Wpis okolicznościowy

Zbigniew Milewicz

Wiosna

Osobiście uważam świętowanie Dnia Kobiet w XXI wieku, w Europie za anachronizm. Miłe Panie posiadają więcej praw od nas, mężczyzn, nie ma już niemal zawodu, w którym nie pokazałyby, że są lepsze, jesteśmy na każde ich skinienie, kto tu właściwie powinien obchodzić dzień dyskryminowanej mniejszości? Tak panowie, macie rację, to my, na Czterdziestu Męczenników można by było ustanowić takie święto. Póki co jest jednak 8 marca i mam od głównej animatorki naszego bloga zamówienie na okolicznościowy wpis z tej okazji. Ewa chciała, żeby był pikantny, ale skąd emeryt ma wziąć pieprz, albo chili? Wszystko zwietrzało. Poza tym najwybitniejsze słowa na temat kobiet już zostały w literaturze napisane i niczego nowego, choćby miało moc viagry nad viagrami, już nie wymyślę.

Dlatego oddam głos mojemu ulubionemu poecie, Julianowi Tuwimowi, który dokładnie sto lat temu napisał pikantny wiersz, p.t. Wiosna, zamieszczony w tomie Sokrates tańczący. Ponieważ właśnie nam się zaczyna ta pora roku, będzie na temat, do tego witalnie. W podtytule autor nazwał swój utwór dytyrambem, czyli pieśnią pochwalną, która ma swoje źródło w greckich obrzędach ku czci boga wina i sztuki, Dionizosa. Towarzyszyły im radosne libacje i orgie seksualne, które znajdziemy także w wierszu, tylko zamiast radości jest zwykła zwierzęcość ludzkich żądz. Rozpasany tłum daje im upust w wielkomiejskiej scenerii, może Łodzi, z której poeta pochodził. Tuwim nie oszczędza czytelnika, epatuje dosadnymi słowami, wulgaryzmami, więc współczesna mu krytyka literacka nazwała go pornografem. Czy słusznie? Faktycznie, człowiek we Wiośnie nie brzmi dumnie, kobieta nie ma subtelnych rysów, ale kto zabroni poecie takiej wizji świata.

Gromadę dziś się pochwali,
Pochwali się zbiegowisko
I miasto.
Na rynkach się stosy zapali
I buchnie wielkie ognisko,
I tłum na ulicę wylegnie
Z kątów wypełznie, z nor wybiegnie
Świętować wiosnę w mieście,
Świętować jurne święto.
I Ciebie się pochwali,
Brzuchu w biodrach szerokich,
Niewiasto!

Zachybotało! Buchnęło – i płynie –
Szurają nóżki, kołyszą się biodra,
Gwar, gwar, gwar, chichoty,
Gwar, gwar, gwar, piski,
Wyglancowane dowcipkują pyski,
Wyległo miliard pstrokatej hołoty,
Szurają nóżki, kołyszą się biodra,
Szur, szur, szur, gwar, gwar, gwar,
Suną tysiące rozwydrzonych par,
– A dalej! A dalej! A dalej!
W ciemne zieleńce, do alej,
Na ławce, psiekrwie, na trawce,
Naróbcie Polsce bachorów,
Wijcie się, psiekrwie, wijcie,
W szynkach narożnych pijcie,
Rozrzućcie więcej “kawalerskich chorób”!
A!! będą później ze wstydu się wiły
Dziewki fabryczne, brzuchate kobyły,
Krzywych pędraków sromne nosicielki!
Gwałćcie! Poleci każda na kolację!
Na kolorowe wasze kamizelki,
Na papierowe wasze kołnierzyki!
Tłumie, bądź dziki!
Tłumie! Ty masz RACJĘ!!!

O, ty zbrodniarzu cudowny i prosty,
Elementarny, pierwotnie wspaniały!
Ty gnoju miasta tytanicznej krosty,
Tłumie, o Tłumie, Tłumie rozszalały!
Faluj, straszliwa maso, po ulicach,
Wracaj od rogu, śmiej się, wariuj, szalej!
Ciasno ci w zwartych, twardych kamienicach,
Przyj! Może pękną – i pójdziecie dalej!

Powietrza! Z swych zatęchłych i nudnych facjatek
Wyległ potwór porubczy! Hej, czternastolatki,
Będzie dziś z was korowód zasromanych matek,
Kwiatki moje niewinne! Jasne moje dziatki!

Będzie dziś święto wasze i zabrzęczą szklanki,
Ze wstydem powrócicie, rodzice was skarcą!
Wyjdziecie dziś na rogi ulic, o kochanki,
Sprzedawać się obleśnym, trzęsącym się starcom!

Hej w dryndy! Do hotelów! Na wiedeński sznycel!
Na piwko, na koniaczek, na kanapkę miękką!
Uśmiechnie się, dziewczątka, kelner wasz, jak szpicel,
Niejedną taką widział, niejedną serdeńko…

A kiedy cię obejmą śliskie, drżące łapy
I młodej piersi chciwie, szybko szukać zaczną,
Gdy rozedmą się w żądzy nozdrza, tłuste chrapy,
Gdy ci kto pocznie szeptać pokusę łajdaczną –

– Pozwól!!! Przeraź go sobą, ty grzechu, kobieto!
Rodzicielko wspaniała! Samico nabrzękła!
Olśnij go wyuzdaniem jak złotą rakietą!
“Nie w stylu” będziesz – trwożna, wstydliwa, wylękła…

Wiosna!!! Patrz, co się dzieje! Toć jeszcze za chwilę
I rzuci się tłum cały w rui na ulicę!
Zośki ze szwalni i pralni, “Ignacze”, Kamile!
I poczną sobą samców częstować samice!

Wiosna!!! Hajda – pęczniejcie! Trujcie się ze sromu!
Do szpitali gromadnie, tłuszczo rozwydrzona!
Do kloak swe bastrzęta ciskaj po kryjomu,
I znowu na ulicę, w jej chwytne ramiona!!!

Jeszcze! Jeszcze! I jeszcze! Zachłannie! Bezkreśnie!
Rodźcie, a jak najwięcej! Trzeba miasto silić!
Wyrywajcie bachorom języki boleśnie,
By, gdy je w dół wrzucicie nie mogły już kwilić!

Wszystko – wasze! Biodrami śmigajcie, udami!
Niech idzie tan lubieżnych podnieceń! Nie szkodzi!
– Och, sławię ja cię, tłumie, wzniosłymi słowami
I ciebie, Wiosno, za to, że się zbrodniarz płodzi!

Poesieprojekt: Poem space mobil

Nicola Caroli (und Ewa Maria Slaska)

By heart – ein Poesieprojekt

Von August bis Dezember 2014 führten die Poesievermittlerin Nicola Caroli und die Künstlerin Karen Brosi den Workshop by heart mit SchülerInnen im Alter von 9 bis 12 Jahren aus 4 Schulklassen durch.

by heart ist ein Gedicht- und Objektbauworkshop basierend auf einem Gedichtaustausch zwischen SchülerInnen und SeniorInnen im Wedding. SchülerInnen von 4 Schulklassen lernen die Lieblingsgedichte von 4 SeniorInnen kennen und führen Interviews mit den SeniorInnen zu ihrem Gedicht durch. Mit der Poesievermittlerin Nicola Caroli  schreiben sie ein Antwortgedicht. Die Gedichte werden aufgenommen und in einer Herzbox, die die SchülerInnen mit der bildenden Künstlerin Karen Brosi bauen, installiert. Die Herzboxen werden in öffentlichen und privaten Räumen und im Rahmen einer Herzdemo mit allen TeilnehmerInnen präsentiert.

Das Ziel des Projektes ist ein Austausch zwischen Generationen, bei dem die Wirkung von einem Gedicht, das man auswendig kennt, oder buchstäblich “im Herzen hat”, im Leben eines Menschen für die SchülerInnen erfahrbar wird.

Ich, Ewa Maria Slaska, war eine der oben genannten Seniorinnen. Als mich Nicola Mal gefragt hat, ob ich mitmachen werde, antwortete ich mit JA. Daraufhin musste ich mein Lieblingsgedicht vorschlagen. Ohne viel nachzudenken nannte ich zwei Gedichte. Erst als ich sie schon genannt habe, sah ich, dass ich generell auf Polen und in letzten Zeiten dazu noch auf Famieliensachen fixiert bin. Beide von mir ausgewählte Gedichte wurden im Deutsch geschrieben, in beiden geht es um meine Heimat – Polen, beide wurden aus dem Deutschen ins Polnische von meiner Mama, Irena Kuran Bogucka, übersetzt, beide habe ich dann in der 2. Nummer der zweisprachigen Literaturanthologie WIR (1995) veröffentlicht. In Deutschland waren sie bekannt, oder mindestens – wenn man wollte, könnte man sie im deutschen Sprachraum finden. Für den polnischsprachigen Raum war es in beiden Fällen die Erstpublikation.

Kaddish von Mascha Kaléko (1942)

Rot schreit der Mohn auf Polens grünen Feldern,
In Polens schwarzen Wäldern lauert der Tod.
Verwest die gelben Garben.
Die sie gesät, sie starben.
Die bleichen Mütter darben.
Die Kinder weinen: Brot.

Vom Nest verscheucht, die kleinen Vögel schweigen.
Die Bäume klagen mit erhobnen Zweigen,
Und wenn sie flüsternd sich zur Weichsel neigen,
Gen Osten wehend ihren trüben Psalm
In bärtiger Juden betender Gebärde.
Dann bebt die weite, blutgetränkte Erde,
Und Steine weinen.

Wer wird in diesem Jahr den Schofar blasen
Den Stummen Betern unterm Rasen,
Den Hunderttausend, die kein Grabstein nennt.
Und die nur Gott allein beim Namen kennt.
Saß er doch wahrlich strenge zu Gericht,
Sie alle aus dem Lebensbuch zu streichen.
Herr, möge der Bäume Beten Dich erreichen.
Wir zünden heute unser letztes Licht.

Das zweite Gedicht war von Martin Pohl

Der Flug der Graugänse

Wohin, ihr Graugänse, geht euer Flug?
Wer hat euch die Winde empfohlen?
Wir folgen des Heiligen Martins Spur;
Seitdem Vater Karel nach Rom hinausfuhr,
Zieht es die Graugans nach Polen.

Was wißt ihr Graugänse von einem Land
lm Fron von den Herren bestohlen?
Ein Lied hat Sankt Martin nach Polen gebracht
Von grünenden Fluren in herbstlicher Nacht,
Vom niemals verlorenen Polen.

Wartet, ihr Graugänse, wir kommen mit
Auf leisen und flutfesten Sohlen.
So spannt euren Schimmel an, folgt unserm Schrei,
Und laßt unsre Schwestern, die Weißgänse, frei
Im Morgenwind rot über Polen.

1980 / 88

Nicola wählte das Gedicht von Mascha Kaléko aus. Ich war unsicher, ob es klappen wird, da es doch eine Werkstatt mit Kindern sein sollte. Ich dachte, das Thema vom Kaddisch sei zu ernst für die Kindern, zu traumatisch. Ich hätte viel lieber das Gedicht von Martin Pohl genommen.

Die Schülerinnen haben das Gedicht gelesen und darüber diskutiert, ob sie selber oder in der Familie solchen schwieriegen Problemem begegnet sind. Sie sprachen über den 2. Weltkrieg und Adolf Hitler, über den Balkankrieg und über den Bau der Berliner Mauer.
Erst dann wurde ich in die Schule eingeladen. In einem Interview sollte ich von mir erzählen und erklären, weshalb das Gedicht von Mascha Kaléko mein Lieblingsgedicht ist.

Es war Dezember 2014. Im Januar 2015 folgte eine Einladung:

SONY DSC

Präsentation von by heart findet am Donnerstag, 22. Januar 2015, 11.25 Uhr in der Carl-Kraemer-Grundschule.
Im Namen der SchülerInnen der Klassen 5a hat Daniel den Brief unterschrieben.
Ich kam, ich sah und ich hörte. Die SchülerInnen trugen ihre Gedichte vor und präsentierten ihre selbstgebauten Audioobjekte und Zeichnungen aus dem Kunstunterricht.

Erst bei dieser Präsentation habe ich Gelegenheit gehabt, zu hören, was die SchülerInnen selber zu diesem schwierigen Thema geschrieben haben. Trotz meiner ursprünglichen Unsicherheit musste ich feststellen, dass die Sache unglaublich gut geworden ist, um nicht zu sagen – phänomenal! Ich war beeindruckt und begeistert.

Petrija

In Serbien und Kroatien war vier Jahre Krieg.
Serben wollten mit den Kroaten zusammen sein,
in einem Land.
Die Kroaten wollten das nicht.
Der serbische Präsident entschied,
dass die Serben Krieg machen sollten.

Den Apfelbaum meiner Mutter
hat mein Opa ihr geschenkt.
Meine Mutter hat den Apfelbaum wachsen lassen.
Als der Krieg begann,
wurde der Apfelbaum von Raketen beschossen
und ist verbrannt.

Ich bete dafür,
dass der Apfelbaum meiner Mutter wieder wächst.

SONY DSCIrem

Sie haben die Berliner Mauer nachts gebaut.
Sie wurde aus Steinen gebaut.
Es gab zwei Seiten: Ost Berlin und West Berlin.
An der Mauer in Ost Berlin standen viele Soldaten,
so dass die Menschen nicht fliehen konnten.
Die West Berliner wurden gut behandelt.
In West Berlin gab es viel zu essen
und schöne Sachen zum anziehen.
In Ost Berlin haben sie die Menschen schlecht behandelt.
Die West Berliner wollten, dass die Ost Berliner
auch ein gutes Leben haben.
In Ost Berlin gab es wenig zu trinken.
Wenn es regnet, gibt es mehr Wasser.
Das Wasser geht in der Erde
von Ost Berlin oder von West Berlin
in die andere Seite.
Das Wasser macht die Mauer nass.
Wenn es regnet,
regnet es auf beiden Seiten.

Mehmet

Die Städte waren unter Feuer, gelb wie die Sonne.
Das Feuer ist sehr heiß und bewegt sich hin und her.
Und es wird mehr.
Die Menschen hauten ab von den Städten
und die Schuldigen halfen und die,
die den Armen kein Brot oder Essen gaben
verbrannten.
Das Opfer Fest wird helfen,
damit arme Menschen etwas zu essen bekommen.

Mehr ist hier zu finden.

Poesivermittlerin: Nicola Caroli
Projekt-Koordinatorin: Catherine Launay
Bildende Künstlerin (und Autorin der Photos in diesem Beitrag): Karen Brosi

Troc w podróży i inne wierszyki o czasach Oświecenia

pracadoktorskakozlowskiI jeszcze raz mój kuzyn pięciocioteczny, tym razem jako ironizujący składacz rymów, który nawet w zabawkach piórem, krotochwilach i marginaliach nie zapomina o swej ulubionej epoce – Oświeceniu. Obok jego praca doktorska.

Jan Kozłowski

Troc* w podróży

Jadąc nocą
W swej karocy
Troc ustrzelił
Wilka z procy.

By dać odpór
Tej przemocy,
Wilki wparły
Do karocy.

Choć się bronił
Z całej mocy
Nie obronił
Troc karocy:

Chociaż dziarsko
Machał kocem,
Chociaż walił
Ksiąg swych klocem –
Sprostać wilkom
Nie był mocen…
*
Język polski
Traci Troca;
Troc – polszczyznę
Osieroca.
*
Morał z tego
Płynie taki:
Lepiej z procy
Strzelaj w ptaki.

* Michał Abraham Troc (ok. 1703-1769), tłumacz, wydawca, językoznawca, autor monumentalnego słownika francusko-niemiecko-polskiego.

trocwnochochocDykcyonarz Troca w zbiorach dr Jana Kozłowskiego

Przeżycia Jundziłła* w czasie publicznej prelekcji na Uniwersytecie Wileńskim, w obecności rektora i senatu

Opisując
Lot łabędzi
Poczuł Jundziłł
Kłucie lędźwi.

Omawiając
Puch łabędzi,
Poczuł, że Go
Ucho swędzi.

Biorąc temat
„dziób łabędzi”,
Poczuł, że coś
W nosie kręci.
*
Z powodu nasilających się, przejściowych dolegliwości oraz wskutek zaniku inwencji twórczej autora (brak nowych rymów i puenty!) Jundziłł, żegnany gwizdami zawiedzionej publiczności, opuścił audytorium i udał się do domu.

* Stanisław Bonifacy Jundziłł (1761-1847), botanik, profesor Uniwersytetu Wileńskiego, pijar.

obrazkioswiecenioweOświeceniowi panowie (i widoki) w pokoju Jana Kozłowskiego

Rozterki Poczobuta udającego się kolasą na zapusty

Kolor buta
Poczobuta
Nie pasował
Do surduta.

Znowuż surdut
– w ciemne pasy –
Nie pasował
Do kolasy.

A kolasa
Do mankietów,
Te zaś znowu
Do żakietu.
*
Z desperacji
I z rozpaczy
Nagi, dosiadł
Swojej klaczy.

* Marcin Poczobut-Odlanicki (1728-1810), działacz oświatowy okresu oświecenia, astronom. Od 1764 profesor Akademii Wileńskiej, którą po 1780 zreformował na zlecenie Komisji Edukacji Narodowej (KEN).

widokwarszawyutrocaWidok Warszawy w Dykcyonarzu Troca

Kniaźnin* w wannie

Drążąc w wannie
Miejskiej łaźni
Zakamarki
Swojej jaźni
Muchę połknął
Pisarz Kniaźnin.

Rozmyślając
Nad niebytem
Drugą muchę
Połknął przy tem.

Więc opuścił
Mury łaźni
Widząc, że się
Srodze zbłaźnił.

* Franciszek Borgiasz Dionizy Kniaźnin (ok. 1750-1807), poeta, dramatopisarz, tłumacz.

nasekretarzykuzattykaInny widok Warszawy, w manierze oświeceniowej, ale namalowany podczas II wojny światowej, nad sekretarzykiem z attyką w pokoju Jana Kozłowskiego

Uszy

Każdy z rodu
Linneuszy
Ponad rozum
Stawiał uszy.

Za nic dlań był
Rozwój duszy,
Nic nie znaczył
Rozwój tuszy,
Każdy tylko
Mył swe uszy.

Sodą, ługiem,
Piwem, winem,
Płukał każdą
Małżowinę.

Płukał każdą
Ślimacznicę
I jej bliskie
Okolice.

Miął, miętosił,
Międlił co sił,
Targał, turlał
I tarmosił,

Mył, pucował,
Tarł, masował,
Nad uszami
Wciąż pracował.

Tak traktując
Co dzień uszy
Przedzierzgnęli się
W geniuszy.

* Karol Linneusz (1707-1778), przyrodnik szwedzki, autor przyjętego w świecie systemu klasyfikacji organizmów.

Myślałam, że na żadnym wizerunku wielkiego szwedzkiego przyrodnika nie widać jego uszu, bo niemal zawsze pokazuje się go w peruce. A jednak – Linneusz z zimoziołem (Linnaea borealis) w ręku, portret namalowany przez Henryka Hollandera. Dla wyjaśnienia – zimoziół rośnie (i kwitnie) w Arktyce i jest reliktem glacjalnym. Więcej blogowych rozważań o Linneuszu i jego ulubionym kwiatku we wpisie Katarzyny Krenz na blogu “Kura…” TU. (Uwaga dopisek z roku 2021 – usunęłam linka, bo słynna “Kura” niestety zniknęła, kiedy Agora zlikwidowała platformę blogową blox.pl, a tym samym wywaliła na kosmiczny śmietnik tysiące blogów i miliony fantastycznych wpisów.)

Zimy naszego dzieciństwa (1)

Roman Brodowski

Nasza górka

Prawie każdy z nas miał lub ma swoją zimową górkę, swoje miejsce zimowych igraszek, miejsce, do którego chętnie powraca wspomnieniami.
I ja miałem taką moją górkę. Znajdowała się tuż obok naszego kościoła. Była nią nasza wiejska ulica, a właściwie piaszczysta droga, z niedużym, ale dość długim spadem, w okresie zimowym wspaniale nadająca się na plac zabaw dla dzieci z naszej okolicy. Po tej drodze jeździła zazwyczaj furmanka sąsiada, kilka rowerów i sporadycznie, raz, może dwa razy na dzień, jakieś auto. Więc nie było w tym nic dziwnego, że przy pierwszych opadach śniegu, ulica bez przeszkód stawała się rajem dla spragnionych zimy, amatorów sanek, nart czy łyżew, i to nie tylko tych najmłodszych . W tamtym czasie, w okresie mojego dzieciństwa, a było to na początku lat sześćdziesiątych, śnieg z reguły pojawiał się punktualnie na początku drugiej dekady grudnia i leżał aż do początków marca. Zimy bywały o wiele chłodniejsze, ale i o wiele ciekawsze niż dzisiaj.
Jednakże pewnego roku zima, nie wiedzieć czemu, nadeszła z wielodniowym opóźnieniem. Codziennie z niepokojem spoglądając na niebo, czekaliśmy pierwszych opadów białego puchu. Niestety poza stadami latających z głośnym krakaniem wron na tle szaropierzastych chmur niczego innego nie widzieliśmy. Jeszcze w dniu wigilii mieliśmy nadzieję, że po pasterce, nocą, przyjdzie ta długo oczekiwana chwila, że obudzimy się w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, zasypani po kolana, w srebrzystym oceanie śniegu. Jednakże ani pierwszego ani drugiego dnia nic się nie zdarzyło. Były to pierwsze święta w moim życiu bez śniegu i, chociaż mróz dawał się we znaki, a pokryty grubym lodem staw, znajdujący się w samym środku naszej wsi, zapraszał do zabawy, nie miałem ochoty wychodzić z domu.
Aż tu nagle, niespodziewanie, wczesnym porankiem, w dzień przed sylwestrem, ktoś kilka razy uderzył czymś miękkim w okno. Podszedłem i odsłoniwszy zasłonę, zobaczyłem stojącą przed nim Marysię. Odziana w gruby wełniany sweter, opatulona w również wełnianą , kolorową chustę, w jednej ręce trzymała sznurek od sanek, zaś w drugiej ulepioną, gotową do rzucenia, śniegową kulkę. Wokół niej, gdzie tylko okiem sięgnąć, leżała gruba warstwa połyskującego w porannych promieniach słońca świeżego, srebrnobiałego śniegu.

chelminskaTo nie jest zdjęcie Romana, i nie są to Pszczółki, ale jest to zima w latach 60 – zdjęcie z Unisławia znalezione w sieci

– Jest! – krzyknąłem uradowany. Hura! Mamy prawdziwy śnieg !
– Śnieg, jaki śnieg? – zapytała, otwierając oczy Jola.
– Nie pytaj tylko wstawaj z łóżka. Marysia na nas czeka – powiedziałem. Jola z niedowierzaniem zbliżyła się do okna. – Nareszcie – wyszeptała machając na powitanie wciąż stojącej za oknem Marysi – tak długo czekałam.
Po chwili, umyci, w ciepłej odzieży, kierowaliśmy swoje kroki do wyjścia.
– A wy dokąd, maluchy – zapytał opiekujący się nami podczas nieobecności rodziców, starszy brat, tarasując przejście.
– My na sanki! – odpowiedziałem. – W nocy napadało śniegu!
– Wiem braciszku, wiem. Ale wiem też, że śnieg nie jest z czekolady i nikt go wam nie zje. Natomiast wy musicie najpierw zjeść śniadanie, a dopiero potem możecie wyjść na dwór – odpowiedział z powagą Zbyszek.
– Ale na nas czeka… – nie dokończyłem, bo ktoś zapukał do drzwi, a następnie bez zaproszenia wszedł do sieni. Była to oczywiście nieco zmarznięta i zmęczona czekaniem Marysia.
– Czy mogę się troszeczkę ogrzać? – zapytała.
– Oczywiście, zdejm buty, załóż kapcie i chodź do kuchni – zaprosiła naszą koleżankę Krysia, ostatnia z naszego rodzeństwa, która właśnie przygotowywała nam śniadanie. Zanim wyjdziemy, napijmy się wszyscy ciepłej herbaty z miodem i zjedzmy ciepłe rogaliki z dżemem.
– Jak to wyjdziemy? To ty też idziesz z nami? – skierowałem wzrok na siostrę.
– Co to znaczy, ty idziesz? Idziemy wszyscy. Obiecałem rodzicom, że po śniadanu zabiorę was spacer – zaśmiał się Zbyszek.
Po sytym posiłku, ciepło odziani, wyruszyliśmy w drogę. Tuż za progiem usłyszeliśmy gwar dziecięcych głosów i śmiechy, dobiegające od strony kościoła. Zbyszek, „zaprzężony” do naszych nowych, dwuosobowych sanek, na których siedziałem ja i przytulona do mnie Jola, ruszył pierwszy. Sanki dostaliśmy kilka dni temu jako prezent pod choinkę. W ślad za Zbyszkiem szła Krysia, ciągnąc za sobą naszą wesołą przyjaciółkę. Po kilku minutach dotarliśmy na miejsce. Na górce znajdowało się już kilkanaście osób. Niektórym dzieciom towarzyszyli rodzice, którzy zajęci byli przygotowywaniem górki do bezpiecznych zjazdów.
Zbyszek, pozostawiając nas pod opieką Krysi, udał się do naszego sąsiada, który wraz z innymi, szeroką łopatą odśnieżał pobocze drogi, tworząc niejako prowizoryczny chodnik. Po krótkiej rozmowie, przejął od niego łopatę, a sąsiad tymczasem posypywał odśnieżone miejsca przygotowanym wcześniej piaskiem. Niektórzy rodzice ugniatali śnieg na trasie zjazdu, usuwali leżące gdzieniegdzie przeszkody lub wypełniali śniegiem niebezpieczne dla sanek dziury.
My natomiast, przedzierając się przez zaspy koło muru oddzielającego przykościelny cmentarz od ulicy, zaczęliśmy lepić bałwany, budować zamki, igloo i inne budowle, by potem z ukrycia prowadzić walkę, obrzucając się wzajemnie śniegowymi kulkami. Nawet ksiądz, zamieniając sutannę na spodnie, wziął czynny udział w  przygotowaniach do inauguracji naszego toru saneczkowego.

zimadziecinstwoLata 60, zima w mieście, też zdjęcie z sieci

Z biegiem czasu na górce pojawiało się coraz więcej amatorów zimowej rozrywki.
Około południa tor był wreszcie gotowy. Nastąpiło uroczyste otwarcie. Najpierw wszyscy obecni, zwłaszcza dzieci (a było nas więcej niż na niedzielnej mszy porannej), skupiwszy się wokół księdza, wysłuchaliśmy jego przestróg, zaleceń i zakazów. Następnie zaproszony milicjant odsłonił znak informujący, że przejazd tą drogą jest zamknięty do odwołania, a do ulicy dotrzeć można objazdem, po czym ksiądz błogoławiąc niejako to miejsce, jako pierwszy zjechał na sankach w dół. Ileż było uciechy, gdy pędząc z wesołym okrzykiem, w połowie drogi spadł z sanek, a potem niby biała śnieżynka wstawał oblepiony śniegiem.
– To na szczęście, na szczęście! – wołaliśmy rozbawieni.
– Ja wam dam “na szczęście”, hultaje – odpowiedział pleban, uśmiechnął się jednak nader dobrodusznie i poszedł.
My natomiast, zgodnie z zaleceniami księdza, pod kontrolą osób starszych rozpoczęliśmy prawdziwą zabawę, zjeżdżając do późnego wieczora bezpiecznie na sankach, nartach i innych przedmiotach. Jak dobrze że nowy rok spędzimy na naszej pszczółkowskiej górce.

Berlin 21.12. 2014
(na podstawie opowiadania pod takim samym tytułem z 1986 roku)

Zima

Otulony śnieżnym puchem
Bezkres pól chlebowych
Śpi jak niewiasta brzemienna
Przed kolejnym czasem rodzenia.

W zwisających kryształkach lodu
Pośród nagich gałęzi drzew
Przegląda się słońce zimowe,
Układając mozaikę tysiąca barw.

Ptaki cierpliwie siedzą na opłotkach
W oczekiwaniu na dar ludzkich serc,
Na odrobinę pszenicznego ziarna,
Na skórkę pachnącej słoniny.

A wiatr tańczący wokół domu
Pieści mrozem stare okiennice
Maluje misterny świat na szybach
I gra z dymem z komina w berka

Zaś w kuchni, z pieca bucha żar.
Ciepło rozchodzi się po ścianach,
Gorąca herbata paruje z czajnika
I matczyna dobroć, gotująca strawę

Otulone, gotowe do wyjścia, dzieci
Dźwigają stare, drewniane sanki
Złożone letnią porą pod strzechą.
Dziecięcy uśmiech zimowego chłodu.

Grodno 19.12. 2014

Zimowa kołysanka

Białe śnieżynki
Niby gwiezdny puch
Cicho spadają na ziemie
A ziemia pod kołderką z nich
Spokojnym snem już drzemie

Polarny wiatr
Jak młody ptak
Szybuje ponad światem
Niosąc na grzbiecie nieba dar,
Mroźną, srebrzystą szatę.

Półnagie drzewa
W wiekowej puszczy
I bobry w swych żeremiach.
Czekają na słoneczne dni
Na porę przebudzenia.

I tylko ludzie
W chłodny czas
Ukryci w wiejskich hatach
Bojąc się zimy, proszą o…
Powrót do pory lata.

Żory, 17.02. 1985

Kolędy oder…

Maria Gast Ciechomska

 …polnische Weihnachtslieder    

Das Singen von Weihnachtslieder hat seine Quelle in der römischen Feier Calendae mensis januarius. Es handelte sich um die Feier am 1. Januar. Es war im alten Rom ein besonderer Tag, denn an diesem Tag haben Konsule ihren Amt übernommen. Irgendwann wurde dieser Tag ganz offiziell zum Jahresanfang erklärt. An diesem Feiertag haben Menschen in Rom einander besucht, gaben sich Geschenke und sangen Lieder. Das Christentum hat diesen Brauch übernommen, und zwar im Zusammenhang mit Weihnachten. So wurde die Weihnachtsgeschichte zum Thema dieser Lieder.

Zunächst hat man die Motive aus Evangelien benutzt, dann auch aus der volkstümlichen Frömmigkeit, Apokryphen und auch aus der Literatur des Mittelalters.

Nach der christlichen Tradition war der erste nachgewiesene Autor eines Weihnachtsliedes der heilige Franz von Assisi, der auch die Krippe erfunden haben sollte. Das berühmteste Weihnachtslied der Welt ist natürlich Stille Nacht, entstanden 1818 und bisher 300 Sprachen übersetzt.

Auf Polnisch heißt ein Weihnachtslied kolęda (etymologisch von Calendae). In der Liturgie der katholischen Kirche werden Weihnachtslieder von der Mitternachtsmesse am Heiligabend bis zum Tag der Taufe Christi (erster Sonntag nach dem 6. Januar) gesungen. In der polnischen Tradition werden die Weihnachtslieder jedoch bis zum 2. Februar (Mariä Lichtmess) gesungen. Das älteste überlieferte polnische Weihnachtslied ist Zdrów bądź królu anielski (Gegrüßet seist Du, Engelskönig) aus dem Jahre 1424.

Die Gattung wurde sehr populär im 17. und 18. Jahrhundert, in dieser Zeit sind die wichtigsten polnischen Weihnachtslieder entstanden. Bis heute wurden über 500 Weihnachtslieder überliefert.

Eine besondere Art des Weihnachtslieds ist pastorałka (die Pastorale). Es handelt sich um ein Lied, das zu Weihnachten gesungen wird, aber nicht in der Kirche, weil es einen eher weltlichen Charakter haben. Das Thema ist meistens die Geburtsgeschichte aus dem Blickwinkel der Hirten. Es entstehen natürlich auch moderne Weihnachtslieder.

Bóg się rodzi

Bóg się rodzi (Gott ist geboren) ist das wohl berühmteste polnische Weihnachtslied. Es ist fester Bestandteil der Mitternachtsmesse und gilt fast als nationale Weihnachtshymne. Einst wurde es sogar kurzzeitig als Nationalhymne in Erwägung gezogen. Der Text wurde 1792 von Franciszek Karpiński (1741-1825) verfasst. Die feierliche Melodie ist eine altbekannte Krönungspolonaise für polnische Könige, die sich bis zum 16. Jahrhundert zurückverfolgen lässt. Der Komponist ist jedoch vom Namen unbekannt.

Das Weihnachtslied wurde zum ersten Mal in der Basilika Mariae Himmelfahrt in Białystok öffentlich aufgeführt, wo Karpiński zwischen 1785 und 1818 lebte. An diese erste Aufführung erinnert heute eine Gedenktafel an der Kirchenmauer.

Dieses Lied wurde von verschiedenen berühmten polnischen Künstlern aufgenommen. Sie wurde auch von polnischen Gefangenen in Auschwitz gesungen. Ein Bericht des Häftlings Józef Jędrych beschreibt, wie “das Singen deutscher Weihnachtslieder begann und dann wie Wellen des Meeres die machtvollen Worte des polnischen Weihnachtsliedes kamen ‘Die Macht wird schwach, Gott wird geboren’.“

Bogsierodzi-Gottwirdgeboren

Der Text der Hymne (hier von Golec Orkiestra gesungen) zeichnet sich stilistisch dadurch, dass er starke sprachliche Gegensätze verwendet. Durch solche Redefiguren wird die Bedeutung des Wunders betont, das mit der Geburt von Jesus in einem Stall von Bethlehem stattfand. Papst Johannes Paul II bezog sich am 23. Dezember 1996 in der Vatikanischen Audienzhalle auf das Weihnachtslied “Bóg się rodzi”. Er zitierte die Worte und führte hierzu aus: “Der Dichter zeigt uns das Mysterium der Menschwerdung von Gottes Sohn, indem er Gegensätze benutzt, um das auszudrücken, was für das Mysterium wesentlich ist: Indem er die menschliche Gestalt einnahm, nahm der unendliche Gott gleichzeitig die Begrenzheit eines Geschöpfs an.”

Der Liedtext enthält auch ein Zitat aus dem Johannesevangelium (Johannes 1, 14). Darüber hinaus flocht Karpiński eine patriotische Aussage zu Beginn der fünften Strophe ein. Das Lied ist gar in die Popkultur übergegangen: Eine Instrumentalversion dieses Liedes hat das “Brave New World” Expansion Pack von Computerspiel Civilisation V.

Jacek Kaczmarski, Przemysław Gintrowski und Zbigniew Łapiński waren ein legendäres Trio, eine der wichtigsten Musikgruppe in Polen in den 80er und 90er, die den Kultstatus hatte. Die Band hatte keinen Namen, trug nur die Namen der Mitglieder.

Diese drei Songschreiber, Musiker und Sänger gelten bis heute als Barden von Solidarność, weil sie sich politisch eindeutig positioniert und für demokratische Veränderungen in Polen eingesetzt haben. Viele ihre Lieder hatten zum Thema die polnische Geschichte und auch die Weltgeschichte, dabei setzten sie sich oft mit der polnischen Traditionen sehr kritisch auseinander. Das Leitmotiv war immer, die polnischen Erfahrungen aus der Zeit der Solidarność in einer historischen Perspektive darzustellen, so dass der Hörer begreift, dass es sich hier um einen Prozess, nicht um ein isoliertes Ereignis handelt. Anfang 1981 entstand das Konzertalbum Muzeum. Die Lieder dieses Albums beschreiben ausgewählte Werke der polnischen und Welt Malerei, darunter auch das Bild Heiligabend in Sibirien, ein Werk von Jacek Malczewski (1854-1929).

In seinem Bild hat der Künstler diesen wohl am meisten familienorientierten polnischen Feiertag dargestellt. Es geht um Menschen, die als Verbannte in Sibirien von ihren Familien getrennt sind. Es ist ein Bild der Einsamkeit und des Leidens, symbolisch für Polnischen Kampf um Freiheit und Souveränität, der immer leidvoll bestraft wurde. Von den acht Verbannten scheint jeder anders zu reagieren, einer betet, der andere verbirgt sein Gesicht im Teller, der dritte schaut auf die Flamme der Kerze… Durch deutliche Anspielungen an die Darstellungen des Letzten Abendmahls ist die Atmosphäre ernst und feierlich, man spürt die Stille und Erwartung. Das Lied des Trios ist die eigene Interpretation des Bildes. Es werden darin originale Weihnachtslieder zitiert und einige polnische Sitten und Bräuche zum Heiligabend sowie typische Gerichte erwähnt.

Wigilianasyberii

Beata Rybotycka, Schauspielerin und Sängerin aus Kraków, singt ein Weihnachtslied in dem es um den Brauch geht, auf dem Tisch ein zusätzliches Gedeck und am Tisch ein zusätzlicher Stuhl stehen soll. Die gängige Erklärung ist, man denkt an arme und einsame Menschen oder an einen unerwarteten Gast. Es geht aber um viel mehr. Dieser Brauch ist viel älter als das Christentum. Denn dieses Abendessen ist eine gemeinsame Mahlzeit von Lebenden und von Verstorbenen, der leere Stuhl ist der Stuhl der Verstorbenen. Ich musste immer dabei denken an einen Zitat aus dem Dialog “Phaidon” von Plato: “Die Lebenden entstehen aus den Toten nicht weniger als die Toten aus den Lebenden”. Am Heiligabend handelt es sich um diese Verbindung, diese Kette von Verstorbenen und von Lebenden, die wiederhergestellt wird. Das Lied bedient sich dieses Motivs, ist in diesem Sinne immer aktuell und ansprechend, denn in jeder Familie fehlt jemand hin und wieder am Tisch. Es bringt aber auch die christlich geprägte Hoffnung zum Ausdruck, dass wir uns alle irgendwann wieder treffen, an einem Tisch, der noch reicher gedeckt ist.

Wigiliadlanieobecnych

In diesem Blog findet man oft meine Familie. Auch hier, in diesem Beitrag, ist sie da. Das Weihnachtslied Gott wird geboren wurde vom Ur-Ur-Ur-Großonkel meiner Ur-Großmutter, Jadwiga Krynicka, geboren Karpińska, geschrieben. 🙂

Unten, nur für diejenige, die Polnisch kennen, noch zwei moderne, patriotische Versionen dieses Liedes, beide geschrieben in der Zeit des Kriegsrechtes in Polen dh. im Jahre 1981.

zaleze

Spisane z pamięci

Bardzo dawno temu, jeszcze na KURZE, zamieściłam wiersz Juliana Ejsmonda pt. Sztuba, dziś chcę go Wam przypomnieć. Pisałam z pamięci. Co jest dla mnie ciekawe w tym wierszu, jest on napisany chyba w 1922  r., a ile w nim dziś już zupełnie nieużywanych słów. Wiersz był w roku 1931 wydany w zbiorku Patrząc na moich synków, niestety wydany pośmiertnie, bo Ejsmond zginął w roku 1929 w wypadku samochodowym pod Zakopanem. Pamiętam tę książeczkę sprzed wojny, na okładce była fotografia dwóch małych
chlopców, jego synów.

Mirka

Od redakcji: Mirka to pseudonim osoby z rodziny, która chce zachować anonimowość. Witam w gronie autorów na tym blogu, spotykałyśmy się już bowiem jako autorki na innych blogach. Ciekawe, że ten uroczy wiersz skojarzył się Mirce ze świętami. Z twórczości Ejsmonda ja bym chyba wybrała Baśń o ziemnych ludkach, bo one na zimę idą spać. Ale to jest właśnie cudowne we współpracy z innymi ludźmi, że oni myślą co innego niż my, co innego mówią, piszą i mają inne skojarzenia. Nota bene był to w czasach szkolnych Mirki jej popisowy wierszyk.
XX

Julian Ejsmond, Sztuba

Czasami śni mi się w nocy
O chwilo marzeń szczęśliwa,
Że siedzę na Smolnej w klasie
I ktoś mnie nagle wyrywa.

Czasami śni mi się w nocy
Jakaś klasówka koszmarna,
Chcę ściągać, nie mam od kogo
Budzę się, w koło noc czarna

Życie jest nasze jak sztuba
Nie jeden nas dzwonek buzi
Nie jeden nas belfer nudzi,
nie jedna klasówka trudzi.

I wciąż siedzimy na ławce
W oczekiwaniu wyrwania
I ciągle, ciągle nam grozi
Dwója ze sprawowania.

Aż przyjdzie wreszcie godzina,
Godzina szczęśliwa bez miary,
Pojdziemy po dzwonku ostatnim
Do Nieba gdzieś na wagary

Będziemy psocić i broić
I gwiazdom robić kawały
I słońcom dawać kuksańce
Gdyby się z nami nie śmiały

A dobre duchy, co władną
Niebios przejrzystym turkusem
Usmiechną się do nas łagodnie
I dadzą nam piątkę z minusem.

Bóg zajrzy kiedyś w ów dziennik
I spojrzy na nasze twarze
I piątkę zostawi na wieki
A minus starannie wymaże

***
Następnego dnia po opublikowaniu tego wiersza Mirka nadesłała uzupełnienie, które natychmiast dodaję do tego wpisu:

Ewuś! mnie Boże Narodzenie kojarzy się z zupełnie innym tekstem wiersza-kolędy.
Jest to wiersz tak smutny i tragiczny, że nie chcialam od niego rozpoczynać świątecznych wspominków. Przytoczę ten wiersz do Twojej dyspozycji, jeżeli uznasz, że można – wykorzystaj, już na Altanie go podawalam.

Wiersz nie ma autora, bo był ogloszony w 1939 r w jakims piśmie konspiracyjnym.

KOLĘDA WARSZAWSKA

O Matko odłóż dzień narodzenia na inny czas
Niechaj nie widzą oczy Stworzenia jak męczą nas
Niechaj się rodzi Syn Najmilejszy wśród innych gwiazd
Ale nie u nas, nie w najsmutniejszym ze wszystkich miast.

Bo w naszym mieście, które pamiętasz z  dalekich dni
Krzyże wyrosły, krzyże i cmentarz, świeży od krwi
Bo nasze Dzieci pod szrapnelami padły bez tchu,
O Święta Matko módl się za nami, lecz nie chodź tu!

A jeśli chcesz już urodzić w cieniu warszawskich zgliszcz
To lepiej zaraz po urodzeniu – rzuć Go na Krzyż!

(pisane dziś z pamięci)                                              Warszawa, 15 grudnia 2014 r.

Nowe wiersze czyli przygarść powietrzna

Katarzyna Kulikowska

Życzenia dla młodych

Marzeń lekkich jak piórka
Wiary silniejszej niż skała
Myśli lotnych jak ptaki
Snów jak busole na morzu życia

,,Rzucam przygarść powietrzną – skowronka – w niebo”
K.K. Baczyński

Drobinka
Najmniejszy brat wiatru
Rzucony w niebo jak ziarno
na powietrzne pole

Anna

Anna ma marzenia o smaku truskawek
Oczekiwanie o zapachu różanym
Muzykę pustki
Przesypują się godziny, dni, lata
w klepsydrze życia
Truskawki straciły smak
Zapach róż uleciał
Pustka wybrzmiała
Anna liczy ziarnka czasu w klepsydrze
i odmierza samotność

Podróż marzeń

Sfinks leży w piaskach pustyni
Mówi zagadkami
Piramidy prężą dumnie grzbiety
Mumie śpią w drewnianych garniturach
Słońce puszcza oko
Promieniami wyzłaca kamienne miasta przeszłości
Łagodne skrzydła Maat okrywają ludzi
niczym płaszcz przeciwdeszczowy
Otwieram oczy
Moja podróż dobiegła końca

***

Patykiem na wodzie maluję
Odlatujące ptaki marzeń
Lilie metafor
Wodorosty słów
Płynące ławice myśli
Próbuję złapać
W sieć wiersza

Ołówek

Stwarza nowe światy
Wyzwala uśpione emocje
Opowiada nieznane historie
Buduje most pomiędzy mną a światem
Wymyśla groźne rośliny
Ożywia dziwne stworzenia
Rysuje ścieżkę w gąszczu myśli
Pajęczyną kresek próbuje zapisać kod istnienia

24.11.2014

Chór wieków

Ewa Maria Slaska

Lechowi

Rozmowy rodzinne z moją teściową

W rodzinie urodziło się nowe dziecko. Chłopczyk. Zapytałam, jak ma na imię?
– Chyba Konstanty. W każdym razie tak jak miał na imię ten ksiądz, co go Sowieci zamordowali. Bo on był stryjecznym dziadkiem Maćka.
Maciek jest dziadkiem dziecięcia, mężem Beci, kuzynki mojego (byłego) męża, Marka. Znam ich od lat, o dziadku zamordowanym przez Sowietów nigdy nie słyszałam. Co oczywiście o niczym nie świadczy. Mieszkamy daleko od siebie, a poza tym już nawet w naszej rodzinie jest nas dużo, w rodzinie mojego męża są po prostu tabuny kuzynek, wujków i stryjecznych dziadków. A każde z nich ma, lub może mieć kuzyna, ciocię, stryjecznego dziadka.

Teściowa nie ma komputera ani dostępu do internetu i właśnie jak już myślę, że na razie niczego więcej się nie dowiem, okazuje się, że mam wejść na fotel, nie, jednak na stół, bo z fotela nie sięgnę i wyciągnąć książkę, w której jest wiersz o księdzu Budkiewiczu. chorwiekow-dedykacjaChyba Iłłakowiczówny. Teściowa nie jest pewna, ale dobrze pamięta koniec wiersza, rozmowę, jaką prowadzi dusza zamordowanego księdza z duszą matki Lenina.
– Taka gruba książka, Chór wieków. Okładka jest biała, pożółkła i poszarpana.

Sięgam ze stołu, szukam i nader szybko znajduję, nie ma to jak precyzyjne instrukcje. Książka pochodzi z Bystrzanowic, o których tu już kilkakrotnie pisałam, majątku w którym wyrastała moja teściowa jako młoda panna. Rodzina była zmuszona opuścić Bystrzanowice w dramatycznych okolicznościach w roku

Obracam w rękach gruby pożółkły tom. To oczywiście przypadek, że rodzina przed wojną posiadała tę książkę i że antologia przetrwała zawieruchy dziejów i stoi teraz na półce u mojej teściowej na Brodwinie. Maćka, dziadka małego Konstantego, jeszcze nawet w planach nie było, nikt nie kupił tej książki z przyczyn rodzinnych. Po prostu takie książki się wtedy miało i czytało. Teściowa mówi, że kiedyś kopiowali ten wiersz Iłłakowiczówny (bo jednak Iłłakowiczówna!) i wysyłali do Beci, gdy wyszła za mąż za Budkiewicza. Książkę oficjalnie wydano w roku 1936, ale najwyraźniej można ją było kupić już kilka tygodni wcześniej, skoro dwaj kuzyni Teściowej mogli ją byli ofiarować jej Mamie, babci Konstancji, na Gwiazdkę 1935 roku.

chorwiekowChór wieków, antologia poetycka w układzie Wandy Miłaszewskiej, Jana Rembielińskiego i Stanisława Miłaszewskiego / z przedmową Jego Ekscelencji Ks. Arcybiskupa Józefa Teodorowicza.
Iłłakowiczówna napisała ten wiersz w roku 1927.

Kazimiera Iłłakowiczówna, Z opowieści o moskiewskiem męczeństwie

IX

A dlaczego posmutniały krzyże w Krasławiu* nade drogą!?
A dlaczego rybitwy na Dźwinie zapłakały nad wodą?
Brzozy stoją po gościńcach całe deszczem spłakane,
płoty nisko poklękły, czują żałość i stratę;
i piasek się przesypuje między kolejami,
O tem, skąd ta boleść płynie, szeptem radzi;
staw jeszcze lodu całkiem pod most rzeczułką nie zrzucił,
cały się w niebo zapatrzył, cały się do nieba obrócił.

W grobie leży święte ciało Chrystusowe
całe w biały całun spowite,
schodzą się do niego prości ludzie
niespokojni, żałośliwi, opuszczeni.
A wieczorem z poklasztornych białych ganków
wolno idą popod lipy starzy księża,
starzy księża, suche dziady, ślepe babki,
postukują, pokaszlują, biedę czują,
szepcą pacierz za skazanych w Moskwie księży,
pod figurą świętych Rocha i Donata,
szepcą pacierz za prałata Budkiwicza,
znajomego niegdyś chłopca w jasnych włosach.

*W Krasławiu urodził się ksiądz Budkiewicz.

Z Wikipedii:
Konstanty Budkiewicz
(ur. 1867 Zubrach koło Dyneburga, zm. 1923 w Moskwie). Polski ksiądz. Był synem Juliusza i Marii z Borkowskich. W latach 1886-1890 uczył się w seminarium duchownym, a następnie w Akademii Duchownej w Petersburgu. Święcenia kapłańskie uzyskał w 1893 roku. Był zastępcą proboszcza, a potem proboszczem w kościele św. Katarzyny w Petersburgu. Dzięki jego działalności polskie gimnazja, męskie i żeńskie przy jego parafii osiągnęły bardzo dobry poziom nauczania. Zajmował się organizowanie oświaty dla najbiedniejszych. Brał udział w pracach Towarzystwa „Sokół Polski”. Był członkiem Ligi Narodowej. W 1917 roku kierował pracami Polskiego Komitetu Obywatelskiego, udzielającego pomocy Polakom przebywającym na terenie Rosji. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości pozostał w ZSSR i przyjął obywatelstwo sowieckie, dla zapewnienia opieki religijnej ludności polskiej. Od sierpnia 1922 roku był profesorem w ukrytym seminarium duchownym w Petersburgu. W marcu 1923 roku prałat Budkiewicz i 12 innych księży zostało wezwanych do Moskwy, gdzie wytoczono im proces przed Najwyższym Trybunałem Rewolucyjnym: o propagandę antyradziecka, przeciwstawianie się oddzieleniu Kościoła od państwa oraz konfiskacie dóbr kościelnych i przechowywanie w kościołach zwłok zmarłych. Arcybiskup Cieplak i prałat Budkiewicz zostali skazani na śmierć przez rozstrzelanie. Cieplakowi złagodzono wyrok na 10 lat więzienia. Prałat Budkiewicz został zabity strzałem w tył głowy 31 marca 1923 roku w moskiewskim więzieniu na Łubiance. Zwłoki zostały prawdopodobnie spalone.

XII
Szedł sługa Boży, ksiądz Konstanty
Budkiewicz i – już blisko niebieskich bram –
nagle mu się zdało,
że jest nie całkiem sam;
więc przerwał różaniec pacierzy,
patrzy – ktoś obok bieży,
dusza mała, starcza, osobliwa,
smutna wielce, widać,
choć chustą oczy zakrywa.
Krzyżyk ma na sukni
wyszarzanej, zrudziałej,
i zapłakała, ale tak smutno
– aż stanął zdumiały.

I mówi dusza żałośliwa w te słowa:
“Jam jest biedna matka,
stara Uljanowa

mam jednego syna
Wołodję Lenina.
Och biedne moje stare kości!…
… Dobre dziecko było od małości.
Straszni mi bez niego tęskno
I do nieba niesporo;
chcieli mię tam wziąć, alem się skryła,
i moż mnie stąd nie zabiorą:
zawsze tu jakby bliżej do niego;
niż z nieba, co go straże anielskie strzegą.
Ale mię za to skarano ślepotą,
i oto
nie widzę oczyma temi
jak inne dusze – ziemi!
Powiedz że mi tedy, dobry człowieku,
pielgrzymie litościwy,
czy mój Wołodja jeszcze po ziemi chodzi żywy?”

“O matko biedna,
o stara Uljanowo-Pani
śpieszno mi tam odejść,
gdzie królują wybrani.”

“O, powiedz mi przynajmniej,
niż staniesz w bramie gwiazdami zasnutej,
czy mój Wołodja syty,
odziany i obuty?”

“O matko biedna,
o biedna matko droga,
śpieszno mi bardzo
dojść do tronu Boga.”

“Więc mi tylko powiedz,
bo mój wzrok się w noc zanurza;
czyś widział przy nim blisko
jego Anioła Stróża?”

“O stara Uljanowo,
o Pani nieszczęśliwa,
muszę już Was porzucić
bo Chrystus mie przyzywa.”

“O dobry mój człowieku,
boję się pytać dalej!
Wielu tu przechodziło,
nic mi nie powiadali…”

“O matko najbiedniejsza,
mija moja godzina,
będę prosił u Chrystusa
o miłosierdzie dla twojego syna.

Będę na klęczkach prosił,
aż kolana rozranię,
aby miał nad Leninem
corychlej zmiłowanie.”

Polski Listopad

Wczoraj pod hasłem Wolna i Niepodległa odbył się w Berlinie koncert zorganizowany przez Konwent Organizacji Polonijnych w Niemczech. Głównym gościem koncertu był znakomity polski zespół rockowy Budka Suflera, który po 40 latach śpiewania i grania żegna się w tym roku z publicznością w kraju i za granicą. Z Budką przyjechała wypromowana ongiś przez zespół, dziś całkowicie samodzielna gwiazda – Izabela Trojanowska oraz “zapomniany głos” BS – Felicjan Andrzejczak.

W pierwszej części koncertu, rocznicowej i patriotycznej, wystąpiły berlińskie zespoły Bloody Kischka Wojciecha Zawadzkiego i Crazy Vibes Iwony Cudak. Jak już wiele razy w ostatnim czasie z Polski przyjechał do Berlina Piotr Kajetan Matczuk z zespołem Piramidy,  a z nimi gościnnie wystąpiła też Eliza Banasik, również już dobrze znana w Berlinie. Muzykom towarzyszył chór młodzieży z europejskiej szkoły w Berlinie: Robert-Jung-Oberschule prowadzony przez Mariusza Łagodzińskiego.

Imprezę rozpoczął nasz berliński poeta patriotycznym wierszem o tym, jak zaczęła się Polska.

Roman Brodowski

Rozmowy z wnukiem – Monolog
(Wolność przybyła pospiesznym z Berlina)

…Pytasz mnie jak zaczęła się Nasza Polska ?

Było to dziesiątego Listopada 1918 roku
W pochmurny i chłodny niedzielny poranek
Staliśmy na dworcu obok siebie, w milczeniu,
Ramię przy ramieniu, jak dwoje bliskich przyjaciół
Czekających na zbliżający się koniec beznadziei.

Wujek Antek w rosyjskim podartym, szynelu
Ja w pruskim, pachnącym ziemią mundurze.
Nieopodal nas stały młode sanitariuszki.
Widać, że przyjechały z dalekiego frontu
Ubrane w galicyjskie uniformy, dzieliły się chlebem

Być może kiedyś siedzieliśmy w okopach
Naprzeciwko siebie, we wrogich sobie armiach
Modląc się w tym samym, polskim języku,
O szczęśliwy powrót do rodzinnych domów.
Tak, mój wnuku, w tym samym polskim jezyku.

Mój Boże, jak wiele nas wówczas dzieliło

Na peron wjechał pociąg pospieszny z Berlina.
Niemiecki, a na lokomotywie Biało-Czerwona.
Pamiętam godzinę. Była siódma trzydzieści pięć.
Na peronie przebywało niewiele jeszcze ludzi.
Pierwsi podróżni, żołnierze wracający do domu.

Do jednego z wagonów podeszło kilka osób.
Czekali cierpliwie na odgłos otwierająch się drzwi.
Twarze niektórych z nich były mi znane.
W środku stał Książe Zdzisław Lubomirski
Obok por. Adam Koc komendant P.O.W.-u.

Nagle drzwi zajęczały, odsłaniając tajemnię wagonu.
Na schodkach ukazał się pułkownik Sosnkowski
Po nim, zmęczony, w rozpiętym, szarym płaszczu
W maciejówce z orłem strzeleckim, na głowie
Wyszedł gwarant naszej wolności – Brygadier J. Piłsudski.

Na peronie zapanował cisza, mój wnuku. A potem?

Potem na naszych twarzach ukazały się słone krople rosy.
Ktoś zaintonował „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”,
Inni wspomogli go wydając dźwięki podobne do śpiewu.
Słowa odbijajały się o mury dworca, donośnym echem
Wypełniając przestrzeń najwyższym be-mol patriotyzmu

Twórca Legionów rozejrzawszy się dookoła, wyszeptał
– nie rzuciliśmy rodacy, nie rzuciliśmy! –
Po czym odwróciwszy, powoli, w towarzystwie przybyłych, oddalił się
A my staliśmy wpatrzeni w znikający symbol odrodzenia

Tak, nasza wolność przybyła pociągiem pospiesznym z Berlina…

Berlin, 4 listopada 2012

Rozbrajanie Niemców w Warszawie – 10 listopada 1918 r. Fot. CAW  

Portal ściąga.pl podaje, inaczej niż w wierszu, ale też inaczej niż widzą to historycy, że Piłsudskiego na dworcu witały rozentuzjazmowane tłumy. Tak nie było. Marszałek przyjechał i udał się na narady. W dzień później, 11 listopada 1918, Rada Regencyjna przekazała Józefowi Piłsudskiemu władzę nad podległym jej wojskiem. Tak powstała Polska. Był to jednocześnie dzień bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. Tak zakończyła się I wojna światowej. Jednak tzw. wojny Pigmejów, jak to powiedział Churchill, trwały na całym świecie jeszcze do roku 1922. Wojna polsko-bolszewicka, zakończona wielkim zwycięstwem Piłsudskiego, też jest uważana za część Wielkiej Wojny.

***
Poeta o bladym świcie napisał jeszcze jeden wiersz patriotyczny, wysłał go do mnie i poszedł spać:

Polski Listopad

Kolejny miesiąc gdzieś odchodzi
Nowy przypływa w nieboskłonie
Niosąc ze sobą czas nostalgi
I kilka wspomnień…, właśnie o Niej.

O tej, co kiedyś Jej nie było
Przez sto dwadzieścia trzy wiosenki.
O tej co nigdy nie zdradziła
Mimo poniżeń, zbrodni , męki.

Trzeba nam o tym przypominać,
By nigdy nie zapomnieć tego
Co w naszym kraju się zdarzyło,
Ileż w Ojczyźnie było złego.

To w Listopadzie Król Stanisław
Który narodem polskim rządził
Królestwo oddał wschodniej pani
Ileż tym aktem szkód wyrządzł.

To w listopadzie w noc pochmurną
By świat usłyszał słowo Polska.
Powstanie wszczęli chorążowie
Polscy Patrioci, szlachta, wojska.

To w Listopadzie o poranku
Promyk zaświecił niby gwiazda
Przynosząc wolność, niepodległość
Polskiego, piastowskiego gniazda.

Polski listopad, polski miesiąc
Jest w nim i radość i dramaty
Więc pamiętajmy o tym zawsze

Tam jest historia…, gdzie są daty

Berlin 06 listopada 2014, godz. 4³°