Nowa polska proza, Imiona 3

Dariusz Patkowski

Imiona ojca

3

To się  działo wiele lat temu, w grudniu. Zima, jakaś taka bardziej stęskniona za klasycznym wizerunkiem, obrosła w płatki śniegu. Obrosła wyjątkowo obficie. Mieszkałem w mieście, które kształciło mnie na przyszłego, bezrobotnego magistra, spotykałem się z pewną kobietą, o której nie będzie traktować ta opowieść, lecz której cień pada na nią podobnie jak cień tajemniczego mordercy lub gwałciciela pada na ofiary w odpowiednio wykadrowanych ujęciach filmowych bądź komiksowych.

W tamtych zamierzchłych dniach lodowatych i wyludnionych ulic, przewlekłej melancholii oraz rozgrzanych od zazdrości, pożądliwych fantazmatów, zbliżał się, jak co roku, okres świąteczny. Przesuwał się na tyle szybko, że niebawem swoją ośnieżoną łapą przekroczy granice czasu i przestrzeni, chwytając ludzkość za gardło już w okresie upalnych, wakacyjnych dni. Obawiam się, że niewidzialna ręka rynku zamierza wyprzedzić w szaleńczym tempie biblijne zwiastowanie. Ale to też nie o tym miałem opowiadać.

Zima o której wspominam, była urokliwa i mordercza. Wychładzała organizmy, syciła smutki oraz zapędzała tłumy, niczym bezmyślne bydło, do sklepów monopolowych. Przynajmniej mnie tam zapędzała. Być może reszta była projekcją. Być może.

I oto nadszedł ostatni dzień zajęć przed świętami, mityczny czas powrotów do domu – po wałówę, po wspomnienia, po ostatki dziecięcości. Cóż to były za chwile! Człowiek wracał  do stanu pierwotnie niewinnego. Wspaniała gra pozorów mająca ukryć permanentnie porozbijane struktury rodzinne. Do tego ten śnieg… Mnóstwo bieluchnego, puszystego śniegu, w którym można było zakopać sporych rozmiarów trupa.

Już wcześniej rozmawiałem z ojcem przez telefon. Tym razem mieliśmy spędzić Boże Narodzenie na południu kraju, w naszych rdzennych stronach, przycupnięci u rozwlekłych korzeni Drzewa Życia. Święta odbywały się u jego rodziców, a moich dziadków. Z morskich, katolickich krain mieliśmy zawędrować w górskie, protestanckie rewiry.

– Wiesz jak to jest. Nie wiadomo, ile jeszcze pożyją. Każde święta mogą być tymi ostatnimi – powiedział ojciec, z przejęciem w głosie.
– Wiem, wiem. Masz rację.
– Widujesz ich tylko latem. Dawno nie byłeś w górach zimą. Będzie fajnie, odpoczniesz – mówił dalej, tłumacząc się z czegoś, czego nie umiałem namierzyć.
– Uhm – przytakiwałem mu, myśląc o tym, że choć na kilka dni odetnę się od zlodowaciałych ulic północy, widma zimowej sesji egzaminacyjnej oraz od ciała pewnej kobiety; jej obraz nakładał się na widok miasta, które mnie przyjęło, zaadoptowało i chciało wykształcić.
– A tak swoją drogą – pamiętasz panią której syn robił doktorat z historii sztuki? Pamiętasz? Przychodzili na kawę. On pożyczał ode mnie albumy.
– Pamiętam. Dawno nic o nich nie mówiłeś.
– Ta pani była u mnie wczoraj, by oddać album. Jej syn popełnił samobójstwo. Utopił się latem. W całym kraju było o tym głośno.
– Straszna historia – westchnąłem, odpływając w głębiny własnych, dwudziestoparoletnich zmartwień.
– Jest w opłakanym stanie.
– Na pewno.
– Ucz się więc, synu, bo jak widzisz, specjaliści są potrzebni. Priorytetowo.
– Podobno tak – odburknąłem, patrząc na walające się po pokoju ciuchy. Wtedy nasunęła mi się nagła myśl, więc zapytałem: – Który album ci oddała?
– „Wizerunek Boga w malarstwie barokowym” – odpowiedział ojciec. Minutę później rozłączyliśmy się. Sporządziłem listę zakupów i listę kolejności pakowania rzeczy do plecaka.

Bus, którym wówczas jechałem do domu, już od paru lat nie kursuje. Wtedy przedzierał się przez śnieżne zaspy, otaczając siedzących wewnątrz pasażerów zbyt mocnym ogrzewaniem. Wracaliśmy w rodzinne strony, zasypialiśmy w mechanicznej macicy, śniąc lub rojąc świąteczne fantazje na temat tego, jaki ten powrót powinien być. Czytałem właśnie powieść o weteranach pierwszej wojny światowej wracających do domu. O klęsce ich wyobrażeń. O porażce pamięci. Skulony na tylnym siedzeniu, płakałem jak dziecko. Depresyjny, przepity, umęczony własną cielesnością embrion.

Dwie doby później siedzieliśmy wraz z ojcem w pociągu. Uzbrojeni w błogosławieństwo matki, bieliznę termoodporną oraz wielki termos wypełniony herbatą odbywaliśmy wielogodzinną podróż poprzez noc, śnieg i sny do domu Dziadka. A im dalej maszyna pędziła w stronę przyszłości, tym mocniej my, wspominając, wracaliśmy do przeszłości.

Ulegając ówczesnej modzie, niebezpiecznie przeciągniętej aż do czasów aktualnych, miałem w uszach mp3, katując się sentymentalnymi soulowymi kawałkami, z niepokojem rozmyślając na temat miłosnej grozy pozostawionej w akademickim mieście oraz o matce, mającej pierwszy raz w życiu spędzić Wigilię samotnie.

Ojciec rzadko widywał swoich rodziców. Ich relacje nie układały się gładko. Jadąc w chłodnym przedziale snuliśmy domysły względem siostry ojca, a mojej ciotki oraz jej syna Marcina, mimo że już za kilka godzin mieliśmy się z nimi zobaczyć.

W tamtych mrocznych czasach szkolnictwa wyższego, mój kuzyn dobiegał dwudziestego roku życia. Chudy, nienawidzący jeść informatyk o wielkich, niebieskich oczach. Człowiek, który nauczył mnie palić papierosy. Człowiek, dzięki któremu odkryłem niesamowitą stronę dla dorosłych. Jeszcze nim byłem maturzystą, razem spędzaliśmy bity letni miesiąc w Beskidach, całymi dniami włócząc się po uliczkach i traktach wsi ewoluującej pomału w stronę miasteczka. Najpierw popijaliśmy colę, by z każdym rokiem podbijać procenty na obwolucie puszki. Lato przynosiło parę tygodni wspólnej demoralizacji. Dopiero przyszłość rozliczy nas z obopólnych nauk. I organizm.

Zbliżając się ku nieuchronnemu, zdałem sobie sprawę, że kuzyna nie widziałem przeszło rok. Mimo dużej zażyłości, nie wydzwanialiśmy do siebie. Byliśmy jak czułe monady bez okien. Nie mogliśmy się nagadać w trakcie spotkań odbywających się pod bacznym okiem seniorów rodu. Nasz dyskurs i tak łączył się ze sobą, płynąc po delikatnej pięciolinii czasu i pamięci, w przeciwieństwie do ogólnego dyskursu rodzinnego, pełnego sprzeczności, niedomówień czy paradoksów. Na przykład – z ust każdego padała zupełnie różna historia życia mojego ojca. On z kolei przytaczał pewne rzeczy na temat dziadków, z którymi część osób się zgadzała, a część (w tym sami dziadkowie) zaprzeczała im, traktując je jako niezbyt rozgarniętą narrację dobijającego pięćdziesiątki chłopca. Zastanawiam się, jak każdy z wieczerzających tamtej zimy przedstawiłby to, co miało dopiero nadejść.

Nad ranem powitał nas stalowy mróz katowickiego molocha. To tu przyszedłem na świat, a rodzice spędzili całą młodość. Metaliczny, śląski poranek zaoferował chaos przebudowy dworca wraz z ciepłą kawą w przydrożnym barze. Kolejnym punktem podróży był rozklekotany PKS, którym dojechaliśmy na miejsce docelowe.

Do wigilii Bożego Narodzenia została niecała doba.

Zatopieni w śniegu. Skuci ostatnią, prawdziwą zimą w mroźny pancerz rodzinnej celebracji. Nie ma po co wymieniać wszystkich typowych grzeczności. Zastaliśmy naszych bliskich, to było najważniejsze. Seniorzy radośnie nas ugościli. Od trzech dni była tam ciotka z Marcinem. Wymieniliśmy powitanie z charakterystyczną dla wyrostków sztywnością. Chcieliśmy już tylko opuścić dom, kupić piwo i wreszcie móc porozmawiać.

Jak się okazało, ciotka była w trakcie sprawy rozwodowej. Z wujem było coraz gorzej.

– Madzia musiała się zamknąć w łazience – opowiadał spokojnym tonem Dziadek, ostatni patriarcha naszego rodu, skubiąc przy tym słonecznik. – Waldek krzyczał na nią i demolował mieszkanie. Od wielu miesięcy nie bierze leków. Nie zamierza pójść do lekarza. Madzia zadzwoniła po mnie i przyjechałem. Wybiegł za nami na klatkę schodową z nożem. Powiedziałem mu, że jest chory. Że to koniec. Poprosiłem, aby zakończył to szaleństwo. Wtedy on podwinął koszulę i zaczął się nacinać w okolicy żeber. Madzia stała już przy samochodzie. Przywiozłem ją tutaj – kontynuował Dziadek, zerkając ukradkiem na teleturniej wyświetlany w telewizji. Madzia to oczywiście imię ciotki, jego jedynej, maleńkiej, czterdziestoletniej córki. Ona nie musi opowiadać ani o swoich radościach, ani o zgryzotach, albowiem głos Ojca jest jej głosem. Poza streszczaniem życia ukochanego dziecka, Dziadek mówi mało. Tak było i wtedy. Syn marnotrawny Freuda, Jung, mógłby dostrzec w ich relacji klasyczny, neurotyczny romans. Madzia w istocie powinna nosić miano Elektry. Wybrana przez ostatniego, twardego faceta z naszej rodziny. Szczęściara. Symboliczna dziewczynka i symboliczna kochanka. Doskonały przykład wiernej, ślepej miłości.

Dziadek wychował się w tych stronach. To on sprowadził babcię w dawną krainę dzieciństwa, w górzystą dolinę ewangelickiej wiary, wypartej przez katolicyzm przyjęty w momencie zaślubin ukochanej. Z protestantyzmu pozostał mu antyklerykalizm oraz szybko postępujący ateizm. Dziadek był twardzielem od początku, nie szukał ukojenia w życiu wiecznym. Był człowiekiem pracy, spokoju i nakazu. Jego opanowany głos stanowił prawo w domu, który wybudował własnymi rękami.

A mój ojciec sprzeciwił się Jego prawu. Został artystą. Nie zgodził się na wolę rodzica, która zażądała, by został inżynierem. Kiedy Dziadek budował dom, ojciec budował obrazy. Owszem, malował je, ostatecznie jednak budując czyjś albo czegoś obraz w psychice odbiorcy. Seniorowi zadośćuczynienie dawała sama esencja życia, juniorowi zaś idea tej esencji.

Krew ma w sobie tajemną metafizykę powinowactwa. Krew to jedyna droga, którą łeb w łeb kroczą i geny, i duchy przodków. Dlatego też moja miłość do Niego była oparta na ciszy i topornym zrozumieniu. Inaczej niż w przypadku Marcina, który, mimo ustawicznego palenia papierosów oraz snucia wyuzdanych pragnień, wciąż uchodził w oczach Dziadka za rozkosznego, Cineczka, pięcioletniego brzdąca o urodzie dziewczynki. Czas płatał figle nieustannie, a czas wigilijny zwłaszcza, o czym doskonale wiedział taki chociażby Dickens.

Dorośli zrobili potężne zakupy, jak gdyby zamierzali wykarmić całą wieś, ba, miasteczko, a młodzież, czyli my, ja i Marcin, siedzieliśmy na poddaszu, narzekając na wciąż egzotyczny świat ludzi dojrzałych. W radiu podawali, że pod wieczór ma zacząć znów padać śnieg. Miały się tworzyć ogromne zaspy.

Wieczorem były prezenty. Przełamaliśmy się opłatkiem i napchaliśmy brzuchy. Rabbi z Nazaretu przyszedł na świat po raz kolejny w okropnych, betlejemskich warunkach, a ludzkość świętowała w najlepsze, wylewając morza alkoholu i żalu, by uczcić Jego nadejście. Rodzina rozpieczętowała pokaźnych rozmiarów butlę whisky, co stanowiło dla nas, kuzynów, sygnał do zakończenia wigilijnego konwenansu. Ewakuowaliśmy się piętro wyżej, wyciągając z lodówki własny prowiant wyskokowy. Cóż to było za uczucie – wreszcie przestać siedzieć przy seniorach o suchym pysku. I to w pełnym blasku aprobaty majestatu prawa!

Za oknem wzbierał śnieg. Robiło się niebezpiecznie sentymentalnie, owa zimowa tęsknota była w stanie pogrzebać kilka tysięcy ludzkich istnień pod swoją czystą i bezlitosną pierzyną. Dochodziła dziesiąta w nocy.

Wtedy zadzwonił telefon Marcina.

– To ojciec – wybełkotał. W jego oczach zobaczyłem strach.
– Odbierz, pewnie chce ci złożyć życzenia – doradziłem.
– Może później… – powiedział zmieszany. Wyraźnie chciał odłożyć komórkę.
– No coś ty, dawaj teraz! Będziemy mieli święty spokój.
– Ok – odrzekł krótko, po czym odebrał dzwoniący aparat. – Halo, tata?
– Marcin?- zachrypiał niepewnie głos po drugiej stronie.
– Tak, tato. To ja.
– Gdzie jesteście?
– U Dziadków, przecież wiesz.
– Ona też tam jest?
– Jest.
Chwila milczenia. Marcin miał opanowany, kulturalny głos młodego gentlemana, ale jego ciało wyrażało prastary instynkt obrony życia.
– Daj mi ją do telefonu. – rozkazał głucho głos telefoniczny.
– Obawiam się, że to niemożliwe.
– Daj mi ją, kurwa!
– Tato… – wystękał kuzyn, a jego mowa łamała te krótkie słowo, na podobieństwo wigilijnego opłatka.
– Daj mi ją, słyszysz?! To przez ciebie, wstrętny gnojku… To przez ciebie już się nie rżniemy od tylu miesięcy… Ty mała gnido… Jesteś tam?! HALO!
– Jestem…tato…
– To mów, że jesteś – zasyczał głos. – Natychmiast daj mi ją do telefonu. Chcę rozmawiać z twoją matką.
– To niemożliwe – wykrzesał z siebie kuzyn niespodziewanie twardym tonem.
– Niemożliwe?
– Nie.
– W takim razie macie przejebane, moi mili. Zaraz wsiadam do samochodu i dopełnię czego trzeba. A święta spędzicie w piekle.

Połączenie zostało przerwane. Z niedowierzaniem spoglądałem na Marcina. W tamtej chwili był kimś zupełnie innym, niż chłopak, którego znałem z tylu wakacji mojego życia.
– Marcin, na litość boską… Jak długo to już trwa?
– Ojciec przestał brać leki ponad rok temu. Zaostrzyło się od paru miesięcy… Od lat jest fatalnie między nimi.
– Stary, ja naprawdę nie wiedziałem, że…
Daj spokój – przerwał mi rzeczowo – musimy powiadomić resztę.
– O czym?
– Lawina nadchodzi – rzucił cicho, po czym wstał i zszedł po schodach.

Pamiętałem mężczyznę który był moim wujem. Czasami zabierał mnie na spacery. Rozmawialiśmy na temat krasnoludków, czarów i szkoły muzycznej, do której chodził w dzieciństwie. Kiedy coś się psuło, reperował to. Dziadkowie mu bardzo ufali.
A teraz ten człowiek postanowił nas pozabijać. Ruszyłem na dół.

Dziadek oglądał po raz setny jeden ze starych filmów akcji. Babcia i ciotka lamentowały. Mój ojciec ledwo potrafił ustać na nogach.
– Nie możemy ignorować tego co mówi… Słyszysz, tatku? Może i jest chory, ale słowa dotrzyma. Nawet w zbrodni… Na pewno po mnie jedzie – ekscytowała się, szlochając, ciotka.
– Madziu, dzwoniliśmy ze cztery razy do niego. Spokojnie. Ma wyłączony telefon – mówił Dziadek, wpatrując się zmrużonymi oczami w migocący ekran telewizora.
– Ma-cin… Cosz jeścze gadał? – zabełkotał ojciec, pierwszy raz od niepamiętnych czasów ostro i radośnie napruty. Przynajmniej taką miałem nadzieję. Za sprawą silnych emocji, pomału trzeźwiał.
– No gadał…
– No a c-co gadał?
– Że jak przyjedzie, to resztę świąt spędzimy w piekle – Marcin wyrecytował obojętnym tonem słowa rodzica.
Zapadła cisza. W końcu chory psychicznie wuj został sam w mieszkaniu pełnym kuchennych noży, metalowych rurek stanowiących jego narzędzie pracy oraz jednej czy dwóch wiatrówek, którymi „zaraził się” przez pasje łowieckie swojego teścia.
Dziadek wyłączył telewizor. Odłożył pilot, odstawił spodeczek ze słonecznikiem. Wstał.
– Chłopcy, ile minut temu rozmawialiście z nim?
– Jakieś pół godziny temu, Dziadku.
– Więc mamy jeszcze godzinę. Skoczcie no po moją ukochaną.

Wszyscy wiedzieliśmy w czym rzecz. Dziadek prosił nas o przyniesienie strzelby na śrut. Nie wiem czy posiadał ją legalnie, czy nielegalnie. Ale to ona miała stanąć chwilowo na pozycji strażniczki domowego ogniska.
Przynieśliśmy broń z poddasza, a on ją przeładował, delikatnie popieścił wzdłuż lufy i podszedł do okna. Ojciec wziął w posiadanie sportową wiatrówkę Marcina, która tkwiła tu od wakacji.
– A my? – zapytała wystraszona babcia, kryjąc w ramionach chlipiącą Madzię.
– Wy siedźcie cicho- zakomenderował Dziadek. – Synuś, idź na prawą flankę. Wiesz jak? O właśnie, dobrze. Chłopcy, włączcie po cichu radio, zgaście lampy, zostawcie jedynie choinkę. Chcę widzieć światło, choćby najmniejsze. Śnieg mi go sprzeda.

Wypełniliśmy wszystkie rozkazy. Na stole wigilijnym dopalała się świeca. Choinka migotała tandetnym blaskiem, rozpamiętując w ciszy PRL-owskie lata, które ją stworzyły. Gruby Święty Mikołaj o zapitych policzkach, skulony w jednej z bombek, wlepiał w nas małe, czarne oczy. W radiu jakaś kapela reggae wykonała kolędę, po czym nadano powtórkę starszej audycji z udziałem jednego z czołowych przedstawicieli rockowej, rodzimej sceny muzycznej. Wywiad z nim musiał być w toku, ponieważ kończył opowiadać o swoim równie sławnym ojcu. Marcin, blady jak ściana, przerażonym wzrokiem spoglądał na przyczajonych przy oknie mężczyzn. Lufy ich broni lada chwila mogły zostać wymierzone w jego obłąkanego rodzica. Ostatkiem zdrowego rozsądku dotknąłem w myślach pozostawionych na północy spraw miłości. Być może zaraz miałem stać się świadkiem spraw ostatecznych.

Spiker w radiu zapowiadał ostre zamieci w południowej części kraju. Za oknem zaczął padać śnieg. Robiło się coraz bielej i bielej. Dziadek z ojcem uchylili okno. Broń wychodziła na rozciągającą się tuż przy drodze ścianę lasu. Co jakiś czas okolicę nawiedzało światło reflektorów przejeżdżających pojazdów. Zastanawialiśmy się, czy w wigilijną noc spadnie na nas śmierć i szaleństwo. Byliśmy gotowi na wszystko. Pozostało czekać.

Nowa polska proza, Imiona 2

Dariusz Patkowski

Imiona ojca

2

Dziennikarka czeka na niego. Jest młodą blondynką o wysoko upiętych włosach. Od niedawna pracuje w rozgłośni radiowej. Po raz pierwszy przeprowadzi wywiad z gwiazdą. Jest podekscytowana. Poprawia makijaż, mimo że nikt jej przecież nie zauważy i spogląda na zegarek. Za chwilę powinien być.

On jest gwiazdą na niezbyt mocno rozświetlonym firmamencie rodzimego przemysłu muzycznego. Ma trzydzieści pięć lat, długie, ciemne włosy i skórzany płaszcz. Jest w tym jakaś poza niegrzecznego chłopca, jednak żaden brukowiec nie napisał o nim od lat, ani żadna celebrytka nie skomentowała jego seksualnych zachowań. Kiedy może, siedzi w swoim studiu i nagrywa muzykę. Jest potwornie nudną, ale przez to tajemniczą gwiazdą. Blondynka wie, że każdy może z nim rozmawiać o starych oraz nowych trendach rockowych. I każdy to robi. Dlatego postanowiła przygotować temat mało muzyczny; temat, poniekąd, demaskujący.

No i jest. Wchodzi ubrany tak jak widywała go przy innych tego rodzaju spotkaniach. Spokojny, stonowany rockman, słynący tylko ze swojej twórczości. Żadnego palenia Biblii, żadnego romansu z gwiazdą porno, żadnej detoksykacji. Po prostu „solidna firma” jakby powiedział jego ojciec. Ach, tak, właśnie. Jego ojciec.

Mężczyzna posyła jej uśmiech. Wydaje się dziennikarce ciepły i lekko zdystansowany. Jakiś czas temu oglądała w telewizji wywiad z jego ojcem, najsłynniejszym chirurgiem w kraju. Te same oczy, ten sam uśmiech. I ani słowa o karierze syna. Kompletnie nic. A przecież wszyscy wiedzą, że ich nazwisko nie jest zbiegiem okoliczności; że jest w nim i ciało, i krew.

Nie, nigdy ich razem nie widziano na żadnej gali czy to medycznej, naukowej czy artystycznej. Nikt nie przyłapał ich w teatrze, kinie, na meczu futbolowym. Toteż społeczeństwo tych dwóch mężczyzn brało we wspólny nawias, na ogół jednak rozliczając ich w oddzielny sposób.

– Ktoś o tej porze was słucha? – pyta gość, ujmująco spoglądając w niebieskie oczy prowadzącej. Audycja jest nagrywana późną nocą, w specjalnym cyklu spotkań ze sławami. Za oknem panuje ciemność, a nad miastem unosi się cisza, przerywana jedynie przypadkowymi okrzykami anonimowych, męskich głosów. Gdzieś tam w mroku ulic huczy radio włączone przez taryfiarza, przypominając o ostatnich wydarzeniach dnia, w tym o samobójczej śmierci przez utonięcie w morzu obłąkanego mężczyzny. Na blondynce taki news zrobił wrażenie. Lubiąc dramatyzować, z przyjemnością wyestetyzowała sobie jego śmierć. W jej wyobraźni zginął na podobieństwo szekspirowskiej Ofelii. Morze pochłonęło go tak, jak noc pochłaniała miasto, niosąc mu zgubę marzeń i obietnicę zapomnienia.

– Mamy stałych słuchaczy, a ich grono na pewno się dzisiaj powiększy – mówi kobieta.
– Nie puszczacie chłamu. Dlatego postanowiłem przyjść – stwierdza gwiazdor i delikatnie się uśmiecha. Jest w nim coś nieśmiałego i ugrzecznionego. Zero chemii, przebiega blondynce przez myśl w rytm ocierania się o siebie jej przyobleczonych w czarne rajstopy ud.
– Musimy zaczynać – rzuca niemal przepraszająco dziennikarka, nerwowym gestem poprawiając włosy.

Przez pierwsze minuty rozmawiają o jego współpracy z zagranicznym zespołem jazzowym oraz o niedawno wydanej płycie. Po drodze zahaczają o album debiutancki, który ponad dekadę temu wyniósł go na szczyt lokalnego Olimpu. Tak dla nich, jak również dla większości słuchających tematy te są znane i przewałkowane na wszystkie strony. Ale podobnie jak w sferze rozkoszy cielesnych, i tutaj gra wstępna jest mile widziana. Blondynka zadaje pytanie za pytaniem. Na zgrabnych kolanach trzyma wcześniej przygotowaną ściągę, lecz wyraźnie czuje opór przed poruszeniem głównego tematu. Minuty płyną niebłaganie, a noc domyka się pustą i chłodną przestrzenią. W końcu wyrzuca z siebie:
– Czy mógłbyś nam opowiedzieć coś o sobie i swoim ojcu? Obaj jesteście sławni – kontynuuje wypowiedź, pomału uspokajając się – ale tak niewiele o was wiadomo.
– Można zapalić? – pyta muzyk, mimowolnie sięgając do kieszeni płaszcza po papierosy. Blondynka radośnie potakuje i podaje mężczyźnie zapalniczkę, którą ten z wdzięcznością przyjmuje. Gość zaciąga się i zadaje pytanie:
– Z jakiej to okazji pytasz o niego?
– Z ciekawości… ale i dlatego że niedawno był „Dzień ojca”- odpowiada dziennikarka, stawiając na szczerość. Noc za oknem delikatnie się przerzedza.

Od dawna nikt o to nie pytał.
– Nie wiem, na ile temat ten mógłby zainteresować potencjalnego słuchacza – mówi gość, mało przytomnie wyglądając przez okno.- Może opowiem drobną anegdotkę z lat młodzieńczych. W porządku?
– Oczywiście – odpowiada kobieta i czuje, że mocniej pociera o siebie udami.
– Miałem siedemnaście lat – zaczyna opowiadać muzyk, wydmuchując kolejną porcję dymu – kiedy na jednej z imprez ostro zatankowaliśmy z chłopakami. Typowe smarkate zabawy – młode i ładne dziewczęta, papierochy, wódka oraz głośna muzyka. Pewnie wiesz, o czym mówię, era naszywek, miłosnych listów oraz wielkich, pstrokatych nadruków ulubionych zespołów na koszulkach. Czarnych koszulkach, rzecz jasna – chichocze, przy nerwowym wtórze blondynki. – Tak, miałem siedemnaście lat, byłem potwornie pijany, w głowie krążyły mi pierwsze, bardzo grafomańskie ballady miłosne i chyba miałem wrażenie, iż pojęcie szczęścia jest mi obce. Siedzieliśmy z ekipą w naszym ulubionym pubie, którego jedna cała ściana była przeszklona. Barman, starszy brat mojego ówczesnego basisty, podgłaśniał stopniowo muzykę, a my stopniowo przestawaliśmy ogarniać.

Widząc zdziwione spojrzenie dziennikarki, rzuca: – Ta historia naprawdę będzie o moim ojcu – po czym kontynuuje: – W pewnej chwili zaczęliśmy tańczyć czy też raczej pogować. Wtajemniczeni wiedzą, o co chodzi – dodaje z nonszalancją, wyciągając nowego papierosa z paczki. – Tak się nieszczęśliwie złożyło, że potknąłem się o jakieś wychudzone, nastoletnie nogi i poleciałem nie w ramiona pięknej dziewczyny, a na wcześniej wspomnianą szybę, znajdując się nagle, wśród hałasu pękającego szkła, na ulicy. Kilka odłamków utknęło mi w podbródku, a dwa spore w klatce piersiowej. Nie było tragedii, ale wezwano pogotowie. Kwadrans później karetka wiozła mnie do szpitala. Nie muszę chyba dodawać, kto miał nocny dyżur?- dodał, widząc podniecony wzrok prowadzącej, i niemal z lubością dopowiedział: – Tak, nocny dyżur miał ojciec, już wtedy wybitny fachowiec, lecz jeszcze nie ogólnokrajowy geniusz. Już wtedy od lat z doktoratem, lecz jeszcze bez profesury. Pamiętam ból, blade światło szpitala i jego opanowaną twarz. My już w tamtym czasie się mijaliśmy. Być może nie widziałem go od kilku dni. Może nawet tygodni. Ale teraz wyraźnie pamiętam, jak stoi nade mną w białym kitlu, niedbale trzymając dłonie w kieszeniach, jak z mieszaniną powściągliwości i dezaprobaty przypatruje się mej wykrzywionej w bólu, młodzieńczej twarzy. To był okres, szanowni państwo, kiedy z całego serca pogardzałem przedmiotami ścisłymi i resztą „burżujskiej” nauki. A takie coś nie mogło się podobać mojemu ojcu. W jego spojrzeniu nie było zrozumienia. Obejrzał rany i rzucił: „Ja się nim zajmę”. Te słowa wzbudziły popłoch wśród personelu. Chciano telefonować po innego chirurga, a pielęgniarki głośno się sprzeciwiały decyzji ojca. On jednak, ze znużonym spokojem mówił: „To mój wybór”. Nawet nie „to mój syn”, albo „to moje dziecko” tylko właśnie „to mój wybór”. „Pan doktór to chyba w szoku jest” powiedziała jedna ze starszych pielęgniarek, lekko przytrzymując go za kitel. Ale on milczał, a w jego źrenicach nie było nawet śladu szoku. Tam kryło się tylko przeznaczenie – opowiada urzeczony wspomnieniem gwiazdor, nieobecnym wzrokiem spoglądając w okno. Przez ciemność pomału przebija świt. – By nie tracić czasu, personel uległ jego woli, woli namaszczonego przez ordynatora najlepszego fachowca w tej części kraju. Godzinę później byłem już opatrzony i poskładany. „Zawieź go do domu, wiesz gdzie mieszkam. Żona i tak nie śpi kiedy on wychodzi”, powiedział ojciec do jednego ze swoich kolegów, akurat kończącego nocną zmianę. Wtedy zrozumiałem, że zawdzięczam mu życie. I to po raz drugi.

– To piękna historia – komentuje wzruszona dziennikarka, promiennie szczerząc zęby.
– Bardzo ci dziękuję, również w imieniu słuchaczy, za tak intymne wspomnienia. Czy chciałbyś coś jeszcze dopowiedzieć? Nasz czas antenowy dobiega końca.

Muzyk przez moment siedzi w milczeniu. Tak, jest jedna rzecz którą chce dopowiedzieć. Było coś w tej opowieści, co już w chwili decyzji ojca napawało go przerażeniem, a co rosło w nim przez kolejne, długie lata. Dotychczas skrywane i pielęgnowane w mauzoleum pamięci, teraz chciało wyrwać się i afirmować na forum złożonym z wielotysięcznych par uszu. Widząc niezrozumienie w oczach dziennikarki, obserwując jej narastającą, sentymentalną euforię, zupełnie dotychczas stonowany rockman, który nigdy nie spalił Biblii, nie umawiał się z pornogwiazdą, ani nie spowodował, by jakakolwiek słynna kobieta wypowiadała się na temat jego zachowań seksualnych, wyrzuca z siebie słowa, za które nigdy nie mógłby kupić szacunku ojca.

– Czy wiesz, dlaczego lekarzom nie wolno operować swoich bliskich? – pyta, a kobieta przecząco kręci głową, wysyłając mu jednocześnie radosny i głupkowaty uśmiech.
– Bo mogłaby im zadrżeć ręka z emocji. A to wystarczający powód, by sknocić coś tak poważnego jak operacja. Lekarz, a chirurg w szczególności, musi być precyzyjny jak maszyna – to czyni go panem życia i śmierci, lecz nie człowiekiem – widząc zdziwioną minę dziennikarki, cedzi z satysfakcją, ale też rozpaczą pozostałe słowa, które dojrzewały w nim od lat: – Mój ojciec się wtedy nawet nie spocił.

A później blondynka włącza reklamy, które natychmiast oraz skutecznie zabijają narastający między nimi niezrozumiały świt.

Ciąg dalszy za dwa dni

Nowa polska proza, Imiona 1

Dariusz Patkowski

Imiona ojca

1

Spoglądałeś w lustro nieskończenie wiele razy, powielając swój obraz na domysły. Ty i matka stanowiliście jedno, nie można było was oddzielić. Ale to właśnie od niej usłyszałeś tak po raz pierwszy, jak po raz tysięczny: – Jesteś jego. Nigdy by się ciebie nie wyrzekł, nawet, gdyby bardzo tego chciał.

Nic nie wiedziałeś o człowieku, którego druga połowa krwi krążyła w tobie. Niczego nie przeczuwałeś usilnie wpatrując się w zaciśnięte usta bliskich, gdy temat schodził na jego postać. Tak właśnie- postać, bo osobą ciężko było nazywać ów cień, kładący się na twoich młodzieńczych latach. Zarzucałeś sobie, że go nie pamiętasz, choć może powinieneś, ponieważ odszedł kiedy miałeś dwa lata. Po prostu wyszedł i nie powrócił już więcej. Z zawodu był wojskowym. Twoja zapłakana matka pobiegła do jednostki w której służył, lecz on i stamtąd zniknął. Zdezerterował podwójnie.

Dorastałeś. Oczy zrobiły ci się czarne, a nos lekko orli. Nie wiedziałeś czyje źrenice spoglądają z odbicia. Matka czule gładziła twoje włosy, z dzikim błyskiem wpatrując się w tak nagle zrodzoną czerń twoich oczu. Nie chciała mówić. Wszystkie zdjęcia spaliła kiedy jeszcze pokutowałeś na nocniku za to, że zaczynasz odkrywać rozkosze i zakazy kultury. Nie ma miejsca na jego obrazy, wspomnienia czy słowa wśród twoich bliskich. I nigdy już nie będzie.

Czy wiesz chociaż, kto nadał ci imię? Czy orientujesz się może, czyje imię nosisz, przez kogo stworzone? Czy zdajesz sobie sprawę jakie zawarte znaczenie jest w słowie, którym przywoływano cię na obiad bądź do tablicy szkolnej, w którym zawarte były groźby i pragnienia, które wywołują w urzędach lub przywołują kobiety tuż przed nastaniem kresu?

Nie wiesz tego. Nawet tego nie wiesz. Nie potrafisz namierzyć, czyim się stało projektem i znakiem imię noszone przez ciebie. Do jakiej tradycji się odwołuje, dokąd powinno cię zaprowadzić. Domyślasz się tylko, że to jedyny prezent, prócz życia, otrzymany od niego. Tu trop się urywa. Ale czy on wołał do ciebie bądź na ciebie? Czy przywoływał do porządku albo radości? Czy domagał się czegoś? Twój umysł tropi poszlaki, lecz pamięć kładzie się pieczęcią na ustach rodziny. Gdyby każdy ród prowadził księgę, w której zapisywano by obecność innych, to sam wiesz najlepiej, że jego byś w niej nie znalazł. Ani śladu obecności.

A pamiętasz dzień, w którym odnalazłeś Boga? Ciężko zliczyć która to mogła być niedziela. Jedna podobna do drugiej, zawsze z matką, zawsze w tej samej ławie, zawsze komunia święta. Ale tamtego dnia spojrzałeś na Ukrzyżowanego i pewna myśl rozpaliło twoje chłopięce czoło. „To nie może być bóg”- pomyślałeś. „On nigdy nie mógł być tak blisko jak my”- pomyślałeś. „On nigdy nie był wśród nas”- stwierdziłeś, odczuwając wyraźną ulgę. Ile mogłeś mieć wtedy lat? Dziesięć albo jedenaście, czyż nie? Uważnie oglądałeś rzeźbę umęczonego zbawiciela, przyznając mu cześć i pozbawiając go boskości. Jako pryszczaty wyrostek dalej nawiedzałeś świątynię, z lękiem obserwując narastającą teatralność zachowań matki. Czy to nie wtedy coś w tobie powiedziało, a może to po prostu byłeś ty, że Chrystusowi warto składać hołd, nawet jeżeli był tylko człowiekiem? Czy to nie wtedy wzruszyła cię możliwość szaleństwa cieśli z Nazaretu, który pod symptomami urojeń oraz stanów wielkościowych był gotów rozkrzyżować swoje wątłe ciało pomiędzy na nowo biegnącym, linearnym czasem? Tamtego dnia ostatecznie odrzuciłeś religię Syna i Ducha, pomału wyławiając z mulistych mętów tożsamości nowe zjawisko, jakim miała być religia Ojca.

Później matka trafiła do szpitala, pamiętasz? Mówili: depresja. Mówili: to przez niego. Mówili dalej: powinieneś pójść ją odwiedzić, ona ma tylko ciebie. Poszedłeś więc, lecz nie na spotkanie z nią, tylko z inną. To był lipiec tuż przed klasą maturalną, a ty od wielu lat zmagałeś się z duszną ciekawością cudzego ciała. Twoje ciało było cudze i kobiece ciało było cudze. Kiedy zerkałeś w dół, ten kawałek mięsa albo sterczał niemiłosiernie odrywając cię od zagadnień matematyki lub pierwiastków chemicznych, albo dyndał obleczony w przyciasną togę napletka, którego nie można było ściągnąć. Nikomu nic nie mówiłeś- w tym wieku zazwyczaj myśli się: jakoś to będzie. Ile nasienia przelewałeś w ciemnych i parnych pomieszczeniach to tylko ty wiesz, płodząc coraz to nowe fantazje.

Tak, zamiast w objęcia chorej matki, poszedłeś w ramiona kobiece, na które zbierałeś pieniądze już od czasów bierzmowania. Wraz z tobą poszedł przyjaciel, uroczy blondyn znający na pamięć wszystkie wyniki meczów futbolowych odbywających się na przełomie ostatniej dekady. Namierzyliście ją kilka tygodni wcześniej, dwudziestoletnią, brunetkę w kręconych włosach o figurze komiksowych heroin. Jej akcent wskazywał na pochodzenie z tajemniczych, wschodnich krain, w których świat hrabiostwa Rostowów mieszał się z proletariacką utopią opartą na absurdzie i ludobójstwach. Ale o tym myślałeś już dużo później, kiedy obraz cwałujących huzarów nakładał ci się na niezrealizowane wspomnienie o gorącym, miłosnym kłusie jej kurewskich bioder.

Wszyscy myśleli, że jesteś w szpitalu. Dziadek dał ci dodatkowe dwie dychy, mówiąc:

„Zjedz coś na mieście gdy będziesz wracał”. Tylko bogowie raczyli wiedzieć, czego ona mogła jeszcze dokonać za taką dopłatą. Oczywiście, baliście się. Każdy z was pragnął wejść pierwszy, lecz ostatecznie poprzez żart i docinki odwlekaliście przywilej ewentualnego „pierworództwa”. Powiedziałeś: Idź, ja poczekam. To była walka w obronie ostatnich chwil trwania w chłopięcej czystości. Któryś z was jeszcze przez godzinę mógł napawać się stanem niewinności. Twój przyjaciel, zawsze bardziej dojrzały i wyrośnięty od ciebie, w końcu się zdecydował. Przerażony z podekscytowania, kłaniałeś się obcym ludziom na klatce schodowej nieznanego ci apartamentowca, wyczekując zniebozstąpienia szkolnego towarzysza.

Kiedy wrócił, jego opaloną twarz wykrzywiał uśmiech zdobywcy. Skąd mogłeś wiedzieć, że już niebawem kobieta ta miała stać się jedynie mitem, raz po raz powtarzanym przez usta przyjaciela? Ruszyłeś na spotkanie, ale nie tyle z nią, co z Nim, jednak fakt ten miałeś uchwycić dopiero wiele lat później. Tuż przed tym, twój kolega klepnął cię w plecy. To był ostatni niewinny dotyk, jakiego zaznałeś w życiu.

Czekała na ciebie, ubrana jedynie w atłasowy szlafrok. Nie było po niej widać dopiero co przepracowanej godziny. Przez chwilę rozmawialiście. Drżącymi palcami wręczyłeś jej sumiennie odliczony plik banknotów. Kiedy leżałeś już w dużym, czerwonym łożu, na którym dziesiątki mężczyzn dziennie oddawało się rozkoszy, byłeś zbyt zdenerwowany by mieć erekcję. Dziewczyna choć miła, zaczęła być stanowcza i kiedy w końcu zesztywniałeś, równie stanowczym ruchem ściągnęła twój napletek w dół. Chyba mało który młodzieniec może poszczycić się faktycznym rozdziewiczeniem, podobnym do tego, przez które musiałeś przejść. Z twojego przyrodzenia zamiast spermy wypłynęła krew. Owinięty w pospiesznie przyniesiony ręcznik pobiegłeś pod prysznic. Każdy dotyk twojego członka miał w sobie coś z przebitego szkłem mięsa mielonego. Mniej więcej taki obraz przychodził ci na myśl, kiedy próbowałeś opisać tamten ból. Majstrując przy genitaliach, w trakcie gdy zimny prysznic znieczulał krytyczny punkt, udało ci się naciągnąć napletek. Wyszedłeś od niej czysty i bez pieniędzy. Strażnikiem twojego sumienia nie był żaden Bóg, lecz fałda ściśle przylegającego ciała. Ktoś kiedyś w podobnej sytuacji dał ci życie. Gdyby on mógł być przy tobie, bacznie obserwując jak wzrastasz, to jak sądzisz- czy stulejka uszłaby jego uwadze? Może ojcowska troska wychwyciłaby problem zawczasu, dzięki czemu miałbyś już jedną kobietę za sobą? Chwilami snułeś inne fantazje, myśląc, iż jego obecność uchroniłaby cię od łapczywych ramion prostytutki. Byłoby inaczej. Tego byłeś pewien.

Kiedy matka wróciła ze szpitala, nawymyślałeś głupot na temat ostatnich lekcji biologii. Nieśmiało wspomniałeś o swoim starym problemie. Oczywiście, uwierzyła w twoją wersję wydarzeń. Wyregulowana przez antydepresanty wzięła się do macierzyńskiej roboty. Tydzień później zostałeś poddany zabiegowi obrzezania. Głupio ci było pytać matki o to, czy on także był pozbawiony napletka. Nic nie wiedziałeś ani o nim, ani o jego rodzinie. Żadnych zdjęć. Żadnych wspomnień. Swoją drogą, skąd u ciebie te niemal obsesyjne łączenie postaci ojca z egzotyką? Jego imię widniało (i widnieje) w twoim dowodzie osobistym i jest to jedno z najbardziej banalnych, rodzimych imion jakie znasz. Kiedyś żartowałeś: „Mój ojciec ma imię jak legionista”. „Dlaczego akurat jak legionista?”- pytano z zaciekawieniem. Odpowiadałeś: „Bo jest ich wielu”. W domyśle, rzecz jasna, jego imienników.

Babcia, kiedy dowiedziała się o twojej przypadłości, pół żartem, pół serio (a może tylko żartem lub tylko serio?) rzuciła: -Gdyby Hitler ponownie wkroczył do kraju, miałbyś przewalone. Owszem, ona zawsze miała ciężki dowcip, jak zresztą cała rodzina. Jedynie ciebie śmieszyła absurdalność wymieszana z grami słownymi. Nie muszę chyba mówić, gdzie dopatrywałeś się źródła własnych upodobań humorystycznych?

Wyzbyłeś się Ducha i Syna, włos ci pociemniał, nos uwydatnił, zostałeś obrzezany. W czerń twoich oczu weszła dzika iskra, która nie spodobała się ani rodzinie, ani przyjaciołom. Było w niej coś chorobliwego.

Nadeszła epoka internetowych portali społecznościowych, a wraz z nią obłęd cyfrowego sentymentalizmu. Niezliczone godziny logowałeś się na nich, natarczywie i przez długie godziny wpisując w wyszukiwarkach zlepek liter określających twoje nazwisko. Łącząc je z tym banalnym, a zarazem zagadkowym imieniem widniejącym w dowodzie osobistym, postanowiłeś przeprowadzić osobiste śledztwo na temat od lat nie dający ci spokoju. W międzyczasie miałeś kobiety, stypendia i tytuły naukowe. Dostałeś pierwszą pracę. Zostałeś, o zgrozo, oszukany przez naprędce kupiony test ciążowy swojej niedoszłej narzeczonej. Już miałeś zostać Nim, lecz i tutaj alarm okazał się fałszywy.

I wtedy zacząłeś słyszeć głos. Najpierw cichy, daleki, a później gwałtowny i nachalny męski głos. Nikt inny go nie słyszał. Głos ten rozdawał ci nakazy i zakazy, głośno komentując każde z twoich poczynań. Nie był znajomy. Starałeś się go opisywać jak najdokładniej, błagalnie prosząc matkę o jego weryfikację, czy to nie jest może tak upragnione wezwanie ze strony tego, który długim cieniem padł na sens twojego istnienia. Zamiast odpowiedzi dostrzegałeś w jej oczach grozę. Im większy strach przyoblekał spojrzenie matki, tym donośniejszy stawał się głos, jak gdyby chcąc cię, nagle i kategorycznie, oddzielić od niej.

Czasami dostajesz przepustki na spacer. Wtedy kroczysz zadumany przy boku barczystego pielęgniarza lub przymilnego stażysty i zawsze wybierasz trasę nad morze. Jego szum zagłusza to, co mówi do ciebie. Przez chwilę pozostajesz sam. Są takie dni kiedy słyszysz trzy różne głosy, a każdy z nich mówi co innego.

Wstajesz i ruszasz w stronę fal. Nikogo to nie dziwi ani nie interesuje. Chwiejnym krokiem idziesz naprzód tak długo, aż woda oblewa ci czubki butów. Ktoś krzyczy za tobą. Słyszysz poruszenie. Już sam nie wiesz, czyj głos do kogo należy. Wrzeszczące mewy krążą nad tobą niczym odwrócone kolorystycznie kruki. Wchodzisz do morza coraz dalej i dalej. Jesteś tak pogrążony w dźwiękach, że aż nieobecny. Pomału znikasz. Niebawem cię już całkiem nie będzie. Tak jak i jego.

Ciąg dalszy za dwa dni

Berlin liegt im Osten

Unter diesem Titel macht das Literaturbüro von Martin Jankowski ab und zu Veranstaltungen mit anderssprachigen Autoren, die in Berlin leben und arbeiten. Dh. schreiben. Im Rahmen des Projektes PARATAXE – die internationalen Literaturszenen Berlins fand am 23. November 2017 das Symposium “Ostpol Berlin – mittel-&osteuropäische Autor*innen in Berlin” statt. Literarisches Colloquium Berlin, Literaturport, die Berliner Literarische Aktion e.V. und zahlreiche Gastautor*INNen, Wissenschaftler*INNen und Literaturaktivist*INNen präsentierten Geschichte und Gegenwart der mittel-/osteuropäischen Literaturen Berlins.

Panel 1.

11.00 – 13.00: Fluchtpunkt Charlottengrad? Literaturenklaven gestern und heute. Mit Ekaterina Vassilieva, Alexander Filyuta, Boris Schapiro, Ekaterina Sadur, Grigorii Arosev. Moderation: Natalia Gagarina.
Featured Poet: Dora Kaprálová.

Panel 2.

14.30 – 16.00: Noch ist Kreuzberg nicht verloren. Literarische Grenzüberschreitungen. Mit Dorota Stroinska, Ewa Maria Slaska, Dorota Danielewicz, Brygida Helbig, Emilia Smechowski. Moderation: Arkadiusz Łuba.
Featured Poet: Ilia Ryvkin.

Panel 3.

16.30 – 18.00: Berlin liegt im Osten? Neue Literatur aus Berlin. Mit Irina Bondas, Dorota Kot, Dora Kaprálová, Radka Franczak, Kinga Toth, Marijana Verhoef. Moderation: Boris Schumatsky.
Featured Poet: Milena Nikolova.

Von links: Boris Schumatsky, Dorota Kot, Irina Bondas, Dora Kaprálová, Radka Franczak und ich als Übersetzerin für Radka (Foto Olga Horn)

Lesung

20.00: Die Sprache gibt den Löffel ab – multilinguale Lesung (Georgisch, Ungarisch, Russisch und Deutsch) mit Iunona Guruli, Orsolya Kalász und Julia Kissina. Moderation: Katerina Poladjan. Dt. Sprecherin: Nina West.



PARATAXE ist ein Projekt der Berliner Literarische Aktion e.V. und wird gefördert durch die Berliner Senatsverwaltung für Kultur und Europa. Die Parataxe Symposien finden in Kooperation mit dem LCB und Literaturport statt.


Wir waren dabei, wir Polinnen – Dorota Danielewicz, Radka Franczak, Brygida Helbig, Dorota Kot, Emilia Smechowski, Dorota Stroińska und ich (EMS), sowie ein Pole (ein einziger, es sei denn, es waren welcher im Publikum) – Arkadiusz Łuba. Darüber hinaus ein polnischer Imbiss vom Mr. P.


Aber wie es immer so ist, das Symposium war das eine und die Gespräche in den Pausen – das andere und vielleicht (sorry Martin! aber auch: danke Martin!) wichtiger :-). Gespräche, Vernetzung, Projekte, Bekanntschaften. Wie mit Boris Shapiro und seiner Frau!

Boris, ein russischer Dichter, schrieb für eine von uns (ach, leider, leider, nicht für mich, sonder für Dorota Kot – und wie neidisch ich bin!) ein wunderbares ad hoc Gedicht, an ihr leichtes und lustiges Paper Literatur to go anknüpfend.

Dorota publizierte dieses Foto auf dem Facebook mit einem Kommentar: Stało się. Es ist passiert. Niesamowite uczucie… Ein unglaubliches Erlebnis…

Wenn man sich fragt, was also “ist passiert”, lautet die Antwort: ein Dichter hat für Dorota ein Gedicht geschrieben. Nicht nur gewidmet – geschrieben!

Darunter schrieb der Dichter Boris Schapiro: Da ist die fertige Variante:

Für Dorota Kot

LITERATUR to go.
Das Leben to go.
Das Denken to go.
Nur du bist zu bleiben.
Was ist das „to bleiben“ und wo?

Das Wo to go.
Das Wann to go.
Das Jetzt to go.
Nur du bist für immer.
Ist das Immer to go?

Nein!
Du bist
das Go-to-immer.
Du bist.


Neidisch wie ich bin, kaufte ich mir das Buch von Boris Shapiro und verlangte eine Widmung. Die kam mit wunderbarer Anspielung an mein parallel laufendes Handy-Gespräch mit jemandem, der mir grad erzählte, in Polen bei einer Parlament-Sitzung fand  eine Offenbarung von Muttergottes statt, die bekannt gab, dass wir NARÓD WYBRANY sind – das auserwählte Volk.

Wir sind, glaube ich, ein Volk der Idioten, die sich aus dem Mittelalter hinüber ins 21. Jahrhundert gerettet haben, aber als Schlüsselwort für meine (MEINE!) Widmung tat die neuste polnische Offenbarung einen witzigen Wunder!

Boris Schapiro, geboren 1944 in Moskau, ist seit 1975 in Deutschland und lebt heute in Berlin. Er schreibt Russisch und Deutsch.

Blind wähle ich im Buch ein Gedicht, das ich hier abschreiben werde.

Seite 58. Geschrieben am 3. Juni 1996. Kein Titel.

DIE JUDEN sind kein Thema,
nur das Überleben,
der Glaube, das Irren, Atemnot,
das Lernen, die Geduld
und – Gott.

Nowa polska proza z Berlina

Krzysztof Pukański

Jeden z ostatnich

Angua aż się skuliła – Jezus, jaki on wkurwiony.
Poczuła, jak ogarnia ją Mrok. Jak brodzi w lepkiej, chłodnej mazi zmęczenia i rezygnacji, zalatującej starym potem. Czuła paniczny, zwierzęcy strach przed śmiercią. Wił się drgającym, brudnym oparem wokół kolan. Śmierdział palonym mięsem i zgniłymi gaciami z obozów koncentracyjnych. Było tu czarno od przygnębienia. Nie wiedzieć czemu, było ono bezwonne. Unosiło się drobniutką, tłustą sadzą w powietrzu i osiadało na wszystkim dookoła. Miała tego pełno na skórze, na twarzy, a pewnie i w płucach. W ustach było jej coraz bardziej gorzko. Musiała zwymiotować.
Poczuła mrowienie z tyłu głowy. Powietrze zaczęło drgać i lśnić. Ale nie tak równomiernie, chaotycznie. Nie! TO lśnienie układało się w delikatne pasemka. Jakby rozsiane w powietrzu drobinki złota zebrały się w rządki, nanizały na nici pajęcze i teraz te złote pajęczyny małymi grupkami skakały tu i tam, i z powrotem, i znowu. O! Jak w kuli wyładowczej!
Angua usiadła z wrażenia!
– Ależ ja jestem gupia cipa! Również też całkowicie bez koszyczka…
Dopiero teraz dotarło do niej co się dzieje. Trzecie Oko! Na wszystkich Bogów Jednego Wyznawcy! Do Stu Tysięcy Miliardów i Jeszcze Parę Kroćset Om‘ów! W Jedynej Prawdziwej Żółwiej Postaci! Przecież to Trzecie Oko! Uaktywnił mi Trzecie Oko!
Krążyły o nim legendy. Nigdy nie umiała Go używać. Jako wilkołak wyczuwała znakomicie ziemskie pole magnetyczne, tak odmienne od dyskowego, potrzebne do orientacji w obcym terenie, ale nigdy jeszcze nie mogła go widzieć! Skrzyło się teraz przed nią i nad głową i zbiegało gdzieś tam, gdzie zaczyna Aurora Coriolis…
– Jasna dupa, Angua, weź się w garść! Nie jesteś na Dysku! – oczywiście, że Borealis.

Mimo że nie dokonała przemiany, mogła to wszystko widzieć, wąchać, smakować. Pewnie to właśnie ludzkiej postaci i wycieńczeniu smoka zawdzięczała, że jeszcze żyje. Smok się przed nią nie bronił. Przeciwnie – pozwolił jej wejść. Świadomie ją wpuścił. Być może zrozumiał, że jest jego ostatnią szansą. Inaczej byłoby z nią marnie. Słyszała dawno temu relacje wilkołaków, którzy tylko lekko otarli się o Smocze Myśli. Spalona sierść dymiła jeszcze miesiącami. Jakby rana była zupełnie świeża, sprzed chwili. Takie rany długo uniemożliwiały też dzienną przemianę w człowieka. Gdy w końcu przemiana była możliwa, na ludzkiej skórze nie było śladu, ale wyłeś z bólu. Dlatego wielu pozostawało w wilczej postaci, mimo że inne, nawet znajome wilki, warczały teraz na ich widok. I odpędzały od stada. Kilku znaleziono zagryzionych. Za innymi z kolei łaziły psy. Im dłużej, tym więcej. Uciekały od ludzi. Nic szczególnego nie robiły, nie żarły, nie polowały, leżały tylko i trwały w takim tępym, nabożnym odrętwieniu. Jak zahipnotyzowane. I chudły. Marły z wycieńczenia.

Nagle doszedł ją hałas. Daleki szczęk metalu, ludzkie głosy, konie.
– Nosz, kurwa, mówiłam, żeby mi dali czas. Marchewa miał ich pilnować!

Wszystko zniknęło. Smok zwinął myśli. Odsunęły się z sykiem. Lepka maź pod stopami cofała się wydając ciche bulgoty. Została naga jaskinia.
Zdumiona stwierdziła, że słońce jest już bardzo nisko.
– Patafiany, chcą się tutaj chybcikiem oprawić i jeszcze zdążyć na wieczerzę do obozowiska. Albo do dziwek, co to choć niepiękne, jednak tłumnie ciągną z taborem. Naiwni idioci.
Choć smok był niemalże u kresu sił, to na tę bandę spokojnie wystarczy. Nie mógł już zionąć ani latać, od tygodni nic nie jadł, ale został mu jeszcze Czas. Oczywiście smoki nie potrafiły go zatrzymać ani zmienić biegu, ale potrafiły tak zmanipulować poczucie czasu, czyli jednak zmysł, tak zakręcić ten ludzki czas, że mózg robił fikołka, dostawał stupora, usztywniał na wszelki wypadek wszystkie mięśnie, wysyłał komunikat „Error”*, przechodził na stand by i tak pozostawał do momentu eliminacji zakłóceń. Rycerz europejski, z całym swoim rynsztunkiem, z rumakiem i uzbrojeniem, miał w starciu ze smokiem szanse mniej więcej takie, jak wykałaczka z mieczem Lorda Vadera. A jeśli któryś wracał, to tylko z litości smoczej lub niemocy. Batalion uzbrojonych po zęby marines z Quirmu nawet by nie zauważył, że coś się dzieje. Tylko łby by ich potem okrutnie napierdalały. Miesiącami. Ot taka mała pamiątka. Nawet nie celowa. Po prostu zakręcenie czasu pozostawiało w mózgu mnóstwo paskudnie gojących się mikrourazów. A tu plastra nie przykleisz.

Szare, wyblakłe cielsko w kącie patrzyło na nią zmęczonym, przygasłym wzrokiem. Jakby pytał: Mogę ci ufać?

– Żałować tych debili nie będę – mruknęła do siebie.

Spojrzał jakby uważniej.

– No, bym przysięgła, że mnie rozumie – wymruczała jeszcze ciszej.

Podniósł lekko głowę. Pokiwał.

Nie miała już wątpliwości. One rozumieją ludzki!

Przed oczami mignął jej wieloryb.
Teraz delfin.
Kruk.
Słoń.

– Do jasnej anielki! Haluny? Przecież nie jestem już w Myślach.

Zachodziła w głowę, skąd te wizje, a smok najwyraźniej wydawał się być rozbawiony. Mrugał oczami, uderzył łapą kilka razy w skałę i wydawał bulgotliwy, perlisty odgłos. Z nozdrzy umknęła smużka siwego dymu.
– Inteligentne gatunki! – Nie mogła powstrzymać okrzyku. – Nabija się ze mnie i ze mną rozmawia! Tylko, kto mi w to uwierzy?
Teraz już zupełnie przestała się bać.

Popatrzył na nią jakby z wyrzutem.

Teraz człowiek.

Jej też zrobiło się niedobrze.

Wstał z wysiłkiem. Myśli znowu wypełzły, ale inne. Srebrzyste, pokryte lekką łuską. Pachnące jabłkami i babim latem, lenistwem, wygrzewaniem na słońcu. Miejscami zamiast łuski były porośnięte rudawą rzadką sierścią. Jakby kocią. Tutaj pachniało pośpiechem, spalinami, przędzą. I słychać było turkot kołowrotka.

Obok niej, a właściwie wokół, wyrosła kłębiąca się ściana z gęstej, ceglastej mgły. Biegały po niej niebieskawe iskry, lecz mogła swobodnie wszystko widzieć. Tak jakby jej oczy znajdowały się jednocześnie przed i za ścianą. Wolała nie myśleć, co się stanie, jeśli będzie musiała przez nią przejść.
– To stąd ta sierść! – uśmiechnęła się lekko. Kotka Schroedingera live. Ma bestia talent.

Smok szykował się do walki.
Jedno wiedziała na pewno. Tanio skóry nie sprzeda.

* Najczęstszy komunikat we wszystkich typach urządzeń przetwarzania danych oraz bezapelacyjnie najbardziej ulubiony komunikat wszelkich, mniej lub bardziej sztucznych Inteligencji. W wolnym tłumaczeniu znaczy mniej więcej tyle co: „Zostaw mnie w spokoju. Nie mam ochoty już dzisiaj pracować. A po za tym jestem umówiona na herbatkę u Cioci Heni.” Objawy ustępują zazwyczaj natychmiastowo na widok pracownika serwisu. Czasami również śrubokręta.

Reblog. Nowa polska proza [+18]

Mateusz Skrzyński

Dom stu sposobów na samobójczą śmierć

Pakuję się w parszywe sytuacje.
Nie mam w sobie tego dzwonu, co bije na alarm, kiedy facet z nożem w ręku pyta, czy mam mu jeszcze coś do powiedzenia. Zawsze mam i nigdy nic dobrego.
Nie potrafię wyczuć nadchodzącego zagrożenia.
Nie jest najlepiej, jak dzwonnik postanawia wziąć sobie wolne, kiedy akurat powinienem odrzucić zaproszenie od niewłaściwych ludzi. Bogatych, z willą na przedmieściach i barkiem pękającym od alkoholu.
Chciałem się napić. Starczyłoby mi na pół litra czegoś przyzwoitego, ale wtedy piłem, jakby jutro miało być najgorszym, co może mnie spotkać. Taki głód mógł zaspokoić tylko cały rząd butelek. Dlatego wsiadłem do białego BMW, a pół godziny później piliśmy na przedmieściach w wielkim salonie, na wielkich fotelach przy wielkim stoliku, wykonanym z czegoś trudno dostępnego i drogiego.
Nazywali go Cruise od Toma Cruise’a, bo był niski i posiadał obsesję na punkcie swojej twarzy. Wydawała się nawilżona i świeża jak chusteczka do wycierania niemowlęcych tyłków. Cóż, każdy ma swoje gówno do przerobienia i zabiera się do tego na swój sposób.
– Skoro już tutaj jesteś pokażę ci, co trzyma mnie przy życiu – powiedział.
Wdzięczność. Tak. Właściwe słowo, żeby opisać ten rodzaj skrępowania, jaki rodzi się w nas, kiedy jesteśmy przyjmowani czymś drogim i potrzebnym. Miałem w sobie wdzięczność, dlatego wstaliśmy i ruszyliśmy po schodach na piętro.
Weszliśmy do sypialni. Cruise zapalił światło, później kopnął w łóżko, a dokładnie w skraj materaca szerokiego na trzy metry, na którym leżała kobieta ubrana w szlafrok. Podskoczyła bezwładnie jakby była martwa.
– Wstawaj, kurwo! – krzyknął. – Mamy gości.
Obudziła się. Miała kaca i szczerze nas nienawidziła. Usiadła na skraju łóżka, beknęła, a później rozejrzała się za swoją szklanką. Miała twarz opuchniętą od narkotyków i wódy, ale reszta ciała była jak diament w słońcu. To co działo się z jej policzkami, oczami i ustami nadal było tymczasowe. Nie zdążyła jeszcze zniszczyć się na amen. Szlafrok opadł z ramion, poły rozchyliły się, tak samo nogi, chwilę później pochyliła głowę i puściła pawia.
– Moja żona – powiedział.
W ścianie znajdował się stary sejf. Cruise przekręcił klamkę, usłyszałem jak kupa żelastwa zmienia swoje miejsce, metalowe drzwi otworzyły się, a w środku ujrzałem prawdziwe dziwy.
– Zanim kupiłem dom, samochód i tę kurwę zdychającą na łóżku, zanim zostałem rentierem musiałem odpierdolić cały sznur złamanych kutasów i kąsających suk. Całą tę bandę bawiło doprowadzanie mnie do rozpaczy. Kazali mi robić rzeczy, których nie chciałem, ale robiłem, bo byłem małym człowieczkiem na początku swojej drogi, a wtedy łatwo cię przerazić. Oni o tym wiedzą, skurwysyny, którzy dają ci pieniądze na jedzenie i czynsz. Nie muszą tego robić, ale dają ci popalić, bo ktoś inny zrobił to samo z nimi albo lubią to gówno.
W sejfie leżało z pół kilograma białego proszku oraz leki: valium, tramadol, fenytoina jakieś niezbyt silne barbiturany oraz kilkadziesiąt tabletek vicodinu w charakterystycznych amerykańskich pomarańczowych buteleczkach, wypisanych na nazwisko H. Lee, i wiele, wiele, więcej.
– Miewałem dość, ale znalazłem na nich sposób. Kupiłem sznur, wmontowałem w ścianę hak, ukręciłem pętlę. Jeden koniec przymocowałem do haka, a pętlę zakładałem na szyję. Za każdym razem, gdy ktoś mnie wkurwił, upewniałem się, że sznur dobrze leży na gardle i ciągnąłem tak mocno, aż oczy wychodziły mi na wierzch. Wszystko mogli mi zabrać, ale ja miałem to, władzę nad własnym życiem i mogłem je skończyć, kiedy tylko zechcę.
Dalej przeglądałem zawartość sejfu. Z tyłu stały dwie litrowe butelki spirytusu, między nimi leżał rewolwer, a obok obrzyn ze strzelby na grubą zwierzynę.
Pościel zaszeleściła. Odwróciłem głowę w stronę łóżka.
Kobieta dochodziła do siebie. Znalazła sobie butelkę wódki i zaczęła z niej popijać.
– Bzury! – wrzasnęła. Miała zachrypły głos. Twarz przywodziła na myśl dupę pawiana, którą ktoś nauczył mówić. Razem nie składało się to w nic dobrego. – Same bzdury, Cruise. Jesteś tchórzem. Bierzesz te swoje tabletki, wciągasz kreskę, a później wychodzisz do ogrodu pożegnać się z psami. Wypijasz przy tym litr whisky, czasem zeszczasz się w gacie, ale nigdy nie umierasz.
– Moja żona to rasowa kurwa – powiedział do mnie. – Ale pieprzy się tylko z tymi fagasami, z którymi jej pozwalam. Inaczej zajebałaby się na śmierć.
Roześmiała się, a później splunęła, ale zamiast dosięgnąć Cruise’a, trafiła w nocną lampkę.
– Pierdolę się z całym miastem, Cruise! – zaskrzeczała. – Gdybym chciała mogłabym się pieprzyć ze stadem borsuków i byłoby to lepsze, niż seks z tobą.
Wściekł się. Naprawdę dotknęło go to do żywego. Chodził wokół niej z zaciśniętymi pięściami, ale niewidzialna bariera nie pozwalała mu zrobić niczego podłego i brutalnego.
– Gdyby nie to, co trzymam w sejfie – wskazał palcem butelki, fiolki, woreczki i pistolety. Ostatni raz rzuciłem okiem do środka i dojrzałem coś, co powinno od razu rzucić mi się w oczy. W rogu stał wielki słój z formaliną, a wewnątrz pływała wielka czarna fujara. – Gdyby nie to… – Był czerwony, wściekły i bezbronny jak dobijany byk. – Przysięgam kiedyś wezmę to wszystko, później palnę sobie w łeb, a wtedy będziesz ssała pod mostem za butelkę wina!
Kiedy znów rozległy się jej wrzaski postanowiłem zostawić ich samych i zająć się burbonem czekającym na dole. Niewiele brakowało, a mógłbym wreszcie odpocząć w samotności, ale na schodach zaczepiłem stopą o tralkę i runąłem w dół. Upadając straciłem przytomność.

Obudziłem się w łóżku, bez koszuli, z opatrunkiem na głowie i, od pasa w górę, wysmarowany tłustym świństwem o zapachu indyjskich przypraw. Pachniało paskudnie, ale przyjemnie grzało ciało. Chwilę zajęło mi zrozumienie, gdzie jestem. Wstałem, podniosłem z fotela koszulę, spróbowałem odnaleźć portfel, ale bez skutku.
Tym razem ostrożne zszedłem na parter. Spali na dywanie wtuleni w siebie. Nadzy, wymęczeni przez używki i seks. Ona na wierzchu. Opuchlizna prawie zeszła. Twarz zaczynała pasować do reszty ciała.
Opuściłem ten dom obity i zdruzgotany. Ptaki szybowały nade mną, a ja miałem przed sobą pięć kilometrów marszu i ani grosza w kieszeni. Znałem drogę, wiedziałem, że minę dwudziestoczterogodzinny bar. Wszedłem do środka, stanąłem przy ladzie, nie wiedząc, co dalej.
– Ciężka noc? – zapytał facet w białym garniturze. Włosy zaczesał do tyłu. Na palce założył całą gablotę błyszczących sygnetów. Piąta rano, a on wyglądał jak świeżo odlana sztabka złota. – Piwo dobrze ci zrobi.
Skinął na barmana, rzucił dychę na blat, a ja dostałem swoją zimną butelkę.
– To był ciężki tydzień – powiedział. – Przyjechałem tu, żeby odpocząć. Mam w hotelu skrzynkę whisky. Sam nie dam temu rady. Może znasz jakieś panienki? Ale pewne, żadnego syfa, jestem żonaty.
Westchnąłem.
To nigdy nie zamierzało się skończyć.

Metaforycznie: Mistrz ucieczek

Ojciec był mistrzem ucieczek. Na igrzyskach olimpijskich w Londynie zdobył złoty medal na dystansie pięciu tysięcy metrów, uciekając przed metalową kulą oraz brązowy medal za ucieczkę przez płotki, uchylając się przed nadlatującymi strzałami. Dzień po honorowym udekorowaniu zwycięzców odeszła od nas mama. Nie rozumiałem dlaczego. Ojciec stał się sławny. Powiesił medale w gablotce. Zarobił pieniądze. Nie chciałem go opuszczać. Był moim bohaterem.
Dokładnie rok później odwiedził nas prawnik. Dobrze pamiętam, bo w telewizji leciał reportaż, w którym rozważano, czy nie skreślić ucieczek z listy dyscyplin olimpijskich. Słuchałem tego z niedowierzaniem.
Jeden z dziennikarzy przywołał przykład mojego ojca.
– Syn szwaczki i malarza statków – wymieniał. – Wielokrotny mistrz kraju i zdobywca dwóch medali na ostatnich igrzyskach. Ilu takich jak on nie sięgnie po złoto, gdy zdyskredytujemy ucieczki? Ilu straci swoją szansę na awans społeczny?
Tak mówił, a ja czułem jak rozpiera mnie duma.
– Potrzebujesz trzydziestu tysięcy – powiedział prawnik. Wyciągnął z teczki plik papierów i przesunął palcem po kilku linijkach tekstu. Ojciec czytał z uwagą. Mięśnie żuchwy pracowały z mechaniczną regularnością. Intensywnie się nad czymś zastanawiał. – Oddasz i staniesz się wolnym człowiekiem.
– To tyle, ile wart jest ten dom – odpowiedział ojciec. – Czy mam sprzedać dom?
– Trzydzieści tysięcy – powtórzył. – Ja tylko mówię, że wreszcie mógłbyś się od nich uwolnić.
Serdecznie uścisnęli sobie dłonie. Dopiero, gdy usłyszałem dźwięk odpalanego silnika ponownie oderwałem wzrok od telewizora.
– Może mogliśmy razem pouciekać? – zaproponowałem ojcu.
– To mi dobrze zrobi – czule pogłaskał mnie po głowie. Wyobrażałem sobie, że będzie to jeden z tych gestów, które przejmę od niego, gdy się zestarzeje. Będę podawał mu leki i obejmował dłońmi łysiejącą głowię.
Założyliśmy wygodne buty.
Sąsiad trzymał buldoga amerykańskiego. Wściekły pies. Nienawidził nas z całego szybko bijącego serca. Rozejrzeliśmy się. Ulica była pusta. Ojciec otworzył furtkę.
– Hej, Lincoln! – zawołał i gwizdnął przeciągle na placach. – Chodź tu skurwielu!
Lincoln wybiegł przed dom. Wyszczerzył zęby i rwąc drobne kępy trawy ruszył ku nam.
Zaczęliśmy uciekać.

Scarlett i ja: człowiek z gnijącą aureolą

Tego ranka obudziłem się na lekkim kacu.
To miał być dzień odkryć.
Kiedy zakładałem spodnie zauważyłem, że nad wezgłowiem w miejscu, gdzie układam się do snu, spod żółtej farby zaczyna wyłaniać się coś zielonego o lśniącej powierzchni.
Gdy już zmoczyłem włosy, aby móc je przeczesać, stanąłem na wadze. Tarcza przekręciła się powyżej liczby sto. Koszula opięła się na ramionach i barkach. Od kilku miesięcy przerzucałem worki z kawą. Nie na Karaibach, ale w centrum Poznania, ponieważ w mieście jest palarnia kawy.
Przy śniadaniu usłyszałem, jako moja Scarlett O’Hara wychodzi z łóżka, trzęsąc cyckami przebiega przez korytarz i wchodzi do łazienki, zatrzaskując za sobą drzwi. Nie musiała się nigdzie śpieszyć, a mimo to uwijała się pod prysznicem jak rak parzony we wrzątku. Scarlett tak mają – zaskakują. Świetne z nich nauczycielki, chociaż okrutne. Nie mam pewności, czy są w tym w pełni świadomie.
– Dokąd to, Scarlett? – zapytałem.
– Och! – westchnęła. – Zapomniałam, że umówiłam się z Ashley’em na ósmą. Mieliśmy jechać kupić stolik do kawy. Niesłychanie ważne jest posiadać stolik do kawy, a Ashley go nie ma.
– Mówimy o tym samym Ashley’u, od którego wczoraj odeszłaś?
Wziąłem do ust kęs bekonu. W smaku był wspaniały, idealnie kruchy i odpowiednio słony. Robię naprawdę niezły bekon.
– Wczoraj tak właśnie mówiłam, ale nie jestem pewna, czy rzeczywiście to definitywne – odpowiedziała. – Chyba się nie gniewasz, Rhett?
Minioną noc spędziliśmy w łóżku. Trochę piliśmy. Scarlett zdradziła mi kilka swoich tajemnic. Rumieniła się jak pięciolatka, która podnosi rąbek sukienki do ust, żeby ukryć zakłopotanie. Później zaskoczona zdaje sobie sprawę, że właśnie pokazała majtki. Opuszcza rąbek i najzwyczajniej nie wie, co dalej robić, szukając u ciebie ratunku.
Dostałem swój kawałek ciasta.
Więcej, wyznała mi miłość. Jej mina była najpoważniejszą wśród wszystkich kobiet w tej części miasta. Mogła nawet mówić prawdę, ale miłość to rzecz skomplikowana. W jednym ułamku życia dostajesz wszystko, żeby w kolejnym pozostać z niczym.
– Nie ma sprawy, Scarlett – powiedziałem. – Miło z twojej strony, że chcesz mu pomóc.
Wyciągnąłem piwo z lodówki. Wróciłem do łóżka, oparłem głowę o tę zieloną, świetlistą plamę, która zaczynała przybierać kształt okręgu. Ubrana wyszła z łazienki i dała mi soczystego buziaka.
– Jesteś świetny, Rhett – dodała. – Najlepszy na świecie.
Wiedziałem, że do mnie wróci, kiedy znów poprztyka się z tamtym albo innym, a ja przyjmę ją, ponieważ miło jest mieć swoją Scarlett.
W jednym ułamku życia masz wszystko, żeby za chwilę nie mieć nic.
Piłem piwo i zastanawiałem się, czy tamten Ashley – jeden z miliona Ashley’ów na świecie – zdaje sobie z tego sprawę.

Inne utwory autora

Reblog: Trzęsące się pudła i inne opowiadania

Mateusz Skrzyński

Trzęsące się pudła

Padał deszcz. Dzień należał do gęstego tłumu dób na bezrobociu. Kończyła mi się kasa. Starym zwyczajem kursowałem pomiędzy sklepem z piwem – gdzie kupowałem przeterminowane Heinekeny po 0,99 PLN za butelkę – a swoim wynajętym kilkunastometrowym mieszkaniem. W windzie pół ściany przysłaniało lustro.
Patrzyłem na swoją wysączoną z wilgoci twarz. Butelki dzwoniły. Pudło wiozące mnie do góry trzeszczało. Psy pod numerem szóstym i dziewiątym szczekały. Stuknięcia w sufit, puknięcia w ściany, kroki na korytarzu, każdy niespodziewany dźwięk doprowadzał mnie do szaleństwa, więc kursowałem częściej, wpatrywałem się w siebie mocniej, zastanawiając, czy jestem w stanie wypić więcej piwa, niż organizm mógłby znieść. Nigdy się nie udało, dlatego to bezpieczny alkohol dla pisarzy-wariatów. Oczywiście musisz się wcześniej oćwiczyć, ale, jak sądzę, artyści nie mają z tym problemu.
Trzecia rano. Kursuję, ale w kosmosie pomiędzy galaktykami. Dzwoni telefon. Moja matka płacze. Jej nie żyje. Otwieram lodówkę. Pusta, w sensie niezaopatrzona w alkohol. Siadam sobie na stołeczku.
Zaczyna się kompletowanie długiej listy przewinień. Mogłem częściej dzwonić. Mniej się na nią złość. Przeżyła obóz koncentracyjny w Majdanku, straciła sześcioletnie dziecko pod kołami wozu, z uporem kleiła rozchodzącą się w szwach rodzinę. Sam pojechałem na drugi koniec Polski, tylko dlatego, że właśnie tam się znajdował. Miała w sobie wytrzymałość przeciwatomowego schronu, aurę pewnego azylu.
Zapakowałem się w pociąg i dziesięć godzin później zobaczyłem ją w trumnie. W drodze przetrawiłem alkohol, a na miejscu ją pożegnałem. Później śniła mi się ze sto razy, jak wstaje z trumny i mówi: „To pomyłka! Zabierzcie mnie do domu”. Ale tego domu już nie ma. Zamiast niego są szczekające psy, trzęsące się pudła z lustrem w środku, niezaopatrzone lodówki i kolejne odsłony alkoholowego szaleństwa.

Ciche podszepty skrywanych tajemnic

Układało się całkiem nieźle. Miałem pracę, mieszkałem ze swoją przyszłą żoną. Przewidywalna przyszłość zwalniała i miałem jej właśnie wskoczyć na plecy. Pozostawiłem sobie niewielką przestrzeń, gdzie głaskałem i pocieszałem swoją tęsknotę. Zamknąłem niebieskiego ptaszka w klatce, żar obsypałem popiołem. Włóczyłem się trochę wieczorami. Tyle mi wystarczało.
O trzeciej nad ranem Poznań traci na gęstości. Nie tak, jak w małych miastach, ale jest wystarczająco intymnie, żebyś mógł poczuć postapokaliptyczną melancholię. Możesz iść środkiem światła jak ospały niedźwiedź albo w cieniu przemykać się pod ścianami niczym wychudzony kot. Możesz też napotkać przedziwnych ludzi.
Facet mierzył nie więcej niż metr sześćdziesiąt. Krótka broda, długie włosy, na nosie szerokie szkła w plastikowych oprawkach. Niósł na plecach gitarę w twardym futerale. W ręku plastikowa torba z gratami.
– Wiesz może, gdzie jest najbliższy motel? – zapytał.
Wiedziałem, więc mu powiedziałem.
– Stało się to nagle – zaczął. – Dowiedziałem się, że będę jutro grał. Przyjechałem z Wrocławia. Czego się nie robi, żeby wydać własną płytę.
Chwilę szliśmy razem w tę samą stronę. Opowiedział mi jedną z tych wspaniałych historii o nadchodzącej sławie. Jeszcze miesiąc, dwa i własny krążek, za rok cała Polska o nim usłyszy, o biednym chłopaku, którego stary lał, a matka nie brała jego strony, więc uciekł. Od tamtej pory pomieszkuje na squatach i u świętego Alberta.
– Może byś mnie przenocował? – przeszedł do sedna. – Jedna noc na podłodze. Uratowałbyś mi dupę.
Mam poczciwą twarz, ale posiadam też oczy. Staram się nimi patrzeć skutecznie. Znałem, znam nadal, takich chłopaków jak on. Napięcie w oczach, urywane, gwałtowne ruchy, jakby siedziała w nim ledwo ujarzmiona siła, pragnąca rozerwać świat na strzępy. Na pierwszy rzut oka koleś z sercem na dłoni, który zasługuje, żeby wyciągnąć do niego rękę. Wpuszczasz go do mieszkania, a on okopuje się w kącie i zostaje tam na miesiące. Później dowiadujesz się, że uciekł z innego miasta przed zarzutami za molestowanie seksualne albo, że leje swoje kobiety lub przesiedział pięć lat za pobicie ze skutkiem śmiertelnym. Drenuje cię z kasy i energii, podkrada ci szczęście i kotlety z lodówki. Był czas, kiedy myślałem, że mam z takimi chłopakami wiele punktów zbieżnych, ale z czasem zaliczyłem ich do grona niechcianych narośli, do których sam nie należę. Mam dla nich wiele współczucia, ale taka znajomość zawsze kończy się czymś brutalnym i paskudnym.
Podzieliłem się z nim piwem, które niosłem w plecaku. Dwie butelki, połowa dawki na bezsenność. Tyle mogłem mu dać, żeby oddać światu sprawiedliwość, że wszyscy zasługujemy na odrobinę dobra.

Wszechświaty

Nie posiadłeś samotności, jeżeli nie dopadła cię kompletna cisza. Zakonnicy klasztorni składają śluby milczenia (tak mi się przynajmniej wydaje, że ciągle gdzieś można komuś przysiąc zamknięcie mordy do końca życia). Chociaż nie po drodze mi z żadnym kościołem, od czasu do czasu wpadam w te same pułapki, jakie zastawiają na siebie fanatyczni chrześcijanie. Jakie wnioski z tego płyną? Widać mam tak samo nasrane we łbie, jak mają i oni.
Któregoś dnia – niczym się nie wyróżniał, świeciło słońce albo padał deszcz – przyszło do mnie to milczenie i zostało na jakieś trzy miesiące. Nie składałem sobie przyrzeczenia, nie objąłem drzewa, niczego nie obiecałem naturze, ani nie padłem na twarz przed żadną figurą. Przestałem rozmawiać z ludźmi, a że wiodłem wtedy kawałek popierdolonego życia, mogłem sobie na to pozwolić. Schowałem się w malutkiej ciszy w oderwaniu od ludzkości. Cóż to był za czas.
Myłem się trzy razy dziennie, nie dlatego, że czułem się brudny, ale dla zabicia czasu. Chodziłem na siłownię i raz jeden byłem bliski spalenia całego nadmiaru tłuszczu. Owijałem się w koc, odpalałem farelkę, dwa tysiące wat szczęścia, służącego mi do ogrzewania pokoju i odlatywałem, wyobrażając sobie, że leżę na wielkiej rurze ciepłowniczej, gdzieś w fabryce mięsa na kotlety. Ludzie na dole uwijają się, pot cieknie im po dupach, a ja chowam się nad nimi na tej rurze, uciekam przed nieszczęściem.
Ważne rzeczy działy się wtedy we mnie. Miałem się za skorupę pełną wszechświatów, a rozum zachowywałem rozmawiając z samym sobą za pomocą komputera. Trzaskałem niezbyt długie, sprośne i dekadenckie opowiadania, które przepadły tak samo, jak większość tego, co napisałem. Rozprawiałem się ze skrzyńskim pragnącym porzucić różne ważne sprawy na rzecz straceńczego seksu (hehe) i alkoholu. Tworzyłem malutkie piekiełka, opiekałem się tam na ruszcie i wychodziłem z tego soczysty, pachnący i złoty. Kiedy naprawdę dopadnie mnie pisanie, nie ma niczego ponadto. Budzę się w strachu, oblany potem, z oczami jak dwie świecące uliczne latarnie i MUSZĘ pisać. Sprawdzić się. Ulepszyć. Pragnę dostąpić towarzyszącego temu zachwytu oraz – najistotniejszego – uleczenia.
I mam cię tutaj schwytanego w skorupie, a wszechświaty krążą nam wokół strapionych głów. Wachlują, strzepują pot z naszych ogorzałych karków. Odprężające, nieprawdaż?

***

Autor Mateusz Skrzyński
Poezja i proza, a jakże.

W rubryce “O mnie” Mateusz napisał:

Urodziłem się w 1988 roku w Tomaszowie Lubelskim. Studiowałem, a jakże. Mam żonę, kota i rząd pikantnych papryczek na parapecie. Posiadam telefon, komputer i trochę wiary w siebie.

Publikowałem w „Akancie”, „Fabularie”, internetowej „Histerii”, „Helikopterze”, magazynie „Rzeczy”. Moje wiersze jeszcze w tym roku pojawią się w kwartalniku „Migotania” miesięczniku „Odra” oraz w jesiennej „Krytyce literackiej”. Właśnie się rozpędzam.

Jestem otwarty na każdą współpracę. Chciałbyś opublikować moje wiersze? Napisz. Wyślę ci ich całą kupę. Wybierzesz sobie. Chciałbyś wydać mój tomik albo broszurkę? Koniecznie daj znać. Postawię kratę piwa (paniom mogę wino), pogadamy i zostaniemy przyjaciółmi.

Mam też sporo krótkich opowiadań.

Mogę spróbować napisać tekst na życzenie. Nie ma takiej propozycji, którą odrzuciłbym bez wcześniejszego zastanowienia.

Pisz śmiało:   mz.skrzynski(at)gmail.com.

Stuart 29

I stare at my reflection in the mirror,
Why am I doing this to myself?
Losing my mind on a tiny error.
I nearly left the real me on the shelf. No.
Don t lose who you are in the blur of the stars.
Seeing is deceiving, dreaming is believing, it s okay not to be okay.
Sometimes it s hard to follow your heart.
Tears don t mean you re losing, everybody s bruising.
Just be true to who you are.

Wpatruję się w swoje odbicie w lustrze…
Dlaczego to sobie robię?
Tracę rozum przy najmniejszym błędzie
I gubię gdzieś samego siebie. Nie.
Nie zgub siebie w plątaninie gwiazd
To, co widzimy jest iluzją, a marzenie oznacza wiarę,
To w porządku, że nie jesteś okay
Czasami ciężko jest podążać za sercem,
Lecz łzy wcale nie znaczą, że przegrywasz, każdy ma przecież jakieś blizny
Bądź po prostu szczery w stosunku do siebie.

Ed Sheeran, Who you are

Joanna Trümner

Powrót

Jak ten tydzień szybko minął”, pomyślał pakując rzeczy w hotelu. Następnego dnia opuszczał Melbourne i jechał w dalszą trasę koncertową do Canberry. Przed kilkoma dniami dowiedział się od Toma, że mały, nowo otwarty klub w tym mieście zaproponował mu pięć koncertów. Zadzwonił tam natychmiast i potwierdził przyjazd. Był zaskoczony, kiedy właściciel klubu powiedział mu, że dowiedział się o nim od Chucka. Do tej pory Stuart nie mógł oprzeć się wrażeniu, że Chuck nie czuje do niego zbytniej sympatii i że jest dla niego prawdopodobnie tylko jednym z tysięcy muzyków, zapychających dziury pomiędzy występami prawdziwych gwiazd.

Od dnia, w który opuścił Melbourne minęło jedenaście miesięcy. Znowu był w drodze – tym razem była to droga do Sydney. Nie mógł doczekać się spotkania z Tomem. Podczas wielomiesięcznej podróży po Australii zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo mu brakuje rozmowy z przyjacielem – sporadyczne rozmowy telefoniczne, wymierzane taktem monet wrzucanych do szczeliny w budce telefonicznej, nie były nawet namiastką prawdziwej rozmowy. Od początku trasy koncertowej przejechał czterdzieści tysięcy kilometrów, poznał dziesiątki miast i miasteczek w Australii i zawarł wiele nowych znajomości. Każdy dzień był nową przygodą, a każdy koncert przed nieznaną publicznością wielką zagadką z trudnym do przewidzenia rozwiązaniem. Podczas drogi powrotnej do Sydney Stuart przypominał sobie wydarzenia ostatnich miesięcy i ze zdziwieniem zdał sobie sprawę z tego, ile z tych tak bardzo różniących się dni zniknęło z jego pamięci. A tak bardzo chciał opowiedzieć przyjacielowi o dniach w drodze, o sukcesach, porażkach i koszmarnych przeżyciach, które na długo wytrąciły go z równowagi. Jak pierwszy koncert w Perth. Już przy wejściu do sali – największej w jakiej do tej pory występował – na tysiąc osób, wiedział, że jego występ tu jest nieporozumieniem. Muzyka, którą grał, nie pasowała ani do tego pomieszczenia ani do wybitnie młodej publiczności. Było to miejsce, gdzie odbywały się koncerty grup rockowych i Stuart zadał sobie w duchu pytanie, czy właściciel klubu nie sprawdza jego kosztem, czy ta publiczność zaakceptuje w ogóle muzykę innego rodzaju. „Co ja tu robię?”, zastanawiał się, żałując po raz pierwszy, że nie zatrudnił menadżera, który przed każdym koncertem obejrzałby salę i wykłóciłby się o gażę. „I który prawdopodobnie odradziłby mi przyjazdu tutaj”, pomyślał, wiedząc, że znalazł się w sytuacji bez wyjścia.

Ten wieczór był jedną wielką wpadką, już w pół godziny po rozpoczęciu koncertu słuchacze zaczęli masowo opuszczać salę. „Chyba bym wolał, żeby mnie wygwizdali, przynajmniej bym wtedy wiedział, że wywołałem w nim jakiegolwiek emocje”, myślał rozczarowany na widok pustoszejącej sali. W kilka minut przed dziesiątą przestał grać i wyszedł tylnym wyjściem na parking. Wrócił do hotelu i wypił w barze trzy podwójne martini. Wrócił do pokoju i systematycznie zaczął opróżniać hotelowy minibar. Chciał się upić i zapomnieć o tym wieczorze, ale wypity alkohol sprawił tylko, że czuł się coraz podlej. Nie potrafił zwalczyć uczucia porażki i rozgoryczenia. „Jak mam po tym jeszcze kiedykolwiek wyjść na scenę? Po prostu nie mam talentu i sam się oszukuję”, pomyślał i nagle w głowie pojawiło się wspomnienie z dzieciństwa, wspomnienie pierwszej wielkiej porażki – meczu piłkarskiego w czwartej klasie szkoły podstawowej, kiedy on jako jedyny w całej drużynie przestrzelił karnego i przyczynił się do przegranej. Przypomniał sobie powrót z boiska szkolnego do domu i łzy rozczarowania, których nie był w stanie opanować. Po powrocie rzucił się na łóżko w swoim pokoju i zanosił się tak głośnym płaczem, że nie usłyszał kroków ojca. „Co się stało?”, zapytał ojciec obserwując go bacznie. „Nie nadaję się do niczego, przeze mnie przegraliśmy mecz. Już nigdy więcej nie pójdę do szkoły, wszyscy się będą ze mnie do końca życia śmiali”. Ojciec długo patrzył na niego, dziś Stuart wiedział, że ojciec szukał właściwych słów: „Nie wolno ci tak myśleć. Nigdy nie możesz w siebie zwątpić, to jest najważniejsza zasada w życiu. Nie strzeliłeś tej głupiej bramki, ale za to nikt z twoich kolegów nie zna tak dobrze matematyki i nie gra na gitarze. Nigdy nie wolno ci myśleć, że jeteś gorszy od innych, obiecujesz?” „Obiecuję”, odpowiedział Stuart i poczuł, że przestaje płakać. Wspomnienie tej obietnicy z dzieciństwie było tamtego wieczoru jego jedynym pocieszeniem. W Perth spędził jeszcze kilka dni i chociaż dalsze trzy koncerty niczym nie przypominały porażki z pierwszego dnia pobytu, z ulgą opuścił to miasto.

Następny koncert dał w miasteczku Esperance, o którego istnieniu nigdy do tej pory nie słyszał. „To wielki krok w mojej karierze”, pomyślał z przekąsem wchodząc do przytulnej, małej knajpy w centrum miasta. Już po siódmej sala zapełniła się po brzegi. Po koncercie Stuart musiał w duchu przyznać, że w tym małym miasteczku, które z trudnością odszukał na mapie, znalazł najlepszych słuczaczy. Występ zakończył się wieloma bisami, a kiedy Stuart zaczął pakować gitarę do futerału podeszła do niego młoda, ładna dziewczyna. „Mogłabym cię słuchać godzinami”, powiedziała nieśmiało. Stuart spytał, czy pójdzie z nim na drinka do jedynego czynnego o tej porze baru w mieście. Po czwartym drinku wiedział, że po raz pierwszy od dawna nie spędzi nocy sam. Okrągłe, brązowe oczy wpatrzonej w niego dziewczyny były właśnie tym, czego teraz potrzebował. Nieraz później wspominał tamten wieczór i noc z Karen. „Ciekawe, czy po latach będzie wspominać o nocy, którą spędziła ze słynnym muzykiem? A może kiedyś w jedynym hotelu w Esperance będzie wisiała tablica pamiątkowa z moim nazwiskiem?”, pomyślał z uśmiechem na ustach i zapadł w głęboki sen.

Minął prawie rok, zanim wrócił z trasy koncertowej do Sydney. Dotarł do domu przyjaciela i zadzwonił do drzwi.

Rozmawiali do późna w nocy, Stuart dzielił się z Tomem powodzeniami i porażkami, i patrzył na niego z wdzięcznością. Nie wiedział, jak ma powiedzieć przyjacielowi, że często w ciągu ostatnich miesięcy brakowało mu rozmowy z kimś, przy kim można być sobą i nie zastanawiać się nad wypowiadanymi słowami. W ciągu ostatnich jedenastu miesięcy Stuart uświadomił sobie, że życie muzyka oznacza ciągłą drogę i samotność. Toma od kilku miesięcy spotykał się z jedną z nauczycielek ze szkoły, w której pracował. „Tym razem wiem, że to jest to. Jutro ją zresztą poznasz”, powiedział na wstępie. „Ile już razy myślałeś, że to jest to? Tak ci życzę, żebyś nie przeżył kolejnego zawodu”, pomyślał Stuart, przypominając sobie o rozczarowaniach Toma, o dziewczynach, dla których był tylko zabawką, przystankiem, na którym czekały na spotkanie kogoś lepszego.

Przez cały wieczór Stuart czuł, że przyjaciel ma mu jeszcze coś do powiedzenia. Nie mylił się. „Nie bardzo wiem, jak zacząć. Przed kilkoma dniami wpadła do mnie Meg, bardzo chciałaby z tobą się spotkać”, powiedział zaskoczonemu Stuartowi. „Była bardzo przygaszona”, dodał po chwili. „Nie wiem, po co mielibyśmy się spotkać, dla mnie to jest zamknięty rozdział”, odpowiedział Stuart i zdał sobie sprawę, że wcale nie jest do końca przekonany. „Może jednak powinieniem się z nią zobaczyć, od naszego rozstania minął w końcu rok. Już przestało boleć. Może uda mi się raz na zawsze zamknąć tę historię i dowiedzieć się, czy w ogóle dla niej coś znaczyłem?”. pomyślał, czując równocześnie, że zaczyna go opanowywać dziwny niepokój i strach.

Następny dzień spędzili wspólnie. Stuart nie mógł doczekać się spotkania z Tess. Punktualnie o siódmej wieczorem do drzwi ktoś nieśmiało zastukał. Drobna, o kilka lat starsza od Toma Tess była najmniej atrakcyjną z dotychczasowych partnerek Toma. „Wygląda jak typowa nauczycielka matematyki”, pomyślał Stuart, podając jej rękę na przywitanie. Ale w momencie, kiedy zaczęli rozmawiać, zapomniał o pierwszym wrażeniu. Tess miała w sobie dużo optymizmu i radości życia. Na pierwszy rzut oka widać było, jak bardzo wpatrzona jest w Toma. Pod koniec wieczoru Stuart był pewien, że tym razem jego przyjaciel znalazł w końcu kogoś, kto go nie zrani.

Cdn

Stuart 27

Picture of the moon You gave to me that night.
The stars were out to play, the moon was shining bright.
If only I had known that it would end so soon.
I was left with a picture of the moon.

Widok księżyca, który dałaś mi tamtej nocy.
Gwiazdy bawiły się na niebie, księżyc świecił jasno.
Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to się tak szybko skończy
I że zostanie mi tylko widok księżyca.

Van Morrison, Picture of the moon

Joanna Trümner

Przygotowania

Ta niedziela strasznie się dłużyła. „Są dni, które nie mają końca. Kiedy to przestanie tak boleć?”, pomyślał, zastanawiając się jak zabić kolejne godziny i doczekać poniedziałku. Nie potrafił wyjść z labiryntu złych, smutnych, pełnych żalu i smutku myśli. Patrzył na świecące za oknami słońce i zdecydował się na spontaniczną wycieczkę do domu starców, w którym kiedyś pracował. Przypomniały mu się koncerty muzyki, które dawał pacjentom i radość, jaką widział w ich oczach, i z przerażeniem uzmysłowił sobie, że od jego ostatniej wizyty tam minęły całe dwa lata. Ciekaw był zmian, które tam w tym czasie zaszły. Przy wejściu do budynku Stuart od razu rozpoznał charakterystyczny zapach starości i środków dezynfekcyjnych. „W tej kwestii nic się nie zmieniło”, pomyślał i zadał sobie pytanie, dlaczego tu właściwie przyszedł, czego szukał – wspomnień szczęśliwszych czasów? powrotu do początku pobytu w Sydney? spokoju, który dawała mu świadomość, że czeka na kobietę, z którą przejdzie przez resztę życia?

W jadalni spotkał kilku mieszkańców, wpatrzonych w ekran telewizora, jedyną osobą, która go rozpoznała była stuletnia pani Bennet. „A kiedy nam znowu coś zagrasz?”, zapytała z kokieterią w głosie. W tym momencie pożałował, że nie przyniósł ze sobą gitary, żeby chociaż na chwilę muzyką przerwać dziwną atmosferę w jadalni. „Oni wyglądają jak ludzie, którzy już tylko czekają na przyjście śmierci, wszystko inne od dawna przestało ich interesować”, pomyślał z litością. W hallu natknął się na pielęgniarza, z którym w czasach pracy w ośrodku wychodził na przerwy na papierosa. Z zaskoczeniem zdał sobie sprawę z tego, że nie pamięta jego imienia. Pielęgniarz opowiedział mu o oszczędnościach, wprowadzonych przez nowe kierownictwo i o tym, jak niewielu mieszkańców odwiedza ktoś z rodziny. „Starzy ludzie nie mają tu żadnych dodatkowych zajęć – jedzą, śpią, oglądają telewizję i czekają na koniec. Jedynymi atrakcjami są comiesięczne wizyty uczniów z sąsiedniej szkoły”.

Stuart z ulgą opuścił to miejsce, w którym przed kilkoma laty przeżył wiele szczęśliwych chwil, „jak dobrze, że ja mam jeszcze tyle lat przed sobą”, pomyślał w drodze do domu.

W połowie czerwca przyleciała do Sydney matka z Nieznajomym. Goście zamierzali zatrzymać się na trzy noce u Stuarta, a potem udać się w podróż po Australii. „Po tym koszmarnym locie musimy u ciebie odpocząć”, powiedział Nathan przy przywitaniu na lotnisku. Stuart od pierwszego spojrzenia poczuł do niego sympatię. Wieczorem wspólnie zjedli kolację w chińskiej restauracji i Nat opowiedział mu o sobie. Był, jak to nazywał, „we wcześniejszym życiu” pediatrą i ten zawód był jego wielką pasją. Nie miał własnych dzieci, młod chodził zi pacjenci mu je zastępowali. Praca była sensem jego życia, a roześmiane dziecięce oczy i wdzięczność rodziców były najpiękniejszą zapłatą. Nie potrafił pogodzić się ze śmiercią dzieci, a co najmniej raz w roku tracił jednego ze swoich pacjentów, przegrywał walkę z białaczką i innymi chorobami, na które medycyna nie znalazła jeszcze żadnego remedium. W miarę upływu lat czuł na sobie coraz mocniej ciężar i bezsilność, przygniatało go uczucie niemocy i niesprawiedliwości losu, z każdym zmarłym pacjentem i w nim coś wygasało i odbierało mu ochotę do dalszego życia.

Długo walczył z myślami, po wielu nieprzespanych nocach zdecydował się zrezygnować z prowadzenia praktyki lekarskiej. Sprzedał ją z zyskiem i zaczął na nowo szukać sensu w życiu. Rozstał się z żoną i przeprowadził z Brighton do Walton. „Tam nikogo nie znałem, w nowym domu chciałem zacząć nowe życie. Początki nie były dobre, przez długie miesiące tkwiłem w depresji. W punkcie zero – bez rodziny, bez zawodu, bez celu. I wtedy poznałem twoją mamę. To była najlepsza terapia”, uśmiechnął się, patrząc na matkę Stuarta.

Nat przekonał go do siebie szczerością i ciepłem. Kilka dni wizyty minęło bardzo szybko, Stuart wracał z pracy do posprzątanego mieszkania, w którym czekał na niego obiad. Miał ochotę przytulić się do matki, tak jak kiedyś, kiedy był dzieckiem, i podziękować jej za ciepło, które wniosła do jego domu i za piękne uczucie, że ktoś na niego czeka. Wieczorami rozmawiali o Sydney i o wrażeniu, jakie to miasto na nich zrobiło. Obydwoje unikali tematu Meg, wiedząc, jak bardzo to rozstanie musi jeszcze boleć. „Zachowują się tak, jakby Meg nigdy nie zaistniała w moim życiu”, pomyślał, czując równocześnie wdzięczność za to, że nikt nie zadaje mu pytań, na które on sam nie zna odpowiedzi. Często rozmawiali o przyszłej karierze muzycznej Stuarta. Nat miał dużo dobrych pomysłów, namawiał go do nagrania w studio profesjonalnej płyty, którą można byłoby wysyłać do wytwórni muzycznych. W trakcie tych rozmśw w notesie Stuarta powstał skrupulatnie zapisany plan działań na następnych kilka miesięcy. Nat spędził godziny na szukaniu w bibliotece adresów agencji muzycznych na terenie całej Australii. Większość z jego propozycji była tak dobra i logiczna, że Stuartowi w pewnm momencie nasunęła się myśł „Więc mam 60-letniego menadżera, który swoim zapałem przerasta niejednego z młodszych kolegów”.

Wizyta matki i jej partnera w Sydney trwała za krótko, pomyślał Stuart żegnając gości. Z zaskoczeniem uświadomił sobie, że w ciągu kilku dni ich wizyty był tak zajęty, że ani razu nie pomyślał o Meg. „Może powinienem odkreślać takie wieczory, tak jak więzień skreśla na kalendarzu dni. Przecież czeka na mnie wielka przygoda, powinienem w końcu przestać żyć przeszłością i zamknąć za sobą drzwi do tego, co było kiedyś”, pomyślał z przyjemnością. „Za kilka miesięcy będę wolnym człowiekiem, jednym z niewielu, którzy robią to, co jest ich przeznaczeniem. Mam pieniądze, które w najgorszym wypadku pozwolą mi przeżyć następnych kilka lat. Mam rodzinę i sprawdzonego przyjaciela. A ten potworny smutek przestał paraliżować każdą moją myśl”. Pierwszy samotny wieczór w mieszkaniu spędził na słuchaniu płyty Billie Holiday, którą Nat przywiózł mu w prezencie.

Od dnia, kiedy poinformował dyrektora szkoły o swoich planach, praca z uczniami przestała być dla niego ciężarem. Poczuł ulgę i starał się zatrzeć niemiłe wspomnienia uczniów z okresu po rozstaniu z Meg, powoli przemieniał się z powrotem w ich ulubionego nauczyciela, który był cierpliwy i miał dużo poczucia humoru.

Na początku grudnia spotkał się z Tomem w pubie na piwie i opowiedział mu o przygotowaniach do trasy koncertowej, o godzinach ślęczenia w bibliotece i studiowania książek telefonicznych dużych miast w Australii, rozmowach telefonicznych i konkretnych terminach koncertów w Melbourne, Perth i Canberze. „Cieszę się, że znowu nabrałeś ochoty do życia”, powiedział Tom. „Uspokajam się, bo mam plany i nową drogę przed sobą, najgorsze, co mogłoby się teraz zdarzyć, to gdybym ją spotkał gdzieś z nim i wszystko zaczęłoby się od początku. Ale niedługo wyjadę z Sydney i nie będę się musiał niczego obawiać”, odpowiedział Stuart.

Kilka dni przed Bożym Narodzeniem zadzwonił do niego Lucas, ksiądz z kościoła, do którego chodziła Meg z zapytaniem, czy nie chciałby podczas świąt dać koncertu w kościele. Stuart chciał uciąć tę rozmowę jak najszybciej, jedynym łącznikiem pomiędzy Lucasem a nim była Meg i nie chciał rozmawiać na temat ich rozstania. Ku jemu zaskoczeniu rozmowa była bardzo przyjemna. Lucas – mężczyzna, który prawdopodobnie nigdy nie przeszedł w życiu miłosnego zawodu i zdrady, okazał mu wiele zrozumienia i ciepła. Ciepła, które brzmiało w jego głosie, nawet w chwili, kiedy Stuart kategorycznie odmówił przyjścia do kościoła. „Pamiętaj, najważniejsze w życiu, to umieć przeczekać”, powiedział Lucas na zakończenie rozmowy. „Gdybyś potrzebował pomocy, kontaktów albo pieniędzy, daj mi znać, chętnie ci pomogę, wiem przecież że masz talent”. Odkładając słuchawkę Stuart pomyślał, że ma szczęście do ludzi. Jedyną osobą na której się zawiódł był Ian, który od miesięcy nie odzywał się do niego.

Boże Narodzenie i Sylwestra spędził z Tomem. Od kilku dni przestał pracować w szkole, był więc wolnym człowiekiem i nie mógł doczekać się pierwszego koncertu na początku stycznia w Melbourne. Przez szczęśliwy przypadek udało mu się podnająć mieszkanie kuzynce Toma, która przyjechała na studia do Sydney. „Powoli wszystko samo się układa”, pomyślał patrząc na pełnię księżyca za oknami mieszkania.

Cdn.

Nowa polska proza z Berlina

Aleksandra Puciłowska i Kinga Chojnicka

Czarny Protest pod Czerwonym Krawatem
Skrót opowiadania

Szedł pod czerwonym krawatem. Zawiązał go odrobinę mocniej, niż trzeba było. Tak, by było to zauważalne. Symbolika często trafia do tłumów bardziej, niż nawet najbardziej dobitne argumenty. Nigdy nie spodziewał się, że kiedykolwiek przyjdzie mu brać udział w takim proteście. Nie w XXI wieku, nie w środku Europy,

Jeszcze do niedawna nie spodziewał się, że przyjdzie mu walczyć o coś tak najbardziej podstawowego i oczywistego, jak nienaruszalność osobista, jak prawo do dyspozycji własnym ciałem, o swą autonomię. O prawo do decyzji. O Coś, co mogło by się zdawać, przysługuje każdemu z nas, z osobna. Po tym, jak historia nauczyć nas miała już ponoć, iż nie ma nic ważniejszego nad prawa człowieka i jego wolność – iż naruszanie tego w jakikolwiek sposób i w jakimkolwiek, choćby najbardziej szczytnym celu, zawsze nieuchronnie prowadzi do katastrofy. W czasach, gdy nawet nie umieszcza się już nazwisk na domofonach w trosce o ochronę prywatności, on musiał iść na ulicę bronić tego, co najcenniejsze – niepodważalności tego, iż ludzka istota ma kurewskie prawo do swojego ciała i swobodnego nim zarządzania. Mógł spodziewać się konieczności walki o cokolwiek, ale nie o to. Naprawdę nie o to…

Poczuł się jakby podwójnie spoliczkowany. Wpierw, gdy wszelakiej maści znawcy i znawczynie tematu rozpoczęli ogólnopolską dyskusję o prawie do dysponowania własnym ciałem przez dorosłego człowieka, podpierając swoje tezy bądź to radykalizmami religijnymi, bądź to wątpliwymi moralnie przesłankami tudzież setkami badań klinicznych. To odczuwało się tak, jakby ktoś wkradł się do najgłębszego zakamarka twojej podmiotowości i zaczął sobie wycierać tam swe oblepione obłudą buty.

Te wypowiedzi wywołały w nim złość z nutą dobrze zasianego strachu. Takiego, który, wiesz to, będzie w tobie rósł, aż uwierzysz, że nie masz tak naprawdę prawa do siebie samego. Później przyszła pora na drugi policzek – gdy usłyszał od swoich przyjaciółek, od swoich sióstr i matki, że to wszystko to tylko temat zastępczy. Że władza mydli nam oczy, by przepchnąć gdzieś bocznymi drogami nową ustawę o podatku drogowym – a ten to dopiero uderzy po kieszeniach dużą masę ludzi, zwykłych obywateli. I że, w gruncie rzeczy, się z nim zgadzają, ale jest teraz całe mnóstwo innych istotnych spraw, które są dla Polek i Polaków ważne, a ta cała ustawa o ochronie ludzkiego życia to tylko pic na wodę fotomontaż. Nic istotnego, nie można dać się zwariować.

Temat zastępczy. Tak go nazwały. Jego, jego podmiotowość, osobowość, poczucie wartości i przestrzeń osobistą, jego prawo do dysponowania swoim ciałem i swoim życiem. Wszystko było istotniejsze od niego – podatek drogowy, dochodowy, stopa bezrobocia i wreszcie i nowa ustawa o wyborze radnych do sejmików wojewódzkich.

Gdy pojawiły się pierwsze przesłanki o planowanym projekcie ustawy o tak zwanej ochronie życia, wielu myślało, że to jakiś żart. Coś tak niedorzecznego nie mogło się wydarzać. Nie w społeczeństwie, które zachowało choć resztki zdrowego rozsądku. A jednak się wydarzało.

Gdy po raz pierwszy usłyszał głos lektora w audycji na temat nowego pomysłu legislacyjnego, przeraził go spokój i opanowanie głosu czytającego. Jakby nie było w tym niczego strasznego, niczego, po czym zapala się komuś czerwona lampka ostrzegawcza.

Wszystko zaczęło się od wprowadzenia na rynek nowego przyrządu ratującego życie o nazwie PumpLife. Pozwalał on na podłączenie pozostającej w śpiączce osoby do mózgu i serca innego człowieka, co ze znakomitą skutecznością powodowało, że pacjent odzyskiwał nie tylko świadomość, ale i zdrowie. Skoro przyczyniało się to zaś w tak efektywnym stopniu do ratowania ludzkich istnień, szybko pojawił się pomysł upowszechnienia tejże metody i wprowadzenia prawnych gwarancji jej obowiązkowego stosowania. Wszystko inne można by było nazwać tylko morderstwem. Bo czymże innym jest odmowa udzielenia pomocy, gdy zagrożone jest ludzkie życie?

Tak to pojawiła się koncepcja, by każdy mężczyzna, który brać będzie udział w ewentualnym wypadku drogowym, był potencjalnym „dawcą“, czyli, jak lubili mówić zwolennicy owej ustawy, „opiekunem“ innej ofiary tego samego wypadku. Wielu wydała się ona najlepszym z możliwych rozwiązań.

Dotyczyło to każdego, bo każdy, biorąc czynny udział w ruchu drogowym, jest przecież świadomy ewentualnych tego, często drastycznych konsekwencji. Jeśli ktoś nie chce, by zakwalifikowano go jako „dawcę z ruchu drogowego”, niech po prostu w nim nie uczestniczy. A że ustawa dotyczyć będzie tylko mężczyzn? Wiadomo przecież, że mężczyźni są silniejsi fizycznie od kobiet. To Natura ukształtowała ich jako najlepszych z możliwych „dawców“, a z Naturą dyskutować przecież nie można. To geny, biologia, niezaprzeczalne fakty. Trzeba umieć udźwignąć brzemię, jakim obarcza nas nasza płeć.

Jeśli po jednej stronie mamy życie niewinnych ludzi, a po drugiej jedynie ewentualny dyskomfort innego człowieka tudzież jakiś uszczerbek na własnym zdrowiu psychicznym i fizycznym, to rachunek jest prosty. Każde życie jest takie samo, nie wolno go wartościować. Dlaczego skazywać kogoś na śmierć, skoro jest obok ktoś, kto może do tego nie dopuścić? „Nie zabijaj“ – to przykazanie przyświeca europejskiej kulturze od wieków, każda inna droga to nieuchronna cywilizacja śmierci.

Ustawa przewidywała dziewięciomiesięczny okres połączenia „dawcy“ z „biorcą“. To pozwalało, dzięki nowoczesnej technice, popartej najnowszymi badaniami, na efektywną rekonwalescencję pacjenta. Następnie „opiekun“ był zobowiązany do oddawania swojemu „biorcy“ krwi przez następne 18 lat. To wzmacniało efekty terapii. W razie gdyby – z różnych przyczyn – transfuzja taka nie była możliwa, obowiązek znalezienia odpowiedniej krwi leżał na barkach państwa i Funduszu Zdrowia. Proste i przejrzyste zasady, wszystko w imię ochrony życia, szczytnego i jakże prawego celu.

Protesty pojawiły się od razu. „Nikt nie będzie z nas robił inkubatorów“, „Nie jesteśmy maszyną, jesteśmy ludźmi“, „Moje ciało, moja sprawa“ – to tylko niektóre z haseł na transparentach, z którymi mężczyźni zdążyli już przemaszerować w wielu miastach Polski. „Mordercy!“, „Egoiści!“, „Nihilistyczni samcy!“ – tak krzyczano w ich stronę nie jeden raz. Tak odbywało się to na ulicach.

Medialna debata zahaczyła zaś o wszelkie z możliwych badań na całym świecie, o wszelkie prądy i myśli w historii filozofii, zacytowano już każdy z pasujących cytatów z Pisma Świętego, wypowiedział się już prawie każdy możliwy znawca – od polityków, przez publicystów, profesorów i księży. Podmiotowość człowieka, te dwa słowa wypowiedziano jednak o wiele razy za mało. Ważne było tak zwane prawo do (prze)życia. Istotne były ich sumienia, przekonania, słupki wyborcze i moralne potyczki. Nie liczyła się jedynie godność mężczyzny i jego niepodważalne prawo do decydowania o własnym ciele i życiu.

Na to nie mogli pozwolić. Jeszcze im pokażą, jeszcze ich usłyszą. Nikt nigdy więcej nie nazwie ich tematem zastępczym, nikt nie zrobi sobie z ich ciała maszyny do utrzymywania życia. Mają swoje prawa, i nikomu nie pozwolą im sobie zabrać. Historia nauczyła nas już niejeden raz – kiedy depcze się prawa człowieka, to nieuchronnie zbliża się zagłada. On i wszyscy inni, dumni mężczyźni, będą walczyć z każdym, kto zechce deptać ich prawo do wolności, prawo do decyzji. Przecież nie mogą ich do tego zmusić: to jest ich ciało, ich sumienie, ich decyzja…

Za symbol wybrali krawat w kolorze czerwieni – niczym krwi, którą chcą im zabrać bez ich zgody, bez pozwolenia – jak cielakowi prowadzonemu na rzeź. Ciasno zawiązany, zabierający im niezbędne do życia powietrze, wolność, której oddać nie chcą i nie potrafią. Całą akcję demonstracyjną nazwali Czarnym Protestem. Jako symbol śmierci ludzkiej godności, jako kradzież wolności. Przemaszerują zwartym i zdecydowanym krokiem ulicami Warszawy i wszystkich innych miast. Czarne koszule, czerwone krawaty. Razem – przeciwko uciskowi i temu, iż ktoś uzurpuje sobie prawo do dysponowania nimi jak rzeczami.

Pójdą tyle razy, ile będzie trzeba. Mają nadzieję, że dołączą do nich kolejni – także kobiety. One przecież muszą zrozumieć, jak to jest, gdy ktoś zabiera ci wolność. Muszą umieć postawić się w ich sytuacji. Już nikt nigdy nie powie, że sprawa męskiej podmiotowości to temat zastępczy. Że istotniejsze są podatki.

Zniosą każdą obelgę i każde znieważenie. Jeśli ktoś wchodzi w twoją intymność z buciorami i robi sobie z niej śmietnisko dla oczyszczania swoich sumień lub toczenia politycznych gierek, to wtedy żarty się kończą. Wtedy rozpoczyna się wkurwienie.

Wszystkie opisane powyżej wydarzenia są fikcyjne. Nikt w dzisiejszym świecie nie odważył by się podważyć prawa mężczyzn do podmiotowości, własnego ciała i wolności wyboru. W ten sposób traktuje się jedynie kobiety…