Reblog na Nowy Rok

Trzy reblogi – dziś, jutro i pojutrze – kończą nasz doroczny okres wpisów na adwent, Mikołaja, świętą Łucję, przesilenie zimowe, Boże Narodzenie, Nowy Rok i Trzech Króli. Dziś

Julita Bielak
z blogu W altanie. Rozmowy wśród przyjaciół

Widoki na gwoździu

Mieliśmy wrócić do Smutsa. Wymyślił kiedyś, że całości nie da się sprowadzić do sumy części, a świat podlega ewolucji, w toku której wyłaniają się coraz to nowe całości. W swojej teorii zawarł pogląd, że w naturze występuje tendencja do tworzenia całości, których nie da się wyjaśnić w kategoriach sumy poszczególnych fragmentów.

Właśnie zawiesiłam na gwoździu nowy kalendarz, przejrzałam strony, ładny. Pójdziemy razem przez 2018 rok. Miesiąc po miesiącu przekładałam strony starego, też ładnego, trafiałam na znaną mi od lat datę urodzin. Na inne znaczące dni, dołożone przez lata: pierwszy dzień w szkole, matura, obrona pracy magisterskiej, ślub, spotkania autorskie “Księżyca myśliwych”. I na wszystkie upierające się przy egzaltacji dni, takie jak Wigilia, Święto Pracy, Sylwester. Inne daty – któryś czerwca czy października – w poczuciu niższości takiego szczęścia nie mają, no chyba, że trafi im się niedziela. Albo dzień czekolady.

Mijałam, musiałam mijać tę drugą, obok narodzin, najważniejszą datę – pożegnania się ze światem. Nosimy ją w sobie a nie znamy, kroczymy przez życie niepełni. Wypadnie w któryś chełpiący się światełkami, muzyką, blichtrem, zalany słońcem dzień, czy w szary, zapracowany, dobrze, jeśli pamiętny z wizyty u dentysty, dzień. Plażowy czwartek lipca lub zabiegany początek marca. Nałoży się na już znany, szczególny, czy nagle w dawno zapomnianym zabije w dzwony, których już nie usłyszę. Doświadcza nas jakoś, daje znak, wywołuje nieuzasadniony niepokój, dziwną tęsknotę, czy zatarty znika niepostrzeżenie.

Pomysł mierzenia czasu, a więc czegoś nie dającego się ani zobaczyć, ani dotknąć, jest jednym z najdowcipniejszych, na jakie człowiek wpadł. Zegar w papieskim pałacu w Castel Gandolfo do dziś jeszcze w południe wskazuje szóstą. Bo w starożytności grecko-rzymskiej godziny, dzienne latem dłuższe, zimą krótsze, zaczynano liczyć od wschodu słońca. A rachuba dni w miesiącu? Nie wiemy, komu zawdzięczamy dzisiejszy sposób liczenia od pierwszego do ostatniego dnia miesiąca. Rzymianie robili to inaczej, 25 listopada na przykład nazywał się u nich: “siódmy dzień przed Kalendami grudnia”. Kalendy, idy, nony, Nowy Rok w różne dni zależne od przyjętego kalendarza. A gdyby tak zmieniać kalendarze, skakać po nich, po datach, latach księżycowych bądź słonecznych, bo nie ma jednego kalendarza światowego przyjętego przez ONZ. I uciekać, uciekać.

Są sobie trzy dziewczyny z gór, z osiedla niedaleko bledu Marhni i mają na imię Utka, Mimuna i Ajsza. Większość dziewczyn z gór przyjeżdża do Algieru, Tunisu, tutaj, żeby zarobić pieniądze, ale te dziewczyny chcą czegoś więcej. Pragną wypić herbatę na Saharze. (…) po cichu oddalają się od karawany z tacą, czajnikiem i szklankami. Będą szukać najwyższej wydmy, aby zobaczyć całą Saharę. Tam zaparzą herbatę. Idą długi czas. Utka mówi: “Widzę wysoką wydmę”. Wspinają się na wierzcholek. Potem Mimuna mówi: “Widzę tam wydmę, stamtąd będzie widok aż po In Salah”. Kiedy znajdują się na jej szczycie, Ajsza mówi: “Patrzcie! Tamta wydma jest najwyższa. Na pewno widać z niej Tamanrasset”. Słońce wzeszło, a one nadal szły. W południe zrobiło im się bardzo gorąco. Doszły jednak pod wydmę, a potem wspinały się na nią i wspinały. Gdy weszły na wierzchołek, były bardzo zmęczone. Postawiły na piasku tacę, czajnik i szklanki. Potem położyły się i zasnęły. (…) Wiele dni później jechała inna karawana i ktoś coś zauważył na szczycie najwyższej wydmy. Kiedy poszli zobaczyć, znaleźli Utkę, Mimunę i Ajszę. Dalej leżały tak samo jak wtedy, gdy poszły spać. A wszystkie trzy szklanki były pełne piasku.

Życzmy sobie szczęśliwej wędrówki przez nowy rok, spełnienia marzeń i wielu marzeń do spełniania, obiecujących widoków, dobrych wyborów i zawsze w porę wypitej herbaty. Do siego roku!

Na Ponidziu – ciąg dalszy

Temat arian poruszony wczoraj przez Tadeusza Rogalę okazał się pasjonujący. Zainteresowało się nim wiele osób i na blogu, i na Facebooku, i mailowo.

Tomasz Fetzki (Viator)

To zdjęcie to pokłosie wizyty ostatniej wiosny w Szczebrzeszynie – znaczącym ośrodku ariańskim. Kapliczka pochodzi z 1655 roku i została wybudowana w podzięce bożej opatrzności za opuszczenia miasta przez ostatniego arianina. Czyli, jak widać, różne były oblicza tej staropolskiej tolerancji, niestety. Dodajmy, że zdjęcie zostało wykonane z samochodu zatrzymanego, w pogardzie dla ewentualnego mandatu, na środku ulicy Zamojskiej.


Ten wiosenny dzień był skądinąd dla Viatora bardzo intensywny. Zaczęło się od Szczebrzeszyna, a skończyło na podkrakowskim Miechowie. Zaś po drodze? Ojjj, dużo byłoby opowiadać, nie czas i nie miejsce… Jednym z etapów był, wspomniany we wczorajszym tekście pana Rogali, Pińczów. A tam, rzecz jasna, Dom Ariański, czyli tak zwana Ariańska Drukarnia, która w rzeczywistości drukarnią nigdy nie była. Na portalu do dziś widać łacińską sentencję: BENEDIC DOMINE DOMUM ISTAM ET OMNES HABITANTES IN EA, czyli Błogosław Panie ten dom i wszystkich, którzy w nim mieszkają.

Żeby było śmieszniej, ten wiosenny ariański szlak to dzieło przypadku, Viator go bynajmniej nie planował.

Widać tak to już jest, że podróżni trafiają do (na?) arian bez przygotowania, bo tak z kolei pisze o Rakowie Zuzanna Grabska na stronie Krajoznawcy.

Zuzanna Grabska (Reblog)


Raków

Zatrzymuję się na rakowskim rynku. Zupełnie bez przygotowania. Wiem tylko, że miasteczko, dziś wieś gminna, było lat temu czterysta kwitnącym ośrodkiem braci polskich, zwanych arianami.

Dziś centrum miejscowości stanowi rozległy rynek, otoczony niewysokimi, przeważnie parterowymi domkami. Układ urbanistyczny i zespół zabudowy małomiasteczkowej z reliktami architektury sakralnej i mieszczańskiej  braci polskich w Rakowie figurują w rejestrze zabytków. Tak samo jak barokowy kościół parafialny p.w. Świętej Trójcy z dzwonnicą i dawną plebanią. Wzniesiono go w latach 1640-50 z fundacji biskupa krakowskiego Jakuba Zadzika. Postawiono na miejscu zburzonego zboru ariańskiego, po wygnaniu braci polskich z Rzeczypospolitej. Charakterystyczne jest wezwanie świątyni – arianie nie uznawali dogmatu Trójcy Świętej.

Z rakiem w herbie

W centralnym punkcie ładnie odnowionego rynku fontanna z trzema rakami wspinającymi się na kamienna kulę. Jeden czerwony rak na białym polu jest herbem miasta. Jak udało mi się wyczytać na stronie gminy, Jan Sienieński herbu Dębno w 1567 roku na bezludnych dotychczas terenach założył trzy miasteczka: Dębno, Rembów i Raków. Istnieją one, jako wsie, do dziś. To ostatnie nazwał na cześć swojej małżonki, Jadwigi z Gnojeńskich, która pieczętowała się herbem Rak (inaczej Warnia).

Kilka dobrych lat

Raków szybko stał się ośrodkiem reformacji w Polsce, wkrótce przybyli tu licznie arianie. Sprzyjali temu właściciele. Jan był kalwinem, Jadwiga – arianką. Tolerancja i swoboda religijna owych czasów sprawiły, że miasto kwitło. Gminę ariańską zorganizował Szymon Ronemberg – aptekarz krakowski, a zreformował ją Faust Socyn ze Sieny. Postać ważna dla tego ruchu religijnego, od jego nazwiska arian nazywano też socynianami. W Rakowie odbyło się ponad 30 synodów ariańskich, powołano też Akademię Rakowską, nowatorską na owe czasy szkołę zorganizowaną przez braci polskich, ale przyjmującą też uczniów wszelkich wyznań. Stworzono nowoczesne programy i podręczniki, oprócz tradycyjnych przedmiotów wykładano także nauki przyrodnicze i matematyczne. Akademia skupiła wielu teologów i filozofów, miała bogatą bibliotekę. W mieście działała też ceniona drukarnia.

Zwycięstwo kościoła

Niestety, kontrreformacja wzięła odwet na rakowskiej społeczności. Pod pretekstem zniszczenia krzyża przez młodzież ariańską w 1638 roku sąd królewski zakazał działalności zboru, zamknięto szkołę i drukarnię, wygnano nauczycieli. W mieście zbudowano wspomniany kościół parafialny, osadzono też reformatów, by nawracali arian i ich zwolenników. Pamiątką po ich działalności jest filialny dziś kościół św. Anny. Podobnie działo się już w całej Rzeczpospolitej. Wreszcie na mocy ustawy sejmowej z 1658 r. arianie, za sprzyjanie Szwedom w czasie potopu, zostali zmuszeni do przejścia na katolicyzm lub do opuszczenia kraju.

I tyle o rakowskich arianach…

Jest niedzielne popołudnie, ludzie wychodzą z kościoła. Sennie, pusto, pochmurno. Podobno są domy, co pamiętają dawnych gospodarzy. Ale które?

Zdjęcia autorzy


I jeszcze uwaga adminki: Przyznaję, że we wpisie Tadusza Rogali o arianach najbardziej poruszyła mnie informacja, że chcieli oni znieść pańszczyznę. Wydaje mi się, że w naszej historii pańszczyzna to jeden z najbardziej bolesnych tematów, jedna z win naszych, które mszczą się na nas po dziś dzień. Bo o ile w średniowieczu pańszczyzna była czymś zupełnie zwyczajnym, to jednak od renesansu rezygnowano z niej po kolei we wszystkich unowocześniających się krajach Europy, a tymczasem w Polsce nie tylko, że wciąż trwała, to z roku na rok stawała się coraz straszniejsza. I straszne wydaje mi się to, że zlikwidowali ją u nas dopiero zaborcy, oczywiście nie dlatego że byli tacy dobrzy, tylko po to by poróżnić chłopstwo i szlachtę, ale fakt pozostaje faktem.

Również dlatego szkoda, że arian przegoniono ze tej naszej “zawsze tolerancyjnej” Polski.

Reblog z Jordanii

Piotr Beszczyński

10 listopada 2017

Miejsca, które dotychczas opisywałem obfitują w historyczne warstwy i krzyżujące się drogi ważnych wydarzeń z przeszłości, jednak udawało się to jakoś porządkować. Za dwa dni jednak wyruszamy do krajów Lewantu, gdzie ogarnięcie gęstwiny dziejów stanowi dla laika (choć entuzjasty) znacznie większe wyzwanie. To rejon, przez który ludzie wędrowali od najwcześniejszej prehistorii, gdy wyszedłszy z afrykańskiego matecznika zasiedlali coraz to nowe połacie naszej planety. Według obecnie przeważającego poglądu, wszyscy przodkowie Europejczyków, Azjatów, Amerykanów i ludów Oceanii, bez względu na preferencje wyborcze i sympatie polityczne, podążali od z górą stu tysięcy lat szlakiem wzdłuż doliny Jordanu, przekroczywszy wcześniej przesmyk sueski (tam, gdzie obecnie jest kanał).


  • Bing,com/images
  • A potem… jedni osiedlali się tam, gdzie lepsze pastwiska i więcej wody, inni usiłowali zająć ich miejsce, jeszcze inni prowadzili tranzytem swoje armie w jedną lub drugą stronę, ścierając się z którymś z akurat będących „na fali” lokalnych mocarstw. I tak przez tysiąclecia, po dziś dzień i zapewne do końca historii.
  • Babilończycy, Huryci, Amoryci, Elamici, Kasyci, Hetyci, Egipcjanie, Kanaanejczycy, Filistyni, Fenicjanie, Aramejczycy, Izraelici, Moabici, Edomici, Nabatejczycy, Grecy, Asyryjczycy, Arabowie, Persowie, Rzymianie, Bizantyjczycy, Wenecjanie, Frankowie (tak zwano krzyżowców wszelkich nacji), Francuzi, Anglicy; tych (a na pewno nie o wszystkich pamiętałem) odnotowała historia pisana, bądź wykopaliskowa.

  • Wikipedia – Lewant ok. 830 r p.n.e.
  • Zrozumiałe więc, że chcąc dołączyć do powyższej listy, musimy przedeptać kawałek Bliskiego Wschodu. Wychodząc naprzeciw naszemu zapotrzebowaniu, linie lotnicze jęły prześcigać się w uruchamianiu bezpośrednich, tanich połączeń z Gdańska w tamte strony, z czego skwapliwie skorzystamy.

(…) 12 listopada 2017 roku

  • Lot Gdańsk – Tel Awiw, nocleg w historycznej, uroczej Jaffie, następnego dnia szybka i wygodna podróż pociągiem przez Hajfę do Beit She’an (teraz pro-wincjonalnego miasteczka, ze wspaniałą przeszłością antycznego Scythopolis) , skąd już blisko do najbardziej na północ położonego przejścia granicznego Izrael – Jordania, na moście szejka Husseina. Gdy przekroczyliśmy Jordan, słońce właśnie zachodziło, a niesiony wschodnim wiatrem pustynny pył efektownie filtrował widoczny na tle jego tarczy obraz pozostawionego za rzeką Beit She’an.
  • Znaleźliśmy się w rejonie hellenistyczno – rzymskiego Decapolis, co od razu określiło historyczny przedział czasowy, z którego pozostałościami spotkaliśmy się na początku podróży po Jordanii.

  • Zacznijmy zatem przyjrzenie się historii regionu od środka, czyli od czasów spiętych klamrą obejmującą mniej więcej trzy stulecia przed, do trzech wieków po narodzeniu Chrystusa. Koniec IV wieku p.n.e. to czas wielkich podbojów Aleksandra Macedońskiego, po których nadeszły na zdobytych terenach rządy dynastii wywodzących się od imperatorskich generałów (diadochów).
  • Efektem był napływ osadników greckich, konstruujących sieci powiązań gospodarczych i handlowych w oparciu o wielowiekowe doświadczenia helleńskie i tak jak w rodzimej Grecji skupiających się w miastach (polis). Szereg takich ośrodków powstało na wschód od Jordanu, pomiędzy Damaszkiem (Damascus) a Ammanem (Filadelfia), zaś rozwinęły się one znacznie po aneksji regionu przez Rzym w latach siedemdziesiątych p.n.e., tworząc nieformalny związek (jak wieki później Hanza w naszych okolicach), zwany Decapolis.mapka z Wikipedii
  • Wydarzenia z czasu rzymskiego panowania w bliskowschodnich krainach odcisnęły swoje piętno nie tylko na lokalną, ale i na globalną skalę. Mam tu na myśli życie i śmierć Chrystusa, początki chrześcijaństwa, a także rozproszenie narodu żydowskiego po licznych przegranych powstaniach przeciwko Rzymowi.

  • Tu przychodzi czas na wyjaśnienie tytułu tego wpisu: Limes Arabicus to system umocnień (głównie fortów), stanowiących (podobnie jak inne rzymskie limesy) ufortyfikowaną granicę cesarstwa, w tym wypadku – wschodnią. Dla przypomnienia – limes zachodni (Wał Hadriana) odwiedziliśmy na początku tego roku. Łuk ku czci tegoż cesarza Hadriana piętrzy się przed wejściem na teren najlepiej zachowanego z miast Dekapolis, Gerazy (obecnie Jerash).


  • Istniało domniemanie, że tamtejszy hipodrom był miejscem wyścigów hipopotamów, jednak obecność końskich kup zweryfikowała ten pogląd:

  • Niezwykłe jest położenie innego z miast Decapolis, Gadary (obecnie Umm-Qais): niemal dokładnie u zbiegu obecnych granic Jordanii, Izraela i Syrii. Nie dopisała nam niestety widoczność, zatem panoramy były mocno przytłumione pustynnym pyłem   Pobyt w ruinach Gadary upamiętnił nam się również dlatego, że w lokalnej restauracji udało nam się wypić po kieliszku wina. Okazało się, że jordańskie wina są wyśmienite, natomiast uświadczenie ich (podobnie jak innych alkoholi) jest w tym muzułmańskim kraju niebywale trudne, co było istotnym utrapieniem naszej bardzo udanej poza tym podróży.

  • I w końcu Amman (antyczna Filadelfia), gdzie okna naszego hoteliku wychodziły wprost na rzymski amfiteatr, zaś z ruin rzymskiej cytadeli rozpościerał się rozległy widok na stolicę Jordanii.


  • Ochronę limesu stanowił rząd warowni położonych nieco na wschód od Ammanu, w późniejszych czasach wykorzystywanych przez Arabów jako tzw. zamki pustynne


  • Najdalej na wschód położony zamek Al Azraq jest odległy od brytyjskiego Wału Hadriana o 4 tysiące kilometrów w linii powietrznej, co daje pojęcie o ogromie imperium rzymskiego.

    Limes Arabicus (Bing.com) 


    Qasr al-Charana


  • Qasr Amra zadziwia głównie siódmowiecznymi freskami, na których dość swobodne odwzorowanie postaci ludzkich i zwierzęcych umknęło cenzorom kalifatu, gdy na początku VIII wieku ogłoszono zakaz wizerunkowania wszystkiego, co żyje, poza roślinami.
  • Nadłożyliśmy drogi, chcąc dotrzeć do miejsca, gdzie według przewodnika (bardzo przyzwoicie opracowane wydawnictwo Berlitza) miały się znajdować słupy milowe rzymskiej drogi (Via Traiana Nova). Obecności słupów nie stwierdziliśmy, a zapytany o nie właściciel knajpy ( zresztą o nazwie Traian) poinformował nas, że niedawno zostały wysadzone w powietrze, bo przeszkadzały w remoncie współczesnej szosy. Niefrasobliwość w podejściu do bogactwa spuścizny cywilizacyjnej w tym sympatycznym skądinąd kraju jest dla nas trudno zrozumiała.
  • Zakończmy więc na tym rzymską sekwencję naszych jordańskich peregrynacji i stojąc na krawędzi jednej z najpiękniejszych dolin – Wadi Mujib – pokażmy nieco przyrodniczych cudów Królestwa Haszymidzkiego.


    Struktury geologiczne w Jordanii są nie mniej zawiłe, jak jej historia cywilizacyjna. Oszczędzając Czytelnikom (i sobie też) cytowania fachowych informacji nadmienię tylko, że:

  • Kraj jest znacznie bardziej górzysty, niżby mogło się to kojarzyć z okolicami pustynnymi
  • Jak są góry, to oczywiście są i doliny. Dolinami na ogół płyną rzeki, ale w tamtejszym suchym klimacie płyną tylko wtedy, gdy popada deszcz. Są to zatem rzeki okresowe, bo napełnione wodą tylko od czasu do czasu. Arabowie nazywają te doliny wadi i są to niezwykle charakterystyczne elementy krajobrazu Bliskiego Wschodu i północnej Afryki, w oczywisty sposób stanowiące też siatkę szlaków komunikacyjnych.
  • Popatrzcie zatem na wybrane obrazki z kilku „zaliczonych ” przez nas wadi:
  • Wadi Mujib (tym razem przy ujściu do Morza Martwego, gdzie przenocowaliśmy w domkach nad brzegiem, a rano sprawdzaliśmy na własnych organizmach oddziaływanie prawa Archimedesa)




  • Wadi Dana = gdzie mieszkaliśmy w opuszczonej wiosce, na skraju przepięknego rezerwatu przyrodniczego:




  • Wadi Rum – góry, ostańce skalne i wąwozy wśród piaszczystej pustyni – jedna z najchętniej odwiedzanych atrakcji Jordanii





  • Wadi Araba łączy Zatokę Akaba (odnoga Morza Czerwonego) z Morzem Martwym. Jak wiadomo to ostatnie jest położone w przeszło 400 – metrowej depresji, zatem woda z Czerwonego nie wlewa się doń tylko dlatego, że Wadi Araba biegnąc na południe najpierw wspina się na wysokość 230 m n.p.m., tworzącą wododział, od którego łagodnie opada do Zatoki Akaba. Tam znajduje się też południowe przejście graniczne, przez które opuściliśmy Jordanię, kierując się na lotnisko pod izraelskim Eilatem. Wadi Araba jest ponoć niezwykle malownicza, ale trudno dostępna, bo pilnują jej pogranicznicy obu krajów. Pozostaje więc popatrzeć, jak zachodzi słońce nad Zatoką Akaba


  • Wadi Musa (dolina Mojżesza, którego muzułmanie – jako lud Księgi – wysoce poważają, a który ponoć w tej okolicy uderzeniem kija w skałę spowodował wytryśnięcie źródła) jest również nazwą miasta, leżącego obok wejścia do najsławniejszego miejsca w tych stronach. To oczywiście Petra, jeden z cudów świata, o którym opowiem w kolejnym odcinku. Tymczasem symbol Jordanii – owoc granatu (z ptaszkiem):


Pochwała jedzenia (reblog)

wydanie II poprawione

Lech Milewski

In defense of food to tytuł książki Michaela Pollana. Autor zaczyna książkę od przeprosin. Jest Amerykaninem, a właśnie Ameryka zapoczątkowała systematyczną eliminację jedzenia z naszej diety.

Amerykańska tragedia żywnościowa ma swój początek w działalności komisji senackiej pod przywództwem senatora Mc Governa. Komisja ta została powołana w 1968 roku w celu opracowania programu walki z niedożywieniem. Odniosła spory sukces, nic więc dziwnego, że w 1976 roku zlecono jej nowe zadanie – opracowanie programu zdrowego żywienia, który złagodzi sygnalizowane przez lekarzy problemy zdrowotne.

Wg autora książki komisja Mc Governa zrobiła dobrą robotę. W komisji zasiadali głównie prawnicy i dziennikarze. Ani jednego lekarza ani naukowca. Według mnie była to dobra decyzja.
Dlaczego? Bo prawnicy i dziennikarze to ludzie, którzy umieją słuchać, kojarzyć fakty, wyciągać od ludzi potrzebne informacje. Natomiast lekarz czy naukowiec obciążony jest balastem wiedzy fachowej, która nakłada mu klapki na oczy. W latach późniejszych w komisjach tego typu zasiadali eksperci, którzy wiedzieli jakie będą ustalenia końcowe jeszcze przed rozpoczęciem pracy.

Komisja wysłuchała opinii licznych ekspertów i w styczniu 1977 roku opublikowała pierwszy raport, który zawierał zalecenie – jeść mniej czerwonego mięsa i nabiału.
To zdanie wywołało istne tsunami. Mniej? To słowo to przecież największe zagrożenie wolnego rynku. Po kilku tygodniach negocjacji zdanie zmieniono na: wybieraj mięso, drób i ryby, które zredukują konsumpcję tłuszczów nasyconych.

Tym zdaniem: wybieraj tralalala… ustrzelono dwa wróble – po pierwsze zagwarantowano wybór – fundament wolności. Po drugie – ciężar problemu przeniesiono z jedzenia na zagrożenie czymś nieokreślonym, co (być może) znajduje się w tłuszczach nasyconych.

Przemysł spożywczy natychmiast złapał wiatr w żagle – należy sprzedawać nie jedzenie, ale składniki odżywcze. Ludzie powinni zapomnieć o tym, że jedzą jabłko, jogurt, pstrąga. Mają jeść antyoksydant, wapno, olej omega-3 – im więcej tym lepiej.

Idea nie była nowa. Jeszcze w XVIII wieku William Prout odkrył, że odżywianie opiera się na trzech składnikach – proteinach, tłuszczach i węglowodanach. W 1842 roku Justus von Liebig dodał do tego kilka minerałów i uznał sprawę odżywiania za rozwiązaną na zawsze. Podobnie zresztą jak sprawę jakości gleby – wystarczy odpowiednia ilość i proporcja azotu, fosforu i potasu.

Justus von Liebig nie poprzestał na teorii. Stosując swe zasady wyprodukował odżywczy bulion w kostkach oraz odżywkę dla niemowląt. Niestety ludzie odżywiający się bulionem, zapadali na szkorbut, a niemowlęta karmione odżywką rozwijały się marnie. Odpowiedzi dostarczył Polak – Kazimierz Funk, który w 1912 roku odkrył witaminy. Witaminy zrobiły wielką karierę i dodały amunicji tym, którzy twierdzili, że nie jest ważne jedzenie, ale składniki, jakie ono zawiera (albo jakie do niego dodano).

Była jeszcze jedna przeszkoda. Wydana w 1906 roku książka Uptona SinclairaDżungla – opisująca nieczyste machinacje przemysłu przetwórstwa żywności, spotkała się z poważną reakcją i spowodowała uchwalenie aktu Czystej Żywności. Akt ten wymagał, aby umieszczać wyraźną etykietę – IMITACJA – na każdym produkcie żywnościowym, który jest …imitacją.
Cytat z aktu: …istnieją tradycyjne produkty, które każdy zna, takie jak chleb, mleko, ser i gdy konsument kupuje te produkty, powinien otrzymać to, czego oczekuje. Jeśli jedzenie przypomina wyglądem oryginalny produkt, ale nie zgadza się z tradycyjnym standardem, wówczas musi być zaetykietowane jako imitacja“.
Przemysł tego nienawidził i w latach 70 udało mu się cichaczem znieść to wymaganie.

Rezultat – przez tysiące lat było wiadomo, że chleb sklada się z czterech składników: mąka, drożdże, woda i szczypta soli. Lista składników produktu firmy Sarah Lee o nazwie Soft & Smooth Whole Grain White Bread jest następująca: wheat flour, malted barley flour, niacin, iron, thiamin monocitrate, riboflavin, rice flour, high fructose corn syrup… 18 składników, których nie wymienię… beta-carotene, vitamin D, soy lecitin, soy flour. Ufff.

Pytanie: czy Wasza matka (a może raczej babcia) poznałaby na pierwszy rzut oka i po pierwszym kęsie, że to jest chleb?

Już wspominałem o zamianie jedzenia na sumę składników odżywczych. Znam to z praktyki. Uczono mnie przecież analizy systemów zarządzania – należy rozbić proces na składniki proste, każdy z nich przeanalizowac – czy jest potrzebny, czy dobrze działa, czy można go usprawnić. Wykonać wymagane zmiany i złożyć wszystko w całość. Analiza-przetworzenie-synteza. Proste jak filozofia Hegla. To się nie sprawdzało nawet w systemach informatycznych. A w naturze?

Ile antyoksydantów zawiera zwykły liść tymianku? Wyliczę tylko te na literę a: alanine, anethole oil, ascorbic acid.. Odpowiedź: trzydzieści trzy. Nauka nie jest w stanie zbadać jakie współzależności istnieją między tymi składnikami w momencie spożycia ich przez człowieka. Przemysł spożywczy załatwi sprawę prosto – doda kilka prostych, silnych, często syntetycznych antyoksydantów.
Ale składniki naturalne nie mają już wiele wspólnego z naturą. Czym się obecnie karmi zwierzęta i jakie lekarstwa im się podaje, aby mięso zawierało lub nie zawierało tego, co dyktuje aktualna wiedza, to raczej sprawa towarzystwa ochrony zwierząt przed okrucieństwem.

Podkreśliłem – aktualna wiedza – gdyż wiedza na temat wpływu jedzenia na zdrowie potrafi wykonać zwrot o 180 stopni. Najlepszym przykładem może być histeria na temat wpływu tłuszczów na poziom cholesterolu i wpływu cholesterolu na stan układu krążenia. Nie będę tego tematu rozwijał, gdyż obija się on jak pijany od płotu do płotu.

Inna sprawa to tradycje żywieniowe poszczególnych grup etnicznych. Zadziwiające jak różna jest dieta ludzi mieszkających pod różnymi szerokościami geograficznymi. Okazuje się, że istnieją setki diet, które służą ludziom na zdrowie. Pod warunkiem, że są stosowane przez ludzi, którzy jedli to od wielu pokoleń. Dlatego nie dziwi mnie, że porażka zdrowego jedzenia rozpoczęła się w Stanach Zjednoczonych. Przecież to jest mieszanina wielu ras i kultur przeniesionych na obcy teren.
W Australii jest jeszcze gorzej.
Dobrym miernikiem problemu może być stan zdrowia tutejszych Aborygenów. Jest on gorszy niż w krajach trzeciego świata. Mimo że mają oni pieniądze i supersamy są dobrze zaopatrzone. Mimo? A może właśnie dlatego.
Autor książki wspomina o eksperymencie – kilkunastu Aborygenów cierpiących na typowe schorzenia cywilizacyjne – otyłość, cukrzyca, niewydolność układu krążenia, wysłano w las, na ich tradycyjny “bush tucker”. Po dwóch miesiącach stwierdzono znaczną poprawę w każdej dziedzinie. A więc ratunek jest blisko.

Tym optymistycznym akcentem zakończę swoje refeksje. Podam jeszcze kilka prostych wskazówek, które mogą zastąpić zsyłkę do australijskiego buszu.

Zakazy:
– unikaj produktów, których twoja matka/babcia nie zidentyfikowałaby jako jedzenie,
– nie kupuj jedzenia w tym samym miejscu, w którym kupujesz paliwo do samochodu,
– unikaj produktów, które zawierają więcej niż pięć składników,
– unikaj produktów, które zawierają składniki o nieznanych ci lub trudnych do wymówienia nazwach,
– unikaj produktów reklamowanych jako zdrowotne.

Zalecenia:
– jedz dużo potraw roślinnych, raczej liście niż ziarna,
– jedz jedzenie wyhodowane na zdrowej glebie, to otwiera osobny rozdział – poznaj człowieka od którego kupujesz jedzenie,
– jedz jedzenie wyhodowane na dziko.

Pamiętaj, że jedzenie to dziedzina kultury, nie nauki. A zatem:
– jedz posiłki nie jedzenie,
– jedz przy stole,
– o ile możliwe nie jedz sam,
– jedz powoli.

I niestety – zwracaj uwagę na jakość, nie na ilość – płać więcej i jedz mniej.
Jak również – gotuj w domu, hoduj co się da we własnym ogrodzie.

Wpis zakończę rozejrzeniem się za czymś dzikim do zjedzenia. Mam! Morwy, na ulicy, 200 metrów od naszego domu. Tak jest – na ulicy, konkretnie na chodniku, nad którym zwisają gałęzie owocującego właśnie drzewa..

MorwaMorwa

Jeśli ktoś się wzdraga przez konsumpcją owoców podniesionych z ziemi, to wspomnę australijską maksymę – jeśli jedzenie zostało podniesione w ciągu 3 sekund po upadku, to jest w porządku. Ale z chodnika? To przecież leżało ponad 3 sekundy.
Chodnik w mojej dzielnicy to jest dobre miejsce, szczególnie rano, zanim dzieci pójdą do szkoły. Te plamy na chodniku to pozostałość z poprzedniego dnia. W nocy był solidny wiatr. Poniżej mój poranny plon. A palce długo pozostaną umazane…

MorwaPalce

Reblogi na cztery nogi czyli Gurlitt i Siemiradzki…

Newsweek

Nie tylko Siemiradzki. Jak wygląda walka o odzyskanie słynnych polskich obrazów?

“Taniec wśród mieczów” – Henryk Siemiradzki

Obraz zaginiony od II WŚ nagle się pojawił na aukcji wystawiony przez niemieckiego kolekcjonera…// Dieses herrliche Gemälde von bekanntem, polnischen Maler, Henryk Siemiradzki war seit dem II WK in Polen verschollen… Jetzt wird es plötzlich von einem deutschen Sammler zum Kauf angeboten… Beutekunst?


Marta Grzywacz 10.11.2017

Ministerstwo ma tylko trzy tygodnie na zablokowanie sprzedaży w Londynie zaginionego w czasie wojny obrazu Siemiradzkiego „Taniec wśród mieczów”. Prywatny niemiecki kolekcjoner chce go sprzedać za kwotę od 80-120 tysięcy funtów czyli 400-600 tysięcy złotych. Siemiradzki był celebrytą – Sienkiewicz zainspirowany jego „rzymskimi” obrazami napisał „Quo Vadis”.

***

Lato 1939 r: Warszawiacy tłumnie zmierzają do Zachęty na wystawę dzieł Henryka Siemiradzkiego, ulubionego malarza Polaków i Rosjan. I jedni i drudzy uważają go za swojego. Rosjanie, bo urodził się jako syn Hipolita Siemiradzkiego, carskiego oficera w Charkowie, Polacy – bo jego matka, Michalina z Prószyńskich, wychowywała go w tradycji własnego kraju, a poza tym sam Siemiradzki chętniej przyznawał się do polskich korzeni.

Na wystawie prezentowany jest między innymi „Taniec wśród mieczów” – scena ze starożytnego Rzymu, namalowana przez Siemiradzkiego już po jego osiedleniu się we Włoszech.

Siemiradzki stworzył cztery wersje tego obrazu, które różnią się rozmiarem i drobnymi szczegółami, ale temat jest ten sam: naga kobieta na tarasie willi tańczy pomiędzy sześcioma wbitymi w ziemię krótkimi, rzymskimi mieczami, przygrywa jej kobiecy tercet, obserwujący taniec mężczyźni piją wino, a w tle widać zatokę, którą otaczają łagodne, górskie szczyty. Najmniejsza rozmiarem wersja „Tańca…” widziana jest wówczas publicznie w Polsce po raz ostatni. Wkrótce obraz zaginie w niewyjaśnionych okolicznościach. Zniszczony wybuchem bomby? A może zagrabiony przez Rosjan lub Niemców,

Nie byłoby w tym nic dziwnego. Grabili i jedni i drudzy z tym, że naziści byli do tego wyjątkowo dobrze przygotowani. Na kilka lat przed wojną do Polski przyjeżdżali niemieccy i austriaccy historycy sztuki i muzealnicy, którzy pod pretekstem współpracy z polskimi kolegami po fachu katalogowali cenne dzieła, żeby potem łatwo je było zlokalizować i wywieźć. Kiedy więc we wrześniu 1939 r. do Polski wkroczyła regularna niemiecka armia, tuż za nią podążały zastępy wykształconych złodziei gotowych kraść wszystko, co wpadnie im w ręce.

Siemiradzki w Londynie: To ten sam!

Kilka tygodni temu Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego dostało informację, że „Taniec…” Siemiradzkiego pojawił się na aukcji Sotheby’s w Londynie. Prywatny niemiecki kolekcjoner chce go sprzedać za kwotę od 80-120 tysięcy funtów czyli 400-600 tysięcy złotych. Dzieło otrzymał od rodziców, którzy mieli je kupić w 1960 r. Aukcja zaplanowana jest na 28 listopada, Ministerstwo podjęło więc kroki, żeby ją zablokować i odzyskać obraz. Jesteśmy niemal pewni, że to ten sam, który był wystawiony w Zachęcie w 1939 r. i należał do polskich zbiorów – mówi rzeczniczka MKiDN Monika Pętas-Kurek, i liczy, że to się uda, bo Sotheby’s nie odmawia współpracy z polskim MKiDN.

Siemiradzki – celebryta

Henryk Siemiradzki jest po Tamarze Łempickiej najdroższym polskim malarzem. Od jego śmieci w 1902 r. minęło w sierpniu 115 lat, tymczasem w latach 2002-2012, pięć jego obrazów sprzedało się za kwotę 7 mln dolarów.

Tryumfalna kariera Siemiradzkiego rozpoczęła się w Rzymie, gdzie malarz osiedlił się w 1872 r. Nie miał zamiaru opuszczać na zawsze Warszawy, chciał tylko zobaczyć Wenecję, Weronę, Florencję i wybuch Wezuwiusza w Neapolu. Ale gdy odwiedził Rzym, nagle poczuł, że dotarł do kresu podróży. Jak wspomni po latach jego córka Wanda: „Oprócz Rzymu nic się już nie liczyło, to był jego świat. Jego powołanie jako artysty”. Malarza od początku fascynował antyk i życie Rzymian w czasach wczesnego cesarstwa. I to właśnie ten okres pokazał w serii czterech obrazów „Taniec wśród mieczów” (1897-1880), w „Antoniuszu i Kleopatrze”, czy „Pochodniach Nerona”. W swoich pracach sięgał też do tematyki starożytnej Grecji, mitologii, motywów biblijnych.

Siemiradzki mieszkał początkowo w samym centrum Rzymu, przy Placu Hiszpańskim, ale dwa lata później, już po ślubie ze swoją 18-letnią kuzynką Marią Prószyńską, wybudował willę na przedmieściach, przy położonej na wzgórzu ulicy Via Gaeta, skąd miał widok na dachy rzymskich kamienic i Góry Albańskie, widoczne na wielu jego obrazach. Uznanie jakim darzyli go wielbiciele sztuki sprawiło, że stał się celebrytą swoich czasów. Jego salon odwiedzały słynne postaci epoki: Ignacy Jan Paderewski, królowa Włoch Małgorzata, brat cara Rosji, wielki książę Paweł czy Henryk Sienkiewicz, który, zainspirowany „rzymskimi” obrazami malarza, napisał „Quo Vadis”. Koronowane głowy przychodziły też na wystawy Siemiradzkiego w stolicach Europy, akademie sztuk pięknych przyznawały mu honorowe członkostwa, a międzynarodowe wystawy sztuki obsypywały nagrodami.

Nigdy nie stracił więzi z Polską

W 1879 podczas krakowskiego jubileuszu Józefa Ignacego Kraszewskiego ofiarował „narodowi polskiemu” swój monumentalny obraz „Pochodnie Nerona”, inicjując tym samym utworzenie Muzeum Narodowego w Krakowie. 15 lat potem Teatr im. J. Słowackiego w Krakowie dostał od niego kurtynę – olejny obraz na płótnie rozciągniętym na drewnianym blejtramie, który do dziś otwiera i zamyka przedstawienia. Teraz jest szansa, że do Polski wróci kolejne dzieło mistrza – utracony w czasie wojny „Taniec wśród mieczów”.

Gigantyczna skala grabieży

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które gromadzi dane na temat dzieł sztuki zaginionych podczas II wojny światowej szacuje, że na skutek zniszczeń i grabieży straciliśmy około 500 tysięcy bezcennych zabytków, w tym takich mistrzów jak Rafael, Breughel, van Dyck, Matejko, Malczewski, Kossak i Wyspiański. Ich wartość sięga 11,4 mld dolarów.

O ich odzyskanie zaczęto walczyć już w czasie wojny. W Londynie, przy Ministerstwie Prac Kongresowych powstało Biuro Rewindykacji Strat Kulturalnych, którym kierował polski historyk sztuki Karol Estreicher. W oparciu o własną wiedzę, a także raporty muzealników, bibliotekarzy i archiwistów przesyłanych do Londynu za pośrednictwem AK opracował „Katalog Strat Kultury Polskiej pod okupacją niemiecką 1939-1944”, który miał stanowić podstawę przyszłych polskich roszczeń. On też uporczywie poszukiwał cennych dzieł zrabowanych przez nazistów. W efekcie, 30 kwietnia 1946 r. do Krakowa, w 26 wagonach przyjechały odnalezione w Niemczech polskie zabytki, wśród nich ołtarz Wita Stwosza, obrazy Canaletta, czy „Dama z gronostajem” Leonarda da Vinci. Po powrocie do kraju Estreicher odbył jeszcze kilka podróży rewindykacyjnych, zawsze przywożąc ze sobą zagrabione dzieła, ale wraz z opadaniem żelaznej kurtyny rewindykacja stawała się coraz trudniejsza. W końcu, w latach 50 uznano, że jego biuro nie ma już racji bytu i zlikwidowano je.

Do sprawy grabieży dzieł sztuki wrócono w 1992 r. W MKiDN powstał wówczas zespół nazwany Wydziałem Strat Wojennych, który na powrót zaczął poszukiwania, w myśl przepisów, że grabież dóbr kultury się nie przedawnia.

Jak szukać?

Jednak jak szukać zagrabionych dzieł kilkadziesiąt lat po ich zaginięciu? Obserwować rynek sztuki – odpowiada MKiDN. Każdego dnia pracownicy Wydziału Strat Wojennych sprawdzają obiekty wystawione na sprzedaż w 4500 domach aukcyjnych w 72 krajach, które tylko w ubiegłym roku wystawiły na sprzedaż 938,000 dzieł sztuki. Analizują też uważnie wszystkie informacje napływające od muzealników, konserwatorów, historyków i pasjonatów sztuki. A przede wszystkim próbują zaangażować w poszukiwania zwykłych obywateli. Dlatego w maju 2016 r. powstała aplikacja telefoniczna ArtSherlock, która umożliwia automatyczne rozpoznawanie dzieł sztuki z dziedziny malarstwa, rysunku i tkaniny, zrabowanych z polskich zbiorów podczas II wojny światowej. Obiekty można weryfikować w dowolnym miejscu i czasie.

Czasem jednak, żeby trafić na ślad zaginionego dzieła potrzeba trochę szczęścia albo dobrej woli ze strony obecnego posiadacza. Jak w przypadku żony amerykańskiego dyplomaty, która zwróciła kupioną kiedyś przez męża martwą naturę gdy dowiedziała się, że jest to strata wojenna. W efekcie obraz „Bukiet kwiatów” holenderskiego malarza Jacoba van Walscapelle od 2001 r. znowu wisi w Muzeum Narodowym w Warszawie.

Biurko z pałacu w Wilanowie dostrzegli pod koniec 2014 r. uczestnicy projektu badawczego „Daphne” poświęconego m.in. inwentaryzacji eksponatów. Prowadziły go Państwowe Zbiory Sztuki w Dreźnie. Uwagę badaczy zwróciły ślady papierowych etykietek na meblach, nawiązali więc kontakt z Muzeum Pałacu, a gdy własność dzieła się potwierdziła, w lutym 2016 r. land Saksonii zwrócił je Polsce.

Aresztować ten obraz!

Bywa i tak, że dzieło trzeba „aresztować”. Pewnego dnia ktoś zadzwonił do Muzeum Narodowego w Warszawie z informacją, że chciałby pośredniczyć w sprzedaży obrazu. Z nadesłanych zdjęć wynikało, że może to być zaginiona w czasie wojny „Pomarańczarka” Aleksandra Giermyskiego.

Wydział Strat Wojennych przez jakiś czas prowadził z ewentualnym pośrednikiem korespondencję, ale po jakimś czasie kontakt się urwał. Polska strona poprosiła o pomoc policję, jednak interwencja nie poskutkowała. Tymczasem obraz pojawił się na aukcji, w małym, prowincjonalnym miasteczku Buxtehude pod Hamburgiem, gdzie niezależnie od siebie zauważyło go kilku prywatnych kolekcjonerów sztuki. Dom aukcyjny, a raczej antykwariat, nie chciał jednak negocjować z polskim MKiDN twierdząc, że posiadaczka obrazu odziedziczyła go po babce, która w 1948 r. wyszła za mąż za przemysłowca i kolekcjonera z Duesseldorfu. Do aukcji pozostały dwa dni. Polska strona zwróciła się więc do niemieckiego adwokata Petera Raue, który specjalizował się w szybkim zajmowaniu mienia i natychmiast uzyskała decyzję sądu niemieckiego o zatrzymaniu sprzedaży. „Pomarańczarka” wróciła do Polski w 2011 r.

Trudno było też o zwrot dwóch obrazów Juliana Fałata „Naganki na polowaniu w Nieświeżu” i „Przed polowaniem w Rytwianach” zrabowanych w czasie II wojny światowej z Zachęty i wystawionych w 2006 r. na aukcji w Nowym Jorku. MKiDN udało się powstrzymać ich sprzedaż, ale żeby obrazy zwrócono Polsce, trzeba było prosić o pomoc federalną agencję dochodzeniową Immigration & Customs Enforcement. ICE przejęła oba dzieła i dopiero gdy zakończyła dochodzenie w ich sprawie, decyzją amerykańskiego sądu, w 2011 r. obrazy wróciły do Polski.

Meklemburska klempa

Z upływem czasu odzyskiwanie zagrabionych dóbr kultury jest więc coraz trudniejsze. Powodzenie w dużej mierze zależy od tego czy dane dzieło znajduje się w zbiorach publicznych jakiegoś kraju, czy w rękach prywatnych. W tym pierwszym przypadku negocjacje odbywają się na szczeblu rządowym. MKiDN przygotowuje wniosek o restytucję, w którym musi udowodnić, że zabytek należał do polskiej kolekcji, i przedstawić w jakich okolicznościach został utracony. A potem czekać na decyzję władz strony przeciwnej. Jeśli posiadacz dzieła jest osobą prywatną, sprawa jest jeszcze trudniejsza. Kilkadziesiąt lat po wojnie nie ma już tych co kradli, są tylko ich spadkobiercy, albo osoby, które kupiły dany zabytek na rynku i często nie chcą go zwrócić.

Na początku roku syn Otto Wächtera gubernatora dystryktu krakowskiego, Horst Wächter zdecydował się oddać Polsce trzy dzieła wywiezione pod koniec wojny przez jego rodziców: akwarelę Julii Potockiej przedstawiającą Pałac Potockich pod Baranami, XVIII-wieczną mapę Rzeczypospolitej Obojga Narodów, a także rysunek renesansowego Krakowa. Podczas okupacji Krakowa, jego matka Charlotte Wächter – nazywana przez krakowian złośliwie „meklemburską klempą”, przychodziła do Muzeum Czartoryskich w nocy, żeby nikt jej nie przeszkadzał i przyświecając sobie latarką, wyszukiwała co cenniejsze dzieła do dekoracji swojego mieszkania w kamienicy „Pod Baranami”, a przed końcem wojny zabrała je do Niemiec.

W latach 2011-2016 udało się zakończyć 24 postępowania restytucyjne i odzyskać 23 dzieła. To znakomity wynik – mówi MKiDN. Do Polski wróciły m.in. „Murzynka” Anny Bilińskiej-Bohdanowicz, „Św. Iwo wspomaga biednych” – dzieło Jacoba Jordaensa, rokokowy stolik z kolekcji Stanisława Augusta w Łazienkach i obraz Francesco Guardiego „Schody Pałacowe”, zrabowane przez gubernatora części okupowanych ziem polskich Hansa Franka w Warszawie.

Utracony Rafael?

To wszystko mało – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli w swoim raporcie z 2016 r. I wylicza, że wartość odzyskanych dzieł sięga 7,3 mln zł, a koszty poniesione w związku z ich odzyskiwaniem – czyli pensje prawników, delegacje, zewnętrzna obsługa prawna, koszty pozyskania dokumentacji czy odbitek fotograficznych wyniosły 1,16 mln.

To bardzo niewielka kwota – mówi rzeczniczka MKiDN, Monika Piętas – Kurek, tym bardziej, że rachunek ekonomiczny nie może nas powstrzymać przed próbą odzyskania dzieła, bo oprócz wartości materialnej zabytki mają znaczenie dla kultury, artystyczne i historyczne. Piętas-Kurek podkreśla przy tym, że MKiDN nigdy nie wykupuje dóbr kultury, które zostały zagrabione wskutek wojny. Dlatego starania o zwrot niektórych zabytków trwają wiele lat. W nielicznych skrajnie niekorzystnych sytuacjach wypłacana jest rekompensata kosztów konserwacji lub ułamek kwoty, za którą nabywca dokonał zakupu. Zanim jednak rekompensata zostanie wypłacona, polska strona musi mieć pewność, że posiadacz dzieła kupił je w dobrej wierze, nie wiedząc, że pochodzi z kradzieży. Kwotę rekompensaty pokrywają sponsorzy.

Spośród zarejestrowanych w bazie danych 63 tysięcy zaginionych w czasie wojny dóbr kultury, udało się odzyskać 360 obiektów. Jednak większości z nich już nigdy nie zobaczymy, bo nie zostaną odnalezione – zostały zniszczone lub ukryte, albo też nie będziemy mieć wystarczających dowodów, że pochodziły z polskich kolekcji. Zachowane opisy są często zbyt fragmentaryczne, aby udało się nam udowodnić nasze racje – mówi rzeczniczka MKiDN.

Symbolem tych utraconych i wciąż nie odzyskanych dzieł stał się “Portret młodzieńca” Rafaela Santi, także wywieziony przez Hansa Franka z Krakowa, z Muzeum Czartoryskich. Twarz młodego mężczyzny w czarnym berecie widnieje na stronie Wydziału Strat Wojennych, w informatorach muzealnych, w aplikacji ArtSherlock, na widokówkach. „Portret młodzieńca” jest jednym z najbardziej znanych obrazów w polskich zbiorach, choć większość z nas nigdy go nie widziała. MKiDN wciąż ma nadzieję, że to się kiedyś zmieni.


Die andere Seite der polnischen Bemühungen bildet Cornelius Gurlitt (1932–2014), ein quasi “normaler” Deutsche, der sich während des Kriegs eine riesige Kunstsammlung der entartete Kunst zugelegt hat.

Seine Sammlung wird gerade in der Bundeskunsthalle Bonn und in Kunstmuseum Bern  gezeigt. 2014 vermachte Gurlitt  testamentarisch seine Sammlung dem Kunstmuseum Bern. Bei der Ausstellung werden rund 250 Werke gezeigt, die man auch online mit detaillierten Fotos und ausführlichen Provenienzangaben, die den aktuellen Stand der Forschung angeben, betrachten kann (Datenbank Gurlitt). Die Kuratoren der Ausstellung in Bonn sind Rein Wolfs und Agnieszka Lulińska, eine Polin.


Agnieszka Lulińska jest kuratorem wystaw w jednym z najważniejszych niemieckich muzeów. Polka na takim stanowisku to wielka rzadkość.

Agnieszka Lulińska w jej bońskim muzeum

Agnieszka Lulińska jest piękną, elegancką kobietą około czterdziestki. Mimo, że większą część życia spędziła za granicą, mówi przepiękną, literacką polszczyzną.

Jej pasją od najmłodszych lat była historia sztuki. I zawsze jak sięgnie pamięcią, chętnie chodziła na wystawy. Dziś organizuje je w jednym z najważniejszych niemieckich muzeów – Kunst- und Ausstellungshalle der Bundesrepublik Deutschland w Bonn.

więcej


 Aber zurück zu Gurlitt.

Als im November 2013 bekannt wird, dass die bayrische Staatsanwaltschaft die Kunstbestände von Cornelius Gurlitt (1932–2014) beschlagnahmt hat, ist das öffentliche Aufsehen groß. Denn die 1500 Kunstwerke, die der zurückgezogen lebende Sohn des Kunsthändlers Hildebrand Gurlitt (1895–1956) von seinem Vater geerbt hatte, sind verdächtig: Handelt es sich um Raubkunst aus der Zeit der national-sozialistischen Gewaltherrschaft?

Um diesem Verdacht nachzugehen, stellte der deutsche Staat die für die Forschung nötigen Mittel zur Verfügung, während sich Cornelius Gurlitt verpflichtete, als Raubkunst identifizierte Werke zu restituieren. So konnten bislang vier Werke an die Nachfahren der rechtmäßigen Besitzer zurückgegeben werden.


Ja, vier… Vier Werke aus der Fülle von 1500 Stück. Vier Werke in vier Jahre. Bedeutet es, man würde 1500 Werke aus der Gurlitts kollektion in 1500 Jahre richtig einordnen können? Man gibt doch zu, dass bei 200 von 255 Werken, die in Bonn gezeigt werden, besteht nach früheren Angaben der Kuratoren ein NS-Raubkunstverdacht. OK, Papierkramm ist zu erledigen. Aber ein Bild in einem Jahr?

Jetzt aber Ausstellung!
Bestandsaufnahme Gurlitt. Der NS-Kunstraub und die Folgen:

Die Bundeskunsthalle in Bonn und das Kunstmuseum Bern präsentieren in zwei zeitgleichen Ausstellungen eine Auswahl aus diesem umfangreichen Nachlass. Unter dem Titel »Entartete Kunst«– beschlagnahmt und verkauft liegt der Schwerpunkt der Berner Ausstellung auf der von den Nationalsozialisten verfemten Moderne, während Bonn den Fokus auf den NS-Kunstraub und die Folgen legt. Eingebettet in den historischen Kontext, zeichnet diese Ausstellung den Werdegang Hildebrand Gurlitts nach. Gurlitt, obwohl ein leidenschaftlicher Verfechter der Moderne, stieg er zu einem der wichtigsten Kunsthändler im nationalsozialistischen Deutschland auf. Nach dem Krieg konnte er ungeachtet der Schuld, die er auf sich geladen hatte, weitgehend problemlos an seine Vorkriegskarriere als Museumsdirektor anknüpfen. Parallel zu Gurlitts Lebensweg werden exemplarische Biografien von Zeitgenossen vorgestellt. Ein besonderes Augenmerk liegt dabei auf den Schicksalen der verfolgten, meist jüdischen Künstler, Sammler und Kunsthändler, die dem NS-System zum Opfer fielen.

Die Ausstellung Bestandsaufnahme Gurlitt – Der NS-Kunstraub und die Folgen zeigt somit nicht nur eine Auswahl an Kunstwerken, die – von Dürer bis Monet, von Breughel bis Beckmann – ein breites Spektrum der Kunstgeschichte abbilden und jahrzehntelang dem Blick der Öffentlichkeit entzogen waren. Indem die Herkunft jedes Kunstwerks thematisiert wird, eröffnet sie auch einen spannenden Blick in die Geschichte der Objekte.

Bundeskunsthalle Bonn 3. November 2017 bis 11. März 2018

Kunstmuseum Bern 2. November 2017 bis 4. März 2018

und demnächst auch in Berlin. Für Herbst 2018 wird eine weitere Ausstellung zum Thema angesagt, im Martin-Gropius-Bau. 

Reblog: Polak na wakacjach

Zimno, deszcz, wiatr, mgła, szare niebo, chmury, katar… Albo natychmiast spakujemy manatki i uciekniemy na Wyspy Zaczarowane, albo przynajmniej sobie poczytajmy, jak było, jak będzie, i jak mogło by nie być, gdyby nie było, jak jest… Zreblogowałam z National Geographic, tylko zdjęcie dałam od siebie, bo… Bo tam było tak cudownie, cicho, czysto, ciepło, ale nie za zimno i nie za gorąco, pusto. A tu plucha.

7  grzechów głównych Polaków na wakacjach 

Wieczne narzekanie. Że zimno. Że gorąco. Że tłok. Że ludzi nie ma. Zabieranie jedzenia na zapas ze stołówek… Polak w podróży nierzadko bywa irytujący, bezczelny, trudny we współpracy. Tyle że nie jesteśmy jedyni; każdy naród na świecie potrafi wyliczyć podobny zestaw swoich wakacyjnych przewin.

Obśmiać go nietrudno, bo obiekt to wdzięczny. Michał Rusinek nawet kilka limeryków poświęcił karykaturalnym opisom wypoczywających nad modrym Jadranem Polaków. Jeden zaczynał się tak: „Polak robi w Czarnogórze/ dziś wrażenie bardzo duże:/ Nosi zawsze – dumny cały –/ i skarpetki, i sandały”.

Kiedy o największy grzech Polaków na wakacjach pytam na Facebooku, pod postem w kilka godzin zbiera się ponad 150 komentarzy. Lista zarzutów, którą odtwarzam na podstawie tej dyskusji oraz wieloletnich rozmów z przyjaciółmi i zwykłych życiowych obserwacji, jest naprawdę długa. Są na niej i skarpetki do sandałów, i obsesyjne przeliczanie cen, i nadużywanie alkoholu.

Najczęstsze jednak przewiny rodaków są chyba cztery: śmiecenie, głośne zachowanie (wrzaski, głośne rozmowy, jak i puszczanie własnej muzyki na plaży czy kempingu), narzekanie (a nawet, jak napisał mój znajomy: „ Wieczne narzekanie. Że zimno. Że gorąco. Że tłok. Że ludzi nie ma. Że drogo. Że tandetnie. Że brudno. Że za czysto. Że soku nie ma.  Że herbaty nie ma. Że kawa gorzka. Że słodka. Że obsługa słaba. Że ludzie dziwnie grzeczni. Że wszędzie ci głupi Polacy. Że Rosjanie. Że Niemcy. Że jest inaczej”) i kombinowanie, czy raczej nadużywanie reguł. To ostatnie może polegać na zabieraniu jedzenia na zapas ze stołówek czy obżeraniu się przy szwedzkim stole, ale też na obsesji dojechania wszędzie własnym autem, mimo tabliczek i zakazów.

 Nad oceanem w Portugalii

Poważny zarzut to też chamstwo, niekiedy ocierające się o rasizm i nacjonalizm. Pokrzykiwanie na kelnerów, kąśliwe uwagi o miejscowych, zwłaszcza jeśli ich kolor skóry jest ciemniejszy od nadwiślańskiego różu, i protekcjonalizm. Ten szczególnie daje znać o sobie na wschód od Bugu. W „naszym Lwowie”, „naszym Wilnie”, a już tym bardziej „u Kacapów”, na uświęconej męczeńską krwią „naszych zesłańców” Syberii gość z Polski często nie przebiera w słowach. Wszystkich napotkanych ludzi ma albo za głupków, albo za oszustów, a najczęściej za jednych i drugich jednocześnie. Kobiety dodatkowo – za łatwe i puszczalskie, szczególnie wtedy, gdy są odporne na jego wątpliwe wdzięki. Lista grzechów jest długa.


Siedem grzechów głównych

Chciwością można nazwać to 1. wieczne przeliczanie wszystkiego na złotówki (czy aby u nas nie taniej?), meldowanie dwóch osób w apartamencie, a po wyjściu właściciela ściąganie do niego kolejnych pięciu, oraz słynne już wrzucanie much do talerza, żeby nie płacić za obiad.

Nieczystość to oczywiście 2. śmiecenie i wszystkie pokrewne zbrodnie, jak niesortowanie śmieci czy buchanie ludziom na kempingu, albo plaży, spalinami z rury wydechowej. Pod zawiść da się podciągnąć 3. narzekanie i krytykanctwo. W duchu: mają ci Grecy co prawda błękitne, ciepłe morze i gaje oliwne, ale o herbatę z cytryną na śniadanie u nich trudno. Albo: ładny niby ten Paryż, i złocenia, i łuki, i witraże, ale cóż z tego, skoro psy po chodnikach srają, a w metrze śmierdzi. W naszym, warszawskim, jest czyściej i żadnych bezdomnych!

4. Nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu to wiadomo. Tutaj wpadają wszystkie autokarowe popijawy, masowo oblegane sklepy wolnocłowe na lotniskach, pięć porcji whisky wychylonych na pokładzie samolotu, a nawet własna wódka konsumowana w apartamentach od Cypru po Wyspy Kanaryjskie. No i oczywiście stosy na talerzach w wypadku szwedzkiego stołu, a nawet przekazywanie sobie potajemnie na koniec turnusu sprytnie zdejmowanych opasek „all inclusive”.

5. Gniew to „Nieustanny wkurw. Na pogodę, dzieci, kelnera, sąsiada”, ale też „wrzask, wrzask, wrzask”, który zdaniem jednego z dyskutujących pod moim postem kolegów bierze się „z braku możliwości/umiejętności odreagowania stresów w ciągu roku”.

A ostatnia na liście 6. gnuśność? Też ma swoje odpowiedniki w wakacyjno-podróżniczych praktykach Polaków. Tutaj mamy przede wszystkim brak znajomości języków obcych i brak jakiejkolwiek chęci zmiany tego stanu rzeczy. Dowcip o piłce do metalu znamy chyba wszyscy, a i każdy pewnie nie raz widział rodaka starannie, po polsku, tłumaczącego coś zdziwionemu Tajowi czy Łotyszce, z narastającą irytacją, że głupek ten ich nie rozumie. Z tą nieznajomością języków łączyć się może zamiłowanie do wczasów zorganizowanych. Wiadomo, że jak ktoś nie zna ani słowa w obcych językach, nie będzie mu się chciało organizować wakacji samemu, dogadywać się w sprawie transportu, noclegu i jedzenia.

Jest jednak jedno, za to wielkie „ale”. Co bieglejszy w naukach Kościoła czytelnik pewnie zauważył, że pominęłam grzech pierwszy i najważniejszy, a mianowicie pychę. Największym grzechem Polaków na wakacjach jest 7. naśmiewanie się z innych Polaków. Wszyscy uwielbiamy rozprawiać o tym, jacy to Polacy hałaśliwi, jak koczują przy swoich samochodach z disco polo na full włączonym, jak puszki po piwie i opakowania po chipsach wszędzie rozrzucają, jacy zamknięci na obce kultury, jacy aroganccy dla obsługi i jacy roszczeniowi.

Można ich bronić: że jedzenie wynoszą, bo nie mają pieniędzy, by żywić się na mieście, że języków nie znają, bo w PRL-u nie uczyli. Ale przyjemniej przecież rozprawiać o tym, że Polacy źle ubrani, że mało obyci w świecie i prawidłowo wymówić macchiato nie umieją. No bo pamiętać o tym, że wielu Polaków wciąż po prostu nie stać na żadne wakacje, na których mogliby sobie pogrzeszyć, jakoś głupio.


O tym naśmiewaniu się opowiada spektakl Pogarda wyreżyserowany przez Wiktora Rubina i zrealizowany przez Kantor Downtown Collective. Zaczyna się od filmiku przedstawiającego obleśnego, wąsatego typa na wakacjach, „Polaczka” jak ta lala, wypisz wymaluj jak z moich opisów kilka akapitów wyżej. A potem przywołuje teksty pełne pogardy, jakie przewinęły się w ciągu ostatnich kilku lat przez polskie media. Konstrukcja spektaklu opiera się na prostej dychotomii: poczucia wyższości i właśnie pogardy.

Pogardzamy, bo czujemy się lepsi. Albo przynajmniej chcielibyśmy tak się czuć. Obleśny typ, który na początku widzów Pogardy tak śmieszy i brzydzi, nie jest realnym bytem, a utkanym z tych wszystkich od lat obecnych w naszej
kulturze wątków i wyobrażeń o nas samych i o innych. To w stworzonym z nich, spaczonym obrazie tak lubimy się przeglądać. Tak, lubimy czuć się lepsi. Turystyka, szczególnie turystyka niszowa, jest jedną ze strategii odróżniania się od innych, kreowania własnego wizerunku, na użytek własny i swoich w siatce społecznej.

Ponieważ coraz trudniej zrobić w czasie wakacji coś, czego nie robią inni, pomysły na turystykę niszową stają się coraz bardziej ekstrawaganckie. Już nie wystarczy gdzieś pojechać autostopem, trzeba iść na piechotę, z psem, z dwumiesięcznym dzieckiem, tyłem, na czworakach. Na pięknej plaży każdy głupi był, to samo w zwykłych górach, jeździ się więc do obozów zagłady i łagrów albo podróżuje, odwiedzając kolejne slumsy, miejsca, o których świat zapomniał (dark tourism). No i krytykuje tych wszystkich normalsów, dla których idealne wakacje to hotel z basenem plus cztery posiłki podane pod nos.

Anna Horolets, socjolożka, która od lat bada turystykę i turystów, zwracając szczególną uwagę na te wszystkie subtelne gry prestiżów, w jakie podróżowanie jest uwikłane, zwraca uwagę na charakterystyczne dla klas średnich „szukanie turysty gorszego od siebie”.

Jej zdaniem to nawet nie jest nasza, narodowa, polska cecha, a cecha turystyki jako takiej. Właśnie dlatego, że coraz trudniej być samemu na wakacjach, przeszkadzają inni turyści. Człowiek się obawia, że upodobni się do nich, a przecież miał był inny, lepszy, bardziej wyjątkowy.

Tak, nie da się ukryć, zostawianie śmieci w lesie czy na plaży jest złe, podobnie jak darcie się na ulicy, a tym bardziej w muzeum, czy chamskie odzywki do kelnerów, niezależnie od tego, czy tamci je rozumieją, czy nie. Nie ma co jednak – oburzając się tymi nagannymi zachowaniami – nakręcać oikofobii, strachu przed swoimi, jak bardzo inni byśmy się od nich nie czuli. Miło jest czuć się lepszym i fajniejszym niż przeciętny Kowalski. Ale czy naprawdę pan w skarpetach do sandałów lub pani wypoczywająca na turnusie all inclusive samym swoim istnieniem zrobili komuś coś złego?

Nieprzekonanym polecam rozmowę o największych grzechach angielskich turystów z Anglikiem albo o największych grzechach rumuńskich turystów z Rumunem. Gwarantuję, że usłyszycie mniej więcej to samo, o czym przeczytaliście w tym tekście.

Ludwika Włodek

Reblog jesienny czyli…

Piotr Beszczyński

Reakcja pogańska

Widok z Gdańska na Hel. Hel niewidoczny, bo zamglony.
X Widok z Helu na Gdańsk. Gdańsk niewidoczny, bo zamglony.

  • Jak można wnioskować z powyższych zdjęć, koniec września upłynął nam między Gdańskiem a Helem. Cały łączący je pas wybrzeża, a zwłaszcza Półwysep Helski, staje się dostępny dla ludzi przedkładających nadmorskie klimaty nad otoczone tłumem budki z goframi dopiero wtedy, gdy skończą się wakacje.
  • Jak każde niemal miejsce, w którym postawi się stopę, również Półwysep odsłonił kawałek nieznanej nam (a wstyd!) historii: czcigodny Zygmunt Stary, zhołdowawszy Prusy Wschodnie po sekularyzacji Zakonu Krzyżackiego, zdecydował się oddać w 1526 roku końcówkę półwyspu zawsze mocnemu i mocno niezależnemu Gdańskowi, w zamian za nieuprzykrzanie życia konkurencyjnemu dla Gdańska portowi w pruskim Elblągu. Pomogło to niewiele, bo gdańszczanie umożliwili wprawdzie dostęp do Elbląga z Bałtyku, jednak poprzez hydrotechniczne sztuczki starali się ograniczyć ilość wód wiślanych, a przez to ilość towarów, dopływających do portu elbląskiego od polskiej strony. Tak czy owak, podział półwyspu zachował się przez ponad ćwierć tysiąclecia, do drugiego rozbioru Polski. Jastarnia zaś, gdzie ustalono granicę podziału, funkcjonowała przez ten czas jako dwie Jastarnie: jedną – Gdańską, i drugą – Pucką, przynależną do Polski.
    X
  • Dzisiejsi władcy Polski mają odmienną sytuację: aby przywrócić do życia portową aktywność Elbląga nie muszą już dzielić Półwyspu Helskiego, lecz Mierzeję Wiślaną. I nie administracyjnie, lecz fizycznie, za pomocą kanału przekopanego u jej nasady na złość Ruskim i ekologom, zaś ku uciesze żeglarzy. Kopać mają zacząć niebawem, więc postanowiliśmy jeszcze suchą nogą wybrać się do Piasków, położonej najdalej po polskiej stronie miłej wsi artystów, rybaków i dzików. Nawet latem nie docierają tu tłumy, osadzające się wcześniej, w Krynicy Morskiej.
    X
    Zalew Wiślany, przed tysiącem lat jeszcze bałtycka zatoka, nad którą Wikingowie usadowili swoje Truso, później bywał akwenem morskich bitew, a pod koniec II wojny światowej – niósł po swej zamarzniętej powierzchni tłumy mieszkańców Królewca, uciekających przed nacierającymi Sowietami. Pod wieloma lód się załamał.


    Wrzesień 2017 kipiał gorączką polityczną i artystyczną. Politycy rządzący coraz szerzej wymachiwali maczugami z obłudnym napisem „dobra zmiana”, politycy opozycyjni zaś z coraz większym trudem robili uniki, starając się znaleźć oręż do cywilizowanej kontrofensywy. Trwa to już ponad dwa lata i pewnie potrwa dość długo. Na szczęście artyści robią swoje, dostarczając publice chwil uśmiechu i wytchnienia. Zapamiętaliśmy kilka z licznych wydarzeń, a to:

  • „Wiedźmin” – nowy musical w gdyńskim Teatrze Muzycznym, w imponującej oprawie muzycznej, choreograficznej i scenograficznej, choć odrobinę może zbyt przegadany.
  • „Habit i zbroja” – doskonale zrobiony pełnometrażowy film o walorach edukacyjno – dokumentalnych, opisujący historię tak ciekawiącego nas Zakonu Krzyżackiego. Chyba tylko nas, bo na widowni byliśmy sami. Rzecz powinna być obowiązkowym uzupełnieniem lekcji historii w szkołach, ale niekoniecznie się nim stanie, bo brak tam jakiejkolwiek sekwencji związanej z żołnierzami wyklętymi. Może nie było ich pod Grunwaldem?
  • UCHOwaj nas od PREZESA, Panie! wznowiło się po wakacyjnej przerwie. Pokazują się w nim coraz bardziej znani aktorzy, bo trzeba naprawdę wielkich umiejętności, aby taktownie obśmiać pierwowzory.
  • „Twój Vincent” – absolutna rewelacja, niestety niedoceniona na gdyńskim festiwalu. Malarski film, który zbiegiem okoliczności przywołuje impresjonistyczną atmosferę obejrzanej kilka dni wcześniej wystawy autochromów, pierwszych kolorowych fotografii z początków XX wieku
  • Inauguracja artystycznej działalności Oliwskiego Ratusza Kultury, najbardziej wyczekiwanego dziecka (to metafora, ma się rozumieć…) Andrzeja Stelmasiewicza – postaci niestrudzenie oliwiącej tryby gdańskiej kultury pozaratuszowej.
    X
    Na początek -mocny akcent, bo Hamlet, jakiego świat nie widział – przedstawiony przez teatr jednego aktora (Adama Walnego) i wielu kukieł taplających się w krwawych akwariach (sanguariach?).
    X
  • Najsmakowitszym kąskiem wrześniowych wrażeń kulturalnych było spotkanie w kameralnej, gruzińskiej atmosferze ze Stanisławem Tymem. Tym Tymem. Nie zdołam należycie sprawy opisać, mogę tylko dziękować komu trzeba za taką okoliczność!!!

I na koniec : jeśli dziwi Was tytuł wpisu, to w największym skrócie przypomnę, że:

  • „reakcją pogańską” nazywają historycy fale odwrotu od chrześcijaństwa, które miewały miejsce wśród społeczeństw intensywnie chrystianizowanych, na ogół za polityczną (choć czasem też duchową) inspiracją, lub co najmniej przyzwoleniem ich władców.
  • na słowiańszczyźnie zjawisko to wystąpiło z dużą mocą w XI-XII wieku, zwłaszcza wśród plemion połabskich (na terenach obecnych północnych Niemiec), jak też w państwie Piastów. Wzmiankowałem o tym w dawniejszych wpisach i z pewnością nie raz powrócę do sprawy w przyszłości.
    X
  • dziś jednak ów historyczny termin nasuwa mi takie oto skojarzenia: chrześcijaństwo przed tysiącem z górą lat nadciągnęło, ze wszystkimi swoimi jasnymi i ciemnymi stronami, z zachodu Europy, zaś reakcja pogańska była emanacją „ludowego” sprzeciwu przeciw owej nie swojskiej doktrynie. Żywiła się hasłem powstania z kolan, dosłownego w tym przypadku, bo sprzeciwiającego się oddawania na klęczkach czci nowemu bogu.
  • społeczeństwa zachodniej Europy wykształcały przez ten tysiąc lat obecny model funkcjonowania – z pewnością daleki od doskonałości – jednak będący (przynajmniej jeszcze całkiem niedawno) przedmiotem westchnień społeczeństwa polskiego. Działo się to wśród potoków krwi wojen religijnych, swądu stosów inkwizycji i ogromu niegodziwości pokoleń kościelnych hierarchów, ale także wśród przebijającej się przez nie stopniowej humanizacji ludzkich relacji.
  • I co widzimy? Owe w miarę ucywilizowane wzorce, w ostatnich latach z ochotą przeszczepiane na polski grunt, nagle spotkały się z odporem. Katolicki naród zaczął kontestować owoce tysiącletniej ewolucji chrześcijańskiej Europy. Reakcja pogańska we współczesnym polskim wydaniu nacjonalistyczno – katolickim. Taki mam obraz.
  • No, może trochę się zagalopowałem. Jest bowiem rzymski katolicyzm (nie całkiem Franciszkowy, niestety), ale są też jego skrzywione odmiany, jak choćby rydzki kaczoliżyzm , skutecznie mobilizujący lud polski do wspomnianej pogańskiej reakcji.
  • Co do przyczyn tego stanu rzeczy – dziesiątki publicystów pochylają się, próbując je zdefiniować i szukać sposobów przeciwdziałania. Jedni bardziej, inni mniej sensownie. Jeśli przyjdzie mi do głowy jakiś pomysł – poinformuję o tym niezwłocznie na blogu; zachęcam też komentatorów!

Reblog: 1917

Krzysztof Ruchniewicz

Przewrót

Pod takim tytułem otwarto 18 października b.r. w Berlinie w Deutsches Historisches Museum wystawę, która upamiętnia 100 rocznicę rosyjskich rewolucji: obalenia caratu i przewrotu bolszewickiego w Rosji. Wydarzenia te zostały ukazane w tzw. długim trwaniu, które obejmuje nie tylko ich przyczyny, przebieg, ale i ich bezpośrednie oraz długofalowe skutki. Wystawę zrobiono z dużym rozmachem, zgromadzono setki ciekawych eksponatów, zadbano o różne grupy zwiedzających (także młodzież i dzieci). Poruszono również polskie wątki.

Wystawę “Rewolucja 1917. Rosja i Europa“ prezentuje berlińskie Deutsches Historisches Museum. Będzie dostępna dla zwiedzających do 15 kwietnia 2018 r. Wprowadzeniem do niej są odtwarzane na ekranach wypowiedzi 10 osobistości z Niemiec i Rosji na temat dzisiejszego znaczenia tamtych wydarzeń. Następnie w w kolejnych salach tematycznych widz zapoznaje się z podstawowymi faktami, ale i niejednokrotnie z zapomnianymi czy pomijanymi powiązaniami między sytuacja w Rosji a wypadkami w Europie.

Wystawa, która w założeniu ma pokazywać wiele perspektyw i interpretacji, świadomie zrezygnuje z ujęcia linearnego. Na plan pierwszy wysuwają się problemowe duety: zależności między zamiarem a realizację, utopią a rzeczywistością, aż w końcu między akcją i reakcją wewnątrz Rosji, ale także na zewnątrz poprzez pokazanie recepcji komunistycznych idei i przeciwdziałanie im. Autorzy, Julia Franke, Christiane Janke i Arnulf Scriba, podkreślają, że od samego początku nurtom społecznie emancypacyjnym i modernistycznym w sztuce, towarzyszył polityczny dogmatyzm i przemoc w najróżniejszych postaciach, która rozlewała się po obu stronach nowych frontów. Dla nich są to nierozerwalne części narracji o 1917 r. i jego następstwach.

Na początku poznajemy rozwarstwione społeczeństwo rosyjskie przełomu XIX i XX wieku, zróżnicowane ze względu na usytuowanie w społecznej hierarchii , ale i narodowość i wyznanie.

Niewątpliwą atrakcją są ekrany z filmowymi fragmentami sprzed stu lat: sceny z życia codziennego carskiej rodziny, mieszczaństwa i chłopstwa. Różnice i kontrasty w społecznych relacjach pogłębiła dramatycznie I wojna światowa. Początek XX wieku (rewolucja 1905 r.) przyczynił się do politycznego pobudzenia mieszkańców imperium, ale także uwypuklenia zmian w kulturze. Wystawa pokazuje najbardziej znane przykłady rozwoju nowoczesnej sztuki w Rosji tego okresu.

Dużo uwagi poświecono politycznym, społecznym i wojskowym aspektom położenia Rosji, które w konsekwencji doprowadziły do upadku caratu i zmiany systemu. W centrum widzimy wydarzenia rewolucyjne od rewolucji lutowej 1917 roku, przez przewrót październikowy do wieloletniej wojny domowej. W wyniku rewolucji i wojny domowej powstał ZSRR, państwo „nowego człowieka“, będące wielkim społecznym laboratorium. Podstawowym instrumentem polityki wewnętrznej była wszechobecna propaganda oraz terror, tak „demokratyczny”, że obejmujący i cara, i chłopa uznanego za wroga. Zilustrowano to licznymi plakatami i zdjęciami. Podkreślono zmianę roli kobiety, przybliżono nowe rozwiązania w architekturze, oddające rewolucyjny impet tych zmian.

Kolejną część wystawy stanowi opowieść o odbiorze i reakcji na wydarzenia w Rosji. Prezentowana jest cała paleta postaw od akceptacji rewolucyjnych haseł do ich odrzucenia i antyrewolucyjnego terroru. Plany światowej rewolucji znajdowały niemało zwolenników na całym kontynencie, a bolszewicy aktywnie ich wspierali. Strach przed rewolucją stanowił zaś paliwo dla prawicowej radykalizacji. Na przykładzie sześciu państw postanowiono zilustrować różne reakcje na przewrót w Rosji. Wybrano Niemcy, Węgry, Polskę, Włochy, Wielką Brytanię i Francję. Autorzy wystawy słusznie wyszli z założenia, że I wojna światowa i jej skutki nie były uniwersalne dla całej Europy. W wyborze państw kierowano się kryteriami politycznymi (przegrani i zwycięzcy w I wojnie), jak i gospodarczymi (państwa rolnicze i przemysłowe).

Z pewnością umieszczenie przypadku polskiego nie powinno dziwić. Polska skorzystała na rewolucji (nie tylko w Rosji, ale i pozostałych państwach zaborczych), nie zamierzała jednak stać się państwem rewolucyjnym na wzór rosyjski. Polskie dążenia do odzyskania niepodległości przedstawiono poprzez rzeźbę Edwarda Wittiga. Przedstawia ona boginię Nike, która kroczy wsparta przez skrzydlatych geniuszy usosabiających miłość do ojczyzny i męstwo. Odrodzona Polska rodziła się pośród wojny, a jednym z najpotężniejszych zagrożeń, jak przedstawia to wystawa, było dążenie bolszewickiej Rosji do przeniesienia rewolucji na zachód (ilustruje to słynny cytat z M. Tuchaczewskiego). Jednak przyczyny oraz przebieg konfliktu polsko-bolszewickiego można było ukazać w sposób bardziej szczegółowy (bitwa warszawska została wspomniana na marginesie).

Widzowi zaprezentowano przede wszystkim odbicie konfliktu w polskiej propagandzie, podkreślając utożsamianie w niej bolszewizmu z żydowskim zagrożeniem. Zwrócono uwagę na wzrost antysemityzmu, czego przykładem było internowanie żołnierzy pochodzenia żydowskiego (m.in. obóz w Jabłonnej). Przybliżono postać Józefa Piłsudskiego, ale bez podania informacji o jego wcześniejszych związkach z socjalizmem. Zdjęcie członków Tymczasowego Komitetu Rewolucyjnego Polski wykorzystano do poinformowania zwiedzających, że także w Polsce powstała probolszewicka partia. Szkoda że bardziej nie wyeksponowano życiorysów Piłsudskiego i Dzierżyńskiego, by pokazać jak różnymi drogami potoczyły się losy niegdysiejszych polskich socjalistycznych rewolucjonistów, pochodzących ze szlacheckich rodzin.

Silny antybolszewizm był – jak pokazują autorzy wystawy – wiodącą postawą polityczną Europy. Wiązano z nim, nie tylko w Europie Wschodniej, także antysemityzm. To połączenie w późniejszych latach posłużyć miało do legitymizacji przemocy wobec Żydów. Na wystawie zgromadzono liczne plakaty, które wykorzystywały ten motyw.

Wystawę zamyka opowieść o emigrantach z Rosji, ale i do Rosji. Pokazano losy „białych”, w trudnych warunkach budujących nowe życie w różnych państwach europejskich, ale i przypomniano o emigrantach zmierzających w latach 20. do ZSRR, by tam współtworzyć „nowy świat”. Epilogiem wystawy, dość ekscentrycznym, jest rzeźba Alexandra S. Kosolapowa Hero, Leader, God z 2007 r. Pokazuje ona, że po stu latach wydarzenia, które spowodowały tak dramatyczne i przede wszystkim katastrofalne zmiany, są częścią kultury masowej, w której już mało ważne jest, czy dany artefakt wyprodukowany został przez „kapitalistyczny” czy „socjalistyczny” świat. Zwiedzający z Polski, od razu przypomina sobie wykpiwane na sto sposobów hasło „Lenin wiecznie żywy”.

Na osobną uwagę zasługują rozwiązania techniczne, które wykorzystano na wystawie. Jest kierowana do różnych grup odbiorców. Wysokość witryn dostosowano do wymogów osób niepełnosprawnych, pomyślano o udostępnieniu tekstów dla niesłyszących i niewidomych. Tych ostatnich prowadzi specjalna wypukła linia po całej wystawie, teksty są dostępna w brajlu. Wystawę mogą także zwiedzać dzieci. Z myślą o nich przygotowano specjalną, uproszczoną wersję tekstów (wyróżniono je osobną czcionką) oraz puzzle mające za podstawę wybrane obiekty. Wystawa jest dostępna po niemiecku i angielsku. Towarzyszą jej pięknie wydane katalogi, jeden z eksponatami i związanymi z nimi tekstami, drugi z esejami naukowymi.

Zob.

1917 Revolution. Russland und Europa, hrsg. von Julia Franke, Christiane Janke und Arnulf Scriba, Dresden: Sandstein Verlag, 2017, ss. 320;

1917 Revolution. Russland und die Folgen. Essays, hrsg. vom Deutschen Historischen Museum und dem Schweizerischen Nationalmuseum, Dresden: Sandstein Verlag, 2017, ss. 199.

Reblog: Minął sierpień, minął wrzesień

Piotr Beszczyński

    • To zdjęcie zrobiłem Wiesławowi Michnikowskiemu równo pół wieku temu, gdy podczas górskiej wędrówki spotkałem go na targu, w Krościenku bodajże. Artysta był wtedy u szczytu popularności, jako jedna z najjaśniejszych gwiazd Kabaretu Starszych Panów. Zdaje się, że chciał kupić pomidory. Umarł, gdy już prawie minął wrzesień.

Taka pora, że myśli się więcej niż zwykle o tych, co odeszli, jak też w ogóle o przemijaniu. Zachodzi się na cmentarze, które są różne: a to trwają setkami lat i pomnikami wysokiej rzeźbiarskiej próby, a to ledwie dają się rozpoznać wśród zarośli, lub też znikły w ogóle, czasem upamiętnione skromnym lapidarium.

  • Czynny przez zaledwie kilkanaście lat przed końcem II wojny światowej cmentarz krematoryjny we Wrzeszczu (niemal dokładnie w miejscu funkcjonującej przez kilka wieków gdańskiej szubienicy miejskiej) został ostatnio przez miasto nieco uporządkowany, jednak nagrobków zachowało się niewiele
    XXX
  • Po przeciwnej stronie Królewskiej Doliny tam, gdzie ulica Traugutta kończy się w lesie, dadzą się jeszcze z trudem rozpoznać resztki cmentarza żydowskiego który, jak czytamy w książce Ludwika Passarge’a, na pewno funkcjonował już w połowie XIX wieku
    XXX
  • Dla kontrastu – chyba najbardziej znany i największy cmentarz żydowski na Górze Oliwnej w Jerozolimie. Mimo bardzo wysokich cen pochówku cieszy się dużym wzięciem, bo ponoć jego lokatorzy mają być w pierwszej kolejności i szczególnie łaskawie potraktowani podczas Sądu Ostatecznego.
    XXX
  • Rejony dolnej Wisły, zwłaszcza Żuławy, zawdzięczają swój status najżyźniejszych i najlepiej zagospodarowanych rolniczo ziem wielowiekowej, uporczywej pracy ludu zwanego z polska Olędrami. Osiedlali się tu począwszy od XVI wieku, przybywając z Niderlandów w poszukiwaniu dogodnych włości, ale przede wszystkim – w ucieczce przed religijną nietolerancją, dotykającą tam chrześcijański odłam zwany mennonitami. Mennonitów nie ma już na Żuławach od dziesięcioleci (nie byli tu zbyt lubiani również za czasów pruskich), ale pozostałości ich cmentarzy można jeszcze gdzieniegdzie spotkać
    XXX


Innego rodzaju odczucia budzą stare, ciągle funkcjonujące cmentarze – galerie sztuki, jak choćby ten w Mediolanie:


  • Chwila zadumy nad sferą wiecznego odpoczywania jest o tej porze roku oczywista, jednak doczesność każe się z niej szybko otrząsnąć.
  • Dosyć niespodziewanie, wobec skutecznej – dla rosnącego ponoć elektoratu rządzącej partii – propagandy sukcesu, zbuntowali się młodzi lekarze. Poparli ich gremialnie przedstawiciele wszystkich fachów, trudniących się opóźnianiem procesu przechodzenia ludności na drugą stronę Styksu. Nie poparła ich znaczna część wzmiankowanego wyżej elektoratu dobrze pamiętająca, że wszystkim buntującym się przeciwko partii i rządowi należy się etykieta wichrzycieli i warchołów, będących na garnuszku amerykańskich imperialistów i zachodnioniemieckich rewizjonistów.
  • Jak się potoczą sprawy ochrony zdrowia – nie wiadomo, oczywiście. Pewne jest natomiast (i potwierdzają to ku mojemu żalowi największe medyczne autorytety), że koniec końców od dotknięcia kostuchy raczej się nie wywiniemy. A skoro tak, to próbujmy jak najmniej uprzykrzać życie sobie i innym!
    XXX

 

Reblog: Rozmyślania w samolocie

Jacek Pałasiński

CHAOTYCZNE PRZEMYŚLENIA STARSZEGO MĘŻCZYZNY FRUWAJĄCEGO W DNIU SWOICH URODZIN

LOT
Z góry… Z góry wszystko wygląda inaczej. Relatywnie. Trudno sobie nawet wyobrazić, patrząc, przez okienko samolotu, że istoty, których z tej wysokości nie widać, mogą emanować złe emocje w ilościach zdolnych zniszczyć ich samych i tę piękna planetę…

DOM
Z okien samolotu za Rzymem dostrzegłem górę. Z drugiej jej strony stoi budynek, który długo nazywałem „moim domem”. Moje dorosłe, bardzo dorosłe Dzieci, nadal uważają to miejsce za swój „dom rodzinny”. A przecież wszelkie związki między tamtym domem a nami ustały.
W domu nie ma śladu po nas; to w nas jest ślad po nim.

LOS KOLIBRA
K. też jest w Rzymie, a właściwie ponad nim. Nie chodzi, lecz unosi się nad jego ulicami w zachwyconej euforii. Mówi, że chce się tu natychmiast przenieść i mam wrażenie, że to miejsce daje jej namacalne poczucie szczęścia, gdzieindziej nie zaznanego. Ciesz się tym szczęściem, bo ulotne.
I co: mówić jej, jak to się kończy dla kolibra, kiedy nie oderwie wzroku od magnetycznych oczu kobry i zginie, pożarty? Czy pozwolić, by odkryła, że najbardziej dewastujące rozczarowania dotyczą obiektów naszej miłości? O, bo Rzym rozczaruje każdego kto zechce się przebić przez jego magiczną powierzchowność, gdy zajrzy do jego czarnej i zepsutej duszy.

ŚLAD
Jak wygląda ślad po domu, który zwykliśmy nazywać „naszym domem”? Jest niematerialny, zapisany, zapewne wyłącznie jako mikroładunki elektryczne w jakiejś, nie wiadomo jakiej, mgławicy neuronów wewnątrz tej wstrętnawej galaretki, jaką nosimy w głowie?
Ile jest wart ten prąd? Da się wycenić coś tak nieskończenie małego? Nie? To czemu przywiązuję do tego tak dużą wagę?
Czemu ją przywiązuję do tak wielu mikroprądów w zwojach mego mózgu, skoro zsumowane nie dadzą razem jednego miliwata, a ileż może być wart jeden miliwat i jak się on ma do wielkiego świata widzianego z okna samolotu?

PROBIERZ
I jeżeli są one, choć nie wiem dlaczego, coś warte dla mnie, to ile mogą być warte dla innych? Nic, kompletnie nic? Czy tylko w zakresie, w jakim moje mikroładunki pokrywają się z mikroładunkami bliźnich mojej epoki?
Jak się o ich wartości dla bliźnich przekonać?
Po ilości komplementów? Pozytywnych uczuć? Po liczbie ludzi na moim pogrzebie?
Ilu ich będzie? Czy przyjdą znaczni, czy przyjdą sławni? Zechcą coś powiedzieć? Czy będą to nieznośnie banalne, puste słowa, ubrane w pozór emocji? Próba wylansowania siebie przed wdzięczną, bo cichą widownią?
Czy będą smutni, czy będą płakać szczerymi łzami, czy przyjdą z poczucia obowiązku, bo w gruncie rzeczy, cóż zanik mikroprądów może obchodzić kogoś innego poza ich posiadaczem? Czy naprawdę poczują w sercu przykry brak, kiedy zejdą się na cmentarzu, albo kiedy wpadnie im w oko mój nekrolog? Bo ponoć jesteśmy w stanie znieść nawet najgorsze cierpienie. Bliźniego…

CAPSTRZYK
Chciałbym, żeby nad moją trumną odegrano ukochaną przeze mnie muzykę, ale wszak to ja ją kochałem, a nie zebrani w kondukcie: męczyć ich czymś, czego zapewne nie zrozumieją? I, na dodatek, ktoś przyśle wdowie po mnie rachunek za nieopłacone prawa autorskie od publicznego wykonania tej muzyki. Nawet dzwon nie jest za darmo, bo dzwonniczemu trzeba za targanie sznurem zapłacić. Milczenie zatem?

DOBRE ŻYCIE
Jak powinno wyglądać tzw. „dobre życie”, takie, po którym twój pogrzeb będzie tłumny i pełen łez? Wszak największe kondukty chadzały często za trumnami największych potworów, jakich wydał rodzaj ludzki. Za władcami, a przecież władza demoralizuje, demoralizuje wszystkich bez wyjątku. A Giulio Andreotti, przy którymś wywiadzie nie wytrzymał i na powtórzoną mu sentencję „władza demoralizuje” odpalił: „władza demoralizuje tych, którzy jej nie mają”. Więc wszyscy jesteśmy zdemoralizowani?
Tłumne kondukty chodzą za aktorami, politykami, osobami powszechnie znanymi; ich odejście wydaje się znaczyć dla bliźnich więcej niż odejście osób mniej znanych, choćby najlepszych, choćby najuczciwszych, choćby najbardziej altruistycznych.
Jeśli pogrzeb to ukoronowanie, podsumowanie istoty czyjegoś życia, jego wagi dla społeczności, to trzeba za życia dać się poznać możliwie szerokiemu gronu; to daje, w chwili śmierci pocieszenie, że twój pogrzeb będzie innych zasmuci, a smutek innych będzie naszą satysfakcją i nagrodą.

A MOŻNA BYŁO INACZEJ
A gdybym coś był zrobił inaczej? Gdybym nie był taki pryncypialny? Gdybym nie uważał, że dziejące się właśnie wydarzenie potrzebuje mojego, w gruncie rzeczy mało znaczącego i nic nie zmieniającego udziału? Gdybym zapisał się, gdzie chcieli, a potem, w sprzyjającym czasie nawrócił? Gdybym czytał w dzieciństwie inne książki i miał średnio-krajowe poczucie honoru? Średnio-krajową ideę patriotyzmu? I gdybym w końcu porzucił ten szkodliwy zwyczaj stawiania się przełożonym, tego poczucia, że skoro więcej się przygotowywałem, to wiem więcej i lepiej? Gdybym, nie bacząc, że są irytujący i nieciekawi, kultywował znajomości z możnymi i znanymi:czy wtedy na mój pogrzeb przyszłoby więcej ludzi, byli by smutniejsi?

ŚMIECH
A może jestem jednak znacznie przeciętniejszy, niż mi powtarzano od pierwszej klasy, może zbyt łatwo w to uwierzyłem, bo chciałem wierzyć, nie zbadawszy, jak to jest naprawdę? Może najzwyczajniej w świecie nie zasługuję na uwagę bliźnich, na ich zainteresowanie, na ich ewentualny żal, gdy zniknę?
„Chciałem dobrze” – napiszę sobie na nagrobku.
Przechodnie będą parskać śmiechem. Dobre i to: przynajmniej przeczytają nazwisko, choć im nic nie powie, a na dodatek śmiech rzecz nieczęsta (zwłaszcza na cmentarzu), a dla zdrowia ważna.
A może lepiej zabrzmi „Chciałem mieć dobre słowo dla każdego”?

JASKINIA I WIEŻA
Tłumy na pogrzebach sław mogą prowadzić do wniosku, że „dobre życie” uwieńczone dobrym pogrzebem oznacza dać się poznać jak największej liczbie bliźnich. Nieważne, czy cię polubią, czy będą się ciebie bali, tłum przyjdzie oglądać popularnych piechurów w kondukcie. Bo powodem ich obecności prawie na pewno nie będzie konsekwencja zmarłego w postepowaniu skromnym, „moralnym” i społeczności przydatnym…
Mimo to są tacy, którzy nie oczekując nagrody w postaci tłumnego pogrzebu, wybierają inną drogę niż popularność.
Są ludzie, którzy chcą żyć bez reszty moralnie; zamykają się wtedy w grotach i tam żyją w łachmanach i o misce strawy – i wtedy nazywamy ich pustelnikami.
Są też i tacy, którzy zamykają się w wieży z kości słoniowej, żyją tam w pogardzie grzechu – i wtedy nazywamy ich mizantropami.
Ich śmierć bywa cicha, pogrzeby samotne.

ŚREDNIA AMORALNOŚCI
Mało jednak mnichów, mało mizantropów; cnotą jest sztuka surfingu po okolicznościach bez moralnego wartościowania czynów. Świat tego nie ma za złe. Nawet Kościoły, powołane do wydawania ocen moralnych. Ba, czyny kapłanów, zdarza się, wykraczają poza „średnią amoralności” ogólnie w społeczeństwach przyjętą, więc ich oceny uwagi nie warte.
Czy ma zatem sens życie anachronicznie moralne, jeśli społeczności tego nie dostrzegają, jeśli tego nie potrzebują, jeśli traktują to, jako irytujące dziwactwo?

ŻAL I MIŁOŚĆ
A jeśli na moim pogrzebie ludzie będą i poczują żal – przykre mikroprądy w którymś z mózgowych zwojów – to jak długo on trwać będzie?
Ja je czuję, gdy zniknie ktoś dla mnie ważny; czyjeś zniknięcie jest dla mnie bólem, lecz ból z czasem się zmniejsza, jest absorbowany przez mój organizm jak guz czy krwiak.
O niektórych żywych jeszcze – myślę z rzewną czułością: to musi być właśnie miłość, bezinteresowna, irracjonalna, nie wywołana żadnym hormonem, żadnym popędem, żadnym interesem – miłość.

POKORA
Takie wzloty powinny być obowiązkowe, obowiązkowe okresowe wyglądanie przez bulaj samolotu.
Obowiązkowe powinny być też wyprawy w strefy sejsmiczne. Bo gdy się z góry nie dojrzy proporcji – człowiek-świat, gdy nie poczuje się potęgi ziemskiej skorupy, wtedy będzie się miało wypaczone spojrzenie na wszystko: na siebie samego i na rzeczy naszego Życia, zawartego w kilku miliardach mikroprądów, tak nikłych, że nie wynaleźliśmy jeszcze instrumentu zdolnego zmierzyć ich nieskończenie małą wartość.

Tylko wtedy, świadomi naszej istoty, będziemy zdolni z pokorą przyjmować nasze życie i naszą śmierć. Niepomni liczby tych, którzy pójdą za nasza trumną.

Bild könnte enthalten: 1 Person, lächelnd