Trochę o mojej książce

Jakby ktoś chciał przyjść na moje spotkanie autorskie, to będzie w marcu 2026 roku. Po niemiecku:

Humboldt Forum / Berlin Global
Piątek, 13 marca 2026
godzina 18:0

Otwarta przestrzeń: Freiheit Gleichheit Solidarność
Schloßplatz 7
10178 Berlin

Moderatorka: Sophie Pearl
Performance Anna Krenz, piosenki Jemek Jemowit, czytanie Ewa Maria Slaska
Na zakończenie koncert
Wstęp wolny
ew. wymagana rejestracja

Continue reading “Trochę o mojej książce”

Cierpienie zwierząt 7. Drybling Hidegkutiego czyli rozmowy z Hrabalem

Autorzy: Bohumil Hrabal i László Szigeti, wyd. Warszawa 2011

EMS: Rozmowy zostały przeprowadzone w 1984 roku, wydane po czesku 1996 roku, po polsku w roku 2011. To istotne, bo głęboko humanistyczne poglądy czeskiego pisarza, tak jak je głosił w latach 80, mogą się dziś wydać staroświeckie, albo wręcz anachroniczne.

Zresztą nie uprzedzajmy wypadków. Najpierw kilka fragmentów książki, a dopiero potem wnioski i uczucia.

Aha, Nándor Hidegkuti (1922- 2002) był (ubóstwianym) węgierskim piłkarzem i trenerem, Bohumil Hrabal (1914-1997) był czeskim pisarzem, a László Szigeti (1957-2022) – słowackim politykiem narodowości węgierskiej, najpierw komunistą, a potem – antykomunistą.

Drybling – wiadomo, w rozmowie Hrabal często kończy odpowiedź sformułowaniem “to taki drybling na chustce do nosa”. Aczkolwiek rozmowy po angielsku nazywają się piruety na chustce do nosa, a po niemiecku – sztuczki z chusteczką. Aha, poniższy fragment książki zaczyna się od zdania po niemiecku. To zdanie Hrabala.

***

Continue reading “Cierpienie zwierząt 7. Drybling Hidegkutiego czyli rozmowy z Hrabalem”

Cierpienie zwierząt 6. Jeanette Winterson, “Written on the Body”

Napisane na ciele

po niemiecku wydane w S. Fischer Verlag 1999

Jeanette Winterson, autorka angielska, fantasy, science fiction, literatura piękna, biografia, autobiografia, pamiętniki; zdaniem portalu Lubimy czytać jej najpopularniejszą książką jest Przepaść czasu. Ponadto w Polsce ukazała się jej autobiografia Po co ci szczęście, jeśli możesz być normalna? oraz jej debiutancka powieść, również po części autobiograficzna – Nie tylko pomarańcze.

Urodzona: 27.08.1959

Napisane na ciele to początkowo po prostu bardzo erotyczny romans tłumacza literatury rosyjskiej z piękną mężatką, historyczką sztuki. Jednakże w drugiej połowie powieść nagle całkowicie się zmienia, staje najpierw esejem popularno-naukowym, a potem opowieścią o chorobie, wyrzeczeniu i śmierci. Bohater jest wegetarianinem i tłumaczę tu dla nas krótki fragment książki, jego rozmyślanie o zwierzętach. Pojawia się ono podczas nocnej listopadowej wędrówki po niegościnnym terenie, gdzieś w hrabstwie Yorkshire. Być może trzeba tu powiedzieć, że to fragment końcowej części powieści, kiedy już wszystko jest ponure. Strona 228 i następne:

***

Droga jest grubo posypana popiołem, który cienko świszcze pod butami. Buty są pobrudzone pyłem węglowym i popiołem, ale i tak jest to lepsze niż błocko deszczową nocą. Dziś w nocy już nie pada. Niebo jest przejrzyste i twarde, nie ma chmur, tylko gwiazdy i pijany księżyc, kołyszący się na grzbiecie. Szereg jesionów wzdłuż palisady przez którą się wychodzi ze świata ludzkich dzieł w rozległy krajobraz, który do niczego się nie nadaje, tylko jako pastwisko dla owiec. Słyszę je, jak przeżuwają kępy traw, grubych jak kożuchy.
Jest późno, powinienem był wziąć taksówkę, a tak mam przed sobą dziesięć kilometrów drogi, którą muszę pokonać bez latarki. Dla płuc ciężkie uderzenie zimna jest jak szok. Po drodze nie ma domów ani telefonu. Mocuję torbę podróżną na plecach i idę w kierunku mglistych zarysów góry. Do góry i na dół. Pięć kilometrów pod górę i pięć w dół. (…) Toruję sobie drogę pośród stada krów z otokami błota wokół kopyt. Moje buty też dźwigają wielkie bryły błota. Nie przewidziałem, że po drodze wszędzie napotkam potoki wody, które wypływają z przepełnionych źródeł i spływają łagodnie po stoku w dół. Na wysuszonym letnimi suszami podłożu deszcz nie wsiąka w ziemię i nie łączy się z wodami gruntowymi, dociera tylko do źródeł, którymi się karmi. Rwące strumienie spadają w dół i wypełniają błotniste doły. Krowy tratują je, wędrując w poszukiwaniu trawy. Mam szczęście, że księżyc odbija się w taflach wody. Idę wzdłuż nich, są błotniste, ale jeszcze się w nich nie zapadam. Mam na sobie miejskie buty i cienkie skarpetki, które nie chronią przed wilgocią. Miejski płasz jest sporyskany błotem. Krowy patrzą na mnie z niedowierzaniem, tym spojrzeniem, jakie zwierzęta żyjące w naturze rezerwują dla ludzi, którzy się tam pojawiają. Nie wydajemy się im częścią natury. Intruzi, zaburzający odwieczny porządek złożony z myśliwych i zwierząt, na które polują. Zwierzęta wiedzą, kto jest kim, dopóki nie pojawimy się my. Cóż tej nocy to z pewnością krowy śmieją się ostatnie. Ich spokojne przeżuwanie, ich łagodne ciała, czarne na tle zbocza góry, naigrywają się z wędrowca, który obarczony ciężką torbą, w mozolnej wspinaczce dąży potykając się pod górę. Stój, bratku, oddawaj polędwicę. Jestem wegetarianiniem, nawet nie mogę sobie pomarzyć o zemście. Czy jesteś w stanie zabić krowę? To taka gra, w którą czasem gram sam ze sobą. Co mógłbym zabić? Gdy o tym myślę, zatrzymuję się na kaczce, ale potem widzę je na stawie, kwaczą zupełnie idiotycznie, och dlaczego dlaczego rodzina kacza kaczy kuper w wodzie macza, i już po mnie. Czy byłbym w stanie wyłowić taką kaczkę z wody i skręcić jej kark? Ale strzelbą byłbym w stanie ją odstrzelić, tak jest łatwiej. Łatwiej, bo dalej. Nie będę jadł tego, czego nie jestem w stanie zabić. Trochę to niesmaczne, udawane. Hej krowy, nie musicie się mnie bać. Krowy podnoszą łby. Jak faceci przy pisuarze, krowy i owce robią wszystko jednocześnie. To mnie zawsze niepokoi, ta wspólnota patrzenia, zjadania trawy, sikania. Idę za krzak, żeby się wysikać. Dlaczego w środku ciemnej nocy w środku niczego chowam się za krzakiem, żeby się wysikać?

***

Dalsza część rozważań w powieści już nie dotyczy zwierząt.

***

Ciekawe, że dzień przedtem, jak dopiero zaczęłam czytać tę powieść, rozmawiałyśmy z koleżanką o tym samym. Bo jest tak, że ludzie, którzy nie są wegetarianami, że już nie wspomnę o weganach, odczuwają potrzebę, żeby się przed nami wytłumaczyć, dlaczego jedzą mięso. To wyjaśnienie, że nie powinno się jeść tego, czego nie umie się zabić, pojawia się bardzo często w tych rozmowach i zawsze wtedy okazuje się, że normalny mieszczuch w XXI wieku w takich rozważaniach zawsze dociera do drobiu, choć zawsze w końcu przyznaje się, że tej kury, kaczki czy gęsi nie zabije. Moja koleżanka dotarła do gęsi i zakładała, że od gęsi w dół mogłaby zabić zwierzę, sprawić je i przygotować do spożycia. Po trzech miesiącach próby bycia wegetarianką, upiekła na obiad rodzinny gęś świętomarcińską.

Ale dlaczego ci, co jedzą mięso, w ogóle tak myślą? Co z tego wynika? Nie jedzą krowy ani świni, ale jedzą ryby, raki, żaby, ptaki? O to chodzi? Co wynika, co ma wynikać z takiego myślenia? Dżdżownicę i chrabąszcza jeszcze łatwiej zabić niż rybę, a przecież nie jemy dżdżownic i chrabąszczy.

Ponieważ przebywa u mnie aktualnie adeptka psychologii z Gdańska, Matylda Czarnecka, zapytałam ją, co sądzi o tej argumentacji i czy mogłaby mi pomóc wyjaśnić, po co ludzie mówią nam takie rzeczy i co to wyjaśnia, jeśli uznam, że mogę zjeść tylko zwierzę, które mogę zabić? Znalazłyśmy w rozmowie kilka wyjaśnień.

Umiejętności. Jesteśmy słabi, nie mamy dość siły, żeby zabić krowę i nie umiemy tego robić.
Małe zwierzęta zabija się szybciej, a zatem mniej cierpią, a nie chodzi o to, żeby nie zabijać, tylko o to, żeby nie zadawać cierpienia, albo, tak naprawdę, go nie widzieć. Małe zwierzę to mało krwi.
Własnoręczne zabicie zwierzęcia zakłada, że nie jest to zwierzę hodowane fabrycznie, tylko chodzi gdzieś po podwórku, czy pływa w stawie, dokonuje się więc tym samym deindustrializacja konsumpcji mięsa.

Przyjmowałam te argumenty z zainteresowaniem, ale nadal nie rozumiałam, czemu służy zdanie o jedzeniu tylko tego, co dany człowiek byłby w stanie zabić? Przecież to nie znaczy, że jedzą tylko to i nie znaczy, że sami zabijają. A jednak to zdanie pozwala na spokojną konsumpcję mięsa. Likwiduje wyrzuty sumienia. Usprawiedliwia i wyjaśnia. Ale jak? Jak to działa?

I Matylda znajduje wyjaśnienie. Wyobraźmy sobie świat bez marketów, a więc świat, w którym musimy sobie sami radzić. Zbierzemy jagody, przeżujemy ziarna, złowimy rybę, zbijemy kurę. Nikt z nas świadomie o tym nie myśli, gdy kupujemy szynkę w biedronce, ale nasza podświadomość – ta jungowska a nie freudowska – to właśnie gwarantuje. To zdanie zawiera w sobie pamięć o babci, która kupowała na targu żywe kury, obejmuje karpie wrzucane do wanny i zabijane w dzień Wigilii, wakacyjne zbieranie grzybów, smak poziomek na łące. Podwiadomość robi z tego zgrabny pakunek i przypominając, że możemy coś sami zabić, podsuwa nam obietnicę, że przeżyjemy wojnę, głód, wypędzenie i katastrofę klimatyczną.

Amerikanischer Traum – Lesungen

Der amerikanische Traum der Solidarność-Bewegung


Ewa Maria Slaska, Amerykański sen. Pokolenie Solidarności. Berlin – Szczecin 2025

Das Buch ist auf Polnisch, aber in Berlin werden immer neue Fragmente auf Deutsch präsentiert. Es ist weder Autobiografie noch Sachbuch, es ist eine Autofiktion und ein Roman mit hohen dokumentarischen Anteil.

Lesungen auf Deutsch

Die aus Danzig stammende damalige Solidarność-Aktivistin Ewa Maria Slaska lebt seit 1985 als Autorin, Bloggerin, Journalistin, Verlegerin und Projektmanagerin in Berlin. In 80ern verbunden mit der polnischen Demokratiebewegung Solidarność.

ewamaria.blog
polkopedia.org

In ihrem neuesten Buch Amerykański sen /Amerikanischer Traum, einer Autofiktion, einem Roman mit hohem dokumentarischem Anteil, konzentriert sich die Autorin, Ewa Maria Slaska, auf das Leben zweier in Danzig (Gdańsk) geborener Menschen, aufgewachsen in der Volksrepublik Polen. Sie sind aktive Teilnehmer der Solidarność – Bewegung. In den 1980er Jahren wandern sie aus, erst nach Berlin(West), dann in die Vereinigten Staaten. Sie suchen die Freiheit. Ob die Freiheit, die sie in Amerika finden, das ist, was sie sich erträumt haben?


Freitag, 2. Oktober um 14:45 von Ostkreuz


Kulturzug Berlin – Breslau

Moderatorin: Natalia Wassermann

Fahrkarten (hin 27,00 €)

Danach noch eine Lesung in Milicz am 5. Oktober und zwei Lesungen in Wrocław (auf Polnisch) am 7 und 8. Oktober:

Milicz
5 października o godzinie 16
STARA BOMBKARNIA
Kawiarnia w KOM
Kreatywny Obiekt Multifunkcyjny
Jarosława Dąbrowskiego 3, 56-300 Milicz

Moderatorin Ewelina Jaworska

***
Wrocław
7 października godzina 18
Kamieniczka Małgosia na Rynku

***
8 października godzina 17
Wrocławskie Stowarzyszenie
Twórców Kultury
ul. Lwowska 43
w siedzibie Rady Osiedla Gajowice

wszystkie spotkania po polsku

***


Freitag, 28. November
18:00 Uhr
Majakowskiring 47
13156 Berlin

Moderatoren: Monika Wrzosek-Müller & Michael Müller

***


Freitag, 23. Januar 2026
18:30

Volkshochschule Mitte
Deutsch-Polnischer Klub

Antonstr. 37
13347 Berlin
Raum 207 

Moderatorin: Maria Szewczyk    

***

Link zu einer Sendung von Arkadiusz Łuba für Polnisches Radio auf Deutsch: https://www.polskieradio.pl/400/7779/artykul/3565095,der-amerikanische-traum-%E2%80%93-ein-buch-%C3%BCber-die-solidarnosc%E2%80%9Cgeneration

Cierpienie zwierząt 5. Jack London, “Zew krwi”

Gdyby Buck czytał gazety, byłby się dowiedział, że nie tylko jemu, ale w ogóle wszystkim silnym, długowłosym psom na przestrzeni od Puget Sound do San Diego zagraża niebezpieczeństwo. A to dlatego, że ludzie, błądząc po omacku w arktycznym mroku, znaleźli żółty metal i że tysiące mężczyzn pośpieszyło gorączkowo na Północ, gdy towarzystwa okrętowe i transportowe rozgłosiły na cały świat o tym odkryciu. Ludziom tym potrzebne były psy — duże psy o silnych mięśniach niezbędnych do pracy i puszystej sierści chroniącej je przed mrozem.

Buck mieszkał w dużym domu położonym w słonecznej dolinie Santa Clara. Była to posiadłość sędziego Millera. Dom stał z dala od drogi na wpół ukryty wśród drzew, poprzez które dostrzec było można szeroką, przewiewną werandę, otaczającą go z czterech stron. Do domu prowadziły żwirowane alejki wijące się wśród rozległych trawników pod splecionymi gałęźmi wysokich topoli. Część gospodarcza, położona za domem, przedstawiała się jeszcze okazalej. Stały tam ogromne stajnie, gdzie rej wodziło kilkunastu chłopców stajennych, dalej rzędy obrośniętych winem domków dla służby i wiele porządnie utrzymanych zabudowań gospodarczych; na dużej przestrzeni ciągnęły się winnice, zielone pastwiska, sady i zagony truskawek. Dalej znajdowała się studnia artezyjska i duży ocementowany basen, gdzie synowie sędziego zażywali porannej kąpieli i chłodzili się w upalne popołudnia.

A nad całym tym królestwem panował Buck. Tu się urodził i tu spędził cztery lata swego życia. Co prawda były tam jeszcze inne psy. Nie mogło być inaczej w tak wielkim gospodarstwie, ale psy te nie wchodziły w rachubę. (…)

Buck nie był ani psem pokojowym, ani podwórzowym. Do niego należało całe królestwo. Pływał w basenie lub polował z synami sędziego, towarzyszył jego córkom, Mollie i Alice, podczas dalekich spacerów o zmroku lub wczesnym rankiem. W długie wieczory zimowe leżał w gabinecie u stóp swego pana, przed ogniem huczącym na kominku. Wnuków sędziego nosił na grzbiecie lub baraszkował z nimi na trawie i strzegł podczas niebezpiecznych wypraw do studni na podwórzu stajennym, a nawet dalej, aż do okólnika i zagonów truskawek. (,,,) Wszystko, co pełzało, chodziło czy latało w posiadłości sędziego Millera, podlegało mu, nie wyłączając ludzi.

Ojciec jego, Elmo, ogromny bernard, był nieodłącznym towarzyszem sędziego, a Buck wstępował w jego ślady. Buck nie dorównywał wzrostem ojcu— ważył tylko sto czterdzieści funtów, gdyż jego matka, Shep, była szkockim owczarkiem. Mimo to owe sto czterdzieści funtów, a także poczucie własnej godności, które wypływało z dostatniego życia i powszechnego szacunku, pozwalały Buckowi zachowywać się z iście królewskim dostojeństwem. (…) Takim więc psem był Buck jesienią 1897 roku, gdy na wieść o odkryciu złota w Klondike ludzie z całego świata zaczęli ściągać ku mroźnej Północy. Lecz Buck nie czytał gazet, a na domiar złego nie wiedział, że Manuel, jeden z pomocników ogrodnika, jest niepożądaną znajomością. (…) Nikt nie widział, jak Buck szedł z Manuelem przez sad, myśląc, że idzie sobie na zwykłą. przechadzkę. Z wyjątkiem jednego jedynego człowieka nikt nie widział ich przybycia na małą stacyjkę kolejową zwaną College Park. Człowiek ten zamienił kilka słów z Manuelem, po czym brzęknęły podawane z ręki do ręki pieniądze. Manuel podwójnie okręcił linką szyję Bucka poniżej obroży.

— Zaciągnij tylko, a zdusisz go z łatwością — powiedział Manuel; nieznajomy mruknął potakująco. Buck pozwolił założyć sobie linkę ze spokojem i godnością. Niewątpliwie był to niepożądany zabieg, ale pies przyzwyczaił się wierzyć znanym sobie ludziom i uznawać, że są mądrzejsi od niego. Gdy jednak końce linki znalazły się w rękach nieznajomego, warknął groźnie. Okazał tylko niezadowolenie, uważając w swej dumie, że okazać je znaczy tyle, co rozkazać. Lecz ku zdumieniu Bucka sznur zacisnął mu się na szyi, pozbawiając go tchu. W nagłym porywie wściekłości skoczył na człowieka, ale ten, nie czekając, chwycił go za gardło i zręcznym ruchem powalił na grzbiet. Sznur zaciskał się bezlitośnie, podczas gdy Buck walczył jak szalony, z wywalonym językiem, ciężko dysząc. Nigdy jeszcze w życiu nie potraktowano go tak niegodziwie i nigdy jeszcze nie był tak wściekły. Lecz opadł z sił, oczy zaszły mu mgłą i nie był świadom ani nadejścia pociągu, ani tego, że dwaj złoczyńcy wrzucili go do towarowego wagonu.

(…) Oszołomiony, na wpół żywy, z obolałą szyją i językiem, Buck próbował stawić opór dręczycielom. Lecz ci powalili go na ziemię i przy dusili, aby potem spokojnie przepiłować grubą mosiężną obrożę. Po czym zdjęli mu linkę z szyi i wepchnęli go do małej klatki.

Tam przeleżał pozostałe godziny posępnej nocy. Zraniona duma podsycała w nim wściekłość. Nie mógł zrozumieć, co to wszystko znaczy. Czego chcą od niego ci obcy ludzie? Dlaczego trzymają go w tej ciasnej skrzyni? Podświadomie dręczyło go przeczucie nadciągającego nieszczęścia. (…) dla uwięzionego w skrzyni Bucka rozpoczęła się wędrówka z rąk do rąk. (…)

Przez dwa dni i dwie noce wagon ten ciągnęły przeraźliwie gwiżdżące lokomotywy i przez dwa dni i dwie noce Buck nic nie jadł i nic nie pił (…) dostał na skutek złego traktowania gorączki, którą potęgowało zapalenie wyschniętego i spuchniętego gardła i języka. (…) Czterej ludzie ostrożnie przenieśli skrzynię z wozu na jakieś małe podwórko otoczone wysokim murem. Po chwili zjawił się tam barczysty mężczyzna w czerwonym swetrze mocno rozciągniętym przy szyi i pokwitował w książce woźnicy odbiór przesyłki. Oto nowy oprawca — pomyślał Buck i rzucił się dziko na kraty skrzyni. Człowiek uśmiechnął się ponuro i poszedł po siekierę i pałkę. (…)

— Wyłaź, czerwonooki diable — powiedział mężczyzna, wyrąbawszy otwór dostatecznie duży, aby Buck mógł się przez niego przecisnąć. Jednocześnie rzucił siekierę na ziemię, przekładając pałkę do prawej ręki.

Buck wyglądał istotnie jak czerwonooki diabeł, gdy naprężył się do skoku, z najeżoną sierścią, z pianą na pysku, ze wściekłym błyskiem w nalanych krwią oczach. Nagle rzucił się na człowieka całym ciężarem swych stu czterdziestu funtów, naładowany wściekłością gromadzoną w ciągu dwóch dni i nocy. W chwili skoku, gdy jego szczęki już, już miały się zacisnąć na ręce człowieka, otrzymał straszliwy cios. Zawisnął jak gdyby w powietrzu, przejmujący ból zwarł mu szczęki, wreszcie zwalił się na ziemię padając na grzbiet.

Nigdy jeszcze nie został uderzony pałką, nie mógł więc zrozumieć, co się stało. Z pomrukiem, w którym więcej było jęku niż gniewu, zerwał się znowu do skoku. I znowu otrzymał cios, który bezlitośnie zwalił go z nóg. Teraz wiedział, co to znaczy pałka, lecz wściekłość przeważała nad ostrożnością. Raz po raz atakował i za każdym razem padał pod ciosem pałki.

Po jednym szczególnie mocnym uderzeniu Buck podźwignął się z trudem, zbyt ogłuszony, aby dalej walczyć. Chwiał się osłabły, krew ciekła mu z nosa, pyska i uszu, całe jego piękne futro spryskane było krwawą śliną. Wtedy człowiek podszedł bliżej i z przerażającą siłą. uderzył go w nos. Wszystkie dotychczasowe cierpienia wydały się Buckowi niczym w porównaniu z tym potwornym bólem; ze straszliwym, nieomal lwim rykiem pies skoczył ponownie na swego oprawcę. Lecz ten, przerzuciwszy pałkę z prawej ręki do lewej, spokojnie chwycił psa za dolną szczękę i mocno szarpnął najpierw w dół, potem w górę. Buck zatoczył koło w powietrzu, potem półkole i zwalił się na piach.

Po raz ostatni zaatakował. Lecz człowiek przyjął go najpotężniejszym ciosem, rozmyślnie zachowanym na ostatek. Pies zwinął się w skoku i padł bez czucia.

— Co, nie mówiłem, że tresuje psy jak złoto? — zawołał entuzjastycznie jeden z widzów siedzących na murze.

— Taką zabawę lubi mieć co dzień, a dwa razy przy święcie — odpowiedział woźnica włażąc na wóz i zacinając konie.

Buck odzyskał przytomność, ale nie odzyskał sił. Leżał tam, gdzie padł, patrząc na człowieka w czerwonym swetrze.

— Nazywa się Buck — mówił do siebie mężczyzna, odczytując list szynkarza, który donosił o wysłaniu skrzyni i jej zawartości.

— No cóż, Bucku, mój zuchu — ciągnął dalej dobrodusznym tonem — mieliśmy małą potyczkę i najlepiej zrobimy, jeśli na tym poprzestaniemy. Teraz już wiesz, jak się masz zachowywać, a ja wiem, coś ty za jeden. Jeśli będziesz dobrym pieskiem, to wszystko w porządku — będziemy żyli w zgodzie. Inaczej zatłukę cię na śmierć. Zrozumiałeś?

Mówiąc to, odważnie głaskał łeb, który tak bezlitośnie przed chwilą katował, a choć sierść Bucka zjeżyła się mimo woli pod dotykiem tej ręki, znosił pieszczotę bez sprzeciwu. Gdy mężczyzna przyniósł mu wody, pies wypił chciwie, a później pożarł ogromną porcję surowego mięsa, biorąc kęs po kęsie z ręki człowieka.

Został zwyciężony (wiedział o tym), ale nie został złamany. Zrozumiał raz na zawsze, że nie ma żadnych widoków zwycięstwa w walce z człowiekiem uzbrojonym w pałkę. Dostał nauczkę i nie zapomniał jej do końca życia. Pałka stała się dla niego objawieniem. Było to jego pierwsze zetknięcie z panowaniem prawa pięści i prawo to uznał. Przyszłość ukazywała mu się w groźnym świetle, a chociaż patrzył w życie nieustraszenie, postanowił stawić mu czoło z całą dotąd uśpioną, a teraz zbudzoną chytrością swojej pierwotnej natury. (…) O losie Bucka zadecydował mały, zasuszony człowieczek, który mówił łamaną angielszczyzną i używał wielu dziwnych ordynarnych i niezrozumiałych wyrazów.

— Sacredam! — zawołał ujrzawszy Bucka. — Co za cholernie byczy pies! Ha! Ile?

— Trzysta, a i to jest darmo — szybko odpowiedział człowiek w czerwonym swetrze. — Masz przecie rządowe pieniądze, więc nie będziesz się chyba targował, co, Perrault?

Perrault uśmiechnął się. Biorąc pod uwagę szaloną zwyżkę cen na psy wskutek nienasyconego popytu, była to niezbyt wygórowana suma za tak piękne zwierzę. Rząd kanadyjski nie straci na tej transakcji ani szybkość poczty rządowej na tym nie ucierpi. Perrault znał się na psach i gdy tylko spojrzał na Bucka, poznał, że taki okaz zdarza się jeden na tysiąc. „Jeden na dziesięć tysięcy” — dodał w myśli.

Buck zobaczył, że pieniądze przeszły z rąk do rąk i wcale się nie zdziwił, gdy mały, zasuszony człowieczek zabrał go ze sobą wraz z Curly, dobroduszną nowofunlandką. Wtedy po raz ostatni widział mężczyznę w czerwonym swetrze; a gdy razem z Curly patrzyli z pokładu „Narwala” na oddalające się miasto Seattle, po raz ostatni widział ciepłe południe.

Perrault zabrał Curly i Bucka pod pokład i oddał pod opiekę olbrzymowi o ciemnej twarzy, imieniem François. Perrault był kanadyjskim Francuzem i miał śniadą cerę, ale François był Metysem o francusko-kanadyjskiej krwi i miał skórę znacznie ciemniejszą. Obaj należeli do typu ludzi nie znanych jeszcze Buckowi (miał w przyszłości poznać ich znacznie więcej) i chociaż nie darzył ich nigdy miłością, niemniej jednak nauczył się ich szanować. Zrozumiał szybko, że Perrault i François wymierzają sprawiedliwość uczciwie, spokojnie i bezstronnie oraz że za dobrze znają naturę psów, aby dać się im oszukać.

(…)

Dzień i noc statek dygotał w takt niezmordowanego terkotu śruby i chociaż jeden dzień nie różnił się niczym od drugiego, Buck zauważył, że robi się coraz zimniej. Wreszcie pewnego ranka śruba umilkła i na „Narwalu” zapanował nastrój pełen podniecenia. Buck odczuł to, podobnie jak inne psy, i poczuł, że wkrótce nastąpi jakaś zmiana. François wziął je wszystkie na smycz i wyprowadził na pokład. Przy pierwszym kroku na zimnej powierzchni pokładu łapy Bucka zagłębiły się w coś białego i puszystego, podobnego do błota.

Odskoczył z warknięciem. Z góry także padało coś białego. Otrząsnął się, ale po chwili biały puch pokrył go znowu. Powąchał to coś z ciekawością, a potem polizał. Zapiekło jak ogień i w jednej sekundzie zniknęło. To go zadziwiło. Spróbował jeszcze raz, znowu z tym samym skutkiem. Ludzie wybuchli śmiechem, a Buck zawstydził się, sam nie wiedząc czemu. Po raz pierwszy zobaczył śnieg.

(…)

Pierwszy dzień pobytu na brzegu zatoki Dyea wydawał się Buckowi koszmarnym snem. Każda godzina pełna była wstrząsów i niespodzianek. Wyrwany z samego serca cywilizacji, znalazł się nagle w samym środku dzikości. Nie było to już leniwe, rozsłonecznione życie, na które składały się próżniactwo i odpoczynku, nie znano co to choćby krótka chwila bez lęku. Panował zamęt i nieustanny ruch, a życiu ciągle zagrażało niebezpieczeństwo. Należało się mieć stale na baczności, gdyż zarówno psy, jak ludzie nie byli psami i ludźmi z miasta. Były to wszystko bez wyjątku rozbestwione istoty, nie uznające innego prawa, jak prawo pięści i kłów.

Buck nigdy nie widział psów walczących ze sobą tak, jak walczyły te dzikie bestie, i pierwsze doświadczenie stało się dla niego niezapomnianą lekcją. Co prawda doświadczenia tego nie zdobył własnym kosztem, gdyż wówczas nie pozostałby przy życiu, aby z tej nauki korzystać. Ofiarą padła Curly. Obóz znajdował się wtedy koło składu drzewa. Curly swoim zwyczajem zbliżyła się przyjaźnie do jednego z psów husky, wielkości dorosłego wilka, choć znacznie mniejszego od niej. Bez żadnego ostrzeżenia nastąpił błyskawiczny skok, głuche kłapnięcie zębami, równie szybki odskok i skóra na łbie Curly została rozdarta od oka aż po szczękę.

Był to wilczy sposób walki — zadać cios i odskoczyć; ale na tym się nie skończyło. Ze czterdzieści husky zbiegło się ze wszystkich stron i otoczyło walczących zwartym kołem, stojąc w pełnym napięcia milczeniu. Buck nie rozumiał tego milczącego napięcia ani chciwego oblizywania się patrzących. Curly rzuciła się na przeciwnika, który ponownie szarpnął ją zębami i odskoczył w bok. Następny jej atak odbił w przedziwny sposób piersią, zwalając ją z nóg. Curly już więcej nie wstała. Na to właśnie czekały przyglądające się psy. Rzuciły się na nią warcząc i skowycząc, a wyjąca z bólu Curly zniknęła pod skłębioną masą ciał.

Wszystko stało się tak nagle i niespodziewanie, że Buck osłupiał.

(…) Widział, jak François, wymachując siekierą, skoczył w sam środek kłębowiska. Trzech ludzi z kijami pomagało mu rozpędzić psy. Nie trwało to długo. Zaledwie kilka minut minęło od upadku Curly, gdy ostatni z napastników został odpędzony. Lecz Curly leżała bezwładna, nieżywa, na skrwawionym, stratowanym śniegu, niemal dosłownie rozdarta na strzępy, a śniady Metys stał nad nią miotając przekleństwa. Obraz ten często nawiedzał Bucka w snach. A więc tak się to odbywa! Nieczysta gra. Upadniesz i już po tobie. (…)

I tak dalej. Niedużo, mniej niż 50 stron komputerowych zmasowanego okrucieństwa i walki o przetrwanie. Ta książka była i nadal jest lekturą szkolną w szkole podstawowej. Jest to być może pierwszy kontakt dziecka z prawdziwym okrucieństwem. Owszem, być może czytało już przedtem którąś z baśni Andersena lub braci Grimm, które też bywają świadectwem okrucieństwa, ale być może słowo “baśń” łagodzi tu dojmujący ból i przerażenie. W dziejach Bucka nie ma nic, co by mogło złagodzić doznanie okrucieństwa, zawartego w lekturze.

To historia o okrucieństwie. I owszem, można być może powiedzieć, że jest to okrucieństwo natury, ale jest to jednak przede wszystkim okrucieństwo ludzkie, nawet jeśli ból zadają zwierzęta, to często zostały one tak nauczone przez człowieka.

Buchseite auf der Straße

Ewa Maria Slaska

Schon lange habe ich keine Buchseite auf der Straße gefunden. Ich glaube das letzte Mal war es HIER und da es hier alles über meine andere Funde geschrieben steht, gehe ich sofort in media res.

Das Buch mit einer Seite zu erkennen war noch vor ein paar Jahren eine lange und mühsame Prozedur, die meistens mindestens einen oder mehrere Bibliothekengänge nötig hatte und manchmal auch ein Kauf des Buches, um nachzuprüfen, ob man die Rätsel richtig gelöst hatte. Jetzt ist es eine ein paar Minuten dauernde Aufgabe. Man liest die Seiten, sucht zwei, drei charakteristische Worte, schreibt sie in die Suchzeile bei Google (gar nicht bei ChatGPT) und schon ist die Lösung da. Hier reichten “Donna” und “Victor”. Ich fand das Buch, war mir aber der Einfachheit wegen gar nicht sicher, dass meine Lösung richtig ist und suchte ein Bisschen weiter. Da es aber in der Buchbeschreibung auch die Namen Adam und Sharon vorkamen, die ich meine Seiten weiter durchsuchend auch hier gefunden habe, wusste ich, dass es es richtig ist.

Continue reading “Buchseite auf der Straße”

Powrót Don Kichota

Ewa Maria Slaska

Kiedy wydaje się, że wszystkie Don Kichoty z całego świata zagościły już na tym blogu, przeglądam stary notatnik adresowy mojej Mamy i trafiam na taką oto wizytówkę:

Nie wiem, co robiła lata temu asesora linguistica del Ministerio de Educación Espanol w liceum w Warszawie, ale XXXIV liceum imienia Miguela Cervantesa sporo obiecuje. Istnieje od roku 1945, ale najpierw nosiło imię generała Świerczewskiego “Waltera”, a dopiero od 30 lat ma imię Cervantesa i jest szkołą dwujęzyczną, którą łączą różne związki z Hiszpanią. W kronice szkoły odnotowano, że raz uczniowie spotkali się z królową Zofia, a raz oboje królestwo odwiedzili szkołę,

Na dziedzińcu przed liceum  został 24 kwietnia 2004 roku odsłonięty pomnik hiszpańskiego autora. Logotypem szkoły jest postać Don Kichota.

Zadowolona z odnalezionych informacji, osiadam na laurach i chcę się oddać letniemu nicnierobieniu na balkonie. Sięgam po pierwszą z brzegu książkę. Są to rozmowy Didiera Eribona (mojego ulubionego filozofa francuskiego) z Lévim-Straussem z 1988 roku. Lévi-Strauss, jeden z największych umysłów XX wieku, ma 8o lat i spogląda na całe swoje pracowite życie. Stworzył strukturalizm, ważny kierunek naukowy, skutecznie konkurujący po wojnie z Sartrem i egzystencjalizmem. Otwieram zatem książkę i co ja widzę? Pierwsza część tych rozmów nosi tytuł “Gdy powraca Don Kichot”.


Powraca jednak dopiero pod sam koniec pierwszej części rozmów, tych o życiu, następne będą o nauce i społeczeństwie. Aczkolwiek i w tych rozmowach o życiu starszy pan rzadko naprawdę mówi o życiu. Urodził się w roku 1908. Na początku rozmów z Eribonem są rodzice i dziadkowie, w tym dziadek rabin, potem czasem pojawi się jakaś żona (było ich kilka), raz – syn, ale tak naprawdę jest to rozmowa o tym, jak przebiegała kariera naukowa Lévi-Straussa. Fragment na stronie 114 znacząco odbiega od reszty i rzeczywiście dotyczy życia. Panowie rozmawiają o książce La Potiére jalouse / Zazdrosna garncarka z 1985 roku. To w momencie ich rozmowy ostatnia książka starego etnologa. Książka jest, jak to zawsze u Lévi-Straussa, analizą struktur mitów, a zazdrość garncarki jest metaforą złożoności i wzajemnych przeciwieństw stosunków międzyludzkich, tak tych osobistych, jak społecznych.

Didier Eribon: Znajduje się w tej książce zabawne dygresje, małe fantazyjki… Myślę o fragmencie, w którym porównuje Pan Labiche’a i Sofoklesa. (Eugène Marin Labiche  1815-1888 był francuskim autorem komediowym – przyp. adminki).

Claude Lévi-Strauss: Pomysł ten miałem od dawna. Być może w nim właśnie tkwi odległe źródło książki. Zresztą w Labiche’u (którego tak źle się obecnie gra) znajdowałem wielką przyjemność. Kiedy byłem dzieckiem, był on moim schronieniem w czasie cotygodniowych kolacji u mojej babki ze strony ojca. Zaszywałem się w kącie salonu z którymś tomem dzieł zebranych i zaśmiewałem się.
W miarę jak przychodzi starość, wychodzą na powierzchnię strzępy z przeszłości lub, by rzec inaczej, pętle się zawężają. Mythologiques doprowadziły mnie na powrót do Wagnera, w którego kulcie zostałem wychowany i od którego, jako młodzieniec, sądziłem, że się oderwałem. La Potiére jalouse odsyła do moich dziecięcych lektur. Jeśli dany mi będzie czas, bez wątpienia odnajdę Don Kichota. który był moją pasją, gdy miałem dziesięć lat (aby zabawić gości, proponowano jednemu z nich otwarcie książki na chybił trafił i przeczytanie jakiegoś zdania; bez wahania dopowiadałem ciąg dalszy, gdyż na pamięć znałem moje skrócone wydanie – widzę jeszcze lekko błyszczącą okładkę z różowego papieru). Czyż bowiem, powiedzą niektórzy, poprzez całe moje dzieło nie przestawała mnie ożywiać jakaś maniera donkichotyzmu?

D.E.: Co pan przez to rozumie?

C.L-S.: Nie definicję słownikową: manię naprawiania krzywd, robienia z siebie przywódcy uciśnionych itp. Donkichotyzm, jak mi się zdaje, to w istocie uporczywe pragnienie odnalezienia przeszłości za teraźnieszością. Gdyby przypadkiem jakiś oryginał starał się pewnego dnia zrozumieć, jaka była moja osobowość, ofiarowuję mu ten klucz.


Zazdrosna garncarka po francusku, wydaje mi się, że po polsku jej nie ma; stare skrócone wydanie Don Kichota po francusku, być może właśnie to w wersji dla dzieci, czy to tę książkę czytał mały Claud? (opis w sieci głosi: LIVRE ANCIEN CERVANTES DON QUICHOTTE ABREGE BELLE EDITION ILLUSTRE PARIS 1887). W każdym razie jest lekko różowe. I rzeczywiście: Belle edition.

Carlo Levi – Die doppelte Nacht. Eine Deutschlandreise im Jahr 1958

Monika Wrzosek-Müller

La doppia notte dei tigli

Welch eine Koinzidenz; gerade sprach ich darüber, dass in Italien auf dem Lande die „Madonna della segiolla“ von Raffael überall über den Betten hing und in Polen die „Matka Boska Częstochowska“ diese Aufgabe erfüllte. Da sah ich im Blog einen Eintrag: Matka Boska Częstochowska. Auf die Madonna kam ich wiederum über den Schriftsteller, Maler, Arzt und Politiker Carlo Levi (1902-1975), in Turin in einer wohlhabenden jüdischen Familie geboren, und über sein Buch „Die doppelte Nacht“; als Levi das schrieb, war er schon weltbekannt. Er wurde von den Faschisten schon 1935 nach Kalabrien in das Dorf Aliano verbannt. Seine Erlebnisse dort hat er in einem berühmten Roman „Christus kam nur bis Eboli“, [Cristo si e fermato a Eboli] verarbeitet. Darin beschreibt er das schwere Leben der Bauern auf den steinigen Feldern und erwähnt eben auch die obligatorische, berühmte „Madonna della seggiola“ über den Ehebetten, die er aber dann im Original im Palazzo Pitti gesehen haben muss, denn er bewohnte eine Wohnung in Florenz, während des Krieges, direkt an der Piazza dei Pitti.

Continue reading “Carlo Levi – Die doppelte Nacht. Eine Deutschlandreise im Jahr 1958”

Cierpienie zwierząt 4. Bohumil Hrabal “Postrzyżyny”

Kilka dni temu już pojawił się temat obcinania włosów. Dotyczył tylko kobiet. Dziś dotyczy też zwierząt.

***

Pod moją opieką znajdowały się cztery prosięta, browarniane prosięta, karmione młotem i ziemniakami, a w lecie, kiedy dojrzewały buraki, chodziłam po nać buraczaną, nać tę siekałam, polewałam zaczynem i starym piwem i prosięta spały dwadzieścia godzin na dobę i codziennie przybywało im na wadze po całym kilogramie, te moje prosiątka słyszały mnie, jak idę doić kozy, i już kwiczały z radości, bo nie wiedziały, że jedną parę sprzedam na szynki, a druga para pójdzie pod nóż podczas domowego świniobicia. Kiedy szłam doić kozy, to prosięta kwiczały z zachwytu, bo wiedziały, że wszystko mleko, jakie nadoję, wleję im natychmiast do koryta. Pan Cicwarek tylko popatrzył na prosięta i od razu mówił, ile te prosięta ważą, i zawsze się zgadzało, potem tę parę prosiąt brał na ręce i wrzucał do takiego półkoszka, rzeźnickiej bryczki, zaciągał nad nimi siatkę i powiadał:

Continue reading “Cierpienie zwierząt 4. Bohumil Hrabal “Postrzyżyny””

Ścinanie włosów

Moja siostra Kasia Krenz podarowała mi ostatnio niezwykłą książkę.


W roku 2021 książka dostała nagrodę jako najlepsza książka arabska.  

Na początku lat dziewięćdziesiątych autorka, literaturoznawczyni, znalazła na straganie bukinisty opublikowaną ponad ćwierć wieku wcześniej powieść zatytułowaną Miłość i milczenie Inajat az-Zajjat. Nigdy nie widziała tej powieści, nigdy nic nie słyszała o jej autorce. Zdziwiła się, bo myślała, że z racji zawodu zna całą egipską literaturę współczesną, a już na pewno kobiecą. Zaczęła ją tropić. Dowiedziała się więc, że Inajat az-Zajjat popełniła samobójstwo kilka lat przed opublikowaniem tej debiutanckiej książki. Ale autorka nie próbuje stworzyć biografii całkowicie zapomnianej pisarki, zamiast tego próbuje odtworzyć świat, w którym jej starsza o pokolenie koleżanka żyła, pisała, kochała i umarła. Jest to bardzo mi bliska technika literacka. Czasem myślę, że w ogóle nie umiem inaczej pisać, tylko tak, zlepiając pewną wspólną myślą nieważne drobiazgi, szczegóły innych historii, fragmenty i ułomki, aż się ich zbiorą dwa kosze, a to już wystarczy na książkę.

Wydawnictwo: Biblioteka polsko-arabska, seria wydawnicza “Egipt mówi o sobie” , Kair – Łódź 2023 (oryginał wydany w Kairze w roku 2019)

Wstęp do wydania polskiego : Jasir Abd al-Latif

Z języka arabskiego przełożyła: Agnieszka Piotrowska

Z tej niezwykłej mieszanki spraw ważnych, takich jak światowa polityka, i całkiem nieważnych, jak lokalizacja sklepu mleczarskiego Astra, wybieram jeden fragment. Fragment o ścinaniu włosów. W dniu samobójstwa, 3 stycznia 1963 roku Inajat odwiedzi sąsiadkę. Wygląda inaczej niż zwykle i sąsiadka myśli, że Inajat była u fryzjera.

Dla wyjaśnienia. Tego dnia Inajat otrzymała z wydawnictwa odmowę wydania jej debiutanckiej książki, Milczenie i miłość. Książka ukaże się dopiero cztery lata po jej samobójczej śmierci.

***

Strona 221 i następne:

Możecie zastanawiać się, dlaczego dwudziestosześcioletnia kobieta – mająca syna, bez którego nie wyobrażała sobie życia, troskliwego i światłego ojca, jakim był Abbas az-Zajjat, pracę w Niemieckim Instytucie Archeologicznym, którą lubiła, oraz pisząca drugą powieść o uczonym o nazwisku Keimer – miałaby iść do fryzjera, a potem popełnić samobójstwo. Ja także długo nad tym myślałam. Pytałam jej siostrę i przyjaciółki, ale nie potrafiły mi odpowiedzieć.

Moim zdaniem w układance brakuje jednego elementu – Inajat wcale nie poszła do fryzjera. Zostawiwszy syna z matką, wróciła do swojego mieszkania i stanęła przed lustrem. Zrozumiecie ten moment lepiej niż ktokolwiek inny – moment, w którym kobieta nie wie, co ze sobą zrobić. Nie ma ochoty wyjść, mówić, pisać, krzyczeć ani stłuc lustra potwierdzającego jej istnienie.

W jednej chwili Inajat postanawia zmienić swój wygląd, swój gniew, wewnętrzną ranę i przerażenie, które ją opanowało, przenieść na to, co widziała przed sobą: na swoją twarz w lustrze. Chwyciła za nożyczki i ścięła włosy. Bądź co bądź były to jej włosy, część jej tożsamości.

Wizyta Inajat z obciętymi włosami u drzwi sąsiadki była jak walka o ostatni oddech. Przypominała kogoś, kto biegnie co sił po podpaleniu swego ciała albo zmarłą uśmiechającą się lub oddającą mocz na skutek rozluźnienia mięśni twarzy czy pęcherza. Poszła tam jak zahipnotyzowana, gotowa prosić o pomoc, być może przerażona własnym odbiciem w lustrze. Ale pod drzwiami sąsiadki zdecydowała, że nie chce pomocy i powiedziała, że idzie, bo jest umówiona.

Domyślam się, że część z was przynajmniej raz ścięła włosy. Spróbujmy sobie wyobrazić (te wszystkie pisarki): nasza babka Aisza At-Tamurijja, która do końca życia chodziła w hidżabie, z pewnością zrobiła to po śmierci córki.

Warda al-Jazidżi uczyniła to, gdy usłyszała plotkę, że autorami jej wierszy są jej ojciec i dwaj bracia.

Malik Hihni Nasir robiła to za każdym razem, gdy zdeptywano jej honor. Na przykład wtedy, gdy kbiety naśmiewały się z jej bezpłodności i gdy jej mąż sprowadził sobie za jej plecami nową żonę. A nawet wtedy, gdy już po tym wszystkim, dowiedziała się, że to on a nie ona, nie może mieć dzieci.

Majj Zijada robiła to niezliczoną ilość razy. Kiedy zmarła jej matka, gdy leczono ją w szpitalu psychiatrycznym z powodu jej szaleństwa. I po powrocie, gdy nikt jej już nie odwiedzał. Czyn ten najbardziej gorzki smak miał wtedy, gdy uzmysłowiła sobie, że marnuje życie na salonach literackich z mężczyznami, którzy nazywali ją “piękną”, zamiast zamknąć im drzwi przed nosem i pisać.

Galila Roda chwyciła za nożyczki, kiedy lekarz powiedział jej, że jej syn Galal nie skończy trzech lat z powodu atrofii mózgu i kiedy została skompromitowana przez sudańskiego poetę panarabskiego, ponieważ odmówiła poślubienia go.

Durrijja Szafik własnoręcznie obcięła sobie włosy w dniu, w którym nasz wspaniały Taha Husajn znieważył ją za przewodzenie strajkowi kobiet na rzecz uwzględnienia ich praw w konstytucji z 1956 roku. Pisarz nazwał ją i jej koleżanki “niepoważnymi i szukającymi sławy”.

Alifa Rifat w dniu, gdy usłyszała pogłoski, że promuje “lesbijstwo”.

Latifa az-Zajjat również ścięła włosy, rozdarta między podwójnym niepowodzeniem: w pracy na rzecz wspólnoty i w życiu z mężczyzną, który rozbudził w niej kobiecość.

Dziwi mnie, że żadna z was nie napisała w tym momencie. Gdyby tak się stało, miałybyśmy wspaniałą antologię, zatytułowaną Ścinanie włosów, stanowiącą zapis chwil rozpaczy: byłaby umieszczana w bibliotekach. (…) Nadto nasza antologia nie ograniczałaby się do jednego gatunku literackiego. Byłaby to raczej forma zbiorowa, obejmująca wszystkie gatunki i kategorie literackie. (…)

Wszystkie te piękne kobiety, które ścięły włosy przed lustrem (…) znają ten moment, nawet jeśli same o nim nie mówią. Moment konfrontacji z lustrem i wcielenie się w pustkę pragnienia zmiany siebie poprzez ukaranie swojego ja, zniekształcenie i zredukowanie jednej z własnych cech. Moment przemija, kobieta odczuwa daremność swego czynu, jej złość narasta, uspokaja się i wchodzi w fazę głębokiej rozpaczy – potrzebną do odrośnięcia włosów.

W przypadku Inajat tak się nie stało.

***

Me too