Wiersze opiekunki

Temat opiekunek w Niemczech został ostatnio “odkryty” przez media i polityków. Tymczasem Łucja Fice już od lat nie tylko pracuje jako opiekunka w Niemczech i w Wielkiej Brytanii, ale też od lat o tym pisze. Ukazało się już kilka jej książek na ten temat. Fragmenty publikowałam już wielokrotnie tu na blogu. Powieść Za kryształowym lustrem została właśnie przetłumaczona na niemiecki i ukaże się staraniem Goethe Institut. Zainteresowanych wydawców chętnie skontaktuję z autorką 🙂

Łucja Fice

Wiersze z tomiku Boska matryca,  ZLP oddział w Gorzowie 2016

XXX

W tym domu czuję się jak asceta – bezdomny pies
Uwiązany na łańcuchu przy nodze od stołu
Jestem cieniem przez który przechodzi rodzina
Otrzymuje jałmużnę za swoja pracę
Czuje w tym domu obojętność na wszystkie zjawiska
Jestem szalona że ciągle tu jestem
W moim umyśle dużo śmierci ale tez dużo złota

MĘŻCZYZNA NA WÓZKU

Choć za oknem słońce warzy ziemię
W pokoju za zasłoniętymi żaluzjami rozmarzony mrok
W cieniu telewizyjnych wydarzeń siedzi nieruchomo
Zdrętwiały jak moje spuchnięte po podróży stopy
Wokół śpiące powietrze na którym drga oddech staruszka
Oczy jak płynna rtęć pełne napięcia i zagadki
Widzę w nich doskonałość człowieka
Nogi gotowe do skoku Ręce jak skrzydła trzmiela
Czają się do lotu
Wiem że zgubił dziewięćdziesiąt lat co na cztery strony świata
Się rozbiegły
Szuka drogi do raju

NA SAKSACH

Jestem obca
Przecież przechodzimy na zielonym
Do tych samych marketów
W takich samych dżinsach
Oni nie widzą w witrynach przerażenia w oczach
Ich śmiech jest obcym śmiechem
Moje łzy obcego pochodzenia
Na saksach nie skrzypi łóżko
Przytulam do ściany wdzięczność
Za posiadanie pracy
Dotykam wspomnień o swoich

ROSE

Ma sztywne i bielutkie włosy
Głowa jak cukrowa wata
Grzywka jak ukrochmalone firanki
W żyłach krew w proszku
Siedzi na wózku
Cała jest sztywnym szkieletem
Zostały jej tylko kości i własne myśli
W szufladzie paszport do grobu.

UCIECZKA

Nie mogę pozbierać myśli
Rozłażą się ja niesforne dzieciaki
Pomiędzy nimi pustka jak w kosmosie
Zanurzam się w tę pustkę
Tam mi dobrze
Uciekłam od tęsknoty za polskim zachodem
Zwinięta w kłębek czuję się jak kropka
W oddali czają się kocie pazury
Taka wypalona dniem spoglądam na horyzont
Z babcinego sweterka wyskubuje smutek w kulkach
Oddycham i milczę Jednoczę się ze światem

Myśli rozpinam w łuku duszy Wyjrzała chmura
Ma twarz mężczyzny Słońce zachodzi
Rozchylam uda

SNY O EMIGRACJI

Spopielił się czas
Teraz krótkie noce bo zestarzały się wiedźmy
Sny tylko szalone płytkie
Syczą jak węże
Kiedy rano biją dzwony
Sny odchodzą
Nie zapisuję ich bo tylko
Tlą się w zaułku źrenicy

XXX

W tej trwożnej chwili przestał bić zegar
Ktoś rozmontował słońce a syty pies nie szczekał
Wynoszą trumnę Zabiły kościelne dzwony
Na niebie łkający samolot odwozi cierpienie

Sąsiad sąsiadowi Niemcem

Krystyna Koziewicz

Sąsiedztwo po niemiecku

Dawno temu mieszkaliśmy w Polsce w dwupiętrowej kamienicy i muszę przyznać, że  wzajemne kontakty były wtedy raczej chłodne. Niewątpliwie przyczyniały się do tego moje hałasujące dzieci, które, co tu dużo gadać, przeszkadzały. Ale były to w końcu dzieci, a bezustanne narzekania były nie do zniesienia. Dzieci też często słyszały obraźliwe komentarze. Jednak przyznaję, na klatce schodowej i na podwórku stale był gwar, a czasem wręcz hałas. Gdy teraz jadę do rodzinnego miasta i odwiedzam moje dorosłe dzieci, mieszkające nadal w tym samym domu, nie mogę się nadziwić, bo panuje tu grobowa cisza, tylko czasem słychać, jak gdzieś w oddali pies poszczekuje na nieznane mu odgłosy.

Sąsiedzi w PRL to nie tylko byli ludzie mieszkający drzwi w drzwi, to było całe życie z jego jasnymi i ciemnymi stronami. Nigdy nie zapomnę sąsiadki, która miała znajomości w sklepie mięsnym i na naszych oczach ostentacyjnie znosiła do domu pełne torby mięsiwa. Mając „trzech budrysów” do wykarmienia (mąż i dwóch chłopców), próbowałam czasami doprosić się, by odsprzedała kawałek ochłapa na zupę. Nie pomogła…
Ale oczywiście bywa też przyjemnie, a doświadczam tego ilekroć jestem u brata, mieszkającego w niedużym miasteczku w dzielnicy willowej. Nie ma tygodnia, by sąsiedzi nie spotykali się w ogródkach na kawie ze znakomitymi wypiekami. Wzajemne zapraszanie się, odwiedzanie czy dzielenie owocami, warzywami, grzybami, jajkami, ale też drobnymi usługami podczas malowania płotu czy przycinki drzew, to prawdziwa radość. Harmonia życia w dobrym sąsiedztwie to wielki skarb.

Najczęściej jednak polskie sąsiedztwo ogranicza się do wzajemnego pożyczania sobie w doraźnej potrzebie, a to garstki soli, a to szklanki mleka, mąki czy jajka. Wygodne, miłe, ale chyba niezbyt głębokie.

Od kiedy zamieszkałam w Niemczech niejednokrotnie mogłam się być może obawiać wielokulturowego sąsiedztwa, ale czas pokazał, że nie warto się było martwić. Był to jednak całkiem inny rodzaj sąsiedztwa, jakże różniący się od polskiego.

W Berlinie moimi sąsiadami byli Niemcy, Turcy, Kurdowie, Polka i Włoch. Polka, jak każda rodaczka, częstowała wypiekami, wzajemnie zapraszałyśmy się na pogaduszki przy kawie. Normalka. Dobrze było mieć kogoć, kto pomógł podczas nieobecności w domu, podlał kwiaty, przewietrzył mieszkanie, odebrał przesyłkę od listonosza.

Szczególną serdeczność sąsiedzką okazywali Niemcy, co mnie mile zaskoczyło. Strasznie się bałam sąsiedztwa z nimi, właściwie bez uzasadnionego powodu. Pewnie tak na zapas, oni jednak w żaden sposób nie dawali odczuć, że jestem obca. Bycie sąsiadem mieszkającym tuż obok, znaczy dla Niemców, że to nasz bliski człowiek, członek wspólnoty.
Było na przykład takie bezdzietne niemieckie małżeństwo, które obsypywało mnie rozmaitymi dobrociami, najczęściej wtedy, kiedy sąsiad wracał z zakupów. Bez pytania wręczał torebkę z pachnącymi bułkami, życząc smacznego. W klamce u drzwi zostawiał przeczytane dzienniki i gazety ilustrowane, co w Niemczech jest normalnym zwyczajem, podobnie jak wystawianie na parapecie lub skrzynce pocztowej drobnych użytecznych przedmiotów, które można sobie zabrać, bo my ich już nie potrzebujemy, a może komuś jeszcze się przydadzą. W czasach “zero waste” takie wpojone od dzieciństwa zachowanie – to skarb, jak tego nie umiesz, to się musisz żmudnie uczyć, że nigdy niczego od razu nie należy wyrzucać, że zawsze jeszcze trzeba spytać, kto tego może potrzebować. Nawet popsute rzeczy, których sami nie umiemy naprawić, mogą się innym przydać.

Największą hojność okazywano mi, kiedy gościły u mnie wnuczki, wtedy otrzymywałyśmy pełne torby słodyczy, lodów, jogurtów. Oczywiście dziękowałam, nie bardzo wiedząc czym się zrewanżować? Zapraszałam czasem na kawę, lampkę wina, co było przyjmowane z zadowoleniem. Często, wzbraniając się przed ilością podarków, wyciągałam portfel, chcąc zapłacić, ale reakcja zawsze była ta sama: ależ skąd, nie jesteśmy przecież handlarzami!
Inna sąsiadka zapraszała dziewczynki do kawiarni na lody, ciastka, a któregoś razu zafundowała im nawet rejs statkiem po Szprewie. Czasem przy przeprowadzce do nowego mieszkania dostaje się od niemieckich sąsiadów meble i to w bardzo dobrym stanie, czasem nawet z własnym transportem. Niekiedy hojność sąsiedzka sięga jeszcze dalej i może objąć nawet wakacje za granicą. Kiedyś dostałam takie zaproszenie na Sycylię. Dlaczego akurat ja?, zapytałam nieco skonsternowana. Odpowiedź brzmiała: bo potrzebuję towarzystwa!
Jakaż wewnętrzna kultura wypływa z tej odpowiedzi. Nie jest też tak, jak to mi początkowo przychodziło do głowy, że być może Niemcy mają w stosunku do Polaków poczucie moralnego długu i dlatego okazują wielkoduszność. Teraz już wiem, że są tacy sami w stosunku do innych nacji. Ba, kilka lat temu, podczas kryzysu uchodźców, naocznie wszyscy się przekonaliśmy jak to działa – przypomnijmy sobie te filmy i zdjęcia Niemców z kocami, termosami i torebkami kanapek, którzy stali na dworcu i czekali na przyjazd pociągu z granicy. Po prostu tak funkcjonują relacje dobrosąsiedzkie i międzyludzkie w Berlinie.

Osobiście miałam poczucie, że moim sąsiadom sprawia przyjemność dawanie.

Oczywiście takie sytuacje wymagają taktu z obu stron, trzeba umieć uniknąć poczucia, że ktoś inny traktuje nas jak biedaka a może nawet żebraka. Czasem wręcz jest tak, że dawanie jest łatwiejsze niż branie. Bo ofiarodawcą kieruje miła myśl: mam, a zatem mogę dać, a jeśli jest się tą stroną biorącą, to zawsze nasuwa się pytanie – a może widać po mnie, że mi gorzej idzie? A może mam w zachowaniu bądź sposobie ubierania się wpisany „kod biedaka”? Ale tak nie jest. Bywało, że świetnie radziłam sobie w życiu, myślę, że nadal świetnie sobie radzę, a jeśli nawet bywało inaczej, to surowo pilnowałam, by na zewnątrz nie było tego widać. Jestem wdzięczna moim niemieckim sąsiadom, za lekcję, jakiej mnie nauczyli: nie demonstruje się bogactwa, okazywanie pomocy dobrosąsiedzkiej to objaw życzliwości, a dzielenie się jest środkiem, ułatwiającym tworzenie przyjaznej wspólnoty.

Dotyczy to zresztą nie tylko Niemców. Turecki sąsiad mieszkający na parterze, właściciel piekarni, obdarowywał moje wnuczki słodkimi wypiekami, a były to ilości nie do przejedzenia. Niekiedy, jeśli nie miał w domu ciastek, sięgał do kieszeni i wkładał dziewczynkom do torebek po pięć euro na lody.

Inna moja sąsiadka, turecka alewitka, obdziela nas hojnie przysmakami kuchni tureckiej, a przecież jest samotną matką, wychowującą córkę. Dlaczego to robi? Bo jej wychowanie i religia nauczają, że okazywanie człowieczeństwa przejawia się w konkretnym działaniu, na przykład dzieleniu się dobrem. Często rozmawiamy przy herbacie o tym, jak wygląda dobroć w życiu codziennym alewitów. Dowiedziałam się, że w każdej rodzinie stan posiadania wszystkich ma być równy i nie może być tak, że jeden żyje skromnie, a drugi w przepychu. Komu wiedzie się lepiej, jest zobowiązany pomagać słabszym. Masz się, człowieku, wzajemnie wspierać, dbać o rodziców, o biednych, słabych, chorych.

Początkowo i ja, i moje wnuczki byłyśmy tymi gestami skrępowane, dziękowałyśmy, ale źle się z tym czułyśmy. Dziwczynki były tu tylko podczas wakacji, ja jednak musiałam sobie z tym radzić na stałe. Po jakimś czasie przyzwyczaiłam się wreszcie do tych drobnych podarunków. Gesty życzliwości moich sąsiadów zaczęły sprawiać radość, zakłopotanie i skrępowanie ustąpiły. Zauważyłam bowiem, że wszystko odbywa sią bardzo taktownie, rzadko się zdarza, by owe gesty były zbyt nachalne. Teraz już wiem, że trzeba się raczej nauczyć i samemu też coś dawać, a nie wzbraniać się przed przyjmowaniem. Dawanie to element jednoczący społeczność sąsiedzką, bo skoro tworzymy małą wspólnotę mieszkaniową, to drobne gesty dobrosąsiedzkie są czymś zwyczajnym. DOBRO jest we wszystkich drobnych zwyczajnych momentach naszego życia, ważne jest by umieć je dostrzec i samemu być dobrym sąsiadem.

Ewa Maria Slaska

Ciekawe, że ten wpis Krystyny dotarł do mnie tego dnia, kiedy właśnie skończyłam czytać książkę o małym idyllicznym świecie małej idyllicznej uliczki w moim małym idyllicznym światku, jakim jest Gartenstadt Tempelhof.

Książeczkę napisał i wydał własnym sumptem jeden z mieszkańców domu przy małej uliczce nieopodal mojego domu. Opisał swój dom, drzwi, podłogi i ściany, swój ogród, ulicę, placyk, którym się kończy, ogródki, drzewa, kwiaty, koty, psy, lisy, ptaki, sąsiadów… Kto jest miły, a kto nieznośny, z kim się człowiek zaprzyjaźnił, a z kim tylko wymienia ukłony. Wszystko przesiąknięte uprzejmością, życzliwością, serdecznym zainteresowaniem. I, co może najważniejsze, bez sporów politycznych, wzajemnych ataków, kłótni i oskarżeń… Znam takie uliczki i w Polsce, podobne maleńkie idylliczne światy, osłonięte drzewami przed zgiełkiem życia i polityki.

Rozmyślam o tym, jak aktualna sytuacja polityczna przeorała stosunki międzyludzkie w Polsce, ale i w ogóle, w Europie, w świecie i zastanawiam się, jak długo jeszcze uda nam się utrzymać te idylliczne sąsiedzkie oazy spokoju i bezpieczeństwa, skupione wzdłuż uliczki, wokół placyku, stawu lub fontanny? I błagam małe bóstwa, tych wszystkich bożków ciepła rodzinnego, by nam pozwoliły nadal tak żyć.

Reblog: Unser Staubsauger! Wer hätte es gedacht?!

Internet der Dinge

Das verrät Ihr kaputter Staubsauger noch alles über Sie.

Ausrangierte Smarthome-Geräte landen auf eBay-Kleinanzeigen, dem Flohmarkt oder im Müll. Oft haben sie noch viele Daten über ihren Vorbesitzer gespeichert. Ein Hacker hat Dutzende gebrauchte Geräte gekauft – und Erstaunliches gefunden.

Von Judith Horchert, Zehdenick

Alles fing damit an, dass Dennis Giese sich im Jahr 2017 einen Staubsaugerroboter kaufen wollte. Der sollte Gieses kleine Wohnung in Darmstadt säubern, aber weil Giese Spezialist für IT-Sicherheit ist, interessierte ihn nicht nur, ob sein Gerät ordentlich Wollmäuse entfernt. Er wollte wissen, welche Informationen so ein Roboter über seine Nutzer sammelt und an den Hersteller weitergibt. Und das war nicht wenig, wie er später in einem Vortrag auf einem Hackerkongress zeigte.

Doch wie viele der gesammelten Informationen verbleiben auf den Geräten selbst – und was kann man noch auf alten Gadgets finden, die beispielsweise im Internet gebraucht verkauft werden? Giese begann einzukaufen.

Die Geräte von deutschen Nutzern kaufte er auf Onlineportalen. In Boston, wo er ebenfalls zur Cybersicherheit forscht, begab er sich auch offline auf Shopping-Touren: “Da gibt es Technik-Flohmärkte, da findet man einiges. Das meiste habe ich aber in Deutschland gekauft”, sagt er.

Dennis Giese hat inzwischen mehr als 200 smarte Geräte auf Datenreste untersucht

(c) Thorsten Schröder CC-BY 2.0

Rund 200 smarte Geräte besitze er inzwischen, neu oder gebraucht. Staubsauger und Überwachungskameras, Media Player und Drohnen, Kühlschränke, Router, Waschmaschinen und Geschirrspüler sind dabei. “Oft werden die kaputt angeboten, zum Beispiel mit einem Wasserschaden oder einem defekten Motor”, so Giese. “Das ist mir völlig egal, ich will eh nur an die Hauptplatine.” Und die hat es mitunter in sich.

WLAN-Passwörter im Staubsauger, Pornos auf der Playstation

Giese hat zum Beispiel Geräte erworben, die von ihren Vorbesitzern gar nicht zurückgesetzt worden sind. Auf einem Media Player fand er etwa nicht nur eine umfangreiche Porno-Sammlung, sondern auch die E-Mail-Adresse des früheren Besitzers, die mit Googles Play Store verknüpft war.

Als er in der Uni von dem Fund berichtete, erzählte ihm ein Kommilitone, auch er habe auf einer gebrauchten Playstation 3 einmal jede Menge “Erwachsenenfilme” gefunden. Gieses Professor riet ihm, sich nicht durch die Daten des fremden Nutzers zu wühlen, sondern es beim bloßen Fund zu belassen. Das sah Giese auch so.

Dass auf alten Geräten – etwa gebrauchten Festplatten, Rechnern oder Handys – oft noch jede Menge Daten schlummern, ist nicht neu, schon gar nicht in der Hackerszene, bei deren Sommercamp Giese seine Funde vorstellt. Doch gerade bei Smarthome-Geräten bleibt die Gefahr für die Nutzer oft abstrakt: Was kann ein Haushaltsgerät schon über mich wissen?

Auf smarten Kameras fand Giese Videoschnipsel, auf Staubsaugerrobotern Karten der zuvor gesaugten Wohnung. Und weil es sich um smarte Geräte handelt, kam er mindestens an die WLAN-Zugangsdaten – womit sich manchmal viel anfangen lässt. “Viele Menschen benutzen ihr Passwort für mehrere Dienste, und dieses Passwort habe ich dann”, sagt Giese. “Und wenn man eine smarte Glühbirne in den Müll wirft, sollte man dran denken, dass ein technisch versierter Nachbar darüber theoretisch an die WLAN-Zugangsdaten kommen könnte. Und damit hätte er Zugang zum Heimnetzwerk.” Schließlich arbeite er selbst mit bekannten Methoden, im Grunde sei das alles nichts Neues – nur würde die Anzahl der vernetzten Geräte in den Haushalten zunehmen.

WLAN-Daten führten den Hacker zur alten Wohnung des Staubsaugers

In manchen Fällen war es Giese sogar möglich, anhand der WLAN-Zugangsdaten herauszufinden, wo der vorherige Besitzer wohnt. Ein Staubsaugerroboter kam aus Magdeburg, einer aus Hanau. “Bei dem aus Hanau waren zwei WLANs registriert. Mithilfe der Google-Lokalisierungs-API konnte ich bis auf 13 Meter genau herausfinden, wo die Wohnung sein musste”, sagt der Forscher. Das habe sich dann leicht verifizieren lassen, weil im Namen des WLANs ein Teil der Adresse auftauchte.

Keineswegs ist es immer die Schuld der Nutzers, dass auf den Geräten noch viele Daten liegen. Laut Giese ist es oft so, dass ein “sauberes Löschen” für den Nutzer gar nicht möglich ist. Das hänge damit zusammen, welcher Speicher in dem Gerät verbaut sei. “Wenn ich Geräte kaufe, treffe ich meistens auf eine dieser drei Möglichkeiten: Entweder wurde gar nichts zurückgesetzt oder die Nutzer haben es zwar versucht, aber nur oberflächlich etwas gelöscht, beispielsweise die WLAN-Daten. Im dritten Fall haben die Hersteller geschludert, weil sie eine komplette Datenlöschung unmöglich machen”, so Giese.

Den Betroffenen hilft diese Einsicht wenig – schließlich ist jede dieser Varianten unangenehm. Und auch Giese hat keine Lösung für das Problem: “Es wäre aber schon ein erster Schritt, wenn sich die Leute bewusst wären, was so ein Gerät speichert und dass darauf noch einiges zu finden sein kann.”

Er rät davon ab, gebrauchte smarte Haushaltsgeräte zu verkaufen oder weiterzugeben, sofern der Nutzer keine Vorstellung davon habe, welche Informationen sich darauf noch befinden. Oder wenn man nicht mehr in der Lage ist, die Daten zu löschen: “Oft geht das ja gar nicht, weil das Gerät defekt ist.” Da sollte sich jeder Nutzer überlegen, ob er es wirklich “an Bastler” verkaufen möchte – denn “Bastler” sind eben auch so Leute wie Giese. Nur nicht immer mit guten Absichten.

Barataria. Odjazd

Marek Włodarczak

W lipcu 2019 roku trójka uczestników Civil March for Aleppo spotkała się w marinie Wdzydzki Kąt, skąd podjęła próbę Ewakuacji na Wyspy Szczęśliwe. Na miejscu do ekipy dołączyła kamerzystka / reżyserka filmowa oraz dziecko.

Próba przebiegła dobrze, ale wyszły na jaw niedostatki w wyszkoleniu żeglarskim. Okazało się, że nie potrafimy żeglować na mocno przeciekających łodziach i przy przeciwnych wiatrach. Pływanie na sprawnym jachcie „Odyseusz” wychodziło nam dobrze, tylko że jachty tego typu służą do zasłużonego wypoczynku po pracy, a nie do ucieczki przed skutkami pracy*.
Takie jachty w razie Ewakuacji zostaną zajęte przez polityków, biznesmenów i innych gangsterów, a nam pozostaną dziurawe łodzie o starych podartych żaglach, często bez steru. Trzeba również liczyć się z tym, że biednemu zawsze wiatr wieje w oczy.
Myślę, że dobrze byłoby zorganizować kurs żeglowania na orp Szefowej. Orp Szefowa spełnia wszystkie warunki łodzi nie nadającej się do normalnego żeglowania, ale jako „dar hasioka” świetnie nadaje się do ćwiczenia ewakuacji w każdych warunkach.

*Człowiek dzisiejszy zdaje się być stale zagrożony przez to, co jest jego własnym wytworem, co jest wynikiem pracy jego rąk , pracy jego umysłu, dążeń jego woli. Człowiek coraz bardziej żyje w lęku, że jego wytwory, mogą stać się środkami i narzędziami jakiegoś wręcz niewyobrażalnego samozniszczenia, wobec którego wszystkie znane nam w dziejach kataklizmy i katastrofy zdają się blednąć. Napisał Jan Paweł II w Encyklice Fides et ratio 21 lat temu. „ Świat znalazł się w stanie głębokiego globalnego kryzysu. Ten złożony wielowymiarowy kryzys ogarnął wszystkie aspekty naszego życia – zdrowie i warunki życia, jakość środowiska i stosunki społeczne, gospodarkę, technologię i politykę. Skala i ostrość tego kryzysu nie mają precedensu w dziejach ludzkości,  napisał Fritjof Capra w książce Punkt zwrotny 37 lat temu. Oświecenie – rozumiane jako postęp myśli – zawsze dążyło do tego, by uwolnić człowieka od strachu i uczynić go panem. Lecz oto w pełni oświecenia ziemia stoi pod znakiem tryumfującego nieszczęścia. Napisali Adorno i Hockhaimer w pracy Dialektyka Oświecenia 72 lata temu.

Jedna z łodzi, jakie pozostaną nam zwykłym ludziom do dyspozycji, jeśli trzeba się będzie ewakuować. Odyseusz, którym autor pisze w tekście, i jego bracia i siostry w żaglach, zostaną zajęte przez pięknych, młodych, zdrowych i bogatych.

Frauenblick: Klimawandel

Monika Wrzosek-Müller

Als letztes Jahr die Trockenheit und Hitze Berlin beherrschten, wäre sie fast krank geworden. Die Trockenheit breitete sich wie eine Heuschreckenplage in den Parks, über die Wiesen aus, es war alles gelb und staubig, sah kränklich aus, ohne Saft und Leben. Sie trauerte um jeden Baum, jeden Strauch, der einging. Besonders Bäume haben es ihr angetan, alte, hundertjährige Bäume, deren Äste herunterfielen, erschienen ihr wie Lebewesen, die daran litten, was um sie herum geschah. Auch die Luft war trocken, es brannte in den Augen und kratzte im Hals.

Jetzt, in diesem Jahr saß sie in Warschau und sah die großen, neu angelegten, aber schon vergilbten Rasenflächen, die Blätter der Bäume, die jetzt schon, wie im Herbst, abfielen und auf dem Boden lagen. Die Weichsel konnte man durchwaten, sie war angeblich nur noch 40 cm tief. Die Schifffahrt war eingestellt. Die Trockenheit war überall sichtbar, in der Luft spürbar, auch im grünen Speckgürtel der Stadt sah man sie überdeutlich.

Schon letztes Jahr spürte sie, dass es ernst um die Welt war, um ihr Leben und dass es darum ging, wirklich etwas zu unternehmen, sollten wir noch weiter existieren wollen, vor allem die Generationen nach uns, unsere Kinder und dann deren Kinder. Doch weder die Grünen stellten für sie eine Alternative dar noch die Bewegung Fridays for future, die vielleicht zu jung war, zu sehr auf die Person von Greta Thunberg fixiert. Es war wirklich etwas, worum man kämpfen sollte, oder gar musste. Es war nicht ausgedacht, nicht künstlich zum Politikum gemacht, nicht durch die Medien kreiert; es geschah so überdeutlich und mit fortschreitender Konsequenz, dass man blind sein musste, es nicht zu sehen. Manchmal machten die Politik und die Politiker sie wütend mit ihrer Beschränktheit und Gehemmtheit, auch Langsamkeit, ihrer Abhängigkeit von der Großindustrie. Sahen sie nicht, dass es wirklich  höchste Zeit war zu handeln? Seit den 80er Jahren, seitdem sie nach Deutschland gekommen war, hörte sie ständig von der Verlegung des Verkehrs von der Straße auf die Schiene, doch es passierte genau das Umgekehrte; die Autobahnen wurden immer breiter, zwei Spuren reichten schon lange nicht mehr aus und die Staus und der Verkehr nahmen rasant zu. Jetzt war Osteuropa auch den Gesetzen der Autoindustrie unterworfen, immer mehr, immer schneller,  scheinbar immer bequemer, also immer größer. Mitten durch kleine Dörfer und Städtchen in der Uckermark rollten riesige Laster mit Anhängern, alles rollte und verpestete die Luft, und die Sonne brannte unermüdlich und gnadenlos.

Zum Glück gab es doch noch die Kunst als einen großen Befreier, als Epigonen, Vorreiter dessen, was passieren sollte, konnte und nicht dürfte. Schon immer war die Kunst Vorbote der großen Themen, von Veränderungen; die Künstler spürten als erste Bedrohungen und bearbeiteten ihre Ängste in ihren Werken, sie entwickelten Visionen, die von der Realität betroffen waren.

So sah sie auch die Ausstellung in Warschau, im Zentrum für Gegenwartskunst (CSW) im Ujazdowski-Palais, sie handelte genau davon; schon der Titel war bezeichnend: Menschenleere Erde im Rahmen des Projekts Plastizität des Planeten. Das Wort Plastizität bezog sich sowohl auf die Möglichkeiten der Veränderung als auch auf die ungeheuren Mengen von Plastik, die der Mensch produziert und den Planeten damit zumüllt. Die Künstler versuchen ihre Sorge um den Planeten global auszudrücken. Sie gingen von einem Buch von Alan Weisman aus,  Die Welt ohne uns: Reise über eine unbevölkerte Erde, in dem spekuliert wird, was passieren würde, wenn die Menschen verschwänden. Könnten die Wälder sich wieder in Urwälder verwandeln, würden fast ausgestorbene Tiergattungen sich wieder vermehren, würde die Luft wieder sauber werden und das Abschmelzen der Gletscher aufhören? Als Beispiel nennt er auch den Urwald von Białowieża in Polen und mehrere andere unberührte Orte der Welt. Doch die Menschen werden nicht verschwinden und all die Auswirkungen ihrer Existenz werden bleiben. Das Buch des US-Autors erschien 2007, wurde in mehrere Sprachen übersetzt und erreichte große Popularität, stand auch monatelang auf den Bestsellerlisten.

Die Künstler schlagen vor: bei den Problemen zu bleiben, aktiv zu werden, bei sich selbst anzufangen. Nicht darauf vertrauen, dass irgendwo, irgendjemand eine neue technische Revolution startet und CO² verwandelt, die Gewässer säubert etc… darauf sollte man nicht vertrauen und sich damit abfinden. Die Künstler versuchen in ihren Arbeiten zu zeigen, wie dramatisch die Konsequenzen der Veränderungen in der Natur sind, die den Plastikmüll absorbiert hat, integriert hat und sich dadurch auch endgültig verändert hat. Sie zeigen, wie in den Organismen Plastik weiter existiert und etwas neues, nicht Natürliches, Unnatürliches schafft. Es ist eben diese Plastizität des Planeten, die neue Formen schafft, neues Leben herstellt, doch ob der Mensch darin noch überleben kann, ist fraglich.

Die Arbeiten sind ganz verschieden und haben mit der KUNST, wie ich sie früher verstanden habe, wenig zu tun; sie zeigen eine Art Sensibilität für die Probleme, die auftreten, eine sehr gezielte und unheimlich akribische Umgangsweise mit verschiedenen Materialien wie Pilze, Wasser, Steine, Grünpflanzen. Es sind Video-Installationen, Objekte die an etwas erinnern, das mal war und jetzt verwandelt weiter existiert, was darin schön ist, denn KUNST ist immer irgendwo mit Schönheit verbunden, muss man in fragilen und ganz zufälligen Momenten suchen. Und doch sind diese Arbeiten wichtig und richtig, denn sie beschäftigen sich mit dem wichtigsten Problemen, vor die unsere Welt gestellt worden ist.

Ein kleiner Teil der  Ausstellung konfrontiert den Betrachter mit  dem gezielten und bewussten Handeln der Menschen, die zur ökologischen Katastrophen (wie Entwaldung und Verwüstung) führen und meistens als Folge nach Kriegshandlungen auftreten.  Forensic Architecture ist eine Gruppe an der London University, Menschen aus unterschiedlichen Berufen: Architekten, Künstlern, Filmemacher, Journalisten, Archäologen, Programmierer, Juristen und anderen Wissenschaftlern; sie alle beschäftigen sich damit, Beweise zu sammeln und zu bearbeiten, so dass sie an internationalen Foren vorgestellt werden können. Im CSW werden zwei Aspekte vorgestellt: Herbizide-Krieg in Kolumbien und Palästina. In Kolumbien dachte man, mit den Unkrautbekämpfungsmitteln der Drogenproduktion Herr zu werden, es wurden ganze Waldgebiete vernichtet; in Palästina haben die Israelis um den Gaza Streifen alle grünen Pflanzen weggesprüht. Es entstanden Streifen von wüstenähnlichen Gebieten, auf denen jede Bewegung der Menschen sichtbar wird. Es sind eigentlich eher Dokumentationen der Prozesse der Veränderungen, die Bilder vorher, nachher veranschaulichen, was wirklich passiert ist und welch schreckliche Wirkung solche Anwendungen mit sich bringen.

Beide Ausstellungen habe ich mit großem Interesse aber auch mit Traurigkeit angeschaut; unheimlich, dass so viel Wissen auch nicht weiter hilft und die Welt sich weiter in den einmal eingeschlagenen Bahnen bewegt.

Verlorenes Geheimnis unserer Identität oder wie es begann

Irgendwo in Deutschland (West!) vor fast 40 Jahren. Wie frei wir noch waren, wie unabhängig 🙂

Maria Hel

Das Abenteuer, ein Inserat aufgeben zu Wollen

Hannover, Anzeigerhochhaus, Mittwoch, den 29. Oktober 1980, nachmittags – eine große Halle mit mehreren Schaltern, über denen die Art der Dienstleistung geschrieben steht, die gegen Bezahlung in Anspruch genommen werden kann. Ich gehe an den Schalter Anzeigenannahme, denn ich will ein Stellengesuch aufgeben. Weil ich vorhabe, eine Erwerbstätigkeit aufzunehmen – besser gesagt, ich will Geld verdienen. Zur Zeit arbeite ich zwar auch – als Hausfrau – diese Tätigkeit wird aber, seit sie erfunden wurde, nicht entlohnt, bestimmt nicht mit Bargeld, im besten Falle mit Anerkennung und Zuwendung der Familienangehörigen.

Am Schalter stehen zwei Datensichtgeräte – für jede Angestellte ein Bildschirm – auf dem infolge Hineintippens von Zeichen dieselben auf diesem Bildschirm erscheinen. Ich lege ein weißes Blatt vor die Frau hin, darauf habe ich den Text meiner Anzeige geschrieben – mit Schreibmaschine – vier Zeilen – die Zeilen genau nach den Vorbild der Zeitung – die ersten beiden Wörter betont, die anderen Zeilen um drei Buchstaben eingerückt, also eine voll gebrauchsfertige Anzeige:

xxxxxxxxxxxxxxxxxxFrühere Verwaltungsangestellte, 49 Jahre,
xxxxxxxxxxxxxxz. Zt. Hausfrau, su. halbt. Erwerbstätig-
xxxxxxxxxxxxxxxxkeit außer Haus. Schreibmaschine perfekt,
xxxxxxxxxxxxxxxxStenokenntniese vorh. Chiffre . . . . . . .

Die Frau liest die Zeilen. Sie sagt: “Weshalb schreiben Sie ‘Erwerbtätigkeit außer Haus’ und nicht einfach Halbtagstätigkeit?” Ich sage, daß es für mich einen Unterschied darstellt, ob ich nun eine Tätigkeit ausübe oder ob ich erwerbstätig bin. Denn ich übe jetzt auch eine Tätigkeit aus, diese ist aber keine Erwerbstätigkeit. Außerdem soll sie “außer Haus” stattfinden, denn zur Zeit bin ich im Hause tätig und ich will das ändern. Ich nehme aber an, daß mich diese Frau nicht verstanden hat, weil sie meine Problem nicht kennt. Ich bitte die Frau um einen Kostenvoranschlag dieser formulierte Anzeige. Bevor ich diese aufgebe, will ich wiseen, was ich dafür hinlegen muß. Die Frau fängt also an, den Text in den Bildschirm zu tippen, um dieses zu errechnen. Nun verlangte sie von mir, daß ich ihr meinen Nemen sage. Ich weigere mich, dies zu tun: “Wie komme ich denn dazu” und überhaupt, ich will die Anzeige ja noch gar nicht aufgeben, sondern erst mal erfahren, wieviel sie kostet. Die Frau holt ihre Kollegin und fragt, was sie tun soll, eine dritte Kollegin kommt hinzu. Ich merke, die drei haben ihre Schwierigkeit mit mir. Ich merke auch noch, daß ich etwas gegen diese Automaten habe, die mich “schlucken” wollen und ich wehre mich. Die Frauen können nicht begreifen, daß da jetzt ein Mensch ist, der sich nicht den Maschinen anpassen will. Ich kann nicht begreifen, warum die Frauen nicht verstehen wollen, daß eine Maschine für die Menschen da sein soll, also den Menschen angepaßt und nicht umgekehrt. Die Frauen werden patzig und aggreseiv mir gegenüber. Eine der Frauen gibt nun der anderen den Rat, sie solle einfach ihren eigenen Namen in das Gerāt tippen, damit der Endpreis errechnet werden kann. Ich weiß, daß ich übertrieben reagiere. In mir ist eine ungewisse Angst davor, daß meine Daten für andere zugänglich werden und diese dann Macht über mich bekommen. Das alles spielt während dieses Vorgangs eine Rolle. Nun, da ich den Preis habe, er ist hoch, über DM 40,-, will ich die Anzeige nicht mehr aufgeben, ich bin aber immer noch empört über dieses Verhalten der Frauen. Ich sage ihnen, daß ich sie unfreundlich empfunden habe. Die Frauen wissen sich nicht mehr zu helfen und holen einen älteren Herrn, der nebenan hinter einem Schalter steht. Dieser ruft dann heraus, daß ich recht hätte und sie hätten ihre Ruhe. Ich habe ihm dann noch was von “Monopol” vor die Fuße geworfen und bin frustriert gegangen. Und das alles, weil ich meinen Namen nicht preisgeben wollte, nur weil ich einen Kostenvoranschlag haben wollte. Warum hat mich das so viele Nerven gekostet? Weil ich mich nicht einer Norm angepaßt habe – ich habe ihre Erwartungen nicht erfüllt und wurde deshalb bestraft.

3. November 1980

Frauenblick auf Museum an der Weichsel

Monika Wrzosek-Müller

Gedanken zu der Ausstellung von Daniel Rycharski im Museum an der Weichsel

Der Taxifahrer sprach immer wieder von seinem Schwager aus der Provinz, genauer aus einem Dorf. Irgendwie würden die auf dem Land immer nur klagen, nichts lohne sich, jede Anstrengung sei zu viel; zwar hätte sich viel verändert, doch die Bereitschaft, Verantwortung für etwas Größeres (ein richtiges Unternehmen) zu übernehmen, würde fehlen; oder es wagen doch nur ganz wenige. Sollen sie doch in die Stadt kommen, sich hier ausprobieren, bitte schön… usw… usf.

Das war der Anfang meiner Episode mit dem Nachdenken über das Landleben, die Dörfer, die Bauern in Polen. Mehrere Faktoren haben zusammengespielt. Vor einigen Monaten erzählte mir eine Freundin von einer fantastischen Ausstellung in Krakau, die Stanisław Wyspiański gewidmet war und unheimlich viele seiner Werke versammelte. Er war der Hauptvertreter der „Bauernmanie“ [Chłopomania] aus der Kunstrichtung Junges Polen [Młoda Polska] in der Zwischenkriegszeit. Als Künstler war er nicht nur Maler, Projektant von Glasfenstern und Bildhauer; er schrieb auch – und sein bekanntestes Drama „Die
Hochzeit“ [Wesele] wurde immer wieder aufgeführt; es zeigte das stilisierte, farbenfrohe, manchmal bedrohliche Bauernleben, das die Vertreter dieser Kunstrichtung feierten. Andrzej Wajda drehte 1997 einen monumentalen Film aufgrund des Dramas, „Die Hochzeit“.

Ein anderer wichtiger Schriftsteller dieser Richtung, allerdings eher aus dem Realismus kommend, war Władysław Reymont. Er verfasste das Epos „Die Bauern“ [Chłopi] und erhielt dafür, so lernte ich in der Schule, den Literaturnobelpreis. Er lebte längere Zeit in einem Dorf, das damals Lipce hieß (später erhielt das Dorf den Beinamen Reymontowskie), wohin ich als Kind in die Sommerferienlager (sog. kolonie) fuhr. Im Dorf gab es ein Museum, es sollte sein Haus gewesen sein, mit vielen bunten Stuben, wo kleine Betten standen mit aufgetürmten Kissen darauf. So jedenfalls war meine Erinnerung daran. Der Roman „Die Bauern“ war lang, zog sich über vier Bände, die nach
Jahreszeiten unterteilt waren, und langweilte mich. Doch wir mussten ihn lesen, denn er stand auf der Lektüreliste. Er enthielt wohl auch viele Wahrheiten und treffende Beobachtungen über das Bauernleben in Polen. Für die meisten von uns Städtern meiner Generation existierte das Dorf eigentlich kaum – und wenn dann nur als Fluchtort aus dem mühsamen, strapaziösen Stadtleben; Ort für Ferien, um sich zu erholen. Ein Bewusstsein für Land, Dorf wurde nicht entwickelt, kaum jemand beschäftigte sich damit. Die Tatsache, dass die Bauern diejenigen waren, die uns ernährten, drang gar nicht zu uns vor.

Vor zwei Jahren war ich auf Einladung einer Freundin in ihrem Sommerhäuschen auf dem tiefen polnischen Land. Wir haben uns wunderbar amüsiert, wurden auch auf ein Dorffest eingeladen. Dort wurde so heftig getrunken, getanzt und geredet, dass ich es ungeheuerlich fand, mich fast davor fürchtete. Die Menschen erzählten mir, was für sie die „500 plus“ bedeuteten, das von der PiS-Regierung eingeführte großzügige Kindergeld; einige von ihnen hatten zum ersten Mal so viel Geld auf einmal gesehen, konnten zum ersten Mal nachdenken, was sie mit Geld anfangen würden, ob sie zum ersten Mal irgendwohin weg fahren würden. Neuerdings rücken die Bauern, das Landleben, die Landwirtschaft mehr in den Vordergrund, in das moderne Bewusstsein aller Menschen; sei es durch das zunehmende ökologische Bewusstsein, besonders nach dem heißen und trockenen Sommer des letzten Jahres, oder als Alternative zum Stadtleben, schließlich durch die Suche nach Wählerstimmen, die da noch zahlreich zu gewinnen waren.

Bei meinem letzten Besuch in Warschau habe ich eine Ausstellung in dem neu entstandenen Museum für Moderne Kunst („Museum an der Weichsel“) gesehen, die sich auch mit der Bauernproblematik auseinandersetzt, auf sehr interessante Weise. An jenem Abend war eine herrliche Stimmung schon vor dem Gebäude zu spüren. Auf den schönen Holzterrassen, und an Deck der Schiffe am Weichselufer saßen Unmengen von jungen Leuten, in einer fröhlichen, ausgelassenen Stimmung, die sich echt und ohne Events und viel Alkohol ausbreitete und in der Luft vibrierte. Die letzten Sonnenstrahlen schienen auf die wunderschöne neue Swiętokrzyski-Brücke und das Nationalstadion.
Das frische, feine Frühlingsgrün der Bäume und Sträucher auf dem anderen Weichselufer hob sich bewusst von dem regulierten, verbauten auf der Museumsseite ab. Drinnen, in dem provisorisch errichteten Gebäude, gab es eine Ausstellung, die mich gefesselt und gebannt hat, wie seit längerer Zeit keine mehr.
Es handelte sich um die Ausstellung von Daniel Rycharski „Strachy“ [Angst, Furcht, Schreck, Vogelscheuche]; sie enthält Arbeiten aus der langen Zeit der Suche des Künstlers nach Antworten auf die Fragen nach religiöser, gesellschaftlicher Identität, nach Gemeinschaft, nach der Andersartigkeit. Der Künstler kehrte nach seinem Studium an der Krakauer Kunstakademie in sein Heimatdorf zurück und setzte sich mit dem dortigen Leben auseinander. Er selbst suchte einen Weg, um sich mit der Kirche zu versöhnen und seinen Glauben zu praktizieren, obwohl er zur Gruppe der LGBT-Leute gehört und somit von der Kirche eher ausgegrenzt wird. Alle Exponate, die in der Ausstellung gezeigt werden, fand der Künstler irgendwo auf dem Dorf herumliegen und bearbeitete sie so, dass er sie als tragende Objekte seiner Ideen hinstellen oder aufhängen konnte. Doch sie haben ihre eigene Geschichte und diese schimmert durch die vom Künstler erzählte hindurch. So finden wir eine Tafel mit einem eingravierten Text aus dem Katechismus, aus dem hervorgeht, dass Homosexuelle zu den Riten der Kirche zugelassen werden sollen. Die Objekte sprechen den Betrachter durch ihre authentische Geschichte an und zugleich sind sie Stellungnahmen des Künstlers zu den bewussten Fragen. Er ist gläubig und will den Glauben auf eigene Art praktizieren. Seine Vogelscheuchen entstehen aus alten Kreuzen verschiedener Bekenntnisse, die er sammelt und in fröhlichen Farben bemalt und
entsprechend verkleidet. Hinter den bunten Farben verstecken sich aber bei näherem Hinsehen viele grausame Praktiken. Zu den Vogelscheuchen gelangt man durch ein bunt bemaltes Tor – für mich ein Tor, das man immer durchschreiten muss, um ins Innere zu kommen, um sich zu erklären, wozu man gehören will. Diese Momente der bewussten Entscheidung für eine Gemeinschaft bilden den Kern der Aussagen in seinen Arbeiten; es gibt auch einen Ornat, dem Rycharski eine Ku Klux Klan-Haube aufgesetzt hat. Er geht mutig mit den sakralen Gegenständen um, ohne in irgendeinem Moment die Institution zu
verletzen, doch er hinterfragt einige ihrer Praktiken, setzt sich mit ihnen auseinander. Seine eigene Biografie und seine familiäre Situation bilden den Ausgangspunkt für seine Reflexionen. Er setzt sich mit Vorurteilen und eben mit der Angst vor Neuem, vor dem Unbekanntem auseinander und da er das sehr intensiv, intuitiv aber auch leidenschaftlich tut, wird der Betrachter angesprochen und muss sich selbst mit den Fragen beschäftigen.

Ich fand die Ausstellung sehr gut und fühlte mich so direkt angesprochen, dass ich die Exponate lange nachdem wir die Ausstellung verlassen hatten, vor meinen Augen immer wieder sah. Es wurde mir plötzlich auch bewusst, wie wenig wir uns mit den Fragen der Menschen, die auf dem Land leben, auseinandersetzen. Und dann kamen mir auch all die Gedanken, die ich oben aufgeschrieben habe.

Sonntag, 6. April in Berlin

Anne Schmidt über Mieterdemo

Am 6. April schien die Sonne so unverstellt strahlend wie am 8. März dh. bei der Frauen-Demonstration, vom Himmel über Berlin. Dementsprechend voll war der Alexanderplatz, der zum Ausgangspunkt auch dieses Demonstrationsmarsches gewählt worden war.

Fotos: Chris Bakker

Je größer der Leidensdruck desto höher die Teilnehmerzahl bei Demonstrationen könnte man meinen, aber im letzten Jahr, als der Himmel nicht nur Sonnenstrahlen, sondern auch einige Schauer hinabschickte, war die Teilnehmerzahl an der Mietendemo ungefähr halb so hoch, obwohl 20.000 erboste Menschen in einem “Wutpulk” auch schon ein ansehnliches Potential darstellen, das jeder Politiker beachten und berücksichtigen sollte.

Schon im letzten Jahr wurden Unterschriften zur Enteignung von “Deutsche Wohnen” gesammelt, was jedoch in der Politik und auf dem Wohnungsmarkt so wenig Wirkung zeigte, dass in diesem Jahr nicht nur die “Deutsche Wohnen” an den Pranger gestellt wurde, sondern auch andere übermächtige Wohnungsbaugesellschaften, die ihre Wohnungen als Dukatenesel zu betrachten scheinen.

Die Unterschriftenlisten mit der Forderung zur Enteignung waren am Alex regelrecht umlagert. Schilder und Transparente wurden in Massen von Einzelpersonen, aber auch von Mietergemeinschaften getragen; eine Gruppe hatte sich im Stile der französischen Gruppe “Sans Papier” in Weiß gekleidet und weiß geschminkt, um ihre Schutzlosigkeit im Kampf um ihre Wohnungen zu unterstreichen.
Viele Parolen waren witzig und zeugten von der Kreativität ihrer Schöpfer; eine davon “Miethaie zu Fischstäbchen” ist inzwischen auf jeder einschlägigen Demo – meistens mit einer kunstvollen Illustration – zu sehen.

Der Zug, der in meinen alten Augen nicht enden wollte, führte vom Alexanderplatz durch Friedrichshain über die Spree nach Kreuzberg. Am späten Nachmittag wurden von mir die letzten Demonstranten vor ihrem bedrohten Mietshaus in der Dieffenbachstraße gesehen, wo eigentlich alle Häuser denkmalgeschützt sein müssten, geben sie doch die Kulisse ab für Andreas Steinhöfels berühmte Kinderbücher über Oskar und Riko und Harald Martensteins bissige Glossen über mehr oder weniger freundliche Mitmenschen.
Die Transparente an einigen Häusern zeigen jedoch jedem, der die Deutsche Sprache
lesen und verstehen kann, dass die alten Häuser in der Dieffe, wie die in vielen anderen lebenswerten Kietzen der Stadt, zu Spekulationsobjekten verkommen sind, die offenbar nicht den Schutz unserer Volksvertretung genießen.


Zugabe zum Text (vom Tagespiegel):

Barataria 109 Pablo Picasso

Kilku wielkich artystów poświęciło Don Kichotowi, samemu i w towarzystwie Sancho Pansy, ogromne cykle prac. W Baratarii pojawili się już Malczewski,
w autoportretach ukazujący się często jako personalizacja Don Kichota i Daumier, pojawi się jeszcze (co najmniej) – Salvador Dali, ale dziś zajmiemy się sytuacją odwrotną. Pablo Picasso narysował tylko jeden wizerunek Don Kichota na Rosynancie i Sancho Pansy na osiołku, a stał się on tak popularny, że w terminach wieku XXI można by powiedzieć, że rysunek ów jest memem XX wieku.

Wikipedia ma oddzielne hasło na ten temat, które zaczyna się od tej pracy z 1955 roku (znamy nawet dokładną datę – był to 10 sierpnia 1955). Ciekawe, że Picasso przecież  wtedy w ogóle inaczej malował –  przypomnijmy, że miał już za sobą okres niebieski i różowy, i już dawno stworzył kubizm. Praca została wykonana dla (a może i na zamówienie) pisma Les Lettres Françaises, aby uczcić 350 rocznicę wydania Don Kichota. Ciekawe, że oprócz wpisu po angielsku jest jeszcze wpis po hiszpańsku i po persku, ten jednak składa się zaledwie z dwóch zdań. Wpis hiszpański jest tłumaczeniem angielskiego (lub vice versa).

W obu podkreśla się fakt, że rysunek jest czarno-biały i że postaci są narysowane powściągliwą, a jednak dramatyczną kreską, co podkreśla satyryczny charakter wizerunku. Na mnie największe wrażenie robi długa chuda szyja rycerza, narysowana jedną, cienką, nierówną kreską. Ten człowiek ledwo się trzyma, jest stary, rozchwierutany i byle co zmiecie go z konia i wygoni z życia.

Podobno istniał już, namalowany w roku 1947, obraz olejny Picassa, który stał się wzorem dla późniejszego rysunku, ale wikipedia określa to jako “there is a claim”. Pojawiło się też przypuszczenie, że istnieje praoryginał tego rysunku, który znajduje się w Gruzji, gdzie miał dotrzeć jako prezent od kogoś z zagranicy. Gruziński rysunek ma być utrzymany w kolorach zielonym i niebieskim, a w lokalnej gazecie Tbilisi został zreprodukowany w wersji szarej. Wydaje się jednak, że owa szarość mogła wynikać nie z odmienności oryginału, jeno z jakości techniki reprodukcyjnej w czasach Komuny. Tak czy owak, nikt nigdzie nie pokazał, ani oryginału namalowanego farbami olejnymi, ani rysunku zielono-niebnieskiego, a to, co znamy jest czarno-białe i przechowuje się to starannie w sejfie w kościele Saint Denis we Francji.

Internet natomiast roi się od przykładów wykorzystania memu w celach komercyjnych lub nie:

Plakat pacyfistów

Na polach van Gogha


Zdjęcie i przeróbka na tapetę

Graffiti

Na zakończenie pojawia się, bo pojawić się musi, pytanie, jak to właściwie jest
z komercyjnością tego, co tu przedstawiłam i w ogóle komercyjnością świata? Bo na przykład ostatni obrazek z przypadkowo wyszukanej w internecie serii to graffiti.
Zdjęcie znalazłam w zapasach (stock photo) firmy alamy, która zabezpiecza prawa swoje
i autora zdjęcia – Dzianisa Hadziatskiego -, ale oczywiście pomija prawa Picassa oraz prawa człowieka, który wykonał graffiti. Nie informuje też, kiedy to graffiti zostało wykonane i gdzie, wiemy tylko, że zdjęcie zostało wykonane w Mińsku w lipcu 2010 roku, stamtąd zapewne pochodzi ów mem. Autor pisze również, że jest to naśladownictwo Picassa. Można by powiedzieć, że graffiti podobnie jak tatuaże są przykładami inywidualnego, niekomercyjnego wykorzystania memu. Ale nie możemy być chyba tak do końca pewni. Bo jednak zapewne tatuowany zapłacił tatuującemu, ten zaś być może miał
w swych ofertach nie tylko smoki, wojowników i seksbomby, ale również wzory ze sztuki.
I jak to wtedy wygląda, czy w takim wypadku ktoś komuś za coś płaci (pomijam wykonanie samej usługi)? Podobnie jest z Picassem na tle pól van Gogha? Na marginesie powiem, że oba memy pasują do siebie idealnie…


Te krótkie rozważania pozwalają mi przypomnieć, że w sprawie praw autorskich (a jest to teraz w centrum zainteresowań całego świata z uwagi na tzw. europejski paragraf 13) są od zawsze dwa kierunki – wszystko objąć restrykcją lub wszystko puścić na żywioł, próbując jedynie znaleźć ewentualnie inne środki dostarczania artyście pieniędzy za wykonane
i wykorzystane przez użytkownika dzieło. Bo jeśli nie płacimy za streaming filmów, to jednak jeśli nam się film spodoba, to kupimy go na DVD choćby w prezencie, a firmy streamingowe pokazują reklamy. To samo z muzyką – jeśli jest świetna, to 20 milionów ludzi posłucha jej tylko na youtubie, ale pewnie co najmniej milion kupi ją na płycie, żeby odsłuchać w lepszych warunkach, zabrać do samolotu lub, znowu, komuś podarować. Albo po prostu mieć. Nie zapominajmu o Mieciu zwanym też Manią, są oni silnymi motywami wydania pieniędzy na to, co chcemy mieć. Większość ludzi unika kupowania gazet
i książek, bo wszystko jest w sieci, ale znam takich, którzy kupują dwie książki – jedną w twardej okładce, żeby stała na półce i dobrze wyglądała, drugą jako paperback do czytania w łóżku, w wannie, przy jedzeniu lub w metrze. Gdy kopiujemy książki, to nie płacimy tantiem autorowi, ale jednak firma zwana w Niemczech VGWort wypłaca autorom, którzy się zarejestrowali, tzw. Bibliothekengroschen, czyli rekompensatę za to, że ktoś czytał ich książki w bibliotece i być może fragmenty skopiował. I nie jest to darowizna, tylko opłata pobierana od… producentów kopiarek. Czyli być może producenci komputerów, telewizorów, kina domowego i urządzeń odtwarzających powinni oddawać jakieś grosze do centralnego banku tantiem i… Och, no tak, rozpędziłam się.

Na zakończenie wycięta skądś wieki temu, oprawiona i powieszona reprodukcja rysunku Picassa na ścianie u bliskiej przyjaciółki moich rodziców. Kiedyś, kilkadziesiąt lat temu, nasze rodziny mieszkały razem i to stąd i ja pamiętam Picassa i jego Don Kichota.

Owsiak w Berlinie

Brawo Bogusław Fleck i cała ekipa UTP czyli Uniwersytetu Trzech Pokoleń!

www.UTP.berlin

Szanowni Państwo, drodzy Przyjaciele,

zapraszamy na kolejny wykład UTP, 15 marca 2019, godz. 18.00, w sali 2094, Uniwersytet Humboldtów, Unter den Linden 6.
Wykład wygłosi Jerzy Owsiak, obserwator rzeczy ulotnych i dziwnych. Witrażysta, dziennikarz radiowy i telewizyjny, podróżnik.
Założyciel i prezes Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, pomysłodawca
i organizator corocznego Finału WOŚP oraz Przystanku Woodstock
– od zeszłego roku pod nazwą Pol’and’Rock.
Temat wystąpienia: Jerzy Owsiak powie na przykładzie Orkiestry jak łączyć, a nie dzielić. Jak być razem, jak tworzyć wspólnie piękne rzeczy z wielkim efektem w postaci zbiórki,
która na przestrzeni ostatnich 27 lat zasiliła polską medycynę kwotą ponad miliarda złotych!
To zasługa wielu osób, także Polaków mieszkających za granicą, zwanych przez Jurka podróżnikami i ambasadorami Polski.

Moderacja:  prof. UAM dr hab. Brygida Helbig-Mischewski

Z uwagi na dużą ilość zainteresowanych prosimy zgłaszać swoje przybycie na adres: utp@utp.berlin
W pierwszej kolejności będą wchodziły osoby z listy.

Prosimy o dużo wcześniejsze przybycie!
Po wykładzie ok. godz. 19.30
w ramch Galerii UTP swoje prace fotograficzne przedstawi Camilla Lobo

Wprowadzenie: dr Piotr Olszówka
Po wykładzie będzie okazja do rozmów przy lampce wina i preclach.

Życzymy dużo przyjemności.
Rada Programowa UTP

I dodatkowe informacje, jakie otrzymałam 5 marca:

Szanowni Państwo, z uwagi na szczególną sytuację, ogromne zainteresowanie spotkaniem z Panem Jerzym Owsiakiem przesyłam następujące informacje osobom zainteresowanym:

– spotkanie odbędzie się w większej sali 3035, 2 piętro. Droga będzie oznaczona.
– wszyscy, którzy zgłosili swoją obecność i nie dostali ode mnie żadnej wiadomości są wpisani na listę, czyli bez problemu wejdą na salę
– te osoby, którym odpisałem, że nie ma miejsc wpisałem na listę rezerwową. Są to zgłoszenia wysłane do 2 marca (proszę sprawdzić datę wysłania maila). Mimo, że mamy do dyspozycji dużo większą salę wiem, że wszyscy się nie zmieszczą. Największą szanse mają ci, którzy przyjdą wcześniej.
– Wernisaż i spotkanie powykładowe odbędzie się tam gdzie zawsze, obok sali 2094

Wszystkich bardzo proszę o dużo wcześniejsze przybycie.
Dziękujemy za wyrozumiałość.

Serdecznie pozdrawiam
Bogusław Flec

I po imprezie. Ela Kargol:

Jurek Owsiak,
Mały wielki człowiek,
Człowiek w biało-czerwonych okularach,
Człowiek z motylem i dużym sercem,
Człowiek, który przegadał pana Olszówkę,
Człowiek, który założył Towarzystwo Przyjaciół Chińskich Ręczników,
Człowiek, który zna piosenki Demisa Roussosa po niemiecku,
Człowiek od rzeczy ulotnych i dziwnych,
Człowiek, z którym każdy chciał mieć dzisiaj zdjęcie,
Człowiek, z którym każdy ma dzisiaj zdjęcie,
Człowiek, który podpisał moją torbę,
Człowiek w Berlinie, na Uniwersytetcie Humboldtów,
Czlowiek, który chce i może,
Czlowiek, który, gdy upadnie zaraz się podnosi,
Człowiek, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych,
Człowiek, który gra do końca świata i o jeden dzień dłużej,
Człowiek orkiestra,
Dziękuję.