Transsyb (1)

Zbigniew Milewicz

Zasada pierwsza

Wierz, ale sprawdzaj.

***

– Po co ci ta wyprawa? – pyta Zuzia. – Tutaj masz Dalekiego Wschodu pod dostatkiem, sam do ciebie przyjechał.

Chodzimy po praskim bazarze, aby kupić dla mnie szorty na podróż i faktycznie, pełna egzotyka. Wietnamczycy, Chińczycy, Koreańczycy z tanią elektroniką, papierosami, ciuchami i różnymi gadżetami. Nikt dokładnie nie wie, ilu ich jest w mieście, ale na pewno niemało. Zachowują się – jeżeli można tak powiedzieć – bezszmerowo. Nie wchodzą w konflikty z Polakami, ale przecież w Warszawie żyją, rodzą się, umierają, gdzieś muszą mieszkać. Tylko miejskie statystyki niczego nie wykazują. Obok straganów bary, fryzjerskie kanciapy, powinienem jeszcze się ostrzyc przed podróżą. Wchodzę do pierwszego z brzegu zakładu, skośnooka klientela i mistrz nożyczek patrzą na mnie, jak bym z księżyca spadł, słyszę: „tylko dla personelu, proszę pana.” Brzmi to jednak grzecznie i zupełnie poprawnie po polsku. Zuzi zawdzięczam dach nad głową w Nowym Dworze Mazowieckim. Najpierw miał to być tylko jeden nocleg, ale jest pełnia sezonu urlopowego i dopiero na 16 sierpnia udaje mi się kupić bilety na pociąg do Moskwy. Całe trzy dni zatem będzie mnie miała na karku. Podejmuje mnie z kresową gościnnością, zaprawioną ciętym humorem, ma rodzinne korzenie spod Stryja. Z wykształcenia jest nauczycielką historii, niestety bezrobotną, prywatnie – matką dwojga świetnych nastolatków, Kasi i Jakuba, a z zamiłowania tarocistką, z tego żyją. Mnie kabały przed podróżą nie chce jednak postawić. Od przyjaciół nie bierze pieniędzy, a jak nie weźmie, to wróżba traci moc – tłumaczy mi z powagą, a w oczach tańczą jej wesołe diabliki.

– Na twoja wątrobę to ty jednak kochanieńki w tej Rosji uważaj i z kobietami też ostrożnie – radzi dobrotliwie.

Continue reading “Transsyb (1)”

Sylt 1. Pogoda dla punków i bogaczy.

Krysi Koziewicz, która już w zeszłym roku z uciechą opowiadała mi o tym, co się dzieje na Sylcie.

Niewiele obejrzałam we Fryzji Północnej poza miasteczkiem Bredstedt. Ale jednak udało mi się dotrzeć do Flensburga i na Sylt. Flensburg to piękne małe miasto, które wydało mi się mniejsze wprawdzie, ale bardzo podobne do Gdańska. We Flensburgu mieszka 90 tysięcy mieszkańców, w Gdańsku prawie pół miliona, ale w centrum jest podobnie – ruchliwie, gwarnie, kolorowo, pachnie morzem, kawą i deskami ze starych okrętów.


Niemieckim kierowcom Flensburg kojarzy się jednak przede wszystkim z tzw. “punktami” za niezgodną z przepisami jazdę samochodem (“Punkte in Flensburg”). Mieści się tu bowiem Kraftfahrt-Bundesamt, niemiecki centralny urząd ds. komunikacji drogowej. “Flensburg daje i odbiera”, daje punkty, odbiera prawo jazdy i kogo obchodzi, że tam tak ładnie.

Za to wszyscy wiedzą, że na Sylcie jest “samo najlepsze” (czyli najbogatsze) życie w Niemczech. Ci bogaci żyją sobie na Sylcie w pięknych drogich domach, mają piękne drogie samochody, jedzą piękne drogie jedzenie (tak, tak, również ośmiorniczki i pieczone obierki ziemniaków) i piją szampana z truskawkami.

Continue reading “Sylt 1. Pogoda dla punków i bogaczy.”

Mały, mały świat

Ewa Maria Slaska (i Viator)

Viator znalazł i sfotografował, ale odmówił napisania czegokolwiek. Szkoda, ale cóż ja biedna Adminka na to poradzę?

Rzecz została znaleziona w wiosce Siodło, jakieś 2-3 kilometry od Kunic, a to z kolei jest dzielnica miast(eczk)a… ach mniejsza, niech anonimy pozostają anonimowe również geograficznie.

W małej starej wiosce zwanej Siodło, w której mieszka zaledwie 200 osób, powstało najpierw okno do nieistniejącego świata…

Wioska jest stara, została założona pod koniec XII wieku. Mieszkali tu Łużyczanie. A teraz na drzwiach wiejskiej stodoły w małej starej wsi, powstało miasteczko, kocie i psie…

Obok stodolna łąka pełna motyli…

Motyle zamieszkały również u…

A potem pojawił się domek krasnoludków – ziemnych ludków w korzeniach i pniu starego drzewa, a może zresztą pojawiły się najpierw krasnoludki, potem motyle, a potem dopiero koty – kto to wie, jak powstają małe, małe magiczne światy:

No i patrzcie, moi kochani, krasnoludki jeżdżą na rowerze!

Transsyb (0)

To już było tu, ale tylko fragment

Zbigniew Milewicz

W sierpniu 2007 roku, w polsko-rosyjskiej polityce wiało chłodem, nie jakuckim mrozem, jak dzisiaj, ale już nie było letnio. Ociepliło się dopiero w listopadzie, kiedy resetowy Donald Tusk doszedł do władzy; ja wtedy odpoczywałem już po wojażach transsyberyjskich w domu i nawet jeszcze nie zabierałem się do pisania. Dlaczego tam pojechałem? Chciałem zobaczyć na własne oczy, jaka jest Rosja i jej mieszkańcy. To mi się częściowo udało, jednak swoje wrażenia opublikowałem na tym blogu dopiero w styczniu 2013 r. Świat wyglądał wtedy już inaczej, niż parę lat wcześniej – po rosyjskiej napaści krwawiła Gruzja, w Polsce opłakiwano ofiary tragedii smoleńskiej, liczono pokłosie I i II wojny w Czeczenii. Dzisiaj świat wygląda jeszcze gorzej, bo Rosjanie mają na rękach także krew syryjską i ukraińską. Za naszą wschodnią granicą ta wojna, którą wywołał Kreml, trwa niestety nadal. Z medialnych doniesień wynika, że mimo fatalnej prasy Federacja Rosyjska nie narzeka jednak na brak zainteresowania ze strony zagranicznych turystów. Prym wiodą wśród nich Chińczycy, sporo jest Niemców, ale podobno nie brakuje też Polaków. Fake newsy to – Made in Russia – czy prawda?

Wobec tego zapraszam na podróż do czasu przeszłego dokonanego tego kraju. Jego polityczna geografia już się w międzyczasie trochę zmieniła, ale rzeki, tajga, góry i miejscowości, przez które przejeżdżałem, pozostały tam, gdzie były. Z ludźmi jest inaczej, bo są zmienni, niezależnie od szerokości geograficznej. Pokazuję takie twarze, jakie zapamiętałem. Twarze nie idealne, ale przeważnie ludzkie. Wśród oprawców z Buczy i Mariupola takich nie znajdziecie, choć przecież nie wiem, czy na przykład pocieszny handlarz Miszka, albo Igor z Władywostoku też tam nie byli.

Zasada pierwsza – wierz, ale sprawdzaj

PS od Adminki: To ja zaproponowałam autorowi, żebyśmy wrócili do jego starej, już tu kiedyś w skrócie opublikowanej, relacji z podróży koleją transsyberyjską. Skłoniło mnie do tego kilka powodów. Pierwszy wydawał mi się najważniejszy – myślałam, że nigdy już tam nie pojedziemy. My, Polacy. Nie tylko dlatego że teraz tam wojna, myślałam bowiem, że nawet jak ta cholerna wojna kiedyś się skończy, to Rosja jeszcze przez dziesiątki lat będzie wrogiem i przecież nie jeździ się turystycznie do oprawcy. W każdym razie nie od razu, co dla mnie oznaczało, że nigdy. I pomyślałam, że od lat chciałam przejechać przez Syberię tą koleją, a moje chęci wzmogła jeszcze lektura Lodu Jacka Dukaja, którą to powieść uważam za jedną z najlepszych we współczesnej literaturze polskiej i często w myślach do niej wracam, ale nigdy tego nie zrobiłam, a teraz też i nie zrobię.

Napisałam do autora, wyłuszczyłam powody (że nigdy i że Dukaj) i spytałam, czy chciałby może wrócić do tych tekstów.

W międzyczasie Facebook, który jak wiadomo czyta wszystko, co piszemy, podsłuchuje, o czym mówimy, a czasem, tak mi się wydaje, czyta w myślach, podsunął tę niewiarygodną, tak mi się wydawało, informację, że turystyka w Rosji kwitnie i ma się lepiej niż przed wojną. I to mimo sankcji nałożonych na Moskwę za inwazję na Ukrainę, które spowodowały zawieszenie lotów z większości krajów europejskich. W zeszłym roku sytuacja rosyjskiej turystyki była dramatyczna. Pandemia, brak wiz elektronicznych, brak możliwości płacenia kartami bankowymi i brak bezpośrednich lotów spowodowały ogromny spadek liczby turystów. Podawano nawet, że o 95-97%. I nagle, po roku wojny radykalna zmiana. Napływ turystów wzrósł o 130 % (naprawdę tak się liczy?).
Jak już napisał autor, najwięcej turystów przyjeżdża do Rosji z Chin, druga w kolejce jest Turcja, Niemcy są na trzecim miejscu, Polacy w pierwszej dziesiątce.
Nie mamy wstydu, czy nie myślimy? Czy może Rosja stała się po prostu tania?
Kto i dlaczego jeździ do Rosji?

Nie wiem, ale jednak nie jedźmy, kochani moi Czytelnicy, do Rosji. Poczytajmy fajny opis podróży przed kilkunastu laty i pomyślmy, że to dziś dla ludzi wrażliwych takie samo fantasy jak Lód Dukaja.

Zaczynamy za tydzień (zawsze we wtorki)

Travelling and speaking languages


Alma Karlin’s
travelling book, The odyssey of a lonely woman, was edited in English, by Victor Gollancz, London, 1933, it consists of reports about her journeys out of America, in the Far East and through Australia.

She was an Austrian, so it is why some her titles were published in German first, then translated into Slovenian. Many of them have not yet been published; they are kept in the National and University Library of Slovenia and in the Berlin State Library (according to Wikipedia in a building in Unter den Linden).


Continue reading “Travelling and speaking languages”

Trzy pesos

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

Jednej niedzieli wyruszyłem z małej zatoczki nad Odrą we Wrocławiu w kierunku Berlina . Obiecałem żonie, że jak pójdzie coś nie tak, to zrezygnuję. Gotowość do rezygnacji jest ważnym elementem wyprawy. Wiem dokąd chcę dopłynąć, ale nie muszę. Zaczęło się od tego, że Ewa Maria napisała do mnie : „ Och napisz coś na bloga, potrzebuję tekstu od osoby zakręconej, bo wszyscy są tacy przemądrzale normalni”. Ja napisałem, a ona znalazła w domu, w książce nigdy przedtem niewidziane trzy pesos kubańskie z wizerunkiem Che Guevary i przeznaczyła na honorarium dla mnie.


Continue reading “Trzy pesos”

Irlandia, wyspa kwiatów

Ewa Maria Slaska

Jakiś czas temu ktoś, kto być może wcale nie wrócił z Irlandii, ale wszystko o niej wiedział, a może tylko uważał, że wie, powiedział mi, że w Irlandii w ogóle nie ma kwiatów i że jest to pierwszy kraj na świecie, w którym tak jest. I że jest to konsekwencja zorganizowania gospodarki wokół pastwisk.

Zapytałam nawet, czy pastwisko to nie łąka, czyli same kwiaty, ale dowiedziałam się, że łąki zostały wyplenione, irlandzkie pastwisko to trawa, na trawie krowy, od krów mleko, z mleka masło Kerry Gold.

Ziemia bez kwiatów to jedna z apokaliptycznych wizji naszego życia. Nie będzie deszczu, nie będzie wody, nie będzie pszczół, nie będzie kwiatów, nie będzie życia, owoców, jarzyn, motyli, ludzi, miłości…

Continue reading “Irlandia, wyspa kwiatów”

Reblog: Królestwo Mustangu

Jakub Nowak 

Krolestwo Mustangu, to był cel mojej czwartej wędrówki po Nepalu. „Zaginione Królestwo” to leżący na półpustynnej wyżynie fragment dawnego Tybetu, kulturowo związany z buddyzmem tybetańskim. Do roku 1992 zamknięty dla turystów, miał swojego króla, autonomię i kulturę. Mimo że w 2008 roku królestwo zostało zniesione przez rząd Nepalu, mieszkańcy nadal uznają swojego władcę. Żyją tak, jak żyło się w Mustangu kilka wieków temu.

Głębokość doliny rozpiętej pomiędzy Annapurną i Dhaulagiri sięga nawet 6800 metrów. Kali Gandaki – Czarna Rzeka kończy swój bieg, wpadając do Gangesu. To dlatego kilka wieków temu wyznaczała szlak handlowy z Tybetu do Indii. Wraz z nimi przywędrowało do Mustangu bogactwo wielu kultur i buddyzm.

Continue reading “Reblog: Królestwo Mustangu”

Dzień Węża i Mały Książę

Wczoraj pochowaliśmy naszego Małego Księcia, Beniaminka. Dziś, 16 lipca jest Światowy Dzień Węża. Sięgam więc po Małego Księcia Antoine de Saint Exupéry, myśląc o Beniaminku i najsłynniejszym wężu literackim:

I

Gdy miałem sześć lat, zobaczyłem pewnego razu wspaniały obrazek w książce opisującej puszczę dziewiczą. Książka nazywała się “Historie prawdziwe”. Obrazek przedstawiał węża boa, połykającego drapieżne zwierzę. Oto kopia rysunku:

W książce było napisane: “Węże boa połykają w całości schwytane zwierzęta. Następnie nie mogą się ruszać i śpią przez sześć miesięcy, dopóki zdobycz nie zostanie strawiona”.

Continue reading “Dzień Węża i Mały Książę”