Barataria 58 Kuba (reblog)

Można by powiedzieć, że trochę sobie ułatwiam, dobrowolnie wszak przyjętą, rolę baratarystki, publikując od czasu do czasu reportaże z podróży na “zwykłe wyspy”. Pragnę więc zaznaczyć, że nigdy nie są to zwykłe wyspy! Zawsze jest w nich element szaleństwa, fantazji, a przede wszystkim utopii, atopii czy dystopii – a zatem prób stworzenia oderwanego od rzeczywistości świata idealnego, rządzonego przez… no… prawo i sprawiedliwość.

Piotr Beszczyński

Z – kubana dobra zmiana

…i nagle, nie pamiętam dokładnie w jaki sposób, znalazłem się twarzą w twarz z Kaczyńskim. No, niezupełnie, bo musiałem go w tym celu złapać za klapy i dość znacznie unieść, co nie było łatwym zadaniem. Wściekłość dodała jednak sił i krzyknąłem mu w oczy coś w rodzaju „co wyprawiasz z Polską, ty taki-owaki”. Zmieszał się i jąkając zaczął tłumaczyć, że wszystko idzie w dobrą stronę i niedługo już zakończymy wspólnie z Turcją i Arabią Saudyjską budowę promu kosmicznego…

…koszmar senny obudził mnie. Byłem w mieście Santa Clara, leżącym mniej więcej w centrum Kuby. Zwycięskie zbrojne starcie rewolucyjnej guerilli Che Guevary z niedobitkami wojsk Batisty pod Santa Clara przypieczętowało przed sześćdziesięciu laty zwycięstwo kubańskiej dobrej zmiany. Krótki pobyt na wyspie stał się niezłą okazją do obserwacji i refleksji na tematy związane z efektami nagłych (i oczywiście opiewanych przez ich animatorów jako dobre) zmian w biegu dziejów. Nie zrażajcie się jednak tą zapowiedzią, bo wspomnę też o milszych kubańskich klimatach.


No właśnie, kubańskie klimaty determinuje tamtejszy klimat; lutowe +26 stopni i słońce na niebie sprawiają, że ludziom łatwiej jest żyć mimo wszelkich opresji, że chce im się grać, śpiewać i tańczyć, a nie zatruwać myśli wielką polityką i mniejszymi kłopotami. Popatrzcie zatem, jak zapamiętała wizerunki wyspiarzy matryca mojego aparatu.

Na Kubie nie było ze mną niestety Ani, zatem nie znajdziecie w tej relacji jej rysunków, zazwyczaj zdobiących wpisy na tym blogu. Jedyny szkic (powyżej), mający przedstawiać autora relacji, wykonała w ulubionym hawańskim barze Hemingwaya „Bodeguita del Medio” miejscowa rysowniczka, na prośbę inspiratorów i dobrych towarzyszy kubańskiej eskapady, Inge i Jana. Zwabiła nas oczywiście muzyka, której kawałki stamtąd, jak też z ulic Hawany oraz knajpy w Santa Clara możecie posłuchać tutaj.


Mijają dwa lata od podjęcia prób zainteresowania (bądź znudzenia, uchowaj Panie) całkiem szerokiego grona PT Czytelników blogu opisami moich prawdziwych, bądź wirtualnych peregrynacji. Dość przypadkowo zbiegło się to z początkami tzw. „dobrej zmiany” w Polsce, co naturalnie zainspirowało obserwacje i porównania z tym, jak się sprawy mają w różnych opisywanych miejscach, ażeby próbować zrozumieć dziwne procesy dziejące się w kraju. Kuba, przy zachowaniu wszystkich geograficzno – historycznych proporcji, jest całkiem ciekawym poligonem dla takich obserwacji i porównań. Rewolucja tamtejsza rozegrała się na dobre sześćdziesiąt lat (bez mała trzy pokolenia) temu i jej efekty widoczne są wszędzie. Postaram się niektóre z nich pokazać lub opisać, dla ciekawości dokonując tu i ówdzie uproszczonych porównań.


Ruina

Hasło „Polska w ruinie” było jednym z wielu, które skutecznie otumaniły przeważającą część wyborców w 2015 roku. Od tego czasu udało się rządzącym zrujnować kruche podstawy demokratycznego ustroju państwa, a teraz zabierają się na dobre do rujnowania lokalnej samorządności, aby pomyślność obywateli dekretować centralnie, jak kiedyś tutaj, a ciągle jeszcze na Kubie.

Tamtejsze materialne rezultaty takiego stanu rzeczy – do obejrzenia poniżej:

Religia

  • Tutaj jest widoczna bodaj największa różnica między „dobrymi zmianami” – polską i kubańską.
  • U nas mianowicie gra na religijnych sentymentach i wykorzystanie wpływów katolickiego Kościoła było i jest jednym z najważniejszych instrumentów „urabiania” ludu w kierunku politycznie pożądanym dla partii i rządu. Na Kubie – Fidel i spółka po dojściu do władzy zabrali się energicznie do rugowania wszelkich przejawów życia religijnego.
  • Na szczęście nie zburzyli licznych pięknych kościołów, zaś ludzie, jak to z reguły bywa w takich okolicznościach, kultywowali swoją wiarę w sposób dyskretny. Wiara tamtejsza ma przeważnie ryt rzymsko – katolicki, czasem protestancki, ale jest też wielka liczba wyznawców santerii – unikalnej kompilacji katolicyzmu z przywiezionymi przez afrykańskich niewolników wierzeniami. Na jednym ze zdjęć – grupa wyznawców santerii na hawańskim cmentarzu, przed pogrzebem.
  • Wyraźne poluzowanie w antyreligijnej polityce reżimu nastąpiło po wizycie na Kubie w 1998 roku Jana Pawła II, dzięki czemu jest on tam, obok Roberta Lewandowskiego oczywiście, najpopularniejszym Polakiem.
  • A, przypomniała mi się a’propos Fidelowej walki z religią przypowiastka sprzed lat, łącząca ten epizod ze starym polskim powiedzeniem: nad wyspą ukazała się mianowicie spomiędzy chmur wielka d… Bo „jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”.

  • Złoty ołtarz kościoła w Remedios był przez stulecia zamalowany białą farbą w obawie przed piratami – oczyszczono go dopiero krótko przed rewolucją.

Różność, równość

  • Wspomniane wyżej różnice związane z dobrozmianową rolą i losami kościołów tu i tam ustępują jednak przy zewnętrznym oglądzie innemu zjawisku. To absolutna, niewyobrażalna w polskich warunkach (zwłaszcza obecnie) tolerancja rasowa, kulturowa i obyczajowa. Nie wiem, czy funkcjonowała wcześniej, czy też jest to zasługa rewolucyjnej „urawniłowki” (przeorania społeczeństwa, jak mówi nasz Zbawca Narodu, tylko w przeciwnym kierunku), ale budzi uznanie, szacunek i zazdrość, że jednak można. Nie dyskutuje się o tym, bo wszyscy uznają taki stan rzeczy za normalny.

Mocarstwa

  • Przez ponad pół wieku przed rewolucją, po wojnie hiszpańsko – amerykańskiej w 1898 roku , Kuba znajdowała się w orbicie wpływów USA. Trudno się zresztą dziwić, wszak do Florydy można stamtąd niemal kamieniem dorzucić. Był to czas całkiem przyzwoitego rozwoju gospodarczego wyspy, ale też typowo latynoskich nieładnych zabaw we władzę.
  • Jak zwykle w sytuacjach, gdy ekonomia się poprawia, to najpierw poprawia się status tych, którzy w poprawę ekonomii wkładają najwięcej inwencji i pracy (zdarza się też, niestety, że na granicy prawa). Z reguły u pozostałej części społeczeństwa rodzi to uczucia będące mieszaniną zawiści i zakompleksienia, przyprawione sentymentami o charakterze „godnościowym”. A zatem – tworzące bazę społeczną dla wszelkiej maści apostołów „dobrych zmian”.
  • W dodatku – i tu zadziwiające podobieństwo sytuacji kubańskiej sprzed sześćdziesięciu lat i polskiej obecnie – umiejętnie inspirowanych i wykorzystywanych przez sprawną politykę moskiewską.
  • Kuba w krótkim czasie po rewolucji stała się de facto sowiecką bazą wojskową, co na początku lat sześćdziesiątych XX wieku doprowadziło do największego po II wojnie światowej kryzysu w stosunkach między ówczesnymi supermocarstwami, z najwyższym trudem zażegnanego środkami politycznymi. Stany Zjednoczone na różne sposoby próbowały przyciągnąć Kubę z powrotem pod swój parasol – bez widocznego efektu, jak dotychczas.
  • Największą plamą na ich reputacji (obok blokady ekonomicznej) jest żywe wspomnienie fatalnie przygotowanej interwencji zbrojnej w postaci odpartego przez siły Fidela Castro desantu na Playa Giron w Zatoce Świń w 1961 roku. Dzisiaj w miejscu desantu stoi okazały hotel, (najwyraźniej dla aktywu partyjnego), zaś plaża chroniona jest przed ewentualnym kolejnym desantem betonowymi umocnieniami.
  • Sama zaś Zatoka Świń – to znakomity akwen nurkowy, z łatwym dostępem do efektownych ścian rafowych, świetnych jaskiń (jak jukatańskie cenoty) i tanimi wypożyczalniami sprzętu.
  • Najwyżej cenionym reliktem dawnej amerykańskiej obecności są tysiące ciągle działających krążowników szos z połowy XX wieku, pomiędzy którymi bez kompleksów pomykają trochę tylko młodsze polskie maluchy.

Spirytusy movensy d… zmian

  • Pokrótce: Rewolucję kubańską też rozkręcili bracia, jednak nie bliźniacy. Jeden już nie żyje, drugi (młodszy) zapowiedział oddanie w najbliższym czasie odziedziczonej po Fidelu władzy. Komu? Najchętniej własnemu synowi, co powinny potwierdzić wkrótce wolne, oczywiście, wybory. Znawcy sugerują jednak, że może dojść przy tej okazji do niespodzianek, zobaczymy. Póki co billboardowe konterfekty Raula, opatrzone jego złotymi maksymami – to jedyne reklamy widoczne przy kiepskich kubańskich drogach
  • Braciszkowie Castro mieli naturalnie szerokie grono pomocników, z których części udało się nawet dość długo utrzymywać przy życiu. Najbardziej znany to Ernesto „Che” Guevara, który eksportując rewolucję na różne strony „trzeciego świata” tak nadstawiał karku, że w końcu zginął podczas awantury boliwijskiej. I on właśnie, trafiając fartownie z terminem swojego zgonu w czas ogólnoświatowego młodzieżowego zamętu końca lat 60, stał się jego ikoną, po dzień dzisiejszy zdobiącą miliony T-shirtów na całym globie.
  • Jak naprawdę postrzegają Kubańczycy tę ferajnę i jej dzieło – nie udało nam się wprost dowiedzieć; instytucja „sygnalistów” funkcjonuje na wyspie najwyraźniej sprawnie i zbaczanie w rozmowach na tematy polityczne skutkuje, w najlepszym razie, deklaracjami typu „nie jesteśmy bogaci, ale mamy co jeść”. Ale wizerunkowo – przynajmniej z wierzchu – rewolucja jest dla nich ciągle na swój sposób „sexy”.

  • Tu krótka dykteryjka: latem zeszłego roku zobaczyłem na gdańskiej starówce sklep z wielkim szyldem „Odzież Patriotyczna”. Wiedziony ciekawością wszedłem i spytałem, czy dostanę koszulkę z wizerunkiem Prezesa. Trzej stosownie zbudowani i wytatuowani subiekci spojrzeli ze zdziwieniem, a najbardziej rozgarnięty wodząc ręką po ścianach zapełnionych husarskimi skrzydłami i kotwicami w różnych rozmiarach rzucił „Jest to, co widać!”. „A właściwie, to czemu koszulka z Prezesem?” – zainteresował się drugi. „No bo odzież patriotyczna tutaj…” odezwałem się z malejącą śmiałością. Na to trzeci: „Panie, co on tam za patriota!” Wychodzi na to, że biedny Prezes nie tylko nie przyozdobi niczyich piersi, ale wręcz może mieć problem (gdy przyjdzie czas…) z zachowaniem go we wdzięcznej pamięci, nawet przez jego obecnych pupilków.

Ekonomia

  • Wszyscy wiedzą, że podstawą kubańskiej gospodarki jest uprawa trzciny cukrowej. Powstaje z niej cukier, źródło cennych dewiz, ale przede wszystkim – rum, dzięki któremu lżej przeżywać rewolucyjne zamęty. Barmani tamtejsi mają miły zwyczaj dolewania rumu do koktajli na prośbę konsumenta w dowolnych ilościach, bez dopłaty.
  • Ale zanim do tego dojdzie – trzeba zebrać trzcinę, na tle której godnie prezentuje się nasz wypożyczony nie bez trudu chiński wehikuł, który wszakże dał radę i nie rozpadł się w trakcie dość forsownego objazdu zachodniej połowy wyspy.

  • Cygar tamtejszych nie trzeba zachwalać – nawet te ukręcone na miejscu przez gospodarza w tytoniowym zagłębiu Kuby, malowniczym Vina.
  • Do obserwacji związanych z kubańską ekonomią zaliczyć można bez wątpienia widoki mniejszych lub większych grup ludności, wyczekującej prawdopodobnie niedzieli, kiedy to będzie można spokojnie odpocząć:
  • Nowe technologie: sieci komórkowe funkcjonują poprawnie (aczkolwiek roaming jest zabójczo drogi), natomiast dostęp do internetu jest najwyraźniej kontrolowany i ograniczany do publicznych hot-spotów, gdzie licznie gromadzący się chętni mogą, po wykupieniu specjalnej jednorazowej karty, dostąpić łaski zalogowania do sieci:
  • Inwestycje w przemyśle wczasowym. Już samo sformułowanie „przemysł wczasowy” przyprawia o dreszcze, przywodząc wyobrażenie masy ludzkiej poddawanej obróbce solarno – futrującej w formacie all inclusive, w specjalnych ośrodkach koncentracyjnych. Socjalistyczne państwo kubańskie inwestuje w takie ośrodki, starając się izolować je najlepiej jak się da, od społeczeństwa.
  • Pojechaliśmy specjalnie obejrzeć efekty wielkiego projektu na Cayo Santa Maria – istny horror w klimatycznym raju. Archipelag dziewiczych wysepek połączono z północnym wybrzeżem blisko czterdziestokilometrową drogą na specjalnie usypanej grobli i upchnięto na nich dziesiątki hoteli. Wjazd na groblę – po okazaniu paszportu.
  • Oprócz autokarów wiozących wczasowiczów, wpuszczane są jedynie pojazdy związane z ciągle prowadzonymi budowami, z zaopatrzeniem dla hoteli, oraz z ich personelem mieszkającym na stałe w okolicznych miasteczkach, w obiektach nieco różniących się standardem od miejsc jego pracy:
  • Turystyka. Powyżej napomknąłem o „przemyśle wczasowym”, który do pewnego stopnia można kojarzyć z turystyką, a który generuje sporą część kubańskiego dochodu. Trwająca od kilku lat ograniczona odwilż gospodarcza poskutkowała natomiast szybkim zaistnieniem warunków także dla indywidualnego zwiedzania tego naprawdę ciekawego kraju.
  • Mam tu na myśli w pierwszym rzędzie umożliwienie prowadzenia kwater prywatnych (casas particulares), oraz prywatnej gastronomii. Podczas naszego objazdu korzystaliśmy wyłącznie z tych niepaństwowych placówek; było skromnie, ale zawsze czysto i smacznie (kubańska kuchnia – palce lizać!)

Na początku wpisu było trochę chwytanych w biegu kubańskich twarzy i postaci, na koniec zaś, jeśli mieliście cierpliwość dotrzeć do tego miejsca, obejrzyjcie porcyjkę tamtejszych malowniczych landszaftów.

Otwiera ten przegląd fotografia stojącego na dziedzińcu dawnego pałacu gubernatorskiego w Hawanie pomnika Krzysztofa Kolumba. Kuba była pierwszą dużą wyspą w pobliżu kontynentu amerykańskiego, odkrytą przez historyczną wyprawę w październiku 1492 roku.


Wydarzenie to zapoczątkowało epokę wielkich odkryć geograficznych, których kulminacją była wyprawa dookoła świata podjęta przez Magellana, a zakończona przez Elcano w trzydzieści lat po lądowaniu Kolumba na Kubie. Kontynuacją zaś tych dokonań jest niniejszy blog, o czym pamiętacie, mam nadzieję :-).


Jose Marti – taki trochę Piłsudski kubański

Kwartał domków w Hawanie przerobiony na przedziwną instalację przez mieszkającego tam od dawna niemieckiego artystę Fustera:

Adios!

Barataria 57 Ministerio del Tiempo

z podziękowaniem dla Kingi Szpuler, która przetłumaczyła na Polski kolejne odcinki zabawnego serialu hiszpańskiego Ministerstwo Czasu, i jakby już tego nie było dość, jeszcze wiernie przyjeżdża, a właściwie przyjeżdżają, ona i Włodek, do Berlina, przywożą film i sprzęt do zainstalowania kina domowego, po czym wspólnie oglądamy perypetie kilkorga pracowników Ministerstwa Czasu, których zadaniem jest korygowanie w kolejnych odcinkach przeszłości, po to by w teraźniejszości wszystko było tak, jak jest. Rekrutowani w różnych epokach pracownicy, niekiedy dobrzy, acz nikomu nieznani, niekiedy znamienici jak Diego Velasquez, przez różne drzwi, ulokowane w podziemiach gmachu ministerstwa, dostają się w przeszłość w dokładnie określonym miejscu i momencie, aby dokonać pewnych niezbędnych korekt. Niekiedy muszą po temu skorzystać z motocykla, komputera lub komórki, czego zasadniczo robić nie powinni, jednak i w ich pracy zdarza się, że cel (zbożny, zbożny!) uświęca środki. To dzięki nim Łazik z Tormesu nie ginie na szafocie i spisze swe przeżycia, które anonimowo ukażą się drukiem w roku 1554, zapoczątkowując tryumfalny pochód powieści łotrzykowskiej w Europie (a dodajmy: i w Ameryce). To oni ratują od śmierci pewnego rozrabiakę, który dzięki temu zdąży się ożenić, spłodzić dzieci i zostać prapraprapradziadkiem (tak, tak – w szóstym pokoleniu!) księcia Adolfo Suáreza Gonzáleza, który w roku 1971, po obaleniu Franco, został pierwszym premierem Hiszpanii. Interweniują w sprawie zakończenia wojen napoleńskich na półwyspie Iberyjskim i ratują dla potomności Guernikę Picassa. Sprawią też, że nie powiedzie się intryga, zmierzająca ku temu, by Szekspir a nie Cervantes… Ale, hola, tu już zaczynam opowiadać historię, która jest treścią dzisiejszego wpisu, pora więc zakończyć tę dedykację i powiedzieć raz jeszcze krótko i zwięźle: dziękuję, Kinga Szpuler! 

Ewa Maria Slaska

Jest rok 1604

Cervantes skończył właśnie pisać powieść, z której właściwie jest bardzo dumny (w filmie powie o niej, że przełamała wszystkie konwencje i jest w niej epika, liryka, tragedia i komedia), ale nie aż tak, by nie ulec pokusie i nie sprzedać jej dwóm (niby-to) Anglikom, którzy pojawią się u niego jako Lord Charles York i jego szambelan, niejaki Benent. Panowie przyjechali niby to z szekspirowskiej Anglii, przywieźli worek złota i twierdzą, że opowieść o Rycerzu Smętnego Oblicza i jego zabawnym giermku zostanie wystawiona na deskach teatru Globe. Ale bogdaj tam… Obaj są oszustami, którzy podobnie jak pracownicy ministerstwa podróżują w czasie i właściwie są do swych podróży lepiej przygotowani, bo nie potrzebują żadnych drzwi wejściowych ani wyjść przez szafy, studnie i kominy, czym muszą się posługiwać urzędnicy ministerialni, lecz dysponują nowoczesnym nihilatorem, co pozwala im znikać ot tak, pach pach i już. Zresztą w ogóle nie są renesansowymi Anglikami, tylko jak najbardziej XXI-wiecznymi obywatelami USA. Nie po raz pierwszy mącą w historii (nie tylko zresztą oni), którą “nasi” próbują właśnie skorygować. Nie do końca jest też pewne, jakie są ich prawdziwe cele. Bo możliwe, że  po prostu próbują zdobywać pewne przedmioty, manuskrypty, biżuterię, obrazy, po to, by je w czasach współczesnych spieniężyć z tysiąckrotnym zyskiem (pomyślmy – oryginalny rękopis Cervantesa na aukcji u Sotheby’ego!), ale niewykluczone, że zamierzają zniszczyć manuskrypt opowieści, po to, by się nigdy nie ukazała! Bo wtedy na polu bitwy o literacką sławę pozostaną tylko Lope de Vega w Hiszpanii i Szekspir w Anglii, a skoro wiadomo, że historia sama z siebie ustali, kto jest “lepszy” a kto “gorszy”, wiadomo więc, że Lope de Vega (w roku 1604 po stokroć sławniejszy niż Cervantes) nie sprosta próbie czasu, w historii kultury europejskiej jak prawdziwy Koh-i-Noor literatury ostatnie się tylko i wyłącznie ów genialny Anglik, o którym wprawdzie wcale nie wiadomo, czy to on napisał to, co napisał, ale jednak to jego nazwisko będzie dziś opromienione chwałą największego geniusza literackiego wszechczasów. Bo o ile w walce militarnej o dominację na morzach i oceanach świata Anglia pokonała Hiszpanię, o tyle jednak to Hiszpania wygrała toczącą się równolegle wojnę o prymat w literaturze – Don Kichot stanie się najczęściej tłumaczoną i wydawaną świecką książką na świecie, w liczbach bezwzględnych ustępując tylko Biblii.

Ale tego Cervantes nie wie. Sprzedał manuskrypt i za uzyskane od (niby-)Anglików złoto zakłada teatr, jest bowiem przekonany, że to jest przyszłość kultury. W rozmowie z wydawcą mówi: wybrałeś zawód bez widoków, za książkę płaci się tylko raz, a może ją przeczytać nawet i sto osób, do teatru trzeba za każdym razem kupić bilet.

Wysłannicy Ministerstwa Czasu, młoda XIX-wieczna emancypantka, XV-wieczny żołnierz i zdesperowany policjant z lat 70 ubiegłego wieku, przegrywają walkę. Nie udaje im się odzyskać manuskryptu od pseudo-Anglików, przekonują się, że Cervantes nie sporządził kopii powieści o ostatnim błędnym rycerzu i nie są w stanie namówić go, by napisał swą powieść jeszcze raz. Po co? pyta, nikt tego nie będzie czytał, cała ta pisanina nie ma sensu. Teatr, tylko teatr… Sytuacja staje się dramatyczna. W roku 1604 pisarz nie oddał powieści do druku, nie ukazała się więc i właśnie na naszych oczach zaczyna po prostu znikać z kartek książek. Za chwilę znikną zresztą i książki. W ostatniej chwili “nasza trójka” wpada na pomysł – usypiają Cervantesa, przenoszą go do współczesności, pokazują mu jego własny pomnik w Madrycie (pisarzowi towarzyszą pod pomnikiem Don Kichot i Sancho Pansa) i wystawę w księgarni.


Udało się. Odtransportowany w rok 1604 pisarz siada do stołu i zaczyna pisać: W mieścinie pewnej, prowincji Manchy, której nazwiska nie powiem, żył niedawnymi czasy hidalgo pewien, z liczby tych, co to prócz spisy u siodła, szabliska starego, szkapy chudziny i paru gończych, niewiele co więcej mają.

PS. Oczywiście film pokazuje perypetie z doprowadzaniem do publikacji pierwszej części powieści, co miało miejsce w roku 1604, a więc zasadniczo nie dotyczy Baratarii, która pojawia się dopiero w roku 1615 w tomie drugim. Ale, przyznaj sam Czytelniku (i Czytelniczko!), gdyby nie ukazała się część pierwsza, czy-by Miguel Cervantes de Saavedra w ogóle stworzył był i część jej drugą?

Barataria 56 Island on dry land (Reblog)

THE HISTORY OF LOUISIANA, OR OF THE WESTERN PARTS OF VIRGINIA AND CAROLINA
Containing a DESCRIPTION of the Countries that lie on both Sides of the River Missisippi. With an ACCOUNT of the SETTLEMENTS, INHABITANTS, SOIL, CLIMATE, AND PRODUCTS.

Translated from the FRENCH Of M. LE PAGE Du PRATZ;
With some Notes and Observations relating to our Colonies.

Supposedly is Benjamin Smith Bartonan owner of Le Page`s book.

Reblog, p. 145

Let us return to Manchac, where I quitted the Missisippi; which I shall cross, in order to visit the west side, as I have already done the east. I shall begin with the west coast, which resembles that to the east; but is still more dry and barren on the shore. On quitting that coast of white and crystal sand, in order to go northward, we meet five or six lakes, which communicate with one another, and which are, doubtless, remains of the sea. Between these lakes and the Missisippi, is an earth accumulated on the sand, and formed by the ooze of that river, as I said; between these lakes there is nothing but sand, on which there is so little earth, that the sand-bottom appears to view; so that we find there but little pasture, which some strayed buffaloes come to eat; and no trees, if we except a hill on the banks of one of these lakes, which is all covered with ever-green oaks, fit for ship-building. This spot may be a league in length by half a league in breadth; and was called Barataria, because enclosed by these lakes and their outlets, to form almost an island on dry land.


One league means 5556 meters or 5,5 kilometer.


 

 


Fort Bute or Manchac Post was established on a board between Florida and Louisiana in 1763 at the junction of Iberville River (Bayou Manchac) with the Mississippi River. It was an important military and trading post in British West Florida until captured by Spanish forces on 1779, during what became known as Battle of Fort Bute of the American Revolutionary War. Manchac was one of the originally-planned stations along the railroad, which were generally at ten-mile intervals. It was a part of the Canadian National Railway system.

Canadian! In Luisiana!

The name “Manchac” derives from a Choctaw expression for “rear entrance” and really – it was a sort or rear entrance to Lake Pontchartrain, a lake we know already – Halfway House Jazz Orchestra was playing its New Orlans Jazz 1925 – 1936 in a Halfway House what was build on a half way from New Orleans to that lake.

So if we see that sober, the Barataria Jazz have been somewhat similiar to the situation of  giving a title Chelsea for a Jazz composition made in a studio located in Chelsea. Or something like that.


M. LE PAGE Du PRATZ was an interesting personality.

Antoine Simon Le Page Du Pratz was a Dutchman, as his birth in Holland about 1695 apparently proves. He died in 1775, just where available records do not tell us, but the probabilities are that he died in France, for it is said he entered the French Army, serving with the Dragoons, and saw service in Germany. While there is some speculation about all the foregoing, there can be no speculation about the statement that on May 25, 1718 he left La Rochelle, France, in one of three ships bound for a place called Louisiana.

For M. Le Page tells us about this in a three-volume work he wrote called, Histoire de la Louisiane, recognized as the authority to be consulted by all who have written on the early history of New Orleans and the Louisiana province.

Le Page, who arrived in Louisiana August 25, 1718, three months after leaving La Rochelle, spent four months at Dauphin Island before he and his men made their way to Bayou St. John where he set up a plantation. He had at last reached New Orleans, which he correctly states, “existed only in name,” and had to occupy an old lodge once used by an Acolapissa Indian. The young settler, he was only about 23 at the time, after arranging his shelter tells us: “A few days afterwards I purchased from a neighbour a native female slave, so as to have a woman to cook for us. My slave and I could not speak each other’s language; but I made myself understood by means of signs.” This slave, a girl of the Chitimacha tribe, remained with Le Page for years, and one draws the inference that she was possessed of a vigorous personality, and was not devoid of charm or bravery. Le Page writes that when frightened by an alligator approaching his camp fire, he ran to the lodge for his gun. However, the Indian girl calmly picked up a stick and hammered the ‘gator so lustily on its nose that it retreated. As Le Page arrived with his gun, ready to shoot “the monster,” he tells us: “She began to smile, and said many things which I did not comprehend, but she made me understand by signs, that there was no occasion for a gun to kill such a beast.”

It is unfortunate, for the purpose of sociological study, that this Indian girl appears so infrequently in the many accounts Le Page has left us in his highly interesting studies of early Louisiana and its original inhabitants. He does not even tell us the Indian girl’s name.

We are told that after living on the banks of Bayou St. John for about two years, he left for the bluff lands of the Natchez country. His Indian girl decided she would go with him, as she had relatives there. Hearing of her plan, her old father offered to buy her back from Le Page. The Chitimacha girl, however, refused to leave her master, whereupon, the Indian father performed a rite of his tribe, which made her the ward of the white man—a simple ceremony of joining hands.

Le Page spent eight years among the Natchez and what he wrote about them—their lives, their customs, their ceremonials—has been acknowledged to be the best and most accurate accounts we have of these original inhabitants of Louisiana. He has left us, in his splendid history, much information on the other Indian tribes of the lower Mississippi River country.

Antoine Simon Le Page Du Pratz tells us he spent sixteen years in Louisiana before returning to France in 1734. They were years well spent—to judge by what he wrote.

As it was written and published in the French language, Le Page’s history proved in many instances to be a tantalizing casket of historical treasure that could not be opened by those who had not mastered French. The original edition, published in Paris in 1758, a score of years after the author landed in New Orleans, was followed in 1763 by a two-volume edition in English, and eleven years later in 1774, by a one-volume edition in English, entitled: “The History of Louisiana, or of the Western Parts of Virginia and Carolina.” The texts in the English editions are identical.

Fortunately, early historians who could not read the French edition, were now able to read M. Le Page’s accounts of his adventures in the New World. Unfortunately, especially for present day historians, the English editions have become increasingly rare—many libraries do not have them on their shelves. Therefore, the present re-publication fills a long-felt want.

STANLEY CLISBY ARTHUR

(Mr. Arthur is a naturalist, historian and writer, and executive-director of the Louisiana State Museum.— J. S. W. Harmanson, Publisher.)


In Manchac went the young colonist from th Mississipi river, going either east or west. An here fe found Barataria. It s for him no place of resemblance on Don Quijote or Cervantes or Sancho Pans, but only a word meaning an an island on dry land, exactly as the place Sancho Pansa got als his Governement. It is exatly one hundred years after publishing a second part of Don Quijote, where Barataria was described. The name is already existing, given to the place for sure some years or maybe even some decades before.

I try modestly to put here my simple question:

Was the word Baratria invented by Cervantes which (VERY QUICKLY!!!) became synonyme to an island on dry land? (Was he word inventor? Or quotations author?) When it became proverbial?

Or was it always the description for it and Cervantes picked it as all writers do with words?

Barataria 55 Über die Windmühlen

Letzte Woche traf ich mich mit meiner Freundin, die im Grenzgebiet zwischen Deutschland und Polen lebt, dh. in der Pampa an der Oder. Wir sprachen darüber, was man tun kann, um diese schöne Landschaften attraktiver zu machen, da sie eigentlich, abgesehen von ein paar Hundert Polen, die dorthin aus Polen eingezogen sind, fast leer liegen. Aber diese Leere, die man als Magnet für Stadtmüde-Intelektuellen benutzen könnte, zieht auch die Firmen an, die die berühmten energieherstellenden Windräder überall dort bauen wollen, wo sie mit wenig Protest rechnen müssen. Also da genau, an der Grenze!

Man möchte sich wehren, protestieren, die Errichtung des Windparks verhindern, sagte meine Freundin. Weil genau diese unberührte Leere das Einzige ist, was die Anziehungskraft dieser Gegenden ausmacht. Macht man sie kaputt, verbaut sie, kommen die Städtler nicht, um dort ihre Datschas zu errichten. Also zur Waffe!

Diese Kampfidee schien mir sehr cervantesque zu sein, weil ich in diesem Moment immer noch glaubte, besser zu wissen. Ich versuchte zu argumentieren, dass es doch in allgemeinem Interesse ist, doch irgendwo muss man diese Ungetümer errichten können, wir müssen doch umweltfreundlich agieren, sozial und nicht egoistisch… Blah blah…

Dann kam ich mit dem Zug zurück nach Berlin. Unterwegs las ich im Internet einen Artikel zum Thema. Und in der Zeitungskiosk fand ich einen Comic von Flix, in dem es um genau dasselbe geht. Alles Humbug! Plötzlich musste ich ansehen, dass man uns, gutmutigen Gutmenschen hinters Licht führte und dass, ehmmm, der olle gute Don Quijote es durchschaut hat und einfach im Recht ist! Wer hätte es gedacht?

Ewa Maria Slaska

Windenergie, kraftlos und teuer

Die Internationale Energieagentur (IEA) schätzt, dass heute weltweit etwa 0,4 % der Energie aus Wind und Solarkraft stammt. Selbst 2040, wenn alle Regierungen ihre grünen Versprechen gehalten haben, werden Solar und Wind nur 2,2 Prozent der weltweiten Energieversorgung decken.

… der Hauptgrund dafür, warum Wind und Solarkraft keine entscheidende Lösung gegen den Klimawandel sein können, besteht in einem fast unlösbaren Hindernis: Wir brauchen auch Energie, wenn die Sonne nicht scheint und der Wind nicht weht.

Und nun?

Es heißt, Windenergie sei billiger als fossile Brennstoffe, was aber weitgehend eine Fata Morgana ist. Große Windparks brauchen Subventionen oder Steuererleichterungen. Dies ist der einzige Grund, sie zu bauen.

Mehr noch!

Je mehr Windkraftwerke in Betrieb genommen werden, desto weniger ist der Strom wert, den sie erzeugen. Der weitere Ausbau von Wind- und Solarenergie mithilfe von Subventionen bedeutet, dass die Gesellschaften für den Strom dreimal zahlen müssen – einmal für den Strom selbst, einmal für die Subventionen an die ineffizienten erneuerbaren Energien und einmal für diejenigen, die jetzt auch noch an ineffiziente fossile Kraftwerke gehen. Allesamt werden die Subventionen in nächsten 25 Jahren über zwei Billionen Euro betragen. Damit erreicht man den Unterschied der Temperaturerhöhung um lediglich 0,0175 Grad Celsius.


In der Flix Version von den berühmten spanischen Roman befinden wir uns genauso dort und dann, wo ich mich letzter Woche befand: Jetzt und in der Norddeutschen-Pampa, in einem Dorf namens Tobosow mitten in der vorpommerschen Ödnis!

Der Held, ein alter, schrulliger Kauz, hatte bis jetzt nur eine Schnapsidee: Mittels der Leserbriefen, die bewahrte Waffe der Wutbürger sind, kämpfte er gegen die allgegenwärtigen Herrschaft der Comics in der Zeitungen, im Buchwesen und vor allen in den Köpfen der jungen Leser.

Zum Beginn der Story erreicht ihn aber noch eine Hiobnachricht, die noch schlimmer ist als Batmann, Spidermann und Supermann zusammen: Man wird in Tobosow einen Wind(mühlen)park einrichten. Don Quiijote begibt sich auf seinem alten Fahrrad in die Pampa, um seine Feinde zu vernichten. Mitdabei ist statt Sancho Pansa auch Don Quijotes 8-jähriger Enkelsohn, der tatsächlich den Kopf voller Comic-Helden hat, sich für Batman, den Dunklen Ritter hält und überall das Böse wittert, das er vernichten soll.
Dann sagt der Opa, es sei nicht wichtig, gegen das Böse zu kämpfen, es ist wichtig sich für das Gute zu engagieren.
Es ist doch das Gleiche, protestiert der Enkel.
Ist nicht, antwortet Opa, man muss nur die Welt genau beobachten, um die Wahrheit zu sehen.

Ja… und am Ende? Am Ende kehrt der Enkel zu Mama und benimmt sich ganz vernünftig. Der Opa landet im Seniorenheim für Alzheimer erkränkte, die sich alle für Ritter halten. Und in Tobosow… Na ja, es ist nicht klar, aber ich vermute in Tobosow wird der Windpark entstehen, damit sich die Bösen ihre Taschen mit Subventionen vollstopfen und wir, die Gutmenschen, glauben, den nächsten sauberen Schritt in die saubere Zukunft gemacht zu haben…

Aber nicht verzagen. Und weiter protestieren und gegen die Windmühlen zu kämpfen.  Wie sagte es der Meister Cervantes:

Derjenige, der Wohlstand verliert, verliert viel; derjenige, der einen Freund verliert, verliert mehr; doch derjenige, der seinen Mut verliert, verliert alles.

Barataria 54 Sieroty

Ewa Maria Slaska

Literatura dziecięca i młodzieżowa roi się od sierot. Nie próbuję wprowadzić żadnej chronologii i nie sprawdzam, czy jest strona internetowa zatytułowana “sieroty w literaturze”. Piszę, tak jak sobie przypominam: Rasmus (ten od włóczęgi), Ania Shirley, Aga Abbot, Tom Sawyer, Huckelbery Finn, dzieci kapitana Granta, Polyanna, mała księżniczka, Mary Lennox z czarodziejskiego ogrodu, oczywiście sierotka Marysia, oczywiście Mowglie i Tarzan, oczywiście Słoneczko, król Maciuś I, Harry Potter, ale też Jane Eyre, Heathcliff, Oliver Twist, Kozeta, Quasimodo i złodziejka książek…

Z jednej strony to dzieci zasługujące na współczucie, z drugiej zdane na siebie, a zatem wykazujące cechy, których progenitura żyjąca w rodzinie wcale nie musi posiadać – być może muszą być czujne, być może – ostrożne, być może mądre, sprytne lub inteligentne, zapewne muszą umieć się przypodobać, ale też nie umieją tego tak naprawdę, bo muszą być przedsiębiorcze, zaradne, a nawet waleczne… Autor zatem, jeśli chce pokazać dziecko odważne i nie liczące się z otoczeniem, a zatem takie, którego udziałem staną się liczne przygody, właściwie musi pisać o sierotach, bo rodzice nie pozwoliliby na żadną z opisanych w książkach awantur.

Cara Nicoletti, autorka książki Voracious – A Hungry Reader Cooks Her Way through Great Books, widzi tu jednak jeszcze jeden aspekt – uważa, że autorów i czytelników ciekawi, co robią dzieci pozostawione same sobie i nie kontrolowane przez dorosłych. Historia Kaspara Hausera, Dwa lata wakacji, Władca much czy Orkan na Jamajce to skrajne i niekiedy drastyczne przykłady, ale Nicoletti uświadamia nam, że również Mary i Colin w Tajemniczym ogrodzie żyją właściwie w pustym świecie, nominalnie zaledwie ograniczone kontrolą ze strony opiekunów, którzy się nimi w najmniejszym stopniu nie interesują.

Nie zdziwiło mnie więc, że i w Baratarii pojawiły się sieroty. Jeżeli coś mnie zaskoczyło, to jedynie fakt, że obie książki, o których dziś napiszę, “przyszły do mnie” w tym samym czasie, w lutym 2018 roku. Znalazłam je najpierw na ekranie komputera, potem przeczytałam jako prawdziwe książki, te z okładką i papierowymi stronicami…

Lato w Baratarii, przysłane mi z USA przez Iwonę Schweizer (amerykańska przyjaciółka, jakież cenne źródło wiadomości!), to amerykańska powieść przygodowa, która dzieje się w Nowym Orleanie i okolicach – na osławionych nowoorleańskich bagnach w roku 1925, a Pirat z Baratarii to niemiecka powieść dla młodzieży, która dzieje się w Nowym Orleanie i okolicach – na osławionych nowoorleańskich bagnach w roku 1852. Bohaterem Lata jest szesnastoletni chłopak, sierota, którym opiekuje się wujek, bohaterami Pirata jest trójka rodzeństwa – szesnastoletnia dziewczyna i dwóch jej braci w wieku 13 i 8 lat. Dzieci zostały właśnie osierocone przez ojca, a opiekuje się nimi rzekomy przyjaciel zmarłego. Autorem pierwszej powieści jest Amerykanin, drugiej – Niemiec. Obie zostały napisane w roku 2007 i naprawdę nie sądzę, by jeden z pisarzy podglądał, o czym pisze drugi. Myślę, że się nie znali i że to przypadek, a związki między oboma książkami są wprawdzie znamienne – scenerią jest niezwykłe miasto, jeszcze niezwyklejsza jego okolica i jednak niecodzienna sytuacja sieroctwa młodych ludzi – ale są to jednak dwie powieści na zupełnie inny temat.
Co mnie jednak wzruszyło, to fakt, że ich tłem jest Zatoka Barataria i niewielka bagnista wyspa Barataria, położona u ujścia Mississipi do Zatoki Meksykańskiej. Oczywiście pamiętamy, że to nie ta wyspa w Hiszpanii, którą przez dziesięć dni rządził Sancho Pansa, tylko ta, gdzie przez kilkadziesiąt lat miał swą siedzibę słynny pirat Jean Lafitte, ta, która została nazwana na cześć owej wyimaginowanej wyspy z Don Kichota. Przy okazji – chłopak z Lata nazywa sią ni mniej ni więcej tylko Le Moyne, tak jak legendarny założyciel miasta, pisane wprawdzie Lemoyne, ale cóż tam…

Tak chcą źródła, ale ja im nieco nie ufam. Dlatego wciąż szukam i dlatego trafiłam na obie powieście o przygodach sierot w labiryntach Baratarii. A szukam, bo wciąż, po roku badań baratarystycznych, nie chce mi się wierzyć, że ktoś w XVII wieku użył tej nazwy dla wyspy i zatoki w Nowym Świecie. Wyimaginowana kraina z hiszpańskiej powieści została opisana w roku 1615, a nazwa Barataria została przez Cervantesa użyta tylko raz.

Ale, jako się rzekło, tak chcą źródła, i póki nie znajdę dowodów, że było inaczej, muszę się zgodzić z tym, co twierdzą inni.

Nowy Orlean – La Nouvelle-Orléans – został założony przez francuskich osadników pod kierunkiem Jeana-Baptiste’a Le Moyne de Bienville’a. Przybył on do Luizjany w 1699 roku. Utworzył pierwszy fort – Fort Maurepas, a w roku 1718 wybrał miejsce pod założenie miasta, które postanowił nazwać na cześć Filipa II Burbon-Orleańskiego. W roku 1722 miasto stało się stolicą francuskiej Luizjany.

W 1762 roku miasto przeszło pod panowanie Hiszpanii. W 1801 roku na krótko wróciło ponownie pod władanie napoleońskiej Francji. W 1803 roku zostało wraz z terytorium Luizjany sprzedane przez Napoleona Bonaparte Stanom Zjednoczonym. Na początku roku 1815 podczas ostatnich tygodni wojny brytyjsko-amerykańskiej brytyjska ekspedycja podjęła próbę zdobycia miasta. Brytyjski szturm generalny na amerykańskie umocnienia pod miastem, przeprowadzony 8 stycznia 1815 roku i zwany bitwą pod Nowym Orleanem, został krwawo odparty przez Amerykanów.

Oczywiście wszyscy – Francuzi, Hiszpanie, Anglicy i Amerykanie mogli czytać powieść Cervantesa. Mogli, ale czy czytali. Francuzi zresztą są tu najbardziej “podejrzani”, bo to za ich czasów Barataria miała otrzymać swą nazwę i bo w XVII wieku literatura francuska lubowała się w barokowych opowieściach hiszpańskich.

Pani Betsy Swanson napisała w liście do redakcji Gazety Nowoorleańskiej w roku 2014:

As early as 1732, French maps show the “Isle Barataria,” encircled by Bayous Villars, Barataria, Rigolettes and Perot and Lake Salvador. The colonist Le Page du Pratz stated in his “History of Louisiana” (1758) that the area was named for the fictional Barataria “because it was enclosed by these lakes and their outlets to form almost an island on dry land, as was that island of which Sancho Panza was made governor.”

Ten, kto nazwał tę okolicę Baratarią musiał zatem albo znać hiszpański albo przeczytać to oto tłumaczenie drugiego tomu powieści Cervantesa:
Seconde Partie de L’Hitoire de L’ingénieux don Quixote de la Manche
(vol. 2), traduit par François de Rosset, 1618

 

Tłumaczenie II części na francuski (rycina po lewej) ukazało się z ilustracją z I wydania angielskiego (i to pierwszej części a nie drugiej), a badacze angielscy twierdzą, że jest to pierwsza na świecie ilustracja przedstawiająca obu naszych bohaterów – Don Kichota i Sancho Pansę. Badacze niemieccy nie bardzo chcą się z tym zgodzić i dowodzą, że pierwsza ilustracja, przedstawiająca Don Kichote jako Kapitana Karnawału w cudacznym stroju przebierańca ukazała się już w roku 1613 w Lipsku, a jej autorem był Andreas Bretschneider. Co pozwala mi przypomnieć, iż już rok temu sugerowałam, że Sancho Pansa jako gubernator Baratarii to Król Karnawału, ten, któremu najpierw wolno wszystko, ale potem zetnie mu się głowę…

Barataria 53: Esperanza czyli nadzieja

Ewa Maria Slaska

Film z Bobem Hoskinsem

Mam na myśli film Don Kichote z roku 1999 (czy był to jednak rok 2000? – źródła plączą się tu jak rzeki na Baratarii), w którym oczywiście grają i inni – przede wszystkim John Lithgow jako sam Błędny Rycerz, prześliczna Isabella Rosselini jako Księżna i Vanessa Williams, Mulatka! – jako Dulcynea czyli wedle nowego tłumaczenia, Wojciecha Charchalisa – Cudenia. I zaiste – cudna. Ale nic to wszystko wobec Boba Hoskinsa jako Sancho Pansy, który jest po prostu genialny. Na szczęście wszyscy się jeszcze w polskim tłumaczeniu filmu (autorka tekstu Krystyna Pytlarz) plus minus nazywają tak, jak się do tego przez lata przyzwyczailiśmy, czytając (albo nie czytając) tłumaczenie Czernych czy Zakrzewskiego. Sancho Pansa to zatem wciąż jeszcze onże sam a nie jakiś Sancho Brzuchacz. Don Kichot jest Don Kiszotem a nie np. Nabiodrkiem lub Nagolennikiem, Rosynant nie nazywa się jeszcze Chabetonem, ale i film pozwala sobie na nowinki translatorskie, nie wiedzieć – z przekory, chęci unowocześnienia zramolałego tekstu czy, nie daj Boże – niewiedzy. Bezimienny w powieści Osioł Sancho Pansy to… Cętek! A sam bohater najgłówniejszy dostaje przydomek Rycerza Ponurej Facjaty. Ugggh! Jestem bardzo za nowinkami translatorskimi, tak bardzo za, że nawet przeciw, bo jednak bardzo byłam przywiązana do Rycerza Smętnego Oblicza. Ten chudy smutny gościu o pociągłej twarzy pasował jak ciałko do trumny do swego smętnego przydomka. Tymczasem ponurą facjatę ma, tak to czuję, knajak i cwel. No i błędni rycerze w nowoczesnej wersji językowej to rycerze wędrowni. No trudno, nie da się mieć wszystkiego, a film daje człowiekowi niemal wszystko. Jest wesoły i poważny, wierny (oryginałowi) i niewierny, oryginalny, a przecież  banalny, bo dokładnie odpowiada temu, co widzi każdy, gdy myśli o chudym rycerzu i jego grubym, małym giermku.

Wikipedia twierdzi, że Sancho Pansa w pierwszej części powieści jest postacią raczej komiczną i dopiero w drugiej otrzyma pogłębioną charakterystykę, przestaje być śmieszny, staje się człowiekiem mądrym i sarkastycznym. Filmowy Sancho Pansa godzi się na wyprawę z Don Kichotem, bo w domu plącze się z pół tuzina dzieci, żona jest wprawdzie ładna, robotna i zaradna, ale goni męża do roboty, a teściowa zrzędzi. Ale mądry i dowcipny jest już wtedy, gdy dopiero szykuje się do pierwszej swej przygody.

Oczywiście kluczowym momentem przygód Sancha Pansy jest objęcie funkcji gubernatora „wyspy” Barataria, która w filmie nazywa sią Esperanza – Nadzieja.  W książce „Wyspa” była niewielkim miastem, a powierzenie wielkorządztwa giermkowi Don Kichota było jednym z żartów wymyślonych przez Księcia i Księżnę. Niestety, i to jest najpoważniejszy brak tego filmu (reżyseria Peter Yates), Gubernatorstwo Baratarii trwa tylko jeden dzień i jedną noc. Już następnego dnia o świcie wrogie wojsko napada na Baratarię i jej gubernator czmyha. Gdy tymczasem w powieści Sancho rządzi przez dziesięć dni i okazuje się znakomitym zarządcą i sprytnym, inteligentnym sędzią.

To zresztą cecha, którą wszyscy pomijają. Wróćmy jeszcze na chwilę do Wikipedii, gdzie czytamy, że Sancho był człowiekiem spokojnym i rozważnym, choć brak mu było odwagi i determinacji w działaniu. Mimo pewnej naiwności, a nawet łatwowierności (np. nigdy nie przestał wierzyć, że naprawdę sprawował funkcję wielkorządcy wyspy Barataria) stał się symbolem zdrowego rozsądku, potrafiącego nie tylko czerpać dla siebie korzyści w świecie rządzonym przez obłęd i iluzję, lecz także dochować wierności podstawowym wartościom.

W potocznym pojęciu jest takim wioskowym mądralą. A ja twierdzę, że był mądry, że Cervantes chciał, żebyśmy zobaczyli tę jego mądrość, uważam, że w filmie rzeczywiście jest mądry, szkoda więc, że reżyser nie dał mu szansy, by się wykazał. Już sobie wyobrażam, co Bob Hoskins zrobiłby z tych kilku przykładów salomonowej wręcz mądrości, jakie zawiera epizod o Baratarii.


Ruszam, by zostać gubernatorem wyspy.


– Jutro dostanę dwie lub trzy wyspy.


Czekam na moją wyspę.


– Mój pan obiecał mi wyspę.
– Z tego co wiem, te wyspy nie są wcale takie piękne.
– A czemu to?
– Bo gubernator ma duże wydatki.


Książę: – Mam wyspę, potrzebuję gubernatora.


Książę: – Pamiętaj, jutro wyspa.


A teraz czas na nagrodę. Esperanza.


Wjazd do stolicy wyspy.
– Jakim cudem jest to wyspa, skoro leży na lądzie?
– Wyspa jest tak wielka, że morze jest daleko.
– Ale jeśli jest wielka, można sobie obiecywać spore dochody. Biorę więc ten klucz.



– Muszę dbać o zdrowie gubernatora. Gubernatorski obiad to woda!


List przywieziony przez książęcego posłańca.
“Pozdrawiamy Cię, żono Gubernatora. Księżna i Książę.”


– Wróg napadł na nas. Podnieś miecz i walcz w obronie wysypy!


– Nic nie widzę!


Powrót Gubernatora.


– Stęskniłem się za Panem i mam dość tej całej wyspy.


– Zostawiłem wyspę, bo tęskniłem za wami.


– Nie chcę nic więcej słyszeć o żadnej wyspie.

Reblog: Królestwo, jakiego nie znacie

Reblog

Magda Bębenek

O Hawajach słyszeliśmy wszyscy, ale tak naprawdę prawie nic o nich nie wiemy. Kojarzą nam się z atakiem na Pearl Harbour, tancerkami w stanikach z kokosów i spódniczkach z trawy oraz zestawieniami najpiękniejszych plaż świata.

Tymczasem 17 stycznia br. tysiące Hawajczyków wyszło na ulice Honolulu, by uczcić swoją ostatnią królową, Lili’uokalani. W dniu 125 rocznicy obalenia jej rządów za sprawą zbrojnego przewrotu, zainicjowanego przez amerykańskich przedsiębiorców i przeprowadzonego w asyście amerykańskich wojsk, machali hawajską flagą i śpiewali hawajskie pieśni. Przyszli uczcić Lili’u, jak ją czule nazywają, ale również pokazać, że nadal tu są – potomkowie rdzennych Hawajczyków nie wyginęli.

Uczeni o Kapitanie Cooku i karmieni historiami jego wypraw oraz „odkryć” na Pacyfiku, a także znając Hawaje jako „pięćdziesiąty stan USA”, nie mamy pojęcia o bogatej historii tego archipelagu, ani o tradycjach i kulturze jego mieszkańców. Podobnie jak o ich państwowości, ciągnącej się od ponad wieku okupacji oraz coraz głośniej wyrażanych dążeniach do odzyskania niepodległości.

Gdy w 1778 roku Cook dotarł do wysp, które nazwał Sandwich Islands, Hawajczycy, Mauijczycy, Kauijczycy, Molokajczycy czy Oahuczycy (nazwy zmyślone przeze mnie na potrzeby tego wpisu), żyli tam już od ponad tysiąca lat (A). „Hawajczykami” nazywani byli jedynie mieszkańcy największej z wysp, Hawai’i, na świecie znanej pod nazwą Big Island. Przybyli oni z Tahiti, w tradycyjnych drewnianych czółnach, przepływając prawie 4500 kilometrów oceanu w linii prostej. Posługiwali się starożytną polinezyjską sztuką nawigacji morskiej, opierającą się na obserwacji elementów przyrody, głównie gwiazd, prądów morskich i fal. Opis tego wydarzenia żył w świadomości kolejnych pokoleń Hawajczyków (B) za sprawą tradycyjnych przekazów ustnych.

Ilustracja z książki Johna Webbera, angielskiego artysty, który brał udział w wyprawach Kapitana Cooka. "Owyhee" to jedna z ówczesnych nazw Hawajów wśród cudzoziemców.

Ilustracja z książki Johna Webbera, angielskiego artysty, który brał udział w wyprawach Kapitana Cooka. „Owyhee” to jedna z ówczesnych nazw Hawajów wśród cudzoziemców.

Hawajski kompas gwiezdny odtworzony przez Nainoa Thompsona na podstawie nauk pobranych od mikronezyjskiego nawigatora Mau Piailug’a

Pięć lat po tym, gdy Cook pierwszy raz dobił do archipelagu (drugi raz skończył się jego śmiercią, co wiąże się z fascynującą historią pełną zbiegów okoliczności, hawajskiej mitologii i… żelaza), młody wódz (ali’i) z wyspy Hawai’i, Kamehameha, zaczął swoją kampanię, mającą na celu podbicie wszystkich wysp. Dzięki dostępowi do broni palnej i prochu z Chin, wojsku, które zostało przeszkolone przez dwóch Brytyjczyków, oraz przejętemu wcześniej okrętowi Fair American, w 1810 roku Kamehameha (C) został ali’i nui Kamaehamehą I, pierwszym władcą zjednoczonego Królestwa Hawajów. Ustanowił tym samym dynastię królewską, która przetrwała sześćdziesiąt dwa lata.

W czasie śmierci Kamehamehy V i przejęcia władzy przez jego kuzyna Lunalilo, pierwszego powszechnie wybranego króla hawajskiego, Hawaje były już monarchią konstytucyjną z ministerstwami, Izbą Reprezentantów i Izbą Możnych (The House of Nobles). Mało tego, od 1842 roku uznawane były na arenie międzynarodowej za niepodległe państwo, a od 1846 roku Królestwo Hawajów podpisywało traktaty z najpotężniejszymi nacjami świata. Do czasu amerykańskiego przewrotu zbrojnego pod koniec XIX w. i rozpoczęcia okupacji, Hawaje powołały ponad dziewięćdziesiąt konsulatów i poselstw w miastach i portach całego globu.

Poczet królów hawajskich. Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 176

Królowie Hawajów
Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 176

Poczet królowych hawajskich. Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 178

Królowe Hawajów
Żródło: Edward Solon Goodhue (1900) Beneath Hawaiian Palms and Stars, The Editor publishing company, s. 178

Kochani Czytelnicy, jeśli chcecie się dowiedzieć, co dalej, musicie się przenieść na bloga do Magdy Bębenek. Zróbcie to koniecznie, bo historia (Historia) jest fascynująca. A aby Was zachęcić, zostawiam tu zdjęcie tej niezwykłej królowej Hawajów :-).

Ostatnia królowa Hawajów, uwielbiana współcześnie Lili'uokalani

Ostatnia królowa Hawajów, uwielbiana powszechnie Lili’uokalani

Dalej i kolejne teksty TU


    1. W opracowaniach historycznych znaleźć można różne teorie dotyczące tego, kiedy pierwszy Polinezyjczy dotarli na Hawaje. Jedni mówią, że już na początku pierwszego tysiąclecia, inni, że na początku trzynastego wieku. Portal GoHawaii, prowadzony przez Hawajską Izbę Turystyczną, podaje „1500 lat temu”, czyli około roku 500 n.e.
    2. Terminu tego używać będę w jego współczesnym kontekście, to znaczy w odniesieniu do potomków polinezyjskich mieszkańców całego archipelagu.
    3. Pełne hawajskie imię: Kalani Pai’ea Wohi o Kaleikini Keali’ikui Kamehameha o ‚Iolani, i Kaiwikapu kau’i Ka Liholiho Kūnuiākea 🙂

Barataria 52 Rok z Baratarią

Ewa Maria Slaska

Zaczęło się nawet wcześniej, bo 9 stycznia, ale parę razy cykl Barataria ustępował jakimś wpisom znacznie ważniejszym. Tak się więc złożyło, że redakcyjnie rok mija dziś, gdy publikuję 52 odcinek cyklu. Już wtedy, 13 miesięcy temu, miałam poczucie, że czynię pierwszy krok w kierunku Dzieła (no tak, dzieła!), które ogarnie Wszystko, już wtedy przeczułam potencjał kryjący się w śledzeniu tropów literackiego żartu Cervantesa, bo zakończyłam wpis takim oto zdankiem: Ciąg dalszy za-niedługo, a potem nie wiadomo jak długo. Powtórzyłam to zresztą w odcinku 7, który zatytułowałam: Barataria 7 (i tak do końca roku).

Tworząc te 51 wpisów wędrówek po kulturze, udzielałam nam i sobie różnych porad kulturalnych. Przeczytaliśmy (no??? przeczytaliśmy?) kilkadziesiąt książek, posłuchaliśmy różnych gatunków muzyki, pomyśleliśmy o tym, że można by do opery, przypomnieliśmy inne wyspy-metafory, zajęliśmy się utopią i piratami, i pomyśleliśmy po prostu o podróżach na dalekie wyspy i na wyspy bliskie, poszliśmy też tropem wysp nieistniejących, których jest w naszej kulturze chyba równie wiele, jak tych istniejących, a naszym polskim współczesnym osiągnięciem w tej dziedzinie jest San Escobar. Barataria okazała się tematem bez końca i będę go tak bez końca eksploatowała. Dziś jednak po prostu podsumuję minione 51 odcinków. Zapraszam na wędrówkę po książkach, muzyce i wyspach.

Książki

Oczywiście, choć cały cykl zaczął się od powieści Krzysztofa Lipki, Pensjonat Barataria, dziś zacząć musimy od Mistrza i Sprawcy czyli Cervantesa.

Powieść była kilkakrotnie tłumaczona na polski. Nasze pokolenie czytało tłumaczenie Czernych, teraz zapewne wszyscy sięgają po Charchalisa.

  • Historya, czyli dzieie i przygody przedziwnego Don Quiszotta z Manszy. z hiszpanskiego na francuzkie a teraz na polskie przełozone – przekład: Franciszek Aleksander Podoski, 1786.
  • Don Kichot z Manszy. – przekład: Walenty Zakrzewski, 1886.
  • Przedziwny Hidalgo Don Kichot z Manczy, powieść. – przekład: Edward Boyé, 1932.
  • Przemyślny szlachcic Don Kichote z Manczy – przekład: Anna Ludwika Czerny, Zygmunt Czerny, 1955.
  • Niezwykłe przygody Don Kichota z la Manczy według Miguela Cervantesa de Saavedry/ na nowo opowiedziane przez Wiktora Woroszylskiego – wersja skrócona, 1983.
  • Przemyślny szlachcic don Kichot z Manczy – przekład: Wojciech Charchalis, 2014[

Krzysztof Lipka, Pensjonat Barataria, 1993

Obie pozycje to, nazwijmy je umownie, księgi założycielskie. Do nich dołączam jeszcze Kopalińskiego, który za naszych czasów starczał za google i wikipedię, i “encyklopedię britannika”… Pamiętacie, w ferworze dyskusji wciąż trzeba było “sprawdzać w Kopalińskim”?
Władysław KopalińskiSłownik wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych, 1967
Władysław Kopaliński, Słownik mitów i tradycji kultury, 1985
Władysław Kopaliński, Słownik symboli, 1990


Teraz już książki bez ładu i składu, mniej więcej w kolejności pojawiania się ich w cyklu Barataria, ale z kolei jak wymieniam pierwszą książkę danego autora, to mu dodaję i inne. No, bałagan…

William Shakespeare, Zimowa opowieść, 1611
William Shakespeare, Burza, 1611
William Shakespeare, Henryk IV, 1596
William Shakespeare, Henryk V, 1599
William Shakespeare, Wesołe kumoszki z Windsoru, 1602
Homer, Odyseja (VIII w.p.n.e.) w przekładzie Parandowskiego, 1956
Homer, Iliada (VIII w.p.n.e.) w przekładzie Franciszka Dmochowskiego, z korektami Tadeusza Sinki, 1922
Platon (360 p.n.e.), Timajos. Kritias, w przekładzie Władysława Witwickiego, 1960
Grażyna Plebanek, Córki rozbójniczki, 2013
Jadwiga Żylińska, Kapłanki, amazonki, czarownice, 1972
Tom Robbins, Perfumy w rytmie jiteburga, 2004
Astrid Lindgren, Dzieci z Bullerbyn, 1947
Shirley Jackson, Loteria, 1948
Biblia (Stary i Nowy Testament)
Piotr Wojciechowski, Czaszka w czaszce, 1970
Jarosław Gibas, Salve Theatrum, 1997
Jan Potocki, Rękopis znaleziony w Saragossie, 1814
Alonzo Fernandez de Avellaneda, Don Kichot (apokryf), 1614
Walter Zitzenbacher, Jeder lügt in Baratario, sztuka teatralna dostępna (mi) tylko jako dokument pdf, w którym są tylko strony nieparzyste! ( jakby więc ktoś chciał mnie wspomóc i znalazł kompletną wersję dzieła…), 2002
Gianni Rodari, Gelsomino w kraju kłamczuchów, 1958
Gianni Rodari, Opowieści o Cebulku, 1951
Silvio Gesell, Het wondereiland Barataria, 1922
Salomon, Przysłowia
Ze skarbnicy midraszy
Waldemar Łysiak, Wyspy zaczarowane, 1974
Waldemar Łysiak, Wyspy bezludne, 1987
Waldemar Łysiak, Wyspa zaginionych skarbów, 2001
Zbigniew Herbert, Barbarzyńca w ogrodzie, 1962
Renée Mendez Capote, Taniec sępów. Pamiętnik młodej Kubanki urodzonej z początkiem wieku, 1987
Leon Gomolicki, Taniec Eurynome, 1976
Herman Hesse, Gra szklanych paciorków, 1943
Thomas Mann, Doktor Faustus, 1947
Kazimierz Truchanowski, Totenhorn, 1979
Thomas Morus, Utopia, 1516
Daniel Defoe, Przypadki Robinsona Crusoe, 1719
Vladimir Nabokov, Pale fire, 1962
Jonathan Swift, Podróże Gullivera, 1726
Haruki Murakami, Kronika ptaka nakręcacza, 1995
James Joyce, Ulisses, 1922
George Byron, Wędrówki Childe Harolda, 1812
Bolesław Leśmian, Przygody Sindbada Żeglarza, 1913
Edmond Rostand, Cyrano de Bergerac, 1897
Evaríste Désiré de Forges, Poésies érotiques, 1778
Krzysztof Varga, 45 pomysłów na powieść, 1998
Krzysztof Varga, Masakra, 2015
Ewa Maria Slaska, Piękne dni w Visby, 2006
Tadeusz Konwicki, Rzeka podziemna, podziemne ptaki, 1985
Mario Vargas Llosa, Raj tuż za rogiem, 2003
Kasjusz Dion Kokcejanus (164-235), Historia rzymska
Witold Izdebski, Harley Davidson, 1998
George R.R. Martin, Pieśń lodu i ognia ( A Song of Ice and Fire), 1991 –
Victor Hugo, Król się bawi (fr. Le Roi s’amuse), 1832
Helene Hagemann, Axolotl roadkill, 2010
Judith Schalansky, Taschen-Atlas der abgelegenen Insel, 2009
Boris Vian, Piana dni, 1947

i na zakończenie spisu książek: w Barcelonie istnieje wydawnictwo Barataria


Muzyka

Jesus Garcia Leoz, opera Barataria, 1953 (nigdzie nie znalazłam ani libretta, ani muzyki, ani nawet krótkiego streszczenia, jakby więc ktoś chciał mnie w tym wspomóc…)
Arthur Sullivan, libretto William S. Gilbert, opera Gondolierzy albo Król Baratarii, 1896
Karl (Karel) junior, Barataria, marsz wojskowy na orkiestrą dętą, na motywa opery Sullivana (po roku 1896)
Quirino Fidelino Mendoza y Cortés, 1882, piosenka Cielito lindo, nowa wersja hiszpańskiej piosenki ludowej Sierra Morena, ópiewana przez Rositę Serrano, w okupowanej Polsce znana jako Teraz jest wojna
Giuseppe Verdi, Rigoletto (i aria La donna e mobile), 1851
Halfway House Orchestra, Barataria (New Orlean Jazz, 1925)

i na zakończenie: jest też w Bogocie firma płytowa Barataria, wydająca nową muzykę kolumbijską


Obrazy

Pieter Bruegel starszy  (1526/1530–1569), Walka karnawału z postem (1559)
Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu
Jacob Jordaens, Fasolowy Król, Muzeum Historii Sztuki w Wiedniu (1638-40)
Diego Velasquez, Las Meninas1656, Prado
Franceso Hayez (1791 -1882), Batszeba w kąpieli
Leonardo da Vinci, Ostatnia wieczerza, 1495–1498
Hieronymus Bosch, Saint John on Patmos, 1500, Gemäldegalerie, Berlin
Hans Holbein Młodszy, The Ambassadors, 1533, National Gallery in London
Paul Gaugin (1848-1903), Kobiety na plaży (Tahiti), 1891
Piero della Francesca, Książę Montefeletri i jego żona, Batista Sforza, 1470


Filmy

Leonard Buczkowski, Zakazane piosenki, 1947
Wes Anderson, The Darjeeling Limited, 2007
Federico Fellini, Roma, 1972
David Benioff i D.B. Weiss,
Game of Thrones (GOT) 2011 –
Helene Hagemann, Axolotl overkill, 2017
Michel Gondry, Dziewczyna z lilią, 2013

Barataria 51 Halfway House Orchestra

Jazz Barataria

Recorded in New Orleans on 22 January 1925 by the Okeh Company’s mobile recording unit, Barataria is a fine example of the Halfway House Orchestra’s wonderfully relaxed playing style.

Okeh made a number of “field trips” to New Orleans and recorded many tunes by several bands but Barataria remains one of the best and most important examples of early New Orleans jazzmusic.

On YouTube where I found that wonderfull piece of wonderfull jazz of twenties wrote sombody with the nick Nick Ade: My grandfather, Leo Adde, co-wrote Barataria. That’s him on drums in the photo. Thanks for posting this. Isn’t it wonderfull?


Abbie Brunies’ Halfway House Orchestra with l-r: Charlie Cordella, Mickey Marcour, Leon Roppolo, Abbie, Bill Eastwood, Joe Loyacano and Leo Adde. A different version of this photo was first published in 1939, where Roppolo’s socks hade made black, which better suited his tuxedo.

The piece on you tube is beautifully cleaned up, wrote one another listener to Barataria. (Un-cleaned version you will find HERE).
Another lisstener – jrogers71 – asked: I wonder what was going on in Barataria in 1925?

The Halfway House Orchestra was an USA jazzband, one of the first ones of New Orleans Jazz. It existed from 1919 till 1928, so it is a very propper time to wrote about it  hundred years later. In that time it was still rare to take the records and The Halfway House Orchestra was one of the first doing it, with one of the first labels – Okeh Records. And Barataria was a first record of the band.

The band was grounded by a cornetto player Albert “Abbie” Brunies (1900–1978), member of a very famous jazz family of  New Orlean. Also Georg Brunies, Charlie Cordella, Mickey Marcour, Leon Rappolo, Bill Eastwood, Joe Loyacano and Leo Adde played in the group.


Four New Orleans Jazz Babies at Halfway House, ca. 1920. L-R: Emmett “ Buck” Rogers, Abbie Brunies, Mickey Marcour and Stalebread Lacoume. The photo was taken at the Halfway House and it may have been the first group that Abbie had there. Abbie would stay for many years at the Halfway House and the combination was to become famous among collectors of early jazz.


Above: Abbie leaning against the Halfway House, which was a music place and dance hall on a half way between the City of New Orleans and Lake Pontchartrain (Please notice the Budweiser-Ad on the roof). It opened around 1915 and was run by the brothers Chris, Gus and Oscar Rabinsteiner. Beneath: The house stays empty now and is badly in need of repair but, despite the ravages of time and fire, the Halfway House still stands. Its official address is 102 City Park Avenue.

Barataria on record

In March 1924 the OKeh company made its first field trip down to New Orleans. It recorded the bands of Johnny Bayersdorffer, Johnny DeDroit and Fate Marable, as well as some singers. The next year, in January 1925 OKeh came back and again recorded a mix of black and white artists. Among the white groups was the Halfway House Orchestra. On Thursday, January 22, 1925, Abbie’s band recorded Pussy Cat Rag and Barataria. Pussy Cat Rag was a composition of Abbie Brunies together with two of his band members, reed player Charlie Cordella and pianist Mickie Marcour. It features Leon Roppolo in a fine solo on alto saxophone. On Barataria, by the band’s banjoist Bill Eastwood and drummer Leo Adde, Roppolo solos on clarinet. Okeh’s publicity blurb said:

There’s no need to talk about the Halfway House Orchestra. Their music speaks for itself, for it’s a shoulder shaking rhythm that only Half-Way House Orchestra can play. Watch your feet misbehave when the carefree strains of “Pussy Cat Rag” and “Barataria” are in the air. You can get both of them on one Okeh record right now.

So, their music speaks for itself: HERE!

Skrawki i strzępki (Barataria 50)

Ewa Maria Slaska

Dziś to, co leżało po drodze, znalazło się lub napatoczyło.

Sergiej Rimashewskij.
Czy mi się wydaje, czy to kobieta jest Cervantesem? A nawet nie kobieta, lecz dziewczynka. A jej kapelusz to wyspa Barataria.

Piana złudzeń czyli Dziewczyna z lilią (reblog z siebie samej)

Ewa Maria Slaska dla Adama Slaskiego

W Pianie złudzeń oglądamy i rejestrujemy zniszczenie świata. Był to świat specyficzny, idealistyczne wyspy szczęśliwości, tak jak je widział człowiek lat 40, zaraz po okrucieństwie wojny – nawet tej mniej okrutnej, francuskiej. To świat kolorowy, lekki jak obłoczek, stworzony i zamieszkiwany przez młodych, pięknych, zdrowych i bogatych. Jest to zarazem świat a-naturalny, a w zamian za to pełen ciekawostek technicznych, ułatwiających życie człowiekowi. W filmie zresztą ten aspekt został zdecydowanie przesadzony, co zlikwidowało filozofię, zamieniając ją burleskę. Tym niemniej i film i książka pokazują, że człowiek może być szczęśliwy tylko w otoczeniu cywilizacji. Natura to potwór – niewiadome zagrożenie, które czai się wszędzie, to wiatr, który zdmuchnie kolory z chusteczki Chloe i obsypie Chloe i Colina piórami gołębi w tunelu, gdzie przygotowuje się rekwizyty do ozdoby miejskich placów.

Zawsze twierdziłam, że żywię ogromny szacunek dla (traktowanych symbolicznie) inżynierów, bo świat stworzony przez Boga, to była kula błota, pełna deszczu, wybujałych skrzypów, dinozaurów i komarów, a dopiero oni wymyślili agrafkę, penicylinę, kino i samochód, czyli zamienili błoto w wygodny świat. Ale na Wyspach Andamańskich na Oceanie Indyjskim widziałam też, jak natura odbiera swoje, jak po kilkudziesięciu latach miasto opuszczone przez ludzi jest już z powrotem dżunglą.

Sięgam do notatek z podróży do Indii. Niedziela, 24 lipca 1994 roku. Port Blair, dodajmy – stolica archipelagu, który znany był już podróżnikom chińskim i arabskim od IX wieku naszej ery. Andamany to archipelag długości 352 km i szerokości do 51 km składający się z 576 wysp, z których 26 jest zamieszkanych. Mieszka tam około 340.000 ludzi, z tego tylko około 5 tysięcy to pierwotni, negroidalni, mieszkańcy wysp, tzw. Negritos. Arabowie, Malajowie i Chińczycy przybywali tu przede wszystkim po niewolników, a dopiero Anglicy w XIX wieku zasiedlili wyspy, tworząc z nich po części kolonię karną.


Negritos ok. r. 1900

Jedziemy na wycieczkę na wyspę Red Shin, która odpowiada wszystkim wyobrażeniom o wyspie tropikalnej. Jest mała, bezludna, skalista, porośnięta dżunglą, otoczona białą plażą i ciepłym morzem, pełnym kolorowych raf koralowych i równie kolorowych ryb.

Piękna jest też godzinna droga ze stolicy do przystani na wyspie Wielki Andaman. Mijamy pola ryżowe, niewielkie egzotyczne lasy, szerokie mętne rzeki, kwitnące ogrody i małe wioski złożone z drewnianych domów, w których mieszkają rzemieślnicy, stolarze, snycerze, wyplatacze. Na płytkich stawach kwitną cyklamenowo-różowe lotosy i ten róż w połączeniu z zielenią drzew to jedyne mocne barwy tych wiosek, bo ludzie są ubrani nie tak kolorowo i raczej ubogo. Wyspy spowija łagodny szaroniebieski, nieco mglisty woal. Idziemy na targ pełen dorodnych jarzyn o nieznanych fakturach i kolorach, a potem na obiad do luksusowego hotelu. Siedzimy na ogromnym drewnianym tarasie bezpośrednio nad zatoką. Jest 7 wieczorem i jest już całkiem czarno. Ocean szumi w ciemności, a potem spada krótki ostry deszcz.

Poniedziałek.
Płyniemy statkiem na Ross Island. Kiedyś stacjonowały tu oddziały angielskiej marynarki wojennej, na wyspie mieszkali angielscy oficerowie i żołnierze Hindusi. Dziś wyspa jest pusta, ale pozostało tu małe miasteczko wojskowe – koszary, mieszkania oficerów, klub, uliczka sklepików, kościół neogotycki, świątynia. Po wojnie, gdy wojsko opuóciło wyspę, za miasteczko zabrała się dżungla. Budynki popadały w ruinę, postradały dachy, szyby, ściany, przerosły je korzenie mangrowców i areki. Teraz Ross Island to ghost town. Małe łódki dowożą i odwożą nielicznych turystów. Po wylądowaniu na wyspie trzeba się wpisać do księgi gości i można sobie iść, dokąd nogi poniosą. Nie ma właściwie informacji dla turystów, co najwyżej tu i ówdzie znaleźć można tabliczki z nader treściwymi napisami: kościół, klub, zbiornik wody.

Niesłychany i rzadki to widok, cywilizacja wydana na pastwę drzew, słońca i deszczu. Łuki okien oplecione powojem lub przesłonięte siatką mocnych białych korzeni. Omszałe schody donikąd. W górę i w dół. Przechodzimy schodami na drugą stronę wyspy, gdzie nie ma już ani ścieżek ani szyldów. Zbliżamy się do ruin kościoła. Łuki gotyckich okien, wieża w oplotach bluszczu. Stada małych cętkowanych jelonków przemykają pomiędzy palmami. W dole błękitne morze. Białe grzywy przyboju rozbijają się o czarne skały. Cisza.