Związki partnerskie

Aleksandra Puciłowska

Niekonstytucyjność miłości, co za murem siedzieć powinna

Głośno się o nas ostatnimi czasy w Polsce zrobiło. Nie, żeby od razu o nas – osobiście, ale jednak – w pewnym sensie – o nas właśnie. Wcale nie trzeba było się o to jakoś specjalnie starać nawet. Wystarczy być sobą, a pewnego ranka – z całą pewnością – przeczyta człowiek o sobie różne odkrywcze rzeczy w prasie. Tak było, przynajmniej, w naszym wypadku.

A i filmików w dobie współczesnej globalizacji można naoglądać się mnóstwo – a w roli, choć jedynie domyślnej, to jednak jednej z głównych – my same. Rzeczy działy się w Polsce, ale śledzić można je było z różnych zakątków świata. My śledziłyśmy z Berlina.

A zaczęło się od projektu, który zdezaktualizować miał mój fejsbukowy opis o tym, iż jestem wraz ze swoją dziewczyną niekonstytucyjna. Ot, zwykłe głosowanie w Sejmie nad ustawą, która – w swym zamyśle – ułatwi życie pewnej grupie osób: głosowanie nad przepuszczeniem do prac komisji sejmowych ustawy o związkach partnerskich.

Choć dotyczyć miała, jak podkreślają do dziś, z zamiłowaniem, przeciwnicy tegoż rozwiązania, jedynie mniejszości, to zainteresowaniem cieszyła się wręcz niebywałym. Czasem przyprawiało ono o nieodparte wrażenie, że losy tych ustaw bardziej emocjonują tych, których one w rzeczywistości wcale nie dotyczą. Tfu, nie dotyczyły. Czas przeszły jak najbardziej wskazany, bo koniec końców, okazało się, że – Polska to Polska, a nie żadna liberalna Europa zachodnia, a tak w ogóle, to jednak jesteśmy niekonstytucyjni, bo nie ma to jak mąż i żona.

Finał smutny, acz łatwy do przewidzenia. Choć przyznam szczerze – liczyłam na coś więcej. Tego, że wszystkie trzy projekty ustawy trafią do kosza przy pierwszym czytaniu, się nie spodziewałam. Bo chyba tylko w Polsce rządząca partia wyrzuca swój własny projekt ustawy do kosza. I tylko w takiej krainie absurdów, jaką jest Polska, zdarzyć się może sytuacja, w której podczas czytania ustawy, za którą oponuje sam premier rządu, o jej niekonstytucyjności przekonuje minister sprawiedliwości – gwoli ścisłości – tego samego rządu.

W każdym razie mój fejsbukowy status nadal pozostaje w pełni aktualny. Nie o tym chciałam, jednak pisać. Projekty ustaw o związkach partnerskich już dawno temu zostały zarchiwizowane w czeluściach Sejmu zapewne, ale dyskusja nad nimi nadal żywa. Na jej pierwszy plan niespodziewanie wysunęła się, między innymi, posłanka zajmująca się dotychczas publicznym prawem gospodarczym – posłanka PiS-u, pani Krystyna Pawłowicz. Powiedziała wiele rzeczy, których większość nie zasługiwałaby nawet na cytowanie, gdyby nie jeden znaczący fakt – iż wypowiadała je z mównicy Sejmu RP. Mównicy, która – zdawać by się mogło – do czegoś zobowiązuje. Nie siedziałam wtedy na balkonie sejmowym, tak jak siedziały tam inne lesbijki i geje. Ba, nie śledziłam nawet przemówienia pani Pawłowicz online. Ale – z opóźnieniem i za pośrednictwem mediów – uderzyło ono we mnie, z podobną zapewne, mocą.

Pani Pawłowicz mówiła o jałowości, o bezużyteczności i użytkowaniu drugiego człowieka jako przedmiotu. Słuchałam, a oczy samoczynnie wędrowały ku kalendarzowi na ścianie, by upewnić się, czy aby na pewno mamy rok 2013, a nie lata 40 ubiegłego wieku. Pani Pawłowicz nie kazała zresztą długo czekać, by podobne wątpliwości, co do czasoprzestrzeni, w której obecnie żyjemy, pojawiły się ponownie. Za swoje obraźliwe słowa na temat homoseksualistów pociągnięta miała zostać niedawno do odpowiedzialności przez Sejmową Komisję Etyki. Nie przyszła na jej posiedzenie, zasłaniając się wyrokiem sądu niemieckiego z lat 50 XX wieku, który podtrzymywał przepis o karalności czynów homoseksualnych – wydany nota bene w roku 1935. Kto był wówczas u władzy w Niemczech, przypominać raczej nie trzeba.

Krystyna Pawłowicz na mównicy sejmowej nie poprzestała. Swój wywód kontynuowała dalej w mediach. I kontynuuje dalej. Do dyskusji włączyła się cała masa znawców tematu: psychologów, psychiatrów, prawników, konstytucjonalistów, polityków, co ciekawe – księży, dziennikarzy i różnej maści innych ekspertów. Polemika toczy się na wielu płaszczyznach – od pseudonaukowego bełkotu, przez rzeczowe argumenty, po poziom zwykłej pyskówki.

Pani Pawłowicz mówi o tym, że związki homoseksualne to to samo co prostytucja, by chwilę potem chcieć otoczyć nas troską i wysłać na terapię, która zrobi z nas prawych ludzi. Może i nie staniemy się hetero, ale będziemy żyć w czystości – tak mówi posłanka PiSu. No tak, lepsza stara panna i wieczny kawaler samotnie i nieszczęśliwie, niż dwie lesby lub dwóch pedałów razem a radośnie. Ci pierwsi zajmą się  przynajmniej czymś pożytecznym, a nie będą dzieci bałamucić i mówić im, nie daj Boże, że życie w zgodzie ze sobą jest ok.

Poseł Żalek w kółko stawia to samo pytanie, czy my aby na pewno chcemy takiej sytuacji, by dwóch facetów mogło adoptować dziewczynkę? Z uporem maniaka pytanie stawia wiecznie w tej samej konstelacji. Nie wiem, czy to oznacza, iż sytuacja w której płeć dziecka adoptowanego jest zgodna z płcią rodziców byłaby czymś lepszym? Jeśli tak, to pod znakiem zapytania należałoby podstawić etyczne podstawy adopcji dzieci przez pary heteroseksualne. Bo w końcu w każdej parze hetero jest jeden facet. Skoro dwóch facetów to zło, to jeden facet pozostaje nadal połówką tego zła. Najlepiej niech każda samotna kobieta adoptuje jedną dziewczynkę, a każdy samotny mężczyzna jednego chłopca. Nie będzie jakichś podejrzanych, koedukacyjnych konstelacji, które to sprowadzą biedne dzieci z domu dziecka na złą drogę. Albo najlepiej zostawmy je w domu dziecka. Nie ma to jak solidna opieka państwa, które to najlepiej zadba o prawidłowe wzorce rodzinne.

Oliwy do ognia dolał ostatnio złotousty od zawsze i na zawsze, a prezydent już były – Lech Wałęsa. Zgodnie ze swoją miłością do demokracji, widziałby homoseksualistów najchętniej w ostatnich ławkach sejmu, a najlepiej – w ogóle za murem. Bo jest nas mało. To że kończyłam szkołę w innych czasach, niż Lech Wałęsa jest dla mnie raczej jasne. Całkiem możliwe więc, iż w jego czasach, w szkole wykładano dziwne idee na temat demokracji. Wydawało mi się jednak, że najpóźniej po odebraniu pokojowej Nagrody Nobla pan prezydent załapał już, o co w tej demokracji chodzi. Złudne me nadzieje: okazuje się, że jak jesteś w mniejszości, to i praw możesz mieć mniej. Ciekawa jestem, czy kiedy Wałęsa przeskakiwał niegdyś przez pewien pamiętny mur, o taką właśnie demokrację chciał walczyć? Strach się bać, kiedy człowiek zacznie zastanawiać się nad odpowiedzią.

Dyskusja toczy się nadal i pewnie nie zakończy się szybko. Ustawa o związkach partnerskich odleciała nam znowu o lata świetlne w przyszłość, chyba więc nie pozostaje mi nic innego, jak się pogodzić z tą moją niekonstytucyjnością. Kto to może zresztą wiedzieć, może taka niekonstytucyjna miłość prawdziwsza od tej ustawowej? W razie czego piszę oficjalnie – jak umrę, to wszelkie decyzje o pochówku i spadek dla Kingi. A jak umrze tylko mózg, to o sercu niech i ona zdecyduje, w końcu i tak jej je oddałam. Skoro żadna z trzech władz nam nie załatwiła prawa do zapięczetowania powyższego urzędowym papierkiem, to próbuję tu medialnie. Ponoć media to czwarta władza. Mam nadzieję, że skuteczniejsza.

Ni pies, ni wydra…

okladka3Kolejny nasz tekst o wypadkach marcowych sprzed 45 lat.
Viktoria Korb
jest  “uciekinierką marcową”. Swoje przeżycia z tamtych czasów opisała w książce “Ni pies, ni wydra…” (aktualnie dostępna jako audio book wydany przez studio Lissner, Warszawa  2011), która po niemiecku ukazała się pod tytułem: „…kein polnischer Staatsbürger” (Trafo Verlag 2010). Okładkę do niemieckiego wydania wg projektu autorki wykonała Beata Ochmann, zaprzyjaźniona polska  graficzka z Berlina.

Viktoria pisze o tym: mam nadzieję, że dzięki tej okładce dobrze, moim zdaniem, prezentującej „pomieszanie z poplątaniem”, udało  mi się też oddać atmosferę studenckiej rewolty i polityki w Polsce w roku 1968. Nad Polską krążyły bowiem wówczas duchowo gwiazdy Dawida – żółte i niebieskie, symbole żydostwa i Izraela, przydzielone opozycji studenckiej przez polskie władze wrogie Izraelowi, a obok nich gwiazdy czerwone – sześcio- i  pięcioramienne,  reprezentujące komunistyczną władzę, oraz biało-czerwone dla oznaczenia polskich pseudopatriotów zajmujacych pozycje antysemickie. A wszystkie lecą wokół chwiejącego się Pałacu Kultury, niegdyś imienia Stalina, jednego z symboli komuny, której groził  kompletny rozpad z powodu rewolucji w Czechosłowacji i inwazji Paktu Warszawskiego.
Jednak nie chciałam napisać książki śmiertelnie poważnej, lecz pokazać też atmosferę euforii, typowej dla wspólnych działań „rewolucyjnych” oraz zabawowe życie studenckie, którym wstrząsnął nagle terror bezpieki. Na szczęście polskie media pojęły moje intencje i podczas licznych prezentacji w polskiej telewizji często pytano mnie, jak można spojrzeć na te ponure zdarzenia z takim humorem?
Także prasa z zainteresowaniem zaareagowała na moją książkę, stawiajac pod znakiem zapytania standardowe opinie o klasycznym polskim antysemityzmie. Tymczasem media niemieckie ledwie raczyły zwrócić uwagę na niemiecką wersję powieści, a jeżeli, to ciekawiła ona głównie młodych. Trochę rozumiem jednak dystans starszych, bo Niemcom nie wypada krytykować antysemickich wyskoków w Polsce – sami mają gorsze na sumieniu!
Jednak nie powinni przesadzać. Najdziwniej zachował się popularny tygodnik „Stern”,  bo pięć lat temu, w 40 rocznicę Marca, opublikował w obszernej serii „Wie eine Generation die Welt veränderte” (Jak pewne pokolenie zmieniło świat)  artykuly o rozruchach dookoła świata, łącznie z imprezami hippisów w USA, a o Polsce nie bylo nawet wzmianki! Oczywiście czołgi w CSRR są bardziej kuszące medialnie, i słusznie, ale tańczące golasy niekoniecznie są ważniejsze od antysemickiej kampanii, która niemal zakończyła żydowskie życie w Polsce. Jak podkreślił sam „Stern”, w Niemczech chodziło głównie o seks i rock and rolla.
A oto fragment z mej książki, dokumentujący polski luz nawet w koszmarnych momentach:
„Zapukałam i weszłam do pokoju rzecznika z kołaczącym sercem. Dość młody, nieznany mi pracownik naukowy, (…)  wskazał na krzesło po przeciwnej stronie biurka i wyciągnął z szuflady jakiś papier, jak się domyśliłam, list z MSW.
Zagłębił się w lekturze, po czym zapytał z powagą w głosie:
– Przygotowuje się postępowanie dyscyplinarne przeciwko pani. Co pani zrobiła? Czy nawoływała pani do wieców na SGPiS–ie? Organizowała je pani?
– Nikt nie organizował wieców, były  spontanicznie..
– Hm – mruknął profesor. – Ale brała pani udział w wiecach? Jest pani elementem wichrzycielskim?
– Brałam udział w wiecach jak prawie wszyscy studenci. Nie jestem żadnym elementem, naturalnym czy innym, jestem skromną jednostką ludzką.
– Czy zabierała pani głos, wzywała pani studentów do wyjścia na ulicę?
– Nigdy nie zabierałam głosu na wiecach, nie mogłam więc do niczego nawoływać.
– Ale tu pisze, że jest pani wichrzycielem.
Zapadła długa chwila milczenia. Zastanawiałam się właśnie, jak odeprzeć ten ciężki zarzut, gdy rzecznik dodał:
– Pisze tu też, że wyrażała się pani z przekąsem o polityce partii i rządu.
Spojrzeliśmy sobie długo i niepewnie w oczy, po czym nagle ciałem profesora zaczął wstrząsać konwulsyjny śmiech. Delektując się swymi słowami i bijąc się z zachwytu po udach powtarzał raz za razem:
– Wyrażała się z przekąsem… Wyrażała się z przekąsem… ha ha ha!
Jego śmiech był wręcz zaraźliwy. Zaskoczona w końcu nie wytrzymałam i też zaczęłam chichotać. Śmialiśmy się razem, aż rzecznik zakończył orgię parskania słowami:
– Dziękuję, do widzenia, przesłuchanie jest skończone.
– A co będzie dalej? – zapytałam niepewnie.
– Zakomunikuję swą opinię komisji dyscyplinarnej i decyzja zostanie wywieszona na dziekanacie.”
Niestety ten humorystyczny element mnie nie uratowal, bo wprawdzie dyscyplinarkę mi umorzono, ale jednocześnie zaczęła się seria prześladowań naszej rodziny, która zmusiła nas do emigracji.