Don Kichot, wiersze polskie

Tych polskich wierszy już tu trochę było, Bolesław Leśmian, Stanisław Grochowiak, Krzysztof Kamil Baczyński, Wojciech Młynarski i Jacek Kaczmarski, o polskim Don Kichocie, a raczej o Polakach jako Don Kichotach pisał też Günter Grass. Ja jednak nie ustaję wysiłkach szukania kolejnych wierszy. Nie wiem, czy przyświeca mi myśl stworzenia antologii, bo przecież nudna by była, wciąż te wiatraki, owce, bukłaki z winem i ten mądrala Sancho Pansa. Więc może nie układam antologii, tylko tak sobie szukam, bez powodu, i tak sobie zstępuję z Parnasu, przez lożę szyderców na plac budowy, bo Don Kichot jest wszędzie. Ale, ale, czy mi się zdaje, że zawsze w męskiej tylko poezji i kobiety wierszy o nim nie pisały? Jeśli-bym się myliła, to bardzo proszę, by mi dać znać w trybie natychmiastowym.

Cyprian Kamil Norwid

Epos nasza

I

Z którego dziejów czytać się uczyłem,
Rycerzu! – piosnkę zaśpiewam i tobie.
Wysoki, właśnie obrócony tyłem
Do słońca, które złoci się na żłobie
I, po pancerzu przebiegłszy promieniem,
Z osieroconym bawi się strzemieniem…

II

Liców twych – wyznam – opiewać nie mogę,
Bowiem rozlałeś profil swój na wielu.
Lecz serce? – czuję, i podzielam trwogę
O bohatérstwo… stary przyjacielu!
Podzielam, mówię, gorącość i zapał,
Których-em z dziejów twych usty nałapał.

III

Dziecina – pomnę – nad ciemnawą kartą
(Bo nawet odcień pamiętam papieru)
Schylony – z głową oburącz podpartą,
O! ileż, ileż ciągnąłem eteru
Z czytania, z księgi, z możności czytania – ?
I jak smutnawo było mi dokoła,
Kiedy już świeca gasła (rzecz tak tania!…)
Albo gdy z starszych kto nagle zawoła,
Albo gdy widzę już, że kilka tylko
Arkuszy – tak, że końca dotkniesz szpilką!…

IV

Czylim cię kochał i czy prawdę piszę,
To wiedz ze wspomnień, które tu skreśliłem,
Bom niepiśmienny ja i mało grzészę
Twórczością: piszę – śpiewam – tak, jak żyłem…

V

To tak!…więc stajesz mi znów przed oczyma,
Jak ongi, rdzawą osłonięty zbroją,
I smutek budzisz, co się wężem zżyma,
Bo i ja miałem Dulcyneę moją!

VI

To tak!… a śmiechu nie ma w tym, oj! nie ma,
Dla widzów chyba i dla czytelników,
Lecz dla nas? – mówię, dla nas, co obiema
Rękami nikłych walczym rozbójników,
Oswobodzając księżniczkę zaklętą –
Ból, spieka, gorycz i marsz drogą krętą.

VII

A śmiech? – to potem w dziejach – to potomni
Niech się uśmieją, że my tacy mali,
A oni szczęśni tacy i ogromni,
I czyści, i tak zewsząd okazali…

VIII

A oni? – że tak z niskąd nie zdradzeni
Po paradyzie latają w promieniach
Z Beatryksami swymi – rozkochani –
W purpurze, w wieńcach i w drogich kamieniach,
Co odśmiechują się niebieskim ciałom
I oczom – i otwartym w strop aż na wskroś Chwałom!

IX

Szczęść-że im, Panie. . . . . . . . . . . . . .

X
…a my – kawalery błędne,
Bez giermków, z wstęgą na piersi czerwoną,
Przez mokre lasy, przez lasy żołędne
Ciągniemy przędzę z dala zaczepioną
U przekreślonych szyb żelazną kratą,
U najeżonych bram wściekłą armatą…

(…)

XII

Przez jakich ścieżek bo chadzałem krocie
Z ogromną dzidą, co gałęzie kruszy,
Ty jeden wielki znasz to, Don Kichocie,
Jednego ciebie to wspomnienie wzruszy.
Bo gawiedź śmiać się będzie wielolica,
Niewarta ostróg z la Manczy szlachcica!

XIII

A Dulcynea moja – o! prze-chrobry
Rycerzu – wiedz, że w swojej ona
Osobie nigdy mi nie odsłoniona –
– Chyba że wietrzyk jaki, wietrzyk dobry
Uchyli czasem kwefu i nad włosem
Rumianych grono gwiazd pokaże z dala
Albo obrączkę tęczową z opala,
Albo obuwia, co się bawi z wrzosem
Kwitnącym, rąbek mały, taki mały
Jak najdrobniejsza koncha perłowana…

XIV

– To wszystko!… ptaki często mi śpiewały,
Że już zbudzona i odczarowana
Pomiędzy smoki wychodzi z wieżyce,
Że lampę trzyma w ręku, a potwory,
Nie mogąc światła znieść, w ziemię się ryją,
Skrzydłami w ciasne łopoczą piwnice
I klną, i gardła rozdzierają… wyją…

XV

Ale cóż? – ptaki, co im się przywidzi,
To wyśpiewują, przysiadłszy na tarczy,
Albo na hełmie moim – a duch widzi,
Że kłamią – prawda jedynie wystarczy
Nam, co za prawdą gonim, Don Kichotom,
Przeciwko smokom, jadom, kulom, grotom!…

***

Henryk Zbierzchowski (1881 we Lwowie – 1942 w Krynicy)
z tomu Ogród życia (wyd. we Lwowie w 1935 roku)
zob: https://pl.wikipedia.org/wiki/Henryk_Zbierzchowski

Don Kichot

Gdzie tylko widzę uciśnioną cnotę,
Krzywdę lub przemoc, nieszczęście lub nędzę,
Na Rozynancie moim zaraz pędzę,
Mając w swych oczach iskry gniewu złote.

Tyle w tych walkach nazbierałem sińców,
Że coraz słabsze są ciosy mej dłoni
I coraz wolniej mój wierzchowiec goni
Po twardym bruku dalekich gościńców.

Więc nieraz nocą chwyta mię zwątpienie
I pod naporem myśli spać nie mogę,
Czy dobrą w życiu swem obrałem drogę,
Gromiąc wiatraki i zwalczając cienie?

A gdy tak męczę się, aż świt najrańszy
Przystroi okna izby w blade kwiaty,
Słyszę wyraźnie z sąsiedniej komnaty
Głośne chrapanie mego Sanszo Panszy.

***

Zbigniew Budek (polski poeta w Niemczech i w Polsce, m.in. w Bonn i w Częstochowie, Krakowie, ur. w roku 1948 w Wejherowie)
zob: https://youtu.be/W0ZtcHd38-g?si=JiUWNnUcrF3jFv3o

Don Kichot

Mam w głowie różne myśli
Pilnowałem wszystkiego, co sił
Dzisiaj wstyd mi.
Zakorzeniły się we mnie na amen.
Nie mam sposobu.
Jak się ich pozbyć?
Ludzie się wyśmiewają
Jeden drugiemu szepcze – popatrz:
“ktoś w kapturze”.
I gdyby kaptur miał współczesny dizajn.
A tak?
Kiwam się jak Don Kichot na rowerze.

Powrót Don Kichota

Ewa Maria Slaska

Kiedy wydaje się, że wszystkie Don Kichoty z całego świata zagościły już na tym blogu, przeglądam stary notatnik adresowy mojej Mamy i trafiam na taką oto wizytówkę:

Nie wiem, co robiła lata temu asesora linguistica del Ministerio de Educación Espanol w liceum w Warszawie, ale XXXIV liceum imienia Miguela Cervantesa sporo obiecuje. Istnieje od roku 1945, ale najpierw nosiło imię generała Świerczewskiego “Waltera”, a dopiero od 30 lat ma imię Cervantesa i jest szkołą dwujęzyczną, którą łączą różne związki z Hiszpanią. W kronice szkoły odnotowano, że raz uczniowie spotkali się z królową Zofia, a raz oboje królestwo odwiedzili szkołę,

Na dziedzińcu przed liceum  został 24 kwietnia 2004 roku odsłonięty pomnik hiszpańskiego autora. Logotypem szkoły jest postać Don Kichota.

Zadowolona z odnalezionych informacji, osiadam na laurach i chcę się oddać letniemu nicnierobieniu na balkonie. Sięgam po pierwszą z brzegu książkę. Są to rozmowy Didiera Eribona (mojego ulubionego filozofa francuskiego) z Lévim-Straussem z 1988 roku. Lévi-Strauss, jeden z największych umysłów XX wieku, ma 8o lat i spogląda na całe swoje pracowite życie. Stworzył strukturalizm, ważny kierunek naukowy, skutecznie konkurujący po wojnie z Sartrem i egzystencjalizmem. Otwieram zatem książkę i co ja widzę? Pierwsza część tych rozmów nosi tytuł “Gdy powraca Don Kichot”.


Powraca jednak dopiero pod sam koniec pierwszej części rozmów, tych o życiu, następne będą o nauce i społeczeństwie. Aczkolwiek i w tych rozmowach o życiu starszy pan rzadko naprawdę mówi o życiu. Urodził się w roku 1908. Na początku rozmów z Eribonem są rodzice i dziadkowie, w tym dziadek rabin, potem czasem pojawi się jakaś żona (było ich kilka), raz – syn, ale tak naprawdę jest to rozmowa o tym, jak przebiegała kariera naukowa Lévi-Straussa. Fragment na stronie 114 znacząco odbiega od reszty i rzeczywiście dotyczy życia. Panowie rozmawiają o książce La Potiére jalouse / Zazdrosna garncarka z 1985 roku. To w momencie ich rozmowy ostatnia książka starego etnologa. Książka jest, jak to zawsze u Lévi-Straussa, analizą struktur mitów, a zazdrość garncarki jest metaforą złożoności i wzajemnych przeciwieństw stosunków międzyludzkich, tak tych osobistych, jak społecznych.

Didier Eribon: Znajduje się w tej książce zabawne dygresje, małe fantazyjki… Myślę o fragmencie, w którym porównuje Pan Labiche’a i Sofoklesa. (Eugène Marin Labiche  1815-1888 był francuskim autorem komediowym – przyp. adminki).

Claude Lévi-Strauss: Pomysł ten miałem od dawna. Być może w nim właśnie tkwi odległe źródło książki. Zresztą w Labiche’u (którego tak źle się obecnie gra) znajdowałem wielką przyjemność. Kiedy byłem dzieckiem, był on moim schronieniem w czasie cotygodniowych kolacji u mojej babki ze strony ojca. Zaszywałem się w kącie salonu z którymś tomem dzieł zebranych i zaśmiewałem się.
W miarę jak przychodzi starość, wychodzą na powierzchnię strzępy z przeszłości lub, by rzec inaczej, pętle się zawężają. Mythologiques doprowadziły mnie na powrót do Wagnera, w którego kulcie zostałem wychowany i od którego, jako młodzieniec, sądziłem, że się oderwałem. La Potiére jalouse odsyła do moich dziecięcych lektur. Jeśli dany mi będzie czas, bez wątpienia odnajdę Don Kichota. który był moją pasją, gdy miałem dziesięć lat (aby zabawić gości, proponowano jednemu z nich otwarcie książki na chybił trafił i przeczytanie jakiegoś zdania; bez wahania dopowiadałem ciąg dalszy, gdyż na pamięć znałem moje skrócone wydanie – widzę jeszcze lekko błyszczącą okładkę z różowego papieru). Czyż bowiem, powiedzą niektórzy, poprzez całe moje dzieło nie przestawała mnie ożywiać jakaś maniera donkichotyzmu?

D.E.: Co pan przez to rozumie?

C.L-S.: Nie definicję słownikową: manię naprawiania krzywd, robienia z siebie przywódcy uciśnionych itp. Donkichotyzm, jak mi się zdaje, to w istocie uporczywe pragnienie odnalezienia przeszłości za teraźnieszością. Gdyby przypadkiem jakiś oryginał starał się pewnego dnia zrozumieć, jaka była moja osobowość, ofiarowuję mu ten klucz.


Zazdrosna garncarka po francusku, wydaje mi się, że po polsku jej nie ma; stare skrócone wydanie Don Kichota po francusku, być może właśnie to w wersji dla dzieci, czy to tę książkę czytał mały Claud? (opis w sieci głosi: LIVRE ANCIEN CERVANTES DON QUICHOTTE ABREGE BELLE EDITION ILLUSTRE PARIS 1887). W każdym razie jest lekko różowe. I rzeczywiście: Belle edition.

Don Kichot zakopany w lesie

Ewa Maria Slaska

Pokazywałam już TU tę stroniczkę z jednej z książek Moniki Helefer, ale jak ją tu pokazywałam, to nawet nie wiedziałam, z której? Bo wchodziły w rachubę dwie Ojczulek (Vati) albo Hałastra (Die Bagage), teraz już wiem, że to historia z Ojczulka.

Josef Helfer był nieślubnym synem dziewki folwarcznej i chłopa, u którego pracowała za wikt i opierunek. Ojciec chłopaka ani się przyznał do ojcostwa, ani je zanegował, ale matka i dziecko nadal mieszkali w obejściu. Trochę jak w Janku Muzykancie Sienkiewicza lub Synu Snu Petera Schneidera nauczyciel i ksiądz docenili inteligencję chłopca i zapewnili mu edukację. Wybuchła wojna (ta druga). Na krótko przed maturą Józef został powołany do wojska i wysłany na front wschodni. Został ranny. W lazarecie stracił nogę, ale poznał swoją żonę, która pracowała tam jako pielęgniarka.

Ojciec poruszał się z protezą. Kochał książki i pracował jako kierownik domu wypoczynkowego dla ofiar wojny w Tschengli. To góra stołowa w Austrii, w prowincji Vorarlberg. 1220 metrów nad poziomem morza. Gdy w kilka lat po wojnie ośrodek zlikwidowano, zamieniając go na przynoszący zyski hotel, ojciec zabezpieczył najlepsze książki, jakie udało mu się zgromadzić w bibliotece, w tym wspaniałe wydanie Don Kichota z ilustracjami Dorego. Zapakował je w ceraty, takie ceratowe obrusy, którymi się nakrywało stoły w biednych kuchniach, tych zbiorowych, na obozach, w przytułkach, na koloniach. Ojciec i autorka na taczkach wywieźli sześć paczek książek zapakowanych w te ceraty do lasu. Po dwie paczki jednym kursem. Ojciec je tam zakopał nieopodal powalonego drzewa. Ona miała to zapamiętać. Ale nie zapamiętała. I nigdy ich nie odkopała.

Ja już w międzyczasie czytam obie te książki i wiem o tym Don Kichocie wszystko, co chciałam wiedzieć. Gustav Doré (1832-1883) jeden z najsłynniejszych grafików i ilustratorów książkowych na świecie, zilustrował w roku 1863 francuskie wydanie Don Kichota. Jego ilustracje okazały się tak trafne, że do dziś wydawcy, reżyserzy teatralni i filmowi, autorzy pomników, plakietek pamiątkowych i plakatów wzorują się na tym, jak Doré przedstawił Rycerza Smętnego Oblicza i jego giermka. Podobno, tak głosi angielska Wikipedia, tych ilustracji było 500. Czy rzeczywiście? Nie wiem.

Don Kichot i śmieci

Ewa Maria Slaska

Wspomniała o niej Beata Stasińska na Facebooku: Monika Helfer „Ojczulek” , i „Hałastra. Napisała, że to interesujący kierunek w prozie wiejskiej, na razie tylko w przekładach. Nie wiem, czy się zgadzam, wydaje mi się, że w polskiej prozie wiejskiej dzieją się dobre rzeczy, wystarczy sam tylko Łukasz Barys i jego Jeśli przecięto cię na pół, ale Beata, wydawczyni wydawnictwa Sic! widzi to pewnie inaczej.

Oczywiście muszę teraz przeczytać obie te książki, skoro Beata nawet nie napisała, w której z nich, jest to zdanie o pięknym wydaniu Don Kichota, ale to nieważne, bo rozumiem, że ono w tej historii intensywnie funkcjonuje. Zanim o tym poczytam, pokażę Wam jeszcze inne fragmenty życia baratarystów.

***

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny przybył do Berlina swoją kolejną łódką-wózkiem. Wędrował od Krosna Odrzańskiego kanałem Odra-Szprewa przez Grünau na Tempelhof. W Berlinie był trzy dni i spędził je intensywnie.
To była wędrówka, którą wspólnie zaplanowaliśmy w marcu. I ta łódka się wtedy na tę wyprawę szykowała.

W czerwcu jednak przybyła ta łódka.

Płynęła dzielnie i równie dzielnie jechała na kółkach, ciągniona przez Don Kichota Marka Szaleńca Odrzańskiego.

Ok północy w czwartek przybyli. Zjedli co nieco, wypili co nieco i walnęli się spać. A przespawszy 12 godzin, Marek zdjął worek z wysokich krzaków przed domem. Worek pojawił się tam już w marcu, natychmiast potem, jak Marek wyjechał z Berlina. Przez te trzy miesiące nikt go nie zdjął, ani człowiek, ani zwierzę, ani wiatr.

W piątek Marek odwiedził (bez łódki) Polską Kafejkę Językową, gdzie rozmawialiśmy o zdrowiu i chorobie, w III Rzeszy, i w ogóle. W sobotę był z łódką na Polu Tempelhof na pikniku Polskiego Towarzystwa Szkolnego Oświata z okazji Najdłuższego Dnia w Roku.


Z kolei w niedzielę odbyliśmy (bez łódki) spacer miejski w samo południe (a był to, jak dotąd, najgorętszy dzień w roku!) w poszukiwaniu … piły!

Niedziela, jako się rzekło. Upał, wszyscy sąsiedzi wybyli z domu nad wodę na czerwcówkę, nie ma od kogo pożyczyć. Sklepy zamknięte, nie ma jak kupić. Pchli targ, taki byle jaki, typu mydło i powidło, gdzie spodziewałam się, że ani chybi dostaniemy piłę, był nieczynny. Gdy tam dotarliśmy w lejącym się na łeb skwarze, zastaliśmy pusty parking. Nie było żadnej kartki i żadnej informacji w internecie, po prostu miał być pchli targ jak zawsze, ale nie było.

Zrozpaczona upałem i niebyciem targu powiedziałam, “no, żeby to był kubek, garnek albo talerz, to pewnie byśmy je znaleźli na ulicy, ale piłę! Piły siłą woli nie wyczaruję!”

Pojechaliśmy na niepewne, nie wiedząc, czy coś z tego wyniknie, odwiedzić zaprzyjaźnione ogródki działkowe, gdzie może nic się nie dzieje, ale przecież wszyscy zawsze mają piły. I tak było! Jubilation. Pożyczyliśmy piłę i ruszyliśmy z powrotem do domu. Na uliczce wśród ogródków stała skrzynka, z której można było sobie wziąć, czego człowiek potrzebował.

My wzięliśmy piłę! Okazaliśmy się jednak bardzo skuteczni. Wyczarowaliśmy piłę. Szkoda, że dopiero wtedy, gdy mieliśmy już tę inną. Tak to pewnie zawsze jest ze stosowaniem magii, aby uzyskać zamierzone cele. Gdy stosuje się technikę, wszystko da się wymierzyć. Dlatego Sławosz, choć z opóźnieniami, doleciał jednak do tej Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, a my jak już wyczarowaliśmy sobie piłę, to wtedy, gdy nie była nam już potrzebna.

Mieliśmy więc dwie piły!

Marek przeciął łódkę na pół i wraz z dwoma starymi rowerami, które rozmontował, zapakował do piwnicy, gdzie teraz czekają na lepsze czasy. Nie wiem, jak to zrobił, bo w piwnicy już przedtem nie było miejsca! No nie było! Jak miało być, skoro od 16 lat, czyli od przeprowadzki, stoi tam 16 kartonów książek, których nijak nie dało się zmieścić w mieszkaniu? Są też różne inne klunkry, jak to w piwnicy, elementy jakichś nie ukończonych dzieł sztuki nowoczesnej, liczne wentylatory (lata w Berlinie są coraz gorętsze, wentylatorów trzeba coraz więcej!), ciuchy, których nie noszę, ale jeszcze nie wyrzuciłam, transparenty i ulotki, wydawałoby się, że już nieaktualne, np “Uwaga zły PiS”! Ale teraz nie wiadomo, czy znowu nie okażą się potrzebne. Rozłożony na części manekin kobiety ponad naturalnej wielkości, ze szczotką do butelek wystającą z brzucha, bo szczotka okazała się najlepszym łącznikiem między jej górą a dołem. Znalazłam ją kiedyś na ulicy. Miała wtedy skrzydła z czerwonych maków. Użyliśmy ich podczas wydarzeń o Irenie Bobowskiej, w polskiej mitologii maki to przecież krew. Kobieta nie ma już więc maków, ale nadal jest i ma szczotkę w brzuchu. Teraz osłania ją przepiłowana na dwie części łódka.


Marek wyjechał autobusem jak zwykły człowiek. W mieszkaniu wałęsają się porzucone łańcuchy, śruby i mutry. Przyszły dwie burze po kolei i każda stłukła jedną wielką donicę na balkonie. Może naraziliśmy się jakimś pająkom.

Bardzo to wszystko interesujące. I bardzo baratarystyczne.

Porzucone fragmenty książki 1. Żyd Wieczny Tułacz i inni.

Ewa Maria Slaska

Wydaję właśnie drukiem powieść o pokoleniu Solidarności. W ostatecznej redakcji kilka fragmentów wyrzuciłam po prostu, a kilka przeniosłam tu. Oto pierwszy.

Ahasverus, Bonifacy d’Oria, Don Kichot, Tata

Zrozumiałam ostatnio, w proustowskim wręcz olśnieniu, że od lat zajmowali mnie starzy biali mężczyźni, którzy całe życie idą.

Continue reading “Porzucone fragmenty książki 1. Żyd Wieczny Tułacz i inni.”

Wiatrak na Marzanie

co się czyta Mar-Can, a nie marzan, dające się pomylić z Marzanną, marzeniem i marznięciem. Ale skojarzenie ze słowiańską Marzanną nie jest tak całkiem bez sensu. W Berlinie i okolicy wszędzie najpierw mieszkali Słowianie i to oni nazwali to miejsce “marcana” czyli błoto, bagno. Ela napisała ostatnio o wiatraku na Łacinie, to ja postanowiłam, że napiszę o wiatraku w berlińskiej dzielnicy Marzahn.

Ewa Maria Slaska

Wiatrak a sprawa polska

Tak, tytuł ma sens, bo wiatrak na Marzanie odkryłam podczas nocnej obserwacji wyborów 18 maja. Od lat jestem obserwatorką wyborów, choć kiedyś byłam mężem zaufania. Ale ponieważ ogólnopolskie biuro wyborcze nie chciało uznać, że kobieta to nie mąż, lecz jeżeli już to żona, choć ten mąż to chyba nie od małżonka, a zatem żeńska forma powinna po prostu brzmieć baba zaufania, i to, podobnie jak żona zaufania by mi odpowiadało, ale jakoś ten mąż mnie nie zachwycał. Kiedyś, jeszcze “za PiSu”, było też jakoś tak, że za granicą nie było drugiej tury wyborów, tylko kurierzy dostarczali koperty do Ambasady. A ja jako ten mąż, czyli żona stałam przed Ambasadą i odbierałam te koperty od zwykłych ludzi, a potem czekałam z nimi na kuriera i mu je oddawałam, a on oddawał je w Ambasadzie. Lewą ręką pod kolanem za prawym uchem, doprawdy. Potem więc zostałam już tylko obserwatorem i jakoś nikt nie protestuje, jeśli używam tego słowa w wersji żeńskiej i tak to wreszcie wracamy do wiatraka i sprawy polskiej, czyli wyborów. Punkt wyborczy na Marzahnie w Berlinie stworzyła nasza wspaniała, szalona berlińska aktywistka – pełna dziarów, dredów, piercingów i tatuaży, ponabijana gwoździami i pełna dziur. Oczywiście weganka. Kto ją zna, ten wie, że piszę o Roksanie.

Continue reading “Wiatrak na Marzanie”

Rabarber

Ela Kargol

Rabarber i wiatrak na Łacinie

Tam były łąki, pola, ogrody, tam rósł „rabarber“. Tak, rabarber, a nie rabarbar. Gdy ktoś mówił rabarbar, to nie był stąd, nie był z Poznania, ani z Rataj.


Rataje, dawna wieś podpoznańska zaopatrywała Poznań nie tylko w rabarber, ale też w inne warzywa i owoce. Ziemia była żyzna, a jej mieszkańcy, w tym też dawni bambrzy, ich potomkowie, a w latach 20. ubiegłego wieku Bułgarzy siali, uprawiali sadzili, a plony sprzedawali na poznańskich rynkach.

Continue reading “Rabarber”

Droga Księżycowa, czyli lot drewnianego konia

Reblog: Maria Kann

Kołkowiec Don Kiszota i śmierć licencjata Terralby (s. 69n)

Karol Filip IV, fanatyk w sprawach religijnych, zajmował się przede wszystkim walką z innowiercami. Ufny w bogactwa zdobyte na Majach i Aztekach, nie doceniał trudności gospodarczych kraju, z którymi nie umia sobie poradzić. Na domiar złego prowadził długotrwałe wojny, które spowodowały zmierzch potęgi Hiszpanii i jej floty morskiej, zwanej Niezwyciężoną Armadą. Jako wódz miał sukcesy tylko w czasach swej młodości, zanim wstąpił na tron, w wojnie z Turcją.
Wśród jego walecznych żołnierzy znajdował się wówczas Miguel Cervantes, który w przyszłości stał się jednym z najsławniejszych pisarzy Hiszpanii.
Dał on obraz odchodzącego na zawsze świata błędnych rycerzy, zaklętych księżniczek i złych czarodziejów.


*

Szlachcic nasz

Was mit einem einzigen Fluss in Ozeane reinkommt?

Oder Plastikmüll für Don Quijote (Reblog)

Überall Plastik: Diese Bilder aus der Karibik tun weh – noch immer

Von Nadja Ayoub

31. Oktober 2018

Plastik Plastikmüll Meer Karibik
© Caroline Power Photography

Rund ein Jahr ist es nun her, dass diese unfassbaren Bilder um die Welt gingen. Eine Fotografin hatte Fotos aus der Karibik veröffentlicht, die einmal mehr verdeutlichten, wie schlimm es um unsere Ozeane steht. Weh tun diese Bilder noch immer – aber hat sich auch etwas getan?

Weißer Sandstrand, Palmen und türkisblaues Meer – diese Bilder hat man vor Augen, wenn man an die Karibik denkt. Aber nicht überall in der Karibik sieht es so aus, wie schockierende Bilder der Fotografin Caroline Power zeigen.

Continue reading “Was mit einem einzigen Fluss in Ozeane reinkommt?”

Walki ze śmieciami odcinek kolejny

Marek Włodarczak alias Tabor Regresywny

zaczął od informacji od Serca Szczepina

Sąsiedzka Umowa Śmieciowa tradycyjnie rozpoczęła nasz sezon wydarzeń plenerowych na Szczepinie . A zrobiliście to z rozmachem. Na zbiórce stawiło się 90 osób, Dobrze było widzieć każdego z Was, a szczególnie Koło Wolontariatu z Zespołu Szkolno-Przedszkolnego nr 18 i młodzież z LO Nr XII im. Bolesława Chrobrego we Wrocławiu.

Continue reading “Walki ze śmieciami odcinek kolejny”