Droga do Santiago. Hornillos

Ewa Maria Slaska o pielgrzymce do Santiago de Compostela

Poniedziałek, 17 września, 6 dzień na trasie. Naprawdę? Dopiero szósty dzień? Liczę i liczę. Zgadza się. Noga boli coraz bardziej, wczorajsze zabiegi w ambulansie niewiele pomogły, ale też sanitariusz od razu powiedział – do szpitala. Zobaczymy, ile dam radę przejść. Wychodzę rano, bez kawy i śniadania, bo kuchnia w schronisku była jeszcze zamknięta, a automatu z kawą nie ma. Mimo bolącej nogi docieram do pierwszego postoju (i kawy!) w dwie godziny, a to dziesięć kilometrów.

Nad placykiem zbierają się ogromne czarne chmury, jakiś przechodzień uprzedza, że zaraz będzie lało jak z cebra. Wyciągam pelerynę, zakładam na siebie i plecak i, zanim zdążę się pozapinać, już leje. Mogę przeczekać w barze, mogę już tu zanocować, bo jest schronisko, mogę iść w deszczu. Do następnej wioski jest zaledwie półtora kilometra. Idę. Leje i wali piorunami, na drodze zbierają się szerokie rwące strumienie, jak to w górach. Idziemy tylko we dwie, jakaś dziewczyna i ja. Niemal natychmiast docieramy do Rabe de la Calzadas. Ona tu zostaje, przywołuje ją grupa ludzi, którzy schronili się pod wykuszem jakiegoś budynku. Inni kulą się na tarasie kościoła. Hostel jeszcze zamknięty. Jeśli się tu zatrzymam, będę stała dwie godziny w deszczu lub w jakimś prowizorycznym schronieniu, czekając aż otworzą albuergo. Następna wioska za osiem kilometrów. Wygląda na to, że czeka mnie wędrówka po płaskim, Rabe de la Calzadas leży na wysokości 830 metrów, Hornillos, gdzie chcę dojść, 820 metrów. Tylko, że moja mądralińska karteczka nie dodaje, że po drodze jest wielka mokra i śliska góra. Ale może dobrze, że tego nie wiem. Leje i grzmi. Jest pięknie.

Żółte stoki góry, bujne chwasty przy drodzie. Strumienie. Rżyska. Ciemnoniebieskie niebo. Błyskawice.

Idę powolutku, mija mnie, tak mi się wydaje, niemal każdy człowiek podążający w deszczu pod górę, a potem z góry. Nie ma ich wielu i chyba wszyscy się znamy z drogi. Zatrzymują się na chwilkę, pytają, co jest. Odpowiadam we wszystkich możliwych językach, że noga spuchła i boli. Gdy po trzech godzinach dochodzę wreszcie do Hornillos, spotkam ich wszystkich w sklepie i w barze. Za chwilę żwawo ruszają na drogę, bo wyznaczony na dziś nocleg leży siedem kilometrów dalej. Ja zostaję. Ja i grupa Węgrów. Obliczam z karteluszkiem, zegarkiem i mapą pożyczoną od koleżanki-pielgrzymki-Węgierki. Okazuje się, że tak sobie pomaleńku truchtając, dotarłam na miejsce bardzo szybko i miałam średnią 6 kilometrów na godzinę. Wciąż jeszcze musimy chwilę poczekać, zanim otworzą schronisko. Nie, to nie tak. Schronisko jest otwarte, tylko nie ma obsługi. I gdy już się rozgościliśmy, każdy wedle potrzeb i upodobań, przychodzi wreszcie obsługa i przydziela nam inne łóżka. Dzień dobry w Absurdystanie. Jeśli myśleliście, że znajdziecie to miejsce tylko gdzieś na mapie Europy środkowej i wschodniej, to informuję Was, że jest ono w ludzkich głowach i trafiasz tam także podczas wędrówki do zachodniego krańca naszego kontynentu.

Powoli zwalają się tłumy ludzi. Mają na sobie suche ubrania. To wszyscy ci, którzy przeczekali burzę w różnych barach i kościołach na trasie. Siedzę przed barem i piję kawę, gdy zjawia się Mietek. Wyszedł z Burgos dobrą godzinę przede mną, ale też przeczekiwał deszcz, i dociera do Hornillos w godzinę po mnie. Chce tu tylko odpocząć. Idziemy do sklepu po sprawunki i gotujemy sobie obiad, makaron w sosie i sałatkę jarzynową, a potem po dwie herbaty. Rozhulało się bractwo!

ewahornillosŻegnamy się na placu przed kościołem – już się nie zobaczymy, wyprzedzi mnie dziś o 18 kilometrów. Podobnie jak na pewno nie zobaczę już Jane, Dunki, z którą się polubiłyśmy i od kilku dni czasem rozmawiamy. Ma z nogą dokładnie to samo, co ja, też jej powiedzieli, że oszczędzać i do szpitala, została więc w Burgos. Już mnie nie dogoni. Od trzech dni nie widzę też miłej, potwornie grubej dziewczyny z Teksasu, wczoraj straciłam z oczu Tanję – ostatni raz widziałam ją, jak w skupieniu pokonywała kamienny labirynt na szczycie działu wód, między krzyżem a kopcem kamieni. Taki zestaw wszelkich możliwych znaków i symboli, a Tanja bardzo poważnie traktuje symbole – to zadania jakie ma do wypełnienia pielgrzym na trasie.

ewahornillos2Całe popołudnie rozmyślam o tym, co się dzieje na Camino. Coś jest nie tak. Zastanawiam się, skąd się biorą nagle ni stąd ni z owąd wszyscy ci dziwni ludzie, jakieś rozświergotane Francuzki w przezroczystych pelerynkach, jakiś nadzwyczajny przystojniak rozwalony na łóżku w schronisku w śnieżnobiałym szlafroku, Brazylijka z kosmetyczką wielkości walizki i walizką wielką jak hotel Ritz. Jedna z Francuzek dotruchtała pod parasolem do sklepiku. Widzę, że ma rękę zaobrączkowaną jakimś plastikowym pasemkiem z karteczką. Pojawia się grupa maleńkich ludzi, wszyscy mniejsi ode mnie! a ja mam 161 cm. Przelatują koło sklepu jak rój komarów. Ostatnie idą dwie kobiety, tak zagadane, że chyba nawet nie wiedzą, że idą. Jedna ma przewieszoną przez plecy dyndającą torebkę. Do torebki przypięła muszlę pielgrzyma. Idzie, gada, kręci pupą, a biała muszla podskakuje z każdym kroczkiem. Jak sarni kuper.

ewahornillos4Powtarzam sobie jak mantrę: nie uprawiaj lookizmu, nie uprawiaj lookizmu, każdy wygląda jak wygląda i nic ci do tego.

Siedzę na przyzbie, przysiadają się Węgrzy. Rozmawiamy o tych dziwnych ludziach. Okazuje się, że moi Węgrzy wiedzą to, czego ja nie wiem. Tych dziwnych ludzi przywozi się autobusami na odpowiednie, starannie dobrane odcinki trasy. Nie zasuwają 10 kilometrów po terenach przemysłowych w Burgos, nie obchodzą na piechotę ogromnych wykopów pod autostradę. Nocują w hotelach, ale raz czy drugi funduje się im też prawdziwy nocleg pielgrzyma. Na przykład tu w Hornillos. Dowozi się ich autobusami na miejsce, wypuszcza na 10 kilometrów, tak by poczuli “naturę na Camino” albo “krajobraz kulturalny na Camino” albo “prawdziwe życie pielgrzyma”, a potem jak się pojawiają tak znikają. Autobusy Group Quebeck Camino lub jakieś podobne odwożą ich dalej na kolację i kąpiel. Tak zresztą wędrował również przed dwoma laty Hape Kerkerling, słynny niemiecki komik. On rzeczywiście szedł tak jak każdy z nas, ale spał, jadł i odpoczywał po trudach dnia w hotelach, bo w schroniskach było brudno i nieprzyjemnie. Jego książka o Camino, Ich bin mal ganz weg, była niemieckim bestsellerem, podobno sprawiła, że ilość Niemców na trasie wzrosła o 75%, a teraz w roku 2014 ją właśnie filmują. No…

Granicą jest Burgos. Przed Burgos idzie pielgrzymka, za Burgos zaczyna się turystyka. W naszym stareńkim budyneczku kamiennym, w którym mieści się 30 osób, recepcjoniści pracujący jak maszyny przyjmują tłumy. Gdzie one się mają pomieścić? Udajemy się z Węgrami na poszukiwania i oczywiście znajdujemy – za kościołem stoi błyszcząca w słońcu, wymyta deszczem szklano-betonowa kostka, otynkowana na biało. Sala gimnastyczna. Jest wyższa od wszystkich okolicznych domów, malutkich, z kamienia, częściowo wkopanych w skałę. Tu układa się pokotem materace na podłodze. Tak na oko ze sto. Ci co tam nocują, mają do dyspozycji ubikacje i prysznice, ale korzystają z naszej kuchni. Jak w kuchence-dziupli, gdzie z trudem może gospodarzyć tych przewidzianych normą 30 osób, ma sobie coś ugotować 130 turystów? Gdy ta sala się wypełni, nie zdołamy zagotować nawet wody na herbatę, nie mówiąc już o zupie.

Cicha kamienna wioska roi się od ludzi, tłum jak na plaży w Grecji, jak zapędzone przez przewodników masy turystów, których przywozi się na koniec wyspy Santorin, żeby obejrzeli w Oja “najpiękniejszy zachód słońca na świecie”. O tak, nie ma to jak sprawny marketing. Najpiękniejszy zachód słońca jest w Oja, najlepsze mięso w Kobe, najintensywniejsze przeżycia duchowe na Camino. To co oglądam to granica między Starym a Nowym. Gdzieś jeszcze widać jakieś kawałki starej pielgrzymkowej tradycji, tego świata, po którym wędrował królewicz Jakub Sobieski i średniowieczna księżniczka z Głogowa, którą opisała Jadwiga Żylińska. Szło się przez Maurów posady, było trudno, ale jak się wróciło, można było być dumnym. Ale to zanika pod naporem reklamy, komercji i marketingu. Corrida przestała być modna, stała się czymś właściwie wstydliwym, teraz Camino jest hiszpańską wizytówką. Nowi turyści są wrażliwymi istotami. Sumienie nie pozwala im oglądać corridy, to nie humanitarnie patrzeć na śmierć byka. Sumienie nie protestuje jednak, gdy jako masowi wędrowcy zadeptują Camino na śmierć.

Łapię się na tym, że znowu chcę stąd uciec, nie tak dramatycznie jak w St. Juan de Ortega, ale za to bardziej zdecydowanie. Dojść gdzieś, gdzie ich wszystkich nie ma, poczekać na zimę, przewędrować do Santiago drogą północną, nad Oceanem, trudną, samotną.

Idę na spacer po wciąż jeszcze wilgotnych rżyskach za wsią.

Wszędzie piękne kwiaty. Osty, dalie.

Siadam na kamieniu, piszę. Kończy mi się pierwszy długopis. Tydzień – pół zeszytu i jeden długopis.

ewahornillos3Zdjęcia w tym poście: Mietek

Droga do Santiago. Burgos

Ewa Maria Slaska

Wciąż jeszcze niedziela, 16 września

jezuswspodnicyPrzez wielką warowną bramę wchodzę do miasta, na plac z ogromną katedrą Najświętszej Marii Panny. Potęga. Wspaniały hiszpański gotyk. Dziesiątki kaplic, ołtarzy,  sarkofagów. Złote schody, srebrny rzeźbiony wóz, grób Cyda i Xymeny, klasztor z olśniewającymi krużgankami. Katedra jest biała i ma w sobie mnóstwo światła. Wszystkie zabytki związane ze świętym Jakubem zabrano na wystawę o Camino (obejrzę ją jeszcze, ale na razie tego nie wiem, oglądam więc tylko kolorowe obrazki), także Madonna Memlinga w stylu “flamenco” (flamandzki, jak sądzę) pojechała do Prado. Ciekawe, czy na zawsze? Natomiast na miejscu pozostał najważniejszy zabytek przechowywany w katedrze, też jak Memling z XIV wieku – krucyfiks z wychudzonym Jezusem w bordowej, aksamitnej spódnicy. Na zdjęciu znalezionym w sieci Jezus ma akurat białą spódnicę, ale jak to w Hiszpanii, świętych się przebiera co i rusz w nowe szaty – jak tam byłam, spódnica była bordowa, a tło, moim zdaniem, białe. Ale kto wie, może niedokładnie pamiętam. Na pewno jednak nie przypominała przylegających do ciała halek, jak tu na zdjęciu, tylko zawadiacko odstawała od nóg Jezusa, tworząc coś w rodzaju trapezu.

Miałam rację.

christos-de-burgosPodoba mi się ten kościół, ale od wczoraj mam trochę obaw, gdy wchodzę do hiszpańskiej świątyni. Im starsza i bogatsza, tym bardziej grozi wspomnieniami inkwizycji. Inkwizycja to musiał być biznes, jak przypuszczam, bo wszak nikt za darmo nie zajmował się przez kilka stuleci ściganiem odstępców, więzieniem ich, torturowaniem i paleniem na stosach. Inkwizycja działała od XIII wieku do XIX, siedemset lat. Kawał czasu. Potrzebna była infrastruktura i wykwalifikowani pracownicy. Inwestycje. Nakłady, które zgodnie z biznesplanem musiały się najpierw zwrócić, a potem zacząć przynosić zyski. Nam się wydaje, że to Eichmann był pierwszym człowiekiem, który stechnicyzował okrucieństwo i zamienił je w sprawnie funkcjonujący biznes, ale na pewno podobne założenia przyjęli twórcy gułagów, a przed nimi zapewne inkwizytorzy.

Siedzę na schodach za katedrą i cieszę się spokojem. Ponieważ jestem za katedrą i nic tu nie ma, nie ma też turystów. Ale jest tu zapewne jakiś śmietnik w okolicy, bo są muchy. Muchy! Cholery można dostać! Wracam przed katedrę.

O godzinie 19.30 będzie msza, ale nie wiem, czy dotrwam, bo to jeszcze 1,5 godziny, a ja jestem piesko śpiąca, zmęczona i głodna. Może raczej wrócę przez park do schroniska i podumam przez chwilę pod pomnikiem świętego Dominika de Calzada, o którym napis głosi, że był inżynierem Camino. Inżynier jako ten, kto zmienia, kto buduje. Na Drodze  było kilka takich postaci, które budowały i konstruowały – mosty, schroniska, przejścia, szpitale i cmentarze.

Burgos to bardzo ludyczne miasto. Na placu przed zamkiem rodzaj cyrku średniowiecznego, ale takiego, który tu i ówdzie przetrwał nawet do lat 20 ubiegłego wieku. Są budy z potworami (wstęp dozwolony dopiero od 8 lat), jakieś pseudopornosy na żywo (tylko dla dorosłych), teatrzyk cieni. Całe miasto pełne jest gier i teatrzyków. Natykam się na kościelny moralitet, a kawałek dalej na clowna, który bardzo śmiesznie gra na fortepianie. Pytanie, czy to akcja na zamówienie władz miasta, czy wciąż żywa tradycja?

Dziewczynki na skwerze uczą się grać na kastanietach. Piękna promenada z kunsztownie poprzycinanymi bukszpanami. Rynek z rzeźbą zegara. Placyk brukowany malutkimi kamyczkami. Kościół św. Agaty a obok Pescaria y Marinera Sant’Agata. Przez plac przechodzą muzycy, czy mi się wydaje, czy mówią po niemiecku? Przed domami suszarki, suszą się kolorowe ręczniki. W sklepach obłędnie kolorowa moda dla dzieci i szaro-czarna dla kobiet. Z odrobiną fioletu. Idę na mszę.

W kazaniu ksiądz mówi o miłosierdziu, Janie Pawle II i Faustynie Kowalskiej. Mężczyźni wchodzą do kościoła z ręką w kieszeni. Jeden w krótkich spodniach, jeden żuje gumę. Kobety w mocno wydekoltowanych sukienkach mini bez rękawów.

Gdy po mszy wychodzę przed katedrę jest chłodno i pada deszcz. Na kamiennej promenadzie jest ślisko, japonki ślizgają się paskudnie, mogę iść tylko drobnymi kroczkami – jak Japonka.

promenadeburgosMama miała rację, gdy jest ciężko, najpierw trzeba zadbać o konkrety, a dopiero potem płakać. First things first, jak mówią Anglicy. Czasem po zorganizowaniu rzeczy pierwszych już nie ma powodu, żeby płakać.

Dobranoc.

 

Droga do Santiago. Z Juan Ortega do Burgos

Ewa Maria Slaska

Sobota 15 września – niedziela 16 września

Uciekłam więc. Przed strasznymi pielgrzymami, którzy pielgrzymami nie są, i przed myślami o inkwizycji. Pędzę przez las, jeszcze chyba nigdy tak szybko nie pędziłam. Nawet nie czuję, że mam jakiś plecak. Pędzę. Droga wiedzie przez pastwisko. Na pastwisku krowy, rzecz jasna. Boję się. Z przyczyn nie wartych, by je tu opisywać, boję się krów. No ale idę, nie mam wyjścia. Widzę je, leżą, są piękne, białe i beżowe, łagodne. Idę, stawiając czoła własnej próbie. Z lasu wychodzi równie piękny biały byk. A ja nic, ja idę.

mark-ariu.de

Byk.

I nic.

Dochodzę do Ages – śliczna wioska, domy z ogrodami, stara kobieta podlewa malwy. W albergo tłum – wesoły, rozgadany, kolorowy. Mam miejsce w pokoju czteroosobowym!  Rano będzie śniadanie. Przed albergo Tanja, która uciekła z St. Juan wcześniej niż ja. Pytam, dlaczego? Pluskwy. Inkwizycja, krowy, brud, pluskwy – do wyboru. Siedzę przed schroniskiem, piję herbatę. Obok Szkoci, znamy się z drogi, wędrują w czerwonych i zielonych spódnicach, ten w zielonym kilcie ma czerwonego irokeza, ten w czerwonym – zielonego. Jeden z nich ciągnie za sobą gitarę na smyczy z kółkami. Szukam w sieci, czy ktoś im może zrobił zdjęcie po drodze, ale nie ma. W kuchni na czteropalnikowej kuchence ktoś przygotowuje paellę w ogromnej patelni.

wikipedia/commons

Powoli spływa ze mnie groza tej samotnej, pełnej bólu wioski w górach.

Rano obudziłam się płacząc. Wychodzę ze schroniska jako ostatnia, co nic nie znaczy, bo jest jeszcze ciemno. W rowie przy drodze siedzi człowiek, który mnie o coś zagaduje. Przysiadam obok. Polak, Mietek. Idzie tak jak ja, z Logrono, ale robi dwa odcinki dziennie. Wędruje z małym prymusikiem na gaz. Sypia gdzie popadnie, owinięty w śpiwór, gotuje zupy z proszku na tej mini maszynce. To on mi powiedział, że pielgrzymka to pielgrzymka, musi być ciężko. Niesie ze sobą kamień w kształcie serca dla żony. Przysłał mi potem trochę zdjęć z Camino i przez lata składał mi zawsze życzenia noworoczne.

sercePrzechodzimy przez miejscowość Atapuerca, gdzie, jak głoszą plakaty, były wykopaliska “homosapiens”, ale muzeum otworzą o 11, a jest 8 rano. Rozmyślam nad tym, czy czekać czy iść, ale w końcu idę. Piję świetną kawę w Cardenuela i ruszam, sama, Mietek opuścił mnie już po pierwszych dwóch kilometrach i popędził przed siebie.

Droga wspaniała. Przecinamy pasmo wzgórz dzielących zlewiska rzek Ebro i Duerro, podążamy w górę i w dół, w górę i w dół, a droga nas sama niesie, w górę i w dół. Nabieram tempa, idę jak burza, ale od Orbaneja wędrowanie zmienia się w czyściec. Pierwszy krąg zaczyna się, gdy musimy obejść, nadkładając dobre 5 kilometrów, rozkopy pod autostradę. Dochodzimy do Villafria, gdzie jakaś litościwa dusza napisała na bruku “A – 9 km”, do albergo 9 kilometrów. Rzadka inormacja, najczęściej nie ma się pojęcia, co człowieka jeszcze czeka. Te 9 kilometrów to ewidentna groza – kolejne kręgi czyśćca. Najpierw rozkopy i śmietniska. Gdzieś pośrodku śmietnika ogromna tablica z wianuszkiem gwiazdek UE i napisem: “Camina cultura Europa”. Hehehe! Gdy wysypiska się kończą, zaczyna się kolejny dantejski krąg – super nowoczesne fabryki ze szkła. Są zupełnie puste, otoczone wielkimi płotami i połaciami gładko wystrzyżonych trawników. Ani żywej duszy. I wreszcie ostatni krąg: nie kończące się osiedla, nawet dość ładne, ale ich ilość przytłacza. Tu mieszkają ci, których los skazał na pracę w tych fabrykach, ale rozwój kapitalizmu ich stamtąd wygnał. Tam pracują same roboty, tu mieszkają wyrzutki ery poprzemysłowej.

Jesteśmy w Burgos. Piękne miasto, cudowna katedra.

wikipedia/commons

Nie ma strzałek, ale każdy wie, dokąd mamy iść i usłużnie pokazuje. Schronisko wielkie i dobrze zorganizowane – wieczorem przyjedzie nawet ambulans, gdzie możemy opatrzyć rany i dostać środki przeciwbólowe – ale potwornie daleko za miastem, tak daleko, że zdołaliśmy już z powrotem wejść do czyśćca – mijamy kolorowe osiedla i wchodzimy pomiędzy fabryki. I tak idziemy – trójka Francuzów w podeszłym wieku i ja. Francuzi idą jak trzy maszyny, każda zaopatrzona w dwa postukujące na każdym kroku kijki. Ponieważ nosiciele kijków idą nierównym krokiem, kijki nierówno postukują. Właściwie nie do zniesienia, właściwie chciałabym od nich uciec, ale nie dam rady, nie przegonię.

Docieramy. Jestem tak zmęczona, że nie mam siły wejść na piętrowe łóżko. Pytam faceta, który ma łóżko na dole, czy mógłby się ze mną zamienić, ale nie mógłby. Siadam na podłodze i płaczę. I wtedy przypomina mi się Mama. Mówi, jak to ona, że człowiek powinien się zachowywać jak Odys i jego załoga. Najpierw trzeba dobić do brzegu, zdobyć woły (ukraść – czy jak?), rozpalić ognisko, upiec mięso, zjeść, wypić wino i wtedy można opłakiwać zmarłych. Nie wiem, kto mi niby umarł, może ja sama, ta wytrwała i dzielna, którą mi od wczoraj podmieniono na beksę, ale wstaję i idę jak księżyc “chusty prać”, pić kawę z automatu i pisać pod drzewem. A gdy tak siedzę pod tym drzewem stuletnim, widzę chmary – naprawdę chmary – ludzi. Nie wiem, skąd się wzięli, na drodze nie było aż takich tłumów. Nie ma miejsc.

Droga do Santiago de Compostela. Rozmyślania

Ewa Maria Slaska

Wciąż jeszcze piątek, 14 września / sobota 15 września

Wieczorem spotykam przed kościołem dwie Polki. Z daleka zwracają uwagę, bo jedna z nich ciągnie za sobą walizkę na kółkach. Zadają mi pytanie o duchowe przeżycia w drodze. Odpowiadam, zgodnie z prawdą, że nie mam żadnych, że idę i jestem zmęczona, ale że może jest to stan “jeszcze nie” – jeszcze nie mam duchowych przeżyć. Wtedy jedna z nich mówi, że one też się na to skarżą (a czy ja się skarżyłam!?), ale zapewne wynika to z faktu, że źle się przygotowały, bo powinny były więcej czasu poświęcić czytaniu Pisma Świętego i zabrać ze sobą Biblię, a nie tylko kserokopię. Patrzę na nie z otwartą buzią i nic nie rozumiem. Bo dlaczego kserokopia jest gorsza od Pisma Świętego? Dlaczego trzeba było więcej czytać przed drogą? Czy wtedy by się więcej rozmyślało o sprawach Ducha? Nasze rozważania rozmijają się całkowicie. Mnie chodzi o własną myśl, im o lepsze rozumienie Biblii. Moje rozmyślania sprowadzają się do drogi i do tego, jak łatwa stała się pielgrzymka, myślę o pielgrzymkach autobusowych i o tych ludziach, którzy stracili życie gdzieś pod Grenoble. Dziś to już zamierzchła przeszłość, ale wtedy prasa mnóstwo o tym  pisała, bo to był wstrząsający wypadek. Dziennikarz jednej z gazet napisał wówczas, że w pielgrzymce obowiązuje już to samo, co w całym życiu – więcej, szybciej, taniej. Tymczasem w książce o najniezwyklejszych metodach uzdrawiania, w tym poprzez pielgrzymkę, przeczytałam, że jeżeli pielgrzymka w ogóle może w czymś pomóc – uleczyć, rozwiązać problem, udzielić porady – to tylko wtedy, kiedy jest trudna, i że przede wszystkim liczy się wysiłek.

Po mszy ksiądz udziela błogosławieństwa pielgrzymom. Mówi o trzech wielkich celach pielgrzymkowych Europy – Jerozolima, Rzym, Santiago. Byłam wszędzie, ale tylko Santiago to pielgrzymka, Rzym i Jerozolima to były zaledwie wycieczki. Za łatwe, za szybkie, choć w przypadku Jerozolimy na pewno nie za tanie. Ale też niczego od tych miejsc nie chciałam, chciałam je po prostu zobaczyć. Teraz, po raz pierwszy w życiu, podjęłam wysiłek i jeszcze za niego płacę. Nie w drodze, bo w drodze jest tanio, śpimy za grosze, jemy byle co, pijemy głównie wodę, ale przedtem, gdy trzeba kupić wyposażenie, książki, bilety.

Oczywiście niosę ze sobą problem, który wymaga rozwiązania i kamień za grzechy. Kamień nie jest wielki, ale też mój grzech chyba nie jest taki strasznie wielki. W średniowieczu mój problem wymagałby może ogromnego głazu, ale dziś… Cosi fan tutte.

Montes_de_Oca_Heidekraut

Źle spałam, ale wychodzę na czas i przez pierwsze półtorej godziny idę jak maszyna do chodzenia. W Villafranca w połowie drogi zakupy, bo w Belorado kierownik hostelu uprzedzał, że w Ortega nie ma nic, a potem jest niedziela i nigdzie nie ma nic. Pewnie nie warto się było tym przejmować, bo w Ortega rzeczywiście nie ma sklepu, ale jednak jest knajpa, mogłam więc nie dźwigać bułek pod górę. A zaraz za Villafranca zaczyna się góra i jest dość ciężka, co oznacza, że jest ciężko, ale można wytrzymać. Podejście jest jednak dość łagodne, a widoki i tzw. okoliczności przyrody cudowne. Przechodzimy przez pasmo wysokich kopulastych gór, porośniętych dębowymi lasami. U stóp dębów gęsty las paproci, a na obrzeżach drogi niekończące się wstęgi ciemnofioletowego wrzosu.

800px-San_Lorenzo_desde_El_hombre

Dochodzę na szczyt góry, przebieram się, bo rano było zimno, a teraz już pali słońce. Ruszam w dół, przede mną 9 kilometrów do celu, bez żadnej góry pod drodze. Wydawałoby się – luzik. Ale nic nie jest takie, jak się nam wydaje. Te 9 kilometrów to dotąd najgorszy odcinek całej wędrówki. 9 kilometrów przez rozpalony las sosnowy, niski, a więc taki, który nie daje cienia, piaszczysto-kamienną drogą. 9 kilometrów, wciąż tak samo, piach, upał, droga, las sosnowy, piach, upał, las sosnowy. Tracę poczucie rzeczywistości, ta droga trwa, i trwa, i trwa, i nawet nie mam kryzysu zmęczeniowego, ale po prostu nie daje się wytrzymać tej monotonii.
Trudną sobie wybrałam drogę do oświecenia, ale po kilku dniach wiem wreszcie, czego właściwie chcę. Niezależności od uczuć innych. Chcę przejść od życia z innymi do życia ze sobą. Nie chcę być eremitką, to nie, ale chcę być niezależna.

monotoniaNa drodze ktoś ułożył pomnik z butów. Jeden zieje paszczą oderwanej podeszwy.

Wreszcie wychodzimy z tego upiornego lasu. W oddali kościół w St. Juan de Ortega. Wszyscy przyspieszamy i niemal biegniemy przed siebie. Jest jeszcze gorącej niż w lesie, ale jest coś i to coś dodaje skrzydeł.

juanortegaWioska składa się z kilku domów, kościoła i klasztoru i ogromnego placu. W przybudówce kościelnej schronisko, jakieś prywatne pomieszczenia i bar, najwyraźniej nowy, bo nie ma go na mojej mądrej kartce, no i hospitalero w Belorado nic o nim nie wiedział. Bar jest pełen, ale są to jacyś dziwni ludzie. Na pewno nie mieszkańcy i na pewno nie było ich w drodze, i tacy są głośni. Dobrze, że kupiłam te bułki w Villafranca.

Rozpakowałam się, umyłam, zapłaciłam za nocleg w schronisku, siedzę na ławce i myślę. Najpierw rzeczy najprostsze, OK, hostel prymitywny, nie ma kuchni, brzydkie betonowe łazienki z rurami strzelającymi na odległość lodowatą wodą, nie ma gdzie prać, ale nie to jest w tym miejscu najgorsze.  Jest tu coś obcego, odstręczającego.

Idę do kościoła. Zimno, pusto. Grób świętego Jana, mnicha, opiekuna pielgrzymów, tak jak Dominik. Wykuta w skale krypta, ciemna, zimna, ponura. Uświadamiam sobie, po raz pierwszy, że jestem w Hiszpanii, że to tu narodziła się inkwizycja i że obowiązki inkwizytorów wypełniali Dominikanie. Wiem, jestem niesprawiedliwa,  św. Dominik z Calzady i św. Jan Ortega nie byli inkwizytorami, ale myśl raz puszczona w ruch, nie może się zatrzymać. Ciemny pachnący wilgocią loch już mi się z niczym innym nie może skojarzyć, bo moja podświadomość już mu na swoją modłę zbudowała synapsy. Trzęsę się z zimna i strachu.

Na placu pojawia się wędrowiec w szacie pielgrzyma, nawiedzony jak hinduski sadhu. Towarzyszy mu śliczna chuda dziewczyna w rajstopach. Przechodzą koło mnie i chyba wcale mnie nie widzą. Idą dalej. I nagle czuję, że nie chcę tu nocować, tylko że też chcę iść dalej.

Pakuję plecak i idę.

 

Droga do Santiago. Belorado

Ewa Maria Slaska

Piątek, 14 września, Rosh Hashana

Wstałam dopiero o 6.30, wychodzę więc dobrze po 7. Po drodze miasteczko Grañón, gdzie można wypić kawę. Czarna nazywa się cafe solo i tak trzeba zamawiać, cafe nero nic im nie mówi. A duża to cafe solo grande.

Belorado-StoercheGniazda bocianie na kościołach. Bieluń dziędzierzawa w polu fasoli. Dziurawiec, bardzo dorodny. Czarny bez. Narkotyczna droga, jadalna droga. Pajęczyny jak z obrazka. Czarne pola słoneczników. Owce i psy. Jaszczurki, myszy, skowronki. Pada deszczyk, bardzo drobny, jak z piosenki. Niemal nie moczy, ale jednak na pierwszym postoju owijam plecak peleryną.

Wytrwałość. Nikt na drodze nie jest silny, jesteśmy tylko wytrwali. Idziemy, jakbyśmy obierali worek kartofli. Jak się obiera worek kartofli? Po kolei.

Niebezpieczeństwa, których już nie ma. Kiedyś pielgrzymka do świętego Jakuba była równa śmierci, a w każdym razie mogła być równa śmierci. W miasteczku Azofra, które wczoraj minęłam, znalazłam napis, że było to miejsce zawsze przyjazne pielgrzymom – założono tu dla nich szpital i cmentarz. Dziś Camino de Santiago to droga szybkiego ruchu nr 120. Czasem trzeba iść poboczem, a wielkie ciężarówki podmuchami niemal zwalają cię do rowu. Ale ten podmuch jest też… ożywczy.

castildelgadoWioski. Ta, gdzie siedzę i piszę, to warowny kasztel i tak się też nazywa, co odkrywam, jak już ją opuszczam. Castildelgado. Kasztel Biskupa Franciszka Delgado. Tu się urodził w XVI wieku i był tak ważny (brał udział w Soborze Trydenckim), że na jego cześć zmieniono nazwę miejscowości, która do XIX wieku nazywała się Villaypún.

Najgorsze są ostatnie kilometry. Myślałam, że wyzionę ducha, mimo że było chłodno, lekko mżyło, słońce nie paliło, nie było wichru, ulewy, upału ani góry do pokonania. Tylko zmęczenie wędrówką. Podobno przechodzi po jakimś czasie. Ale w czym się liczy ten czas? W kilometrach? W wysiłku? W dniach, które mamy za sobą? Czy po prostu będzie zawsze i co dzień? Zawsze i co dzień pod koniec wędrówki będę miała poczucie, że wyzionę ducha? Jak dotąd nie poddaję się zmęczeniu, idę dalej, obieram po kolei kilometry kartofli, ale może trzeba inaczej, usiąść, położyć się, odpocząć, przespać? Zwłaszcza, że mam dobre tempo. Dziś trasa wynosiła 22 kilometry i doszłam przed czasem. Usiadłam obok kilku innych osób pod murem kościoła, żeby poczekać do 13, kiedy otworzą schronisko.

beloradoMieszkamy w kościele benedyktynów z XVI a może z XVII wieku. Nie chce mi się wstawać i sprawdzać. Już się wykąpałam, wypiłam herbatę, wypaliłam papierosa. skarpetkiNa dużym palcu u prawej nogi zrobił mi się maleńki bąbel. Pierwszy w trasie i, jak się potem okaże, jedyny. Mam dobre buty i wspaniałe skarpetki trekkingowe, takie, które trzeba kupować osobiście, przychodząc do sklepu z butami. Skarpety są na lewą i prawą stopę. Pod skarpetą nosi się jeszcze cieniutkie skarpetki i te muszą idealnie przylegać do stopy. Wielkich skarpet nie pierze się w ogóle, cienkie pierze się codziennie. I nie należy kupować chińskiego badziewia.calcetin

Po drodze zmierzyłam sobie czas. Gdy idę w równym tempie, w sprzyjających warunkach, robię 6 kilometrów na godzinę. Ale taka szybkość i tak daje średnią na trasie 4 kilometry na godzinę, bo traci się przecież te wszystkie minuty na wypicie wody i zbieranie jeżyn, i te kwadranse na kawę, siusiu i jedzenie, no i są te góry, kiedy się człowiek wlecze wolniej niż żółw. Jaką mam wtedy szybkość? Dwa kilometry na godzinę? Czasem wydaje mi się, że stoję, a góra nigdy się nie skończy. Ale to nieprawda, bo każda góra kiedyś się skończy, wiem, bo widać nad nią niebo. Gdyby się nie kończyła, miałabym przed nosem ścianę i nic więcej. No i oczywiście wlokę się, ale się wlokę, bo jakbym się nie wlokła, to bym nigdzie nie dotarła, mam więc przecież jakąś minimalną prędkość. No i tak mija przedpołudnie. Zużyłam 5 godzin na 22 kilometry i raz miałam kryzys. A co będzie, jak kryzys dopadnie mnie, gdy droga będzie szła pod górę? Będzie szła. Ona tak, a ja nie. Co wtedy zrobię? Jutro 24 kilometry i dwie wielkie góry.

Po południu wchodzę jeszcze na górę, która wznosi się dokładnie nad “naszym” kościołem, gdzie znajdują się ruiny małego zamku. Spotykam tam Tanię, Rosjankę, która od 18 lat mieszka w USA. Liczę na palacach i ostrożnie mówię, że był to rok, kiedy w ZSRR nagle wielu Żydom wydano zezwolenia wyjazdu. Wiem, bo pracowałam wtedy jako opiekunka w schronisku dla takich właśnie uciekinierów w Berlinie. “Mój mąż był Żydem”, mówi Tania. Aha. “Mazel tov, najlepszego. Dziś jest Rosh Hashana, żydowski Nowy Rok. Powinnyśmy jeść jabłka z miodem, i zwierzęce głowy, i świeże figi”. Ale furda jabłka i głowy! Mazel tov!

Droga do Santiago. Santo Domingo de la Calzada

Ewa Maria Slaska

Czwartek, 13 września

Trasa do Santo Domingo de la Calzada przez dwie góry i dwa miasteczka. Do pierwszej kawy mamy za sobą już 6 kilometrów. Dobra droga, jeszcze chłodno, prawie po równym – super, oby tak zawsze, ale zawsze tak nie będzie.
Gdy wychodzę jest jeszcze ciemno, dwa razy gubię się w miasteczku i muszę czekać, aż ktoś mi pokaże, gdzie są strzałki.
Po drodze nie wolno myśleć o odległych celach, nawet o dzisiejszym noclegu, nawet o najbliższej przerwie na kawę. O Santiago nie wolno myśleć za żadne skarby świata. Droga to droga i jej się należy nasza uwaga, a myśl liczy się krokami. Krokiem, tym najbliższym. Jak go zrobisz, to może ci się uda zrobić i następny. Jak odwyk alkoholowy. I papierosowy, dodaję po latach, gdy już nie palę. Tylko małe kroki. To one doprowadzą cię do celu.
Dzień był świetny, trasa przeszła szybko, ale też było to zaledwie 21 kilometrów, a nie tak jak wczoraj 28.

sant3Po drodze jakaś kobieta zostawiła przy drodze ubranie – koszulka trykotowa, kolorowe majtki, białe skarpetki – wszystko ułożone w dziewczyńską figurkę.

Dowiedziałam się dziś, że nikt po drodze nie czyści butów, chyba że są oblepione błotem, ale kurz jest czymś normalnym i nie warto z nim walczyć. Wyobrażam sobie, jak się potem wygląda w takich butach na lotnisku w Madrycie.

Dziś jest to hospicjum w klasztorze cystersów z XIII wieku. W miasteczku wszystko jest jak trzeba, średniowiecze, renesans, barok, bar, kafejka internetowa i sklepik, gdzie jakaś kobieta wymienia mi kartę telefoniczną na hiszpańską. Rozmawiamy po hiszpańsku i dochodzę do wniosku, że sprzedawczyni jest geniuszem.
Dziś po raz pierwszy ugotowałam sobie obiad – tortellini z jajkiem i owoce. I kupiłam sobie herbatę w torebkach – trudno, będę nosić.

Nie jestem bardziej zmęczona niż niekiedy, po ciężkim dniu pracy w Berlinie.

sant1Zastanawiam się na duchowymi wartościami Camino i na razie nic nie mogę powiedzieć. Idzie się, idzie, myśli się tylko doraźnie, trochę rozmawiam z ludźmi, ale właściwie niewiele, pewnie dlatego, że świadomie unikam drogi w czyimś towarzystwie. Chcę być sama z moją drogą, moimi myślami i moim zmęczeniem. W moim własnym tempie. Na pewno nie jest najgorsze. Nie wychodzę jako pierwsza ani jako ostatnia, jakoś tak pośrodku. Jak dziś wychodziłam, to jeszcze tak na oko połowa butów stała na regale. A doszłam wczoraj jako 19 a dziś jako 21, co zważywszy, że jest nas na jednym odcinku na drodze około stu osób, nie jest złym osiągiem.

sant2Santo Domingo de la Calzada to miasteczko, gdzie przydarzył się tak zwany kurzy cud i dlatego do dziś w kościele mieszkają kury. Na trasie do Santiago zdarzyło się kilka cudów. Jeden bardzo krwawy. W porównaniu z nim kurzy cud jest piękną średniowieczną bajką.  Pewna niemiecka rodzina pielgrzymów przybyła tu aż z Xanten. Młody pielgrzym spodobał się pięknej córce oberżysty, ale ponieważ odrzucił jej zaloty, panna wymyśliła prostą ale skuteczną zemstę – schowała w jego tobołku srebrny puchar należący do taty. Młodego chłopaka złapano, a ponieważ jego wina była, zdawałoby się, bezsprzeczna, został osądzony i skazany na śmierć przez powieszenie. Jego rodzice z ciężkim sercem poszli dalej, a gdy już wracali do domu, z miejsca kaźni zawołał do nich ich syn. Opowiedział im, że wcale nie umarł, bo święty Jakub go podtrzymywał i karmił. Mama i Tata popędzili do sędziego, a był to ten sam człowiek, który skazał ich syna. Pożywiał się był właśnie pieczonymi kurczakami. Na wniosek o uwolnienie chłopaka odpowiedział, że to bajki, a ich syn jest tak samo nieżywy jak te kury na jego talerzu. No i patrzcie państwo, kury ożyły. Chłopaka odcięto z szubienicy, dziewczynę powieszono. A kury do dziś mieszkają w kościele.

Miasteczko nazwano na cześć pobożnego mnicha, który w XII wieku zbudował tu most przez rzekę i szpital dla pielgrzymów.

Zdjęcia zrobił Mietek, pielgrzym spotkany na trasie. Ten który powiedział, że pielgrzymka to nie spacer po ukwieconych łąkach. Jeszcze o nim będzie mowa.

Droga do Santiago, jeszcze Najera

Ewa Maria Slaska

Środa 12 września (dodatek)

Przeszłam 28 kilometrów, ostatnie były już bardzo trudne. Wydaje mi się, że moja aktualna norma powinna wynosić 20 kilometrów. Najgorsze są postoje, a właściwie – posiady, bo potem tylko z najwyższym trudem można się zmusić do dalszego ruchu. Ale jak się już złapie trans, można iść i iść, szkoda tylko, że z tego transu ciągle trzeba wychodzić do realu, bo jednak należy uważać. Przede wszystkim nie wolno przegapić strzałek, które niekiedy żółcą się gęsto, ale niekiedy są rozsiane bardzo skąpo.

plotazorfa
Camino jest jakąś wspólną magiczną zabawą pielgrzymów, którzy co jakiś czas zmieniają swe magiczne obrządki. Dziś były najpierw płoty z wplecionymi krzyżykami, ale gdy tylko droga wchodzi w góry, pojawiają się figurki ułożone z kamieni. Kamienie są okrągłe lub owalne i wcale niełatwo ułożyć z nich człowieczka, czasem też pojawiają się kopczyki, kurhanki, strzałki, małe ołtarze. Na szczycie kamienisto-gliniastej góry, kiedy mam najgorszy moment w ciągu całej dzisiejszej wędrówki, w nadludzkim niemal wysiłku z siedmiu kamieni układam magiczną figurkę dla owej młodej kobiety z rodziny, żeby już na pewno ten guzek, nie wiadomo czy rakowy, przestał ją straszyć.
Te kamienne figurki wyglądają bardzo archaicznie, jak jakieś idole plemienne z epoki kamienia. Niekiedy są wysokie, niekiedy grube i okrągłe jak Wenus z Willendorfu. Mają znaczenie nie tylko magiczne, bo tam gdzie nie ma strzałek, taka figurka też posłuży za drogowskaz.

4.0M DigitalCAM
Muchy. Nie ma co więcej pisać. Jest po prostu bardzo dużo much.

Ludzie. Na trasie jest bardzo dużo ludzi w moim wieku, a więc niemłodych, ale i sporo starszych. Jest też naprawdę dużo kobiet w moim wieku. I równie dużo kobiet samotnych, w różnym wieku. Spotykam dwóch Szkotów w spódnicach, dwóch Hiszpanów z psami, czterech Niemców. Przede mną idzie jakiś Polak, bo czasem pisze na drodze coś po polsku i podaje datę. Jest też Czech, który ułożył na ziemi dużą chustkę do nosa i przycisnął ją kamieniami. Na chustce napisał Ahoj moja Mila v Santiago.

Dzisiejsza trasa nie była gorsza niż wszystkie dotychczasowe, nie tu, wszędzie. Najbardziej może przypominała wędrówkę przez góry na greckiej wyspie Rodos i kupowanie owocowego bimbru od górali. W Grecji to legalne, bimber kupowało się w butelkach bez etykietek na wiejskim targu.

Podczas pielgrzymki najbardziej daje w kość, że musisz iść dalej, bo inaczej nie dojdziesz do schroniska. W kilka lat później w Portugalii, gdzie praktycznie rzecz biorąc w ogóle nie było schronisk, kończyłyśmy dzienny etap, gdy byłyśmy już bardzo zmęczone, a nadarzało się coś, gdzie można by było przenocować. Na camina franca człowiek jest nastawiony na nocowanie w schroniskach i na etapy podane w paszporcie pielgrzyma. Schronisko w Najera otwierano o 14.30. Ja doszłam koło 15, ale już w godzinę później odsyłano pielgrzymów z kwitkiem czyli dalej. Myślę, że tego bym dziś nie zniosła.

Albergue-Municipal-in-Najera

Spałam po prawej, pod drugim oknem.
Do schroniska nie wolno wchodzić w butach. Zostawia się je na metalowych regałach. Wspaniały widok – kilkadziesiąt par zakurzonych buciorów.
botasenalberguenajeraPowoli uczę się, jaki jest rytm dnia. Wstajemy o 6 rano. W Najera nie będzie śniadania, to nie przytułek w parafii tylko zwykłe schronisko. Kawa z automatu, baton, magdalenka czy bułka ze sklepiku, i ruszamy. Koło 14 – 15 docieramy na miejsce, pół godziny odpoczynku, prysznic, pranie, drzemka i wyjście do miasta na obiad, zakupy i zwiedzanie. Między 21 a 22 powrót, bo o 22 drugiej zamkną schronisko na głucho. To dlatego wczoraj w Logrono mnie nie wpuścili. Czyli nie obejrzę dziś meczu Hiszpanii z Litwą (albo Łotwą). W gazecie jest napisane Letonia, a ja nie wiem, co to za państwo. Teraz sprawdzam. Jednak Łotwa. W barze zamawiam tortillę, ale jest tylko jedna mała porcja, na zimno! Więc zjadam jeszcze sałatkę ziemniaczaną. Tortilla jest OK, staram się nie zwracać uwagi na to, czy jest w niej boczek (jest!), ale sałatka to ewidentna ohyda.

W mieście dużo średniowiecznych zabytków i pomnik świętego króla Ferdynanda. Umarł w roku 1252 i wtedy przypominam sobie, że to ten, co się utopił podczas wyprawy krzyżowej. Ktoś mu zawiązał na szyi żółtą chustkę pielgrzyma. Oczywiście temu na pomniku, a nie temu, co się 800 lat temu utopił.

W schronisku odkrywam, że jest kuchnia, nawet nieźle wyposażona i że można sobie gotować, ale nie wiem, czy to kiedyś zrobię, bo kupowanie jedzenia na jedną osobę mija się chyba z celem. Zostawię tyle jedzenia (następni na tym skorzystają), że koszty będą takie same jak jakaś prosta potrawa w lokalnej tawernie. Są też komputery z dostępem do internetu i pralki. Tego wszystkiego wczoraj w schronisku kościelnym nie było, była za to miła domowa atmosfera, wszyscy ze sobą rozmawiali, a rano było wspólne śniadanie. Czyli jak zawsze – coś za coś.
W każdym razie ugotowałam sobie garnek herbaty, siedzę przed hotelem, piszę i popijam herbatę.
Jest dobrze.

Nad nami granatowe niebo, przed nami wielka skała czerwonego piaskowca ze średniowiecznymi jaskiniami wykutymi w skale, po lewej rzeka Najarillo, po prawej wąskie uliczki starego miasta. Tamtędy jutro ruszymy w drogę.

Przepisuję 10 przykazań pielgrzyma ze ściany. Jest wersja angielska i hiszpańska.
1/ Podążaj za strzałkami ponad wszystko.
2/ Nie pokonuj kilometrów nadaremno.
3/ Pamiętaj byś dzień święty święcił.
4/ Dzwoń do ojca swego i matki swojej.
5/ Nie zatrzymuj się.
6/ Nie noś brudnych skarpetek.
7/ Nie skarż się i nie narzekaj.
8/ Nie podawaj bliźniemu swemu fałszywych odległości.
9/ Nawet nie myśl, że mógłbyś przerwać pielgrzymkę.
10/ Nie pożądaj rzeczy bliźniego swego w drodze, a zwłaszcza jego butelek z wodą.
A najważniejsze: idź mimo wszystko i dbaj o bagaż bliźniego swego jak o swój własny.

Jutro do Santo Domingo Della Calzada.

Droga do Santiago. Najera

Ewa Maria Slaska

Środa, 12 września

Wstaję o 6 rano. W kuchni śniadanie przygotowane dla pielgrzymów przez wolontariuszy obsługujących schronisko. Kawa, pieczywo, margaryna, nutella, dżemy. Proszę o pieczątkę w paszporcie pielgrzyma, ale stempel trzeba było wziąć wieczorem od miłej Holenderki, która mnie wpuściła. Dziś nie ma ani Holenderki, ani pieczątki. To ma być mój pierwszy stempel, nie chcę rezygnować. Wychodzę na spacer, oglądam kościół św. Jakuba. Z zaułków wychodzą pielgrzymi i idą na zachód. OK, a zatem wiem, w którą stronę mam iść. Robię rundkę w małym labiryncie na placu Santiago i idę do schroniska, do którego się wczoraj nie dostałam. Dziś wychodzą stąd mnogie rzesze. Intuicja mnie nie zawodzi. Dostaję stempel, wracam po plecak i ruszam.
W mieście trasa świetnie oznaczona niebieskimi szyldami, ale za miastem gubię się natychmiast. Ktoś zawraca mnie z drogi i pokazuje żółte strzałki. Żółte strzałki, łamago, każdy pielgrzym wie, że to po strzałkach dojdzie aż do katedry św. Jakuba w Santiago. Każdy, ale nie ja, bo ja dopiero ruszyłam, a przedtem się w ogóle nie przygotowałam. Nie chciałam czy nie pomyślałam? Nie wiem. W każdym razie nie mam mapy, przewodnika, opisów, mam tylko paszport pielgrzyma, karteczkę, którą znalazłam przed chwilą na podłodze w schronisku, a która pokazuje codzienne odcinki trasy, i nieograniczone pokłady ufności, że dotrę do celu. Chłopak, który za Logrono pokazuje mi strzałki i prawidłowy kierunek, jest na pewno wysłannikiem Opatrzności, która ma nade mną czuwać i czuwa.
Trasa wiedzie pięknym parkiem nad jeziorem. Wzdłuż drogi mnóstwo jeżyn. Po raz pierwszy widzę spontaniczną twórczość pielgrzymów, a może to zresztą magia a nie sztuka – wplecione w płot małe krzyżyki z gałązek. Wplatam i swój w intencji młodej kobiety z rodziny, która czeka na wyniki badań onkologicznych. Na końcu parku sklecona z desek buda – Officio Marcelinho. W budzie mnich w brązowym habicie przybija pieczątki, rozdaje jabłka, herbatniki, kamyki z żółtą strzałką i kostury.

kamienodmarcelinha                                                       Kamień od Marcelinha

Po trzech godzinach pierwszy postój, w ruinach szpitala z XII wieku. To szpital dla pielgrzymów ufundowany przez donę Marię Ramirez.

Navaretta, śliczne kamienne miasteczko, placyk z ujęciem wody, kawiarnia, targ, kościół, jakich potem w drodze będzie jeszcze bardzo dużo – kamienna surowa budowla a w środku barokowy ołtarz skąpany w złocie. Przy ołtarzu bocznym rusztowanie, a na nim cztery kobiety gwarzą i czyszczą to złote bogactwo. Kościół tonie w ciemnościach, widać tylko te cztery kobiety i złotą figurę Matki Boskiej. Potem ktoś zapala światło, tajemniczy połyskujący mrok znika i zostaje tylko złoty barokowy jarmark.

Idę dalej, nie zatrzymując się na kawę w kawiarni. Jestem nowa w drodze, jeszcze nie wiem, jak ważna jest na trasie kawiarnia.

Po drodze gałązki i badyle dosłownie oblepione przez ślimaki.

Ventosa. Do Najery jeszcze 10 kilometrów. Droga paskudna, ubita glina wzdłuż autostrady. Szlak pielgrzymi szedł przedtem tam, gdzie teraz pędzą auta. Wszędzie po drodze będzie widać, że Camino to wprawdzie dziedzictwo kulturowe Europy, i w Hiszpanii się o nie dba, ale nie aż tak, żeby można było obronić pielgrzymie drogi i dróżki. Przez stulecia ludzie wybierali optymalną drogę, a potem wylano ją asfaltem i oddano pojazdom. Nie ma cienia, nie ma wody. Siedzę na betonowym mostku ponad suchym rowem na poboczu. Po szosie pędzą ciężarówki, gdy widzą pielgrzyma – trąbią i porykują.

Przed wyjazdem obejrzałam w Berlinie francuską komedię „San Jaques”. Zabawna, miła. Jeden z bohaterów wyrusza w drogę bez niczego i całą drogę nic nie ma. Ale po prawdzie na Camino jest inaczej, jak nic nie masz, to w każdym schronisku jest coś, co zostawili inni – plecaki, swetry, latarki, kosmetyki. Możesz się zaopatrzyć, ale możesz też zostawić to, czego nie potrzebujesz. Nie musisz, jak dwoje innych bohaterów, ukradkiem wyrzucać na pobocze zbędnych rzeczy – zostawiasz je dla innych.

Na wzgórzu stoi ul z kamienia, czyli coś w rodzaju włoskiego trullo. To pomnik ku czci Rolanda, który pokonał tu jakiegoś syryjskiego olbrzyma, namiestnika Najery. Przeciwnik Rolanda miał ponad trzy metry wzrostu i ważył ponad 200 kilo. Walka trwała cały dzień, noc i dzień następny aż do wieczora.

O 14.30 docieram do Najery. Ostatnie 2-3 kilometry drogi, już na obrzeżach miasta, to jakiś jawny koszmar. Cementownie, żwirownie, upał, kurz i końca nie widać. Muchy. Na przydrożnym murze wiersz o pielgrzymie. Podobno jest też po niemiecku, ale ja widziałam tylko ten.

poemW schronisku przechodzę chrzest bojowy pielgrzymki. Jest kolejka, a jak wreszcie dochodzę do celu, dowiaduję się, że schronisko składa się z jednej tylko sali, ale za to na sto osób. Pierwszy prawdziwy pielgrzymi nocleg. Ale jak to mi potem powie jeden ze spotkanych na trasie Polaków, to pielgrzymka, a nie spacer dla przyjemności po ukwieconych łąkach. Nie wiem, czy zasnę w sali ze stu innymi osobami, ale 28 kilometrów w nogach, upał, pranie białych dżinsów w kamiennym korycie z zimną wodą i zwiedzanie miasta robią swoje. Zasypiam jak zabita.

Droga do Santiago de Compostella. Logrono.

No proszę, jak na razie pierwsza i jedyna dziura w tym, co przygotowałam na czerwiec i co w międzyczasie samo przyszło. Miał być tekst o mazurskiej hortiterapii, ale nie dotarł na czas. A zatem, zgodnie z zapowiedzią, pierwszy tekst z pielgrzymki do Santiago de Compostela w 2007 roku. Kolejne będą się pojawiać, ale, uprzedzam, nader nieregularnie.

Ewa Maria Slaska

Wtorek 9.09.07

W nocy śni mi się, że wyjechałam do Hiszpanii bez butów do wędrowania, tylko z kozaczkami na obcasie.

Wychodzę z domu o 8. W kościele św. Bonifacego biją dzwony.

W metrze cztery starsze panie. Jadą do sanatorium z intencją, wir ärgern uns nicht, egal was kommt. (Nie będziemy się wściekać o nic). Moja intencja. Też ją trzeba w tym miejscu napisać wyraźnie. Dojść do Santiago de Compostela, a potem do Finisterre. I wejść do morza.

Przez ostatnie miesiące tylko myśl o Santiago i Finisterre pomagała mi wytrzymać. Jestem koszmarnie przygnębiona. Robię to, co trzeba zrobić, pracuję, wypełniam obowiązki, uśmiecham się. Jakie to fałszywe.

Pilgerausweis_KarteW Madrycie postanawiam wsiąść do pierwszego autobus dojeżdżającego do jakiegoś miasta na trasie do Santiago. Stoję przed okienkiem z paszportem pielgrzyma w ręku, patrzę na listę miejscowości i pytam. Puente la Reina? Jutro. Estella? Jutro. Pampluna? Jutro. Logrono? Za dwie godziny. Tak to jadę do Logrono, skąd jest równo 600 kilometrów do Santiago, 700 do Finisterre. W Logrono był właśnie zamach ETA. Autobus stoi w czarnych czeluściach dworca autobusowego jak w Hadesie. Wyjeżdżamy czarnym tunelem.

W autobusie rozmawiają tylko kobiety, wszyscy mężczyźni milczą. Na trasie pielgrzymki czekają mnie bezpańskie psy, dzikie byki i jadowite węże. W każdym razie takie informacje przekazali mi przed wyjazdem ci, którzy tam byli i coś wiedzą. Póki co jednak w autobusie luksusowo – klimatyzacja. Telewizja, woda, podwieczorek, gazety.

LogronoZdjęcie z tzw. wspólnych zasobów. Most przez rzekę Ebro, po prawej katedra Santa Maria Redonda.

Santa Maria Redonda, kościół św. Jakuba

No to Logrono. Piękne miasto. Romańskie kościoły i XIX-wieczne ulice, cudowne, szerokie, pełne kwiatów, fontann i latarni. Do schroniska doszłam prawie jak po sznurku, ale jest już wieczór, schronisko jest zamknięte. Pukam, ale nie było mi otworzone. Idę tuż obok, do kościoła świętego Jakuba, to w końcu musi być pielgrzymkowy kościół i tam, proszę, pukam i zostaje mi otworzone. Jest schronisko, nie ma miejsca, ale widocznie z kościoła nikogo się nie odsyła z kwitkiem. Dostaję kanapę w biurze parafialnym. Zasypiam przy dźwięku dzwonów.

Dobranoc. Dobra noc.