Komitas i Aragat

Adam Slaski

… donosi z Armenii

komitas0
Czy chcecie posłuchać ormiańskiej muzyki – zapytał taksówkarz. Oczywiście, że chcemy. Chcecie usłyszeć narodowe pieśni ormiańskie? Może słyszeliście już w Armenii muzykę, ale to nie była prawdziwa ormiańska muzyka. Te piosenki mają armeńskie słowa, ale to obca muzyka, turecka, arabska. Teraz usłyszycie prawdziwe ormiańskie pieśni, oto głos Komitasa.
W starej ładzie zaskrzeczały cherlawe głośniki i usłyszeliśmy armeńską muzykę. Ze zdartej płyty dobiegł nas głos odległej przeszłości. Czysty i silny głos urzekał, choć głośniki rzężały, a samo nagranie było fatalne. W tej chwili wyjechaliśmy ponad las i ujrzeliśmy surowy pejzaż masywu Aragatu. Na te same góry patrzyli kiedyś królowie starożytnej krainy Urartu, taki widok zobaczył Noe, gdy wody potopu opadły i odsłoniły ziemię, tu doznał epifanii święty Grzegorz Oświeciciel. Tu znajdowały się pustelnie ormiańskich mnichów i nie mam wątpliwości, że ten pejzaż jest w ich chorałach.

*****

Soghomon Soghomonian znany jako Komitas urodził się 26 września 1869 roku w Kütahya w zachodniej Anatolii jako jedyne dziecko swych rodziców. O jego rodzicach wiemy, że byli Ormianami, że oboje byli muzykalni i, niestety, że młodo zmarli. Po ich śmierci chłopiec został pozbawiony opieki, dorastał w bezdomności i biedzie. Los uśmiechnął się do młodego Soghomona w roku 1881. Istniał w tym czasie obyczaj, który nakazywał, by uzdolnionych chłopców przygarnął Katolikos Wszystkich Oramian. Właśnie w tym roku miejscowy duchowny udawał się do stolicy Patriarchatu Ormiańskiego – Eczmiadzynu – aby przyjąć sakrę biskupią. Mógł on zabrać ze sobą jednego chłopca i przedstawić go Katolikosowi. Jako że surowe przepisy Imperium Osmańskiego zabraniały używania języka ormiańskiego, gdy chłopiec stanął przed patriarchą umiał mówić jedynie po turecku. Powiedział wtedy “Nie potrafię mówić po armeńsku, lecz jeśli taka jest twoja wola, zaśpiewam.” Choć nie rozumiał słów pieśni, którą zaśpiewał, jego piękny głos urzekł patriarchę, tak że przyjął go w poczet słuchaczy seminarium. Tam Soghomon rozwinął pasję muzyczną, wykształcił się jako śpiewak, dyrygent i kompozytor, a w roku 1894 przyjął święcenia i przybrał imię Komitas, pod którym był później znany. Tam też zafascynowały Komitasa tradycyjne ormiańskie melodie. Aby je poznać, podróżował po kraju i spisywał pieśni ludu. W roku 1895 wydał kolekcję spisanych przez siebie ludowych pieśni miłosnych i weselnych, co oburzyło konserwatywne duchowieństwo. Komitas musiał opuścić seminarium.

*****

komitas1Podejście na Aragat nie jest trudne. Być może to jeden z najłatwiejszych czterotysięczników na świecie, ale dla pary niewprawionych turystów i tak stanowił wyzwanie. Taksówka dowiozła nas do stacji meteorologicznej i sztucznego jeziora na wysokości 3200 m n.p.m. Tu serdecznie powitał nas miejscowy pies wielkości kucyka, który upodobał nas sobie do tego stopnia, że podążał za nami przez następne kilka kilometrów. Idziemy pieszo ścieżką, a częściej na azymut w kierunku szczytu.
Aragat to wygasły wulkan, ostatnie erupcje miały miejsce kilka lub kilkanaście tysięcy lat temu. Krater otaczają cztery wyraźnie zarysowane wierzchołki, najwyższy z nich liczy sobie 4095 m, my zdobywamy oczywiście najniższy – 3900 m. Podejście jest początkowo bardzo łagodne, ale ukształtowanie terenu myli wzrok. Zaintrygowała nas błyszcząca w oddali skała, wydaje nam się, że za pół godziny będziemy koło niej, by lepiej się jej przyjrzeć, ale po godzinie nie widzę, byśmy cokolwiek się do niej przybliżyli.

komitas2Z opisów w przewodniku spodziewam się tłumu turystów i kolejek jak na Giewont, ale nic podobnego nie ma miejsca. Choć pogoda jest piękna, idziemy sami, przez całą drogę widzimy jedynie z daleka 3 lub 4 osoby.

*****

Praca Komitasa znalazła uznanie bogatych mecenasów, a ormiański milioner Aleksander Mantaszew postanowił sfinansować jego dalszą edukację. Młody ksiądz opuścił seminarium, Eczmiadzyn i Armenię, by udać się do Berlina, gdzie studiował muzykę na Uniwersytecie Fryderyka Wilhelma (dziś: Humboldtów). Należał w tym czasie do założycieli i aktywnych członków Międzynarodowego Towarzystwa Muzycznego. Na jego forum dawał wykłady o muzyce ormiańskiej i dowodził jej starożytnego pochodzenia: jego zdaniem tradycyjna muzyka ormiańska wywodziła się z pieśni śpiewanych jeszcze przed nastaniem chrześcijaństwa, a trzeba pamiętać, że Armenia przyjęła chrześcijaństwo jako pierwszy kraj na świecie w roku 301.
Po odbyciu studiów Komitas wrócił do Armenii, gdzie prędko zreorganizował kształcenie muzyczne, zakładał nowe chóry, objął dyrekcję chóru seminarium w Eczmiadzynie oraz oddawał się badaniom tradycyjnej muzyki. A było co badać. Ormianie od starożytności zapisywali nuty, ale ich burzliwe dzieje sprawiły, że dawna notacja wyszła z użycia i została zapomniana. Komitas poświęcił się nie tylko badaniom historii, lecz także tworzeniu zupełnie nowej muzyki, pisał koncerty i operę.
Okres 1899-1910 to najlepszy czas jego twórczości, wtedy spisał traktaty, które uczyniły go jednym z pionierów etnomuzykologii. Zyskał międzynarodową sławę. W tym czasie Komitas nie tylko komponował i dyrygował chórem, lecz także sam występował jako baryton oraz tenor, a do tego grał po mistrzowsku na flecie i fortepianie. W roku 1912 głos Komitasa zarejestrowano na płycie. Jego sława osiągnęła apogeum, podróżował z koncertami i wykładami do Paryża i Berlina.
Jako muzyk i badacz muzyki był wielkim ambasadorem ormiańskiej kultury. Wyniki jego badań nie spodobały się jednak jego kościelnym przełożonym. Został zmuszony, by po raz kolejny opuścić Armenię. W roku 1910 przeniósł się do Stambułu, gdzie spotkał się z ciepłym przyjęciem ormiańskiej społeczności. Założył tam trzystuosobowy chór Gousan, z którym odnosił liczne sukcesy.

*****

komitas2aZ upływem czasu łąka przeradza się coraz bardziej w rumowisko. Idziemy wolniej i bardziej się męczymy. A może to sprawka wysokości. Nigdy wcześniej nie byliśmy w wysokich górach, więc objawy choroby wysokościowej nie są nam znane, ale męczymy się coraz szybciej. Po każdym odpoczynku łapiemy zadyszkę już po paru krokach. Odpoczywamy więc coraz częściej, a widoki stanowią doskonałą wymówkę, podziwiamy i robimy zdjęcia.

 

 

komitas3Minęliśmy wreszcie błyszczącą skałę, przeszliśmy przez okropne rumowisko i trafiliśmy w końcu na wyraźną ścieżkę. Idzie się nam jednak ciężko, trapi nas tajemnicze zmęczenie, a do tego zrobiło się stromo. Nie ufamy też ocenie odległości, wydaje się nam, że do wierzchołka już blisko, ale to może być kolejna iluzja. Postanawiamy, że jeśli nie dojdziemy w pół godziny, zawracamy. Tym razem jednak pomyliliśmy się w druga stronę, po 10 minutach jesteśmy na przełęczy czy raczej brzegu krateru. Widok jest niesamowity – o ile dotąd w krajobrazie dominowały szarości i ciemna zieleń, krater wypełniają złote piaski, które lśnią w promieniach słońca. Jeszcze pięć minut i stajemy na szczycie. Teraz widać, że choć pozostałe wierzchołki są wyższe jedynie o kilkadziesiąt metrów, są dużo trudniejsze do zdobycia, poza naszymi możliwościami, strome i pełne luźnych skał.
Na szczycie wieje chłodny wiatr, więc szybko: fotki, esemeski, zjadamy po batonie i wracamy. Droga powrotna zajmuje nam jeszcze dwie godziny, w sumie sześć. Według przewodnika powinniśmy byli obrócić w trzy godziny, tacy to z nas niedzieli alpiniści.

komias4*****

Krwawa niedziela 24 kwietnia 1915 roku to początek Rzezi Ormian. Schyłek Imperium Osmańskiego doczekał się tragicznego finału, w następnych miesiącach tureccy nacjonaliści zamordowali półtora miliona Ormian. Tego dnia Komitas został aresztowany razem z innymi ormiańskimi intelektualistami i wywieziony do obozu koncentracyjnego w Çankırı. Nie opuścili go jednak przyjaciele. Został zwolniony dzięki wstawiennictwu pisarzy Mehmeta Emina Yurdakula i Halida Edipa oraz amerykańskiego ambasadora Henry’ego Morgenthau. Komitas doszczętnie załamał się pod wpływem wydarzeń, których był świadkiem, i pozostałe 20 lat życia spędził w paryskim szpitalu psychiatrycznym, gdzie zmarł w roku 1935.

Korzystałem z:
Virtual Museum of Komitas

Australia (odcinek 4) i gdzie indziej

Lech Milewski

Bez stałego adresu

Potem poznał Adam Ewę, żonę swoją, która poczęła i porodziła Kaina.
I rzekła: otrzymałam męża od Pana. I porodziła zasię brata jego Abla;

i był Abel pasterzem owiec, a Kain był rolnikiem.
I stało się po wielu dni, iż przyniósł Kain z owocu ziemi ofiarę Panu.
Także i Abel przyniósł z pierworodztw trzód swoich i z tłustości ich.
I wejrzał Pan na Abla i na ofiarę jego.
Ale na Kaina i na ofiarę jego nie wejrzał...

Biblia Święta – Brytyjskie i Zagraniczne Wydawnictwo Biblijne

Więc Abel był pasterzem a Kain rolnikiem! Zauważyłem to dopiero teraz, dzięki Robyn Davidson – tej, która przewędrowala z wielbłądami prawie 3,000 km po australijskiej pustyni.

Dalszy ciąg biblii według Robyn Davidson brzmi tak:
naśladowcy Kaina pozostają w jednym miejscu, przywiązani do ziemi i jej plonów. Naśladowcy Abla wędrują ze swoimi stadami w poszukiwaniu paszy.
Produkty roli – wysokokaloryczne, o małej zawartości protein, jednorodne – są gorsze niż produkty hodowli. Mogą wyżywic więcej ludzi, lecz strawą o niższej jakości. Koczownicy są zdrowsi, gdyż lepiej się odżywiają, mają bardziej urozmaicony tryb życia, nie są dotknięci okresami nieurodzaju, gdyż przenoszą się z miejsca na miejsce.
Potomstwo rolników jest chorowite, dręczą je epidemie, które nie dotykają ludzi pozostających w ciągłym ruchu. Kobiety ludów osiadłych mają dużo miej swobody, są regularnie w ciąży, gdyż rola potrzebuje wciąż nowych rąk do pracy.
Koczownicy nie mogą gromadzić dóbr i nie mogą ich ukryć przed oczami współtowarzyszy, a ludzie żyjący za roli zatracili kulturę dzielenia się wszystkimi dobrami. Nadmiernie ekspoloatowana ziemia traci wydajność, rozrost rodzin zwiększa zapotrzebowanie na płody rolne. Rozwiązanie jest proste – powiększać tereny uprawne – karczować lasy, wypędzać koczowników z bezpańskich stepów.
Powstają wsie, zupełnie nowa forma społeczności, nowy kod moralny, skoncentrowany na ochronie prywatnej własności. Następuje specjalizacja, coraz większe różnice majątkowe, segregacja społeczeństwa. Nagromadzone dobra kuszą złodziei, powstaje zapotrzebowanie na zawodowych strażników.
Kolejny etap rozwoju to miasta, konglomeracje ludzkie, wymagające instytucji utrzymujących spójność siłą, pojawia się policja, wojsko, urząd podatkowy, kościół.
Naśladowcy Abla są skazani na wymarcie. Każdy wartościowy skrawek ziemi został zajęty przez ludy osiadłe, pozostały pustynie, szczyty gór, tereny arktyczne.
Naśladowcy Kaina przehandlowali zanurzenie się w Naturze na dominację nad Naturą. Natura stała się przeciwnikiem, którego trzeba podporządkowac ludzkim wymaganiom. Ludzie przestali być homo sapiens, stali się homo arrogans.
Ziemia staje się miejscem niemożliwym do życia. Coraz częściej przywołuje się wizję Apokalipsy, podczas której tylko wierni wyznawcy prawdziwej religii zostaną uratowani.
Nienawidzący życia Bóg z radością zniszczy Ziemię, tę Ziemię.

Robyn Davidson nie kpi sobie z religii, nie jest też działaczką na rzecz ochrony przyrody. Jest wędrowcem. W swoim eseju wspomina, że słowo wędrówka tłumaczy się na francuski l’errant. Rdzeń tego słowa to err – błądzić, popełniać błędy, a zatem i uczyć się na błędach.

Nie mam więc do niej pretensji, że przedstawiła rozwój ludzkości nieco jednostronnie. Dla porządku przypomnę, że Adam i Ewa, po Kainie i Ablu, spłodzili jeszcze Seta. Z rodu Seta wywodzi się Noe, a zatem, zakładając, że podczas potopu utopili się potomkowie Kaina (i Abla jeśli miał potomstwo), jesteśmy wszyscy potomkami Seta – co za ulga.

Podczas wędrówki przez pustynie Australii Robyn miała okazję bliżej poznać tradycje i kulturę Aborygenów i wielokrotnie stawia ją jako wzór harmonijnego współżycia człowieka z naturą. Dowód jest prosty – Aborygeni żyli w Australii ponad 40,000 lat i utrzymali tutejszą przyrodę w dziewiczym stanie.
Nie byli oni nomadami w powszechnym rozumieniu tego słowa. Nie byli też pasterzami jak Abel. Byli myśliwymi i zbieraczami, pozostawali w ciągłym ruchu na terenach gdzie żyły duchy ich przodków, nie gromadzili dóbr, kobiety pełniły role równie istotne jak mężczyźni, nie rozmnażali się nadmiernie.

Na marginesie wspomnę, że stosunki między członkami aborygeńskiej społeczności są określone przez skin name czyli imię określające pokrewieństwo z szeroko rozumianą rodziną. Wchodzący w świat dorosłych Aborygen znając swoje skin name wie jak się ma zachować w stosunku do ludzi wokół niego. Z kim może utrzymywać kontakt, komu okazywać specjalny szacunek, za kogo ponosi odpowiedzialność, z kim może się ożenić – to ostatnie było bardzo istotne w niewielkich społecznościach i skutecznie chroniło Aborygenów przed poczęciem dzieci z wadami genetycznymi.

Robyn Davidson ma chyba zbyt niespokojnego ducha, by dołączyć na stałe do aborygeńskiej społeczności. Zresztą takich autentycznych aborygeńskich społeczności już nie ma.
Po zerwaniu z Salmanem Rushdie Robyn czuła potrzebę działania, zrobienia czegoś na własną rękę. Przez przypadek spotkała Narendrę, człowieka ze społecznych wyżyn Rajastanu, który zaproponował, żeby przyjechała do Indii, tu znajdzie coś dla siebie.

Stary mit głosi, że bóg Sziwa zesłał Rabari na Ziemię, aby zajmowali się wielbłądami…

Znalazła – wędrowne plemię Raika zwane również Rabari. Zajęło jej ponad rok, zanim znalazła grupę koczowników, która zgodziła się ją przyjąć. Po pierwsze takich grup nie ma już wiele. Niektóre z nich mają już stałe siedliska i udają się tylko na krótkotrwałe wyprawy z bydłem, pozostawiając kobiety w domu. Po drugie koczownicy obawiali się, że Robyn stanie się przynętą dla porywaczy, liczących na sowity okup. Po trzecie obawiali się, że nie da sobie rady i narobi kłopotu. Po czwarte wreszcie podejrzewali, że jest mężczyzną  i narobi kłopotu ich kobietom.

Ostatecznie znalazła odważnych w sąsiednim stanie Gujarat. Dang czyli grupa koczowników liczyła 50 osób, które wyruszały w drogę z 20 wielbłądami i stadem 5,000 owiec. Wódz grupy – Phagu – zwołał konferencję z udziałem swojej żony i starszyzny. Robyn musiała odpowiedzieć na wiele pytań i ostatecznie została zaakceptowana. Każdy członek dangu musi mieć określone relacje z resztą grupy, a więc Phagu zaadoptowal Robyn jako swoją córkę.
Gdy decyzja została ogłoszona, Robyn zostala otoczona przez kobiety, które przyniosły jej słodycze i drobne prezent oraz nadały jej imię Ratti-ben – siostra z krwi. Pokazały jej jak ma załadować swoje rzeczy na wielbłąda, jak go rozładować i jak przygotować sobie legowisko. Legowisko miała rozbijać między dwoma gałęziami swojej rodziny – rodziną swojego “ojca” i rodziną jego brata.
Robiło się ciemno, trzeba było szybko przygonić jagnięta, które na noc przywiązywało się do długich sznurów. Wreszcie pora na gotowanie kolacji – zawsze takiej samej – chleb roti z kaszy jaglanej i zupa z maślanki.

Rozkład dnia wyglądał mniej więcej tak: pobudka przed 5. To dla kobiet. Mężczyźni spędzali noc pilnując owiec. Kobiety myły garnki, doiły owce, ubijały mleko, żeby oddzielić masło i maślankę. Po śniadaniu wyganiano owce na wyznaczone pastwisko. Mężczyźni szli w poszukiwaniu nowych terenów, kobiety zaś udawały się do najbliższej wioski po zakupy.

Wyznaczone pastwisko, najbliższa wioska – nie wygląda to na swobodne życie z dala od cywilizacji. Cywilizacja wpycha się wszędzie. Dang musiał uzgadniać każdy swój ruch z miejscową osiadłą ludnością. Głównym argumentem na korzyść koczowników było dostarczenie bezpłatnego nawozu. Jest to coraz mniej atrakcyjny towar, ciągłe więc trzeba planować kolejne ruchy, co staje się coraz bardziej uciążliwym zajęciem.

Zależnie od planu dnia czasem dang pozostawał na noc w tym samym miejscu, czasem wędrował na nowe. Czasem trzy kilometry, czasem pięćdziesiąt. Bagaże, dzieci i chorych ładowano na wielbądy, i w drogę.
Po przybyciu na miejsce obozu pierwszą sprawą było przyniesienie wody – czasem kilkaset metrów, czasem kilka kilometrów. Pora na gotowanie obiadu. W tym czasie w pobliże obozu, w tumanach kurzu, wpływały strumienie owiec. Pasterze przynosili nowonarodzone jagnięta, przyganiali wielbłądy, oddzielali jagnięta od matek, przeglądali wyposażenie i wreszcie mogli dołączyć do swoich rodzin.

Nadchodziła najmilsza część dnia. Rozpoczynała się kilku minutami ciszy dla rozładowania zmęczenia i emocji, po czym następował przegląd wydarzeń dnia. Powoli rozmowy cichły, znużeni ludzie zapadali w sen. Noce były dla Robyn wyjątkowo nieprzyjemne. Przywiązane wokół jej legowiska owieczki wskakiwały na nią, potrącały, lizały. W rezultacie rzadko spała dłużej niż 3 godziny.

Swoje doświadczenia z tej wyprawy opisała w książce Desert Places, która jest nieosiągalna w Australii, w związku z czym opieram się tu na materialach podanych w źródłach.

Robyn myślała, że spędzi z koczownikami cały rok. Wytrzymała niewiele ponad miesiąc. Przyczyn było wiele – bardzo istotną był brak snu. Koczownicy spali w nocy tylko 3-4 godziny, ale potrafili zapaść w odżywczy sen w każdej wolnej chwili. Robyn nie posiadła tej umiejętności. Drugi problem to bariera językowa. Robyn nie znała języka koczowników, porozumiewała się z nimi w jezyku hindi, który obie strony znały dość słabo. To uniemożliwiało jej autentyczne uczestnictwo w życiu obozu, a mnie nastraja dość sceptycznie do jej entuzjastycznych ocen stosunków społecznych w dangu.
Po trzecie czuła się bezużyteczna, nawet próby lekcji angielskiego dla obozowych dzieci nie były udane. Zdawała sobie sprawę, że jest dodatkowym ciężarem dla grupy, która i bez tego ma wiele codziennych kłopotów.
W wywiadze dla Dumbo Feather ocenia ten projekt jako całkowitą porażkę.

Pozostała jednak w Rajastanie, ale w zupełnie innej roli. Jej znajomość z Narendrą – rajastańskim arystokratą, który zachęcił ją do przyjazdu do Rajastanu – przekształciła się w uczucie i trwały związek. Po śmierci Narendry Robyn zachowała dużą posiadłość, w której zatrudnia bardzo liczny i niezbyt użyteczny personel. To miejscowy sposób dobrowolnej dystrybucji bogactw. Być może lepszy niż dążenie za wszelką cenę do wysokiej wydajności pracy i utrzymywanie rzesz bezrobotnych na zasiłkach.

W swoich publikacjach i wypowiedziach Robyn stale podkreśla pozytywy pradawnego życia Aborygenów i koczowniczych plemion. Nie ma jednak złudzeń co do kierunków rozwoju cywilizacji.
Paradoksalnie nadruchliwość stała się znakiem naszych czasów. Ponadnarodowe korporacje, biznesmeni spedzający całe lata w hotelach i samolotach. Ludzie masowo zmieniający kraje dla kariery, lub znalezienia jakiejkolwiek pracy, lub ucieczki przed wojną czy innym kataklizmem.
Nie da się to jednak porównać do tradycyjnego koczownictwa. Tam i wtedy ludzie czuli stale bliski związek z terenami, w których przebywali i ze swoją społecznością. Nowoczesny nomada jest oderwany od swoich korzeni. Zaprawdę nie nomada lecz monada – samotna jednokomórkowa istota.

Cóż nam pozostaje?
W każdej religii – pisze Robyn – można znaleźć motyw porzucenia osiadłego życia i ruszenia własną drogą do boskości. Sadhu (Hindi), który porzucił dom aby żyć jako żebrak, pielgrzymi w drodze do Santiago lub Mekki, Budda. Tylko w drodze możemy odkryć lepszą część nas samych.

Źródła:
Robyn Davidson – No fixed address, Nomads and the fate of the planet.
Wywiad z Robyn Davidson w Dumbo FeatherKLIK.

Poprzednie posty Lecha o Robyn Davidson:
Dziewczyna z wielblądami
Dalszy ciąg opowieści  o dziewczynie z wielbłądami
Wyprawa

Neujahr / Nowy rok

Ewa Maria Slaska

Eine Neujahrsgeschichte

Po polsku TU.

Vor zehn Jahren war ich zu Weihnachten und Silvester auf einer griechischen Insel. Fast allein. Das heißt, natürlich, die Griechen waren da, aber ich wohne in einem Haus für Schriftsteller und kannte Niemanden.

Bei einem Spaziergang gelang ich rein zufällig in ein Haus und in dem Haus in einen Saal aus dem ich die Leute gehört habe, die auf Deutsch sangen. Es war eine evangelische Gemeinde. Die Mitglieder waren meistens deutsche, englische oder holländische Ehefrauen. Die Ehemänner waren Griechen, griechisch-orthodox, die Ehefrauen evangelisch. Es gab einen Pastor, eine Frau Pastor und eine Aushilfepastorin. Gottesdienst zum Sonntag, Predigt zum Gottesdienst, Gott zum Predigt.

Sie haben mich zum Silvester eingeladen, ich habe es dankend angenommen.
Silvester in Griechenland ist kein grenzenloses Vergnügen, wie man es sich so leicht vorstellen möchte, wenn man bedenkt, dass die Griechen so gern tanzen. Sie tanzen zum Silvester gar nicht, sie spielen, um die Wette, um Geld zu gewinnen. Von kleinen Kindern bis zu senilen Omas im Schwarzkleid, alle spielen um das merkantile Glück für nächstes Jahr. Und sie essen Vasilopita, Kaiserkuchen.

Bei dem Pastor haben wir Mahjong gespielt und Vasilopita gab es auch. Es ist so ein Hefekuchen in dem ein Geldstück eingebacken wurde. Floris. Blümchen. Man teilt den Kuchen in so viel Teilen, wie viele Leute zum Party kommen, plus drei. Die drei Extras sind für Gott, für Jesus und für Maria. Wir waren dreizehn, ja, ja, dreizehn, der Kuchen wurde also in 16 Stücke aufgeteilt.

Der Pastor war der Kuchengeber. Er nahm die Teller nacheinander und legte ein Stück Vassilopita drauf. Den ersten Teller gab er mir. Nein, wehrte ich mich, der ist für Gott. Aber nein, der ist für dich. Wir sind doch keine Griechen. Ich nahm den Teller. Als schon alle ihre Teller bekommen haben, da blieben die drei Stück Kuchen auf der Kuchenplatte liegen. Die nehm´ ich für morgen für den Gottesdienst, sagte der Pastor und schob die Platte beiseite.

Wir prosteten uns zu mit einem Glas Wein und machten uns an die Vasilopita. Die Münze war in meinem Stück Kuchen, im ersten Biss. Alle waren neidisch. Ich war stolz. Es ist so selten, dass mir etwas Derartiges passiert. Vielleicht gar nie. Ich gewinne nie, ich bekomme keine unerwarteten Geschenke. Und diesmal bekam ich den Floris, den Glücksbringer, gleich in ersten Biss, in einem Stück Kuchen, das mir gar nicht zukommen sollte, sondern Gott.

Alle waren neidisch, alle dachten aber, dass es für mich so schön war, den Floris zu bekommen.

Es war gar nicht schön, aber ich brauchte Monate, um es zu verstehen. Materiell gesehen mit diesem Silvester begann das schlechteste Jahr meines Lebens. Mein Geld schwand und verschwand. Egal was ich tat, das Geld ging weg. Ich wurde betrogen und bestohlen, mir wurde das Geld nicht ausgezahlt, das ich verdient habe, mein Lohn wurde gekürzt, die Kürzung mit Prämie ersetzt, die Prämie eingestellt…
Ich nahm den Kuchen, der für Gott war, ich eignete mir dadurch die Münze, die Gott gehörte, und ich zahlte dafür sehr sehr bitter.

Der Pastor irrte sich. Wir sind Griechen. Wir sind alle Griechen. Es war nicht meine Schuld, der Gottesdiener hat mir den Gotteskuchen mit der Gottesmünze gegeben, und trotzdem musste ich dafür bezahlen. Ich brauchte weitere paar Jahre, um zu erkennen, dass ich daran doch die Schuld zu tragen habe. Ich wollte Gott seinen Kuchen nicht wegnehmen, aber ich nahm ihn. Ich weiß nicht, was ich anderes tun sollte, aber ich sollte mir etwas ausdenken. Ich nahm den Kuchen, den mir der Pastor anbot und die Gottesmünze brannte mir ein Riesenloch in meinem Geldbeutel. Objektive Tatsache, Und dies war meine Schuld.

Ich fuhr also nach Griechenland zum Ende des Jahres und zum Silvester klaute ich Gott die Glücksmünze. Ich dachte, der Klau ist die Krönung eines sehr guten Jahres. Es war ein gutes Jahr in meinem Leben. Ich habe eine neue Wohnung gefunden, eine schöne Wohnung. Eigentlich war es sogar besser, die schöne Wohnung hat mich gefunden. Ich habe einen wichtigen Preis bekommen, bei der Preisverleihung habe ich einen Mann kennen gelernt. So kam er in mein Leben, in meine neue, schöne Wohnung, ein Mann der das alles war, was ich in einem Mann immer suchte…

Der das alles war, nur nicht für mich. So einfach war es mit dem Glück. Die Liebe war nicht für mich und ich klaute Gott seine Glücksmünze.

Australia – odcinek 2

Lech Milewski

Dalszy ciąg opowieści o Dziewczynie z wielbłądami, rozpoczętej w zeszłym tygodniu

W poprzednim odcinku pisałem głównie o marginesach pustynnej wędrówki Robyn Davidson. Dzisiejszy wpis o wędrówce zacznę więc od początku.

W 1975 roku 25-letnia Robyn przyjechala do Alice Springs z zamiarem wielomiesięcznej wędrówki z wielbłądami po pustyni. Wydawało się jej, że $6 to wystarczający kapitał – przecież na pustyni nie ma sklepów. O wielbłądy też się nie martwiła, tysiące dzikich wielbłądów krążą po australijskich pustyniach.

Pierwsze wielbłądy sprowadzono do Australii w 1860 roku na potrzeby ekspedycji odkrywczych. Sprawdziły się tak dobrze, że do końca XIX wieku sprowadzono ich 15,000, głównie z północnych stanów Indii. Ich poganiaczami byli najczęściej imigranci z Afganistanu. Na początku XX wielu kolej wyparła wielbłądy z gospodarki. Pojawił się The Ghan – pociąg z Adelajdy do Darwin. Długość trasy 2,927 km. Nazwa pociągu – The Ghan – to oczywiście ukłon w stronę afgańskich poganiaczy – skrót słowa Afghan.

Afgańscy poganiacze dostali polecenie zastrzelenia zwierząt. Nie posłuchali, wypuścili je na pustynię. Wkrótce stały się zagrożeniem dla środowiska. Spis przeprowadzony w roku 2008 wykazał, że był ich prawie milion, a ich populacja podwajała się w ciągu 10 lat. Zabrano się energicznie do uboju. Obecnie udaje się utrzymać populację wielbłądów na stałym poziomie około 300,000.

Wielbłady

Po przyjeździe do Alice Springs Robyn poszukała taniego noclegu. Znalazła go oczywiście na kempingu – $3 we własnym namiocie, w przeciwnym wypadku $8. Nie miała ani własnego namiotu ani ośmiu dolarów. Na szczęście zauważyła młodych ludzi z długimi włosami rozbijających duży namiot. Spytała czy może z nimi przenocować. Zgodzili się.

Znowu muszę się zatrzymać – samotna młoda dziewczyna bez środków finansowych pcha się w bardzo ryzykowne sytuacje. Czy to normalne, czy to możliwe?
W tamtych latach – wczesne lata 70 – to było całkiem naturalne, tłumaczy Robyn w wywiadzie radiowym. Nasze pokolenie nie miało żadnych obaw o teraźniejszość ani o przyszłość. Byliśmy dziećmi powojennego prosperity. Obecnie życie bez dokładnego planu ekonomicznego jest zakazane.

Znalazła pracę w pubie, ale zrezygnowała gdy zorientowała się , że jej ludzkie podejście do Aborygenów nie jest tolerowane. Skierowała kroki do firmy prowadzącej wielbłądzie przejażdżki.
Nieskazitelnie biały austriacki domek. Idealny porządek dookoła. Przywitał ją mężczyna w białym beduińskim stroju i białym turbanie na głowie, mówiący z bardzo silnym niemieckim akcentem – Kurt Posel.
Ledwie wypowiedziała pierwsze zdania, a już miał dla niej propozycję – osiem miesięcy pracy i da jej dwa dzikie wielbłądy oraz sprzeda jednego wytrenowanego za pół ceny.
Następnego dnia dostała służbowe ubranie – biały stój i turban oraz pierwsze zadanie – sprzątać wielbłądzie odchody. Okazało się, że z wielbłądów sypią się wciąż “kozie bobki”, Robyn uwijała się więc po placu z łopatką. Przerwała na chwilę i już zjawił się przy niej Kurt – syczący oddech, krystalicznie zimne oczy rzucały pioruny – VOTTT IS DATTT? Przyklękła, lecz nie widziała niczego. Kurt ukląkł obok niej i wskazał odrobinkę wielkości kilku ziarenek piasku. Sprzątnęła i Kurt jakby nigdy nic zaczął tłumaczyć jej zwyczaje wielbładów. Pierwszym odruchem było natychmiast odejść, ale przeważyła świadomość, że Kurt wie o wielbłądach wszystko.

Wielbłądy to według Robyn zwierzęta równie inteligentne jak psy. Łatwo przywiązuja się do ludzi, są bezczelne, rozbrykane, dowcipne, cierpliwe, pracowite, zagadkowe i pełne wdzięku. Kochają wolność i to w połączeniu z dużą inteligencją powoduje, że są trudne do wytrenowania.
Trenowane w niewłaściwy sposób potrafią być bardzo niebezpieczne. Nogi wielbłąda potrafią kopnąć w każdym kierunku i zabić. Paszcza wielbłada potrafi objąć ludzką głowę i zrguchotać ją jak orzeszek. Ich pomysłowość w jaki sposób zrzucić lub zmaltretować dosiadającego je jeźdźca jest niewyczerpana.

Praca u Kurta rozpoczynała sie o 4 rano od schwytania i rozpętania wielbłądów i przyprowadzenia ich do osiodłania. Osiodłanie, przyniesienie karmy i porządki, nieustajace porządki, którym towarzyszyły częste wyzwiska. I tak do zachodu słońca i jeszcze dłużej. Z drugiej strony Robyn ma uznanie dla Kurta jako doskonałego nauczyciela, który zawsze się upewnił, czy uczennica wszystko zrozumiała i nigdy nie pozostawił jej w sytuacji, z którą nie mogłaby sobie dać rady.
Jedna rzecz była jednak przerażająca – bezwzględne okrucieństwo. Kurt uważał, że każde nieposłuszeństwo musi byc ostro ukarane. Opisu tych kar oszczędzę.
Tak minęło 8 miesięcy. W miarę jak zbliżał się termin wywiązania się z umowy, Kurt stopniowo przykręcał śrubę. Gdy zażądał, aby zaczynała pracę o 2 godziny wcześniej (o 2 w nocy?), nie wytrzymała i odeszła.

Odwiedziła firmę zajmujaca się łapaniem dzikich wielbładów, prowadzoną przez syna byłego poganiacza. Sallay Mahomet nie miał wątpliwości, że ktoś kto wytrzymał osiem miesięcy u Kurta, zasługuje na szansę. Za dwa miesiące pracy da jej dwa dzikie wielbłądy.
Dotrzymał słowa.

W tym samym okresie Robyn dostała propozycję zamieszkania w rozpadającej się ruderze, której właściciele wyprowadzili się i czekali na ewentualnego kupca. Miała więc kawałek dachu nad głową i teren do trenowania swoich wielbłądów. Mieszkanie na swoim niosło ze sobą pewne niebezpieczeństwa. Robyn kupiła karabin, którego musiała raz użyć, żeby odstraszyć natrętów.

Jej wielbłądy to były dwie samice Zeleika i Kate. Bardzo szybko Robyn ogarnęło zwątpienie, czy da sobie radę. Na noc wielbłądy zostawia się w pętach, żeby mogły się poruszać, ale nie odejść zbyt daleko. Każdy ranek rozpoczynał się od poszukiwań, które czasem trwały kilka godzin. Wydawało się, że wielbłądy są chore. Weterynarz stwierdził, że Zeleika miała złamane żebro, które źle się zrosło, oba wielbłądy miały infekcje. Na dodatek Zeleika była potwornie chuda i nie mogła przybrać na wadze.
Sallay Mahomet szybko wyjaśnił tę sprawę – wielbłądzica była w ciąży. Według niego był to bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności. Wystarczy dobrze przywiązac na noc wielbłądzie dziecko, a matka na pewno do niego wróci. Natomiast stan zdrowia Kate pogorszył się i Robyn musiała ją zastrzelić.
To był ogromny szok, do którego dołączyła głęboka depresja. Minął już rok, a ona nadal nie ma pary dobrych wielbłądów, żadnego ekwipunku i ogromne kłopoty z wytrenowaniem jedynego wielbłąda, którego posiada.

Samodzielne mieszkanie pozwoliło Robyn nawiązać trochę kontaktów towarzyskich. Główne to Ada – zamieszkała w pobliżu Aborygenka z dwójką dzieci oraz grupa młodych entuzjastów, którzy pracowali w aborygeńskich osiedlach wokół Alice Springs. Podczas jednego ze spotkań, po wysłuchaniu listy kłopotów Robyn, ktoś rzucił pomysł – napisz do National Geographics, może oni zostaną Twoim sponsorem. Napisała.
W międzyczasie Kurt Posel sprzedał komuś naiwnemu swoją firmę i zniknął bez śladu. Nowi właściciele zgłosili się do Robyn o pomoc. Okazało sie, że nie mają zielonego pojęcia, jak obchodzić się z wielbłądami. Robyn służyła im pomocą i wskazówkami, a przy okazji kupiła od nich dwa młode samce za $700, których nie miała.
Z nowym entuzjazmem zabrała się do przygotowań. Same niepowodzenia. Wielbłądy nie słuchały, często doznawały róznych kontuzji, dług u weterynarza stale rósł, Wreszcie zginęły na dobre. Dwudniowe poszukiwania nie dały rezultatu. Znajomi zosrganizowali poszukiwnia samolotem, bez rezultatu.
Nagle Robyn poczuła błogość – zrządzenie losu – nie muszę już się męczyć z tą przeklętą wyprawą! I właśnie wtedy pilot zauważył wielbłądy.

Kilka dni później Zeleika urodziła synka, któremu nadano imię Goliath. Robyn zdecydowała sie na próbę generalną. Powędrowała wraz ze swoim stadem do oddalonego o 150 km aborygeńskiego osiedla Utopia.
Przed rozpoczęciem wyprawy Sallay Mahomet wykastrował oba samce – Dikkie i Buba – i udzielił jej ważnej wskazówki – gdy będziesz na pustyni nie raz przybiegną do was dzikie samce. Gdy tylko je usłyszysz, a usłyszysz już z daleka, strzelaj.

Wędrówka była koszmarem. Pobudka była o 4 rano, następnie wędrówka do 10, 6 godzin odpoczynku w cieniu i kolejne 4 godziny marszu. Ta rutyna nie zgadzała się z rytmem odżywiania wielbłądów, były więc niesforne, wypijały ogromną ilość wody, karmiąca Zeleika była potwornie chuda, siodła i torby podróżne nie sprawdzały się w akcji. Bez stałej pomocy pojazdu towarzyszącego Robyn nie doszłaby do celu.

Utopia była to farma hodowli bydła oddana pod zarząd Aborygenów przez rząd Partii Pracy. Mieszkało tam kilkunastu białych – nauczyciele i personel medyczny. Większość z nich byli to idealiści pełni entuzjazmu i wiary w swoją misję. Ten entuzjazm powodował, że gdy Aborygeni sceptycznie odnosili się do ich pomysłów, to zamiast wysłuchać racji drugiej strony, przedstawiali coraz bardziej skomplikowane argumenty. Na marginesie tych obserwacji, Robyn zauważa, że ci ludzie w identycznie nonszalancki sposób traktowali kobiety.

Robyn spędziła w Utopii kilka tygodni i tam zastał ją telegram z National Geographics oraz bilet powrotny do Sydney.

Na wyprawę do Sydney Robyn kupiła sobie obcisłe dżinsy i kowbojskie buty na wysokich obcasach. Interview trwało 15 minut i zostało nagrodzone brawami. Czek na $4,000 zostanie wysłany jeszcze dzisiaj, jak miło było Cię spotkać, do zobaczenia za kilka miesięcy w Nowym Jorku, good luck my dear.
Pozostała sama z fotografem National Geographic, Richardem Smolan, i po kilku chwilach ekstazy poczuła smak porażki.

Cóż najlepszego zrobiłam? Międzynarodowy magazyn ilustrowany będzie kontrolował moją wyprawę. Nie tylko wyprawę. Przecież Rick będzie spotykał mnie w umówionych miejscach, żeby przeprowadzić sesje fotgraficzne. Będą kontrolować moje zachowanie, moje gesty. Gdzie tu miejsce na samotność, na uwolnienie się od wszelkich powiązań z cywilizacją i przeszłością, całkowite oczyszczenie mózgu z zalegających tam śmieci? To już nie będzie MOJA wyprawa. Sprzedałam ją. 

Ciąg dalszy nastąpi

Australia – odcinek 1

Lech Milewski

Dziewczyna z wielbłądami  

– (Kochankowie) przestali mi sprawiać przyjemność. Przeważnie byli to rewolucyjni socjaliści, którzy musieli zadowalać się mną, podczas gdy tak naprawdę marzyli o bohaterskich kobietach widzianych na Kubie podczas trzytygodniowych wycieczek na tę wyspę. Tamtych nigdy nie tknęli palcem, oczywiście; mundury polowe i czystość ideologiczna odstraszały ich nie na żarty. Wracali do kraju nucąc Guantanamera i dzwonili do mnie.
Wypisała się z tego (…)
Zaczęła się wspinać i zwykle tłumaczyła wtedy “robię to, gdyż wiem, że oni nigdy za mną tam nie wejdą”.
– Potem jednak pomyślałam, a gówno. Nie zrobiłam tego ze względu na nich; zrobiłam to dla siebie.

Salman Rushdie – Szatańskie Wersety – wydawca i tłumacz nie ujawnieni.

W październiku zeszłego roku na ekrany australijskich kin wszedł film Tracks opowiadający historię młodej dziewczyny, która w 1977 roku powędrowała z czwórką wielbłądów z Alice Springs do Oceanu Indyjskiego – około 2,700 kilometrów.

Przypomniało mi się jak kiedyś towarzyszyłem mojej córce w jeździe samochodem z Sydney do Melbourne – koło 1.000 km. W którymś momencie Ania spytała: Tatusiu, jak myślisz, czy naszej rodzinie lub znajomym w Polsce podobałaby się taka jazda?
– Oczywiście, że nie. Spalony słońcem jednostajny krajobraz. Nudziliby się okropnie.
– Tak myślałam. A mnie ta jazda tak bardzo się podoba… – i po chwili – ja chyba kocham ten kraj.

Mając to w pamięci nie spodziewałem się zbyt wiele po filmie. Wędrówka trwała około 9 miesięcy. Oczywiste jest, że sedno sprawy czyli ta długa i jednostajna wędrówka to nie jest atrakcyjny materiał filmowy. Do filmu nadaje się to, co się działo, gdy bohaterka nie wędrowała. I tak właśnie było.

Robyn Davidson w wieku lat 25, bez zawodu za to z 6 dolarami w kieszeni, psem Diggity i walizką pełną nieodpowiedniej garderoby przyjechała do Alice Springs z zamiarem odbycia wielomiesięcznej wędrówki po pustyni.
Na pytanie – dlaczego chcesz to zrobić? – odpowiadała wzruszeniem ramion – a dlaczego nie?

Alice Springs w roku 1975 – trochę lokalnych biznesmenów utrzymującyh się z turystów, którzy właśnie zaczynają odkrywać te okolice, straceńcy, którzy szukają tu przygody albo awantury, trochę Aborygenów. Lokalne biznesy zatrudniały Aborygenów do prostych prac. Regułą było, że wypłatę Aborygen mógł odebrać tylko w pubie. Większość nie wynosiła z pubu ani centa. Na osobną wzmiankę zasługuje handel obrazami malowanymi przez Aborygenów. Handlarze kupowali te malowidła za bezcen i sprzedawali po wygórowanych cenach.

wielbladaustralijski
Powyższy obraz nie pochodzi od handlarzy z Alice Springs. Tamci oczekiwali od domorosłych artystów malowania pseudo-aborygeńskich kiczów.

Znaczna grupa Aborygenów w Alice Springs to widma, ludzie, którzy porzucili lub zostali odrzuceni przez swoje plemiona. Spędzają dni i noce w wyschniętym korycie rzeki Todd River.

Robyn planowała, że zamieszka wśród nich, złapie na pustyni wielbłąda albo dwa, przecież są ich tam tysiące, i pójdzie w spaloną słońcem dal.
Już w pociągu dostała inną propozycję:Jesus Christ, mate, you’re not goin’ to Alice alone are ya? Listen ‘ere lady, you’re fuckin’ done for. Them coons’ll rape youze for sure. Fuckin’ niggers run wild up there ya know. You’ll need someone to keep an eye on ya. Tell youze what. I’ll shout youze a beer, then will go up to your cabin and get acquainted eh? Whaddya reckon?”Robyn Davidson – Tracks – książka.

Nie skorzystała. Od miejscowych dowiedziała się, że w korycie Todd River nie przeżyje jednej nocy oraz, że złapanie i okiełznanie dzikiego wielbłąda przekracza jej możliwości. Przyjęła pracę w miejscowym pubie, gdzie była świadkiem niezwykle pogardliwego czasem nieludzkiego traktowania Aborygenów. Kilka razy wstawiła się za nimi. Któregoś dnia, po powrocie z pracy do swojego pokoju, znalazła na poduszce starannie ułożone gówno. Czas zmienić miejsce pobytu.

Zgłosiła się do pracy w firmie organizujacej przejażdżki na wielbłądach dla turystów. Prowadził ją Niemiec – Kurt Posel. To było idealne miejsce, żeby poznać wielbłądy i nauczyć się współpracy z nimi. Kurt pokręcił z powątpiewaniem głową, gdy usłyszał o planach Robyn, ale zaoferował jej pracę. Za darmo od świtu do nocy, za co po 8 miesiącach da jej wytrenowanego wielbłąda. Przyjęła.
Kurt Posel… w rozmowie z dziennikarzem Robyn nazwała go “mad Kurtie” . Brzmi jak ktoś z powieści Conrada – zauważył dziennikarz. O tak, on był zdecydowanie z powieści Conrada – potwierdziła Robyn.
Wyznam, że to zadecydowało o moim dalszym zainteresowaniu losami bohaterki. No cóż, mam słabość do osób, które odwołują się do moich ulubionych książek.

A zatem sięgnąłem po książkę. Wędrówka Robyn nabrała światowego rozgłosu i angielskie wydawnictwo zamówiło u niej książkę – relację z podróży. Robyn pisała ją w domu Doroty Lessing, z którą zaprzyjaźniła się korepondencyjnie. Książka zyskała bardzo dużą popularność. Hollywood przymierzał się kilka razy do produkcji filmu, planowano nawet obsadzić Julię Roberts w roli Robyn. Na szczęście do tego nie doszło. Film wyprodukowano w zeszłym roku, a główną rolę gra Australijka – Mia Wasikowska.

Robyn Davidson bardzo pozytywnie wypowiada się o filmie, a wyjątkowo ciepło o wykonawczyni główniej roli. Nie pozostawia jednak wątpliwości – to nie jest moja wędrówka, to jest film o wędrówce kogoś innego, nawet podobnego do mnie, na przykład mojej siostrzenicy.

Nie miałem więc wątpliwości, że moja relacja będzie oparta na książce.

Już teraz zdradzę zakończenie – Robyn Davidson, jej pies i cztery wielbłądy dotrą do Oceanu Indyjskiego.

W oceanie

Może komuś nasunęło się pytanie: a cóż do tej całej historii ma początkowy cytat z Szatańskich Wersetów wyraźnie odnoszący się do kobiety bywałej w świecie i wspinającej się na Mt Everest?
Okazuje się, że całkiem dużo. Robyn Davidson w wieku 11 lat została osierocona przez matkę, która popełniła samobójstwo. Ojciec oddał dwie córki pod opiekę swojej siostry, starej panny, która oddała dziewczynki do szkoły z internatem. Robyn, po zakończeniu edukacji, uciekła z domu do Sydney, gdzie pędziła żywot dziecka ulicy. Spała w bramach i pod mostami, wieczorami wystawała pod tylnymi drzwiami restauracji, czekając, aż rzucą jej jakiejś resztki. W wywiadzie wspomina, że była ogromnie nieśmiała, gdyby była odważniejsza, może spróbowałaby otworzyć usta, poprosić o pracę.
Z upływem czasu nawiązała znajomości z miejscowymi hippisami, a przez nich trafiła do nieformalnego klubu Sydney Push. Była to grupa lewicujacych artystów, intelektualistów, dziennikarzy, studentów. Wielu z nich robi obecnie karierę w australijskiej polityce i mediach.

Wątpliwe, czy Salman Rushdie dowiedziałby się kiedykolwiek o istnieniu takiego klubu a tymbardziej o Robyn Davidson, gdyby nie fakt, że była ona jego partnerką w okresie, gdy pisał Szatańskie Wersety. Burzliwy związek skończył się po dwóch latach.

Na marginesie wspomnę, że cytowana bohaterka Szatańskich Wersetów to niejaka Alleluja Cone, córka pochodzącego z Warszawy żydowskiego małżeństwa, państwa Alicji i Ottona Cohen.
Polscy Żydzi nazywali się Cohen?
To pytanie skierowane do Salmana Rushdie. Salman Rushdie, którego erudycję cenię bardzo wysoko, w tym momencie chyba trochę przysnął. Otton i Alicja prawdopodobnie w Polsce nazywali się Kahan. To popularne żydowskie nazwisko, na liście ofiar warszawskiego getta powtarza się prawie 50 razy, po hebrajsku oznacza kogoś pochodzącego z rodu kapłanów. Pan Otto emigrując do USA zmienił pewnie pisownię nazwiska na Cohen a potem, aby odciąć się od żydowskich korzeni, zmienił je na Cone.

Linki:

Robyn Davidson mówi o filmie Tracks

Wywiad radiowy z Robyn Davidson

Ciąg dalszy za tydzień

Persische Gattin

hochzeit5Renata Borowczak-Nasseri publizierte bei uns ihre Geschichten aus dem Leben einer persischen Gattin. Sie sammelte sie jetzt zusammen, bearbeitete sie. Aus den Lebenserfahrungen wird Literatur. So ist eine Radiosendung entstanden. Sie wurde am 14. November gestrahlt.

Anna heiratet in Deutschland schlicht und standesamtlich Ahmed, einen Iraner. Dann fährt sie mit ihm in sein Geburtsland, um die Verwandten kennen zulernen. Sie wird als Ahmeds Ehefrau mit Respekt und Zuneigung behandelt. Doch auf einer Erkundungsreise durch den Iran muss Anna feststellen, dass ihre deutsche Heiratsurkunde nicht zählt.

Nicht einmal ein gemeinsames Hotelzimmer darf sie mit Ahmed beziehen, ohne die Rezeptionistin zu gefährden. Anna und Ahmed müssten nach hiesiger Sitte heiraten – vor einem Mullah. Aber dann könnte Anna ohne das Einverständnis ihres Mannes nicht mal das Land wieder verlassen. Obwohl Ahmed seit über 40 Jahren in Deutschland lebt, wird Anna bei diesem Gedanken mulmig zumute.

Und überhaupt: Wie lebt es sich eigentlich als persische Gattin? Anna lässt sich von den Frauen ihrer neuen Familie erzählen – besonders ihre Schwiegermutter, eine lebendige Dame von 84 Jahren, erweist sich als wahre Scheherezade.

***

Liebe Leser(innen) – leider ist der Link zur Sendung nicht mehr aktuell. Schade.

Prababcia i inni

Ewa Maria Slaska o Eugenii Lublinerowej, Olesinie i stawach. Nowy Beniowski czyli opowieść dygresyjna.

Przyjechałam do Olesina w listopadowy, mglisty dzień, a listopad, wszyscy wiemy, nie jest miesiącem zachęcającym do wędrówek po polach i łąkach. Listopad, co właśnie znalazłam na Facebooku, to, zdaniem Tuwima, wrzód na dwunastnicy roku.

olesin-drogowskazTym niemniej muszę powiedzieć, że ten dzień w Olesinie zapisał mi się wspaniale w pamięci i chyba zaliczę go do tzw. highlight’ów roku 2014. Przyjechaliśmy we dwójkę z moim siostrzeńcem Adamem (Czytelnicy bloga znają Adama z interesujących wpisów, np. TU, i ciętych komentarzy). Przed dworcem czekał Artur Czyżewski, naczelny pisma on-line Kurier Skruda, a w samochodzie byli już też pan Jan Majszyk, kronikarz lokalnej historii, oraz Adam Kostyra, archeolog awiacji, który w naszym spotkaniu pełnił przede wszystkim funkcję dokumentalisty. Potem doszlusował do nas “pan Andrzej”, o którym wiem niewiele, żeby nie powiedzieć – nic, ale z tego nic wynika, że to barwna i ciekawa postać, na pewno zasługująca na odrębne rozmowy i pióro Andrzeja Stojowskiego.

pieciupanowAdam S., Adam K., Artur, pan Majszyk, pan Andrzej

Pan Andrzej opowiedział nam (Adamowi i mnie) na przykład, że w ramach akcji crowfundingowej zasponsorował wyjazd jakiegoś polskiego globtrottera na Syberię, a potem umówił się z nim na kawę w Irkucku i bez większych przygotowań ruszył, bodajże starą toyotą, na trasę i dotarł do Irkucka, gdzie globtrotter wcale się z nim nie spotkał, bo… nie wierzył w sepulki. (To była zagadka, z nagrodą, rozwiązana przez Marię. Co to są sepulki i skąd je znamy? – z Lema! I nikt nie wie, co to jest.) Oczywiście pan Andrzej jechał po utartych szlakach, a globtrotter zaplanował sobie przygodę życia, ale ruszyć na Syberię prawie z marszu, no… też bym chciała, ale oczywiście nie mogę, bo nie mam prawa jazdy i nie jeżdżę na rowerze. Musiałabym na piechotę, ale czy ja wiem – 20 tysięcy kilometrów na piechotę? Dersu Uzała. No tak, to marginalia, ale ta Syberia, która wcześniej budziła we mnie niepokój i niechęć, od czasu lektury Lodu Dukaja stała się skrytą tęsknotą. Marzy mi się, że pojechałabym do pracy np. do Omska.

Na razie jednak jesteśmy w Olesinie, gdzie pan Majszyk i ja powoli dopracowujemy się jakiegoś consensusu w sprawie majątku Pradziadka i szkoły Prababci. Gdy już mniej więcej wiemy, gdzie i kiedy funkcjonowała Sylwana, przypominam sobie nagle: stawy! Nikt z nas nigdy nie widział Sylwany, ale Ciocia twierdzi, że w majątku były stawy. Liczba mnoga czyli minimum dwa. Pytam więc, gdzie są stawy? Albo gdzie mogły być stawy? Rozpoczynają się debaty, konsultacje z mapą, rozmowa z dozorcą zakładów chemicznych Chema. W końcu wszyscy zdecydowanie pokazują palcem: tam! Tam były stawy! Dojść się nie da, objeżdżamy autem na około. Wychodzimy. Płaskie przestrzenie zarośnięte trawą, podwyższone groble, kanał, studnia. Jestem zachwycona, są stawy to znaczy, że jesteśmy w Sylwanie.

olesin-domniemane-stawyGdy już wrócę do domu, dostanę od Artura Czyżewskiego mapkę z komentarzem:
“Z tymi stawami to daliśmy ciała. Kiepscy z nas detektywi 🙂 . Przeanalizowałem google maps i oto wynik śledztwa.”

olesin-stawyPodoba mi się. Tu stawy, tam stawy, najważniejsze, że były stawy. Ciocia, która jest młodszą kuzynką Mamy, nigdy nie była w Olesinie, ale Mama tam jeździła na wakacje. Oddawano ją tam pod opiekę psa Halo czyli Halusia, któremu ktoś z dorosłych tłumaczył, że ma iść z dzieckiem na spacer, pilnować, żeby nie weszło do wody (czyli do owych rzeczonych stawów), a o drugiej oboje, dziewczynka i pies, mają wrócić na obiad.

haloHalo, a w tle – Sylwana, przynajmniej tak myślę. Oczywiście tak naprawdę w tle widać tylko jakieś podwórkowe badziewie, ale jest ono podwórkowym śmieciem z Sylwany.

Lusatia alias Vita 11

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Wprawek w obróbce Tworzywa dla kandydata na literata ciąg dalszy, albowiem dalece nie wszystko co możebne, wycisnąć nam się udało z przedrostka trans-.

Zaczęliśmy w zeszły wtorek opowieść o zgorzeleckich poszukiwaczach transcendencji, dziś nadszedł czas, by ją zakończyć. Nie jest bowiem kompletna. To, że przed oblicze Absolutu przystępowali mieszkańcy Zhorjelca zarówno na sposób rzymski, jak i wittemberski, nie jest niczym nadzwyczajnym w tych stronach. Tak się działo na całych Łużycach, czego ślady już wiele razy na szlaku naszej wędrówki mieliśmy okazję podziwiać. A gorliwi byli ci mocarze ducha, można by rzec, na zabój! Do krwi ostatniej.

Pamięć zbiorowa poszczególnych regionów i małych ojczyzn naszego kraju przechowuje tradycje już to Powstania Styczniowego, już to Listopadowego czy Kościuszkowskiego. Łużyce, jak zresztą i inne krainy Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, naznaczone są chyba najsilniej wspomnieniem Wojny Trzydziestoletniej, której efekty w pewnym sensie odczuwa się tutaj do dziś. Była to, mimo wyraźnej domieszki motywów politycznych czy gospodarczych, a więc silnie doczesnych, prawdziwa wojna duchowa. Gdy żołnierze Gustawa Adolfa szli do boju śpiewając psalmy, trawił ich płomień szczerej wiary i dawał im prawdziwą moc. A że potem co nieco złupili i poturbowali okolicznych włościan, o zabawie z ich żonami i córkami nie zapominając? Cóż, prawa wojny! Pewnie i Albrecht von Wallenstein, po każdej krwawej i okrutnej rozprawie z kacerzami, najszczerzej dziękował, klęcząc przed tabernakulum, za bożą pomoc i zwycięstwo. Aleć przecież i nasz Kmicic, Jędruś, już po swej duchowej przemianie, spokojnie odmawiał różaniec przy blasku płonących osad niemieckich, a gdy krzyki mordowanych zmyliły mu rachunek, tedy zaczynał od początku, aby duszy grzechem niedbalstwa w służbie bożej nie obciążyć. Tak było, tak jest i tak, niestety, będzie. Nic się nie zmieni, nie łudźcie się, dobrzy ludkowie. Lusatia alias Vita…

A tu jeszcze, poza prawowiernymi z dwóch obozów, podążali za transcendencją samotni harcownicy – jak choćby szewc Jakub – których obie strony, tak katolicy, jak i protestanci, jako heretyków piętnowali. Ale i to nie wszystko! Z domów i świątyń Zgorzelca płyną do Przedwiecznego modlitwy jeszcze na inny sposób i w innych językach składane, z innej wrażliwości zrodzone i inaczej próbujące dotknąć Transcendentnego.

Jeśli na Śląsku, Pomorzu, Mazurach czy na Ziemi Lubuskiej zobaczycie kopuły cerkwi, obojętnie – prawosławnej czy grekokatolickiej – możecie bez ryzyka błędu przyjąć, iż to efekt Akcji Wisła, a w świątyni modlą się Ukraińcy lub Łemkowie. (Oczywiście, Viator jest świadom faktu, że to rozróżnienie wzbudza kontrowersje. Wie, iż część Łemków uważa się za Ukraińców, inni za naród całkiem odrębny; nie chcąc wszakże urazić tych drugich, nazwy obu grup przywołuje.) Tak jest wszędzie na Ziemiach Odzyskanych. Ale nie w Zgorzelcu. Tutaj Ortodoksi ród swój zazwyczaj z Hellady wiodą.

SONY DSCCerkiew pod wezwaniem Świętych Równych Apostołom Konstantyna i Heleny. Ten prawosławno-barokowy sposób wyrażania się ma swój specyficzny urok, prawda?

Na zdjęciu widać wyraźnie, że świątynia i jej otoczenie są jakby z innej bajki. Bo też mamy do czynienia z prawdziwą transplantacją. Gdzie Łużyce, a gdzie Attyka! Gdzie Grek, a gdzie Polak czy Niemiec! O Hellenach, którzy w liczbie niemal 9 tysięcy nad Nysę przybyli, uciekając z ojczyzny po przegranej w 1949 roku wojnie domowej, słyszał chyba każdy. Większość już dawno wróciła do Grecji. Dzieci i wnuki tych, którzy zostali, modlą się w małej drewnianej cerkiewce. Tak przynajmniej myślał Viator, dopóki nie dane mu było kilka lat temu o sprawach tych porozmawiać z gospodarzem świątyni, proboszczem parafii prawosławnej w Zgorzelcu, księdzem Mikołajem Bonifatiukiem. To od niego usłyszał, że owszem, modlą się tu przede wszystkim potomkowie Greków, ale wielu z nich przybywa na nabożeństwa z niemieckiego brzegu Nysy. I w ogóle, że emigracja lat czterdziestych to drugi grecki przeszczep na Łużycach. O wcześniejszym, którego istnienia dotąd wcale nie był świadomy, usłyszał Viator pierwszy raz właśnie od ojca Mikołaja.

Trzy dekady przed grecką wojną domową w całej Europie toczyła się Wielka Wojna. Grecy, jak tylko umieli, starali się zachować równy dystans pomiędzy Ententą i Państwami Centralnymi. I w wyniku tego skomplikowanego kontredansu, w okolicznościach dość niezwykłych (o których w Wielkiej Sieci więcej przeczytać możecie), 6 tysięcy greckich żołnierzy, Korpus Delta, pozwoliło się wziąć do niewoli, a następnie jako goście rządu niemieckiego i samego Cesarza, przez kilka lat wygodnie oraz spokojnie w Görlitz sobie mieszkali. Zaś po wojnie nie wszyscy wrócili na Bałkany. Zostały greckie groby na görlitzkim cmentarzu. I zostali wnukowie oraz prawnukowi, którzy modlą się w cerkwi Konstantyna i Heleny. Kto spragniony więcej się na temat tej niezwykłej parafii dowiedzieć, niech co prędzej TUTAJ zagląda!

My zaś dalej w Tworzywie dłubiemy. Transakcja i transport. Bogactwo oraz pomyślność miast w całej Europie przez wiele wieków zależały od pracy i kunsztu rzemieślników, ale jeszcze bardziej od inicjatywy i przemyślności kupców. Tak to już jest, że zawsze najlepiej zarabia pośrednik. A jeśli przypomnimy raz jeszcze, że Zwjazk šěsćiměstow, czyli Związek Sześciu Miast dbał o to, żeby transakcje zawierano uczciwie, a transport towarów przebiegał bezpiecznie, łatwo zrozumieć, dlaczego Zhorjelc, gród tranzytu i pielgrzymów, zręcznych rzemieślników i bywałych w świecie kupców, właściwie skazany był na ekonomiczny sukces. Przy zgorzeleckiej Starówce nawet budziszyńska, choć imponująca, jawi się jako uboższa i mniej zaradna siostra. Co prawda przez kilka powojennych dziesięcioleci haniebnie ją zaniedbano, ale w ostatnich latach przeszła prawdziwą transformację: pieczołowicie odnowiona znów rozkwitła. I gdy tak się po niej włóczy Viator, czuje, jakby w jakimś transie trwał permanentnym! Popatrz zresztą sam, Czytelniku.

SONY DSC4 -5 GoerlitzBogato żyło się w Zhorjelcu, bogato się w nim spoczywało, gdy dusza translokacji w inne światy już doświadczyła. Ale w mieście Wielkiej Pielgrzymki nie sposób zapomnieć o sławetnej zgorzeleckiej gorliwości duchowej i wrażliwości na transcendencję! Nigdy nie brakło tutaj takich, którzy mieszczanom, biednym i bogatym (bogatym może nawet bardziej, bo przecież łatwiej wielbłądowi przejść przez ucho igielne…), prawdy wiary gotowi byli stawiać przed oczy wciąż i wszędzie, także na ulicach.

6 Dom BiblijnyDom Biblijny na zgorzeleckiej Starówce. Cała fasada gęsto pokryta scenami ze Starego i Nowego Testamentu. Tu akurat Grzech Pierworodny.

Czy zauważyłeś Czytelniku, że podczas naszej wizyty w Zhorjelcu kilkakrotnie przekraczaliśmy granicę państwową? Raczej nie, bo tego faktycznie się tutaj od paru lat nie czuje. Miasto jest transgraniczne, ale stanowi całość. Inną niż kiedyś, ale przez to może nawet ciekawszą. Kto wie?

Oj, poraniła historia Zgorzelec i całe Łużyce. Ale teraz przyszedł czas na to, żeby rany się zabliźniły. Najlepiej już na zawsze. No bo ile razy można tak kroić, szarpać, drzeć i przeorywać? Potrzebny nam kolejny cmentarz, taki jak ten zgorzelecki? Prawie trzy i pół tysiąca chłopców, którzy polegli w bitwie, której wspomnienie Viator niedawno przywołał, spoczywa właśnie tutaj. I może już wystarczy tego dobrego.

7 OrzelZazwyczaj patos budzi w Viatorze rozbawienie. Ale orzeł ze zgorzeleckiego cmentarza wojennego jakoś w ogóle nie nastraja do śmiechu. Przeciwnie.

Dużo czasu i uwagi poświęciliśmy miastu nad Nysą. Tak trzeba było, bo Zhorjelc to Łużyce w pigułce. Żeby jeszcze kilka kropelek wycisnąć z Tworzywa, dodajmy: tutaj specyfika i charakter tej krainy objawia się najbardziej transparentnie.

Zresztą, powoli zbliżamy się do kresu naszej podróży. Dwa-trzy tygodnie i ponownie zawitamy do Żar.
Ale przed nami jeszcze niejedno do zobaczenia.
Nie będziesz się nudził, Czytelniku!

Droga do Santiago de Compostela. Reliegos

Dawno nie było kolejnego wpisu z Drogi, ale ja tam przecież wciąż i uporczywie idę, a jak się Czytelnicy zapewne domyślają, również kiedyś wreszcie dojdę.

Ewa Maria Slaska, sobota 22 września 2007 roku

Wstajemy z muzyką, zjadamy śniadanie i w drogę. Przed nami meseta. Z góry wiadomo, że będzie strasznie i jest strasznie. Po siedmiu kilometrach pierwsza i jedyna wioska na trasie. El Burgo Ranero. Piję kawę. Zaraz za wioską skręt w prawo i 13 kilometrów do następnego postoju. Reliegos. Chciałam dojść o 7 kilometrów dalej, do Mansilla de las Mulas, ale nie daję rady. Noga potężnie spuchnięta stanowczo odmawia jakiejkolwiek dalszej współpracy. Hospitalera daje mi lód na okłady i włącza komputer. Proszę bardzo, dostęp do internetu! Jednak życie jest piękne! Po kawie i sesji z siecią wychodzę na dwór zwabiona dziwnymi odgłosami. Przez miasteczko przeciąga demonstracja zorganizowana przez lokalny ośrodek opieki nad chorymi na Alzheimera. Następnego dnia przeczytam w gazecie, że w demonstracji wzięło udział około 200 osób.

2000sobIdę do sklepu, kupuję herbatę, bułki, ser i pomidory. Za mną młody niemiecki mnich nabywa 4 butelki wina. Zjadam sałatę w barze i idę do łóżka. To jedyne miejsce, gdzie można pisać. Wszędzie indziej ktoś się dosiądzie i zacznie rozmowę. Wczoraj była to ponownie spotkana czwórka starszych niemieckich panów, dziś też ponowne spotkanie z dwojgiem młodych Austriaków, którzy są już w drodze od czerwca, a idą z Melku.

f6b6b-2-teil2218W schronisku znalazłam porzucone sandały, poobcinałam im pourywane paski i mam co nosić po południu, gdy już człowiek zdejmie buciory. Od czasu gdy na górze w Castrojeriz robiłam porządek w plecaku, wypakowałam wszystko i zostawiłam japonki, muszę po południu biegać na bosaka, co na przykład w Berciano nie było łatwe, bo chodziło się po drobnym żwirku, który niestety nie masował stóp, tylko je kaleczył. Nie skarżyłam się specjalnie, w końcu pielgrzymka to wyprawa dla umartwienia, ale z radością powitałam porzucone przez kogoś sandały. Znalazłam też Maxi, pismo dla kobiet po niemiecku. To bardzo dziwne zajrzeć na chwilę do świata, gdzie czyta się (z zainteresowaniem!) 50 stron o modzie, która tu na Drodze nikogo nie obchodzi.

Wreszcie mam czas, żeby zapisać kilka uwag ogólnych, które już od jakiegoś czasu chodzą mi po głowie, ale w łóżku jest tak ciemno, że nie da się pisać. Daję Maxi Elisabeth i wychodzę ze schroniska. Siadam na progu zrujnowanej chałupki z żółtą strzałką Camino. Obok mnie przechodzą ślepy i jego świta. Ten człowiek ma nadzwyczaj szlachetną twarz, wysokie czoło, trochę jak Wołłejko w roli umierającego Chopina, ale już od wczoraj wiem, że jego zachowanie nie licuje z tym szlachetnym wyglądem i szlachetną bądź co bądź rolą ślepca na pielgrzymce. Teraz wypomina żonie źle przyrządzone pomidory! Wczoraj bardzo mi się nie podobał, ale dzisiaj już go przez ostatnie kilometry w lejącym się z nieba upale bez cienia cienia gruntownie przemyślałam, prześwietlając przy tym moje własne pragnienia. Jak spojrzałam na niego przez pryzmat moich pobożnych życzeń, to zmieniłam opcje. Teraz wiem, że to normalny człowiek, a nie jakiś cudowny duch zrodzony w naszej przesłodzonej, wyidealizowanej krainie, wyprodukowanej przez słodką Polyannę i nieszczęsne Słoneczko.

Jest jak jest.

Myślę, o krajobrazach, które nam od kilku dni towarzyszą. Skończyły się góry, jest tylko pusta ogromna meseta. Miasta na wzniesieniach (dla obrony), wioski w dolinach (woda). Domy z kamienia, tak charakterystyczne w górach, też się skończyły. Teraz wszystko jest z adoby, wysuszonej na słońcu gliny z dodatkiem sieczki lub kamieni.

Są też piwnice, składy i stare domostwa wkopane w gliniane wzgórza, tworzące krajobraz Shire’u, gdzie mieszkają hobbity. Półokrągłe drzwi i okrągłe okna w zboczu pagórka, a powyżej sterczące jak palce kominy. Tolkien, o ile dobrze pamiętam, mało podróżował, ale był chyba kiedyś w Hiszpanii. Ciekawe, czy tu?

Wracam do schroniska i próbuję dowiedzieć się czegoś w internecie, ale schronisko jest już pełne i zanim sprawdzę pocztę, stoi mi nad głową tłumek niecierpliwie czekający na to, że wreszcie sobie pójdę. Sprawdzam więc tylko szybko Atapuerkę, którą minęłam po drodze, nie czekając, aż otworzą wykopaliska dla zwiedzających. Minęło już kilka dni, a ja wciąż nie umiem się opędzić od myśli, że jako archeolog i to jeszcze specjalistka w  zakresie epoki kamienia (ba, podobno nawet miłośniczka tej epoki) wykazałam się kompletną ignorancją. I że przegapiłam jakąś życiową szansę. No i zaiste. W latach 1996 do 1997 w pobliżu miasta Atapuerca odkryto bogate stanowisko archeologiczne, zawierające najstarsze szczątki przodków człowieka znalezione w Europie, pochodzące z okresu sprzed 780 000 do 1 miliona lat. W 2000 roku stanowisko w Atapuerca zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.

Och, jak niedobrze być niedoukiem! Na tym istotnym stwierdzeniu życiowym kończy mi się drugi długopis, a nie wiem, gdzie mam trzeci. I nie chce mi się już wstawać i szukać. Na szczęście Elisabeth, która śpi na sąsiedniej pryczy, w lot pojmuje, co się stało i podaje mi swój długopis. Mogę więc jeszcze zapisać, że na mesecie już piękna jesień. Kwitną całe łany ziemowitów, a krzaki róż okryte są gęstwą czerwonych błyszczących owoców. Ale dominującą rośliną trawiastej wyżyny jest przede wszystkim oset. Wszędzie oset, w każdej fazie rozwoju, od młodziutkich krzaczków, przez kwitnące dorodne rośliny przypominające małe drzewa, po zeschłe badyle, które wiatr toczyłby po stepie jak perekatiepole, oczywiście pod warunkiem, że byłby jakikolwiek wiatr.

 Zasypiam z nogą obłożoną workami z lodem. Jak ja dojdę do Santiago? To przecież jeszcze 350 kilometrów. Wciąż więcej przede mną niż za mną.

Wszystkie zdjęcia znalezione w sieci…

Lusatia alias Vita 10

Tomasz Fetzki

reportaż poetyzujący

Góra po to górą jest, by górowała. Samotna góra, o której opowiadał Viator tydzień temu, wyrastająca pośrodku łużyckich równin, góruje nad miastem. A wyrasta góra pośrodku równin, bo to wulkan – najprawdziwszy, choć milczący już od przeszło 30 milionów lat. Zaś miasto rozłożyło się wygodnie na obu brzegach Nysy Łużyckiej. Dumna góra Sedło strzeże Zhorjelca. Lub, jeżeli tak wam pasuje, Landeskrone wznosi się nad Görlitz. Albo, jeśli taka wasza wola, Korona Ziemi dominuje w panoramie Zgorzelca. 420 metrów nad poziomem morskich fal.

1 Panorama ZgorzelcaZhorjelc z lotu ptaka – a więc zdjęcie, rzecz jasna, pożyczone (Viator dziękuje autorom blogu bielawa-dolna.flog.pl). Na horyzoncie Landeskrone. Po prawej katedra i most na Nysie. I tam się udamy.

2 Most StaromiejskiMost Staromiejski oraz Peterskirche, czyli fara. Zatrzymajmy się tutaj na chwilę.

O czymże dumać na zhorjelckim Brücke? Zaprawdę, jest o czym! A miejsce do dumania wybrane wprost idealnie. Aż się prosi, by przekuć to wszystko w literaturę. Niestety, żeby przekuć, trzeba być literatem – kowalem Słowa. Viator z szacunkiem chyli głowę przed takimi mocarzami – on sam może w tym Słowie co najwyżej podłubać. Ale, jak się nie ma, co się lubi…
Cóż pozostaje? Ćwiczyć panowie, ćwiczyć!

Mesdames et Messieurs, oto wprawki w obróbce Tworzywa dla kandydata na literata.

Część pierwsza: co się da wycisnąć z prefiksu trans-?

Tranzyt. Łużyce, choć leżą w środku Europy, zawsze były narażone na przeciągi i przemarsze. Takoż Zgorzelec: etapem podróży raczej bywał, niż jej celem. Nie tutaj się zdążało, tylko tędy. Na wiele sposobów. A most, na którym stoimy, to wręcz koncentrat tej przechodniości. Lub raczej – most, który wznosił się tutaj przez kilkaset lat, aż do chwili, gdy dzień przed kapitulacją III Rzeszy wysadzili go w powietrze niemieccy żołnierze. Od dziesięciu lat stoi znowu, choć w zmienionej formie. Już od czasów Średniowiecza każdy na dobrą sprawę pątnik, który ze Śląska, Małopolski czy Wielkopolski, a potem z całej Rzeczypospolitej, ruszał do Santiago de Compostela, przechodził przez ten most. Pielgrzym był pospolitym i codziennym elementem zgorzeleckiego pejzażu. Jednym mieszkańcom miasta dawał zarobek, innych niepokoił oraz inspirował. Sami chwytali za kostur i ruszali na pielgrzymi szlak. Ten do Santiago, ów do Rzymu, jeszcze inny do Jeruzalem. Na przykład Georg Emerich, syn kupca i burmistrza (w przyszłości sam zostanie burmistrzem), a przy tym bałamutnik, który za skandale wywołane nieobyczajnymi związkami z białogłowskim plemieniem został wysłany przez szanownego tatusia do Ziemi Świętej dla odpokutowania hańby. Tenże Georg ufundował po powrocie do Zgorzelca trzy budowle, symbolizujące jerozolimskie przybytki. Najsłynniejsza to kaplica z roku 1504, o której pozwolił sobie Viator tydzień temu napomknąć. Heiliges Grab – Kaplica Świętego Grobu. Kopia tego prawdziwego, w Jerozolimie: jest tu przedsionek, jest i komora grobowa.

Owoc pielgrzymki szybko sam stał się miejscem pielgrzymek. I obiektem zazdrości; nie minęło sto lat, gdy Jakub II, opat potężnego żagańskiego klasztoru augustianów, zapragnął mieć taki skarb u siebie.

3 Kaplica Zgorzelec-ZaganMożnaby posłużyć się sakramentalną formułą: znajdź 10 szczegółów… Cudownie po latach odnaleziona Bożenka twierdzi, że kaplice różnią się jedynie ogrodzeniem. I coś w tym jest, Bożenko!

Wszakże nie tylko pielgrzymi Zhorjelc i Most Staromiejski tranzytem przemierzali. Popatrzmy na prawy brzeg. Tuż obok mostu, w centrum rozległego placu, wznosi się obelisk, bogato po barokowemu zdobiony. Jest jak najbardziej tranzytowy.

5 Slup dystansowySłup dystansowy (z oznaczonymi odległościami do poszczególnych miejscowości etapowych) Poczty Polsko-Saskiej. August Mocny musiał zapewnić efektywną komunikację między dwiema swymi stolicami: Warszawą i Dreznem. A przez Zgorzelec wiodła najkrótsza droga. Po prawdzie ten słup to rekonstrukcja, właściwie replika, lecz udana.

Ale jeśli, mimo tak zacnych powiązań, słowo tranzyt brzmi w uszach Czytelnika zbyt technicznie, a za mało literacko, skorzystajmy ze starszej formy, też oznaczającej przejście. Tyle, że między światem a zaświatami. Oto co roku trzeciego października, w wigilię śmierci Ojca Założyciela, wszyscy franciszkanie sprawują w zaciemnionych kościołach, przy świecach jeno, nabożeństwo Transitus. Viator, jak bohater Pieśni Dziadkowej Boya, też mądra jest psiajucha, z niejednej flaszki pijał, dlatego, tak jak i Dziadek, niejedno słyszał i widział swego czasu w Krakowie, w kapoceńskim kościele. A że kapucyni to wierni synowie Franciszka, przeto widział tam i Transitus. Lecz dlaczego mu się on przypomniał tak nagle na Moście Staromiejskim? Ano, był kiedyś w Zgorzelcu klasztor franciszkanów. Nabożeństwo Przejścia święcono i tutaj. Przyszedł jednak czas, gdy się chrześcijanie i tutaj pokłócili o transsubstancjację (mądra jest psiajucha – przecież mówił, he he…) Franciszkanów już nie ma, fara też służy ewangelikom.

Tak, Reformacja zwycieżyła w Zgorzelcu. Ale to nie był koniec walk duchowych. Tutaj spór o istotę transcendencji trwał dłużej i był gorętszy. Także na prawym brzegu Nysy i też doskonale widoczny z Mostu Staromiejskiego, choć nieco dalej niż słup pocztowy, w szeregu innych kamienic przy Kruczym Zaułku, niemal nad samą rzeką, stoi niepozorny budynek. To właśnie tu tajemniczy szewc z poprzedniego odcinka naszej opowieści wadził się z Najwyższym. Ale nie musi już wędrowiec o Jakubie Böhme dodawać ni słowa więcej. Przyszła mu bowiem w sukurs odsiecz skuteczna z dalekiej Australii: zajrzyjcie do komentarza umieszczonego tydzień temu pod tekstem Viatora. Znajdziecie tam niemal wszystko to, co o Fanatycznym Szewcu wiedzieć warto. No, chyba, że zależy wam na translacji jego tekstów – wtedy odwiedźcie TO miejsce.

6 Dom JakubaDom Jakuba Böhme (ten czerwony).

Uwierz, drogi Czytelniku, próbował Viator zmieścić się ze swoimi literackimi wprawkami w jednym odcinku. Ale się nie udało! Dlatego jeszcze raz prosi Cię o cierpliwość, która (nie zapomnij o tym) uszlachetnia. Za tydzień dłubania w Słowie, odkrywania Zgorzelca i Twego uszlachetniania ciąg dalszy. Do usłyszenia!