Reblog: Lodzermenschen

Wojciech Drozdek

“Czuli się Niemcami, albo Polakami z niemieckim rodowodem…”

Jest 25 stycznia 1945 roku.
Od sześciu dni w Łodzi rządzą Sowieci…
Otwarcie mówi się o zemście Polaków za pięć lat okupacji, za spalonych żywcem więźniów Radogoszcza… Opustoszałe, getto, porzucone niemieckie fabryki, pałace, mieszkania… Okradane przez wszystkich: Rosjan i Polaków, maruderów, lumpenproletariat i bałuckie żulstwo… To właśnie w Łodzi, a nie na tzw. „ziemiach odzyskanych” narodził się powojenny polski szabrownik.
Nakręcana przez komunistyczna propagandę nagonka na pozostałych w mieście Niemców pracuje na najwyższych obrotach.

12606771_10206014051891902_248949310_nW pałacu fabrykanta Biedermanna leżą zwłoki trzech osób. Mężczyzna (mówiono, że w mundurze przedwojennej Polskiej Armii) oraz dwie kobiety. Obok kartka: “Zabiłem strzałami z rewolweru żonę i córkę. Pochowajcie nas w ogrodzie. Nie rabować naszego prywatnego majątku w mieszkaniu, a podzielić sprawiedliwie – B. Biedermann.”
Niemieckie miał korzenie. Walczył w armii carskiej, później – gdy Polska wybiła się na niepodległość – w Polskiej przeciwko bolszewikom. Tak, podpisał „volkslistę”, by ratować fabrykę i rodzinę, ale niemieccy robotnicy do końca donoszą na niego do gestapo. Córka Li współpracuje z AK, dwukrotnie aresztowana…

Pięć lat wcześniej…
Noc z 12 na 13 grudnia 1939 roku. Łódź nazywa się teraz Lodsch – za trzy miesiące zmieni nazwę na Litzmannstadt.
W willi fabrykanta Geyera agenci gestapo zabijają dwóch mężczyzn: Roberta – wnuka założyciela dynastii „Królów bawełny” i jego siostrzeńca Guido…

Kim byli ci Biedermannowie… Geyerowie… Poznańscy… Grohlmannowie… Scheiblerowie… Johnscherowie… Majewscy?

biedermann-fabrykaPolacy niemieckiego pochodzenia czy raczej Niemcy z “rajchu” – „Reichsdeutsche” – jak sobie życzyła nazistowska propaganda? A może Żydzi rosyjscy..? Polacy z dziada pradziada – niegdysiejsi idealiści – później bezwzględni wyzyskiwacze? Protestanci, starozakonni, katolicy… prawosławni?
Nazywano ich Królami Bawełny, kapitalistycznymi krwiopijcami. Fortuny zbić mieli, bo sprzedali swe dusze diabłu… i carowi…

dzisuniwersytet

Pałac Biedermannów /stan dzisiejszy, siedziba Uniwersytetu Łódzkiego

Przybysze ze wszystkich stron Europy – najczęściej z Niemiec. Tygiel narodów i kultur…
Widziano w nich także dobroczyńców i filantropów. Przede wszystkim tych, którzy dali pracę, dach nad głową, podstawową opiekę lekarską, nierzadko szansę na społeczny awans…
Fabrykanci, inżynierowie, działacze społeczni, lekarze, mecenasi sztuki: mówiąc krótko Lodzermenschen.
Ilu z nich zapłaciło życiem za przyznanie się do polskości – ilu ponieważ nie wyrzekli się niemieckich czy żydowskich korzeni?

I o tym też warto pamiętać w przededniu tej smutnej rocznicy.

cytat oraz fotografie pochodzą z: http://baedekerlodz.blogspot.de/2014/11/biedermannowie-historia-rodziny-ifabryki.html

Reblog: Moja walka

Wpis bardzo na czasie. Dla tych, co nie wiedzą – w Niemczech toczy się obecnie dyskusja o wprowadzeniu tej lektury do szkół.

Krzysztof Ruchniewicz

blogaruchniewiczaW czasie poszukiwań polskich tłumaczeń „Mein Kampf“ natrafiłem niewielką publikację wydaną w Polsce podczas okupacji w podziemnej oficynie „Apelu“. Nosi ona tytuł „Słowa i czyny Adolfa Hitlera”. Jedyny zachowany egzemplarz znajduje się w Bibliotece Narodowej. Dzisiaj – dzięki uprzejmości Katarzyny Chimiak – udało mi się do niego dotrzeć. Kopię załączam jako plik pdf.

2016-01-12_broszura-1-von-1-1440x1053

Reakcje po niemieckiej premierze wydania w Niemczech książki A. Hitlera „Mein Kampf“ nie cichną. W mediach ukazały się kolejne artykuły. Wczoraj miałem okazję wysłuchać audycji w polskim radio. Poproszony o komentarz historyk – nie mając egzemplarza publikacji w ręku – powtarzał jedynie doniesienia niemieckiej prasy. Temat polskiego przekładu został pominięty.

Zbierając materiały do wcześniejszego wpisu na temat książki A. Hitlera natrafiłem na dwie broszury wydane w podziemiu podczas wojny. Do jednej z nich, „Słowa i czyny Adolfa Hitlera“ udało mi się dotrzeć. Jedyny znany egzemplarz, który przetrwał wojnę znajduje się w Warszawie w Bibliotece Narodowej.

Broszurka licząca ledwie osiem stron ukazała się w wydawnictwie „Apelu“ w styczniu 1943 r. Nie są znani autorzy tego opracowania. Składa się z kilku części. Są to „Hitler a wojna“, „Hitler jako polityk“, „Francja“, „Rosja“, „Japonia“, „Hitler jako strateg“. W rozdzialikach tych wykorzystano cytaty z „Mein Kampf“ z wydania z 1934 r. oraz fragmenty mów Hitlera. Postanowiłem umieścić tą rzadką broszurę w formacie pdf z możliwością pobrania. Autorzy publikacji tak zakończyli swój skromny wybór:

Zacytowaliśmy tylko nieliczne wyjątki z pism i mów Adolfa Hitlera. Cytaty te wystarczą, aby przekonać się, że jest to łgarz, oszust i krętacz polityczny, który doszedł do władzy w Niemczech, gdyż stał się wyrazicielem zaborczych, żarłocznych i mściwych dążeń większości narodu niemieckiego, narodu, który chciał „wejść na drogę byłych rycerzy zakonnych“, krwawych krzyżaków, morderców tysięcy starców, kobiet i dzieci, podpalaczy setek wsi i osad, wiarołomców i krzywoprzysiężców.

Słowa i czyny Adolfa Hitlera, [Garwolin]: Wydawnictwo „Apelu”, 1943, ss. 8.

Varsaviana – Szwedzi wciąż w Warszawie

Anna Dobrzyńska

szwedi-kadr

Kadr z filmu „Szwedzi w Warszawie”, w reżyserii Włodzimierza Gołaszewskiego. 1991 r.

Jest rok – 1656 i Szwedzi zajmują Warszawę. Wyniszczenie finansowe miasta, grabieże, awantury, rozboje, gwałty – to od 11 miesięcy codzienność warszawiaków.

Oblężenie Warszawy 1656 rok

Wobec bezskutecznych negocjacji ze stroną szwedzką, król Jan Kazimierz zdecydował się na militarne zdobycie miasta i rozpoczęło się oblężenie.

A co się działo zanim do tego doszło?

Warto pamiętać, że walki między armią: szwedzko-branderburską i polsko-litewską rozgrywały się na rozległych terenach, które obecnie należą do Warszawy czyli na Pradze, Kamionku, Skaryszewie, Tarchominie, Żeraniu, Brudnie a także na Bemowie – ale w 17 wieku – to jeszcze nie była Warszawa.

Aby umożliwić komunikację między prawym a lewym brzegiem, z rozkazu króla zostały wybudowane mosty łodziowe, których wyloty znajdowały się w okolicach Solca oraz Cytadeli. Podczas przejścia wojsk koronnych doszło do starć ze szwajcarskimi rajtarami, mimo wszystko jednak straty nie były duże i żołnierze znaleźli się na lewym brzegu prężni i gotowi do walki. Król pozostał pod Warszawą i stamtąd dowodził zdobywaniem miasta.

szwedi-mury

Mury obronne. Fot. Anna Dobrzyńska

Wówczas po raz pierwszy w historii swą rolę odegrały mury obronne. Niestety to Polakom przypadło się z nimi zmierzyć. Niestety – ponieważ były bardzo masywne, podwójne, ceglane. Wstępu do miasta broniły trzy bramy oraz barbakan, który był twierdzą samą w sobie, w praktyce nie do zdobycia. Mury dodatkowo były wzmocnione przez Szwedów, rowami, palami oraz kobyliniami – czyli zaostrzonymi pniami z gałęźmi. Dodatkowo kościoły znajdujące się w pobliżu murów zostały przez okupanta umocnione i zamienione w twierdze – między innymi kościół Św. Jacka i kościół Św. Ducha. A budynki, których nie sfortyfikowano – spalono – w celu ułatwienia odparcia ataku. I tak wypaleniu uległy ulice: Freta, Mostowa, Długa, Senatorska, a także część Krakowskiego Przedmieścia i całe Nowe Miasto. Wyburzanie zabudowy – to znana taktyka obronna, która dzięki uzyskaniu otwartej przestrzeni umożliwia strzelanie do atakujących jak do przysłowiowych – kaczek, a Warszawa, poprzez zastosowanie tej taktyki jeszcze nie raz ucierpi.

Polacy zdobywali Warszawę w czterech podejściach i dopiero za ostatnim razem szturm był skuteczny, dzięki specjalnie sprowadzonym ciężkim działom oblężniczym.

Wojska koronne weszły do miasta, zdobywając Bramę Nowomiejską oraz Krakowską. Barbakanu – król Jan Kazimierz nawet nie próbował zdobywać, znając jego wspaniałą, obronną konstrukcję. Sprzymierzeńcem Polaków było wycieńczenie odciętych od świata Szwedów, a także zaraza rozprzestrzeniająca się w obrębie murów. Najcięższe walki miały miejsce od strony południowej czyli w okolicach kolumny Zygmunta.

Wobec zdobycia miasta, rezydujący na zamku Arvid Wittenberg – feldmarszałek szwedzki, dowodzący obroną Warszawy, nie miał innej możliwości jak – skapitulować. I tu walki powinny się były zakończyć – jednakże walczący ochotnicy ale także regularne wojsko polskie było tak nastawione na łupy wojenne, że dopiero królewski datek w wysokości 40 tysięcy złotych – powstrzymał wojaków od walk… ale nie wszystkich i nie od razu…

szwedi-zam-ujaz

Zamek Ujazdowski, fot. Anna Dobrzyńska

Niestety Polakom nie udało się tego zwycięstwa umocnić. 3 sierpnia król Karol Gustaw zajął Zamek Ujazdowski i miasto znów znalazło się w rękach szwedzkich. Dwukrotni zdobywcy Warszawy, właśnie w tym momencie rozpoczęli grabieże na masową skalę. Zmusili mieszczan do pomocy w pakowaniu łupów, grożąc konfiskatą majątku prywatnego. Z Zamku Królewskiego wywieziono między innymi dwieście obrazów, plafony z pięciu sal zamkowych, królewskie srebra i trzydzieści trzy arrasy.

Mimo iż ponownie zajęli Warszawę, Szwedzi czuli, że ich pozycja słabnie. Wojny bowiem toczyły się całym terenie Królestwa Polskiego. 1 września wycofali się z Warszawy. Nie zrobili tego jednak – „po angielsku”. Przeciwnie – do ostatniej chwili ładowali na barki liczne dzieła sztuki, księgi, zabytki, w tym jaspisowe kolumny z ogrodu królewskiego, malowidła Tomasza Dalabelli pokazujące koronację króla Zygmunta III i wiele innych. …Grabili tak dużo, w takim pośpiechu i z taką zachłannością, że przeciążone barki często …tonęły… Opuszczając Warszawę Szwedzi spalili to co jeszcze pozostało nie spalone na Krakowskim Przedmieściu, a także wysadzili Bramę Krakowską. Mieli jeszcze w planach całkowite wysadzenie murów obronnych i kolumny Zygmunta, ale na szczęście magistrat miasta wyprosił u Karola Gustawa, by tego nie robili i król Szwecji się ulitował.

Jaki był dalszy los Szwedów?

Musieli zostawić te kosztowności, które przygotowali do zabrania, zobowiązać się, że oddadzą, to co złupili i …powrócić do Szwecji.

Warszawa została jeszcze raz zajęta przez Szwedów podczas III i ostatniej wojny północnej. Na szczęście i tę okupację udało się pokonać.

I tak wyglądał burzliwy lecz na szczęście „mało-powtarzalny” – motyw „szwedzkiej okupacji Warszawy”.

szwedi-grob

Jedyny grób w Warszawie, który zachował się z czasu „Potopu”.
Inskrypcja głosi: „Bogurodzica…Pamięci poległych w bitwie w obronie Warszawy ze Szwedami rp. 1656, którzy tu spoczywają w Panu”. Grób znajduje się na przykościelnym cmentarzu, przy Konkatedrze Matki Boskiej Zwycięskiej w Warszawie. Fot. Anna Dobrzyńska

Kresy. Powiązania 2.

Andrzej Rejman

Wątek białoruski

Matka mojej babci Małgorzaty (później adoptowanej przez małżeństwo Rodziewiczów – patrz TU), Paulina Szklennik, miała dwie siostry i brata.

1_z_lewej_Maria_Gabriela_Karol_Paulina_Szklennikzdjęcie z ok 1870 roku- od lewej: Maria, Gabriela, Karol i Paulina Szklennikowie (ze zbiorów rodzinnych)

Jedna z jej sióstr – Gabriela Szklennik wyszła za mąż za Franciszka Bohuszewicza.

Kim był Franciszek Bohuszewicz?
Gdybyśmy to pytanie zadali dziś uczniom w dowolnej szkole na Białorusi – niewątpliwie odpowiedzieliby bez trudu i bez wahania.

Bohuszewicz jest bowiem postacią dobrze znaną na Białorusi i choć niektóre źródła utrzymują, że sam uważał się za Polaka, jednak wiadomo, że pisał głównie po białorusku, i to często w łacińskiej transkrypcji tego języka, będąc prekursorem takiego zapisu.

Życie i działalność Franciszka Bohuszewicza jest wiąże się z czasami w których żył i z miejscacmi na pograniczu przenikających się kultur narodów – Polaków, Białorusinów, Rosjan, Litwinów.

2_Franciszek_BohuszewiczFranciszek Bohuszewicz, zdjęcie z lat 1880 (ze zbiorów rodzinnych – A. Rejman/M.Pretkiel).
Na odwrocie napis:
“Roku 1896 d. 3 grudnia, Julii i Gabrysiowi Rodziewiczom – Fr. Bohuszewicz, Wilno”
Dopisek: mąż Gabrielli – siostry Pauliny Szklennik – ojciec Tomasza, architekta, który wypadł z pociągu)

Bohuszewicz miał z Gabrielą Szklennik pięcioro dzieci. Jednym z nich był syn Tomasz – który zginął nieszczęśliwie w roku 1929.

Znalazłem wpis mojej babci Małgorzaty o tym fakcie w “Kalendarzu Marjańskim” z 1929 roku, w którym notowała codziennie ważne wydarzenia.

22 lutego 1929 roku – ” Zmarł śmiercią tragiczną Tom Bohuszewicz! Wracał z Warszawy od d-ra Wojnowskiego i wypadł z pociągu 1/2 km od stacji Marcińkańce na drodze do Wilna” – prawdopodobnie jest to jedyne źródło historyczne tak precyzyjnie o tym fakcie zaświadczające.

2b_Kalendarz_Marjanski2xKalendarz Marjański z 1929 roku – Małgorzata Hrebnicka – notatki dzienne

Znalazłem też wspomnienie potomków Fr. Bohuszewicza, którzy mieszkali na Pomorzu:

Tomasz Bohuszewicz, syn Franciszka i Gabrieli zmarł w lutym 1929 r. Osierocił trzy córki: Stanisławę, Gabrielę i Konstancję, …potem latem zmarła jego matka Gabriela z d. Szklionnik (Szklennik, przyp. mój), kobieta wszechstronnie uzdolniona. Władała kilkoma językami w tym niemieckim, angielskim, włoskim. Była strażniczką rodowej tradycji, lubiła muzykę, zresztą sama grała na fortepianie. Głównie ulubione utwory męża. Nosiła stale przy sobie klucze do tajemniczego kuferka. Wszyscy myśleli, że przechowuje tam jakieś skarby. Po latach okazało się, że były to listy od przyjaciół, między innymi od Elizy Orzeszkowej, a także ważne dla rodziny dokumenty, z których najcenniejsze posiadały podpisy króla Stanisława Augusta. W kuferku były też rękopisy jej męża, Franciszka Bohuszewicza. Dzięki niemu, gdyż był on powstańcem styczniowym, otrzymywała od „Związku Powstańców 1863 r.” niewielka pensję. Razem z córką Konstancją opiekowała się dziećmi syna. Tomasz Bohuszewicz ożenił się ponownie z Marią Piwnicką. Po jego śmierci druga żona wstąpiła do zakonu, zmarła w 1970 r. w Bochni.

(źródło – http://www.choszczno.info.pl/2009/01/05/roscin-rodzina-poety.html)

“Nie pakidajcież mowy
naszaj biełaruskaj, kab nie umiorli”.

(F. Bahuszevič)

“A-a-a, luli – luli,
Usie dzietki pasnuli.
Tolki adzin Franuś nie spić, nie hulaja,
Z katkom razmaulaja,

A ty, katok, nie burczy,
A ty, Franuś, spi, mauczy.
A ty, katok, won-won:
Na Franusia – son-son…”

(Ze świrańskiej kołysanki)

3_z_prawej_Kazimiera_Woyczynska_z_d_Szklennik_Paulina_Sz

Siedzą: po prawej Kazimiera Woyczyńska z d. Szklennik, obok Paulina Szklennik matka Małgorzaty
potem
Doktorowicz-Hrebnickiej, i Gabriela Szklennik żona Franiciszka Bohuszewicza.

Słusznie powiadają: “Tam strona rodzinna, gdzie matka narodziła”. F. Bohuszewicz jako prawdziwy chrześcijanin odczuwał tę prawdę i mocno jej przestrzegał.

Franciszek Bohuszewicz lub Boguszewicz (biał. Францішак Бенядзікт Багушэвіч, Franciszak Bieniadzikt Bahuszewicz; ur. 21 marca 1840 w folwarku Świrany, w powiecie wileńskim, guberni wileńskiej, zm. 28 kwietnia 1900 w Kuszlanach) – białoruski i polski pisarz, poeta, adwokat, uczestnik powstania styczniowego. Zapoczątkował nurt realizmu krytycznego w literaturze białoruskiej, w twórczości inspirował się folklorem białoruskim.

Franciszek Bohuszewicz został ochrzczony w kościele w Rukojniach, zachował się o tym zapis w księgach kościelnych.

W 1846 roku rodzina Bohuszewiczów przeniosła się do folwarku Kuszlany na Oszmiańszczyźnie. Franciszek spędził tu dzieciństwo, zbliżył się do wiejskich dzieci, ujrzał piękno miejscowej przyrody, zapoznał się z życiem ludu.

Bohuszewicz ukończył w 1861 roku gimnazjum w Wilnie i w tym samym roku wstąpił na Wydział Fizyczno-Matematyczny Uniwersytetu Petersburskiego. W rodzinie Bohuszewiczów, jak i wśród większości szlachty, wiele uwagi poświęcano nauce języków. Prócz “tutejszej mowy”, czyli języka białoruskiego, w którym rozmawiał zwykły lud, w rodzinie używano języka francuskiego, nie mówiąc już o polskim. Biblioteka domowa liczyła wiele powieści w języku francuskim, w tym utwory poety Pierre’a Jeana Berangera. Wszystko to następnie wpłynęło na kształtowanie się F. Bohuszewicza jako poety. Na przykład, jego kołysanka stanowiła naśladownictwo wiersza Pierre’a Berangera “Chrzciny Woltera”.

…W 1861 roku, gdy Bohuszewicz był na pierwszym roku studiów, władze carskie zniosły pańszczyznę. Ale reforma ta wcale nie przyniosła chłopom ulgi, jak też rozczarowała młodzież, jeśli chodzi o prawa demokratyczne.

Za udział w zamieszkach studenckich, skierowanych przeciwko caratowi, F. Bohuszewicz został wydalony z uniwersytetu. Wrócił on na Białoruś. We wsi Dociszki, w powiecie lidzkim, uczył dzieci. Tu zastał go wybuch Powstania Styczniowego 1863 roku, któremu tu przewodzili K. Kalinowski i Z. Sierakowski. Nauczyciele przyłączyli się do powstania i aktywnie uczestniczyli w walce przeciwko caratowi. Podczas bitwy z wojskiem rosyjskim w Lasach Augustowskich Bohuszewicz został ranny. Od śmierci uratowali go włościanie.

Po stłumieniu powstania przyjaciele z Wilna i Petersburga uratowali go przed zesłaniem na Sybir. Bohuszewicz opuścił strony rodzinne i udał się na Ukrainę, gdzie przy pomocy polskiego uczonego Jana Karłowicza w 1865 roku wstąpił do Nieżyńskiego Liceum Prawa. W ten sposób wydalony student, powstaniec i nauczyciel został studentem Liceum Prawniczego na Ukrainie.

Franciszek Bohuszewicz, który poszukiwał prawdy w studenckich rozruchach w Petersburgu, z bronią w ręku podczas powstania, teraz zaczął jej szukać w księgach prawniczych, w kanonach sprawiedliwości, ugruntowanych przez wieki przez Cezara w Rzymie, przez Napoleona, a na ziemi ojczystej w Statucie Litewsko-Białoruskim, który w rocznicę jego powstania został zniesiony dekretem cara Mikołaja I, kiedy w ogóle zakazano używania imienia Białoruś.

Następnie w przedmowie do Dudki białoruskiej napisał: “Może ktoś zapyta, gdzie jest teraz Białoruś?” Tam, bracia, jest ona, gdzie żyje nasza mowa: jest ona od Wilna do Mozyrza, od Witebska niemal do Czernihowa, gdzie Grodno, Mińsk, Mohylów, Wilno oraz wiele miasteczek i wsi…”

W 1868 roku Bohuszewicz zakończył naukę i od 1869 r. pracował w różnych instytucjach sądowych, głównie na Ukrainie. Chociaż w ciągu 20 lat pobytu poza ziemią ojczystą odwiedził też inne prowincje Rosji, pracował na ziemi briańskiej, wołogodzkiej. Najdłużej zatrzymał się jednak w mieście Konotop na Ukrainie, gdzie ponad 10 lat był śledczym sądowym.

Dopiero w 1884 roku, po ogłoszeniu amnestii dla uczestników powstania 1863 r., powraca do kraju, gdzie obejmuje stanowisko adwokata przy Wileńskim Sądzie Okręgowym. Powrócił na Ziemię Wileńską właśnie w Dniu Zwiastowania – 25 marca 1884 roku. Był to radosny powrót do stron rodzinnych, gdzie się urodził i uczył.

Ale niespełna po roku napisał do Jana Karłowicza: “Jakiś dziwny nastrój przygniata mnie: dopóki byłem daleko od stron rodzinnych i od swoich, chciałem niby zbawienia, być tutaj, a dzisiaj… Nie widzę swoich i szukam ich we wspomnieniach. Co to? Gdzie jest to, czego szukałem, gdzie te brzegi, do których nie będzie sięgać myśl. Skąd ten niezrozumiały nastrój duszy?… Powinno to oznaczać, że nie potrafię żyć rzeczywistością albo nie chcę do tego się przyznać!… Zawsze uświadamiałem sobie, a dziś się cieszę z tego przekonania, że nie chcę i nie zostanę egoistą… I dlaczego nie chcę się przystosować, zniknąć niczym kropla w morzu, a zanurzam się jak ostrygi w occie, w którym je spożywają? Tak, łaskawy panie, porzuciłem służbę, chociaż mnie nie wypędzano, a trzymano. Zrezygnowałem tam, chociaż z niewielkiego, ale pewnego kawałka chleba dla nieznanego losu tutaj. Wiem, że pod względem materialnym nie będzie mi tu najlepiej, po pierwsze, z powodu tego, że nigdy za tym nie uganiałem się, po drugie zaś, że nie mam skłonności pijawki, w które tak szczodrze są obdarzeni niektórzy adwokaci. Jednakże, żyć mogę i będę, bo muszę, mając żonę i dzieci”.

W takim nastroju był F. Bohuszewicz na samym początku 1885 roku, jak też w latach następnych. Dosłownie po trzech miesiącach opuścił Wilno i wyjechał do Rosji, gdzie dawano mu posadę prawnika.

Takie były jego nastroje wileńskie. Dlaczego tak się stało, że Wilno go nie zadowalało?

Przyczyn należało szukać w jego działalności adwokackiej. Zaczęto go nazywać adwokatem chłopskim, który w sądzie występował głównie w obronie uciskanych po reformie wieśniaków. Był on obrońcą ludowym i jego opinia budziła zaniepokojenie przełożonych. Dlatego w służbie awansował bardzo powoli, chociaż był człowiekiem o nieprzeciętnych zdolnościach oraz wysokich zaletach moralnych i obywatelskich. Dostrzegano w nim osobę niepewną względem istniejącego ustroju: z wielkim zaangażowaniem podejmował się spraw, dotyczących interesów zwykłych ludzi, chłopów.

Bohuszewicz cieszył się sławą ludowego orędownika, obrońcy. Chętnie podejmował się prowadzenia takich spraw, w których mógł dopomóc biednym i ciemiężonym ludziom, pisywał im podania. Ludzie szli do niego po radę i pomoc jak do swojego. Współcześni Bohuszewiczowi chłopi wspominali: “Był to dobry człowiek, bardzo dobry. Lubił nas, wieśniaków. Chętnie z nami rozmawiał po białorusku”.

Są świadectwa współczesnych mu ludzi, że był on nieprzekupny, gdy miał prowadzić sprawy znajomych ziemian i ci proponowali mułapówki.

Bohuszewicz przyznawał szczerze: “Nie lubię miasta. Zbyt wielka tam ciasnota i smród”. Mieszkając w Wilnie, starał się znaleźć wśród kamienic jakiś zielony zakątek. Po powrocie z Ukrainy upodobał sobie należący do lekarza Kozłowskiego przytulny drewniany domek z dziedzińczykiem przy ul. Końskiej. W sąsiedztwie był rynek. Dawniej sprzedawano tam siano, konie, więc nazywano go Końskim. Za czasów Bohuszewicza był to już rynek zbożowy. W tym okresie mieszkanie jego łatwo było rozpoznać, ponieważ, szczególnie w dni rynkowe, kręciło się tam wielu wieśniaków.

Sąsiedztwo z rynkiem pozwalało mu prowadzić różne obserwacje. Widział, jak z wieśniaków ściągano podatek tzw. “bramowy” albo “kopytkowy” i to budziło w nim wielkie oburzenie. Ale też spotykał tu furmanki spod Smorgoń i Kuszlan, co uspokajało jego serce i tęsknotę do stron rodzinnych.

Tematy do swych wierszy i opowiadań będzie czerpał z praktyki sądowej. Kiedy w 1887 roku zaczęto mówić w Wilnie o budowie torów tramwajowych, wówczas poeta żywo zareagował na tę wiadomość. Pisał on: “Wreszcie miejscowe władze ostatecznie zatwierdziły umowę z przedsiębiorcą w sprawie przeprowadzenia w Wilnie linii tramwajowej. Jak każda nowość w komunikacji fakt ten jest dodatni, jednakże są duże wątpliwości, czy tramwaj przyniesie miastu korzyści: uliczki są wąskie i kręte, więc nie wszędzie tramwaje mogą kursować. Wilno jest miastem niewielkim – od jednego krańca, na przykład od Żelaznego Mostu, do drugiego – Wilenki – można przejść w ciągu 16 minut. Niby dalej jest położone Zarzecze, ale ze śródmieściem łączy je tylko jeden most, więc linia tramwajowa nie jest w stanie skrócić tej odległości. W takich warunkach tramwaje przyniosą nam niewiele korzyści i udogodnień. Natomiast brak tego rodzaju komunikacji niezbyt jest odczuwalny. Za to tramwaje pozbawią kawałka chleba wielu dorożkarzy. Ale mieszczanie, którzy dotychczas chętnie zażywali krótkich spacerów, poniosą swe pieniądze do kieszeni przedsiębiorcy. Prócz tego, na ciasnych, krętych i pagórkowatych ulicach będzie wiele nieszczęśliwych wypadków! Na pewno będzie!”

Zapewne, podobne zdanie mieli o tramwajach również inni wilnianie, myśl bowiem F. Bohuszewicza była słuszna. W ten sposób miasto pozostało bez tramwajów do dnia dzisiejszego.

Franciszek Bohuszewicz był ściśle związany z twórczością Adama Mickiewicza. Dla niego – to nie tylko poeta polskojęzyczny. Uważał go za piewcę ziemi białoruskiej, wiedząc, jakie były źródła natchnienia i twórczości Mickiewicza.

Kiedy powstała kwestia uwiecznienia pamięci Adama Mickiewicza w związku ze stuleciem jego urodzin, F. Bohuszewicz od razu został członkiem komitetu jubileuszowego, który zawiązano latem 1897 roku z inicjatywy wileńskiego dziennikarza Lucjana Uziembły. Od pierwszych dni poeta przystąpił do zbiórki pieniędzy na budowę pomnika Adama Mickiewicza. Do tego komitetu wciągnął również Elizę Orzeszkową.

Latem 1897 roku F. Bohuszewicz zorganizował wyjazd do Kowna, gdzie po ukończeniu uniwersytetu dłuższy czas mieszkał Adam Mickiewicz. Z okazji jubileuszu chciał przejść się śladami ulubionego poety. W mieście pokazano mu gimnazjum, gdzie Mickiewicz był nauczycielem, źródełko na lewym brzegu rzeczki Girstupis, z której poeta częstował swych gości prawdziwą źródlaną wodą, mówiąc: “Pijcie, przyjaciele, niech wasze serca będą takie czyste jak woda z tego źródełka”. Bohuszewicz zajrzał też do kowieńskiego domku o niewielkich okienkach, gdzie mieszkał Adam Mickiewicz. Przy migotliwym blaskuświec napisał on tu szereg swych wspaniałych utworów.

Z Kowna Bohuszewicz wrócił pełen nowych wrażeń i z zapałem zabrał się do dalszego zbierania pieniędzy na pomnik wielkiego poety. Ofiary składali nie tylko przedstawiciele inteligencji, ale też ludu. Co prawda, sumy nie były duże. Zebrano ogółem 4648 rubli. Bohuszewicz z wielką niecierpliwością czekał na odsłonięcie pomnika. W jego mieszkaniu, w domu Kozłowskiego, omawiano list od krakowskiego artysty Rusieckiego, który komunikował, że projekt pomnika jest już gotowy.

Ale wiosną 1898 roku Bohuszewicz zachorował i musiał z rodziną przenieść się z Wilna do Kuszlan na Białorusi. Tam nadal również interesował się losem pomnika. Ciągle miał nadzieję, że zdoła się wyleczyć i wziąć udział w jego odsłonięciu. Ale, niestety, uroczystość odbyła się bez niego, przy tym bardzo skromnie. W tym czasie bowiem władze carskie wystawiły pomnik Murawjowa-Wieszatiela i  przesłoniło to jubileusz Wieszcza.

Ale mimo wszystko, udało się, chociaż skromnie, uczcić 100-lecie Wielkiego Adama. Wszystko to mocno cieszyło F. Bohuszewicza.

Pomnik ten teraz znajduje się w tym samym kościele św. Jana, został on odnowiony z okazji 400-lecia Uniwersytetu Wileńskiego. W jego jasnoróżowym marmurze również teraz odczuwamy ciepło duszy naszego piewcy, Franciszka Bohuszewicza.

Tak, był on piewcą ludu, Białorusi, obrońcą języka białoruskiego.

Adam Mickiewicz w swych wykładach, które wygłaszał w Paryżu o literaturach słowiańskich, mówił: “Spośród wszystkich narodów słowiańskich Rusini, a więc wieśniacy z guberni pińskiej, częściowo mińskiej i grodzieńskiej, zachowali najwięcej cech ogólnosłowiańskich. Ich bajki i pieśni zawierają wszystko. Zabytków piśmiennictwa mają mało. Tylko Statut Litewski napisany jest w ich języku, najbardziej harmonijnym, najmniej zmienionym wśród wszystkich języków słowiańskich.

W języku białoruskim, który nazywają rusińskim albo litewsko-rusińskim, rozmawia około10 milionów ludzi, jest to najbogatsza i najczystsza mowa, powstała ona dawno i wspaniale się rozwinęła…

Bohuszewicz w swej przedmowie do Dudki białoruskiej jak gdyby czerpie z wypowiedzi A. Mickiewicza o Białorusi i języku białoruskim.

Porównajmy to. F. Bohuszewicz pisze: “Czytałem wiele starych papierów, które dwieście, trzysta lat temu na naszej ziemi pisali wielcy panowie w naszej czystej mowie, jakby to zostało napisane wczoraj…

… Nasza mowa jest taka sama ludzka i pańska, jak francuska albo niemiecka albo jakaś inna… Nasza mowa dla nas jest święta, bo została nam dana od Boga, podobnie jak i innym dobrym ludziom…

Poeta pisał w ojczystym języku, języku swego narodu. Zaczął to robić, gdy jeszcze był na Ukrainie, ale działalnością literacką zajął się dopiero po powrocie do Wilna.

Za życia Franciszka Bohuszewicza z druku wyszły dwa zbiory jego wierszy i poematów. Zostały one wydane za granicą: Dudka białoruska (Kraków, 1891) i Smyk białoruski (Poznań, 1896)

Bohuszewicz przygotował do wydania również zbiór wierszy Opowiadania białoruskie, ale z druku on nie wyszedł, a tekstów nie odnaleziono dotychczas. Przez długi czas jego utwory były wydawane nielegalnie, rozchodziły się w rękopisach. Jego 13 wierszy wydrukowano tylko w zbiorze Pieśni, wydanym nielegalnie w 1903 roku.

Należy odnotować, że po upadku powstania lat 1863-1864 na Białorusi do roku 1905 zakazany był druk białoruskich książek. Dlatego Bohuszewicz, Ciotka oraz inni białoruscy pisarze i poeci musieli publikować nielegalnie swe utwory w Krakowie, Lwowie, Poznaniu, co było związane z wielkimi trudnościami. Dlatego nie wszystkie utwory mogły ujrzeć światło dzienne.

Franciszek Bohuszewicz napisał nader interesujący utwór Śpiew. Jego historia jest następująca.

Jak już mówiliśmy, latem 1897 roku Bohuszewicz odwiedził Kowno. Wśród inteligencji kowieńskiej rozpisano konkurs na najlepszą pieśń turystyczną dla młodzieży. Wziął w nim również udział Franciszek Bohuszewicz. Poeta też go wygrał. Jego utwór został uznany za najlepszy. Jakiś muzyk skomponował melodię i młodzież kowieńska chętnie śpiewała tę pieśń do słów białoruskiego poety. Miała ona charakter patriotyczny, autor wzywał, aby poznawać swój kraj i jego wspaniałych synów, często nieznanych lub zapomnianych. Wspomina też nazwiska Czeczota, Poczobutta, Tomasza Zana…

Jest to również aktualne obecnie, gdy nauczyciele Wileńszczyzny zapominają lub po prostu nic nie wiedzą o naszych znakomitych ziomkach, takich jak właśnie Franciszek Bohuszewicz.

W swej twórczości literackiej Bohuszewicz używał pseudonimów Maciej Buraczok i Symon Rewka spod Borysowa. Jeśli mieszkaniec Kuszlan przyjmował postać Macieja Buraczka jako sąsiada ze swej wsi, to w Symonie Rewce widział dalszego już sąsiada, podobnie jak dalszym niż Smorgoń było miasto Borysów za Mińskiem, z którego pisał się Symon Rewka. W ten właśnie sposób poeta afirmował demokratyczną i patriotyczną ideę dudki i smyczka, jedność pieśni, ojczyzny i historii.

Właśnie historii, F. Bohuszewicz bowiem, jak ongiś na początku XVI wieku, w epoce Odrodzenia Franciszek Skoryna, obydwie swe książki poprzedził przedmowami, w których budził pamięć historyczną narodu, szacunek do języka ojczystego. Takie poczucie historii, języka jako duszy narodu wśród ludu budził Bohuszewicz – inteligent, głęboki demokrata, pisarz autentycznie ludowy.

Pod wieloma względami Bohuszewicz był pierwszy wśród twórców nowej literatury białoruskiej z przełomu XVIII i XIX wieków. Był on na przykład pierwszym autorem całkowicie białoruskiego tomu poezji, pierwszym autorem przedmów do zbiorów poetyckich.

Skoryna i F. Bohuszewicz – to białoruscy narodowi luminarze, chociaż nie kanonizowały ich ani wschodnia cerkiew, ani zachodni kościół, a tylko Franciszek Skoryna, jako drugi po Czechach Słowianin wydrukował Biblię w ojczystym języku białoruskim, bo go “Bóg z tego języka puścił na świat”. Franciszek Bohuszewicz zaś dotychczas nam przypomina: “Nie porzucajcie naszej rodzinnej mowy białoruskiej, aby nie umarła!”

Franciszek Bohuszewicz jest uważany za ojca realizmu białoruskiego, za twórcę narodowych tendencji romantycznych w literaturze (poezji) białoruskiej. Spod jego pióra wyszły pierwsze opowiadania nowej literatury białoruskiej: opowiadanie socjalno-psychologiczne Tralalonoczka, wydane w osobnej książeczce w 1892 r., ludowe humorystyczne nowele Świadek, Polesowszczik, Diadina, opublikowane w gazecie “Nasza Niwa” w 1907 roku, już po śmierci poety. A gdzieś w żandarmskich archiwach dotychczas nie znaleziono osobnego zbioru opowiadań F. Bohuszewicza, zatytułowanego Opowiadania białoruskie.

Osobnym rozdziałem twórczości F. Bohuszewicza jest jego publicystyka w języku polskim z lat 1885-1891, gdy był korespondentem polskiego czasopisma “Kraj”. Była to publicystyka wysoce obywatelska, o bardzo aktualnej tematyce, poświęcona głównie socjalnym zagadnieniom wsi i miasta po reformie.

Poezja F. Bohuszewicza – to osobny, niepowtarzalny pod względem brzmienia i kolorytu rozdział białoruskiej literatury i w ogóle poezji.

Znajduje to wyraz w jego wierszach Zachwyt, W sądzie, Pobyt w piekle, Będzie źle i in. Poezja Bohuszewicza jest poezją chłopską.

Prócz wierszy i nielicznych opowiadań, ze spuścizny literackiej zachowały się jego wystąpienia publicystyczne w wileńskich i petersburskich gazetach oraz czasopismach, listy do przyjaciół – Elizy Orzeszkowej i Jana Karłowicza. Można z nich dowiedzieć się, z jakimi trudnościami poeta borykał się w pracy literackiej i życiu codziennym.

“Marudnie, bardzo marudnie powstają pieśni” – skarżył się poeta swemu przyjacielowi Janowi Karłowiczowi. Były do tego podstawy. Bohuszewicz nie mógł całkowicie poświęcić się swej ulubionej działalności literackiej. Dużo czasu pochłaniała praca w sądzie, troska o rodzinę. Wiersze, które pisał, nie tylko nie dawały korzyści materialnych, ale odwrotnie, wymagały środków pieniężnych i wielkich kłopotów przy ich wydawaniu. Ale byli ludzie, którzy mu pomagali.

Więc pisał. We wszystkich swych utworach – poetyckich, prozaicznych, publicystyce, listach do przyjaciół Bohuszewicz występował jako płomienny obrońca ludu, chłopski demokrata, zdecydowany walczyć do końca. Ci, którzy znali poetę, wysoko cenili go jako pisarza i działacza społecznego.

Do Bohuszewicza, jego poezji skłaniali się wszyscy, którzy żyli interesami ludu, którzy chcieli pomóc ludowi.

Uważali go za swego nauczyciela, zasięgali w myślach jego rady ówcześni białoruscy pisarze-demokraci: Adam Hurinowicz, Olgierd Obuchowicz…

Poezja Bohuszewicza nie tylko przedstawiała czytelnikowi prawdę o życiu ludu, ale też budziła protest przeciwko carskiemu samowładztwu. Władze obawiały się utworów poety. Na przykład, w roku 1908, nie wiedząc, że poeta już nie żyje, urządzono ściganie sądowe jego zbiorów Dudka białoruska i Smyk białoruski.

Franciszek Bohuszewicz zmarł 28 kwietnia 1900 roku w swych rodzinnych Kuszlanach (Białoruś). 1 maja 1900 roku, około godziny 10 żałobnie zaczęły bić dzwony kościoła w Żupranach. Wszyscy wiedzieli, że to chowają Franciszka Bohuszewicza, słynnego Macieja Buroczka. Droga od kościoła żuprańskiego, gdzie odbywało się nabożeństwo żałobne za duszę zmarłego, na cmentarz była krótka. A dzwony ciągle biły, odzywając się bolesnym echem w sercach tych, którzy szli za trumną – krewnych i bliskich, mieszkańców miasteczka i dwóch delegacji z Wilna – jednej od adwokatów i drugiej – od wielbicieli talentu poety: rzemieślników, dziennikarzy, przedsiębiorców.

Rodzinna ziemia przyjęła swego syna.

Odtąd minęło już 100 lat, a jego dudka obudziła i budzi naród białoruski do życia narodowego, do niepodległości, do kultywowania swego ojczystego języka. W ciągu tych 100 lat wiele się zmieniło. Obecnie na grobie poety ustawiona jest stela z kruszywa marmurowego z miedzianą płaskorzeźbą.

Imię Franciszka Bohuszewicza uwiecznione jest w wielu nazwach. Nosi je Oszmiańskie Muzeum Krajoznawcze, w Żupranach ustawiono jego pomnik. Biblioteka w Kuszlanach, mieszcząca się w domu, gdzie żył poeta, też została nazwana jego imieniem. Można też spodziewać się, że i na Wileńszczyźnie, gdzie się urodził i został ochrzczony, jego imię także będzie godnie uwiecznione. Na przykład, z inicjatywy Towarzystwa Języka Białoruskiego im. F. Skoryny Ziemi Wileńskiej,  ulica we wsi Sawiczuny, gmina Rukojnie, w rejonie wileńskim nosi imię poety. W miejscowej bibliotece powstaje dział książki białoruskiej, a sama placówka otrzyma imię F. Bohuszewicza, na budynku zaś zostanie umieszczona tablica pamiątkowa ku czci poety. Są też plany utworzenia tam muzeum F. Bohuszewicza. Wszystko to zależy od inicjatywy tych ludzi, którym drogie jest imię naszego pieśniarza, jak też od możliwości finansowych strony litewskiej i białoruskiej. Do biblioteki nasze towarzystwo przekazało już 50 książek białoruskich. Początek już jest.

Autorem wpisu o Bohuszewiczu jest Władimir Sodol, poeta z Mińska, bada twórczość Franciszka Bohuszewicza. Jest on autorem kilku książek, kilkudziesięciu artykułów, szkiców, esejów na ten temat.

… Co roku w dniu imienin Franciszka Bohuszewicza (2 kwietnia) w wileńskim kościele św. Bartłomieja i w kościele w Rukojniach będą odprawiane msze św. za duszę poety.

(źródło: http://archiwum2000.tripod.com/511/bogusz.html)

4_Paulina_Szklennik_siostra_Gabrieli_zony_Franciszka_BohPaulina Szklennik siostra Gabrieli, żony Franciszka Bohuszewicza ze zbiorów rodzinnych (ok 1880)

Reblog: Chłopak z cmentarza w Berlinie

Spotkałam Małgosię pół roku temu na seminarium dla genealogów w Żydowskim Instytucie Historycznym. Opowiadała o swych badaniach nad dziejami żydowskiej rodziny Haase w Rybniku. Już wtedy wiedziałam, że chciałabym zreblogować jej opowieść o Rudolfie do cyklu “cmentarnego”, który wtedy tworzyliśmy z Tomaszem Fetzkim.  Cykl się skończył, a ja pomyślałam, że Małgosia już nie napisze tej historii. Mówi się trudno. A tu nagle 26 grudnia na blogu Małgosi czyli w Szufladzie pojawiła się siódma część epopei rodu Haasych.

Małgosia Płoszaj

Śmierć Rudolfa

Jeszcze nie jestem pewna, czy będzie to ostatnia część historii rodziny Haase, ale na pewno ta, z którą będę mieć najwięcej problemów. Być może nie wszystkim spodoba się moje wytłumaczenie tragedii, która dotknęła Haasych na Śląsku, ale nie jestem historykiem i mam prawo do ocen oraz subiektywnego spojrzenia na sprawy, które miały miejsce prawie sto temu. Biorąc jeszcze pod uwagę co się obecnie dzieje dookoła, tym bardziej będzie trudno opisywać czasy, które podzieliły Ślązaków w tamtym czasie. Ślązaków, do których zaliczam ówczesnych Niemców, Polaków i Żydów.

Przenieśmy się więc do trudnych czasów powstań śląskich, czyli do momentu, w którym przerwałam swoją opowieść.

W czasie swojego pobytu w Lipsku (tam rodzina przebywała w czasie I wojny) synowie Felixa, czyli Fritz (oficjalnie Ernst) i Rudolf uczestniczą w ćwiczeniach Korpusu Ernst i RudiSkatów, które jeszcze wówczas są dla nich formą zabawy. Po powrocie do rodzinnego miasta, czyli w 1919 r. obaj nastoletni chłopcy, czując się Niemcami, zaczynają się angażować po stronie niemieckiej. I nie jest to już zabawa. Starszy Fritz zostaje prywatnym kurierem niemieckiego komisarza plebiscytowego, a następnie Związku Wiernych Ojczyźnie Górnoślązaków. Z kolei Rudolf kieruje grupą chłopaków, do których należy przyjmowanie zamiejscowych Niemców przyjeżdżających do Rybnika na czas plebiscytu. Chłopcy na pewno są rozpoznawalni w mieście, choćby z racji tego, że są synami jednego z najbogatszych rybniczan. Ich poświęcenie dla sprawy niemieckiej nie jest dobrze widziane przez Polaków. Dostają anonimy z poważnymi pogróżkami, wielokrotnie są obrzucani kamieniami, wyzywani.

Rudi – tragiczny bohater mojej opowieści jest wysokim, rzucającym się w oczy blondynem, który niejednokrotnie igra z losem. Krew w nim wre, ale w takim wieku to normalne. Krótko po plebiscycie dochodzi do niebezpiecznego incydentu z udziałem Rudolfa na rybnickim dworcu. Musiał być z niego niezły „zadzior” :mrgreen:.

Sztandar Polski opisał to tak:

haase_sztandar_1

haase_sztandar_2

Felix, zdając sobie sprawę z tego, że Rybnik może ostatecznie znaleźć się w granicach nowo powstałej Polski, już jakiś czas wcześniej zdecydował się na zakup domu w Berlinie i na wyjazd z Rybnika. Chłopcy, jak to młodzi, nie chcą być poczytani za tchórzy i tym samym pogodzić się z decyzją taty. Termin przeprowadzki zostaje ustalony i… wybucha III powstanie śląskie. Rudolf zostaje aresztowany przez Polaków zaraz pierwszego dnia. Przypominam, że ma 15 lat. Rodzinie udaje się go wykupić z rąk powstańców za 5.000 marek, czyli za dość pokaźną kwotę. Przez następne dwa tygodnie obaj chłopcy są ukrywani w willi Haasych i u obcych ludzi. Wszędzie się gotuje, brat walczy z bratem, a szwagier z kuzynem.

W połowie maja rodzice uznają, że chłopców należy wywieźć z Rybnika do Raciborza, który jest po stronie niemieckiej i w którym mogą być bezpieczni. Takich niemieckich uciekinierów, w większości kobiet i dzieci, jest około 700. Pociąg rusza ze stacji kolejowej w Rybniku 14 maja 1921 r. o godz. 11.45. Pasażerowie mają zapewnienie władz powstańczych oraz włoskich wojsk, iż bezpiecznie dotrą na miejsce. Niestety, na stacji w Nędzy (zwanej kiedyś Nensa, Nendza, czy też Buchenau) skład zostaje zatrzymany przez powstańców. Dochodzi do nieporozumień między Włochami, jadącymi również żołnierzami francuskimi i angielskim kapitanem z wojsk rozjemczych. W końcu zostaje ustalone, iż mężczyźni poniżej 40 roku życia mają być ponownie przetransportowani do Rybnika. Młodym Haasym jednak udaje się i oficer powstańczy pozwala im na dalszą drogę. Oficerowi kilka lat wcześniej Fritz uratował życie, gdy ten się topił. Pociąg dojeżdża do stacji Markowice (Markowitz) i wszyscy muszą wysiąść, bowiem na Odrze most kolejowy został wysadzony i dalsza droga jest możliwa jedynie pieszo.

Teraz będę nieobiektywna i będę przemawiać słowami Feliksa, Niemca i zarazem Żyda, czyli ojca, który to co miało dalej miejsce, opisał dla Niemieckiego Korpusu Skautów miesiąc po wydarzeniu.

Relacja Feliksa Haase

Będę też przemawiać swoimi słowami, czyli matki, która nigdy nie chciałaby stracić dziecka na żadnej wojnie, w żadnych powstaniu, czy innej rebelii. Jeśli więc prawdziwych (czyt. właściwego sortu) Polaków mój pogląd na śmierć Rudolfa zniesmaczy, to mogą nacisnąć taki krzyżyk po prawej stronie ekranu i szlus.

Wracam do Markowic i do 14 maja 1921 r. Wszyscy wychodzą z pociągu. Fritz pomaga jakiejś pani przenosić bagaże do ciężarówki, a Rudolf nagle zostaje aresztowany przez komendanta dworca za „terroryzowanie Polaków”. Fritz stara się wstawić za bratem, ale jest odpędzony uderzeniami kolby karabinu. Wraz z Rudim powstańcy aresztują szefa rybnickiej Partii Socjaldemokratycznej Wasnera oraz kupca o nazwisku Nimietz. Dlaczego zatrzymano właśnie Rudolfa? Napyskował? Stanął w czyjejś obronie? Powiedział o jedno słowo za dużo? Toż to był tylko piętnastolatek. Nie sądzę, by miał przy sobie broń. Wątpię, by chciał kogoś zabić. Jestem pewna, że rodzice prosili go o ostrożność i niewdawanie się w polemiki czy spory z powstańcami. Został aresztowany, bo go rozpoznano. Bo komendant z Markowic poprzedniego roku, w trakcie II powstania, wtargnął do willi Haasych i znał Rudolfa. Wiedział, że to Niemcy, że są bogaci. Na pewno wiedział, że to Żydzi. Choć akurat nie uważam, by ten ostatni fakt przyczynił się do aresztowania nastolatka.

Mapa

Rudi wraz pozostałymi aresztowanymi został popędzony w stronę Kornowaca. 2 km od wsi, gdzieś pod lasem, został zastrzelony. Był jeńcem, można by rzec jeńcem wojennym, a został zastrzelony. 24 godziny po aresztowaniu, wieczorem w niedzielę Zielonych Świąt. Tak na zimno. Bez emocji, w żadnym tam afekcie. Zabito również Niemietza. Za zmarłego początkowo był uważany i trzeci jeniec – Wasner, którego szukający syna Felix Haase, odnalazł przypadkowo w szpitalu w Rydułtowach. To właśnie ciężko ranny Wasner zdał mu krótką relację z tego co się stało. Ojciec szukał syna wraz dr. Białym, komisarzem powiatowym Polskiego Komisariatu Plebiscytowego w Rybniku oraz francuskim kapitanem Lalannem. Takie to były pogmatwane czasy. Polak z Niemcem pod eskortą Francuza. Gdyby nie przedśmiertna relacja Wasnera, rodzina Haasych nigdy by się nie dowiedziała co się stało. A tak choć jedynym pocieszeniem mogły być dla nich jego słowa, że Rudolf się nie bał i umarł jak bohater. Według orzeczenia lekarskiego Rudolf nie był torturowany. Mimo, że początkowo odmawiano wydania zwłok Rudolfa, to ostatecznie zostały sprowadzone pod eskortą wojskową do Rybnika. Mogę się domyślać, że musiało to sporo kosztować rodziców.

Poradzono im, by pogrzeb był skromny i bez zbędnych uroczystości. Rybnik w owym czasie był już w rękach powstańców. Jak napisał Felix: „Trumna była pokryta wieńcami i palmami”. W tym roku, przy okazji poszukiwań informacji o rybnickich rabinach, znalazłam skromną notkę rabina Nellhausa (jego notatnik znajduje się w Instytucie Leo Baecka), z której wynika, iż Rudolf został pochowany na naszym cmentarzu 19 maja 1921 r. W uroczystości brali udział, oprócz rodziny i przyjaciół, nauczyciele (oczywiście za wyjątkiem polskich), starosta oraz zdymisjonowany burmistrz niemiecki.

Notka rabina Nellhausa

Felix zaraz w czerwcu 1921 r. zastrzegł, iż jeśli Rybnik przypadnie Polsce, to ciało Rudolfa zostanie przewiezione do Niemiec, co się wnet stało. Wyobrażacie sobie tą traumę, którą przechodziła rodzina? Co musiała przejść mama Rudolfa – śliczna Sonia. Co czuł tata, gdy wbrew religii zadecydował, by ekshumować zwłoki syna? Gdy musieli naruszać jego spokój?

Rudolf został powtórnie pochowany na żydowskim cmentarzu Weißensee w Berlinie w lipcu 1921 r. Tym razem w alejce dla zasłużonych. Sonia na drzewie genealogicznym zrobiła odręczny dopisek, który do dziś świadczy o okrucieństwie trzech bandziorów, którzy zabili dziecko w trakcie III powstania śląskiego. Po ponad 150 latach członkowie rodziny Haasych przestali być rybniczanami i opuścili Rybnik na zawsze.

Rudolf na drzewie gen

Śmierć Rudolfa odbiła się echem w wychodzącej wówczas prasie. Zarówno lokalnej jak i niemieckiej. Pamięć o swoim synu kultywował Felix. Po jakimś czasie młody Haase został zapomniany, ale powrócono do jego śmierci pod Rybnikiem ponownie pod koniec lat 20., kiedy to zaczął narastać kryzys w Republice Weimarskiej i zapotrzebowanie na bohaterów było coraz większe. W 1927 r. lekko antysemicki Central-Verein zamierzał opublikować historię Rudolfa, ale to już zbytnio nie interesowało Feliksa. Niektórzy porównywali młodego Haasego do Alberta Leo Schlagetera – niemieckiego bojówkarza, skazanego na śmierć przez Francuzów. Nota bene wykreowanego później przez propagandę nazistowską na bohatera narodowego.

I tu dochodzę do kolejnego tragicznego momentu w historii Rudolfa. Pośmiertnej historii. Otóż po dojściu Hitlera do władzy, Neue Schlesische Anzeiger opublikował artykuł, który nie wspominał ani słowa o jego żydowskim pochodzeniu, ale za to pisał, iż „poszedł on na śmierć za Wielką Rzeszę Niemiecką (…), która tylko dzięki Adolfowi Hitlerowi stała się rzeczywistą.” O ironio! Gdybyż Rudi wiedział co Niemcy, za które zginął zrobią potem z narodem żydowskim… Ten sam artykuł ukazał się jeszcze raz w prasie niemieckiej w 1936 r., oczywiście również bez jakiejkolwiek wzmianki, iż opisywany bohater był Żydem.

Za to prawdziwi Polacy w 1937 r. stwierdzali jednoznacznie, że zapamiętają, iż w czasie plebiscytu na Górnym Śląsku Żydzi opowiadali się po stronie niemieckiej, wymieniając i mojego Rudolfa. A tak Bogiem a prawdą, to po czyjej stronie mieli się wówczas opowiadać, skoro byli Niemcami? Toż Rybnik był przez stulecia niemieckim miastem i żadne retuszowanie historii tego nie zmieni.

Glos Mazowiecki 1937 Maz.BC

Grób Rudolfa przetrwał wojnę i jego nagrobek do dziś stoi w alejce zasłużonych. Gdyby ojciec Felix nie podjął decyzji o ekshumacji, jego szczątki zostałyby rozwleczone przez złych ludzi, o których tu już wiele razy wspominałam. A tak leży w miarę blisko swego dziadka Juliusza Haasego, gdyż na tym samym cmentarzu.

Grob Rudolfa Haase

Felix wrócił jeszcze w 1921 r. na Śląsk, by sprzedać swoją fabrykę braciom Żurkom, którzy zaczęli inwestować w prawie polskim już Rybniku. Kupili też willę Haasych. Wszelkie inne należności, których Felix nie zdążył odebrać, jak choćby pożyczki, poprzepadały.

Haase KW

Haase wykluczenie hipoteki Gazeta Urzedowa 1931

Felix, Sonia, syn Ernst i córka Lotte zamieszkali w Berlinie. Dobry Bóg sprawił, że udało im się uniknąć losu wielu niemieckich Żydów i osiedlić się w Chile pod koniec lat 30. Tam też zmarł Felix Haase – ostatni właściciel rybnickiej garbarni, jeden z bogatszych i bardziej zasłużonych dla naszego miasta obywateli.

Haase po wojnie

Historia tragicznej śmierci Rudolfa została przeze mnie opisana w książce „Żydzi na Górnym Śląsku w XIX i XX wieku”. Recenzentowi – historykowi nie podobało się moje emocjonalne podejście i ocena tego, co miało miejsce w lesie pod Kornowacem. Cóż, tu już recenzenta nie ma, więc mogę napisać, że rozumiem, iż Rudi się angażował po stronie niemieckiej, że go nie potępiam, że współczuję rodzicom i że zawsze będę go bronić.

Na koniec muszę jeszcze dodać, iż jego losy zaintrygowały nawet angielskiego (amerykańskiego?) badacza Philippa Nielsena, który w książce „Das war mal unsere Heimat” wydanej w 2013 r. opublikował artykuł „Der Schlageter Oberschlesiens – jüdische Deutsche und die Verteidigung ihrer Heimat im Osten”. Pomógł mi on w zrozumieniu kilku faktów z pośmiertnej historii Rudolfa.

Myślę, że kończę na razie wspomnienia o rodzinie Haasych. Może kiedyś opiszę jeszcze odnogi drzewa genealogicznego tej familii. Zawsze znajdzie się bowiem jakieś post scriptum.

Jest dla mnie niezwykłym zaszczytem to, że mam od czasu do czasu kontakt z wnuczkami Felixa, a zarazem córkami Ernsta, czyli brata Rudolfa. I z niecierpliwością czekam na otwarcie muzeum Żydów Górnośląskich, gdzie historia tej rodziny zostanie przedstawiona, gdyż jest niezwykła i, dzięki uprzejmości potomków, wyśmienicie udokumentowana.

***

Linki dla tych, którzy chcą od początku przeczytać opowieść o rybnickiej rodzinie Haase:

Haase epopeja (cz.1)
Haase epopeja – przodek Efraim (cz.2)
Haase epopeja – pośmiertna kariera Charlotty (cz.3)
Haase epopeja – Ferdynand (cz.4)
Haase epopeja – Juliusz społecznik (cz.5)
Haase epopeja – Felix i jego rodzina (cz.6)

(zdjęcia pochodzą ze zbiorów rodziny Haase, z książki „Das war mal unsere Heimat”, Śląskiej Biblioteki Cyfrowej, Mazowieckiej Biblioteki Cyfrowej, Instytutu Leo Baecka)

Szwedzi w Warszawie

Anna Dobrzyńska

szwedziwwarszawie

Budowa kolumny Zygmunta III Wazy

Co działo się w Warszawie po ustawieniu na Placu Zamkowym słynnej kolumny króla Zygmunta? Cztery lata później tron objął jego syn – Jan II Kazimierz, też król Szwecji. Urodził się na Wawelu, lecz w chwilę później ród królewski przeniósł się do Warszawy, a więc wychowywał się i dorastał na Zamku Królewskim. Już jako dorosły z pewnością obserwował z okien zamku postępującą budowę kolumny, na której szczycie usytuowany został pomnik jego taty. W Szwecji nigdy nie był, ale więzy rodzinne – jego dziadek był królem Szwecji – nadały mu w ten zaszczytny tytuł. A skoro był tytularnym królem Szwecji, to jego krewny, król Szwecji – Karol X Gustaw poczuł , że jego władza jest zagrożona, i postanowił podbić Królestwo Polskie.

…W bogatym tle historycznym mamy jeszcze najazd Moskwy na Polskę i całą resztę aspektów II wojny północnej ale – skupmy się na Warszawie i jej mieszkańcach.

szwedziwwarszawie (1)

Kadr z filmu „Potop” w reżyserii Jerzego Hoffmana

W lipcu 1655 roku rozpoczął się najazd kilkutysięcznej armii szwedzkiej. Warszawa nigdy wcześniej nie doświadczyła żadnej okupacji, była więc kompletnie nie przygotowana, ani militarnie ani mentalnie. Szwedzi po prostu – weszli – przez bramę miasta i zajęli zamek. Po drodze napotkali jedynie symboliczną obstawę zamku w ilości około 200 żołnierzy. Wobec takiej przewagi i faktu dokonanego władze poddały miasto i oficjalnie 8 września wręczyły królowi Karolowi Gustawowi klucze do miasta.

I wtedy Warszawa poznała po raz pierwszy smak okupacji, smak, który w swej historii wiele razy jeszcze będzie musiała poczuć.

Szwedzi od razu nałożyli na miasto ogromną kontrybucję, którą musieli płacić mieszkańcy Starego i Nowego Miasta, a także ci, którzy mieszkali na przedmieściach. Im kto bogatszy – tym więcej płacił. Łączna kwota, która miała zasilić szwedzki skarbiec to – 240 tysięcy zł. Była to kwota ośmiokrotnie przewyższająca roczny budżet miasta. A co miał zrobić ten, który pieniędzy nie posiadał? W tej sytuacji pomagało miasto i dawało pożyczkę z kasy miejskiej a mieszkaniec zobowiązywał się do oddania pieniędzy po zakończeniu wojny. To okazało się nierealne i magistrat do końca XVII wieku pożyczki anulował, narażając się na ogromne zubożenie a raczej – wyniszczenie.

Dodatkowych problemów dostarczał warszawiakom nakaz kwaterunku. Mieszkańcy musieli „gościć” żołnierzy w swych własnych domach, zapewniając im wikt i opierunek. Ci, w zamian, awanturowali się, rozrabiali, rabowali i gwałcili. Miasto próbowało zjednać sobie wyższych rangą oficerów, by trzymali swoich podwładnych w ryzach – kupując im drogie podarki, ale nie dawało to żadnego skutku, tylko narażało na kolejne straty finansowe.

szwedziwwarszawie (2)Trudne relacje polsko-szwedzkie na ulicach Warszawy

Ponadto rozpoczęły się grabieże na masową skalę. Szwecja nie była krajem tak rozwiniętym jak dziś, rabowano więc wszystko. Ogołocono z dzieł sztuki Zamek Królewski i inne rezydencje oraz kościoły. Wyrywano z murów marmurowe kominki, kolumny, schody, posadzki, drzwi a nawet ramy okienne wraz z szybami. Wywieziono niezwykle cenne zbiory bibliotek Zamku Królewskiego i Ujazdowskiego oraz akta z archiwum Metryki Koronnej. Stąd w Szwecji tyle poloników. Wszystko to pakowano na barki, szkuty i spławiano do Gdańska i dalej do Szwecji.

W takiej sytuacji nie trudno sobie wyobrazić, że spowodowało to odwet ze strony polskiej i konieczność zakończenia tej przedłużającej się skądinąd – „rodzinnej wizyty”.

Kresy. Powiązania.

Andrzej Rejman

Sięgnąłem głębiej do archiwów rodzinnych.

Znalazłem dokument, a właściwie tłumaczenie dokumentu oryginalnego z 1895 roku z którego wynika, że babcia moja, Małgorzata (później Doktorowicz-Hrebnicka) została usynowiona (adoptowana) przez małżeństwo Julię i Gabriela Rodziewiczów – właśnie w 1895 roku, gdy miała niecałe 6 lat. Z dokumentu wynika także, że ojcem chrzestnym Małgorzaty był Marcin Woyczyński.

W dostępnym powszechnie życiorysie jej nowych rodziców nic o tym nie wspomniano, z pewnością jest to fakt biografom nieznany.

Kim byli Julia i Gabriel Rodziewiczowie?

01_odpis_z_wyciagu_ksiegi_metryki_urodzenia_Malgorzata_H

 Julia Rodziewicz

Urodziła się w 1863r. w Mińsku Litewskim jako najstarsza córka Kazimiery ze Szklenników i Ignacego Woyczyńskiego, który w Paryżu ukończył Szkołę Inżynierii Mostów Kolejowych. Praca przy budowie kolei powodowała, że ciągle przenosił się z rodziną z miasta do miasta. Był on znacznie starszy od żony i zmarł wcześnie. Matka Julii po śmierci męża wyjechała do Petersburga, gdzie Julia ukończyła pedagogiczne kursy z wyróżnieniem – z medalem. Po wyjściu za mąż za Gabriela Rodziewicza, studenta medycyny przyjechała do Wilna. Gabriel studiów nie ukończył, był socjalistą i za kolportaż prasy do fabryk został skazany. Przesiedział jeden rok w więzieniu, po czym był stale pod nadzorem policji. Później pracował jako buchalter w banku wileńskim do końca życia.

1_Julia_z_Woyczynskich_Rodziewiczowa4Małżeństwo Rodziewiczów było bezdzietne, ale od roku 1919 opiekowało się Benedyktem Sawrymowiczem-Wojczyńskim (ur. 1895), gdy przyjechał do Wilna z Zakopanego na studia uniwersyteckie.

Po przyjeździe do Wilna Julia włączyła się do pracy społecznej w Towarzystwie Dobroczynnym. Od roku 1910 prowadziła, jako kuratorka, ochronkę z 120 – 130 dziećmi przy ul. Rossa . Po czterech latach weszła do Zarządu Towarzystwa Opieki nad Dziećmi, które prowadziło cztery sekcje: patronat rzemieślniczy, przytułek dla chłopców, kolonie letnie i zabawy letnie (odpowiednik dzisiejszych półkolonii). Julia Rodziewiczowa była jedną z założycielek Towarzystwa “Oświata”, którego honorowym członkiem była Eliza Orzeszkowa. W momencie wkroczenia do Wilna armii niemieckiej we wrześniu 1915 roku szkolnictwo polskie było już zorganizowane.

3.Julia_Rodziewiczowa_1863_1950

Od września 1915 roku Julia współkierowała Gimnazjum Żeńskim Stowarzyszenia Nauczycieli i Wychowawców, które po dwukrotnej zmianie lokalizacji wreszcie osiadło przy ul. Orzeszkowej 8. Od roku 1921 została zatwierdzona jako kierowniczka tej placówki, na którym pozostawała do momentu przejściu na emeryturę tj. do grudnia 1930 roku.

4._Julia_Rodziewiczowa_z_tylu_napis_Nie_Zapominajcie_DroZa wieloletnią pracę w 1931 roku została odznaczona krzyżem “Polonia Restituta”. Od 1936 roku do 1939 mieszkała razem ze swoim bratem doktorem Marcinem Woyczyńskim, byłym osobistym lekarzem marszałka Józefa Piłsudskiego. Całą okupację spędziła w Wilnie sama, gdyż brat wyjechał do Warszawy. Do PRL przyjechała w ramach repatryjacji na początku 1946, do Łodzi, gdzie mieszkała w Domu Starców. Przez pewien czas mieszkała też w Aninie u siostry, skąd przeniosła się do Domu Nauczyciela Rencisty w Zielonce pod Warszawą, gdzie zmarła 13 VIII 1950 roku. (wg. Ewy Sławińskiej- Zakościelnej – Była taka szkoła. Gimnazjum im. Elizy Orzeszkowej w Wilnie 1915-1939. Red. E. Sławińska-Zakościelna. Londyn 1987. Odnowa.)

2_Gabriel_RodziewiczGabriel Rodziewicz

Urodzony 1862 roku w Dyneburgu. Działacz socjaldemokratyczny. Członek kółka robotniczego w Petersburgu. Szkołę średnia ukończył w Wilnie. W 1882 roku wstąpił na Uniwersytet Petersburski. W 1884 roku przeniósł się do Wojskowej Akademii Medycznej. Zwolnił się w 1887 roku z braku środków utrzymania. Pracę zawodową podjął na kolei w charakterze kontrolera. Był założycielem kółka socjaldemokratycznego w Instytucie Technologicznym w 1887, które połączyło się z kółkiem Bronisława Lelewela. Aresztowany wraz z żoną Julią 8.10.1890 roku skazany na 6 miesięcy więzienia, po czym był stale pod dozorem policji. Później pracował jako buchalter w Banku Wileńskim do końca życia. Zmarł w 1923 roku.

Benedykt Sawrymowicz-Woyczyński, późniejszy mąż Wiesławy Walickiej-Woyczyńskiej, która po śmierci męża wstąpiła w 1933 roku. do zakonu sióstr Franciszkanek, przyjmując imię Benedykty. Początkowo uczyła niewidome dzieci, później poświęciła się pracy organizacyjnej, stając się jedną z najbliższych współpracowniczek matki Elżbiety Czackiej, a w czerwcu 1950 roku jej następczynią na stanowisku przełożonej generalnej zgromadzenia. Funkcję tę pełniła przez 12 lat. W latach 1960-1962 brała udział w pracach Konsulty Wyższych Przełożonych Żeńskich Zakonów i Zgromadzeń. (z historii Zakładu Niewidomych w Laskach pod Warszawą)

Marcin Woyczyński, przyjaciel Marszałka Józefa Piłsudskiego, jego lekarz przyboczny.

Urodził się jako syn Ignacego i Kazimiery z domu Szklennik. Miał siostrę Marię. Absolwent Wojskowej Akademii Lekarskiej w Piotrogrodzie z 1895. Uzyskał tytuł doktora medycyny. W 1896 osiadł w Galicji, a w 1900 jego dyplom lekarski został nostryfikowany na Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Przyłączył się do ruchu socjalistycznego, od 1904 działał w Organizacji Bojowej PPS. Jego pierwszą żoną była Maria, później zamężna z Józefem Mireckim (1879-1908), także członkiem Organizacji Bojowej PPS, straconym na stokach Cytadeli. W 1906 był jednym z organizatorów Akademickiego Klubu Turystycznego we Lwowie. Po upadku rewolucji 1905 zamieszkał w Zakopanem. Od 1912 był członkiem tamtejszego Związku Strzeleckiego.

Po wybuchu I wojny światowej wstąpił do Oddziałów Strzeleckich Józefa Piłsudskiego. Rozkazem Komendy Legionów Polskich z 10 października 1914 został mianowany lekarzem II batalionu 3 Pułku Piechoty w składzie II Brygady, a dzień później awansowany do rangi podporucznika lekarza. 3 grudnia 1914 jego batalion został przeniesiony do 2 Pułku Piechoty w składzie II Brygady. W 1915 odbył leczenie w Szpitalu Rezerwowym nr 1 w Wiedniu. 15 grudnia 1915 został mianowany porucznikiem lekarzem, zaś 1 grudnia 1916 kapitanem lekarzem. W 1916 pracował jako lekarz w parku amunicyjnym 1 Pułku Artylerii. Po bitwie pod Rarańczą (15/16 lutego 1918) był internowany. Po odzyskaniu wolności służył w c. i k. Armii.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości w listopadzie 1918 wstąpił do Wojska Polskiego. Został awansowany do stopnia majora od 15 listopada 1918. W szeregach 5 Pułku Piechoty Legionów brał udział w bitwie o Lwów podczas wojny polsko-ukraińskiej. Uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. Pełnił funkcję komendanta Szpitala Załogi w Radomiu (Szpital Garnizonowy Radom) w ramach Dowództwa Okręgu Generalnego „Kielce”. 1 czerwca 1921 pełnił służbę w Dowództwie miasta Wilna, pozostając na ewidencji Kompanii Zapasowej Sanitarnej Nr 2.

Zweryfikowany w stopniu podpułkownika lekarza ze starszeństwem z 1 czerwca 1919 roku. Po wojnie pełnił służbę w Szpitalu Okręgowym nr 3 w Grodnie (1923), później w 1 Pułku Piechoty Legionów w Wilnie, pozostając oficerem nadetatowym 3 Batalionu Sanitarnego. Do 15 maja 1925 roku był „odkomenderowany” do Szpitala w Rajczy na stanowisko ordynatora. Z dniem 31 lipca 1925 roku został przeniesiony w stan spoczynku, w stopniu pułkownika, wyłącznie z prawem do tytułu.

W 1928 roku został ponownie powołany do służby czynnej i mianowany lekarzem przybocznym Generalnego Inspektora Sił Zbrojnych, marszałka Józefa Piłsudskiego. Sprawował opiekę nad marszałkiem podczas kuracji antyartretycznej w tym właśnie roku. Towarzyszył mu również podczas podróży zagranicznych – w sierpniu 1928 roku do Rumunii, od 15 grudnia 1930 do 29 marca 1931 roku na Maderę, od 1 marca do 22 kwietnia 1932 roku do Egiptu i Włoch. 22 grudnia 1931 roku awansował na rzeczywistego pułkownika ze starszeństwem z 1 stycznia 1932 roku i 1 lokatą w korpusie oficerów sanitarnych, w grupie lekarzy.

Woyczyński był wieloletnim przyjacielem marszałka. Mieszkał po sąsiedzku przy Alejach Ujazdowskich w Warszawie. Woyczyński wykazywał zaniepokojenie stanem zdrowia Piłsudskiego, a konkretnie wątroby. 12 kwietnia 1935 roku, miesiąc przed śmiercią Piłsudskiego, ustąpił z funkcji lekarza przybocznego. Odejście ze stanowiska miało się wiązać z kontaktami jego żony z przedstawicielami ruchu komunistycznego (Stefania Sempołowska, Wanda Wasilewska) oraz zachodzącym podejrzeniem infiltracji Woyczyńskich przez wywiad sowiecki bądź nawet współpracy z nim. Z dniem 31 sierpnia został przeniesiony w stan spoczynku.

Marcin Woyczyński był żonaty z Ludwiką z Karpińskich (ur. 25 sierpnia 1872 roku w Warszawie, zm. 30 stycznia 1937 roku w Warszawie). Żona pułkownika była doktorem psychologii, odznaczona Krzyżem Niepodległości, Krzyżem Walecznych i Złotym Krzyżem Zasługi. 1 lutego 1937 roku została pochowana na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach (źródło: Wikipedia, 10.12.2015)

***

I jeszcze ciekawostka

Dzięki Marcinowi Woyczyńskiemu kilka razy udało się wypożyczyć do ważnych celów samochód Marszałka Piłsudskiego…

I tak, według przekazu rodzinnego, do ślubu jechali nim w lipcu 1932 roku Janina Stankiewiczówna i Stanisław Tyszkiewicz. “Ślub odbył się 5-go w kościele św. Aleksandra w Warszawie, obiad w Wawrze”, pisze Małgorzata Hrebnicka w swoich dziennikach przedwojennych.

slub-i-auto

W innym miejscu notuje:

listopad 1932 – “…22-go umarła p. Zofia Stachowska!

Byłam na eksportacji, a więc jeździłam do Warszawy (autem Marszałka Piłsudskiego z Marcinkiem)”

Zofia Stachowska to prawdopodobnie matka Saliny Baniewicz ze Stachowskich, matki Antoniego Baniewicza, powstańca warszawskiego, o którym wcześniej pisałem.

***

To o czym dziś piszę, może wydawać się ciekawe jedynie dla genealogów lub badaczy szczegółowej historii rodów kresowych, jednak jest tu kilka, jak sądzę ciekawych wątków, wymagających jeszcze rozwinięcia.

Zdjęcia też są oryginalne i nie publikowane, więc mogą stanowić dodatek do opisów historycznych tamtych czasów.

ciąg dalszy nastąpi

Z sadów pradziadka do powstania warszawskiego 8

Andrzej Rejman

Ostatnie dni Powstania Warszawskiego

Wrócę jeszcze do tamtych czasów, choć znam je tylko z opowiadań i rodzinnych materiałów archiwalnych.
W przededniu kapitulacji powstańców na Żoliborzu – 29 września 1944 – poległ na Placu Henkla – Antoni Baniewicz, ps. “Wilczyński”. Pisałem już tu o nim, ale jeszcze do niego wrócę.
Antoni Baniewicz przyjaźnił się z Kazikiem Hrebnickim (rocznik 1922), który został rozstrzelany pod Skierniewicami półtora miesiąca wcześniej.

Jeden z tekstów Matki Antoniego – Saliny Baniewicz poświęcony jest Kazikowi Hrebnickiemu

BIAŁY KRZYŻ

Kazikowi Hrebnickiemu- zamordowanemu 18.VIII.1944 r.

Z dala od stolicy, pod Skierniewicami,
Gdzie słania się pole ciężkimi kłosami,
Gdzie złocą się zboża szerokie zagony,
Gdzie czasem odpocznie wędrowiec znużony
Pod gałęziami przydrożnych krzaków,
Gdzie ciszę zamąca jedynie chór ptaków,

Gdzie zapach rumianku się mocny unosi,-
tam znad akacji ramiona swe wznosi
samotny, wysoki, drewniany krzyż biały,
z daleka w słońcu lśniący się cały;
a wieczorami cień jego długi
rzuca na drogę liliowe smugi.

Wskazują one, że to ziemia ta święta
Wchłonęła tutaj polskie orlęta.
Tu barbarzyńsko krew młodą przelano:
Bezbronnych powstańców zamordowano-
Dwóch bohaterów, których szlak krwawy
Prowadził z murów płonącej Warszawy.

Jednego z nich zidentyfikowano,
Drugiego natomiast – nie rozpoznano.
I matka może do dzisiaj czeka
Powrotu syna.. a czas ucieka…
Już nie zobaczy swojego dziecka,
Bo je zabiła kula zdradziecka.

A ty Kaziku, szlachetny, czysty,
Coś umiłował kraj swój ojczysty
Ponad naukę, nad młodość swą jasną,
Nad ukochaną rodzinę własną,-
Nie zawahałeś się w najlepszej wierze
Życie swe złożyć w ofierze.

Kaziku drogi, chłopcze serdeczny,
Za wcześnie cię spokój ogarnął wieczny.
Zbolała matka płacze w żałobie
I niknie w oczach z żalu po Tobie
A tu tymczasem krzyż biały strzeże
Miejsca, gdzie padli nasi żołnierze.

(Salina Baniewicz, Warszawa, 1949 r.)

Obie matki łączyło wspomnienie poległych synów.
Salina Baniewicz przekazała wszystkie swoje teksty w maszynopisie – Małgorzacie Hrebnickiej, mojej babci.

 1_Kazik_Hrebnicki_ok_1927Kazik Hrebnicki koło r. 1927

2._Kazik_Hrebnicki_z_siostra_Julcia_Orawka_ok_1927Kazik Hrebnicki z siostrą Julcią, koło r. 1927

kazik-skierniewiceKazik na wakacjach w Raju / miejsce śmierci Kazimierza Hrebnickiego, Skierniewice (także na zdjęciu poniżej)

5._w_glebi_miejsce_smierci_Kazimierza_Hrebnickiego_Skier

***

Inny, zawsze aktualny wiersz Saliny Baniewicz:

DLACZEGO?

Dlaczego tak trudno jest ludziom dogodzić?
Dlaczego nie zawsze radość dziecka cieszy
i zamiast zły humor uśmierzać, łagodzić –
niektórych drażni, denerwuje, śmieszy.

Dlaczego rodzice różnie rozumieją
szczęście dorosłej córki, czy syna
i szczęścia tego cenić nie umieją;
dlaczego wszystko nudzić ich zaczyna?

I dlaczego jeszcze – nieraz błahe sprawy
rosną niepotrzebnie do wielkich rozmiarów?
Dlaczego z niewinnej na pozór zabawy
wybucha płomień ogromnych pożarów?

Dlaczego tak krwawo dziś słońce zachodzi?
Dlaczego tak szybko mijają zachwyty?
Stłumiony bunt – dlaczego w apatię przechodzi,
w której żal drzemie, głęboko ukryty.

Daleczego człowieka upadla cierpienie?
Dlaczego nad życiem, jak jastrząb, krąży
niespodziewanie, nagłe przeznaczenie?
Dlaczego kropla wody twardy kamień drąży?

Dlaczego w niewoli myśl czynu się rodzi,
a zapał uszlachetnia, wzmacnia i jednoczy;
dlaczego jednak ta zgoda odchodzi,
gdy kraj za wolność już krwią nie broczy?

Dlaczego tych, którzy w walce polegli,
z serc bratnich usuwa pamięć krótkotrwała?
Dlaczego w pośpiechu rodacy nie spostrzegli,
iż mogiła powstańców zdeptana została?

Umarłej wiary, bohaterstwa, poświęcenia –
samotne matki może jeszcze strzegą,
lecz i one odejdą w otchłań nieistnienia…
Czas świętą przeszłość pogrzebie… Dlaczego?

1950 r.

c.d.n. wiersze Saliny Baniewicz będę jeszcze publikował, bo są niezwykłe i wciąż aktualne.

Przez okno autobusu

Ewa Maria Slaska

Jaczo, Jaczko, Laco,Jacko, Jako, Jakso, Jaksa…

no… no tak, dobrze, jasne, Jaksa z Kopanicy, ten który bił pierwszą monetę, już chciałoby się powiedzieć, że polską, ale nie polską tylko słowiańską. Po niemiecku nazywa się go Jacza, Jaczo albo Jaczko i ma swoją ulicę, Jaczo-Straße, w berlińskiej dzielnicy Spandau, co się na słowiański wykłada Szpandawa. Na brakteacie nazywa się go Iacza de Copnic. Pieniążek jest słynny, znało go w Polsce każde dziecko szkolne, a pojawił się też u Nienackiego w Panu samochodziku i zagadkach Fromborka i w jednej z powieści Chmielewskiej, ale nie pamiętam, której.

Jaksa był ponoć wielkim władcą, ale właściwie nic o nim nie wiadomo na pewno. Może ożenił się z możną panną, siostrą Piotra Własta, a może córką, może mieszkał we Wrocławiu, może w Krakowie, w Miechowie, w Szpandawie, w Kopanicy, może ufundował klasztory, może pielgrzymował do Ziemi Świętej. Nic się z niczym nie zgadza, nic nie wiadomo, może po prostu było trzech Jaksów, jeden pielgrzymował, jeden się żenił, a jeden wzniecił powstanie przeciw Niemcom. Tak naprawdę to dla Polaków ważne jest tylko, że bił monetę, a dla Niemców, że się bił… W polskiej Wikipedii nie ma mowy o żadnym biciu się. Mieszkam jednak w Berlinie wystarczająco długo, żeby wiedzieć, iż Jaksa walczył z Albrechtem Niedźwiedziem, a tego zbója  każde polskie dziecko zna może nawet lepiej niż Jaksę.  Ważyły się losy, czy Brandenburgia będzie germańska czy słowiańska, a w terminologii tamtych czasów czyli XII wieku – czy będzie chrześcijańska czy pogańska. Jacza przegrał…

jaczoturmWracam autobusem z Gatow, gdzie zbierałam materiały do artykułu o uciekinierach, do centrum miasta. Nagle przez okno widzę strzałkę: Jaczoturm. Jaczo, Jaksa, wieża Jaksy… Lubię takie niespodzianki. Wysiadam na najbliższym przystanku i wracam pod napis. Trochę się kręcę bezradnie, ale dość szybko znajduję w przydrożnym lasku niepozorny murowany budyneczek. Po bokach jakieś reliefy i zatarty napis, przede mną leśny dukt. Za lasem już brzegi Haweli, która jest tu szeroka na dobre pół kilometra.

Nic nie rozumiem. Dlaczego ktoś wybudował taką wieżyczkę i dlaczego poświęcił ją Jaksie? Jaksa przegrał… I tyle. Tymczasem na tablicy informacyjnej naprzeciwko wieży znajduję dwie opowieści, zatytułowane Mit i Prawda. Obie fascynujące. I obie całkowicie (mi) nieznane.

Prawda jest jak jeden z odcinków Gry o tron. W roku 1150 umarł bezpotomnie słowiański władca Brandenburga i Brandenburgii, Przybysław, wujek Jaksy. Jego żona Petrissa zamiast przekazać włości męża bratankowi, podarowała je Albrechtowi Niedźwiedziowi. Jaksa się wściekł, ale umiał pohamować gniew, przyczaić się i doczekać sposobności, by odebrać to, co zgodnie z prawem dziedziczenia uważał za swoje. Sposobność nadarzyła się w kilka lat później, kiedy znaczne siły jego przeciwnika zostały związane na terenie Polski. Jaksa zdobył gród, ale Niedźwiedź odzyskał go 11 czerwca 1157 roku. Ten dzień uważa się za historyczny początek Marchii Brandenburskiej.

Legenda natomiast głosi, że Jaksa uciekł z Brandenburga a Niedźwiedź go gonił. Gdy dotarli do brzegów Haweli, Jaksa zostawił na drzewie ciężką tarczę i róg, i rzucił się wpław do rzeki, ale fala zaczęła go zalewać. Tonący książę wezwał na pomoc słowiańskiego boga Trigława, który mu jednak nie pomógł, i wtedy Jaksa miał zawołać do Boga chrześcijan, że da się ochrzcić, jeśli ten go uratuje. I proszę, bez trudu udało mu się przepłynąć na drugi brzeg. Miejsce, gdzie Jaksa odłożył tarczę i róg, nazywa się Schildhorn czyli dokładnie tak – Tarczaróg. I to właśnie zdarzenie upamiętnia wybudowana przed stu laty wieża Jaksy. Zresztą może to też legenda, bo są tacy, co twierdzą, że stała już ona w tym miejscu w latach 80 XIX wieku.

To zresztą wcale nie jest taka błahostka, przepłynąć na koniu przez rzekę. W 30 lat później w rzece Saleh w Anatolii utopi się wracający z krucjaty Fryderyk Barbarossa. Książę Józef Poniatowski też skoczył do rzeki i utonął.

PS. Napis na wieży Jaksy głosi:

Has per fauces, Jaczo, princeps slavorum,
ab Alberto Ursu pulsus, ad habelam evasit.
Anno Domini MCLVII.
Co oznacza:
Przez ten wąwóz Albrecht Niedźwiedź
ścigał słowiańskiego księcia Jaksę i wpędził go do Haweli.
Stało się to w Roku Pańskim1157.

Wąwóz? Nie nazwałabym tej ścieżki wąwozem. Ale cóż, może przed 800 laty była głębsza. W każdym razie na mapie zaznaczona jest jako Wąwóz Jaksy.

Koniec wycieczki do historii zaoczonej z okna autobusu. Wracam na przystanek i do rzeczywistości. Po pół godzinie jestem w centrum miasta i stoję przed domem, w którym w wczoraj zostało zorganizowane kolejne schronisko dla uciekinierów. Zamieszka w nim 200 Syryjczyków, którzy uciekali, niektórzy może wpław przez morze.

Rok 1232 – ciąg dalszy

Mieczysław Bonisławski

IV

Mroczko uchylił zbite z bali drzwi. Zaskrzypiało nieprzyjemnie. Komes schylił głowę, ostrożnie wszedł do środka i starannie zamknął je za sobą. Znajdował się w niewielkiej, podłużnej hali. Skąpe światło, wchodzące przez malutkie okienka po bokach nie było w stanie rozproszyć gęstego mroku. Jedynie w drugim końcu, naprzeciw drzwi, kontrastowo jasno paliły się cztery, ułożone w kwadrat pochodnie, wetknięte pod powałę.
Czarno ubrana postać krzątała się w tamtym końcu, w świetlnym sześcianie, a duże, ruchome cienie, które rzucała, przydawały jakiejś demonicznej scenerii całemu wnętrzu.
Kasztelan kilkoma energicznymi krokami przebył długość hali. Na brzęk przypasanego miecza, uderzającego o kamienną posadzkę, czarno ubrana postać odwróciła się twarzą ku wejściu. Mroczko stanął na wyciagnięcie ręki.
– Witam pana brata – zaczął nieco drwiąco, lecz na twarzy tamtego wywołało to taki grymas, że w pół słowa zamilkł.
Prepozyt lubuski, Gerlach, ułapił brata za ramiona i szybko puścił, odwrócił się i odszedł pod ścianę.
– Te drzwi skrzypią niczym potępione dusze…
– Zamilcz! – syknął ksiądz.
– Niezłą świątynie wystawiłeś panie bracie – zda się że posadzka, którą podarowałem, wymusiła na tobie przykrą decyzję…
– Zamilcz kasztelanie, rzekłem!
Mroczko opuścił głowę, bawił się chwilę rękojeścią, po czym postąpił krok ku Gerlachowi. Ten gwałtownie odwrócił się i ruchem ręki powstrzymał go. Komes stanął na skraju świetlnego sześcianu.
– Nie przestępuj tu… – w głosie prepozyta było ostrzeżenie.
Mroczko posłusznie zawrócił. Ksiądz postąpił kilka kroków za nim.
– Mów, czego oczekujesz ode mnie – tym razem ślad prowokującej drwiny wybrzmiał z ust Gerlacha.
Mroczko chwycił brata za ramię. Stali teraz twarzą w twarz. Komes mówił żarliwie:
– To się nie może wydać. Tylko w naszym interesie jest utrzymanie status quo po śmierci tego całego Mojka…
– Ciszej! – syknął Gerlach wpatrzony w małe okienka.
Mroczkiem wstrząsnął dreszcz.
– Sądzisz że ktoś podsłuchuje? – powędrował za wzrokiem tamtego.
– Nie sądzę. – głos prepozyta zabrzmiał beznamiętnie – I ty teraz mówisz o naszym interesie? Dostałeś ziemię i ludzi – łany pola, cetnary ryb, bydło i żelazo – tu, między Lubuszem a Międzyrzeczem… Czy ty to rozumiesz? Nie dziewki i miód… Miałeś pilnować i tej osady i, przede wszystkim, siebie. Być opiekunem mieszkańców… A teraz, ładny dziedzic ci się szykuje…? – zadrwił.
Za ścianą coś zachrobotało.
– A jednak – Mroczko sięgnął do rękojeści miecza i postąpił do okna. Po drugiej stronie odpowiedział głuchy tupot.
Gerlach przytrzymał komesa za rękę.
– To jakiś niedorostek, ciekawi są kościoła…
– Nie o taki plon do Pana się modliłem. – kontynuował – Rzekłeś status quo… Diabli nadali tego Gawła – czyżby Jędrzych się czegoś domyślał? Otacza się coraz to nowymi urzędnikami, nie daje nikomu dobrze zapuścić korzeni.
Mroczko niecierpliwie przerwał.
– Trzeba zamknąć mu gębe, przecie będzie to po rodzinie…
– Zobaczymy. – uciął Gerlach i uśmiechnął się ciepło – Czegóż nie robi się dla swego brata, ale… – zwiesił głos – Pana nie oszukasz. Jak swą winę chcesz zmazać? Zresztą nie czas teraz… Pójdziecie z kanonikiem Witosławem, znasz go jeszcze z Pogorzeli.

Komes odwrócił się i szybko wyszedł. Gerlach chwilę popatrzył za nim i cofnął się do oświetlonego kwadratu.
– Wyjdź – rozkazał.
Uchyliły się niskie drzwi z ciosanych bali i zza tabernakulum wysunął się kilkunastoletni chłopak. Jego ubiór wskazywał na syna bogatego gospodarza lub osadnika, piastującego funkcję w książęcej administracji.
– Byłeś sam? – prepozyt wskazał skinieniem głowy gdzieś za siebie.
– Jakże to, poszli wszyscy za jaśnie wielmożnym panem…
– No, no! – Gerlach przerwał zniecierpliwiony.
Z mroku niszy z boku prezbiterium przywołał jeszcze jedną osobę, której postaci zaaferowany komes nawet nie zauważył.
– Oto wielce uczony pan, opowie ci dziś dalszą część historii.
– Prawda, to będzie?
Nieznajomy położył rękę na ramieniu chłopca.
– Było to w Zielone Świątki, roku 1184, gdy cesarz Fryderyk, Rudobrodym zwany, wydał turniej na cześć pasowania swoich synów na rycerzy. Do królewskiego miasta Moguncji przybył świątobliwy Guiot de Provins i opowiedział to zacnemu rycerzowi Świętego Cesarstwa Rzymskiego, kawalerowi Wolframowi von Eschenbach.
– Dobrze, już dobrze – oschle przerwał mu Gerlach i zwrócił się do chłopca – Zapamiętałeś com ci mówił ostatnio?
-Tak, wszystko – w głosie małego brzmiała zapalczywość i entuzjazm.
– Mów zatem.
Obaj mężczyźni stanęli w rogach oświetlonego kwadratu, sami pozostając w półmroku, twarzami zwróceni do ołtarza. Chłopak stał w świetle pochodni i mówił złożywszy dłonie jak do modlitwy:
– Pan nasz, Święty cesarz Rzymski Narodu Niemieckiego, Fryderyk sycylijski, uzurpator na tronie jerozolimskim…
…Jego dziad, Fryderyk, zwany Rudobrodym, pobił i wygnał Henryka, zwanego Lwem, syna Henryka, zwanego Pysznym z rodu Welfów…
Gerlach i nieznajomy uważnie słuchali słów wypowiadanych przez chłopaka, bacznie pilnując, czy nie pomija on najmniejszego choćby szczegółu.
– …I wtedy cesarz Otton, prawnuk cesarza Henryka, który pobił ród wyrastający z niecnego korzenia Karola, zwanego Młotem, i zabrał mu świętą ziemię w Lotaryngii i przywrócił diadem cesarstwa na prawowite czoło, w powrotnej drodze od księcia Bolesława, zwanego Chrobrym, zatrzymał się tutaj, w grodzie Sulęty.
– Wiesz, że książę, sprowadził tu rycerzy Świątyni? – Gerlach półgłosem zwrócił się do nieznajomego.
Tamten, mimo wyraźnego poruszenia, ściszył głos aż do szeptu:
– Tym bardziej musimy chronić Skarbu i Tajemnicy. Najlepiej by do chwili, gdy nadejdzie czas, w ogóle zatrzeć ślad pobytu cesarza w tej okolicy. Czy ona sama jest bezpieczna? Nikt się nie domyśla? Nic jej nie grozi?
– Zostawimy Strażników. Ani templariusze, ani nikt inny nie zerwie nam naszej maleńkiej szczepki, choćby i przez następne 200 lat.
– Słyszałem pewne plotki…
– Nikomu nie da się wierzyć, nawet własnemu bratu. On teraz książęcy, i duszą i ciałem. Chciwość, złoty cielec. Zresztą na księcia nie liczę, nie musi zatem wiedzieć. Pobożność świętej Jadwigi i jej oddanie Sprawie wystarcza nam za gwarant za ich oboje…
– Nie o tym mówię. Czy to prawda, że nie dopilnowałeś, że sok z naszego grona został zanieczyszczony?
– Najważniejsza jest Tajemnica, a akurat temu krzewowi i tak już nic takiego nie zaszkodzi. Prędzej pomoże. Niech się spokojnie krzewi. Zaowocuje, bo taki jest Plan. Zaś pamięć o cesarzu i jego namiętności tutaj, już dawno płyną podziemnym strumieniem przez Arkadię. – Gerlach roześmiał się – A wiesz, że tu jest nawet dobry klimat do uprawy wina?
Przybysz pokręcił przecząco głową.
– Słyszałem, że ON też jest Saksończykiem. A jeżeli to nie przypadek, jeżeli ktoś realizuje inny, przeciwny naszemu plan, to to jest wyraźny znak. Dobro i zło, szczep i trucizna przychodzą TU, w to miejsce, jedno za drugim z tego samego źródła.
– Zaufaj mi. Ja działam. Ja ochronię. A jeślim ci za mały robak, to zaufaj świętej księżnej, która też działa. Wszakże ja sam… Oboje jesteśmy narzędziem w ręku Pana, w tym w końcu miejże ufność, na Boga!
Chłopak od dłuższej chwili stał już, skończywszy swoją lekcję i słuchał z otwartą gębą.

V.

Ze stoków Winnej Góry dolina Sulęcina wyglądała jak wrzeciono wciśnięte między dwa zalesione grzbiety. Z lewej strony wrzeciono to opływała wąska, ale głęboka Postomia, podążając prosto na spotkanie wysokiej, okrągłej góry, zamykającej widnokrąg od północy. Po wejściu na szczyt nowa perspektywa przydawała zaskakujących wrażeń. Jak okiem sięgnąć, przestronny plan pokrywały równoległe, poprzecinane przełęczami grzbiety, pomiędzy którymi, jasnymi plamami dojrzewających zbóż, ciągnęły się głębokie kaniony. Ich dnem płynęły wąskie rzeczki, zaś w kierunku południowego wschodu – pękł naszyjnik z nanizanych błękitnych koralików jezior. Niezwykły to był widok: sfalowany kobierzec, poprzetykany złotymi, wijącymi się nićmi – jak z tej perspektywy odznaczały się doliny – z idącym na skos błękitnym ściegiem.

Grupka mężczyzn wspięła się na szczyt i przystanęła na brzegu opadającego ku rzece urwiska. Nie było po nich widać oznak zmęczenia, niemniej stojąc przez chwilę nieruchomo, podziwiali wijącą się posłusznie za nitką rzeki, wysadzaną wielkimi ostańcami, ścianę.
– A oto i pozostałości grodu Sulęty – wskazał ręką, odchodząc nieco od skraju, kanonik Witosław.
Nagi wierzchołek stanowił płytki krater o otoczce z bali powbijanych na ukos w ziemny wał. Podstawa owa zachowała się w stosunkowo w niezłym stanie, jeśli porównać ją ze zwieńczeniem. Coś co niegdyś pobudowano jako okrąg ścian, do dziś pozostało już tylko drewnianym szkieletem; gdzie niegdzie, z rzadka wisiały nadpróchniałe deski. Od strony Postomii konstrukcja przypominała wyniosłość wieży, ale tu też ku niebu sterczały tylko ułamane w połowie słupy nośne.
– Jak nam wiadomo – podjął opowiadanie kanonik – łużyccy Lubuszanie zamieszkali tu na długo przed księciem Mieczysławem, który w Bożej łaskawości, zechciał był przynieść na Lubuską Ziemię światło prawdziwej wiary. Od strony dzisiejszego Sulęcina – zatoczył ręką łuk w kierunku, z którego przyszli – było pierwsze lubuskie podgrodzie. Podówczas gród służył wszystkim mieszkańcom jako schronienie w razie napaści…
– Mądrze postąpili ci poganie. Miejsce niedostępne, zdatne do obrony. A wokół pod dostatkiem drewna i zwierzyny; w dole blisko woda i oba trakty na których zapewne często pojawiali się kupcy…? – chwalił rozglądając się Gaweł.
– Książę Mieczysław wprowadził w miejsce tych barbarzyńskich praw, prawa chrześcijańskie i stworzył civitas, przesuwając osadę kmieci i wyrobników w dolinę a w grodzie osadził miejscowego żupana, Sulęta, od imienia którego wieś Sulęcinem nakazał zwać.
– Tu – wyciągnięta ręka wskazała na pozostałość wieży – była mieszkalna czatownia, jako, że zamku nigdy nie wybudowano. Cała była obudowana deskami a na górze był podest, a nad nim wsparty w narożnikach, czteroboczny drewniany dach z masztem i flagą z godłem księcia.
Bero i Gaweł bacznie słuchali słów Witosława. Kasztelan Mroczko wrócił się kawałek w dół do trzymających wartę rycerzy. Pociągnął wina z bukłaku, zamienił kilka słów z Obiesławem i Naściwojem, po czym odwrócił się ku ruinom.
– Wracajmy mości komorniku. Czas na wieczerzę, a i wypocząć trzeba.
Kanonik skończył swą opowieść, spojrzeli więc jeszcze wokół i poczęli schodzić.
– Szczęście to móc ład chrześcijański prowadzić w te piękne okolice – zachwycał się Gaweł – Ale i księcia Jędrzycha nie mniejsza tu będzie zasługa… Rzec można – piękne dokończenie dzieła przez księcia Mieczysława poczętego.
– Zatem, pewne to już? – interesował się ksiądz.
– Będzie tu miasto, na nowym prawie, pieczęcią księcia gwarantowanym.
– Nowe prawo – nowe kłopoty – Witosław spróbował żartem nastroić Gawła do zwierzeń – Czy zwolnienie z dziesięciny in campo obejmie też miejscowych?
– Wszyscy oni tu teraz miejscowi – odpowiedział równie wesoło komornik – Nie widziałem ja jeszcze takiego przemieszania gości…
– Nie starczyło gotowizny, mości komorniku – Mroczko poczuł, że to o nim mowa – Sprowadzić z zagranicy tylu gości, aby zapełnić nimi całą osadę, znaleźć miejsce dla wyrugowanych miejscowych, a potem dać jeszcze wszystkim osadnikom, według książęcego prawa, 16 lat wolnizny – to dla mnie samego – niedostatek i upokorzenie.
– To pewnie i teraz zbyt się nie ucieszyłeś mości panie pogorzelski – konfidencjonalnie prowokował Gaweł – Nowe prawo, to nowe przywileje – i naraz zakończył bardzo poważnie, władczym tonem – Sam widzisz mości kasztelanie ile tu trzeba zrobić, by było miasto! Nowe ulice, nowe domy, nowy kościół, rynek – ale miasta, to porządek w księstwie! To zyski z handlu i rzemiosła, na których księciu bardzo zależy… – warto ponieść pewne obciążenia, mości kasztelanie. Gdy miast wspomagać w budulcu i żywności, będziemy pobierać wszystkie daniny w zbożu i w inwentarzu, osadnikom nie będzie się opłaciło z daleka do nas przyjeżdżać i skąd wtedy weźmiemy, tak potrzebnych, rzemieślników i kupców? A książę przecież widzi i twoje, mości kasztelanie, problemy i dlatego pomaga w tej prywatnej lokacji…
Mroczek odczytał ostatnie zdanie jako naigrywanie z siebie. Ale pozwolił sobie na zbyt nieostrożny dąs:
– Dużo mi z tego przyjdzie!
– Mówiłeś, mości komorniku, o nowym kościele? – wszedł w samo, rozpalające się, ognisko zwady ksiądz Witosław – Szkoda zatem wielka, że książę i z biskupem lubuskim, Wawrzyńcem, nie podpisał nakazu budowania kościołów z kamienia…
Gaweł odgadł o szło kanonikowi, uśmiechnął się więc i rzekł powoli:
– Przeto nie musisz księże Witosławie, ale możesz, ten zacny obyczaj zaprowadzić i tutaj.
Witosław nie przystając, wzniósł oczy ku niebu.
– Niech Panu naszemu, będą dzięki, za pomyślność tego dzieła.
Uszli jeszcze kilkanaście kroków, gdy nagle odezwał się milczący dotąd Bero:
– Mamy tylko problem z obsadzeniem wójtostwa, księże kanoniku. Byłby kandydat, dobry gospodarz, saski osadnik, ale ponoć związał się z miejscową dziewką jakowąś…
– Wybacz Panie Walterowi. Czas przyszedł na niego, mości wójcie średzki, żenić mu się trzeba… Rozprawiałem z nim już o tym – ale jeżeli nie chce słuchać… A tu będzie trzeba postąpić z prawem boskim, nie książęcym.
– Czyżby sprawy zaszły już aż tak daleko? – zmartwił się Gaweł – Szczerze bym żałował, jako że przypadł mi on do gustu.
– To wie tylko Bóg na razie – ksiądz Witosław złożył dłonie – Ja nie. Rady jeno sam szukam. W przewidywaniu i mądrości Pańskiej znajdując upodobanie, póki nie jest jeszcze zbyt późno na wnioski lubo decyzje… – dodał starając się by wypadło to skromnie, by nie wywołać cienia posądzenia o chęć wpływania na decyzje urzędu.
Cała czwórka, poprzedzana parą zbrojnych, powoli weszła między rozrzucone wzdłuż traktu chaty.

VI.

Słońce stało jeszcze dosyć wysoko, ale przebijająca się spomiędzy koron najwyżej rosnących drzew, krwistoczerwona kula wskazywała już na wieczorną porę. Ciemność w dolinie, zwłaszcza latem, zapadała jednak powoli.
Odbywało się długie misterium przechodzenia od dnia do nocy. Różowiejące niebo i opadająca nagle za linię horyzontu ognista kula, nie były widoczne zza ściany lasu – tu niebo z błękitnego stawało się mleczne, potem szare, bardziej szare, aż w końcu bure i pojawiały się pierwsze gwiazdy. Migotały sobie, hen tam wysoko, a z coraz mniej wyraźnie rysującego się po bokach lasu, słychać było chór dzwonków i chrapliwe pokrzykiwania. To wracały na nocleg sulęcińskie stada, poganiane przez pastuchów. Tym ostatnim wtórowały dźwięczne głosiki dojarek, które przygotowały już wszystko do wieczornego udoju i zniecierpliwione wybiegły na spotkanie nie widzianych od obiadu chłopców. Teraz, latem, mogły się nimi nacieszyć, gdyż za chwilę stróże oznajmią porę snu i nikt nie wyjdzie poza pełną siana stodołę. Zimą, jesienią i wiosną przegrywały jednak w długie wieczory z karczmą Odona.

Kwatera komesa Mroczka znajdowała się w domu zmarłego sołtysa, pośrodku wsi. Wiola, sierota po Mojku, przeniosła się wraz z młodszym rodzeństwem, na czas pobytu dostojników do domu swego stryja. W całym obejściu pozostała tylko domowa służba, jako że bydło i owce wraz z zagrodnikami zostały już oddane kasztelanowi bądź rozdzielone między rodzinę.
Budynek mieszkalny stał szczytem do lubuskiego traktu, w rogu prostokątnej terasy wznoszącego się z drugiej strony stromo nad rzeką. Skłon porastały wysokie trzciny i wiklina, a pomiędzy nimi wiła się do góry ścieżka wychodząca między Mojkową oborą i stodołą. Tu, w świetle księżyca, zjawił się odświętnie ubrany Walter. Zbiegł od strony obejścia i stanął w momencie, gdy mu pod butami zachlupotało błoto. Rozejrzał się niecierpliwie, ale Racława już czekała, Wiola jednak zastąpiła ją przy kołysce… Kochana Wiola, nie zawiodła swej przyjaciółki, w ten najważniejszy dla niej dzień, kiedy wszystko miało się wydać i wszyscy mieli uznać ich tajemnicę za swoją. Za prawo, ich prawo, wzięte przecież ze zgody urzędników samego brodatego księcia i jego świętej żony, śląskiej Jadwigi. Jaki ten Walter potrafił być ważny, wspaniały…
Ciepła, czerwcowa noc sprzyjała zabawie na świeżym powietrzu. I chociaż osada miała jeszcze zwolnienie z obowiązku goszczenia ludzi księcia, to przecież brak gospodarza, czynił okazję wyjątkową. Wieczerzano zatem i u komesa Mroczka na specjalnie w tym celu przygotowanym podwórzu, zajadając to co zostawił po sobie nieboszczyk, a czego nie miał już wziąć skarb księcia. Stoły ustawiono w podkowę, tak by siedzący na jej grzbiecie Mroczko miał przed sobą drzwi chaty. Im dalej od kasztelana, tym mniej znaczni ucztowali goście: od książęcego komornika i miejscowego proboszcza począwszy aż po co bogatszych kmieci – osadników – Głąba, Pirosza, Konrada.
– Gdzież to tym razem Bóg cię prowadził, zacny al Sahinie? – dopytywał się kasztelan ryczyński u zakąszającego naczelnika karawany.
Kupiec powstał i skłonił się.
– Jak wiesz panie, jadąc w miesiącu kwietniu z Flandrii i Niemiec złożyliśmy tu, w Sulęcinie, duże zamówienie na miód i skóry, po czym pokładając swą ufność w wszechogarniającej mocy Allacha, podążyliśmy wioząc piękne tkaniny do Gdańska. Wracamy teraz oto, po drodze zawitawszy jeszcze do sławnego miasta Kołobrzegu.
– Długo zamierzacie u mnie gościć? – i widząc niefrasobliwie tkwiącą w swym pytaniu niegrzeczność, komes szybko dodał – Cieszy mnie wielce wasz pobyt, handel daje duże zyski. A ja tu teraz nie mniej sławne miasto mieć będę.
Al Sahin, siedząc już, położył sobie na talerz kurę i odrzekł:
– Niestety, pilnie oczekują nas na dworze. Książę Henryk też ceni nasze towary.
– Słyszałem – wtrącił się Gaweł – że księżna Jadwiga chce podarować trzebnickiemu klasztorowi wyprawę dla 80 mniszek… – popił mięso piwem – Zatem, musicie dużo mieć płótna?
– Tak, i akurat tyle, by móc podarować wspaniałą sztukę i wam panie.
– Chciałem właśnie uczynić taki zakup. Pozostawicie je dla mnie we Wrocławiu. Za kilka dni wracam, jak chcecie możecie poczekać a weźmiemy was aż do Głogowa pod opiekę książęcego pocztu.
– O, to bardzo korzystne rozwiązanie, panie. Niech będzie mi wolno podziękować i dołożyć do podarunku niezwykły, cenny naszyjnik dla jejmości komornikowej.
Głównym tematem przy oświetlonych pochodniami stołach była jednak polityka.
– My nie możemy mieć zaufania do księcia polskiego, nasza wiara jeno przy panu Śląska – perorował swemu najbliższemu otoczeniu Wyprecht. – Ojciec mój wywalczył sobie wolność jeszcze pod księciem Władysławem, ale co to była za wojna. Przed rycerstwem kazał książę przodem puścić jakowąś wiedźmę, coby znaki odczytywała jak wroga podejść. I wszyscyśmy tak czarom zawierzyli, że stosowną ostrożnością wzgardzili i Niemiec, co gród trzymał, wywiedział się o nas i pobił. Wiedźma zaś ze swym przetakiem, co to nim wróżyła, pierwsza ducha swego oddała…
– Nie tak się bije książę Jędrzych – rozmarzył się Menold – Ale i jemu arcybiskup magdeburski Lubusza nie oddał.
– Za to ostatnia wyprawa była udana – chwalił się Witigo – A książę wreszcie ruszył i Ślązaków do walki…
– Wiedział kogo wziąć z sobą na victorię – zażartował Wyprecht – Mój ojciec wywalczył wolność sobie, choć grodu nie obronił. Ja, już wolny, uwolniłem Lubusz.
– Najwięcej myśmy tak zrobili…! – obruszył się Menold – Straty samej tylko nam to przydało… Handel podupadł, w polu nie miał kto robić…
Podobne żale padały i z ust Mroczka:
– Siedem lat jak książę Jędrzych w swej łaskawości zechciał być nadać mi tę ziemię… I co ja z niej mam? – same kłopoty. A gdy jeszcze i na miejscowych padł obowiązek kontygentów wojskowych… – to już zupełna ruina…
Gaweł nie chcąc dłużej tego słuchać, wstał. Dał znak ręką, że chce mówić i gdy przy stołach zaległa cisza, zwrócił się do pozostałych:
– Zebraliśmy się tu dziś wszyscy, mieszkańcy osady, przy boku komesa Mroczka, pana tych ziem z woli księcia, by omówić ważną kwestię. Ukochany pan nasz Jedrzych, prześwietny książę śląski, lubuski i krakowski, pan na Opolu i Sandomierzu, postanowił, w swej wspaniałomyślności, obdarować sulęcińskich osadników prawem magdeburskim. Chciałbym wyjaśnić na czym ono polega.
Kmiecie siedzieli pilnie zasłuchani, nie śmieli tknąć jadła ni picia. Gaweł tymczasem nie siadł bynajmniej, ale żywo gestykulując jął się przechadzać wzdłuż podkowy stołów, mówiąc:
– W związku z nową lokacją zawieszone zostają wszelkie dotychczasowe zobowiązania wasze wobec nas, księcia Śląska, a na rzecz komesa Mroczka i biskupa lubuskiego Wawrzyńca, obywatele miasta otrzymają kolejne 10 lat wolnizny, licząc od dziś. By jednak po raz drugi nie zubażać kasztelana, waszego pana, nadanie wolności nie odnosi się do ludności poddańczej i pozbawionej praw obywatelskich lub własności. Macie poza tym obowiązek udziału w obronie miasta i kontygentu wojskowego – ilość zbrojnych, do których wystawienia, wyłącznie z wolnych obywateli, posiadających jakąś własność w Sulęcinie, miasto będzie zobowiązane, ustalimy wspólnie, z Rada, po spisaniu ludności. Obowiązki wojskowe ponoszą wszyscy równo, zarówno byli goście, jak i dawni miejscowi.
– Po okresie wolnizny będziemy pobierać czynsz, opłatę targową i celną. Handlować będzie wolno tylko w domu kupców, który zbudujemy, a będzie to wyglądało podobnie do tego co już teraz robicie, w karczmie. Od handlu będziecie płacić podatek, w pieniądzu, w określonej kwocie będziecie też uiszczać dziesięcinę.
– Prawo miecza pozostaje przy kasztelanie, który sprawuje je w naszym imieniu. Także samo spory z innymi ludźmi, czy to książęcymi, czy biskupimi, rozstrzyga kasztelan. Niższy sąd dla miasta i całego klucza, który określimy, sprawować będzie wójt. Ma on się opierać o ławę miejską… W zakresie prawa wsi, władzę sprawuje dalej sołtys.
Gdy skończył, przy stołach wszczął się ruch. Tak gorączkowa dyskusja nie przystawała, wprawdzie, osadnikom w obecności komesa, ale nikt jej nie przerywał; komornikowi szło właśnie o to, by kmiecie się teraz wypowiedzieli.
Pierwszy wstał Wyprecht.
– A zatem, będziemy mieli teraz i wójta i sołtysa?
– Tak. Sołtys będzie zarządzał wsią a wójt całym kluczem, którego granice określimy po potwierdzeniu nadania komesowi Mroczkowi.
– Kim mają być ci ławnicy? – dopytywał się Witigo.
– Wybierzecie ich sami z wolnych i posiadających własność obywateli…
– A prawa sołtysa, kto przejmie? Kto będzie rozdawał przywileje: karczmę, połów, kuźnię?
– Przywileje pozostaną przy rzemieślnikach i wyrobnikach, gdyż ich fachowość gwarantuje największe zyski. Handlem mają zajmować się, sprowadzeni zza granicy, i od tej chwili już, w rzeczy samej, miejscowi, kupcy. A kogo będzie stać, może zasadzać, za zgodą pana, nowe wsie. I wtedy jego przywileje pozostają bez zmian – 1/6 wszystkich gruntów, prawo założenia młyna, karczmy, połowu ryb, bez obciążeń na rzecz pana.
– Czy niewolni mogą wchodzić do kontygentu wojskowego?
– Niewolni nie są własnością miasta, ale suwerena! – zdenerwował się Mroczko. – Za dużo byście chcieli. Sami musicie brać udział w wyprawach…
– Może wam się to zresztą przydać – roześmiał się Gaweł – Macie prawo zawiązać straż miejską na wypadek niepokoju. Są tu jacyś grasanci w okolicy? – zwrócił się do proboszcza.
Ksiądz Witosław zrobił ręką znak krzyża.
– Dzięki Bogu, spokojna to okolica… Odkąd książę Jędrzych mocną ręką po nią do Brandenburga sięgnął…
Tak dyskusja zeszła w końcu na wybór sołtysa i wójta. Zapytany przez kogoś wprost, Gaweł najpierw usiadł. Ucichło wokół stołów i dostojnik zaczął spokojnie swą przemowę:
– Jeśli chodzi o sołtysa, to nie widzimy problemu. Pozostała po Mojku sierota dziedziczyć, zgodnie z prawem salickim, nie może, ale jest brat zmarłego…
Stronnictwo Wyprechta odetchnęło, dały się słyszeć jakieś szepty, ale szybko ucichły; Gaweł kontynuował:
– Na wójta trzeba powołać kogoś poważanego i nietępego, choć trochę rozgarniętego. Musi on posiadać autorytet u mieszczan, zgodę kościoła i zaufanie nasze oraz komesa Mroczka. Rozmawialiśmy już z księdzem proboszczem i z wami, i podjęliśmy decyzję – komornik zawiesił głos i pochylił się ku dającemu mu znaki księdzu. Kmiecie nie mogli spokojnie wytrwać i podniósł się szum. Gaweł wzniósł rękę – Musimy przy tym pamiętać o poszanowaniu praw boskich i naszego, ziemskiego, o przyszłości, stanie gospodarstwa i rodziny – chwilę jeszcze kluczył, w końcu znacząco puentował – Kto wolnym będąc na przykład, łączy się z niewolną, traci wolność, taki więc, nie może pełnić żadnych funkcji. Zatem wójtem mianujemy w imieniu ukochanego pana naszego, Jędrzycha, kowala Witigo Bawarczyka i zgodnie z wolą pana miasta Sulęcina, komesa Mroczka z Pogorzeli, kasztelana ryczyńskiego, nadajemy mu 10 łanów flamandzkich i zwalniamy dla podniesienia majątku jego ze wszelkich świadczeń, prócz kościelnych, na zawsze, oraz nadajemy parcelę pod budowę kamienicy przy rynku jak również materiał na nią…

Ruch wokół stołów wszczął się spory. Panowie dozwalali, kmiecie więc świętowali – jedni zwycięstwo, inni… zwycięstwo tych drugich.
Walter wstał i bez słowa usunął się od stołu, po czym pośpiesznie odszedł gdzieś w ciemność. Gaweł wprawdzie później, gdy już ponownie uspokojeni kmiecie słuchali księdza, pana i urzędników, zauważył wolne miejsce między Menoldem a Konradem, ale czy skłonił go ten widok do jakiejkolwiek konkretnej refleksji, należy wątpić. Co najwyżej, mógł się przez mgnienie myśli pozżymać na głupca, który nie potrafił docenić pańskiej gościnności. Miejsce oczywiście pozostało już puste do końca wieczerzy.

VII.

Brzask. Zapiał pierwszy kur. Po obejściu krąży postać opierająca się na kiju. W chacie załkało dziecko – postać zatrzymała się nasłuchując. Nie poznasz, czy ktoś za ścianą się poruszył, ale płacz ustał.
– Jest dziś, została – w głosie stróża słychać ulgę. Derwan spojrzał w stronę, gdzie dopiero co niedawno ucichły głosy rozochoconych winem i polityką kmieci. Tam wśród nich był ON, groźny i czyhający, niebezpieczny Walter. Ale Racława niezagrożona pilnowała tutaj, za ścianą, dziecka tego, który dawał jej chleb i kąt.
Derwan niemal z radością ruszył kolejny raz naokoło obejścia. Rozpierała go duma, że oto może swą pracą podziękować Bogu za to, że tak wspaniale urządził dla tej dziewki świat. Zajęcie u bogatego kmiecia i to w samym jego domu, z jego synem. Kto wie, czy może gdy Pan pobłogosławi i JEJ, to i TAMTO dziecko będzie mogło się wychowywać w domu, i znajdzie w nim dobry chleb i kąt do spania.
Stary spojrzał na jaśniejące coraz bardziej niebo. Bóg zawieruszył gdzieś w pamięci swego wiernego stróża, że w chacie sypia teraz przecież jeszcze jedna niania, bratanica gospodarza… Ludzie, którzy niegdyś powiedzieli mu to wszystko o Racławie, co powiedzieli a potem nakazali mu czynić to, co nakazali, czasem, po latach wydawali mu się jakby nigdy naprawdę nie istnieli, jakby przybyli doń tylko w którymś ze złych snów, dawno przyśnionych i równie dawno zapomnianych. Zapomniał by może ich rzeczywiście, gdyby nie znak, który mu zostawili i który tak boleśnie mu ciągle o sobie przypominał i nie pozwalał sprzeniewierzyć się obowiązkom, którymi go obarczono. Wtedy nie zdawał sobie z tego sprawy, ale obarczono go wbrew jego woli, tak naprawdę nie był stworzony do takich spraw. Trwożyła go wiedza o Racławie i o tym co ta niewolna dziewka, której dziadkiem go uczyniono, znaczyła przez zaistniały splot okoliczności, na który ani on, ani nikt ze znanych mu ludzi nie miał wpływu. Był bardzo zmęczony ciągłym czuwaniem, dźwiganiem ciężaru kłamstwa, którym się posługiwał, gdyż stało się treścią jego życia. Bóg ani nikt z ludzi, którzy go wtedy nawiedzili nie pomagał mu, nie wspierał go. Mógł się zatem w końcu raz pomylić i cieszyć z czegoś co nie miało miejsca, a właściwie – z tego, że nie stało się to, co jednak tak naprawdę się stało.
– Zaraz pora na dojarki – pomyślał trzeźwo Derwan.
Wstawał kolejny dzień czerwca 1232 roku.