Jeszcze raz o sadach Pradziadka

Andrzej Rejman

Adam z Raju

W tym roku przypada 160 rocznica urodzin Adama Doktorowicz-Hrebnickiego, pomologa, hodowcy roślin ogrodniczych, profesora, polskiego uczonego, który w znacznym stopniu przyczynił się do rozwoju sadów na Kresach Rzeczypospolitej i w państwach sąsiednich.

Opisana przez Hrebnickiego odmiana jabłoni “Ananas Berżenicki”, nazywana często “Ananasem”, jest dobrze znana w Polsce i uważana za jedną z najwartościowszych  jabłoni z tzw “starych odmian”.

W “Nowoczesnym Ogrodnictwie” w numerze 2 z 15 stycznia 1937 roku inż Stefan Białobok* pisze o Hrebnickim:

Według historii opowiadanej w rodzinie, Adam Hrebnicki po osiedleniu się na ziemi, którą wniosła mu w wianie jego żona Stanisława Stankiewiczówma, miał powiedzieć, że uczyni z tej ziemi RAJ. Marzył o kwitnących i rodzących owoce sadach po horyzont.

Zanim marzenia te mogły się spełnić, Hrebnicki, jako wykładowca w Instytucie Leśnym w Petersburgu, pracował już nad “Atlasem Owoców”, wydanym w 1906 roku, (egzemplarz w Bibliotece Narodowej w Warszawie), zilustrowanym wieloma rysunkami jego autorstwa. Rękopis tego dzieła znajduje się obecnie w Instytucie Sadownictwa w Kownie.

 

Skany “Atlasu Owoców”

Myślę, że pozostałości po sadzie Hrebnickiego mogą być wciąż bardzo ciekawym miejscem do badań genetycznych i odmianowych. Ale w tej sprawie dobrze byłoby, aby wypowiedzieli się specjaliści.

Kilka zdjęć z Raju z okresu II Rzeczypospolitej (ze zbiorów rodzinnych) pokazuje polskiego uczonego, którego pasja i umiłowanie przyrody dosłownie zaowocowały osiągnięciami, mogącymi służyć za inspirację dla następnych pokoleń przyrodników, genetyków, hodowców roślin w wielu krajach.

Działalność Hrebnickiego jest przykładem pozytywnej pracy naukowej u podstaw, kontynuowanej dla dobra ludzkości, mimo wojen, przeciwności losu i często zmieniających się granic.

_

________________

*Stefan Białobok (ur. 11 maja 1909 w Czernichowie, zm. 17 sierpnia 1992 w Kórniku) – polski dendrolog, profesor, autor ponad 200 prac naukowych, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk i członek honorowy Polskiego Towarzystwa Botanicznego.

Miłość w sadach pradziadka

Andrzej Rejman

powraca dziś do postaci swego niezwykłego pradziadka. Przed dwoma laty wpisem o Adamie Hrebnickim rozpoczął współpracę z tym blogiem.

Tėvyne Lietuva, mielesnė už sveikatą!
Kaip reik tave branginti, vien tik tas pamato,
Kas jau tavęs neteko.
Nūn tave vaizduoju
Aš, ilgesy grožiu sujaudintas tavuoju. …

(Ach, jaki ten język jest tajemniczy, niezrozumiały, ale śpiewny i malowniczy jak cała Litwa!)

Litwo, Ojczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie,
Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie,
Kto cię stracił. Dziś piękność twą w całej ozdobie
Widzę i opisuję, bo tęsknię po tobie…

***

Jak co roku, odwiedziłem Raj, obecnie Rojus, miejscowość na Litwie, przed wojną w II Rzeczypospolitej, gdzie pracował i mieszkał do śmierci w 1941 roku mój pradziad Adam (Doktorowicz) Hrebnicki.

W istniejącym od 1961 roku muzeum Adama Hrebnickiego wśród zgromadzonych eksponatów, ducha tego miejsca podtrzymują obrazy jego córki – Marii, malarki, absolwentki petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych. Malowała ona głównie pejzaże i portrety. Jeden z portretów to Kostuś Hrebnicki, kuzyn, którego darzyła nieodwzajemnionym uczuciem.

Obrazy Marii Hrebnickiej w Muzeum Adama Hrebnickiego w Raju

Kostuś Hrebnicki ok. r. 1910

Wśród zapisków pozostałych po Adamie Hrebnickim, znajdujących się w bibliotece Instytutu Rolniczego w Kownie znajdują się wiersze Marii Hrebnickiej, pisane w latach 1909-1915 między innymi właśnie w Raju, dokąd przyjeżdżała razem z ojcem na wakacje z Petersburga.

Jeden z wierszy poświęcony jest z pewnością jej ukochanemu Kostusiowi Hrebnickiemu.

Wiersz, prosty, oczywisty, wręcz banalny. Gdy jednak widzimy portrety obojga, oraz wpatrzymy się w tutejsze krajobrazy, wyobraźnia dopowiada to, co nieopisane i nienazwane.

Krajobrazy Raju i Berżenik z lat 1908-1911

Do ***

…Przyszedłeś…
Jak królewicz z bajki wymarzony,
Uwieńczon promieniami złocistej korony,
Co zza siódmej góry i zza siódmej rzeki,
Porzuciwszy królestwo w świat dąży daleki,
Do zaklętej krainy, niedostępnej wieży,
Tam, gdzie piękna księżniczka w zaklętym śnie leży,
Tak ty, rzuciwszy wszystko sercem kierowany
Przyszedłeś do mnie!…
Jam ciebie czekała…
Że ty przyjdziesz, sny nie powiedziały moje,
To nie mówiło serce, przeczuć mych mówiły roje…
Uśmiechy słońca szczęście mi przepowiedziały,
Kwiaty, trawy i drzewa, tak słodko szeptały,
Ustroiłam się we wstęgi, przywdziałam bursztyny,
Bo ja chciałam być piękną dla Ciebie jedyny,
Ja wiedziałam, że przyjdziesz – serce cię czekało,
I jakieś dziwne szczęście objęło mnie całą,
I ty mnie nie zawiodłeś, przyszedłeś kochany
I byłeś taki piękny, młodością odziany
Z ponad gwiazd łuku, brwi dumne lśniły,
I jak róża, purpurą usta się płoniły,
A twoje oczy były jak niebios szafiry,
Głos twój dźwięczał, jak pieśń złotej liry,
Że przyszedłeś tu dla mnie – spojrzenie mówi
A moje serce hymnem radości się biło…
Bo ty przyszedłeś do mnie…

Raj, 1911, 26 sierpnia

Maria Hrebnicka

 Maria Hrebnicka ok. roku 1910

Maria Hrebnicka z ojcem w ogrodzie ok. r. 1910

Rękopis wiersza “Do…” M. Hrebnickiej z 1911 roku

Groby na starym cmentarzu w Duksztach (2017)

Wpis o Marysi

Andrzej Rejman

Gdzie teraz jesteś Marysiu?

Często zastanawiam się nad ulotnością wszystkiego, nieuniknionym przemijaniem ludzi, rzeczy, spraw…

Była kiedyś taka dziewczynka. Marysia Stankiewiczówna.

Urodziła się w 1927 roku w Berżenikach, w domu rodzinnym, w powiecie święciańskim, w województwie wileńskim, na północno-wschodnich Kresach Rzeczpospolitej.

Dziś czytamy:

Berżeniki (lit. Beržininkai) – niewielka miejscowość pomiędzy Duksztami i Rymszanami, w okręgu uciańskim, w rejonie ignalińskim. (Republika Litewska, dopisek A.R.) Przed wojną mieszkała tam Helena Stankiewicz – Pani na Berżenikach. Wcześniej w folwarku Raj profesor Adam Hrebnicki-Doktorowicz wyhodował odmiany jabłek Malinówka Berżenicka i Ananas Berżenicki. Wikipedia 22.10.2016

Marysia miała swoje marzenia, smutki i radości, drobne, dziecięce jeszcze plany, może wybiegała myślami w przyszłość? Czy myślała jaki świat będzie za lat osiemdziesiąt?

A świat za lat osiemdziesiąt, to świat kresu życia jej siostry Krysi, urodzonej cztery lata później. Krysia (dla mnie – ciocia Krysia) wspominała czas spędzony w Berżenikach jako kilka najwspanialszych lat swojego życia. Potem już nigdy nie było tak pięknie.

Mama obu dziewczynek – Helena Stankiewiczowa – pisze w swych wspomnieniach:

“Marysia była bardzo dobrym dzieckiem. Pomagała chorym. Stolarzowi Stanisławowi Zienkiewiczowi, który umierał na gruźlicę stawiała bańki. Pochowała na cmentarzu jego maleńką, kilkutygodniową zaledwie córeczkę Helenkę. Któż mógł przypuszczać, że w miesiąc później ją pochowamy. Marysia miała dobre serce i nigdy nie przysparzała nam zmartwień. Była już bardzo chora, gdy powiedziała:

– Mamusiu, zanieś mój złoty pierścionek do Ostrej Bramy i poproś Matkę Bożą, żebym mogła jeszcze trochę pożyć.

Modliłam się za nią gorąco. Wywiązało się zapalenie opon mózgowych na tle grużliczym. Chorobę przywlekli Sowieci, którzy wygnali nas z domu. Ale najboleśniejsze było to, że w dużym pokoju, w którym Marysia umierała, już nazajutrz Sowieci grali na harmoszce i kazali tańczyć, bo zwycięzcom się nie odmawia. Szydzili, że nie ma na co czekać, bo Polski już nie będzie. …Tłumaczyłam im, że nie tańczę, bo dopiero co straciłam ukochane dziecko. Ale oni dalej tańczyli i nie pozwalali wyjść z salonu… Nasza córeczka poszła własną drogą do stóp Matki Bożej, swojej patronki…. Odeszła, żeby zaznać szczęścia w niebie…

*** Jak Marysiu jest Ci tam w niebie? ***

Helena Stankiewiczowa wspomina dalej:

…Kiedy jechaliśmy do Dukszt saniami (grudzień1940, kilka miesięcy po śmierci Marysi, po uwolnieniu jej ojca z więzienia, przyp. A.R.) Kazimierz opowiedział mi sen, jaki miał w więzieniu. Nie mógł zasnąć w dusznej, zatłoczonej do granic możliwości celi i naraz wydało mu się że w oknie widzi Marysiutkę. A ona tak do niego powiedziała:

– Niech się tatuś nie martwi, ja proszę Pana Boga, żeby tatę wypuścili…

I wypuścili, potem znów uwięzili, ale ponownie wypuścili i wrócił do Ojczyzny, do Warszawy, do rodziny – przeżył swą pierworodną córkę o prawie pół wieku.

(fragmenty wspomnień – W. Wiśniewski, Rozmowy z Heleną z Zanów Stankiewiczową, Pani na Berżenikach, Polska Fundacja Kulturalna, Londyn 1991)

Marysia Stankiewiczówna zmarła w dzień swych trzynastych urodzin. Została pochowana w Duksztach obok Adama Hrebnickiego, grób niestety nie przetrwał. Będąc tam co roku, zapalamy pod murkiem znicz.

fot_11_miejsce_spoczynku_marysi_na_cmentarzu_w_starych_d

***

Małgorzata Hrebnicka (kuzynka Stankiewiczów) napisała w dzienniku czasu wojny – w sierpniu 1940 roku:

16/VIII

Od c. Julci pocztówka. Marysieńka nie żyje! Boże!

20/VIII

Pochowana 9/VIII w 13-tą rocznicę swych urodzin na rodzinnym cmentarzu w Duksztach. Biała sukienka i welon i mnóstwo mnóstwo kwiatów. Przed paru laty, pamiętam jak matka powiedziała, że własnoręcznie będzie upinać welon do ślubu na główkach swoich córek. Biedna Hala!….

 ***

fot_1_berzeniki

Berżeniki nad jeziorem Berżenickim, fot ok 1930

fot_1_berzeniki_dom_rodzinny_marysiDom rodzinny

fot_2_pierworodna_corka_marysia_z_mamaMama z pierworodną córeczką

fot_3_z_mama_i_siostraZ mamą i siostrą

fot_4_z_lalkaZ lalką

fot_5_z_mama_i_siostra_krysiaZ mamą i siostrą – trochę starsza

fot_6_na_kolanach_u_tatyNa kolanach u taty

fot_7_powazna_na_sankachPoważna na sankach

fot_8_marysia_z_ukochanym_psem_berzenikiZ ukochanym psem

fot_9_i_komunia_swPierwsza Komunia Święta

fot_10_z_wlasnego_albumu_z_podpisamiZ własnego albumu z własnym komentarzem

Fotografie ze zbiorów rodzinnych, Andrzej Rejman (c) 2016

 

 

 

Z pamiętników Heleny Stankiewicz

Andrzej Rejman

w archiwach rodzinnych… ciąg dalszy

klemens_zan

Klemens Zan   
podpis pismem Heleny z Zanów Stankiewiczowej (nazywanej w mojej rodzinie “ciocią Halą”): Klemens Zan, ojciec Julii, Romana, Stefana, Olgierda
dopisane w innym czasie ołówkiem: mąż Bronisławy z Moraczewskich Zanowej
i niżej, innym atramentem: Ojciec Basi Czerwijowskiej, Kazi Iłłakowiczówny

Tak, jak te dopiski, życie Klemensa Zana dopisywało rozdziały…
Kim był Klemens Zan?
Trzeba koniecznie zajrzeć do pamiętników cioci Hali.

***

czytam:

…Wypada wspomnieć o moich przyrodnich ciotkach – wnuczkach Promienistego – Kazimierze i Barbarze Iłłakowiczównych, aczkolwiek był to w rodzinie temat tabu. Żałuję, że nie zrobiłam tego, co moja rodzina winna była uczynić wcześniej, gdy Kazimiera i Barbara były jeszcze dziećmi. Trzeba było po prostu przygarnąć obie sieroty, gdy ich ojciec Klemens Zan zginął tragicznie, a potem umarła ich matka Barbara Iłłakowiczówna.

Babcia Bronia, żona stryja Klemensa, ukrywała to, o czym wszyscy w Wilnie wiedzieli, udawała, że nic się nie stało.

Barbara Iłłakowiczówna, skromna, mieszkająca na poddaszu nauczycielka, sama wychowywała dwie córki stryja Klemensa. Babunia Bronia, osoba zresztą niezwykle religijna, na pograniczu dewocji, powinna była, jak prawdziwa chrześcijanka, wziąć sieroty do swojego domu po śmierci ich matki. Może zbyt surowo oceniam moją rodzinę, ale wstydzę się tego co się stało.

Kazimiera, zwana przez przyjaciół “Iłłą”, odczuwała mocno brak ciepła rodzinnego, o czym wspomina, opisując tułaczkę po ubogich sublokatorskich pokoikach, w książce “Ścieżka obok drogi”.

O Iłłakowiczównie usłyszałam po raz pierwszy od matki, po powrocie z Warszawy, gdy wręczano jej Krzyż Virtuti Militari. Mnie przywiozła wówczas Medal Niepodległości za działalność w POW. Nie mówiąc mi, kim jest dla naszej rodziny Iłłakowiczówna, matka powiedziała tylko, że poznała ją na przyjęciu w GISZ-u. Dowiedziałam się, że to bardzo dobrze ułożona, poważna, ale niewątpliwie piękna i elegancka kobieta. Przywiozła jej tomik wierszy “Popiół i perły”. …Matka zachęcała mnie do przeczytania tych wierszy, mówiąc, że są piękne i wzruszające. Teraz, gdy o tym myślę, mam wrażenie, że matka wspominała to spotkanie zatroskana, smutna… Czyżby było to pierwsze i ostatnie spotkanie matki z odrzuconą przez rodzinę sierotą po Klemensie i – choć z nieprawego łoża – to jednak wnuczką Promienistego? Czy matka mogła nie wiedzieć, skoro Jan Henryk Rosen, największy przyjaciel Kazimiery, bywał częstym gościem w Duksztach i wisiały tam jego obrazy?

Klemens Zan poznał pannę Barbarę Iłłakowiczównę, dużo od niego młodszą, na chórze w jednym z wileńskich kościołów. Uczyła w domach prywatnych muzyki i języków. Miał z nią dwie córki: Barbarę i o cztery lata młodszą Kazimierę, która urodziła się w miesiąc po śmierci ojca, w sierpniu 1889. Po śmierci matki Kazimierą zaopiekowała się Zofia Zyberk Plater Buynowa, a Barbarą – Gustaw Wołk. Kazimiera zamieszkała w majątku Balatyno, a później w Stanisławowie. Dwa lata chodziła na słynną pensję Platerówny dla panienek z dobrych domów. Potem studiowała we Fryburgu, Genewie, Oksfordzie, Londynie i Krakowie, gdzie w 1914 roku otrzymała absolutorium.

Ta wspaniała, niezwykle odważna, bezkompromisowa kobieta była do końca samotna i nieszczęśliwa. W autobiograficznych opowiadaniach pt. “Trazymeński zając” wiele razy wspomina matkę, ojca, Wilno, gdzie się urodziła.

…Moją ulubioną książką jest “Ścieżka obok drogi” z okresu, gdy była osobistą sekretarką marszałka Piłsudskiego, odpisywała na listy do niego adresowane, załatwiała interwencje. Podobno była jedyną osobą, której Marszałek się bał.

… Jest taki krótki fragment w Ścieżce obok drogi, wciąż niestety aktualny, który chciałabym zacytować:

“Im dłużej patrzyłam na tę niesprawiedliwość i nędzę w kraju, tym mocniej utrwalało się we mnie przekonanie, że nie jest tu winien żaden rząd i żaden ustój, ale winien każdy poszczególny człowiek w swoim kamiennym niedbaniu o drugiego człowieka, w rzucaniu wszystkiego na jakieś “odległe czynniki” i nierobieniu samemu porządku wkoło siebie”.

Wojciech Wiśniewski “Pani na Berżenikach” rozmowy z Heleną z Zanów Stankiewiczową, Polska Fundacja Kulturalna Londyn 1991, fragmenty … / rodzinne archiwa fotograficzne i rękopisy

helena-stankiewiczHelena Stankiewiczowa – pisze wspomnienia (fot ok. 1968-70)
po prawej: wczesne lata 70

Śmierć Cioci Krysi

Andrzej Rejman

Ciocia Krysia

Krystyna Stankiewicz i jej rodzina miała pokaźny udział we wspomnieniach zamieszczonych na tym blogu. Autorka wspomnień – córka Heleny z Zanów i Kazimierza Stankiewiczów, praprawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” zmarła w Warszawie w sierpniu b.r. (2016)

1_krysia_stankiewiczok_1935_w_berzenikach_z_ulubionym_ps

Dziś kilka zdjęć i wspomnienie o niej – jej kuzynki, Marii Chodorek z d. Tyszkiewicz. U góry mała Krysia Stankiewicz w Berżenikach z ulubionym psem

5_krystyna_stankiewicz4  2_krystyna_stankiewicz1 3_krystyna_stankiewicz2 4_krystyna_stankiewicz3

Krystyna Stankiewicz w Warszawie, w czasach pracy w Wojskowym Instytucie Medycyny Lotniczej (lata 50-te XX w.)

***

Maria Chodorek

Nie dokończyłyśmy naszych rozmów.
Pamięci Krystyny Stankiewicz.

23 sierpnia 2016 roku zmarła na warszawskim Żoliborzu Krystyna, córa Heleny z Zanów Stankiewiczowa, moja bliska krewna, starsza jedynie o dwa lata.

Wuj Kazimierz, jej ojciec, był bratem mojej Matki, Janiny ze Stankiewiczów Tyszkiewiczowej. Krystyna była ostatnią z rodziny – urodzona w Berżenikach, powiat święciański, województwo wileńskie – w miejscu, skąd wywodził się nasz dziadek Wacław Stankiewicz.*

Dziś, 30 sierpnia odprowadzamy Zmarłą po mszy żałobnej do rodzinnego grobu na Starych Powązkach. Dobrze, że upał ustąpił właśnie dziś.

Poruszam się z trudem w labiryncie teraźniejszości, wspominając przez cały mijający tydzień przeszłość.

Traktuję ją jako przestrzeń pomiędzy „od-do” z odcinkami, które z Krysią przeżyłyśmy wspólnie.

Przed 1939 rokiem chyba dwukrotnie byłam z rodzicami w Berżenikach – latem. Zapamiętałam jezioro należące do rodzinnego mająteczku, lasy na horyzoncie, sad, psy i konie.

Helena, żona Kazimierza – „Pani na Berżenikach”, matka Krysi i Ziutka została w Wilnie w nadziei że pomoże Kazimierzowi uciec, lub zdoła wykupić. Tak się nie stało, ciocia Hala przyjechała do nas latem 1945 roku, potem uzyskała mieszkanie przy ul. Krasińskiego, na warszawskim Żoliborzu. Była dzielną kobietą o wielu talentach, prawdziwą patriotką.

Krysię zobaczyłam po wojnie w 1945 roku. Siedziała przy oknie dużej anińskiej kuchni i starannie obierała ziemniaki na rodzinny obiad. Nasza wspólna babcia Mania „w cztery oczy” postawiła mi kuzynkę za wzór, ponieważ jak zwykle „wykręciłam się” od kuchennych zajęć. Krysia ze swoim młodszym o pięć lat bratem Ziutkiem (Józefem – imię nadano na cześć Marszałka Piłsudskiego) i z towarzysząca dzieciom niezrównaną przyjaciółką ich Matki – Wandą Kawalcową – została zakwaterowana w pokoju na piętrze.

Przyjechali towarowym pociągiem z Wilna do Lublina. Stamtąd mój ojciec zabrał ich do Warszawy i Anina.Podróż ta była ciężka i długa, ich rodzice zostali w Wilnie, choć wszyscy mieli razem przyjechać transportem nr 17 w lutym 1945 roku.

Tydzień przed tym terminem Kazmierz Stankiewicz został pojmany przez NKWD w nocnej brance. Do Warszawy przyjechał dopiero w listopadzie 1947 roku, o czym można się dowiedzieć także ze wspomnieniowych książek, m.in. ”Pani na Berżenikach” (Wojciech Wiśniewski) i „W łagrach na Saratowskim szlaku” (Leonard Perepeczko).

W 1945 roku poszłyśmy z Krysią do ostatniej klasy Prywatnej Szkoły Powszechnej SS Felicjanek w Marysinie Wawerskim, potem również tam ukończyłyśmy żeńskie gimnazjum uzyskując tzw. małą maturę. Dwa lata uczęszczałyśmy do szkoły ogólnokształcącej stopnia licealnego w Aninie przy ulicy I Poprzecznej w pałacyku Więcka.

Te dwa lata były również czasem koleżeńskich prywatek w rodzinnych domach, gry w siatkówkę, wypraw „do Warszawy”, do kina lub nad Wisłę. Krysia była jedną z aninianek – „Dziewcząt od sióstr”, mieszkała przy III Poprzecznej, z nami. Na Żoliborzu bywała pod koniec każdego tygodnia. Jej Rodzice dzielnie opanowywali sztukę adaptacji w Warszawie.

Po maturze w 1951 roku nasze drogi się rozeszły…

Spotykałyśmy się jednak na świątecznych lub imieninowych, czasem jubileuszowych uroczystościach rodzinnych. W 1958 roku Krysia podawała do chrztu Piotra, mego pierworodnego syna…

Została dyplomowana pielęgniarką. W tej roli była wzorowa również jako córka i siostra.

Została sama w 2011 roku (w tym roku zmarł jej brat Józef), i wtedy zaczęły się nasze długie rozmowy telefoniczne. Wówczas dowiedziałam się wielu istotnych, radosnych i tragicznych szczegółów o Rodzinie. Miałyśmy wiele tematów odkładanych „na potem”. Od tygodnia sięgam po telefon nawykowo, by ją usłyszeć i kontynuować rozpoczęte tematy… I wracam myślą do Niej i Jej Rodziny.

Polecam ich Matce Boskiej Ostrobramskiej, Krysia zwykle nam tłumaczyła, że jest to Madonna bez Dzieciątka, więc może więcej mieć dla nas cierpliwości i miłości.

____________________________________________

*Wacław Stankiewicz 1866 – 1940

Inżynier leśnik, organizator leśnictwa.

Urodzony 23 IV 1866 w Berżenikach w pow. nowoaleksandrowskim (gub. kowieńska), był synem Jana Stankiewicza i Konstancji z Bejnarów. Jan Stankiewicz był leśnikiem i właścicielem miejscowego folwarku.

Po ukończeniu szkoły realnej w Dyneburgu studiował w Petersburskim Instytucie Leśnym, gdzie w r. 1890 uzyskał stopień «uczenyj lesowod I razriada» (odpowiednik inżyniera leśnictwa). Po studiach pracował w państwowej administracji leśnej gub. kostromskiej, potem został na trzy lata oddelegowany do urządzania lasów na Uralu, gdzie dokonywał wraz z grupą taksatorów Polaków inwentaryzacji przyrodniczo-leśnej i planował zagospodarowanie poszczególnych nadleśnictw. W r. 1894 wrócił do Petersburga i został asystentem w Katedrze Urządzania Lasu Instytutu Leśnego, kierowanej przez Polaka, Aleksandra Rudzkiego. W r. 1905 dzięki stypendium uczelnianemu prowadził badania lasów górzystych na 25 założonych przez siebie powierzchniach próbnych w środkowej i południowej części Krymu. Podczas pobytu na Krymie odkrył nieznany dotychczas gatunek sosny, który opisał W. Sukaczow i nazwał na cześć Stankiewicza «Pinus Pityusa Stev. var. Stankieviczi». W r. 1908, przeniósł się do Moskwy, gdzie pracował w Zarządzie Rolnictwa i Dóbr Państw, przy urządzaniu lasów w okręgach leśnych: moskiewsko-twerskim, włodzimiersko-riazańskim i południowym — obejmującym Krym i zachodnie Zakaukazie.

Wiosną 1920 Stankiewicz opuścił Rosję i osiadł w Warszawie. W maju tego roku objął stanowisko naczelnika Wydziału Urządzania Lasów w Departamencie Leśnictwa Ministerstwa Rolnictwa i Dóbr Państwowych. Mimo małej liczby wykwalifikowanych pracowników technicznych oraz różnic w systemach leśnych trzech zaborów, doprowadził w ciągu dwóch lat do prowizorycznego urządzenia wszystkich lasów państwowych, a następnie likwidując stopniowo braki w planach, księgach i mapach gospodarczych, organizując i szkoląc personel, a potem sprawnie kierując jego pracami w terenie, stworzył podstawy dla prawidłowej administracji i nowoczesnej gospodarki leśnej.

W r. 1931 przeszedł na emeryturę, ale nadal interesował się sprawami leśnictwa, podejmując zlecenia urządzania lasów prywatnych i zabierając głos na łamach prasy fachowej . W r. 1939, ciężko już chory i częściowo sparaliżowany, zamieszkał u córki w Aninie pod Warszawą. Tam zmarł 20 III 1940; pochowany został na cmentarzu parafialnym w Zerzni. W małżeństwie z Marią z Woyczyńskich (ok. 1873—1965) miał troje dzieci: Kazimierza, Władysława oraz Janinę (1901—1982), doktor filozofii w zakresie botaniki, zamężną za Stanisławem Tyszkiewiczem, profesorem leśnictwa. Kazimierz (ok. 1899—1972), inżynier łączności, absolwent Inst. Technicznego w Moskwie (1914), był najpierw pracownikiem Głównej Dyrekcji Telefonów i Telegrafów w Warszawie, walczył jako ochotnik w wojnie polsko-sowieckiej 1920 r., potem gospodarował w rodzinnych Berżenikach, podczas drugiej wojny światowej był aresztowany przez NKWD i zesłany na Syberię, po wojnie pracował w Biurze Odbudowy Stolicy w Warszawie; był żonaty z Heleną z Zanów (zm. 1996).

oprac.Stanisław Tadeusz Sroka

Źródło: Polski Słownik Biograficzny

 

7_waclaw_stankiewicz_and_kazimierz_hrebnicki_ok_1926_w_b

6_od_lewej_adam_hrebnicki_i_waclaw_stankiewicz_ok_1910_f

 

Adam Hrebnicki (po lewej) i Wacław Stankiewicz około roku 1910

Poniżej:

Wacław Stankiewicz i Kazimierz Hrebnicki, Raj, ok 1926

 

 

 

Piątek w sobotę

Niemal od początku istnienia tego blogu, a jest to już, jakby nie było, dobrze ponad trzy i pół roku, niemal regularnie, Roman Brodowski publikuje wpis w pierwszy piątek miesiąca, a tu tymczasem pierwszy piątek miesiąca był wczoraj i został oddany Zbychowi Milewiczowi, który z kolei zawiaduje na tym blogu nie tylko świetnym reportażem, ale i dziwnymi rocznicami (np. jubileusz misia pluszowego), dziwnymi dniami (dzień prostytutki) i strasznymi katastrofami. Wczoraj minęła 350 rocznica ogromnego pożaru Londynu, o którym każdy z nas uczył się na lekcjach angielskiego (London’s burning), po prawdzie nie wiedząc, że to piosnka o autentycznym pożarze. I to jakim.

Tak czy owak pierwszy piątek miesiąca Romanowi przepadł, dostał więc za to pierwszą sobotę miesiąca… Ot, taka nowa, świecka tradycja.

Roman Brodowski

Festiwal kultury trzech narodów

Tam gdzie wielka polityka, zwłaszcza ta na najwyższych szczeblach zawodzi, gdzie interes państwa dotyczący stosunków międzynarodowych ważniejszy jest od ogólnospołecznego, tam często dla przeciwwagi lokalne społeczności biorą w swoje ręce inicjatywy i rozwijają dobre stosunki z sąsiadującymi narodami. Przykładów przytoczyć można wiele.

Jednym z nich jest, zorganizowany już po raz szesnasty Międzynarodowy Festiwal „Kanał Augustowski w Kulturze Trzech Narodów – Białorusinów, Polaków i Litwinów”. Organizatorami tej imprezy od strony białoruskiej są Wydział Kultury i Religii Urzędu Wojewódzkiego oraz grodzieński oddział Związku Polaków na Białorusi.

kanalaugu (2)

Początkowo impreza ta odbywała się tylko na Grodzieńszczyźnie, przy Kanale Augustowskim, w okolicy śluzy „Dąbrówka”. Jednak przy wsparciu Urzędu Miejskiego w Augustowie, augustowskich placówek kultury oraz Urzędu Marszałkowskiego Województwa Podlaskiego, festiwal ten już po raz trzeci przekroczył granicę białorusko-polską i odbywa się także po polskiej stronie, w zielonej scenerii augustowskich jezior.

Jak zawsze imprezie tej patronuje po obu stronach granicy wiele instytucji, organizacji pozarządowych oraz media.

Dzięki białoruskim i polskim przyjaciołom, (zwłaszcza tym ze Stowarzyszenia Pomocy „Rubież” , z siedzibą w Białymstoku) w tym roku i my, Polacy z Berlina mieliśmy okazję poczuć atmosferę tej festiwalowo-festynowej zabawy. Pojechaliśmy we trzech, Andrzej, Jurek i ja.

kanalaugu (1)

Naszą podróż rozpoczęliśmy dwudziestego sierpnia w Białymstoku. To z tego miasta wczesnym porankiem, wraz z grupą działaczy i wolontariuszy Stowarzyszenia, autokarem wyruszyliśmy w kierunku wschodniej granicy Polski, gdzie, po obu stronach, odprawieni zostaliśmy szybko i bez jakichkolwiek niemiłych zdarzeń. Wielką niespodzianką natomiast był wjazd do Grodna. Zostaliśmy powitani przez przewodniczącego tutejszego oddziału Związku Polaków na Białorusi, Kazimierza Znajdzińskiego, jak nakazuje polska tradycja – chlebem i solą. Po ceremonii powitania udaliśmy się w dalszą drogę, bezpośrednio do położonej pośród pięknych lasów, nad kanałem, wspomnianej już wcześniej śluzy „Dąbrówka”.

kanalaug (3)

Czym jest Kanał Augustowski? Kiedyś był to gospodarczy szlak wodny łączący Polskę i Białoruś. Dzisiaj jest to prawdziwa perła Europy wśród turystycznych szlaków wodnych.Powstał w pierwszej połowie dziewiętnastego wieku i łączy dopływy Wisły z Bałtykiem poprzez dopływy Niemna. Ma sto dwa kilometry długości. Posiada osiemnaście murowanych śluz, które umożliwiają pokonywanie różnicy poziomów wynoszącej pięćdziesiąt cztery metry. Ten jakże cenny zabytek co roku przyciąga tysiące kajakarzy. Kanał łączy nie tylko wody i krainy, ale też, przede wszystkim – ludzi. Sprawia, że mieszkający nad jego brzegami obywatele różnych narodowości spotykają się, by, jak co roku, wspólnie śpiewać, tańczyć, odnowić stare przyjaźnie.

Festiwal rozpoczął się przemarszem barwnego korowodu białoruskich, litewskich i polskich zespołów folklorystycznych, ku zadowoleniu licznie zgromadzonej, przybyłej na występy publiczności.

kanalaugu

Oficjalnego otwarcia dokonał wicegubernator Obwodu Grodzieńskiego. Pozdrawiając wszystkich, wyraził nadzieję, że w przyszłości festiwal być może będzie nie tylko okazjonalnie łączył przygraniczną ludność, ale stanie się imprezą dostępną dla każdego kto, kocha folklor i dobrą zabawę. Wiele ciepłych słów padło i z innych ust, głos zabrali bowiem: prezydent Augustowa, Konsul Generalny RP w PGrodnie , a także przedstawiciel konsulatu litewskiego. Wszyscy oni wyrażali nadzieję, nadzieję na wolną od granic i przyjazną tę część Europy.

Warto wspomnieć o wystąpieniu prezesa Stowarzyszenia Pomocy „Rubież”, Józefa Kulikowskiego, który przypomniał o genezie powstania festiwalu, o ciężkiej pracy wielu osób zarówno ze strony polskiej jaki i białoruskiej, dla urzeczywistnienia tej pięknej inicjatywy kulturalno- społecznej, jaką jest Festiwal Trzech Kultur, nad Kanałem Augustowskim.

kanalaug (2)

Na zakończenie oficjalnych wystąpień, w imieniu naszej skromnej, berlińskiej delegacji, i ja zabrałem głos, wspominając nieco o naszej wspólnej, polsko-białorusko-litewskiej przeszłości. Używając przenośni, porównałem, uczestników jak i gości imprezy do postaci Adama Mickiewicza, poety trzech kultur, piszącego po polsku o Litwie, wysławiającego piękno białoruskiej krainy, marzącego o szczęśliwym życiu w wolne j, „jak bracia pospołu” Ojczyźnie.

A potem rozpoczęła się prawdziwie sielankowa zabawa. Na scenie ze śpiewem, tańcem, muzyką prezentowały swój kunszt zespoły folklorystyczne. Wokół sceny, nad brzegami kanału, na porozstawianych straganach podziwiać można było okoliczne rękodzielnictwo, a i kupić co nieco. Place zabaw dla dzieci i dorosłych, stoiska na których regionalna strawa i napitek kusiły do skosztowania, ale przede wszystkim atmosfera jaka tam panowała, na niejednym z nas wywarła niesamowite wrażenie.

„Dąbrówka” tą atmosferą żyła do późnych godzin popołudniowych.

Następnego poranka, przez przygotowane tylko na ten dzień przejście graniczne w Lipszczanach, przejechaliśmy do Augustowa, gdzie w amfiteatrze, nad brzegami jeziora Necko po raz kolejny artyści ze Wschodu mieli okazję zaprezentować się publiczności. Powitani ciepłymi słowami przez prezydenta miasta oraz przedstawiciela Rejonu Grodzieńskiego, zarówno uczestnicy festiwalu, augustowianie, jak też przebywający nad jeziorem goście bawili się wspólnie przy muzyce i śpiewie, do godzin popołudniowych.

Akcentem końcowym był wspólny rejs statkiem po jeziorach , zorganizowany przez władze Augustowa.

Aby takie imprezy służyły łączeniu narodów, z pewnością życzy sobie znakomita większość rodaków. Ale… czy uczymy się, czy uczymy nasze dzieci, tej zwykłej, ludzkiej i nie tylko ojczyźnianej, ale tej ponadnarodowej jedności…?

Berlin, 24.08.2016

Pocztówki z Wilna

 Andrzej Rejman

31a_1pozdrowienia_z_Wilna1

Wśród pocztówek znalezionych w archiwach rodzinnych jest jedna szczególnie ładna, bo z otwierającą się harmonijką widoczków… Pocztówka pochodzi z lat trzydziestych i wysłana została 8 grudnia 1937 roku z Dukszt do Warszawy.

31a_3pocztowka_z_Wilna2 31a_2pocztowka_z_Wilna131a_4pocztowka_z_Wilna3

Potem nie było już tak pięknie, pocztówkowo, Wilno było miastem równie mocno dotkniętym skutkami wojny, co reszta kraju, a może nawet bardziej, bo wciąż znajdowało się w ogniu frontów i ścierających się interesów wielu państw.

Jak pisze Helena z Zanów Stankiewiczowa, prawnuczka Tomasza Zana “Promienistego” we wspomnieniach wydanych przez Polską Fundację Kulturalną w Londynie w 1991 r. (Wojciech Wiśniewski “Pani na Berżenikach”) :

W tych ciężkich czasach ludzie garnęli się do Matki Boskiej, “co w Ostrej świeci Bramie”, patronki tych ziem. O każdej porze dnia, na ulicy, i chodnikach pod murem i arkadami klęczały tłumy wpatrzone w Tę, która nigdy nikogo nie opuściła. Ilekroć było mi ciężko na duszy, szłam modlić się tam z nadzieją i błaganiem. Może w tym samym miejscu modlił się kiedyś Promienisty?…

***
Krótkie wspomnienie Wilna tych czasów uzupełnia córka Heleny Stankiewiczowej – Krystyna, której wypowiedź zarejestrowałem w kwietniu 2016 r.:

Krystyna Stankiewicz wspomina w swej wypowiedzi m.in. rodzinę profesora Henryka Niewodniczańskiego, który urodził się 10 grudnia 1900 w Wilnie, zmarł 20 grudnia 1968 w Krakowie – polski fizyk, specjalista w fizyce jądrowej, twórca i dyrektor Instytutu Fizyki Jądrowej w Krakowie (od 1988 noszącym jego imię). Profesor fizyki na uniwersytetach: poznańskim (1937-1939), wrocławskim (1945-1946), Jagiellońskim (od 1946), członek PAU i PAN.

Grób na cmentarzu w Otrokowie

Czytelnicy być może pamiętają, że w ubiegłym roku pod wspólnym nadtytułem ktoś (kobieta, mężczyzna, dziewczyna, dziecko) z cmentarza w… Tomasz Fetzki i ja publikowaliśmy serię naszych (ale nie tylko naszych) wpisów o odkrywaniu historii, kryjących się za nagrobkami. Zebrało się tego sporo, ale wcale nie w formie “zebranej”, tylko blogowo rozproszonej. W kwietniu tego roku na konferencji organizowanej przez katedrę biografistyki pedagogicznej KUL opowiemy o tej naszej wspólnej pracy. W ramach przygotowań do konferencji, uzupełniając materiały zebrane do wpisu Dzieciątko z cmentarza w Berehach Horisznich, Tomasz skontaktował się ze Stowarzyszeniem Magurycz, a kontakt ten zaowocował następującym wpisem, przedrukowanym z: Cmentarz miejsce (nie)obecnych, Nowica 2013, wstęp oraz strony 91-103…
X
Stowarzyszenie Magurycz
X
Cmentarze pełne są ludzi, bez których świat nie mógłby istnieć – Te słowa, zapisane w latach 50, w czasie podróży po Irlandii przez Heinricha Bölla, są mottem Stowarzyszenia Magurycz. Kiedy dodamy do nich, że świat jest pełen cmentarzy, bez których Magurycz nie mógłby istnieć, stworzymy komplementarną całość.

Magurycz to nazwa góry nieopodal wsi Bartne, na Łemkowszczyźnie, gdzie niegdyś pozyskiwano piaskowiec, służący miejscowym rzemieślnikom za materiał na żarna, koła młyńskie, nagrobki i krzyże. Bartneńscy kamieniarze słynęli ze swego kunsztu i do tej tradycji – pracy z kamieniem i w kamieniu – nawiązuje Stowarzyszenie Magurycz. Idea ratowania, inwentaryzacji i dokumentowania sztuki sepulkralnej zrodziła się w 1987 roku, gdy Stanisław Kryciński, samorodny historyk i krajoznawca, zorganizował pierwszy obóz remontowy na cmentarzach bojkowskich w Bystrem i Michniowcu w Bieszczadach, akcja ta nazywała się „Nadsanie”; w obozie tym wziął udział Szymon Modrzejewski, który rok wcześniej zaczął opiekować się cmentarzem bojkowskim w Berehach Górnych. Po 10 latach wspólnej pracy z „Nadsania” wyrósł Magurycz. W ciągu 26 lat prowadziliśmy prace remontowe na ponad 120 cmentarzach ukraińskich, żydowskich, niemieckich oraz polskich w południowo-wschodniej Polsce i na zachodniej Ukrainie, angażując w to przeszło tysiąc osób, które uratowały blisko 2000 kamiennych obiektów, głównie nagrobków.

Idea pracy na cmentarzach jest apolityczna, nie służy żadnej instytucji, kultowi, nie głosi żadnej wizji historii, nie wynika też z inspiracji religijnej, a odwołuje się do wrażliwości oraz odpowiedzialności za świat, w którym żyjemy. Właśnie cmentarz, będący symbolicznym odzwierciedleniem przyrodzonej równości wszystkich ludzi, może być miejscem do budowania otwartości na innego. Każdy swój i każdy obcy przecież się tam znajdzie. Spocznie w szczególnej przestrzeni: odmiennej, historycznej, magicznej, strasznej, sakralnej. Już same te określenia pokazują, jak wiele kontekstów my – żywi – przypisujemy nekropoliom.

Publikacja, którą przedstawiamy, jest owocem pasji i zaangażowania wolontariuszy Magurycza. Dzielimy się w niej swoim doświadczeniem pracy na nekropoliach, jak również wiedzą i umiejętnością odczytywania znaczeń przypisywanych tym miejscom. Większa część wydawnictwa poświęcona jest ratowaniu kamiennych nagrobków, czyli poradom skierowanym do osób i organizacji w Polsce i na Ukrainie, które chciałyby roztoczyć opiekę nad obiektami sepulkralnymi. Jest to, wedle naszej wiedzy, pierwszy zbiór praktycznych rad, syntetycznie ujmujący problematykę „reanimowania” i ratowania nagrobków: od dokumentacji przez wszystkie etapy remontu, po efekt końcowy, którym jest również przedłużenie trwania nagrobka. Nasze działania posiadają walory edukacyjne, które są istotnym kontekstem pracy społecznej na cmentarzach.

Druga, nie mniej istotna część, poświęcona jest postrzeganiu oraz interpretowaniu nekropolii. Spojrzymy na cmentarz jak na „przestrzeń słowa”, w której inskrypcje i typografia nagrobna, będące źródłem wiedzy o zmarłych, mówią też o kulturze dawnej wsi, światopoglądzie religijnym i kompetencjach językowych jej mieszkańców. Kontekst magiczny miejsc wiecznego spoczynku przybliży historia pochówku „dziewczynki wróżki”, który wywołuje zarówno lęk, jak i fascynację. Grób ten znajduje się w Otrokowie na Podolu, gdzie w minionym sezonie pracowaliśmy w ramach projektu „Wspólne zapomniane dziedzictwo”. Również o lęku przed obcymi, wykluczeniu po śmierci i zapomnieniu traktuje tekst dotyczący wciąż słabo opracowanego tematu cmentarzy cholerycznych. Nekropolie jako źródło natchnienia dla artystów oraz refleksji nad doczesnością to kolejny aspekt cmentarza, uwzględniony w naszej publikacji. I wreszcie – zdaje się najbardziej „odpodmiotowione” – traktowanie nekropolii ukaże tekst o badaniach archeologicznych na środkowym Podolu, poświęcony starożytnym cmentarzyskom, dzięki któremu zobaczymy, że tam, gdzie kończy się pamięć, wchodzi nauka.

Oczywiście mamy świadomość, iż poruszamy tu zaledwie kilka wątków z całego bogactwa znaczeniowego przestrzeni cmentarza. A jednak i one pokazują różnorodność naszych światów. Tę różnorodność, która koniec końców znajdzie wspólny mianownik – cmentarz.

Olga Solarz

Pochowana prawda

Ogrom problemów, ślady, jakimi rozporządzamy, tak kruche i wątłe, przeszłość na olbrzymich połaciach, tak nieodwracalnie unicestwiona, podstawy naszych teorii, tak nietrwałe, że każde rozpoznanie na miejscu stawia badacza w sytuacji chwiejnej, w której najbardziej pokorna rezygnacja wiedzie spór z szaleńczymi ambicjami: badacz wie, że to, co najistotniejsze, jest już stracone, że wszystkie jego wysiłki sprowadzają się do grzebania na powierzchni; a nuż jednak natrafi się na cudownie zachowaną wskazówkę, z której wytryśnie światło? Nic nie jest możliwe, a zatem wszystko jest możliwe. Noc, wśród której poruszamy się po omacku, jest dla nas zbyt ciemna, abyśmy mogli cokolwiek twierdzić na jej temat, nawet to, że jej przeznaczeniem jest trwać.[1]

O kamiennym nagrobku „dziewczynki-wróżki” usłyszałam jeszcze przed wyjazdem na Podole. Wiedziałam, że wedle miejscowej tradycji w czasie suszy młode wdowy przychodzą na cmentarz i obracają go, by wywołać deszcz, niemniej trudno mi było sobie wyobrazić, jak wygląda i w jaki sposób wprowadzają go w ruch.

Do głowy przychodził obraz piaskowcowego wilka z Kryłowa (dziś pomalowanego farbą olejną i wkomponowanego w kaplicę z figurą świętego Mikołaja), który w obiegowej opinii związany był z kultem Welesa – bóstwem magii i świata umarłych. Zgodnie z lokalną legendą przed wschodem słońca przychodziły do niego kobiety nie mogące zajść w ciążę, siadały okrakiem, głaskały po brzuchu i szeptały zaklęcia do ucha[2]. To skojarzenie z „dziewczynką-wróżką” wywoływały wspólne dla obydwu przypadków mianowniki: kobieta o zachwianej kobiecości (młoda wdowa i młoda bezdzietna), magia oraz zaświaty. Ten łatwy do odszyfrowania rząd semantyczny kobieta – praktyki magiczne – świat umarłych nie zaspokajał mojej ciekawości, odwrotnie – w przypadku otrokowskiej figury rodził wiele pytań, ale przede wszystkim intrygowało, co sami mieszkańcy sądzą na jego temat.

Otroków to wieś leżąca na płaskowyżu malowniczej krainy dawnego Państwa Mińkowieckiego. Strome zbocza, wapienne wychodnie, głębokie jary, wartkie rzeki i jednocześnie rozległe pola były idealnym miejscem dla osadnictwa, stąd nieprzerwanie od neolitu tereny te zasiedlał człowiek. Rzecz jasna pozostawiał po sobie ślady kultury, które jako reminiscencje dotrwały do współczesności. I tak, jak remontowane przez nas pochówki w kamiennych obstawach na cmentarzu prawosławnym czy na kirkucie można hipotetycznie uznać za echo pochówków w skrzyniach z okresu kultury amfor kulistych, tak raczej wątpliwości nie wzbudza powiązanie nazwy Furia, którą miejscowa ludność określa wiedźmę z postacią Ignacego Ścibór Marchockiego. Ów szlachcic, właściciel ziemski znany nie tylko z licznych reform, ale i z fascynacji antykiem wprowadzał w swoich włościach zwyczaje wzorowane na kulturze dawnej Grecji i Rzymu, dlatego spotykane w inskrypcjach nagrobnych imię Agrypina, czy wspomniana wyżej Furia przemawiają za taką, a nie inną interpretacją. Jednak działalność Reduxa, to raptem historia o 200-letniej tradycji, stąd nie tak trudno dekodować znaki tamtych czasów, inaczej rzecz się ma z pogańską wizją świata Słowian, której artefakty stapiając się z chrześcijaństwem, nie są już tak czytelne. A jednak pozostałości te, choć transformowane i okraszone wątkami chrześcijańskimi, ciągle pozostają żywe, świadectwem czego jest choćby „dziewczynka-wróżka”.

Cmentarz położony w najwyższym punkcie miejscowości przestał pełnić funkcję grzebalną na początku XX wieku. Podzielony na dwie części: starą z pochówkami z pierwszej połowy wieku XIX oraz nową, na której chowano od lat 60 XIX wieku do początku XX. Wszystkie otrokowskie nagrobki wykonane są z miejscowego wapienia, różnią się jedynie stylistycznie, przy czym łatwo odróżnić te najstarsze o charakterystycznych maltańskich krzyżach wstawianych bezpośrednio do ziemi, bez kamiennych podstaw, od najnowszych, składających się zazwyczaj z trzech części – podstawy, cokołu i krzyża. Cmentarz okalają dwumetrowe, nie dające większego cienia drobnolistne krzaki, przez co latem, w panujących tam upałach przyjmuje on kolor sawanny. Sucha trawa i setki pokrytych porostami wapiennych krzyży podkreśla obcość tej przestrzeni, uwypuklając żywe na zewnątrz. „Dziewczynka-wróżka” znajduje się w jego starszej części, w samym rogu, na lewo od wejścia. Wokół niej nie ma innych nagrobków, przez co już przy pierwszym wrażeniu wygląda na pochówek odmienny – eksterytorialny, usunięty z przestrzeni umarłych.

Wiadomo, iż w kątach cmentarza, czy przy granicach grzebano samobójców (najczęściej wisielców i topielców), tragicznie zmarłych, nieochrzczone dzieci oraz innowierców. Ten zwyczaj do dziś przestrzegany jest w Otrokowie na czynnym cmentarzu, który położony jest 200 metrów dalej. Usłyszałam o tym pod sklepem, czyli miejscem spotkań towarzyskich, a przez to najlepszym punktem informacyjnym. Mój rozmówca, mężczyzna w wieku 37 lat, gadatliwy kawaler spędzający tam wiele czasu, a co za tym idzie kontynuator tradycji mówionej, nie skąpił mi informacji. Chowanie wisielców i topielców z dala od zwykłych umarłych wyjaśniał, posługując się chrześcijańską kategorią grzechu, jednocześnie tłumaczył ich decyzje komplikacjami w życiu osobistym, odwołując się do terminologii psychologicznej. Ta ambiwalencja w stosunku do samobójców jest ciekawą transformacją, wynikającą najpewniej z oglądania coraz popularniejszych na Ukrainie programów telewizyjnych poświęconych zagadnieniom społecznym, albowiem nawet w czasach wojującego z religią komunizmu samobójcy byli skazani na społeczną śmierć.

Separacja wisielców, topielców, tragicznie umarłych, nieochrzczonych dzieci oraz innowierców od tych, którzy odeszli w sposób ludzki, wynika z ich nieuregulowanego stosunku do wiary. Samobójcy swoim czynem sprzeniewierzyli się prawom ustanowionym przez Boga, tragicznie umarli odeszli w grzechu, bo bez spowiedzi i ostatniego namaszczenia, dzieci nieochrzczone – rzecz jasna bez chrztu, zaś innowiercy już za życia znajdowali się w kategorii obcych – bezbożnych. Łączy ich nieuczestniczenie w którymś z najważniejszych rytuałów przejścia chrześcijanina, a więc w rytuale włączenia w ludzką ekumenę, jakim jest chrzest lub wyłączenia poprzez akt skruchy i prawdziwy pogrzeb[3].Podobnie jak wiedźmy, upiory, zmory, płanetników i inne istoty ludzkie czyniące zło za życia czeka ich pośmiertna ekskomunika uniemożliwiająca dostąpienia zbawienia. W ten sposób nie trafiają ani do piekła, ani do raju. Błąkając się w przestrzeni ludzkiej, stają się istotami przejściowymi, mediacyjnymi – demonami, które reprezentują Zaświaty[4].

To oddzielenie istot o demogennych właściwościach potwierdza historia badanego nagrobka, który wedle miejscowych przekazów stoi na mogile dziewczynki, mającej umiejętności leczenia i przepowiadania przyszłości. Wszystkie zagadywane przeze mnie osoby identyfikowały nagrobek i miejsce oraz opowiadały związaną z nim historię. Według nich owa diwczynka-worożka umarła od ukąszenia żmii, dlatego w celu upamiętnienia miejscowy kamieniarz wykuł podstawę nagrobka w kształcie zwiniętej gadziny.

To jedynie początek legendy, która, sądząc z przeprowadzonych przeze mnie rozmów z mieszkańcami[5], w bardzo trwały i istotny sposób przełożyła się na miejscowe zwyczaje.

zwinieta-zmija

Nagrobek “dziewczynki-wróżki”

Otóż, do tradycji mieszkańców Otrokowa należą magiczne praktyki przywoływania deszczu wykonywane właśnie przy tej mogile. Zapisałam wiele wariantów, niemniej wszystkie sposoby opierają się na okręcaniu krzyża wokół jego osi. Sam krzyż, który – warto dodać – jest zdekompletowany (brakuje połowy trzonu) i nosi wyraźne ślady naprawiania, tkwi bezpośrednio w okrągłej podstawie, przez co nagrobek wydaje się nie tylko odmienny, ale również dziwaczny. I tak, w czasie długotrwałej suszy do mogiły przychodzą kobiety, nalewają wody do widocznych w krzyżu zagłębień (które wyglądają jak próby naprawiania), a następnie go okręcają. Żadna z pytanych osób nie potrafiła powiedzieć, czy istotny jest kierunek obracania oraz o jakiej porze warto ten rytuał wykonywać. Podobnie z wodą, niektórzy z moich rozmówców twierdzili, iż powinna to być woda święcona, inni, że zwykła, bo swiaczenu wodu ne skriz’ można (święconą wodę nie wszędzie można). Kilku, spośród moich rozmówców twierdziło, iż na cmentarz powinny przychodzić młode wdowy, pozostali, iż jest to bez znaczenia, a nawet, że mogą to być mężczyźni. Tak czy inaczej wszyscy, prócz jednej osoby, nie wyrażali najmniejszej wątpliwości, co do skuteczności tej metody, wierząc, iż chmary sia powernut’ i obowiazkowo bodaj maleńkyj doszcz pide (chmury się rozejdą i obowiązkowo bodaj niewielki deszcz spadnie)[6].

Istotne jest, iż jest to zwyczaj wciąż praktykowany, zaś osoby, które to wykonują, czują się w specjalny sposób odpowiedzialne za los całej wsi[7]. Taka magiczna odpowiedzialność stanowi niezwykły kontrast do jej braku w przypadku dbania o materialną spuściznę kulturową czy ekologię. Jednakże jest to zrozumiałe, ponieważ brak deszczu w przypadku społeczności opierających swój byt na rolnictwie jest sprawą życia, natomiast dziedzictwo i ekologia, to wartości dodane, które w tym przypadku są obcym wtrętem – naszym (w rozumieniu wartości kultury miejskiej) desantem, mogącym, ale nie muszącym się tam przyjąć. Stąd rzeczony nagrobek w żaden sposób nie był i nie jest postrzegany jako część dziedzictwa kulturowego regionu, ale jako łącznik z zaświatami, dzięki którym można uzyskać potrzebne dobra.

nagrobkiberehy

Dziury w krzyżu, do których zgodnie z wierzeniem należy wlać wodę

Na postrzeganie przez mieszkańców Otrokowa tego pochówku jako medium wpływa kilka czynników, które spotęgowały się, czy to przez jego usytuowanie na przecięciu dwóch granic, czyli w rogu, czy poprzez charakterystyczną dla myślenia magicznego potrzebę wpływania na losy świata. Nie wiadomo, co w tym przypadku jest pierwotne, a co wtórne, tak czy inaczej mediacyjność tego miejsca nie tylko nie podlega dyskusji, ale przede wszystkim nie jest tematem ani refleksji, ani rozważań. Jest to zadanie antropologa.

Wiadomo, iż wedle tradycji pochowana jest tam dziewczynka (jeszcze nie kobieta) – innymi słowy dziecko. Ten fakt podkreślali moi rozmówcy, co zresztą ma istotne znaczenie, ponieważ dzieckiem w tradycyjnej wizji świata przestaje się być, gdy ujawniają się funkcje prokreacyjne (pierwsza menstruacja), a przez to następuje rozpad pierwotnej pełni na świat płciowy i dualistyczny, charakterystyczny dla przestrzeni śmiertelników. Dzieci, jako istoty bezpłciowe, nierozdzielne i w pewnym sensie wciąż scalone, mogą bezpośrednio uczestniczyć w sferze sacrum, odnajdywać wspólny język z innymi światami czy zwierzętami, stąd przypisywane są im umiejętności magiczne. Ich położenie wynikające z klasyfikacji taksonomicznej pozwala czerpać wiedzę z zaświatów, a przez to posiadać moce wróżebne i uzdrowicielskie[8]. W zwyczajach mantycznych wielu kultur traktowano dzieci, jako wyrocznie, zaś kontakt z nimi mógł przybrać cechy kontaktu z sacrum, albowiem same, partycypując w tej sferze nabierały jej cech i właściwości, jednocześnie mogąc w ten sposób stać się istotami demonicznymi[9]. Tak więc wiara, iż spoczywa tam dziecko o umiejętnościach wróżebnych, to kolejny (obok lokalizacji, czyli umiejscowienia na przecięciu dwóch granic oraz potrzeby wpływania na rzeczywistość) bardzo istotny czynnik, który zrodził zwyczaj obracania krzyża w celu sprowadzania deszczu, jednak nie ostatni.

Nagrobek, jak wspominałam, składa się z dwóch części: ułamanego krzyża oraz podstawy o średnicy ok. 70 cm z przedstawieniem zwiniętej – oplecionej wokół koła – gadziny. Miejscowa legenda mówi, że taką formę zaleciła wykuć kamieniarzowi kobieta, która sama parała się magią. Wizerunek żmii połączony z przekonaniem o wróżebnych zdolnościach dziewczynki stworzył mieszkańcom Otrokowa przestrzeń dla magicznych wyobrażeń mających swój fundament w ludowej wizji świata.

I tak, w planie kosmogonicznym wąż czy żmija umiejscawiane są na biegunie przeciwległym do domeny Gromowładcy. Reprezentują noc, są wrogami dnia, światła, ognia i słońca, więc wyzwalają żywioły destrukcji i zabijania. W wierzeniach ludowych przetrwało przekonanie, iż żmije grzejąc się na słońcu piją słoneczną energię[10] – są wysłannikami śmierci. Jednocześnie gady i płazy poprzez bezpośredni kontakt z ziemią mają naturę chtoniczną, a przez swoją władzę nad zjawiskami atmosferycznymi – cechy akwatyczne. Dodatkowo wszystkie wersje mitu kosmogonicznego, pomimo różnych wariacji w obrębie fabuły, zawsze zawierają informację o tym, że Ziemia powstała jako rezultat współpracy dwóch sił antagonistycznych: Boga i Szatana, którego łączono z morzem. W konsekwencji tych działań zrodziła się opozycja „ogień – woda”. Tę symbolikę mitu można odnaleźć w powiedzeniu ludowym, że świat powstał z cara – ognia i carycy – wody, przy czym każdemu z żywiołów przypisana jest płeć, co oznacza, że w pierwotnej sytuacji mitycznej pierwiastek żeński został przypisany sferze chtoniczno-akwatycznej, reprezentowanej przez Szatana[11].

Stąd zbudowanie logicznego łańcucha: dziewczynka wróżka – żmija – woda – władza nad zjawiskami atmosferycznymi wydaje się być naturalną konsekwencją ludowych wyobrażeń kosmogonicznych. Co więcej, dziwne by było, gdyby tak odmienny nagrobek, nie tylko stojący w najbardziej skrajnej części cmentarza, ale i z wizerunkiem gadziny nie doczekał się własnej opowieści.

W Otrokowie wykorzystanie przestrzeni cmentarnej do magicznych praktyk spotyka się również w innych formach. I tak, by wywołać deszcz i zaradzić potencjalnemu nieurodzajowi, w mogiłę utopionego wbijało się kołek i nalewało wody w powstałą w ten sposób dziurę[12]. O takim sposobie pamiętał jedynie najstarszy spośród moich rozmówców, jednak, podobnie jak w przypadku nagrobka z wizerunkiem żmii, zapewniał, że był to sposób bardzo skuteczny.

Ten zwyczaj ma rzecz jasna strukturę analogiczną do działań nad nagrobkiem dziewczynki-wróżki, z tą różnicą, iż istotą demogenną władającą zjawiskami atmosferycznymi w tym przypadku nie jest dziecko ukąszone przez żmiję, ale topielec. W wielu przekazach ludowych pojawia się on jako postać ambiwalentna, z jednej strony szkodząca ludziom, ale również mogąca ostrzec przed niebezpieczeństwem czy złą pogodą[13]. Cmentarz, jako przestrzeń obca, choć znajdująca się w sferze życia i funkcjonowania ludzi, ma wszelkie cechy zaświatów. Oczywiście, tak jak i w przypadku przestrzeni pozacmentarnej, są na nim miejsca bardziej i mniej niebezpieczne – bardziej i mniej sakralne. Wiadomo, iż w wierzeniach ludowych każda ziemia z cmentarza jest ziemią martwą, jednak bardziej szkodliwa dla żywych będzie wzięta z konkretnego miejsca i konkretnej mogiły, niż jakakolwiek. Ziemia z mogiły osoby zmarłej śmiercią tragiczną, zgodnie z zasadą analogii może ściągnąć tragiczną śmierć na osobę, której się ją podrzuci. Opowieści o podsypywaniu martwej ziemi czy podlewaniu martwej wody[14] są bardzo powszechne na całej Ukrainie. Otroków w tym przypadku, wprawdzie dziwnie to zabrzmi, nie odbiega od normy. Niemal wszyscy moi rozmówcy potwierdzali istnienie takiego faktu, choć zazwyczaj opatrywali to wyrazami dezaprobaty, a jako wykonawców wskazywali wiedźmy, które z cmentarza prócz ziemi mogą wynosić też ludzkie łzy, by podlewać je innym i w ten sposób zsyłać chorobę, smutek, czy śmierć.

* * *

Minął pierwszy tydzień pracy w ramach projektu „Wspólne zapomniane dziedzictwo”, w czasie którego wyremontowaliśmy niemal całą starszą część cmentarza w Otrokowie. Pozostały jedynie szlify i nietknięty nagrobek diwczynky-worożky.

Dylemat: wyremontować czy pozostawić w stanie nienaruszonym wciąż pozostawał nierozstrzygnięty. A przecież fragment ułamanego krzyża mógł leżeć w ziemi – wystarczyłoby wyczyścić, wysuszyć, wstawić dybel i skleić żywicą. Ale czy w ten sposób nie naruszylibyśmy miejscowej legendy? A gdyby po tym działaniu okręcanie krzyża wokół osi w przekonaniu mieszkańców przestało być skuteczne? – to z rekonstruktorów stalibyśmy się barbarzyńcami. Zniszczylibyśmy zwyczaj pielęgnowany przez kolejne pokolenia, pozostalibyśmy w pamięci, jako ignoranci. Nasza misja polegająca na przekazywaniu wartości dbania o dziedzictwo skończyłaby się fiaskiem. Bo czy dziedzictwo materialne istotniejsze jest od spuścizny duchowej?

dziewczynka-wrozkaUłamany krzyż przecinał inskrypcję

Słońce chyliło się ku zachodowi. Kończąc ostatni dzień pracy na starej części cmentarza, podeszłam do oświetlonego bocznym światłem pomnika. Długie promienie padały na krzyż, uwypuklając niewidoczną w innym świetle inskrypcję. Łaciński alfabet ułożył się w napis Jan, widziany do góry nogami. Zdziwienie i poczucie obcowania z tajemnicą sprawiły, że nikomu tego nie zdradziłam. A może bałam się symbolicznego morderstwa dziewczynki-wróżki, anihilacji jej bytu, który stał się dla otrokowian realny? Kiedy zapadł zmierzch i wolontariusze wyszli z cmentarza, powiedziałam o tym Szymonowi. Wyciągnęliśmy krzyż i oświetlając go latarką żmudnie, litera po literze odszyfrowaliśmy: „Z pokorą głos swoy wznoszę / chrześci(…)nie pokornie proszę / zmów pacierz za duszę mo(…) / Jan”. Ułamany krzyż przecinał inskrypcję. Ani nazwiska, ani daty. Choć i ta ogólna informacja powiedziała wiele. Pochowany był Polak, Jan. Katolik na cmentarzu prawosławnym – obcy.

nagrobkiberehy3

W nocy, raptem z zupełnej ciszy wyrwało się wycie wiatru. Potężny podmuch zerwał tropik z namiotu i łomotał nim o drzewa. W bezdźwięcznych wyładowaniach atmosferycznych, walcząc z wiatrem naciągaliśmy sznurki. Kilkanaście minut grozy w oświetlonym przez błyskawice cmentarzu i skowycie przyrody przywodziło na myśl karę. Zemstę za złamanie tabu. Nad ranem zaczął padać deszcz.

Fragment inskrypcji w języku polskim na płycie

nagrobkiberehy4W trakcie “odkopywania prawdy”

Mierząc się w duchu z własnym sceptycyzmem, żartowaliśmy, że to za naszą sprawą. Jednak pobudzona wcześniejszego wieczora ciekawość nie dała za wygraną – postanowiliśmy sprawdzić, czy i ten nagrobek, podobnie jak reszta posiada płytę. Wzięliśmy się do roboty i już przy pierwszym wbiciu szpadla słychać było charakterystyczny szczęk kamienia.

Płyta leżała na głębokości 20-30 centymetrów. Łopata za łopatą odgarnialiśmy ziemię i wydobywaliśmy na światło prawdę. Na popękanej płaszczyźnie, w wyraźnie wydzielonym polu inskrypcyjnym widniał napis: „DOM / zwłok Jana / Myśl(…)kiego / um. 27 kwietnia 1831 / (…)”, reszta była nieczytelna.

Do południa deszcz przerodził się w ulewę. Potężny wiatr przez kolejne trzy dni zrywał płachty w obozowisku. Wolontariusze, którzy tego dna przenieśli się na cmentarz, spali we wspólnym namiocie, bo każdy inny trudno było rozbić w tych warunkach. Nie wiem, czy to wiatr rwał na strzępy nasz racjonalizm, ale do śmiechu nie byliśmy już skorzy. Po kilku dniach odwiedziło nas na cmentarzu trzech miejscowych gospodarzy – patrzyli na nas z wyrzutem, mówiąc, że takiej wichury dawno u nich nie było. I… że nasza to wina.

Płyta została zasypana ostatniego dnia, ułamany krzyż wstawiony do podstawy w kształcie żmii. Otroków opuszczaliśmy z pytaniami. Kim był Jan Myśl(…)ki?

Czy żmija, to wąż eskulapa, a Jan był lekarzem pracującym w dobrach Ignacego Ścibora Marchockiego? Jeżeli tak, to czemu nie został pochowany na katolickim cmentarzu w Mińkowcach? Czy dobrze zrobiliśmy zagrzebując prawdę, na rzecz zmyślonej opowieści? Na jak długo przedłużyliśmy żywot „dziewczynce-wróżce”? Czy barbarzyńcą jest ten, co skrywa prawdę, czy ten, co wydobywając ją niszczy świat pięknie skonstruowanej opowieści?

Wyjechaliśmy nieco inni.

***

Olga Solarz – dr etnologii, pracuje w PWSW w Przemyślu, zajmuje się ukraińską magią ludową, autorka książki Język magii – magia języka oraz szeregu artykułów poświęconych wierzeniom magicznym w obrzędowości rodzinnej i kalendarzowej; od 1997 roku prowadzi badania terenowe na Ukrainie, zaś od lat pięciu na Bojkowszczyźnie. Członkini zarządu Stowarzyszenia Magurycz. Koordynatorka projektu „Wspólne zapomniane dziedzictwo”.

***

[1] C. Lévi-Strauss, Smutek tropików, Warszawa 1964, s. 240.
[2] Źródło: http://www.krylow.info/sanktuarium/historia.xhtml (pobrano 09.11.2012).
[3] S. Sikora, Cmentarz. Antropologia pamięci, „Polska Sztuka Ludowa – Konteksty” 1986, t. 40, z. 1–2, s. 60.
[4] W Otrokowie wierzą, iż zwykli umarli odchodzą po roku, przy czym przez pierwszych 40 dni ich dusze krążą wokół gospodarstwa, by po tym czasie opuścić dom i odbyć podróż do wszystkich miejsc, w których niegdyś były. Jeden z moich rozmówców opowiadał o tym z radością, twierdząc, że dzięki temu po raz kolejny zobaczy Władywostok i Niemcy. Po roku dusza odchodzi do Boha, na nebo, jednak nadal może widzieć żywych, o ile ci przyjdą na cmentarz do południa. Jak pisze J. S. Bystroń: Chrystianizm przenosi te dusze (zmarłych) w zaświaty, do nieba czy do piekła… ale i tak niektóre dusze mogą się jeszcze pokazywać na tym świecie i wchodzić w kontakt z żywymi (J.S. Bystroń, Etnografia Polski, Warszawa 1947, s. 143).
[5] Istotny jest tu również wiek informatorów. By sprawdzić jak silny rezonans w miejscowej tradycji ma historia „dziewczynki” przeprowadziłam rozmowy z osobami w różnych grupach wiekowych, i tak: najmłodsza rozmówczyni miała 11 lat, zaś najstarszy wiekiem mężczyzna urodził się w roku 1924. Łącznie rozmawiałam z 14 osobami, w tym z jedną osobą pochodzącą z sąsiedniej miejscowości – Tymkowa, pozostali byli z Otrokowa. Osoby te różnił nie tylko wiek, ale też wykształcenie oraz status społeczny: oprócz największej grupy, czyli miejscowych gospodarzy, rozmawiałam z nauczycielem historii, sołtysem, sklepową oraz urodzoną w Otrokowie kobietą biznesu, która prowadzi dobrze prosperującą firmę w niedalekiej Nowej Uszycy.
[6] W broszurze wydanej przez miejscowego nauczyciela pod opisem tego zwyczaju czytamy: W naszych czasach, jest to już fakt sprawdzony. Mimo wszystko istnieją siły wyższe, którymi można kierować za pomocą ludzkich czarów. С. Гандзюк, Отроків. До кращого життя, Дрогобич 2008, s. 20.
[7] Długo nie było deszczu, byłyśmy na polu, kopałyśmy. Deszczu nie ma, upał. W ogrodzie wszystko więdnie. To zaczęłyśmy rozmawiać: przecież mówią, że tam, na starym cmentarzu jest jakiś taki krzyż, że jakby nim pokręcić, to deszcz spadnie. Te kobiety posłuchały i dwie, dobrze pamiętam, że Żeńka chodziła, ale z kim ona chodziła, czy z Niną, czy z kim? I poszły tam na cmentarz, pokręciły krzyżem i był deszcz. I mówią: widzicie, dziękujcie nam, że deszcz spadł, bo to myśmy na cmentarz chodziły (mieszkanka Otrokowa, urodzona w 1936 r.).
[8] Ten specjalny status dzieci ma również swoje odzwierciedlenie w przestrzeni cmentarza, albowiem do dziś na wielu nekropoliach mają one swoje odrębne kwatery, często usytuowane właśnie nieopodal granicy (S. Sikora, op. cit., s. 61).
[9] P. Kowalski, Dziecko. Rajska niewinność, wróżby, magia. Wstęp do lektury postaci, „Literatura ludowa”1996, 4/5, s. 27–28.
[10] A. Gieysztor, Mitologia słowiańska, Warszawa 1982, s. 133.
[11] J. R. Tomiccy, Drzewo życia, Białystok 1975, s. 29.
[12] С. Гандзюк, op. cit., s. 20.
[13] Mianecki, Postać demona wodnego w ludowych przekazach wierzeniowych, „Literatura ludowa” 2002, 2, s. 11. Taka dwuznaczność jest cechą wszystkich demonów, stąd wykorzystanie ich siły, wiedzy i mocy w praktykach magicznych jest nie tyle pomocne, co nieodzowne. Medycyna ludowa to w istocie ciągłe pertraktacje z zaświatami.
[14] Jest to woda po umyciu nieboszczyka, którą wylewa się na próg, pod dom, na granicę gospodarstwa lub w inne miejsce, tak by zaszkodzić osobie, która przez nią przestąpi.

Kresy – powiązania

Andrzej Rejman

Z Berżenickiego Albumu – ciąg dalszy

Krystyna Stankiewicz wspomina miejsce swojego dzieciństwa, rodzinę i znajomych.

We wspomnieniu pojawiają się między innymi:

Krystyna Narutowiczowa, z d. Ławcewicz (1904-2001), koleżanka z polskiej szkoły w Kownie jej matki, Heleny Stankiewiczowej – żona Kazimierza Narutowicza, bratanka Prezydenta II RP Gabriela Narutowicza.

1_szkola_w_Kownie_klasa_Narutowicz_Zan_HelenaW polskiej szkole w Kownie, zdjęcie przed 1920 r., w drugim rzędzie od prawej, czwarta patrząc z przodu – Helena Zan (potem Stankiewiczowa), ze zbiorów rodzinnych

Teresa Zanowa, (z d. Dowgiałło) babcia autorki niniejszych wspomnień – żona Tomasza Zana, wnuka Tomasza Zana-Promienistego i matka ostatniego Tomasza Zana, oficera i dowódcy Armii Krajowej w Wilnie i na Polesiu, dziedziczka Dukszt na Litwie. Przyjaciółka Prezydenta Stanisława Wojciechowskiego i Karola Szymanowskiego. W 1917 r. wraz z 15–letnim synem Tomaszem służyła w Korpusie Polskim Dowbora-Muśnickiego. Następnie była komendantką Obwodu „Zarzecze” POW. Za tę działalność odznaczona krzyżem Virtuti Militari V klasy, a w 1933 r. Krzyżem Niepodległości z Mieczami. Od 1941 r. zaangażowana przez syna do wywiadu ZWZ w Wilnie, gdzie pod ps. Anna prowadziła łączność kolejową. Aresztowana przez Niemców w 1942 r. w czasie podróży do Warszawy, więziona na Pawiaku, poddawana ciężkim przesłuchaniom na Szucha. Syn Tomasz bez powodzenia usiłował ją wykupić. Wywieziona do Ravensbrück zmarła tam w szpitalu obozowym 19 lutego 1945 r. otoczona powszechną miłością współwięźniarek. Do ostatniej chwili przytomna, żałowała, że nie ginie jak żołnierz na polu bitwy i modliła się, aby jej syn Tomasz przeżył wojnę.

2 chrzciny Krystyny StankiewiczSpotkanie z okazji chrzcin autorki niniejszych wspomnień – obok Adama Hrebnickiego (z brodą), stoi Teresa Zan z wnuczką Marysią Stankiewiczówną

We wspomnieniu pojawiają się też: Tomasz Zan, rodzina Kawalców, Antonina Bujniewicz Miłoszowa, Stanisław i Janina Tyszkiewiczowie, Maria Łaszkiewicz z synem Tomaszem, Wacław Stankiewicz z żoną Marią z Woyczyńskich, Helena Knotowa z d. Krażowska, Michał Dyrmont, Michał i Stefan (bracia) Pisani, Jan Szejko (wójt gminy Dukszty), Michał Dyrmont, Michał Norejko, Gienia Hlebowicz, Józef Miłosz i inni, których dla porządku wymienić należy.

***

3 Tomasz ZanTomasz Zan, brat Heleny z Zanów Stankiewiczowej, wybierający się na polowanie;

poniżej: przy stole w Raju – Adam Hrebnicki z córką Marią i wnuczką Julią (oba komentarze  – Krystyna Stankiwiczowa)

 

 

 

4 Adam Hrebnicki corka Maria wnuczka Julia

5 Antonina Bujniewicz Miloszowa Maria KrysiaPosiłek na ganku w Berżenikach, Krystyna i Maria Stankiewiczówny z Tonią Miłoszową (Antonina z Bujniewiczów)

6 Helena Stankiewicz Maria NarutowiczHelena Stankiewicz z serdeczną przyjaciółką Krystyną Narutowicz w Berżenikach

7 Panowie Pisani na gankuW Puszkach u państwa Pisani – Michał i Stefan Pisani, Nika Zanowa żona Tomasza Zana i inni

8 Harcerze w DuksztachStacja kolejowa w Duksztach. Odjazd harcerzy z obozu harcerskiego, prawdopopodobnie hufiec żywiecki lub warszawski

Kaziuki

Roman Brodowski

Dzień świętego Kazimierza resztki zimy uśmierza

Dzisiaj mamy czwartego marca. Mój Boże, jak ten czas szybko biegnie. Tak niedawno brałem udział w zorganizowanym po raz kolejny przez Związek Polaków na Białorusi, Grodnieńskim Święcie Kaziuków…

Właściwie tradycja Kaziuków, ludowego festynu jarmarcznego, pochodzi z Litwy. Jarmark ten organizowany jest już od ponad trzystu pięćdziesięciu lat, zarówno w Wilnie jak i okolicach.

Po raz pierwszy, połączony z pochodem przebierańców, kuglarzy, kupców i mieszkańców, odbył się ponoć w 1638 roku.

Na początku swojego istnienia przypominał on nieco dzisiejszy targ, połączony z odpustem. Można na nim było kupić wyroby rękodzielnicze, żywność wszelkiego rodzaju napitki, no i oczywiście dewocjonalia pod wieloraką postacią. Ten jedyny w swoim rodzaju, trwający dwa dni festyn, był nie tylko czasem zabawy, ale także świętem kultu religijnego św. Kazimierza. Był okresem wspominek o nim, czasem modlitwy. Był też zaczerpniętym z tradycji przedchrześcijańskiej, świętem witania nadchodzącego przedwiośnia.

Kwoli przybliżenia (w kilku słowach) postaci tego świętego nadmienię, że Kazimierz był synem „Pana na Wawelu”, Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety Habsburżanki, oraz wnukiem pogromcy Krzyżaków, Władysława Jagiełły. Urodził się w 1458 roku w Krakowie. W wieku dziesięciu lat został uczniem Jana Długosza. Pomimo tego że od najmłodszych lat przy boku ojca uczestniczył w wyprawach wojennych, spotkaniach dyplomatycznych, czy też sejmach, nigdy nie zainteresował się polityką, a wprost przeciwnie. Odznaczał się miłosierdziem względem ubogich i niebywałą, jak na pretendenta do tronu, religijnością. Wiosną 1483 roku król ojciec wysłał go na Litwę, gdzie na początku piastował funkcję podkanclerza, a następnie sprawował faktyczną władzę królewską. Odznaczał się wyjątkową inteligencją. Biegle władał polskim, litewskim, niemieckim oraz łaciną. Znany był z tego, że głosił i wprowadzał na Litwie Kult Najświętszej Marii Panny i Wielkiego Jej Miłosierdzia. Przypisywano mu chrześcijańską zasadę, „lepiej umrzeć niż zgrzeszyć”.

W 1484 roku niespodziewanie zmarł na gruźlicę w odległym od Wilna o sto pięćdziesiąt kilometrów, Grodnie. Miał 26 lat.

Spoczął w podziemiach Katedry Wileńskiej i jest to do dziś miejsce kultu młodego Jagiellończyka.

Za swoją pobożność oraz wkład w krzewieniu kultury chrześcijańskiej, wyniesiony został na ołtarze w 1602 roku. Obrano go patronem Litwy i Polski, czyli Rzeczypospolitej Obojga Narodów, powstałej na mocy Unii Lubelskiej w 1569 roku.

W 1950 roku Pius XII ogłosił go też patronem młodzieży litewskiej. Kanonizacja zmarłego królewicza miała także aspekt polityczny. Chrześcijańska (wówczas już od ponad stu lat) Litwa nie posiadała bowiem żadnego rodzimego patrona, a dla religijnego prestiżu był on nader potrzebny. Kazimierz został pierwszym świętym tej ziemi.

św. Kazimierz w Katedrze Wileńskiej
(ok. r. 1520)

Dniem wspominania świętego Kościół ustalił dzień 4 marca – dziś dzień imienin Kazimierza.

Wracam do moich „kaziukowych” wspomnień. Chętnie sięgam pamięcią do tych wileńskich z 2009 roku.

Do Wilna zaproszony zostałem przez grono moich przyjaciół, z okazji imienin jednego z nich – Kazimierza. Zapowiedzieli mi, że weźmiemy udział w „kaziukowym jarmarku”. Ja jako „polski poeta z Berlina”.

Z Berlina wyjechałem rejsowym autokarem lini Berlin – Tallin – Wilno, wieczorem trzeciego marca.

Trudów podróży zbytnio nie odczuwałem, ledwo wszedłem do autokaru, już, prawie że natychmiast, zasnąłem. Ktoś obudził mnie dopiero na dworcu autobusowym w Kaunas czyli Kownie, gdzie zgodnie z planem musieliśmy przesiąść się z wygodnego pojazdu do mniej wygodnego, lokalnego mini-busa. Czekały na nas cztery pojazdy, które odwoziły pasażerów do Rygi i Tallina lub Wilna i Mińska.

Do Wilna dojechałem wczesnym popołudniem. Moi znajomi czekali na dworcu i od razu zawieźli poza miasto, do motelu. Dali mi kilka godzin, bym mógł odpocząć i doprowadzić się do porządku po trudach podróży. Umówiliśmy się na spotkanie przed motelem o godzinie 18.

Ledwo zdążyłem się wykąpać i założyć na siebie wizytowe ubranie, gdy ktoś zapukał do drzwi. Spojrzałem na zegarek. Minęła 17. Otworzyłem. Przed drzwiami stało kilka nieznajomych mi osób, z kwiatami i szampanem. Byłem zaskoczony. Wtedy zza pleców jednej z pań wyłonił się Czesław, brat mojego przyjaciela – Kazimierza, wilniuka, mieszkającego od wielu lat w Grodnie. Unosząc napełniony jakimś trunkiem kryształowy puchar w kształcie baraniego rogu, zaintonował „sto lat, sto lat, niech…” Kazik powiadomił go widocznie, że dziś są moje 50 urodziny. Złożył mi życzenia i wręczył kielich, bym jako pierwszy umoczył w nim usta. To był krymski szampan.

Wypiłem nieco, po czym przekazałem napój dalej. Gdy ostatni z gości dopił resztę szlachetnego płynu, udaliśmy się do znajdującej się w piwniczce motelu restauracji.

Jakież było moje zdziwienie, gdy przy suto zastawionym stole ujrzałem Kazimierza, Leszka, który specjalnie na ten wieczór przyjechał z Białegostoku, Ludmiłę z Grodna, Marię, polską nauczycielkę z Wilna oraz Anię, lepszą połowę Czesława. Byli wszyscy, których chciałem zobaczyć. Moi przyjaciele połączyli jutrzejszą imprezę imieninową Kazimierza i moje „półwiecze”. Przyjęcie trwało do północy w miłej, zakrapianej dobrymi trunkami i „zakąszanej” kawiorem i litewskimi „specjałami” atmosferze.

To była naprawdę prawdziwa niespodzianka i mój najpiękniejszy dzień urodzin.

Następnego dnia około dziesiątej pod motel podjechał Czesław. Założyłem palto, przerzuciłem przez ramię torbę z kilkoma egzemplarzami moich zebranych w skromny tomik wierszy, oraz rękopisami, i zaczęliśmy kolejną imprezę. Żona Czesława przygotowała śniadanie. Już od drzwi poczułem swojskie zapachy. Ugoszczono mnie bigosem, białą kiełbasą, jajkami w majonezie, przystrojonymi czerwonym kawiorem, typowo po polsku, ale wszak i rodzina typowo polska. Gospodarze i ich małe dzieci świetnie mówili po polsku, bo już i rodzice Czesława trzymali się reguły, że w domu domownicy rozmawiają tylko w języku przodków. Poza domem oczywiście mówią po litewsku, sporadycznie po rosyjsku, ale w domu – nigdy!

Po śniadaniu wyruszyliśmy do miasta, a tam nieopodal Wilni, rzeczki wpływającej do Nerisa, czekał na nas jarmark – porozstawiane stragany, wozy, prowizoryczne sceny i… prawdziwe mrowisko ludzi. Przy jednym ze stoisk, takim z wileńskimi „specjałami”, czekali na nas Kazimierz i pani Mirka, działaczka mniejszości polskiej na Litwie. Wypiliśmy grzane piwo z miodem i skosztowaliśmy wielkiego „cepelina ze spyrką”, który przypomina w smaku naszą polską pyzę z mięsem, tylko jest o wiele większy i w kształcie podobny do piłki, w jaką grają rugbiści.

Przeciskaliśmy się między ludźmi i co kilkadziesiąt metrów zatrzymywaliśmy obok jakiejś kapeli folklorystycznej, a było ich bardzo wiele. Stoiska kusiły „cepeliadą” – można było kupić wszystko, od wyszywanych serwetek, poprzez tradycyjne pamiątki z drewna, po twory sztuki garncarskiej, kowalskiej, piekarniczej. Były rzeczy antykwaryczne i wielkanocne palmy kunsztownie splecione z kwiatów, ziół, jesiennych liści i gałązek.

kaziuki2

Widok bawiących się całymi rodzinami wilniuków, rozradowanych dzieci, staruszków trzymających się za ręce, korzystających z pierwszych przedwiosennych promieni słońca, i młodzież ciekawej tradycji ojców, naprawdę cieszył nie tylko oczy, ale i duszę.

kaziuki 3

W końcu dotarliśmy prawie że na skraj tego jarmarcznego buszu, w okolice jakiegoś parku. Pod drzewami ustawiona była mała scena, na której właśnie kończył się występ młodzieżowej grupy tanecznej. Pani Mirka podeszła do jakiegoś pana, wyjęła z torby jakieś pismo i pokazała mu, wskazując jednocześnie ręką w naszą stronę. Po chwili pan ów wszedł na scenę i zapowiedział kolejną atrakcję. Tego, co powiedział, niestety nie zrozumiałem, zapowiadał bowiem w języku litewskim. Zrozumiałem natomiast, po geście jaki w moim kierunku wykonał i jego ostatnich słowach – Romanis Brodouskaus – że chodziło o mnie.
Tak – po litewsku nazwisko moje brzmi „Brodouskaus”.
To że w programie mojego pobytu w Wilnie przewidziano spotkanie literackie ze mną, wiedziałem, ale nie wiedziałem, że ma się odbyć w takiej scenografii.

Nieco zaskoczony wszedłem na scenę, usiadłem na krześle i, z mikrofonem w ręku, zacząłem recytować jeden z przygotowanych na tę okazję wierszy. Przed sceną stało kilka osób, nie licząc moich przyjaciół. Dopiero po kolejnym utworze wokół sceny zrobiło się ciasno – przybywało coraz więcej Polaków z Wilna. Czytałem i recytowałem przez dobre pół godziny, a gdy skończyłem, rozległy się głośne brawa. „Wileńscy Polonusi” dziękowali mi za wystąpienie. Na bis przeczytałem jeszcze dwie rymowanki dla dzieci, rozdałem kilkanaście książek z autografem i wreszcie pożegnałem się z audytorium.

Katedra w Wilnie_

Późnym popołudniem udaliśmy się do Katedry na uroczystą mszę w intencji św. Kazimierza, a wieczorem, po kolacji, mój zgoła nie święty Kazimierz pokazał mi swoje piękne miasto przy blasku migoczących na nieboskłonie gwiazd.

Wilno - Ostra Brama
Ostra Brama z obrazem Matki Boskiej, Katedra ze swoją charakterystyczną, podobną wieży w Pizie, dzwonnicą, Baszta Giedymina, pozostałość po świetlanych czasach królewskiego miasta, a wreszcie cmentarz „Na Rossie”, gdzie znajduje się grób matki Józefa Piłsudskiego oraz jego serce. Przeszliśmy wąskimi uliczkami starego miasta do domu, w którym podczas studiów, mieszkał Adam Mickiewicz.

wilno 2009
Tam postanowiłem podziękować Kazimierzowi za gościnę i na miejscu napisałem dla niego wiersz, wiersz o „Kaziukach”. Co prawda trwało to „wieczność”, bo i latarniane oświetlenie, i nocna już pora niezbyt mi w tym przedsięwzięciu pomogły. Jeżeli do tego dodam, że ręce mi kostniały, bo pisałem na prowizorycznym stole – lodowatej masce jakiegoś samochodu, to można powiedzieć, że wiersz dla mojego przyjaciela powstawał w iście „spartańskich warunkach”.

Następnego dnia po śniadaniu, w asyście przyjaciół, obładowany podarkami, z wielkanocną, „kaziukową” palemką w garści udałem się na dworzec autobusowy.

– Jaka szkoda, że muszę wracać na ten męczący Zachód. Tak dobrze się tutaj czuję – powiedziałem, wchodząc do autokaru.
– To wracaj do nas. Będziemy na ciebie czekali, Romku – powiedział Czesław.
– „Za rok, może dwa – zanuciła a capella pani Maria, całując mnie na pożegnanie w policzek.

Autokar ruszył, przyjaciele machali, oddalając się powoli, a ja wciąż miałem przed oczyma wydarzenia z ostatnich dwóch dni…

Dzisiaj mamy dzień czwartego marca. Mój Boże, jak ten czas szybko biegnie, a ja muszę leżeć w tym nudnym… szpitalu

Berlin, 04.03.2015

Kaziuki

Na Kaziuki do Wilna
Pan Kazimierz zaprosił
Toż odmówić to grzech
W takiej sprawie
I zobaczyć też warto
Słynny Jarmark Marcowy
Bo go nie masz i w Gdańsku
I w Mławie

Tysiąc kramów, kramików
A być może i więcej
Rozstawiono na rynku i wokół
Można kupić i sprzedać
Byle wykpić się nie dać
Tyle dobra przed nami
I z boków

Ludu nawet nie zliczysz!
Z Litwy z Łotwy z Estonii
Z Białorusi i z naszej ojczyzny
Przyjechali w przedwiośnie
Kresowiacy radośnie
By tradycję podtrzymać
Polszczyzny

Wszędzie palmy, palemki
W różnych tęczy kolorach
Każda inna i kwieciem bogata
Że aż łezka się kręci
I do kupna są chęci
Dla najbliższych dla siebie
Dla brata

Ta tradycja jest piękna
„Kaziukowe spotkania”
Święto Wilna i jego okolic
Przypomnienie przeszłości
Dla potomnych, przyszłości
Co go nie ma w żadnej
Ze stolic…

Wilno, 04.03.2009