New York, New York

Andrzej Rejman

Nowy Jork śni mi się conajmniej kilka razy w roku…

Nie byłem tam i nie wiem, czy będę, ale związki czuję jakieś duchowe, nieokreślone, metafizyczne…

Własciwie jakbym tam był. W snach przechadzam się ulicami, wchodzę do mieszkań, spoglądam w górę na szczyty wieżowców, prowadzę samochód, dokądś się udaję, spotykam się z kimś… światło nieokreślone, czasem noc lub zmierzch, półmrok lub pełne słońce…

Wszystko tak realnie, że czasami wydaje mi się (we śnie), że tym razem już naprawdę nie śnię…

Jedną z moich ulubionych pocztówek (zbierałem pocztówki kiedyś…) jest ta, przedstawiająca Empire State Building o zmierzchu, (pewnie widok z Rockefeller Plaza).

Pocztówka przyszła pocztą lotniczą od ojca, który podróżował po USA latem 1966 roku, gdy miałem niespełna 10 lat.

Empire State Building ukończony w 1931 roku, był w 1966 roku wciąż najwyższym budynkiem na świecie. Dziś jest wciąż trzecim najwyższym budynkiem w Nowym Jorku.

Rozpoznawalna iglica budynku, w stylu art déco, pierwotnie była zaprojektowana jako punkt cumowania sterowców. Testy wykonane ze sterowcami dowiodły jednak, że jest to niepraktyczne i niebezpieczne ze względu na silne podmuchy wiatru oraz wielkość budynku.

Empire State Bulding stoi na roku Piątej Alei i 33 ulicy Zachodniej.

Adres budynku to 350, 5th Ave, New York, NY 10118.

W odległości dwóch mil na tej samej Piątej Alei jest budynek w którym do ostatnich chwil życia mieszkała Sara Teasdale, poetka, o której pisałem tu już kilkakrotnie.

To początek Piątej Alei – 1, 5th Ave, New York, NY 10003, czyli budynek nazywa się po prostu ONE Fifth Avenue…

Gdy Sara Teasdale tu zamieszkała, Empire State Building miał być zbudowany dopiero za kilka lat.

Widok obecny – apartamenty przy Piątej Alei, numer 1

Ten dwudziesto-siedmio-piętrowy budynek, ukończony w 1927 roku stoi do dziś.

Tu swoje atelier miał znany fotograf Robert Mapplethorpe.

Tu była restauracja “One Fifth” która występuje w filmie Woody Allena “Crimes and Misdemeanors” (“Zbrodnie i wykroczenia”, 1989) teraz o nazwie “Otto” .

http://ny.ottopizzeria.com

Przedtem stał tam elegancki czteropiętrowy dom, którego ciekawą historię można przeczytać tu:

http://daytoninmanhattan.blogspot.com/2015/02/the-lost-wm-butler-duncan-house-no-1.html

W domu tym mieściła się znana szkoła dla dziewcząt, prowadzona przez Lucy and Mary Green. W szkole wykładał współpracownik prezydenta Theodore Roosevelta, Sekretarz Stanu Elihu Root, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, oraz uczęszczała Jennie Jerome (ur. w 1854 r. w N. Jorku) – matka Winstona Churchilla.

A jeden z wierszy Sary Teasdale o Nowym Jorku odnosi się w jakimś sensie do widoku ze wspomnianej na wstepie pocztówki…

Evening: New York (Sara Teasdale)

Blue dust of evening over my city,
Over the ocean of roofs and the tall towers
Where the window-lights, myriads and myriads,
Bloom from the walls like climbing flowers.

Wieczór: Nowy Jork

Niebieski kurz wieczoru ponad moim miastem,
Nad oceanem dachów i wysokich wież
Gdzie światła okien, miriady i miriady,
Oplatają ściany jak kwitnący rdest.

(tłum. Anna Ciciszwili)

Nowy Jork. Widok z Empire State Building w stronę East River, widoczny budynek ONZ; sierpień 1966 fot Aleksander Rejman (zeskanowane ze slajdu…);

grudzień 2017 fot Tomasz Rejman

Christmas in Weißrussland/ Belarus/ Białoruś/ Беларусь

W samą wigilię Bożego Narodzenia (24 grudnia, czyli 6 stycznia według kalendarza juliańskiego), zwaną po rosyjsku soczelnikiem, obowiązuje prawosławnych najostrzejszy post w ciągu tych 6 tygodni. Powstrzymują się wówczas cały dzień od jedzenia. Wieczorem spożywa się kutię, zwaną biedną (postną). Kutia bogata ze specjalnymi dodatkami spożywana jest dopiero w noc noworoczną, czyli z 13 na 14 stycznia i w uroczystość Chrztu Pańskiego (19 stycznia).

Johanna Rubinroth & Tanja Krüger

Vom Siegesstern zum Weihnachtsstern / Od Gwiazdy Zwycięstwa do Gwiazdy Betlejemskiej

Przed świętami w Londynie

Zbigniew Milewicz

Londyn przedświątecznie

Kiedy w lipcu tego roku Książę William wraz z małżonką Kate odwiedzili kurtuazyjnie Warszawę i Gdańsk, a później Berlin, aby ocieplić brexit, który rzucił cień na Wielką Brytanię, od razu pomyślałem o rewizycie. Tylu Polaków wyjeżdża od lat na Wyspy, a ja do tej pory tylko palcem po mapie, trochę wstyd. Oczywiście najbardziej ciekaw byłem Londynu, jego pomników bogatej historii oraz współczesności i prawdopodobnie jeszcze tylko Asia, moja współtowarzyszka podróży, leciała w tym samym celu, reszta pasażerów wizzaira niechętnie wracała z domu do pracy w Anglii. Takie przynajmniej sprawiali na mnie wrażenie: szare, osowiałe twarze bez wyrazu, drętwe pozy w fotelach poczekalni lotniska, zero komunikacji między sobą, bardziej przypominali roboty niż ludzi. Ale może winna temu była wczesna pora dnia, kto o szóstej rano późną jesienią ma skowronkowy nastrój…

Ponieważ Śląsk nagle zaatakowała śnieżna zima i nasz samolot wymagał odlodzenia, odlecieliśmy z Pyrzowic z pewnym opóźnieniem, kiedy więc również po czasie przybyliśmy do Luton, na peryferiach Londynu, gdzie startują i lądują samoloty tanich linii, Asia dostała od Basi żartobliwego smsa, z którego wynikało, że orkiestra gwardii królewskiej nie mogła na nas niestety dłużej czekać, bo ma napięty terminarz koncertów, ale zapraszają do Pałacu Buckingham. O Basi, z którą Asia była rodzinnie spowinowacona, będzie później. Osobiście nie mogła nas odebrać z lotniska i zawieźć do hotelu, bo w tym czasie pracowała, miał to zrobić jej partner, ale dzień wcześniej rozkraczył mu się samochód, więc musieliśmy radzić sobie sami. Mieliśmy dobry przewodnik Berlitza po Londynie z planem miasta oraz nawigację w telefonach komórkowych, mój angielski nie był co prawda na piątkę, ale jakoś się nim dogadywałem w prostych sprawach, teoretycznie więc zadanie wydawało się łatwe. Autobus zawiózł nas dworzec Victorii, stamtąd do Earl`s Court, gdzie zarezerwowaliśmy hotel, były zaledwie cztery stacje metrem, tylko najpierw trzeba je było znaleźć. Jakiś roztargniony Włoch posłał nas w złym kierunku i straciliśmy ponad godzinę, żeby dotrzeć do celu, który znajdował się pięć minut od dworca autobusowego. Tyle samo mniej więcej szło się z metra do naszego hotelu przy Collingham Place, ale gdyby nie pewna miła dziewczyna z Mazur, pracująca w zieleni miejskiej, nigdy byśmy tego adresu w plątaninie bliźniaczo do siebie podobnych i kiepsko opisanych uliczek nie znaleźli.

Pod względem standardu był to właściwie trzypiętrowy pensjonat i należał do pewnej egipskiej sieci hotelowej. Sprzątaniem numerów i przygotowywaniem śniadań zajmowały się dwie sympatyczne kobiety z Ukrainy i Litwy, a robiły to bardzo sumiennie. Wprawdzie monotonia kontynentalnych śniadań nie budziła zachwytu gości, ale głodny nikt od stołu nie odchodził; co zaś do naszego pokoju, który był niby dwójką, można powiedzieć, że nadawał się do zamieszkania przez jedną osobę – miał maciupeńką łazienkę, za to cena 327 funtów za pięć noclegów była, jak na centralny Londyn, bardzo umiarkowana. Do tego hotel miał świetną lokalizację między Kensington i Chelsea w zachodniej części miasta, tylko sześć stacji metrem od zabytkowego Westminster.

W naszym przewodniku Londyn Step by Step jest dwadzieścia tras wycieczkowych, pierwszą proponuje się tym, którzy jeszcze nigdy nie byli w mieście nad Tamizą i chcą obejrzeć najważniejsze zabytki związane z rodziną królewską i polityką, więc pójdziemy z Asią tą właśnie trasą. Trochę nie w takim szyku, jak chce przewodnik, ale będziemy się starali dotrzeć wszędzie, będziemy na pryncypialnej Whitehall, w wartowni Horse Guards, obejdziemy siedzibę Izby Lordów i Izby Gmin w Pałacu Westminsterskim, z niestety milczącym od kilku tygodni Big Benem, który przechodzi kurację odmładzającą, zajrzymy przez stalową bramę na Downing Street do siedziby premiera, a właściwie premier, i przez St. James`s Park dojdziemy na Trafalgar Square ze słynną kolumną Nelsona, skąd powinno się zaczynać tę trasę. Zmianę warty przed królewskim Pałacem Buckingham zostawiamy sobie na inny dzień. Po dwóch dniach dreptania, kiedy sił nam nieco ubyło, a turystycznych zamiarów przybyło, kupujemy jedną z licznych ofert City Tour. Agentka w czerwonym skafandrze, bo taki kolor ma nasza linia autobusowa i tradycyjny londyński piętrus, którym pojedziemy, jest Polką. Z tej okazji za 20 funtów od łebka dostajemy bilety na 48 godzin, a nie standartowo na 24 – doprawdy, miło się handluje w Londynie. Zwyczajowo w Sightseeing Bus Tours na całym świecie można na dowolnym przystanku zrobić sobie przerwę w podróży, żeby coś dokładniej obejrzeć, albo przekąsić, a później kontynuować jazdę innym autobusem firmy. Tak też robimy, najpierw pod monumentem, upamiętniającym słynny pożar Londynu w 1666 roku, o czym swego czasu pisałem na tym blogu, później pod Katedrą Św. Pawła w City, miejscem zaślubin i wiecznego spoczynku wielu brytyjskich osobistości, na London Bridge i Tower of London…

Linia niebieska przecina się wielokrotnie z czerwoną, ale prowadzi w inne, miejsca, m.in. do Buckingham Palace, który jest częściowo udostępniony turystom do zwiedzania, ale tylko latem, teraz tylko można na niego popatrzeć zza stalowych prętów ogrodzenia. Do Hyde Parku, gdzie trafiamy na kolorowy, bożonarodzeniowy jarmark, do wytwornych, drogich sklepów i salonów mody na Piccadilly, czy na Oxford Street, podobno najruchliwszej, zakupowej ulicy Europy, gdzie zjeżdżają się na shopping ludzie z całego świata. W Oxford, miejscowości położonej 80 kilometrów na północny zachód od Londynu i słynącej przede wszystkim z najstarszego, anglojęzycznego uniwersytetu świata, studiowało wielu znanych ludzi i takich, którzy dopiero pracują nad swoim zawodowym sukcesem, w tym naszych rodaków. Radek, wnuk mojego starego druha Edmunda, studiował tam inżynierię budowy maszyn, doktorat uzyskał w dziedzinie biochemii, oglądałem pięknie oprawiony egzemplarz jego pracy doktorskiej w Monachium, ofiarowany dumnemu dziadkowi, dziś mieszka i pracuje naukowo w Bostonie w USA, zajmuje się białkiem i idzie mu to podobno dobrze. To tak na marginesie Oxfordu, a wiecie Państwo skąd ta nazwa ? Ox to wół, a ford znaczy bród, w tym miejscu nad Tamizą była kiedyś faktycznie przeprawa przez rzekę. Woły musiały się ciężko napracować, aby ją pokonać, a czymże innym jest nauka na dobrej uczelni? Warto jednak taki trud podjąć.

Basia, której największą pasją w życiu jest artystyczny taniec, mieszka w Londynie od dziesięciu lat i ma za sobą zupełnie inną drogę, niż Radek. Wyjechała do Anglii, bo na Śląsku zwyczajnie się dusiła, nie widziała dla siebie możliwości rozwoju. Z natury otwarta w stosunku do ludzi, zawsze miała do nich szczęście, na lotnisku w Heathrow montowano akurat nową ekipę do odprawy pasażerów, kierował tym człowiek, pochodzący z Piekar Śląskich, a więc współplemieniec i dał Basi szansę, tylko musiała mocno przyłożyć się do angielskiego. Dziś sama prowadzi na Heathrow szkolenia personelu – jak się czegoś bardzo chce, to się udaje. Mieszka ze swoim przyjacielem Andrzejem i ich kilkuletnim synem w wynajętym domu, kilkanaście minut drogi autobusem od miejsca pracy. Andrzej jest z Gdańska, dorabia w branży motoryzacyjnej. Popijamy różowe, delikatne winko pod english pudding i koreczki serowe, Basia gościnnie proponuje jeszcze pizzę, ale chyba już za późno. Maluch jest wychowywany bezstresowo, więc choć pora najwyższa spać, rozrabia na całego. Pokoik na górze wynajmują koleżance Basi z pracy, na dole kwateruje jeszcze chłopak z Ukrainy, ale rzadko go widują, bo prawie całą dobę pracuje „na zmywaku”, tak się żyje. Żegnamy się, oni rano do pracy, my na dalsze zwiedzanie Londynu, dziewczyny spotkają się znowu za niedługo w Polsce, bo Basia chciałaby Boże Narodzenie spędzić z rodzicami.

Boże Narodzenie widać już w Londynie wszędzie, pięknie oświetlone, różnych rozmiarów dekoracje wabią przechodniów przed wejściami do sklepów, teatrów, pubów i kin. Wieczorem cały Londyn wygląda jak ogromna, magiczna choinka, z każdej perspektywy inna i bardziej obiecująca, raz strojna, jak nieśmiała panna młoda, innym razem jak lubieżna kurtyzana, w Soho na przykład… Mają swój powab wąskie uliczki nad Tamizą, kiedy miniesz zacumowany statek Belfast – muzeum z czasów II wojny światowej i pójdziesz nabrzeżem dalej na zachód. W pewnym momencie wydaje Ci się, że jesteś w Wenecji, wszędzie kanały, śluzy, nadwodne cuda architektoniczne, mosty pontonowe, barki mieszkalne, żurawie…

Niedaleko stamtąd do Sky Garden, platformy widokowej, usytuowanej na 36 piętrze wieżowca, nazwanego z racji kształtu walkie talkie. Jest to usytuowany na kilku poziomach egzotyczny ogród botaniczny z kawiarniami i pubami, z którego widać Londyn z góry i wjazd nic nie kosztuje. Będziemy tam w niedzielę, dzień przed odlotem, ale podoba się ot, tak sobie, może z racji trochę mglistej pogody i dosyć obcesowej odprawy przed wejściem do windy. Mało profesjonalna jest również obsługa w barze, chociaż ceny mają tam już podniebne.

– Co ci się najbardziej w Londynie podobało? – pyta mnie Asia w powrotnej drodze.
– Chyba ci bezdomni, co spali na ławkach w kościele, w żadnym polskim czegoś takiego jeszcze nie widziałem – mówię.

Chodziło mi o zabytkowy, anglikański kościół St. James`s Piccadilly, w którym w dzień bezdomni mogli schronić się i ogrzać. Nikomu ze zwiedzających ani wiernych to nie przeszkadzało, a ewangelista, św. Mateusz cieszył się, że zrobiono to, o czym nie zapomniał był napisać, że byłem bezdomny, a daliście mi schronienie w swoim domu…

Pogoda w Londynie na przełomie listopada i grudnia była bowiem bardzo wietrzna, co dodatkowo potęgowało nieprzyjemne uczucie wilgoci i zimna, które ciągnęło znad Tamizy. Bardzo podobały mi się także napisy przed wejściem na jezdnię, żeby patrzeć w prawo…

Od Adminki:

Podpisy pod zdjęciami zaproponowane przez autora nie dadzą się włożyć pod obrazki, a “za to” WordPress układając galerię zdjęć, pomieszał je dokumentnie. Pomyślałam, że podam tu te podpisy luzem, a niech już sobie czytelnicy, w ramach zabawy świątecznej, je przyporządkują:

Przed Pałacem Buckingham (trzy zdjęcia)
Statek-muzeum Belfast
Wszędzie już bożonarodzeniowy nastrój…
…także w metrze
i w Soho… (dwa zdjęcia)
Monument ku pamięci wielkiego pożaru Londynu…
Moja wspaniała towarzyszka podróży w świątecznej oprawie
Sport to zdrowie
Uliczki nad Tamizą nie dla grubasów…
… ale wyjątkowo urokliwe
Jeszcze raz Belfast
Londyńska Wenecja (dwa zdjęcia)
Tower Bridge
No, można wyjść z domu na taką werandę…
I żeby nikt mi nie zarzucił, żem prostak…

Me in seven pictures

Ewa Maria Slaska

#blackwhitechallenge

Last week I took part by a social play on the Facebook. Nothing special or extraordinary. Social play. Sometimes you have to list your favorite books or films, bake your own bread or pour cold water on your head. This time I had to publish on Facebook seven black and white pics from my life. No people, no pets, no explanation. Just pics. It makes sense, belive me.

You do not make it by your own will, you have to be challenged. And in a turn everyday you challenge somebody.

I show you here my seven pictures. They say a lot about me. I know it. I choose them carefully. But you? Do you see me in those pics? Make subtitle to those photos. Sentences or words. One or more. I will use them here.

It is a challenge! And there will be a prize for doing it 🙂

Subtitles from Andrzej Rejman

steadily uphill


nevertheless optimistic

rays of light and art


melting in space


emerge from the darkness


durability and stability


 hidden me

Subiektywny bardak na skos I

Tomasz Fetzki

Dobre wychowanie to balast i przekleństwo. Prosi Szefowa Blogu: opisz tę naszą podróż. Normalnie by człowiek coś chamowato odburknął, przypomniał, że przecież do znudzenia powtarza, iż źródło inspiracji mu wyschło. Ale co? Kobiecie odmówisz? – pyta sumienie, czy raczej uciążliwe superego. Kurde, nie odmówię. I teraz się człowiek musi męczyć.

O tej podróży już kiedyś Wędrowiec TUTAJ wspominał. Warto jednak dodać kilka istotnych informacji. W Lublinie Viator (któremu towarzyszyła wierna i najwspanialsza pod słońcem Viatorka) wraz z Szefową Blogu na konferencji naukowej opowiadał o naukowo- i kulturowotwórczych aspektach blogowania (tak, tak, na to się porwaliśmy!)
I wymyślił sobie, że skoro już zajechał tak daleko, to wracając zobaczy kilka miejsc, których dotąd nie miał okazji odwiedzić, a które odwiedzić trzeba, przecinając Polskę na skos – od Lublina do Świebodzina. Że zaś Viatorka i Szefowa Blogu nie miały nic naprzeciwko, a wręcz z entuzjazmem przyjęły tę propozycję, decyzja została podjęta.

Viator Fetzki zasiadł do pisania, nie Karl Baedeker. Przeto nie oczekujcie systematycznego opisu trasy, zabytków, historii. Możecie jedynie liczyć na ciąg asocjacji i refleksji, jakie odwiedzane miejsca wzbudziły w głowie Pielgrzyma. A że ta głowa kryje prawdziwy śmietnik wiedzy różnorodnego kalibru, różnej wagi i rozmaitej wartości, przeto i ciąg asocjacyj chwilami zaczyna przypominać wielki bardak. Trudno. Czytacie na własną odpowiedzialność.

Aha, jeszcze jedno! Zebrało się tego tyle, że tekst trzeba było podzielić na kilka odcinków. Konkretnie – na trzy.

***

Wstajemy skoro świt. Obfite śniadanie (bo w trasie nie będzie czasu na obiad) spożywamy w pośpiechu (gdyż czas goni) i w drogę. Wczesnym wieczorem musimy być w Zielonej Górze: kupiliśmy bilety na koncert Piwnicy pod Baranami i nie ma takiej opcji, byśmy się spóźnili. Opuszczamy pensjonat na przedmieściach Świdnika. Usytuowany tuż przy drodze ekspresowej ku Chełmowi wiodącej. Częścią tej ekspresówki jest obwodnica Lublina, nie było przeto potrzeby przedzierania się przez miasto. Parę kilometrów wygodnej dwupasmówki, potem zjazd i zakręt w prawo, znaczy się – na północ. Jeszcze kilkanaście minut i dojeżdżamy do pierwszego celu naszej wędrówki.

Viator zaczyna nucić piosenkę, którą usłyszał pierwszy raz jakieś trzydzieści lat temu i, z nie do końca zrozumiałych względów, pamięta świetnie do dziś. Ot, bardak w łepetynie. Piosenkę o Lubartowie, do którego dziś zawitał wreszcie po raz pierwszy. Jedzie więc ulicami miasteczka i podśpiewuje: Oj wej, w Lubartowie, najpiękniejszy w świecie świat! Piosenka w sumie głupawa (w tamtych latach Rosiewicza stać było na znacznie więcej, co niejednokrotnie udowadniał), ale właściwie sympatyczna. I ten szmonces: wszyscy chętnie lubią czosnek. No, urocze. Nie ma co się tu wykazywać rewolucyjną czujnością i doszukiwać złych intencji. Zresztą, ponoć byli tacy, którzy nawet Sęk Dziewońskiego i Michnikowskiego oskarżali o antysemityzm. Sęk… A pamiętacie, jak on się zaczyna? Viatorowy łeb zachował i ten szczegół, aby teraz go wyrzucić na powierzchnię:

Hallo! Proszę pani, ja poproszę zamiejscową: Lubartów czydzieści czy!  

Jakaś magia tkwi w tej nazwie, nieprawdaż? Zanim zanucicie piosnkę z Wędrowcem, posłuchajcie jeszcze dwóch uwag. Raz, że filmik dość dobrze oddaje charakter miasteczka, zwłaszcza piękno Pałacu Sanguszków i parku przypałacowego. Trójka Podróżników obejrzała je sobie uważnie, choć tylko przez okna samochodu – wszak czas goni. Dwa: w pewnym momencie klipu (około 1 min. 20 sek.) fotografia lotnicza prezentuje meandry Wieprza, nad którym leży Lubartów. Podróżnicy rzeki nie widzieli, ale ten Wieprz jeszcze kilkakrotnie powróci w naszej opowieści. No, to posłuchajmy:

Ale nie ma na filmie innego ważnego lubartowskiego zabytku. Takiego, że Viator, mimo limitów czasowych, musiał, bodaj na chwilę, wysiąść z samochodu. Kapucyński kościół pw. św. Wawrzyńca. Pośpiech pośpiechem, a barok toskański barokiem toskańskim.

1a-b-lub

Znajduje się bowiem w bardaku Viatora także ogromny sentyment dla tego stylu: barokowa, a przecież po franciszkańsku skromna bryła świątyni, ołtarz bez nadmiaru zdobień, a przy tym w kolorach surowego drewna, bez śladu polichromii… Można by patrzeć bez końca. Ale czas nagli.

Dalej na północ. Przekraczamy most na Wieprzu i wjeżdżamy do kolejnego miasteczka nabrzmiałego znaczeniami.

2-lubKock. Zanim dotkniemy (muśniemy raczej; ach ten okrutny czas!) wielkiej historii, najpierw mała zabawa w gender. Na rynku stoi święta figura. Z daleka trudno stwierdzić: mężczyzna czy kobieta, Chrystus czy jego Matka? Długie włosy, szaty, krzyż w dłoni pasują do obojga. Nikt z Trójki Podróżników nie był pewien odpowiedzi aż do ostatniego momentu, mimo iż obejrzeli statuę ze wszystkich stron, okrążając rynek. Dopiero z bliska widać wyraźnie, iż z niewiastą mamy do czynienia. Maryja… z takim przekonaniem opuścili miasto. Tymczasem co nagle, to po diable. Jak później doczytał Viator, w rzeczywistości była to święta Helena, mamusia cesarza Konstantyna.

Trochę się pokręcili (autem, rzecz jasna) po miasteczku, pełni admiracji podumali przed Pałacem Jabłonowskich (oficyny piękniejsze chyba, niż budynek główny). Na szukanie Domu Cadyka Morgensterna czasu już nie stało. Pole bitwy czeka! Tylko której? Wszak na przestrzeni 120 lat pod Kockiem rozegrało się ich aż sześć! Najważniejsze są jednak, przynajmniej w przekonaniu Pielgrzyma, dwie: pierwsza i ostatnia. Anno Domini 1809 roku w potyczce z Austriakami poległ tutaj pułkownik Berek Joselewicz. Ktoś ma ochotę kwestionować szczerość patriotyzmu starozakonnego kawalerzysty, walczącego za Polskę pod Kościuszką, Dąbrowskim i Kniaziewiczem? Serce się rwie, by podjechać te kilka marnych kilometrów ku Białobrzegom i mogiłę Pułkownika odnaleźć, ale czas… Czas bezlitosny! Odwiedźmy więc chociaż pomnik bohatera ostatniej z bitew: generała Franciszka Kleeberga!

3-lub

Pomnik stoi w pobliżu cmentarza, na którym pochowano żołnierzy poległych w październiku 1939 roku, w ostatniej bitwie ostatniego regularnego oddziału armii II Rzeczpospolitej. Prochy Generała który, jak powszechnie wiadomo (przecież nie tylko Viator słuchał i czytał o tych sprawach) zmarł w niemieckiej niewoli, spoczęły wśród jego podkomendnych w roku 1969. Na odwiedziny cmentarza czasu oczywiście nie było, lecz przed pomnikiem (piękny ten pomnik pod względem artystycznym; dalsza wędrówka przekona nas, że nie zawsze tak być musi, niestety) Trójka Podróżników chwilę podumała.

O czym myślały Viatorowa i Blogu Szefowa, tego Wędrowiec nie wie. On sam rozważał nietuzinkową postać Generała i jego dzieło. Człowiek zdeterminowany i odważny, fachowy dowódca, sprawny organizator. Bez fajerwerków i bez zbędnej brawury zebrał i zorganizował rozmaite rozbite i z nadszarpniętym morale oddziały, tworząc z nich Samodzielną Grupę Operacyjną „Polesie”. Skutecznie bił Sowietów i Niemców, przeszedł wrześniowy szlak bez żadnej klęski: wszak bitwa pod Kockiem była w istocie zwycięska. Musiał skapitulować, bo skończyła się amunicja. Zresztą – nie było już dokąd iść, o co walczyć… No i last, but not least, idąc na zachód uratował, jak się później okazało, wszystkich swoich oficerów od pewnej śmierci gdzieś w Katyniu czy Charkowie. Komuś takiemu należy się szacunek i dobra pamięć. Nie ma rady: Piwnica pod Baranami czeka, ale pole bitwy odwiedzić trzeba. Serokomla, Konorzatka, Wola Gułowska. Tak się Trójka Podróżników zapamiętała w tym objeździe, że się ostatecznie trochę zgubiła. Dobrze! OK! Viator się zgubił. Wjechał w takie bezdroża, że na chwilę nawet asfaltu zabrakło. Ale warto było: okolica piękna. Zresztą, ostatecznie szczęśliwie udało się odnaleźć trakt. Kierunek zachód. Dęblin majaczy na horyzoncie.

Ciąg dalszy za tydzień

Reblog: Miasto, które wstało z grobu

Katarzyna Krenz

L’Aquila Terremoto

Pewnej nocy, 6 kwietnia 2009 roku, około godziny 3:32, zegar na wieży San Silvestre odmierzył kolejnych trzydzieści sekund. Potem czas płynął wprawdzie, jak zawsze, lecz wskazówki u świętego Sylwestra stanęły. Siła wstrząsu wynosiła 6,3 stopnia Richtera, hipocentrum leżało na głębokości ok. 10 km, wstrząs odczuwalny był w całym kraju. Po nim nastąpiła seria około 100 wstrząsów wtórnych. Wcześniej, około północy, ziemia lekko zatrzęsła się w okolicach Rawenny. Około 9:00 rano nastąpił wstrząs wtórny, który spowodował kolejne zniszczenia w mieście.

L’Aquila to miasto w środkowych Włoszech, u podnóża Apeninu Abruzyjskiego, nad rzeką Aterno, na północny wschód od Rzymu. Założone w 1240 przez cesarza Fryderyka II, zbudowane zostało na planie przypominającym zarys cesarskiego orła, stąd nazwa (łac. aquila znaczy: orzeł). W średniowieczu było to centrum farbiarstwa i handlu szafranem. Zbudowane na wzgórzu, w środku wąskiej doliny, otoczone ośnieżonymi szczytami Apeninów, z fantastycznym Gran Sasso d’Italia na północnym wschodzie, niewiele zmieniło się przez stulecia. Renesansowe i barokowe domy tworzą labirynt wąskich uliczek, co kilka kroków otwierając się na harmonijne place przed pałacami i kościołami.

Inaczej: tworzyły labirynt starego miasta. Teraz – po raz który? – znów odtwarzają.

aquilla1-2

Przyjechaliśmy do miasta, które od tamtej nocy przed siedmiu laty nie zasypia już pod własnym dachem, we własnym łóżku. Niektóre łóżka szczęśliwie ocalały, większość dachów runęła. Według ustaleń włoskiej obrony cywilnej, zginęło 309 osób, a rannych zostało około 1500. Zniszczeniu uległo od 10 do 15 tysięcy domów. Oznacza to, że około 40 tysięcy osób znalazło się bez dachu nad głową.

aquilla-3-4
Starszy pan przy sąsiednim stoliku w kawiarni na placu Il Duomo czyta komiks. Dobrze ubrany, ze starannie przystrzyżoną siwą bródką, nic nie zamawia, pije wodę. Co pewien czas odrywa wzrok i rozgląda się wokół, a wtedy widać, że komiksowe obrazki nie zaciemniają obrazów, jakie wciąż przesuwają mu się przed oczami. Czekam na moją kawę i lody – we Włoszech trzeba jeść lody, nie tylko z powodu upału (nawet we wrześniu), ale również dlatego że Włosi robią najlepsze Gelati pod słońcem. Spośród kilkudziesięciu smaków wybieram czekoladowe (cioccolata fondata) i kawowe, z ricotty z ziarenkami mielonej kawy, znane jako Ricetta del nonno. Wkrótce pojawia się przede mną porcja makro pod pierzyną z bitej śmietany! Czuję się trochę nieswojo: siedzę w nowiutkiej caffeterii, jem lody pachnące włoskimi wakacjami, a przed sobą, zamiast miasta, mam gigantyczny plac budowy, gdzie rekonstruuje się 10 tysięcy domów. Żeby było jak dawniej. Pocieszam się myślą, że chociaż w ten sposób mogę się przyczynić do ożywienia handlu i turystyki, dołożyć przysłowiowy grosik do odbudowy.

Starszy pan wraca do komiksu o kowbojach, dyliżansach i złodziejach. Już siedem lat miasto powstaje z popiołów ziemi, która je pochłonęła w trzydzieści sekund. Profesor C., oprowadzając nas wczoraj po swoim domu – dawnym, przyszłym, teraz mieszka w mieszkaniu zastępczym poza miastem – mówi: Tu była kuchnia, a tu będzie salon, gdzie kiedyś… Profesor jest architektem, dom rekonstruuje zgodnie ze sztuką budowlaną, zaczerpniętą ze średniowiecznych ksiąg. Wyobrażam sobie Profesora, który już siódmy rok mieszka w skleconym naprędce bloku zastępczym, pochylonego nad pismami przodków; ich wiedza o tym, jak żyć na ziemi nawiedzanej napadami gorączki, służy do dziś nie tylko teorią, ale też mądrością doświadczenia i praktyki. Budując domy, pamiętajcie o górach, które są żywym ciałem, dlatego co pewien biorą głęboki wdech, a wtedy ich kamienne płuca poruszają się, kruszą skorupę. Budując katedry na chwałę Pana, czyńcie to rozważnie, niech kamień i drewno spotykają się ze sobą bez naporu, by wytrzymać wstrząs, jaki może nawiedzić je podczas snu.

Katedra świętego Massimo jest ostemplowana i wciąż zamknięta, podobnie jak większość pozostałych kościołów w mieście. Dzwony dzwonią, choć od poprzedniej sygnaturki minęło zaledwie pięć minut. Nie wzywają wiernych, bo kościół poniżej, Santa Maria del Suffragio, potocznie znany jako Anime Sante (Dusze Błogosławione) – jego budowę rozpoczęto w 1713, w dziesięć lat po innym trzęsieniu ziemi – otaczają rusztowania, młoty pneumatyczne, koparki, dźwigi. Znowu dzwonią. Patrzę na zegarek, pięć minut. Ćwiczą oddech? Oceniają postęp robót? Może dzwonią poruszone faktem, że miasto przeżyło kolejnych kilka minut szczęśliwie, bez wstrząsu?

aquilla-5-6
Starszy pan odłożył komiks na półkę w kawiarni. Odchodzi wolnym krokiem, przygarbiony, z opuszczoną głową, ręce wsunął do kieszeni. Dzwony znowu się odzywają, jednak nie płoszą gołębi, które ze stoickim spokojem wydziobują okruszki pod stołami. To miejscowe gołębie, wiedzą, że nie było to pierwsze trzęsienie ziemi, jakie nawiedziło miasto. 1315, 1349, 1452, 1501, 1646, 1703 (zginęło wówczas 5 000 osób), 1706, 1958. Spoglądam w ślad za starszym panem: czy był tutaj, jako dziecko, 58 lat temu? Pamięta? Porównuje, czekając ze stoicką wytrwałością na kolejną datę w kronikach rodzinnego miasta? A jednak nikt w l’Aquili nie zastanawia się, czy miasto odbudować czy też może przenieść je w inne miejsce. Miast się nie przenosi, mówi mi młody człowiek za kontuarem, gdy płacę za rachunek. Miasto to miejsce.

aquilla-7-8

Odręcznie narysowana strzałka wskazuje drogę do restauracji „Home Sweet Home”, którą właśnie niedawno otworzono w tej samej uliczce, gdzie mieści się bazylika San Giuseppe Artisano – Józef Cieśla miałby tu mnóstwo pracy, myślę, idąc we wskazanym kierunku. Ulica przypomina scenografię teatralną: ostemplowane budynki, rusztowania, kurtyny ochronne i tymczasowe przejścia z desek, a między nimi plamy koloru, znaki normalności – doniczki z płomykami pelargonii.

Jak łatwo zrobić dobre zdjęcie na placu ludzkiej tragedii, zdobyć nagrodę World Press i wyjechać w poszukiwaniu następnej sensacji. Takie zdjęcia komponują się same. Odbudowa miasta to całkiem inna historia, którą L’Aquila będzie odtwarzać jeszcze długie lata. Na błękitnym niebie widnieje jedna biała chmurka, pełna pogody. Otacza ją las dźwigów.
Obraz za mgłą hotelowej szyby.

aquilla-9-10

nocny autobus zatrzymuje się
na przystanku nikt nie stoi

Znaki zapytania dygoczą z zimna
zwinięte w kłębek pod drzwiami

za którymi nic nie ma

Nadzieja to gałązka dzikiej wiśni
narysowana cienkim piórkiem

na papierze ryżowym

***

Wiersz Katarzyny Krenz Japońska akwarela II, 26 września 2016
Zdjęcia Katarzyny Krenz

Reblog: Fajowo czyli wypowiadam wojnę przecinkom!

Z blogu: Tęsknoty prostaka

niedziela, 9 października 2016

Dariusz Sobala

Byliśmy z żonusią obejrzeć festiwal światła na naszej Piotrkowskiej i w jej okolicach. Było ciemno i masa ludzi. Pewnie ze dwadzieścia procent przybyłych nabyło drogą kupna mrugające na różowo kocie uszy mrugające ledami opaski na buty oraz kompletnie idiotyczne mrugające ciupaski rodem ze Star Wars.

I wszyscy szli tam gdzie mrugające lampiony zwisały z drzew a świecące białym światłem dwumetrowe meduzy zwisały dla odmiany z drzew. Pod nimi zaś rosły dwumetrowe grzyby. Było fajowo. Zdumieni grzybowym wysypem w centrum Łodzi Łodzianie stawali pod nimi i pstrykali sobie fotki. Do tańca przygrywał zespół składający się brodacza w czapeczce wykonującego frykcyjne ruchy i pomagającego sobie dłońmi tarmoszącymi stary gramofon. Był fajowy. Wielu oglądaczo-słuchaczy w wieku mocno przedszkolnym darło się wniebogłosy w swoich wózkach pod czujnym wzrokiem ociemniałych panującymi ciemnościami mam i tatków pchających swoje pociechy po rozdeptanych trawnikach. Błoto na trawnikach było fajowe.
Gdy tak kluczyłem wśród fioletowo-zielono-niebiesko-białej kakofonii setek doznań po parku Śledzia rozwiązał mi się but. Wiązanie buta jest fajowe ale nie ma znaczenia w tej opowieści. Później dotarliśmy na Plac Wolności który jest diabelnie fajowy zwłaszcza nocą i gdzie dawali fajowy spektakl z gatunku światło i dźwięk po którym wszyscy runęli w dół Piotrkowskiej w celu obejrzenia innych fajowych pomysłów innych brodaczy ze zintegrowanymi mózgami z komputerami.

Rzecz jasna i my pstryknęliśmy sobie kilka fajowych fotek…

Niestety… Zaczęło padać a nasze fajowe parasole i parasolki zostały w domu. Na szczęście przy “Magdzie” grał zespół składający się saksofonisty altowego basisty i tego co gra na cyji. I tych trzech niemłodych już panów dało czadu unplugget przy którym zmokłem do cna i wróciliśmy do naszego fajowo cieplutkiego domciu kupując po drodze fajową flaszkę jarzębiaczku aby przerobić ją na fajowe drinki do kolacji.
Byłoby to w zasadzie wszystko co chciałem napisać gdyby nie skojarzenia od których teraz nie umiem się uwolnić.
Ogólnie fajowe doznania weszły bowiem w konflikt z pewną wypowiedzią nie mającą się nijak do mojego dzisiejszego wpisu ale miażdżącą moje fajowe samopoczucie.

Pewien potomek Majów a może Azteków ośmielił się powiedzieć mniej więcej te słowa…

– Kiedy przed wiekami przybyli do nas księża niosąc słowo boże mieli tylko biblię a my mieliśmy całą ziemię. Teraz owi misjonarze mają całą ziemię a my tylko biblię…

Mam ogromną nadzieję że dzisiejsze kościelne mózgi nie dopatrzą się niczego złego w wieczornym spacerze po Piotrkowskiej celem zobaczenia światełek oświetlających kamienice albo wysłuchania doskonałego tria starszych panów grających światowy przebój z “Opery za trzy grosze” bo to by było cholernie niefajne.
I mógłbym któregoś z nich bardzo mocno kopnąć w jego świątobliwą dupę a to byłoby bardzo fajne!
Good night.

Katastrofy

Zbigniew Milewicz

Wielki pożar Londynu

Data nosiła w sobie trzy diabelskie szóstki, w roku 1666 prawie doszczętnie spłonęła stolica Albionu. Do czasów II wojny światowej była to największa katastrofa w historii tego miasta. Gdyby nie niekompetencja władz jej skutki mogły być wielokrotnie mniejsze.

Jak na owe czasy miasto było ogromne – z przedmieściami Londyn liczył najprawdopodobniej 500-600 tysięcy mieszkańców i zapewne był najludniejszym miastem świata, a z pewnością Europy. Dla porównania – Gdańsk, największe miasto ówczesnej Rzeczypospolitej, liczył mniej niż 100 tysięcy osób, a Kraków, Warszawa i Wilno nie przekraczały 30 tysięcy.

Był też bardzo bogaty – dochód na głowę mieszkańca ówczesnej Anglii należał do najwyższych na świecie i tylko Holandia była bogatsza. W XVII w. Anglia rywalizowała z wchodzącymi w okres schyłku swej potęgi Niderlandami o panowanie na morzach (kiedy pożar wybuchł, toczyła się akurat wojna z Holendrami). Interesy londyńskich kupców i bankierów coraz częściej wykraczały poza Wyspy.

We wrześniu 1666 roku na londyńskiej giełdzie dyskutowano m.in. o pierwszym transporcie tytoniu, który przypłynął z Wirginii, nowej zamorskiej kolonii, i który uważano za zapowiedź wielkich zysków. Miasto dochodziło do siebie po wielkiej zarazie, która panowała przez wiele miesięcy 1665 i 1666 roku, i z optymizmem patrzyło w przyszłość.

Miasto rozrastało się we wszystkich kierunkach, choć odbywało się to w sposób nieco chaotyczny. Kronikarz John Evelyn opisywał city jako „naturalne, ogromne skupisko drewnianych domów”. Widać z tego, że ryzyko wystąpienia pożarów było bardzo prawdopodobne. Otoczona starymi rzymskimi murami metropolia była wypełniona po brzegi, pełna wąskich uliczek i domów z dachami ze strzechy. Przypomniała trochę stos na ognisko, który aż się prosi, by dostarczyć mu zbawienną iskrę.

Wg wiadomości ze strony internetowej Tunguska.pl w centrum plątaniny uliczek pracował Thomas Farynor, piekarz. Jego zakład, usytuowany nad Tami­zą przy Pudding Lane, o rzut beretem od słynnej Tower, zaopatrywał samego króla Karola II Stuarta. W nie­dzielny poranek, 2 września 1666 roku, jak zwykle rozpalono piec do czerwoności. Przez nieuwagę ogień wydostał się poza piekarnię i rozprzestrzenił się dookoła. Farynor i jego rodzina zostali uwięzieni w mieszkaniu nad piekarnią, ale cudem udało im się uciec przed płomieniami. Jedynie ich sparaliżowana strachem służąca nie odważyła się stawić czoła płomieniom i stała się pierwszą ofiarą pożaru.

Feralnego dnia poranek w Londynie był wietrzny. Ogień szybko więc rozprzestrzeniał się na sąsiednie domy. Należało je zburzyć, aby nie ryzykować wystąpienia efektu domina. Ale właściciele budynków przeciwstawili się decyzji. Jedyną osobą, która posiadała wła­dzę, by przeprowadzić taką akcję, był burmistrz Thomas Bloodworth. Gdy dotarł na miejsce, ogień już przeniósł się na kolejne budynki, zbliżając się do magazynów papieru i składów materiałów łatwopalnych. Strażacy przekonywali do natychmiastowe­go zburzenia domów, ale burmistrz uchylał się od podjęcia decyzji. Argumentował, że budynki są wynajmo­wane i najpierw trzeba by się skontak­tować z właścicielami.

The Great Fire Of London
Wikipedia commons: The painting is in the [style] of the Dutch School and is not dated or signed, it is thought to be from the 17th century, and so in the public domain.

W przeciwieństwie do biernego burmistrza król działał szybko. Gdy tylko dostał informację o pożarze, wysłał urzędnika z de­cyzją o zburzeniu domów. Ale pożar był już nie do opanowania. Po południu prze­kształcił się w gwałtowną burzę ogniową. To zjawisko ma miejsce, kiedy bardzo duża powierzchnia jest objęta pożarem, a powietrze nad nią staje się skrajnie gorące i zaczyna się unosić. Wtedy krążące bliżej powierzchni ziemi zimniejsze powietrze także się unosi, wypełnia­jąc wolną przestrzeń, co powoduje silne wiatry. Ruchy powietrza podsycają płomienie, do­starczając im więcej tlenu. Tak rozkręca się burza ogniowa, w której sercu temperatura może przekroczyć nawet 2000 stopnie Celsjusza.

W końcu wiatr trochę zelżał, a garnizon Tower użył prochu do stworzenia pasów przeciwpoża­rowych, które w końcu uniemożliwiły rozprzestrzenianie się płomieni. W tamtych czasach Londyn nie miał zorganizowanej straży pożarnej. Gaszeniem pożarów zajmowały się firmy ubezpieczeniowe. Robiły to przy użyciu podstawowego sprzętu, głównie ręcznych pomp wodnych, które nie wy­starczały przy tak potężnym pożarze. Dopiero równe dwieście lat póź­niej zaczęła działać pierwsza londyńska zor­ganizowana straż pożarna.

Po kilku dniach pożaru miasto było spustoszone. Spłonęło ponad 13 000 budynków, czyli około dwóch trzecich całego miasta. Z historycznych zabytków przepadła Katedra Świętego Pawła, którą trzeba było wznosić na nowo. Odbudowa miasta, rozpoczęta już 1667 roku, finansowana była głównie z podatku węglowego, uchwalonego w celu stworzenia funduszu naprawczego. Miasto odbudowywano z uwzględnieniem średniowiecznej siatki ulic, tyle że domy wykonywano z trwalszych materiałów takich jak cegła i kamień.

Były też pozytywne skutki tej katastrofy. Po pierwsze, bilans ofiar okazał się niewielki – zginęło tylko sześć osób. Ponadto pożar wybił praktycznie całą populację londyńskich szczurów, które były odpowiedzialne za trwającą od roku w mieście epidemię dżumy. Zmusił on także rządzących do stworzenia planów nowocześniejszej rozbudowy miasta.

O pożarze pisał m.in. Samuel Pepys, wysokiej rangi urzędnik królewski, który osobiście doniósł Karolowi II o katastrofie, ale zbytnio się z tym anonsem nie spieszył. Poprzedniego dnia ucztował i bawił się do upadłego w gospodzie i kiedy w nocy służąca wyrwała go z głębokiego snu okrzykiem, że się pali w mieście, posłał ją do wszystkich diabłów i niefrasobliwie wrócił do łóżka. Dopiero, kiedy rano doszły mnie wieści, że spłonęło już 300 domów zebrałem się natychmiast – napisał później w swoich pamiętnikach – poszedłem do Tower, tam wdrapałem się na najwyższe miejsce, i stamtąd ujrzałem domy po tej stronie mostu wszystkie w płomieniach i olbrzymi pożar z obu stron mostu. Tedy zeszedłem z sercem pełnym troski do komendanta Tower, który powiedział mi, że pożar zaczął się nad ranem w domu królewskiego piekarza na Pudding Lane i że strawił już kościół św. Magnusa i większość Fish Street.

“It made me weep to see it.” Samuel Pepys (1633–1703) painted by John Hayls in 1666, the year of the Great Fire. Wikipedia commons.

Zeszedłem na wybrzeże i nająwszy czółno, popłynąłem do mostu, i tam oglądałem to opłakane widowisko. Nieszczęsny dom Betty Michell, jako że cała ta część miasta w ogniu, który posuwał się coraz dalej, tak że bardzo szybko, przez czas, kiedy tam byłem, dosięgnął Steel Yard. Wszyscy usiłowali ratować swoje dobro: biedni ludzie trzymali się domów, aż póki nie zajęły się ogniem, a wtedy rzucali się do czółen albo tłoczyli się, biegając od jednych schodów nad Rzeką do drugich. I biedne gołębie, którem widział, jak wzdragając się porzucić domy, krążyły koło balkonów i okien tak długo, aż popadały, opaliwszy sobie skrzydła.

Dopiero wtedy pospieszył na dwór królewski, gdzie został przyjęty z wielkim niepokojem. Dostał zadanie odszukania lorda majora Londynu, czyli burmistrza i przekazania mu królewskiego polecenia, żeby bezwzględnie burzyć domy. Pepys wyruszył natychmiast, przebijając się przez tłumy uciekinierów niosących m.in. chorych leżących w łóżkach. Nad podziw kosztowne rzeczy wieźli też ludzie na wozach i nieśli na plecach – nie omieszkał zanotować pamiętnikarz wrażliwy jak zawsze na dobra materialne. Spotkał w końcu lorda majora, zmęczonego i zrezygnowanego, który opuścił posterunek i poszedł odpocząć do domu, narzekając, że nikt go nie słucha.

Pepys wrócił do siebie, gdzie czekali już jego goście, których zaprosił poprzedniego dnia. Byli zaniepokojeni, ale zjedli z apetytem przygotowany obiad i – jak napisał Pepys – było nam tak wesoło, jak tylko w takim czasie być mogło. Potem wybrał się z gośćmi na oglądanie pożaru. Pływali wynajętym czółnem po Tamizie, oglądając ludzi ładujących w panice dobytek na łodzie. Podpłynęli tak blisko pożaru, że małośmy lic nie popiekli od deszczu iskier, tak zaiste, jak zapalały się od tych iskier i strzępów ognia domy po trzy, po cztery, ba, po pięć i sześć, jeden za drugim.

 

Ludgate in flames, with St Paul’s Cathedral in the distance (square tower without the spire) now catching flames. Oil painting by anonymous artist, ca. 1670. Wikipedia commons.

Później z małej piwiarni na nadbrzeżu Tamizy zafascynowany oglądał pożar i pozostawił jego opis, który przeszedł do historii literatury:

Tam siedzieliśmy prawie do zmroku i widzieliśmy, jak pożary się wzmagały, a gdy się ściemniło, pokazywało się ich coraz więcej a więcej w zaułkach i na dzwonnicach, i między domy a kościoły; tak daleko, jak okiem sięgniesz, aż po wzgórza śródmieścia, wszędzie najokrutniejszy, złośliwy, krwawy płomień, ani podobny pięknym płomykom zwyczajnego ognia. Zostaliśmy tam, aż się ściemniło, i widzieliśmy pożar jak jedno wielkie sklepienie ognia sięgające na tamtą stronę Rzeki i łukiem rozpostarte nad wyniosłością na jaką milę długości; na płacz mi się zbierało, gdym to widział. Kościoły, domy, wszystko paliło się pospołu; i przeraźliwy huk, jaki się w tych płomieniach rozlegał, i trzask walących się domów!

Znakomity pisarz i publicysta Daniel Defoe zapewne widział pożar jako sześcioletnie dziecko. W wydanej anonimowo w 1703 roku historii tego wydarzenia pisał:

Strach i przerażenie napadły z zaskoczenia obywateli Londynu; mężczyźni byli w żałosnym pośpiechu, rozproszeni i skonfundowani; nie władali swoimi myślami na tyle, żeby zastanowić się, co było trzeba zrobić. (…) Ulice były zatłoczone ludźmi i wozami. Londyńczycy chcieli wywieźć z miasta te dobra, które się dało; ci, którzy byli najbardziej aktywni i mieli najwięcej pieniędzy, żeby zapłacić niesłychanie wysoką cenę za transport, uratowali wiele, reszta straciła prawie wszystko.

Porträt Daniel Defoes im National Maritime Museum, London, Wikipedia commons.

Wozy, bryczki, powozy i konie, tak wiele, jak tylko mogło wejść do miasta, zostały załadowane; za pomoc dawano każdą cenę; pięć, dziesięć, dwadzieścia i trzydzieści funtów za wóz, żeby wywieźć na pola wybrane najdroższe przedmioty, które miał pochłonąć ogień; i niektórzy krajanie mieli sumienie przyjmować ceny, które obywatele oferowali im w swojej skrajnej potrzebie. Akcji przeciwpożarowej nie udało się szybko zorganizować – służby miejskie nie działały, żołnierzy było za mało (część opuściła miasto z powodu zarazy), a zawodowej straży pożarnej, jako się rzekło, jeszcze wtedy nie było. Londyńczycy nie mieli maszyn gaśniczych i wodociągów. Jedyna nadzieja na powstrzymanie pożaru leżała w wyburzaniu kolejnych ulic – ale ogień przenosił się szybciej, niż zdołano to czynić – często przy protestach zrozpaczonych właścicieli tracących mieszkania, warsztaty i środki do życia.
Pożar szalał przez pięć dni. John Evelyn, pisarz, uczony i ogrodnik, znajomy Samuela Pepysa, z którym często korespondował, pod datą 3 września zanotował:

Pożar trwa. Po kolacji wziąłem powóz i z moją żoną i synem pojechaliśmy do Bankside w Southwark, skąd oglądaliśmy to straszne widowisko, całe miasto w straszliwych płomieniach aż do nabrzeża (…). Płomienie były wszędzie i ludzie tak osłupiali, że od początku nie wiedziałem, czy przez upadek ducha, czy zrządzeniem losu niemal nie próbowali go ugasić; nie było słychać nic oprócz płaczu i lamentu. Biegali wokół jak spłoszone zwierzęta, nie próbując nawet ratować swoich dóbr. Łuna nad miastem przypominała “wierzch rozpalonego pieca” i według Evelyna widać ją było w promieniu 40 mil od miasta przez wiele nocy. Gigantyczna chmura popiołu i dymu ciągnęła się na 50 mil od Londynu.

John Evelyn (1620–1706) in 1651. Wikipedia commons.

Pisarz porównał płonący Londyn do upadku biblijnej Sodomy i mitologicznej Troi. Nie był jedyny: także obrazy pożaru Londynu namalowane wkrótce po wydarzeniu nawiązują aluzyjnie do pożaru i upadku Troi. Straty jednak prawdopodobnie były większe niż w starożytnym mieście odkopanym w XIX w. przez Schliemanna: po prostu Troja była dużo mniejsza niż XVII wieczna stolica Anglii. Kiedy zaś w czasie II wojny światowej Luftwaffe zaatakowała Anglię, James Pope-Hennessy, autor książki o wojennych zniszczeniach Londynu, napisał później, że wielki pożar wywołany niemieckimi bombami 29 grudnia 1940 roku w pewnym momencie wyglądał jak katastrofa zrelacjonowana przez Pepysa w 1666 roku – w Londynie płonęło równocześnie 1,5 tysięcy miejsc.

Urzędnik królewski Pepys był szczęściarzem. Uratował swój dobytek – w szczególności skrzynię z dużą częścią majątku, ogromną jak na ówczesne czasy sumą 2350 funtów w złocie (robotnik zarabiał wtedy kilka funtów rocznie), a za taką kwotę można było kupić solidny ziemski majątek. Jego dom nie spłonął, chociaż pożar dotarł na tę ulicę. Do połowy września 1666 roku zapisy w dzienniku Pepysa skupiają się głównie wokół przewożenia z miejsca na miejsce mebli, obrazów, tkanin, naczyń i drogocennej skrzyni ze złotem – o którą bał się okropnie i którą starał się ukryć przed wzrokiem robotników porządkujących dom i wieszających na ścianach pozdejmowane z nich w pośpiechu tkaniny.

Dopiero 14 września Pepys zanotował z ulgą, że mógł położyć się z powrotem spać z żoną we własnym łóżku i we własnej sypialni. Ale – jak pisał – długo jeszcze śniły mu się w nocy pożary.

Stuart 4

Joanna Trümner

Pożegnania

Pobyt w Londynie dobiegał końca, Stuart z pewną ulgą myślał o opuszczeniu wkrótce mieszkania w Greenwich – mieszkanie pod jednym dachem z Ann, świadomość, że śpi tuż za ścianą, w sąsiednim pokoju, pełne dziwnej atmosfery rozmowy podczas przypadkowych spotkań w kuchni, stały się dla niego ciężarem nie do zniesienia. W przeddzień uroczystego wręczenia dyplomu znalazł w skrzynce pocztowej list z uczelni, przypominający mu o podpisanej przez podjęciem studiów umowie, w której zobowiązał się do odpracowania przez rok części stypendium jako nauczyciel matematyki. W załączniku znajdowała się lista z adresami trzydziestu sześciu szkół na terenie Anglii i ośmiu w Szkocji, szukających nauczyciela matematyki w przyszłym roku szkolnym, z zaskoczeniem znalazł na liście również szkołę w rodzinnym Walton. W ciągu miesiąca miał poinformować uczelnię, na co się zdecydował. Gdyby nie podjął tej pracy, musiał by zwrócić całe stypendium – kilkanaście tysięcy funtów, pieniądze, które umożliwiły mu czteroletni pobyt w Londynie i zdobycie tytułu „Master of Science”.

Zostawił list na stole w kuchni i nie mogąc sobie znaleźć miejsca w pustym mieszkaniu na Greenwich wybrał się na długi spacer po Hamstead Heath. Patrząc na roześmianych, cieszących się słońcem ludzi zastanawiał się, co robić dalej – plan wyjazdu do Australii i kariera muzyczna stały się nagle nierealnymi mrzonkami. Z rozgoryczeniem myślał o nierównych szansach w życiu, o Ianie i Ann, których studia opłacał dobrze prosperujący gabinet lekarski ojca w Cardiff i o swoim starcie w dorosłe życie – w wieku 22 lat miał spory dług do spłacenia i nie mógł liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony rodziny. Przypomniały mu się słowa ojca, gdy Stuart dostał stypendium. „Przeczytaj dokładnie umowę, muszą być jakieś warunki do spełnienia, nikt nie daje nikomu nic za darmo”. Rosła w nim złość na siebie i ten upchnięty gdzieś w mieszkaniu na Greenwich kawałek papieru, decydujący o jego dalszym życiu.

Następnego dnia w wypełnionej po brzegi auli otrzymał dyplom ukończenia uczelni, z radością rozpoznał wśród dziesiątek twarzy rodziców, braci, sióstr i dziadków kolegów z uczelni twarze swoich najbliższych – Stuarta-seniora, Briana i Kate, która przyjechała z Brighton specjalnie z tej okazji. Wieczorem Stuart-senior i Brian wyprawili kolację. Wypili butelkę Veuve Clicquot, a Stuart-senior wręczył Stuartowi-juniorowi prezent z okazji skończenia studiów – kopertę z namalowanym przez Briana kangurem, dwustoma funtami i ręcznie wypisanym przez Stuarta „biletem” do Australii: „lot do Sydney, do zrealizowania od zaraz, termin ważności dwa lata”.

Przez kilka kolejnych dni Stuart pakował swoje rzeczy i żegnał się z ludźmi i miastem. Pożegnanie z Ianem, wybierającym się za kilka tygodni do Sydney, żeby przygotować grunt pod karierę muzyczną Stuarta i „trochę się rozejrzeć”, skończyło się siedmioma piwami u Rasheeda i wielkimi, wspólnymi planami – tego wieczoru wszystko wydawało się możliwe, a opóźnienie w realizacji planów bagatelą, w której w miarę wypitego piwa dopatrywali się samych pozytywnych stron: „Możesz pracować nad repertuarem, a ja ponawiązuję w tym czasie kontakty”.

Wieczór przed powrotem do Walton spędził z na rozmowie z Ann, szukając odpowiedzi na pytanie „czy mamy jeszcze jakąś szansę”, w trakcie tej rozmowy coraz bardziej docierało do niego, że ich wspólny czas minął, a Ann zmieniła się w osobę, której adres wykreśla się na zawsze z notesu – dobrą znajomą, z którą przez kilka lat mieszkał pod wspólnym dachem w Londynie.

Rodzina

I see a red door and I want it painted black
No colors any more, I want them to turn black
I see the girls walk by, dressed in their summer clothes
I have to turn my head until my darkness goes

(Widzę czerwone drzwi i chcę, by były pomalowane na czarno
Nie chcę już więcej kolorów, niech się zamienią w czerń
Widzę na ulicach dziewczyny w letnich sukienkach
I muszę odwrócić głowę – tak długo, dopóki nie odejdzie moja ciemność)

(Paint it black – The Rolling Stones)

Wrócił do Walton i odliczał dni, które zostały mu do podjęcia decyzji. W rodzinnym domu zaszło w międzyczasie tak wiele zmian, że zaczął się zastanawiać, czy zdarzyły się dopiero ostatnio, czy też po prostu nie chciał lub nie umiał ich dostrzec przez ostatnie lata, niesiony obłokiem powodzenia i szczęścia, euforią, która czyni nas głuchymi na cierpienie i nieszczęście innych?

Największa zmiana zaszła w matce – straciła ochotę do życia, coś w niej zgasło, wypaliło się. Całymi dniami nie wychodziła z domu, czasami nie miała siły wstać z łóżka i ubrać się, nie widziała sensu w tym, co toczyło się dookoła i nie chciała brać w tym udziału. Depresja matki stała się wyzwaniem dla całej rodziny – ojciec, przerażony, bezsilny wobec nowej sytuacji i zmęczony nieprzespanymi nocami, starał się przywołać matkę do rozsądku kategorycznym i kilka razy dziennie powtarzanym „przestań się nad sobą rozczulać!”, a trójka rodzeństwa – Stuart, Kate i Eve rodzieliła między sobą wykonywane do tej pory przez matkę zadania oraz mycie, karmienie i przebieranie matki.

W dwa tygodnie po powrocie Stuarta z Londynu do domu matka nagle zniknęła, zabierając ze sobą stojący przed domem samochód. Auto znaleziono dwa dni później w odległym o trzysta kilometrów Norwich. Stało pod znakiem absolutnego zakazu przed katedrą, co wzbudziło zainteresowanie policji. Jego pasażerka nie reagowała na pytania, prowadziła za to, podniesionym głosem, rozmowę z jakąś nieobecną osobą. Umieszczono ją w szpitalu psychiatrycznym i powiadomiono rodzinę.

Widząc bezradność i przerażenie ojca, Stuart i Kate przejęli obowiązek pierwszych odwiedzin w szpitalu u matki w Norwich. Nie byli przygotowani na to spotkanie – spotkanie z obcą osobą, mówiącą w mechaniczny sposób i poruszającą się w zwolnionym tempie. Matka wyraźnie ucieszyła się na ich widok i odmienionym, monotonnym głosem opowiedziała im historię swojej podróży do Norwich – podróży, podczas której na siedzeniu pasażera siedział obok niej sam Bóg. To właśnie On kazał jej wsiąść do auta i pojechać do katedry w Norwich, gdzie mieszkała jako dziecko. To On kazał jej powtarzać podczas wielogodzinnej podróży znane na całym świecie słowa najsłynniejszej córki tego miasta – Julianny z Norwich: All shall be well, and all shall be well and all manner of thing shall be well (wszystko będzie dobrze, wszystko zostanie uzdrowione, wszystkie rzeczy na świecie dobrze urządzone).

Kate i Stuart patrzyli na siebie w przerażeniu, nie wiedząc, jak się zachować i co powiedzieć, bojąc się, że każde niepotrzebne słowo może ją jeszcze bardziej złamać.

Opiekujący się matką lekarz prosił o cierpliwość, nazwał chorobę matki ucieczką od życia, które prowadziła i w którym nie była szczęśliwa. Przewidywał, że leczenie potrwa kilka miesięcy, „ale pacjentka już nigdy nie będzie tą samą osobą”.

Wracając w odzyskanym od policji samochodzie zastanawiali się, co mogło matkę tak złamać – chłód ojca, ciężka, nie przynosząca wielkich pieniędzy praca, własne, nigdy nie zrealizowane marzenia? – z zawstydzeniem stwierdzili, że prawie nic nie wiedzą o swoich rodzicach i o tym, kim chcieli kiedyś być.

Sytuacja w domu rodzinnym ułatwiła Stuartowi podjęcie decyzji – z listy przysłanej mu przez uczelnię wybrał szkołę w Walton, wracając tym samym do punktu wyjścia – do miejsca, z którego tak bardzo kiedyś chciał uciec. Wieczory spędzał na komponowaniu pełnych melancholii, smutnych, oddających jego nastrój piosenek. Skończyło się lato, Kate wróciła na ostatni rok na uczelnię w Brighton, a Stuart zaczął przygotowywać lekcje. Codzienne myśli o Ann powoli zastąpiły myśli o obowiązkach i zastanawianie się nad tym, jak młodych ludzi, czekających na niego w szkole w Walton, można zainteresować matematyką. Przypominając sobie swoje lata szkolne i swoich nauczycieli, zdał sobie sprawę z tego, ile będzie miał władzy nad swoimi uczniami i w jak dużych stopniu ich przyszłość zależeć będzie od wystawionej przez niego oceny. Wchodząc na pierwszą lekcję do klasy i patrząc na młodszych od niego zaledwie o kilka lat uczniów był tak sparaliżowany strachem, że przez kilka minut nie potrafił powiedzieć ani słowa.

Po przełamaniu pierwszych lodów zaczął uczyć matematyki w bardzo niekonwencjonalny sposób, wyjaśniając i powtarzając kilkakrotnie reguły i zadania, proponując mniej zdolnym uczniom konsultacje po lekcjach. Wkrótce stał się najbardziej lubianym nauczycielem w szkole, udało mu się dotrzeć do większości uczniów i zainteresować ich matematyką. Z kilkoma „beznadziejnymi przypadkami” zawarł umowę, mieli robić dodatkowe zadania domowe: „pokażcie mi, że chcecie się nauczyć, a przepuszczę was do następnej klasy, nawet jeżeli oblejecie wszystkie klasówki”. Młodzież testowała kilkakrotnie granice jego wytrzymałości. Zdarzyło się raz i drugi, że cała klasa, narzekając, że było tyle do nauki z innych przedmiotów, przyznała się, że nikt nie odrobił zadań z matematyki. Ale już wkrótce, już zaraz miało się to zmienić. Po kolejnej takiej próbie Stuart zjawił się w klasie z gitarą i odśpiewał skomponowaną przez siebie piosenkę: „How long is soon?” (Jak długie jest „wkrótce”?), którą wkrótce nucili wszyscy uczniowie i która stała się nieoficjalnym hymnem szkoły.

Na początku października, po ponad trzymiesięcznym pobycie w szpitalu psychiatrycznym, matka wróciła do domu. Przywiózł ją Stuart. Podczas jazdy z Norwich co chwila spoglądał w lusterko, nie wierząc, że wiezie ze sobą tę samą osobę, która go wychowała i którą znał od dwudziestu dwóch lat. Ruchy matki zmieniły się po silnych lekach uspokajających, były to ruchy robota, opuchnięta twarz pozbawiona była jakiejkolwiek mimiki, a komunikacja ograniczała się do pojedynczych słów. Stuart myślał, że to, co w matce w którymś momencie pękło, nie zostało naprawione, drzemało w niej dalej, sklejone prowizorycznie silnym plastrem – nikt nie wiedział, jak się będzie żyło z takim człowiekiem.

W kilka dni po powrocie matki do domu w skrzynce pocztowej znalazł się pierwszy list z Sydney, kolorowy, pełen optymizmu. Był szary, dżdżysty październikowy dzień, a listu z Australii sprawił, że zapachniało słońcem i radością życia. Jak dobrze było wiedzieć, że na drugiej półkuli jest ktoś, kto jest szczęśliwy, że gdzieś tam czeka na nas przygoda i życie lepsze od tego, które mamy w tej chwili.

Cdn.

Viva Polonia!

Ewa Maria Slaska

Relacje moich koleżanek

Relacja 1.

W mieście, które w tym roku jest stolicą kulturalną Europy, w pięknym starym hotelu ze starymi niemieckimi tradycjami (był to na przełomie tamtych wieków i do końca wojny słynny etablissement Vier Jahreszeiten), a więc w Hotelu Polonia, na ulicy Piłsudskiego, znajduje się w foyer secesyjnie wystylizowana tablica informacyjna.

hotel-polonia-pilsudzki

Jedna z naszych autorek, osoba często “bywała” we Wrocławiu, już kilkakrotnie zwracała obsłudze hotelowej uwagę, że na tablicy po niemiecku zostało umieszczone błędnie napisane nazwisko marszałka, które na tablicach polskiej i angielskiej zostało zapisane prawidłowo. Tym razem przypomniała pani w recepcji, że już dwukrotnie sugerowała, żeby to zmienić, bo to jednak wstyd. Na to tym razem pani recepcjonistka, podkreślając, że oczywiście hotel dołożył wszelkich starań, powiedziała, że nic tu nie trzeba zmieniać, bo tak się właśnie to nazwisko pisze po niemiecku…

No cóż: tu, proszę, Marszałek Józef Piłsudski w niemieckiej Wikipedii.

Relacja 2.

W mieście, które szczyci się tym, że bardziej kocha pisarza Güntera Grassa niż jego niemiecka ojczyzna, w dzielnicy, którą autor opiewał – Langfuhr Wrzeszcz – postawiono kiedyś tzw. ławeczkę Grassa. Ten mały po lewej, to oczywiście Oskar Mazerath, bohater Blaszanego bębenka.

G.Grass+Oskar

Autorka zdjęcia wysłała je do kilku lokalnych instytucji pytając, czy nie wypadałoby jednak “umyć nóg” pisarzowi, bo to trochę wstyd. Nikt nie odpowiedział i nie zareagował.

Nie wiadomo właściwie, dlaczego pisarzowi tak zzieleniały nogi, bo w końcu on akurat siedzi na tej ławeczce dopiero od października ubiegłego roku, przedtem przez 15 lat leżał w magazynach. Samą ławeczkę bowiem, z figurą małego bębnisty, postawiono już, jako się rzekło, w roku 2002. Wkrótce na pobliskiej fontannie ustawiono drugą osobistość znaną czytelnikom Trylogii Gdańskiej czyli Tullę Pokriefke. Ich autorem jest prof. Sławoj Ostrowski, wykładowca Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. Pomnik samego Grassa miał być odsłonięty równocześnie z pomnikiem Oskara. Jednak w ostatniej chwili pisarz rozmyślił się i wycofał zgodę na ustawienie mu pomnika za życia. Władze Gdańska postanowiły uszanować wolę noblisty, a gotowa rzeźba trafiła do jednego z miejskich magazynów. Rzeźbę ustawiono więc dopiero teraz, już po śmierci gdańskiego noblisty, w 88 rocznicę urodzin Güntera Grassa.

Grass zmarł 13 kwietnia 2015 roku.

Figury są odlane z brązu, a brąz, stop miedzi i cyny w proporcjach 90-10, ma to do siebie, że jest odporny na korozje. Nie to, żeby nigdy nie korodował, oczywiście zielenieje, ale trwa to latami… A tu tymczasem zielone nogi pisarza i to po kilku zaledwie miesiącach wysiadywania na świeżym powietrzu, mogłyby sugerować, że coś było nie tak z odlewem i że wilgoć wżera się stanowczo za szybko. Hmmm…

Piłsudzki na zielonych nogach…