Barataria 1 Początek przygody

Dla Maryny Over

Ewa Maria Slaska

Między Cervantesem a Lipką

Tak się zaczęło…

Krzysztof Lipka, Pensjonat Barataria

Omijając osadę, podążyliśmy górską drogą w bok, aż ukazał się nam dość znaczny budynek, całkiem otoczony wzniesieniami, niewysokimi co prawda, ale całkiem dzikimi i zupełnie przesłaniającymi horyzont. Pensjonat jest rodzajem pałacu, willi czy zameczka w niemieckim stylu z końca ubiegłego wieku; jednopiętrowy, lecz na tyle obszerny, że każdy z czterech rogów budynku wieńczy całkiem masywna wieża. Dawna romantyczna rezydencja, przemieniona w dość zapuszczoną siedzibę górskiego sanatorium (strona 7).

Nie wiem, czy Państwo zastanawiali się kiedyś nad nazwą naszego zakładu, Pensjonat Barataria. Nazwa ta nie została nadana bez głębokiej przyczyny i ma swoje daleko idące uzasadnienie. (…) Ci z Państwa, których nazwa naszego Pensjonatu zastanowiła, zwrócili może uwagę, że wiąże się ona bezpośrednio z geografią, z pewnymi rejonami świata, ściśle z Zatoką Meksykańską. A to chyba w naszym punkcie globu nie jest wystarczająco uzasadnione? I zapewne skłania do dociekań. Otóż tak właśnie jest, nasz Pensjonat ma nierozerwalne więzi z tamtymi właśnie terenami morskimi dzięki jednej osobie, bardzo bliskiej naszemu sercu. Osoba nader ważna dla historii naszego zakładu, osoba znająca dokładnie wody Zatoki Meksykańskiej słowem – nie będę robił tajemnicy – gdyż są tu, jak wiem, i tacy, którzy znają go osobiście – osoba, o której mówię to Pierre Stein. On to, nie kto inny, wielki Stein, nadał temu Pensjonatowi imię Barataria po wieloletnich żeglugach po świecie. Dziś muszę zatem temat, który pragnę rozwinąć, zacząć od pewnej, legendarnej już historii. Otóż któregoś razu, gdy brygantyna Steina po kilku dniach błądzenia wydawała się znajdować w beznadziejnej sytuacji, gdy brakowało już pożywienia, słodka woda była na wykończeniu, gdy kilku spośród załogi powaliła złośliwa malaria, a inni jawnie okazywali niezadowolenie, Stein usłyszał nagle w powietrzu jakieś dalekie odgłosy, jakby dźwięki wydawane ze skonstruowanego ludzką ręką instrumentu. Z początku wziął to za omamy słuchowe spowodowane gorączką, która go trawiła, szczególnie że dziwna muzyka zdawała się spływać z góry, jakby z samych obłoków. Wsłuchawszy się jednak przez chwilę, uchwycił wyraźniej kierunek, z którego dolatywało to nieokreślone brzęczenie. Lądu nie było jak okiem sięgnąć, brygantynę otaczała gęsta, wilgotna mgła, posuwano się do przodu, kierując się wyłącznie dźwiękiem, który wydawał się posłańcem losu, przewodnikiem, zwiastunem wybawienia. Stein opowiadał nieraz o tej muzyce i nigdy nie potrafił, on, człowiek o takim geniuszu, oddać słowami jej istoty. Była jakby nieco podobna do brzmienia skrzypiec – mówił sam poszukując skojarzeń – so skrzypiec powtarzających wciąż jedno długie muzyczne zdanie w najrozmaitszych wariantach, jak wariacje skrzypcowe, lecz dźwięk był donośny i słodki zarazem, potężny i miękki. I bezustannie spływał z góry, tak że – jak się sam Stein wyraził – pomyślał wówczas o średniowiecznej Musica Mundana, będącej jądrem samego stworzenia, poruszającej najpierwotniejszy mechanizm wszechświata, czy też, jakby zapragnął Schopenhauer, stanowiącej bezpośrednią emanację czystej prawoli natury. Kierując się tedy tym pradawnym dźwiękiem, dotarł Stein do maleńkiej wyspy, której nazwa, jak mam nadzieję, niektórym już się w tym miejscu przypomina. To oczywiście słynna Barataria, znana doskonale z tego, co napisał o niej hiszpański podróżnik Saavedra. Była bezludna, ale sąsiedni archipelag zamieszkiwało plemię Kajunów, pośród którego Stein miał już nieco wcześniej spędzić trochę czasu. Tym razem Stein poznał bliżej ich życie i obyczaje. Nic w tym chyba dziwnego, że najbardziej zainteresowała go muzyka, owe dźwięki, które uratowały statek i załogę od niechybnej śmierci, a jemu samemu już po kilku dniach przywróciły krzepkość i zdrowie. Stein, proszę państwa, przebadał tę muzykę, wykrył jej istotę i choć minęło od tamtej pory kilkadziesiąt lat, jest dotąd jedynym człowiekiem, który dogłębnie zna sedno tej sztuki, owej muzyki cudownie leczniczej, uprawianej na naszym globie jedynie przez to plemię, zwanej muzyką cyrkularną (strona 79).

Gdy teraz czytam tę powieść po raz kolejny, po przytoczonym powyżej rozdziale sięgam oczywiście do internetu i znajduję wyspę, zatokę i Sancho Pansę. Nie ma Indian, ale są piraci. O nich jednak za tydzień.

Wyspa Barataria leży dokładnie pośrodku Barataria Bay i wszystkie źródła zgodnie donoszą, że wyspa i zatoka Barataria, tak zaznaczane na mapach już w roku 1732, zostały nazwane na cześć pewnej wyspy na lądzie oddanej we władanie Sancho Pansy.

… bo oto wielki Sancho nas przyzywa na świadków szczęśliwego rozpoczęcia rządów na wyspie Barataria. (…) Nasz dzielny gubernator po krótkiej podróży przybył do małego miasteczka, liczącego około tysiąca mieszkańców, które było jedną z główniejszych posiadłości księcia. Oświadczono mu, że to jest wyspa Barataria.

Po niespełna dwóch tygodniach Sancho Pansa przestanie być gubernatorem. Na jego włodarstwo z hałasem ogromnym trąb i bębnów napadnie wróg, Sancho, tchórz zakamieniały, nie stanie do walki,  mieszkańcy sami się obronią, a on wyciągnie z tego zdarzenia naukę i sam złoży urząd. Nie lubię Don Kichota, czytałam go raz i mimo usilnych prób nigdy mi się nie udało ponownie przebrnąć przez tę absurdalną księgę, nie pamiętałam więc nawet o tym epizodzie, gdzie Sancho Pansa pojawia się jako niezależny bohater, nie zaś jako giermek swojego pana. Barataria to utopia, kolejna nieistniejąca wyspa na mapie kultury europejskiej, Nowa Atlantyda. Cervantes, podobnie zresztą jak Platon, używa tej opowieści, żeby pouczyć czytelnika o tym, jak powinno funkcjonować nowoczesne państwo i jakie są zadania dobrego władcy. Zanim Pansa odjedzie na placówkę Don Kichot spędzi z nim długi czas, pouczając go o jego zadaniach.

Niech łzy ubogich zawsze wzbudzają w tobie współczucie, ale i dla bogatych bądź sprawiedliwym. Szukaj prawdy, nie zważając na obietnice i podarunki możnych, ani na łzy i prośby ubogich, bo i jedni, i drudzy oszukać mogą. Gdy będziesz sądził występnych, nie trzymaj się ściśle surowości prawa i jeżeli można bez obrażenia sprawiedliwości, ku miłosierdziu nakłoń ucho.

Jeżeli nieprzyjaciel stanie pod twoim sądem, wyrzuć z serca wszelką urazę do niego i w ścisłej sprawiedliwości osądź jego postępki.

Jeżeli piękna kobieta przyjdzie wymagać sprawiedliwości twojej, nie daj się podejść; zamknij oczy i zatkaj uszy, nie na twarz jej, ale na słuszność sprawy uważaj.

I tak dalej… Sensowne etyczne pouczenia dla władcy, które i dziś mogłyby śmiało znaleźć zastosowanie.

Barataria, podobnie jak jej pierwowzór, nie przechodzi do rejestrów jako li tylko kolejne miejsce literackiego żartu, lecz wciąż na nowo powraca.

***
Lipka nader postmodernistycznie traktuje wartości kultury europejskiej. Bacha przywołuje wprawdzie z imienia jako niedoścignionego mistrza muzyki, ale o Cervantesie i jego Sancho Pansie (póki co) nawet nie wspomni. Jak, Czytelniku, nie wiesz, no to trudno.  Chcesz, to szukaj… Autor zdecydowanie wyprzedził swój czas, wtedy w Polsce nikomu jeszcze nie przychodziło do głowy, żeby kazać czytelnikowi szukać, badać i dociekać… We wczesnych latach 90, kiedy powieść powstawała, nikt nie liczył się jeszcze z tym, co z naszym dostępem do wiedzy uczyni internet.

Podzielę się tu z Czytelnikami pewną myślą. Otóż jestem zdania, że gdyby autor Pensjonatu Barataria żył w Anglii albo we Francji, albo gdyby nagle literatura polska zyskała sobie taką renomę w świecie, jaka w latach 60 przypadła w udziale literaturze latynoamerykańskiej, Lipka byłby sławny jak Marquez, a tak, obawiam się, nikt go nawet nie czyta. Zawsze miałam wrażenie, że jestem jedyną osobą na świecie, która zna jego książki (choć niestety nie wszystkie). Dopiero teraz, przygotowując ten wpis, znalazłam w jakimś przez nikogo nie czytanym kwartalniku czy roczniku z lat 90 esej Zbigniewa Bieńkowskiego o kondycji współczesnej literatury. Bieńkowski dzieli w nim literaturę na reakcyjną i kreacyjną (nie należy jednak przykładać do tych wyrazów znaczeń politycznych) i pisze:

Zakończę te uwagi dwoma konkretnymi przykładami dzieł, które model kreacyjny litera­tury realizują. Trafiłem na dwie książki wybitne, które mnie olśniły czystością intencji, nie­zależnością i absolutnym antyoportunizmem myślenia. Książki niepodobne, z odmiennych dziedzin i dyscyplin. Pierwsza z nich to powieść Krzysztofa Lipki „Pensjonat Barataria”. Powieść jest imponującym odwróceniem się od reaktywności. Jest hymnem egzaltującym miłość i muzykę. Bohaterem powieści jest Bachowska szakona odmieniająca swoją melo­dyką ludzkie losy. Rzecz dzieje się w izolacji od jakiejkolwiek rzeczywistości, w pensjonacie, który nosi imię wyspy, jaką Sanczo Pansa władał przez 10 dni – Barataria. Życie toczy się tu indywidualnym rytmem. Nikt przez okno nie wygląda, by sprawdzić, czy świat istnieje. Książkę Krzysztofa Lipki odebrałem jako wyzwanie rzucone oczywistości. Wnętrze ludzkie­go wzruszenia zbuntowane przeciwko rygorowi zewnętrzności.
(…) W świecie posttotalitaryzmu nareszcie i literatura ma prawo być sobą.
XXX

dr hab. Krzysztof Lipka

Fot. Jerzy Wojciechowski

Krzysztof Lipka – muzykolog, historyk sztuki, filozof, pisarz, poeta. W latach 1975–2001 redaktor w Polskim Radiu (liczne nagrody, w tym „Złoty Mikrofon”, 1992); do 2016 zatrudniony na stanowisku prof. Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Autor kilkunastu książek, w tym wiersze (Usta i kamień, 1992, Elegie moszczenickie, 2000, Kasztanów Dwadzieścia, 2003), opowiadania (Wariacje z fletem, 1989, Technika własna, 2007), powieści (Pensjonat Barataria, 1993, Wszystko przez Schuberta, 2001, Nóż na gardle, 2012), eseje (Słyszalny krajobraz, 2003, Miasta i klucze, 2005), baśń dla dzieci (Laura na Zamku Godzin, 2012).

Ostatnie trzy książki wydane przez Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina poświęcone są filozofii sztuki, głównie muzyki (Utopia urzeczywistniona. Metafizyczne podłoże treści dzieła muzycznego, 2009, Pejzaż nadziei. Historyczny rozwój muzyki jako proces o charakterze teleologicznym, 2010, Entropia kultury. Sztuka w ponowoczesnej pułapce, 2013).

Ciąg dalszy za-niedługo, a potem nie wiadomo jak długo

Remail z Wydawnictwa Literackiego

Nie wiem, czy istnieje takie słowo, ale skoro jest reblog czyli skopiowany wpis z czyjegoś bloga, to może powinno być też słowo na wiadomość, która przyszła na skrzynkę mailową, a którą tym razem koniecznie muszę zaprezentować. Robię to po raz pierwszy. Każdy bloger otrzymuje z wydawnictw zapowiedzi, niekiedy może coś sobie zamówić jako egzemplarz recenzyjny. Czytam sobie takie maile, czasem zainteresuje mnie jakaś pozycja, czasem dostaję ją, czytam, piszę, zapominam. Tym razem jednak z Wydawnictwa Literackiego w Krakowie przyszła na początek roku tak piękna lista zapowiedzi wydawniczych, że można ją w całości potraktować jako listę lektur na zimę 2017.  Napisałam do redakcji i musiałam się siłą hamować, żeby nie zamówić wszystkiego. Pomyślałam, że podzielę się z Wami tą noworoczną przyjemnością:

naglowek_aa439b069e_gif

Richard Flanagan • Pragnienie
przeł. Maciej Świerkocki
12 stycznia

Wspaniała i poruszająca opowieść o ambicji, pożądaniu i tęsknocie, które czynią nas ludźmi – pióra Richarda Flanagana, laureata Nagrody Bookera.

Jest rok 1841. W odległej kolonii karnej na Ziemi Van Diemena bosa aborygenka pozuje do portretu w sukni z czerwonego jedwabiu. Ma na imię Mathinna i jest przybraną córką gubernatora wyspy, Sir Johna Franklina oraz jego żony, Lady Jane. Jest też obiektem cywilizacyjnego eksperymentu, który ma wykazać, czy wiedza, chrześcijaństwo i rozum mogą być narzucone barbarzyństwu, instynktowi oraz pożądaniu. Kilka lat później, gdzieś na Arktyce, ginie Sir John Franklin wraz załogą i dwoma statkami podczas ekspedycji, której celem ma być odkrycie mitycznego Przejścia Północno-Zachodniego, drogi morskiej z Europy do wschodniej Azji wiodącej przez Archipelag Arktyczny. Anglia jest wstrząśnięta podawanymi przez ekipę poszukiwawczą doniesieniami o przypadkach kanibalizmu, a dla najsłynniejszego pisarza tych czasów, Karola Dickensa, losy Franklina stają się lupą, przez którą przygląda się lodowatym głębinom własnego życia.

Anne-France Dautheville • Sekrety roślin (tyt. roboczy)
przeł. Andrzej Stańczyk
16 marca

Przechadzka po świecie pełnym roślin, liści i gałęzi. Fascynujące sekrety wszystkiego, co zielone.

Na powierzchni Ziemi i do głębokości pół metra pod powierzchnią wody żyje od 350 tysięcy do 400 tysięcy gatunków grzybów, porostów, glonów i roślin. Ich sekrety są zadziwiające. Irys, na przykład, potrafi przestraszyć nawet… bizona. Zazdrosny koper włoski nie lubi sąsiedztwa innych gatunków – gdy tylko wyczuje intruza, wypuszcza substancje, które spowolnią jego rozwój. Kwiaty wydzwaniają godziny. Rośliny mówią, słuchają i wcale nie są unieruchomione w swoim podłożu. Porozumiewają się, wydając sygnały dźwiękowe pod ziemią, podobnie jak delfiny w morzu. Gdy do nich mówimy, rosną szybciej. I lubią dalekie podróże! Widliczka, zwana różą jerychońską, wprawiana w ruch podmuchem wiatru, toczy się dziesiątki kilometrów, zanim zapuści korzenie.

Anne-France Dautheville, która zainteresowała się światem roślin, pielęgnując własny ogród, zebrała w tej książce ponad 200 faktów z życia flory. Zaskakujących, zabawnych, a czasem przyprawiających nawet o dreszcze. Kto by podejrzewał, że listki, płatki, nasiona i korzonki kryją aż tyle tajemnic?

Morten Strøksnes • Księga morza czyli jak złowić rekina giganta z małego pontonu na wielkim oceanie o każdej porze roku
przeł. Maria Gołębiewska-Bijak
16 marca

Przez fiordy na otwarte morze. Bestseller z Norwegii o przyrodzie, która nie przestaje nas zachwycać i stawiać przed nami wyzwania oraz drzemiącej w nas tęsknocie za wielką przygodą.

Śmiała wyprawa, szaleńczy pomysł, wielkie wyzwanie, groźny żywioł i piękna natura. Dwójka przyjaciół – Morten i Hugo – pakuje sprzęt, wsiada do małego pontonu i wyrusza w misję, która ciągnąć się będzie przez cały rok, w tempie zmieniających się pór roku. Jaka to misja?

W głębinach morskich w pobliżu Archipelagu Lofoty, uznawanego za jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie, żyje wielki rekin polarny. Dorasta do 8 metrów długości, waży ponad tonę i dożywa pięciuset lat. Jego mięso zawiera toksyny, przyprawiające ludzi o halucynacje. Morten i Hugo postanawiają na niego zapolować.

Zarzucając przynęty, walcząc ze sztormem, mijając mielizny i szkiery, rozmawiają o życiu, polowaniu, ucieczce od cywilizacji i morzu – jego tajemnicach, niezwykłości, istotach zamieszkujących głębiny. I owszem, nie stronią też od alkoholu.

Ten arcyciekawy reportaż o morzu, pełen odniesień do historii, literatury, sztuki, mitologii, ekologii czy życiowych mądrości prostych rybaków jest zarazem książką, która pozwala nam uciec na chwilę od cywilizacji i zaspokoić dziecięce marzenie o wielkiej przygodzie. Jej literackie wartości doceniono, przyznając autorowi Nagrodę Bragego i Nagrodę Krytyków.

Kazuki Sakuraba• Czerwone dziewczyny
przeł. Łukasz Małecki
kwiecień

Trzy kobiety, trzy historie, trzy epoki. Epicka, wielowątkowa opowieść o trzech pokoleniach rodziny Akakucziba, barwny portret Japonii od 1945 roku po czasy współczesne i mroczna zagadka pewnego morderstwa.

Manyo. Babka. Jasnowidzka, pochodzi z tajemniczego ludu zamieszkującego góry. Porzucona jako małe dziecko przez rodziców i przygarnięta przez obcą rodzinę, przez całe życie  będzie inna, odmienna. Zachowa jednak wrodzoną pogodę ducha i życzliwość. Wyjdzie za mąż za syna miejscowych bogaczy, właścicieli ogromnej huty.

Kemaris. Jej córka. Nieprzewidywalna, wiecznie zbuntowana, żywiołowa. Będąc nastolatką została szefem gangu motocyklowego, potem zainteresowała się komiksami manga i jako ich autorka odniosła w Japonii sukces. Artystka, która nie umie dać miłości swemu dziecku, a mężczyzn wybiera wyłącznie szpetnych.

Toko, najmłodsza bohaterka tej sagi. Córka i wnuczka tak nieprzeciętnych kobiet jak Kemaris i Manyo jest zupełnie zwyczajna. To jej historia. A także historia śledztwa, które poprowadzi, gdy babka na łożu śmierci wyzna jej, że jest morderczynią. Kogo zabiła, dlaczego i w jakich okolicznościach – tego Toko będzie chciała się dowiedzieć.

Ta wielowątkowa saga, osadzona w realiach odległej prowincji, gdzie wciąż rządzą matriarchat i więzy krwi, jest też mistrzowskim portretem wielorodnej kultury Japonii, w której szczątki zmarłych powierza się górom, ogniowi, wiatrowi i drzewom, a jednocześnie chłonie się nowoczesność. Wspaniały epicki fresk, jednocześnie realistyczny i zanurzony w atmosferę baśni i legendy spod znaku realizmu magicznego.

Nedim Gürsel • Opowieść o Mehmedzie Zdobywcy
przeł. Piotr Kawulok
kwiecień

„Wybitna turecka powieść postmodernistyczna” według Encyklopedii Britannica. Popis prozatorski pisarza cenzurowanego przez władze Turcji.

1453 rok, Mehmed II zdobywa Konstantynopol, kończąc trwającą dziesiątki lat walkę o stolicę Bizancjum. Mityczne miasto łączące Azję i Europę, Wschód i Zachód padło u jego stóp.

Współczesny pisarz, który zaszył się w starej osmańskiej rezydencji naprzeciw twierdzy wzniesionej nad Bosforem przez sułtana zdobywcę, mobilizuje cały swój talent prozatorski, by na stronach swojej powieści ożywić barwną postać władcy „czującego w sercu boskie natchnienie”, aczkolwiek niezbyt świętego,, aczkolwiek niezbyt świętego oraz czas, w jakim żył i wychwycić każdy z przejawów wpływu upadku Konstantynopola na naszą współczesność. Jednakże tu w życie „kronikarza” Mehmeda II Zdobywcy wkracza pewna młoda kobieta i ten romansowy wątek zakłóca jego pracę.

Rozlewna, odmalowana z wielką dbałością o szczegół, epicka i liryczna zarazem, historyczna i współczesna powieść Nedima Gürsela jest najpiękniejszym oknem na Turcję dawną i dzisiejszą, a przede wszystkim na Stambuł, miasto o wielkiej historii i niezwykłej urodzie.

Andrea de la Barre de Nanteuil, Lovisa Brufitt • Historia Mademoiselle Oiseau (tyt. roboczy)
przeł. Maria Jaszczurowska
maj

Pięknie ilustrowana opowieść o przyjaźni, marzeniach, dorastaniu i bajkowej paryskiej modzie.

Aleja Minionych Czasów. Serce Paryża. To tutaj, na ostatnim piętrze starej kamienicy mieszka elegancka i bardzo osobliwa Mademoiselle Oiseau. Ile ma lat? Nie pytajcie, tego nie wie nikt. Prawdę mówiąc, sąsiedzi z rzadka tylko widują ją na balkonie, gdzie wystrojona w perłowy naszyjnik pokazuje się w towarzystwie swoich kotów i ptaszków. Piętro niżej mieszka dziewięcioletnia Isabella, dziewczynka tak zwyczajna, że aż niewidzialna. Tak, nikt jej nie dostrzega, nikt z nią nie rozmawia, nie chce się z nią bawić. Pewnego dnia po powrocie ze szkoły Isabella naciska zły guzik windy i przez pomyłkę wjeżdża do mieszkania panny Oiseau… Tak zaczyna się historia pewnej niezwykłej, pełnej magii i przygód, przyjaźni.

Richard Flanagan • Śmierć rzecznego przewodnika
przeł. Maciej Świerkocki
czerwiec

„Nie dająca spokoju, ambitna” zdaniem recenzenta z „The New York Times”. „Osiągnięcie godne uwagi” według „The Washington Post”. Richard Flanagan w kolejnej zachwycającej odsłonie.

Uwięziony przez prąd tasmańskiej rzeki, wciągnięty pod sam wodospad, Aljaz Cosini, przewodnik turystycznej wyprawy, tonie. Ostatnie chwile życia  stają się dla niego rodzajem mistycznej podróży w głąb własnego życia oraz życia przodków. Przed oczami Aljaza przetaczają się obrazy z przeszłości. Widzi, jak jego ojciec Harry jako mały chłopiec grzebie swojego ojca pod drzewem gumowym, które wnet rozkwitnie tysiącem żółtych kwiatów. Jak wuj Reg sprzedaje zęby, by spłacić dom. Jak prababka ucieka przed złym duchem, a pijany łowca fok gwałci na plaży Aborygenkę zwaną Czarną Perłą. Widzi piękną twarz kobiety, którą kochał… W podwodnym świecie, który odbiera Aljazowi ostatni oddech, rodzinna wizja złożona z okruchów aborygeńskich, celtyckich, włoskich, angielskich, chińskich i wschodnioeuropejskich opowieści przeistacza się w bezdenną historię Tasmanii.

Z cyklu: losy książek

Ewa Maria Slaska

Książki z mojej biblioteki

Moja biblioteka ma to do siebie, że mimo najstaranniejszej selekcji i usuwania zbędnych książek, tych przeczytanych (tylko raz i nigdy więcej!) i tych nie przeczytanych, wciąż rośnie. Gdy się wyprowadzałam z poprzedniego, dużego, mieszkania do tego, gdzie obecnie mieszkam, a które jest o połowę mniejsze, oddałam zgodnie z zasadami matematyki stosowanej połowę książek. Poszły do znajomych i przyjaciół, a resztę – wraz z połową regałów Billy – zabrał samochód dostawczy instytucji, która nazywa się Büchertisch czyli po prostu Stół z Książkami, i która te książki rozdaje w różnych miejscach, gdzie godne to jest i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, żeby rozdawać książki za darmo, na przykład w szpitalach, biurach opieki społecznej, szkołach… Tę pozostałą przy mnie połowę książek przywiozłam do nowego mieszkania, gdzie okazało się, że zastosowałam złą matematykę, nieważne czy stosowaną czy nie, i połowę książek musiałam wstawić w kartonach do piwnicy. Nie umiałam na bieżąco ocenić, które kartony wnosić na czwarte piętro, a które znosić do piwnicy, i dziś nie wiem nawet, co tam mam. Zresztą gdy patrzę na półki domowej biblioteczki, to przyznaję, że i tu nie do końca wiem, co mam.

2berlinskieksiazkimamaWiem tylko, że na samej górze stoją stare książki, kupowane przez moich rodziców za grosze tuż po wojnie. Bo książki wtedy kosztowały grosze, co było częścią peerelowskiego programu oświatowego. Ich charakterystyczną cechą jest dziś kolor, po 70 czy 60 latach wszystkie są szarobure. Chyba nigdy do nich nie sięgam, a mimo to nie miałabym serca, żeby je wyrzucić. Moi młodzi rodzice, biedni jak myszy kościelne, odejmowali sobie od ust, żeby je kupić, bo nawet jeśli kosztowały grosze, to jednak kosztowały…2berlinskieksiazki-mamatata

 

Mam natomiast w biblioteczce coraz więcej książek “z historią” i coraz bardziej je cenię. Pisałam już kilkakrotnie o takich książkach, o uratowanych z płomieni Kamieniach na szaniec, czy o znalezionych na ulicy kartkach książek, które potem kupiłam, jak Verdammt starke Liebe Lutza van Dijka czy Die Stadt hinter dem Strom Hermanna Kassacka.

Dziś kolejne dwie takie książki. BUtterfield 8 Johna O’Hary przyniosłam kilka dni temu z Büchertisch w Ratuszu Kreuzberg, Milczenie morza Vercorsa “znalazła” na półce w mieszkaniu naszych dzieci (regał Billy, a jakże) moja “współteściowa”. Dla wyjaśnienia zapis tytułu BUtterfield nie jest literówką, tak od 16 grudnia 1930 roku zapisywano numery centralne urzędów w Nowym Jorku. Numer składał się z nazwy dzielnicy, w której dwie pierwsze litery pisane były jako wielkie, oraz kolejnego numeru; w przedwojennej Warszawie byłby to więc np. MOkotów 21 dla Szkoły Głównej Handlowej).
X
ohara-vercors

BUtterfield zainteresował mnie ze względu na amerykańskie pieczątki na frontyspisie. Lonia czyli artystka-plastyk Longina Poterek, mama mojej synowej, przyjechała na święta do Berlina, wyjęła z półki pierwszą lepszą książkę i zobaczyła na stronie tytułowej podpis właściciela – człowieka, którego znała.

Obie książki były czyjąś własnością i właściciel tę własność wyraźnie zaznaczył.

2berlinskieksiazkifronty O’Hara został wydany w roku 1935, Vercors w 1956. 

John O’Hara należał do biblioteki wojsk amerykańskich Army Library w Garlstedt, potem do  biblioteki naukowej w Poczdamie (Wiss. Allgemeinebibliothek), następnie do Biblioteki Miejskiej i Krajowej, przy czym chodzi o kraj związkowy czyli tzw Land Brandenburgia (SLB – Stadt- und Landesbibliothek Potsdam), gdzie wchodził w skład księgozbioru Amerika-Bibliothek.  Kiedyś go “wysortowano” czyli usunięto, co zaświadcza kolejna pieczątka, jednak nie ma tam daty, kiedy tego dokonano.

Garlstedt to miasto w Dolnej Saksonii, gdzie w latach 70 zbudowano garnizon dla 200 żołnierzy okupacyjnej armii amerykańskiej (na fotografii powyżej). Dla tych, którzy są za młodzi, żeby pamiętać: Niemcy do roku 1992 znajdowały się pod okupacją aliantów, czyli wojsk, które zwyciężyły w II wojnie światowej: USA, Wielkiej Brytanii, Francji i Związku Radzieckiego. Na terenie sowieckiej strefy okupacyjnej powstało państwo zwane NRD, pozostałe trzy strefy utworzyły RFN. W wojsku amerykańskim w Niemczech służył w latach 1958-1960 Elvis Presley, już jako znany muzyk. Tu poznał swoją pierwszą żonę, Priscillę, z którą wziął ślub w roku 1967.

Okupacja obejmowała oczywiście również Berlin. Gdy przyjechałam w roku 1985 do Berlina, mieszkałam najpierw w strefie francuskiej, a potem angielskiej. Teoretycznie wciąż jeszcze obowiązywała w tym mieście godzina policyjna – była “zawieszona”, ale bez trudu można ją było w każdej chwili “odwiesić”. Teoretycznie musieliśmy zawsze mieć przy sobie paszport, dowód lub inny dokument ze zdjęciem. Zanim wolno było człowiekowi złożyć podanie o azyl polityczny, trzeba było całkiem praktycznie i zgoła nie teoretycznie, udać się na przesłuchania do aliantów.

***

Właścicielem Milczenia morza był najpierw Fr(anciszek) Burkiewicz, który nabył tę książkę od razu w roku wydania i zapisał to pod zamaszystym podpisem. Podpis jest wykonany atramentem, który rozlewa się na miękkim peerelowskim papierze. W roku 1989 książkę nabyła w antykwariacie B. Kozica, która przekreśliła ołówkiem podpis Burkiewicza i sama się podpisała, też dodając rok nabycia.

Ciekawe, że Burkiewicz, poznański grafik, autor exlibrisów, tej książki nie oznakował exlibrisem, tylko ją podpisał. Znałam go, powiedziała Lonia podczas noworocznej partyjki scrabble’a, nie osobiście, ale często go widywałam w klubie ZPAP (Związku Polskich Artystów Plastyków) na Starym Rynku.  Był w wieku moich profesorów licealnych. Zawsze w jasnopopielatym garniturze i białej koszuli. Schludny, nienaganny.

Internet pozwala uzupełnić te informacje i wtedy dowiaduję się, że związany z Poznaniem Burkiewicz urodził się w Berlinie! Przyjechał do Poznania jako dziecko w roku 1920.

Była to więc zapewne rodzina tzw. optantów. Po I wojnie światowej rodziny polskie w Niemczech podobnie jak rodziny niemieckie w Polsce uzyskały tzw. opcję wyboru obywatelstwa i miejsca zamieszkania. W ściśle określonym czasie – teoretycznie zgodnie z Traktatem Wersalskim w dniach od 10 stycznia 1920 roku do 10 stycznia 1922 roku (w praktyce bywało różnie) – rodziny polskie mogły się zadeklarować jako polskie i powrócić do wyzwolonej ojczyzny, lub też wybrać opcję niemiecką i pozostać w Niemczech. Anna Poniatowska, badaczka dziejów Polaków w Berlinie, pisze, że ok. 10% Polaków w Berlinie wybrało opcję polską.
Często było tak, że część rodziny wyjeżdżała do Polski, część zostawała.

Franciszek Burkiewicz urodził się w roku 1910, zmarł w roku 2002. W latach 1925-1930 pobierał nauki w Państwowym Seminarium Nauczycielskim im. E. Estkowskiego, studiował w Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Poznaniu, gdzie w roku 1935 uzyskał absolutorium na Wydziale Grafiki u prof. J. Wronieckiego. Studia kontynuował na Akademii Sztuk Pieknych w Warszawie (absolutorium 1939 r., dyplom w 1947 r.)

Patrzę na te daty i myślę, że mógł się znać z Mamą, która zaczęła studia na ASP w Warszawie w roku 1945. W końcu oboje studiowali grafikę.

Podczas studiów był stypendystą Funduszu Kultury Narodowej Prezydium Rady Ministrów (1936-1939). W czasie wojny pracował w „Deutsche Reichsbahn”, po wojnie powrócił do pracy w zawodzie. Na PWSSP wykładał liternictwo, grafikę użytkową, drzeworyt i rysunek. W latach 1963-1965 był dyrektorem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych. Po roku 1965 był już tylko grafikiem uprawiającym wolny zawód, udzielał się jednak czynnie w ZPAP. (Jak Mama, myślę, która nigdy nie pracowała na etacie, ale działała w Oddziale Gdańskim Związku, w sekcji grafiki). Burkiewicz brał udział w 377 wystawach w Polsce i na świecie, w tym 45 indywidualnych; otrzymał ponad 40 nagród i wyróżnień. Uprawiał drzeworyt, linoryt i rysunek. Był pejzażystą, pod koniec życia uprawiał fantastykę i abstrakcję. Przedstawia życie w wodach i dolinach aż po góry i dalekie horyzonty pełne chmur i powietrza. Wszystko przenika dziwnym światłem, dającym atmosferę niesamowitości i tajemnicy, pisze krytyk Jan Mulczyński. Stosuje monotypie, które powstałe na zasadzie przypadku i dowolnego wyboru stanowią pretekst do budowania nowych jakości między bielą i czernią. Z monotypii wyrastają często pierwsze kształty, najpierw abstrakcyjne, dalej przechodzące w bardziej realne, by znowu zerwać z nimi i kontynuować abstrakcyjny wątek; najczęściej zlewają się z rysunkiem w jednolitą całość.

***

Tyle na dziś o tych dwóch książkach. Można by jeszcze mnóstwo o nich opowiedzieć,  a zwłaszcza o ich autorach. A zwłaszcza o Vercorsie. Obie powieści właśnie (jednocześnie) czytam, jedną po angielsku, drugą po polsku. Obie należą do kanonu obowiązkowej literatury światowej. Obie są świetne. Polecam.

Cytaty i kompilacje

Lech Milewski

…notuję równomierny postęp powieści, która w połowie lipca urosła już do XXXVII, Fitelbergowskiego, rozdziału czy też do materiałów w tym celu zebranych. Postać tego międzynarodowego agenta i symboliczna scena kuszenia samotnika przez “świat” były przewidziane już od dawna… Nie dostawało mi jedynie samej postaci, nie potrafiłem jej jeszcze wyraźnie sobie wyobrazić, lecz i pod tym wzgledem udzielono mi pomocy… pewnego dnia przy porannej kawie w mojej sypialni opowiedziałem mojej żonie o tym drobnym, a przecież uciążliwym kłopocie, przypominajacym mi dawne czasy w Bozen, kiedy nie wiedziałem, w jaki sposób uczynić z Mynheer Peeperkorna malowniczą postać – ona zaś znalazła radę. – Coś w tym rodzaju mam przecież pod ręką, trzeba tylko, abym sobie przypomniał w ogólnych zarysach naszego starego znajomego w Nowym Jorku, pana S.C., który działał dawniej w Paryżu jako agent literacki i teatralny… Oczywiście – to był on.

Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus – Czytelnik 1962.

W licznych źródłach znajduję krzepiącą dla mnie informację, że Tomasz Mann miał duże trudności w wymyśleniu oryginalnej fabuły. Rzeczywiście – Buddenbrookowie to historia własnej rodziny, Czarodziejska Góra oparta jest na własnym doświadczeniu autora kiedy to odwiedził żonę w sanatorium dr Jessena w Davos, przeziębił się a przedsiębiorczy doktor zasugerował 6-miesięczny pobyt, Józef i jego bracia to oczywiście Biblia, Doktor Faustus – wiadomo.
Wiadomość dla mnie krzepiąca gdyż większość moich wpisów na tym blogu to kompilacje z różnych źródeł.

Najpierw więc Mynheer Peeperkorn…

G. Hauptmann

Zaczynał mówić głosem dość cichym:
– Moi państwo… W porządku. Wszystko w porządku. Skoń-czone. Proszę jednakowoż wziąć pod uwagę – i nie zapominać, że… Ale nie mówmy już o tym. Tamto leży mi tak dalece na sercu, jak przede wszystkim to, że jesteśmy zobowiązani – że kategorycznym wymaganiem – powtarzam i podkreślam to wyraźnie – kategorycznym wymaganiem nam stawianym… Nie! Nie, moi państwo, nie tak! Nie, jakobym chciał… W błędzie byłby ten, kto by myślał, że ja… Skoń-czone, moi państwo! Zupełnie skończone. Wiem, że jesteśmy przecież tego samego zdania, a więc: do rzeczy!

Ostatecznie nic nie powiedział, ale głowę miał tak niepospolitą, mimikę i gestykulację tak stanowczą, przejmujacą i pełną wyrazu, że wszystkim, a nawet nasłuchującemu Hansowi Castorpowi, wydawało się, iż słyszą coś niezmiernie ważnego, lub też, jeśli nawet uświadamiali sobie brak rzeczowego, skończonego oświadczenia, nie czuli się jednak zawiedzeni.

Tomasz Mann – Czarodziejska Góra.

Znajomi Tomasza Manna, którzy pierwsi przeczytali Czarodziejską Górę od razu zapytali autora – czy powiadomiłeś o tym Gerharda Hauptmanna (na zdjęciu)?
Nie powiadomił, według niego podobieństwo było przypadkowe i bardzo fragmentaryczne. Gerhard Hauptmann był innego zdania – obraził się śmiertelnie i chyba przez dwa lata obaj nobliści ze sobą nie rozmawiali.

Oceńcie państwo sami. Oto jak Tomasz Mann wspomina prawdziwego Gerharda Hauptmanna:
Byliśmy przyjaciółmi, lecz zawsze pozostawaliśmy w oficjalnych stosunkach. Najbardziej osobliwy i zabawny moment naszej znajomości był ten, kiedy przyszło mu do głowy zaproponować mi “tykanie się” – i kiedy jednak potem z tego się wycofał. Wypił wtedy już trochę i nagle zaczął: “A więc… Niechże pan słucha!… Dobrze!… Jesteśmy przecież braćmi, prawda?… Czy nie powinniśmy zatem… Zapewne… Ale dajmy temu spokój!”

Tomasz Mann – Jak powstał Doktor Faustus – Czytelnik 1962.

Jeszcze jedno. W Doktorze Faustusie Tomasz Mann przypisał bohaterowi książki, Adrianowi Leverkühnowi, wymyślenie nowego systemu kompozycji. Był to dokładny opis systemu dwunastotonowego wynalezionego przez Arnolda Schönberga w 1921 roku.
Alma Mahler, która poznała ten fragment książki przed jej publikacją, ostrzegła autora – powinien pan uzgodnić to z kompozytorem. Tomasz Mann znowu zbagatelizował ostrzeżenie. Niesłusznie. Schönberg bardzo poważnie się obraził i rozważał skierowanie sprawy do sądu, obawiając się, chyba słusznie, że dzieło Tomasza Manna zyska znacznie większą popularność niż jego muzyka i jego autorstwo systemu dwunastotonowego może być zapomniane. Ostatecznie uznał, że lepiej obrócić całą sprawę w żart i opublikował krótki esej, w którym opisał, jak to wpadł na pomysł dodekafonii dzięki radom bohatera książki, która nie została jeszcze napisana.
W angielskim (i polskim) wydaniu Doktora Faustusa umieszczono napisane przez Tomasza Manna wyjaśnienie genezy dodekafonii.

Po tych wszystkich wstępach przejdźmy wreszcie do XXXVII, fitelbergowskiego, rozdziału…

Na próg wyszła na nasze spotkanie pani Schweigestill z wizytówką w ręce, przemawiając ściszonym z przerażenia głosem. Zakomunikowała nam, ze przyjechał jakiś “człek światowy” – a określenie to wypowiedziane szeptem jako pospieszny opis kogoś kto właśnie wszedł do domu, wydało mi się dziwacznie upiorne i sybilliczne. Może dla wyjaśnienia tego pretensjonalnego epitetu nazwała pani Elza czekającego na nas przybysza “cudakiem”. Nazwał ją “szer madam”, a potem “petite maman”, a Klementynę uszczypnął w policzek…
Z nieufną miną obejrzeliśmy wizytówkę, udzielającą wszelkich potrzebnych informacji o jej właścicielu. “Saul Fitelberg, Arrangements musicaux. Representant de nombreux artistes prominents”
Był to tłusty człowiek lat około czterdziestu, bez brzuszka, ale tłusty i miękkich kształtów, o białych pulchnych rękach, gładko wygolony, krągłolicy, z podwójnym podbródkiem, mocno zarysowanymi, łukowatymi brwiami i wesołymi migdałowymi oczami, pełnymi śródziemnomorskiego blasku zza rogowych okularów…
Epitet, jakim go obdarzyła matka Schweigestill, usprawiedliwiała pogodna beztroska jego sposobu bycia, owa przyjemna lekkość, właściwa zarówno jego szybkiemu, z lekka niewyraźnemu, zawsze dość wysokiemu, w dyszkant niekiedy przechodzącemu głosowi, jak i całej osobie, stanowiąc pewien kontrast z jego otyłością, lecz także jakoś harmonijnie się z nią łącząc. Lekkość tę, która weszła mu w krew, nazywam przyjemną, ponieważ istotnie napawała obecnych komicznie uspokajającym uczuciem, że całkiem zbytecznie traktują życie ze śmiertelną powagą. Jakby chciała wyrazić zawsze: “A czemuż by nie? No i co dalej? To nic nie znaczy! Bądźmy zadowoleni!” I człowiek mimo woli usiłował poddać się temu nastrojowi.

– Maître – powiedział – rozumiem całkowicie, jak bardzo musi być pan przywiązany do tej stylowej samotni, którą sobie pan obrał za mieszkanie – o, widziałem już wszystko, wzgórze, jezioro, wieś kościelną, et puis, cette maison pleine de dignité avec son hotesse maternelle et vigourese. Madama Schweige-still! Mais ça veut dire: Je sais me taire. Silence, silence! Comme c’est charmant!
Jak długo pan już tu mieszka? Dziesięć lat? Bez przerwy? Prawie bez przerwy? C’est ètonnant! O, całkiem zrozumiałe! A jednak, figurez-vous, przyjechałem, aby pana porwać, uwieść i namówić do chwilowej niewierności, unieść pana w przestworza na latającym dywanie i ukazać panu bogactwa i wspaniałości tego świata, więcej nawet: złożyć je panu do stóp… Niechże pan wybaczy mój pompatyczny styl! Jest on istotnie ridiculement exagèrè, zwłaszcza co się tyczy “wspaniałości”. W istocie nic to wielkiego – nic właściwie osobliwego w owych wspaniałościach, – stwierdzam to będąc przecież sam dzieckiem prostych ludzi wywodzących się z nader skromnych, żeby nie rzec nędznych warunków, – mianowicie z Lublina, z centrum Polski, z naprawdę ubogiej żydowskiej rodziny, – bo trzeba panu wiedzieć, że jestem Żydem – Fitelberg to wyraźnie liche, polsko-niemiecko-żydowskie nazwisko, tylko że uczyniłem je nazwiskiem cenionego bojownika awangardowej kultury i, chyba wolno mi to powiedzieć, przyjaciela wielkich artystów. A przyczyną tego jest, że od młodości dążyłem ku temu co wyższe, artystyczne, zajmujące – ku nowemu przede wszystkim, które jest jeszcze czymś skandalicznym, lecz godnym szacunku i pełnym widoków na przyszłość skandalem, który już jutro stanie się czymś najwyżej opłacanym, wielką modą, sztuką. A qui le dis-je? Au commencement etait le scandale. (…)
Proszę panów, straszliwie odbiegłem od tematu. Ale znaczy to: odbiegłem od mego zamiaru. Niechże panowie zechcą gadatliwość moją przypisać temu, że zrezygnowałem z planu, ktory mnie tu sprowadził! Przekonałem się, że plan ten jest niewykonalny. Pan, maître, nie wstąpi na mój czarodziejski dywan. Nie wprowadzę pana w świat jako pański manager. Odmawia pan, a to powinno być dla mnie większym rozczarowaniem, niż jest w istocie. Sincerement, zadaje sobie pytanie czy nim jest w ogóle. (…)
Zapewne pan nie wie, maître, jak bardzo niemiecka jest ta pańska répugnance, która, jeśli mi pan pozwoli przemówić jako psycholog, w sposób charakterystyczny składa się z dumy i poczucia niższości, z pogardy i lęku, – która, rzec chciałbym, jest pewnego rodzaju ressentiment powagi wobec światowych salonów. No cóż, ja jestem Żydem, trzeba panu wiedzieć – Fitelberg to uderzająco żydowskie nazwisko. Mam we krwi Stary Testament, a to sprawa nie mniej poważna od niemieckości, – i w gruncie rzeczy nikłe stwarzająca dyspozycje dla sfery valse brillante. Wprawdzie istnieje niemiecki przesąd, że na zewnatrz egzystuje jedynie valse brillante, a powaga wyłącznie w Niemczech. A jednak, jako Żyd, jest się w zasadzie sceptycznie usposobionym do świata, a przychylnie do Niemiec, oczywiście pod groźbą narażenia się na kopniaki z racji tej skłonności. Niemieckość to znaczy przede wszystkim: poczucie narodowe – a któż wierzy w poczucie narodowe Żyda? Nie tylko, że nikt nie wierzy, – w dodatku daje mu się parę razy po głowie, jeśli natrętnie będzie tego próbował. My, Żydzi, musimy bać się wszystkiego, co składa się na charakter niemiecki, qui est essentiellement antisemitique, – co, oczywiscie jest dla nas już wystarczającym powodem do trzymania się świata, dla którego organizujemy rozrywki i sensacje, nie narażając się na zarzut, że jesteśmy lekkoduchami albo, że upadliśmy na głowę. Potrafimy doskonale rozróżnić Fausta Gounoda od Fausta Goethego, nawet wówczas gdy mówimy po francucku, nawet wtedy…
Proszę panów, mówię to wszystko jedynie wskutek rezygnacji, rozmowę o interesach już przecież zakończyliśmy, właściwie już mnie nie ma, już trzymam rękę na klamce, już od dawna wszyscy stoimy, – gawędzę jeszcze tylko pour prendre conge (…) Czyż my, Żydzi, którzy jesteśmy narodem kapłańskim, nawet wówczas gdy uprawiamy minoderię po salonach paryskich, mielibyśmy nie odczuwać pociągu do niemieckości i nie pozwalać się przez nią wprawiać w ironiczny stosunek wobec świata i sztuki dla małych przyjaciółeczek? Z naszej strony poczucie narodowe byłoby wręcz prowokującą do pogromu bezczelnością. Jesteśmy internacjonalistami – lecz jesteśmy proniemieccy jak nikt na świecie, choćby dlatego, że musimy nieustannie stwierdzać podobieństwo roli, jaką odgrywa niemieckość i żydowskość na tym świecie. Une analogie frappante! Jednako są one znienawidzone, wzgardzone, przyjmowane z lękiem i zazdrością, jednakowo wprawiają w zamieszanie innych i siebie. Mówi się o erze nacjonalizmu. Ale w rzeczywistości istnieją tylko dwa nacjonalizmy: niemiecki i żydowski, a wszystkie inne są wobec nich dziecinną igraszką – tak rdzenna francuskość takiego Anatola France’a jest najczystszej wody światowością w porównaniu z samotnością Niemców i żydowskimi majaczeniami o narodzie wybranym… France – oto nacjonalistyczne nom de guerre. Niemiecki pisarz nie mógłby nazywać się Deutschland, tak można nazwać co najmniej okręt wojenny.
Musiałby się zadowolić nazwiskiem Deutsch a wtedy byłoby to żydowskie nazwisko – oh, la, la!

Tomasz Mann – Doktor Faustus.

PS1. Deutschland – okręt wojenny – poniżej krążownik o tej nazwie…

Deutschland

PS2. “Musiałby się zadowolić nazwiskiem Deutsch, a wtedy byłoby to żydowskie nazwisko – oh, la, la!”
Zgadza się:
– Otto Erich Deutsch – austriacki muzykolog, autor katalogu utworów Schuberta – KLIK.
– André Deutsch –  wydawca książek – KLIK.
Oh, la, la!

PS3. S.C. – pierwowzór Saula Fitelberga.

solhurok

Nie znalazłem żadnych wskazówek kto to mógł być. Podsunę więc własną fantazję – Sol Hurok – KLIK.

Prawdę mówiąc to nic się nie zgadza: ani pierwsza litera nazwiska, ani okulary – nie są rogowe, nie urodził się w Polsce, nie działał w Niemczech.
Ale Mannowi potrzebny była tylko zewnętrzna oprawa: wygląd, sposób poruszania się, sposób mówienia. Co Saul Fitelberg ma mówić to Tomasz Mann wiedział jeszcze zanim go poznał.

Reblog: Rola rurek

Z nader nieregularnej serii pt. Śniadania literackie – przez wiele tygodni nie było śniadań w ogóle, a tu zaledwie tydzień temu był Żeromski, a dziś Juliczka. Znakomicie dobrane towarzystwo!

Julita Bielak

Czas w każdej rodzinie odmienia role.

– Jak zjesz, Kiri, to mam coś dla Ciebie.
– O, co takiego, nie widzę. Parówka? I serek, i parówka na kolację to za dużo. W moim wieku kolacji w ogóle nie powinno się jeść, przecież mam 96 lat, znasz porzekadło o kolacji i wrogu. Sam serek, ileż to kalorii! Wystarczyłaby bułeczka, potem tylko śnią się złe sny. Kolacja w rzeczy samej…
– Mamo, to nie parówka, to rurka z kremem.
– Rurka? Ze śmietanowym kremikiem? Francuska krucha? Posypana grubym cukrem? Waniliowa? Z kremikiem! …gdzie masz ten serek?

Taka to bajka, lepsza, niż “Pchła Szachrajka” Jana Brzechwy:

Pchły ciastkami zwykle gardzą,
Nasza zaś lubiła bardzo
Tartoletki, papatacze,
Ptysie, bezy i sękacze,
Rurki z kremem, tort z wiśniami
I babeczki z malinami. /…/
Dzisiaj rurki z kremem zjem,
Bo ogromnie lubię krem.
Proszę podać ze trzydzieści,
Stolik więcej nie pomieści!

Bajka rodem z “Postrzyżyn” Bohumila Hrabala: “W cukierni poprosiłam, aby pan Nawratil zapakował mi cztery rurki z kremem, a jedną od razu wzięłam do ręki, pochyliłam się do przodu, aby francuskie ciasto nie spadło mi na bluzeczkę, i jak tylko włożyłam rurkę z kremem do ust, natychmiast usłyszałam głos Francina, że przyzwoita kobieta tak rurek z kremem nie je, a pan Nawratil uśmiechał się ostrożnie, bo nie miał zębów, stałam na tle wystawy, a pan Nawratil podał mi paczuszkę przewiązaną niebieskim sznureczkiem, zapłaciłam, pan Nawratil otworzył mi drzwi i zanim ruszyłam, pomógł mi przytrzymując włosy, biegł kawałek za mną, dopóki włosów nie uniósł prąd powietrza, pedałowałam ile sił w nogach, jedną ręką kierowałam, a na palcu drugiej trzymałam tę słodką paczuszkę/…/”.

Tylko w “Śniadaniu u Tiffany’ego” śniadanie nie ujawnia się wcale, najsławniejsze literackie śniadanie na stronach powieści nie występuje, przewrotny, nieprzewidywalny, piekielnie inteligentny Truman Capote. Jedynie na filmie Holly wysiada z taksówki przed słynną witryną jubilersko-luksusowej legendy na Piątej Alei z kubkiem kawy i papierową torebką kryjącą bajgla. W książce Holly śniadania nie jadła, nie umiała też gotować, była mistrzynią uwodzenia i niech tak zostanie.

EMS: Siostra moja, Katarzyna Krenz, która wraz z Julitą napisała powieść Księżyc myśliwych, skomentowała ten wpis zdjęciem wymienianych przez Brzechwę papataczy. Zaskoczyła tym i Julitę i mnie, bo myślałyśmy, że Brzechwa sobie te papatacze wymyślił…


Gdy to tak właśnie skometowałyśmy, dodała link do blogu z przepisami tradycyjnymi; to przepis z 1895 roku z Kucharza Warszawskiego: Drożdżowe zawijańce z cynamonem i rodzynkami

Dwie kwarty letniego mleka, trochę soli, 10 łutów drożdży rozbić z mąką i zostawić w cieple, aby się ciasto podniosło. Gdy z wierzchu ciasto popęka, wlać 20 żółtek ubitych do białości z 2 szklankami cukru, wybijać dobrze, wlać pianę z ubitych białek, dodać tyle mąki aby ciasto było gęste jak na bułki, w końcu wlać 3 szklanki topionego masła, trochę cytrynowej skórki, gorzkich migdalów i wybijać ciasto dopóki od rąk odchodzić nie będzie. Wtedy przykryć i zostawić w cieple żeby podrosło […]

Papatacze urządzają się z tego samego ciasta następującym sposobem: wziąść kawałek ciasta, rozwałkować na stolnicy na cienki placek, posmarować sklarowanem masłem, posypać czarnemi rodzenkami zmieszanymi z cukrem i cynamonem. Zwinąć placek szczelnie w trąbkę i krajać z niego kawałki na 2 palce szerokie, które układać na blasze, posmarować jajkiem, posypać cukrem z cynamonem i wstawić do pieca.

Śniadanie literackie: Żeromski (reblog z dodatkami rodzinnymi)

To śniadanie z Przedwiośnia już było TU, ale mimo starań, nie znalazłami, a i nie przypomniałam sobie, czegoś więcej o śniadaniach u Żeromskiego. Jest wprawdzie w Popiołach w rozdziale Strzemienne wzmianka o śniadaniu, ale dowiedzieć się z niej można tylko, że panowie Olbromski, Cedro i Trepka dostali na ten o świtaniu podany posiłek polewkę winną, a zaraz potem gospodarz wyciągnął “niewielką starą butelkę” z jakimś szlachetnym trunkiem, ale jakim, nie wiadomo. Czyli najpierw grzane wino, a potem coś mocniejszego. Ale też Rafał i Krzysztof szykują się właśnie do opuszczenia dworu Trepki i jadą bądź co bądź na wojnę, do Legionów Dąbrowskiego. Jak praprapra… dziadek mojego  (byłego) męża, Jan Slaski (1768-1847) zabierał z okolicznych wiosek małopolskich chłopów na Insurekcję – to on wpadł na pomysł, by uzbroić ich w postawione na storc kosy – to też im się dał najpierw pokrzepić antałkiem siwuchy. Slaski z kosynierami widnieją w Panoramie Racławickiej Jana Styki, Wojciecha Kossaka i innych, ale, no cóż, bez antałka. Namalował ich zapewne Teodor Axentowicz, a niewykluczone, że stroje kosynierów były dziełem Włozimierza Tetmajera lub Wincentego Wodzinowskiego. Historycy twierdzą, że wiedzą dokładnie, ilu Slaski przyprowadził wojaków – 1920! To nad Slaskim i jego kosynierami powiewa słynny sztandar “Żywią i bronią”.

U góry fragment Panoramy Racławickiej, ten z kosynierami, poniżej Modlitwa przed bitwą Chełmońskiego


Nota bene, to właśnie generał Slaski przesłał w świat pierwszy raport o zwycięstwie pod Racławicami.  Ale to wszystko czasy pierwszego powstania przeciwko Rosjanom i pierwsza bitwa, i od razu zwycięska, o której pamiętać będą uczestnicy następnych… wszystkich powstań polskich.
Popioły to już okres wojen napoleońskich, walka za wolność naszą i waszą, a Przedwiośnie – wolna i suwerenna Polska.

Stefan Żeromski, Przedwiośnie

Cezary Baryka przyjechał do domu przyjaciela, Hipolita Wielosławskiego w Nawłoci. W zamożnym dworze toczy się wyidealizowane, sielankowe życie polskiego ziemiaństwa. Obiady, kolacje, śniadania i podwieczorki trwały niemal przez cały dzień, pisze Żeromski, Wstawano dosyć późno. Ten, kto wstał o poranku, spożywał śniadanie bez towarzystwa kolegów czy rodziny, ale nie sam, o nie…

Maciejunio, dostrzegłszy rannego gościa na sofie, zafrasował się, zmartwił, o mało nie płakał. Jakże to! Jeszcze śniadania nie ma na stole, a gość, taki gość, paniczów największy przyjaciel, czeka! Zakrzątnął się, zabiegał jak fryga, aż podskakiwał w pośpiechu. Wnet napędził do tej sali bosych pokojówek, jakichś małych “podręcznych” Piotrków i Florków. Nakryto stół i piorunem wniesiono koszyki z chlebem żytnim, z bułkami własnego wypieku, z suchymi ciasteczkami i rogalikami. Maciejunio własnoręcznie naznosił słoików z miodem, konfiturami, konserwami, sokami. Tu podstawił “masełko”, tam rogaliki. Pod siwym przystrzyżonym wąsem uśmiechał się spoglądając na pewien słoik, na który nieznacznie wskazywał, i coś “ośmielał się” szeptać z cicha na jego wielką, bardzo wielką pochwałę. Cezary przysiągł mu oczyma, iż odwiąże opakowanie słoika i skosztuje, a nawet sięgnie dokumentnie do wnętrza. Wniesiono uroczyście tacę z kamiennymi imbrykami. W jednym była kawa, kawa jednym słowem – nie jakiś sobaczy ersatz niemiecki – “kawusia”, rozlewająca aromat swój na dom cały. W kamiennych także garnuszkach podsuwano porcję śmietanki. Z kożuszkami zagorzałymi od ognia uśmiechały się do gościa te kamienne garnuszki.

Cezary, nie czekając na domowników, zabrał się do “kawusi”, kożuszków, “śmietaneczki”, chleba, który płatał po żołniersku, do rogalików, które chrustał od jednego zamachu – do ciastek, miodu, konfitur. Maciejunio przewijał się kiedy niekiedy obok stołu i pochwalał oczyma, uśmiechem albo ruchem niepostrzeżonym zabiegi i czynności gościa. Na pytanie, czy nikt z domowników jeszcze nie wstał, stary sługa dał odpowiedź, iż śpią jeszcze wszyscy.

Nie wszyscy jednak byli we śnie pogrążeni, bo oto dało się słyszeć wesołe podśpiewywanie i w lwich podskokach Hipolit wbiegł na ganek. Za chwilę był w jadalni. Maciejunio i jego podwładni zawirowali w sieniach i kuchennym kredensie. Wjechały zaraz nowe tace, nowe bochenki na miejsce nadwyrężonych przez Cezarego, nowe koszyki z rogalikami, nowe maselniczki i słoiki pełne konfitur.

Zdjęcie z filmu:
produkcja: Francja, Polska 2001
reżyseria i scenariusz Filip Bajon
na podstawie: powieści Stefana Żeromskiego
Cezary Baryka: Mateusz Damięcki
Maciejunio: Wojciech Siemion

Śniadania literackie: Joyce

Pierwsza wersja tego wpisu ukazała się kilka lat temu na blogu Jak udusić kurę…, tu jednak tak dalece rozszerzyłam ten tekst, że nie traktuję go już jako reblogu. Ale oczywiście każdy może tam zajrzeć: Bloomsday

Ewa Maria Slaska

16 czerwca w Dublinie

Zawsze chciałam pojechać do Dublina na Bloomsday czyli całodzienną wędrówkę po mieście śladami Leopolda Blooma i Stefana Dedalusa, bohaterów Ulissesa Jamesa Joyce’a. Nigdy mi się nie udało, ale pojechał mój kolega. I to akurat w roku 2004 czyli dokładnie w sto lat od wydarzeń opisanych w Ulissesie. Pisywaliśmy do siebie maile i im bliżej było 16 czerwca, tym bardziej go molestowałam. Bo Bloomsday można wprawdzie obchodzić wszędzie, na przykład w Berlinie, i jest to wtedy zwykłe święto literackie ku czci Jamesa Joyce’a, ale jednak w Dublinie jest to faktycznie dzień Blooma i trzeba go zacząć od zjedzenia… nerki wieprzowej.

Wikipedia Commons!!!
“Ciocia Wiki” pisze, że pierwsze obchody Bloomsday miały miejsce w roku 1954, a w roku 2004 urządzono wielki festiwal trwający pięć miesięcy. Nie był to jednak wystarczający argument dla Dietricha, który przez cały czas pobytu w Dublinie nie wychodził z domu, twierdząc, że bez przerwy pada. Nawet informacja, że częścią obchodów jest obfite śniadanie z piwem (ale, o dziwo, wcale nie to opisane przez Joyce´a) oraz nocne wędrówki po barach, nie zdołały go przekonać.
A ja, naiwna, myślałam, że Dietrich nie tylko przejdzie całą trasę wędrówki Blooma, to jeszcze się przebierze w strój sprzed stu lat. Ja bym się przebrała za Norę Barnacle. Pomyśleć, że pisarz umieścił całą akcję swej powieści tego właśnie dnia, bo była to data jego pierwszej randki z Norą.

Pan Leopold Bloom jadał z upodobaniem wewnętrzne organy bydła i drobiu. Lubił zawiesistą zupę z podróbek, orzechokształtne żołądki ptasie, nadziewane pieczone serca, płaty wątróbki podsmażane w tartej bułce, smażoną ikrę sztokfisza. Najbardziej lubił przypiekane nerki baranie, które napełniały jego podniebienie wyszukanym smakiem delikatnie pachnącego moczu.

Nerki tkwiły w jego myślach, gdy poruszał się po kuchni bezszelestnie, poprawiając na pogiętej tacy przybory śniadaniowe dla Molly. Światło i powietrze w kuchni były lodowate, ale wszędzie na zewnątrz łagodny, letni poranek. To czyniło go nieco wygłodniałym.

Węgle czerwieniały.

(…)

Jeszcze jeden kawałek chleba z masłem, trzy, cztery, dobrze. Nie lubiła przeładowanego talerza. Dobrze. Od­wrócił się od tacy, uniósł imbryk z występu płyty kuchen­nej i postawił go na krawędzi ognia. Rozsiadł się on tam, tępy i przysadzisty, ze sterczącą szyjką. Filiżanka herbaty zaraz. Dobrze. Sucho w gardle. Kotka sztywno obeszła nogę stołu, unosząc wysoko ogon. Mkrniau!

O, tu jesteś, powiedział pan Bloom, odwracając się od ognia.

Przysłuchiwał się chlupchlap chłeptaniu. Jajka na szynce, nie. Nic dobrego jajka przy takiej suszy. Trzeba czystej, świeżej wody. Czwartek: też nie najlepszy dzień na nerki baranie u Buckleya. Przysmażone na maśle z odrobiną pieprzu. Lepiej nerkę wieprzową u Długacza. Zanim imbryk się zagotuje. Chłeptała wolniej, potem wylizała spo­dek do czysta. Dlaczego mają takie szorstkie języki? Żeby lepiej chłeptać, same porowate dziurki. Nic, co by mogła zjeść? Rozejrzał się. Nie.

Może Molly będzie miała ochotę na jakiś przysmak. Rano lubi cienkie kromki chleba z masłem. Ale może, raz, kiedyś.
Powiedział półgłosem w pustym przedpokoju:
– Idę na róg. Wrócę za minutę.
A kiedy usłyszał swój głos, wypowiadający to, dodał:
– Nie chcesz czegoś na śniadanie?
Senne, miękkie mruczenie odpowiedziało:
– Nnn.
Nie. Nie chciała niczego. Potem usłyszał ciepłe, ciężkie westchnienie, miększe, gdy przekręciła się i zabrzęczały luźne, mosiężne pierścienie ramy łóżka. Koniecznie trzeba je umocować.

(…)

Przeszedł na słoneczną stronę ulicy. Chwilami powieki jego opadały miękko, gdy szedł tak w błogim cieple. Wóz piekarski Bolanda roz­wożący w płytkich koszach nasz powszedni, ale ona woli wczorajsze kromki, przewracane nad ogniem, kruche i go­rące od góry. To odmładza.

(…)

Zatrzymał się przed oknem wystawowym Długacza, wpatrzony w zwoje kiełbas i serdelków, ciemnych i jasnych. Piętnaście pomnożone przez. W jego umyśle cyfry zbladły bez rozwiązania: niezadowolony, dał im się rozpłynąć. Lśniące, nadziane mielonym mięsem ogniwa karmiły jego spojrzenie i wdychał spokojnie ciepły opar przegotowanej, ostro przyprawionej świńskiej krwi.
Nerka sączyła krwawe krople na półmisek o chińskim wzorku: ostatnia. Stanął przy ladzie obok dziewczyny sąsiadów. Czy ona ją też kupi, odczytawszy ze spisu na kartce, którą trzyma w dłoni. Spękane: soda do prania. I półtora funta serdelków. Jego oczy spoczęły na jej krzepkich biodrach. On się nazywa Woods. Ciekawe, czym się zajmuje. Żona jest starszawa. Świeża krew. Zalotnicy wzbronieni. Para silnych rąk. Łupiących w dywan na trzepaku. Ależ łupie w ten dywan, święty Jacku. I sposób, w jaki jej przekrzywiona spódnica kołysze się przy każdym łupnięciu.
Łasicooki rzeźnik złożył serdelki, które oderwał poplamionymi, serdeloróżowymi palcami.
Zdrowe mięso jak u jałówki karmionej w oborze. Uniósł stronicę ze stosu pociętych gazet. Wzorowa farma w Kinnereth nad brzegiem Jeziora Tyberiadzkiego. Może stać się idealnym zimowym sanatorium. Mojżesz Montefiore. Zdawało mi się, że on. Wiejski dom, otoczony murem, bydło pasące się za mgiełką. Odsunął od siebie gazetę: interesujące: przybliżył ją znów, czytając, bydło pasące się za mgiełką, szeleszcząca strona. Młoda biała jałówka. Owe poranki na targu bydlęcym, trzody ryczące w zagrodach, znakowane owce, chlap i klap łajna, hodowcy w podkutych butach, ciężko stąpający po podściółce, uderzają dłońmi w nabite mięsem zady, ta jest pierwszorzędna, nie ostrugane kije w ich dłoniach. Cierpliwie trzymał stronę ukosem, poskramiając zmysły i pragnienie, a jego uległe, łagodne spojrzenie było pełne spokoju. Przekrzywiona spódnica kołysząca się, łup i łup i łup.
Rzeźnik pochwycił dwie stronice ze stosu, zawinął w nie jej pierwszorzędne serdelki i zrobił czerwony grymas.
– Proszę, moja panienko, powiedział.
Uśmiechając się zuchwale, podała monetę w wysuniętej grubej garści.
– Dziękuję panience. Szyling i trzy pensy reszty. Co dla pana, proszę?
Pan Bloom wskazał prędko. Dogonić i iść za nią, jeżeli będzie szła powoli, za jej poruszającymi się szynkami.
Przyjemnie to widzieć z samego rana. Pospiesz się, do diabła. Kuj żelazo, póki gorące.
Stanęła przed sklepem w blasku słońca, a potem ruszyła leniwie w prawo. Westchnął pod nosem: one nigdy nie rozumieją. Ręce spękane od sody. I zrogowaciałe paznokcie u nóg. Brunatne postrzępione szkaplerze, chroniące ją od przodu i tyłu. Ukłucie zlekceważenia rozżarzyło się w jego piersi, aż do cichego zadowolenia. Dla innego: policjant po służbie obmacywał ją w Eccies Lane. Oni lubią je rozłożyste. Pierwszorzędny serdelek. Och, proszę, Panie Policjancie, zagubiłam się w lesie.
– Trzy pensy, poproszę.
Dłoń jego przyjęła wilgotny, pulchny gruczoł i wsunęła go do bocznej kieszeni. Potem wyciągnęła trzy pensy z kieszeni spodni i położyła je na gumowej podstawce. Leżały, zostały szybko odczytane i szybko wsunięte, krążek po krążku, do szufladki kasy.
– Dziękuję panu. Do następnego razu.
Punkciki skwapliwego ognia w lisich oczach podziękowały mu. Po chwili odwrócił spojrzenie. Nie: lepiej nie: do następnego razu.
– Do widzenia, powiedział odchodząc.
– Do widzenia panu.
Ani śladu. Zniknęła. Co za różnica?

Molly leży jeszcze w łóżku, Leopold kończy przygotowywać śniadanie

– Pospiesz się z tą herbatą, powiedziała. Usycham.
– Imbryk się gotuje, powiedział.
Gdy schodził kuchennymi schodami, zawołała:
– Poldy!
– Co?
– Wyparz imbryczek.
Gotowała się z pewnością: pióropusz pary z dzióbka. Wyparzył i opłukał imbryczek, wsypał cztery pełne łyżeczki herbaty i pochylił imbryk, aby wlać wodę. Odstawiwszy herbatę, żeby naciągnęła, zdjął imbryk z ognia, postawił patelnię na rozżarzonych węglach i patrzył na kawałek masła, który ślizgał się i rozpuszczał. Gdy odwijał nerkę, kotka zamiauczała wygłodniałe tuż przy nim. Dać jej za wiele mięsa, nie będzie łowić myszy. Mówią, że one nie jedzą wieprzowiny. Koszerne. Masz. Upuścił ku niej pokrwawiony papier i rzucił nerkę na syczące płynne masło. Pieprz. Rozsypał go palcami, koliście, z wyszczerbionego kieliszka na jajka.
Herbata naciągnęła. Uśmiechając się napełnił swą szeroką filiżankę, fałszywe Crown Derby.
(…)
Wbił widelec w nerkę i odwrócił ją z klaśnięciem: potem ustawił czajniczek na tacy. Kiedy ją uniósł, wypukłość stuknęła. Czy wszystko jest? Chleb z masłem, cztery, cukier, łyżeczka, jej śmietanka. Tak. Zaniósł tacę na górę, trzymając zagięty kciuk w uchu imbryczka.
Otworzywszy drzwi lekkim trąceniem kolana, wniósł tacę i postawił na krześle przy głowach łóżka.
– Ileż czasu ci to zajęło, powiedziała.

Molly jadła na śniadanie chleb z masłem, ale Leopold Bloom – nerkę wieprzową.  Ciężkostrawne, tłuste mięso to typowa cecha śniadań z Wysp. Choć smakosze powiedzą na pewno, że ani podsmażany bekon ani dobrze przyrządzona nerka nie są tłuste. Takie śniadanie angielskie składa się z następujących elementów:

  • smażone kiełbaski wieprzowe (sausages);
  • smażone plastry bekonu (rashers);
  • nerka wieprzowa;
  • dwa jajka sadzone lub jajecznica (scrambled eggs);
  • white pudding (rodzaj białej kaszanki) lub black pudding (rodzaj czarnej kaszanki);
  • pieczony pomidor (oven-baked tomato);
  • hash brown – podobny do polskiego placka ziemniaczanego, ale smażony na głębokim tłuszczu;
  • tosty;
  • frytki lub pieczone ziemniaki;
  • fasolka w sosie pomidorowym;
  • smażone pieczarki;
  • kawa lub herbata, z reguły podawane z mlekiem i cukrem.

Wikipedia Commons!!!

Zresztą Stefan Dedalus, drugi z bohaterów “Ulissesa”, też je takie wyspiarskie śniadanie, tylko oczywiście w skromniejszej wersji, odpowiedniej dla studenckiej kieszeni…

W mrocznej, sklepionej, mieszkalnej komnacie wieży owinięta szlafrokiem sylwetka Bucka Mulligana poruszała się żywo wokół paleniska, przesłaniając i  odsłaniając jego żółty żar. Wpadające z dwóch wysokich strzelnic włócznie łagodnego światła dziennego krzyżowały się na kamiennej posadzce: w  miejscu spotkania promieni unosiła się wirująca chmura dymu węglowego i  opary smażonego boczku. (…)  Stefan ustawił pionowo swoją walizkę, przyciągnął ją do stołu i usiadł, czekając.
Buck Mulligan cisnął to, co usmażył, na stojący pod ręką półmisek. Potem przeniósł półmisek i wielki imbryk na stół, postawił je ciężko i odetchnął z ulgą.
– Topnieję, powiedział, jak zauważyła świeca, gdy… Ale cicho, sza! Ani słowa więcej o tym przedmiocie. Kinch, zbudź się. Chleb, masło, miód. Haines, wejdź. Żarcie gotowe. Pobłogosław nas, Boże, i te dary twoje. Gdzie cukier? O, kurwa, nie ma mleka.
Stefan przyniósł ze skrzyni bochenek, garnek z miodem i maselniczkę. (…)
– Możemy pić herbatę bez mleka, powiedział Stefan, w skrzyni jest cytryna.
– O, bądź przeklęty razem z twoimi paryskimi pozami. Chcę mleka z Sandycove. Haines zawrócił od progu i powiedział spokojnie:
– Nadchodzi kobieta z mlekiem.
– Błogosławieństwo boże nad tobą, zawołał Buck Mulligan zrywając się z krzesła. Siadaj. Nalej herbaty. Cukier jest w woreczku. Nie mogę się już dłużej grzebać w tych przeklętych jajach.
Pokrajał wędzonkę na półmisku i cisnął ją na trzy talerze, mówiąc:
– In nomine Patris et Filii et Spiritus Sancti.

Znam doskonale śniadanie angielskie, bo w czasach studenckich pracowałam jako kelnerka w eleganckim klubie dla kobiet w Londynie na Cavendish Square. Przewodniczącą klubu była księżniczka Anna, a klub założono jako kobiecy odpowiednik słynnych londyńskich klubów męskich. Kelnerki – same Irlandki, jedna Włoszka i ja – mieszkały na poddaszu, miały jednoosobowe pokoiki, własny salon i wspólną pokojówkę, która przynosiła nam morning tea, sprzątała i raz na tydzień zmieniała nam pościel. Obsługa jadała to samo, co dostawali goście. Mieliśmy osobną salę i kelnerkę, która nam podawała posiłki. Kucharz był Francuzem, przygotowywał mistrzowsko flądrę w maśle, kaczkę po pekińsku, mus czekoladowy i Irish stew.

Miałyśmy dyżury poranne, w porze lunchu, podczas five o’clock i wieczorem. Ja najbardziej lubiłam dyżury poranne, zaczynające się o 6. Na pół śpiąc napełniałam małe szklaneczki sokiem grapefruitowym i pomarańczowym, a potem zaczynał się dwugodzinny maraton smażenia kiełbasek, pomidorów, boczku i jajecznicy. Według nieznanych mi zasad zostało szczegółowo ustalone, jaką część tej smażeniny wykonują kelnerki, a jaką kucharze, na pewno to my smażyłyśmy bekon i robiłyśmy grzanki. Szczytem moich osiągnięć jako (niewykwalifikowanej bądź co bądź) kelnerki było potknięcie się koło stolika dwóch eleganckich, ubranych na biało ladies. Utrzymałam jednak wszystko, złapałam nawet – zręcznie podsuwając tacę – jajecznicę wyślizgującą się ze srebrnej miseczki na kolana jednej z pań. Obie przyjrzały mi się badawczo i gdy pochwyciłam jajecznicę, kiwnęły głową. Do dziś mam nadzieję, że z uznaniem. Ciekawe, czy wyleciałabym z pracy, gdybym jednak usadziła jajka na owej plisowanej spódnicy?

Silly Billy 3: we go around the world

We start in Germany

Ela Kargol, Berlin

elakargolbilly

Andy Klukos Berlin (click to listen)

andyklukos-billy

Bookstore Buchbund Berlin

buchbund

Art Galery art.endart Berlin-Wedding – pic shot by vernissage Alexandra Fly

billyartendart

Next step – Poland (we go eastwards around the world)

Monika Saczyńska, Warsaw (did you ever see Billy like that?)

billy-monika

Then Australia and Canada

Lech Milewski, Sydney

 

Polish Bookstore, Ottawa, Canada

 

Anybody in Russia, India or Japan? Honolulu?

Frauenblick: Ferrante 2

Monika Wrzosek-Müller

In Sachen Ferrante

Da ich bei Ewa über Ferrantes Bücher geschrieben habe, drängt es mich, nach der letzten Affäre um die Enthüllung ihrer Identität darüber zu berichten.

Natürlich kann jeder denken, was er will: wozu sich hinter einem Pseudonym verstecken, wozu dann aber so viel Aufmerksamkeit auf sich ziehen? Dient das Spiel mit dem Pseudonym als Werbung, als geschicktes Manöver, anders zu sein, in der medial bestimmten Welt aufzufallen durch Andersartigkeit? Das mag alles stimmen und es kann auch sein Zweck wunderbar erfüllt haben. Und doch…

Die Neugier der Menschen ist geweckt worden, warum kann dann ein Schriftsteller nicht ohne Gesicht für sich in einer stillen Kammer arbeiten, schreiben, sich hinter seinen Texten verstecken. Warum darf überhaupt der Mensch nicht gesichtslos agieren; hier aber stoßen wir auf ein sogenanntes weites Feld … warum gefallen uns Burka, Niqab, Tschador etc… nicht, und im Namen der Demokratie wollen wir sie verbieten, abschaffen. Es ist schon schwer, dazu eine klare Meinung zu haben. Im Fall der Schriftsteller ist das Problem viel einfacher; lassen wir den Text sprechen, beurteilen wir den Text. Wir müssen nicht im Leben des Autors herumstöbern, herumstochern alles nach außen wenden und dabei zusehen, wie der Autor sich windet und erklärt und vielleicht nicht so rosig da steht wie in seinen Büchern. Wir sind gewöhnt, alles schnell über jeden zu erfahren, zu verbreiten und zu urteilen.

Gerade solche Bücher, wie Ferrante sie geschrieben hat, die auf Emotionen basieren und diese hervorrufen, halb autobiographisch mit Empathie, provozieren Nähe zum Autor. Doch im künstlerischen Prozess müsste man den Abstand respektieren. Überhaupt muss man dem Menschen mehr Respekt zollen. Das Wissen über den wahren Namen und das dazugehörige Gesicht ändert nichts an dem Lesevergnügen ihrer Texte. Die Romane bekommen vielleicht einen tieferen Hintergrund, aber dass sie in Neapel gewohnt haben musste, war sowieso schon bekannt. Man sollte den Willen des Schriftstellers respektieren und ihn in Ruhe lassen.

Die Art, wie der italienische Journalist ihr nachspioniert hat, finde ich abscheulich. Es müsste eigentlich verboten sein, und es ist wahrscheinlich verboten, die Menschen zu durchleuchten, ihre Steuererklärungen durchzuarbeiten, nur um den Namen und das dazu gehörige Gesicht zu finden, nur damit die Boulevardpresse wieder einen Skandal zum Ausbreiten hat. Ich hoffe, sie wird sich wehren und ihm einen Prozess machen und diesen gewinnen, so wie viele Prominente, die gegen Paparazzi geklagt und gewonnen haben. Doch eine Sache bleibt unmkehrbar: ihre Identität ist enthüllt worden, sie muss etwas damit anfangen.

Eigentlich dient ihr, der Schriftstellerin, der ganze Rummel auch sehr, die Bücher werden noch bekannter und jeder liest sie. Und das ist gut so, denn sie sind es wert und bereichern uns.

***

Für die, die nix wissen, wie ich, und vom Enthüllungsskandal nichts wussten:

Es geht um die “Enthüllungen” des italienischen Journalisten Claudio Gatti, der gestützt auf Honorarlisten und Grundbucheinträge zu beweisen versucht, dass die römische Übersetzerin Anita Raja die “große Unbekannte” sei. So nennt der Suhrkamp-Verlag die Autorin auf der eigens eingerichteten PR-Webseite. Veröffentlicht hat Gatti seine Rechercheergebnisse – übrigens nicht die ersten Enthüllungsversuche in diesem Fall – gleichzeitig in vier internationalen Medien, unter anderem in der Frankfurter Allgemeinen Sonntagszeitung und im New York Review of Books. Und zwar offensichtlich gegen den Willen der Autorin.

Śniadanie literackie: Proust i Żukrowski

Ewa Maria Slaska

Śniadania reloaded

Temat śniadania omawiałam już kilkakrotnie, ale teraz wrócił do mnie wzmocniony o siłę zdumienia, że oto było śniadanie, o którym w ogóle nie pamiętałam, śniadanie u pana Śniadanko w Porwaniu w Tiutiurlistanie Wojciecha Żukrowskiego. Oto uboczne korzyści płynące z wieczornego czytania wnukowi przed zaśnięciem.

Następnego dnia koleżanka podarowała mi torbę jabłek z ogrodu, a ja, wracając do domu, zerwałam jeszcze z przydrożnych krzaków kilka pigw, widomy znak, że nadszedł czas jesiennych obowiązków smażenia, wekowania i zaprawiania. Bo latem to właściwie nic nie robię, poza suszeniem grzybów i produkcją ogórków małosolnych, ale jako człowiek jesienny uwielbiam jesienne gromadzenie zapasów. Zrobiłam więc galaretę z pigwy i jabłek, która ma tak piękny kolor, że już się cieszę na najbliższe jesienne śniadanie. Grzanka, lekko przyrumieniona, ociekająca masłem i galaretką…

quitten-geleeKolejnym wezwaniem do powrotu do tematu śniadań była informacja od naszego blogodawcy-darczyńcy. Word Press zakomunikował mi, że nieznana mi osobiście margot2you zreblogowała wpis Pani, służąca i kot. Zajrzałam więc, żeby zobaczyć, co tam było (nawet ciekawie było) i znalazłam też proustowskie śniadanie.

W stronę Swanna. Mały Marcel Proust spędza z rodzicami lato u Cioci Leonii w Combray. To to lato, które zaczyna całą książkę, cały siedmiotomowy cykl.  Przez długi czas kładłem się spać wcześnie:

… przesunięcie śniadania dawało zresztą sobocie w oczach nas wszystkich fizjognomię niezwykłą, wakacyjną i dość sympatyczną. W porze gdy zazwyczaj ma się jeszcze godzinę przed niespodzianką posiłku, w sobotę człowiek wiedział, że za kilka minut ujrzy, jak się zjawiają przedwczesne salsefie, protekcyjny omlet, niezasłużony befsztyk. Powrót tej asymetrycznej soboty był jednym z owych drobnych wydarzeń wewnętrznych, lokalnych, prawie społecznych, które w spokojnym życiu i w zamkniętym kółku tworzą rodzaj narodowego węzła i stają się ulubionym przedmiotem rozmów, żartów, opowiadań, przesadzonych do woli; byłby gotowym jądrem dla legendarnego cyklu, gdyby ktoś z nas miał zmysł epiczny. Od rana, zanimśmy się ubrali, bez przyczyny, dla rozkoszy odczuwania siły solidarności jedni mówili do drugich wesoło, kordialnie, patriotycznie: „Nie ma czasu do stracenia, pamiętajmy, że to sobota!” Ciocia naradzając się z Franciszką i myśląc, że dzień będzie dłuższy niż zazwyczaj, powiadała: „Możebyś im upiekła ładny kawałek cielęciny, skoro to sobota.”

Salsefia… jak rzadko jadamy salsefię czyli skorzonerę, jadłam ją ostatni raz kilka lat temu, trzeba by kupić i sprawdzić, co Francuzi z nią robią. Ale jest 5 nad ranem, znowu nie mogę spać i nie pójdę przecież o tej barbarzyńskiej porze do sklepu po salsefię. Zaraz poszukam śniadanka księżniczki Wiolinki porwanej przez paskudnego Cygana Nagniotka, ale właśnie uwolnionej przez koguta, kocura i lisicę. I już zapowiadam, że nabrałam apetytu i temat śniadań będzie powracał.

Przed nimi było wzgórze, które półkolem obiegała droga podobna do białego strumienia. Na szczycie wśród gąszczu słoneczników stała gospoda „Pod śledzikiem”. Dym bil prościutko do nieba. Ktoś w białej czapce kucharskiej wyszedł przed dom i błyskał tacą, wysypując okruszyny dla wróbli. Potem, przysłoniwszy oczy dłonią, długo patrzył w stronę granicy.
– Skądże ja te strony znam? – zmarszczył brwi kogut. – Ach – puknął się w czoło – przecież to gospoda pana Śniadanko, który tam ku nam kiwa ręką!
Królewna już zbiegała ze stoku.
– Śniadanko! – wołała, klaszcząc rączkami – Śniadanko, dawaj śniadanko!
Za nią sunęli wierni towarzysze. (…)
– Któż za to będzie płacił? – troskał się kogut.
– O co się trapisz, Sknero? – szturchnęła go Wiolinka. – Pierwszy goniec z dworu mego ojca, gdy tu zawita, ciśnie mu złota kiesę.
– Ha, jeżeli tak, to spożywajmy dary Boże…
I zaczęli wsuwać dziwnie pomieszane dania, tak jak je przynoszono według kaprysów królewny. Czekoladę z pianką, kruche ciasteczka z galaretką złotawego agrestu, parówki w srebrnym naczyniu, którego lustrzana pokrywa zamglona była od wonnej pary, pierogi z czereśniami i bitą śmietaną, karpia smażonego, nad którym mruczał z rozkoszy Mysibrat, wyciagając delikatnie ości, w końcu wodę sodową z sokiem, która kłuła jakby szpileczkami w nosie – no i owoce, wielkie gruchy, których całe ćwiartki rozpływały się po prostu w ustach, tając i ociekając strugami słodkiego soku.
Obsługa w komplecie zebrała się półkolem, wpatrując się w ocalonych z podziwem i zachwytem. Wtem za oknami zaturkotalo, zagrzmiały na podjeździe kopyta. Drzwi otwarły się z trzaskiem. Jakiś rycerz, ciskając kapelusz z piórem na rogi jelenie wiszące nad kominem, krzyknął:
– Hej, gospodarzu, wina! A mocnego…
Otarł z potu czoło i wzdychając, jął sączyć wino z potężnego pucharu.
Jedna ze służących podbiegła i szepnęła coś do ucha oberżyście. Mysibrat strzygąc uchem dosłyszał tylko: „Z Blablacji” i „królewna”…
Już pan Śniadanko sunął ku niemu, zacierając pulchne rączki.
– Szanowny panie – zaczął – już nie potrzebujesz błądzić po drogach i poszukiwać królewny – rycerz podniósł zdumiony brwi – bo właśnie mamy zaszczyt gościć ją tutaj.
Zanim zdążył jednak otrzeć wino z wąsów, już oberżysta poskoczył i podsunął mu usłużnie długi karteluszek.
– Tu pozwalam sobie przedstawić rachuneczek za jej śniadanko. Szanowny pan pewnie zapłaci za królewnę i jej towarzyszy. To oczywiście drobiazg, mamy czas, ale ja tylko tak, dla porządku…