Tekst, który “chodzi za mną” od prawie 30 lat

Ewa Maria Slaska i reblog

Był rok 1991. Byłam młoda, szczupła, z szopą kręconych włosów na głowie. Nosiłam obcisłe dżinsy i jedwabne podkoszulki z niewielkim dekoltem, ale wystarczającym, by koleżanki szeptały mi czasem do ucha, że podczas wieczoru auorskiego faceci w ogóle nie słuchali, co czytam, tylko gapili mi się w dekolt. To było prawie 30 lat temu. Kobiety nie pokazywały jeszcze tyle ciała, co teraz, czyli mało było więcej.
Pojechaliśmy do Ameryki, wynajęliśmy samochód w Los Angeles i jechaliśmy, aż dojechaliśmy do Nowego Jorku. Zapamiętałam z tej podróży piękną przyrodę, wspaniałe muzea w każdej byle wiosce z kilkoma milionami mieszkańców oraz nowoczesną architekturę. Właściwie nie mieliśmy żadnych kontaktów z ludźmi. Sypialiśmy na kampingach, gdzie nie było nikogo i nikt się z nami nie chciał z amerykańską wylewnością zaprzyjaźnić. Pamiętam tylko kilka osób. Czarnoskórego przystojnego urzędnika w banku z krawatem nonszalancko zarzuconym na prawe ramię. Jakąś panią na kampingu w Kosciuszko County, która mnie poinfomowała, że Kościuszko był Amerykaninem, a jego nazwisko wymawia się Coscijasko. Młodego Indianina spotkanego nocą na stacji benzynowej w drodze przez kolorowe góry Colorado. Trasy wybieraliśmy mało uczęszczane. Miał dżinsową bluzę z frędzlami i warkocze.
– Skąd jesteś? – zapytał, co jest oczywiście pierwszym pytaniem, z jakim styka się podróżnik na całym świecie.
– Z Europy.
– Skąd z Europy? Pytanie było dziwne, bo w Idaho Minnesotta jest zagranicą, ale nie zraziłam się.
– Z Polski.
– Skąd z Polski? Uznałam, że facet nieźle się upiera, ale odpowiedziałam.
– Z Gdańska.
– O, ożywił się chłopak. – Znasz Wałęsę?
– Tak.
Pokiwał głową, zadowolony, świat był dokładnie taki, jaki miał być, taki, o jakim on wiedział na swojej małej stacji benzynowej w Colorado. Wydał mi resztę, wyszłam, pojechaliśmy dalej.
Nocowaliśmy w rezerwacie, a rano pojechaliśmy do Junktion na sprawunki, bo w rezerwacie były tylko pamiątki, chipsy i cola. Junktion była rzeczywiście miejscem, w którym spotykali się Indianie z rezerwatu i biali z okolicznych wiosek i miasteczek. Turystów nie było. Na wielkim placu parkingowym stały trzy terenowe jeepy z odkrytymi platformami. Nasz biały samochód rzucał się w oczy z daleka. Był tylko jeden ogromny sklep, w którym było wszystko, od kosiarek po naklejki z supermanem. W lokalnej gazecie przy kasie na okładce było zdjęcie cielęcia z dwoma głowami. W gazecie stanowej Gorbaczow stał na czołgu i tryumfował, bo pokonał pucz komunistycznej jaczejki.

Mąż i syn gdzieś zniknęli w czeluściach sklepu, szłam z wielkim wózkiem między półkami i pakowałam chleb, mleko, brokuły i donaty. Zza regału wysunęła się strasznie blada dziewczyna w spranej sukienczynie z jakiejś bladej wzorzystej bawełny. Sukienczyna była wysmotruchana na brzuchu, a wyglądała tak, jak sukienki Ani z Zielonego Wzgórza, zanim jeszcze Mateusz zainterweniował i stroje dziewczynki zaczęły być kolorowe, bufiaste i ozdobne. Dziewczynina w sklepie miała na czole blade jak ona sama loczki, przyklejone plastrem. Uśmiechnęłam się do niej, ale ona tylko stała i patrzyła na mnie poważnym wzrokiem. Po chwili pojawiła się druga, tak samo ubrana i też młoda. Nie stały obok siebie, każda zatrzymała się tam, gdzie wyszły z przejścia między półkami. Stały i patrzyły, a ich patrzenie było nie tyle poważne co surowe i zimne. Poczułam się, jakbym miała plamę na policzku. Pojawiły się dwie następne kobiety, starsze, grubsze, siwoblond. Na sukienkach miały zawiązane fartuchy w paseczki. Były z innej epoki, z innego świata, może z jakiejś sekty jak amishe czy shakerzy. Było ich coraz więcej i przysuwały się do mnie coraz bliżej. Wciąż nic nie mówiły. Patrzyły na rudą lokowatą kobietę w obcisłych dżinsach zielonych jak wiosenna trawa i jasnoróżowej bluzce bez rękawów i z (małym!) dekoltem. Zanim dotarłam do kasy i zdołałam telepatycznie przywołać mężczyzn, przeżyłam momenty prawdziwej grozy, takiej z filmów. Myślałam o tym, że półki w sklepie poręcznie zawierają wszystko, czym cicho i szybko można zakłuć czarownicę. Jestem zdania, że uratował mnie tylko fakt, że te kobiety po prostu nie miały powodu, żeby to zrobić. Gdyby jednak tej nocy w ich miasteczku na prerii umarło dziecko, na przykład na ospę, a one przecież nie szczepiły dzieci, to było oczywiste, gdyby więc to dziecko umarło, to na pewno ja, ruda wyuzdana przybłęda, musiałabym za to zapłacić.

Nie zapomnę tej sceny póki żyję. Trwa, a my wciąż patrzymy na siebie – nowoczesna Europejka i przeniesione z innej epoki i z innych norm Amerykanki. Nic się nie zmienia. Ich loczki wciąż są przyczepione plastrem do czoła, wciąż mają na sobie sukienki z wzorzystej bawełny.

Te sukienki nazywają się “sukienki z prerii”. Dowiedziałam się tego wczoraj i dlatego przygotowałam ten wpis. Nowojorska gazeta The Cut w artykule o modzie na nadchodzącą wiosnę pisze o sukienkach z prerii.

spring 2019 fashion issue /

The Pleasure of Sitting Out a Trend

Designerka nazywa się Bashewa Hay, a jej sukienki mogą się okazać hitem nadchodzącego sezonu.

These dresses: They look like Laura Ashley exposed to just a touch of nuclear radiation, and, per the Washington Post, they’re “the most provocative thing in fashion right now.” Vogue: “Vintage Laura Ashley, Betsey Johnson’s Alley Cat, and Gunne Sax.” Women’s Wear Daily: “Anne of Green Gables, Laura Ashley, and Eighties neo-Victoriana.” Haaretz: “Amish Meets Laura Ashley With a Bit of Hasidic Chic.” Indeed, the Batsheva line (launched in 2016) began with a beloved and beat-up Laura Ashley dress that Hay had remade. But her specifications made the details more eccentric, extreme. (…) Hay has described finding inspiration in both her mother’s style in the ’70s and the dress codes of religious fundamentalism, from Mennonites and the Amish to Hasidim. A former corporate lawyer educated at Stanford and Georgetown, Hay grew up in a secular family; her husband, a successful fashion photographer, was beginning to embrace Orthodox Judaism around the time they met. Her designs found her grappling with the confines of his faith. During their courtship, the couple staged Hasidic-cosplay photo shoots in South Williamsburg, complete with wig.

Cały tekst TU.

Guantanamo


Tibor Jagielski

Przybywszy do Rzymu Cebulski stwierdził, że jego ludzie nie mają nawet butów. Zasadził wiec drzewko wolności na dziedzińcu kwatery; otworzył kasyno i ograł w karty pół Wiecznego Miasta, czym wzbudził niemały podziw ówczesnej finansjery. W przeciągu krótkiego okresu wyrósł – niedaleko od Watykanu, który stał się, nie po raz pierwszy w historii, więzieniem papieża – istny lupanar, bo na grze w tarocci oczywiście się nie skończyło.

Ledwo Bonaparte wyruszył na podbój Indii przez Egipt, a już włoscy chłopi, pod przywództwem kleru, chwycili za widły i strzelby, aby przepędzić francuskich diabłów
i ich sojuszników. Do ich ulubionych metod należały: pieczenie czarta na rożnie, wbijanie na pal (chętnie zrobiony z drzewka wolności), obłupianie ze skóry po uprzednim powieszeniu za nogi i gotowanie w kotle. Zdarza się.

Zabawy takie trwały nieraz parę dni, a ich ofiary szły w dziesiątki, jeśli nie setki.
Zazwyczaj kończyły się przybyciem republikańskiego oddziału pacyfikacyjnego, który zdobywał wieś lub miasteczko (po uprzednim ostrzale artyleryjskim) szturmem,
a tych którzy nie zginęli i nie uciekli, zaganiano do kościoła i wraz z nim palono.
Bywa i tak.

Tymczasem brak ochoty w “akcjach pokojowych”, ba, Tańce! Hulanki! Swawola
(seks – jak byśmy to dzisiaj powiedzieli)!  No i zwłaszcza strumień złota, płynący
do kasy półbrygady, zdenerwowały na ostatek rzymską administrację, która zainterweniowała u Dąbrowskiego. Ten, nie zastanawiając się długo, awansował Cebulskiego na kapitana i wyprawił go, wraz z kompanią, do Toskanii.

Wymarsz, przy grzmocie bębnów, fanfarze trąbek i łopocie sztandarów, pozostawił w Rzymie nie jedną mokrą chusteczkę i to nie tylko dlatego iż (nowo wyekwipowani za szulercze pieniądze) żołnierze prezentowali się znakomicie, a choć nadal dokuczał brak broni palnej, to u żadnego boku nie brakowało pałasza i dobrze wypełnionej manierki.
Był marzec; kobiety rzucały fiolki; tańczyły konie oficerów.

Przez następne parę zim historia Legionów Polskich we Włoszech o Cebulskim milczy.
Odnajdujemy go znowu na pokładzie francuskiego okrętu liniowego “Le Fougeux”, wiozącego posiłki na, objętą powstaniem czarnych niewolników, wyspę Santo Domingo.

Konwój, w skład którego wchodziły jeszcze dwa liniowce, przebył Atlantyk w ciągu dwóch miesięcy, stawiając mężnie czoła licznym burzom i okresom ciszy morskiej; przemknął się szczęśliwie przez blokadę floty angielskiej i bez strat (nie licząc dwóch marynarzy, którzy spadli podczas sztormu z bocianiego gniazda i skręcili sobie karki – zdarza się) stanął na redzie portu Cap Francais. Nad zatoką stały kolumny dymu.

Na pytanie Cebulskiego, co te dymy oznaczać mogą, odpowiedział nieźle skonfundowany kapitan Boudrie, iż sądzi, że powstają one podczas palenia ratafii, które niezbędne jest przy produkcji rumu (najważnieszego towaru eksportowego kolonii).
–  Takiego trunku pić nie zamierzam – przeżegnał się Cebulski i miał całkowitą rację, bo już zbliżała się łódka z pilotem i marynarze wrzeszczeli z daleka:
– Dessalines zdradził! Murzyni spalili pół miasta! Atak odparty!

Jan Jakub Dessalines, pierwszy czarnoskóry, który zrobił zawrotną karierę w armii republikańskiej i dowodził na Santo Domingo oddziałami posiłkowym, składającymi się z byłych niewolników, przeszedł na stronę powstańców i rozpoczął regularną kampanię, zmierzającą do całkowitego wyniszczenia białych kolonistów (zdarza się) na wyspie zwanej, nie bez kozery, Perłą Karaibów. Perła, która wkrótce stać się miała grobem Polaków. Zdarza się.

Krótko po zacumowaniu w porcie pojawił się na pokładzie “Le Fougeux” kwatermistrz oddziałów polskich na wyspie, Przebendowski i po krótkiej lustracji, przyrzekł wszelką możliwą pomoc w zaopatrzeniu nowo przybyłych oddzialów nawet przed zmustrowaniem, które w wyniku kompletnego zniszczenia  portu jak i  kwater, mogło się przeciągnąć.

Jeszcze przed wieczorem nadszedł transport składający się z  tuzina świń, tej samej liczby koźląt, tudzież stu dwudziestu kop jaj, koszy pełnych bananów, ananasów, pomarańcz, cytryn, mango, papaji, jak i dwóch beczek rumu, dziesięciu skrzyń cygar, pięćdziesięciu kociołków do warzenia strawy, stu sześćdziesięciu ładownic, czterdziestu karabinów, tudzież dwudziestu pięciu dogów, specjalnie wyćwiczonych na Kubie, do rozszarpywania
(zdarza się) zbiegłych niewolników.

668 polskich żołnierzy bardzo się ucieszyło i rzucało pomarańczami we francuskich marynarzy, którzy – strasznie wściekli – nadaremnie czekali na zaopatrzenie.
(Nawiasem mówiąc 591 członków półbrygady za pół roku miało już nie żyć; bywa i tak)

Kwik i beczenie zarzynanych świń i koźląt, ognie rozpalane przez kobiety, a i rum rozlewany szczodrze, doprowadził prawie do szału załogę liniowców, która od tygodni już piła tylko stęchłą wodę.
Jednakże psy i nowe, angielskie karabiny robiły wrażenie i skończyło się na bezsilnych złorzeczeniach i przekleństwach, które na koniec tak wzruszyły legionistów, że zaprosili Francuzów do kotłów i beczek.

Na tle scenerii płonącego miasta wyglądało to nieźle.

Powiem w skrócie, bo świeca mi gaśnie: nieźle skonstruowana na papierze w Paryżu kampania na Santo Domingo skazana była, przynajmniej z trzech powodów, na porażkę:

A –  jak Anglicy; ścisłą blokadę morską, lecz zamienili Santo Domingo w pułapkę. Wszystkie, powtarzam, wszystkie statki francuskie zostały zniszczone lub padły łupem floty brytyjskiej albo wspomaganych przez nią powstańców.

B – jak barbarzyństwo, które osiągnęło apogeum; mordowano i niszczono wszystkich i wszystko. A ludożerstwo było na porządku dziennym.

C – jak choroby, które wykończyly (zdarza się) większość legionistów; malaria, czerwonka, tyfus, dezynteria.

Powiem też, że Cebulski tę degrengoladę przeżył i kiedy, osiem miesięcy później, pisał list do brata z obozu dla internowanych w Guantanamo na Kubie, brakowalo mu tylko lewego oka. „ (…) Uczę się na nowo strzelać, ale idzie jak po grudzie z tym jednym ślepiem. Ale jak tu narzekać, kiedy dziesięciu naszych z tuzina sczezło, a ja żyję. Jesteśmy skonfundowani, bo wszystkie nasze kobity i dziatki ze statkiem, który do nas płynął, zatonęły; Więckowski, sąsiad nasz z Szamotul, umarł ze żalu za żoną, niczem pocieszyć się nie dał. Tak to i ze zmartwienia sczeznąć można. Chodzą słuchy, że nas wykupili i już niedługo przyjdzie nam płynąć do Francji (…).

(spisane na postawie oryginalnej korespondencji legionistow polskich).
t.j.

Dodatek kulinarny:

Sałatka morska

Algi morskie  – 4 dobre garście
Ogórek (lądowy) – obrać, pokroić w grube plastry
Ostrygi – pół tuzina, otworzyć (są też w puszkach)
– włożyć do miski, dorzucić parę kaparów, lekko posolić i popieprzyć,
skropić paroma kroplami worchester sauce i sokiem cytryny, podlać oliwą
parę razy wstrząsnąć ostrożnie zawartość
i
– smacznego!
t.j.
——————————————————–
uwaga: wszystkie składniki (oczywiście poza oliwą i cytryną – u mnie zawsze w temperaturze pokojowej) muszą być zimne jak z lodówki, a zamiast ostryg można wziąć świeże grzyby typu shitake albo portobello

Frauenblick: Unrast

Zu unserer Ansage schreibt jetzt

Monika Wrzosek-Müller

Eine rastlos theatralisch-musikalische Reise nach Motiven von Olga Tokarczuks >Unrast<

Für uns, aufgewachsen in der Tradition von Grotowski, Kantor oder später Szajna, ist das Experimental/Avantgarde-Theater eine Selbstverständlichkeit. Das Spiel mit dem Körper, weg von der Sprache, vom Text, nah an Bild, Musik, Bewegung, das alles habe ich als Gymnasiastin im Polen der 70er Jahre erlebt. Arbeit mit Schatten, mit Pantomime, Gesang, direkte Interaktion Schauspieler-Zuschauer während des Stücks war nichts Neues für mich. Ich kann mich an eine Aufführung von Jozef Szajna im Theater Studio in Warschau im Kulturpalast erinnern, in der die Schauspieler mit Schüsseln voll Wasser zu den Zuschauern gingen und sagten: „wascht eure Hände“, und jemand antwortete ganz laut und unvorhersehbar: „Wasch dir selbst die Hände, ich habe für den Theaterbesuch gebadet“…

Ende der 70er Jahre habe ich an einem Ausbildungsworkshops von Grotowski teilgenommen. Ich wog mich wie Ähren auf einem imaginären Kornfeld im Wind oder verrenkte mich wie eine Wolken am stürmischen Himmel. Schwieriger waren komplizierte Nachahmungen aller möglichen Kriechtiere, den Unterschied zwischen einer Eidechse und einer Schlange körperlich herauszuarbeiten… und zu lernen versuchen, wie man auf der Stelle verharrend mit viel Anstrengung Distanzen bewältigt, die in Metermaßen 0 betrugen, doch von Weitem als sehr effektvolles sich Vorwärtsbewegen aussahen. Wenn ich jetzt auf meine Biographie zurückschaue, war die Beschäftigung mit meinem Körper immer für mich wichtig, ich brauchte es, um weiterleben zu können. Deshalb meine Ausbildung zur Yogalehrerin und meine jahrelange Yogapraxis.

Umso mehr erstaunt mich, dass in Berlin meistens ganz traditionell im Sinne eines Sprechtheaters inszeniert wurde und die Spektakel von Bob Wilson sich so großer Popularität und so riesigen Interesses erfreuten, weil sie etwas Anderes, Neues waren. Zwar existierte seit 1984 in Berlin eine von Teresa Nawrot, einer Assistentin von Grotowski, gegründete Theaterschule, die nach ihm Schauspieler (mit Körper-, Stimmarbeit, Rhythmus und Text) ausbildet, doch bei den hiesigen Theaterinszenierungen traf man solche Choreographien und Inszenierungen sehr selten.

Warum ich soweit aushole: Es war für mich ein Vergnügen, die letzte Aufführung von „Unrast“ von Elzbieta Bednarska in der Spandauer Zitadelle zu sehen. Die Fülle der Bilder, die physische Präsenz der Schauspieler, der Ort der Aufführung, alles sprach mit der starken, emotionalen und deutlichen Sprache des polnischen Avantgardetheaters. So viel Kraft und Vision kann man kaum in einem normalen Zuschauerraum erzeugen, auch wenn das Thema Reisen, Flüchten, sich von Ort zu Ort Bewegen sehr aktuell in unserer so bewegten Zeit ist. Wir wurden auf die Reise mitgenommen und konnten Textpassagen, Bilder und Musik wirklich miterleben; auch wenn das Wetter den Schauspielern übel mitspielte (es stürmte und regnete stark), so waren die Bilder umso suggestiver und expressiver. Auch die Auswahl aus den Texten der heute in Deutschland vielleicht bekanntesten zeitgenössischen polnischen Schriftstellerin kam uns entgegen; in verschiedenen Sprachen, Kulturen, das sich Bewegen als Ziel, nie erreicht und immer vor neue Fragen oder auch Herausforderungen stellend. Das Ziel ist auch andere Menschen zu treffen, sie mitzunehmen, sich auszutauschen, aber auch sich zu verlieren, das Alte aufzugeben, zu flüchten oder letztendlich zu pilgern. Doch deutlich zeigte sich: So wichtig auf der einen Seite die Reise, das Sich-Bewegen, für den modernen Menschen ist, ihn fast formt, so deutlich kommt auf der anderen Seite die Suche nach Verwurzelung und nach Identität zum Vorschein.

Die Schriftstellerin selbst dazu: „Die Reise ist wohl die größtmögliche Annäherung an das, was unsere moderne Welt zu sein scheint: Bewegung und Instabilität. Jede Epoche sieht sich versucht, den Zustand des zeitgenössischen Menschen mit irgendeinem schlauen Wort zu beschreiben. Mir scheint, dass für unsere Zeit Unrast ein solches Wort sein könnte“.

Wunderbar waren auch die Musik von Chopin und die Geschichte der „Reise“ seines Herzens, das seine Schwester Ludowika, in französischen Cognac getaucht, nach Warschau transportierte und dort in der Heiligkreuzkirche beisetzen ließ. An der Tafel in der Kirche steht bis heute der biblischer Satz „Denn wo euer Schatz ist, da ist auch euer Herz“. Für Tokarczuk war eben Chopin einer der Reisenden, aber auch eine Identifikationsfigur, bessere kann man nicht finden, oder doch wie bei den Szenen, die an eine katholisch-orthodoxe Messe erinnern…

Auf jeden Fall sah ich in den Gesichtern der Zuschauer um mich herum tiefe Gefühle, reges Interesse; die Schauspieler, Musiker und die Regisseurin wurden mit Ovationen verabschiedet. Schade, dass es nur drei Vorstellungen dieses gelungenen Spektakels gab.

Katz salami

Ewa Maria Slaska

Wspomnienia z Nowego Jorku

Nie wiem, czy wiecie, ale są ludzie, którym nie sposób kupić prezentu, bo nic nie chcą i nic ich nie ucieszy. Mam takich również w rodzinie. Czasem próbuję obejść problem dookoła i, korzystając z nowoczesnych środków komunikacji, znienacka zadaję pytanie: Co przywieźć? Zadałam je pod koniec pobytu w NY. Odpowiedź była lakoniczna, co mnie nie dziwi, bo sama też jestem nader lakoniczna: Nie wiem. Katz salami?

Katz salami? Katzsalami… katzsalami…

Pytam przyjaciół. Nie wiedzą. Katzsalami. Katzsalami? No, salami.

Jedziemy do sklepu, przy okazji pytamy w dziale mięsnym. Katzsalami? No idea.
E tam, mówi przyjaciółka. Kup salami. Nie ma nic takiego, jak kacsalami…

O nie! Jeśli człowiek trudny do obdarowania udziela odpowiedzi, to znaczy, że dobrze wie, czego chce i po prostu muszę znaleźć Katz salami. Szkoda, że zapytałam tak późno, bo zotały mi już tylko dwa dni do wyjazdu.

Siadam do komputera i rozpoczynam research. To moje ulubione zajęcie, a internet jest niezwykłym narzędziem, wymyślonym na pewno tylko po to, żeby mi sprawić przyjemność, ułatwiając poszukiwania odpowiedzi na pytania, które zadają mi inni i które zadaję sobie sama. Taki odwrócony paragraf 22 (i to jest takie zdanko, absolutnie bez związku z czymkolwiek, które tu wam podrzucam, po to, żebyście teraz wy się pogłowili nad tym, co autorka miała na myśli? Jak odgadniecie, to dostaniecie nagrodę.)

Research potrafi człowieka zaprowadzić do niezwykłych światów. I tak też było z Katz salami.

Zacznę od końca. Pamiętacie taką słynną scenę filmową. Dziewczyna i chłopak, którzy nie są parą, idą do restauracji, rozmawiają o życiu, ona publicznie odgrywa orgazm, a pani przy sąsiednim stoliku mówi do kelnera – poproszę to samo, co ona.

No? No? No jasne, Kiedy Harry poznał Sally, choć wszyscy i tak znają ten film jako Harry i Sally. Grają Billy Crystal i Mag Ryan. Autor wpisu w polskiej Wikipedii był niewątpliwie smętnym idiotą. Opowiada beznadziejnie treść filmu i NIE zauważa tej jednej sceny, TEJ, którą wszyscy lepiej pamiętają, niż fakt, że film dostał oskara i całą furę złotych globów.

To szyld, który wisi w restauracji, gdzie miała miejsce TA scena.

Zdanie I’ll have what she’s having weszło do historii kina i na liście najsłynniejszych cytatów filmowych zajmuje 33 miejsce. Podobno na pokazie przedpremierowym wszystkie kobiety się śmiały, a mężczyźni skonsternowani milczeli.

No już dobrze, dobrze… Już wyjaśniam:

To ta restauracja. Ta, w której miała miejsce TA scena. Katz Delicatessen albo jak mówią mieszkańcy NY – Deli. Katz deli. Salami z delikatesów Katza. Ale tak naprawdę Katz słynie przede wszystkim z kanapek z pastrami.

Reszta jest historią, którą znaleźć można na polskiej stronie Pastrami Deli, bo, pastrami ma swoje miejsce w historii kultury i, jak się okazuje, kanapki z pastrami uważane są za najsłynniejszy sandwicz na świecie. Pastrami to marynowana wołowina. Zabrałam moją przyjaciółkę do delikatesów Katza i przyglądałam się z zainteresowaniem jak zjada pół takiej kanapki. Już ta połówka jest pokaźnych rozmiarów, a mięsa ma tyle, że wystarczyłoby na obiad dla sporej rodziny. Ale tak się to właśnie je w Katz’s Deli. Góra marynowanego czerwonego mięsa wołowego na kromkach chleba żytniego, dokładnie takiego, jaki jedliśmy codziennie w PRL-u i nigdy nam się nie znudził. Pewien niemiecki tłumacz (nie podam tu nazwiska, bo każdy z nas ma prawo się pomylić lub czegoś nie wiedzieć) przetłumaczył tę nazwę jako Pastrami auf Roggen, pastrami na życie (co po polsku brzmi już doprawdy najśmieszniej pod słońcem).

Katz`s Delicatessen to restauracja, bar szybkiej obsługi i sklep, który od momentu założenia w roku 1887, mieści się w tym samym miejscu – na rogu East Houston i Ludlow. Była to początkowo niewielka masarnia. Sussman Volk, żydowski rzeźnik z Litwy, sprzedawał tam między innymi pastrami, potrawę, na którą dostał przepis od przyjaciela, emigranta rumuńskiego. W rok później Volk przekształcił masarnię w niewielką resturację. W 1903 roku kolejny emigrant, tym razem Żyd rosyjski, Willy Katz, został wspólnikiem Volka, a potem właścicielem restauracji. Do roku 1988 lokal znajdował się w rękach rodziny, choć linia dziedziczenia nie zawsze przebiegała prosto z rodziców na dzieci i czasem przeskakiwała na szwagra czy zięcia. 30 lat temu restaurację odkupili od Katz’ów polscy Żydzi, bracia Fred Austin i Alan Dell.

Podczas drugiej wojny światowej Katz wprowadził zwyczaj wysyłania salami walczącym na wojnie żołnierzom. Pojawił się slogan „Send a salami to your boy in the army”, wymyślony przez żonę ówczesnego właściciela delikatesów. Ich dwóch synów przebywało na froncie. Zwyczaj się przyjął, po czym stał się tradycją. Delikatesy zaczęły produkować salami w wielkości dostosowanej do wielkości przesyłek na front. Tradycja, jak to tradycja, trwa do dziś. Salami Katza dociarało również  do Iraku i Afganistanu.

Salami produkuje się w trzech wielkościach i może ważyć dwa funty, trzy lub cztery. Firma do dziś nie stosuje żadnych środków przyspieszających produkcję. Kiełbasy powoli dojrzewają, wisząc w sklepie ponad głowami sprzedawców. Jeśli jeszcze nie dojrzały, nie będzie można ich kupić i już. Tak było, gdy dotarłam do Katza. Jedyne salami, jakie akurat było dojrzałe, ważyło cztery funty, i wiedziałam, że po prostu nie mogę zabrać ze sobą takiej ogromnej kiełbasy. Musiałam się zadowolić salami pokrojonym na plasterki, ucięte z wielkiej (dojrzałej) kiełbasy.

Są dwie odmiany salami Katza – miękka i twarda. Ale nie mam pojęcia, czym się różnią. Zapewne tym, że jedna jest miękka, a druga twarda :-).

PS. Dwie uwagi dla tych, którzy postanowią odwiedzić delikatesy Katza. Pierwsza – płaci się tylko gotówką! Druga – przy wejściu dostaniesz niepozorny świstek, na którym kelnerzy i sprzedawcy będą notowali, co kupujesz. Biada, jeśli ów bilecik zgubisz, bo wychodząc zapłacisz 50 dolarów kary.

Peru 9

Joanna Trümner

Dżungla i Lima

Następnego dnia wstajemy o świcie. Ronaldo czeka na nas przed bungalowem. W świetle latarki wspólnie pokonujemy drogę do miejsca postoju naszej łodzi. W ciemnościach odpływamy od brzegu, przez godzinę płyniemy przez pola mgły przy akompaniamencie odgłosów dżungli. Kiedy docieramy na miejsce, Ronaldo opowiada nam, że niedaleko stąd widział przed rokiem „uncontacted person”, czyli indygennego Indianina, który nie miał do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją. „Co się w takim przypadku robi?”, pytam z ciekawością. „Nie wolno podejmować żadnych prób nawiązania kontaktu, Indianie mogą poczuć się zagrożeni i zareagować agresywnie.  Należy niezwłocznie poinformować dyrekcję parku”. Ronaldo dodaje, że naukowcy szacują, że na terenie parku Manu mieszka od tysiąca do trzech tysięcy Indian, którzy nie mieli do tej pory żadnego kontaktu z naszą cywilizacją. Dlatego też duża część parku (ponad 80 %) to tzw. „zona restringida”, czyli strefa, do której turyści nie mają prawa wstępu. Indygenni mieszkańcy dżungli mieszkają w grupach, posługują się własnymi językami i mają swoje zwyczaje. Opowiadanie Ronalda, spacer w porannej mgle przez dżunglę i jej odgłosy, wszystko to   jest dla mnie tamtego ranka tak niesamowitę, że odczuwam ulgę na widok celu naszej wyprawy, punktu obserwacji ptaków. Moja ulga jest jeszcze większa, kiedy na służącej do oglądania ptaków platformie rozpoznaję Amerykanów, z którymi przegadaliśmy wczorajszy wieczór w lodge. Platforma, z której obserwujemy setki różnokolorowych papug, które wcześnie rano i późnym popołudniem zbierają się wokół tzw. „clay lick”,  czyli „lizawki” z gliny, jest luksusowa. Podzielona jest na dwie części z ośmioma stanowiskami obserwacyjnymi, ma dwie turystyczne toalety, stoliki i krzesła. Robimy pierwsze zdjęcia, a potem Ronaldo zaprasza nas na śniadanie.

Spędzamy kilka godzin na obserwowaniu papug, po powrocie do ośrodka jemy obiad, pakujemy rzeczy i wyruszamy w dalszą drogę po rzece. Po kilku godzinach w docieramy do Manu Learning Center, gdzie spędzimy noc. W ośrodku mieszkają wyłącznie młodzi ludzie. Patrząc na nich, odnoszę wrażenie, że jesteśmy tutaj jedynymi płacącymi gośćmi. Moje przypuszczenia niebawem się potwierdzają. Siadamy na ganku przed domkiem, gdy odwiedza nas Sharon, jedna z osób odpowiedzialnych za projekt fundacji „Crees” na terenie ośrodka. W ramach tego projektu młodzi ludzie z całego świata, głównie ochotnicy, prowadzą badania fauny i flory w tej części dżungli i informują miejscową ludność o tym, jak zachować dżunglę dla przyszłych pokoleń i wykorzystać jej zasoby, nie niszcząc natury. Dziewczyna zaprasza nas na krótką prezentację na temat projektu po kolacji i pokazuje drzewo, na którym odpoczywa leniwiec.

Wieczorem dowiadujemy się od niej, że w ośrodku mieszka około trzydziestu młodych ludzi (19-35 lat) z całego świata. Okres pobytu w dżungli trwa od dwóch tygodni do dwunastu miesięcy. Ochotnicy i naukowcy z różnych uczelni świata badają stopień odbudowania się fauny i flory na dużym terenie parku, który przed trzydziestoma laty został nielegalnie wykarczowany. Pomagają przyrodzie odrodzić się po kataklizmie, jaki przeszła z ręki człowieka. Sharon przyjechała z Vancouveru – po ukończeniu biologii szukała dla siebie wyzwania -i z koleżanką, przemiłą Holenderką (której iminia niestety zapomniałam), prowadzi ten ośrodek od dwóch lat. Oglądamy jeszcze krótki  filmik nagrany na terenie ośrodka – kamera na podczerwień nagrała wędrującą nocą  pumę.

Po chwili podchodzi Ben, który przed kilkoma dniami przyjechał z Perth. Robi mi się nieswojo, kiedy widzę, że po jego ramieniu spaceruje wielka tarantula. „Tylko idiota myśli, że w dżungli nie ma zwierząt”, próbuję opanować swój strach. Jestem pod wrażeniem młodych ludzi, którzy na długi czas pozbawiają się wszelkich wygód współczesnego świata i  płacą na dodatek niemałe pieniądze, by spędzić kilka miesięcy na kompletnym odludziu, po to by ratować przyrodę przed bezmyślnym zniszczeniem z ręki człowieka. Na pożegnanie sponsorujemy ośrodkowi pojemnik z przedziałkami, w którym wolontariusze zbierają owady na terenie parku. To nasza mini cegiełka do ratowania dżungli.

Następnego dnia zapuszczamy się łodzią jeszcze głębiej w dżunglę. Po wielu godzinach docieramy do kolejnej „lodge”. Po obiedzie i godzinnej przerwie Ronaldo zabiera nas na spacer. Opowiada o faunie i florze dżungli i o tym, że 10% występujących na terenie parku roślin to rośliny nieznane i niezbadane.  W godzinę później przeżywam wielki sukces, dostrzegam  gatunek małpy (jest ich łącznie 14), której Ronaldo nie zobaczył podczas dziesięciu lat swojej pracy jako przewodnik. Z wędrówki wracamy po zapadnięciu zmierzchu, drogę co chwila rozświetlają robaczki świętojańskie, które w tej szerokości geograficznej mają wielkość trzmieli. Dużo wysiłku kosztuje mnie opanowanie strachu, odgłosy dookoła nas są niesamowite, przpomina mi się obejrzany wczoraj film z pumą spacerującą po ośrodku. Cieszę się, kiedy po dwugodzinnej wędrówce rozpoznaję w świetle latarki domki naszej “lodge”.

Zasypiamy natychmiast, następnego dnia wstajemy przed świtem, bo czeka nas wyprawa łodzią po bocznej odnodze rzeki. Wyprawa na łodzi zajmuje pół godziny. „Opłacało się”, myślę, patrząc na unoszącą się nad jeziorem mgłę. Panuje absolutna cisza, przerywana jedynie odgłosami hoacynów, ptaków, które miejscowi nazywają „śmierdzącymi ptakami”. Hoacyny mają wyjątkowy w świecie ptaków układ trawienny, pokarm roślinny (jedzą wyłącznie liście) rozkłada się w wolu dzięki fermetacji bakteryjnej. Ten sposób trawienia powoduje, że ptaki obrzydliwie śmierdzą, co sprawia, że nie mają naturalnych wrogów. Nie mają też żadnych przyjaciół w świecie zwierząt. Nie dość tego, bo jeszcze są głośne i wydają z siebie obrzydliwy odgłos przypominający mi w tej scenerii filmy horroru.

Siedzimy na zbitej z desek platformie, którą transportują dwie łodzie i przyglądamy się budzącej się dżungli. Na brzegu widzimy stada małp buszujących po wierzchołkach drzew, oprócz hoacynów słyszymy i widzimy dziesiątki innych ptaków, pobyt nad laguną kończy krótkie spotkanie z kajmanem, wygrzewającym się na brzegu na słońcu. „Szkoda, że niedługo wracamy do cywilizacji”, myślę patrząc na ten raj.

Podczas obiadu spotykamy Anglika Gary’ego Prescota, obieżyświata, który od miesięcy podróżuje po Peru bez używania pojazdów napędzanych silnikiem. Pierwszy etap drogi przebył rowerem, który podarował później indiańskim dzieciakom, teraz spływa w dół rzeką na pontonie. Patrzę na jego suszący się na trawie ponton i nie chce mi się wierzyć, że udało mu się przepłynąć  dziką, nieokiełznaną rzekę tą zabawką dla dzieci. Podziwiam go za poczucie humoru, gdy opowiada o mijaniu pontonem uskoków i głazów na rzece. Gary próbuje pobić rekord Guinessa w ilości zobaczonych w ciągu trzech miesięcy w drodze ptaków. Od naszego pierwszego spotkania przy śniadaniu w jadalni “lodge” mam wrażenie, że znam go od lat. Opowiada nam o swej półrocznej podróży przez Polskę, Słowację i Czechy, wyprawie, której celem było również oglądanie ptaków. O „aresztowaniu” przez kontrolerów biletów w Warszawie, wspaniałej polskiej kuchni i gościnności ludzi.

W Peru Gary jest po raz drugi, młodzi przewodnicy, w tym nasz Ronaldo, znają go, widać, że cieszy się wśród nich dużym szacunkiem. Już od dzieciństwa był ornitologiem-hobbystą. Przez wiele lat pracował jako nauczyciel i organizował dla miejskich dzieci wyprawy za miasto w celu pokazania im przyrody. Od kilku lat nie pracuje, jeździ po świecie, ogląda zmiany w ekologii naszej planety i swoje ukochane ptaki, realizując równocześnie wiele projektów socjalnych. Biedny Gary jest potwornie pogryziony przez różne owady. Na widok jego nóg od razu darujemy mu nasze zapasy środków przeciwko moskitom i lekarstw łagodzących zakażenia. Niemieckie medykamenty działają tak dobrze, że następnego ranka przy śniadaniu Gary prosi nas o dokładną pisownię naszych imion, a  po kilku dniach wymieni nas na swym blogu (www.biknig birder) jako „uzdrowicieli z Berlina”.

Przy pożegnaniu życzę mu, żeby pobił ten swój rekord i zrealizował  w życiu jeszcze wiele projektów. Gary jest najlepszym dowodem na to, że świat pełen jest ciekawych, optymistycznych ludzi, którym los naszej Ziemi nie jest obojętny.

Nadszedł czas powrotu do cywilizacji. Podróż z dżungli do Puerto Maldonado, w której oprócz przewodników towarzyszą nam Myra i Helen, zajmuje siedem godzin. Na lotnisko docieramy głodni i zmęczeni, na szczęście przypomina nam się paczka z suchym prowiantem, którą rano wręczył nam Ronaldo. Przyznaję, że nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego samolot z lotniska w Puerto Maldonado, które obsługuje cztery loty dziennie, ma ponad godzinę spóźnienia. Na lotnisku w Limie żegnamy się z dziewczynami, które jeszcze tego samego dnia lecą do San Francisco.

Lima. Przed powrotem do Berlina spędzamy tutaj dwie noce. Pierwszego dnia z hotelu odbiera nas Percy (ten sam, z którym na początku podróży oglądaliśmy ruiny Pachacamac) i pokazuje nam starówkę stolicy, która od 1988 r zapisana jest na listę dziedzictwa UNESCO. Największe wrażenie robi na mnie katedra, w której leżą zwłoki znienawidzonego przez mieszkańców Peru Francisco Pizarro. Większość budynków starówki, podobnie jak katedra, zostało kilkakrotnie kompletnie zburzonych przez trzęsienia ziemi. Lima, ukochane miasto Pizarra, jego „oczko w głowie”, ma kilka pięknych zakątków, jak na przykład Pałac Prezydencki, Pałac Biskupów, plac wyzwoliciela Peru Jose de San Martin. Tu też założony został w 1551 r.  najstarszy uniwersytet na kontynencie – Uniwersytet San Marcos.

W dzień naszego powrotu do Europy miasto jest tak zapchane, że wbiegamy na lotnisko z obawą, że nie zdążymy na odprawę i samolot odleci bez nas. „Czas wracać do siebie”, myślę, czekając na odlot i obiecuję sobie, że spróbuję kiedyś wrócić do tego fascynującego kraju.

Koniec

Peru 8

Wczoraj pisałam o tym, jak ciekawie dzięki Facebookowi układa się nam życie towarzyskie. Dziś nasza autorka w ostatnim akapicie też porusza ten temat…

Joanna Trümner

Dżungla Amazońska

W ostatnią noc w Cuzco długo nie mogę zasnąć. Myślę o ostatnim dniu spędzonym z Martinem w Świętej Dolinie Inków i o mojej porannej rozmowie z nim. Mijaliśmy właśnie kolejne małe miasteczko w Świętej Dolinie, kiedy z okna samochodu zobaczyłam korowód pogrzebowy, idący główną ulicą miejscowości. Tym razem nikt z żałobników nie kołysał trumny w rytm muzyki, a uczestnicy procesji ubrani byli na czarno. Opowiadam Martinowi o pogrzebie młodej dziewczyny, który widzieliśmy na drugim końcu Peru, w okolicy Nazca, i pytam go, czy rzeczywiście tradycje pogrzebowe w tym samym kraju tak bardzo się różnią. Po chwili namysłu Martin wyjaśnia, że różnica polega na innej interpretacji katolicyzmu w różnych regionach. „Zanim staliśmy się katolikami, mieliśmy w różnych regionach przez tysiące lat swoje własne kultury, religie i wartości”, mówi. „Potem przyszli Inkowie, w pewnym sensie pierwsi „konkwistadorzy”, którzy przywłaszczyli sobie osiągnięcia innych kultur, nieraz nazywając je swoimi”, dodaje. „Inkowie to kultura, która trwała tylko przez niecałe 300 lat, jej popularność wynika tylko z tego, że udało jej się podbić duże tereny i stworzyć Imperium Czterech Części. Panowali na tyle krótko, że zabrakło im czasu do zniesienia lokalnych wpływów i tradycji”. Od Martina dowiaduję się, że obrządki pogrzebowe na terenie całego kraju mają jeden wspólny mianownik, mianownik, który prawdopodobnie dotyczy też terenów innych państw, będących kiedyś częściami Imperium Inków, czyli Ekwadoru, Boliwii, Kolumbii, Chile i Argentyny. Tym mianownikiem jest przekonanie, że spalenie ciała zmarłego jest karą za niegodne życie, karą równoznaczną ze znalezieniem się w piekle. Dzięki temu przekonaniu Hiszpanom udało się podbić Imperium. Trzynasty władca Inków, Atahualpa, odmówił początkowo poddania się władzy hiszpańskiej i nawrócenia na chrześcijaństwo. Po wielomiesięcznym pobycie w areszcie domowym został, pomimo zgromadzenia obiecanego okupu (ponad 6 ton złota i 11 ton srebra), oskarżony przez Hiszpanów o brak współpracy, kazirodctwo i poligamię i skazany na karę śmierci przez spalenie na stosie. Była to dla niego tak niepojęta i najgorsza z wszystkich kar, że w jej obliczu Atahualpa zgodził się na przyjęcie przed śmiercią chrztu, a za nim podążyli jego poddani.To posłuszeństwo wobec Hiszpanów nie opłaciło się, Atahualpa i tak został niebawem uduszony. Martin opowiada mi o jeszcze innym zwyczaju pogrzebowym, typowym dla regionu And. W rok po pogrzebie rodzina wygrzebuje trumnę z ziemi i wyjmuje z niej czaszki zmarłych, które stają się częścią urządzenia domu wiszą na eksponowanym miejscu w jadalni i uczestniczą poniękąd dalej w życiu rodziny. Martin rozbraja mnie, dodając: „u mnie w domu też wis babcia z dziadkiem”. Nie wnikam już w to, jak można w biały dzień po prostu wygrzebać sobie trumny na cmentarzu i coś z nich wyjąć, gdzie są strażnicy, administracja cmentarza? „Co kraj to obyczaj”, myślę uśmiechając się do Martina.

Jestem pewna, że będzie mi brakowało jego poczucia humoru, podobnie jak bbędzie mi brakowało jego przepełnionego historią miasta i jego tęczowej flagi, która na początku wywołała u mnie zaskoczenie.

Rano ruszamy w podróż do Parku Narodowego Manu, na pograniczu Kordylierów Wschodnich i peruwiańskiej części dżungli amazońskiej. Tym razem jesteśmy częścią małej ekspedycji, w samochodzie oprócz nas jedzie kierowca, dwóch przewodników i dwie amerykańskie turystki. Przed wjazdem na teren parku zatrzymujemy się w małym, malowniczym miasteczku, Paucartambo. Zwiedzamy muzeum historii parku, gdzie znajdujemy też informacje o indygennej ludności tych terenów. Tu też natykam się na kolejny polski akcent. Rezerwat Biosfery Manu zawdzięcza wpisanie na listę UNESCO w r. 1987 Celestino Kalinowskiemu. Ojciec Celestina, Jan, pracował na zlecenie Konstantyna i Aleksandra Branickich przy tworzeniu w XIX wieku Muzeum Zoologicznego w Warszawie. Jeździł po świecie w poszukiwaniu interesujących okazów, dwa lata spędził w okolicach Władywostoku, skąd wyruszył w drogę po Korei i Japonii. W roku 1889 bracia Braniccy sfinansowali mu wyjazd do Ameryki Południowej. Tu ożenił się z Peruwianką, Marią Villamonte, i nigdy już nie wrócił do Polski. Zamieszkał w rejonie Manu, gdzie prowadził badania naukowe. W pracach często towarzyszył mu syn Celestino (jeden z czternaściorga dzieci!!), który niestety nie mówił już po polsku. Podobnie jak ojciec Celestino Kalinowski jako dorosły mężczyzna zarabiał na chleb zbierając i preparując rozmaite okazy roślin i zwierząt, które sprzedawał następnie do muzeów i placówek naukowych w różnych zakątkach świata.

Oglądamy jeszcze mały, piękny kościółek w Paucartambo, w którym widzę kolejną wersję Matki Boskiej. Tym razem jest to Matka Boska sprawująca pieczę nad dżunglą, otoczona papugami.

Za miasteczkiem droga staje się coraz gorsza, jedziemy po strasznych wertepach, przy każdym mijanym kilometrze coraz bardziej żałuję, że przed wyjazdem z Cuzco zjadłam wielkie śniadanie w hotelu. Cieszę się z piętnastominutowej przerwy przy tablicy informacyjnej przy wjeździe do parku, jednego z najbogatszych pod względem przyrodniczym rejonów Nowego Świata. Na terenie o powierzchni połowy Szwajcarii żyją tutaj dwa tysiące gatunków zwierząt, jak tapiry, mrówkojady, małpy i leniwce, oraz ponad tysiąc gatunków ptaków.

Według legendy na terenie parku znajdują się też pozostałości tajemniczego inkaskiego państwa-miasta Paititi. Miasta, do którego uciekli przed konkwistadorami członkowie klas panujących Inków, zabierając ze sobą wszystkie bogactwa (sztaby złota, biżuteria, monety, figurki oraz inne przedmioty ze szczerego złota). Wartość poszukiwanego od r. 1572 miasta szacuje się na 10 milardów dolarów.

Ruszamy w dalszą drogę. Przysypiam, marząc o znalezieniu tajemniczego miasta. Stan rozmarzenia przerywa nam niezapowiedziany postój. Przejeżdżamy przez miasteczko, w którym odbywa się czterodniowa fiesta z okazji dnia Świętej Róży z Limy, prekursorki służby społecznej w Peru i pierwszej świętej kościoła katolickiego pochodzącej z Ameryki. Droga wyjazdowa z miasteczka zablokowana jest dwoma ciężarówkami. Nasz przewodnik Ronaldo wraca do samochodu z niewyraźną miną. „Nie chcą nas przepuścić, a zanosi się na kilkudniowe świętowanie”. „Innej drogi nie ma”, dodaje po chwili. Wychodzimy z samochodu rozprostować nogi i popatrzeć na świętowanie. Na ulicy zebrali się chyba wszyscy mieszkańcy okolic, od małego dziecka do starych dziadków i babć. Są tu stoiska z jedzeniem, dewocjonaliami, piciem (mężczyźni kupują piwo skrzynkami). Nie zabrakło też miejscowych polityków, którzy walczą o ostatnie głosy (wybory lokalne tuż tuż). Jest głośno i kolorowo, jestem pewna, że podobnie wyglądają fiesty w całym byłym imperium Inków. „W sumie to by była niezła przygoda, gdybyśmy zostali tutaj na noc”, myślę. W tym samym momencie widzę przed nami wyraźnie spokojniejszego Ronaldo. „Udało się, możemy jechać dalej”, informuje.

Wsiadamy z powrotem do auta przy akopaniamencie gwizdów. Po kolejnej godzinie jazdy po wertepach drugi z przewodników, Cecile daje kierowcy ręką znak, żeby się zatrzymał. Wysiadamy i nie robiąc żadnego hałasu zbliżamy się do miejsca, w którym patrzy nam w oczy idealnie zielona żmija.

Przez kilka minut przyglądamy się sobie, każdy z naszej grupy ma szanse na zrobienie zdjęcia. „To tak, jakby chciała przywitać nas w parku”, komentuje Cecile. Zanim ruszymy dalej, mamy jeszcze szczęście zobaczyć narodowego ptaka Peru, cock-of-the-rock (rupicola), którego uroda jest moim zdaniem dosyć kontrowersyjna.

Mijamy różne rodzaje dżungli, las górki, las mglisty i las równikowy, zjeżdżamy samochodem coraz niżej (zaczęliśmy na 2.400 m). Zmieniamy środek lokomocji, żegnamy się z kierowcą, który tak brawurowo przewiózł nas przez te wszystkie wertepy, rowy i strumyki, aby wsiąść do łodzi, a właściwie dwóch łodzi. Nasze współtowarzyszki z Kaliforni, Myra i Helen jadą do innej „lodge”, spotkamy je ponownie dopiero za kilka dni. Kiedy docieramy do miejsca noclegu, dosyć szybko zapada zmrok. Na szczęście od razu udaje nam się znaleźć latarki. Mimo to nieznane mi odgłosy na zewnątrz domku trochę mnie na początku przerażają. Wieczorem siedzimy przy świeczkach w jadalni ośrodka. Nawiązujemy kontakt z pięcioosobową grupą Amerykanów, których spotkaliśmy już wcześniej w drodze do dżungli. Już wtedy wpadły mi w oko ich aparaty fotograficzne z niesamowicie długimi obiektywami. To grupa biologów, którzy wspólnie studiowali na University of Massachussets przed dwudziestu kilku laty. Następnie zgubili się z oczu i znaleźli przypadkowo przez Facebooka. Peru to ich wspólna, trzecia wyprawa. Wyjaśnia się też tajemnica długich obiektywów. Jeden z nich, Brian, pracuje jako fotograf dla National Geographic i stąd ten w pełni profesjonalny sprzęt. Wszyscy są bardzo sympatyczni, ale tak bardzo się między sobą różnią – w grupie jest emerytowany urzędnik państwowy, dwóch profesorów uniwersyteckich, jeden autor i fotograf – że zastanawiam się, czy byliby w stanie bez konfliktów spędzić więcej niż dwa wspólne tygodnie w roku. Po świetnej kolacji i kilku drinkach wracamy do naszego domku przy akompaniamencie tylu odgłosów, że mam wątpliwości, że uda mi się przespać noc.

Cdn

 

Barataria 92 Królik po kanaryjsku

W poprzednim wpisie baratarystycznym podałam przepis na królika pieczonego, takiego, jakim być może z polecenia okrutnej księżnej uraczono nowo mianowanego gubernatora Baratarii – Sancho Pansę – po to tylko, aby mu tę pięknie pachnącą potrawę natychmiast sprzątnąć sprzed nosa. Dziś przepis na królika, o którym autor napisał w komentarzu pod poprzednim wpisem, że królika łatwo wykonać, brakuje niestety tylko jednego – wulkanicznego skwaru.

No cóż…

Do przyrządzenia słynnej carbonary czyli makaronu, jaki przygotowywali sobie włoscy partyzanci – karbonariusze – też są potrzebne wściekle gorące, nagrzane słońcem, kamienie, a jednak jakoś sobie radzimy…

Siddartha

Tibor Jagielski

Zaginiony notatnik z podróży do Afryki Zachodniej (1)

Większość podróży zapominam natychmiast, szkoda czasu, ale tamtej nie jestem w stanie, bo zostałem wtedy ochrzczony przez Neptuna, a tego się nie da zapomnieć.

Jak zwykle notowałem i malowałem to, co najważniejsze w pamiętniku: czas, miejsce, kurs statku, porty, dźwigi, statki, latające ryby, delfiny, twarz umierającego szympansa, rękę chorego na malarię oficera, przepisy kulinarne dla matki, znaczki dla brata, etc.
W każdym razie po opuszczeniu Zatoki Biskajskiej statek nasz wziął kurs na Wyspy Kanaryjskie. Wiatry były sprzyjające i już po pięciu dniach ujrzeliśmy największą wyspę archipelagu, Gran Canarię, i stanęliśmy na redzie portu w Las Palmas.

Tym razem zamiast czarnej brygady (jak w San Sebastian) przypłynął w motorówce czarny jak smoła pilot, uśmiechnięty szeroko wspiął się szybko po drabince na burcie i zawołał po polsku – Witamy! A wtedy, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, obudziły się maszyny, kotwica ruszyła do góry, a bryła statku drgnęła i zaczęła poruszać się w kierunku portu, który niczym otwarta dłoń leżał przed nami.

Czarny masyw wulkanu przecinała formacja śnieżnobialych chmur, miało to wygląd fantazji rodem z filmu Disneya.

Tylko żebyś mi nie został człowiekiem!

Królik po kanaryjsku

Sprawionego i poćwiartowanego królika umieścić w naczyniu
z szałwią, tymiankiem, rozmarynem, oregano i liściem laurowym
dodać sok z jednej cytryny i 2 łyżki stołowe oliwy
lekko posolić, wymieszać, przykryć i odstawić na pół godziny w chłodne miejsce

Pół kilo ziemniaków obrać i pokroić w cząstki wielkości męskiego kciuka
2 duże cebule obrać i pokroić w grube plastry

Piekarnik rozgrzać do tempertury 180° C
na wysmarowanej masłem blasze położyć części królika
między nimi umieścić kawałki kartofli, a całość pokryć plastrami cebuli
piec ok. 30 –45 min (sprawdzić, czy mięso jest kruche i odchodzi od kości)
podlać kieliszkiem białego wina
i na ostatnie 7 minut podwyższyć temperaturę do 220° C

Frauenblick (Begegnungen)

Monika Wrzosek-Müller

Jede Nacht gab es einen Ton, der wie ein Metronom, gleichmäßig und metallisch klang; er kam von verschiedenen Stellen vom Campingplatz nebenbei. Wir dachten alle, es wäre eine Art Alarm, ein Sicherheitssystem oder eine Abschreckungsvorrichtung gegen Mäuse, Ratten oder Geckos, oder vielleicht auch gegen Mücken. Der Ton setzte in der Dunkelheit ein und dauerte immer ziemlich lang. Irgendwann hielt ich es nicht mehr aus, und nach der nächsten unruhigen oder eher durchwachten Nacht, in der nicht nur ich den Ton gehört habe, sondern noch zwei junge Leute, die bei uns zu Gast waren, lief ich zum Campingplatz und fragte ganz sachlich den Besitzer.

Was das nun eigentlich sei, wir wären doch Nachbarn und es könnte ihm doch nicht daran gelegen sein, so unsere gute Beziehungen zu zerstören. Er tat erst mal überrascht und dann verstand er sofort, worauf ich hinaus wollte, wahrscheinlich sah ich auch sehr unausgeschlafen aus. Er sagte ganz knapp: „Das ist ein Vogel.“ – „Ein Vogel?“ Ich konnte mein Staunen nicht unterdrücken, die Skepsis klang auch ganz stark mit. Er nahm ein Stück Papier und schrieb mir nur ein Wort mit Druckbuchstaben auf: L`ASSIOLO, dazu sagte er: „Schauen sie im Internet nach. Wir haben versucht ihn abzuschießen, ging nicht, ist zu klein, versteckt sich in den Baumkronen“. Er war ein netter Mann, ich habe ihn früher schon mal beobachtet, wie er die Blätter fegte und sehr ordentlich die Einfahrt zum Campingplatz sauber machte. Es blieb mir nichts anderes übrig, als mich zufrieden zu geben; ich fragte nur um mein Mistrauen auszudrücken: „Wir kommen seit vielen Jahren hierher, der Vogel muss extra dieses Jahr gekommen sein“. „So ist es; er kommt und fliegt auch weg, manchmal bleibt aber doch länger, baut sich ein Nest“. Nun blieb mir nichts anderes übrig als „Danke“ zu sagen und zu gehen.

Natürlich schaute ich sofort im Internet nach: da fand ich otus scops, Zwergohreule. In Deutschland kommt sie eher selten vor, doch in Toskana, in Italien, ist sie sehr verbreitet. In Wikipedia fand ich folgende Beschreibung des Lauts vor: „Er ist ein peilsenderartiges, fast immer einsilbiges, etwas nasales und nicht besonders lautes ‘Djü‘, das in Abständen von zwei bis 3,5 Sekunden oft stundenlang wiederholt wird. Die Gesangaktivität beginnt kurz nach Sonnenuntergang und endet in der Morgendämmerung; nach Mitternacht geht die Rufaktivität für ein zwei Stunden deutlich zurück.“ Die Beschreibung passt, wir haben es genau so erlebt; unsere italienische Freundin wusste sofort Bescheid. Sie lachte und sagte: „Ach ihr leidet also auch unter dem Vogel“.

Dass ich in Italien immer wieder Menschen kennenlerne und mit ihnen ins Gespräch komme, läge, dachte ich, an meinen Italienisch-Kenntnissen, dem ist, war aber nicht so. An einer eher absurden Stelle, in einem kleinen italienischen Städtchen, erlebte ich in diesem Sommer eine unglaubliche Begegnung. Sonst sind die Begegnungen auch nett, von gegenseitigem Interesse geprägt, aber eher recht gewöhnlich.

In der Fischereigenossenschaft von Orbetello traf ich einen netten Fischverkäufer, der uns seine frischen Fische sehr preiswert verkaufte und dazu weit ausholende Erklärungen gab, welchen Fisch man warum nehmen sollte. Er war so freundlich und gesprächig, dass wir länger in dem kleinen Laden standen, und zwischendurch auch mal unter uns Polnisch redeten – bis wir merkten, dass an der Wand des Geschäfts eine kleine Karte mit einer Ansicht aus Litauen und auch litauische Flagge hingen. Da sprach uns der Mensch an der Theke in gutem Polnisch an; er war Litauer, der aber fließend polnisch sprach und offensichtlich sein Land sehr liebte und sich danach sehnte. Er fing an zu erzählen, wie toll es den Menschen in Litauen jetzt gehen würde und wie schön das Land sei. Ich tat unvorsichtig und ziemlich plump die Äußerung: „ach, Vilnius ist ja eine wunderschöne polnische Stadt“. Daraufhin sprang er fast in die Luft: Vilnius wäre seit Jahrtausenden eine litauische Stadt. Es prasselte die ganze Geschichte von Litauen und Polen auf mich nieder. Wahrscheinlich war es ein Hobby von ihm, die Geschichte seines Landes auf den Internetseiten zu präsentieren; auf jeden Fall bekam ich dann, beginnend mit dem Jahr 1008, in zum Glück verkürzter Version die Geschichte des kleinen Landes zu hören. Man muss sich das vorstellen, eine kleine pescheria, hier die toten Fische und da der Computer mit einem großen Bildschirm, auf dem die ganze Geschichte Litauens ablief: da ein Radziwiłł und dort ein Jagiełło und irgendwelche Schlachten und Unionen. Er kommentierte alles noch eingehend folgendermaßen: damals war Litauen viel größer als Polen etc… Natürlich kam dann auch irgendwann die Ermahnung, Vilnius wäre die Hauptstadt von Litauen und nicht eine polnische Stadt. Polen lebten dort und haben die Stadt verschönert, das gab er zu, aber sie war immer litauisch. Ich wand mich in Entschuldigungen und meinte, es wären da so viele für Literatur und Geschichte bedeutende Polen geboren, nur deswegen hätte ich das erwähnt. Er ließ mir mein Fauxpas nicht so einfach durchgehen. Ich musste beteuern, dass ich jetzt verstanden habe; es wäre die litauische Hauptstadt. Der größte Vorwurf kam dann auch gleich: wieso wären wir da noch nicht gewesen? Als Patriot und Pole müsste man Litauen gesehen haben. Wir beteuerten, dass es unser nächstes Ziel sein würde und versuchten zu verschwinden, was auch nicht so leicht war, denn er redete nun mal gerne Polnisch.

Auf jeden Fall empfahl er uns das Fischrestaurant in der Genossenschaft, an der Lagune, das offensichtlich sehr angesehen und gefragt war, denn als wir am Abend vorbeischauten und dort essen wollten, standen schon Schlangen vor der Anmeldung. Wir wurden in eine Ecke gezwängt und haben unsere Fische, ohne Beilage bekommen. Nicht, dass es irgendwie besonders geschmeckt hätte.

Die nächste Begegnung ereignete sich auf einer Fähre zu einer kleinen Insel nahe Monte Argentario. Wir fuhren mit einer Gruppe von Italienern; manche griffen sofort nach ihren Essenspaketen. Wir setzten uns auf dem Deck hin und eigentlich gleich danach, sprach mich ein junger Mann in bemüht korrekten Deutsch an. Er wäre ein Student aus Triest und würde Spanisch und Englisch studieren, aber eigentlich würde er lieber arbeiten, doch eine Arbeit bekommt ein junger Mensch in Italien sehr selten, so muss er eben studieren… und Sprachen wären doch nicht schlecht, nicht wahr? Seine Mutter würde ihm immer sagen, studieren wäre was Gutes und er hätte eben auch etwas Deutsch gelernt, damit er über Anorexie lesen könnte. Seine Schwester würde immer weniger essen und hätte große psychischen Probleme, und er würde sich Sorgen machen. Das alles prasselte auf mich in einem Gemisch aus Italienisch und Deutsch ein und er war nicht aufzuhalten. Und was würden wir auf so einem Schiff machen, mit dem eigentlich nur Italiener fahren, und ob ich denn alle toskanischen Inseln kennen würde und warum gerade die Insel Giannutri, und ohne meine Antwort abzuwarten, legte er gleich wieder los. Er würde an der Grenze zu Latio wohnen, am Lago di Bolsena, und es sei eine wunderschöne Gegend, doch so im Sommer langweilig, also macht er so einen Ausflug, außerdem hätte er beschlossen alle Inseln im Sommer zu besichtigen und das macht er also jetzt.

Bald haben wir dann auch die Insel erreicht und waren erstaunt als wir feststellen mussten, dass es kein Café und kein Restaurant auf der Insel gab. Wie das so auf einer kleinen Insel ist, bald darauf trafen wir den jungen Mann wieder, an einem Strand mit den Ruinen einer römischen Villa. Natürlich setzte er sich zu uns und setzte seine Erzählung fort… Das Beste für uns waren seine panini, die ihm seine Mutter gemacht hat und die er mit uns teilte. Wir schwammen zusammen in einem antiken Becken, schnorchelten und er erzählte immer wieder, was er denn gerne machen würde und noch nicht getan hätte.

Beim Sonnenuntergang fuhr unser Schiff nach Porto S. Stefano zurück. Ich habe mich leider nur flüchtig von dem jungen Mann verabschiedet, hätte ihm meine Telefonnummer, E-Mail geben sollen, denn Geschichten erzählen konnte er schon.

Eine nette und überraschende Begegnung geschah in einer Pizzeria, in die wir seit Jahren gehen, auch mit unserem Sohn und seiner Freundin, auch mit anderen Gästen, weil sie die netteste, preiswerteste und schmackhafteste in Orbetello ist. Nie im Leben hätten wir gedacht, dass…

Also dieses Jahr kam auch meine Schwester mit ihrem Sohn uns in Italien zu besuchen. Natürlich gingen wir in unsere kleine Pizzeria; wir bestellten meistens unsere gewöhnlichen, sehr einfachen Sachen, trinken auch dazu den Hauswein (immer gut sortiert); sie probierte alles, alle Salate und Stücke von Pizza und Crostini auch Fische etc… natürlich sprachen wir dann alle Polnisch miteinander, denn sie wollte auch alles wissen. Was das sei? Und wie es auf Italienisch heißen würde. Daraufhin sprach uns eine Bedienung in der Pizzeria im reinsten und klarsten Polnisch an und sie meinte: „seit Jahren beobachte ich sie und weiß nicht, was sie sind, Deutsche oder doch Polen. Jetzt aber traue ich mich, sie anzusprechen. Wir machen hier schon Wetten, wer sie sind. Meine Kollegin hat richtig getippt und gewonnen…“ Daraufhin stürzten noch zwei Frauen aus der Küche in den Laden; wie sich herausstellte allesamt Polinnen. Wir haben alle vorzüglich gegessen, Polnisch gesprochen und gelacht. Die Frauen, muss ich zugeben, sprachen exzellent Italienisch, sie wohnten auch da, waren verheiratet, hatten Familien…

Jeszcze Ameryka…

Ewa Maria Slaska

Wilkojoty i marmolada

Wróciłam już wprawdzie ponad dwa tygodnie temu, ale głowę mam oczywiście wciąż pełną wrażeń, wspomnień i przemyśleń z Ameryki.

Wszyscy mnie pytają co mi się najbardziej podobało, a odpowiedź brzmi: Ameryka. (Nota bene na pytanie, co mi się NIE podobało, odpowiadam to samo: Ameryka).

Podobała mi się architektura, muzea, natura i ludzie. Architektura jest wspaniała, a już zwłaszcza to, co się teraz buduje – cieniutkie wysokie budynki błyszczące w słońcu, dokładnie  takie jak miasta przyszłości, które wyobrażaliśmy sobie, jak byliśmy mali, a opowieści SF nie były okrutne tylko obiecywały piękny świat bez wojen. Muzea są równie wspaniałe i za darmo, coś, co jeszcze w latach 80 było regułą i w Europie, ale niestety padło ofiarą globalizacji. Natura w Ameryce jest skarbem wręcz niewyobrażalnym. W Europie już chyba po prostu nigdzie nie ma takich ogromnych przestrzeni natury – nie wiem, może się mylę, może w Finlandii, może w Rosji. Nie byłam, nie wiem. W Ameryce nietknięta natura to nie jest jakaś kraina gdzieś daleko, w Ameryce natura jest pod ręką. Jedziesz 5 minut i wjeżdżasz w góry, porośnięte wspaniałym lasem, gdzie zaczyna się szlak dla pieszych wędrowców, którzy mogą tak iść przez trzy tysiące kilometrów!
No i ludzie. Ludzie są nadwyczajnie wręcz mili, grzeczni, uprzejmi, pomocni. Rozmawiają ze sobą, uśmiechają się.

Odwiedzamy w niedzielę mały lokalny targ na placu koło stacji kolejowej. Pierwszej niedzieli na targu śpiewają uczniowie lokalnej highschool. Po tygodniu ich nie ma, wdajemy się za to w rozmowę z Lynne, która produkuje marmolady i galaretki.

Wszystkiego możemy pokosztować. Każdy otwarty słoiczek z łyżeczką jednorazową do pokosztowania jest przykryty niebieskim plastikowym kubeczkiem. (To mi się w Ameryce NIE podoba – wszędzie mnóstwo plastiku).

Jednoosobowa firma produkcyjna Lynne nazywa się “kuchnia kojota”.

Ale zwierzę na zdjęciu to nie kojot. “Wilk?” pytamy. Nie, nie wilk. Lynne sama zrobiła to zdjęcie, które zdobi jej wizytówkę i naklejki na słoiczki. Akurat nikogo nie było w domu, gdy pod okno podeszła gromadka tych zwierzaków. Gdy były już blisko, Lynne stwierdziła ze zdumieniem, że nie są to wprawdzie wilki, ale jak na kojoty stworzenia są za duże i mają zbyt puszyste futro. Okazało się, że “upolowała” fotograficznie kojota wilkowatego / wilka kojota – który po angielsku nazywa się coywolf co ja osobiście przetłumaczyłam sobie na wilkojota. Rzadkie zwierzę i Lynne jest bardzo dumna, że tak się jej udało “strzelić” fotkę.
“No ale jednak jak zakładałaś firmę, to wzięłaś zdjęcie wilkojota, ale użyłaś nazwy kojot. Dlaczego?” “Bo nazwa była zbyt dziwna, a wilkojot jest zbyt rzadki.”

Lynne ma oczywiście stronę internetową i fanpage na Facebooku, gdzie podaje też przepisy. Kupiłam jeden słoiczek jej wyrobów. Pumpkin Spice Apple Butter, masło jabłkowo-dyniowe, wyprodukowane chyba bez… dyni! W każdym razie na etykietce są podane składniki i dyni wśród nich nie ma: jabłka, cytryny, cukier, z dodatkiem cynamonu, gałki muszkatołowej, ziela angielskiego i pektyn jabłkowych. Czy w środku jest dynia  czy też nie, okaże się dopiero po otwarciu słoiczka, ale to prezent i trzeba poczekać, aż “prezentobiorca” się zgłosi po odbiór.

Na fanpagu czytam:

Seasonal small batch, handmade jams, jellies, and marmalades.
Product is freshly kettled with the availability of local fruit.

Czyli – przetwory sezonowe w małych domowych ilościach z produktów lokalnych, aktualnie dostępnych. Po czym znajduję zaproszenie, że możemy się zgłosić i nauczyć od Lynn… szydełkowania.

Na stronie Coyote Kitchen nie ma przepisu na masło dyniowo-jabłkowe, ale znajduję go bez trudu po postu na innej stronie w internecie:

 

Ingredients / Składniki

  • 15 ounces preserved or fresh pumpkin (ok. 0,5 kilo dyni gotowanej lub konserwowej)
  • 1 medium apple, peeled and grated (1 średniej wielkości jabłko, obrane i utarte)
  • 1 cup apple juice (filiżanka soku jabłkowego)
  • 1/2 cup firmly packed brown sugar (pół filiżanki cukru brązowego)
  • 3/4 teaspoon pumpkin pie spice (3/4 łyżeczki przypraw do placka dyniowego – czyli to co podaje Lynn na etykietce: cynamon, gałka muszkatołowa, ziele angielskie)

How to prepare / Przygotowanie

Combine pumpkin, apple, apple juice, sugar and pumpkin pie spice in medium saucepan (Wrzuć wszystkie składniki do rondla). Bring to a boil; reduce heat to low (Zagotuj, po czym zmniejsz płomień). Cook, stirring occasionally, for 1,5 hours (Gotuj, od czasu do czasu mieszając, przez 1,5 godziny). Serve with buttermilk biscuits, breads, corn muffins or hot cereal (podawaj z krakersami, grzankami itp). Store in airtight container in refrigerator for up to 2 months (Zakonserwowane smarowidło dyniowe można przechowywać w lodówce do 2 miesięcy).

Recipe makes 3 cups. (Z podanej porcji otrzymamy 3 filiżanki smarowidła).

Tu jeszcze cookies z dynią i żurawiną z Coyote’s Kitchen (to inna firma – “nasza” jest bez apostrofu.) Nie będę tłumaczyć, sami sobie przetłumaczcie.

Smacznego!

Peru 7

Joanna Trümner

Machu Picchu

Szkoda, że tak leje”, myślę patrząc na krople deszczu spływające strugami po panoramicznym dachu pociągu do Aguas Calientes (miejscowości, z której odjeżdżają autobusy do ruin Machu Picchu). W wagonie jest tak ciasno, że nie mogę nawet rozprostować nóg, nie mówiąc już o wyjęciu książki z plecaka, przytulam więc policzek do trzymanej kurczowo w rękach zimowej kurtki i próbuję się zdrzemnąć. Ze stanu półsnu wyrywa mnie gwizd lokomotywy za oknem. Na sąsiednim torze mija nas „Belmond Hiram Bingham Train”, luksusowy pociąg w kolonialnym stylu, wiozący pasażerów z Cuzco do Aguas Calientes. Pociąg jedzie na tyle wolno, że mam okazję przyjrzeć się utrzymanym w stylu eleganckich pulmanowskich wagonów z lat dwudziestych ubiegłego wieku wagonom, przytulnie oświetlonej restauracji, wagonowi-kuchni, w którym cała armia kucharzy przygotowuje posiłek, barowi i wagonowi-obserwatorium. Po zobaczeniu tego przepychu, luksusu, który nie pozostawia nic do życzenia, ciasnota mojego turystycznego pociągu jeszcze mocniej działa mi na nerwy.

Rano z hotelu odbiera nas Wiktor, nasz przewodnik po Machu Picchu. Przyglądam się temu jak na Peruwiańczyka dosyć wysokiemu i przystojnemu starszemu mężczyźnie i myślę o tym, że podobnie mogli wyglądać królowie Inków. Podczas godzinnego czekania na autobus do ruin Machu Picchu obserwuję czekających w kolejce turystów i przysłuchuję się ich rozmowom. Stojący o kilka kroków przed nami Kanadyjczyk opowiada o swojej pierwszej wizycie w tajemniczym mieście, podczas której padał tak mocny deszcz, że ruiny widoczne były tylko w zarysie. Pogoda i teraz nie jest rewelacyjna, lekko mży. Wiktor próbuje nas uspokoić: „Za godzinę pojawi się słońce”. Co chwila podchodzą do niego inni przewodnicy, ze strzępków ich rozmów domyślam się, że Wiktor cieszy się wielkim autorytetem wśród kolegów. Niebawem dowiadujemy się od niego, że przed kilkoma dniami wrócił z Cuzco, gdzie w imieniu przewodników przedstawił lokalnym władzom turystycznym regionu żądania kolegów oprowadzających turystów po Machu Picchu.

Dla nas oprowadzanie po ruinach miasta i prowadzenie grup przez Szlak Inków to jedyne źródła utrzymania”, mówi, dodając, że wykonywanie tej pracy jest ze względu na porę deszczową możliwe tylko przez kilka miesięcy w roku. Agencje turystyczne próbują wykorzystać przewodników w sposób bezwzględny, z roku na rok pogarszają się ich warunki pracy, poza tym od kilku lat powstaje silna konkurencja w postaci przewodników przyjeżdżających tutaj z innych części kraju. W szczycie sezonu Machu Picchu odwiedza dziennie do pięciu tysięcy ludzi. „Dzięki naszej interwencji zredukowano ilość turystów z siedmiu do pięciu tysięcy”, opowiada Wiktor. „Bilety wstępu kosztują 70 dolarów, do tego dochodzi 18 dolarów za autobus w obie strony, czyli każdy turysta zostawia w Machu Picchu co najmniej 90 dolarów. Te pieniądze przepadają w nieznanych nikomu kanałach, tylko część z nich wykorzystywana jest do utrzymania jednego z siedmiu cudów świata, nie mówiąc już o poprawie warunków pracy lokalnych przewodników”, dodaje.


Po dwudziestominutowej jeździe autobusem serpentynami wśród gór docieramy na miejsce. Przepowiednia Wiktora się spełniła i na niebie pokazało się słońce. U wejścia do tajemniczego miasta stoi pomnik Hirama Binghama, amerykańskiego archeologa i polityka, który 24 lipca 1911 r. odnalazł to opustoszałe miejsce pośród gór i dżungli, podczas wyprawy w poszukiwaniu ostatniej stolicy Inków, Vilcabamby. Machu Picchu oznacza w języku keczua „stary szczyt”. To najbardziej tajemnicze miasto świata, do dzisiaj naukowcy nie potrafią odpowiedzieć na pytanie, kto tam mieszkał i dlaczego tak nagle miasto opustoszało. Wiadomo, że wybudowane zostało w XV wieku, a opuszczone zaledwie 100 lat później, około 1535 roku. Jego władcą był Pachacuti, dziewiąty z kolei król Inków. W Machu Picchu mieszkało prawdopodobnie około 1000 mieszkańców, chociaż i to nie jest zupełnie pewne, bo Wiktor operuje liczbą od 700 do 1200 mieszkańców. Miasto składało się z dwóch części, wiejskiej i miejskiej. W wiejskiej znajdowały się pola uprawne, nawadniane specjalnym systemem kanałów, w miejskiej mieściły się pałace, świątynie i domy mieszkalne. Różne poziomy miasta połączone były ze sobą schodami liczącymi 1200 stopni, wszystkie budowle idealnie wkomponowano w górskie otoczenie. Trudno dostępne położenie Machu Picchu sprawiło, że hiszpańscy kolonizatorzy nigdy nie zdobyli, a prawdopodobnie po prostu nie znaleźli tego ukrytego wśród gór miasta. Gdyby je znaleźli, to na pewno zniszczyliby je tak samo bezwzględnie i bezmyślnie jak tysiące innych inkaskich i prekolumbijskich miast, świątyń i warowni na terenie całego Peru i świat nie miałby możliwości poznania tego przepięknego miejsca.

Następnego dnia wybieramy się do Machu Picchu na własną rękę, z niezbędną do wejścia na teren ruin pieczątką na bilecie, poświadczającą że zwiedzanie z przewodnikiem mamy za sobą. Spędzamy pięć godzin na oglądaniu miejsc, które wczoraj pokazywał nam Wiktor, odkrywamy również nowe miejsca. Dzisiaj jest tu więcej turystów. Ze zdumieniem patrzę na dwóch strażników niosących na jeden z najniższych poziomów ruin starszą kobietę na wózku inwalidzkim, cieszę się, że i ona ma możliwość zobaczenia jednego z najbardziej znanych i bez wątpienia najpiękniejszych miejsc na świecie. Po powrocie do hotelu nogi odmawiają mi posłuszeństwa, popołudnie spędzam w pozycji półleżącej na balkonie. Przy okazji sprawdzam koszt podróży pociągiem „Belmond Hiram Bingham Train”, który zrobił na mnie tak wielkie wrażenie. Podróż w obydwie strony i bilet wejścia na teren riuin Machu Picchu kosztuje od ośmiuset do tysiąca dolarów.

Następnego dnia wracamy pociągiem do Ollantaytambo, gdzie czeka na nas Martin z kierowcą. Ruszamy w dalszą podróż po Świętej Dolinie Inków. Pierwszym przystankiem na naszej drodze są Salineras de Maras, kompleks ponad 5000 salin na stromych zboczach doliny rzeki Urubamby, niedaleko miasta Maras. Zbudowane w formie tarasów saliny powstały w początkowym okresie rozwoju imperium Inków i produkują sól do dzisiaj. Możliwe jest to dzięki sieci otwartych kanałów, które rozprowadzają wodę mineralną z podziemnego strumienia. Pod wpływem słońca woda odparowuje, a sól się krystalizuje. Właścicielami salin są rodziny pochodzące z Maras i okolicy. W porze suchej z jednego poletka można uzyskać dziesięciocentymetrową warstwę soli w ciągu miesiąca. Na licznych straganach można kupić oryginalne pamiątki z soli, Martin twierdzi, że mieszkańcy sąsiedniego miasta i okolic w międzyczasie więcej zarabiają na sprzedaży pamiątek niż na produkcji soli, co jest możliwe tylko podczas pory suchej.

Kolejnym naszym postojem są tarasy rolnicze w Moray. Mają one kształt pierścieni, które na mnie robią wrażenie amfiteatru, a wybudowane zostały w czasach imperium Inków i spełniały rolę laboratoriów rolniczych. W tych „laboratoriach” pod gołym niebem badano wpływ klimatu na wzrost roślin uprawnych, głównie kartofli i kukurydzy. Uprawy były nawadniane poprzez skomplikowany system doprowadzania wody, a różnica temperatur pomiędzy najniższym a najwyższym tarasem dochodziła do 10 stopni. Martin opowiada nam, że Inkowie zwozili do laboratoriów w Moray oraz podobnych miejsc na terenie imperium ziemię z całego kraju i przez mieszankę ziemi z różnych regionów testowali możliwości uprawiania konkretnych gatunków na innych terenach państwa. Objuczone workami z ziemią lamy musiały nieraz pokonać kilkaset kilometrów. Myślę, że te eksperymenty przyczyniły się w dużej mierze do tego, że Peru posiada tyle odmian ziemniaka, iloma nie może pochwalić się żadne inne państwo na świecie. Jest tu około 3800 odmian tej rośliny, a sprawami dla niej istotnymi zajmuje się założone w 1971 z siedzibą w Limie największe na świecie centrum badań naukowych nad ziemniakami, maniokiem i innymi bulwami i korzeniami jadalnymi.

Wieczorem w hotelu w Cuzco myślę o tym, że w Świętej Dolinie Inków można byłoby spędzić jeszcze co najmniej kilka tygodni.