerte in den Kirchen, das Angebot an vorweihnachtlichen Aktivitäten war immens und man verpasste immer das meiste und alle fanden das toll, sie aber sehnte sich doch nach der Helligkeit der italienischen Sonne.

Weihnachtsgeschichte

Johanna & Melina

Die Drei Damen

Am Stadtrand, in einem schönen Stadthaus schlafen, streiten, schnabulieren, sprich residieren: Drei Damen.

Ruth-Rita-Reiner-Rosalinde Rosa lebt in einem pinkfarbenen Traum mit Himmelbett und Holunder Sekt. Im Mondschein und im Sonnenlicht flaniert sie durch ihre sieben Salons.
In ihrer Freizeit befasst sie sich mit Poesie, Rodin und Rachmaninoff.

Gisela Gelb hat ihre Gemächer zu Küche, Küche, Küche und Vorratsschrank umorganisiert. In Öfen, Pfannen und auf Bunsenbrennern backt, brät und brutzelt sie unaufhörlich Weihnachtsgebäck. Sogar im Mai. Die Plätzchen stapelt sie in Scheiten, Schränken, Schubladen. Und sogar in Briefumschlägen.

Bella Blau bewohnt den Bauwagen und bestellt den Garten. Sie summt das hohe C und pfeift das tiefe G. Ihre Latzhose liebt sie so sehr, dass sie sie jeden Tag anzieht – 365 Mal im Jahr. Blaubeeren, Blaukraut alles blüht. Bloß das Ziehen der blauen Zucchini zieht sich hin. Vielleicht mit Pflaumen kreuzen?

So leben sie friedlich, Woche um Woche:
Montags erzählen sie sich Märchen, dienstags denken sie zusammen nach, mittwochs malen sie, donnerstags drehen sie Däumchen, freitags spielen sie Frisbee, samstags schießen sie scharf am Schießstand und am Sonntag liegen sie in der Sonne.

Nur an manchen Tagen kommt es anders:
Wenn Bella Blau den Wochentag verwechselt, und vergisst, dass sie am Freitag Frisbee spielen und gedankenverloren stundenlang am Schießstand träumt bis es schließlich zum draußen spielen zu dunkel ist…
Dann bekommt Ruth-Rita-Reiner-Rosalinde Rosa, einen Jähzornsanfall: sie strampelt, schreit und zerschmettert Porzellan, Plasmabildschirm und sogar Pfirsiche.
Um den Frieden wiederherzustellen kommt Gisela Gelb angeschlittert und stopft der weinenden Bella und der wütenden Ruth-Rita-Reiner-Rosalinde Rosa, Spinnenbeine, Speck und Spiegelei in den Mund. Tja, das sind sie halt – die Zutaten ihrer Lieblingsplätzchen. Und sogar Spülmittel.

An einem Donnerstag; sie drehten gerade Däumchen – wie immer donnerstags – schwebte sanft ein silberner Luftballon direkt in den Garten.
Und in jedem Kopf (*pling!*) ging etwas anderes vor:
Ruth-Rita-Reiner-Rosalinde Rosa, sprühte ihn in Gedanken rosa, und stellte ihn auf einen Sockel.
Gisela Gelb zog in Betracht ihn zu destillieren, ins feinste zu zerkochen und zu den Makronen hinzuzufügen.
Bella Blau dachte vor sich hin: Vielleicht mit schwarzer Johannisbeere kreuzen?

Unnötig gedacht.
Unnötig gesprüht.
Unnötig in Betracht gezogen.

An dem Ballon hing eine Botschaft:

Von ganz weit oben wird bestimmt
Dass eine Eisdiele gewinnt
Wer weit und breit das schönste Fest
Zum Weihnachtstag erstrahlen lässt.

Es schien als interessiere sich keine unserer Damen für einen Wettkampf.
Ruth-Rita-Reiner-Rosalinde Rosa, schlenderte in ihre Salons
Gisela Gelb ging ganz gerade in ihre Küche-Küche.
Bella Blau balancierte pfeifend in ihren Garten.

Und kaum wähnten sie sich ungesehen –
Wurden:
Listen erstellt,
Recherchen betrieben,
Lexika gewälzt,
Bilder interpretiert,
Schränke durchwühlt – Ecken und Schubladen
Gedichte erörtert
Erinnerungen hervorgeholt
Träume analysiert
Das Innerste wurde nach außen gekehrt um raus zu finden:
Was ist das allerbeste am Weihnachtsfeste?

Am Ende war es jeder klar:

Ruth-Rita-Reiner-Rosalinde Rosa raste zum Kudamm ins KDW und kaufte alles leer:
22 neon-pink-farbene glitzernde Weihnachtsbäume
7777 funkelnde Weihnachtskugeln,
111 Beutel lila Lametta,
44 glänzende Glasuräpfel
66 Flaschen von dem stärksten, schönsten besten Champagner,
und Kaviar.
Für Gisela ließ sie Ohrringe aus Saphir und Rubin anfertigen: für links ein Nudelhölzchen und für rechts einen winzigen Schneebesen.
Und für Bella entwarf sie bei ihrer Lieblings-Schneiderin ein haute-couture-Kleid mit blauen Zucchini drauf.

Gisela Gelb spurtete in ihre Küche-Küche und übte:
sie wog Knödel ab,
rührte den Rotkohl schaumig,
knetete Gänsebraten,
stach Kartoffelsalat aus
und verzierte Würstchen.
Für ihre Freundinnen buk sie zwei Lebkuchen Herzen:
Auf das eine malte sie:
Ruth Weißglut
Rita Pita
Reiner Mülleimer
Rosalinde Brotrinde
Und auf das andere:
Bella Mozarella

Bella Blau beeilte sich: zog Bienenwachskerzen und übte Weihnachtslieder. Für Ruth-Rita-Reiner-Rosalinde Rosa dichtete sie eine Ballade über Bella Bartók und für Gisela probte sie „backe, backe Kuchen“ auf ihrer Balalaika.

So bereiteten sie sich vor: heimlich, unauffällig und diskret.

Doch Tonnen von Weihnachtstand lassen sich nicht unbemerkt ins Haus transportieren, Gänsebratenduft ist intensiv und dringt durch alle Ritzen, und Weihnachtslieder können nun mal nicht geflüstert werden…

Das unvermeidliche geschah. Es wurde belauscht, beschattet und spioniert.
Ohren wurden gespitzt,
Observationen angestellt
und sogar elektronische Überwachung installiert.

Bald war es jeder klar, dass die anderen auch die Eisdiele gewinnen wollten.

Die drei Damen dachten nach und kamen zu dem gleichen Schluss:
Keine wollte es der anderen gönnen!
Ein furchtbarer Unfrieden legte sich über das Stadthaus.
Böse Worte fielen, Flüche und Verwünschungen
Es folgten Ohrfeigen, Backpfeifen und Kopfnüsse.

Nach einer Stunde waren die drei Damen nur noch ein raufendes Knäuel, aus dem Schreie und Schlachtrufe drangen, und das sich durch den Flur in den Garten wälzte.
Bis in den Teich hinein…
Klatschnass, zerfetzt und ramponiert gingen sie auseinander.
Nun erst recht angestachelt stürzte sich jede der Damen in den Wettkampf.
Und in jedem Kopf (*peng!*) ging das gleiche vor:
Erster!
Sieger!
Ich!

Und dann war er da, der große Tag!

Ruth-Rita-Reiner-Rosalinde Rosa saß stolz wie ein Pfau in ihrem Festsaal, der ausstaffiert war, wie für die Hochzeit einer orientalischen Prinzessin mit einem amerikanischen Filmstar.
Alles um sie herum funkelte und Ruth-Rita-Reiner-Rosalinde Rosa dachte: „Nur schade eigentlich, dass Gisela und Bella nur noch Luft für mich sind.“
Bei Gisela Gelb lief alles wie sie es sich besser nicht hätte wünschen können: die Plätzchen lagen, ordentlich hergerichtet, auf bunten Tellern. Und alle 33 Gänge mussten nur noch serviert werden.

Die Küche-Küche duftete und Gisela Gelb dachte: „Jammerschade eigentlich, dass ich Ruth-Rita-Reiner-Rosalinde und Bella nicht einmal ein winziges Krümelchen, von meinen Köstlichkeiten abgeben würde.“

Bella Blau stimmte die Balalaika, summte und besah überglücklich die duftenden Kerzen, die nur noch darauf warteten angezündet zu werden. Und Bella dachte: „Ach, schade, dass ich mir lieber den Mund mit Seife ausspülen würde als diesen blöden debilen Dumpfbacken meine Lieder vorzuspielen!“
Und so saßen sie… und saßen… und saßen…
Die eine aß das Lametta vor lauter Langeweile.
Die andere goss die Bratensauce zu einem See, staute ihn mit den Knödeln und spielte mit den Plätzchen Flitzesteine.
Und die dritte baute sich Freunde aus Tränen und Spucke-Bläschen.
So verging Stund´ um Stund´… Der Gedanke an die Eisdiele rückte in die Ferne und verblasste …

Und wenn nicht irgendjemand Silvester mit Weihnachten verwechselt hätte, wären die drei Damen wohl nie in den Garten gerannt, hätten nie gemeinsamen das herrliche Feuerwerk am Himmel bewundert und wären nicht, um sich aufzuwärmen im Bauwagen gelandet.

Da saßen sie nun, im goldenen Schein, eng aneinander gekuschelt, schmausend und schmatzend, kichernd und prustend, trinkend und glucksend:
Ruth-Rita-Reiner-Rosalinde Rosa hatte noch rasch einen Weihnachtsbaum in den Bauwagen gezerrt.
Gisela Gelb hatte geschwind drei der Gerichte serviert.
Und Bella Blau hatte eben noch alle Kerzen entzündet.
Ach, was waren sie froh!

Und dann wurde beschert. Jubelrufe, Freudenschreie, Jauchzer und Lachsalven klangen aus dem Bauwagen.
Dieses Glück wollten sie teilen.
Sie trippelten kichernd in die Küche-Küche, packten und schnürten und schickten die leckersten Fresspakete an die, die es nicht so gut hatten wie sie.
Danach überkam sie Ausflugs Laune und sie trampelten im Marschschritt in den Festsaal.
Dort entdeckten sie, dass Champagnerflaschen sich hervorragend zum Jonglieren eignen, Bowling mit Weihnachtskugeln am besten geht und dass es enorm spaßig ist, sich Glasuräpfel vom Kopf zu schießen…

… und im Morgengrauen, Lebkuchenherzen mit Kaviar knabbernd, schliefen sie müde aber glücklich ein.

Als sie am nächsten Morgen aufwachten, stand, als wäre es nie anders gewesen, eine Eisdiele im Garten.
Die Tür war rosa, die Fensterrahmen gelb und das Dach blau.
Und im nächsten Frühjahr, pünktlich mit dem ersten Schneeglöckchen, eröffneten die drei Damen die Eisdiele.

Montags und dienstags gab es quietsch-pinkene Eis-Kreationen mit Schlagsahne, Liebesperlen und Holundersauce.
Mittwochs und donnerstags gab es Eis mit Zimtstern-, Speck- und Spiegelei-Geschmack.
Freitags und samstags gab es Blaubeereis, das merkwürdigerweise nach blauer Zucchini schmeckte.
Und sonntags tanzten die drei Damen Bauchtanz…

Świąteczna Warszawa

Anna Dobrzyńska

warsz-swieta-1Tegoroczne świąteczne udekorowanie Łazienek Królewskich zachęca do spacerów po zmroku. Bo oto przechadzamy się między paniami w długich sukniach i „paltotach”, którym towarzyszą równie dostojni panowie, w surdutach i cylindrach. To wprowadziło mnie w klimat dawnej Warszawy i poczułam nastój świąt sprzed 150 laty.

Łazienki Królewskie, 2015 fot. Anna Dobrzyńska

A jaki on był? Jak spędzano w Warszawie ten wyjątkowy czas? Jakie prezenty kupowano dla bliskich? Na pewno nie smartfony i ipady. Zapraszam do małej podróży w czasie… 🙂

…Na Nowym Świecie – ruch i gwar… Ostatnie zakupy, prezenty, wybieranie przysmaków na wigilijny stół. Tuż naprzeciwko pomnika Kopernika w szwach pęka księgarnia – Samuela Orgelbranda. U tego, słynnego na całą Warszawę wydawcy, warszawiacy kupują poczytne powieści francuskie – A. Dumasa oraz dzieła polskich autorów – Kraszewskiego, Fredry, Słowackiego, Boguckiego, również wiele książek historycznych i przyrodniczych.

warsz-swieta-2

„Mężu! Ach, patrz, co za cudny szal w kraty!” Rys. Franciszka Kostrzewskiego z cyku „Szkice z życia warszawskiego”, „Tygodnik Ilustrowany” z 1 kwietnia 1865 roku.

Tuż obok – znajdują się delikatesy Skorupskiego, tu – mieszkańcy Warszawy – zaopatrują się w wino oraz wykwintne frykasy. Ci, którym nie udaje się kupić wybranego trunku czy przysmaku, pędzą szybko na Plac Zamkowy do Dobrycza lub na Miodową do Purwina. Panowie kłaniają się szarmancko napotkanym damom oraz zdejmują z głów bobrowe lub karakułowe czapki. A panie majestatycznie kroczą w sukniach z półłokciowym trenem, spływającym spod tiurniury, na który trzeba bardzo uważać by owej damie nie przydepnąć. Po delikatesy jeszcze można wstąpić do Gouta na Elektoralną – tam spotkamy z pewnością rosyjskich generałów, którzy ten sklep bardzo polubili.

…I wreszcie pierwsza gwiazdka, tak długo wyczekiwana…

Żona pod choinką znajduje parę wełnianych pończoch i prunelowe buciki. Porządna kobieta bowiem jedwabnych ani lakierków nie włoży. A dzieci – pozytywkę – grającą największe hity: walce – „Na falach Dunaju” i „O moja ty królowo”, bo dawny „Tyrol i jego syn’ – zszedł już z list przebojów.

Po wieczerzy w programie jest śpiewanie kolęd. Dzieci znają je dobrze, bo wiele razy ćwiczyły z ojcem. Gdyby, któreś zapomniało tekstu – wstyd!

Kościoły wydają wigilijne wieczerze dla najuboższych…

warsz-swieta-3

Kolęda dla ubogich rozdawana w pierwszy dzień Bożego Narodzenia u księży misjonarzy w Warszawie. Jan Feliks Piwarski, 1859 rok.

Nazajutrz, już od rana – wszystkie kościoły mocno zaludnione. A jak spędzić czas po Mszy Świętej? Dla dzieci atrakcją będzie wycieczka tramwajowa.

warsz-swieta-4„A co to za atrakcja?!” – dziś byśmy powiedzieli. Ale pierwsze konne tramwaje pojawiły się w Warszawie dokładnie 149 lat temu. A 15 lat później, na ulice miasta wyjechał, tzw. tramwaj belgijski, w kolorach szafirowo-żótych, więc dla Warszawy była to – nowość. Struktura linii tramwajowych nie była skomplikowana więc zamiast numerów na tramwajach widniały różnokolorowe tablice, które w nocy zastępowano latarniami.

Łazienki Królewskie, 2015
fot. Anna Dobrzyńska

I tak do Mokotowa dojechalibyśmy tramwajem – białym, do Placu 3 Krzyży – czerwonym, na Wolę – niebieskim. Były też tablice: niebiesko-żółte, zielono-żółte, różowe i żółte.

…Ojciec kupuje bilety… Dla rodziców – pierwszej klasy, za 7 kopiejek, a dla dzieci – drugiej – za 5 kopiejek. Pierwsza klasa jest zlokalizowana w tylnej części wagonu. Rodzice zasiadają na wyściełanych czerwonym pluszem krzesłach, druga klasa – nie jest tak wystawna. W powrotną drogę dzieci już nie siedzą – tylko stoją – za 3 kopiejki. Dlaczego nie jadą wszyscy razem? No cóż, budżet domowy nadwątlony świątecznymi zakupami a nie wypada by rodzice jechali drugą klasą albo co gorsza – mieli miejsca stojące.

warsz-swieta-5…W drugi dzień świąt – dzieci udają się na ulicę Freta do budynku zwanego zwyczajowo „klasztorem ojców Dominikanów”. Dlaczego „zwyczajowo”? Dlatego, że zakonnicy zostali wygnani z klasztoru w roku 1863,  po Powstaniu Styczniowym, a budynek stał się siedzibą sierocińca oraz szkołą i internatem dla jego absolwentów. W korytarzu czeka na dzieci już ustawiona scena i ławki, które najmłodsi w pośpiechu i hałasie zajmują…

Łazienki Królewskie, 2015
fot. Anna Dobrzyńska

Rozpoczynają się jasełka… Z wypiekami na twarzy dzieci śledzą pochód Trzech Króli w purpurze i złotych koronach, podążających, by złożyć hołd Boskiemu Dzieciątku. Adrenalina burzy się we krwi, gdy śmierć goni Heroda, a gdy ścina mu głowę, przerażenie mrozi widownie. Wrażenie pozostanie w pamięci na całe życie. Aktorami są sieroty, które przygotowały jasełka pod okiem sióstr zakonnych z Towarzystwa Dobroczynności. A owe towarzystwo ma swoją siedzibę w Pałacu Kazanowskich, na którym do dziś znajduje się napis – Res Sacra Miser – co znaczy: „biedny jest świętością”.

I tak mijają wyjątkowe trzy dni 19-wiecznej warszawskiej rodzinie…

…prunelowe buciki, ipady, pozytywka, MP3… zmieniają się przedmioty, wychodzą z mody, odchodzą do lamusa. To co najważniejsze, co najbardziej raduje lub czego najbardziej brakuje w ten szczególny czas to – miłość, której życzę wszystkim bardzo dużo z okazji Świąt Bożego Narodzenia.