Reblog: Perfectionism

I found it on the Facebook some times ago. She is an author of famous Eat, pray, love, which I find lukewarm. But I really like what she writes here.

Elizabeth Gilbert

Dear Ones –

My friend Marie Forleo made this image for me, after I appeared the other day on her show, Marie TV, and we spoke about how perfectionism stops people from living their most joyful, curious, and expansive lives.

I meet so many creative souls who are not creating anything, because their perfectionism decided in advance that it would never be good enough…so why bother?

I know a brilliant and celebrated author who hasn’t been able to finish a book in nearly fifteen years, because her perfectionism refuses to allow her to release her own (always great) work.

But perfectionism doesn’t just ruin creativity. Perfectionism is a serial killer; it goes after all good things.

Perfectionism can ruin your marriage, your sex life, your friendships, your relationship with your family members, your relationship with your own poor beautiful tired human body, your relationship with the imperfect world in which we must live, and even your relationship with God. (Here’s what the perfectionist says to God: “You allow suffering and pain and injustice to exist, and therefore you are not perfect, and so you and I are DONE.”)

For me, I’m lucky enough not to suffer from perfectionism in my work (I’ve always described myself as “a discipined half-ass” which is how I’ve been able to write 7 books and let them go into the world, even though they are not perfect.) I’m very happy to let my creativity be messy, weird, exploritory, and unpredictable.

But I do suffer from perfectionism in terms of the standards to which I hold other people and myself. I have perfectionist tendancies in terms of BEHAVIOR. I expect people to be good and decent and self-accountable and reliable and kind and fair…and I expect this of myself, too. When people fail me, or when I fail myself (which is inevitable, for we are all human), I react with brittle anger, judgment, and condemnation. (In fact, I just had an episode of righteous indignation against someone this very week. And I lashed out.)

Which gets us nowhere.

I’m working on it, you guys. Because it’s taken me years to see how my perfectionism around behavior (toward others and toward myself) is a murderer of my own joy, and of my own humanity.

I would say, “I’ll try to do better”, but that sounds a bit perfectionistic, doesn’t it?

🙂

Let’s just say: I am learning how to let go of the perfect, in order to embrace the realistic, the beautiful, the messy, the true, and the good.

Because that just seems like a far, far, far happier way to live…

Blessings to you all, and ONWARD,
LG

Podwójny reblog: Ksiądz Charamsa

Szczerze powiem, że jeśli chodzi o polskie aktualności, które znam z drugiej, trzeciej, a nawet czwartej ręki, wolę reblog od wyrażania własnych opinii. Jana Hartmana już kiedyś reblogowałam (Jadą Żydzi, jadą). Dziś dodaję mu dla przeciwwagi przeczytany na Facebooku głos Jacka Dehnela.

Spojrzenie 1.

bannercharyzma
Przede wszystkim muszę powiedzieć, że ksiądz Krzysztof Charamsa jest bardzo przystojny i pełny męskiej słodyczy. Ma też bardzo przystojnego narzeczonego.

Wielu księży jest przystojnych i ma przystojnych kochanków. W końcu według danych udostępnianych przez samych księży (w Polsce ks. Prusak) nie mniej niż co trzeci ksiądz jest gejem. Zważywszy że w populacji mężczyzn ogółem gejów jest tylko ok. 5 proc. – to wynik imponujący. W pewnym sensie Kościół katolicki jest więc organizacją gejowską. Tym bardziej zdumiewa jego wrogi stosunek do homoseksualności.

Mówiąc parę słów prawdy o hipokryzji i homofobii kościoła, ksiądz Charamsa nie wzbogacił nas nową wiedzą. O, pardon, nie ubogacił nas nową wiedzą. Wszyscy wiedzą, jak jest, i widzą to na co dzień. Rzecz w tym, że w organizacji nieznającej wolności słowa i w państwie, które stosuje surowe represje wobec śmiałków poważających się na krytykę władzy, zebrał się na odwagę i ryzykując całą swoją karierę kościelną, powiedział kilka słów prawdy. A prawda jest dokładnie tym, czego „miłujące prawdę” i „stające w prawdzie” reżimy wszech czasów, religijne i świeckie, boją się najbardziej. Nawet jeśli jest to prawda z rodzaju „koń jaki jest, każdy widzi”.

Dzięki wielkiej rewolucji liberalnej, idącej przez świat od trzech stuleci, ks. Charyzma zachowa życie. Przez pierwsze półtora tysiąca lat działalności Kościoła katolickiego otwarta publiczna krytyka kościoła kończyła się torturami i śmiertelną kaźnią. Oczywiście dla dobra jej ofiary. Dziś jest inaczej.

A dzięki takim odważnym i uczciwym księżom jak ks. Charyzma za kolejne kilka stuleci, jeśli w ogóle ta organizacja będzie jeszcze istnieć, z pewnością nie będzie już obrażać i zaszczuwać gejów i lesbijek. Podobnie jak od niedawna nie straszy piekłem za masturbację, nie grozi lekarzom represjami za używanie respiratora (bo wpychają w ciało duszę, którą Pan Bóg chciał zabrać), nie skazuje na chłostę kobiet noszących majtki (to dla odmiany przykład z czasów dawniejszych), nie obija kijami za niestawienie się na niedzielnej mszy i w ogóle nie robi już tysiąca rzeczy, których czynienie moralna emancypacja społeczeństw epoki liberalnej Kościołowi katolickiemu uniemożliwiła.

Skraca się dystans między stosunkami panującymi w kościele a moralnością publiczną. Pogodzenie się z demokracją i równouprawnieniem wyznań zajęło Watykanowi sto lat, kapitulacja wobec fatów dokonanych w dziedzinie postępów medycyny to już najczęściej tylko kilkanaście lat. Ile im zajmie uznanie małżeństw homoseksualnych, tak jak uczyniło to już dziesiątki kościołów chrześcijańskich? Dekadę? Dwie?

Postęp moralny jest jak tsunami, zalewające falami sprawiedliwości brud tego świata. Nie da się uciec przez prawdą i dobrem. Świętoszkowata obłuda, kryjąca żądzę zachowania wszystkiego, co tylko się da, z upadłego totalitarnego imperium katolickiego średniowiecza, skazana jest na kolejne wygibasy – tym razem służące zapewnieniu, że kościół zawsze kochał pedałów, wolność, demokrację, pluralizm wyznaniowy i Żydów na dobitkę. Czekamy z niecierpliwością na ten moment, gdy ks. Charyzma zostanie wyniesiony na ołtarze przez jakiegoś prawnuka papieża Franciszka. Nie wątpię, że tak się stanie.

Niedawno mój zaprzyjaźniony ksiądz z Trójmiasta, zresztą bardzo dobrze prosperujący, jeżdżący między Rzymem a swoją diecezją w roli uznanego prawnika kanonisty, rzucił robotę i zamieszkał ze swym narzeczonym. Jest szczęśliwy i spełnia się jako nauczyciel oraz obrońca świeckości w przestrzeni publicznej. Jak znam życie, ks. Charyzma już podjął w sercu decyzję o rzuceniu pracy, tym bardziej że nie będzie miał w swojej firmie życia po tym, co zrobił.

A więc wszystkiego dobrego, Krzysztofie, na nowej drodze życia! Witamy Cię serdecznie w naszym świecie wolnych i równych, gdzie wszyscy się szanują i są dla siebie życzliwi i tolerancyjni.

Całuję, J.

***

Spojrzenie 2.

dehnelbanner

Sprawa księdza prałata Charamsy ma dwa wymiary: prywatny i społeczny. Prywatnie nic nie mogę mu zarzucić: każdy gej i lesbijka w inny sposób dochodzą do swojego comingoutu, nie ma tu “właściwego” czasu, sposobu, miejsca. Podobnie jak w przypadku wychodzenia z ciężkich nałogów czy wyznawania traum, powiedzenie prawdy o swojej nieheteroseksualnej orientacji jest bardzo złożonym procesem psychologicznym, w którym każdy jest obciążony w inny sposób i z zewnątrz nie da się powiedzieć, ile dana osoba musiała się nacierpieć i co pokonać. Nie mam więc pretensji, że ks. Charamsa przez całe lata, mimo swojej homoseksualności, pracował na potęgę instytucji jawnie homofobicznej (która zresztą pod rządami jego, jak powiada, mentora, Ratzingera, stała się homofobiczna jeszcze bardziej). Nie mam pretensji, że wreszcie mówi prawdę, że chwali się całemu światu mężczyzną, którego kocha – to naturalne pragnienia i nie przynoszą mu ujmy, wręcz przeciwnie.

Natomiast społecznie wygląda to zupełnie inaczej, z różnych względów. Po pierwsze: kościelnego, który niespecjalnie leży mi na sercu, ale budzi zrozumiałe emocje. Otóż każdy ksiądz ma jakąś orientację seksualną, więc może być ona i homoseksualna (choć nie w myśl instrukcji, wprowadzonej parę lat temu za tzw. „pontyfikatu Ratzingera-Gansweina”), ale sprawa komplikuje się, kiedy ma „narzeczonego” (czy „narzeczoną”, egal). Narzeczeństwo to okres przed zawarciem sakramentu – ksiądz po pierwsze jako celibatariusz nie może zawrzeć związku małżeńskiego, po drugie – i tak nie mógłby przyjąć w kościele sakramentu małżeństwa z osobą tej samej płci. Ksiądz prałat mógł mieć zatem ukochanego, oblubieńca, kochanka (choć to ostatnie sugeruje już związek nieplatoniczny), ale z pewnością nie “narzeczonego” (zwłaszcza, że ani we Włoszech, ani w Watykanie, ani w Polsce nie może z nim zawrzeć nawet ślubu cywilnego).

Po drugie: ksiądz Charamsa, dotychczas raczej nieznany szerszej publiczności, wyskoczył jak filip z konopi parę dni temu, kiedy opublikował w Tygodniku Powszechnym tekst skądinąd słusznie (jak mi się zdaje) określający ks. Oko jako siewcę nienawiści i krytykujący kościół polski za to, że toleruje i wspiera język przemocy, który jest nie do obrony na gruncie teologii. Tekst ten miał szansę dokonać jakiejś realnej zmiany – nie dlatego, że pojawiło się tam coś nowego, są to bowiem rzeczy oczywiste, ba, nawet banalne, ale po raz pierwszy zabrzmiały ze strony kościoła, i to nie z ust szeregowego księdza, a człowieka „z centrali”. Niestety, efekt ten został całkowicie niemal zaprzepaszczony.

I tu, niestety, zaczyna się polityka. Ksiądz prałat dokonał aktu politycznego właśnie: wystąpił publicznie w obronie grupy, której, obawiam się, ostatecznie zrobił więcej krzywdy, niż dobrego. Jego comingout z punktu widzenia polityki bowiem, jak mówił Fouche, „to gorzej niż zbrodnia, to błąd”. Przyjmijmy za dobrą monetę wyjaśnienia księdza, że nie planował się ujawnić, że była to kwestia chwili, nieplanowany impuls – najpierw tekst, potem, na fali przemyśleń, przeżyć, interakcji – comingout. Ale nagle Charamsa pojawia się wszędzie. Wygłasza dla ekipy filmu “Artykuł 18” coś pomiędzy kazaniem, monodramem a śpiewogrą, z całym arsenałem środków trzeciorzędnego aktora opery mydlanej, z teatralnymi pauzami, łzami w oczach, drżeniem głosu i gestami diwy ze spalonej ambony. Zaraz potem wyskakuje zajawka „szczerego wywiadu” do „Wprostu” (jak się właśnie okazuje, jednego z wielu), Gazeta Wyborcza publikuje manifest Charamsy. Chwilę później kolejny odcinek, w którym ksiądz prałat z pomocą wynajętej agencji organizuje konferencję prasową w ulubionej knajpce Felliniego, gdzie przedstawia „narzeczonego” Eduardo i, wciąż w koloratce, czule się z nim myzia. Wieczorem dowiaduję się, że będzie również „mówił o swoich grzechach”, ale dopiero w książce, którą przygotowuje na temat wiadomy. A w zasadzie przygotował. Reklama dźwignią handlu.

Rozumiem trudności ludzi, którzy opuszczają stan duchowny – nawet jeśli zdobyli wykształcenie, jest ono na ogół, podobnie jak wypracowana pozycja, zupełnie irrelewantne w świeckim życiu. Niełatwo jest też wyjść spod ochronnych skrzydeł korporacji, która dawała wikt, opierunek i ścieżkę kariery – zwłaszcza, jeśli się tą ścieżką pomykało prędko, i to w centrali. Mam jednak wrażenie, że Krzysztof Charamsa zapragnął przeskoczyć z jednej korporacji do drugiej – z prominentnego urzędnika watykańskiego stać się prominentnym działaczem i wygłaszać banały swoim słodkim głosem prymusa, odgrywającego wiecznie pierwszą rolę w szkolnym teatrzyku. Bez względu na to, że swoim zachowaniem dał amunicję ks. Oko, Terlikowskiemu, Frondzie i wszystkim pozostałym kościelnym homofobom. Gejom i lesbijkom zaś zaszkodził – zarówno tym pozostającym w kościele, jak i tym, którzy nie są katolikami, ale mimo tego doświadczają kościelnej nienawiści. I dlatego wcale nie podzielam entuzjazmu różnych moich fejsbukowych znajomych, którzy piszą o „wielkiej odwadze” i „mądrych słowach” księdza prałata – widzę tu raczej wyrachowanie, kunktatorstwo i nieznośny wprost narcyzm, który każe Charamsie fantazjować, że ojcowie synodalni obradując w Watykanie będą mieli przed oczami jego twarz. Otóż nie. Przed oczami będą mieli, jak zawsze, czubek własnego nosa. Podobnie jak ksiądz Charamsa, który tak doskonale odnajdywał się między nimi przez lata.

Reblog: Pieszo wzdłuż granicy

Bogdan Twardochleb, redaktor naczelny comiesięcznego dodatku Przez granice do Kuriera Szczecińskiego, zawsze rozsyła pdfy z nowym wydaniem swojej gazety. To ciekawa publikacja, chętnie ją czytam, a ostatni numer zainteresował mnie bardziej niż inne, i to nie (tylko) dlatego że był tam mój artykuł, lecz z uwagi na tekst niemieckiej dziennikarki, Isabel Stettin, o jej pieszej wędrówce, a ja nadzwyczaj lubię opowieści o wędrówkach.

I bardzo lubię Odrę.

do odczytu pieszo 1200 kilometrów od Seelow do Szczecina

Isabel Stettin

W niedzielny wieczór słońce nurza się w pastelowym różu pomarszczonych wód Odry. Na brzegu szyld: ,,Witamy w Polsce”. Obok trzej młodzi mężczyźni podpierają terenowy samochód, drzwi są otwarte. Milcząc palą papierosy. Przed nimi kołysze się „Bez Granic. Ohne Grenzen“ – jedyny prom, który pokonując graniczną rzekę, kursuje między polskimi Gozdowicami a niemieckim Güstebieser Loose.

Rodzina kaczek spieszy się do Brandenburgii. – „Jeśli chciałaby pani na drugą stronę, musi pani czekać do pojutrza” – młodzi Polacy pokazują na rozkład rejsów. W poniedziałek niemiecko-polskie połączenie ma dzień odpoczynku.

***
Minęło prawie ćwierć wieku od podpisania przez ówczesnego kanclerza federalnego Helmuta Kohla i polskiego premiera Jana Bieleckiego układu o dobrym sąsiedztwie i przyjacielskiej współpracy. Z sąsiadem ze wschodu łączy mnie niewiele, a on przecież zawsze jest obecny. Za każdym razem, kiedy wymieniam moje nazwisko: Stettin. Brzmi jak nazwa polskiej granicznej metropolii, do której teraz chcę się zbliżyć.

To portowe miasto określane było wcześniej jako brama Berlina na Bałtyk. Kiedy Stettin stał się polskim Szczecinem, miasta odsunęły się od siebie. Dziś podróż pociągiem między nimi trwa o trzydzieści minut dłużej niż przed drugą wojną światową, przy czym Szczecin, oddalony o 120 km od Berlina, jest najbliżej niego położonym wielkim miastem. Mimo to moi znajomi wybierają na weekendowy wypad Lipsk i Hamburg: – ,,Szczecin? A gdzie to właściwie leży’?”

Chcę sobie wyrobić swój obraz sąsiedztwa w osobliwym kraju ,,pomiędzy”. Brandenburgia jest dla mnie przynajmniej tak samo obca jak zachód Polski. Trasa do przejścia, po lewej i po prawej stronie Odry, około dwustu kilometrów pieszo, W plecaku: namiot przewodnik z polskim słowniczkiem, mapa dla rowerzystów.

Nierzadko wędrowcy gubią się w regionie granicznym.

do odczytu pieszo 2
Zanim poprowadzi mnie rzeka, warto cofnąć się w przeszłość. Wędrówka zaczyna się siedemdziesiąt kilometrów na wschód od Berlina i dwadzieścia przed granicą. Na Wzgórzach Seelow odrzańska ofensywa Armii Czerwonej zostawiła spustoszony krajobraz. Jeszcze dziś odnajduje się i chroni zwłoki zabitych. W kwietniu 1945 roku, w ostatniej wielkiej bitwie drugiej wojny światowej, zginęło tu około 47 tysięcy żołnierzy rosyjskich, niemieckich i polskich.

Deszczownia zrasza wodą trawnik i bezimienne groby na radzieckim Cmentarzu Wojskowym. Z pomnika patrzy w dal czerwonoarmista z brązu.

Bundesstrasse 1 z Seelow w stronę Odry rozcina krajobraz jakby była pociągnięta od linii. Wysokie jak domy kombajny suną przez bezkresne pola zbóż. W jęczmieniu zniknął sarniak. Za co drugim płotem ujada napis: ,,Uwaga, zły pies”. Jednorodzinne domki, rozsypane przed Küstrin-Kietz, oddalone są od siebie na grzeczną odległość. W trzecim domku z lewej, naprzeciw cmentarza, mieszka Karl-Heinz Henschel. Ma 89 lat, srebrnosiwe włosy zaczesane do tyłu i bystre spojrzenie.

Jeszcze przed początkiem wojny Henschel przeniósł się z rodziną ze wschodniej na zachodnią stronę Odry, na gospodarstwo, na którym mieszka do dziś. Dom jego dzieciństwa stoi w Polsce. Gdy W 1946 roku wrócił z angielskiej niewoli, jego rodzinny Küstrin nazwano nagle Kostrzyn. Był odgrodzony od pozostawionego w Niemczech cypla Küstrin-Kietz po drugiej stronie rzeki.

– Polacy bardzo ucierpieli od nas, Niemców. Tego nie wolno nam zapomnieć.

Henschel zabiera mnie ze sobą przez stalowy most, obok kantoru wymiany walut i stacji benzynowej. Co kilka tygodni ten emerytowany nauczyciel odwiedza swój rodzinny dom w Polsce. Małżeństwu, które tam mieszka, zanosi pralinki i dobre wino. To jest jego sposób budowania mostów, Nie nauczył się języka polskiego ,,z wszystkimi tymi szepczącymi dźwiękami”. Dlatego w czasie odwiedzin milczy, boi się, żeby nie został źle zrozumiany: – Cóż wielkiego mógłbym im powiedzieć? Ze jako chłopiec mieszkałem w ich domu?

Henschel żegna mnie na parkingu przy wejściu do polskich Pompei, ukrytych za gęstymi krzewami. W 1945 roku, krótko przed końcem wojny, Küstrin ogłoszono twierdzą, aby zatrzymać pochód Armii Czerwonej na stołeczny Berlin. Podczas ciężkich walk został prawie kompletnie zniszczony. Pół wieku po zakończeniu wojny Polacy zaczęli porządkować stare bastiony, rozsypujące się miasto ruin pod zaroślami: fundamenty, resztki okien, schody.

***
Odra nieczęsto obiera prostą drogę. Raz po raz kryje się za trzcinami. Kot wycieńczony upałem łazi ze swoimi małymi wokół czołgu przed Muzeum I Armii Wojska Polskiego: „Zamknięte do odwołania”.

Minęło pięć dni, za mną 80 kilometrów. Osinów Dolny leży dokładnie przy moście granicznym i jest znany z największego na świecie zagęszczenia zakładów fryzjerskich. Skorzy do zakupów niemieccy emeryci suną do Oder Center Berlin – ,,największego dla Berlina targowiska polskiego”, mimo że stolica Niemiec oddalona jest stąd o ponad godzinę drogi samochodem. Niemal od upadku żelaznej kurtyny hala targowa w dawnej papierni żyje z niemieckiego upojenia okazją do tanich zakupów. Wszystko musi być billig – tanie.

Siedemset stoisk, w hali i przed nią, kipi tandetą i kiczem. Pachnie szaszłyk i tanie plastiki. Ogrodowe krasnale stoją stłoczone, pod sztangami papierosów błyszczą słoiki z małosolnymi: ,,Tabak? Schon gekauft. Nächstes Mal bitte hier!” Ze wszystkich głośników dudni niemiecki przebój. Niektórzy kupujący starają się o ,,dzień dobry”, ,,dziękuję”. Wreszcie mówią Hallo, danke. No i tschüss.

Następnego dnia seniorzy w jaskrawych, kolorowych trykotach przemykają ścieżką rowerową Oder-Neisse (Odra-Nysa), kajakarze pływają przez niewidoczną granicę. Po trzydziestu kilometrach dostrzegam następny most. Tablica Krajnik Dolny kieruje do pobliskiej Doliny Miłości.

***

W czasie długiej nieobecności męża baronowa Anna Sophie von Humbert urządziła dla niego ten zaczarowany park. Przez ponad 160 lat pozdrawiała swego małżonka, Carla Philippa, chorągwią rozpiętą między dwoma bukami: „Witaj w dolinie, którą stworzyła miłość”. Ścieżki wiją się przez zalesione wzgórza z rozległym widokiem na dolinę Odry. Kwitną róże.

Nowym panem w Parku Miłości jest Ryszard Matecki: ciemne oczy, przystrzyżona bródka, 50 lat. Zanim w latach dziewięćdziesiątych on i jego żona Małgorzata uciekli od miejskiego życia w Szczecinie i zamieszkali w domu z XVIII wieku, poznawał historię regionu.

Przeszłość powinna stać się przyszłością wsi. Przy pomocy szczecińskiej organizacji ochrony przyrody i środków unijnych ożywił ten prawie zapomniany park. Wiele par zakochało się tu wcześniej. Młodzi mężczyźni padali na kolana przed swoimi ukochanymi.

Po 1945 roku park zasnął jak śpiąca królewna. Dolina Miłości w Zatoni Dolnej, która wcześniej nazywała się Niedersaathen, leżała w pasie granicznym, a tym samym na terenie zamkniętym. Odosobnienie doprowadziło do nieufności – mówi Matecki. Światła na jednym brzegu, które byłyby widoczne na drugim, były surowo zabronione. Dopiero po 1989 roku rzeka znów połączyła ludzi.

– Musimy doprowadzić do tego, żeby Niemcy nie wracali do siebie zaraz po zatankowaniu benzyny – mówi Przemysław Konopka, koordynator spotkań w stowarzyszeniu Park Doliny Dolnej Odry w Schwedt. Pierwszy transgraniczny obszar chronionej przyrody ciągnie się stąd aż do bram Szczecina. Konopka ma tutaj zbliżać Polaków i Niemców.

Schwedt troszczy się o dobre sąsiedztwo, organizując dwujęzyczne przedstawienia teatralne w Uckermärkische Bühnen, wspólne imprezy muzyczne i sportowe. W szpitalu pracuje wielu polskich lekarzy.

Docieram do ostatniej niemieckiej wsi przed granicą, Tylko kilka kilometrów od Szczecina Marta Szuster pokazuje, jak może wyglądać przyszłość. Jest wizerunkową kobietą pogranicza, pierwszą Polką w radzie gminy. O jej wyborze informowano w całym regionie. Razem ze swoimi rodzicami prowadzi zakład opieki w Hamburgu, wędruje między Odrą a Łabą, między gminą Mescherin, a rodzinnym Szczecinem.

Polacy osiedlają się w wioseczce od lat. Rodziny kupują puste domy z ogrodami lub place pod budowę, znów rozbrzmiewa gwar dzieci. Około 35-letnia kobieta pokazuje domy, które są do sprzedaży, i domy, w których mieszkają polscy znajomi. Na niemieckiej prowincji żyje się taniej i spokojniej niż w Szczecinie. Jest to szansa dla starzejących się gmin, z których młodzi Niemcy wyjechali. Ma się rozumieć, że wspólne życie Niemców i Polaków w wielu przygranicznych wioskach możliwe jest także dlatego, że tacy ludzie jak Marta Szuster są tłumaczami i pośrednikami. Jej syn i córka wychowują się w dwóch językach, przedszkole jest mieszane, krąg przyjaciół też: – Nasze dzieci są pierwsze, dla których region graniczny jest małą ojczyzną, Heimatem. Nie wyjadą stąd, bo tuż za drzwiami domu mają Szczecin, gdzie będą mogły studiować.

***

Szczecin może być sercem regionu granicznego, lokomotywą, która pociągnie za sobą strukturalnie słabe wioski. Po dziesięciu dniach i około dwustu kilometrach stoi przede mną tablica: Szczecin. Łamie język: ,,Schtschetschin”. Miasto, które ze swoim prawie pół milionem mieszkańców wydaje się po dziesięciu dniach samotności olbrzymie. Po lewej i prawej stronie rzeki siedzą młodzi Polacy ze szklankami koktajli. Statek wycieczkowy „Odra Queen” kołysze niemieckich turystów w kierunku szczecińskiego portu.

Tu Odra nie jest już rzeką graniczną. Płynąc przez miasto, wnosi do niego życie.

Isabel STETTIN mieszka w Stuttgarcie, studiowała w Bambergu komunikację, filozofię i politykę, uczy się w Szkole Reportażu Zwierciadło Czasu Giintera Dahla w Reutlingen (Badenia-Wirtembergia), pracuje jako wolny dziennikarz dla prasy, telewizji i mediów internetowych.    

Reblog: Przeciw uchodźcom

Wyborcza.pl  16.09.2015

Magdalena Środa

Nienawiść jedno ma imię

Niedawna manifestacja przeciw uchodźcom wywarła na mnie takie wrażenie, że nie mogę się otrząsnąć z niego do dziś. I nie mogę pojąć, dlaczego żaden z polityków obecnych na licznych konwencjach wyborczych, zamiast klepać kłamliwe obietnice, nie zaczął krzyczeć: “nie!” Po prostu: “nie”! Bo to już nie jest sprawa przekonań politycznych, ale sumienia i elementarnej odpowiedzialności.

Wiele razy widziałam demolujących miasto kiboli czy nacjonalistów, ale sobotnie marsze nienawiści to coś więcej.

Szli mężczyźni pobudzani przez testosteron, ale też całe rodziny, panowie z brzuchami, dziewczyny z biało-czerwonymi opaskami na rękach. Szli i wykrzykiwali nienawiść legitymizowaną rzekomą polityczną racją stanu. Już nie chodzi o jakiś klub sportowy ani o tęczę, nie chodzi tylko o to, by popić na mieście i postraszyć ludzi chamstwem i agresją (wśród “patriotów” słowo “jeb” było w ciągłym użyciu).

Teraz to coś więcej. Chodzi o obronę “naszości” i wykluczenie “obcych”, którzy nam zagrażają. Jak kiedyś Żydzi Aryjczykom. Podobny ton, podobna nienawiść, podobny poziom przesądów, podobny żar. Tyle że jeszcze w zalążku. To się tli i można to zagasić, ale można też rozdmuchać.

Chodzimy po cienkiej czerwonej linii. Jestem pewna, że prawicowym partiom jest to na rękę. Problem uchodźców spadł im jak z nieba. Z nienawiści do gejów i do genderyzmu nie da się więcej wycisnąć. “Wielkie homolobby”, przed którym ostrzegał niezmordowany showman ksiądz Oko, jak i “ideologia gender”, fantom ożywiony przez biskupów, przestały działać na zbiorową wyobraźnię.

Co innego taki muzułmański uchodźca. Można nim straszyć skuteczniej niż Żydem, genderem i gejem razem wziętymi. Żyd rozsiewał choroby, gej deprawował ojców rodzin, gender zmieniał płeć dzieci, uchodźca będzie niszczył krzyże, wynaradawiał, zabierał pracę i gwałcił kobiety. Nie ma to jak uchodźca! Samo zło i terroryzm. Jak łatwo zmobilizować wokół tej figury ludzkie obawy, namiętności! I jak łatwo obiecać wybawienie od zła.

Wiele lat temu pisałam, że polska tolerancja jest mitem, fikcją, podobnie jak szacunek i miłość bliźniego. Deklarujemy je, ale nie praktykujemy. Europejczykami jesteśmy tylko wtedy, gdy chcemy coś dostać. Solidarność to nazwa związku zawodowego, którego szef ma psa Kacperka i lubi luksus. Nic więcej.

Jesteśmy plemieniem, którego tożsamość budowana jest na niechęci wobec obcych. Zapewne jest to konsekwencją okresu komunizmu, długiej izolacji od normalnego, otwartego, multikulturalnego świata.

Prawdziwymi postkomunistami, nie tylko w Polsce, ale również na Węgrzech, w Czechach, na terenach byłej NRD, są ci, którzy ciągle marzą o żelaznej kurtynie, o izolacji od świata. Tej postkomunistycznej niechęci wobec obcych nie jest w stanie przełamać nawet wiara w Boga głoszącego miłość bliźniego. Zresztą jaką miłość? Gowin powie niedługo, że Bóg się mylił, tak jak myli się papież Franciszek.

A ja się tylko pytam, czym się różni owa nienawiść maszerujących “patriotów”, ich gotowość do hejtów, do przemocy, do narodowo-wodzowskiej dyktatury od nienawiści sianej przez terrorystów? Nienawiść jedno ma imię. Jej biało-czerwony kolor nie zmieni jej istoty.

***
Pod artykułem Magdaleny Środy Redakcja Wyborczej zamieściła informację, na którą czekam już od kilku lat – nie będzie można zamieszczać anonimowych wypowiedzi!!! A więc jednak można! Brawo!

Z powodu wyjątkowo agresywnych treści propagujących przemoc, sprzecznych z prawem, wzywających do nienawiści rasowej, etnicznej i wyznaniowej zamykamy możliwość komentowania pod naszymi tekstami o uchodźcach.
Wygląda na to, że Zachód, a więc i Polska, nie wie, jak pomóc ofiarom wojny w Syrii. Nie rozumiemy, co tam się dzieje, boimy się islamskich terrorystów. Ale uchodźców jest coraz więcej. Ich problem sam się nie rozwiąże. Europa mówi, że przyjmie ich 100, może 200 tysięcy. Ilu może i powinna przyjąć Polska? Jak im pomóc? Jak ich przyjąć, żeby dobrze się u nas odnaleźli?
Pod adresem listy@wyborcza.pl czekamy na Wasze listy, podpisane imieniem i nazwiskiem, najciekawsze opinie opublikujemy w wydaniu papierowym “Wyborczej” i w internecie na Wyborcza.pl

Reblog. Samochwała w kącie stała

Wpis numer 1003

Ale reszta to nie ja, to Pharlap!

Opowieści z Tysiąca i Jednej Nocy

  Pharlap

Ostatniej nocy na blogu ewamaria2013texts.wordpress.com/ pojawił się 1001 wpis!

EwaOkt2014Szeherezadą, inspiratorką tych tysiąca i jednej opowieści jest, któżby inny jak Ewa Maria Slaska, nasza Panna Główna, Panna Prymarna, Panna nad Pannami, Kura – KLIK.

Proponuję kliknąć w zamieszczone zdjęcie (źródło wikipedia), by włączyć stosowny akompaniament – ostatnia część Szeherezady Mikołaja Rymskiego-Korsakowa.

Jak wiemy Szeherazada opowiadała swe baśnie każdej nocy, a zatem łatwo policzyć, że rozpoczęła w 2013 roku. Jednak w moich snach pojawiła się już, a raczej dopiero, w 2012 roku, właśnie zlinkowanym powyżej blogiem: Jak udusić kurę czyli co każda panna po 30 powinna wiedzieć, a jeszcze nie wie.
Na ten blog trafiłem zupełnie przypadkowo i zaplątałem się od pierwszego wejrzenia. Mało tego, nie zważając na różnice płci i stanu cywilnego, wdarłem się do grona współpracowniczek.

Foto: Krystyna Koziewicz

Zrozumiałe jest, że blog dla panien po 30 nie mógł trwać bez końca. EwaMaria zakończyła go dokładnie w rocznicę powstania. Oczywiste było dla mnie, że Panna Główna, nazywana też czasem Kurą Alfa, nie spocznie na laurach. I nie spoczęła. Nowy blog ma całkiem inny format, jest to – cytuję: “Salon tekstów odrzuconych, porzuconych, zarzuconych, a też, niekiedy, przerzuconych, ale również nowych, po polsku, niemiecku, angielsku.”
EwaMaria ma ogromną zdolność przyciągania – prawie 200 autorek i autorów, 1001 wartościowych wpisów. Jako autor kilku z nich wiem, jak wiele uwagi poświęca każdemu wpisowi.

Skoro zacząłem od tematu Szeherezady, to przypomnę, że ta baśniowa snuła swe 1001 opowieści pod groźbą utraty życia. Moja, Nasza, Szeheredaza swoimi opowieściami dodaje uroku życiu wielu, wielu czytelnikom (i autorom).

EwoMario, dziękuję Ci za te 1001 opowieści, gratuluję osiągnięcia bajkowego rezultatu i życzę wiele siły, energii do prowadzenia nas nadal przez bajkowy a przecież autentyczny świat.

Na potwierdzenie tych ostatnich słów zacytuję fragment pierwszego wpisu we wspomnianym wcześniej blogu dla Panien po 30:
… opowieść Miry Michałowskiej (pseudonim Maria Zientarowa, autorka “Wojny domowej” i “Drobnoustrojów”) z książki “Przez kuchnię i od frontu” o … duszeniu kury po arabsku. Jest to najkrótszy przepis, jaki w życiu czytałam. Autorka udręczona wojną w Europie i doprawdy makabryczną ucieczką do Afryki, ląduje wreszcie w Maroku, gdzie ją i innych uciekinierów zabiera do siebie jakiś dyplomata. W domu owego pana, przypominającym z opisu pałace z baśni z 1001 nocy, nieszczęśnikom przygotowuje się kąpiel i kolację. Służba podaje kurę, a kura owa smakuje wręcz niemożliwie przewspaniale”.
Podkreślenia moje.

Reblog: Kobieta bez grobu na cmentarzu

I kolejny post o uciekinierach:

Kilka tygodni temu Maryna Over napisała na Facebooku:

Syryjka, uciekinierka z ogarniętej przerażającą wojną domową, nedzą oraz ludobójstwem ISIS, próbuje utrzymać swoje maleńkie dziecko nad wodą po tym jak łódź z uchodźcami na Morzu Śródziemnym przewróciła się. Ludzie uciekający przed rzezią nigdy nie mają wyboru.

W komentarzu Joleczka Chmiel napisała: wielka tragedia ludzkości, ale też konsekwencja faktu, że bogactwo jednych narodów zgromadziło się kosztem innych. I to od pokoleń. Brak równowagi w rozwoju ekonomicznym i cywilizacyjnym, pazerność korporacyjna, niesprawiedliwość, fanatyzm religijny, biznes wojenny, to rodzi takie tragedie. Świat rozpada się na naszych oczach. Jakiej siły potrzeba, by uporać się z Armagedonem, który już do nas dociera. Bo emigracja zalewająca bogatą Europę to nic innego jak rykoszet okresu niewolnictwa, podporzadkowania sobie krajów Afryki, bogacenia się kosztem ich rozwoju. Tak, jesteśmy im winni, ale czy przygotowani na nierównowagę kulturową? Wątpię, bo już widać, jak na pniu odradza się brunatna zaraza rasizmu.

***
Steven McCallum

This photo shows a Syrian mother trying to hold her baby above the water, after the boat they were on sank in the Mediterranean.

According to the UN, the vast majority of refugees have fled from Syria, where an estimated 220,000 to more than 300,000 people have been killed during its appalling and escalating war. The lack of compassion from many westerners that have been dumbed-down by xenophobic narratives in the mainstream media has been appalling. For once in your life, think for yourself! These people are human beings, our brothers and sisters who are in a perilous and desperate situation (largely caused by imperialism) that require urgent assistance!!

Refugees don’t hide their taxes in the Cayman Islands; Refugees don’t privatise the National Health Service; Refugees don’t influence government cuts to spending; And Refugees don’t scrape together their life savings, leave their loved ones behind, bribe and fight and struggle their way onto the undercarriage of a train, or into a tiny hidden compartment of a lorry with forty other people, watch their friends and loved ones die or get raped, all for the express purpose of bragging about earning £67.46 a week.

Imagine waking your children in the morning, feeding and dressing them, pulling a little girl’s hair into a ponytail, arguing with a little boy about which pair of shoes he wants to wear. Now imagine, as you are doing that, you know later today you will strap their vulnerable bodies into enveloping life jackets and take them with you in a rubber dinghy – through waters which have claimed many who have done the same. Think of the story you’d have to tell to reassure them. Think of trying to make it fun. Consider the emotional strength needed to smile at them and conceal your fear.

Try and envisage how it would feel like when that experience – your frantic flight from war – was then diminished by a vicious, dishonest media that crudely labelled you and your family “migrants,” as if you were a scourge on society. Imagine having little to no voice in countering this description of you so commonly used by governments and journalists.

***

Pozostaje jednak pytanie: Kto zrobił to zdjęcie? Dlaczego robił zdjęcie zamiast pomóc? Czy jednak potem pomógł? Jak to zdjęcie dotarło do nas? Czy ta kobieta i jej dziecko żyją? Czy jest to manipulacja naszymi uczuciami, jak to podobno było ze zdjęciem małego Syryjczyka, którego ciałko zostało znalezione na greckiej plaży 2 września?

 

Reblog: Oliwa

Julita Bielak

OLIWA DLA EWY MARII

Wybiegłam dzisiaj “po sprawach”, Kattinka na pewno uśmiechnie się wyrozumiale.

W Starej Oliwie załatwić można niewiele, tylko zwiedzać, spacerować, siedzieć na ławce w parku, przyglądać się turystom. Zjeść pizzę. I pokolorowaną cukrową watę. Gołębi karmić nie wolno. Z plikiem papierów czy dokumentów należy udać się do Olivia Gate. Po drodze minąć Kościół świętego Jakuba, stoi w najwyższym punkcie starej Oliwy, u zbiegu ulic Opackiej i Cystersów. A przy nim – kamień z charakterystyczną muszlą, spójrz, proszę, Ewo Mario. Powstaje projekt lub już istnieje przywrócenia Pomorskiego szlaku św. Jakuba. Sięgał kiedyś od Królewca przez Gdańsk i Szczecin do Rostoku. Celem projektu jest odtworzenie tego szczególnego szlaku i połączenie istniejącego dziedzictwa z szerszą siecią europejska – czytam na stronie Archikatedry Oliwskiej.

I do kościoła zwanego Jakubkiem, i do kamienia wrócę na pewno nie raz. I dalej, noga za nogą, do katedry, do parku, do Pałacu Opatów. W parku stoi altana.

Padał deszcz, niewielki, ale jednak deszcz. Specjaliści od robót na wysokościach myli okna, faceci.

***
Komentarze

kattinka33: Takie miejsca jak Oliwa budują w nas poczucie trwania. Idąc przez park, zawsze myślę: pamiętam…

juliczka: Choć opadły z tej pięknej, starej wiśni przed Pałacem Opatów kwiaty.

ewamaria030: Och, Juliczko, jak ślicznie. Znam już kilka punktów na kaszubskiej trasie do Santiago de Compostela, m.in. Łebę i Sopot. Oraz, oczywiście, Szczecin. W zeszłym roku widziałam muszle św. Jakuba w Olsztynie. Miejmy nadzieję, że wracamy do średniowiecza i średniowiecznej jedności Europy. Była zapewne równie żywa jak ta dzisiejsza, tylko, może, trochę mniej biurokratyczna. I mniej podlegająca kontroli. Gdzieś czytałam, że gdyby człowiek średniowieczny zobaczył – i pojął! – system kontroli, jakimu podlegamy zawsze i wszędzie, zapłakałby nad naszym losem, bo uznał by, że jesteśmy niewolnikami.

Cudny wpis, Juliczko!

ewamaria030: Oj, narobiłam byków w poprzednim komentarzu. Literówki mi wybaczcie, a jednego byka już tu natychmiast poprawiam. Szczecin jest oczywiście na trasie pomorskiej a nie kaszubskiej. Za to na kaszubskiej powstała fundacja świętego Jakuba, organizująca kaszubskie pielgrzymki.

juliczka: Na stronie internetowej http://www.archikatedraoliwa.pl w zakładce zabytki jest historia kościoła św. Jakuba, bardzo ciekawa. Jest też przedstawiony projekt Pomorskiej drogi św. Jakuba. I wirtualny spacer po katedrze.

Często przebiegam obok żółtego kamienia, zawsze, ale to zawsze przystaję na moment i kieruję myśli w Twoją stronę, Ewo Mario.

ewamaria030 (dialog jednoosobowy):

Juliczko, zrebloguję to u siebie, dobrze?
Dobrze, Ewo Mario.
No to dziękuję, Juliczko.

***

I wakacyjne przypomnienie z Jeleniej Góry. Szlak Jakubowy, który tam przeszłam wiódł z Zapory na Bobrze w Pilchowicach… Dokąd? No do Santiago, oczywiście. Ale ja przeszłam tylko kilka kilometrów dzikim jarem.

Reblog: Poproś Babcię o radę

Opowiedziała Babci, że mąż ją zdradza

Opublikowane: 31/08/2015 18:30 CEST Zaktualizowane przeze mnie 02/09/2015 – zaczęłam tłumaczyć o 23:02 CEST, skończyłam w 30 minut później. Musiałam się spieszyć, bo Autorka, która miała dostarczyć wpis na dziś, niestety nie dała rady go przygotować na czas i zostałam na lodzie.

Młoda kobieta pojechała do Babci i opowiedziała jej, że mąż ją zdradza. Powiedziała, że to najgorszy moment w jej życiu i że jest kompletnie roztrzęsiona, przyznała nawet, że zastanawia się nad rzuceniem wszystkiego w diabły.  Babcia popatrzyła na nią zmartwiona, ale wtedy przyszedł jej do głowy pewien pomysł.

Poszły obie do kuchni. Babcia napełniła wodą trzy garnczki i postawiła na piecyku. Gdy woda się zagotowała, Babcia powiedziała
– Zobacz, co teraz zrobię. Do pierwszego garnuszka włożyła marchewki, do drugiego jajka, do trzeciego wsypała zmieloną kawę.
– I po co to? – zapytała wnuczka.

Babcia przywołała ją do siebie.
– Popatrz, co się stało.
Młoda kobieta zobaczyła, że marchewki zmiękły, jajka ugotowały się na twardo, a kawa pięknie zapachniała, a gdy zaczęły ją pić – równie wspaniale smakowała. Mimo to młoda kobieta nie przestawała pytać, co babcia ma na myśli.

– Każda z tych trzech rzeczy – powiedziała Babcia – została poddana takiemu samemu strasznemu doświadczeniu – została włożona do wrzątku. Ale każda zareagowała inaczej. Marchewka, która na surowo była mocna i krzepka, po kilku minutach w gotującej się wodzie zmiękła i oklapła. Jajka z kolei były przedtem słabe i bezbronne, a ich jedyną ochroną była cieniutka i delikatna skorupka osłaniająca płynną zawartość. Po ugotowaniu one z kolei stały się mocne i krzepkie. A zmielona kawa zareagowała zupełnie inaczej. Włożona do wrzątku zmieniła jego jakość.

Obie wypiły łyk kawy.

– Kim jesteś – zapytała Babcia – gdy straszne doświadczenie puka do twych drzwi? Jak zareagujesz? Jesteś marchewką, z pozoru silną i niezależną, która, gdy zetknie się z bólem i krzywdą, załamie się i opadnie z sił? Jesteś jak jajko, słaba i bezbronna, aby w obliczu przeszkód stwardnieć i okrzepnąć? Czy jesteś jak kawa i potrafisz zmienić to, co cię otacza? Pomyśl, że kawa tylko poddana działaniu wrzątku wspaniale smakuje i staje się aromatyczna.

Młoda kobieta, zdumiona, nic nie mówiła, tylko patrzyła na Babcię.

– Bądź kawą, moja kochana. Gdy wszystko idzie okropnie, bądź coraz lepsza i zmień swoją sytuację. Może nie od razu ci się uda, może na początku kawa będzie niezbyt mocna, ale potem będzie coraz lepsza, będzie miała czarność węgla, przejrzystość bursztynu, zapach mokki i gęstość miodowego płynu. Dasz radę!

Tak, tak… Babcia, jej porady i jej cytaty…


Huffington Post opublikował po niemiecku angielską opowiastkę znalezioną na upmoments.com, a ja ją przetłumaczyłam na polski. Trochę spolszczyłam ten tekst i trochę go zeslaszczyłam. Z reguły nie lubię takich umoralniających opowiastek, ale ta mi się spodobała. Ma w sobie coś  sympatycznego. Babcię? Kawę? Cytaty?

Der Polin Reiz bleibt unerreicht

Karolina Kuszyk und Agnieszka Debska
mit einer weiteren Lesung aus diesem Blog.

3.9.15 | 20 Uhr | RegenbogenCafé

Sie lesen, trinken, rauchen – und sehen dabei gut aus.
Die Autorinnen Agnieszka Debska und Karolina Kuszyk präsentieren ihre Texte auf eine Art, die durstig macht. In ihren Werken bringen sie Pilzsammeln und Koitus in Zusammenhang, schreiben über nervöse Ticks, gescheiterte Liebhaber, Süßes und Saures.

Eine Mischung von besonderem Reiz…

lesungkarolina-agnieszka

Agnieszka Dębska, Jahrgang ’78, Autorin, Musikjournalistin, Mitglied der monatlichen Berliner Lesebühne „Die Brutusmörder“. Jahrelang Organisatorin von deutsch-polnischen Literatur- und Übersetzungswerkstätten des WIR e.V. Lebt und arbeitet in Berlin.
mehr…

Karolina Kuszyk, Jahrgang ’77, Autorin, Literaturübersetzerin und Märchenerzählerin. Arbeitet mit polnischen und Deutschen Verlagen zusammen. Lehrbeauftragte an der Viadrina-Universität in Frankfurt (Oder). Lebt in Berlin.
mehr…

Eintritt frei – Spenden willkommen.

Reblog: Flüchtlinge auf der Insel Kos

spiegel-banner

Sonnenaufgang auf Kos, Flüchtlinge schleppen sich an den Strand. Daniel Etter hat eine Familie bei der Ankunft auf der griechischen Insel fotografiert. Das Bild geht um die Welt. Im Interview erzählt er, wie es entstanden ist.

Laith Majid ist ein Mann wie ein Bär. Mächtige Unterarme, Dreitagebart, ein Gesicht, als habe er schon so manche Rauferei durchgestanden. Jetzt steht Majid da, seine Tochter, seinen Sohn, seine Frau eng umschlungen. Majid weint: Sie leben.

Hunderte Flüchtlinge kommen jeden Tag am Strand der griechischen Insel Kos an. Flüchtlinge, die in winzigen, wackligen Booten von der Türkei aus versuchen, in die EU zu gelangen. Flüchtlinge wie der Syrer Majid und seine kleine Familie. Daniel Etter hat sie getroffen, hat den Moment ihrer Ankunft im Morgengrauen festgehalten. Es ist ein besonderes Foto, mit dem die renommierte “New York Times” ihre Flüchtlingsberichterstattung illustriert. Ein Foto, das tausendfach in den sozialen Netzwerken geteilt wird. Es geht um die Welt.

“Damit habe ich nicht gerechnet”, sagt Etter. Der 34-Jährige lebt in Barcelona. Als freier Fotograf reist er zu den Orten, an denen die Flüchtlingskrise ein Gesicht hat. “Vielleicht bin ich nicht der emotionalste Mensch”, schreibt Etter auf Facebook, aber Majids Reaktion “bringt mich immer noch zum Weinen”. Auf SPIEGEL ONLINE erzählt er die Geschichte des Bildes.

SPIEGEL ONLINE: Herr Etter, Ihr Foto zeigt eine sehr emotionale Szene auf Kos. Fällt es Ihnen in solchen Momenten schwer, Ihre Arbeit zu machen?

Daniel Etter: Nein, da bin ich völlig auf meine Arbeit konzentriert. Es geht alles wahnsinnig schnell, die Boote kommen an, alle wollen sofort vom Strand weg. Aber natürlich war das ein sehr emotionaler Moment, auch für mich. Laith Majid wirkt ja nicht gerade gefühlsduselig. Dann mitzuerleben, wie all die Angst und die Sorgen um die Familie von ihm abfallen, war sehr bewegend. Bei mir kam das alles später hoch, als ich das Foto immer wieder angesehen habe. Mir sind immer wieder die Tränen gekommen. Das ist mir noch nie vorher passiert.

SPIEGEL ONLINE: Wie ist das Bild entstanden?

Etter: Ich bin gegen 4.30 Uhr an den Strand von Kos gegangen. Die meisten Flüchtlinge kommen während des Sonnenaufgangs an. Ich habe in der Ferne das kleine Schlauchboot entdeckt. Zwölf Personen saßen darin, ausgelegt war es vielleicht für drei oder vier. Nach über zwei Stunden Fahrt hatte das Boot Luft verloren, Wasser war hineingelaufen, die Flüchtlinge waren durchnässt, als sie am Ufer ankamen. Sie waren dann völlig erleichtert, heil angekommen zu sein.

SPIEGEL ONLINE: Was wissen Sie über die Familie, die Sie fotografiert haben?

Etter: Sie kommen aus Deir ez-Zor, einer syrischen Stadt, die seit Jahren im Kampf zwischen Islamisten und der Regierung in Grund und Boden bombardiert wird. So lange es irgendwie ging, haben sie es dort ausgehalten. Sie wollten nicht weg. Die Mutter arbeitete als Englischlehrerin. Jetzt sucht die Familie nach einem Ort, an dem ihre Kinder sicher leben können. Sie wollen nach Deutschland.

SPIEGEL ONLINE: Wie hat die Familie auf Sie reagiert?

Etter: Die haben mich zunächst überhaupt nicht wahrgenommen. In diesem Moment kam bei ihnen alles zusammen: Die Freude, es geschafft zu haben; die Liebe für die Familie; die Trauer über das, was früher war. Ich war aber dann länger mit ihnen unterwegs, habe ihnen erklärt, wo sie sich melden müssen. Als sie mich ein bisschen kennengelernt haben, waren sie wahnsinnig liebenswert.

SPIEGEL ONLINE: Was ist aus ihnen geworden?

Etter: Ich habe sie noch einmal in Kos getroffen. Da haben sie in einem einfachen Zelt an der Strandpromenade übernachtet. Die Tochter hatte nach der anstrengenden Reise hohes Fieber, auch der Sohn hat die ganze Zeit geschlafen. Am Abend wollten sie auf die Fähre gehen, die als eine Art Auffanglager dienen soll. Ob sie das geschafft haben, weiß ich nicht.

SPIEGEL ONLINE: Haben Sie die vielen positiven Reaktionen auf das Bild überrascht?

Etter: Ich wusste schon, dass das ein gutes Bild ist. Ich arbeite seit ein paar Jahren als Fotograf und habe viele emotionale Szenen erlebt. Aber es hat mich noch nie eine Situation so berührt wie diese. So etwas in einem Bild einfangen zu können, ist der Grund, warum ich Fotojournalist bin. Ich hatte aber nicht damit gerechnet, dass das Foto auch so viele andere Menschen bewegt. Das ist ein tolles Gefühl.

***

Der Autor:

Daniel Etter ist freier Fotograf und Autor. Der 34-Jährige lebt in Barcelona. Ausgebildet wurde er an der Deutschen Journalistenschule in München. Heute fotografiert er unter anderem für die “New York Times”. Texte von ihm wurden auch auf SPIEGEL ONLINE veröffentlicht. Für seine Arbeiten erhielt er mehrere Auszeichnungen.