Carlo Levi – Die doppelte Nacht. Eine Deutschlandreise im Jahr 1958

Monika Wrzosek-Müller

La doppia notte dei tigli

Welch eine Koinzidenz; gerade sprach ich darüber, dass in Italien auf dem Lande die „Madonna della segiolla“ von Raffael überall über den Betten hing und in Polen die „Matka Boska Częstochowska“ diese Aufgabe erfüllte. Da sah ich im Blog einen Eintrag: Matka Boska Częstochowska. Auf die Madonna kam ich wiederum über den Schriftsteller, Maler, Arzt und Politiker Carlo Levi (1902-1975), in Turin in einer wohlhabenden jüdischen Familie geboren, und über sein Buch „Die doppelte Nacht“; als Levi das schrieb, war er schon weltbekannt. Er wurde von den Faschisten schon 1935 nach Kalabrien in das Dorf Aliano verbannt. Seine Erlebnisse dort hat er in einem berühmten Roman „Christus kam nur bis Eboli“, [Cristo si e fermato a Eboli] verarbeitet. Darin beschreibt er das schwere Leben der Bauern auf den steinigen Feldern und erwähnt eben auch die obligatorische, berühmte „Madonna della seggiola“ über den Ehebetten, die er aber dann im Original im Palazzo Pitti gesehen haben muss, denn er bewohnte eine Wohnung in Florenz, während des Krieges, direkt an der Piazza dei Pitti.

Continue reading “Carlo Levi – Die doppelte Nacht. Eine Deutschlandreise im Jahr 1958”

Cierpienie zwierząt 4. Bohumil Hrabal “Postrzyżyny”

Kilka dni temu już pojawił się temat obcinania włosów. Dotyczył tylko kobiet. Dziś dotyczy też zwierząt.

***

Pod moją opieką znajdowały się cztery prosięta, browarniane prosięta, karmione młotem i ziemniakami, a w lecie, kiedy dojrzewały buraki, chodziłam po nać buraczaną, nać tę siekałam, polewałam zaczynem i starym piwem i prosięta spały dwadzieścia godzin na dobę i codziennie przybywało im na wadze po całym kilogramie, te moje prosiątka słyszały mnie, jak idę doić kozy, i już kwiczały z radości, bo nie wiedziały, że jedną parę sprzedam na szynki, a druga para pójdzie pod nóż podczas domowego świniobicia. Kiedy szłam doić kozy, to prosięta kwiczały z zachwytu, bo wiedziały, że wszystko mleko, jakie nadoję, wleję im natychmiast do koryta. Pan Cicwarek tylko popatrzył na prosięta i od razu mówił, ile te prosięta ważą, i zawsze się zgadzało, potem tę parę prosiąt brał na ręce i wrzucał do takiego półkoszka, rzeźnickiej bryczki, zaciągał nad nimi siatkę i powiadał:

Continue reading “Cierpienie zwierząt 4. Bohumil Hrabal “Postrzyżyny””

Ścinanie włosów

Moja siostra Kasia Krenz podarowała mi ostatnio niezwykłą książkę.


W roku 2021 książka dostała nagrodę jako najlepsza książka arabska.  

Na początku lat dziewięćdziesiątych autorka, literaturoznawczyni, znalazła na straganie bukinisty opublikowaną ponad ćwierć wieku wcześniej powieść zatytułowaną Miłość i milczenie Inajat az-Zajjat. Nigdy nie widziała tej powieści, nigdy nic nie słyszała o jej autorce. Zdziwiła się, bo myślała, że z racji zawodu zna całą egipską literaturę współczesną, a już na pewno kobiecą. Zaczęła ją tropić. Dowiedziała się więc, że Inajat az-Zajjat popełniła samobójstwo kilka lat przed opublikowaniem tej debiutanckiej książki. Ale autorka nie próbuje stworzyć biografii całkowicie zapomnianej pisarki, zamiast tego próbuje odtworzyć świat, w którym jej starsza o pokolenie koleżanka żyła, pisała, kochała i umarła. Jest to bardzo mi bliska technika literacka. Czasem myślę, że w ogóle nie umiem inaczej pisać, tylko tak, zlepiając pewną wspólną myślą nieważne drobiazgi, szczegóły innych historii, fragmenty i ułomki, aż się ich zbiorą dwa kosze, a to już wystarczy na książkę.

Wydawnictwo: Biblioteka polsko-arabska, seria wydawnicza “Egipt mówi o sobie” , Kair – Łódź 2023 (oryginał wydany w Kairze w roku 2019)

Wstęp do wydania polskiego : Jasir Abd al-Latif

Z języka arabskiego przełożyła: Agnieszka Piotrowska

Z tej niezwykłej mieszanki spraw ważnych, takich jak światowa polityka, i całkiem nieważnych, jak lokalizacja sklepu mleczarskiego Astra, wybieram jeden fragment. Fragment o ścinaniu włosów. W dniu samobójstwa, 3 stycznia 1963 roku Inajat odwiedzi sąsiadkę. Wygląda inaczej niż zwykle i sąsiadka myśli, że Inajat była u fryzjera.

Dla wyjaśnienia. Tego dnia Inajat otrzymała z wydawnictwa odmowę wydania jej debiutanckiej książki, Milczenie i miłość. Książka ukaże się dopiero cztery lata po jej samobójczej śmierci.

***

Strona 221 i następne:

Możecie zastanawiać się, dlaczego dwudziestosześcioletnia kobieta – mająca syna, bez którego nie wyobrażała sobie życia, troskliwego i światłego ojca, jakim był Abbas az-Zajjat, pracę w Niemieckim Instytucie Archeologicznym, którą lubiła, oraz pisząca drugą powieść o uczonym o nazwisku Keimer – miałaby iść do fryzjera, a potem popełnić samobójstwo. Ja także długo nad tym myślałam. Pytałam jej siostrę i przyjaciółki, ale nie potrafiły mi odpowiedzieć.

Moim zdaniem w układance brakuje jednego elementu – Inajat wcale nie poszła do fryzjera. Zostawiwszy syna z matką, wróciła do swojego mieszkania i stanęła przed lustrem. Zrozumiecie ten moment lepiej niż ktokolwiek inny – moment, w którym kobieta nie wie, co ze sobą zrobić. Nie ma ochoty wyjść, mówić, pisać, krzyczeć ani stłuc lustra potwierdzającego jej istnienie.

W jednej chwili Inajat postanawia zmienić swój wygląd, swój gniew, wewnętrzną ranę i przerażenie, które ją opanowało, przenieść na to, co widziała przed sobą: na swoją twarz w lustrze. Chwyciła za nożyczki i ścięła włosy. Bądź co bądź były to jej włosy, część jej tożsamości.

Wizyta Inajat z obciętymi włosami u drzwi sąsiadki była jak walka o ostatni oddech. Przypominała kogoś, kto biegnie co sił po podpaleniu swego ciała albo zmarłą uśmiechającą się lub oddającą mocz na skutek rozluźnienia mięśni twarzy czy pęcherza. Poszła tam jak zahipnotyzowana, gotowa prosić o pomoc, być może przerażona własnym odbiciem w lustrze. Ale pod drzwiami sąsiadki zdecydowała, że nie chce pomocy i powiedziała, że idzie, bo jest umówiona.

Domyślam się, że część z was przynajmniej raz ścięła włosy. Spróbujmy sobie wyobrazić (te wszystkie pisarki): nasza babka Aisza At-Tamurijja, która do końca życia chodziła w hidżabie, z pewnością zrobiła to po śmierci córki.

Warda al-Jazidżi uczyniła to, gdy usłyszała plotkę, że autorami jej wierszy są jej ojciec i dwaj bracia.

Malik Hihni Nasir robiła to za każdym razem, gdy zdeptywano jej honor. Na przykład wtedy, gdy kbiety naśmiewały się z jej bezpłodności i gdy jej mąż sprowadził sobie za jej plecami nową żonę. A nawet wtedy, gdy już po tym wszystkim, dowiedziała się, że to on a nie ona, nie może mieć dzieci.

Majj Zijada robiła to niezliczoną ilość razy. Kiedy zmarła jej matka, gdy leczono ją w szpitalu psychiatrycznym z powodu jej szaleństwa. I po powrocie, gdy nikt jej już nie odwiedzał. Czyn ten najbardziej gorzki smak miał wtedy, gdy uzmysłowiła sobie, że marnuje życie na salonach literackich z mężczyznami, którzy nazywali ją “piękną”, zamiast zamknąć im drzwi przed nosem i pisać.

Galila Roda chwyciła za nożyczki, kiedy lekarz powiedział jej, że jej syn Galal nie skończy trzech lat z powodu atrofii mózgu i kiedy została skompromitowana przez sudańskiego poetę panarabskiego, ponieważ odmówiła poślubienia go.

Durrijja Szafik własnoręcznie obcięła sobie włosy w dniu, w którym nasz wspaniały Taha Husajn znieważył ją za przewodzenie strajkowi kobiet na rzecz uwzględnienia ich praw w konstytucji z 1956 roku. Pisarz nazwał ją i jej koleżanki “niepoważnymi i szukającymi sławy”.

Alifa Rifat w dniu, gdy usłyszała pogłoski, że promuje “lesbijstwo”.

Latifa az-Zajjat również ścięła włosy, rozdarta między podwójnym niepowodzeniem: w pracy na rzecz wspólnoty i w życiu z mężczyzną, który rozbudził w niej kobiecość.

Dziwi mnie, że żadna z was nie napisała w tym momencie. Gdyby tak się stało, miałybyśmy wspaniałą antologię, zatytułowaną Ścinanie włosów, stanowiącą zapis chwil rozpaczy: byłaby umieszczana w bibliotekach. (…) Nadto nasza antologia nie ograniczałaby się do jednego gatunku literackiego. Byłaby to raczej forma zbiorowa, obejmująca wszystkie gatunki i kategorie literackie. (…)

Wszystkie te piękne kobiety, które ścięły włosy przed lustrem (…) znają ten moment, nawet jeśli same o nim nie mówią. Moment konfrontacji z lustrem i wcielenie się w pustkę pragnienia zmiany siebie poprzez ukaranie swojego ja, zniekształcenie i zredukowanie jednej z własnych cech. Moment przemija, kobieta odczuwa daremność swego czynu, jej złość narasta, uspokaja się i wchodzi w fazę głębokiej rozpaczy – potrzebną do odrośnięcia włosów.

W przypadku Inajat tak się nie stało.

***

Me too

Cierpienie zwierząt (3). Michał Witkowski “Wymazane”

Adminka: Oczywiście, to, co tu zacytuję to Witkowski, a więc autor niemalże monotematyczny (luje, cioty, pedryle, lampucery) i egotyczny (ja, Michał Witkowski, ja!), zseksualizowany do ostatnich granic przedpornograficznych, a przecież osiągający tymi środkami realistyczny obraz Polski i to każdej Polski, sarmackiej, peerelowskiej, pre- i potransformacyjnej, kapitalistycznej , dorobkiewiczowskiej i nędzarskiej.

Bloger Olszyk (Czytelnia osobista) pisze: Przez mniej więcej pierwsze sto stron powieści pisarz buduje obraz prowincjonalnego miasteczka – tytułowego Wymazanego – ulokowanego gdzieś w okolicach Suwałk, gdzie toczy się zasadnicza część akcji. (…) żaden z Witkowskiego realista i bardziej niż reportażowe prześwietlanie mentalności prowincjuszy bawi go gatunkowa przebieranka oraz karmienie wyobraźni PRL-owską poezją kiczu, cepelii i tandety(…). Bohaterem „Wymazanego” jest Damian Piękny – gerontofil, beztalencie, posiadacz dwóch skrajnie różnych przyjaciółek (imprezowej grubaski-celebrytki Jagody i zmanierowanej, pretensjonalnej Sylwii). Jego nudne życie odmienia się, gdy propozycję nie do odrzucenia składa mu lokalna milionerka, podstarzała królowa tandety, otoczona rosyjskojęzycznymi pracownikami, właścicielka kilku dobrze prosperujących interesów (m.in. nielegalnej fermy lisów czy śmierdzącej gównem pieczarkarni), (…) cierpiąca na złośliwą odmianę nowotworu. Alexis po śmierci przekaże Damianowi cały swój majątek pod warunkiem, że ten zgodzi się zostać jej mężem spełniającym wszystkie, nawet najbardziej wyuzdane seksualne zachcianki. Dla chłopaka, który (…) czuje pociąg erotyczny wyłącznie do mało zadbanych staruszek, to spełnienie najskrytszych marzeń. I taka to mniej więcej historia.

I w takim entouragu Witkowski – pisarz niespodziewanie (bo to nie w jego stylu) i autentycznie angażuje się w sprawę cierpienia zwierząt. Opisuje grozę farmy lisów, aby na końcu otworzyć klatki. To dwa słowa, za którymi kryje się światowy ruch prozwierzęcy, dążący do likwidacji hodowli, tak fizycznie, jak prawnie, oraz uwolnienia zwierząt. Organizacja Otwarte klatki tylko tym się zajmuje. “Twórz z nami świat wolny od cierpienia zwierząt”, piszą. “Czas na zmianę! Lisy, norki i jenoty każdego roku cierpią na fermach futrzarskich. Projekt zakazu zabijania zwierząt na futra jest już w Sejmie. Zwierzęta potrzebują Cię WŁAŚNIE TERAZ. Dołącz do działań na rzecz zakazu i odmień przyszłość zwierząt:

Zgłoś się do działań!

Ciekawe, że recenzenci i blogerzy masowo piszący o Witkowskim w ogóle i o Wymazanym w szczególe, nie zauważają tego wątku. Widzą to co zawsze, czyli seks i perwersję, a nie widzą empatii i wrażliwości na krzywdę ludzką i krzywdę zwierząt.

***

Przy okazji temat nieliteracki. Zoo w Norymberdze od wielu miesięcy planuje odstrzał pawianów. Podobno populacja jest za duża. Aktywiści protestują. Twierdzą, że pawiany zostaną użyte jako żarcie dla drapieżników w zoo. Obawiają się też, że jeśli ta akcja zostanie przeprowadzona, to inne ogrody zoologiczne potraktują to jak zielone światło i też będą zabijać duże zwierzęta. Być może chodzi przede wszystkim o to, że są to prymaty. Bo wiadomo, że ogrody zoologiczne hodują małe zwierzęta, którymi karmią drapieżniki. Sama podczas spaceru z wnukiem widziałam, jak przyjechała kobieta na wózku i rzucała tygrysom żywe kurczaki. Nie wiedzieliśmy, że coś takiego zobaczymy. Było to dla nast wstrząsające. Ale przyznajmy uczciwie, karmienie fok rybami nie zrobiło na nas wrażenia.

https://www.br.de/nachrichten/bayern/geplante-pavian-toetung-aktivisten-ketten-sich-an-gehege-fest,UrUYzMu

Napisy na transparentach: Pozwólcie żyć pawianom / Zabijanie zwierząt jest przestępstwem / Uwolnić pawiany.

Don Kichot zakopany w lesie

Ewa Maria Slaska

Pokazywałam już TU tę stroniczkę z jednej z książek Moniki Helefer, ale jak ją tu pokazywałam, to nawet nie wiedziałam, z której? Bo wchodziły w rachubę dwie Ojczulek (Vati) albo Hałastra (Die Bagage), teraz już wiem, że to historia z Ojczulka.

Josef Helfer był nieślubnym synem dziewki folwarcznej i chłopa, u którego pracowała za wikt i opierunek. Ojciec chłopaka ani się przyznał do ojcostwa, ani je zanegował, ale matka i dziecko nadal mieszkali w obejściu. Trochę jak w Janku Muzykancie Sienkiewicza lub Synu Snu Petera Schneidera nauczyciel i ksiądz docenili inteligencję chłopca i zapewnili mu edukację. Wybuchła wojna (ta druga). Na krótko przed maturą Józef został powołany do wojska i wysłany na front wschodni. Został ranny. W lazarecie stracił nogę, ale poznał swoją żonę, która pracowała tam jako pielęgniarka.

Ojciec poruszał się z protezą. Kochał książki i pracował jako kierownik domu wypoczynkowego dla ofiar wojny w Tschengli. To góra stołowa w Austrii, w prowincji Vorarlberg. 1220 metrów nad poziomem morza. Gdy w kilka lat po wojnie ośrodek zlikwidowano, zamieniając go na przynoszący zyski hotel, ojciec zabezpieczył najlepsze książki, jakie udało mu się zgromadzić w bibliotece, w tym wspaniałe wydanie Don Kichota z ilustracjami Dorego. Zapakował je w ceraty, takie ceratowe obrusy, którymi się nakrywało stoły w biednych kuchniach, tych zbiorowych, na obozach, w przytułkach, na koloniach. Ojciec i autorka na taczkach wywieźli sześć paczek książek zapakowanych w te ceraty do lasu. Po dwie paczki jednym kursem. Ojciec je tam zakopał nieopodal powalonego drzewa. Ona miała to zapamiętać. Ale nie zapamiętała. I nigdy ich nie odkopała.

Ja już w międzyczasie czytam obie te książki i wiem o tym Don Kichocie wszystko, co chciałam wiedzieć. Gustav Doré (1832-1883) jeden z najsłynniejszych grafików i ilustratorów książkowych na świecie, zilustrował w roku 1863 francuskie wydanie Don Kichota. Jego ilustracje okazały się tak trafne, że do dziś wydawcy, reżyserzy teatralni i filmowi, autorzy pomników, plakietek pamiątkowych i plakatów wzorują się na tym, jak Doré przedstawił Rycerza Smętnego Oblicza i jego giermka. Podobno, tak głosi angielska Wikipedia, tych ilustracji było 500. Czy rzeczywiście? Nie wiem.

Cierpienie zwierząt 2. John Maxwell Coetzee “Hańba”

Hańba to powieść wydawałoby się, że o hańbie, jaką ściągnął na siebie David Lurie, 50-letni wykładowca uniwersytecki, przez romans ze studentką.

Jednak szybko okazuje się, że tak robią wszyscy i nie ta hańba jest tematem książki. Lurie wyjeżdża na prowincję i zamieszkuje u córki, Lucy, która prowadzi życie samotnej farmerki. Uprawia kwiaty i jarzyny oraz prowadzi hotel dla zwierząt, których właściciele muszą wyjechać. Takie nowoczesne rolnictwo, komentuje w myślach Lurie, psy i kwiaty. Przyjaciółka córki, Bev, prowadzi z mężem usypialnię niechcianych zwierząt. Córka ją w tym wspiera.
Również tu dosięgnie Luriego ludzka, społeczna hańba. Trzej czarnoskórzy napadną na farmę Lucy, zdewastują ją i, obezwładniwszy ojca, zgwałcą jego córkę.

„Ryzykuje każdy, kto cokolwiek posiada: samochód, buty, paczkę papierosów. Wszystkiego jest za mało, żeby starczyło dla wszystkich – za mało samochodów, butów, papierosów. Za dużo ludzi, za mało rzeczy. To, co jest, musi wejść w obieg, żeby każdy mógł się nacieszyć chociaż przez jeden dzień. Tak przy najmniej głosi teoria. Nie ludzkie zło, tylko ogromny układ krążenia, w którego funkcjonowaniu litość i zgroza nie odgrywają żadnej roli. Tak trzeba patrzeć na życie w tym kraju.” Tak ocenia Coetzee sytuację, w której Lucy stała się obiektem gwałtu i przemocy i które, jak to się często zdarza, stają się powodem hańby. Jej hańby, nie tych, którzy gwałcili, bili i rabowali.

“Lucy woli nie pokazywać się ludziom. Powodem jest hańba. Powodem jest wstyd. To właśnie osiągnęli niespodziewani goście; to właśnie uczynili tej pewnej siebie, nowoczesnej, młodej kobiecie. Plotka jak plama rozlewa się po okolicy. Nie do kobiety należy jej rozprzestrzenianie, lecz do nich – to oni są właścicielami scenariusza, który mówi, jak wzięli ją w karby, jak pokazali jej, po co jest kobieta.”

Ale i to nie jest prawdziwym tematem tej książki. I wciąż jeszcze to nie jest prawdziwą hańbą. Tematem i prawdziwą hańbą jest bowiem ludzka hańba, to, jak my, ludzie traktujemy zwierzęta.

„– Bev robi niesłychanie wiele dobra. Od lat jeździ do Village, przedtem z ramienia Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, a teraz na własną rękę, mówi Lucy.

– Chyba z góry skazana jest na porażkę, odpowiada ojciec.

– Tak. Nie dostaje już żadnych dotacji. Na liście narodowych priorytetów nie ma miejsca dla zwierząt.

– Domyślam się, że jest zrozpaczona. Ty pewnie też.

– Tak. Nie. A zresztą, czy to ważne? Zwierzęta, którym Bev pomaga, nie czują rozpaczy, tylko wielką ulgę. (…) Jedynym istniejącym życiem jest to, które dzielimy ze zwierzętami. Taki właśnie wzór próbują dać światu ludzie pokroju Bev. Taki właśnie wzór staram się naśladować. Podzielić się ze zwierzętami częścią naszego ludzkiego uprzywilejowania. Nie chcę odrodzić się po śmierci jako pies albo świnia i prowadzić takie życie, do jakiego pod naszą władzą zmuszone są psy czy świnie.

– Lucy, kochanie, nie złość się. Tak, masz rację, inne życie nie istnieje. A co do zwierząt, to oczywiście, bądźmy dla nich dobrzy. Ale nie zatracajmy poczucia proporcji. Należymy do innej sfery stworzeń niż zwierzęta. Niekoniecznie do wyższej, po prostu do innej. Więc jeśli już mamy być dla nich dobrzy, róbmy to ze zwykłej wielkoduszności, a nie z poczucia winy czy z obawy przed karą.”

Lurie pomaga córce w opiece nad zwierzętami w jej hotelu. Podejmuje się też pomagać Bev.

„Wstaje i wychodzi na podwórko. Młodsze psy strasznie się cieszą na jego widok i zaczynają biegać w tę i z powrotem po swoich boksach, skomląc ochoczo. Ale stara buldożka ledwie się rusza. Lurie wchodzi do jej boksu i zamyka za sobą drzwi. Suka podnosi łeb, spogląda na niego i znów kładzie głowę na łapach; ma stare, obwisłe sutki.

Lurie kuca i łaskocze ją za uszami.

– Zostawili nas, co? – mruczy.

Wyciąga się obok niej na gołym betonie. Nad sobą ma blady błękit nieba. W mięśniach czuje nagły luz. I tak zastaje go Lucy. Widocznie zasnął (…). Weszła do boksu, niosąc kankę z wodą, a suka wstała i obwąchuje jej stopy.

– Zaprzyjaźniasz się? – pyta Lucy.

– Niełatwo z nią się za przyjaźnić.

– Biedna stara Katy, jest w żałobie. Nikt jej nie chce, a ona o tym wie. O ironio, w całej okolicy ma pewnie dzieci, które chętnie gościłyby ją u siebie. Niestety, nie mogą jej zaprosić. Same są tylko częścią umeblowania, systemu alarmowego. Robią nam ten zaszczyt, że traktują nas jak bogów, a my w zamian traktujemy je jak przedmioty.

– Ojcowie Kościoła, mówi Lurie, długo nad nimi debatowali i w końcu uznali, że zwierzęta nie mają dusz. Ich dusze są przykute do ciał i razem z ciałami umierają.

Lucy wzrusza ramionami.

– Nie jestem pewna, czy sama mam duszę. (…)

– Nieprawda. Jesteś duszą. Wszyscy jesteśmy duszami. Nawet jeszcze przed narodzeniem. Co z nią zrobisz? – pyta Lurie.

– Z Katy? Pewnie zatrzymam ją na stałe, jeżeli nie będzie innego wyjścia.

– Nie usypiasz zwierząt?

– Nie. Bev je usypia. Nikt inny nie chce, więc się podjęła. Okropnie dużo ją to kosztuje. (…)

­– Zgoda, pomogę Bev Shaw.”

Od razu pierwszego dnia Lurie musi pomóc w poskromieniu zdenerwowanego zwierzęcia. Bev każe mu pomyśleć coś dobrego, twierdzi, że psy wyczuwają myśli. Lurie ocenia to krytycznie, ale myśli coś dobrego i uspokojenie zwierzęcia się powiodło.

„– Dziękuję, panie Lurie. Ma pan dobrą aurę. Czuję, że lubi pan zwierzęta.

– Czy lubię zwierzęta? Jadam je, więc widać je lubię, a przynajmniej niektóre ich części. (..)

Kobieta zastanawia się nad jego słowami (…).

– Tak, w tym kraju jemy mnóstwo zwierząt – mówi. – Chyba niezbyt dobrze nam to robi. Nie bardzo wiem, jak im się z tego wytłumaczymy.

Wytłumaczymy, myśli Lurie? Kiedy? Na Sądzie Ostatecznym? Chętnie więcej by o tym usłyszał, ale to nie czas po temu.

Luriemu pomału świta, jakiego zadania podjęła się Bev. Ten ponury budynek to nie lecznica, (…) tylko wrota ostatniej ucieczki. Lurie przypomina sobie pewną historię (…). Czy to święty Hubert udzielił schronienia jeleniowi, który z tętentem kopyt wbiegł do jego kaplicy, uciekając przed myśliwskimi psami? Bev Shaw nie gra roli weterynarza, lecz kapłanki: z głową napchaną frazesami Ery Wodnika podejmuje absurdalne wysiłki, żeby ulżyć niedoli afrykańskich zwierząt.

(…)

W ośrodku są na stałe niemal wyłącznie psy, nie te zadbane, rasowe, które trzyma Lucy w swoim hotelu, lecz sfora wychudzonych kundli: tłoczą się w dwóch boksach, przepełnionych do granic możliwości, szczekając, ujadając, skomląc, skacząc z podniecenia.

Lurie pomaga kobiecie nasypać suchego pokarmu i nalać wody do koryt. Opróżniają dwa dziesięciokilogramowe worki.

– Jak pani za to płaci? – pyta.

– Kupujemy hurtem. Czasem urządzamy kwestę. Dostajemy darowizny. Prowadzimy darmowy punkt sterylizacji za stały zasiłek publiczny.

– A kto sterylizuje?

– Doktor Oosthuizen, nasz weterynarz. Ale przychodzi tylko na jedno popołudnie tygodniowo.

(…)

– Czy wszystkie umrą?

– Te, których nikt nie zechce. Uśpimy je.

– I to pani je usypia.

– Tak.

– I nie wzbrania się pani?

– Bardzo. Strasznie. Sama bym nie chciała, żeby uśpił mnie ktoś, kto by się nie wzbraniał. A pan by chciał?

Lurie milczy.

– Wie pani, dlaczego córka mnie tu przysłała? – pyta po chwili.

– Wspomniała, że ma pan kłopoty.

– Więcej niż kłopoty. Można by pewnie powiedzieć, że się zhańbiłem.”

Ta ludzka hańba pojawia się w narracji od czasu do czasu i z reguły coś ją zapowiada. Hańba, jaką jest krzywda zwierząt, może jednak pojawić się w każdym zdaniu. Nic jej nie zapowiada, nie powstrzymuje ani nie ogranicza. Jest wszędzie. „Kraj, w którym psy tak się hoduje, żeby warczały, ledwie zwęszą czarnego.” Albo: „to nie o lodówkę chodzi, tylko o jej zawartość: ochłapy, gnaty, rzeźnickie odpadki dla psów, które już ich nie potrzebują.” Bo zostały bestialsko zabite.

Tylko raz w powieści Coetzeego pojawiają się inne zwierzęta, nie psy.

„Owce długo piją, a potem bez pośpiechu zaczynają się paść. Są to czarnolice owce rasy perskiej, podobnej wielkości i maści, podobne nawet w ruchach. Zapewne bliźniaczki, od urodzenia przeznaczone na rzeź. No cóż, nic szczególnego. Kiedy ostatnio się zdarzyło, że owca padła ze starości?

Owce nie rządzą sobą, ich życie nie jest ich własnością. Istnieją po to, żeby był z nich pożytek, z każdego grama owczych ciał: mięso zjedzą ludzie, kości utrze się na mączkę i nakarmi nią drób. Nic się nie wymknie, może z wyjątkiem pęcherzyka żółciowego, bo jego nikt nie zje. Kartezjusz powinien był na to wpaść. Dusza zawieszona w ciemnej, gorzkiej żółci, ukryta. (…) Owce pożyją do sobotniego ranka, czyli jeszcze dwie doby. Dosyć żałosny sposób na przeżycie ostatnich dwóch dni, jakie ma się przed sobą. Wiejskie obyczaje – tak kwituje to Lucy. Luriemu nasuwają się inne słowa: obojętność, nieczułość. Skoro wieś może osądzać miasto, to i miastu wolno osądzić wieś.”

(…)

„Kiedy tylko może, jeździ do kliniki Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami i robi wszystko, co nie wymaga żadnych umiejętności: karmi, sprząta, myje podłogi.

W klinice zajmują się psami; dla zwierząt gospodarskich Village posiada własną weterynaryjną mądrość, własną farmakopeę, własnych uzdrowicieli. Psy trafiają do kliniki chore na nosówkę, z połamanymi łapami, z zainfekowanymi ukąszeniami, ze świerzbem, z objawami zaniedbania, dobrotliwego lub złośliwego; trafiają tu ze starości, z niedożywienia, z pasożytami jelit, głównie jednak przez własną nadmierną płodność. Jest ich po prostu za dużo. Kiedy ludzie przywożą psa, nie mówią wprost: „Przywiozłem go, żebyście go zabili”, ale tego właśnie oczekuje się od personelu: że zrobi z psem porządek, usunie go ze świata, wyprawi w niepamięć. To, czego się w istocie wymaga, to Lösung (niemiecki zawsze usłużnie podsunie odpowiednio neutralną abstrakcję): sublimacja, taka jak wtedy, gdy z wody sublimuje się alkohol i nie pozostaje żaden osad ani smak.

Toteż w niedzielne popołudnia drzwi kliniki zamyka się na klucz, a potem Lurie pomaga Bev Shaw lösen te psiska, które w danym tygodniu uznano za nadliczbowe. Jednego po drugim wybiera z boksu na tyłach budynku i prowadzi albo niesie do gabinetu. Każdemu z nich w jego ostatnich minutach Bev poświęca bezgraniczną uwagę: głaszcze, przemawia, próbuje ułatwić odejście. Jeśli psy rzadko ulegają tym czarom, to dlatego że przeszkadza im obecność Davida, który wydziela nieodpowiedni zapach („One potrafią wywęszyć ludzkie myśli”), swąd wstydu. Ale to właśnie David je trzyma, żeby stały nieruchomo, zanim igła trafi w żyłę, narkotyk uderzy w serce, łapy się ugną, a ślepia zmętnieją. Myślał, że przywyknie. Ale jakoś nie przywykł. Im więcej ma za sobą egzekucji, tym bardziej jest roztrzęsiony. Gdy w pewien niedzielny wieczór wraca do domu volkswagenem Lucy, musi aż przystanąć na poboczu, żeby wziąć się w garść. Po twarzy płyną mu niepohamowane łzy; drżą ręce. Nie rozumie, co się z nim dzieje. Jeszcze do niedawna zwierzęta były mu mniej lub bardziej obojętne. Chociaż w pewien abstrakcyjny sposób potępia okrucieństwo, nie umie powiedzieć, czy sam z natury jest okrutny, czy dobry. Jest po prostu nijaki. Przypuszcza, że ludziom, których obowiązki zawodowe wymagają okrucieństwa – na przykład pracownikom rzeźni – stopniowo zaskorupiają się dusze. Pod wpływem nawyku człowiek twardnieje: zazwyczaj pewnie tak bywa, ale raczej nie w przypadku Luriego. Chyba nie ma daru twardnienia.

To, co dokonuje się w gabinecie, wstrząsa całym jestestwem Davida. Psy wiedzą, że wybiła ich godzina: jest o tym przekonany. Chociaż cała operacja odbywa się cicho i bezboleśnie, chociaż Bev Shaw ma same dobre myśli, a on też stara się nie mieć żadnych innych, chociaż zwłoki chowa się do hermetycznych worków, psy na podwórku potrafią wywęszyć, co się dzieje w klinice. Kładą uszy po sobie, spuszczają ogon, jakby i one czuły hańbę umierania; zapierają się wszystkimi czterema łapami, tak że trzeba je przeciągnąć, przepchnąć albo przenieść przez próg. Na stole jedne wściekle kłapią zębami, inne skomlą żałośnie; ale żaden nie patrzy wprost na igłę w dłoni Bev Shaw, bo skądś wiedzą, że ta właśnie igła wyrządzi im straszliwą krzywdę.

Najgorsze są te, które go obwąchują i usiłują lizać po ręce. Nigdy nie lubił lizania, toteż w pierwszym odruchu ma ochotę się odsunąć. Po co udawać przyjaciela, skoro w rzeczywistości jest się mordercą? Ale potem ustępuje. Bo i czemu stworzenie, nad którym zawisł już cień śmierci, miałoby czuć, że człowiek wzdryga się przed zetknięciem z nim, jakby sam dotyk przerażał? Daje im więc się lizać, jeśli chcą, tak jak Bev Shaw głaszcze je i całuje, jeżeli tylko jej na to pozwolą.

Nie jest, ma nadzieję, sentymentalny. Stara się patrzeć bez sentymentów na zwierzęta, które zabija, i na Bev Shaw. Pilnuje się, żeby głośno nie stwierdzić: „Nie wiem, jak ty to robisz”, bo w odpowiedzi usłyszałby: „Ktoś przecież musi”. (…)

Ponieważ Bev Shaw zadaje cios igłą, on zajmuje się usuwaniem szczątków. Nazajutrz rano jedzie wyładowanym volkswagenem do szpitala i powierza zwłoki w czarnych workach płomieniom krematorium. Prościej byłoby wozić worki do krematorium natychmiast po sesji i zostawiać je, żeby się nimi zajęli palacze. Trzeba by jednak wtedy porzucić je na wysypisku razem z całym plonem weekendu: śmieciami ze szpitala, padliną zgarniętą z poboczy dróg, cuchnącymi odpadami z garbani – przypadkową, a zarazem okropną mieszanką. Nie umie się przemóc, żeby wydać martwe psy na taką sromotę. Toteż w niedzielne wieczory ładuje worki na tył volkswagena i przywozi na farmę; przez całą noc leżą w aucie, a w poniedziałek rano wiezie je do szpitala. Sam je tam układa, pojedynczo, na wózku podajnika, uruchamia korbą mechanizm, kiedy zaś wózek mija stalową bramkę i wjeżdża w płomienie, Lurie naciska dźwignię, żeby go opróżnić, i za pomocą tej samej korby przyciąga go z powrotem, a robotnicy, których wyręcza, stoją i patrzą.

W pierwszy poniedziałek, kiedy tam pojechał, zostawił im tę robotę. Zwłoki przez noc zesztywniały. Martwe łapy więzły między prętami wózka, a gdy ten wracał z pieca, często przywoził z powrotem psa, osmalonego, wyszczerzonego, cuchnącego przypaloną sierścią, obnażonego, bo plastikowa osłona już spłonęła. Po kilku takich próbach robotnicy zaczęli przed załadunkiem obtłukiwać worki łopatami, żeby połamać skostniałe kończyny. Właśnie wtedy wmieszał się w to i całą pracę wziął na siebie. W krematorium pali się antracytem; elektryczny wiatrak wsysa powietrze w przewody – Lurie przypuszcza, że cała konstrukcja pochodzi z lat 60., kiedy to zbudowano szpital. Krematorium pracuje przez sześć dni w tygodniu. Siódmego dnia odpoczywa. Kiedy ekipa przychodzi do pracy, wygarnia wczorajszy popiół i rozpala piec od nowa. Zanim wybije dziewiąta rano, w wewnętrznej komorze jest tysiąc stopni – wystarczająco gorąco, żeby kość zwapniała. Do późnego ranka uzupełnia się wsad; mija całe popołudnie, nim piec ostygnie. (…) Czemu podjął się tej pracy? Żeby ulżyć Bev Shaw? Gdyby tylko o to szło, dość byłoby zwalić worki na wysypisku i odjechać. Przez wzgląd na psy? Ale one przecież już nie żyją; a zresztą, co psom wiadomo o honorze i dyshonorze?

Czyli robi to dla siebie. Ponieważ tak mu nakazuje własne wyobrażenie o świecie jako miejscu, w którym ludzie nie obtłukują zwłok łopatami, żeby nadać im kształt ułatwiający dalszą obróbkę.

Psy trafiają do kliniki, bo nikt ich nie chce: „albowiem jest nas zbyt wielkie mnóstwo”. I wtedy on wkracza w ich życie. Choć może i nie jest dla nich wybawicielem – tym, dla którego nie jest ich zbyt wielkie mrowie – czuje się na siłach zatroszczyć się o nie, kiedy nie mogą już, zupełnie nie mogą zatroszczyć się o siebie, kiedy nawet Bev Shaw umywa od nich ręce. (…) Lurie został psiarzem – psim grabarzem; psim psychopomposem; harijanem. (…)

Lurie ratuje honor trupów, bo nikt inny nie jest dość głupi, żeby się tego podjąć.”

Jego córka postanawia zacząć życie od nowa.

“– Jakie to poniżające – mówi Lurie. – Takie wielkie nadzieje, a potem taki koniec.

– Owszem, poniżające. Ale może to dobry punkt wyjścia, żeby zacząć na nowo, od podstaw. Od zera. I to bez względnego. Po prostu od zera. Bez żadnych kart w ręku, bez broni, bez majątku, bez praw, bez godności.

– Jak pies.

– Właśnie. Jak pies.

Lurie już na stałe godzi się z tym, że jego życie polega na zabijaniu psów. Nauczył się poświęcać całą uwagę zabijanemu zwierzęciu i dawać mu to, czego już nie wzbrania się na zwać po imieniu: miłość.”

Cierpienie zwierząt 1. Sigrid Nunez, “The Friend”

Ewa Maria Slaska

Gdy moi bliscy angażują się w aktywizm przeciwko cierpieniu zwierząt, mam wrażenie, że i ja powinnam coś zrobić. Oni wychodzą na ulice. Też pewnie powinnam, ale na zasadzie, “nie angażuj się wszędzie, bo będziesz śmieszna”, z reguły starannie wybieram i ulice, i protesty. Zresztą wszyscy aktywiści to wiedzą, nie da się walczyć o wszystko. Ale jednak “cierpienie zwierząt” to bardzo bolesny temat.

Jestem pisarką i blogerką, sięgnę więc do literatury.

Sigrid Nunez, The Friend. Postanawiam przetłumaczyć fragment rozdziału 5, który mną po prostu wstrząsnął. Nie znałam tej pisarki, nie czytałam, niczego co napisała. Ale myślę, że to wielka autorka. “Przyjaciel”, który jest tytułem tej książki, to Apollo, ogromny dog, którego narratorka otrzymuje w spadku po samobójczej śmierci swego ludzkiego przyjaciela.

– Czytałaś o sprawie mastifów tybetańskich?
Rzeczywiście czytałam artykuł w Timesie i próbuję to powiedzieć, ale ta kobieta i tak musi mi go zrelacjonować. Jeszcze kilka lat temu mastif tybetański był w Chinach symbolem statusu, luksusowym obiektem, za który płacono nawet równowartość 200 tysięcy dolarów, a mówi się, że niektóre szczeniaki osiągały cenę miliona dolarów. Gdy gorączka rosła, hodowcy zaczęli produkować coraz więcej mastifów. A gorączka nagle spadła. Uznano, że psy wcale nie są tyle warte, jedzą za dużo i są trudne do okiełznania. A to sprawiło, że na ulicach miast pojawiło się mnóstwo porzuconych mastifów. Władze komunalne nakazały wyłapywanie psów, co odbywało się brutalnie. Niekiedy psy zdychały. Resztę odesłano do rzeźni.
Prawdę mówiąc nie była to historia, którą chciałam usłyszeć jeszcze raz. Gdy idę z Apollem na spacer, niekiedy spotykam tę kobietę, jak wyprowadza na spacer dwie swoje łagodne kundelki, matkę i córkę. Opowiada mi o mastifach, a potem od razu przechodzi do następnego tematu, który jednak dotyczy tego samego – okrucieństwa hodowli psów rasowych. To, czego chciała natura, mówi, to, co powinno istnieć, to kundle. A co mamy? Collie głupie jak but, neurotyczne owczarki, mordercze rotweilery, głuche dalmatyńczyki i labradory, które są tak spokojne, że możesz im wystrzelić nad uchem z karabinu, a one i tak nie będą podejrzewały, że może być niebezpiecznie. To takie jarzyny w futrach, kaleki i idioci, socjopatyczne psy, o za cienkich kościach lub zbyt tłustym mięsie. Takie monstra otrzymujesz, jeśli produkujesz zwierzęta, żeby zaspokoić ludzkie zachcianki. To powinno być traktowane jak przestępstwo. (Myślałam, że kobieta zmyśla, gdy opowiedziała mi o pointerach, które zamarzają w dziwacznej pozie wystawiając zwierzynę i nie można ich przywrócić do normalnego stanu, ale okazało się, że mówi prawdę).
– Jest mi niedobrze, mówi kobieta, gdy pomyślę, o tym jak świat będzie wyglądał za pięćdziesiąt albo sto lat. Czarno to widzę.
Ale potem wzrusza ramionami i mówi, że to i tak bez znaczenia, bo wtedy Ziemia będzie już całkiem zniszczona, po czym zabiera swoje kundelki i odchodzi.
A ja zostaję i muszę myśleć o mastifach. Te psy są znane ze swojej ogromnej postury i grzywy, która sprawia, że przypominają lwy, ale poza tym wiadomo, że są nadzwyczaj lojalne w stosunku do właściciela i obdarzone ogromnym instynktem opiekuńczym. O czym więc myśli mastif wyrzucony przez swojego pana i wraz ze stadem innych mastifów wepchnięty do ciężarówki, która zawiezie je do rzeźni. Czy pies rozumie, że został zdradzony? Myślę, że nie. Myślę, że ostatnią myślą mastifa w drodze do rzeźni jest pytanie, kto się teraz będzie opiekował moim panem?

Aecjusz, Boecjusz i Romulus

Ewa Maria Slaska po inspirującej rozmowie z Viatorem

Jak kończy się nasz świat?

Rozmawialiśmy któregoś dnia z Viatorem, że myśli mamy schyłkowe. Wspomnieliśmy więc Boecjusza, bo to chyba najsłynniejszy pocieszyciel w historii literatury i filozofii. Człowiek, który szykuje się na własną śmierć i pomaga nam spojrzeć w Kres i Bezkres.

Ale, powiedział Viator, Romulus Wielki bardziej by tu pasował, bo na razie nie my idziemy pod katowski topór, tylko świat cały. Dürenmatt, nie wiem, czy pamiętasz? Romulus Wielki, ostatni cesarz rzymski, odchodzi w chwili, gdy świat właśnie upadł. A nie Aecjusz, ostatni Rzymianin?, pytam, bo lepiej pamiętam Parnickiego, niż Dürenmatta

Nie, powiedział Viator, Aecjusz się miota, intryguje, walczy, próbuje ustawić historię na swoją modłę. Dwoi się i troi. Interweniuje. Zabija, mianuje. Marzy mu się nowa dynastia, sława, chwała, splendory. Ratunek dla upadającego cesarstwa.

A Romulus Augustulus hoduje kury, czyta Marka Aureliusza i stopniowo pozbywa się balastu, jakim jest Imperium. Romulus Augustulus, Auguścik, Romulus jak założyciel Rzymu, Augustulus jak taki umniejszony pierwszy cesarz.

Dürenmatt twierdził, że napisał dramat niehistoryczny. Z reguły, twierdzi autor, to Historia powoduje, że bohater musi stanąć na wysokości zadania. My też tak myślimy. Stanąć, powstać, sprzeciwić się, nie pozwolić. A Dürenmatt każe nam spojrzeć na to wszystko, na cały ten zgiełk z innej perspektywy, ujrzeć sytuację, w której bohater nie robiąc zgoła nic, pozwala odejść staremu światu, po to by mógł się zrealizować nowy.

Rzym upadł. Germanie splądrowali miasto i zhołdowali Imperium. Nowym królem zostanie Odoaker. Cesarz i jego świta spędzają ostatnią noc w letniej willi nad morzem w Kampanii. Wszyscy uciekają, ratując, co tylko się da, pensje, stanowiska, łaski nowego władcy, przedmioty. Nie ma statków, łodzi i kutrów. Cesarzowa Julia, córka i żona cesarzy, jak zwykła przekupka zabiera wszystko, co ma jakąkolwiek wartość, aby odpłynąć na tratwie. Tratwa utonie, a wraz z nią cesarzowa, jej córka, służba, czajniki, nocniki, szlafroki, banany i parawany. Cesarz zostaje sam i gotowy na śmierć, z godnością czeka na pogromcę i następcę. Ale nie, Odoaker nie zabija Romulusa, odsyła go na emeryturę. Niezwykły los w historii Cesarstwa Rzymskiego, gdzie podstawową przyczyną zgonu kolejnych władców jest zabójstwo, morderstwo, może kara śmierci.

Romulus nie ma nic, gdy odchodzi ze sceny Historii, trzymając pod pachą ostatnią rzecz, ostatni przedmiot, jaki mu pozostał, popiersie swego słynnego imiennika, tego pierwszego Romulusa, którego wilczyca wykarmiła własnym mlekiem. Odchodzi z najwyższą godnością. Tak nam dopomóż Bóg, obyśmy też tak potrafili.

Porzucone fragmenty książki 1. Żyd Wieczny Tułacz i inni.

Ewa Maria Slaska

Wydaję właśnie drukiem powieść o pokoleniu Solidarności. W ostatecznej redakcji kilka fragmentów wyrzuciłam po prostu, a kilka przeniosłam tu. Oto pierwszy.

Ahasverus, Bonifacy d’Oria, Don Kichot, Tata

Zrozumiałam ostatnio, w proustowskim wręcz olśnieniu, że od lat zajmowali mnie starzy biali mężczyźni, którzy całe życie idą.

Continue reading “Porzucone fragmenty książki 1. Żyd Wieczny Tułacz i inni.”

Bombardierung (Gebet)

Ewa Maria Slaska über das Buch Alphabet des Krieges (2)


Alphabet des Krieges

Masha Pryven (Hg.)

22 x 28 cm, 64 Seiten, 26 Abbildungen, Broschur mit Schutzumschlag
Zweisprachig: Deutsch, Englisch
ISBN 978-3-911192-04-0

Leseprobe

Das Buch ist Resultat einer langen Arbeit, die Masha Pryven, selber Ukrainerin, aus Lugansk, also aus Ukraine, die jetzt seit Jahren dem Putins gehört, mit Ukrainischen Geflüchteten gemacht habe. Sie haben sich die Begriffe ausgesucht, die ihre Meinung nach mit dem Krieg zu tun haben und zusammen Alphabet des Krieges ausmachen. Manche Begriffe wird jeder mit dem Krieg assoziieren, z.B. Bombardierung oder Flüchtlinge. Vielleicht auch Haus oder Schule, aber es sind Begriffe wie Jahr. Ein Jahr als Flüchtling, ein Jahr weg aus der Heimat, ein Jahr in Deutschland. Oder Gebet. Ist gebet ein Begriff des Krieges?


Bei der Buch Präsentation sprechen uns vier junge Menschen an. Von links: Jurij, Igor (Yehor), Chengis, Jaroslav. Auf der großen Tafel sieht man alle Fotos, die Gruppe für das Buch ausgesucht hatte. Jeder Teilnehmer kommt zur Tafel und sucht ein Foto aus, über das er uns etwas erzählen möchte.

Es ist eine sehr moderne weiße elektronische Tafel, man kann die Fotos beliebig umstellen, wegschieben, vergrößern. Yehor kommt zur Tafel und sucht eigenes Foto aus, die er sich ausgedacht hat, um Krieg mit dem Wort Gebet zu definieren.

Yehor Dudnichenko (17, aus Donezk) erklärt, was für ihn Bombardierung (Bombing) bedeutet: Das ist, wenn ich betete, obwohl ich nicht an Gott glaube. Und erzählt wie er während einer Bombardierung nur ein Zettel mit dem Gebet Vater unser auf Ukrainisch hatte und es las, und es ihm half.

Отче наш, що єси на небесах,
Нехай святиться Ім’я Твоє,
нехай прийде Царство Твоє,
нехай буде воля Твоя,
як на небі, так і на землі.
Хліб наш насущний дай нам сьогодні.
І прости нам провини наші, як і ми прощаємо винуватцям нашим.
І не введи нас у cпокуcу, але визволи нас від лукавого.
Амінь.