Ein anderer Gott

Brygida Helbig

Kuchen zum Geburtstag

Man sagt,  viele Deutsche glauben nicht mehr an Gott.  Ich glaube das nicht. Sie glauben nur an einen anderen Gott.

Es fing wie immer unschuldig an. Ein runder Geburtstag von meinem Liebsten näherte sich unbarmherzig. Ich habe gehofft, dass dieses Jahr alles anders sein würde als sonst. Aber nein, ein paar Tage vor dem Fest rief seine Mutter bei uns an: Was möchtest Du denn für einen Kuchen zum Geburtstag, Ralf? Auch seine Schwester verkündete, einen leckeren Kuchen für ihn backen zu wollen. Scheibenkleister, da war er wieder, das Phantom, das mich seit Jahren verfolgt, der Gott aller Deutschen – der selbstgebackene Kuchen. Er packte mich wie jedes Jahr am Kragen, weckte Panikgefühle und Zerrissenheit zwischen zwei widerstrebenden Kräften. Zum einen fühlte ich mich als Frau sofort herausgefordert:  Ich darf ja beim Kuchenbacken nicht schlechter als andere Frauen abschneiden. Ein tief verwurzelter, auf dem Mist jahrhundertealter patriarchaler Unterdrückung gewachsener Frauenstolz wurde angestachelt. Andererseits ahnte ich aber, dass dieses Gebäck-Gefecht mit Mutter und Schwester meines Mannes doch absurd ist und dass ich mich mit den anderen zwei Frauen vielmehr solidarisieren und versuchen sollte, den Zwang zum Kuchen zu unterwandern, den Götzen von seinem Thron zu stürzen.

Und überhaupt: Ist es der Fürsorge für einen einzigen Mann nicht etwas zu viel? Und wozu denn überhaupt drei Kuchen für fünf Familienangehörige, die nach einem üppigen Mittagessen sowieso keinen Hunger mehr haben? Da geht es offenbar um etwas anderes als darum, dass wir alle satt und zufrieden sind. Es geht darum, dem Mann und allen Anwesenden zu beweisen, wie wir ihn lieben und was für vollwertige Frauen wir sind.  So oder so, am heiligen Kuchen darf in Deutschland nicht gerüttelt werden. Daran hängt die Identität einer ganzen Nation, die sich in manchen Dingen immer noch nicht zu entspannen vermag, auch wenn sie überall auf der Welt krampfhaft Entspannung sucht.

„Warum bäckst Du nicht auch einmal selbst einen Kuchen für sich? Oder mit mir zusammen?“, fragte ich meinen Liebsten. „So wie wir Frauen für uns selbst zum Geburtstag einen backen?“  Betretenes Schweigen. Jetzt denkt er, ich, schlaue polnische Frau, die gern untätig auf dem Sofa liegt und sich die Fingernägel lackiert, will keinen Kuchen für ihn backen – eine Schande, die der Gotteslästerung gleicht. Wenn  es keinen kulturellen Zwang gäbe, wenn auch Ralf für mich ab und zu einen Kuchen backen würde, so hätte ich es auch gern gemacht. Doch in Deutschland ist der Kuchen eine höchst verfängliche Sache – Abgründe tun sich auf, wenn man anfängt, an dieser Stelle zu graben. Der selbstgebackene, heute noch am besten naturbelassene Bio-Kuchen ist ein Fetisch. Frauen bauen sich da selbst eine Falle. Wer als Frau Gäste einlädt und ihnen keinen handgemachten Kuchen vor die Nase setzen kann, hat sich kompromittiert.  Es gibt kaum schlimmere Peinlichkeiten hierzulande.

Manche sagen, die polnischen Frauen wären im Vergleich zu den deutschen hinterm Mond, was die Emanzipation betrifft. Doch der Kult des deutschen Kuchens beweist eindeutig das Gegenteil. In Polen ist nichts weiter dabei, wenn man seine Gäste mit einem gekauften Kuchen konfrontiert. Es gilt sogar mitunter als schick, Kuchen von einer guten Konditorei aufzutischen. Diese Sitte scheint aus der Tradition des polnischen Adels zu kommen, genauso wie der Handkuss.

Die erste Begegnung mit dem deutschen Frauenbild hatte ich bereits 1984, kurz nachdem ich aus Polen nach Deutschland übersiedelte. Da wohnte ich einer Hochzeit bei. Die Schwester der Braut besang deren Vorzüge mit dem Spruch: „perfekt im Kochen und Backen“. Dann wurde ich zu einem Geburtstag meiner damals 19-jährigen Freundin nach Wanne-Eickel eingeladen. Für sechs Gäste hat ihre Mutter fünf verschiedene Kuchen hingeschmissen. Sie leuchteten wie Monstranzen auf dem Altar und wir verneigten uns ehrfürchtig vor ihnen und vor der Priesterin. Auf unseren polnischen Partys gab es damals nur spärlich belegte Schnittchen und diese bereiteten wir ohne Beistand unserer Mütter zu. Spätestens ab dem 18. Geburtstag galt es als uncool, Mütter für die Organisation unserer Geburtstage zu engagieren, eher sah man zu, dass diese so wenig wie möglich vom Geschehen mitkriegten.

Später übersiedelte ich nach Berlin und dachte, hier in der Hauptstadt wird alles anders sein. Ich trat einem privaten Frauen-Literatur-Zirkel bei. Wir trafen uns abwechselnd bei jeder von uns und jedes Mal mussten mindestens zwei verschiedene, selbstverständlich selbstgebackene Kuchen auf den Tisch. Als ich an der Reihe war, habe ich einen Kuchen aus Stettin mitgebracht und frech behauptet, ich hätte ihn selbstgebacken. Die Frauen knallten eine ordentliche Portion Schlagsahne drauf und waren überglücklich.

[Ich habe teuflisch gelacht.]

***
Über die Autorin – HIER lesen

W oparach zielonej miłości

Wszyscy byliśmy kiedyś tacy naiwni i sentymentalni, ale nie wszyscy chcemy sobie o tym przypominać. Roman Brodowski już kilka tygodni temu zaczął tu opowieść o zielonej miłości. Dziś ciąg dalszy.

… Za oknem, w oddali majaczyły kontury kopalnianych szybów i szaroczarne, podobne do pagórków nagie hałdy, a tuż za betonowym ogrodzeniem internatu znajdował się nieduży, ale bardzo zadbany stadion klubu sportowego „Czarni”, po którym biegała gromadka rozwrzeszczonych dzieciaków, uganiających się za czymś, co przypominało piłkę.

Zmęczony wyczerpującą podróżą, spędziłem resztę dnia na kontemplacji pustego jak mnisia pustelnia pokoju, a wreszcie usnąłem.

Obudziłem się bardzo wczesnym porankiem. Pierwsza przespana na nowym miejscu noc minęła spokojnie. Usiadłem na miękkim, wygodnym łóżku. Obok mnie, na nocnej szafce, przy otwartej książce leżała uśmiechająca się do mnie z fotografii, Maria.
– Witaj kochanie – powiedziałem, przykładając fotkę do ust. – Jaka szkoda, że nie ma Ciebie przy mnie – dodałem, kładąc ją niby sacrum, delikatnie na pustym stole.
Nagle usłyszałem pukanie do drzwi. Spojrzałem na zegarek. Dochodziła piąta.
– Kto tam? – zapytałem zdziwiony tym, że o tak wczesnej jeszcze porze ktoś „buszuje” po internacie.
Do pokoju wszedł wysoki chłopak, o wiernych, nieco psich rysach twarzy.
– Dzień dobry, jestem Mietek – rzekł nieśmiało, melodyjnym, zabarwionym wschodnim akcentem, głosem. – Przyjechałem z Białegostoku, a właściwie z jego okolic by rozpocząć naukę w tej szkole. W sekretariacie powiedziano mi, że mam mieszkać z kolegą w tym pokoju.
– To znaczy, że przyjdzie jeszcze kolega? – zażartowałem – rozbawiony jego przypominającym Kargulowy, dialektem. – A tutaj jak widzisz są tylko dwa miejsca do spania – dodałem.
– Niiie! Źle mnie zrozumiałeś – zaczął tłumaczyć, wierząc w powagę moich słów, wyraźnie zmieszany – rozmówca. Kolega to ty. To z tobą, ma się rozumieć, mam dzielić pokój.
– Jak tak to zapraszam. Nazywam się Roman i przyjechałem z Gdańska, a właściwie z jego okolic i tak jak ty zamierzam zacumować w tym porcie na kilka lat – powiedziałem podając mu na powitanie rękę.
Mietek usiadł na krześle, przy stole i trzymając kurczowo w dłoniach wypchaną po brzegi wielką podróżną torbę, rozglądał się dookoła.
– Czuj się jak u siebie – zaproponowałem. – To łóżko i ta szafka przy nim, są wolne – wskazałem na meble stojące po prawej stronie okna. W szafie na ubrania, cała lewa strona należy do Ciebie. Mam nadzieję, że dojdziemy do porozumienia – dodałem i usiadłem obok niego, po drugiej stronie stołu.
– To twoja dziewczyna? – zapytał Mietek, wskazując na leżące nadal na stole zdjęcie. – Bardzo ładna. Ja też pozostawiłem moją Iwonkę na Fermie – dodał z nieukrywanym żalem, podając wyjętą z portfela, nieco pogniecioną fotografię przyjaciółki. – Ferma to moja mała wioska, z której pochodzę, a ściślej mówiąc sioło, w którym moi rodzice gospodarzą.
– Tak, to jest moja dziewczyna, mój poranny kwiatuszek, moje słoneczko – odpowiedziałem, podobnie jak on nieco przygaszony faktem rozłąki.
Potem długo jeszcze opowiadaliśmy sobie o nas, o naszych rodzinach, przyjaciołach, marzeniach… I im bardziej zwierzaliśmy się sobie, tym bardziej rodziła się między nami cieniutka nić przyjaźni, zaufania i zrozumienia.

Inauguracja roku szkolnego miała się rozpocząć o godzinie ósmej rano. Ciekawi tego, jak wygląda nasze przyszłe miejsce edukacji, wyszliśmy z Mietkiem nieco wcześniej, by spokojnie obejrzeć sobie szkołę.
Przed drzwiami witała nas prawdziwa górnicza orkiestra dęta. Wszyscy członkowie zespołu ubrani byli w czarne galowe mundury. Na głowach mieli czapy z czarnymi piórami, takie same, jakie widziałem czasami w telewizji. Wyglądali imponująco.
Przyjechać w takim mundurze do domu, to by była nie lada atrakcja – pomyślałem. Wyobrażam sobie moich sąsiadów, wybiegających na ulicę, by mnie zobaczyć. Wszystkie dziewczyny z pewnością zazdrościłyby Marysi takiego faceta.
Szkoła była imponująca dla kogoś takiego jak ja, młodego przybysza z małej miejscowości.
W czteropiętrowym budynku znajdowało się mnóstwo sal lekcyjnych z pełnym wyposażeniem w sprzęt dydaktyczny do nauki zawodu górnika.
Po oficjalnym rozpoczęciu roku szkolnego wszyscy uczniowie pierwszych roczników pozostali w auli. Starsi udali się do swoich klas na pierwsze w nowym roku zajęcia.
Do pierwszej klasy zgłosiło sie nas ponad dwieście osób i trzeba było przydzielić wszystkich do poszczególnych grup kierunkowych.
Mnie zakwalifikowano do klasy o profilu mechanicznym, Mietka do klasy elektrycznej.
Dopiero po interwencji przydzielono nas do jednej i tej samej klasy. Zostaliśmy adeptami sztuki, której absolwent nazywać się będzie „mechanik maszyn górniczych”.
Mijały dni, tygodnie, miesiące. Czas płynął nieubłagalnie wolno. Rzucony na głęboką wodę oceanu mojej nowej rzeczywistości pracowałem ciężko nad sobą, by, gdy już znajdę port, w pełni gotowy do samodzielności zbudować dom marzeń, dom, w którym wraz z moją Marią moglibyśmy wspólnie spędzić szczęśliwe i dostatnie życie.

Listy od Marii otrzymywałem regularnie, zawsze w środę lub w czwartek. Były to najpiękniejsze dni podczas mojego pobytu poza domem. Pisała o wszystkim. Informowała o tym, co porabia, co nowego wydarzyło się w naszej rodzinnej miejscowości, o pogodzie, ale przede wszystkim o tym, że czeka na mnie, że o mnie myśli i liczy dni do naszego ponownego spotkania.
Nie byłem jej w tej korespondencji dłużny. Też pisałem o wszystkim, co mi na myśl przyszło, opisywałem szarą prozę życia, ale nie skąpiłem też ważnych pełnych ciepła wyznań. Oczywiście, za każdym razem tworzyłem dla niej nowy, czasami bardzo naiwny, wiersz. Wiedziałem, że to, czego nie potrafiłem powiedzieć słowami, zwłaszcza to wszystko, co dotyczyło sfery uczuć i intymności, przekazane w formie wiersza zostanie zrozumiane. Gdyby nie te listy, nie wiem jak poradziłbym sobie z problemem rozłąki, tęsknoty, brakiem kontaktu z tymi wszystkimi, którzy byli przy mnie w niedalekiej jeszcze przeszłości.

Jesień odeszła w zapomnienie, zima rozłożyła się poszarzałym śniegiem (jaki można zobaczyć tylko na terytorium dymiącego Śląska), a w oddali, na horyzoncie widać już było zbliżający się czas zimowych ferii, świąt Bożego Narodzenia, które miałem wszak spędzić z najbliższymi, no i oczywiście z Marią.

gornikNie wiem jak to się stało, ale zarówno Mietek jak i ja w pierwszym semestrze roku szkolnego otrzymaliśmy średnią ocen cztery i osiem dziesiątych, co dało nam miejsca w pierwszej dziesiątce najlepiej uczących się uczniów w całej szkole.
Nie bez powodu o tym wspominam i nie dlatego, aby się tym faktem chwalić, ale dlatego, że pierwszych dziesięciu uczniów otrzymywało zgodnie z tradycją (oczywiście nie na zawsze) galowy mundur górniczy, który mieli prawo nosić przez najbliższe trzy miesiące, czyli do kolejnego semestru. Oczywiście nie codziennie, ale jednak zawsze, gdy tylko sytuacja tego wymagała.
Dla wyjaśnienia powiem, że galowy mundur górniczy otrzymywali w nagrodę (na zawsze) najlepsi absolwenci zasadniczych szkół zawodowych. Dodatkiem do takiego munduru było czako, czyli czapka górnicza z czarnymi piórami. Natomiast prymusi techników otrzymywali w nagrodę szpadę górniczą i czako z białymi piórami. Innymi słowami noszenie takiego munduru było przywilejem i wyróżnieniem dla najlepszych adeptów sztuki górniczej.

Wizja wyjazdu do domu w takim mundurze sprawiła i mi, i Mietkowi ogromną przyjemność.
Tym bardziej dzisiaj, bo właśnie dzisiaj dostarczono nam do internatu przygotowaną na nasze rozmiary odzież, która na co dzień znajduje się w magazynach kopalni Dymitrow, w której odbywamy praktyki zawodowe.
– Co powiedzą moi sąsiedzi, widząc mnie w tym mundurze? Przecież oni nigdy nie widzieli prawdziwego górnika, co powiedzą rodzice, Maria, znajomi? – zadawałem sobie w myślach pytanie, dotykając wiszącego na wieszaku, okrytego foliowym workiem czarnego jak węgiel stroju ze złotymi kneflami*. Mundur był wyczyszczony i odprasowany, i wyglądał, jakby dopiero co wyszedł spod igły krawca.
Wyobrażałem sobie, jak wielką niespodziankę sprawię im wszystkim, jak wielką będę dla nich atrakcją. Te ich spojrzenia, gdy będę z moją dziewczyną przechodził pod ich oknami, ta zazdrość moich dawnych kolegów, i ten podziw wszystkich, którzy mnie zobaczą. Im bardziej o tym myślałem, tym bardziej byłem z siebie dumny. Bo przecież to ja, prosty, niczym nie wyróżniający się chłopak z małego pomorskiego miasteczka, będę paradował w takim szykownym (jak mawiają Ślązacy) mundurze.

Do wyjazdu pozostały już tylko trzy dni, nic więc dziwnego, że ogarnął nas obu szał
zakupów. A to Mietek chciał kupić rękawiczki na prezent dla Iwonki, a to ja dla mamy pantofle pod choinkę, on przypominał sobie, że jeszcze nie kupił dla ojca krawatu, ja, że nie mam podarunku dla mojego taty. Im bardziej myśleliśmy o naszych bliskich, tym nasze walizki stawały się grubsze i cięższe, a my zmęczeni biegaliśmy po sklepach, w tę i z powrotem, dokupując coraz to coś nowego.
Jak na prawdziwych, połączonych wspólnym pokojem, tą samą klasą i podobnymi zainteresowaniami przyjaciół przystało, wszystkie świąteczne sprawunki robiliśmy razem. Przecież nikt inny jak tylko przyjaciel może doradzić, co dla kogo wypada kupić, w jakim sklepie i za ile. Nawiasem mówiąc, to Mietek pomógł mi przy wyborze broszki, którą kupiłem w podarunku dla Marysi. Broszka w kształcie otwartej róży z górskim kryształem w środku. Mam nadzieję, że tym prezentem sprawię przyjemność mojej ślicznej panience.

cdn.

* Knefle – w śląskiej gwarze, ozdobne guziki.

Do M… – list IV

Jesień do okien już zagląda,
W treści wiersza się kryje,
A ja, wciąż myślę o Tobie
Wciąż tobą, najdroższa, żyję.

Niby na strunach skrzypiec
Wiatr gra piosenkę jesienną.
A ja w nim słyszę Ciebie
Twoją melodię codzienną.

Podnoszę liście kasztanu
W porannej rosie skąpane
A na nich czerwień i brokat
Jak twoje usta kochane.

Każda kropelka deszczu
Płynąca na ziemię z nieba
Mówi o tym, Kwiatuszku,
Jak bardzo mi Ciebie trzeba.

Gdy głowę ku chmurom kieruję
Szukając w nich przyszłości
Widzę w nich twoje odbicie,
Odbicie prawdziwej miłości.

Tak bardzo tęsknota mnie boli,
Tak bardzo cierpi me serce
Ja wiem, Kochanie ty moje…,
Oboje jesteśmy w rozterce.

Bytom 13.11. 1976

Wciąż do ciebie

Pociąg już czeka na peronie,
Para gorąca spod kół bucha.
I ja, siedzący tuż przy oknie
Na dworze tańczy zawierucha.

Przede mną tylko ciemna nocka.
I podróż, długa, nieprzespana
A po niej czas na powitanie
A po niej…, tylko ty, Kochana.

Będziemy znowu miła z sobą.
Będę dotykał twoich włosów.
Będę powtarzał, że cię kocham
Szczerze, normalnie, bez patosu.

Mamy dla siebie dwa tygodnie
Wiem, że to bardzo mało, Myszko.
Tak bardzo pragnę Ci poświęcić
To, co posiadam, czyli wszystko.

Moją młodzieńczą, dziką miłość,
Moje marzenia, moje dłonie,
I serce, które od lat wiele
Tylko dla Ciebie, Mario, płonie.

Pociąg powoli ruszył w drogę
Koła stukają szybciej, głośniej
A tam Ty tam czekasz, moja miła,
I coraz bliżej nam ku wiośnie.

Bytom 19.12.1975

Miłość

Drogi cztelniku witryny Ewy Marii Slaskiej. Tradycyjnie już, w każdy pierwszy piątek miesiąca masz możliwość poznania twórczości Romana Zygmunta Brodowskiego, czyli mojej.
Od tego miesiąca zapraszam cię na spotkania z moją liryką, zawartą zarówno w prozie jak i poezji. Cykl ten rozpoczynam wierszami napisanymi w dalekiej przeszłości , a więc w okresie mojego prymitywnego, młodzieńczego jeszcze pojmowania świata, zwłaszcza jego najpiękniejszej emocji, jaką jest – Miłość.
„Zapach wiosennej miłości” – jest pierwszym opowiadaniem lirycznym, napisanym ponad trzydzieści lat temu, które do dzisiaj leżało w przysłowiowej szufladzie. Oddaję ci je w odcinkach, mając nadzieję, że i ty także znajdziesz w nim cząstkę siebie.

Roman Zygmunt Brodowski

Zapach wiosennej miłości

Przyciśnięty do okna, opuszczającego prawie pusty, pogrążony w dziwnej melancholii peron, pociągu, patrzyłem na oddalającą się postać mojej małej przyjaciółki. Stała milcząca, z wyciągniętymi w moim kierunku rękoma, jakby chciała się jeszcze raz do mnie przytulić, jeszcze raz ukryć w mych ramionach. Obok niej stali moi rodzice oraz najwierniejsi koledzy z mojego dzieciństwa, odprowadzający mnie w moją pierwszą samodzielną i bardzo, bardzo długą podróż.
Nie wiem dlaczego, ale właśnie ten obraz tamtego wydarzenia zapamiętałem. Obraz ten śmiało można byłoby zatytułować „Pożegnanie z dzieciństwem” czy też „Wylot z gniazda”.
Tak, to prawda. Właśnie tamtego, letniego popołudnia opuściłem mój rodzinny dom, by rozpocząć samodzielne, z dala od najbliższych mi osób, życie. Wyjechałem do oddalonego o ponad sześćset kilometrów Bytomia, by rozpocząć naukę w szkole górniczej.
Z zamiarem tym nosiłem się od dawna. Kuszony ciekawą, dobrze płatną i, co najważniejsze, dla tak zwanych twardzieli, pracą, właśnie ze Śląskiem wiązałem moją przyszłość, moją nadzieję na szczęśliwe i dostatnie życie. To tam pragnąłem zbudować nowe, wolne od niedostatków bytowych, gniazdo, do którego (jak w znanej piosence o „Pueblo”) chciałem zaprosić tę jedyną, najpiękniejszą i od najmłodszych już lat najdroższą dla mnie osobę.

Przyjechałem do Bytomia i udałem się pod wskazany mi adres. W internacie ulokowano już kilunastu nowych uczniów, którzy, podobnie jak ja, widzieli swoją przyszłość, swoje „być, albo nie być” w czeluściach naszej bogatej w węgiel ziemi.
Po wypełnieniu niezbędnych formularzy, otrzymałem przydział oraz klucz do znajdującego się na trzecim piętrze, jeszcze niezamieszkanego, dwuosobowego pokoju.
W niewielkim pomieszczeniu znajdowały się dwa stare, ale w bardzo dobrym stanie łóżka, przy których stały małe, nocne szafki. Przy oknie stał niewielki prostokątny stół, pokryty obrusem z ceraty, oraz trzy krzesła, a po przeciwnej stronie masywna czterodrzwiowa szafa.
Postawiłem bagaże przy stole i, zmęczony całonocną jazdą, usiadłem na łóżku, gładząc zapakowany w foliowy worek, nowy puszysty koc. Pogrążyłem się w myślach nad tym, jakie będzie to moje nowe, na nowej ziemi, życie.

Nagle poczułem dziwny, nieznany mi dotąd niepokój. Zacząłem tęsknić za tym, co pozostało tam, na Pomorzu, za moim miasteczkiem, za ulicą, gdzie znałem każdy zakamarek i za przychylnymi, zawsze gotowymi pomóc w razie potrzeby sąsiadami. Ale najbardziej brakowało mi jej, mojej kochanej, najpiękniejszej na świecie Marysi. To dziwne, nie obawiałem się tego, że nie będzie przy mnie mojej dobrotliwej, drogiej mateńki, budzącej mnie każdego poranka do szkoły, zawsze uśmiechniętej i czułej. Ojca, którego darzyłem wyjątkowym szacunkiem, respektem, za to że potrafił być wymagającym, ale i pobłażliwym, surowym, a jednocześnie o gołębim sercu przyjacielem, czy też mojego wspaniałego rodzeństwa, brata i sióstr.
– Boże!, jak ja dam sobie radę bez niej, bez jej szczebiotu, uśmiechów, przekory. Bez codziennych pozdrowień, wspólnego odrabiania lekcji, wspólnych spacerów – rzuciłem półgłosem w przestrzeń pytanie. Wyjąłem z walizki leżący na wierzchu tomik wierszy Mickiewicza. Otworzyłem książkę, w której, z obawy przed uszkodzeniem ukryłem skarb, jakim była fotografia, podarowana mi przez Marię w dniu naszego pożegnania. Patrzyłem na nią długo, jak na obraz modlitewny, wiszący nad łóżkiem moich rodziców, do którego składaliśmy przed snem wraz z mamą podziękowania za przeżyty dzień.
Maria stała w niedokończonej jeszcze werandzie rodzinnego domu, odziana w białą modną bluzeczkę oraz spodnie marki „Wrangler”, kupione za dolary (prezent od jej brata) w Pewaksie. Rozwiane, delikatnie spływające po ramionach kasztanowe włosy, nieco przekorny uśmiech i piwne oczy, wywołały we mnie prawdziwą burzę emocji. Na odwrocie widniała napisana wiecznym piórem dedykacja, „Pamiętaj o mnie”, data i podpis.
Spojrzałem na puste, szarozielone ściany. W niczym nie przypominały ciepłych, w kolorze pustynnego piasku, na którym wisiała reprodukcja „Słoneczników” Van Gogha, ścian małego pokoiku, w którym spędziłem wraz z rodzeństwem całe moje dzieciństwo.

c.d.n.

Rozłąka

Tak – wyjechałem
Za chlebem
I za wolnością
Młodzieńczą,
Lecz nie od Ciebie
Kochana ty moja.
Ty jesteś ze mną
Ty jesteś we mnie
Jesteś nadzieją,
Ostoją.

Wiem, że to boli
Dzień w dzień
To czuję
Tęsknota, żal
Pustka wkoło
Bez ciepła serca
I karmy duszy
Nie jest, Kochanie,
Wesoło.

Proszę Cię
Wytrwaj,
Wówczas ja
Wytrwam
Cierpliwym czas
Dobrem płaci,
Wkrótce….
Zbuduję dom
Dla nas – miła,
Dom który sobą
Wzbogacisz.

Bytom, 12.09.1975

Tylko Ty

Położyłem serce przed Tobą
Takie małe, bijące wyznanie
I oddałem moje żywe słowo
Zamiast róży, Dla Ciebie
– KOCHANIE –

Uchyliłem duszy mojej wrota
Uwolniając z niej myśli zielone
I śpiewałem Ci pieśni radosne
Widząc w Tobie moją przyszłą
– ŻONĘ –

Rozpocząłem pieszczotami dłoni
Przy pomocy nadziei mi danej
Dom budować, w granitowej skale
Gniazdo marzeń…, dla mojej
– WYBRANEJ –

Na ołtarzu z pokorą złożyłem
Jako wotum,ufność oraz wiarę
Moje życie, moje przeznaczenie
W przeświadczeniu, żeś od Boga
– DAREM –

Bytom, 13.11. 1976

Do M. – list ostatni

Wysłałem do Ciebie
List liryczny
Pisany wiatrem
Gwiezdnym pyłem
Z myślą, że w Tobie
Pozostanie
Że wciąż cię kocham
Że jestem, byłem.

Piszę do Ciebie
Ptasim śpiewem
Melodią lasu
I strumieni
Piszę najmilsza
Z tą nadzieją
Że los w nas wkrótce
Coś odmieni.

Piszę do Ciebie
Kroplami deszczu
Łzami aniołów
Poranków rosą
Piszę kochanie
Resztką marzeń
Dręczących myśli
Zwłaszcza nocą.

Więc nie wyrzucaj
Tego listu
Którego treścią
Ad finitum
I nie zapomnij
Że istniałem.
Byłem słoneczkiem
Twego świtu.

Bytom, 17.11.1977

Kochaj mnie

Na polu słoneczniki
Dojrzewają
Słońce się płowi
W ich żółcieniach
A we mnie nadal,
Jak przed laty,
Miłość gorąca
Szuka cienia.

Kochaj mnie proszę
W czas wiosenny,
W czas nasz majowy
I zielony.
Bo potem może
Być za późno,
Młodość? – to czas
By szukać męża,
Szukać żony

Bytom, 15.05.1977

Stanisław czyli tam i z powrotem

Był / jest z Gdańska. Znałam go wiele lat temu i była to znajomość nowojorska (jeśli na przyjęciu porozmawiałeś z kimś dłużej niż minutę, to jest on twoim znajomym). Byłam bardzo dumna z tej znajomości, bo fajnie było znać autora skandalicznego tomu wierszy. Chodzi mi o debiutancki tom, zatytułowany “Wytrwale rozwijam swe złe skłonności” (Wydawnictwo Morskie, 1978). Wiele lat później przeczytałam jego powieść “Łowcy orchidei” o wyjeździe “tam” czyli do USA. Na owe czasy była rzadkim w Polsce zjawiskiem literackim, bo jej bohaterami byli dwaj homoseksualiści, czy raczej – chyba – biseksualiści. W każdym razie wątek homoseksualny był w niej bardzo wyraźnie zarysowany. Potem autor zniknął mi z oczu i pamięci, aż objawił się z powrotem tym oto zdjęciem na Facebooku:

pustynna-mleczarniaPod zdjęciem znalazł się taki oto wpis:

PUSTYNNA MLECZARNIA for sale
Ten opuszczony budynek znalazłem włócząc się po pustynii Mohave. Kiedy wyjeżdżałem do Polski Tymoteusz Karpowicz zapytał mnie – „Na czym opieram decyzję wyjazdu do Kraju?” i zostawiam majątek, który przez lata pobytu w Chicago zgromadziłem, amerykańską żonę, przyjaciół. W jego oczach ujrzałem strach przed tą decyzją, bo zagrażała jego pewności, że dobrze robi, mieszkając tyle lat poza krajem i sprzedając swój talent i Misję za dolary, zarabiane wykładami na amerykańskim Unwersytecie. − Ja po prostu, odrzekłem, wracam do domu… bo umieram z tęsknoty. Każdego dnia cieszę się chodząc ulicach rodzinnego Miasta (…) coraz głębiej wbija mi się nóż Codzienności. Muszę, jak wszyscy, płacić srogo za swoją romantyczną decyzję. Tymek umarł w Chicago i to była ta odpowiedź jego serca. A ja, cóż, płacę podatki za deszcz i śmieci, nienapisane książki, o których długo w noc dyskutowaliśmy z mym przyjacielem, Gigantem polskiej poezji. Kto powiedział, że życie artysty jest łatwe? Pani Katarzyna Krzan, Szefowa e-bookowa wydała właśnie ŁOWCĘ ORCHIDEI i, tak jak przedtem, UCIECZKĘ DO POLSKI, a w przygotowaniu jest KUNDEL, a wszystko to w TRYLOGII HETEROSEKSUALNEJ Ciągle rozmawiam w myślach z Tymkiem. Do zobaczenia Przyjacielu. Jeszcze muszę odbębnić moje DRUGIE ŻYCIE, ale w końcu się zobaczymy, mam nadzieję, że nie będzie to Piekło.

ucieczka-do-polskiZnawcy Gdańska i polskiej literatury współczesnej już wiedzą, o kim tu piszę. Stanisław Esden-Tempski. Twierdzi, że polski światek znienawidził go za tę nową powieść czyli “Ucieczkę do Polski”. Bohater wyjechał “tam”, teraz wraca “z powrotem”. Weszłam na stronę e-bookowa. Znalazłam fragment “Ucieczki” do poczytania za darmo i kupiłam ją sobie za złotych polskich 12. Warto! Zanim jednak przejdę do samej książki, poproszę, byśmy spojrzeli na okładkę. Bo to dowód na to, że świat jest mały. Okładkę zaprojektowała Anna Gwiazda, kolejna moja nowojorska znajoma, siostra słynnego Andrzeja Gwiazdy, wspaniała graficzka. Anna, Andrzej i Stanisław wspólnymi siłami skonstruowali dla mnie maszynę czasu i przenieśli mnie do Gdańska młodości (mojej) i wolności (naszej).

Do Stanów przypłynąłem pontonem. Na ten wspaniały ponton musiałem najpierw zarobić. Pierwszy miesiąc pobytu w tym pięknym kraju spędziłem na zbieraniu glist i innego robactwa na polach dla firmy zajmującej się zaopatrzeniem wędkarzy w żywą przynętę. Musiałem gonić je na kolanach, w świetle księżyca, jak jakiś glizdojad, a one zawsze umiały skryć się przede mną pod ziemią. Nigdy nie myślałem, że dżdżownice mogą tak szybko uciekać przed człowiekiem! Na przestrzeni kilku metrów urządzały sobie tor wyścigowy. Te robaki miały mi podsunąć pod stopy latający dywan, bym mógł dotrzeć do Chicago. Musiałem zebrać dwa tysiące kanadyjskich dolarów, by przeszmuglować się przez granicę którymś z polskich traków. Wreszcie robaki śniły mi się po nocach. Po zebraniu dwudziestu skrzynek dżdżownic i innego świństwa, wychodzącego o zmroku z ziemi, miałem dokładnie tyle, by kupić sobie ponton. Wyobrażałem sobie tę chwilę, jak start w nowe, wolne życie. Wyzwolenie, które glisty powitają chóralnym wrzaskiem, płosząc krety i pieski stepowe.

esden-recenzja
Ciekawe, że w recenzji, która krytykuje ilość błędów w e-booku, też są błędy. “Na rzeczywistość spoglądamy oczami Sławka Balda, czterdziestoparolatka, który właśnie wrócił do Polski po kilkunastu lat spędzonych na nielegalnej emigracji w USA.”

Ale jeszcze ciekawsze jest to, że najwyraźniej powrót do kraju (Kraju?) z amerykańskiej wylęgarni mitów o powodzeniu, budzi niezwykłe, negatywne emocje. Mieszkam od lat w Berlinie – w tym czasie dziesiątki moich znajomych powróciło z Niemiec do Polski i nie wydaje mi się, by te powroty spotkały się z jakąkolwiek krytyką.

Może rzeczywiście problemem jest mit, polski mit o ZAGRANICY. My, ci z Niemiec, nie mamy za sobą żadnych mitów, a jeżeli, to same negatywne. Gdy wyjeżdżaliśmy – byliśmy zdrajcami i sprzedaliśmy się za niemieckie pieniądze. Jak porzucamy mit negatywny i wracamy, to być może podświadomie widzi się w nas powracających do domu braci marnotrawnych. Natomiast ci, którzy jadą TAM, za Ocean, to zupełnie inna sprawa. Przy wyjeździe otacza ich podziw i zazdrość, a gdy wracają – pogarda, bo nośnik mitu zakłada, że potwornie się nam tam nie udało. Myślę, że tak może być. Ale może Stanisław, który odbył mityczną drogę tam i z powrotem, coś nam tu dopowie.

Reblog: Karol Maliszewski

Znalazłam na Facebooku tydzień temu:
Karol Maliszewski: Udostępniam udostępnione w celu szerszego udostępnienia.

No to udostępniam w celu szerszego udostępnienia.

Karol Maliszewski: Dym


…jak ten policjant, którego buty skrzypią pod oknami szpitala wariatów.

W. S. Reymont

Dym wędruje, wspina się, zahacza o anteny, osiada na gałązkach na balkonie. Skąd tyle gałązek? Jeszcze tylko przypiąć kolorowe wstążki i rózgi jak znalazł. Anita pracuje w przedszkolu. W tym roku razem z koleżankami postanowiły wstrząsnąć. Bo coś te dzieciaki za słodkie dzieciństwo mają. A niech chwilę popłaczą, zanim dostaną właściwe prezenty, gadające lalki i tym podobne. Niech poczują powiew grozy. Życie to nie tylko delicje, ale i nadpleśniała piętka pod szafą. Niejedna rączka po nią sięga. Dym wspiął się wreszcie na wysokość i tego okna. Mam zwyczaj ocknąć się nad ranem, otworzyć okno i spać dalej. Aż do wtargnięcia rzeczywistości. Raczej do muśnięcia. Zamiast skrzypienia dźwigów jest skrzypienie butów. Delikatne przejechanie smyczkiem dymu po nosie.

Na dole w ogródku dymił mój brat. Wypluł płuca w kopalni, jednak nie przeszkadzało mu to przypalać papierosa od papierosa. Rozszalałe porywy kaszlu upewniały mnie, że ciągle tam jest. Nocne szychty przestawiły mu zegar w głowie. Śpi i czuwa zrywami, jak popadnie. Pustkę nocy zapełnia stertami książek. Jest chyba najbardziej oczytanym górnikiem w tych stronach. Byłym górnikiem. Pracownikiem byłej kopalni. Tu wszystko jest byłe. Taki stan egzystencjalny: być w tym, co byłe. Gorzej z teraźniejszością. Dlatego wszyscy głosowaliśmy na pewnego młodego człowieka. Jako burmistrz uzdrowi poczucie czasu. Nie tylko zrobi porządek z teraźniejszością, ma nawet jakieś plany względem przyszłości. W to akurat jakoś nie chce się wierzyć.

Największym sceptykiem jest mój brat. Ufną wiarę w ludzi wypluł razem z płucami. Teraz wszystkim patrzy na ręce. I tym na dole w miasteczku, i tym na górze w Warszawie. Nawet sobie patrzy. Widzę to z okna. Unosi je pod światło i patrzy, czy drżą. Coś mruczy do siebie. Moje ręce czy nie moje? Może to mi się śni? Tak naprawdę leżę zwinięty w kłębek w maleńkim pokoju. Ciało wyrzuciło z siebie kłąb obrazów i rozrzuciło je po całym domu. Jeden z nich wbił mnie w krzesełko na tarasie, kazał palić i nasłuchiwać. Znów się powtórzy skrzypienie butów, ale nikogo nie będzie widać. Może wyżej jest jakaś ścieżka, alejka, chodnik za drzewami. Obsesyjne skrzypienie butów.

Powrót mężczyzn z nocnej szychty. Nieśmiałe wsuwanie się do pozostawionej przez żony ciepłej pościeli. I jak za mgłą płacz dzieci, zapach przypalonego mleka. Albo inny powrót: w kłębach dymu kolejki, w piwiarnianym gwarze. Rozkoszny półobłęd, zataczanie się między drzewkami ogródków działkowych, czuwanie na wycieraczce, wreszcie dźwięk klucza, właściwa dziurka. Dom.

Życie w miasteczku musi przybrać inny obrót. Inaczej ma wschodzić słońce, inaczej zachodzić. Przy innych dźwiękach, zapachach i nawykach. Młody obiecał. On ma sposób na tę inność. Niczego się nie lęka. Kopalnie zrówna się z ziemią, żeby wspomnień nie było, niepotrzebnego rozdzierania szat. Szaty i tym podobne trafią do muzeum. Kilofy. Marki. Kaski. Szpady. Niech dziatwa sobie ogląda w ramach lekcji wychowawczej.

A wczoraj wieczorem brat płakał, patrząc na wynoszone z „Halemby” ciała. Ale zaraz potem się wkurwił. Szopkę z tego zrobili – powiedział. Rząd wykorzystał te śmierci do swoich celów. Media też nie lepsze. Tylko żer się liczy. Nawet do dupy zajrzą, żeby jakąś ciekawostkę znaleźć. Od rana do wieczora bębnią. Niesmak. A miało być wzniośle. Te dwadzieścia kilka ciał jako pretekst. Mięso medialne. Przy okazji rząd i wiodąca partia swoją mszę odprawili, pieczeń upiekli. Narodową. Patriotyczną. Dlatego brat od rana jednego za drugim. Chyba od czwartej na tym ganku siedzi. Pogwizduje cicho. Gołębie już trzecią rundę robią na niebie. To go uspokaja. Do telewizora nawet nie podchodzi. Radia nie włącza. Jak w Nowej Rudzie metan zabierał mu kolegów po kolei, to psa z kulawą nogą nie obeszło. Odchodzili w ciszy. Ślad po nich zaginął. – W tym muzeum, co będziecie je robić, zostawcie jedną białą ścianę. I czarnym tuszem wypiszcie te wszystkie nazwiska. Jeden znicz niech się cały czas pali. Nic więcej – mówi przy śniadaniu.

Okno jest lekko uchylone. Tym razem musi się wyjaśnić. Jeszcze chwila i w kwadrat widzenia wpycha się monotonnym krokiem drobna staruszka ubrana na czarno. Wygrzebała skądś za ciasne buty i to one tak skrzypią jak trupięgi. Na plecach worek. W ręce długi kij. Dzisiaj przeczesuje nasze kontenery. Wcześniej musiała operować gdzieś wyżej.

Ciągnę za sobą warkocz dymu. Gaźnik się dławi, kaszle. Zatrzymuję się w przydrożnym warsztacie. Wracam z pracy w Jeleniej Górze. Rozmyślam nad zaginionymi rękopisami Peipera, nad kształtem walizki, miną złodzieja. Albo te „Bagienne niezapominajki”. Chciałbym je znaleźć, pierwszy przeczytać, zachwycić się, ogłosić drukiem. Po godzinie odbijam od tego brzegu. Borówno. Zjedz je równo. Czarny Bór. Byle knur. Kochanów. Bez przerwy zamieniany mazakiem żartownisia na „Róchanów”. Szarpana wstrząsami mała główka w okularach. Droga wije się, wpada w dolinki, znów się podnosi stromo. Widzę wystrzelający w górę kopczyk ruin zamku Rogowiec. Ci ludzie przed nami… Ich strzemiona, czapraki, tarcze. Ich myśli, przeżycia, uczucia. Zapadło się, zrównało z ziemią. Ale jest do odkopania. Rycerze, górnicy, spiskowcy odnajdują się gdzieś tam w ciemnościach. Ocierają się o siebie.

Mija siedemnasta, nikogo nie ma. Można zgasić światło i pójść do domu. Czekam jeszcze chwilę. Wpada były główny księgowy PSS „Społem”. Też pisze wiersze. Czuć od niego alkohol. Mówi, że to tylko piwo. Zasiedział się w „Góralu”. Zapomniał, że to dzisiaj wtorek. Zebranie. Czekamy we dwóch, gawędząc o tym, co by tu można zrobić. Jak zainteresować chwilową poezją? Stajemy na głowie i nic. Wieczorki poetyckie z drabinami, dymami, sypaniem się liści na głowy publiczności, psychodeliczną muzyką i nic. Rozrzucane po rynku broszury, antologie i tomiki wręczane znajomym. Opanowanie prasy lokalnej, stworzenie rubryczek pod hasłem „Przygraniczny pegaz”. Zapraszanie kolegów z Czech, łączenie się w pary ponad granicami. I nic. Poezja dalej nikogo nie obchodzi. Nagle olśnienie. Księgowy pacnął się w łysinę. – Panie kolego, bo to tak ma być. Tak ma być! Działamy jak rycerstwo takie, o, partyzanci ducha, tworzymy intersubiektywną niszę nadwrażliwych. – No i co z tego? Dla kierownika wydziału kultury to nic nie znaczy, cofnął nam dotację na przyszły rok.

Pojawia się eteryczna sekretarka szefa fabryczki pończoch i staników, Sylwia. Pisze wiersze wzorowane na najlepszych wzorcach liryki kobiecej. I wtedy do mnie dochodzi. Tak, tak, o tym będę mówił. Już najwyższa pora. Jest nas tylko troje, ale to nic. Zaraz pojawią się młodzieżowi aktywiści, najwięksi pasjonaci (tydzień temu pożyczyłem im Ważyka), uczniowie likwidowanego Technikum Górniczego. Kiedy już wszyscy członkowie Sudeckiego Klubu Literackiego „Dziewięćsił” zajmują swoje miejsca, zaczynam.

Proponuję powrót mężczyzn. Dość zniewieścienia, podlizywania się feminizmowi, uginania się pod rzekomą presją ducha czasu. – My też mamy coś do powiedzenia – mówię. A w ostatnich latach utarło się przekonanie, że od mówienia rzeczy ważnych są kobiety. Mężczyźni wycofują się, tworząc zamknięte getta osobników niezdolnych do innowacji. Być może jest tak, że nastał czas kobiet, ale to nie znaczy, że nie może dokonywać się jednocześnie powrót mężczyzn. Zdejmijmy z barków kobiet ten nadmiar ciężarów. Odnoszę wrażenie, że one też mają dość. Nie uciekajmy od obowiązków, dźwigajmy z godnością to, co nam pisane. Bądźmy dobrymi ojcami, chodźmy do jakiejś pracy. Ale wszystko w oparciu o ideę tworzenia, nieustannego rozwijania się. Mężczyzna twórca – podniosłem głos, może niepotrzebnie – a nie tylko rozpłodowiec, jakby chciały to widzieć niektóre kobiety. Bo do takiej roli nas ostatnio zepchnięto. Daliśmy się zepchnąć. – To znaczy co? To znaczy jak? – podniosły się głosy. – Wróćmy do podmiotowej wyrazistości. Nie zamazujmy własnego głosu. Już ten gest powrotu będzie coś znaczył w pustce. Wróćmy do człowieczeństwa, a role płciowe wypoziomują się same. – Przepraszam – wyszeptała Sylwia. – Czy to znaczy, że ja mam używać teraz męskich końcówek? – Nie, kochanie, korzystaj ze swoich, tak jak do tej pory. O to chodzi, że kobiety wcale nie utraciły swej podmiotowości, wręcz przeciwnie, to nam się ona ostatnio rozmyła. – Ale ja nie chcę być poetką mniejszą – bąknęła z kąta Ismena, ekspedientka w sklepie z torebkami. – W świetle ustaleń Blooma dystynkcje Miłosza tracą moc. Ci według niego mniejsi urastają w naszych oczach. To już poeci mocni, więc wszystko przed tobą. W sieci sprzecznych enuncjacji może zabłysnąć twoja gwiazda, a jej światło raz będzie znaczy więcej, raz mniej. Po prostu pisz. To jedyny ciekawy moment naszej egzystencji. Ale dość na tym. Na następnym zebraniu za tydzień oczekuję twórczości nowego typu. Czekam na wiersze z mocno zaznaczoną osobowością, może to być nawet surowe i toporne, ale od czegoś trzeba zacząć. Jeżeli chodzi o zaplecze teoretyczne, to nie musicie się  lękać, mam właśnie coś takiego w ręce.

I zacząłem cichym, opanowanym głosem czytać im wybrane fragmenty pism Harolda Blooma. Po ich wysłuchaniu zgodnym głosem orzekli, że powrót mężczyzn jest jednak możliwy. Dyskutowali o tym hałaśliwie, gdy ja zamykałem klubową piwnicę. Klucz powiesiłem na zardzewiałym gwoździu obok kółeczka z cyfrą 7. Zaprosiłem wszystkich do „Górala”. Mieliśmy to oblać. Poza tym bardzo chcieli przyjrzeć się jakimś wyrazistym osobowościom. I znaleźliśmy takie. Wprawdzie niektóre z nich spały przy stolikach, ale w świetle bijącym od telewizora ich twarze mimo wszystko wyrażały stanowczość i siłę.

 

Zbyszek

Roman Brodowski, O moim bracie

Zbigniew Brodowski ur. 10.01.1955 w Gdańsku,

działacz Solidarności, v-ce przewodniczący Komitetu Więzionych za Przekonania w stoczni im. Lenina. Uczestnik strajku głodowego zorganizowanego w proteście przeciwko więzieniu za przekonania polityczne, który odbył się w Akademii Medycznej w Gdańsku w maju 1981 roku.
Do stanu wojennego zajmował się kolportowaniem prasy oraz ulotek. Rozwieszał plakaty na terenie byłego powiatu tczewskiego. W domu jego matki Teresy Brodowskiej zamieszkałej w miejscowości Pszczółki, pełniącej funkcję przewodniczącej NSZZ Solidarność w zakładach pralniczych „Śnieżka“ z siedzibą na Oruni, znajdował się punkt spotkań kolporterów, oraz skład materiałów do kolportażu.
Internowano go 13 grudnia 1981 roku o godzinie 4°° w obecności żony oraz maleńkich dzieci. Zakutego w kajdanki policyjną „suką“ wywieziono do obozu w Strzebielinku.

O miejscu jego pobytu rodzina dowiedziała się po siedmiu tygodniach.
Ze względu na stan zdrowia oraz sytuację rodzinną 14.02. 1982 zwolniono go do domu.
Za szkodliwą działalność przeciwko państwu polskiemu, otrzymał tak zwany wilczy bilet (w jedną stronę) czyli paszport na wyjazd z kraju bez prawa powrotu.
Wraz z rodziną wyjechał do Berlina Zachodniego pod koniec maja 1981 roku.

W Berlinie wraz z innym Polakami spontanicznie uczestniczył w organizowaniu pomocy (w formie paczek żywnościowych) na rzecz naszych rodaków potrzebujących materialnego wsparcia w Polsce.

Odszedł z własnej woli w wieku 43 lat, w Berlinie, w grudniu 1998 roku, pozostawiając troje dzieci.
Został pochowany na cmentarzu katolickim w Berlinie-Reinickendorf.

Roman Brodowski
Przed burzą

Mojemu Bratu

To był piękny chociaż bardzo niespokojny wieczór, piątek 11 grudnia 1981 roku. Przyjechałem ze Śląska do domu rodzinnego na kilka dni, by podzielić się moimi obawami dotyczącymi najbliższej przyszłości z moimi bliskimi, biorącymi aktywny udział w bodajże największym po zakończeniu drugiej wojny światowej konflikcie socjalno-politycznym zaistniałym pomiędzy społeczeństwem a polskim rządem, innymi słowy, między „Solidarnością“ a komunistyczną władzą PRL-u.

Wiedziałem, że coś niedobrego wisiało w powietrzu. Kilka dni wcześniej mój serdeczny przyjaciel (którego traktowałem niemalże jak drugiego ojca), podpułkownik w stanie spoczynku, A. Humański, wiedząc o działalności mojej mamy i brata w „Solidarności“, przestrzegł mnie przed czymś, co miało wkrótce nastąpić, a czego on sam wówczas jeszcze nie rozumiał. Otóż niespodziewanie, mimo nienajmłodszego już wieku, otrzymał powołanie do wojska w trybie natychmiastowym. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin miał się zgłosić do wyznaczonych koszar. Mobilizacja taka (jak mi wytłumaczył) mogła nastąpić tylko w przypadku bezpośredniego zagrożenia państwa, wewnętrznego lub zewnętrznego.

Siedzieliśmy z bratem, rodzinnie, przy stole, rozmawiając o problemach, z jakimi przyszło nam się borykać w tym kończącym się 1981 roku. Zbyszek długo opowiadał mi o tym, jak to pięknie będzie, gdy związek zawodowy rozłoży „komuchów“ na łopatki. Mówił o historycznej szansie, jaka została nam dana, abyśmy się mogli uwolnić spod wpływu i dominacji ZSRR, o sile w jedności narodowej, dzięki której jesteśmy w stanie zmienić sytuację polityczną kraju. Był dumny z tego co robi i (jak powiedział) przekonany o słuszność swojej walki.
Gdy słuchałem jego relacji dotyczących organizacji strajku głodowego, jaki miał miejsce w akademii medycznej w Gdańsku, trwającego od maja do lipca tego roku, o jego przebiegu, o szczytności celu, jakim był protest w obronie więzionych za przekonania, zrozumiałem, że nie mam prawa, by go w jakikolwiek sposób zawracać z obranej drogi. Z jednej strony byłem dumny z jego działalności, z drugiej zaś ogarniał mnie niesamowity strach o niego, o jego rodzinę, jego młodą żonę oraz malutkie jeszcze dzieci.
Ja niestety nie byłem takim jak on bezkrytycznym i niepoprawnym optymistą. Wiedziałem (i to nie tylko z historii) o tym, jak Układ Warszawski, na mocy klauzuli zawartej w umowie i podpisanej przez wszystkich członków tego paktu, potraktował narody Węgier w 1956 roku oraz Czechosłowacji w 1968, gdy te próbowały wydostać się spod opiekuńczych skrzydeł wielkiego i znienawidzonego brata, gdy upomniały się o prawo do samostanowienia.

Byłem przekonany, że po tym jak w Bydgoszczy jeden z przedstawicieli NSZZ nawoływał do siłowego rozprawienia się z czerwoną, jak określił hołotą, Rosja, w ramach „braterskiej pomocy“ przy udziale związanych układem militarnym państw powtórzy scenariusz z pięćdziesiątego szóstego roku i jako obrońca jedynego „słusznego“ ustroju, rozpocznie czystki z wrogim klasowo elementem.

Ja sam, chociaż nie uczestniczyłem czynnie w tej konfrontacji narodu z władzami, to jednak dzięki kilku wierszom popierającym patriotyczne działania mające na celu uzyskanie suwerenności kraju, jakie napisałem, a które pod osłoną nocy zostały przyklejone na kopalnianych murach w „Dymitrowie“, na „Rozbarku“ i „ Bobrku“ w Bytomiu – też czułem się nieco zagrożony, co jednak było niczym w porównaniu do obaw o przyszłość mojego Brata.
Wieczorem następnego dnia wyruszyłem w drogę powrotną na Śląsk. Do domu powróciłem mroźnym porankiem 13 grudnia. W progu czekała na mnie moja kochana (przybrana) starka*, u której wynajmowałem pokój. Wtuliła się w moje ramiona i przełykając łzy powiedziała:
– W telewizji powiedzieli, że jest wojna. Co z nami będzie synoczku ? – Podniosłem oczy do góry i zobaczyłem pustą przestrzeń. – Boże, dlaczego? – odparłem półszeptem.

* starka – babcia w gwarze śląska cieszyńskiego
Żory 18.03.1983

Ballada o grudniowej niedzieli

To była zwyczajna sobota
Zimowy mroźny wieczór
Na stole pachnąca kolacja
I dzieci siedzące przy piecu.

Za oknem wiatr chłodno tańczył
W gwieździstym balecie nieba
W kuchni zaś ciepło, przytulnie…,
Na ścianie krzyż ulepiony z chleba

Jutro znów będzie niedziela
To już trzynasty dzień grudnia
I czas na wspólną zabawę
Rodzinnie, do południa.

Więc jeszcze dziecięce uśmiechy
Bajeczka na nockę spokojną
Wieczorna z tatą modlitwa,
I sen, – prawdziwa wolność.

*********

Godzina czwarta nad ranem
Przed dom radiowóz zajechał
Ktoś głośno do drzwi zapukał,
Pies niespokojnie zaszczekał…

Weszli do domu, z hałasem
Milicja i młody żołnierzyk
Zaczęli szperać po kuchni
Wśród garnków, wśród talerzy.

Następnie w ciszy, bez słowa
Podeszli do ojca, do męża
Chwycili go mocno za ręce,
Zaczęli do bólu wykręcać

Włożyli stalowe kajdanki,
Jak zwyczajnemu bandycie,
A przecież on walczył o jutro
O lepszą przyszłość, o życie.

Wywlekli go z domu, bez palta
Wsadzili do suki więziennej…,
I szybko ruszyli w nieznane
Gdzie? O to i pytać daremnie

A dzieci w matkę wtulone
Jak małe bezbronne pisklęta
Patrzyły ze łzami w oczach
Ten dzień będą zawsze pamiętać.

Tak, miała być piękna niedziela,
Rodzinnie, aż do południa
A teraz, – no właśnie teraz…,
Teraz trzynasty jest grudnia.

Co będzie jutro? – nie wiemy
Gdzie nasi najbliżsi? – nie znamy
Kolejny dramat w Ojczyźnie!
Nie płaczcie dziatki – wytrwamy!

Żory, 17 grudnia 1981

Tak trudno o tym mówić

Trudno uwierzyć w przyszłość
Gdy hańbą umiera przeszłość.

Trudno uwierzyć w niebiosa
Gdy wiara leży w rynsztoku.

Ty uwierzyłeś w lepsze jutro,
Choć fałsz tańczył wokół Ciebie,

Karmiłeś wilcze stado nadzieją
Chociaż kąsało twe dłonie.

Ja? – ujrzałem prawdę w jej nagości
Kąpiącą się w ludzkim bezwstydzie,

Przyszłość żebrzącą o wsparcie
Dla dobra dziwnej niewiadomej.

Moja nadzieja odeszła w raz z tobą
Zbyt słaby jestem, by wierzyć.

Wilki wyrosłe na twych cierpieniach
Rozszarpują resztki naiwności.

Nie! – nie znalazłem wybaczenia,
Choć mnie o to prosiłeś – Bracie

Berlin 17.01.1998

Starość jest wszędzie

Łucja Fice pracuje jako opiekunka ludzi starych i chorych. W Anglii i w Niemczech. Dotychczas publikowałam tu jej wspomnienia i refleksje niemieckie. Dziś – Anglia. Zaczniemy jednak od wierszy napisanych “na saksach” w Saksonii kilka lat temu. Zbliżają się święta, tak jak teraz. Albo już przed chwilą minęły.

SPACER NA EMIGRACJI
xxx
Wspomnienia na smyczy
Leciwa zima
Na twardych grudach zgnuśniałe liście
O tej porze nie mam cienia
Nie istnieję
xxx
Domki blisko siebie
Jakby bały się prześwitów i odstępów
W oknach za szybą jemioły
xxx
Przyjedź do mnie niebieskim tramwajem
Przywieź gesty słowa i dotyk
Zabierz ze sobą kolorowy lampion
Dziś żegnałam Stary Rok
Wyprowadziłam go za próg
Był stary, zmęczony
i niczym stropiony Bóg
Odchodził po kroku krok
xxx
A Nowy Rok jak złodziej
wkradł się po cichu
xxxxxxxxxbez przywitań
choć oczekiwany jak narodziny
nowego losu
xxx
1997

wyspastarcowAnglia. Powieść Łucji Fice nazywa się “WYSPA STARCÓW”, jak trafnie.

Wydawnictwo Warszawska Firma Wydawnicza przygotowało krótki opis powieści wydanej w kategorii “obyczajowa”, choć, jak znam życie, Autorka musiała ten tekścik przygotować sama. Wszystko co się da, wydawnictwo spycha na Autora, bo wtedy to jego czas i jego praca, i jego wysiłek intelektualny.  No ale mniejsza…

Gabryśka Mrozińska wie, co to ciężka „praca na livingu”, czyli całodobowa opieka nad ciężko chorymi ludźmi w ich domach. Myje i karmi swoich podopiecznych, towarzyszy im w cierpieniach i znosi ich humory. Jednak rzadko może liczyć na słowo „dziękuję”, zresztą na porządne pieniądze też. Nie brakuje jej natomiast upokorzeń i rozczarowań. Jeśli serial „Londyńczycy” był portretem młodego pokolenia zaradnej emigracji zarobkowej w Wielkiej Brytanii, to „Wyspa Starców” jest kroniką niewesołych przypadków pięćdziesięcioletniej Polki pracującej nad Tamizą. Mimo wszystko Gabrysia nie poddaje się. Jak mantrę powtarza fraszkę Jana Sztaudyngera: „Wszystko marność i koszmarność, lecz czuję z tym solidarność”.

„Wyspa Starców” to powieść oparta na osobistych przeżyciach autorki, która wyemigrowała z Polski i podjęła pracę opiekunki starszych osób.

Powieść, jak wszystkie zresztą książki Łucji, spotkała się z bardzo dobrym przyjęciem. Autorka udzieliła wywiadu gazecie “Echo Gorzowa”, który przeczytać można TU. Bardzo interesujący. Na zakończenie rozmowy Łucja mówi:

Moje powieści to krzyk dojrzałej kobiety: Polki, matki, żony, która chciałaby pracować w swoim kraju i w swoim mieście. Bardzo bym sobie życzyła, żeby tę powieść o Polkach na emigracji przeczytali politycy i ci wszyscy, którzy mają wpływ na to, co dzieje się w Polsce. Proszę: nie wysyłajcie nas do pracy poza granice kraju, daleko od domu. Nie chcemy rozbijać rodzin, osieracać dzieci i przyzwyczajać się do innej kultury. Nie chcemy udawać, że jesteśmy Angielkami, Walijkami, Niemkami, ale tylko wtedy, gdy przestaniemy być Polkami, możemy być na obczyźnie zaakceptowane. Niech wyjeżdżają młodzi, bo to dla nich świat otworem stoi. A my, wszyscy starsi, powinniśmy jeździć poza granice kraju tylko na wycieczki.

Viktoria Korb, Tod…

viki-todViktoria Korb
“Tod eines Friedensforschers”
ein politischer Krimiroman, 2. Ausgabe
soeben erschienen

(…)

Mittlerweile stank es zum Himmel. Nicht nur im Garten. Der Geruch kam eindeutig aus Adalberts Behausung. So entschied sich Hugo, die Polizei anzurufen und bat, jemanden zu schicken.
“Sie spinnen doch, mein Herr”, wehrte sich der Polizist, “das kommt einfach von diesem komischen Wetter. Wir haben so viele Überschwemmungen, dass sogar der Bundeskanzler sie als die größte Katastrophe seit der deutschen Wiedervereinigung bezeichnet.”
Wie recht er hat, dachte Hugo und hörte geduldig zu:
“Es ist ein warmer Märztag, vielleicht stinkt die Kanalisation, und es gibt halt unterschiedliche Gerüche. Es wäre was anderes, wenn ein Wagen vor ihrem Haus nicht vorschriftgemäß geparkt hätte.”
“Ach so?” wunderte sich Hugo.
“Aber ja, dann würden wir sofort zu ihnen eilen. Wirklich sofort – wissen Sie, Gefahr im Verzug. Aber wegen ein bisschen Geruch… Vielleicht kocht ihr Nachbar Eisbein?”
“Mein Nachbar von rechts ist fanatischer Vegetarier, und mein Nachbar zur Linken, Professor Donnemua, ist seit Wochen spurlos verschwunden. Daher ist dieser ätzende Gestank äußerst dubios.”
“Na ja, mein Herr, ein Professor, der sitzt bestimmt den ganzen Winter auf den Kanaren.”
“Mag schon sein, Herr Wachtmeister, aber seine Katzen miauen schon so laut, dass man es bis zu uns hört… Ich würde fast sagen, dass sie hungrig sein könnten.”
“Wegen der Katzen wenden Sie sich ans Tierheim Lankwitz oder an die Feuerwehr. Die sind zuständig.”
“Ich verlange als Steuerzahler, dass Sie sofort kommen, sonst wende ich mich an den Innensenator, den ich aus meiner Schulzeit kenne”, knurrte Hugo. “Versuchen Sie nicht mich einzuschüchtern. Ich bin nämlich auch Steuerzahler. Wir kommen gleich und werden die Sache polizeimäßig erfassen.”
Hugo hatte den Satz: “ Geh doch nach drüben” schon auf der Zunge, schaffte es aber doch sich zu beherrschen. Das konnte man nicht mehr sagen. “Drüben” war verschwunden, und zwar unwiderruflich. Ein Umland mit politischer Alternative gab es nicht mehr.

Den Polizisten gelang es, ihrer Übelkeit Herr zu werden, und sie brachen in das Haus des Professors ein. Hugo und Gundula folgten ihnen. Die Leiche von Adalbert Donnemua war dabei, an seinem Schreibtisch zu zerfließen. Rund um ihn miauten verzweifelte, bis auf die Knochen abgemagerte Katzen. Offensichtlich hatten sie aus Hungersnot schon an seinen Ohren geknabbert.
Hugo und Gundula übergaben sich, überließen alles andere der Polizei, flüchteten nach Hause und genehmigten sich erst mal zwei doppelte Cognacs.
Beim Verhör nahmen die Polizisten ihre Personalien auf und fragten, wann sie zuletzt Kontakt mit Adalbert Donnemua gehabt hatten. Gundula schloss die Augen, um sich besser zu konzentrieren:
“Vor sechs Wochen etwa. Da war er bei uns zum Abendessen.”
“War er mit Ihnen alleine?” erkundigte sich Inspektor Ramol.
“Nein. Das wäre die reinste Zeitverschwendung, den ganzen Abend einer einzigen Person zu widmen”, erklärte Hugo.
Ramol hob seine Augenbrauen, erstaunt über so viel Ehrlichkeit, und Hugo berichtete gelangweilt weiter:
“Es war die gleiche Gesellschaft wie letzte Woche. Leute, die immer zu unseren Essen kommen. Sie wissen schon – das übliche – der Anwalt, der Steuerberater, der Vermögensverwalter, der Arzt und der Apotheker, samt Gattinnen.”
“Stimmt nicht, unser Anwalt war ohne Frau, er ist nämlich geschieden. Und ansonsten war die Gesellschaft auch nicht identisch, denn unser Vermögensverwalter Hasso Schuja war diesmal verhindert, dafür war aber Gloria Kosz da. Mein Mann besteht manchmal darauf, sie einzuladen”, korrigierte Gundula triumphierend. “Ach ja, und Professor Udo Knarsch mit seiner Frau Rosalinda kamen hinzu. Und ein Freund von Adalbert, der Maler Claude Eckel.”
“Das ist mir zu kompliziert”, Inspektor Ramol kratzte sich am Kopf. “Nennen Sie also einfach alle, die beim vorvorigen Essen da waren. Diejenigen, die letztes Mal anwesend waren, sind doch nicht verdächtig, denn die Tat wurde schon vor längerer Zeit begangen.”
“Welche Tat?” rief Hugo entsetzt.
“Das weiß ich nicht genau, die Leiche wird noch untersucht. Aber Tatbestand ist, dass Professor Donnemua nun mal tot ist. Und wenn es einen Tatbestand gibt, dann gibt es auch eine Tat. Und wenn es eine Tat gibt, dann gibt es auch einen Täter, so sagt die kriminalistische Logik. Also wer war letztendlich beim vorletzten Essen anwesend, außer Donnemua?”
“Wie gesagt, unser Steuerberater Artur Nudnik mit Frau, unser Anwalt Knut Wegor, unser Vermögensverwalter Hasso Schuja, der meistens ohne Frau kommt, weil er hartnäckig an der Tradition des deutschen Stammtischs festhält.”
Gundula grinste aufmüpfig, hörte aber unter dem eisigen Blick des Inspektors bald auf. Sie konzentrierte sich wieder auf Hugo, der inzwischen fortfuhr: “Dann unser Arzt Doktor Balthasar von Kupke mit seiner Erdmuthe und der Apotheker von nebenan, Hajo Trawnicki mit Frau Gertrud, die allerdings niemand jemals bemerkt. Aber was spielt das schon für eine Rolle? Wenn es wirklich eine ‘Tat’ war, musste sie doch nicht sofort nach dem Essen verübt werden. Es könnte genauso gut Tage oder Wochen später passiert sein.”
“Sie haben aber Professor Donnemua seit diesem Tag nicht mehr gesehen?”
“Das stimmt, aber wir sind hier doch in Dahlem. Wir sind taktvoll und wollen unsere Ruhe haben”, sagte Gundula stolz und empört zugleich.
“Wie dem auch sei, es ist für uns notwendig, den Bekanntenkreis von Professor Donnemua zu durchleuchten, egal, wann die Tat begangen wurde”, stellte Inspektor Ramol fest und forschte weiter: “Hatte er eine Freundin?”
“Eigentlich nicht”, murmelte Hugo geniert.
“Wie meinen Sie?” hakte Ramol aggressiv nach.
Gundula versuchte ihren Gatten zu retten und wiederholte mit Nachdruck:
“Wir mischen uns ins Leben anderer nicht ein. Wir sind tolerant, verstehen Sie?”
“Ich verstehe”, atmete Ramol erleichtert auf, “Sie meinen, er war schwul?”
“So würde ich es fast bezeichnen”, sagte Hugo. “Aber wir möchten ihm keinen Schaden zufügen.”
“Wie könnten Sie ihm Schaden zufügen, wo er doch tot ist?” fragte der Inspektor erstaunt.
“Außerdem war er doch Professor an der PFUJ?”
“Ja”, bestätigte Hugo leicht verwirrt. “Was hat das damit zu tun?”
“An der PFUJ gilt es doch sogar als schick, ein Homo zu sein. Schwul ist cool. Die Umschwulung schreitet voran. Und erst recht, seit auch der Bürgermeister…”, Ramol biss sich auf die Zunge und beeilte sich mit der Zusicherung: “Und das ist auch gut so.”
Er wartete auf eine Reaktion von Hugo, die jedoch ausblieb, und fragte weiter: “Hatte Donnemua einen festen Freund?”
“Das interessierte mich nicht so richtig”, antwortete Hugo und schaute verschämt in die Ferne.
“Werden Sie endlich kooperieren?” bellte Ramol. “Es geht wahrscheinlich um einen Mord!” Hugo antwortete zögernd:
“Vielleicht diesen Maler Claude Eckel, der auch beim letzten Essen dabei war. Es war aber keine feste Beziehung. Adalbert bevorzugte eher frische Jungs vom Bahnhof Zoo. Eigentlich kann man sagen, Strichjungen. Ab und zu sah ich zufällig, wie sie morgens durch seinen Garten schlichen. Eine Zeitlang hatte er auch eine Affäre mit seinem Masseur, die ist aber schon lange vorbei.”
“Namen, Adressen”, schnauzte der Polizist. “Und wer ist diese Gloria?”
“Eine Ex-Polin, die Donnemua aus der Studentenzeit kannte.”
“Die werden wir uns vornehmen”, beschloss Ramol.

Hier noch eine Rezension zu der 1. Auflage – REZENSION-Tod-Friedensforscher – von Martin Sander in Deutschlandradio Kultur.

Sen do kwadratu

Łucja Fice

SEN DO KWADRATU

Taki sen jest bardzo niebezpieczny. A co dopiero sen do sześcianu. Śpisz sobie w najlepsze i śni ci się, że śnisz i jeszcze raz wchodzisz w sen, a to już sześcian. Oczywiście nie zdajesz sobie z tego sprawy, dopóki się nie obudzisz. Wtedy boisz się zasypiać, żeby czasem nie wpaść w letarg, bo wtedy mogą uznać cię za zmarłą i żywcem pochować.
– Głupia snów się boisz? – mówisz sama do siebie.
– Nieprawda!, nie snów, tylko podróży w przeszłość i zamiany w inną osobę.
Tylko powierzchownie, bo w środku jesteś ciągle tą samą Anną. Masz inny kolor skóry, inne oczy, włosy, figurę. Z tej figury to nawet byłaś zadowolona. No! – oczywiście, byłaś młoda.
W tym śnie do sześcianu byłaś piękną kobietą o imieniu ANAT, wojowniczką z toporem, tarczą i włócznią, modlącą się we własnej świątyni w Tanis w Egipcie. Nagle zauważyłaś, że otwiera się ciężka brama, a w niej wielkie psy. Były podobne do wyżłów, miały smukłe sylwetki, podłużne pyski, i spiczaste stojące uszy. Miały złe zamiary. Oglądałaś kiedyś te wyżły wyryte w jakiejś świątyni (w jej resztkach) z Doliny Królów w programie Discovery. Co w nich cię przestraszyło, to tylko to, że były nienaturalnych rozmiarów – dużo większe. Klęcząc wypinałaś na nie tyłek. To ty byłaś boginią, to ty potęgą, mając na obronę swego ojca RA. Choć warczały na ciebie i podchodziły coraz bliżej – nie bałaś się. Nieświadoma przewrócenia się na drugi bok – zmieniłaś sen na do kwadratu a tym samym uniknęłaś rozszarpania na kawałki. .
Budzisz się – ale oto jesteś w drugim śnie, gdzie OZYRYS powoli podchodzi do ciebie. Krzyczysz ze strachu, bo jest już za twoimi plecami, obwąchują twoje skulone ciało.
– Już nie żyjesz – pomyślałaś. Odwracasz się już po raz drugi i bezczelnie spoglądasz w jego długą psią mordę i bicz w dłoniach.
– Co? – zapytałaś, a usta ci drżały ze strachu.
– OZYRYSIE –
Nagle doznajesz olśnienia.
– Nie ma cię – umarłeś. Zostałeś wykasowany. Grasujesz tylko po ludzkich umysłach i biegasz po kartach ksiąg, które czytają miłośnicy mitologii. Inni bogowie teraz rządzą światem. Stworzyli cię ludzie i oni cię uśmiercili. Ja nie mam z tym nic wspólnego.
– Jestem u szczytu panowania – odpowiedział. Tak. Pamiętasz to dokładnie.
Przedstawiłaś się pokornie – trochę nafaszerowana strachem.
-Jestem Anna z nowoczesnej dynastii pod panowaniem Wspólnej Europy. Świątynią jest Bruksela – tam rozkwitają barwy mamony. Rządzą teraz politycy urobieni na garncarskim kole przez społeczeństwo a nie przez CHNUMA.
-Nie pokłonię się – jak to robili w twoich czasach, bo ciebie nie ma. Zresztą w moich czasach nikomu nie muszę się kłaniać – stwierdziłaś odważnie.
Odchyliłaś się, a jego oczy wciąż źle patrzyły.
– Jesteś podejrzanym typem zaistniałym w mojej świadomości, zboczeńcem a nie bogiem, kłodą przerzucaną na kartach historii. Nie pokłonię się tobie..
– Należę do siebie samej, takie mam prawo, wypinam się na ciebie z wielką dystynkcją.
Podniosłaś się wtedy z klęczek i uniosłaś dumnie głowę. Ozyrys znieruchomiał, ale wciąż próbował zahipnotyzować cię wzrokiem, zatrzymać. I nadal wypinałabyś się na niego w tym śnie, ale oto właśnie znalazłaś się w ciemnej grocie pełnej stalagmitów, w której przejmujące zimno i kapiąca woda uzmysłowiły ci, że jesteś w przedsionku chrześcijańskiego piekła.
Na środku groty – duży kocioł, a w nim gotuje się, paruje, bulgocze, w dwustu stopniach ciekły azot. W azocie zanurzone grzeszne dusze. Witaj w piekle – powiedziałaś do siebie. Tylko jakoś nie widziałaś diabła – europejskiego diabła, z rogami, ogonem, melonikiem, który ma w nim wyglądać jak schizofreniczny poeta.
Nie bałaś się wcale.
Tylko nie wiedziałaś, w jaką datę weszłaś. Diablisko, choć niewidoczne, zapraszało.
– No! Wskocz do tej wanienki moja droga pani. Wykąp się, a potem zaproszę cię na salony -słyszałaś tylko cieplutki głosik.
-Czekaj!, pokażę ci, co myślę i rozpoczęłaś długi monolog.
– Jesteś, jak piana. Robisz dużo zamieszania Nie masz odwagi, żeby stanąć ze mną do dialogu, ty przechero i głupolu, na złość robisz, nie wiesz komu. Grunt mam mocny,
silne są mej wiary fundamenty. Chociaż cała drżę w powałach, niechaj Bogu będzie chwała, że cię stworzył na pokusę, lecz obdarzył kiepskim duchem. Mój duch wiary jak eliksir
wciąż popijam za twe zdrowie. I nikt więcej się nie dowie, że na dialog ciebie wzywam, że nie boję się odkrywać złych stron twego charakteru. Bo jak widzisz, za mną stoi straż w niebiańskiej zbroi. No i cóż mój miły gadzie? Czy zeń wyjdziesz po naradzie?
Pienisz się i pienisz tylko. Czy chcesz złapać mnie w swe kleszcze? Więc umilknij, ukryj dreszcze, jam silniejsza jest od diabła, więc zasługa twoja spadła.
-Martwisz się?, że zwracam twarz ku Bogu? Nie podoba się to komu?
Wyłaź więc z tej białej piany i stań w końcu do dialogu.
Poczułam się czysta, pierwotna nieskalana, wytresowana przez współczesne mi czasy na katoliczkę. Nagle przebłysk świadomości. Mamy rok pański 2010 po Chrystusie. Obudziłaś się.
– Uff, ale ulga. To nagłe spostrzeżenie, które pojawiło się w twojej głowie wbrew wszelkiej oczywistości, która była pozorna, ucieszyłaś się, że nie dałaś się diabłu nabrać. Ten teatr, jaki mu odstawiłaś sprawił, że poczułaś się jak anioł, który diabła przegonił. Ten sen pojęłaś jako specjalny dar od Boga.

Selina and Nelson

I suppose 2013 is a battle year. We already had here the battle of Vienna and the battle of Leipzig, now – the battle of Trafalgar (1805 – again Napoleon!) remembered by children in Kenneth Grahame “Dream Days”.

THE TWENTY-FIRST OF OCTOBER

(…) At the time of Selina’s weird seizure I was unfortunately away from home, on a loathsome visit to an aunt; and my account is therefore feebly compounded from hearsay. It was an absence I never ceased to regret – scoring it up, with a sense of injury, against the aunt. There was a splendid uselessness about the whole performance that specially appealed to my artistic sense. That it should have been Selina, too, who should break out this way – Selina, who had just become a regular subscriber to the “Young Ladies’ Journal,” and who allowed herself to be taken out to strange teas with an air of resignation palpably assumed – this was a special joy, and served to remind me that much of this dreaded convention that was creeping over us might be, after all, only veneer. Edward also was absent, getting licked into shape at school; but to him the loss was nothing. With his stern practical bent he wouldn’t have seen any sense in it – to recall one of his favourite expressions. To Harold, however, for whom the gods had always cherished a special tenderness, it was granted, not only to witness, but also, priestlike, to feed the sacred fire itself. And if at the time he paid the penalty exacted by the sordid unimaginative ones who temporarily rule the roast, he must ever after, one feels sure, have carried inside him some of the white gladness of the acolyte who, greatly privileged, has been permitted to swing a censer at the sacring of the very Mass.

October was mellowing fast, and with it the year itself; full of tender hints, in woodland and hedgerow, of a course well-nigh completed. From all sides that still afternoon you caught the quick breathing and sob of the runner nearing the goal. Preoccupied and possessed, Selina had strayed down the garden and out into the pasture beyond, where, on a bit of rising ground that dominated the garden on one side and the downs with the old coach-road on the other, she had cast herself down to chew the cud of fancy. There she was presently joined by Harold, breathless and very full of his latest grievance. (…)

“D’you know what day it is?” said Selina presently, in a low voice, looking far away before her.

Harold did not appear to know, nor yet to care.

“It’s Trafalgar Day,” went on Selina, trancedly; “Trafalgar Day – and nobody cares!”

Something in her tone told Harold that he was not behaving quite becomingly. (…)

“Over there,” resumed Selina–she was gazing out in the direction of the old highroad” over there the coaches used to go by. Uncle Thomas was telling me about it the other day. And the people used to watch for ’em coming, to tell the time by, and p’r’aps to get their parcels. And one morning – they wouldn’t be expecting anything different – one morning, first there would be a cloud of dust, as usual, and then the coach would come racing by, and THEN they would know! For the coach would be dressed in laurel, all laurel from stem to stern! And the coachman would be wearing laurel, and the guard would be wearing laurel; and then they would know, then they would know!”

Harold listened in respectful silence, (…) had all the natural instincts of a gentleman; of whom it is one of the principal marks, if not the complete definition, never to show signs of being bored. Selina rose to her feet, and paced the turf restlessly with a short quarter-deck walk.
“Why can’t we DO something?” she burst out presently. “HE – he did everything – why can’t we do anything for him?”
“WHO did everything?” inquired Harold, meekly. (…)
“Why, Nelson, of course,” said Selina, shortly, still looking restlessly around for help or suggestion.
“But he’s – he’s DEAD, isn’t he?” asked Harold, slightly puzzled.
“What’s that got to do with it?” retorted his sister, resuming her caged-lion promenade.

Harold was somewhat taken aback. (… ) And now he was given to understand that the situation had not materially changed! He would have to revise his ideas, it seemed. Sitting up on end, he looked towards the garden for assistance in the task. Thence, even as he gazed, a tiny column of smoke rose straight up into the still air. The gardener had been sweeping that afternoon, and now, an unconscious priest, was offering his sacrifice of autumn leaves to the calm-eyed goddess of changing hues and chill forebodings who was moving slowly about the land that golden afternoon. Harold was up and off in a moment (…). Here was fire, real fire, to play with, and that was even better than messing with water, or remodelling the plastic surface of the earth. Of all the toys the world provides for right-minded persons, the original elements rank easily the first.

But Selina sat on where she was, her chin on her fists; and her fancies whirled and drifted, here and there, in curls and eddies, along with the smoke she was watching. As the quick-footed dusk of the short October day stepped lightly over the garden, little red tongues of fire might be seen to leap and vanish in the smoke. Harold, anon staggering under armfuls of leaves, anon stoking vigorously, was discernible only at fitful intervals. It was another sort of smoke that the inner eye of Selina was looking upon, – a smoke that hung in sullen banks round the masts and the hulls of the fighting ships; a smoke from beneath which came thunder and the crash and the splinter-rip, the shout of the boarding party, the choking sob of the gunner stretched by his gun; a smoke from out of which at last she saw, as through a riven pall, the radiant spirit of the Victor, crowned with the coronal of a perfect death, leap in full assurance up into the ether that Immortals breathe. The dusk was glooming towards darkness when she rose and moved slowly down towards the beckoning fire; something of the priestess in her stride, something of the devotee in the set purpose of her eye.
The leaves were well alight by this time, and Harold had just added an old furze bush, which flamed and crackled stirringly.

“Go ‘n’ get some more sticks,” ordered Selina, “and shavings, ‘n’ chunks of wood, ‘n’ anything you can find. Look here – in the kitchen-garden there’s a pile of old pea-sticks. Fetch as many as you can carry, and then go back and bring some more!”
“But I say, – ” began Harold, amazedly, scarce knowing his sister, and with a vision of a frenzied gardener, pea-stickless and threatening retribution.
“Go and fetch ’em quick! ” shouted Selina, stamping with impatience.

Harold ran off at once, true to the stern system of discipline in which he had been nurtured. But his eyes were like round O’s, and as he ran he talked fast to himself, in evident disorder of mind. The pea-sticks made a rare blaze, and the fire, no longer smouldering sullenly, leapt up and began to assume the appearance of a genuine bonfire. Harold, awed into silence at first, began to jump round it with shouts of triumph. Selina looked on grimly, with knitted brow; she was not yet fully satisfied.

“Can’t you get any more sticks?” she said presently. “Go and hunt about. Get some old hampers and matting and things out of the tool-house. Smash up that old cucumber frame Edward shoved you into, the day we were playing scouts and Mohicans. Stop a bit! Hooray! I know. You come along with me.”
Hard by there was a hot-house, Aunt Eliza’s special pride and joy, and even grimly approved of by the gardener. At one end, in an out-house adjoining, the necessary firing was stored; and to this sacred fuel, of which we were strictly forbidden to touch a stick, Selina went straight. Harold followed obediently, prepared for any crime after that of the pea-sticks, but pinching himself to see if he were really awake.
“You bring some coals,” said Selina briefly, without any palaver or pro-and-con discussion. “Here’s a basket. I’LL manage the faggots!”

In a very few minutes there was little doubt about its being a genuine bonfire and no paltry makeshift. Selina, a Maenad now, hatless and tossing disordered locks, all the dross of the young lady purged out of her, stalked around the pyre of her own purloining, or prodded it with a pea-stick. And as she prodded she murmured at intervals, “I KNEW there was something we could do! It isn’t much – but still it’s SOMETHING!”

The gardener had gone home to his tea. Aunt Eliza had driven out for hers a long way off, and was not expected back till quite late; and this far end of the garden was not overlooked by any windows. So the Tribute blazed on merrily unchecked. Villagers far away, catching sight of the flare, muttered something about “them young devils at their tricks again,” and trudged on beer-wards. Never a thought of what day it was, never a thought for Nelson, who preserved their honest pint-pots, to be paid for in honest pence, and saved them from litres and decimal coinage. Nearer at hand, frightened rabbits popped up and vanished with a flick of white tails; scared birds fluttered among the branches, or sped across the glade to quieter sleeping-quarters; but never a bird nor a beast gave a thought to the hero to whom they owed it that each year their little homes of horsehair, wool, or moss, were safe stablished ‘neath the flap of the British flag; and that Game Laws, quietly permanent, made la chasse a terror only to their betters. No one seemed to know, nor to care, nor to sympathise. In all the ecstasy of her burnt-offering and sacrifice, Selina stood alone. (…)

***
“The best of life is but intoxication;” and Selina, who during her brief inebriation had lived in an ecstasy as golden as our drab existence affords, had to experience the inevitable bitterness of awakening sobriety, when the dying down of the flames into sullen embers coincided with the frenzied entrance of Aunt Eliza on the scene…