Posklejana historia ludzkości

Meine Lieben Deutschen Leser! Unten gibt es auch Beitragsteile auf Deutsch!

Ewa Maria Slaska

…czyli pisanie z doskoku i cytatami o śmierci na morzu, trzęsieniu ziemi, upadku imperiów i zamykaniu bram

Gdy pisałam wypracowania, Mama zawsze mi radziła, żebym jak najczęściej korzystała z cytatów. Bo wtedy, mówiła, przynajmniej część tego, co napiszesz, będzie dobrze napisana. Po latach, już w Niemczech, odkryłam, że Walter Benjamin poważnie rozważał projekt napisania książki złożonej z samych cytatów. Nie pamiętam, do czego jemu miałoby to służyć, ale ja, jego czytelniczka po pół wieku, zobaczyłam w tej metodzie sposób na obejście raf i barier języka niemieckiego. Wycinałam cytaty z gazet Die Zeit (czas) i Der Spiegel (lustro) i chciałam ułożyć opowieść o życiu polskiej imigrantki w Niemczech w latach 80. Miała się nazywać W lustrze czasu. Estetycznie efekty były niezłe, i oczywiście z daleka pachniały anonimowym donosem, i to było dobre, chciałam być anonimem, który donosi na Niemców. Ale opowieść sklejana z cytatów nie mogła mnie zaprowadzić tam, dokąd chciałam dojść, bo autorom, z których wycinałam fragmenty zdań brakowało doświadczeń, o których jako emigrantka chciałam napisać. Na przykład nikomu z nich nie pobrano odcisków palców. W każdym razie nie pisali o tym. Gdy zgłosiłam się na policję, aby złożyć podanie o azyl polityczny (był rok 1985) wykonano mi zdjęcie en face i z profilu oraz pobrano odciski palców. Może gdzieś jeszcze są, bo jeśli 30 lat temu Niemcy uznali, że imigranci muszą zostać zarejestrowani jak więźniowie, to musiała im przyświecać myśl o tym, że jeszcze kiedyś okażemy się podejrzani. A takie prawdopodobne kiedyś nigdy się nie kończy.

Wtedy chciałam napisać o tym, że gdy kolejka mija nieczynne, czarne stacje na terenie NRD, do pociągu wsiada policja zachodnioberlińska i sprawdza dokumenty pasażerów. Ale nie wszystkich, niektórych. A ja, mimo iż moje dokumenty są zasadniczo w porządku, choć niezbyt wysokiej jakości, oddycham z ulgą, gdy się okazuje, że kontrola dotyczy tylko pasażerów o ciemnej skórze. A potem pluję sama na siebie, gdy pomyślę, że tak to musiało wyglądać w czasie wojny, gdy aryjscy panowie świata wyłapywali tylko Żydów. Uczucie ulgi, a potem dojmujący wstyd. A może tylko uczucie ulgi.

Jest jeszcze gorzej. Minęło 30 lat, piszę te zdania w pociągu z Warszawy do Berlina. Mijamy granicę, wsiada niemiecka policja graniczna i kontroluje paszporty pasażerów o ciemnej skórze. Mam papiery w najlepszym porządku i mój status na ziemi niemieckiej jest w najlepszym porządku (a wtedy przed 30 laty nie był, a w każdym razie ja nie byłam tego pewna), nie muszę oddychać z ulgą, pozostaje tylko dojmujący wstyd. Bo ta policja szuka imigrantów z Afryki i Azji, tych nieszczęsny biedaków, którzy od południa i wschodu szturmują mury twierdzy zwanej Europą. Czasem przypływają statkami, czasem toną, właśnie utonęło ich 800, w tym kobiety i dzieci. Czasem docierają do nas przez Bałkany, czasem z Rosji, czasem zostają w Polsce, ale większość z nich podąża dalej, do tajemniczego kraju zwanego ألمانيا, ਜਰਮਨੀ, જર્મની, o którym zapewne gdzieś daleko starcy opowiadają legendy, a młodzież śpiewa pieśni.

To ci sami, którzy przed wiekami przychodzili do równie tajemniczego Rzymu, podchodzili do granicy na Dunaju, stali tam i pokornie czekali, aż ktoś im powie, że mogą wejść. I póki ów Rzym ich wpuszczał, póki mogli się osiedlać w jego granicach, zarabiając na swój udział w bogactwie i przywilejach, póty był spokój, Imperium dostawało legionistów, a osiedleńcy wysyłali wici do pobratymców, że tak, że tu jest dobrze i każdy ma pełną miskę prosa, i żeby przybywali. Aż kiedyś Rzym nie wpuścił Wizygotów za limes, bo skąd mógł wiedzieć, że tam, ze Wschodu już naciera Atylla wódz Hunów, który wybił co do nogi Ostrogotów, i przed którym Wizygoci zdecydowali się uciec. A Rzym ich nie wpuścił za Dunaj, co zamieniło pokojowe wędrówki w rzeź i podbój, i od momentu, gdy 24 sierpnia 410 roku Wizygoci siłą wdarli się do Rzymu po podboje Longobardów w latach 552-567 już nic innego nie było, tylko rzeź i mord.

Czasem zresztą to nie wojna tylko kataklizm wygania przybyszów z ich krajów, tak jak trzęsienie ziemi w Nepalu, gdzie po kilku dniach zaczęły się bójki o wodę, a po tygodniu polowanie na niewolników.

Wydaje mi się, że właśnie tu się znajdujemy, że Państwo Islamskie i Putin to tylko flanki tego, co już ruszyło na Europę, i wystarczy jedna nieopatrzna decyzja, a zaleje ją i zmieni na zawsze. Poprzednie wędrówki ludów, te sprzed półtora tysiąclecia, zniszczyły wszystko, co stworzyła starożytność i trzeba było tysiąca lat, żeby przemóc czarne wieki i wrócić do świata wysublimowanej kultury, eleganckich obyczajów, dobrego jedzenia, skutecznej nauki, efektywnej gospodarki i rozumnej władzy, a przede wszystkim do myśli społecznej, która głosiła, że zadowolony niewolnik pracuje lepiej niż głodny i katowany.

statekuciekinierzyKażda wiadomość może się w symbolicznym sensie okazać ostatnia.
Libię opanowała mafia przemytników, zajmująca się przerzutem arabskich uchodźców do Europy. Uciekinierzy na kutrach, łodziach i pontonach płyną w kierunku Włoch i przybyło ich tam w ostatnich tygodniach 11 tysięcy. W połowie kwietnia jeden z takich statków zatonął, zabierając w ostatnią podróż 800 uciekinierów.

Módlmy się za nich, módlny się za Nepalczyków i módlmy się za nas! Albo może wyślijmy pieniądze na budowę szpitala lub na telefon, który mógłby im uratować życie.

Nepal Help
Das Erdbeben in Nepal hat eines der ärmsten Länder der Welt getroffen. Zehntausende Menschen haben ihr Obdach verloren, sind in großer Not und Verzweiflung. Sie brauchen schnellstmöglich Hilfe.Bitte helfen Sie mit Ihrer Spende für Nothilfe und den anschließenden Wiederaufbau!

Spenden
Was haben wir mit den Toten im Mittelmeer zu tun? Nichts. Sie sind weit weg. Sie sind selbst Schuld. Andere sind schuld, an ihrem Tod. Die Menschen, die übers Meer wollen, und mehr wollen, sind fremde Verdächtige.Die Angst schlägt Wellen. Die Ängstlichen haben das Sagen, versperren die Grenzen und die Herzen, mit Leichenbittermine.Ein Mittelmeer und keine Mittel mehr um Menschen zu retten.Die einen ertrinken im Meer, die anderen im Überfluss. Beiden kann geholfen werden.Wenn das Boot voll ist, bringen wir es zum sicheren Ufer, und alle werden gerne aussteigen.

Es gibt nur eine Menschheit. Auch die, die weit weg sind, sind uns ganz nah,

in ihrem Streben nach Glück und nach Leben

und in ihrer Verletzbarkeit.

Europa soll kein Friedhof sein, sondern eine Hoffnung, eine neue Heimat für die, die alles verloren haben, Warmherzigkeit.

Eine Schleife, schwarz und blau, stecken wir uns an, als Zeichen:

Die im Mittelmeer ertrinken, sind nicht „die Anderen“. Es sind unsere Toten.

Wir trauern um sie.

Anne Frisius und Sabine de Martin

Die Schleifen verschicken wir gegen Spende. Ihr könnt sie euch auch selbst machen, mit zwei Schleifenbändern, schwarz für Trauer, blau für Mittelmeer, ca. 6 mm breit.
Bitte verbreitet diese Mail und die Schleifen. Danke!
Und liebe Grüße von uns.

Bestellung: mittelmeerschleifen@freenet.de
Spenden an:
Sabine de Martin, Stichwort: Mittelmeer Schleifen
Ktonr. 2041 6716 00
BLZ 4306 0967 (GLS Bank)
BIC: GENODEM1GLS
IBAN: DE41 4306 0967 2041 6716 00
Nach Abzug der Material-/Versandkosten geben wir die Spende weiter an das Alarm Phone
Die Alarm-Phone-Initiative hat eine Hotline für Flüchtlinge in Seenot eingerichtet http://www.watchthemed.net/

Reblog: Why we “love” to read?

EMS: It is my grandson 13 years ago as we the first time went to library.

A to Polska właśnie…

Wczoraj w wielkich bólach konwencja została przyjęta, na pytanie dlaczego w wielkich bólach, skoro chodzi o sprawę oczywistą odpowiedziała…

Aleksandra Puciłowska przy współudziale Kingi Chojnickiej

Dlaczego Polska miała problemy z ratyfikacją konwencji przeciwko przemocy domowej?

Długo proszono mnie o napisanie tekstu na temat konwencji. I szczerze mówiąc: nie wiedziałam za bardzo, co można by mądrego na ten temat napisać?
Sprawa jest w sumie jasna i prosta: czy z lewa, czy z prawa – każdy deklaruje się, iż jest przeciwny przemocy. Nie tylko zresztą wobec kobiet, ale i ogólnie. Sięgając po cytat z jednej z kultowych polskich komedii lat 80 chciałoby się więc powiedzieć: i nad czym tu deliberować…?

W Polsce jednak, jak to w Polsce, musieliśmy i z tego tak istotnego tematu zrobić swoje własne polskie piekiełko. Bo nie byliśmy sobą, gdyby tak nie było.
Okazało się bowiem w stosunkowo krótkim czasie, że w przemocy wcale nie o przemoc chodzi, a o wprowadzenie tylnią furtką jednego z głównych obecnie wrogów polskiego Kościoła, jakim jest bardziej chyba demoniczny od samego demona GENDER.
Że Kościół musi mieć wroga, bo bez niego nie będzie istniał jest już nawet nie tylko oczywiste, ale i filozoficznie poparte. Bo skoro istnieje dobro, to musi istnieć i zło, bo jak inaczej wiedzielibyśmy, czym jest samo dobro..?
To, że wróg ten dla Kościoła musi być namacalny wiemy już z Biblii, która mówi o diable. To, że diabeł ten musi być obecny w naszym życiu codziennym, byśmy jak zagubione owieczki lgnęli do Kościoła w lęku i nadziei na ocalenie, udowodniono nam już nadto. I tak się kręci ta zabawa od ponad 2 tysięcy lat.
Za wroga można sobie wziąć dowolnego przeciwnika – ważne by był, by się i żadna zębatka w tej dobrze już naoliwionej maszynie nie zacięła. Najnowszym jest gender – wciska się on nam drzwiami i oknami, by zniszczyć prawdziwą polską, katolicką rodzinę. Jak się zapieramy i nie chcemy go wpuścić frontem, to próbuje tylnym wejściem od kuchni. A w kuchni przygotowują między innymi różnego rodzaju podejrzane konwencje, co to pod przykrywką słusznych idei wpuszczają na naszą chrześcijańską enklawę w samym środku hedonistycznej Europy zepsucie, grzech i klęskę prawidłowego porządku świata.
A prawidłowy obraz świata jest taki, że jak Bóg coś złączy to człowiek tego nie powinien rozdzielać. I nieważne, co się dzieje za ścianą u sąsiada – czy mąż przyszedł tym razem z kwiatami czy z pięściami. Każdy musi dźwigać swój krzyż, jak dźwigał go Jezus. Więc i kobieta niech nosi swoje brzemię i ratuje splecione świętym węzłem małżeńskim własne piekiełko na tym ziemskim padole. Nieważna jest cena, jaką trzeba będzie za to zapłacić, istotny jest cel. A ból i cierpienie uszlachetnia, przecież tak mówili ostatnio na mszy w niedzielę. Przecież tak samo cierpiał biblijny Hiob, a Bóg mu to wszystko wynagrodził. Trzeba być silnym. Trzeba być cierpliwym.
A nie daj Boże zacząć jątrzyć i zawracać sobie głowę własnym szczęściem i poczuciem godności, ba! nawet indywidualności, a co gorzej samodzielności. Zaraz przyjdą do głowy jakieś szatańskie pomysły o niszczeniu rodziny w imię własnego egoizmu.
A właśnie temu służyć mają te europejskie pomysły pisane zapewne przez jakieś tajemnicze lobby LGBT w tajnym gabinecie w Brukseli. Bo i my – homo-, bi- i transseksualiści ponownie maczamy palce w tej rewolucji ogólnoświatowej, której głównym celem jest zagłada ludzkiego gatunku. A w obronie tego zagrożonego, znanego nam i jedynie słusznego katolickiego porządku świata, jak zwykle, dzielnie staje posłanka Beata Kempa. Zauważa ona w swoim liście otwartym do profesor Fuszary, że konwencja przeciwko przemocy wobec kobiet wcale w obronie tych kobiet nie staje. Na celu ma zaś degradację biologicznego pojęcia płci do pseudointelektualnego bełkotu o tym, iż na to jak postrzega się kobietę lub mężczyznę w danym społeczeństwie, wpływ ma kultura czy społeczne zachowania uznawane wedle tradycji za odpowiednie danej płci. Bo przecież wcale nie jest tak, że zgwałconej kobiecie ktoś wypomina, iż być może miała spódniczkę za krótką o te dwa centymetry, a faceci to przecież tacy wzrokowcy. I wcale nie jest tak, że w Afganistanie kobiety zakrywać muszą całe swoje ciało ze względu na to, że nie urodziły się mężczyznami. Choć przecież, przyznajmy szczerze, w czadorze też się jednak nie urodziły. I przecież wcale nie zdarza się tak, że od kobiety wchodzącej do polityki wymaga się jednak trochę więcej. Bo udowodnić musi ona podwójnie, że posiada kompetencje – nie posiada ich z zasady, jak niegdyś „nowa twarz” w polityce, Grzegorz Napieralski. Nikt jakoś dziwnym przypadkiem nie lustruje i nie prześwietla kandydata na prezydenta partii PSL, pana Jarubasa, tak jak to się czyni wobec kandydatki lewicy – pani Ogórek. Nikomu jakoś, dziwnym trafem nie przychodzi jako pierwsza myśl do głowy o tym, czy pan Jarubas, lub pan Duda, jest może ładny, a może jednak brzydki? Robi się to jednak wobec pani Ogórek właśnie, robiło się to niegdyś wobec pani Muchy. I robi się to również, niestety niezwykle brutalnymi i moralnie odpychającymi metodami, wobec pani Grodzkiej.
Pani Grodzkiej, która całą swoją postawą i życiową historią tak nadepnęła na odcisk sporej grupie prawej strony społeczeństwa polskiego, iż żyją nawet tym, czy chodzi ona w domu w dresie czy może piżamie. Trudno ją sprowokować osobiście, bo jest jedną z niewielu osób na polskiej scenie politycznej, która potrafi zachować niezwykle przyzwoity poziom dyskusji, więc próbuje się, pożal się Boże, pseudo-dziennikarskim śledztwem na poziomie, którego powstydziłby się chyba nawet sam portal internetowy Pudelek.
Bo to przecież o to chodzi w całej tej konwencji: nie o powiedzenie stanowczego NIE przeciwko przemocy różnej maści w imię utartych stereotypów i przekonań zagnieżdżonych gdzieś głęboko w naszych umysłach od lat. Tu chodzi o promocję hedonizmu, o degradację uszlachetniającego cierpienia i o, o zgrozo!, promocję wynaturzeń, jakimi są wszystkie te zjawiska, których nie uświęci sam Pan Bóg rękoma polskiego episkopatu. Niczego innego te przepisy wprowadzić nie zamierzają, poza społeczną degrengoladą i niszczeniem porządku świata ustalonym przy jego stworzeniu, a opisanym w Biblii. Niczego nie wnoszą poza zobowiązaniami państw je ratyfikujących do między innymi:
– stworzenia całodobowej, darmowej linii pomocy dla ofiar przemocy
– utworzenia wystarczającej ilości schronisk, które uchroniłyby te ofiary od pozostania sam na sam ze swoim oprawcą, gdy zamkną się drzwi za interweniującymi policjantami, którzy wezwani zostali do „domowe kłótni”
– przeszkolenia odpowiednich organów w ten sposób, by działać mogły szybciej i sprawniej przeciw przemocy domowej – przyjęcia ustawy penalizującej domową przemoc w różnych postaciach w tym: nękanie, przemoc fizyczną i psychiczną, genitalne okaleczenia kobiet, przymusową aborcję i przymusową sterylizację
– ścigania gwałtu z urzędu, a nie na podstawie formalnego wniosku osoby pokrzywdzonej jak praktykowane to było dotychczas.

Ale to przecież wszystko nie jest nam potrzebne, by walczyć o los pokrzywdzonych kobiet. Potrzebna jest nam silna wolna i solidny zapas różańców, by tak jak w 2013 roku walczyć w słusznej sprawie podczas całonocnej adoracji Najświętszego Sakramentu w intencji odrzucenia „Konwencji o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej”.

Reblog: New Jews in Poland

  • The Guardian, Sunday 25 January 2015 18.22 GMT
    Thanks to the Facebook Group Róża Jerychońska for sharing this text

The third-generation Polish Jews rediscovering long-buried roots

Judaism has a history dating back 1,000 years in Poland but most see the country as a site of Jewish death and suffering

A family in Szeroka Street at the heart of the Jewish quarter in Krakow. Photograph: Eastway Pictures

First Agnieszka Markowska found a suspicious baptism certificate, then a trail of false names and invented hometowns. Hidden behind them was a Jewish family history her grandmother had sworn she would take to the grave.

“When I showed her what I had discovered, she still denied she knew anything,” said Markowska. So she made her way to Krakow’s Jewish Community Centre, the heart of resurgent Jewish life in a city that has long been more associated with Jewish tragedy.

“If my great-grandparents were Jewish, I wanted to know what they believed, what festivals they celebrated, how they lived. I exist because of them, and want to preserve their memory,” said Markowska, who now marks Jewish holidays herself.

The 45-year-old is part of a growing number of “third-generation” Polish Jews – they count back to the first generation of Holocaust survivors – who are rediscovering roots assiduously buried by parents and grandparents trying to escape death camps and then antisemitism, and helping to rebuild Jewish life in Poland.

Judaism has a history going back more than 1,000 years in the country, but because the Nazis carried out most of the murderous work of the Holocaust in occupied Poland, and reduced a population of more than three million to just a few thousand, many outside the country see it only as a site of Jewish death and suffering. Krakow was particularly notorious, with an infamous ghetto, and just an hour’s drive from Auschwitz.

“Many people in Israel have a very dark view of Poland,” said Kfir Katz, an Israeli with Polish roots who has settled in Krakow after months of research into family roots that allowed him to claim Polish citizenship.

His mother warned him the country her parents had fled was just a “vast cemetery”, but instead he found a community several hundred strong, four active synagogues, and a Jewish cultural festival that draws thousands of visitors each summer.

If some of the Jewish-quarter restaurants with Hebrew names sell pork dishes, there is also a better supply of kosher food than there has been for decades, and shabbat dinners are celebrated by open windows.

It was a slow journey, though, for the handful of Holocaust survivors who decided to stay on in the ruins of a city that was once home to more than 60,000 Jews.

“I was never in hiding, but I was never saying ‘Hi, I’m Henryk Meller, I’m Jewish,’ either,” said one community leader, who was born in 1931 and lost both parents and his only sister during the war. “My friends know, some of them are antisemitic. But that’s the thing in Poland, each antisemite has his own Jew who is his best friend.”

Poles are the single largest group on the Yad Vashem Holocaust memorial’s list of “righteous among the nations” in Israel, those who risked their own lives to save Jewish friends, neighbours, colleagues or acquaintances.

But prejudice also has deep roots. Many Polish Jews survived the Holocaust only because they had fled pogroms before the Nazis arrived. And within months of the liberation of Auschwitz, dozens more had died in new pogroms and fights over confiscated property.

In 1968, one faction within the communist government launched a cynical antisemitic campaign, as part of an internal power struggle, which cost hundreds of people their jobs and prompted thousands more to leave for Israel.

For decades there was not even a rabbi based in the city, said Meller, whose own son has immigrated to Israel. Meller never wanted to leave, and was key to the founding in 2008 of the Jewish Community Centre (JCC) in Krakow, a welcoming building which hosts everything from shabbat dinners and Torah study to make-up lessons and belly dancing.

Funded by UK charity World Jewish Relief, with support from Prince Charles, who opened it, it provides a meeting place for the existing community, but also somewhere for Poles who uncover a secret family history to explore Jewish culture, religion and history.

Olga Danek grew up in a house full of Jewish books and artefacts, and was taken several times as a child to Auschwitz and the spooky, deserted former Jewish quarter of Krakow. Still, she celebrated Christmas and Easter, and was stunned to be told, aged 12, “your grandmother was Jewish”.

“My first feeling when my mother told me I was Jewish was ‘OK, but maybe the community don’t want me’,” said Danek, now 28 and head of the student group at the JCC.

“You don’t have the papers, you don’t have the Jewish knowledge, what are you going to do? I think I was afraid, that I was not Jewish enough for them.”

In her group of 16 young Poles, only one grew up knowing she was Jewish. The rest share dramatic stories of deathbed confessions, fearfully guarded secrets or reluctant admissions drawn out after months of research in dusty archives. In many of their families Jewish identity in effect skipped a generation. Some Holocaust survivors lied to their children to protect them. Others, such as Danek’s mother, knew the family secret but felt it was too dangerous to acknowledge.

“She was born in 1961, and after 1968 we didn’t have an official Jewish life. You were told, ‘If you are Jewish you must go to Israel, you are not Polish’ – it was very difficult. I think she is afraid to be Jewish,” Danek says.

Pope John Paul II did much to tackle antisemitic attitudes, condemning them outright, visiting Auschwitz to pray in 1979, on his first visit to the country since becoming leader of the world’s Catholics, and forging high-profile relationships with Jews and Jewish communities.

The spectre still haunts Krakow, though. On a road near the JCC, a large piece of football graffiti reads Cracovia JG – or Krakow Jewish Gang, with a star of David. When Markowska told one friend that she was Jewish, the woman replied “Don’t worry, I will still like you”, and Danek’s mother frets about her wearing a star of David in public.

For Danek that lingering prejudice, and the long shadow cast by the horrors of the Holocaust, is just one more reason to celebrate Jewish life in Krakow.

“Many people think the Jewish community doesn’t exist here, and so it’s important to me to show that we do,” Danek said. “I want to show that we are not prisoners of the Holocaust. We are living here in Poland.”

Australia (odcinek 4) i gdzie indziej

Lech Milewski

Bez stałego adresu

Potem poznał Adam Ewę, żonę swoją, która poczęła i porodziła Kaina.
I rzekła: otrzymałam męża od Pana. I porodziła zasię brata jego Abla;

i był Abel pasterzem owiec, a Kain był rolnikiem.
I stało się po wielu dni, iż przyniósł Kain z owocu ziemi ofiarę Panu.
Także i Abel przyniósł z pierworodztw trzód swoich i z tłustości ich.
I wejrzał Pan na Abla i na ofiarę jego.
Ale na Kaina i na ofiarę jego nie wejrzał...

Biblia Święta – Brytyjskie i Zagraniczne Wydawnictwo Biblijne

Więc Abel był pasterzem a Kain rolnikiem! Zauważyłem to dopiero teraz, dzięki Robyn Davidson – tej, która przewędrowala z wielbłądami prawie 3,000 km po australijskiej pustyni.

Dalszy ciąg biblii według Robyn Davidson brzmi tak:
naśladowcy Kaina pozostają w jednym miejscu, przywiązani do ziemi i jej plonów. Naśladowcy Abla wędrują ze swoimi stadami w poszukiwaniu paszy.
Produkty roli – wysokokaloryczne, o małej zawartości protein, jednorodne – są gorsze niż produkty hodowli. Mogą wyżywic więcej ludzi, lecz strawą o niższej jakości. Koczownicy są zdrowsi, gdyż lepiej się odżywiają, mają bardziej urozmaicony tryb życia, nie są dotknięci okresami nieurodzaju, gdyż przenoszą się z miejsca na miejsce.
Potomstwo rolników jest chorowite, dręczą je epidemie, które nie dotykają ludzi pozostających w ciągłym ruchu. Kobiety ludów osiadłych mają dużo miej swobody, są regularnie w ciąży, gdyż rola potrzebuje wciąż nowych rąk do pracy.
Koczownicy nie mogą gromadzić dóbr i nie mogą ich ukryć przed oczami współtowarzyszy, a ludzie żyjący za roli zatracili kulturę dzielenia się wszystkimi dobrami. Nadmiernie ekspoloatowana ziemia traci wydajność, rozrost rodzin zwiększa zapotrzebowanie na płody rolne. Rozwiązanie jest proste – powiększać tereny uprawne – karczować lasy, wypędzać koczowników z bezpańskich stepów.
Powstają wsie, zupełnie nowa forma społeczności, nowy kod moralny, skoncentrowany na ochronie prywatnej własności. Następuje specjalizacja, coraz większe różnice majątkowe, segregacja społeczeństwa. Nagromadzone dobra kuszą złodziei, powstaje zapotrzebowanie na zawodowych strażników.
Kolejny etap rozwoju to miasta, konglomeracje ludzkie, wymagające instytucji utrzymujących spójność siłą, pojawia się policja, wojsko, urząd podatkowy, kościół.
Naśladowcy Abla są skazani na wymarcie. Każdy wartościowy skrawek ziemi został zajęty przez ludy osiadłe, pozostały pustynie, szczyty gór, tereny arktyczne.
Naśladowcy Kaina przehandlowali zanurzenie się w Naturze na dominację nad Naturą. Natura stała się przeciwnikiem, którego trzeba podporządkowac ludzkim wymaganiom. Ludzie przestali być homo sapiens, stali się homo arrogans.
Ziemia staje się miejscem niemożliwym do życia. Coraz częściej przywołuje się wizję Apokalipsy, podczas której tylko wierni wyznawcy prawdziwej religii zostaną uratowani.
Nienawidzący życia Bóg z radością zniszczy Ziemię, tę Ziemię.

Robyn Davidson nie kpi sobie z religii, nie jest też działaczką na rzecz ochrony przyrody. Jest wędrowcem. W swoim eseju wspomina, że słowo wędrówka tłumaczy się na francuski l’errant. Rdzeń tego słowa to err – błądzić, popełniać błędy, a zatem i uczyć się na błędach.

Nie mam więc do niej pretensji, że przedstawiła rozwój ludzkości nieco jednostronnie. Dla porządku przypomnę, że Adam i Ewa, po Kainie i Ablu, spłodzili jeszcze Seta. Z rodu Seta wywodzi się Noe, a zatem, zakładając, że podczas potopu utopili się potomkowie Kaina (i Abla jeśli miał potomstwo), jesteśmy wszyscy potomkami Seta – co za ulga.

Podczas wędrówki przez pustynie Australii Robyn miała okazję bliżej poznać tradycje i kulturę Aborygenów i wielokrotnie stawia ją jako wzór harmonijnego współżycia człowieka z naturą. Dowód jest prosty – Aborygeni żyli w Australii ponad 40,000 lat i utrzymali tutejszą przyrodę w dziewiczym stanie.
Nie byli oni nomadami w powszechnym rozumieniu tego słowa. Nie byli też pasterzami jak Abel. Byli myśliwymi i zbieraczami, pozostawali w ciągłym ruchu na terenach gdzie żyły duchy ich przodków, nie gromadzili dóbr, kobiety pełniły role równie istotne jak mężczyźni, nie rozmnażali się nadmiernie.

Na marginesie wspomnę, że stosunki między członkami aborygeńskiej społeczności są określone przez skin name czyli imię określające pokrewieństwo z szeroko rozumianą rodziną. Wchodzący w świat dorosłych Aborygen znając swoje skin name wie jak się ma zachować w stosunku do ludzi wokół niego. Z kim może utrzymywać kontakt, komu okazywać specjalny szacunek, za kogo ponosi odpowiedzialność, z kim może się ożenić – to ostatnie było bardzo istotne w niewielkich społecznościach i skutecznie chroniło Aborygenów przed poczęciem dzieci z wadami genetycznymi.

Robyn Davidson ma chyba zbyt niespokojnego ducha, by dołączyć na stałe do aborygeńskiej społeczności. Zresztą takich autentycznych aborygeńskich społeczności już nie ma.
Po zerwaniu z Salmanem Rushdie Robyn czuła potrzebę działania, zrobienia czegoś na własną rękę. Przez przypadek spotkała Narendrę, człowieka ze społecznych wyżyn Rajastanu, który zaproponował, żeby przyjechała do Indii, tu znajdzie coś dla siebie.

Stary mit głosi, że bóg Sziwa zesłał Rabari na Ziemię, aby zajmowali się wielbłądami…

Znalazła – wędrowne plemię Raika zwane również Rabari. Zajęło jej ponad rok, zanim znalazła grupę koczowników, która zgodziła się ją przyjąć. Po pierwsze takich grup nie ma już wiele. Niektóre z nich mają już stałe siedliska i udają się tylko na krótkotrwałe wyprawy z bydłem, pozostawiając kobiety w domu. Po drugie koczownicy obawiali się, że Robyn stanie się przynętą dla porywaczy, liczących na sowity okup. Po trzecie obawiali się, że nie da sobie rady i narobi kłopotu. Po czwarte wreszcie podejrzewali, że jest mężczyzną  i narobi kłopotu ich kobietom.

Ostatecznie znalazła odważnych w sąsiednim stanie Gujarat. Dang czyli grupa koczowników liczyła 50 osób, które wyruszały w drogę z 20 wielbłądami i stadem 5,000 owiec. Wódz grupy – Phagu – zwołał konferencję z udziałem swojej żony i starszyzny. Robyn musiała odpowiedzieć na wiele pytań i ostatecznie została zaakceptowana. Każdy członek dangu musi mieć określone relacje z resztą grupy, a więc Phagu zaadoptowal Robyn jako swoją córkę.
Gdy decyzja została ogłoszona, Robyn zostala otoczona przez kobiety, które przyniosły jej słodycze i drobne prezent oraz nadały jej imię Ratti-ben – siostra z krwi. Pokazały jej jak ma załadować swoje rzeczy na wielbłąda, jak go rozładować i jak przygotować sobie legowisko. Legowisko miała rozbijać między dwoma gałęziami swojej rodziny – rodziną swojego “ojca” i rodziną jego brata.
Robiło się ciemno, trzeba było szybko przygonić jagnięta, które na noc przywiązywało się do długich sznurów. Wreszcie pora na gotowanie kolacji – zawsze takiej samej – chleb roti z kaszy jaglanej i zupa z maślanki.

Rozkład dnia wyglądał mniej więcej tak: pobudka przed 5. To dla kobiet. Mężczyźni spędzali noc pilnując owiec. Kobiety myły garnki, doiły owce, ubijały mleko, żeby oddzielić masło i maślankę. Po śniadaniu wyganiano owce na wyznaczone pastwisko. Mężczyźni szli w poszukiwaniu nowych terenów, kobiety zaś udawały się do najbliższej wioski po zakupy.

Wyznaczone pastwisko, najbliższa wioska – nie wygląda to na swobodne życie z dala od cywilizacji. Cywilizacja wpycha się wszędzie. Dang musiał uzgadniać każdy swój ruch z miejscową osiadłą ludnością. Głównym argumentem na korzyść koczowników było dostarczenie bezpłatnego nawozu. Jest to coraz mniej atrakcyjny towar, ciągłe więc trzeba planować kolejne ruchy, co staje się coraz bardziej uciążliwym zajęciem.

Zależnie od planu dnia czasem dang pozostawał na noc w tym samym miejscu, czasem wędrował na nowe. Czasem trzy kilometry, czasem pięćdziesiąt. Bagaże, dzieci i chorych ładowano na wielbądy, i w drogę.
Po przybyciu na miejsce obozu pierwszą sprawą było przyniesienie wody – czasem kilkaset metrów, czasem kilka kilometrów. Pora na gotowanie obiadu. W tym czasie w pobliże obozu, w tumanach kurzu, wpływały strumienie owiec. Pasterze przynosili nowonarodzone jagnięta, przyganiali wielbłądy, oddzielali jagnięta od matek, przeglądali wyposażenie i wreszcie mogli dołączyć do swoich rodzin.

Nadchodziła najmilsza część dnia. Rozpoczynała się kilku minutami ciszy dla rozładowania zmęczenia i emocji, po czym następował przegląd wydarzeń dnia. Powoli rozmowy cichły, znużeni ludzie zapadali w sen. Noce były dla Robyn wyjątkowo nieprzyjemne. Przywiązane wokół jej legowiska owieczki wskakiwały na nią, potrącały, lizały. W rezultacie rzadko spała dłużej niż 3 godziny.

Swoje doświadczenia z tej wyprawy opisała w książce Desert Places, która jest nieosiągalna w Australii, w związku z czym opieram się tu na materialach podanych w źródłach.

Robyn myślała, że spędzi z koczownikami cały rok. Wytrzymała niewiele ponad miesiąc. Przyczyn było wiele – bardzo istotną był brak snu. Koczownicy spali w nocy tylko 3-4 godziny, ale potrafili zapaść w odżywczy sen w każdej wolnej chwili. Robyn nie posiadła tej umiejętności. Drugi problem to bariera językowa. Robyn nie znała języka koczowników, porozumiewała się z nimi w jezyku hindi, który obie strony znały dość słabo. To uniemożliwiało jej autentyczne uczestnictwo w życiu obozu, a mnie nastraja dość sceptycznie do jej entuzjastycznych ocen stosunków społecznych w dangu.
Po trzecie czuła się bezużyteczna, nawet próby lekcji angielskiego dla obozowych dzieci nie były udane. Zdawała sobie sprawę, że jest dodatkowym ciężarem dla grupy, która i bez tego ma wiele codziennych kłopotów.
W wywiadze dla Dumbo Feather ocenia ten projekt jako całkowitą porażkę.

Pozostała jednak w Rajastanie, ale w zupełnie innej roli. Jej znajomość z Narendrą – rajastańskim arystokratą, który zachęcił ją do przyjazdu do Rajastanu – przekształciła się w uczucie i trwały związek. Po śmierci Narendry Robyn zachowała dużą posiadłość, w której zatrudnia bardzo liczny i niezbyt użyteczny personel. To miejscowy sposób dobrowolnej dystrybucji bogactw. Być może lepszy niż dążenie za wszelką cenę do wysokiej wydajności pracy i utrzymywanie rzesz bezrobotnych na zasiłkach.

W swoich publikacjach i wypowiedziach Robyn stale podkreśla pozytywy pradawnego życia Aborygenów i koczowniczych plemion. Nie ma jednak złudzeń co do kierunków rozwoju cywilizacji.
Paradoksalnie nadruchliwość stała się znakiem naszych czasów. Ponadnarodowe korporacje, biznesmeni spedzający całe lata w hotelach i samolotach. Ludzie masowo zmieniający kraje dla kariery, lub znalezienia jakiejkolwiek pracy, lub ucieczki przed wojną czy innym kataklizmem.
Nie da się to jednak porównać do tradycyjnego koczownictwa. Tam i wtedy ludzie czuli stale bliski związek z terenami, w których przebywali i ze swoją społecznością. Nowoczesny nomada jest oderwany od swoich korzeni. Zaprawdę nie nomada lecz monada – samotna jednokomórkowa istota.

Cóż nam pozostaje?
W każdej religii – pisze Robyn – można znaleźć motyw porzucenia osiadłego życia i ruszenia własną drogą do boskości. Sadhu (Hindi), który porzucił dom aby żyć jako żebrak, pielgrzymi w drodze do Santiago lub Mekki, Budda. Tylko w drodze możemy odkryć lepszą część nas samych.

Źródła:
Robyn Davidson – No fixed address, Nomads and the fate of the planet.
Wywiad z Robyn Davidson w Dumbo FeatherKLIK.

Poprzednie posty Lecha o Robyn Davidson:
Dziewczyna z wielblądami
Dalszy ciąg opowieści  o dziewczynie z wielbłądami
Wyprawa

Czego nam brakuje?

Krystyna Koziewicz

Widzia(l)ni od święta     

“Żadna ludzka istota nie może przeżyć bez ludzkiej wspólnoty.”
Dalaj Lama

Grudzień jest najbardziej świątecznym miesiącem w kalendarzu – rozpoczyna się nieustające święto zakupów: na Mikołaja, „na gwiazdkę”, „pod choinkę”, na Sylwestra, a potem Nowy Rok. Dawać to nie znaczy tracić, a zwyczaj wzajemnego obdarowywania się, to chwila spełniania najskrytszych marzeń… A marzenia ludzie mają przeróżne… Na przykład wnuczka Asia w wieku 8 lat napisała w liście do „Gwiazdki”, że chce, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega Asi powiedział mamie, by „Mikołaj” wszystkie prezenty zaniósł do rodziny, gdzie zmarła matka i ojciec samotnie wychowuje czwórkę dzieci. Sąsiadka z bloku raz do roku przynosi z poczty stosik przekazów i wysyła pieniądze potrzebującym, przeważnie z Afryki. Inna znajoma (nota bene nazywam ją potocznie „świętą Marią”) napotkanym na ulicy czy w metrze bezdomnym wkłada do ręki po 10, 20 euro. Sąsiad z mojego piętra w przeszłości, jak tylko widział moje wnuczki z Polski, obsypywał je słodyczami, a św. pamięci sąsiad turecki – właściciel piekarni – koło stacji metra rozdawał ludziom w potrzebie pieczywo, nie jakieś tam czerstwe, a świeżutkie pachnące bułeczki. Moja koleżanka, Ola, zbiera ciepłe ubrania dla bezdomnych, wydzwania i prosi o puszki, kalesony, rajstopy, skarpety. Przyjaciel niemiecki opiekuje się trzema samotnymi osobami, jedna z nich, sąsiadka, porusza się na wózku inwalidzkim, druga mieszka w domu opieki – tej czyta książki i co najmniej dwie godziny poświęca na rozmowy. Trzeciego – kolegę z demencją – odwiedza regularnie pomimo braku kontaktu słownego („porozumiewamy się wzrokiem” – mówi). Utrwaliło mi się jego credo życiowe: „niepotrzebne byłyby domy starców, gdyby każdy z nas rozejrzał się i zaopiekował choć jedną samotną starszą osobą”.

Parę lat temu, gdy ciężko zachorowałam, jeden z naszych kolegów, Marek, gdy wyszłam ze szpitala, podrzucał zakupy i wcale nie wyciągał ręki po pieniądze. Któregoś razu, podczas akcji charytatywnej WOŚP-u w Berlinie, wpadł na pomysł, by przy okazji zrobić zbiórkę pieniężną, co wywołało moje oburzenie. Jednak potem, kiedy się głębiej zastanowiłam, doszłam do wniosku, że był to całkiem ludzki odruch. Byłam wtedy faktycznie, na szczęście krótko, w potrzebie, może nie finansowej, ale potrzebowałam chwilowej opieki. Z kolei Magda, pomimo iż sama nie cieszyła się dobrym zdrowiem, codziennie chodziła do śmiertelnie chorej koleżanki i nie zostawiła jej aż do śmierci. Nie zapomnę też gestu Urszuli, która na wieść, że zginął mi trzeci rower, natychmiast podarowała mi całkiem nowy, jeszcze zapakowany w folię. Także Marianna, wiedząc, że moje dzieci w Boże Narodzenie przebywają za Oceanem, zaprosiła na Wigilię, bym nie czuła się w tym dniu samotna.

W listopadzie na dworcu głównym w Berlinie pokazano wystawę – portrety bezdomnych Unsichtbaren (Niewidzialni) i ich historię. Byłam tak wstrząśnięta dramatem ludzkim, że od tej pory inaczej spoglądam na cuchnących pasażerów metra, śpiących na ławkach w parku, czy żebrzących na ulicy.

niewidzialniFoto Autorka

Wydaje mi się, że społeczeństwo niemieckie jest szczególnie zaangażowane, wiele osób wspiera tu akcje charytatywne. W Berlinie powszechnie znana jest wigilia dla ubogich, organizowana przez piosenkarza Franka Zandera. Od lat śledzę reportaże z tej bodaj największej akcji charytatywnej. Raz do roku bezdomni są gośćmi ekskluzywnego hotelu, gdzie znani artyści, politycy, biznesmeni serwują im klasyczne niemieckie danie wigilijne: gęś z kluskami i czerwoną kapustą. W tym dniu każdy uczestnik kolacji otrzymuje ciepłą odzież, może skorzystać w hotelu z prysznica, przychodzą fryzjerzy, żeby na życzenie obciąć włosy, piwo i papierosy są za darmo, podczas kolacji gra jakiś znany zespołu muzyczny. Raz do roku nie są niewidzialni. Może więc są nawet szczęśliwi.

Inna równie znana akcja charytatywna, to impreza na rzecz dzieci „Ein Herz fuer Kinder” oraz Gala Jose Carrery. Obecność znanych gwiazd show biznesu na koncercie ma zwrócić uwagę opinii publicznej na problem biedy, a tym samym wywołać większe zaangażowanie społeczeństwa w akcje zbiórek dla potrzebujących.

Na uznanie zasługuje fakt, że często są to prominenci. To przeważnie artyści pochylają się nad tragicznym losem wielu dzieci, które bez naszej pomocy nie mają szans na godne życie i na wyzdrowienie. Dzięki Bogu, że udaje się chociaż częściowo poprawić los ludzi w potrzebie, o czym donoszą media. To, co czynią artyści, czy zwyczajni ludzie, jak Marek, Ola, Ula, Helmut, jest „maleńką kroplą w ogromie oceanu, ale jest właśnie tym co nadaje znaczenie twojemu życiu” – powiedział Albert Schweitzer

Gramy dla ...W polskich kręgach polonijnych od 12 lat odbywają się również koncerty charytatywne, do najbardziej popularnych zalicza się Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Od trzech lat funkcjonuje też „Gramy dla…”, berliński projekt organizowany przez grupę ludzi o wielkim sercu. Impreza stopniowo zyskuje swoich zwolenników, w tym roku nie powinno być gorzej – myśleli organizatorzy. Spodziewali się większego niż w poprzednich latach zainteresowania. Specjalnie na tę okazję przyjechał wybitny muzyk Józef Skrzek, atrakcyjny repertuar piosenek przygotował berliński zespół muzyczny Harald’s Session Band. Kogo tak naprawdę zainteresował koncert charytatywny „Gramy dla…”? Nielicznych. Niewiele osób przyszło, więc i w skarbonce ledwo dno zakryte. Nie wiem, co powiedzieć? Indywidualnie potrafimy pomagać, natomiast z publicznymi zbiórkami różnie to bywa.

szklana skarbonkaFoto Autorka

Dlaczego o tym piszę? Bo lepiej by było, żeby takie akcje odbywały się przez cały rok, a nie tylko w grudniu, żeby więcej było w życiu codziennym takich osób jak Marianna, Ula, Helmut czy organizatorzy “Gramy dla…”

To wielki dar od losu, że DAJĄC – uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi kryje się radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji wzbogacamy samych siebie, otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej, jej UŚMIECH i SERCE.

***

EMS: Autorka poprosiła, bym uzupełniła jej tekst własnymi przykładami. Podzielę się dwoma refleksjami.

W tym roku dwukrotnie zbierałam pieniądze dla Ukrainy, raz dla młodej uciekinierki z majdanu we Lwowie, która bez grosza przy duszy wylądowała zimą w Warszawie, raz, by przekazać zebrane pieniądze do Krzemieńca, skąd od razu zostały wysłane dalej – na front. Zwracałam się do różnych moich znajomych, i tych dobrze, a nawet wspaniale, sytuowanych, i tych niezamożnych. Wsparcie dostałam przede wszystkim od artystów i ludzi kreatywnych, częstokroć takich, którzy sami ledwie wiążą koniec z końcem bądź żyją z zasiłku, a wręcz deklaratywnie zabrakło go ze strony ludzi zamożnych, przedsiębiorców, biznesmenów… Oczywiście, bywamy dobrzy, ale im się nam lepiej powodzi, tym mniej w nas tej dobroci. Tym częściej jesteśmy skąpi i bez serca.

Jakiś czas temu zwróciła moją uwagę notatka na Facebooku, o tym, że ktoś okazał dobre serce i kupił jedzenie bezdomnemu pod Tesco. Rzecz wydawała mi się chwytem marketingowym. Napisałam o tym TU. 9 grudnia pojawił się na Facebooku podobny wpis, tym razem z Będzina. Wpis opowiada identyczną historię, mam wrażenie, że nawet w podobnych zdaniach i z użyciem podobnych chwytów stylistycznych i słów. Podobne słowa powtarzają się też w komentarzach, zdecydowanie przeważają szacun i szacunek.

mateuszkobusTen wpis został ponad 46 tysięcy razy zalajkowany i ponad 17 tysięcy razy podzielony. Teraz już jestem pewna, że nasze spontaniczne (na pewno spontaniczne!) lajkowanie i dzielenie się tym wpisem zostało wywołane akcją jakichś agencji marketingowych na zlecenie wielkich sklepów spożywczych. Nadal tylko nie wiem, jaka tu jest opcja startowa, bo są trzy.

To może być autentyczne działanie z porywu serca, wykorzystane przez maszynę marketingową bez wiedzy i zgody osób dokonujących dobrego uczynku;

może  być to współpraca ofiarodawców ze specjalistą ds marketingu, co by znaczyło, że ofiarodawcy zostali zapytani przez koncern o zgodę na wykorzystanie ich działania i wpisu na Facebooku;

ale może to być również wspólnie zaplanowane działanie marketingowe.

Czy to ma znaczenie? Nie wiem. Ale jest mi przykro, gdy to widzę. Bo gdybyż ta akcja przełożyła się każdorazowo na kilkadziesiąt tysięcy aktów pomocy biednym, to pal diabli komercję, dokonalibyśmy w końcu jakiegoś znaczącego zrywu charytatywnego. Ale kilkadziesiąt tysięcy lajków? Po co to komu?

Dziecko włóczęga

wloczega okladkaDobraTen tekst z 1922 roku uraduje Czytelnika przede wszystkim nowoczesnością spojrzenia na problemy opieki nad dziećmi wymagającymi specjalnego starania. I choć wiele z opisanych tu problemów straciło na aktualności, a wiele rozwiązań proponowanych przez autorkę wprowadzono już do systemu działania Urzędów do Spraw Młodzieży, tekst ten nadal wart jest przeczytania i pomyślenia.

Autorka wraz z Danutą Zylberową założyła i od roku 1908 prowadziła pierwszą w Polsce szkołę dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie. 

Dziękuję Tomaszowi Fetzkiemu za udostępnienie mi tego artykułu.
Zachowałam pisownię i interpunkcję oryginału.

prababciaEugenia Lublinerowa

Dziecko włóczęga

Wzrastająca z dniem każdym przestępczość wśród małoletnich, pobudziła umysły specjalistów do zajęcia się doszukiwaniem przyczyny tych objawów
i środków, któreby ten stan rzeczy zmieniły na lepsze.
Badano chłopców zatrzymanych przez policję
i okazało się, że 68% z nich to włóczęgi.

Strona z książki, Czy wiesz kto to jest,
wydanej w roku 1932
pod redakcją Stanisława Łozy.

Część tych włóczęgów była faktycznymi, część potencjalnymi przestępcami. Niewielki odsetek tych dzieci miał czystą przeszłość.
Bez względu na to, z jakiej przyczyny dziecko stało się włóczęgą i jaki rodzaj przedstawia ono pod względem umysłowym lub moralnym, fakt, że o ile tylko dom rodzicielski dobrowolnie lub pod przymusem, nie dostarczy włóczędze środków do życia, musi on żebrać, kraść a nawet i mordować.
Jest to naturalna kolej rzeczy; od włóczęgi rozpoczyna się zazwyczaj moralny upadek dziecka.
Jeden z wychowańców domu poprawczego bardzo trafnie określił i opisał etapy tego staczania się w przepaść występku. Na zapytanie, dlaczego popełnił przestępstwo, odpowiedział ogólnikowo, że biedaka zmusza do tego nędza.
Najpierw żebrze o jałmużnę, lecz mu odmawiają. Naturalnie nie ma co jeść. Jakiś czas jest głodny, więc zaczyna potrochu kraść. Następuje coraz większe rozgoryczenie – zaczyna rabować. Cóż biedak ma robić, jeżeli nie umie pracować?
Zdarzają się nieliczne przypadki, że włóczęga co nie co zarobi; ale te jego zarobki nie są ani stałe ani wystarczające na zaspokojenie tych jego niewielkich potrzeb.
Podciągnięte pod ogólne miano, „dzieci włóczęgi“, nie przedstawiają wcale jednolitego materiału.
Chęć do włóczęgi obserwujemy u umysłowo-chorych, u idjotów antispołecznych i melancholików.
Uczucie strachu, t. zw. „etat fugetit“, jest bardzo często przyczyną bezplanowej i bezcelowej ucieczki. Pod wpływem tego uczucia strachu, chęć ucieczki zjawia się raptownie w zupełnej niezależności od poprzedniego nastroju. Podczas takiego napadu strachu, nie istnieją dla nich żadne przeszkody. Nic nie jest w stanie powstrzymać ich od ucieczki. Oni tych przeszkód nie widzą i nie czują.
Objawy takie spotykamy i u tych chorych, u których ataki epileptyczne nie występują wyraźnie to t. zw. „padaczka ukryta” (epilepsie larwé). Ta postać padaczki zdarza się często u chłopców, zarówno jak u dziewcząt od 14-18 lat.
Chorzy ci uciekają bez przyczyny z domu, wałęsają się po drogach, nocują pod gołym niebem. Istoty te różnią się od włóczęgów tem tylko, że nie wiedzą  d l a c z e g o uciekli,
d o k ą d   i   p o c o. Zeznania takich chorych nie mają znaczenia, gdyż ani oni sami, ani nikt nie jest w stanie domyślić się, co było w rzeczywistości, a co było tworem ich chorobliwie pobudzonej wyobraźni. Między włóczęgami spotykamy nieraz dzieci zdrowe moralnie i fizycznie, gdzie tylko specjalnie nieszczęsne warunki sprawiły, że dziecko, zupełnie moralne, stało się włóczęgą. Np. w moskiewskim przytułku znajdował się 8-letni chłopczyk, o miłej, ufnej, dziecinnej twarzyczce. Był on tak towarzyski, że półgodzinna znajomość wystarczała na to, aby chłopiec przyjacielsko rozmawiał z gościem i żeby dawał szczere odpowiedzi na zadawane mu pytania.
Wywiad z nim przyniósł bardzo ciekawe dane. Chłopiec dawno stracił ojca. Matka, która prowadziła rozwiązłe życie, nie chciała go żywić więcej, gdy miał 5 lat. Aby się pozbyć dziecka, wyrzuciła go z mieszkania. Chłopiec, pozbawiony dachu, poszedł do wuja, który się nim opiekował w ciągu 2 lat. Gdy i ten wymówił mu gościnę, chciał wrócić do matki, ale tu natrafił na tak gwałtowną opozycję z jej strony, że uciekł, bojąc się postradać życie. Wałęsał się biedny 7-letni chłopiec po okolicy, żyjąc z jałmużny. Wreszcie przyjął posadę przewodnika żebraka, który udawał niewidomego.
Pomieszczony w przytułku zdawał się być zadowolony ze zmiany warunków, to też sprawował się przykładnie i nigdy nie miał ochoty uciekać.
Jeden z niemieckich pedagogów opisuje ciekawe a smutne dzieje chłopca-włóczęgi, zupełnie normalnego zarówno moralnie jak i fizycznie. Chłopiec ten, zdrów, dobrze zbudowany, silny ale niezdolny do nauki, przebywał w szkole normalnej. Rozumie się, że pomimo pilności i staranności postępów w nauce należytych nie robił. Nauczyciel, nie wchodząc w przyczynę tego braku postępów, stawiał mu złe stopnie i zatrzymywał go na drugi rok w każdej klasie. Ojciec karał go w okrutny sposób za złe cenzury, przypuszczając, że tego rodzaju pedagogiczne zabiegi wpłyną na poprawę. Chłopiec bity w domu, prześladowany w szkole przez nauczyciela i wyśmiewany przez kolegów, nie mógł już dłużej znosić tych tortur i postanowił uciec. Wałęsał się jakiś czas po polach i lasach w okolicy, żywiąc się skradzioną i wyżebraną strawą, ale to trwało nie długo. Wkrótce został on ujęty przez policję i odprowadzony do domu. W domu został ukarany za ucieczkę i zmuszony do powrotu do szkoły.
Zaczęły się znów przykrości i prześladowania. Chłopiec uciekał kilkakrotnie i zawsze z takim samym rezultatem. Im był starszy, tem bardziej cierpiała jego ambicja. Przykro mu było, że on, chłopiec już pod wąsem, nie mógł nauczyć się tego, co z łatwością przychodziło jego znacznie młodszym kolegom. Jedyny dostępny dla niego ratunek, to ucieczka – ale i ta go zawiodła. Dyrektorowi szkoły znudziły się wreszcie jego ciągłe ucieczki. Postarał się poznać chłopca gruntownie, zbadać jego warunki życia i uchwycić przyczyny tego postępowania. Zorientowawszy się w sytuacji, poradził umieścić chłopca w jakimś odległym internacie, dokąd nie dosięgła fama jego złej opinii.
Rada była dobra. Chłopiec w internacie odżył, nabrał humoru i pewności siebie. Brak zdolności rekompensował nadzwyczajną pracowitością i sumiennością. W tych warunkach mógłby łatwo ukończyć szkołę i przygotować się do zawodowej pracy, gdyby nie fatum, prześladujące owego chłopca. Nauczyciel internatu, widząc jego nienaganne sprawowanie, chciał wiedzieć, co było powodem wydalenia chłopca z domu i w tym celu przeprowadził korespondencję z zarządem szkoły, do której chłopiec uczęszczał poprzednio.
Nie ma w tym nic złego, że nauczyciel chciał poznać przeszłość swego wychowańca, ale źle, gdy list zawierający tajemnicę zawodową, dostanie się do niepowołanych rąk – jak w danym przypadku – żony nauczyciela.
Osoba ta, kontentna, że złapała sensacyjną wiadomość, opowiedziała ją sklepikarce. Gdy chłopiec zjawił się następnego dnia w sklepiku, właścicielka obrzuciła go wymysłami, dając poznać, że jest ona w posiadaniu tajemnicy jego nieszczęsnej przeszłości. Fakt ten zmusił chłopca do ponownej ucieczki. W ten sposób chłopiec, który nie miał w zupełności skłonności po temu, stał się mimowoli włóczęgą.
Między włóczęgami znajdujemy też takie normalne umysłowo dzieci, które kiedyś popełniły jakieś choćby nie wielkie przestępstwo i dzięki ucieczce uniknęły odpowiedzialności za swoje czyny. Dzieci te zmieniają z konieczności ciągle miejsce pobytu, widząc w każdym przechodniu ajenta, który chce je pozbawić wolności.
Między włóczęgami są też i dzieci zdrowe moralnie i fizycznie. Mają one dobre warunki domowe, tak że nie to powoduje konieczność włóczenia się i mają one nawet z gruntu dobry charakter – ale w ich czynach jest typowy dziecinny sposób postępowania i rozumowania, jest nawet i krasa młodzieńczego nie obmyślanego czynu. Dzieci te mają taki pociąg do włóczenia się, że mają faktycznie wstręt do zamkniętej przestrzeni: jest im tam ciasno i duszno. Szukają one coraz to nowych wrażeń, chcą zmieniać ciągle miejsce pobytu, aby zaspokoić swoją ciekawość. Profesor Benedikt twierdzi, że bywają indywidua, skłonne od urodzenia do włóczęgi, tak jak całe narody, nawet rasy całe, które nie są w stanie życia osiadłego prowadzić.

Dziecięca ruchliwość jest w dzieciach-włóczęgach nadmiernie rozwinięta. Ruchliwość tę daje się czasem opanować przez wychowanie – ale nie zawsze. Manja ta spotyka się we wszystkich bez wyjątku sferach. Działa tu pewna neurastenia, która przeszkadza danemu osobnikowi zarabiać na swe utrzymanie za pomocą spokojnej pracy.
Jest to pewne osłabienie woli, które sprawia, że praca jest możliwa tylko wtedy, kiedy dany osobnik znajduje się w specjalnie dla siebie korzystnych warunkach. Aby móc taki rezultat osiągnąć – należy ujarzmić wolę chłopca; krępować jego samodzielność.
To ciągłe podniecenie nerwowe chłopca-włóczęgi sprawia, że praca spokojna jest niemożliwa. Nie uczy się więc dobrze w szkole, gdyż samo spokojne siedzenie jest ponad siły; nie może dobrze uważać na lekcjach, nie odrobi zadanych lekcyj. Jako zły uczeń niechętnie uczęszcza do szkoły i radby ją zamienić na inną. Ale i w innej długo nie pozostanie. Zaczyna od tego, że opuszcza szkołę – wojażuje, włóczy się po okolicy, płata figle, wyrządza psoty. Z początku powraca do domu, aby jeść i aby spędzać noc pod dachem – i tak długo, póki jest jaki kontakt z domem, a zwłaszcza, póki jest jakakolwiek pomoc ze strony domu, póty może włóczęga nie wchodzić w kolizję z prawem. Z chwilą, kiedy zrywa zupełnie z domem rodzicielskim, i zaczyna żyć własnym przemysłem, staje się żebrakiem a nawet złodziejem. Przy nauce rzemiosła powtarza się to samo co było w szkole. Nie jest w stanie wytrwale pracować, wzbudza niezadowolenie majstra – a to znów wpływa na jego rozgoryczenie. Pod wpływem tego nastroju zmienia miejsce, często nawet zmienia fach i znów za każdym razem powtarza się to samo.
Te typy włóczęgów, które chcą i mogą zarobić na swoje utrzymanie, są mniej szkodliwe. Tak samo nieszkodliwy będzie włóczęga, pochodzący ze sfery zamożnej, który ma zapewnione utrzymanie.
Charakterystyczne cechy włóczęgów są to: sympatyczne obejście i różne towarzyskie zalety. Są oni mili i przeważnie nikomu krzywdy nie wyrządzą. Mogą być nawet uczciwi. Mało mają potrzeb; łatwo mogę rezygnować z osobistych wygód. Znoszą głód, chłód i pragnienie nieraz z zadziwiającą wytrwałością. Ale nawet ci, którzy doszli do pewnego poziomu intelektualnego, nie pozbyli się swych wad. Pracują zawsze niewytrwale i niesystematycznie, lubią ciągłe zmiany. Inni znów mają przesadne dążenie do swobody, a zwłaszcza do przygód. Działa tu chorobliwie rozbudzona wyobraźnia.
Dziecko przejmuje się i zachwyca opisami przygód różnych podróżników. Pochłania chciwie książki zawierające te opisy. Żadne, choćby najgenialniejsze utwory literackie, nie są w stanie konkurować z temi książkami; wszystko jest nudne: i szkoła i książka, a zwłaszcza dom rodzicielski.
Oni lubują się w przedstawieniach kinematograficznych, które jeszcze bardziej niż książki, pobudzają ich wyobraźnię. Chłopiec chciałby naśladować bohatera filmu. Działa tu wrażliwość, pobudliwość, a zwłaszcza chęć zwrócenia na siebie uwagi.
O ile obserwujemy dziecko, które z tych lub innych powodów musi zmieniać miejsce swego pobytu, któreby chciało ciągle biegać w nieznaną dal, to dojdziemy łatwo do wniosku, że mamy do czynienia z psychopatologiczne, dzieckiem. Ten niepokój, to pobudzenie nerwów, są to objawy chorobliwe. Wagabundzi – to po większej części umysłowo niedorozwinięci. Solier w swym dziele „Psychologia de l‘idore et de l’imbleile” charakteryzuje te dzieci w sposób następujący: Są między niedorozwiniętymi dzieci, które, nie zważając na żadne napomnienia i wysiłki nie dają się nakłonić do pracy. Przez całe dnie chodzą bez zajęcia, gapią się na to, jak inni pracują. Nieraz nawet taki niedorozwinięty włóczęga, daje rady i wskazówki ludziom pracującym, napotkanym przygodnie na drodze, jakby najlepiej tamci swoją robotę wykonać mieli, a sami nabierają o sobie przekonania, że są bardzo czynni, gdyż plączą się każdemu pod nogami.
O ile umysłowo normalni, dotknięci manją włóczęgostwa, pracują źle i niechętnie, to niedorozwinięci wagabundzi nie pracują wcale. Niedorozwinięty wagabunda wychodzi z domu i idzie przed siebie, ale sam nie wie dokąd idzie i z czego po drodze będzie żył. Nieraz tacy niedorozwinięci uciekają z przytułków – w towarzystwie kolegów dotkniętych tą samą manją. Wędrują nocami, a we dnie ukrywają się. Chłód i głód każą im udawać, że chcą pracować- ale ledwo dostaną oni strawę i nocleg u majstra lub u gospodarza we wsi, uciekają nad ranem w świat. Nie można takiego włóczenia się tłómaczyć dążeniem do swobody, dzieci takie uciekają nie tylko z przytułków, gdzie jest pewien rygor i gdzie prowadzą życie monotonne, nie urozmaicone – ale nawet z domu rodzicielskiego, gdzie nikt ich swobody nie krępuje. Dr Dräsche opisuje 11-letniego chłopca-włóczęgę, który nosił się z zamiarem ucieczki i aby zyskać niezbędne na drogę pieniądze, porobił długi na rachunek rodziców, pozatem zabrał z domu trochę gotówki. Spotkał kolegów idących do szkoły i namówił ich, aby z nim poszli w świat. W ten sposób w pięcioro rozpoczęli swoje przedsięwzięcie. Awanturnicze życie zaczęli od tego, że zabrali łódkę, która chwilowo była bez właściciela. Łódką tą popłynęli po rzece Elsterze do dzielnicy ogrodów. Tam zamieszkali pod mostem. Całe dnie wałęsali się po Hamburgu, żywiąc się bądź kradzionemi owocami, bądź też również kradzionemi śniadaniami robotników, zajętych przy moście.
Nie wszyscy towarzysze dotrzymali placu inicjatorowi tej awanturniczej wyprawy.
Jednego wyrzucili sami, gdyż nie przyczyniał się pracą swą do zaspokojenia potrzeb gromady.
Inny sam się odłączył od nich i powrócił do domu. Mogli się oni spodziewać zdrady z jego strony. Bali się, że wyda on miejsce ich pobytu.
Trzeba więc było przenieść się gdzieindziej. Wybór padł na wyspę Helgoland. Na to aby plan przeniesienia się uskutecznić, znów musieli przywłaszczyć sobie łódź – tym razem żaglową, odpowiednią do podróży morskiej. Nie dojechali oni jednak do miejsca, które sobie upatrzyli, gdyż dogonił ich poszkodowany właściciel owej łódki. Widząc kto mu łódź zebrał, uważał że najlepiej będzie odesłać owych małoletnich przestępców do domu rodzicielskiego – ale tego owi chłopcy nie pragnęli. Nie mając innego punktu wyjścia rzucili się do morza i przepłynęli aż do brzegu Elby – ale tu zostali ujęci przez portową policję i odesłani do rodziny.
Główny inicjator całej wyprawy nie uspokoił się jednak po powrocie do domu. Zawsze miał ochotę uciekać, aby żyć życiem pełnym przygód.
Nie pomogła tu kara nawet cielesna; nie pomogło pozbawianie go ubrania. Nie pomogła pod tym względem szkoła, która przystawiła mu 2 dozorców z pośród kolegów – jednego silnego a drugiego bystrego. Zawsze znalazł moment do ucieczki odpowiedni, a gorsza, zawsze miał ochotę po temu.
Chociaż myśl jego była zajęta ciągle wynajdywaniem sposobów omylenia czujności straży, to jednak postępy jego w szkole były nienajgorsze. Mogłyby być lepsze gdyby nie niedbalstwo, lenistwo i brak obowiązkowości ucznia; tak przynajmniej twierdzi nauczyciel. Przytem kłamie, a przyparty do muru, skruchy nie okazuje.
To, że kłamie, nie powinno nas dziwić. Chcąc uciekać, musi zmylić czujność opieki – musi udawać, musi kłamać. Fizycznie jest bardzo dobrze rozwinięty, tylko ma bladą cerę.

Dzieci dotknięte manją włóczęgostwa dzielimy więc zasadniczo na dwie kategorie: dzieci normalne umysłowo i dzieci anormalne umysłowo.
Dzieląc dzieci podług przyczyn wagabundowania: mamy dzieci, których warunki domowe wyrobiły chęć i pociąg do włóczęgi i takie, które włóczą się, choć nie mają po temu faktycznej przyczyny. Działają tu jakieś ukryte, niewytłómaczone wewnętrzne przyczyny, które taki wpływ wywierają. Te dzieci, które wskutek warunków domowych stały się włóczęgami są nadzwyczaj zadowolone, gdy je pomieścić w przytułku. Mają dach md głowa, mają dobrobyt, którego dotąd nie miały.
Dzieci te nie objawiają chęci ucieczki. Inni w najlepszych warunkach będą chętnie uciekać z nastaniem cieplejszej pory roku. Jedynie jesień i zima wpływa na pozostanie tych dzieci w przytułku.
Ciekawym jest ten fakt, że o ile w porze wiosennej, letniej i jesiennej największą dla nich przykrością jest przebywanie w murach, o tyle na początku zimy popełniają oni umyślnie jakiś karygodny czyn, aby tylko być internowanym w więzieniu. Mając ten cel na oku, kradną tak, aby wszyscy widzieli – nie starają sie zupełnie ukrywać. Chcą być przyłapani na gorącym uczynku, gdyż wiedzą, że potem nastąpi internowanie, co będzie dla nich w czasie zimy bardzo pożądane. W takich warunkach są oni skłonni nawet do morderstwa.
U włóczęgów bywa w pewnych okresach silniejsze, w innych słabsze natężenie manji. Gwałtowniejsze wybuchy następują perjodycznie.
Po przejściu paroksyzmu następuje reakcja.
O ile przedtem było niczem nie dające się powstrzymać dążenie do swobody, o tyle po paroksyźmie chętniej trzymają się miejsca.
Ci, którzy popełnili karygodne czyny, okazują niebywałą skruchę i nietylko o do winy się przyznają – ale jakby chcieli jeszcze bardziej się oczernić, niż na to zasługują. W tym okresie nie są oni w stanie popełnić żadnego przestępstwa. Ale taki stan nie trwa długo. Na wiosnę następuje najczęściej recydywa.
Dr Drihl opisuje takiego chłopca, który pomieszczony w przytułku, rwał się w świat wtedy, kiedy tylko przygrzały pierwsze promienie wiosennego słońca. Widać było niepokój i tęsknotę dochodzącą do melancholji.
Chłopiec ten miał bajeczny sposób podróżowania. Przekradał sie na stacje i uczepiał się odchodzącego pociągu towarowego. W ten sposób jechał tak długo, póki pociąg, dojeżdżając do następnej stacji, nie zwalniał biegu. Wówczas rzucał się między szyny i leżał spokojnie do tego czasu póki wszystkie wagony ponad nim nie przeszły. Wtedy wstawał i czekał na stacji aż do następnej takiej samej okazji. Raz przypadkowo rzucił się mniej zręcznie niż zwykle i kola wagonu przeszły mu po palcach u nogi.
W ten sposób dostał się do szpitala a stamtąd do przytułku. Z przytułku uciekł po 3 miesiącach i zjawił się znów z nastaniem zimy. Na zapytanie dlaczego uciekał oznajmił, że w przytułku nudno. A on chciałby coraz to inne miejsca poznawać i że go jakaś siła pcha w świat.
Dzieci same zdają sobie sprawą z tego pociągu i trafnie go określają; przyznają się szczerze nieraz do tej chęci ucieczki, a nieraz nawet pomagają same do opanowania swej manji. Jeden z wychowańców przytułku, czując, że sam nie poradzi sobie ze swym pociągiem do włóczęgi, prosił, aby go zamknięto w kozie, gdzie zaryglowane drzwi i okratowane okna uniemożliwią mu wydostanie się w świat.
Sposób ten nie był taki niezawodny, jakby się to na pierwszy rzut oka zdawało, gdyż chłopiec ten po przebyciu 55 dni w kozie uciekł natychmiast po wypuszczeniu go na wolność. Zdarzają się jednak i między temi osobnikami takie, które są zdolne do większego wysiłku woli, wystarczającego do opanowania nałogu. Dzieje się to zwłaszcza wtedy, gdy takiemu dziecku ktokolwiek z opieki dłoń pomocną poda.
Dyrektor jednego przytułku zauważył niepokój w oczach swego wychowańca. Ponieważ chłopiec uciekał już kilkakrotnie, więc można się było spodziewać, że i tym razem ten niepokój chęć ucieczki oznacza.
Można sobie przecież czasem z takiem dzieckiem poradzić i wpłynąć na jego poprawę. Niełatwo można zyskać zaufanie ucznia – ale to jest konieczne. Musi on nam ufać na tyle, żeby nam powierzył najbardziej ukryte swe myśli; niech czuje, że nami powoduje nie prosta ciekawość, lecz, że niepokój o niego każe nam sondować jego duszę do głębi. Niech nasz wychowaniec zrozumie, że nami kieruje jedynie chęć do pomożenia mu. Wiedział ów dyrektor jak ma z chłopcem postępować.
Przemówił dziecku do serca i wydobył szczere zeznanie. Okazało się, że planuje ucieczkę. Dyrektor wyjaśnił mu wówczas, co go czeka w przyszłości, jeżeli nie rozsądek o popęd weźmie górę. Ta smutna perspektywa przeraziła chłopca tak dalece, że zrozpaczony zawołał: Ratujcie mnie, ja nie chcę być żebrakiem ani złodziejem. Trzeba było chłopca uspokoić i wyjaśnić mu, że jego przyszłość zależy od niego samego, że sam powinien się bronić, a jeżeli się będzie czuł na tyle słabym, że może w walce z pędem ulec, niech tylko zwróci się śmiało do opiekuna, niech mu stan swojej duszy odkryje, a ten z pewnością pomocy nie odmówi. Chłopiec przyrzekł. Od tej pory nie uciekał i po pomoc się nie udawał. Sama świadomość, że ma w razie czego poparcie i pomoc dodała mu siły, wzmocniła jego wolę.
Dzieci, dotknięte manją włóczęgowską, są trudne do poprawy, ale jednak racjonalne postępowanie robi wkońcu swoje.
W dawniejszych czasach oddawano takie dzieci do klasztoru, gdzie rygor, przymusowa praca oraz brak swobodnego rozporządzania czasem pokonywały wrodzone defekty. Czy jednak zakład poprawczy ma przypominać klasztor lub więzienie – to kwestja, nad którą wartoby się zastanowić . Ale o tem potem.

Musimy najpierw zastanowić się nad tem, czy dziecko-włóczęga ma pozostawać w domu rodzicielskim, czy też może lepiej takiego osobnika z domu rodzicielskiego usunąć.
Nikt mie będzie kwestjonował zabrania dziecka rodzicom w tych wypadkach, gdzie warunki domowe dziecka były przyczyną tego jego defektu, n. p. jak to wspominaliśmy poprzednio, dziecko było pozostawionem własnemu przemysłowi w tym wieku, w którym niemożliwe jest zajmowanie się jakąkolwiek uczciwą zarobkową pracą. Nie będziemy również kwestjonować konieczności usunięcia dzieci z pod wpływu takiej rodziny, które nakazuje dzieciom żebrać lub kraść, a nawet karze je, o ile zarobek był mniejszy od przewidzianego. Tu gdzie jest widoczny szkodliwy wpływ , tam musi każde zdrowe i dobrze zorganizowane społeczeństwo – temu wpływowi przeciwdziałać. Wydostanie dziecka z pod złych wpływów, odseparowanie od rodziny jest tu koniecznością.
Ponieważ jednak dzieci takie nie przedstawiają zupełnie trudnego materjału wychowawczego, mogą one poprawić się w zupełności, o ile będą pomieszczone w jakiej uczciwej, zdrowej moralnie rodzinie, odpowiedniej sferą i oddane pod opiekę i kontrolę osób specjalnie do tego powołanych.
Ten system, noszący nazwę „Patronage familière”, daje znakomite rezultaty. Ma wszelkie zalety, które widzimy w wychowaniu dziecka w domu rodzicielskim. Jest to o tyle lepsze od internatów, że dzieci są bardziej do życia przystosowane i że są one traktowane indywidualnie a nie masowo. O ile mamy do czynienia z osobnikiem, który ma defekty fizyczne, moralne lub umysłowe, musi być on umieszczony w internatach specjalnych, oddany pod opiekę specjalistów, bądź lekarzy bądź pedagogów.
Powstaje więc potrzeba tworzenia zakładów leczniczych specjalnych dla epileptyków, melancholików, dzieci dotkniętych manją prześladowczą, dla dzieci mających napady strachu i t. p. – a także zakładów wychowawczych dla niedorozwiniętych umysłowo i moralnie.
Do zakładów tych powinien być zawsze łatwy i prędki dostęp. Powinno wystarczyć, że jest dziecko, wałęsające się po mieście i że jest zakład, w którym takie dziecko może znaleźć warunki poprawy.
Czy to będzie z wyroku sądu dla nieletnich, czy kurator z ramienia owego sądu wyznaczony, czy nawet jakaś prywatna osoba uzna, że należy dziecko internować, już to powinno być wystarczającym motywem do przyjęcia tego dziecka do zakładów.
O ile na razie nie wiadomo który zakład jest odpowiedni, zatrzymuje się włóczęgę w centrali na obserwacji.
W ten sposób w zakładach tych będą nie tylko dzieci z defektami moralnemi, fizycznemi i umysłowemi, lecz będą też i dzieci opuszczone – lecz zdrowe pod każdym względem. Znajdą się tam i sieroty i dzieci biedne bez środków do życia, tak, że pobyt w tej instytucji wychowawczej nie nakłada specjalnego piętna na swych pupilów.
Ma to bardzo ważne znaczenie, gdyż w przeciwnym razie opieka ociąga się z umieszczeniem dziecka w internacie, a gdy, doprowadzona do ostateczności decyduje się to uskutecznić, wówczas różne formalności przedłużają ten okres, opóźniając poprawę.
Cześć tych zakładów powinna mieć charakter leczniczy, inne wychowawczy.
Należy jeszcze zastanowić się nad tem, w jaki sposób można przeciwdziałać włóczeniu się dziecka pomieszczonego w internacie. W jaki sposób uniemożliwić wychowańcowi ucieczkę? Gdybyśmy mieli nazawsze włóczęgę w obrębie internatu zatrzymać – możnaby się wówczas zastanowić nad tem, czy rygor klasztorny byłby odpowiedni, czy też może należy hołdować innemu rodzajowi zakładu poprawczego?
Skoro jednak naszem zadaniem jest zatrzymać dziecko w internacie tylko tak długo, póki nie uzyskamy poprawy, musimy dążyć do tego nie żeby nie mogło ono uciec, lecz żeby uciec nie chciało.
Gdybyśmy dziecko-włóczęgę, przyzwyczajone do swobodnej przestrzeni, zamknęli w czterech ścianach klasy i rozpoczęli w tych warunkach naukę, zyskalibyśmy tylko to, że włóczęga czułby się więźniem i jako taki dążył z nadzwyczajną energią do wyswobodzenia się.
Taka droga byłaby błędna.
Pedagog musi się zawsze liczyć z indywidua1alnością danego osobnika i system pedagogiczny do natury ucznia dostosować.
Musimy więc pamiętać o tem, że niema takiego pedagogicznego zabiegu, któryby zmienił odrazu wczorajszego włóczęgę w obowiązkowego, pracowitego ucznia.
Można wprawdzie często do tego rezultatu doprowadzić – ale nie odrazu.
Pierwszem naszem zwycięstwem będzie, jeżeli doprowadzimy do tego, że uczeń nasz sam będzie wiedział dokąd idzie, i że nam to oznajmi…
Ważnem byłoby, zarówno dla nas jak i dla niego, gdyby się nam udało pójść z nim razem, w charakterze towarzysza – nie dozorcy.
Spędzając z naszym uczniem godziny na łonie natury, mamy możność wzbudzenia zainteresowania ucznia w kierunku otaczającego go świata. Będzie to pierwszy krok, który zmieni bezmyślnego włóczęgę, pędzącego przed siebie bez celu, na wycieczkującego, żądnego wiedzy ucznia.
Na takim spacerze będzie można prowadzić lekcje okolicznościowe t. zw. leçons occasîonnelles, których tematem będzie to wszystko, cokolwiek się nasunie przed oczy, cokolwiek wzbudzi choćbv krótkotrwałą uwagę ucznia.
Zyskuje tu się 2 rzeczy: wagabunda czuje się dobrze tylko w otwartej przestrzeni, z lekcyj więc prowadzonych w odpowiednich dla siebie warunkach, skorzysta więcej, niż z typowych lekcyj szkolnych. Tam uczeń nie słucha i nie słyszy wykładającego, lecz zastanawia się tylko nad tem jakby się na wolność wydostać.
Drugą zdobyczą będzie to, że wagabunda odzwyczaja się od bezmyślnego gnania. Stopniowo zamienia się to gnanie na spacery celowe, rozwijające umysł dziecka.
Spacery te powinny zajmować sporą rubrykę w rozkładzie zajęć obowiązkowych.
Po powrocie ze spaceru, gdy zmęczenie fizyczne sprzyja biernemu zachowaniu się, można opowiadać uczniom bajki o zajmującej fabule, aby w ten sposób wyrobić w dziecku uwagę dowolną.
Barwne opisy w bajkach działają dodatnio na pobudzoną wyobraźnię wagabundy.
Od krótszych bajek przejdziemy do dłuższych, od tych do powiastek – wreszcie do pogadanek, biorąc za punkt wyjścia lekcję okolicznościowa odbytą podczas wycieczki.
Wszelkie nowe przedmioty należy wprowadzać z wszelką ostrożnością. Unikajmy zmuszania włóczęgów do takich lekcy jak czytanie, pisanie lub arytmetyka.
Odłóżmy termin rozpoczęcia tych przedmiotów szkolnych do czasu, kiedy poprawa już będzie widoczna. Zwróćmy uwagę na slöjd (system edukacji oparty o nabywanie umiejętności rzemieślniczych, stosowany przez autorkę w prowadzonej przez niej szkole dla dzieci niedorozwiniętych w Siedlcach – przyp. EMS)
O ile wagabunda nie biega – musi być czynnym, – tego wymaga jego natura.
Zajęcia, odpowiednio dobrane, powstrzymują go od ciągłej zmiany miejsca, zaspokajając jego potrzebę czynu i skierowując jego myśli na właściwe tory.
Nie może tu być mowy o zwykłych zajęciach slajdowych, zalecanych dla dzieci normalnych, przez autorów podręczników. Ponieważ ich psychika jest inna, więc i sposób oddziaływania na tę psychikę jest inny.
Zasadą slöjdu jest dawać dzieciom do zrobienia te przedmioty, które im są potrzebne, których posiadanie sprawi im satysfakcję.
Ta sama zasada stosuje się i do dzieci anormalnych, ale skoro ich potrzeby są odmienne, skoro ich myśli dążą w innym kierunku, więc inne przedmioty muszą być przez nich na lekcjach slöjdu wykonane.
Podczas swych wędrówek po świecie nie odczuje potrzeby posiadania kosza do papieru ani teczki do gazet. Nie pielęgnuje on roślin pokojowych – niepotrzebne mu są ozdoby na doniczki.
Przedmioty te nie sprawią mu satysfakcji, a wykonywanie na rozkaz rzeczy tych nie zachęci do pracy w ogóle.
Musimy liczyć się z tymi jego odmiennemi potrzebami i dawać mu takie roboty, przy których on własnoręcznie swoje potrzeby zaspokoi. Powinien więc umieć wykonać to, co może do jego celów służyć. Uczmy go jak załatać but, wyprać chustkę, koszulę, uszyć plecak, wystrugać łyżkę. Ulepić z gliny garnek i wypalić. Nauczmy go robić z gałęzi szałas a z kamienia komin. Niech zbiera gałęzie a roznieca ogień bez pomocy zapałek. Niech się nauczy łowić ryby i zbierać rośliny jadalne dziko rosnące. To mu da konieczne dla włóczęgi wiadomości praktyczne.
Podczas zajmowania ucznia pracą, wychowawca musi być w tych zajęciach towarzyszem pracy ucznia, powiernikiem jego, choćby, najbardziej fantastycznych planów, jego pomocnikiem w zrealizowaniu jego pomysłów, a już rzeczą jego osobistych zdolności będzie stać się z czasem i doradcą ucznia. Po wykonaniu pracy uczeń sam pozna braki w swoim dziele i będzie dążył do udoskonalenia. Nie będzie trzeba będzie wcale uczniowi wytykać błędów i namawiać, aby zrobił lepiej. Taka pedanteria mogłaby go tylko zrazić. Uczeń n. p. sam zauważy rozpraszający się dym po rozpaleniu ogniska i będzie myślał nad tem, jakby złemu zaradzić. Pomyślimy z nim razem nad sposobem odprowadzenia dymu w górę; potem pomożemy mu zbudować komin.
Dach z gałęzi i takież ściany nie będą dobrą ochroną przed deszczem i wiatrem – podsuniemy mu myśl użycia do tego celu drzewa zamiast gałęzi. Weźmiemy na razie kłody z korą, a dopiero przekonawszy się o wadach tego materiału budowlanego, przejdziemy do budynków z własnoręcznie wypiłowanych desek. Przeszkodzą nam drzazgi – użyjemy hebla.
Każde dziecko lubi owoc własnej pracy. I w włóczędze rodzi się sympatja do własnoręcznie zbudowanego domku. Chce on go uważać za swoje mieszkanie, w którem mu będzie lepiej niż w internacie. O ile ma jakieś drobiazgi lub nawet pieniądze na własność, chętnie je tam przeniesie, gdyż uważa, że tam będą bezpieczniejsze niż we wspólnej sypialni przytułkowej. Na to jednak trzeba dom zamknąć – a więc dorobić drzwi z zamkiem. Już teraz dziecko ma często ochotę przebywać w swym domku, ukryć się nawet przed kolegami, ale po zamknięciu drzwi okaże się, że jest mu ciemno, zjawia się potrzeba przebicia okna, potem oszklenia tego okna i t. d. W ten sposób początkowo wykonał szałas pierwotnego człowieka i przeszedł stopniowo do wykonaniu mieszkania człowieka kulturalnego. W tym samym czasie, również stopniowo, dokonywa się i zmiana w jego usposobieniu i w jego trybie życia. Z początku niema ochoty do pracy – niema też i umiejętności odpowiedniej – tak, że z początku pomoc wychowawcy musi być znaczna, gdyż praca ucznia jest minimalna. To daje mu poczucie współudziału w pracy. Dziecko ma dużą satysfakcję skoro widząc uszyty plecak, wystruganą łyżkę lub zbudowany piec, będzie mogło sobie powiedzieć: ja to zrobiłem. Satysfakcja, którą daje praca dokonana, podnosi go moralnie i pobudza do czynu. Pracuje więc coraz chętniej i coraz lepiej. Praca celowa wywiera dodatni wpływ na jego usposobienie i przestaje gnać bez myśli i bez celu.
W tym samym czasie, kiedy robota jego, doskonaląc się stopniowo, przekształca się z szałasu w chatę europejczyka, wtedy i wagabunda niezdolny do żadnej pracy staje się chłopcem wytrwałym i pracowitym.
Kiedy nadejdzie moment, w którym będzie można, w chwilach wolnych od spacerów i od pracy fizycznej, zacząć uczyć szkolnych przedmiotów – trudno określić.
Tego żaden program przewidzieć nie jest w stanie, to zależy od indywidualności ucznia, a nauczyciel, który swego wychowańca obserwuje, musi wyczuć, kiedy nadszedł ten moment, że były włóczęga może się na niewielki wysiłek zdobyć.
O ile się na ten moment nie czeka, można ucznia zrazić, znudzić í wywołać recydywą. Wobec takiego grożącego niebezpieczeństwa trzeba postępować powoli, ostrożnie, aby samemu sobie nie psuć roboty.
O jednem tylko pamiętać należy, że nie zamknięcie na 4 spusty odzwyczaja dziecko od włóczęgi, lecz dodatnio oddziaływa się wtedy, kiedy ten popęd w karby się ujmie. Wyzyskujemy więc to, co jest dobrego w wagabundzie: jego zaradność, zręczność, wytrzymałość, pomysłowość, zmył orientacyjny – jednocześnie staramy się oddziałać na poprawę, walcząc skutecznie z jego defektami takiemi jak: brak pracowitości, brak uwagi i systematyczności, a także z jego nawykiem do kłamstwa.
Pracowitość wyrobi zajęcie celowe a zajmujące w warunkach o jakich poprzednio wspominaliśmy. Praca ręczna oddziała dodatnio i na uwagę.
Przy pracy zachodzi konieczność posługiwania się narzędziami, które trzeba odkładać na swoje miejsce, aby je z łatwością znaleść – to wyrabia mimowoli systematyczność. Jak jednak walczyć z usposobieniem do kłamstwa u włóczęgi?
Włóczęga musi kłamać, gdyż jego chorobliwie pobudzona wyobraźnia nasuwa mu przed oczy obrazy, które później bierze sam za rzeczywistość.
Włóczęga kłamie też wówczas, gdy musi uśpić czujność opieki chwilą, gdy chce się wydostać na wolność.
O ile wychowawca rozumie psychikę włóczęgi i liczy się z nią, nie może i nie powinien do tego doprowadzić, aby miał on okazję kłamać.
Niech mu nie pozwala opowiadać rzeczy, co do których nie jest on pewnym, czy je rzeczywiście słyszał lub widział. Niech nie zabrania mu iść za popędem, gdyż jeżeli popęd silny go pcha, lepiej żeby chłopiec poszedł w świat z wolą i wiedzą wychowawcy niż skrycie.
Jeśli inaczej już być nie może, lepiej żeby wyszedł drzwiami niż ma się wydostać przez okno i spuścić po rynnie albo piorunochronie.
Zdarza się często, że wychowańcy przytułku wracają tam po włóczędze. Należy wówczas odnieść się do chłopca życzliwie, nie karać go, nie robić mu wymówek – a nadewszystko nie zarzucać go pytaniami, aby nie dać mu okazji do kłamstwa i nie pobudzać go w tym kierunku. Od taktu i umiejętności pedagoga zależy czy włóczęga stanie się pracowitym, obowiązkowym i uczciwym człowiekiem, czy też powiększy on kadry przestępców małoletnich.
O ile chcemy wpłynąć na zmniejszenie się liczby przestępstw, dokonywanych przez małoletnich, musimy się starać o poprawę włóczęgów.
Praca ta daje dobre rezultaty.
Musimy najpierw zorganizować opiekę nad opuszczonemi i upośledzonemi dziećmi.
Opieka ta wyznaczy na każdy okręg jednego ze swych członków, którego zadaniem będzie dbać o to by każde dziecko miało odpowiednie warunki rozwoju.
Ich starania doprowadzą do tego, aby by każde dziecko było pomieszczone w odpowiedniej dla siebie szkole i żeby tych szkół była odpowiednia ilość.
Do tych opiekunów zwracać się powinien nauczyciel szkolny po pomoc, widząc, że uczeń zaniedbuje się w swoich obowiązkach i spóźnia się, przepuszcza lekcje lub też stale nie odrabia zadanych lekcyj.
Opiekun ma obowiązek zbadać warunki domowe ucznia aby dowiedzieć się, co powoduje jego nieobowiązkowość.
Opiekun powinien w miarę potrzeby i możności napominać, pouczać, objaśniać i uświadamiać rodzinę a nawet w razie potrzeby wyjednywać jej zapomogi – słowem, powinien robić wszystko, co może wpływać na poprawę losu dziecka w rodzinie.
O ile nie pomoże i rodzina wywierać będzie dalej ujemny wpływ na dziecko, powinien je móc jak najprędzej odesłać do internatu.
Tylko wtedy, kiedy będziemy mieli dobrze zorganizowane koła opieki nad opuszczonemi i upośledzonemi dziećmi i wtedy, kiedy będzie wystarczająca ilość instytucji leczniczych i wychowawczych wszelkiego rodzaju – będzie można być pewnym, że ilość przestępstw dokonywanych przez dzieci zmniejszy się doskonale.

Głos rozsądku rozsądek ubezpieczający

Nie publikowałam tu nic na temat głośnej sprawy profesora Chazana, bo się nie znam i mogłabym tylko powtarzać cudze opinie, ale oczywiście, wiedziałam sama, co myślę. A myślałam jedno: obrzydliwość.

Teraz napłynął tekst. Spokojny, wyważony i rozsądny. Dziękuję Autorowi.

Krzysztof Mika

Męczennik niekompetencji

Z zażenowaniem i zdziwieniem obserwuję zawieruchę wokół profesora Chazana. Tak się składa, że od kilkunastu lat jestem współwłaścicielem i współzarządzającym przychodni lekarskiej (nie najmniejszej), wcześniej pracowałem w ministerstwie zdrowia, napisałem dziesiątki (jak nie setki) artykułów na temat służby zdrowia. Chcąc nie chcąc znam akty prawne dotyczące służby zdrowia, praw pacjentów i związane z ochroną zdrowia przepisów kodeksu cywilnego i karnego. Sam w swoim czasie uczestniczyłem (jako doradca ministra zdrowia) w kreowaniu niektórych z aktów prawnych i przepisów im towarzyszących.

Zacznijmy zatem od początku. Profesor Chazan podpisując kontrakt z NFZ miał pełna świadomość, że zawiera on zapisy dotyczące usług przerywania ciąży, oczywiście w ramach obowiązującego prawa. Zatem jeśli posiadał sumienie, a sadzę że nie pojawiło się ono w ostatnich dniach, tego kontraktu podpisać nie powinien. I już. Albo tak negocjować, żeby ograniczyć zakres kontraktowanych usług: tego nie robimy w moim szpitalu i już. Oczywiście jak znam NFZ, a znam dobrze, byłoby to trudne, ale może do zrobienia. Gdyby się nie udało, można powiedzieć oficjalnie i dla wszystkich słyszalnie: takich zabiegów nie wykonujemy. Być może skutki byłyby przykre finansowo, ale sytuacja jasna, zdefiniowana. No ale z tego co wiem, nic takiego się nie stało. Może chodziło przede wszystkim o pieniądze, ale jednocześnie profesor postawił się w sytuacji niemoralnej. Nieświadomie? Wątpię?

A zatem od początku występując w roli zarządzającego, postawił się w sytuacji co najmniej niejednoznacznej moralnie, a może raczej dwuznacznej… Podpisując kontrakt zawierał pakt z diabłem i wiedział co robi. Oburzenie moralne i postawy „pro life” powinny ujawnić się wówczas.

I dalej – sytuacja bieżąca ma swoje korzenie w tej wcześniejszej decyzji, ale jako taka nie ma nic wspólnego z racjami moralnymi i wyborami na poziomie kardynalnych wartości religijnych. Cały problem to efekt niefachowego zarządzania, do którego dorobiono ideologię. Decyzję, którą podejmował profesor, podejmował w dwóch rolach: jako lekarz i jako manager. Znał wszystkie elementy sytuacji, stan płodu, późne terminy i sytuację ciężarnej. Jako lekarz. Kierujący się klauzulą sumienia miał do zrobienia tylko jedno: powiedzieć – my tego nie zrobimy, ma pani bardzo mało czasu na podjęcie decyzji, ale w Warszawie szereg szpitali może Pani pomóc. Proszę się pospieszyć. I już.

Nic nie trzeba wskazywać, współuczestniczyć. Poinformować i już. Ale nie przeciągać. W roli zarządzającego działanie należałoby zacząć od rozmowy z radcą prawnym, który zapewne powiedziałby co robić, żeby nie łamać prawa i nie postawić się w sytuacji dylematu. Najprawdopodobniej skończyło by się, podobnie jak w przypadku roli lekarza: „tego nie zrobimy proszę się informować w innym szpitalu. I proszę się pospieszyć, ma Pani mało czasu”. W gruncie rzeczy w obu przypadkach działanie podobne , uczciwie stawiające sprawę, bez zagrożenia wartości deklarowanych przez profesora Chazana. Decyzję podjęłaby by kobieta, a i tak jej z odpowiedzialności nie jest w stanie zwolnić. I już. I takie zachowanie nie jest ucieczką od problemu, tylko pozostawieniem podjęcia decyzji właściwej osobie, bez uzurpowanie sobie prawa do decydowania. Oczywiście matka powinna mieć dostęp do wszystkich informacji dotyczących stanu dziecka, ale powtarzam, decyzja należy do matki. Profesor, nawet kierujący się najlepszymi intencjami, nie ma prawa do takich decyzji.

A zatem cała sprawa to nie kwestia ochrony życia tylko braku kompetencji w sytuacjach krańcowych, trudnych, ale od tego są dyrektorowie, żeby takie problemy rozwiązywać. Zawierucha medialno-religijna zaciemnia sytuację, która jest przykładem fatalnego poziomu zarządzania w służbie zdrowia, oraz, nazwijmy to po imieniu: braku podstawowych umiejętności z zakresu rozwiązywania konfliktów, bo w istocie problem, z którym zetknął się profesor Chazan to przykład sytuacji konfliktowej, ale do prostego rozwiązania. Sadzę, że obecność prawnika sytuację by uprościła. Powtarzam, tu nie chodzi o ochronę życia, bo jeśli tak nie powinno się podpisywać kontraktu z NFZ, albo przestać zrządzać publicznym szpitalem, ale o brak kompetencji.

Autor jest dziennikarzem, ma własne programy w radiu „Wnet”: Biuro rzeczy odłożonych, 5 x dlaczego, Cumy rzuć, żagle staw, Diabetyk na fali, samochody i ludzie. Jest doradcą minister Ewy Kopacz ds. zapobiegania konfliktom społecznym i komunikacji. W latach 2006-2008 prowadził własny program w TV Biznes (Polsat), w latach 2004-2011 współpracował z „Mówią Wieki”, „Jachtingiem”, „Automobilistą” „Życiem Warszawy”, „Arcana”, od marca 2003 do marca 2004 prowadził własny program ekonomiczny w Radiu Tok FM (Kawa z odrobiną ekonomii), a w latach 2002-2004 pracował jako rzecznik prasowy Polskiego Związku Żeglarskiego.

 

Zmartwienia sceptyka

Ewa Maria Slaska

W sobotę na krótko przed północą znalazłam na Facebooku taki wpis:

Tomek Motyliński

tescoPrzed Tesco podszedł i zapytał, czy nie mam 10gr, bo na chleb zbiera. Wyglądał schludnie, nie zalatywało od niego alkoholem więc dostał 2 zł. Po chwili stał przed sklepem z bochenkiem chleba i jadł go tak, jakby to było najpyszniejsze jedzenie na świecie. Wziąłem go do sklepu i pozwoliłem zrobić zakupy. Oto co wybrał, przy czym jajka, kiełbasę i masło dołożyłem mu do koszyka ja, bo on wybierał chleb ten a nie tamten, bo ten 12gr tańszy, przy każdym produkcie przy okazji pytając, czy na pewno może. Czy czuję się lepiej? Nie, przez kilkanaście minut nie mogłem się pozbierać i ryczałem siedząc w aucie. Nie o taką Polskę mój ojciec walczył i jakoś pomimo upływu lat nie potrafię się z pewnymi rzeczami pogodzić. Ale wiecie co jest najgorsze? Miny ludzi stojących za nami w kolejce do kasy w momencie, gdy się już zorientowali co się dzieje. Zupełnie takie, jakbym co najmniej im z portfela pieniądze wyjmował… Głodnego trzeba nakarmić – wyryjcie to sobie we łbach, szczególnie, że mówi to Wam ateista…

Wzruszyłam się na chwilę, potem jednak włączyłam myślenie.

Bon na obrazku ma wczorajszą datę. Pojawił się w sieci 18 lipca koło godziny 22. Paragon został wystawiony o 22:27, czyli wszedł do sieci NATYCHMIAST! Tomek zrobił zakupy biednemu, sfotografował bon i tak naprawdę nawet nie miał czasu w aucie zapłakać, bo już wstawiał zdjątko do sieci i pisał komentarz.

Po 23 godzinach, gdy go znalazłam była godzina 23.oo dnia 19 lipca, a usługa Facebooka podawała mi uprzejmie, że wpis pojawił się przed 23 godzinami.

Gdy na to spojrzałam wpis miał
115.351 lajków
28.9228 szerków
144 komentarze
oraz
wpis na portalu Zaskakujące: http://zaskakujaca.pl/2950/nie_badzmy_obojetni_na_ludzi

Jak mówię, wzruszył mnie ten wpis, ale te masy lajków wydały mi się jednak podejrzane. Po kilku minutach miałam poczucie, po kilku godzinach niemal pewność, że to co wygląda na gest dobrego człowieka, jest zapewne zaplanowaną akcją marketingową Tesco – jazdą po naszym naiwnym poczuciu solidarności i społecznej empatii, po to byśmy zapamiętali, że przed Tesco nakarmili biednego, a chleb w Tesco jest pyszny.

Tomku, jak to jest?

Sprawdzam w sieci: strona którą wspieram od wielu miesięcy, Clean Clothes Polska, ma, gdy to piszę, 3104 lajki, a strona istnieje na Facebooku od 2009 roku!

Martwię się sama sobą, bo jeśli mój sceptycyzm jest nieuzasadniony, to znaczy że zrobiłam się okropnie podejrzliwa. Po co być sceptykiem, skoro lepiej jest być dobrym człowiekiem. Wpis Tomka zebrał w ciągu jednej doby kilkanaście tysięcy lajków i mnóstwo komentarzy. Ale niewykluczone, że jednak dobrze jest być sceptykiem. W końcu wiadomo, że każda korporacja, każda firma i każdy biznes prowadzi buduje swój wizerunek i prowadzi kosztowny marketing.

Według danych Kantar Media w ub.r. cennikowe wydatki reklamowe Tesco Polska (bez uwzględnienia internetu) wyniosły 150,6 mln zł, o 86 proc. więcej niż rok wcześniej.

Heniu i Krysia, animowane ludziki z kreskówek reklamowych Tesco, już od kilku miesięcy nie reklamują sieci, ale w czasach prosperity ich fanpage na Facebooku zebrał 540 tys. fanów.

Stosunkowo niedawno przeczytałam gdzieś, że reklama poprzez niby to autentyczne wpisy normalnych użytkowników Facebooka jest prężnie rozwijającą się nową gałęzią marketingu. Nie pamiętam już ile wpisów można uzyskać za tysiąc złotych, a ile za dziesięć tysięcy, ale dużo. Eksperci podawali przy tej okazji, iż ważne jest, by byli to prawdziwi ludzie a nie cyborgi.

W każdym razie dobrze jest, by cyborgi sprawnie udawały prawdziwych ludzi.

W komentarzach do wpisu Tomka z uporem godnym lepszej sprawy pojawiają się zwroty “serducho”, “szacun” i “szacunek”.  Najwyraźniej komentuje specjalna społeczność, używająca takich sformułowań. Wygląda na to, że marketingowcy z Tesco zapomnieli o jednej z podstawowych zasad marketingu w mediach społecznościowych. Musi go uprawiać kilka osób, które mają inny zasób słów, inną stylistykę i inną empatię.

Tomku? Wykorzystali cię czy ci zapłacili?

Nie dalej jak wczoraj nasz autorka Krystyna Koziewicz napisała we wpisie:

Być otwartym człowiekiem nie oznacza być do tego stopnia naiwnym, by łykać wszystko, co się do człowieka mówi. Pomiędzy zaufaniem a naiwnością przebiega bardzo cienka granica, a największą głupotą jest i będzie bezgraniczna wiara w słowa drugiego człowieka.

Kto szuka, ten znajdzie. Nie znalazłam wprawdzie artykułu z gazety, którego szukałam, ale na początek niech nam wystarczy ta oto definicja z wikipedii:

Marketing wirusowy (zw. reklamą wirusową; ang. viral marketing) jest specyficznym rodzajem działań marketingowych. Polega na zainicjowaniu sytuacji, w której potencjalni klienci będą sami między sobą rozpowszechniać informacje dotyczące firmy, usług czy produktów. Nie zawsze musi to być konkretna informacja, może to być tzw. budowanie świadomości marki oraz jej pozycjonowanie, czyli wywoływanie pożądanych skojarzeń z nazwą, logo firmy.

Szary viral czyli nie podpisany uważany jest za część guerilli marketingowej. Dla firm zdecydowanie bardziej opłacalny jest biały viral z imieniem, nazwiskiem i twarzą.

Tomku?

Tymczasem świat zachwyca się Tomkiem (oto wywiad z nim), a ja nadal jestem nieufna.

Uwierzcie mi, ciężko jest być nieufnym sceptykiem, ale nie mam innego wyjścia. Jak skorpion – po prostu taka jestem.

Reblog zum Frühstück

Dieser Beitrag ist meiner Freundin, Christine Ziegler, gewidmet, die mir diesen Text zugeschickt hat. Sie schrieb mir, dass es ihr Fundstück für mich ist. Ich habe es zuerst aber als… “Frühstück” gelesen. Deshalb eben: ein Reblog zum Frühstück.

TagesspiegelBanner
TagesspiegelYokoTawada

Ich möchte zuerst über eine spezifische Form der Kultur sprechen, nämlich die Joghurtkultur. Oder sollte ich besser mit dem Thema Milch anfangen, denn ohne Milch gäbe es keinen Joghurt. Die Mutter des Joghurts ist keine Muttermilch, sondern die Kuhmilch. Vor einigen Jahren las ich in einer deutschen Zeitung über ein Gebiet in Afrika, in dem eine Menschengruppe Epidemien überlebte, weil sie Kuhmilch als Nahrungsmittel akzeptiert hatte. Der Autor des Artikels schrieb, dass Milch an sich kein bekömmliches Nahrungsmittel für Erwachsene sei, denn die Natur schenke nur dem Säugling die Enzyme, die Laktose verarbeiten. Ein Kind, das weiter Muttermilch zu trinken versuche, müsse erbrechen.

Der europäische Magen hat im Laufe der Zivilisation die Fähigkeit entwickelt, ein Leben lang Milch zu verdauen. Mit einem Wort: Europa trinkt Milch und erbricht nicht. Das war meine Definition von Europa bis vor kurzem.

Als ich in den sechziger Jahren in Tokio zur Grundschule ging, gab es Klassenkameraden, denen sofort übel wurde, wenn sie Milch tranken. Wir bekamen jeden Tag eine kleine Flasche Milch, zusammen mit dem Mittagessen. Unsere Lehrerin sagte, jeder gewöhne sich an Milch, man müsse Geduld haben. Ich weiß nicht, ob sie recht hatte. Denn selbst in Europa gibt es Menschen, die keine Laktose vertragen.

Joghurt nach Athen

Die europäische Kultur wurde ausschließlich aus Bulgarien nach Japan importiert, ich meine die Joghurtkultur. 1905 gelang es dem bulgarischen Wissenschaftler Stamen Grigorow, ein Bakterium zu isolieren, das für die Entstehung des Joghurts verantwortlich ist. Als ich in Sofia war, sah ich in einem Supermarkt die Joghurtmarken, die ich aus Deutschland kannte, ein ganzes Regal besetzen. Warum importieren die Bulgaren die teuren Produkte aus dem Ausland, wenn sie selber das weltberühmte Joghurtvolk sind? Der Joghurt war nicht mehr Joghurt, sondern eine globale Industrieware. Ich war entsetzt.

Eine Bekannte in New York kauft ausschließlich Joghurt aus Griechenland. Viele amerikanische Joghurtprodukte sind ihrer Meinung nach nichts anderes als chemische Schleimsuppe. Die Griechen sind für sie das Joghurtvolk. Aber eine Griechin, die ich letztes Jahr kennenlernte, offenbarte mir, es gebe keinen griechischen Joghurt mehr, es gebe nur noch europäischen Joghurt. So trägt man nicht nur die Eulen, sondern auch noch den Joghurt nach Athen.
Wortmilch, Prosamilch, Haikuhmilch

Der Joghurt ist ein Sauermilchprodukt, eine Art Dickmilch. Die Wörter „Sauermilch“ oder „Dickmilch“ werden selten verwendet, denn man soll heutzutage weder sauer noch dick sein. Man soll immer gute Laune haben und so dünn sein wie die Menschen auf jedem Werbefoto für Joghurt. Ich dachte, dieses Erfolgsrezept sei amerikanisch und in Europa dürfe man sauer sein – sauer auf die Zustände, sauer auf die politische Situation, sauer auf die Ungerechtigkeit. Denn das Sauersein bringt Nachhaltigkeit. Das Sauerkraut hält länger als der Kohl. Wenn ich Wörter wie Sauerkraut oder Sauerbraten höre, fließt mir Speichel im Mund zusammen – nicht weil ich diese Gerichte essen will, sondern, weil das Wort „sauer“ in meinen Magen hineinklingt.

„Joghurt“ ist ein Lehnwort aus dem Türkischen, und vielen Europäern ist nicht bewusst, wie oft sie sich etwas Türkisches auf die Zunge legen. Die Wörter „Sauermilch“ oder „Dickmilch“ sind noch nicht vergessen, während das Wort „Setzmilch“ kaum noch verwendet wird. Ich habe es in einem Wörterbuch gefunden und las zuerst „Satzmilch“. Als Folge entstanden im Sprachzentrum meines Gehirns Wörter wie Wortmilch, Sprachmilch, Prosamilch, Haikuhmilch, Nachlassmilch, Übersetzungsmilch. Es gibt auch Wörter, die neu geboren werden.

Wenn ich sauer bin und mein Kopf von neuen Wörtern anschwillt, setze ich mich an den Schreibtisch. Nachdem eine Autorin oder ein Autor die Schrift gestellt hat, setzt der Setzer die entsprechenden Buchstaben. Dabei benutzt er kein Setzbrett mehr, sondern ein Computerprogramm. Das Wort „Setzbrett“ wird sicher bald vergessen. Die Autorinnen und die Autoren setzen die Sätze, es klingt etwas streng, aber es geht nicht um eine Festlegung der flüssigen Ideen. Sie setzen die Sätze wie ein wildes Tier in der Setzzeit seine Nachkommen in die Welt setzt. Aus den gesetzten Sätzen soll kein Gesetz werden. Sie sollen besser wie Setzmilch in einen Gärungsprozess geraten.

Gefühle, die ihn Vokalen zu Hause sind

Ist die übersetzte Literatur vergleichbar mit einer Ausländerin, die mit Akzent spricht? Der Akzent ist das Gesicht der gesprochenen Sprache. Seine Augen glänzen wie der Baikalsee oder wie das Schwarze Meer oder wie ein anderes Wasser, je nachdem, wer spricht. Die Augen meiner Sprache enthalten Wasser aus dem Pazifik, in dem Vokale wie Inseln schwimmen. Ohne sie würde ich ertrinken. Die deutsche Sprache bietet mir nicht genug Vokale. „Lufthansa“ spreche ich „Lufutohansa“ aus, damit fast jeder Konsonant mit einem Vokal versorgt ist. Wo soll ich sonst hin mit meinen Gefühlen, die nur in den Vokalen zu Hause sind?

Wie würde die Welt aussehen, wenn es nur Konsonanten gäbe? Sprechen Sie einfach „k“ oder „g“ aus, und achten Sie darauf, wie sie auf Ihren Körper wirken! Sie klingen für mich nach Ablehnung, Abgrenzung oder einer leise gesprochenen Ausrede. Auch die explosiven Konsonanten „p“ und „b“ bereiten mir Kopfschmerzen. Sie klingen verärgert, verachtend und abweisend. Ich ziehe es vor, beim Aussprechen dieser Konsonanten die Luft nach innen zu ziehen, damit sie nicht zu heftig explodieren.

Jede Abweichung als Chance für die Poesie

Es gibt auch sanftere Konsonanten. Das heißt aber nicht, dass ich sie ohne meinen Akzent aussprechen könnte. Die Konsonanten „r“ und „l“ zum Beispiel bringe ich durcheinander. Sie sind für mich eineiige Zwillingsschwestern. Hier einige Übungen für einen besseren Umgang mit ihrer Verwechselbarkeit: „Durch das lustvolle Wandern in der Natur wandelt Herr Müller seine Gesinnung.“ Oder: „Der Rücken eines Ponys ist niedrig und deshalb niedlich. Wäre er doppelt so hoch, wäre er halb so niedlich.“ Oder so: „Kein Bücherregal ist illegal, egal welche Bücher da stehen, genauso wie kein Mensch illegal ist, selbst wenn er mit einem Akzent spricht.“

Der Akzent bringt unerwartet zwei Wörter zusammen, die normalerweise nicht ähnlich klingen. In meinem Akzent hören sich „Zelle“ und „Seele“ ähnlich an. Es ist nicht meine Aufgabe, eine regionale Färbung, einen ausländischen Akzent, einen Soziolekt und einen Sprachfehler medizinischer Art voneinander zu unterscheiden. Stattdessen schlage ich vor, jede Abweichung als Chance für die Poesie wahrzunehmen. Es kommt mir komisch vor, dass ich von einer „Abweichung“ spreche, denn ich bin nicht sicher, ob es überhaupt den „Standard“ gibt. Im Sprachunterricht habe ich gelernt, dass das reinste Hochdeutsch in Hannover zu finden sei, und zwar auf einer Theaterbühne.

Der Akzent lädt zum Reisen ein

Aber es gibt keinen Menschen, der in einem Theater in Hannover geboren wurde und nie das Theatergebäude verlassen hat. Also gibt es keinen Menschen ohne Akzent, so wie es keinen Menschen ohne Falten im Gesicht gibt.

Der Akzent ist eine großzügige Einladung zu einer Reise in die geografische und kulturelle Ferne. In einer modernen Großstadt muss man stets darauf gefasst sein, mitten in der Mittagspause auf eine Weltreise geschickt zu werden. Eine Kellnerin öffnet ihren Mund, schon bin ich unterwegs nach Moskau, nach Paris oder nach Istanbul. Die Mundhöhle der Kellnerin ist der Nachthimmel, darunter liegt ihre Zunge, die den eurasischen Kontinent verkörpert. Ihr Atemzug ist der Orientexpress. Ich steige ein. Der Akzent gibt den Menschen auch Mut, denn er ist ein lebender Beweis dafür, dass auch ein Erwachsener noch eine exotische Sprache lernen kann. Hätte er sie schon als kleines Kind gelernt, hätte er keinen Akzent. Auch im hohen Alter können wir unseren Gaumen erweitern, uns neue fiktive Zähne wachsen lassen, die Muskeln des Mundwerks trainieren, mehr Speichel produzieren und unsere Gehirnzellen durchlüften.