Jeszcze Ameryka…

Ewa Maria Slaska

Wilkojoty i marmolada

Wróciłam już wprawdzie ponad dwa tygodnie temu, ale głowę mam oczywiście wciąż pełną wrażeń, wspomnień i przemyśleń z Ameryki.

Wszyscy mnie pytają co mi się najbardziej podobało, a odpowiedź brzmi: Ameryka. (Nota bene na pytanie, co mi się NIE podobało, odpowiadam to samo: Ameryka).

Podobała mi się architektura, muzea, natura i ludzie. Architektura jest wspaniała, a już zwłaszcza to, co się teraz buduje – cieniutkie wysokie budynki błyszczące w słońcu, dokładnie  takie jak miasta przyszłości, które wyobrażaliśmy sobie, jak byliśmy mali, a opowieści SF nie były okrutne tylko obiecywały piękny świat bez wojen. Muzea są równie wspaniałe i za darmo, coś, co jeszcze w latach 80 było regułą i w Europie, ale niestety padło ofiarą globalizacji. Natura w Ameryce jest skarbem wręcz niewyobrażalnym. W Europie już chyba po prostu nigdzie nie ma takich ogromnych przestrzeni natury – nie wiem, może się mylę, może w Finlandii, może w Rosji. Nie byłam, nie wiem. W Ameryce nietknięta natura to nie jest jakaś kraina gdzieś daleko, w Ameryce natura jest pod ręką. Jedziesz 5 minut i wjeżdżasz w góry, porośnięte wspaniałym lasem, gdzie zaczyna się szlak dla pieszych wędrowców, którzy mogą tak iść przez trzy tysiące kilometrów!
No i ludzie. Ludzie są nadwyczajnie wręcz mili, grzeczni, uprzejmi, pomocni. Rozmawiają ze sobą, uśmiechają się.

Odwiedzamy w niedzielę mały lokalny targ na placu koło stacji kolejowej. Pierwszej niedzieli na targu śpiewają uczniowie lokalnej highschool. Po tygodniu ich nie ma, wdajemy się za to w rozmowę z Lynne, która produkuje marmolady i galaretki.

Wszystkiego możemy pokosztować. Każdy otwarty słoiczek z łyżeczką jednorazową do pokosztowania jest przykryty niebieskim plastikowym kubeczkiem. (To mi się w Ameryce NIE podoba – wszędzie mnóstwo plastiku).

Jednoosobowa firma produkcyjna Lynne nazywa się “kuchnia kojota”.

Ale zwierzę na zdjęciu to nie kojot. “Wilk?” pytamy. Nie, nie wilk. Lynne sama zrobiła to zdjęcie, które zdobi jej wizytówkę i naklejki na słoiczki. Akurat nikogo nie było w domu, gdy pod okno podeszła gromadka tych zwierzaków. Gdy były już blisko, Lynne stwierdziła ze zdumieniem, że nie są to wprawdzie wilki, ale jak na kojoty stworzenia są za duże i mają zbyt puszyste futro. Okazało się, że “upolowała” fotograficznie kojota wilkowatego / wilka kojota – który po angielsku nazywa się coywolf co ja osobiście przetłumaczyłam sobie na wilkojota. Rzadkie zwierzę i Lynne jest bardzo dumna, że tak się jej udało “strzelić” fotkę.
“No ale jednak jak zakładałaś firmę, to wzięłaś zdjęcie wilkojota, ale użyłaś nazwy kojot. Dlaczego?” “Bo nazwa była zbyt dziwna, a wilkojot jest zbyt rzadki.”

Lynne ma oczywiście stronę internetową i fanpage na Facebooku, gdzie podaje też przepisy. Kupiłam jeden słoiczek jej wyrobów. Pumpkin Spice Apple Butter, masło jabłkowo-dyniowe, wyprodukowane chyba bez… dyni! W każdym razie na etykietce są podane składniki i dyni wśród nich nie ma: jabłka, cytryny, cukier, z dodatkiem cynamonu, gałki muszkatołowej, ziela angielskiego i pektyn jabłkowych. Czy w środku jest dynia  czy też nie, okaże się dopiero po otwarciu słoiczka, ale to prezent i trzeba poczekać, aż “prezentobiorca” się zgłosi po odbiór.

Na fanpagu czytam:

Seasonal small batch, handmade jams, jellies, and marmalades.
Product is freshly kettled with the availability of local fruit.

Czyli – przetwory sezonowe w małych domowych ilościach z produktów lokalnych, aktualnie dostępnych. Po czym znajduję zaproszenie, że możemy się zgłosić i nauczyć od Lynn… szydełkowania.

Na stronie Coyote Kitchen nie ma przepisu na masło dyniowo-jabłkowe, ale znajduję go bez trudu po postu na innej stronie w internecie:

 

Ingredients / Składniki

  • 15 ounces preserved or fresh pumpkin (ok. 0,5 kilo dyni gotowanej lub konserwowej)
  • 1 medium apple, peeled and grated (1 średniej wielkości jabłko, obrane i utarte)
  • 1 cup apple juice (filiżanka soku jabłkowego)
  • 1/2 cup firmly packed brown sugar (pół filiżanki cukru brązowego)
  • 3/4 teaspoon pumpkin pie spice (3/4 łyżeczki przypraw do placka dyniowego – czyli to co podaje Lynn na etykietce: cynamon, gałka muszkatołowa, ziele angielskie)

How to prepare / Przygotowanie

Combine pumpkin, apple, apple juice, sugar and pumpkin pie spice in medium saucepan (Wrzuć wszystkie składniki do rondla). Bring to a boil; reduce heat to low (Zagotuj, po czym zmniejsz płomień). Cook, stirring occasionally, for 1,5 hours (Gotuj, od czasu do czasu mieszając, przez 1,5 godziny). Serve with buttermilk biscuits, breads, corn muffins or hot cereal (podawaj z krakersami, grzankami itp). Store in airtight container in refrigerator for up to 2 months (Zakonserwowane smarowidło dyniowe można przechowywać w lodówce do 2 miesięcy).

Recipe makes 3 cups. (Z podanej porcji otrzymamy 3 filiżanki smarowidła).

Tu jeszcze cookies z dynią i żurawiną z Coyote’s Kitchen (to inna firma – “nasza” jest bez apostrofu.) Nie będę tłumaczyć, sami sobie przetłumaczcie.

Smacznego!

Peru 7

Joanna Trümner

Machu Picchu

Szkoda, że tak leje”, myślę patrząc na krople deszczu spływające strugami po panoramicznym dachu pociągu do Aguas Calientes (miejscowości, z której odjeżdżają autobusy do ruin Machu Picchu). W wagonie jest tak ciasno, że nie mogę nawet rozprostować nóg, nie mówiąc już o wyjęciu książki z plecaka, przytulam więc policzek do trzymanej kurczowo w rękach zimowej kurtki i próbuję się zdrzemnąć. Ze stanu półsnu wyrywa mnie gwizd lokomotywy za oknem. Na sąsiednim torze mija nas „Belmond Hiram Bingham Train”, luksusowy pociąg w kolonialnym stylu, wiozący pasażerów z Cuzco do Aguas Calientes. Pociąg jedzie na tyle wolno, że mam okazję przyjrzeć się utrzymanym w stylu eleganckich pulmanowskich wagonów z lat dwudziestych ubiegłego wieku wagonom, przytulnie oświetlonej restauracji, wagonowi-kuchni, w którym cała armia kucharzy przygotowuje posiłek, barowi i wagonowi-obserwatorium. Po zobaczeniu tego przepychu, luksusu, który nie pozostawia nic do życzenia, ciasnota mojego turystycznego pociągu jeszcze mocniej działa mi na nerwy.

Rano z hotelu odbiera nas Wiktor, nasz przewodnik po Machu Picchu. Przyglądam się temu jak na Peruwiańczyka dosyć wysokiemu i przystojnemu starszemu mężczyźnie i myślę o tym, że podobnie mogli wyglądać królowie Inków. Podczas godzinnego czekania na autobus do ruin Machu Picchu obserwuję czekających w kolejce turystów i przysłuchuję się ich rozmowom. Stojący o kilka kroków przed nami Kanadyjczyk opowiada o swojej pierwszej wizycie w tajemniczym mieście, podczas której padał tak mocny deszcz, że ruiny widoczne były tylko w zarysie. Pogoda i teraz nie jest rewelacyjna, lekko mży. Wiktor próbuje nas uspokoić: „Za godzinę pojawi się słońce”. Co chwila podchodzą do niego inni przewodnicy, ze strzępków ich rozmów domyślam się, że Wiktor cieszy się wielkim autorytetem wśród kolegów. Niebawem dowiadujemy się od niego, że przed kilkoma dniami wrócił z Cuzco, gdzie w imieniu przewodników przedstawił lokalnym władzom turystycznym regionu żądania kolegów oprowadzających turystów po Machu Picchu.

Dla nas oprowadzanie po ruinach miasta i prowadzenie grup przez Szlak Inków to jedyne źródła utrzymania”, mówi, dodając, że wykonywanie tej pracy jest ze względu na porę deszczową możliwe tylko przez kilka miesięcy w roku. Agencje turystyczne próbują wykorzystać przewodników w sposób bezwzględny, z roku na rok pogarszają się ich warunki pracy, poza tym od kilku lat powstaje silna konkurencja w postaci przewodników przyjeżdżających tutaj z innych części kraju. W szczycie sezonu Machu Picchu odwiedza dziennie do pięciu tysięcy ludzi. „Dzięki naszej interwencji zredukowano ilość turystów z siedmiu do pięciu tysięcy”, opowiada Wiktor. „Bilety wstępu kosztują 70 dolarów, do tego dochodzi 18 dolarów za autobus w obie strony, czyli każdy turysta zostawia w Machu Picchu co najmniej 90 dolarów. Te pieniądze przepadają w nieznanych nikomu kanałach, tylko część z nich wykorzystywana jest do utrzymania jednego z siedmiu cudów świata, nie mówiąc już o poprawie warunków pracy lokalnych przewodników”, dodaje.


Po dwudziestominutowej jeździe autobusem serpentynami wśród gór docieramy na miejsce. Przepowiednia Wiktora się spełniła i na niebie pokazało się słońce. U wejścia do tajemniczego miasta stoi pomnik Hirama Binghama, amerykańskiego archeologa i polityka, który 24 lipca 1911 r. odnalazł to opustoszałe miejsce pośród gór i dżungli, podczas wyprawy w poszukiwaniu ostatniej stolicy Inków, Vilcabamby. Machu Picchu oznacza w języku keczua „stary szczyt”. To najbardziej tajemnicze miasto świata, do dzisiaj naukowcy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, kto tam mieszkał i dlaczego tak nagle miasto opustoszało. Wiadomo, że wybudowane zostało w XV wieku, a opuszczone zaledwie 100 lat później, około 1535 roku. Jego władcą był Pachacuti, dziewiąty z kolei król Inków. W Machu Picchu mieszkało prawdopodobnie około 1000 mieszkańców, chociaż i to nie jest zupełnie pewne, bo Wiktor operuje liczbą od 700 do 1200 mieszkańców. Miasto składało się z dwóch części, wiejskiej i miejskiej. W wiejskiej znajdowały się pola uprawne, nawadniane specjalnym systemem kanałów, w miejskiej mieściły się pałace, świątynie i domy mieszkalne. Różne poziomy miasta połączone były ze sobą schodami liczącymi 1200 stopni, wszystkie budowle idealnie wkomponowano w górskie otoczenie. Trudno dostępne położenie Machu Picchu sprawiło, że hiszpańscy kolonizatorzy nigdy nie zdobyli, a prawdopodobnie po prostu nie znaleźli tego ukrytego wśród gór miasta. Gdyby je znaleźli, to na pewno zniszczyliby je tak samo bezwzględnie i bezmyślnie jak tysiące innych inkaskich i prekolumbijskich miast, świątyń i warowni na terenie całego Peru i świat nie miałby możliwości poznania tego przepięknego miejsca.

Następnego dnia wybieramy się do Machu Picchu na własną rękę, z niezbędną do wejścia na teren ruin pieczątką na bilecie, poświadczającą że zwiedzanie z przewodnikiem mamy za sobą. Spędzamy pięć godzin na oglądaniu miejsc, które wczoraj pokazywał nam Wiktor, odkrywamy również nowe miejsca. Dzisiaj jest tu więcej turystów. Ze zdumieniem patrzę na dwóch strażników niosących na jeden z najniższych poziomów ruin starszą kobietę na wózku inwalidzkim, cieszę się, że i ona ma możliwość zobaczenia jednego z najbardziej znanych i bez wątpienia najpiękniejszych miejsc na świecie. Po powrocie do hotelu nogi odmawiają mi posłuszeństwa, popołudnie spędzam w pozycji półleżącej na balkonie. Przy okazji sprawdzam koszt podróży pociągiem „Belmond Hiram Bingham Train”, który zrobił na mnie tak wielkie wrażenie. Podróż w obydwie strony i bilet wejścia na teren riuin Machu Picchu kosztuje od ośmiuset do tysiąca dolarów.

Następnego dnia wracamy pociągiem do Ollantaytambo, gdzie czeka na nas Martin z kierowcą. Ruszamy w dalszą podróż po Świętej Dolinie Inków. Pierwszym przystankiem na naszej drodze są Salineras de Maras, kompleks ponad 5000 salin na stromych zboczach doliny rzeki Urubamby, niedaleko miasta Maras. Zbudowane w formie tarasów saliny powstały w początkowym okresie rozwoju imperium Inków i produkują sól do dzisiaj. Możliwe jest to dzięki sieci otwartych kanałów, które rozprowadzają wodę mineralną z podziemnego strumienia. Pod wpływem słońca woda odparowuje, a sól się krystalizuje. Właścicielami salin są rodziny pochodzące z Maras i okolicy. W porze suchej z jednego poletka można uzyskać dziesięciocentymetrową warstwę soli w ciągu miesiąca. Na licznych straganach można kupić oryginalne pamiątki z soli, Martin twierdzi, że mieszkańcy sąsiedniego miasta i okolic w międzyczasie więcej zarabiają na sprzedaży pamiątek niż na produkcji soli, co jest możliwe tylko podczas pory suchej.

Kolejnym naszym postojem są tarasy rolnicze w Moray. Mają one kształt pierścieni, które na mnie robią wrażenie amfiteatru, a wybudowane zostały w czasach imperium Inków i spełniały rolę laboratoriów rolniczych. W tych „laboratoriach” pod gołym niebem badano wpływ klimatu na wzrost roślin uprawnych, głównie kartofli i kukurydzy. Uprawy były nawadniane poprzez skomplikowany system doprowadzania wody, a różnica temperatur pomiędzy najniższym a najwyższym tarasem dochodziła do 10 stopni. Martin opowiada nam, że Inkowie zwozili do laboratoriów w Moray oraz podobnych miejsc na terenie imperium ziemię z całego kraju i przez mieszankę ziemi z różnych regionów testowali możliwości uprawiania konkretnych gatunków na innych terenach państwa. Objuczone workami z ziemią lamy musiały nieraz pokonać kilkaset kilometrów. Myślę, że te eksperymenty przyczyniły się w dużej mierze do tego, że Peru posiada tyle odmian ziemniaka, iloma nie może pochwalić się żadne inne państwo na świecie. Jest tu około 3800 odmian tej rośliny, a sprawami dla niej istotnymi zajmuje się założone w 1971 z siedzibą w Limie największe na świecie centrum badań naukowych nad ziemniakami, maniokiem i innymi bulwami i korzeniami jadalnymi.

Wieczorem w hotelu w Cuzco myślę o tym, że w Świętej Dolinie Inków można byłoby spędzić jeszcze co najmniej kilka tygodni.

Peru 6

Joanna Trümner

Cuzco

Po zapadnięciu zmierzchu na wyspie Suasi robi się tak zimno i mokro, że nieliczni goście hotelu uciekają z nieogrzewanych pokoi i gromadzą się w jedynym pomieszczeniu z kominkiem, dużym lobby, będącym równocześnie i recepcją i jadalnią. Pierwszego wieczoru na wyspie wpadła mi tam w ręce gruba książka „Pintura Peruana contemporanea” (Współczesne malarstwo peruwiańskie). Ten pięknie wydany album poświęcony był prawie w całości najbardziej znanemu peruwiańskiemu malarzowi, rzeźbiarzowi i grafikowi Fernando de Szyszlo (1925-2017), synowi Peruwianki i polskiego geografa, podróżnika i konsula polskiego w Peru w latach 1918-1939, Witolda Szyszły. Nie mogłam oderwać oczu od jego pięknych, kolorowych i lirycznych obrazów, na których bez trudu rozpoznałam motywy z kultur prekolumbijskich. „Więc nawet na tym drugim końcu świata Polacy zostawili swój ślad”, myślę z dumą i odkładam książkę na bok. Pobyt na wyspie Suasi kończymy opłynięciem jej w ciągu niecałych dwóch godzin kajakiem. Silny wiatr znosił nas do oddalonej o kilka kilometrów Boliwii, wiosłownie na wysokości 3.800 metrów kosztowało mnie tyle siły, że w drodze powrotnej statkiem do Puno zapadam w kamienny sen.

Następnego dnia ruszamy miejscowym autobusem do Cuzco. Do legendarnej stolicy państwa Inków docieramy późnym popołudniem. Skąpane w promieniach zachodzącego słońca i położone w dolinie miasto wygląda pięknie. Po rozpakowaniu bagaży w (ku mojej wielkiej radości) przegrzanym pokoju hotelowym wyruszamy na zwiedzanie. Chodząc wąskimi uliczkami tego wpisanego na listę światowego dziedzictwa UNESCO miasta odnoszę wrażenie, że znalazłam się we Włoszech lub w Hiszpanii, a nie w centrum byłego wielkiego imperium Inków.

Po dwóch tygodniach podróżowania dojrzałam do tego, żeby zjeść narodową potrawę peruwiańską, cuy (świnkę morską), będącą dla mieszkańców tego państwa daniem na specjalne okazje. Do tej pory coś we mnie wzbraniało się przed zamówieniem talerza z przekrojoną na pół, rozpłaszczoną na talerzu i niemalże patrzącą mi w oczy świnką, proszę więc kelnerkę o radę. Z jej rozbawionej miny wnioskuję, że turyści bombardują ją pytaniami na temat tego specjału. Cuy, które wylądowało na moim talerzu, jest tak zakamuflowane, że nie można dopatrzyć się w nim żadnej analogii z małym, słodkim, włochatym zwierzątkiem. Potrawa jest przepyszna i smakuje jak mieszanka cielęciny z królikiem.

Następnego dnia z hotelu odbiera nas przewodnik po Cuzco i Świętej Dolinie Inków, Martin. Mój początkowy sceptycyzm na widok tego młodego, na mój gust zbyt bezpośredniego mężczyzny szybko przechodzi. Martin ma dużą wiedzę, którą przekazuje z wielkim entuzjazmem i dowcipem. Wspólne zwiedzanie zaczynamy od słynnej fortecy Inków za miastem, Sacsayhuamán. Przed wejściem na teren ruin zatrzymujemy się na chwilę na górze, skąd mamy piękny widok na Cuzco. „Cuzco znaczy w naszym języku ‘pępek świata’”, mówi Martin. „Nasz język” („język ludzi”) to keczua, język urzędowy imperium Inków, którym nadal posługuje się około 11 milionów ludzi (w Argentynie, Ekwadorze, Kolumbii, Peru oraz Boliwii). Gdyby nie inwazja konkwistadorów byłby on głównym językiem urzędowym w liczącym ponad 12 milionów mieszkańców państwie Inków.

Twierdza Sacsayhuamán powstała w miejscu, w którym za czasów preinkaskich znajdowała się świątynia. Zbudowano ją z głazów, których waga osiąga do 17 ton. Przy jej budowie pracowało w drugiej połowie XV wieku przez siedemdziesiąt lat 20 do 40 tysięcy ludzi. „Skąd Inkowie wzięli tylu niewolników?”, pytam. Dowiaduję się, że Inkowie, podobnie jak większość kultur preinkaskich nie mieli niewolników. Każdy dorosły mężczyzna, mieszkający na terenie imperium miał obowiązek przepracowania miesiąca w roku na rzecz króla jako rolnik lub budowniczy. Ta „dobrowolna” danina na rzecz króla była motorem inkaskiej gospodarki.

Martin opowiada mi o mszy, którą w tym miejscu celebrował papież Jan Paweł II. „To był najlepszy z papieży”, dodaje z entuzjazmem. W Sacsayhuamán papież zwrócił się do wiernych w języku keczua, a jego kazanie było prawie w całości poświęcone godności ludzkiej i obowiązkowi przechowywania tradycji.

Wracamy do Cuzco i zwiedzamy katedrę, a właściwie kompleks trzech kościołów, zbudowany w miejscu, w którym przed przybyciem konkwistadorów znajdowała się inkaska świątynia. Wyraźnie widać różnice w sposobie układania cegieł. Mur inkaski jest układany tak perfekcyjnie, że pomiędzy idealnie dopasowanymi bez użycia zaprawy cegłami nie ma prawie żadnej przerwy. „Hiszpanie nie mieli zielonego pojęcia o trzęsieniach ziemi, dlatego w całym kraju nasze ruiny przetrwały, a ich nie”, mówi Martin z wyraźną dumą i wyjaśnia nam zasady inkaskiej architektury: pochyłe ściany, przemiennie wypukłość i wklęsłość cegieł, okna i drzwi w kształcie trapezu.

W katedrze znajduję kolejne obrazy z tzw. kuzkeńskiej szkoły malarskiej. Myślałam, że po widzianym w Arequipie obrazie Ostatniej Wieczerzy ze świnką morską na półmisku przed Chrystusem nic mnie już nie może zaskoczyć, okazuje się, że się mylę. W katedrze widzę obraz Marii z Józefem – oboje mają policzki wypełnione liśćmi koki, nieco dalej obraz Marii ciężarnej i na koniec otoczonej aniołami Marii na łożu śmierci. Najważniejszym obrazem w katedrze jest obraz Pana Jezusa od Trzęsień Ziemi, obnoszony co roku po mieście w procesji wielkanocnej. Obraz ten w roku 1650 według legendy uchronił miasto przed zniszczeniem podczas powtarzających się trzęsień ziemi. „Jak tu nie wierzyć w cuda?”, zastanawiam się na wspomnienie legendy wokół obrazu Matki Boskiej Częstochowskiej.

Po południu rozstajemy się z Martinem i chodzimy po mieście na własną rękę. Pakujemy plecaki na trzydniową podróż do Machu Picchu (nie prowadzą tam żadne drogi, aby tam dotrzeć trzeba korzystać z usług kolei, która ogranicza bagaż do plecaka o wadze do 5 kg).

Po śniadaniu Martin zabiera nas do Świętej Doliny Inków. Zwiedzamy ruiny w Pisac i Chinchero, zatrzymujemy się, żeby zobaczyć tarasy uprawne w dolinie rzeki Urubamba. Święta Dolina jest tak piękna, że zastanawiam się, czy samo Machu Picchu jest w stanie mnie jeszcze czymkolwiek zaskoczyć.

Ostatnim miejscem, które wspólnie zwiedzamy, jest miasteczko Ollantaytambo. Stąd odchodzą pociągi do Machu Picchu (a właściwie do miejscowości Aguas Callientes).

Śliczne, zabytkowe miasteczko pełne jest turystów, głównie Amerykanów w koszulkach z napisem „I survived Inka trail” (przeżyłem szlak Inków). Martin nie może się powstrzymać od komentarza „To przeważnie ci, co przeszli trasę o długości czterech godzin”. Szlak Inków można zaczynać w kilku miejscach i w zależności od programu iść nim od czterech godzin do siedmiu dni. Trasa prowadzi przez wysokie góry systemem dróg, którzy stworzyli Inkowie (jest to około 5 tysięcy km dróg, które dzisiaj są wpisane na listę UNESCO). Rozstawieni w sztafety chasqui (posłańcy w czasach Inków) potrafili przebyć dzięki systemowi zbudowanych z lin i koszy mostów w ciągu dnia 200 km po górskich ścieżkach.

Wokół szlaku Inków powstał cały przemysł, turystom towarzyszą podczas drogi tragarze (każdy uczestnik ma swojego prywatnego tragarza), przewodnicy, kucharze, pomocnicy, niekiedy tłumacze itp. Martin pokazuje nam objuczonych ciężkimi ładunkami tragarzy, którzy niosą wąskimi górskimi ścieżkami na plecach do 30 kg. „Często dźwigają przez góry kompletnie niepotrzebne rzeczy”, dodaje i mówi o tym, że turyści, którzy „przeżyli” szlak Inków, mają na trasie co najmniej jedną zatrudnioną na swoje potrzeby osobę. Po południu wsiadamy do pociągu do Aguas Calliente. Po raz pierwszy od przyjazdu do Peru pogoda nam nie sprzyja. Deszcz miarowo stuka w okna panoramicznego pociągu. Podobno jedziemy piękną drogą przez góry.

Cdn.

Bełżec zaczęli budować w listopadzie

Już w marcu tego roku przez trzy dni Wielkiego Tygodnia cytowałam tu fragmenty powieści Stasiuka. Dziś w dzień Wszystkich Świętych wracam jeszcze raz do tej książki.

Andrzej Stasiuk, Wschód

A teraz ten zimowy chłód w listopadzie. Grodzką wychodzę na zamek, by patrzeć z góry na ciemną wyrwę w środku miasta. Na resztki ognia, na kebab, na czarny wiatr i na niewidzialne igły lodu razem z tym wiatrem gdzieś od Dorohuska. Od Sobiboru wiatr i od Bełżca. Po to się zjeżdża do miasta Lublin – by patrzeć na Sobibór i na Bełżec i wietrzyć jak pies pod wiatr. Wąchać powietrze. Bełżec zaczęli budować w listopadzie. We Wszystkich Świętych zaczęli. Proboszcz wyznaczał robotników. Niemcy kazali i proboszcz wyznaczał razem z Wójtem. Wiedzieli tylko, że budowa, ale nie wiedzieli czego. Globocnik w białej willi przy Bocznej Lubomelskiej stukał palcem w mapę: tu, tu i tu ma być zbudowane. Bełżec zaczęty we Wszystkich Świętych. Do połowy grudnia stały już baraki rozbieralni i komór. „Obok tego baraku budowaliśmy trzeci barak, o wymiarach dwanaście metrów długości, a osiem metrów szerokości. Barak ten był podzielony na trzy części drewnianą ścianą, wobec czego każda część miała po cztery metry szerokości, osiem długości. Wysokość tych części była dwa metry. Wewnątrz ściany tego baraku zrobione były w ten sposób, że zbijaliśmy deski, a próżnię między nimi zapełnialiśmy piaskiem. Sciany wewnątrz baraku były Objfe papą, nadto podłogi i ściany do wysokości metra dziesięciu centymetrów obite blachą cynkową”. Zupełnie jakby budowalo się dom. Stukot młolków, Wizg pił, zapach żywicy W jesiennym powietrzu. Ludzie idą na cmentarz palić ognie. „Każda część tegoż baraku w północnej swej części miała drzwi o wymiarach metr osiemdziesiąt wysokości i metr dziesięć szerokości. Drzwi te, jak również drzwi od korytarza, były szczelnie obite gumą. Wszystkie drzwi w tym baraku otwierały się na zewnątrz. Drzwi były bardzo silnie zbudowane z trzech calowych brusów i zabezpieczone przed wyważeniem od wewnątrz baraku drewnianą zasuwą, którą wciskało się w dwa żelazne haki, gspecjalnie w tym celu zamontowane”. W listopadzie, jak budowa domu i żywiczny zapach trocin. Żeby zdążyć ze schronieniem przed mrozami. Pierwszy raz byłem tam w zimie. Na wszystkim leżał mokry śnieg. W Tomaszowie Lubelskim kupiłem sobie kawę na stacji benzynowej przy siedemnastce już na samym wylocie. Wypiłem ją przez te osiem kilometrów. Minąłem osiemset sześćdziesiątkę piątkę wiodącą do domu i przejechałem tory kolejowe. Skręciłem w lewo na parking. Wysiadłemi od razu zobaczyłem ten czerwono-czarny napis: „Środki czystości import z Niemiec”. Był wymalowany pędzlem, może sprejem na piętrowym budynku z wielkim ceglanym kominem. Zaraz za płotem obozu. Chodziłem z pół godziny i zgarniałem mokry śnieg z napisów po polsku i hebrajsku. Odnajdowałem miejsca, w których byłem: Dukla, Złoczów, Rymanów, Delatyn. Po polsku i po hebrajsku. Ale trzeba było zgarniać śnieg z kamiennych płyt, by odsłonić litery. Cały czas z tym napisem za plecami, że higiena z Niemiec.

Więc co? Mówimy „Lublin”, a myślimy „Bełżec”? (…) Że to się tak splata, że potem nie rozplączesz? Że trzeba by rozciąć, ale wtedy nic nie zostanie, wszystko wycieknie jak krew z żywego ciała? Ciemność i jasność? Wątek i osnowa? Niewinność dzieciństwa i przeklenstwo doświadczenia? Po to tu przyjechałeś? Miałeś po prostu opisać miasto, a się wikłasz i widzisz Bełżec zamiast kaplicy na zamku na przykład, czyli glorii i chwały niegdysiejszej? Widzę jedno i drugie, i trzecie. Kupiłem bilet i poszedłem. Wszyscy szli, cała kolejka, a w środku ciasnawo. Odczekałem, aż trochę się już naoglądało i wyszło. No więc ciasnota i niebo, i świętość z tym światłem gdzieś u samego szczytu. Jak za tamtych czasów, gdy święte i niebieskie napierało ze wszystkich stron. Świat był wielki i groźny i się można było skryć w bożej opatrzności, zawinąć w bożą łaskę, otulić w ten złocisty płaszcz nadprzyrodzoności, która tutaj, w kaplicy, stawała się ciepła i miękka jak jedwab na Słońcu. Żeby groza diabelskiego świata nie miała dostępu. Groza materii strasznej i rozległej aż po Chabarowsk i Właclywostok, po krawędź ziemi, za którą jest ogniste piekło, gdzie diabli palą ludzkie ciała. (…)

Wyszedłem z przegrzanego wnętrza. Czekała już wiejska wycieczka starszych ludzi. Wchodzili jak do prawdziwego kościoła. Może chcieli nawet przyklękać, tak jak ja chciałem zakręcić się i ulecieć. Pochodziłem trochę po salach. Było to, co wszędzie: ubrania, obrazy, stare karabiny, skorupy. W ciemnej sali mieli wystawę o ludowych strachach. Diabły i czarownice świeciły na czerwono. A w największej wisiały obrazy. Usiadłem na chwilę przez Matejką: Przyjęcie Żydów do Polski. Jak to u Matejki – kłąb, wir ludzi i materiałów. Kolory, draperie, załamania, fałdy, opony i opończe. Bardzo bławatny to był malarz, bardzo bławamy. Żydzi wyglądają jak Cyganie na starych rycinach. Trudno powiedzieć, czy obdarci,czy malowniczy. Tworzą rozgestykulowaną, dziką gromadę. Stoją, klęczą, półleżą, wznoszą ręce do nieba i nie wiadomo, czy chcą do tej naszej Polski, czy raczej rwą sobie włosy z głowy. Władysław Herman patrzy na nich w zadumie i jakby sceptycznie. Wpuścić? Nie wpuścić? Jakaś dwuznaczność jest po jednej i po drugiej stronie. No ale jednak wpuścił, a Żydzi weszli.

Wyszedłem przed bramę królewskiego zamku. Był środek jasnego dnia. Solidarności, Tysiąclecia płynęła rzeka aut. Na placu Targowym, na dworcu roił się tłum. Ale ludzie, samochody, smutne kramy, taryfiarze, autobusy, łyse chłopaki stojące na przystankach, czekające na swoją Bychawę, Piaski i Źółkiewkę, to wszystko ślizgało się po powierzchni, po czarnej tafli jak ze ślepego szkła, pod którym ziała otchłań. Żyli,chodzili, sprzedawali, ale jakby na niby. Ponieważ życie nigdy tu nie powróciło. I nie była to wina taksówkarzy ani łysych chłopaków. Po prostu mieli zbyt mało siły, by przemoc pustkę piekieł. Nikt nie miał dość siły. Tego samego dnia, który był zimny, ale jasny, poszedłem w górę Lubartowskiej. Na rogu Unickiej, przy dawnej jesziwie, zawróciłem i zacząłem iść w dół. Prawa strona. Zaglądałem w podwórka. Tam było jak wtedy o świcie, gdy przyjechałem pierwszy raz. Grzyb, wilgoć, szary mur, piwnica, coś gniło, pleśniało bez światła. Komórki, próchno przybudówek, strupiały, wieczny zmierzch. Wyglądało jak niczyje. Jakby wtedy, tamtą wiosną czterdziestego drugiego, straciło oddech i przez dziesięciolecia się dusiło. Siniało. Rozkładało się. Nie było na to siły. Więc szedłem i zaglądałem. Spadziste podwórka. Okienka w cudze życie. Blade dzieci. Psy samopas. Skuleni w kapturach tym swoim szybkim, czujnym krokiem. Brama za bramą. Bury fotoplastykon. Żadnej pamięci poza niejasnym wspomnieniem, że było coś innego. Że to ani już cudze, ani jeszcze własne. I nie wiadomo, czy kiedykolwiek będzie. Bo jak można wziąć coś, co zastało spalone i rozwiane. Zostają resztki, domy przesiąknięte śmiercią, rzeczy przesiąknięte tłustym dymem. Życie w tym ledwo się może tlić. Jak płomień bez tlenu.

Na Lubartowskiej, na dworcu, spacerując z wózkami po błoniu u stóp zamku, biegając w dresach. Czy to się tak bardzo różni od noszenia ubrań po nich? Wsuwać ręce w rękawy, wsuwać ciało w miejsce ich ciał w przestrzeni. Gdzie jest granica między szabrem, koniecznością a oczywístością? Nie do rozstrzygnięcia. Cudze, niczyje, moje. „A co? Miało tak leżeć? A co? Miało tak stać?” Więc weszliśmy w ich życie, nie dzieląc ich losu, bo któż by chciał albo śmiał. Żyjemy na zgliszczach, mamy zwęgloną, martwą pamięć. Pustą. Więc Lubartowskąw dół i potem znów na dworzec. W kółko. Żeby patrzeć na ludzi, którzy wypełniają tę przestrzeń nie do wypełnienia. Są zziębníęci i cisi. Stoją oddzielnie. Młodzi czasem razem. Nie piszę o Żydach. Piszę o nas. O tych, którzy zostali. O tym, że wypełniliśmy przestrzeń, z której zniknęli. Że swoim życiem próbujemy wypełnić miejsce po ich życiu. O moich rodzicach na przykład, którzy mogli przybyć ze wsi do wielkiego miasta, ponieważ w tym mieście zwolniło się miejsce. I mogłem się tam urodzić, by potem pielęgnować naiwną wschodnią nostalgię, zanim pojąłem, że Wschód to też grób. Że im dalej w tamtą stronę, tym mniejsze jest nasze znaczenie, tym łatwiej się nas pozbyć i zamienić w proch albo lód. To kwestia przestrzeni, której jest tu nadmiar. „Wschód należy do ss”, powiedział Himmler i wysłał Globocnika, który w białej willi przy Bocznej Lubomelskiej stukał palcem w mapę i mówił: „Zbudujemy tu, tu i tu”. Ponieważ trzeba było zrobić miejsce, bo do nich miał należeć Wschód. Bo o Wschód nikt się nie upormni. Bo Wschód był zawsze wysypiskiem ciał. I można było je palić, aż tłuszcz osiadał na szybach domów pięć kilometrów dalej. Lecz nikt nie śmiał się upomnieć, tylko kobiety bez słowa myły okna. Tak było w Bełżcu od jesieni czterdziestego drugiego do wiosny czterdziestego trzeciego. Ponieważ trzeba było zrobić miejsce, bo Wschód miał należeć do nich. Ale miejsce zostało dla nas, a nie dla ss. Weszliśmy do cudzych domów i w szafach rozkładaliśmy nasze rzeczy. Mówiliśmy: „To są niczyje domy, niczyje szafy” i układaliśmy nasze rzeczy. Patrzyliśmy przez cudze okna, myśląc, że to jest nasz widok. Nie mieliśmy pojęcia, co skrywa. A skrywał miliony cudzych spojrzeń, które zostały zwęglone i niewidzialny popiół spadł na nasze dni.

No to co w końcu z tą kraina, której bramą był i jest Lublin? Co tam takiego było, że ciągnęło? jaka obietnica? Pustki? Z tym krajobrazem, w który cywilizacja wsiąka jak woda w piasek? Bo co? Miałeś nadzieję, że w końcu znajdziesz się sam i staniesz naprzeciw przedwiecznego jak pierwszy człowiek? Tak? Wyruszając przez Lublin, dalej i dalej na sam skraj ziem? (…) Zostałbym dłużej, ale wyjeżdżałem. Wilgotnawo tam było, ciemnawo, listopadowo. Pachniało węglowym dymem. W każdej bramie urzędował adwokat. Miasto pieniaczy sądowych, można by pomyśleć. Ale potem się dopatrzyłem, że zaraz obok dwie prokuratury oraz urząd skarbowy, więc po prostu obrona konieczna. No więc adwokactwo, mieszczaństwo i ten szary cień kamieni. Trochę jak w Peszcie, ale takie mniejsze, przykoślawione, niższe. Literacko to ulica Krokodyli. Widać Galicję rozcieńczoną Kongresówką, wszystko zanurzone w tym wiecznym zmierzchu listopada, w tym nieco bezbarwnym półśnie strefy rozpostartej między jesienią a przedwiośniem. Pogranicze kultur, języków, religii i pogody. Z okna miałem piękny widok na blaszane dachy i plątaninę staroświeckich anten telewizyjnych. No ale trzeba było się zbierać. Wyjeżdżałem przed świtem. Ruszały pierwsze auto- busy. Jak zwykle chciałem bocznymi. Chciałem bez przeszkód patrzeć, jak wstaje dzień, jak z mroku wynurza się kraj. Najpierw na Bełżyce, potem na Kraśnik. W głąb ojczyzny. W głąb jej ciemnego ciała. I potem, gdy kształty dnieją, w tę szarawość, w te wysmużone dale, na które ktoś ponalepiał domy, płoty, ludzkie
rzeczy, całą tę historię istnienia w listopadzie płaską jak wycinanka. Iak wylepianka. Bełżyce, Kraśnik, Zaklików, gdzie już zaczynało się podkarpackie, ale wolałem myśleć, że to wciąż lubelskie. Nie miałem nic przeciwko. Nie miałem nic przeciwko, żeby Lublin został stolicą całego kraju. Ale nie tak jak w czterdziestym czwartym, tylko naprawdę. Bardziej przypominał Polskę niż Warszawa. Z tymi jej wieżowcami z importu i fontannami, które miały na wieki zetrzeć hańbę prowincjonalizmu, nie dającą jej spać po nocach. Lublin był lepszy. Niczego nie udawał. Lodowaty wiatr ze wschodu o dziesiątej wieczór wymiatał ulice z ludzi. Tylko w sobotę Krakowskim szła młodzież. Nikogo starszego. Szli skuleni i mówili głośno. Klęli i mieli pospolite głosy. Dziewczyny tak samo jak faceci. Przyjechali ze swoich miasteczek i próbowali wypełnić niewypełnialną pustkę tego miasta. Dlatego Lublin bardziej przypominał Polskę z jej nieciągłością, przerwami w zabudowie, z jej zwielokrotnioną, nieoczywistą tożsamością. Na Wyszyńskiego pod czwórką widziałem czarny szyld: „Flagi narodowe, kościelne, unijne”. Więc Lublin walczył. Próbował pozszywać to, co się rozłaziło w palcach. Lublin był bohaterski i pozbawiony ostentacji. I handlował na lodowatym asfalcie w ciemnej dolinie czasu i głosami młodych próbował wypełnić śmiertelną ciszę. Tak myślałem, zostawiając miasto za sobą. Wyobrażałem sobie, że powracam do niego w maju, o zielonym zmierzchu,w gasnącym świetle, w powietrzu pachnącym dzieciństwem, gdy zapadający mrok był obietnicą cudu i tajemnicy. Że powracam do Lublina niczym w jnajdalsze dni, gdy dana nam była łaska niewinności. Tak jak do tamtej wsi nad Bugiem, gdzie w blasku poranka, w wiejskiej izbie wirował złocisty pył. Wjechałem w to Podkarpackie i od razu zaczął się lód. Czterdzieści na godzinę i naprawdę nie dało się więcej. Ci, co próbowali, stali teraz z nosami w rowach i czekali na traktor. To tu, to tam. Wyprzedziła mnie straż na sygnale. Patrzyłem za nimi z podziwem. Była może ósma. Szary, poranny lud stał na przystankach. Faceci palili. Miałem zamknięte okna, ale czułem ten zapach w zimnym, szklistym powietrzu poranka. Tak, było po ósmej, bo w Radiu Maryja leciały godzinki. Ilekroć rano jadę gdzieś poprzez kraj, to słucham i śpiewam na cały głos:

Zacznijcie, wargi nasze, chwalić pannę świętą,
Zacznijcie opiewać cześć jej niepojętą,
Przybądź nam, Miłościwa Pani, ku pomocy,
A wyrwij nas z potężnych nieprzyjaciół mocy.

Śpiewam, by przywołać pamięć swoich babek i dziadków. Tak robiłem i teraz, na tej gołoledzi. Przpominałem sobie ich twarze. Były podobne do tych na przystankach. Ich domy były podobne do tych przy drodze. Zwyczajne, bez ostentacji, kiedy spuściło się z nich wzrok, po prostu przepadały. Ale zapamiętałem z dzieciństwa tę dziwną przemianę, tajemne przeistoczenie, gdy o poranku z ust dziadków zaczynały płynąć słowa pieśni. Zazwyczaj mówili ludową prozą, a raptem, nieoczekiwanie spływał na nich dar poezji. Ich twarze jaśniały, a wzrok sięgał poza codzienność, wysoko, daleko, gdzie okrucieństwo życia nie miało dostępu.

Tyś krzak Mojżeszów boskim ogniem gorejąca,
Tyś różdżka Aronowa śliczny kwiat rodząca,
Bramo rajska zamkniona, różo Gedeona,
Tyś niezwyciężonego plastr miodu Samsona.

Dlatego gdy jadę przez kraj, rano, daleko od domu, zawsze tego słucham. Wyobrażam sobie swoich dziadków kiedyś i tych wszystkich ludzi o szarej godzinie poranka, teraz, w domach, które mijam, wsłuchanych w pieśń, która zdaje się nie mieć końca. W murowanych, starych z drewna, z krzywymi kalenicami, pod eternitem, w nowszych, jak z jakiegoś obcego, odległego snu, z wygonami, zagonami, polami zaraz za ścianą, z tymi wstęgami roli albo już ugoru ciągnącymi się hen pod las, pod zagajnik, po tutejszy horyzont wyniebieszczony, wysiwiały od mgły. Wyobrażam sobie, jak siedzą przy swoich radiach i kołyszą się lekko w tył, w przód, a ich usta bezwiednie podążają za modlitwą. W tył i w przód. W głąb czasu, poza jego wyobrażalne granice nad Jeziora Gorzkie, nad Morze Trzcin, na pustynię Szur, na pustynię Sin, w cień Horebu i dalej aż na górę Nebo, z której otwierał się widok na Kanaan. W tył i w przód, szepcząc, powtarzając, śpiewając o Mojżeszu, Aronie, Gedeonie w polowie listopada minionego roku w Woli Rzeczyckiej, w Musikowie, Bąkowie, Chłopskiej Woli i w Podborku. Śpiewałem razem z nimi. W Stalowej Woli skończyła się gołoledź.

Barataria 89 Peru 5

W elitarnym klubie baratarystów pojawia się oto nowa autorka! Na blogu znana od dawna, ale w klubie – nie. 🙂

Joanna Trümner

Wyspy na jeziorze Titicaca

Opuszczamy kanion Colca. Zanim wyruszymy w dalszą podróż do Puno, największego miasta nad jeziorem Titicaca, mamy trochę wolnego czasu na wypicie pysznej herbaty z liśćmi koki i mięty andyjskiej (muña) i zwiedzenie kościoła na głównym placu w Chivay. Obrazy i rzeźby sakralne diametralnie różnią się od europejskich. „To wygląda jak maskarada”, myślę patrząc na niosącego krzyż Jezusa w przepięknym, zdobionym srebrem niebieskim ornacie. Święta rodzina w jednej z bocznych naw kościoła nosi równie bogate stroje. Obok rzeźba popularnego w Peru świętego Izydora  z Madrytu (Św. Izydor Oracz, patron Madrytu i rolników, żył w XI wieku w Hiszpanii, pochodził z bardzo bogobojnej i ubogiej rodziny, a bieda zmusiła go do ciężkiej pracy na roli w charakterze parobka u zamożnych sąsiadów. Według legendy podczas ciężkiej pracy pomagał mu anioł). Na rzeźbie w kościele w Chivay Izydor wygląda na zamożnego i pełnego elegancji mężczyznę.

Podobne dzieła widzę w wielu kościołach w Peru, z każdym dniem spędzonym w podróży po tym kraju coraz bardziej rozumiem tajemnicę „przerobienia” historii Jezusa i życiorysów świętych na potrzeby lokalnej kultury. Nauczeni przez tysiąclecia życia w hierarchicznych strukturach członkowie kultur preinkaskich oraz sami Inkowie, wychowani w systemie, w którym symbolem władzy, mądrości i siły było złoto i bogate stroje, nie potrafiliby się modlić do leżącego w żłobku w stajence u pasterzy Jezusa lub obrabiającego w skwarze cudze pole Izydora. Nie bez powodu Inkowie nazywali swojego głównego boga, stwórcę świata Wirakoczę Wielkim, Wszechwiedzącym i Potężnym. Na wszystkich obrazach sakralnych w Peru Maria nie ukazuje stóp, co oznacza, że jest częścią ziemi, podobnie jak preinkaska Pachamama, matka wszechświata i Ziemi.

Kiedy patrzę na obrazy w kościele w Chivay, przypominam sobie rozmowę sprzed lat, spotkanie z Michaelem, bawarskim dominikaninem, który podjął się prowadzenia parafii w Imbassai (małe miasteczko nad Atlantykiem w Brazylii). Michael opowiadał mi, jak po kilku miesiącach pracy w Imbassai zrezygnował z walki z małym ołtarzem, który wierni z jego parafii ustawili z tyłu kościoła i na którym regularnie znajdował ofiary z ryżu i innych posiłków, wypieków, mlecznych zębów dzieci i kosmyków włosów. „Najważniejsze, że przychodzą na msze”, powiedział z rezygnacją w głosie.

Po godzinnej przerwie ruszamy w dalszą drogę do Puno, która po raz kolejny prowadzi przez Przełęcz Wiatrów (4.910 m). Tym razem nie mam problemów z wysokością, wysiadam z autokaru i rozprostowuję nogi patrząc na dymiący wulkan Sabancaya. Na ostatnim etapie drogi do Puno dużo czasu tracimy na korkach w dużym, kompletnie pozbawionym uroku mieście Juliaca, którego mieszkańcy dorobili się fortun na szmuglowaniu towarów z o wiele tańszej Boliwii.Pod okiem, a prawdopodobnie przy udziale policji, kwitnie tam nielegalny handel podróbkami podróbek, głównie sprzętów elektronicznych i ubrań.

Po noclegu w Puno wyruszamy w podróż statkiem po jeziorze Titicaca. Pierwszym postojem na jeziorze jest archipelag wysp Uros. Jest to 65 małych wysepek, na których mieszka około 2 tysięcy mieszkańców. Wyspy zbudowane są w całości z trzciny tortora, otaczającej Uros, a zakotwiczono je w dno jeziora za pomocą palików i kamieni.

Zwiedzamy jedną z wysp. Jej prezydentką jest Maria, która oprowadza nas po maleńkiej wyspie i opowiada o tym, jakie ma obowiązki. Maria odpowiada za porządek i konserwację wyspy (trzeba regularnie nawarstwiać ją świeżą tortorą). Na wyspie spotykamy tylko kobiety i małe dzieci, mężczyźni za dnia pracują w oddalonym o pięć kilometrów Puno lub zajmują się połowem ryb na jeziorze, a większe dzieci są w szkole na jednej z sąsiednich wysp lub w mieście. Na archipelagu Uros nie ma policji, konflikty wewnętrzne załatwia się porzez odłączenie części wyspy wraz z osobami, które te konflikty wywołały. Każda z wysp sama zadecydowała o wyznawanej przez siebie wierze. Nasza „wyspa kobiet” składa się w 97% z Mormonów, ponieważ przed laty dotarł tutaj misjonarz Mormonów, który do dzisiaj za darmo uczy indiańskie dzieci angielskiego. W duchu myślę, że zaznajomił tę społeczność również z zasadami działania wolnego rynku, ponieważ kobiety dosyć nachalnie próbują sprzedać nam swoje wyroby.

Kolejnym postojem jest wyspa Taquile. Mieszkańcy tej wyspy (około 2.500 osób) zachowali do dzisiaj stare tradycje i żyją w zgodzie z inkaskim kodeksem moralnym: „nie kradnij, nie kłam, nie leń się”. Mężczyźni zajmują się rolnictwem, rybołóstwem oraz wyrobem tekstyliów i produktów tkackich znanych w całym Peru z najwyższej jakości. UNESCO doceniło tę wyspę, nazywaną „Wyspą mężczyzn robiących na drutach”, wpisując ją w  2005 roku na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego. Jeden z mieszkańców Taquile opowiada nam, jak działają rosnące tu zioła. Mnie najbardziej zafascynował szampon z chujo (lokalny kaktus), który zapobiega siwieniu włosów i przywraca pofarbowanym tekstyliom ich naturalny kolor. Na zakończenie oglądamy jeszcze taniec rytualny wykonany przez mężczyzn.

Zarówno archipelag Uros jak i Taquile zostawiły u mnie mieszane uczucia, sposób prezentowania kultury przez mieszkańców miał charakter wyraźnie komercyjny i nie jestem do końca przekonana, że jest to ich tradycyjny sposób życia.

Mile zaskoczyło mnie natomiast docelowe miejsce naszego pobytu – jedyna prywatna wyspa na jeziorze Titicaca Suasi. Tutaj wszystko było autentyczne. Zbudowany z naturalnych materiałów, przypominający hiszpańską haciendę budynek bardzo różnił się od ofert dużych sieci hotelowych. Właścicielka wyspy, Marta, realizowała tutaj swoje ekologiczne wizje – to pierwsze miejsce w Peru, jakie widziałam, gdzie sortowało się śmieci i wykorzystywało energię słoneczną. Suasi jest w czwartym pokoleniu w posiadaniu rodziny Marty, energicznej, nigdy nie uśmiechającej się siedemdziesięciolatki. Wyspa jest zielona (a jesteśmy przecież na wysokości ponad 3.800 m), panuje tu absolutna cisza, a widok na jezioro jest niesamowity. Wieczorem patrzę na niebo pełne gwiazd i myślę o tym, że gdyby nie to przenikliwe, mokre zimno, to wyspa byłaby rajem. W nocy temperatura spada do zera i kiedy kładę się szczękając zębami z zimna do łóżka i odkrywam w nim nagrzaną gorącą wodą butelkę – przypomina mi się dzieciństwo i babcia Weronika.

Rano wstaję szczękając zębami z zimna i myślę: „Marta przesadziła z tą ekologią”.

Cdn.

What I like in America?

Ewa Maria Slaska

Iwonka (Foto somebody)

Rich (Foto Iwonka)

Manhattan seen from Brooklyn (Foto Iwonka)

and from the Atlantic Ocean (Foto Iwonka)

Perkins Memory Drive (with Manhattan skyline)

“Our” Golf and Country Club (Fotos Iwonka)

Cardinals (Foto Iwonka in a winter!)

Golf course (View from the living room. Foto Iwonka)

Fireplace inside the living room.

Israeli Couscous

“Our” train to NY and back (Foto Iwonka)

New World Trade Center Train Station (designed by Santiago Calatrava)

“Clean Cranberry Snax” with Chia- or Pumpkin seeds

Cute Halloween cakes

UAE

Iwona Schweizer

I recently visited the United Arab Emirates (UAE), a vibrant tourist center in the Middle East.

With the discovery of oil in the 1960’s, the area was transformed from small fishing and pearling villages to a regional business center for the Gulf region.  In 1971 after independence from Britain, the seven emirates united and created the UAE. The population at that time was around 235,000.  The current population is close to 9.5 million people and the median age is 34.

UAE rulers understood early that diversification was critical to the country’s future.  Accordingly, they offered attractive tax advantages and brought major Fortune 500 companies to invest there.  Even though oil still plays important role in country’s total revenue other industries like real estate, finance, retail, and tourism are now part of the backbone of the UAE’s dynamic economy.

UAE ranks among the top 15 defense spenders worldwide, with a majority of the defense budget being spent on air defense systems and the air force.  The United States provides the UAE with military training and has treated the UAE as a leading partner in combating terrorism. Recently, UAE special operation forces were involved in Mali, Afghanistan, Egypt, Yemen, Somalia.  UAE does not have diplomatic relations with Israel (Israelis or Israeli products are not allowed in the country). However, both countries conduct joint military exercise in fighting terrorism.

About 10-15% of the population are native citizens. 80% of the population is foreign born. Emiratis have many privileges provided by the government such as free education, healthcare, grants to cover wedding costs, subsidized utility payments, and well-paid jobs in public sector. UAE is often called expatriate’s paradise. Expats with good jobs are compensated very well. The often receive a housing allowance and car allowances. Domestic help is cheap, almost every household employs a maid. There is no income tax or sales tax.

Due to the influx of foreigners, Emiratis often complain about losing their cultural identity. A common complaint is that too often Islamic guidelines for modest clothing, displays of affection, and consumption of alcohol are not enforced. It is common to see people dressed in western style outfits next to a native wearing an abaya, burka or kandura. Alcohol is served in licensed bars and hotels, and the UAE is famous as a sex tourist destination in the Middle East.

Temporary workers (construction, service) are often unhappy but would usually say “it is still better than back home.” They send money home, educate their children, and save for old age. Many families in Asia were lifted out of poverty because someone in their family works in UAE. I spoke to few hotel and restaurant workers who were very satisfied. Many employers pay for tickets to visit home.

There are also sad stories of people leaving in deplorable conditions, who for some reason had their passports confiscated, and/or whose wages were not paid by their employers. I came across a few circumstances where people claimed they were unable to go back home because they did not have the money to travel.

One can often see nannies with children in local coffee shops. My friends have a nanny from the Philippines. She has worked in Dubai for 12 years and seems very happy there. She is paid $600 month to clean, cook, and take care of two small children. Her wages allow her to send money to her parents every month. By doing so, she was able to build her parents a small house.

Dubai is the cleanest, elegant, the most modern city I ever saw. It often feels unreal, with wide boulevards, big shopping malls, an indoor ski slope, and even a three story aquarium in one of the shopping centers. Dubai also boasts the tallest building in the world. It has the finest restaurants, luxurious hotels. Dubai Healthcare Center is a hub for wealthy people in the Gulf area. Wealthy individuals can even purchase a manmade island in the shape of the world.

UAE is the second safest country in the world, after Finland. You can leave your iPhone on a table and nobody will touch it. Surveillance and undercover police are common. Cameras are everywhere. UAE has experienced no political unrest so far.  That being said, criticizing the government or Islam can result in imprisonment or deportation.

A friend who lives there for years told me about his colleague who went out with his buddies one night.  The following day he received the call and was told to leave the country within 24 hours. When he asked why, caller said “no explanation, no questions asked, you have 24 hours to get out”.

Cars and car insurance are inexpensive. You can see high end cars like Jaguar, Bugatti, Lamborghini on the roads and mall parking lots.  Dubai is famous for its Maserati and Porsche police cars.

In 2016, almost 15 million people visited Dubai. It is the fourth most visited city in the world.  There are a lot of efforts to expand culture in UAE.  Last year, a magnificent opera house opened in Dubai.  There are plans to open Guggenheim and Louvre museums in Abu Dhabi.  Such initiatives should have a positive effect on the country’s leisure sector.

UAE is supposedly one of the happiest countries on the planet. They even have “Minister of State for Happiness” driving government policy to provide social satisfaction.

Mighty mighty mighty

Ewa Maria Slaska

We went to New York to concert of Singing Men of Texas (120 of them!) in Carnegie Hall! Strange!

Me in Carnegie Hall. Strange! (Foto Iwona)

120 singing men. Strange!

Everything I saw last days in America reminded me an all American movies I’ve ever seen and all American book I’ve ever read.
The farmer in a red pic up, weather-beaten dude, but handsome, in red plaid shirt.
High school kids singing Sunday morning between booths on farmers market.
Suburb train taking every morning all the kings men to work in Manhattan.
Midget waiter in an Italian Trattoria where we have our pre theater dinner serving cold water and wine. At the table near to us two families, behind us a very young and pretty woman with a wrath of red flowers looking like Frida Kahlo.
Very nice but in the same time a somewhat spooky pastor who forget to comb his hair and his curly red haired women born in Poland, singing soprano in a church.
Very handsome, very black, very tall intellectual with squared glasses better looking than almost any other men in the whole Hall.
And so on.

They singed gospel in Carnegie Hall. 120 white men and one black pastor.

They also sang that sweet song of Mosie Lister, I am feeling fine. O yeah, I am feeling mighty fine.

A great star of Gospel music, Steve Green, was singing with them. I was not very fond of him, though I had to admit, he had really mighty voice. But then he sang a capella Martin Luthers Mighty Fortress, and I thought I have never heard that song singed so mighty…

It is one of the best known hymns by the German reformer Martin Luther. He wrote the words, a paraphrase of Psalm 46, and composed the melody sometime between 1527 and 1529. It has been translated into English at least seventy times and also into many other languages.

A Mighty Fortress
XXX
A mighty fortress is our God
A bulwark never failing
Our helper He amid the flood
Of mortal ills prevailing
For still our ancient foe
Doth seek to work us woe
His craft and power are great
And armed with cruel hate
On Earth is not his equal
Did we in our own strength confide
Our striving would be losing
Were not the right man on our side
The man of God’s own choosing
You ask who that may be
Christ Jesus, it is He
Lord Saboth His name
From age to age the same
And he must win the battle
XXX
And through this world with devils filled
Should threaten to undo us
We will not fear
For God hath willed His truth to
Triumph through us
The prince of darkness grim
We tremble not for him, his rage we can endure
For lo, his doom is sure
One little word shall fell him
XXX
That word above all earthly powers
No thanks to them, Abideth
The spirit and the gifts are ours
Through Him who with us sideth
Let goods and kindred go
This mortal life also
The body they may kill, God’s truth abideth still
His kingdom is forever
His kingdom is forever
His kingdom is forever
His kingdom is forever and ever
XXX
Translated by Steve Green
Ein feste Burg ist unser Gott
XXX
Ein feste Burg ist unser Gott,
ein gute Wehr und Waffen.
Er hilft uns frei aus aller Not,
die uns jetzt hat betroffen.
Der alt böse Feind
mit Ernst er’s jetzt meint,
groß Macht und viel List
sein grausam Rüstung ist,
auf Erd ist nicht seins gleichen.
XXX
Mit unsrer Macht ist nichts getan,
wir sind gar bald verloren;
es streit’ für uns der rechte Mann,
den Gott hat selbst erkoren.
Fragst du, wer der ist?
Er heißt Jesus Christ,
der Herr Zebaoth,
und ist kein andrer Gott,
das Feld muss er behalten.
XXX
Und wenn die Welt voll Teufel wär
und wollt uns gar verschlingen,
so fürchten wir uns nicht so sehr,
es soll uns doch gelingen.
Der Fürst dieser Welt,
wie sau’r er sich stellt,
tut er uns doch nicht;
das macht, er ist gericht’:
ein Wörtlein kann ihn fällen.
XXX
Das Wort sie sollen lassen stahn
und kein’ Dank dazu haben;
er ist bei uns wohl auf dem Plan
mit seinem Geist und Gaben.
Nehmen sie den Leib,
Gut, Ehr, Kind und Weib:
lass fahren dahin,
sie haben’s kein’ Gewinn,
das Reich muss uns doch bleiben.

PS. For those who do not know (I did not):

Mosie Lister (1921 – 2015) was an American singer and Baptist minister. He was best known for writing the Gospel songs “Where No One Stands Alone”, “Till the Storm Passes By”, “Then I Met the Master” and “How Long Has It Been?” As a singer, he was an original member in The Statesmen Quartet, the Sunny South Quartet, and the Melody Masters. In 1976 Lister was inducted into the Gospel Music Hall of Fame and the Southern Gospel Music Association in 1997. His songs have been recorded by nearly every Southern Gospel artist. And not only. Elvis Presley recorded three of his songs in the 60s: “Where No One Stands Alone” “He Knows Just What I Need” and “His Hand in Mine”.

Kosciasko… Kosciusco…

Ewa Maria Slaska

I was invited to America by my friend. Thank you Iwona! It is great to be with you here!

It is already my third day in America.
Yesterday I was told that today we will visit West Point.
Do you know what West Point is? Oh, I said, something military.
I visited USA 27 years ago so I was aware that Kosciuszko was involved in the  revolutionary war here.
I asked my friends “do Americans know that he was Polish?; they pronounce his name as Kosciusko?”  I was assured that Americans know that he was a Pole but I still had doubts.
Shortly after we were in the United States Military Academy, also called West Point. Originally established as a fort, it is a national landmark full of historic monuments and buildings. Kosciuszko, military architect designed and managed construction of the West Point’s fortification. He even build tranquil Kosciusko Garden, overlooking stunning Hudson River, where he would retreat to relax and contemplate. Soon we approached his monument. I was proud to see how prominent Kosciuszko’s role was in Polish and American history.

Do you recognize him? Tadeusz Kościuszko!

From Wikipedia:
He was born 1746, died October 15, 1817. He was Polish-Lithuanian military engineer, statesman, and military leader who became a national hero in Poland, Lithuania, Belarus, and the United States. He fought in the Polish-Lithuanian Commonwealth’s struggles against Russia and Prussia, and on the U.S. side in the American Revolutionary War. He studied in Warsaw and Paris, then 1776 moved to America, where he took part in the American Revolutionary War as a colonel in the Continental Army. An accomplished military architect, he designed and oversaw the construction of state-of-the-art fortifications, including those at West Point, New York. In 1783, in recognition of his services, the Continental Congress promoted him to brigadier general. Upon returning to Poland in 1784, Kościuszko was commissioned as a major general in the Polish-Lithuanian Commonwealth Army in 1789. After the Polish–Russian War of 1792 resulted in the Second Partition of Poland, he organized an uprising against Russia in March 1794 (Powstanie Kościuszkowskie), serving as its Naczelnik (commander-in-chief). Russian forces captured him at the Battle of Maciejowice in October 1794. The defeat of the Kościuszko Uprising led to Poland’s Third Partition in 1795, which ended the Polish–Lithuanian Commonwealth’s independent existence for 123 years. In 1796, following the death of Tsaritsa Catherine the Great, Kościuszko was pardoned by her successor, Tsar Paul I, and he emigrated to the United States. A close friend of Thomas Jefferson’s, with whom he shared ideals of human rights, Kościuszko wrote a will in 1798 dedicating his U.S. assets to the education and freedom of U.S. slaves. He eventually returned to Europe and lived in Switzerland until his death in 1817. The execution of his will later proved difficult, and the funds were never used for the purpose he had intended.

***

My friends live in Ramsey, New Jersey, one of many bedroom communities close to New York City; 45 minutes by car or train. Ramsey is located  five minutes from the Appalachian  Mountains. On our way to West Point we drove through Seven Lakes – as name implies group of seven large and few small, picturesque lakes. Via curvy and steep Perkins Memorial Drive we reached the top of the Bear Mountain. It is breathtaking view of the Hudson Valley, Catskill Mountains.
It is sunny autumn day. We are surrounded by huge green forests. Some trees are already covered in a fall foliage, the whole landscape is shiny and golden.
We plan to visit this area in 2 weeks, hoping that Appalachian Trial and Bear Mountain  will be covered with vivid fall colors. We are stopping every now and then so I can take pictures. Once, far away behind river, lakes, forests and hills we see again skyline of New York City. I was thrilled that day.

Peru 4

Joanna Trümner

W kanionie Colca, coraz dalej od Nazca

Kolejnym etapem naszej podróży jest kanion Colca, drugi pod względem głębokości kanion świata (dwa razy głębszy od Wielkiego Kanionu Colorado). Czeka nas wielogodzinna podróż autobusem. Co prawda Arequipę i miasto Chivay, do którego mamy dotrzeć, w linii prostej dzieli tylko ponad sto kilometrów, ale droga prowadzi przez tak wysokie góry (startujemy z wysokości 2.300 metrów w Arequipie, a najwyższe wzniesienie na trasie to Przełęcz Wiatrów na wysokości 4.910 metrów), że na ich pokonanie potrzeba co najmniej sześciu godzin. Na pierwszym postoju nasza przewodniczka, Milagros, namawia pasażerów do kupienia suszonych liści koki i cukierków z koki. Tłumaczy, że liście koki są częścią peruwiańskiej kultury i najskuteczniejszym na świecie naturalnym środkiem na chorobę wysokościową. Kojarzenie liści koki z kokainą (zwaną w Peru „diabłem”) jest, jak twierdzi, kompletnym nieporozumieniem. Do produkcji tego narkotyku potrzebne są odpowiednie procesy chemiczne i mieszanki z innymi składnikami. Milagros robi z naszego pierwszego kontaktu z koką fajną zabawę, radząc nam żuć te niezbyt smaczne suche liście w takt melodii przeboju Despacito (Powoli, powoli). Po pół godzinie żucia przerzucam się na cukierki z koką, które w przeciwieństwie do liści są smaczne i nie mają nieprzyjemnego ziemistego smaku.

Autobus pnie się coraz wyżej, ubywa roślinności, a za oknem coraz częściej widać zaśnieżone wierzchołki gór (granica śniegu leży w Peru na wysokości 5.000 metrów).

Dziwię się, że od czasu do czasu mijamy przypominające stepy polany, na których pasą się stada wikunii.  Te śliczne dzikie lamy żyją na wysokości powyżej 3.500 metrów.

O wartościach zrobionej z ich sierści wełny dowiedziałam jeszcze zanim zobaczy wikunii w naturze. W jednym z eleganckich sklepów w arkadach na rynku w Arequipie wpadło mi w oko beżowe ponczo na wystawie.  Weszłam do sklepu i wzięłam do ręki. Było tak przyjemne w dotyku i miękkie, że od razu zorientowałam się, że trzymam w ręku bardzo dobry i z pewnością drogi gatunek wełny.  Ponczo kosztowało ponad dwa tysiące dolarów, więc z żalem oddałam je z powrotem do rąk sprzedawczyni, która w chwilę później uświadomiła mi (z nieukrywaną wyższością w głosie),  że wełna z wikunii jest najlepszą gatunkowo i najdroższą wełną na świecie. Garnitur z wełny wikunii kosztuje przeciętnie od 10.000 do 20.000 dolarów, a płaszcze wykonane z tego materiału nosił między innymi Al Capone i Aristoteles Onasis. Te dzikie zwierzęta objęte są całkowitą ochroną i tylko dwóm peruwiańskim firmom wolno jest raz do roku schwytać je i ostrzyc. Następnie pod okiem dyżurnych weterynarzy zostaną wypuszczone na wolność.

Po drodze robimy kilka przerw, wysiadamy z autokaru i rozprostowujemy nogi. Na każdym postoju widzimy wulkan Sabancaya (5976 m), z którego nieustannie wydobywa się dym. Po raz pierwszy w życiu widzę czynny wulkan i robi on na mnie tak niesamowite wrażenie, że przez chwilę zapominam o tym, że z godziny na godzinę czuję się coraz bardziej niewyraźnie.

Na najwyższym punkcie drogi, na Przełęczy Wiatrów, mój organizm buntuje się. Wyglądam jak trup, głowa mi pęka, mam poczucie nudności, a po wyjściu z autokaru nie mogę złapać oddechu. Po chwili za pomocą kierowcy wracam na swoje miejsce w autobusie i w duchu modlę się, żeby to się skończyło. Milagros bada mój puls i uspokaja, mówiąc, że w autokarze jest butla tlenowa i powinnam z niej skorzystać. „Poczekajmy dziesięć minut”, odpowiadam i koncentruję wszystkie siły na spokojnym, miarowym oddychaniu. Wiem, że jesteśmy na najwyższym punkcie drogi, że będziemy teraz zjeżdżać w dół i będzie, musi być coraz lepiej. W pół godziny później zaiste czuję się o wiele lepiej.

Któryś z pasażerów pyta przewodniczkę, jak mieszkańcy Andów, szczególnie ci starsi i dzieci radzą sobie z chorobą wysokościową. Jej odpowiedź jest zaskakująca – mieszkańcy Andów różnią się  budową ciała od mieszkańców nizin. Ich klatka piersiowa ma większą pojemność, serce jest o 20% większe od naszego, a co za tym idzie płuca są również większe, dzięki czemu są w stanie chłonąć z powietrza większe ilości tlenu. Mieszkaniec Andów ma dwa litry krwi więcej niż mieszkaniec nizin, struktura tej krwi jest odmienna, zawiera wiecej czerwonych ciałek i dwa razy więcej hemoglobiny. „Jeżeli zostaniecie na tej wysokości przez miesiąc, to też będziecie mieli taką krew”, komentuje Milagros, uśmiechając się do mnie.

Docieramy do miasteczka Chivay (3650 m n.p.m.), bramy do kanionu Colca.

Zatrzymuję się przy tablicy pamiątkowej na głównym placu miasteczka. Z dumą czytam „Z tego miejsca dnia 13 maja 1981 roku wyruszyła polska akademicka wyprawa kajakowa Canoandes 79, która zdobyła i odkryła dla świata najgłębszy na ziemi Kanion – Rio Colca”. Kanion ma długość 120 kilometrów, a różnica poziomów pomiędzy jego wlotem a wylotem wynosi 2.200 metrów. Nie wiedzałam o tym odkryciu Polaków, może dlatego że uczestnicy tej wyprawy po ogłoszeniu stanu wojennego wyemigrowali na stałe z Polski. Do dziś mieszkają w Stanach.

Przed zapadnięciem zmroku docieramy do hotelu położonego w środku kanionu. W drodze do naszego bungalowu szczękam zębami z zimna. Z przerażeniem widzę, że w pokoju nie ma żadnego ogrzewania. Mimo to jest tu ciepło, wszystkie domki w ośrodku ogrzewane są podłogowo przez gorące źródła w okolicy. Po kolacji widzę ludzi w szlafrokach (mamy około pięciu stopni plus) w drodze do gorących źródeł na terenie hotelu. O dziewiątej i my siedzimy w  gorących basenach i wpatrujemy się w pełne gwiazd niebo, w Krzyża Południa. Co mniej więcej półtorej godziny na niebie widać światła Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Atmosfera jest niesamowita – pełna ciemność wokół mnie, rozświetlana jedynie gwiazdami, szum potoku i przyjemne ciepło gorących źródeł.

Z samego rana wyruszamy w drogę do Cruz del Condor (Krzyż Kondora). Kanion ma tutaj głębokość ponad tysiąca metrów i kondory czekają na prądy powietrza, które uniosą je w górę wąwozu. Zatrzymujemy się w Mirador Cruz del Condor (Punkt Widokowy Krzyża Kondora) i  już podczas, gdy kierowcę autobusu parkuje, widzę, że nie jesteśmy jedynymi osobami na świecie, które w tym miejscu chcą zobaczyć kondory. Nie da się opisać ilości ludzi rozmawiających we wszystkich językach świata (słyszałam również polski), czekających na pierwszego kondora. Do hałasu turystów dochodzą odgłosy sprzedawców napoi i jedzenia, pamiątek i nieodzownych koców z sierści lamy. W duchu dziwię się, że te ptaki w ogóle się jeszcze tutaj pokazują. Kanion jest przecież na tyle długi, że mogłyby znaleźć sobie spokojniejsze miejsce.  W kilka minut po przybyciu na miejsce widzimy kondory, jestem zachwycona ich majestatycznym lotem bez poruszania skrzydłami. Cieszę się, że to zobaczyłam i wstydzę się równocześnie za ten punkt widowiskowy (jeden z wielu po drodze) i ludzki hałas, który zakłóca im życie. Kondory nie mają wrogów naturalnych i żyją ponad sześćdziesiąt lat. „Ile jeszcze „miradorów” powstanie tutaj w ciągu sześćdziesięciu lat?”, myślę z przerażeniem.  W kanionie Colca spędzamy trzy dni.

Cdn