Über Indien am Sonntag 5

Tanja Krüger & Johanna Rubinroth

Unsere Autorinnen sind immer noch in Indien, diesmal unter anderen da, wo alles motorisierte verboten ist! Wegen der Luft aber auch der Wunsch der Gewerkschaft der Handkarren Wallaa. Matheran. Es ist ein Luftkurort, wo es zwar von den Touristen wimmelt, die sind jedoch alle Einheimischen, solche also, die für Touristen nich als Touristen gelten. Pferde sind erlaubt. In Matheran leben 500 Pferde.

 

Man reitet von einem View-Point zu anderen.

 

Im Wald verfallene Bauten. In der Stadt viel Obst. Targola, Amarut…

Man kommt an mit dem kleinen Zug, später aber wird jeder mit dem Handwagen gefahren, oder auf dem Pferd reiten, manchmal aber auch… ja!… wird man getragen.

Die Autorinnen haben nicht erklärt, was es ist. Plastikbeutel mit Getränke?


Nächste Station Mumbay. Es geht zurück nach Hause.

 

Auf Wiedersehen.

Über Indien am Sonntag 4

Tanja Krüger & Johanna Rubinroth

wandern weiterhin durch Indien, schicken ihre Fotos und sind nach wie vor bei ihren Erklärungen sehr knapp (letztendlich kommt doch alles per WhatsApp). Ich glaube sie waren jetzt in einer Stadt, wo es 50 Tausend Einwohner gibt und 10 Tausend Tempel. Gokarna!? Vielleicht. Schaut euch die Fotos an, die Unterschrifte sammle ich drunter. Weil sie manchmal sogar besser sind als die Fotos. Versucht sie selber einzuordnen…

Gokarna! Auf dem Bahnhof. Auf dem Strand. Tempel im Bahnhof. Besucherinnen aus aller Welt. Tempel. Elephant aus den Blumen. Kolam. Kopf zum Banannenblatt statt Hand mit Löffel zum Mund. Sieben Becken zum Eintauchen bei einem Tempel. Müll. Ochse mit grünen Hörnern. Penis-Tempel. …. Schlafende. Selfie bei der Toilette. Singender Tempel-Automat auf dem Bahnhof. Tag und Nacht singen Blinden unter unseren Fenstern. Elefanten-Tempel. Tempelgucken vom Roof. Elefanten vor dem Tempel. Unglaublicher Tempel. …. Wassebüffel.

Gokarna. Stadt in Südindien.

Ich schaue in der Wikipedia. Und das erste, was ich finde, ist eine Text über Gokarna auf Tschechisch. Gokarna, město poutníků, klidných pláží a skvělého jídla. Stadt der Pilger, Strände und des wunderbaren Essens. Ich schaue mir die Fotos an und denke, na ja, das ist eben genau das. Mehr braucht man nicht zu wissen. Ach, doch, vielleicht woillen wir doch wissen, was ein kolam ist. Die Wikipedia sagt etwas Erstaunliches: Kolam ist ein meist zentrisch symmetrisches Muster, das viele Frauen in Südindien täglich mit weißem oder auch gefärbtem Reismehl im Eingangsbereich ihres Hauses anfertigen.

Täglich!

Barataria 58 Kuba (reblog)

Można by powiedzieć, że trochę sobie ułatwiam, dobrowolnie wszak przyjętą, rolę baratarystki, publikując od czasu do czasu reportaże z podróży na “zwykłe wyspy”. Pragnę więc zaznaczyć, że nigdy nie są to zwykłe wyspy! Zawsze jest w nich element szaleństwa, fantazji, a przede wszystkim utopii, atopii czy dystopii – a zatem prób stworzenia oderwanego od rzeczywistości świata idealnego, rządzonego przez… no… prawo i sprawiedliwość.

Piotr Beszczyński

Z – kubana dobra zmiana

…i nagle, nie pamiętam dokładnie w jaki sposób, znalazłem się twarzą w twarz z Kaczyńskim. No, niezupełnie, bo musiałem go w tym celu złapać za klapy i dość znacznie unieść, co nie było łatwym zadaniem. Wściekłość dodała jednak sił i krzyknąłem mu w oczy coś w rodzaju „co wyprawiasz z Polską, ty taki-owaki”. Zmieszał się i jąkając zaczął tłumaczyć, że wszystko idzie w dobrą stronę i niedługo już zakończymy wspólnie z Turcją i Arabią Saudyjską budowę promu kosmicznego…

…koszmar senny obudził mnie. Byłem w mieście Santa Clara, leżącym mniej więcej w centrum Kuby. Zwycięskie zbrojne starcie rewolucyjnej guerilli Che Guevary z niedobitkami wojsk Batisty pod Santa Clara przypieczętowało przed sześćdziesięciu laty zwycięstwo kubańskiej dobrej zmiany. Krótki pobyt na wyspie stał się niezłą okazją do obserwacji i refleksji na tematy związane z efektami nagłych (i oczywiście opiewanych przez ich animatorów jako dobre) zmian w biegu dziejów. Nie zrażajcie się jednak tą zapowiedzią, bo wspomnę też o milszych kubańskich klimatach.


No właśnie, kubańskie klimaty determinuje tamtejszy klimat; lutowe +26 stopni i słońce na niebie sprawiają, że ludziom łatwiej jest żyć mimo wszelkich opresji, że chce im się grać, śpiewać i tańczyć, a nie zatruwać myśli wielką polityką i mniejszymi kłopotami. Popatrzcie zatem, jak zapamiętała wizerunki wyspiarzy matryca mojego aparatu.

Na Kubie nie było ze mną niestety Ani, zatem nie znajdziecie w tej relacji jej rysunków, zazwyczaj zdobiących wpisy na tym blogu. Jedyny szkic (powyżej), mający przedstawiać autora relacji, wykonała w ulubionym hawańskim barze Hemingwaya „Bodeguita del Medio” miejscowa rysowniczka, na prośbę inspiratorów i dobrych towarzyszy kubańskiej eskapady, Inge i Jana. Zwabiła nas oczywiście muzyka, której kawałki stamtąd, jak też z ulic Hawany oraz knajpy w Santa Clara możecie posłuchać tutaj.


Mijają dwa lata od podjęcia prób zainteresowania (bądź znudzenia, uchowaj Panie) całkiem szerokiego grona PT Czytelników blogu opisami moich prawdziwych, bądź wirtualnych peregrynacji. Dość przypadkowo zbiegło się to z początkami tzw. „dobrej zmiany” w Polsce, co naturalnie zainspirowało obserwacje i porównania z tym, jak się sprawy mają w różnych opisywanych miejscach, ażeby próbować zrozumieć dziwne procesy dziejące się w kraju. Kuba, przy zachowaniu wszystkich geograficzno – historycznych proporcji, jest całkiem ciekawym poligonem dla takich obserwacji i porównań. Rewolucja tamtejsza rozegrała się na dobre sześćdziesiąt lat (bez mała trzy pokolenia) temu i jej efekty widoczne są wszędzie. Postaram się niektóre z nich pokazać lub opisać, dla ciekawości dokonując tu i ówdzie uproszczonych porównań.


Ruina

Hasło „Polska w ruinie” było jednym z wielu, które skutecznie otumaniły przeważającą część wyborców w 2015 roku. Od tego czasu udało się rządzącym zrujnować kruche podstawy demokratycznego ustroju państwa, a teraz zabierają się na dobre do rujnowania lokalnej samorządności, aby pomyślność obywateli dekretować centralnie, jak kiedyś tutaj, a ciągle jeszcze na Kubie.

Tamtejsze materialne rezultaty takiego stanu rzeczy – do obejrzenia poniżej:

Religia

  • Tutaj jest widoczna bodaj największa różnica między „dobrymi zmianami” – polską i kubańską.
  • U nas mianowicie gra na religijnych sentymentach i wykorzystanie wpływów katolickiego Kościoła było i jest jednym z najważniejszych instrumentów „urabiania” ludu w kierunku politycznie pożądanym dla partii i rządu. Na Kubie – Fidel i spółka po dojściu do władzy zabrali się energicznie do rugowania wszelkich przejawów życia religijnego.
  • Na szczęście nie zburzyli licznych pięknych kościołów, zaś ludzie, jak to z reguły bywa w takich okolicznościach, kultywowali swoją wiarę w sposób dyskretny. Wiara tamtejsza ma przeważnie ryt rzymsko – katolicki, czasem protestancki, ale jest też wielka liczba wyznawców santerii – unikalnej kompilacji katolicyzmu z przywiezionymi przez afrykańskich niewolników wierzeniami. Na jednym ze zdjęć – grupa wyznawców santerii na hawańskim cmentarzu, przed pogrzebem.
  • Wyraźne poluzowanie w antyreligijnej polityce reżimu nastąpiło po wizycie na Kubie w 1998 roku Jana Pawła II, dzięki czemu jest on tam, obok Roberta Lewandowskiego oczywiście, najpopularniejszym Polakiem.
  • A, przypomniała mi się a’propos Fidelowej walki z religią przypowiastka sprzed lat, łącząca ten epizod ze starym polskim powiedzeniem: nad wyspą ukazała się mianowicie spomiędzy chmur wielka d… Bo „jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”.

  • Złoty ołtarz kościoła w Remedios był przez stulecia zamalowany białą farbą w obawie przed piratami – oczyszczono go dopiero krótko przed rewolucją.

Różność, równość

  • Wspomniane wyżej różnice związane z dobrozmianową rolą i losami kościołów tu i tam ustępują jednak przy zewnętrznym oglądzie innemu zjawisku. To absolutna, niewyobrażalna w polskich warunkach (zwłaszcza obecnie) tolerancja rasowa, kulturowa i obyczajowa. Nie wiem, czy funkcjonowała wcześniej, czy też jest to zasługa rewolucyjnej „urawniłowki” (przeorania społeczeństwa, jak mówi nasz Zbawca Narodu, tylko w przeciwnym kierunku), ale budzi uznanie, szacunek i zazdrość, że jednak można. Nie dyskutuje się o tym, bo wszyscy uznają taki stan rzeczy za normalny.

Mocarstwa

  • Przez ponad pół wieku przed rewolucją, po wojnie hiszpańsko – amerykańskiej w 1898 roku , Kuba znajdowała się w orbicie wpływów USA. Trudno się zresztą dziwić, wszak do Florydy można stamtąd niemal kamieniem dorzucić. Był to czas całkiem przyzwoitego rozwoju gospodarczego wyspy, ale też typowo latynoskich nieładnych zabaw we władzę.
  • Jak zwykle w sytuacjach, gdy ekonomia się poprawia, to najpierw poprawia się status tych, którzy w poprawę ekonomii wkładają najwięcej inwencji i pracy (zdarza się też, niestety, że na granicy prawa). Z reguły u pozostałej części społeczeństwa rodzi to uczucia będące mieszaniną zawiści i zakompleksienia, przyprawione sentymentami o charakterze „godnościowym”. A zatem – tworzące bazę społeczną dla wszelkiej maści apostołów „dobrych zmian”.
  • W dodatku – i tu zadziwiające podobieństwo sytuacji kubańskiej sprzed sześćdziesięciu lat i polskiej obecnie – umiejętnie inspirowanych i wykorzystywanych przez sprawną politykę moskiewską.
  • Kuba w krótkim czasie po rewolucji stała się de facto sowiecką bazą wojskową, co na początku lat sześćdziesiątych XX wieku doprowadziło do największego po II wojnie światowej kryzysu w stosunkach między ówczesnymi supermocarstwami, z najwyższym trudem zażegnanego środkami politycznymi. Stany Zjednoczone na różne sposoby próbowały przyciągnąć Kubę z powrotem pod swój parasol – bez widocznego efektu, jak dotychczas.
  • Największą plamą na ich reputacji (obok blokady ekonomicznej) jest żywe wspomnienie fatalnie przygotowanej interwencji zbrojnej w postaci odpartego przez siły Fidela Castro desantu na Playa Giron w Zatoce Świń w 1961 roku. Dzisiaj w miejscu desantu stoi okazały hotel, (najwyraźniej dla aktywu partyjnego), zaś plaża chroniona jest przed ewentualnym kolejnym desantem betonowymi umocnieniami.
  • Sama zaś Zatoka Świń – to znakomity akwen nurkowy, z łatwym dostępem do efektownych ścian rafowych, świetnych jaskiń (jak jukatańskie cenoty) i tanimi wypożyczalniami sprzętu.
  • Najwyżej cenionym reliktem dawnej amerykańskiej obecności są tysiące ciągle działających krążowników szos z połowy XX wieku, pomiędzy którymi bez kompleksów pomykają trochę tylko młodsze polskie maluchy.

Spirytusy movensy d… zmian

  • Pokrótce: Rewolucję kubańską też rozkręcili bracia, jednak nie bliźniacy. Jeden już nie żyje, drugi (młodszy) zapowiedział oddanie w najbliższym czasie odziedziczonej po Fidelu władzy. Komu? Najchętniej własnemu synowi, co powinny potwierdzić wkrótce wolne, oczywiście, wybory. Znawcy sugerują jednak, że może dojść przy tej okazji do niespodzianek, zobaczymy. Póki co billboardowe konterfekty Raula, opatrzone jego złotymi maksymami – to jedyne reklamy widoczne przy kiepskich kubańskich drogach
  • Braciszkowie Castro mieli naturalnie szerokie grono pomocników, z których części udało się nawet dość długo utrzymywać przy życiu. Najbardziej znany to Ernesto „Che” Guevara, który eksportując rewolucję na różne strony „trzeciego świata” tak nadstawiał karku, że w końcu zginął podczas awantury boliwijskiej. I on właśnie, trafiając fartownie z terminem swojego zgonu w czas ogólnoświatowego młodzieżowego zamętu końca lat 60, stał się jego ikoną, po dzień dzisiejszy zdobiącą miliony T-shirtów na całym globie.
  • Jak naprawdę postrzegają Kubańczycy tę ferajnę i jej dzieło – nie udało nam się wprost dowiedzieć; instytucja „sygnalistów” funkcjonuje na wyspie najwyraźniej sprawnie i zbaczanie w rozmowach na tematy polityczne skutkuje, w najlepszym razie, deklaracjami typu „nie jesteśmy bogaci, ale mamy co jeść”. Ale wizerunkowo – przynajmniej z wierzchu – rewolucja jest dla nich ciągle na swój sposób „sexy”.

  • Tu krótka dykteryjka: latem zeszłego roku zobaczyłem na gdańskiej starówce sklep z wielkim szyldem „Odzież Patriotyczna”. Wiedziony ciekawością wszedłem i spytałem, czy dostanę koszulkę z wizerunkiem Prezesa. Trzej stosownie zbudowani i wytatuowani subiekci spojrzeli ze zdziwieniem, a najbardziej rozgarnięty wodząc ręką po ścianach zapełnionych husarskimi skrzydłami i kotwicami w różnych rozmiarach rzucił „Jest to, co widać!”. „A właściwie, to czemu koszulka z Prezesem?” – zainteresował się drugi. „No bo odzież patriotyczna tutaj…” odezwałem się z malejącą śmiałością. Na to trzeci: „Panie, co on tam za patriota!” Wychodzi na to, że biedny Prezes nie tylko nie przyozdobi niczyich piersi, ale wręcz może mieć problem (gdy przyjdzie czas…) z zachowaniem go we wdzięcznej pamięci, nawet przez jego obecnych pupilków.

Ekonomia

  • Wszyscy wiedzą, że podstawą kubańskiej gospodarki jest uprawa trzciny cukrowej. Powstaje z niej cukier, źródło cennych dewiz, ale przede wszystkim – rum, dzięki któremu lżej przeżywać rewolucyjne zamęty. Barmani tamtejsi mają miły zwyczaj dolewania rumu do koktajli na prośbę konsumenta w dowolnych ilościach, bez dopłaty.
  • Ale zanim do tego dojdzie – trzeba zebrać trzcinę, na tle której godnie prezentuje się nasz wypożyczony nie bez trudu chiński wehikuł, który wszakże dał radę i nie rozpadł się w trakcie dość forsownego objazdu zachodniej połowy wyspy.

  • Cygar tamtejszych nie trzeba zachwalać – nawet te ukręcone na miejscu przez gospodarza w tytoniowym zagłębiu Kuby, malowniczym Vina.
  • Do obserwacji związanych z kubańską ekonomią zaliczyć można bez wątpienia widoki mniejszych lub większych grup ludności, wyczekującej prawdopodobnie niedzieli, kiedy to będzie można spokojnie odpocząć:
  • Nowe technologie: sieci komórkowe funkcjonują poprawnie (aczkolwiek roaming jest zabójczo drogi), natomiast dostęp do internetu jest najwyraźniej kontrolowany i ograniczany do publicznych hot-spotów, gdzie licznie gromadzący się chętni mogą, po wykupieniu specjalnej jednorazowej karty, dostąpić łaski zalogowania do sieci:
  • Inwestycje w przemyśle wczasowym. Już samo sformułowanie „przemysł wczasowy” przyprawia o dreszcze, przywodząc wyobrażenie masy ludzkiej poddawanej obróbce solarno – futrującej w formacie all inclusive, w specjalnych ośrodkach koncentracyjnych. Socjalistyczne państwo kubańskie inwestuje w takie ośrodki, starając się izolować je najlepiej jak się da, od społeczeństwa.
  • Pojechaliśmy specjalnie obejrzeć efekty wielkiego projektu na Cayo Santa Maria – istny horror w klimatycznym raju. Archipelag dziewiczych wysepek połączono z północnym wybrzeżem blisko czterdziestokilometrową drogą na specjalnie usypanej grobli i upchnięto na nich dziesiątki hoteli. Wjazd na groblę – po okazaniu paszportu.
  • Oprócz autokarów wiozących wczasowiczów, wpuszczane są jedynie pojazdy związane z ciągle prowadzonymi budowami, z zaopatrzeniem dla hoteli, oraz z ich personelem mieszkającym na stałe w okolicznych miasteczkach, w obiektach nieco różniących się standardem od miejsc jego pracy:
  • Turystyka. Powyżej napomknąłem o „przemyśle wczasowym”, który do pewnego stopnia można kojarzyć z turystyką, a który generuje sporą część kubańskiego dochodu. Trwająca od kilku lat ograniczona odwilż gospodarcza poskutkowała natomiast szybkim zaistnieniem warunków także dla indywidualnego zwiedzania tego naprawdę ciekawego kraju.
  • Mam tu na myśli w pierwszym rzędzie umożliwienie prowadzenia kwater prywatnych (casas particulares), oraz prywatnej gastronomii. Podczas naszego objazdu korzystaliśmy wyłącznie z tych niepaństwowych placówek; było skromnie, ale zawsze czysto i smacznie (kubańska kuchnia – palce lizać!)

Na początku wpisu było trochę chwytanych w biegu kubańskich twarzy i postaci, na koniec zaś, jeśli mieliście cierpliwość dotrzeć do tego miejsca, obejrzyjcie porcyjkę tamtejszych malowniczych landszaftów.

Otwiera ten przegląd fotografia stojącego na dziedzińcu dawnego pałacu gubernatorskiego w Hawanie pomnika Krzysztofa Kolumba. Kuba była pierwszą dużą wyspą w pobliżu kontynentu amerykańskiego, odkrytą przez historyczną wyprawę w październiku 1492 roku.


Wydarzenie to zapoczątkowało epokę wielkich odkryć geograficznych, których kulminacją była wyprawa dookoła świata podjęta przez Magellana, a zakończona przez Elcano w trzydzieści lat po lądowaniu Kolumba na Kubie. Kontynuacją zaś tych dokonań jest niniejszy blog, o czym pamiętacie, mam nadzieję :-).


Jose Marti – taki trochę Piłsudski kubański

Kwartał domków w Hawanie przerobiony na przedziwną instalację przez mieszkającego tam od dawna niemieckiego artystę Fustera:

Adios!

Über Indien am Sonntag 3

Tanja Krüger & Johanna Rubinroth

.. aus Indien

Diesmal sind Unterschrifte ganz knapp: Frauen, im südindischem Dorf, Ausflug zu Heiliger Insel Rameshwarm. Daher greife ich zur Wikipedia zu:

Rameswaram (Tamil: இராமேஸ்வரம் Irāmēsvaram [(ɨ)ˈɾaːmeːsʋəɾʌm], auch Rameshwaram, Ramesvaram) ist eine Stadt im südindischen Bundesstaat Tamil Nadu. Sie liegt im Distrikt Ramanathapuram auf der dem Festland vorgelagerten Insel Pamban in der Meerenge zwischen Indien und Sri Lanka. Als Ort, an dem Rama nach seiner Rückkehr aus Lanka den Gott Shiva verehrt haben soll, gilt Rameswaram als einer der heiligsten Orte des Hinduismus und ist daher einer der wichtigsten Wallfahrtsorte Indiens.

Über Indien am Sonntag (2)

Tanja Krüger und Johanna Rubinroth

sind in Indien. Sie schicken mir per Whats App jede Menge Fotos mit lustigen Unterschriften. Ich dachte, ich könnte diese Fülle einordnen, bin aber gescheitert. Ich weiss nicht, wo sie sind. Indien halt. Viel Spaß!

Ach… Sie sind in Ayodhya, die Stadt mit 50.000 Einwohner und 10.000 Tempeln.

2 westlichen Touristinnen in heiliger Bemalung

Eigentlich wollte ich heute etwas über indische Frauen berichten (ist doch immer eine Art Oktave vom Frauentag). Zu diesem Foto gab es folgene Beschreibung: und ladies – manche so gebleacht, dass sie heller sind als wir.

Dann kommen die Russinnen. Zuerst ein bisschen Lektüre …

Dann diese zwei Fotos:

Und extatischer hare-gesang von erleuchteten russinnen, die nach dem plündern einiger india-shops aussehen wie kolchose-feld-arbeiterinnen

 Aber auch Indien wie wir sie kennen und lieben…

Dame mit Neon-Orange-farbenen Haarscheitel

Lord Ganesha, in Licht duschend bei einer Hochzeitparade…

Hier ist das Foto sparsam, die Unterschrift dazu desto köstlicher…

Da reingehen, eine Runde drehen, dabei in auf dem Boden gemalten 150 Lotosblüten treten, und in jeder Lotosnlüte stehen bleiben und sehr sehr schnell Murmeln: Hare Krishna Hare Krishna Krishna Krishna hare Hare. RAM Hare RAM. RAM RAM Hare Hare. Hinterher nicht wundern wenn statt: Ich gehe mir mal die Hände waschen – rauskommt: Ich gehe mir mal Haare waschen. 

Im Tempel hängt ein Bild von Krischna hinter einem Vorhang. Der wird nur alle ein paar Minutern geöffnet, weil man sonst in Ohnmacht fällt. Wenn der Vorhang geöffnet ist, drängelt man sich mit 1000 Indern nach vorne, reißt die Arme hoch, brüllt Gebete und wirft Blumenketten ungefähr in Richtung Statue – ein unvergessliches Erlebnis.

Der Priester erklärt Tanja, dass dieser Stelle so heilig ist, weil hier der Gott Krishna sich ausgeruht hat, nachdem er seinen Onkel erschlagen hat.

Hare hare hare hare


1900 Jahre alte Ladies aus der Kushama Periode. Mit dem Papagei, mit Wein, mit Schwert. Alltag.

Und danach eine Runde obligatirische Selfies.

Barataria 56 Island on dry land (Reblog)

THE HISTORY OF LOUISIANA, OR OF THE WESTERN PARTS OF VIRGINIA AND CAROLINA
Containing a DESCRIPTION of the Countries that lie on both Sides of the River Missisippi. With an ACCOUNT of the SETTLEMENTS, INHABITANTS, SOIL, CLIMATE, AND PRODUCTS.

Translated from the FRENCH Of M. LE PAGE Du PRATZ;
With some Notes and Observations relating to our Colonies.

Supposedly is Benjamin Smith Bartonan owner of Le Page`s book.

Reblog, p. 145

Let us return to Manchac, where I quitted the Missisippi; which I shall cross, in order to visit the west side, as I have already done the east. I shall begin with the west coast, which resembles that to the east; but is still more dry and barren on the shore. On quitting that coast of white and crystal sand, in order to go northward, we meet five or six lakes, which communicate with one another, and which are, doubtless, remains of the sea. Between these lakes and the Missisippi, is an earth accumulated on the sand, and formed by the ooze of that river, as I said; between these lakes there is nothing but sand, on which there is so little earth, that the sand-bottom appears to view; so that we find there but little pasture, which some strayed buffaloes come to eat; and no trees, if we except a hill on the banks of one of these lakes, which is all covered with ever-green oaks, fit for ship-building. This spot may be a league in length by half a league in breadth; and was called Barataria, because enclosed by these lakes and their outlets, to form almost an island on dry land.


One league means 5556 meters or 5,5 kilometer.


 

 


Fort Bute or Manchac Post was established on a board between Florida and Louisiana in 1763 at the junction of Iberville River (Bayou Manchac) with the Mississippi River. It was an important military and trading post in British West Florida until captured by Spanish forces on 1779, during what became known as Battle of Fort Bute of the American Revolutionary War. Manchac was one of the originally-planned stations along the railroad, which were generally at ten-mile intervals. It was a part of the Canadian National Railway system.

Canadian! In Luisiana!

The name “Manchac” derives from a Choctaw expression for “rear entrance” and really – it was a sort or rear entrance to Lake Pontchartrain, a lake we know already – Halfway House Jazz Orchestra was playing its New Orlans Jazz 1925 – 1936 in a Halfway House what was build on a half way from New Orleans to that lake.

So if we see that sober, the Barataria Jazz have been somewhat similiar to the situation of  giving a title Chelsea for a Jazz composition made in a studio located in Chelsea. Or something like that.


M. LE PAGE Du PRATZ was an interesting personality.

Antoine Simon Le Page Du Pratz was a Dutchman, as his birth in Holland about 1695 apparently proves. He died in 1775, just where available records do not tell us, but the probabilities are that he died in France, for it is said he entered the French Army, serving with the Dragoons, and saw service in Germany. While there is some speculation about all the foregoing, there can be no speculation about the statement that on May 25, 1718 he left La Rochelle, France, in one of three ships bound for a place called Louisiana.

For M. Le Page tells us about this in a three-volume work he wrote called, Histoire de la Louisiane, recognized as the authority to be consulted by all who have written on the early history of New Orleans and the Louisiana province.

Le Page, who arrived in Louisiana August 25, 1718, three months after leaving La Rochelle, spent four months at Dauphin Island before he and his men made their way to Bayou St. John where he set up a plantation. He had at last reached New Orleans, which he correctly states, “existed only in name,” and had to occupy an old lodge once used by an Acolapissa Indian. The young settler, he was only about 23 at the time, after arranging his shelter tells us: “A few days afterwards I purchased from a neighbour a native female slave, so as to have a woman to cook for us. My slave and I could not speak each other’s language; but I made myself understood by means of signs.” This slave, a girl of the Chitimacha tribe, remained with Le Page for years, and one draws the inference that she was possessed of a vigorous personality, and was not devoid of charm or bravery. Le Page writes that when frightened by an alligator approaching his camp fire, he ran to the lodge for his gun. However, the Indian girl calmly picked up a stick and hammered the ‘gator so lustily on its nose that it retreated. As Le Page arrived with his gun, ready to shoot “the monster,” he tells us: “She began to smile, and said many things which I did not comprehend, but she made me understand by signs, that there was no occasion for a gun to kill such a beast.”

It is unfortunate, for the purpose of sociological study, that this Indian girl appears so infrequently in the many accounts Le Page has left us in his highly interesting studies of early Louisiana and its original inhabitants. He does not even tell us the Indian girl’s name.

We are told that after living on the banks of Bayou St. John for about two years, he left for the bluff lands of the Natchez country. His Indian girl decided she would go with him, as she had relatives there. Hearing of her plan, her old father offered to buy her back from Le Page. The Chitimacha girl, however, refused to leave her master, whereupon, the Indian father performed a rite of his tribe, which made her the ward of the white man—a simple ceremony of joining hands.

Le Page spent eight years among the Natchez and what he wrote about them—their lives, their customs, their ceremonials—has been acknowledged to be the best and most accurate accounts we have of these original inhabitants of Louisiana. He has left us, in his splendid history, much information on the other Indian tribes of the lower Mississippi River country.

Antoine Simon Le Page Du Pratz tells us he spent sixteen years in Louisiana before returning to France in 1734. They were years well spent—to judge by what he wrote.

As it was written and published in the French language, Le Page’s history proved in many instances to be a tantalizing casket of historical treasure that could not be opened by those who had not mastered French. The original edition, published in Paris in 1758, a score of years after the author landed in New Orleans, was followed in 1763 by a two-volume edition in English, and eleven years later in 1774, by a one-volume edition in English, entitled: “The History of Louisiana, or of the Western Parts of Virginia and Carolina.” The texts in the English editions are identical.

Fortunately, early historians who could not read the French edition, were now able to read M. Le Page’s accounts of his adventures in the New World. Unfortunately, especially for present day historians, the English editions have become increasingly rare—many libraries do not have them on their shelves. Therefore, the present re-publication fills a long-felt want.

STANLEY CLISBY ARTHUR

(Mr. Arthur is a naturalist, historian and writer, and executive-director of the Louisiana State Museum.— J. S. W. Harmanson, Publisher.)


In Manchac went the young colonist from th Mississipi river, going either east or west. An here fe found Barataria. It s for him no place of resemblance on Don Quijote or Cervantes or Sancho Pans, but only a word meaning an an island on dry land, exactly as the place Sancho Pansa got als his Governement. It is exatly one hundred years after publishing a second part of Don Quijote, where Barataria was described. The name is already existing, given to the place for sure some years or maybe even some decades before.

I try modestly to put here my simple question:

Was the word Baratria invented by Cervantes which (VERY QUICKLY!!!) became synonyme to an island on dry land? (Was he word inventor? Or quotations author?) When it became proverbial?

Or was it always the description for it and Cervantes picked it as all writers do with words?

Über Indien am Sonntag (1)

Johanna Rubinroth & Tanja Krüger

Bye bye Berlin & Happy Hola

 

Und ab nach Mumbai…

Frühstück im Leopolds, das seit dem Buch Shantram unglaublich berühmt ist, auch für seine Einschusslöcher während der Anschläge 2006 und mit Taschenkontrolle.

… Ach und im Taxi ein LIPSTICK HIMMEL.

Wie Sonntag!

Abnkunft Allahabad

wo Reis an Menschen verteilt wird…

Sonntagsboot (oben) und (untern) Pilger und Dalits (die Kastenzugehörigen der Unberührbaren, die früher glöckchen tragen mussten damit der höher kastige sie nicht sehen, geschweige denn in IHREN SCHATTEN treten musste…) hausen…

Bei Indien Railways ist ein Essen im Ticket Preis mit inBegriffen.

Holy resten. (Holy das indische frühlings-begrüssungs-fest an dem alle alle mit giftiger farbe bewerfen) hier wurde es ein bisschen gefährlich: eine riesige staubige strasse, mit scheppernder blecherner musik aus lautsprechern, 400 halb nackte besoffene verdrogte pink beschmierte vor testosteron schäumende wild tanzende gewaltbereite männer… wir nicht nur die einzigen touristen – erst recht die einzigen frauen… flucht durch weitere staubige strassen mit auf motorrädern rasenden (3 pro motorrad) (in pulks von 3 – 7 motorrädern) halbnackten pink beschmierten typen… holy-horror-apokalypse…

Happy Holy! … und weil wegen holy alles geschlossen zum ende den majaradscha-spicy-burger im rindfleisch-freien mc-donalds.

Am nächsten Sonntag: Von den Frauen…

Reblog: Królestwo, jakiego nie znacie

Reblog

Magda Bębenek

O Hawajach słyszeliśmy wszyscy, ale tak naprawdę prawie nic o nich nie wiemy. Kojarzą nam się z atakiem na Pearl Harbour, tancerkami w stanikach z kokosów i spódniczkach z trawy oraz zestawieniami najpiękniejszych plaż świata.

Tymczasem 17 stycznia br. tysiące Hawajczyków wyszło na ulice Honolulu, by uczcić swoją ostatnią królową, Lili’uokalani. W dniu 125 rocznicy obalenia jej rządów za sprawą zbrojnego przewrotu, zainicjowanego przez amerykańskich przedsiębiorców i przeprowadzonego w asyście amerykańskich wojsk, machali hawajską flagą i śpiewali hawajskie pieśni. Przyszli uczcić Lili’u, jak ją czule nazywają, ale również pokazać, że nadal tu są – potomkowie rdzennych Hawajczyków nie wyginęli.

Uczeni o Kapitanie Cooku i karmieni historiami jego wypraw oraz „odkryć” na Pacyfiku, a także znając Hawaje jako „pięćdziesiąty stan USA”, nie mamy pojęcia o bogatej historii tego archipelagu, ani o tradycjach i kulturze jego mieszkańców. Podobnie jak o ich państwowości, ciągnącej się od ponad wieku okupacji oraz coraz głośniej wyrażanych dążeniach do odzyskania niepodległości.

Gdy w 1778 roku Cook dotarł do wysp, które nazwał Sandwich Islands, Hawajczycy, Mauijczycy, Kauijczycy, Molokajczycy czy Oahuczycy (nazwy zmyślone przeze mnie na potrzeby tego wpisu), żyli tam już od ponad tysiąca lat (A). „Hawajczykami” nazywani byli jedynie mieszkańcy największej z wysp, Hawai’i, na świecie znanej pod nazwą Big Island. Przybyli oni z Tahiti, w tradycyjnych drewnianych czółnach, przepływając prawie 4500 kilometrów oceanu w linii prostej. Posługiwali się starożytną polinezyjską sztuką nawigacji morskiej, opierającą się na obserwacji elementów przyrody, głównie gwiazd, prądów morskich i fal. Opis tego wydarzenia żył w świadomości kolejnych pokoleń Hawajczyków (B) za sprawą tradycyjnych przekazów ustnych.

Ilustracja z książki Johna Webbera, angielskiego artysty, który brał udział w wyprawach Kapitana Cooka. "Owyhee" to jedna z ówczesnych nazw Hawajów wśród cudzoziemców.

Ilustracja z książki Johna Webbera, angielskiego artysty, który brał udział w wyprawach Kapitana Cooka. „Owyhee” to jedna z ówczesnych nazw Hawajów wśród cudzoziemców.

Hawajski kompas gwiezdny odtworzony przez Nainoa Thompsona na podstawie nauk pobranych od mikronezyjskiego nawigatora Mau Piailug’a

Pięć lat po tym, gdy Cook pierwszy raz dobił do archipelagu (drugi raz skończył się jego śmiercią, co wiąże się z fascynującą historią pełną zbiegów okoliczności, hawajskiej mitologii i… żelaza), młody wódz (ali’i) z wyspy Hawai’i, Kamehameha, zaczął swoją kampanię, mającą na celu podbicie wszystkich wysp. Dzięki dostępowi do broni palnej i prochu z Chin, wojsku, które zostało przeszkolone przez dwóch Brytyjczyków, oraz przejętemu wcześniej okrętowi Fair American, w 1810 roku Kamehameha (C) został ali’i nui Kamaehamehą I, pierwszym władcą zjednoczonego Królestwa Hawajów. Ustanowił tym samym dynastię królewską, która przetrwała sześćdziesiąt dwa lata.

W czasie śmierci Kamehamehy V i przejęcia władzy przez jego kuzyna Lunalilo, pierwszego powszechnie wybranego króla hawajskiego, Hawaje były już monarchią konstytucyjną z ministerstwami, Izbą Reprezentantów i Izbą Możnych (The House of Nobles). Mało tego, od 1842 roku uznawane były na arenie międzynarodowej za niepodległe państwo, a od 1846 roku Królestwo Hawajów podpisywało traktaty z najpotężniejszymi nacjami świata. Do czasu amerykańskiego przewrotu zbrojnego pod koniec XIX w. i rozpoczęcia okupacji, Hawaje powołały ponad dziewięćdziesiąt konsulatów i poselstw w miastach i portach całego globu.

Poczet królów hawajskich. Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 176

Królowie Hawajów
Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 176

Poczet królowych hawajskich. Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 178

Królowe Hawajów
Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 178

Kochani Czytelnicy, jeśli chcecie się dowiedzieć, co dalej, musicie się przenieść na bloga do Magdy Bębenek. Zróbcie to koniecznie, bo historia (Historia) jest fascynująca. A aby Was zachęcić, zostawiam tu zdjęcie tej niezwykłej królowej Hawajów :-).

Ostatnia królowa Hawajów, uwielbiana współcześnie Lili'uokalani

Ostatnia królowa Hawajów, uwielbiana powszechnie Lili’uokalani

Dalej i kolejne teksty TU


    1. W opracowaniach historycznych znaleźć można różne teorie dotyczące tego, kiedy pierwszy Polinezyjczy dotarli na Hawaje. Jedni mówią, że już na początku pierwszego tysiąclecia, inni, że na początku trzynastego wieku. Portal GoHawaii, prowadzony przez Hawajską Izbę Turystyczną, podaje „1500 lat temu”, czyli około roku 500 n.e.
    2. Terminu tego używać będę w jego współczesnym kontekście, to znaczy w odniesieniu do potomków polinezyjskich mieszkańców całego archipelagu.
    3. Pełne hawajskie imię: Kalani Pai’ea Wohi o Kaleikini Keali’ikui Kamehameha o ‚Iolani, i Kaiwikapu kau’i Ka Liholiho Kūnuiākea 🙂

Christmas in Weißrussland/ Belarus/ Białoruś/ Беларусь

W samą wigilię Bożego Narodzenia (24 grudnia, czyli 6 stycznia według kalendarza juliańskiego), zwaną po rosyjsku soczelnikiem, obowiązuje prawosławnych najostrzejszy post w ciągu tych 6 tygodni. Powstrzymują się wówczas cały dzień od jedzenia. Wieczorem spożywa się kutię, zwaną biedną (postną). Kutia bogata ze specjalnymi dodatkami spożywana jest dopiero w noc noworoczną, czyli z 13 na 14 stycznia i w uroczystość Chrztu Pańskiego (19 stycznia).

Johanna Rubinroth & Tanja Krüger

Vom Siegesstern zum Weihnachtsstern / Od Gwiazdy Zwycięstwa do Gwiazdy Betlejemskiej

Przed świętami w Londynie

Zbigniew Milewicz

Londyn przedświątecznie

Kiedy w lipcu tego roku Książę William wraz z małżonką Kate odwiedzili kurtuazyjnie Warszawę i Gdańsk, a później Berlin, aby ocieplić brexit, który rzucił cień na Wielką Brytanię, od razu pomyślałem o rewizycie. Tylu Polaków wyjeżdża od lat na Wyspy, a ja do tej pory tylko palcem po mapie, trochę wstyd. Oczywiście najbardziej ciekaw byłem Londynu, jego pomników bogatej historii oraz współczesności i prawdopodobnie jeszcze tylko Asia, moja współtowarzyszka podróży, leciała w tym samym celu, reszta pasażerów wizzaira niechętnie wracała z domu do pracy w Anglii. Takie przynajmniej sprawiali na mnie wrażenie: szare, osowiałe twarze bez wyrazu, drętwe pozy w fotelach poczekalni lotniska, zero komunikacji między sobą, bardziej przypominali roboty niż ludzi. Ale może winna temu była wczesna pora dnia, kto o szóstej rano późną jesienią ma skowronkowy nastrój…

Ponieważ Śląsk nagle zaatakowała śnieżna zima i nasz samolot wymagał odlodzenia, odlecieliśmy z Pyrzowic z pewnym opóźnieniem, kiedy więc również po czasie przybyliśmy do Luton, na peryferiach Londynu, gdzie startują i lądują samoloty tanich linii, Asia dostała od Basi żartobliwego smsa, z którego wynikało, że orkiestra gwardii królewskiej nie mogła na nas niestety dłużej czekać, bo ma napięty terminarz koncertów, ale zapraszają do Pałacu Buckingham. O Basi, z którą Asia była rodzinnie spowinowacona, będzie później. Osobiście nie mogła nas odebrać z lotniska i zawieźć do hotelu, bo w tym czasie pracowała, miał to zrobić jej partner, ale dzień wcześniej rozkraczył mu się samochód, więc musieliśmy radzić sobie sami. Mieliśmy dobry przewodnik Berlitza po Londynie z planem miasta oraz nawigację w telefonach komórkowych, mój angielski nie był co prawda na piątkę, ale jakoś się nim dogadywałem w prostych sprawach, teoretycznie więc zadanie wydawało się łatwe. Autobus zawiózł nas dworzec Victorii, stamtąd do Earl`s Court, gdzie zarezerwowaliśmy hotel, były zaledwie cztery stacje metrem, tylko najpierw trzeba je było znaleźć. Jakiś roztargniony Włoch posłał nas w złym kierunku i straciliśmy ponad godzinę, żeby dotrzeć do celu, który znajdował się pięć minut od dworca autobusowego. Tyle samo mniej więcej szło się z metra do naszego hotelu przy Collingham Place, ale gdyby nie pewna miła dziewczyna z Mazur, pracująca w zieleni miejskiej, nigdy byśmy tego adresu w plątaninie bliźniaczo do siebie podobnych i kiepsko opisanych uliczek nie znaleźli.

Pod względem standardu był to właściwie trzypiętrowy pensjonat i należał do pewnej egipskiej sieci hotelowej. Sprzątaniem numerów i przygotowywaniem śniadań zajmowały się dwie sympatyczne kobiety z Ukrainy i Litwy, a robiły to bardzo sumiennie. Wprawdzie monotonia kontynentalnych śniadań nie budziła zachwytu gości, ale głodny nikt od stołu nie odchodził; co zaś do naszego pokoju, który był niby dwójką, można powiedzieć, że nadawał się do zamieszkania przez jedną osobę – miał maciupeńką łazienkę, za to cena 327 funtów za pięć noclegów była, jak na centralny Londyn, bardzo umiarkowana. Do tego hotel miał świetną lokalizację między Kensington i Chelsea w zachodniej części miasta, tylko sześć stacji metrem od zabytkowego Westminster.

W naszym przewodniku Londyn Step by Step jest dwadzieścia tras wycieczkowych, pierwszą proponuje się tym, którzy jeszcze nigdy nie byli w mieście nad Tamizą i chcą obejrzeć najważniejsze zabytki związane z rodziną królewską i polityką, więc pójdziemy z Asią tą właśnie trasą. Trochę nie w takim szyku, jak chce przewodnik, ale będziemy się starali dotrzeć wszędzie, będziemy na pryncypialnej Whitehall, w wartowni Horse Guards, obejdziemy siedzibę Izby Lordów i Izby Gmin w Pałacu Westminsterskim, z niestety milczącym od kilku tygodni Big Benem, który przechodzi kurację odmładzającą, zajrzymy przez stalową bramę na Downing Street do siedziby premiera, a właściwie premier, i przez St. James`s Park dojdziemy na Trafalgar Square ze słynną kolumną Nelsona, skąd powinno się zaczynać tę trasę. Zmianę warty przed królewskim Pałacem Buckingham zostawiamy sobie na inny dzień. Po dwóch dniach dreptania, kiedy sił nam nieco ubyło, a turystycznych zamiarów przybyło, kupujemy jedną z licznych ofert City Tour. Agentka w czerwonym skafandrze, bo taki kolor ma nasza linia autobusowa i tradycyjny londyński piętrus, którym pojedziemy, jest Polką. Z tej okazji za 20 funtów od łebka dostajemy bilety na 48 godzin, a nie standartowo na 24 – doprawdy, miło się handluje w Londynie. Zwyczajowo w Sightseeing Bus Tours na całym świecie można na dowolnym przystanku zrobić sobie przerwę w podróży, żeby coś dokładniej obejrzeć, albo przekąsić, a później kontynuować jazdę innym autobusem firmy. Tak też robimy, najpierw pod monumentem, upamiętniającym słynny pożar Londynu w 1666 roku, o czym swego czasu pisałem na tym blogu, później pod Katedrą Św. Pawła w City, miejscem zaślubin i wiecznego spoczynku wielu brytyjskich osobistości, na London Bridge i Tower of London…

Linia niebieska przecina się wielokrotnie z czerwoną, ale prowadzi w inne, miejsca, m.in. do Buckingham Palace, który jest częściowo udostępniony turystom do zwiedzania, ale tylko latem, teraz tylko można na niego popatrzeć zza stalowych prętów ogrodzenia. Do Hyde Parku, gdzie trafiamy na kolorowy, bożonarodzeniowy jarmark, do wytwornych, drogich sklepów i salonów mody na Piccadilly, czy na Oxford Street, podobno najruchliwszej, zakupowej ulicy Europy, gdzie zjeżdżają się na shopping ludzie z całego świata. W Oxford, miejscowości położonej 80 kilometrów na północny zachód od Londynu i słynącej przede wszystkim z najstarszego, anglojęzycznego uniwersytetu świata, studiowało wielu znanych ludzi i takich, którzy dopiero pracują nad swoim zawodowym sukcesem, w tym naszych rodaków. Radek, wnuk mojego starego druha Edmunda, studiował tam inżynierię budowy maszyn, doktorat uzyskał w dziedzinie biochemii, oglądałem pięknie oprawiony egzemplarz jego pracy doktorskiej w Monachium, ofiarowany dumnemu dziadkowi, dziś mieszka i pracuje naukowo w Bostonie w USA, zajmuje się białkiem i idzie mu to podobno dobrze. To tak na marginesie Oxfordu, a wiecie Państwo skąd ta nazwa ? Ox to wół, a ford znaczy bród, w tym miejscu nad Tamizą była kiedyś faktycznie przeprawa przez rzekę. Woły musiały się ciężko napracować, aby ją pokonać, a czymże innym jest nauka na dobrej uczelni? Warto jednak taki trud podjąć.

Basia, której największą pasją w życiu jest artystyczny taniec, mieszka w Londynie od dziesięciu lat i ma za sobą zupełnie inną drogę, niż Radek. Wyjechała do Anglii, bo na Śląsku zwyczajnie się dusiła, nie widziała dla siebie możliwości rozwoju. Z natury otwarta w stosunku do ludzi, zawsze miała do nich szczęście, na lotnisku w Heathrow montowano akurat nową ekipę do odprawy pasażerów, kierował tym człowiek, pochodzący z Piekar Śląskich, a więc współplemieniec i dał Basi szansę, tylko musiała mocno przyłożyć się do angielskiego. Dziś sama prowadzi na Heathrow szkolenia personelu – jak się czegoś bardzo chce, to się udaje. Mieszka ze swoim przyjacielem Andrzejem i ich kilkuletnim synem w wynajętym domu, kilkanaście minut drogi autobusem od miejsca pracy. Andrzej jest z Gdańska, dorabia w branży motoryzacyjnej. Popijamy różowe, delikatne winko pod english pudding i koreczki serowe, Basia gościnnie proponuje jeszcze pizzę, ale chyba już za późno. Maluch jest wychowywany bezstresowo, więc choć pora najwyższa spać, rozrabia na całego. Pokoik na górze wynajmują koleżance Basi z pracy, na dole kwateruje jeszcze chłopak z Ukrainy, ale rzadko go widują, bo prawie całą dobę pracuje „na zmywaku”, tak się żyje. Żegnamy się, oni rano do pracy, my na dalsze zwiedzanie Londynu, dziewczyny spotkają się znowu za niedługo w Polsce, bo Basia chciałaby Boże Narodzenie spędzić z rodzicami.

Boże Narodzenie widać już w Londynie wszędzie, pięknie oświetlone, różnych rozmiarów dekoracje wabią przechodniów przed wejściami do sklepów, teatrów, pubów i kin. Wieczorem cały Londyn wygląda jak ogromna, magiczna choinka, z każdej perspektywy inna i bardziej obiecująca, raz strojna, jak nieśmiała panna młoda, innym razem jak lubieżna kurtyzana, w Soho na przykład… Mają swój powab wąskie uliczki nad Tamizą, kiedy miniesz zacumowany statek Belfast – muzeum z czasów II wojny światowej i pójdziesz nabrzeżem dalej na zachód. W pewnym momencie wydaje Ci się, że jesteś w Wenecji, wszędzie kanały, śluzy, nadwodne cuda architektoniczne, mosty pontonowe, barki mieszkalne, żurawie…

Niedaleko stamtąd do Sky Garden, platformy widokowej, usytuowanej na 36 piętrze wieżowca, nazwanego z racji kształtu walkie talkie. Jest to usytuowany na kilku poziomach egzotyczny ogród botaniczny z kawiarniami i pubami, z którego widać Londyn z góry i wjazd nic nie kosztuje. Będziemy tam w niedzielę, dzień przed odlotem, ale podoba się ot, tak sobie, może z racji trochę mglistej pogody i dosyć obcesowej odprawy przed wejściem do windy. Mało profesjonalna jest również obsługa w barze, chociaż ceny mają tam już podniebne.

– Co ci się najbardziej w Londynie podobało? – pyta mnie Asia w powrotnej drodze.
– Chyba ci bezdomni, co spali na ławkach w kościele, w żadnym polskim czegoś takiego jeszcze nie widziałem – mówię.

Chodziło mi o zabytkowy, anglikański kościół St. James`s Piccadilly, w którym w dzień bezdomni mogli schronić się i ogrzać. Nikomu ze zwiedzających ani wiernych to nie przeszkadzało, a ewangelista, św. Mateusz cieszył się, że zrobiono to, o czym nie zapomniał był napisać, że byłem bezdomny, a daliście mi schronienie w swoim domu…

Pogoda w Londynie na przełomie listopada i grudnia była bowiem bardzo wietrzna, co dodatkowo potęgowało nieprzyjemne uczucie wilgoci i zimna, które ciągnęło znad Tamizy. Bardzo podobały mi się także napisy przed wejściem na jezdnię, żeby patrzeć w prawo…

Od Adminki:

Podpisy pod zdjęciami zaproponowane przez autora nie dadzą się włożyć pod obrazki, a “za to” WordPress układając galerię zdjęć, pomieszał je dokumentnie. Pomyślałam, że podam tu te podpisy luzem, a niech już sobie czytelnicy, w ramach zabawy świątecznej, je przyporządkują:

Przed Pałacem Buckingham (trzy zdjęcia)
Statek-muzeum Belfast
Wszędzie już bożonarodzeniowy nastrój…
…także w metrze
i w Soho… (dwa zdjęcia)
Monument ku pamięci wielkiego pożaru Londynu…
Moja wspaniała towarzyszka podróży w świątecznej oprawie
Sport to zdrowie
Uliczki nad Tamizą nie dla grubasów…
… ale wyjątkowo urokliwe
Jeszcze raz Belfast
Londyńska Wenecja (dwa zdjęcia)
Tower Bridge
No, można wyjść z domu na taką werandę…
I żeby nikt mi nie zarzucił, żem prostak…