Barataria 55 Über die Windmühlen

Letzte Woche traf ich mich mit meiner Freundin, die im Grenzgebiet zwischen Deutschland und Polen lebt, dh. in der Pampa an der Oder. Wir sprachen darüber, was man tun kann, um diese schöne Landschaften attraktiver zu machen, da sie eigentlich, abgesehen von ein paar Hundert Polen, die dorthin aus Polen eingezogen sind, fast leer liegen. Aber diese Leere, die man als Magnet für Stadtmüde-Intelektuellen benutzen könnte, zieht auch die Firmen an, die die berühmten energieherstellenden Windräder überall dort bauen wollen, wo sie mit wenig Protest rechnen müssen. Also da genau, an der Grenze!

Man möchte sich wehren, protestieren, die Errichtung des Windparks verhindern, sagte meine Freundin. Weil genau diese unberührte Leere das Einzige ist, was die Anziehungskraft dieser Gegenden ausmacht. Macht man sie kaputt, verbaut sie, kommen die Städtler nicht, um dort ihre Datschas zu errichten. Also zur Waffe!

Diese Kampfidee schien mir sehr cervantesque zu sein, weil ich in diesem Moment immer noch glaubte, besser zu wissen. Ich versuchte zu argumentieren, dass es doch in allgemeinem Interesse ist, doch irgendwo muss man diese Ungetümer errichten können, wir müssen doch umweltfreundlich agieren, sozial und nicht egoistisch… Blah blah…

Dann kam ich mit dem Zug zurück nach Berlin. Unterwegs las ich im Internet einen Artikel zum Thema. Und in der Zeitungskiosk fand ich einen Comic von Flix, in dem es um genau dasselbe geht. Alles Humbug! Plötzlich musste ich ansehen, dass man uns, gutmutigen Gutmenschen hinters Licht führte und dass, ehmmm, der olle gute Don Quijote es durchschaut hat und einfach im Recht ist! Wer hätte es gedacht?

Ewa Maria Slaska

Windenergie, kraftlos und teuer

Die Internationale Energieagentur (IEA) schätzt, dass heute weltweit etwa 0,4 % der Energie aus Wind und Solarkraft stammt. Selbst 2040, wenn alle Regierungen ihre grünen Versprechen gehalten haben, werden Solar und Wind nur 2,2 Prozent der weltweiten Energieversorgung decken.

… der Hauptgrund dafür, warum Wind und Solarkraft keine entscheidende Lösung gegen den Klimawandel sein können, besteht in einem fast unlösbaren Hindernis: Wir brauchen auch Energie, wenn die Sonne nicht scheint und der Wind nicht weht.

Und nun?

Es heißt, Windenergie sei billiger als fossile Brennstoffe, was aber weitgehend eine Fata Morgana ist. Große Windparks brauchen Subventionen oder Steuererleichterungen. Dies ist der einzige Grund, sie zu bauen.

Mehr noch!

Je mehr Windkraftwerke in Betrieb genommen werden, desto weniger ist der Strom wert, den sie erzeugen. Der weitere Ausbau von Wind- und Solarenergie mithilfe von Subventionen bedeutet, dass die Gesellschaften für den Strom dreimal zahlen müssen – einmal für den Strom selbst, einmal für die Subventionen an die ineffizienten erneuerbaren Energien und einmal für diejenigen, die jetzt auch noch an ineffiziente fossile Kraftwerke gehen. Allesamt werden die Subventionen in nächsten 25 Jahren über zwei Billionen Euro betragen. Damit erreicht man den Unterschied der Temperaturerhöhung um lediglich 0,0175 Grad Celsius.


In der Flix Version von den berühmten spanischen Roman befinden wir uns genauso dort und dann, wo ich mich letzter Woche befand: Jetzt und in der Norddeutschen-Pampa, in einem Dorf namens Tobosow mitten in der vorpommerschen Ödnis!

Der Held, ein alter, schrulliger Kauz, hatte bis jetzt nur eine Schnapsidee: Mittels der Leserbriefen, die bewahrte Waffe der Wutbürger sind, kämpfte er gegen die allgegenwärtigen Herrschaft der Comics in der Zeitungen, im Buchwesen und vor allen in den Köpfen der jungen Leser.

Zum Beginn der Story erreicht ihn aber noch eine Hiobnachricht, die noch schlimmer ist als Batmann, Spidermann und Supermann zusammen: Man wird in Tobosow einen Wind(mühlen)park einrichten. Don Quiijote begibt sich auf seinem alten Fahrrad in die Pampa, um seine Feinde zu vernichten. Mitdabei ist statt Sancho Pansa auch Don Quijotes 8-jähriger Enkelsohn, der tatsächlich den Kopf voller Comic-Helden hat, sich für Batman, den Dunklen Ritter hält und überall das Böse wittert, das er vernichten soll.
Dann sagt der Opa, es sei nicht wichtig, gegen das Böse zu kämpfen, es ist wichtig sich für das Gute zu engagieren.
Es ist doch das Gleiche, protestiert der Enkel.
Ist nicht, antwortet Opa, man muss nur die Welt genau beobachten, um die Wahrheit zu sehen.

Ja… und am Ende? Am Ende kehrt der Enkel zu Mama und benimmt sich ganz vernünftig. Der Opa landet im Seniorenheim für Alzheimer erkränkte, die sich alle für Ritter halten. Und in Tobosow… Na ja, es ist nicht klar, aber ich vermute in Tobosow wird der Windpark entstehen, damit sich die Bösen ihre Taschen mit Subventionen vollstopfen und wir, die Gutmenschen, glauben, den nächsten sauberen Schritt in die saubere Zukunft gemacht zu haben…

Aber nicht verzagen. Und weiter protestieren und gegen die Windmühlen zu kämpfen.  Wie sagte es der Meister Cervantes:

Derjenige, der Wohlstand verliert, verliert viel; derjenige, der einen Freund verliert, verliert mehr; doch derjenige, der seinen Mut verliert, verliert alles.

Barataria 54 Sieroty

Ewa Maria Slaska

Literatura dziecięca i młodzieżowa roi się od sierot. Nie próbuję wprowadzić żadnej chronologii i nie sprawdzam, czy jest strona internetowa zatytułowana “sieroty w literaturze”. Piszę, tak jak sobie przypominam: Rasmus (ten od włóczęgi), Ania Shirley, Aga Abbot, Tom Sawyer, Huckelbery Finn, dzieci kapitana Granta, Polyanna, mała księżniczka, Mary Lennox z czarodziejskiego ogrodu, oczywiście sierotka Marysia, oczywiście Mowglie i Tarzan, oczywiście Słoneczko, król Maciuś I, Harry Potter, ale też Jane Eyre, Heathcliff, Oliver Twist, Kozeta, Quasimodo i złodziejka książek…

Z jednej strony to dzieci zasługujące na współczucie, z drugiej zdane na siebie, a zatem wykazujące cechy, których progenitura żyjąca w rodzinie wcale nie musi posiadać – być może muszą być czujne, być może – ostrożne, być może mądre, sprytne lub inteligentne, zapewne muszą umieć się przypodobać, ale też nie umieją tego tak naprawdę, bo muszą być przedsiębiorcze, zaradne, a nawet waleczne… Autor zatem, jeśli chce pokazać dziecko odważne i nie liczące się z otoczeniem, a zatem takie, którego udziałem staną się liczne przygody, właściwie musi pisać o sierotach, bo rodzice nie pozwoliliby na żadną z opisanych w książkach awantur.

Cara Nicoletti, autorka książki Voracious – A Hungry Reader Cooks Her Way through Great Books, widzi tu jednak jeszcze jeden aspekt – uważa, że autorów i czytelników ciekawi, co robią dzieci pozostawione same sobie i nie kontrolowane przez dorosłych. Historia Kaspara Hausera, Dwa lata wakacji, Władca much czy Orkan na Jamajce to skrajne i niekiedy drastyczne przykłady, ale Nicoletti uświadamia nam, że również Mary i Colin w Tajemniczym ogrodzie żyją właściwie w pustym świecie, nominalnie zaledwie ograniczone kontrolą ze strony opiekunów, którzy się nimi w najmniejszym stopniu nie interesują.

Nie zdziwiło mnie więc, że i w Baratarii pojawiły się sieroty. Jeżeli coś mnie zaskoczyło, to jedynie fakt, że obie książki, o których dziś napiszę, “przyszły do mnie” w tym samym czasie, w lutym 2018 roku. Znalazłam je najpierw na ekranie komputera, potem przeczytałam jako prawdziwe książki, te z okładką i papierowymi stronicami…

Lato w Baratarii, przysłane mi z USA przez Iwonę Schweizer (amerykańska przyjaciółka, jakież cenne źródło wiadomości!), to amerykańska powieść przygodowa, która dzieje się w Nowym Orleanie i okolicach – na osławionych nowoorleańskich bagnach w roku 1925, a Pirat z Baratarii to niemiecka powieść dla młodzieży, która dzieje się w Nowym Orleanie i okolicach – na osławionych nowoorleańskich bagnach w roku 1852. Bohaterem Lata jest szesnastoletni chłopak, sierota, którym opiekuje się wujek, bohaterami Pirata jest trójka rodzeństwa – szesnastoletnia dziewczyna i dwóch jej braci w wieku 13 i 8 lat. Dzieci zostały właśnie osierocone przez ojca, a opiekuje się nimi rzekomy przyjaciel zmarłego. Autorem pierwszej powieści jest Amerykanin, drugiej – Niemiec. Obie zostały napisane w roku 2007 i naprawdę nie sądzę, by jeden z pisarzy podglądał, o czym pisze drugi. Myślę, że się nie znali i że to przypadek, a związki między oboma książkami są wprawdzie znamienne – scenerią jest niezwykłe miasto, jeszcze niezwyklejsza jego okolica i jednak niecodzienna sytuacja sieroctwa młodych ludzi – ale są to jednak dwie powieści na zupełnie inny temat.
Co mnie jednak wzruszyło, to fakt, że ich tłem jest Zatoka Barataria i niewielka bagnista wyspa Barataria, położona u ujścia Mississipi do Zatoki Meksykańskiej. Oczywiście pamiętamy, że to nie ta wyspa w Hiszpanii, którą przez dziesięć dni rządził Sancho Pansa, tylko ta, gdzie przez kilkadziesiąt lat miał swą siedzibę słynny pirat Jean Lafitte, ta, która została nazwana na cześć owej wyimaginowanej wyspy z Don Kichota. Przy okazji – chłopak z Lata nazywa sią ni mniej ni więcej tylko Le Moyne, tak jak legendarny założyciel miasta, pisane wprawdzie Lemoyne, ale cóż tam…

Tak chcą źródła, ale ja im nieco nie ufam. Dlatego wciąż szukam i dlatego trafiłam na obie powieście o przygodach sierot w labiryntach Baratarii. A szukam, bo wciąż, po roku badań baratarystycznych, nie chce mi się wierzyć, że ktoś w XVII wieku użył tej nazwy dla wyspy i zatoki w Nowym Świecie. Wyimaginowana kraina z hiszpańskiej powieści została opisana w roku 1615, a nazwa Barataria została przez Cervantesa użyta tylko raz.

Ale, jako się rzekło, tak chcą źródła, i póki nie znajdę dowodów, że było inaczej, muszę się zgodzić z tym, co twierdzą inni.

Nowy Orlean – La Nouvelle-Orléans – został założony przez francuskich osadników pod kierunkiem Jeana-Baptiste’a Le Moyne de Bienville’a. Przybył on do Luizjany w 1699 roku. Utworzył pierwszy fort – Fort Maurepas, a w roku 1718 wybrał miejsce pod założenie miasta, które postanowił nazwać na cześć Filipa II Burbon-Orleańskiego. W roku 1722 miasto stało się stolicą francuskiej Luizjany.

W 1762 roku miasto przeszło pod panowanie Hiszpanii. W 1801 roku na krótko wróciło ponownie pod władanie napoleońskiej Francji. W 1803 roku zostało wraz z terytorium Luizjany sprzedane przez Napoleona Bonaparte Stanom Zjednoczonym. Na początku roku 1815 podczas ostatnich tygodni wojny brytyjsko-amerykańskiej brytyjska ekspedycja podjęła próbę zdobycia miasta. Brytyjski szturm generalny na amerykańskie umocnienia pod miastem, przeprowadzony 8 stycznia 1815 roku i zwany bitwą pod Nowym Orleanem, został krwawo odparty przez Amerykanów.

Oczywiście wszyscy – Francuzi, Hiszpanie, Anglicy i Amerykanie mogli czytać powieść Cervantesa. Mogli, ale czy czytali. Francuzi zresztą są tu najbardziej “podejrzani”, bo to za ich czasów Barataria miała otrzymać swą nazwę i bo w XVII wieku literatura francuska lubowała się w barokowych opowieściach hiszpańskich.

Pani Betsy Swanson napisała w liście do redakcji Gazety Nowoorleańskiej w roku 2014:

As early as 1732, French maps show the “Isle Barataria,” encircled by Bayous Villars, Barataria, Rigolettes and Perot and Lake Salvador. The colonist Le Page du Pratz stated in his “History of Louisiana” (1758) that the area was named for the fictional Barataria “because it was enclosed by these lakes and their outlets to form almost an island on dry land, as was that island of which Sancho Panza was made governor.”

Ten, kto nazwał tę okolicę Baratarią musiał zatem albo znać hiszpański albo przeczytać to oto tłumaczenie drugiego tomu powieści Cervantesa:
Seconde Partie de L’Hitoire de L’ingénieux don Quixote de la Manche
(vol. 2), traduit par François de Rosset, 1618

 

Tłumaczenie II części na francuski (rycina po lewej) ukazało się z ilustracją z I wydania angielskiego (i to pierwszej części a nie drugiej), a badacze angielscy twierdzą, że jest to pierwsza na świecie ilustracja przedstawiająca obu naszych bohaterów – Don Kichota i Sancho Pansę. Badacze niemieccy nie bardzo chcą się z tym zgodzić i dowodzą, że pierwsza ilustracja, przedstawiająca Don Kichote jako Kapitana Karnawału w cudacznym stroju przebierańca ukazała się już w roku 1613 w Lipsku, a jej autorem był Andreas Bretschneider. Co pozwala mi przypomnieć, iż już rok temu sugerowałam, że Sancho Pansa jako gubernator Baratarii to Król Karnawału, ten, któremu najpierw wolno wszystko, ale potem zetnie mu się głowę…

Barataria 53: Esperanza czyli nadzieja

Ewa Maria Slaska

Film z Bobem Hoskinsem

Mam na myśli film Don Kichote z roku 1999 (czy był to jednak rok 2000? – źródła plączą się tu jak rzeki na Baratarii), w którym oczywiście grają i inni – przede wszystkim John Lithgow jako sam Błędny Rycerz, prześliczna Isabella Rosselini jako Księżna i Vanessa Williams, Mulatka! – jako Dulcynea czyli wedle nowego tłumaczenia, Wojciecha Charchalisa – Cudenia. I zaiste – cudna. Ale nic to wszystko wobec Boba Hoskinsa jako Sancho Pansy, który jest po prostu genialny. Na szczęście wszyscy się jeszcze w polskim tłumaczeniu filmu (autorka tekstu Krystyna Pytlarz) plus minus nazywają tak, jak się do tego przez lata przyzwyczailiśmy, czytając (albo nie czytając) tłumaczenie Czernych czy Zakrzewskiego. Sancho Pansa to zatem wciąż jeszcze onże sam a nie jakiś Sancho Brzuchacz. Don Kichot jest Don Kiszotem a nie np. Nabiodrkiem lub Nagolennikiem, Rosynant nie nazywa się jeszcze Chabetonem, ale i film pozwala sobie na nowinki translatorskie, nie wiedzieć – z przekory, chęci unowocześnienia zramolałego tekstu czy, nie daj Boże – niewiedzy. Bezimienny w powieści Osioł Sancho Pansy to… Cętek! A sam bohater najgłówniejszy dostaje przydomek Rycerza Ponurej Facjaty. Ugggh! Jestem bardzo za nowinkami translatorskimi, tak bardzo za, że nawet przeciw, bo jednak bardzo byłam przywiązana do Rycerza Smętnego Oblicza. Ten chudy smutny gościu o pociągłej twarzy pasował jak ciałko do trumny do swego smętnego przydomka. Tymczasem ponurą facjatę ma, tak to czuję, knajak i cwel. No i błędni rycerze w nowoczesnej wersji językowej to rycerze wędrowni. No trudno, nie da się mieć wszystkiego, a film daje człowiekowi niemal wszystko. Jest wesoły i poważny, wierny (oryginałowi) i niewierny, oryginalny, a przecież  banalny, bo dokładnie odpowiada temu, co widzi każdy, gdy myśli o chudym rycerzu i jego grubym, małym giermku.

Wikipedia twierdzi, że Sancho Pansa w pierwszej części powieści jest postacią raczej komiczną i dopiero w drugiej otrzyma pogłębioną charakterystykę, przestaje być śmieszny, staje się człowiekiem mądrym i sarkastycznym. Filmowy Sancho Pansa godzi się na wyprawę z Don Kichotem, bo w domu plącze się z pół tuzina dzieci, żona jest wprawdzie ładna, robotna i zaradna, ale goni męża do roboty, a teściowa zrzędzi. Ale mądry i dowcipny jest już wtedy, gdy dopiero szykuje się do pierwszej swej przygody.

Oczywiście kluczowym momentem przygód Sancha Pansy jest objęcie funkcji gubernatora „wyspy” Barataria, która w filmie nazywa sią Esperanza – Nadzieja.  W książce „Wyspa” była niewielkim miastem, a powierzenie wielkorządztwa giermkowi Don Kichota było jednym z żartów wymyślonych przez Księcia i Księżnę. Niestety, i to jest najpoważniejszy brak tego filmu (reżyseria Peter Yates), Gubernatorstwo Baratarii trwa tylko jeden dzień i jedną noc. Już następnego dnia o świcie wrogie wojsko napada na Baratarię i jej gubernator czmyha. Gdy tymczasem w powieści Sancho rządzi przez dziesięć dni i okazuje się znakomitym zarządcą i sprytnym, inteligentnym sędzią.

To zresztą cecha, którą wszyscy pomijają. Wróćmy jeszcze na chwilę do Wikipedii, gdzie czytamy, że Sancho był człowiekiem spokojnym i rozważnym, choć brak mu było odwagi i determinacji w działaniu. Mimo pewnej naiwności, a nawet łatwowierności (np. nigdy nie przestał wierzyć, że naprawdę sprawował funkcję wielkorządcy wyspy Barataria) stał się symbolem zdrowego rozsądku, potrafiącego nie tylko czerpać dla siebie korzyści w świecie rządzonym przez obłęd i iluzję, lecz także dochować wierności podstawowym wartościom.

W potocznym pojęciu jest takim wioskowym mądralą. A ja twierdzę, że był mądry, że Cervantes chciał, żebyśmy zobaczyli tę jego mądrość, uważam, że w filmie rzeczywiście jest mądry, szkoda więc, że reżyser nie dał mu szansy, by się wykazał. Już sobie wyobrażam, co Bob Hoskins zrobiłby z tych kilku przykładów salomonowej wręcz mądrości, jakie zawiera epizod o Baratarii.


Ruszam, by zostać gubernatorem wyspy.


– Jutro dostanę dwie lub trzy wyspy.


Czekam na moją wyspę.


– Mój pan obiecał mi wyspę.
– Z tego co wiem, te wyspy nie są wcale takie piękne.
– A czemu to?
– Bo gubernator ma duże wydatki.


Książę: – Mam wyspę, potrzebuję gubernatora.


Książę: – Pamiętaj, jutro wyspa.


A teraz czas na nagrodę. Esperanza.


Wjazd do stolicy wyspy.
– Jakim cudem jest to wyspa, skoro leży na lądzie?
– Wyspa jest tak wielka, że morze jest daleko.
– Ale jeśli jest wielka, można sobie obiecywać spore dochody. Biorę więc ten klucz.



– Muszę dbać o zdrowie gubernatora. Gubernatorski obiad to woda!


List przywieziony przez książęcego posłańca.
“Pozdrawiamy Cię, żono Gubernatora. Księżna i Książę.”


– Wróg napadł na nas. Podnieś miecz i walcz w obronie wysypy!


– Nic nie widzę!


Powrót Gubernatora.


– Stęskniłem się za Panem i mam dość tej całej wyspy.


– Zostawiłem wyspę, bo tęskniłem za wami.


– Nie chcę nic więcej słyszeć o żadnej wyspie.

Reblog: Królestwo, jakiego nie znacie

Reblog

Magda Bębenek

O Hawajach słyszeliśmy wszyscy, ale tak naprawdę prawie nic o nich nie wiemy. Kojarzą nam się z atakiem na Pearl Harbour, tancerkami w stanikach z kokosów i spódniczkach z trawy oraz zestawieniami najpiękniejszych plaż świata.

Tymczasem 17 stycznia br. tysiące Hawajczyków wyszło na ulice Honolulu, by uczcić swoją ostatnią królową, Lili’uokalani. W dniu 125 rocznicy obalenia jej rządów za sprawą zbrojnego przewrotu, zainicjowanego przez amerykańskich przedsiębiorców i przeprowadzonego w asyście amerykańskich wojsk, machali hawajską flagą i śpiewali hawajskie pieśni. Przyszli uczcić Lili’u, jak ją czule nazywają, ale również pokazać, że nadal tu są – potomkowie rdzennych Hawajczyków nie wyginęli.

Uczeni o Kapitanie Cooku i karmieni historiami jego wypraw oraz „odkryć” na Pacyfiku, a także znając Hawaje jako „pięćdziesiąty stan USA”, nie mamy pojęcia o bogatej historii tego archipelagu, ani o tradycjach i kulturze jego mieszkańców. Podobnie jak o ich państwowości, ciągnącej się od ponad wieku okupacji oraz coraz głośniej wyrażanych dążeniach do odzyskania niepodległości.

Gdy w 1778 roku Cook dotarł do wysp, które nazwał Sandwich Islands, Hawajczycy, Mauijczycy, Kauijczycy, Molokajczycy czy Oahuczycy (nazwy zmyślone przeze mnie na potrzeby tego wpisu), żyli tam już od ponad tysiąca lat (A). „Hawajczykami” nazywani byli jedynie mieszkańcy największej z wysp, Hawai’i, na świecie znanej pod nazwą Big Island. Przybyli oni z Tahiti, w tradycyjnych drewnianych czółnach, przepływając prawie 4500 kilometrów oceanu w linii prostej. Posługiwali się starożytną polinezyjską sztuką nawigacji morskiej, opierającą się na obserwacji elementów przyrody, głównie gwiazd, prądów morskich i fal. Opis tego wydarzenia żył w świadomości kolejnych pokoleń Hawajczyków (B) za sprawą tradycyjnych przekazów ustnych.

Ilustracja z książki Johna Webbera, angielskiego artysty, który brał udział w wyprawach Kapitana Cooka. "Owyhee" to jedna z ówczesnych nazw Hawajów wśród cudzoziemców.

Ilustracja z książki Johna Webbera, angielskiego artysty, który brał udział w wyprawach Kapitana Cooka. „Owyhee” to jedna z ówczesnych nazw Hawajów wśród cudzoziemców.

Hawajski kompas gwiezdny odtworzony przez Nainoa Thompsona na podstawie nauk pobranych od mikronezyjskiego nawigatora Mau Piailug’a

Pięć lat po tym, gdy Cook pierwszy raz dobił do archipelagu (drugi raz skończył się jego śmiercią, co wiąże się z fascynującą historią pełną zbiegów okoliczności, hawajskiej mitologii i… żelaza), młody wódz (ali’i) z wyspy Hawai’i, Kamehameha, zaczął swoją kampanię, mającą na celu podbicie wszystkich wysp. Dzięki dostępowi do broni palnej i prochu z Chin, wojsku, które zostało przeszkolone przez dwóch Brytyjczyków, oraz przejętemu wcześniej okrętowi Fair American, w 1810 roku Kamehameha (C) został ali’i nui Kamaehamehą I, pierwszym władcą zjednoczonego Królestwa Hawajów. Ustanowił tym samym dynastię królewską, która przetrwała sześćdziesiąt dwa lata.

W czasie śmierci Kamehamehy V i przejęcia władzy przez jego kuzyna Lunalilo, pierwszego powszechnie wybranego króla hawajskiego, Hawaje były już monarchią konstytucyjną z ministerstwami, Izbą Reprezentantów i Izbą Możnych (The House of Nobles). Mało tego, od 1842 roku uznawane były na arenie międzynarodowej za niepodległe państwo, a od 1846 roku Królestwo Hawajów podpisywało traktaty z najpotężniejszymi nacjami świata. Do czasu amerykańskiego przewrotu zbrojnego pod koniec XIX w. i rozpoczęcia okupacji, Hawaje powołały ponad dziewięćdziesiąt konsulatów i poselstw w miastach i portach całego globu.

Poczet królów hawajskich. Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 176

Królowie Hawajów
Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 176

Poczet królowych hawajskich. Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 178

Królowe Hawajów
Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 178

Kochani Czytelnicy, jeśli chcecie się dowiedzieć, co dalej, musicie się przenieść na bloga do Magdy Bębenek. Zróbcie to koniecznie, bo historia (Historia) jest fascynująca. A aby Was zachęcić, zostawiam tu zdjęcie tej niezwykłej królowej Hawajów :-).

Ostatnia królowa Hawajów, uwielbiana współcześnie Lili'uokalani

Ostatnia królowa Hawajów, uwielbiana powszechnie Lili’uokalani

Dalej i kolejne teksty TU


    1. W opracowaniach historycznych znaleźć można różne teorie dotyczące tego, kiedy pierwszy Polinezyjczy dotarli na Hawaje. Jedni mówią, że już na początku pierwszego tysiąclecia, inni, że na początku trzynastego wieku. Portal GoHawaii, prowadzony przez Hawajską Izbę Turystyczną, podaje „1500 lat temu”, czyli około roku 500 n.e.
    2. Terminu tego używać będę w jego współczesnym kontekście, to znaczy w odniesieniu do potomków polinezyjskich mieszkańców całego archipelagu.
    3. Pełne hawajskie imię: Kalani Pai’ea Wohi o Kaleikini Keali’ikui Kamehameha o ‚Iolani, i Kaiwikapu kau’i Ka Liholiho Kūnuiākea 🙂

Barataria 52 Rok z Baratarią

Ewa Maria Slaska

Zaczęło się nawet wcześniej, bo 9 stycznia, ale parę razy cykl Barataria ustępował jakimś wpisom znacznie ważniejszym. Tak się więc złożyło, że redakcyjnie rok mija dziś, gdy publikuję 52 odcinek cyklu. Już wtedy, 13 miesięcy temu, miałam poczucie, że czynię pierwszy krok w kierunku Dzieła (no tak, dzieła!), które ogarnie Wszystko, już wtedy przeczułam potencjał kryjący się w śledzeniu tropów literackiego żartu Cervantesa, bo zakończyłam wpis takim oto zdankiem: Ciąg dalszy za-niedługo, a potem nie wiadomo jak długo. Powtórzyłam to zresztą w odcinku 7, który zatytułowałam: Barataria 7 (i tak do końca roku).

Tworząc te 51 wpisów wędrówek po kulturze, udzielałam nam i sobie różnych porad kulturalnych. Przeczytaliśmy (no??? przeczytaliśmy?) kilkadziesiąt książek, posłuchaliśmy różnych gatunków muzyki, pomyśleliśmy o tym, że można by do opery, przypomnieliśmy inne wyspy-metafory, zajęliśmy się utopią i piratami, i pomyśleliśmy po prostu o podróżach na dalekie wyspy i na wyspy bliskie, poszliśmy też tropem wysp nieistniejących, których jest w naszej kulturze chyba równie wiele, jak tych istniejących, a naszym polskim współczesnym osiągnięciem w tej dziedzinie jest San Escobar. Barataria okazała się tematem bez końca i będę go tak bez końca eksploatowała. Dziś jednak po prostu podsumuję minione 51 odcinków. Zapraszam na wędrówkę po książkach, muzyce i wyspach.

Książki

Oczywiście, choć cały cykl zaczął się od powieści Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria, dziś zacząć musimy od Mistrza i Sprawcy czyli Cervantesa.

Powieść była kilkakrotnie tłumaczona na polski. Nasze pokolenie czytało tłumaczenie Czernych, teraz zapewne wszyscy sięgają po Charchalisa.

  • Historya, czyli dzieie i przygody przedziwnego Don Quiszotta z Manszy. z hiszpanskiego na francuzkie a teraz na polskie przełozone – przekład: Franciszek Aleksander Podoski, 1786.
  • Don Kichot z Manszy. – przekład: Walenty Zakrzewski, 1886.
  • Przedziwny Hidalgo Don Kichot z Manczy, powieść. – przekład: Edward Boyé, 1932.
  • Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy – przekład: Anna Ludwika Czerny, Zygmunt Czerny, 1955.
  • Niezwykłe przygody Don Kichota z la Manczy według Miguela Cervantesa de Saavedry/ na nowo opowiedziane przez Wiktora Woroszylskiego – wersja skrócona, 1983.
  • Przemyślny szlachcic don Kichot z Manczy – przekład: Wojciech Charchalis, 2014[

Krzysztof Lipka, Pensjonat Barataria, 1993

Obie pozycje to, nazwijmy je umownie, księgi założycielskie. Do nich dołączam jeszcze Kopalińskiego, który za naszych czasów starczał za google i wikipedię, i “encyklopedię britannika”… Pamiętacie, w ferworze dyskusji wciąż trzeba było “sprawdzać w Kopalińskim”?
Władysław KopalińskiSłownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych, 1967
Władysław Kopaliński, Słownik mitów i tradycji kultury, 1985
Władysław Kopaliński, Słownik symboli, 1990


Teraz już książki bez ładu i składu, mniej więcej w kolejności pojawiania się ich w cyklu Barataria, ale z kolei jak wymieniam pierwszą książkę danego autora, to mu dodaję i inne. No, bałagan…

William Shakespeare, Zimowa opowieść, 1611
William Shakespeare, Burza, 1611
William Shakespeare, Henryk IV, 1596
William Shakespeare, Henryk V, 1599
William Shakespeare, Wesołe kumoszki z Windsoru, 1602
Homer, Odyseja (VIII w.p.n.e.) w przekładzie Parandowskiego, 1956
Homer, Iliada (VIII w.p.n.e.) w przekładzie Franciszka Dmochowskiego, z korektami Tadeusza Sinki, 1922
Platon (360 p.n.e.), Timajos. Kritias, w przekładzie Władysława Witwickiego, 1960
Grażyna Plebanek, Córki rozbójniczki, 2013
Jadwiga Żylińska, Kapłanki, amazonki, czarownice, 1972
Tom Robbins, Perfumy w rytmie jiteburga, 2004
Astrid Lindgren, Dzieci z Bullerbyn, 1947
Shirley Jackson, Loteria, 1948
Biblia (Stary i Nowy Testament)
Piotr Wojciechowski, Czaszka w czaszce, 1970
Jarosław Gibas, Salve Theatrum, 1997
Jan Potocki, Rękopis znaleziony w Saragossie, 1814
Alonzo Fernandez de Avellaneda, Don Kichot (apokryf), 1614
Walter Zitzenbacher, Jeder lügt in Baratario, sztuka teatralna dostępna (mi) tylko jako dokument pdf, w którym są tylko strony nieparzyste! ( jakby więc ktoś chciał mnie wspomóc i znalazł kompletną wersję dzieła…), 2002
Gianni Rodari, Gelsomino w kraju kłamczuchów, 1958
Gianni Rodari, Opowieści o Cebulku, 1951
Silvio Gesell, Het wondereiland Barataria, 1922
Salomon, Przysłowia
Ze skarbnicy midraszy
Waldemar Łysiak, Wyspy zaczarowane, 1974
Waldemar Łysiak, Wyspy bezludne, 1987
Waldemar Łysiak, Wyspa zaginionych skarbów, 2001
Zbigniew Herbert, Barbarzyńca w ogrodzie, 1962
Renée Mendez Capote, Taniec sępów. Pamiętnik młodej Kubanki urodzonej z początkiem wieku, 1987
Leon Gomolicki, Taniec Eurynome, 1976
Herman Hesse, Gra szklanych paciorków, 1943
Thomas Mann, Doktor Faustus, 1947
Kazimierz Truchanowski, Totenhorn, 1979
Thomas Morus, Utopia, 1516
Daniel Defoe, Przypadki Robinsona Crusoe, 1719
Vladimir Nabokov, Pale fire, 1962
Jonathan Swift, Podróże Gullivera, 1726
Haruki Murakami, Kronika ptaka nakręcacza, 1995
James Joyce, Ulisses, 1922
George Byron, Wędrówki Childe Harolda, 1812
Bolesław Leśmian, Przygody Sindbada Żeglarza, 1913
Edmond Rostand, Cyrano de Bergerac, 1897
Evaríste Désiré de Forges, Poésies érotiques, 1778
Krzysztof Varga, 45 pomysłów na powieść, 1998
Krzysztof Varga, Masakra, 2015
Ewa Maria Slaska, Piękne dni w Visby, 2006
Tadeusz Konwicki, Rzeka podziemna, podziemne ptaki, 1985
Mario Vargas Llosa, Raj tuż za rogiem, 2003
Kasjusz Dion Kokcejanus (164-235), Historia rzymska
Witold Izdebski, Harley Davidson, 1998
George R.R. Martin, Pieśń lodu i ognia ( A Song of Ice and Fire), 1991 –
Victor Hugo, Król się bawi (fr. Le Roi s’amuse), 1832
Helene Hagemann, Axolotl roadkill, 2010
Judith Schalansky, Taschen-Atlas der abgelegenen Insel, 2009
Boris Vian, Piana dni, 1947

i na zakończenie spisu książek: w Barcelonie istnieje wydawnictwo Barataria


Muzyka

Jesus Garcia Leoz, opera Barataria, 1953 (nigdzie nie znalazłam ani libretta, ani muzyki, ani nawet krótkiego streszczenia, jakby więc ktoś chciał mnie w tym wspomóc…)
Arthur Sullivan, libretto William S. Gilbert, opera Gondolierzy albo Król Baratarii, 1896
Karl (Karel) junior, Barataria, marsz wojskowy na orkiestrą dętą, na motywa opery Sullivana (po roku 1896)
Quirino Fidelino Mendoza y Cortés, 1882, piosenka Cielito lindo, nowa wersja hiszpańskiej piosenki ludowej Sierra Morena, ópiewana przez Rositę Serrano, w okupowanej Polsce znana jako Teraz jest wojna
Giuseppe Verdi, Rigoletto (i aria La donna e mobile), 1851
Halfway House Orchestra, Barataria (New Orlean Jazz, 1925)

i na zakończenie: jest też w Bogocie firma płytowa Barataria, wydająca nową muzykę kolumbijską


Obrazy

Pieter Bruegel starszy  (1526/1530–1569), Walka karnawału z postem (1559)
Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu
Jacob Jordaens, Fasolowy Król, Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu (1638-40)
Diego Velasquez, Las Meninas1656, Prado
Franceso Hayez (1791 -1882), Batszeba w kąpieli
Leonardo da Vinci, Ostatnia wieczerza, 1495–1498
Hieronymus Bosch, Saint John on Patmos, 1500, Gemäldegalerie, Berlin
Hans Holbein Młodszy, The Ambassadors, 1533, National Gallery in London
Paul Gaugin (1848-1903), Kobiety na plaży (Tahiti), 1891
Piero della Francesca, Książę Montefeletri i jego żona, Batista Sforza, 1470


Filmy

Leonard Buczkowski, Zakazane piosenki, 1947
Wes Anderson, The Darjeeling Limited, 2007
Federico Fellini, Roma, 1972
David Benioff i D.B. Weiss,
Game of Thrones (GOT) 2011 –
Helene Hagemann, Axolotl overkill, 2017
Michel Gondry, Dziewczyna z lilią, 2013

Barataria 51 Halfway House Orchestra

Jazz Barataria

Recorded in New Orleans on 22 January 1925 by the Okeh Company’s mobile recording unit, Barataria is a fine example of the Halfway House Orchestra’s wonderfully relaxed playing style.

Okeh made a number of “field trips” to New Orleans and recorded many tunes by several bands but Barataria remains one of the best and most important examples of early New Orleans jazzmusic.

On YouTube where I found that wonderfull piece of wonderfull jazz of twenties wrote sombody with the nick Nick Ade: My grandfather, Leo Adde, co-wrote Barataria. That’s him on drums in the photo. Thanks for posting this. Isn’t it wonderfull?


Abbie Brunies’ Halfway House Orchestra with l-r: Charlie Cordella, Mickey Marcour, Leon Roppolo, Abbie, Bill Eastwood, Joe Loyacano and Leo Adde. A different version of this photo was first published in 1939, where Roppolo’s socks hade made black, which better suited his tuxedo.

The piece on you tube is beautifully cleaned up, wrote one another listener to Barataria. (Un-cleaned version you will find HERE).
Another lisstener – jrogers71 – asked: I wonder what was going on in Barataria in 1925?

The Halfway House Orchestra was an USA jazzband, one of the first ones of New Orleans Jazz. It existed from 1919 till 1928, so it is a very propper time to wrote about it  hundred years later. In that time it was still rare to take the records and The Halfway House Orchestra was one of the first doing it, with one of the first labels – Okeh Records. And Barataria was a first record of the band.

The band was grounded by a cornetto player Albert “Abbie” Brunies (1900–1978), member of a very famous jazz family of  New Orlean. Also Georg Brunies, Charlie Cordella, Mickey Marcour, Leon Rappolo, Bill Eastwood, Joe Loyacano and Leo Adde played in the group.


Four New Orleans Jazz Babies at Halfway House, ca. 1920. L-R: Emmett “ Buck” Rogers, Abbie Brunies, Mickey Marcour and Stalebread Lacoume. The photo was taken at the Halfway House and it may have been the first group that Abbie had there. Abbie would stay for many years at the Halfway House and the combination was to become famous among collectors of early jazz.


Above: Abbie leaning against the Halfway House, which was a music place and dance hall on a half way between the City of New Orleans and Lake Pontchartrain (Please notice the Budweiser-Ad on the roof). It opened around 1915 and was run by the brothers Chris, Gus and Oscar Rabinsteiner. Beneath: The house stays empty now and is badly in need of repair but, despite the ravages of time and fire, the Halfway House still stands. Its official address is 102 City Park Avenue.

Barataria on record

In March 1924 the OKeh company made its first field trip down to New Orleans. It recorded the bands of Johnny Bayersdorffer, Johnny DeDroit and Fate Marable, as well as some singers. The next year, in January 1925 OKeh came back and again recorded a mix of black and white artists. Among the white groups was the Halfway House Orchestra. On Thursday, January 22, 1925, Abbie’s band recorded Pussy Cat Rag and Barataria. Pussy Cat Rag was a composition of Abbie Brunies together with two of his band members, reed player Charlie Cordella and pianist Mickie Marcour. It features Leon Roppolo in a fine solo on alto saxophone. On Barataria, by the band’s banjoist Bill Eastwood and drummer Leo Adde, Roppolo solos on clarinet. Okeh’s publicity blurb said:

There’s no need to talk about the Halfway House Orchestra. Their music speaks for itself, for it’s a shoulder shaking rhythm that only Half-Way House Orchestra can play. Watch your feet misbehave when the carefree strains of “Pussy Cat Rag” and “Barataria” are in the air. You can get both of them on one Okeh record right now.

So, their music speaks for itself: HERE!

Skrawki i strzępki (Barataria 50)

Ewa Maria Slaska

Dziś to, co leżało po drodze, znalazło się lub napatoczyło.

Sergiej Rimashewskij.
Czy mi się wydaje, czy to kobieta jest Cervantesem? A nawet nie kobieta, lecz dziewczynka. A jej kapelusz to wyspa Barataria.

Piana złudzeń czyli Dziewczyna z lilią (reblog z siebie samej)

Ewa Maria Slaska dla Adama Slaskiego

W Pianie złudzeń oglądamy i rejestrujemy zniszczenie świata. Był to świat specyficzny, idealistyczne wyspy szczęśliwości, tak jak je widział człowiek lat 40, zaraz po okrucieństwie wojny – nawet tej mniej okrutnej, francuskiej. To świat kolorowy, lekki jak obłoczek, stworzony i zamieszkiwany przez młodych, pięknych, zdrowych i bogatych. Jest to zarazem świat a-naturalny, a w zamian za to pełen ciekawostek technicznych, ułatwiających życie człowiekowi. W filmie zresztą ten aspekt został zdecydowanie przesadzony, co zlikwidowało filozofię, zamieniając ją burleskę. Tym niemniej i film i książka pokazują, że człowiek może być szczęśliwy tylko w otoczeniu cywilizacji. Natura to potwór – niewiadome zagrożenie, które czai się wszędzie, to wiatr, który zdmuchnie kolory z chusteczki Chloe i obsypie Chloe i Colina piórami gołębi w tunelu, gdzie przygotowuje się rekwizyty do ozdoby miejskich placów.

Zawsze twierdziłam, że żywię ogromny szacunek dla (traktowanych symbolicznie) inżynierów, bo świat stworzony przez Boga, to była kula błota, pełna deszczu, wybujałych skrzypów, dinozaurów i komarów, a dopiero oni wymyślili agrafkę, penicylinę, kino i samochód, czyli zamienili błoto w wygodny świat. Ale na Wyspach Andamańskich na Oceanie Indyjskim widziałam też, jak natura odbiera swoje, jak po kilkudziesięciu latach miasto opuszczone przez ludzi jest już z powrotem dżunglą.

Sięgam do notatek z podróży do Indii. Niedziela, 24 lipca 1994 roku. Port Blair, dodajmy – stolica archipelagu, który znany był już podróżnikom chińskim i arabskim od IX wieku naszej ery. Andamany to archipelag długości 352 km i szerokości do 51 km składający się z 576 wysp, z których 26 jest zamieszkanych. Mieszka tam około 340.000 ludzi, z tego tylko około 5 tysięcy to pierwotni, negroidalni, mieszkańcy wysp, tzw. Negritos. Arabowie, Malajowie i Chińczycy przybywali tu przede wszystkim po niewolników, a dopiero Anglicy w XIX wieku zasiedlili wyspy, tworząc z nich po części kolonię karną.


Negritos ok. r. 1900

Jedziemy na wycieczkę na wyspę Red Shin, która odpowiada wszystkim wyobrażeniom o wyspie tropikalnej. Jest mała, bezludna, skalista, porośnięta dżunglą, otoczona białą plażą i ciepłym morzem, pełnym kolorowych raf koralowych i równie kolorowych ryb.

Piękna jest też godzinna droga ze stolicy do przystani na wyspie Wielki Andaman. Mijamy pola ryżowe, niewielkie egzotyczne lasy, szerokie mętne rzeki, kwitnące ogrody i małe wioski złożone z drewnianych domów, w których mieszkają rzemieślnicy, stolarze, snycerze, wyplatacze. Na płytkich stawach kwitną cyklamenowo-różowe lotosy i ten róż w połączeniu z zielenią drzew to jedyne mocne barwy tych wiosek, bo ludzie są ubrani nie tak kolorowo i raczej ubogo. Wyspy spowija łagodny szaroniebieski, nieco mglisty woal. Idziemy na targ pełen dorodnych jarzyn o nieznanych fakturach i kolorach, a potem na obiad do luksusowego hotelu. Siedzimy na ogromnym drewnianym tarasie bezpośrednio nad zatoką. Jest 7 wieczorem i jest już całkiem czarno. Ocean szumi w ciemności, a potem spada krótki ostry deszcz.

Poniedziałek.
Płyniemy statkiem na Ross Island. Kiedyś stacjonowały tu oddziały angielskiej marynarki wojennej, na wyspie mieszkali angielscy oficerowie i żołnierze Hindusi. Dziś wyspa jest pusta, ale pozostało tu małe miasteczko wojskowe – koszary, mieszkania oficerów, klub, uliczka sklepików, kościół neogotycki, świątynia. Po wojnie, gdy wojsko opuóciło wyspę, za miasteczko zabrała się dżungla. Budynki popadały w ruinę, postradały dachy, szyby, ściany, przerosły je korzenie mangrowców i areki. Teraz Ross Island to ghost town. Małe łódki dowożą i odwożą nielicznych turystów. Po wylądowaniu na wyspie trzeba się wpisać do księgi gości i można sobie iść, dokąd nogi poniosą. Nie ma właściwie informacji dla turystów, co najwyżej tu i ówdzie znaleźć można tabliczki z nader treściwymi napisami: kościół, klub, zbiornik wody.

Niesłychany i rzadki to widok, cywilizacja wydana na pastwę drzew, słońca i deszczu. Łuki okien oplecione powojem lub przesłonięte siatką mocnych białych korzeni. Omszałe schody donikąd. W górę i w dół. Przechodzimy schodami na drugą stronę wyspy, gdzie nie ma już ani ścieżek ani szyldów. Zbliżamy się do ruin kościoła. Łuki gotyckich okien, wieża w oplotach bluszczu. Stada małych cętkowanych jelonków przemykają pomiędzy palmami. W dole błękitne morze. Białe grzywy przyboju rozbijają się o czarne skały. Cisza.

Reblog z rebloga z rebloga (Barataria 49)

Podczas prawie rocznych wędrówek palcem po mapach i książkach w poszukiwaniu Baratarii co i raz trafiam na własne zapiski z pobytów na wyspach.

Ewa Maria Slaska

Santorini. Wtorek, 20.10.1998

Wstajemy wcześnie, żeby zdążyć obejrzeć wykopaliska, otwarte, jak podaje przewodnik, tylko do 15.00. Już przed 10.00, po śniadaniu i kawie wsiadamy na motorek i ruszamy. Przedtem próbuję jeszcze dowiedzieć się czegoś w Muzeum Archeologicznym, ale bez skutku. W portierni siedzi kobieta o tępawej minie. Nie, nie ma żadnego archeologa. Nie, nikt nie mówi lepiej po angielsku. Do wykopalisk jedzie się na plac i w lewo. Nie, nie poda mi numeru telefonu, dojadę na miejsce, to zapytam. Po czwartym pytaniu, na które i tak znam odpowiedź, rezygnuję. Moja wina – nie znam greckiego. Albo znam za mało.

Na plac, w lewo, jak dojadę na miejsce, to się dowiem.

Do placu, w lewo, prosto, w prawo, długo prosto i w dół, w prawo, w lewo, w lewo, 25 kilometrów, jesteśmy na miejscu, w Akrotiri, mieście minojskim, zachowanym znacznie lepiej niż Knossos i Malia na Krecie. Akrotiri odkrył szalony archeolog Spiro Marinatos, który na pewno w dzieciństwie naczytał się i Platona, i życiorysów Schliemanna i Evansa. Od Platona dowiedział się o Atlantydzie, od Schliemanna, że bajki są prawdziwe, od Evansa, jak piękne są minojskie pałace-labirynty. Marinatos poświęcił całe życie na szukanie śladów Atlantydy, a jak je wreszcie znalazł – umarł. Akrotiri jest zresztą dalekie od platońskich ideałów, zapewne żyli tu i kapłani (a raczej kapłanki) i uczeni, ale dobrobyt zapewnił miastu nie tyle idealizm, ile zamożni rzemieślnicy i kupcy. Głównym ich zajęciem był eksport wina, zboża i oliwy, które transportowano w ogromnych glinianych naczyniach, malowanych w delfiny, mątwy, ryby, kwiaty i muszle. Świetne są te naczynia. Archeolodzy nazywają je, o ile dobrze pamiętam, Kamares, od pewnej jaskini na Krecie. Miasto robi wrażenie. Proste, brukowane ulice, równe ciągi schodów, a wewnątrz tej sieci, harmonijnej jak kryształ, kłębowiska domów, duże i małe izby, płaskie dachy, tarasy, piwnice, zakamarki. Ściany nośne z równych bloków kamiennych, reszta z gliny lub kamienistej drobnicy. Wiele domów zdobiły czarujące malowidła ścienne, przedstawiające ludzi zajętych połowem ryb, uprawą roli, zbiorami, brązowe postacie na jasnoniebieskim tle, wody, nieba. Miasto posiadało system kanalizacyjny i ciepłą wodę, osiągnięcia, którymi wiele greckich miasteczek i wsi do dzisiaj nie może się poszczycić. Wybuch wulkanu na Santorini nie zaskoczył mieszkańców znienacka, jak Wezuwiusz Pompeję. Mieszkańcy zdążyli opuścić wyspę, odpłynęli na sąsiednią Kretę. Akrotiri to wykopaliska a nie, jak w Knossos, skansen. Można dyskutować, co jest lepsze, bo żadne rozwiązanie nie jest idealne. Z punktu widzenia nauki rekonstrukcja pałacu w Knossos odzwierciedla raczej estetykę czasu odkryć, dziewiętnastowieczną fascynację archeologią, niż epoki zwanej okresem pałaców minojskich, jednakże Akrotiri w swej naukowej skromności także nie przypomina ludnego i barwnego miasta sprzed czterech tysięcy lat. Wykopaliska pokrywa dach z falistej blachy, domy otoczone są płotkami, w bocznych przejściach stoją potężne szafy, skrywające odkopany inwentarz, barwne freski zabrano do muzeum sztuki cykladzkiej w Atenach.

Dość szybko opuszczamy Akrotiri, objeżdżamy potężną górę i skręcamy ku morzu. Musimy pędzić, bo, jak podaje przewodnik, drugie starożytne miasto, jakie chcemy jeszcze dziś zwiedzić, Aρχαία θίρα, Stara Thera też jest otwarte tylko do 15.00. Już i tak nie wiemy, czy można wierzyć przewodnikom, czy nie, bo Akrotiri było czynne do 19.00, no i mieliśmy rację, albowiem panta rei i panta metamorfo, Starą Therę można zwiedzać tylko do 14.00. Klniemy, bo przynajmniej tyle mogła nam powiedzieć owa kobieta w Muzeum Archeologicznym, ułożylibyśmy plan dnia na odwrót. Po raz kolejny przekonujemy się, że Grecja to kraj informacji zaledwie przybliżonych. Drogowskaz wskazujący odległość 100 metrów oznacza jedynie kierunek, a godziny otwarcia zapewniają tylko, że obiekt kiedyś można zwiedzać. Trudno. Przelecieliśmy przez Akrotiri w tempie godnym uczciwego turysty, a teraz jesteśmy u stóp Starej Thery i też musimy się spieszyć.

Miasto założyli Rzymianie, a ściślej biorąc, niejaki Ptolomeusz, w III wieku naszej ery, gdy wyspa ostygła po kolejnych wybuchach i ponownie nadawała się do zasiedlenia. Na wysokim, stromym skalnym cyplu powstało tu coś w rodzaju, jakbyśmy to dzisiaj powiedzieli, rzymskiej bazy wojskowej, pozwalającej kontrolować wschodnią część Morza Śródziemnego. Regularnymi, porządnie brukowanymi serpentynami wjeżdżamy na przełęcz między cyplem a masywem góry Proroka Eliasza. Prof. Ilia, podają mapy, a my, myśląc o naszym koledze, dumnym ze swego  tytułu, przemianowaliśmy ją na Profesora Eliasza. Motorek pokonuje górę heroicznie i nieulękle, ja, przyczepiona na tylnym siodełku, nie patrzę w dół, ale i tak dostaje mi wyobraźni, by się bać. Zwiedzanie Starej Thery w ogóle wymaga pewnej dozy nieustraszonej odwagi, bo było to prawdziwe obronne gniazdo dzielnych wojowników, posadowione tak, by wrogom trudno było je podejść. Turystom też dech zapiera, a w każdym razie mnie, gdy kozią ścieżką idziemy od parkingu do twierdzy. A skoro jest trudno, i podejść, i dojechać, skoro nie ma restauracji ani sklepów z pamiątkami, to nie ma i turystów. Thera – pusta, przejrzysta, zawieszona w błękicie orgia kamieni. Kamienne miasto na kamiennej opoce, kamienne ulice wśród kamiennych murów. Radość kontaktu ze starożytnym miastem, może nie tak starym jak Akrotiri, nie tak owianym legendą jak Ateny, nie tak pełnym wspaniałych budowli jak Rzym. Ale Thera to nie miasto trwające nieprzerwanie i nie wykopaliska, zasypane przez wieki, a potem odgrzebane. Thera jest. Nic jej nie zakłóca. Kiedyś była miastem, dziś jest ruiną, jest może skromna, ale taka już była w chwili stawania się, mała faktoria wielkiego imperium, skromne lustro Rzymu. Zgodnie z rzymską zasadą wzniesiono tu wszystko, co obywatelowi Rzymu było niezbędne do kulturalnego życia: pałace, domy, agorę z kolumnadą, termy, teatr, gymnasion, stadion, a także burdel, do którego prowadzi drogowskaz w kształcie fallusa. Na skraju miasta znajdują się też ozdobione nieprzyzwoitymi malunkami groty, gdzie odbywały się orgiastyczne misteria. Nie wolno ich jednak zwiedzać. Otacza je niepozorny płotek, na pozór łatwy do pokonania, ale gdy tylko próbujemy, pojawia się niewidoczny dotąd strażnik i odgania ciekawskich. Brak wyjaśnień, dlaczego. Nie wolno. Względy przyzwoitości czy wymogi konserwatora?

Zjeżdżamy do wioski. Usiłuję załatwić sprawunki, kierując się wskazówkami tubylców, że super-market jest „tam”. Faktycznie jest, ale zamknięty na głucho. Rozmyślam leniwie o stosunku tubylca do turysty, który wie przecież, że jest po sezonie i sklep zamknięty, a przecież wszyscy odsyłali mnie „tam” jednomyślnie i uparcie. Ciekawe, gdzie oni sami kupują pieczywo i mleko? Wracam na promenadę, w sklepiku z pamiątkami dostaję czekoladę i fantę. W Berlinie, gdy w restauracji poprosiłam o chleb i wodę, przyniesiono mi grzanki z pomidorami i butelkę luksusowego perriera. Trudno jest praktykować skromność. Szlachetna prostota życia Ghandiego wymagała ciężkiej pracy dziesiątków ludzi. Nie będziemy już nikogo fatygować. Zjadamy lepką od upału czekoladę i jedziemy w głąb wyspy.

Książę Montefeletri i jego ukochana żona  Batista Sforza – portrety namalowane przez Piero della Francescę – w tle wzgórza otaczające księstwo Urbino

Winnice, góry, miasta i kościoły, mały świat, jak wyjęty z głębokiego planu renesansowych portretów. Renesansowy koloryt, słynna włoska perspektywa powietrzna, na pierwszym planie brązy i złote beże wysuszonej ziemi, w głębi zieleń winnic i gajów, daleko w tle błękit nieba, morza, oddalenia. Podobne jest też zagęszczenie życia. Z pozoru bezludny krajobraz, zaledwie tło ważnych, pierwszoplanowych zdarzeń, jest jednak pełen sztafażowych scenek rodzajowych. W zakamarkach gór, za zakrętem drogi wyłania się przyczepione do skały, otoczone murami miasto, zwieńczone nieodłączną ruiną fortecy, pasterz odpoczywa w cieniu, stara kobieta w czarnej sukni i chusteczce wiesza bieliznę na podwórku, w oknie krzywego domu koronkowa firanka, kot, dziecko, pelargonia. Wielkie drzewo, donice rozmarynu i bazylii, oleandry, żółty, brzydko otynkowany kościół. Podjeżdżamy pod bramę. Stara kobieta bez słowa porzuca pranie i prowadzi nas do wnętrza. Pisarz nie powinien używać przymiotników oceniających, jego rola w opisie świata winna się ograniczać do wskazania cech i związków, ale nie bardzo można bez przymiotnika opisać wnętrze wiejskiego kościoła na odległej cykladzkiej wyspie, wnętrze, które po prostu zwala z nóg.

Kościół zbudowano w XI, a może XII wieku, budulca dostarczyły ruiny Starej Thery, ale technika budowlana w średniowieczu była znacznie bardziej zacofana niż w czasach helleńskich, surowiec pocięto więc na kawałki i z wyrafinowanej rzeźby kamiennej sklejono nieporadnie grube kolumny romańskie, małe, krępe triforia, beczkowate sklepienia. Coś jednak rozsadza tę przysadzistość. Dawna baza zmienia się w głowicę, orientalna arabeska korynckich kapiteli układa się niespodziewanie w roślinne wici jak z francuskich katedr, pojawiają się nieświadome echa renesansu karolińskiego, helleńskie cytaty z architektury egipskiej i nagle kawałek portalu, który antycypuje już kunszt wysokiego średniowiecza. Bizantyjska zasada główna, plan w kształcie krzyża greckiego, zwieńczony płaską pseudokopułą, została wypełniona zaskakującym chaosem szczegółów o cechach architektury i orientalnej, i zachodnio-latyńskiej. W XIX wieku Panagia Episkopi byłaby eklektyczna, w XX postmodernistyczna, zbudowano ją jednak w wieku XI, na obrzeżach świata, na granicy chrześcijaństwa i jest przede wszystkim wzruszająca. Każdy detal architektoniczny naznaczony został niezwykłym wysiłkiem osiągnięcia pewnego ideału, który nie wiadomo w ogóle, jak wyglądał, ani skąd się tu wziął. Może to tylko antyczne dziedzictwo uwysmukliło tu i ówdzie, oderwało od ziemi ku niebu sylwetkę kościoła, ale jest w niej też wpływ Orientu, daleki, lekki.

Więc może zawieruszył się tu jakiś, wracający z Jerozolimy statek Krzyżowców, bo mieli chorych na pokładzie. Wyobraźmy sobie epidemię biegunki, bardzo powszechną chorobę. Statek dobija do brzegu gdzieś w okolicy Kamari, wysłannicy szukają przytułku i, co za szczęśliwy zbieg okoliczności, z „Profesora Eliasza” schodzi właśnie w dół niewielka karawana obładowanych kamieniami osłów. Do klasztoru dość jeszcze daleko, w końcu jednak jest i dach nad głową, i przysłowiowa łyżka ciepłej strawy. Pobyt przeciąga się. Nadchodzą jesienne sztormy, i tak nie da się przed wiosną ruszyć dalej. Ozdrowieńcy pomagają w budowie kościoła, takie zadanie przystoi i rycerzom. Od ponad stu lat, od czasu gdy chrześcijański Zachód przetrwał grozę końca świata, która mogła była nadejść wraz z rokiem tysięcznym, budowa wielkich i wspaniałych katedr stała się zadaniem i zarazem szaleństwem całej Europy. Księżniczki noszą kamienie, biskupi pchają taczki z wapnem, możni pokutnicy oddają złoto, zbrodniarzom zamienia się karę śmierci na muratorską pracę ad maiorem Dei gloria. Zawiązują się pierwsze europejskie tajne związki, Bauhütten, loże masońskie, baraki budowlańców, gdzie majster i architekt, murator i mason pospołu strzegą ogromnej  tajemnicy: jak wznieść mur tak, by był smukły, piął się wysoko i otwierał w wielkie okna, przemieniające mroczne wnętrza budowli romańskich i zapowiadające już gotyckie świątynie pełne światła. Ta wiedza dopiero się rodzi, tajemnice dopiero można zacząć zbierać. Kościoły wciąż jeszcze są przyciężkawe, mury się walą, dachy zapadają, zdarza się, że na całe dziesiątki lat trzeba zaniechać podjętej budowy, bo nagle pojawia się jakiś jeszcze nie dający się rozwiązać problem techniczny. Wielkie belki potrzebne do dźwigania dachów i dzwonów nie mieszczą się na schodach wewnątrz wież kościelnych, wiotkich jak średniowieczne piękności. Cienkie mury trzeba podpierać od zewnątrz, rozsuwające się ściany spinać potężnymi kotwami lub owijać taśmami blachy. Wiek XI ogarnięty gorączką wznoszenia kościołów jawi się z daleka niby jakiś największy w historii cywilizacji zachodniej plac budowy, a jednocześnie pierwszy od czasu antyku wielki techniczny skok do przodu. Idea jako podnieta innowacji technicznych. Nowe pojęcie Boga jako światła nareszcie, po tysiącu lat, wydobywa chrześcijaństwo z ukrycia, z podziemia, z przytłaczającego mroku budynków wciąż jeszcze przypominających katakumby starożytnego Rzymu, w których chronili się prześladowani wyznawcy Chrystusa.

I jeszcze pełne zgrozy zachłyśnięcie się potępionym, diabelskim, ale uwodzicielskim pięknem orientalnego luksusu. Meczet Omara w Jerozolimie – żaden król, cesarz ani papież w Europie nie wznieśli jeszcze budowli tej miary, co inkrustowany tysiącami błękitnych i zielonych kafelków meczet na skale, gdzie Abraham miał złożyć w ofierze Izaaka, lecz Bóg, sprawdziwszy jego gotowość, powstrzymał wzniesioną już do ciosu ojcowską rękę.

W klasztorze jeden z rycerzy pokazuje zabrany z Jerozolimy puchar srebrny z wizerunkiem meczetu, zbudowanego w VII wieku. Opisuje mozaiki, opowiada, co to jest prawdziwa kopuła, wielka, lekka, lecąca ku niebu jak żagle czy skrzydła cherubinów. Rysuje na piasku. Zna się na budowlach. Rozmawia z mnichami o świątyni Salomona, którą zburzył Tytus przed tysiącem lat.

Więc czasem w trakcie prac murarskich zdarzyło mu się zauważyć, że w Jerozolimie, ale i w Reims, Lüneburgu, a może w jakiejś wiosce nieopodal Salisbury, odrzwia wyglądają inaczej. Rysował jakieś fragmenty, ot, okno, jakby wyższe, węższe i spiczasto zakończone, jakaś inna symetria, oparta nie na czworokątności niebiańskiej Jerozolimy i poczwórności greckiego krzyża, czterech Ewangelistów, czterech stron świata, lecz na jednej pionowej osi, na niewidzialnej linii łączącej trzy światy, podziemną domenę Zła, Ziemię zamieszkaną przez ludzi i wysoko boskie niebo. Poziom odchodzi, rodzi się pion. Coś z tych opowieści przeszło w materię budynku Panagia Episkopi, jest w niej wciąż Bizancjum, ale jest i Francja, i Jerozolima wyzwolona. Jest ciężki konkret kamienia, ale jest wzlot zachodniej katedry i wschodniej kopuły ku górze.

Wędrówka wzorów, motywów, obcy świat poznawany w niedokładności przekazu, w opowieści pielgrzyma, w śmiesznie nieudolnym rysunku. Gdy kamieniarz z Ulm przedstawia stworzenie świata na portalu katedry, wie już, że świat jest wielki i nieogarniony. Wie, że Bóg stworzył nie tylko i mnie, i wołu, i ciołka, lecz, że stworzył także słonia. I mały, zaaferowany Bóg z kamienia tworzy na portalu słonika z wieżą na grzbiecie, figurę szachową, jedyne znane i konkretne odniesienie twórcy do bajań podróżników. Dzięki Krzyżowcom, którzy wrócili ze Wschodu, słoń, lew, meczet Omara z czasz srebrnych pucharów stały się wspólną własnością Europy. Przez następnych kilkaset lat na obrazach przedstawiających Jerozolimę i sceny z życia Jezusa pojawia się w miejsce Świątyni, której już nie było, meczet Omara, najpiękniejsza budowla średniowiecznego świata.

Kościół Panagia Episkopi jest eklektyczny, zdobiące go freski natomiast wykonano w czystym, chciałoby się powiedzieć, nieskazitelnym stylu bizantyjskim. Chrystus spożywa ostatnią wieczerzę. Wie, że umrze, dlatego artysta namalował go z zamkniętymi oczami. Po drugiej stronie umierająca Matka Boska ma oczy otwarte, czarne i przepastne, bo nie umrze, lecz tylko zaśnie i żywa pójdzie do nieba. U jej łoża apostołowie, jeden z okutaną w powijaki laleczką w ręku – to dusza Panagii, Wszechświętej.

Staruszka w czarnej sukience wymownie informuje nas, co jeszcze musimy zobaczyć. Jeśli się opieramy lub nie rozumiemy, mocnym chwytem suchej kościstej ręki wpija się w ramię, prowadzi i rozkazująco wskazuje kolejny obiekt podziwu. Kyria Pantokratoria gestem palca stwarzająca świat.

Wychodząc dajemy jej 400 drachm w dwóch banknotach. Spogląda na nas podejrzliwie, upewnia się, że banknoty są jednak dwa i bez słowa znika w krzywym domku za koronkową zasłoną.

Pyrgos, wysoko w górach, średniowieczna stolica wyspy. Jej nazwa znaczy tyle co twierdza, samą twierdzę natomiast mieszkańcy pieszczotliwie nazwali Kasteli. Kasteli jest dość dobrze zachowane i puste. Grube mury, przejścia, bramy, pozamykane wnęki, zejścia do piwnic, nisze, komory, dwa czy trzy kościoły. Cisza. Cisza popołudnia, cisza po sezonie.

Poniżej w mieście jest jednak jakieś życie. Przed biało otynkowaną kafejką siedzą na ławeczce starzy mężczyźni, szeregiem, jakby pozowali do pocztówki. Wąsate twarze, fajka, beret albo kaszkiet, czarna marynarka, szare spodnie, pokręcone ręce mocno wsparte na wysłużonej lasce. Na kamienistym podwóreczku przed dużym oryginalnym domem, o fasadzie wyłożonej ciemnokrwistym marmurem, jakiś chłopak z łoskotem prostuje blaszaną rynnę. Uderzenia młotka przeplatają się z dźwiękiem niespiesznej rozmowy, prowadzonej po niemiecku. Grüß Gott. Grüß Gott, prześmiewcza Bawaria, nie wiadomo dlaczego, skoro my przyjeżdżamy z Berlina, właściciel pochodzi z Hamburga, a jego młody przyjaciel jest Grekiem. Lekarz na przyspieszonej emeryturze, młody jeszcze, rentier, powiedzieliby Francuzi. Dorobił się dość, by kupić ten dom, który nie był droższy niż samochód. Jaki samochód, dopytujemy się, wciąż w żartobliwym tonie, bo nasz kosztował sześć tysięcy. Bywają różne samochody, odpowiada gospodarz, niektóre są może droższe od waszego. Może. Jest piąta po południu, pora na herbatę, którą wypijamy na płaskim dachu willi. Elegancka porcelana w stylu art deco, nierealna atmosfera lat 20. Starannie wyszukana estetyka, daleka od powiązań z pocztówkowym wizerunkiem greckich wysp. Przyciszony głos, wytworny sposób wyrażania się, pełne umiaru poczucie humoru, dyskretna rezerwa. Najwyższe osiągnięcie europejskiej kultury homoseksualnej, pałac zbudowany na czarnej otchłani seksu, potępionej i boskiej. Greckiej.

Głęboko w dole na popielatosrebrzystym morzu, za czarnymi sylwetkami wysp Kameni pojawia się zwiewna sylwetka czteromasztowego żaglowca. Cisza, kot się łasi i stygnie herbata, w purpurowej łunie nad bladą wodą Caldery zachodzi pomarańczowe słońce. Nie ma w tym zachodzeniu chmurzastej feeri barw, znanej tak dobrze znad Bałtyku. W pogodnych krajach południa na tle bezchmurnego nieba kula Słońca zachodzi konkretna i samotna, pojedyncza i zarazem wyniosła, jakby mówiła – to ja, Słońce.

Reblog: Wyspy nieszczęśliwe (Barataria 48)

Magda Bębenek

Reblog: 7 lekcji z tragedii, która nie wydarzyła się (przed)wczoraj na Hawajach

Miałam napisać dla Was w ten weekend tekst o historii Hawajów, coby uczcić przypadającą na wtorek i środę 125 rocznicę obalenia ostatniej hawajskiej królowej i rozpoczęcie okupacji amerykańskiej1. Jednak od rana nie mogłam przestać płakać z przerażenia, czytając wpisy znajomych Hawajczyków.

Nie wiem, czy śledzicie konflikt na linii Trump i USA – Kim i Korea Płn., a jeśli tak, to czy słyszeliście o tym, że pod koniec 2017 r. – po raz pierwszy od ponad trzydziestu lat – zaczęto testować na Hawajach syreny ostrzegające przed atakiem nuklearnym. Comiesięczna praktyka kreująca atmosferę strachu oraz poczucie nadchodzącej katastrofy wśród mieszkańców wysp. Jest ona jednak niczym w porównaniu z tym, co wydarzyło się wczoraj.

Blisko milion mieszkańców archipelagu dostało SMS, że w ich kierunku wystrzelono pocisk (potencjalnie nuklearny). Oznaczało to, że mają 20 min, a potem rozpęta się piekło.

Gdy czytam kolejne posty znajomych czy oglądam ich filmiki, nieustannie przechodzą mnie dreszcze i łzy cisną mi się do oczu. Podobnie jest, gdy piszę Wam o tym teraz. Czy jesteście sobie w stanie wyobrazić sytuację, w której dostajecie SMS, że za 20 min Wy, Wasze rodziny, wszyscy znajomi oraz wyspy, które nazywacie domem, potencjalnie przestaną istnieć? Dokładnie to przeżyli wczoraj Hawajczycy.

W wiadomości napisane było „seek shelter”: szukajcie schronienia.

Gdzie? Jak?

Hawaje to archipelag małych wulkanicznych wysepek leżących pośrodku niczego, 3 000 km od najbliższego lądu. Większość ludzi żyje w domkach z cienkich desek, bez piwnic, w otoczeniu lawy. Aby mieć bieżącą wodę, potrzebny jest prąd, chyba że ktoś żyje na deszczówce (wbrew pozorom, przynajmniej na Big Island, takich osób jest sporo). Ponad 90% produktów jest importowane, co oznacza, że na wyspie znajduje się zapas wody i jedzenia na około tydzień. A potem? W przypadku ataku nuklearnego? Game over.

Podobna historia zmroziłaby mi krew w żyłach niezależnie od tego, gdzie miałaby się wydarzyć. A jednak jest coś, co sprawia, że jeszcze bardziej mną to wstrząsnęło: miałam tam teraz być i ja. Od dwóch tygodni mieliśmy z Piotrkiem być na Big Island i zbierać dla Was materiały o kulturze i tradycji rdzennych Hawajczyków2. Płakałam myśląc o tym, że wczoraj byśmy tam byli, tysiące kilometrów od domu, przez 38 minut przekonani, że zaraz zginiemy. Do kogo byśmy dzwonili? Czy przy dwunastogodzinnej różnicy czasu zdążylibyśmy się pożegnać z rodzicami, rodzeństwem, przyjaciółmi?

38 minut w oczekiwaniu na masową zagładę. Tyle bowiem zajęło odpowiedzialnym za to ludziom wysłanie korekty błędnej wiadomości. Przez 38 minut wielu ludzi żegnało się z życiem, nie wiedząc, gdzie pocisk uderzy ani jak się w tej sytuacji zachować.

Początkowa panika przerodziła się w złość. „Jak mogło do tego dojść?!” – pytają wszyscy.

Okazało się, że cała sytuacja miała miejsce, ponieważ ktoś przypadkowo wcisnął nie ten przycisk. Zamiast na „test alarm”, palec poszedł na „live alarm”. Odpowiedzialna osoba publicznie przeprosiła za swój błąd. Zrozumiałe oburzenie budzi fakt, że doszło do takiego zdarzenia. Jednak jeszcze większym błędem byłoby kierowanie swojej złości na człowieka, który się pomylił, a nie na to, przez co zagrożenie atakiem nuklearnym jest w ogóle możliwe.

Tym razem alarm był pomyłką. Ale co będzie w przyszłości?

To, na co pozwolimy.

Być może nie mamy wpływu na Trumpa czy Kima, ale mamy wpływ na to, co się dzieje na naszym podwórku. Na to, jak zachowujemy się w czasach konfliktów napędzanych przez media, polityków i grupy interesów. Na to, czy stajemy po którejkolwiek ze stron i czy to rzeczywiście robi komukolwiek dobrze. Na to, czy uczestniczymy lub w milczeniu przyglądamy się wzajemnemu wyzywaniu się, obrażaniu i zwalaniu winy jedni na drugich. Na to, czego wymagamy od polityków, ale i co tworzymy własnym życiem i relacjami. Być może w nas nikt nie wyśle w najbliższym czasie pocisku nuklearnego, ale jego odpowiedników, w mikroskali, doświadczamy na co dzień.

Musimy uczyć się łączyć, rozmawiać i szukać wspólnych rozwiązań oraz wspólnych płaszczyzn do działania.

Nigdy nie będziemy się z nikim zgadzać w każdej kwestii. Nauczmy się szukać tych płaszczyzn, na których wspólne działanie jest możliwe. Niezależnie od tego, co nas dzieli, zawsze są rzeczy, które są nam wspólne. I musimy nauczyć się je dostrzegać. Przestać polaryzować, a zacząć słuchać i spotykać się z innymi – z wszystkimi! – tam, gdzie to tylko możliwe.

I wiem, że nie jest to łatwe.

Sama wielokrotnie nie potrafię rozmawiać, współpracować, szukać kompromisów. Zamiast w spokoju wysłuchać, przyjąć, spojrzeć na coś oczami drugiej osoby, krzyczę, płaczę, oskarżam. Nikt nigdy nie nauczył mnie, jak się komunikować w sposób zdrowy, empatyczny, szanujący granice siebie i drugiego – bez agresji, wpędzania w poczucie winy, wypominania. Ale pracuję nad tym, tak w związku, jak i w kontaktach z ludźmi, którzy na pierwszy rzut oka wydają się być zupełnie „nie z mojej bajki”.

Klnę na Trumpa jak tylko mogę, krytykuję go i wiele na niego zwalam, ale gdy się zatrzymam i chwilę pomyślę, każdorazowo łapię perspektywę i wiem, że Trump, jak i podobni mu politycy czy biznesmeni, są jedynie produktem kultury i społeczeństwa, które współtworzę. Mało tego, czy i ja nie zachowuję się czasem tak jak ci, których tak bardzo krytykuję? Czy i ja nie bywam dziecinna, zawistna, megalomańska? Czy i ja nie oskarżam, nie przerzucam swoich emocji na innych, nie powielam stereotypów? Czy i ja nie zaogniam konfliktów, nie przyklejam innym łatek, nie wyśmiewam?

Gdybyśmy my, jako jednostki i społeczności, inaczej funkcjonowali:

  • transformowali konflikty, zamiast eskalować je do punktu, z którego nie ma już powrotu
  • nie ulegali komfortowi kreowania obrazu wroga i sprawcy naszych nieszczęść
    (niezależnie od tego, czy obraz ten namalujemy na podobieństwo kogoś z PiSu, PO, Syrii, Rosji, kościoła, meczetu, w spodniach, czy spódnicy)
  • nie wchodzili w pozycję „my” kontra „oni”
  • umieli być z naszym bólem, strachem i niepewnością
  • częściej mówili Nie wiem Nie rozumiem
  • wybaczali błędy, sobie i innym
  • szanowali granice, swoje i innych

milion ludzi nie czekałby wczoraj na Hawajach na uderzenie koreańskiego pocisku. Podobnie jak miliony ludzi nie żyłyby codziennie w strefach wojen. Miliony ludzi nie należałyby do gangów i nie zagrażały milionom innych, a przemysł zbrojeniowy nie byłby najszybszą ścieżką do zarobienia fortuny. Nie dalibyśmy się oszukać, że lekarstwem na walkę z terroryzmem jest bycie terrorystą w stosunku do innych. Nikt więcej nie wmówiłby nam, że „zabija w imię pokoju”.

Jakie lekcje wyciągam z tragedii, która nie wydarzyła się (przed)wczoraj na Hawajach?

  1. Uważnie uczyć się komunikacji.
  2. Gdy będę chciała po kimś pojechać lub kogoś obwinić za to, że jest produktem końcowym uwarunkowań, w których żyjemy, postaram się zatrzymać i pomyśleć: Co jest prawdziwym źródłem problemu? I co z tym mogę zrobić?
  3. Dostrzegać siebie w innych. Nie tylko wtedy, kiedy mi się to podoba i nie tylko w tych, do których aspiruję.
  4. Dążyć do tego, by nie uciekać od emocji, nie zagłuszać ich i nie przelewać na innych tych emocji, które wywołują mój dyskomfort, których nie rozumiem, których nie lubię doświadczać.
  5. Mówić Nie wiem Nie rozumiem, zamiast robić z siebie specjalistę w kwestiach, na których się nie znam, a w których niejednokrotnie w zdecydowany sposób opowiadam się za stronami trawiących Polskę konfliktów.
  6. Pozwalać sobie i innym na popełnianie błędów.
  7. Słuchać tego, co jest ok, a co nie jest w relacji ze sobą i z innymi.

Jakie wyciągasz Ty?

Zdjęcie tytułowe: Anthony Quintano/Civil Beat
  1. O tym, dlaczego z wyjazdu zrezygnowaliśmy przeczytasz tu.

Barataria 47 czyli szaleniec z Wydm

Ewa Maria Slaska

Jaki ojciec taki syn

W kilku odcinkach, poczynając od TEGO, pisałam o Silvio Gesellu, ekonomiście-utopiście z początku XX wieku. Gesell był zwolennikiem gospodarki wolnorynkowej opartej na wolnym (nie dającym się tezauryzować) pieniądzu, funkcjonującej bez stosowania zasad marksistowskich, ale też i bez zasad wielkokapitalistycznych. Jednostki gospodarcze, najczęściej wioski lub społeczności kilku wiosek, oparte o model Gesella czyli posługujące się wolnym pieniądzem istniały i właściwie do dziś istnieją tu i ówdzie, odnosząc nawet spore sukcesy. Warunkiem powodzenia jest tu po pierwsze fakt, że są to grupy małe i że naprawdę a nie pod przymusem stosują się do zasad przyjętych przez wspólnotę oraz że własze  świata zewnętrznego pozwolą im na wprowadzenie, zrealizowanie i  kontynuowanie eksperymentu. Opowieść Gesella o tym, jak powstają takie systemy i z jakich powodów upadają, została ulokowana na odkrytej, a potem zapomnianej, wyspie Barataria gdzieś na Karaibach. Przypomnijmy że w zatoce Meksykańskiej, naprzeciwko miasta Nowy Orlean rzeczywiście leży wyspa o takiej nazwie, która przez kilkadziesiąt lat była siedzibą słynnego pirata Lafitte’a.

Również syn Silvia, Carlos, był szalonym utopistą. Informacje o nim znalazłam dopiero ostatnio w artykule Michaela Stolleisa Die Wunderinsel Barataria. Sancho Panza und die Kunst des Regierens / Czarodziejska wyspa Barataria czyli Sancho Pansa i sztuka rządzenia. W przeciwieństwie do mnie, autor nie uważa naszego giermka za wcielenie karnawałowego króla, lecz traktuje go nader poważnie, właściwie jak renesansowy ideał władcy, który wciąż jest rycerzem jak każdy władca średniowieczny, ale już jest również uczonym sędzią, jak ci, którzy obejmują rządy w czasach nowożytnych. Gubernator Baratarii jest miernikim, wg którego ocenić można także jego następców, Silvia i Carlosa Gesellów.

Ktokolwiek będziesz w okolicy Mar del Plata, możesz wśród licznych ofert wybrać modny obecnie kurort nadmorski Villa Gesell (miasteczko Gesell czyli Gesellowo lub Gesellówka). Jego główna ulica nosi nazwę Bulwar Silvio Gesella (ojca zatem, nie syna), ty zaś oddać się tu możesz nie tylko zwykłym rozrywkom plażowym, ale popłynąć na połów ryb na pełne morze lub odwiedzić jednego z mieszkających tu artystów. Tysiące turystów tak robią, wcale nie wiedząc o tym, że jeszcze w latach trzydziestych ubiegłego wieku rozciągały się tu tylko piaszczyste wydmy, po których hulały burze piaskowe.

Carlos Gesell (syn Silvia), był udziałowcem założonej przez ojca fabryki środków higienicznych i ubranek dla dzieci, na czym jak można zrozumieć dorobił się na tyle, by móc kupić kawał argentyńskiego wybrzeża o szerokości około półtora kilometra i długości – kilometrów dziesięciu. Wydmy były, jak to wydmy, uporczywie piaszczyste, ale Carlos, być może zapatrzony w wizje Edenu, niemieckiej wioski produkującej owoce, gdzie w ostatnich latach życia zamieszkał tata, postanowił uczynić sobie ten skrawek ziemi poddanym, rozpoczynając uparte choć latami kończące się niepowodzeniem eksperymenty zamienienia wydm w oazę rolniczą. Miejscowi nazwali go «Loco de las dunas», szaleniec z wydm.

I oto kiedyś jego wysiłki zakończyły się powodzeniem – Carlos obsiał wydmy owsem nadmorskim, który umocnił luźne piaski i przygotował tym samym podłoże pod następne rośliny.

Ogromną rolę w użyźnianiu wydm odegrały akacje. W lasku maleńkich akacji Carlos założył utopijną kolonię, gdzie zamieszkał z żoną i garstką kolonistów. Rychło okazało się, że te surowe piaski zaczęły, podobnie jak rodzina szaleńca, z roku na rok coraz szybciej i więcej płodzić. Carlos miał trzy córki i trzech synów z pierwszą żoną, a potem jeszcze następne dzieci z drugą i trzecią.

Pierwszy dom zbudowany przez Gesella na użytek kolonistów stał właściwie w szczerym piachu i miał czworo drzwi w cztery strony świata, tak by zawsze, niezależnie od tego, co aktualnie zrobi wiatr z piachem, i które drzwi zasypie, zawsze można było wyjść z domu.

Kolonia Gesella rządziła się surowym rygorami, nie wolno było palić ani grać, a alkohol wolno było pić tylko od wielkiego święta.  Było to więc minipaństewko policyjne, w którym restrykcje zapewniały przestrzeganie zasad. To zresztą klasyczny wręcz problem wszystkich utopii (dziś się zaczęło nazywać dystopiami, jakby utopia za bardzo się – nam? – zaczęła kojarzyć z utopieniem się i utopcami). Są tylko dwie metody uzyskania posłuszeństwa zasadom – wychowanie czyli przymus łagodny bądź przymus bezpośredni.

W drugim zbudowanym w kolonii domu mieści się dziś muzeum.

Carlos, urodzony w 1891 roku, zmarł w podeszłym wieku w roku 1977. Ale wtedy jego utopijna kolonia dawno już przekształciła się w zwykłe kąpielisko jakich wiele w tej części Argentyny, 400 kilometrów na południe od Buenos Aires. Realny kapitalizm wchłonął bez reszty utopię szaleńca. Zresztą na życzenie samego założyciela, który jako pierwszy zaczął w kolonii budować domy dla spartańsko usposobionych turystów. Teraz zresztą nie mu już tych pierwszych hosteli turystycznych, zastąpiły je zwykłe hotele z basenami, sauną, barem i jakuzzi.

Carlos był podobnie jak jego ojciec, człowiekiem dobrze wykształconym i niezwykle kreatywnym. Jego zapał zjednywał mu ludzi. Gdy rozwiódł się ze swoją pierwszą żoną, dwoje dzieci pozostało z nim w koloni Gesell, podczas gdy reszta wyjechała z matką do Buenos Aires.

To wszystko są dobrzy ludzie, pisze autor, i Silvio, i Carlos Gesell, i fikcyjny Sancho Pansa. Chcą dobrze, podejmują wysiłki, a i tak przegrywają. Choć przecież możnaby tu zaoponować i powiedzieć, że nieprawda. Według wzorów zaproponowanych przez Silvia Gesella funkcjonowało jednak, ba dobrze prosperowało, kilka autentycznych jednostek gospodarczych, kres ich prosperity położyły zakazy wymuszone przez bankowców na rządzących. I jednak, umówmy się, Carlos Gesell rzeczywiście zamienił 25 kilometrów kwadratowych piachu w kwitnące krajobrazy modnego kąpieliska. I w końcu również Cervantes udowodnił nam na przykładzie Sancho Pansy, że można być dobrym sędzią, pod warunkiem że się umie używać rozumu, i że można bez złości zrezygnować z władzy, pod warunkiem, że nie stanowi ona dla człowieka jedynego celu w życiu.

A wszyscy trzej udowodnili, że czasem udaje się zrealizować idiotyczne marzenia.
Extra dodatek dla tych, którzy znają niemiecki – jedna z najstarszych mieszkanek Villi Gesell założyła w roku 2012 (w wieku 90 lat!) specjalny blog, który nazwała geselligerunde-blog (nazwa wywodzi się oczywiście od nazwiska założyciela miasta, ale oznacza też: ożywione spotkanie towarzyskie). Jest to dwieście krótkich wpisów o mieście, domach, ludziach, zwierzętach i historii. W niektórych historyjkach pojawia się też osoba założyciela, już jako starszego pana z siwą brodą. Autorami wpisów są różne osoby, które autorka zaprosiła do współpracy.