Australia

Lech Milewski

Krewni w Australii

Pani Zofia (żona Juliusza Kossaka) miała wprawdzie mały posag, ale większa jego część poszła na… krewnych w Australii. Brat Juliusza, Leon, też malarz, ożenił się z Angielką, panną Hamilton. Po ślubie oboje wyemigrowali do Australii, gdzie zamieszkali w miejscowości Victoria. Między szwagierkami zaczęła się czuła korespondencja.
(…)
“postarajcie się przyjechać do Polski” – pisała po angielsku Zofia do pani Leonowej – “tak bardzo chciałabym cię poznać”.

(…)
I rzeczywiście któregoś na pozór pogodnego poranka zjechali na Kossakówkę – KLIK– państwo Leonowie Kossakowie z przerażającą ilością kufrów i tobołków.
(…)
…dziwiła się (pani Leonowa), jak można istnieć bez łazienki, specjalnej nurse dla dzieci i wielu innych wynalazków. Zofia natomiast nie mogła się nadziwić jak można przyjechać do kogoś “z wizytą” i siedzieć już czwarty miesiąc bez chęci powrotu. Gdy w końcu namówiony przez żonę Juliusz zapytał brata, jak długo mają jeszcze zamiar w Polsce pozostać, dowiedział się rzeczy najstraszniejszej.

– Skoroście nas zaprosili – odparł Leon – to musicie nam teraz zapłacić powrotną drogę do Australii, inaczej nigdy stąd nie wyjedziemy, ponieważ nie mamy za co. U nas, w Australii, jeśli ktoś kogoś do siebie zaprasza, to zawsze zwraca mu koszty podróży.
Usłyszawszy to Zofia dostała spazmów. (…) Gdy przyszła do stanu równowagi, postanowiła upłynnić znaczną część swego posagu i zafundować państwu Leonostwu powrotną drogę do Australii.
(…)
Od tego czasu warunki finansowe w willi “Wygoda” zaczęły się bardzo psuć.

Magdalena Samozwaniec – Maria i Magdalena.
Wydawnictwo Literackie Kraków, 1956, str 24-25

Pozwolą Państwo, że do powyższej relacji ustosunkuję się dopiero po przytoczeniu kilku sprawdzonych faktów.

O tym, że Władysław (tak jest, Władysław, nie Leon) (Leon też istniał, był kuzynem, o czym autor napisze później – przyp. adminka) Kossak przebywał w Australii dowiedziałem się wkrótce po przyjeździe tutaj. Jedną z głównych atrakcji w okolicach Melbourne jest Sovereign Hill – KLIK – zrekonstruowane miasteczko z połowy XIX wieku leżące na tutejszych złotodajnych polach. Pojechaliśmy, zobaczyliśmy, wypłukaliśmy kilka ziarenek złotego kruszcu. Dowiedziałem się, że jest to miejsce bodajże najważniejszego wydarzenia w historii Australii.

Australijska Wiosna Ludów

W roku 1851 Australię nawiedziła gorączka złota. Złoto na terenie Australii znajdowano już wcześniej (jedno z pierwszych odkryć przypisywane jest polskiemu podróżnikowi Edmundowi Strzeleckiemu), lecz rządy stanowe (Australia jako jedno państwo została utworzona dopiero w 1901 roku) zabraniały publikacji wiadomości na ten temat, obawiając się odpływu siły roboczej i napływu awanturników z całego świata. Jednak kiedy podczas gorączki złota w Kalifornii (rok 1848) wiele osób opuściło Australię, rządy zmieniły zdanie i po uzyskaniu zgody Biura Kolonialnego, pozwoliły na wydobywanie złota i zachęcały do jego poszukiwań.
Na rezultaty nie trzeba było długo czekać. W 1851 roku odkryto bogate złoża złota w wielu miejscach. Najbogatsze i najłatwiejsze do eksploatacji odkryto w okolicach miasta Ballarat, 130 km od Melbourne.

Gubernator stanu Wiktoria, Charles Latrobe (potomek francuskich hugonotów, jego ojciec był pastorem Bractwa Morawskiego – spadkobierców Husytów) – był świadkiem, jak pięciu górników w ciągu jednego dnia wydobyło 136 uncji złota. Uncja złota = 31.103 gramów, czyli urobek wynosił 4.23 kg złota.
Decyzja była oczywista: rząd wprowadził licencje na wydobycie złota. Koszt 30 szylingów miesięcznie. Spowodowało to protesty. Górnicy domagali się likwidacji licencji i przyznania im prawa do nabywania ziemi. Rząd dolał oliwy do ognia, podnosząc ceny licencji do 3 funtów. To spowodowało masowe protesty, górnicy zaczęli kupować broń. Rząd pospiesznie wycofał nieprzemyślaną podwyżkę, ale w złotodajnych okolicach rosło niezadowolenie. Dodatkowym czynnikiem zwiększającym napięcie były policyjne obławy w celu schwytania osób, które wydobywały złoto bez licencji.

W październiku 1854 roku zabity został górnik James Scobie. Podejrzewany o zabójstwo właściciel hotelu Eureka został uniewinniony przez sąd. To była iskra, która roznieciła pożar. Na początek podpalono hotel Eureka…

Doudiet Eureka Riot - Burning of Bentley's Hotel 1854.jpg
By Charles Doudiet (Life time: June 13, 1913) – Original publication: Sketch Immediate source: Ballarat Fine Art Gallery, Link

Policja aresztowała kilka osób zamieszanych w podpalenie hotelu, co spowodowało kolejne zamieszki. Liczba protestujących górników wzrosła do 10,000. Powołali komisję do prowadzenia rozmów w rządem (Ballarat Reform League). Ich główne żądania to: zniesienie licencji na poszukiwanie złota i wprowadzenie powszechnego głosowania.
Rząd wzmocnił siły policji na złotodajnych polach. W tej sytuacji górnicy zorganizowali się w sposób bardziej stosowny do prowadzenia walki. Sformowali brygady bojowe, zaprojektowali flagę…

Eureka Flag.svg
Public Domain, Link

Flagę wzniesiono na wzgórzu, które otoczono prymitywnymi umocnieniami. Nadano mu nazwę Eureka Stockade.
Na początku grudnia (1854) siły rebeliantów zostały wzmocnione przez oddział 200 przybyszy z Kalifornii uzbrojonych w rewolwery i meksykańskie noże.
Z drugiej strony siły policji zostały wzmocnione oddziałami wojska. 3 grudnia nastąpił atak i po 10 minutach siły rządowe rozstrzygnęły wynik starcia. Ofiary – 22 górników.
Ladislaus Kossak był jednym z 4 podinspektorów dowodzących 70-osobowym oddziałem policji konnej. Raporty wspominają, że trzymał podwładnych pod kontrolą i traktował górników z sympatią.
120 osób zatrzymano, 13 stanęło przed sądem. Wszyscy zostali uniewinnieni. Królewska Komisja zaakceptowała podstawowe żądania górników: zniesienie licencji, ograniczenie sił policji, wprowadzenie reprezentantów górników do Rady Ustawodawczej. Dwóch liderów powstania zrobiło karierę jako politycy.
Tak zakończyła się australijska “rewolucja”.
Osobiście uważam przebieg tej historii za charakterystyczny dla Australii.
Proszę zauważyć: konflikt, walka, rząd wygrywa starcie zbrojne, protestujący zyskują to, o co im chodziło. Obie strony mogą teraz w zgodzie iść na piwo. (wytłuszczenie tekstu moje – adminka)

Teraz mogę wreszcie zacząć od początku…
Władysław Kossak urodził się w 1828 roku. W wieku 17 lat rozpoczął studia na Uniwersytecie Lwowskim – historia, geografia, matematyka. W 1848 roku, na wieść o powstaniu na Węgrzech, przeszedł przez Karpaty i dołączył do Legionu Polskiego dowodzonego przez Józefa Wysockiego. Dosłużył się tam stopnia podporucznika.
Na marginesie wspomnę, że w legionie tym walczył również Edmund Slaski. (o! –  skomentowała adminka)

Po porażce powstania Władysław Kossak przedostał się do Turcji i został internowany w miejscowości Szumla (obecnie miasto to znajduje się w Bułgarii i nazywa się Szumen). Następny jego trop znajdujemy w Southampton, skąd na pokładzie statku Chusan pożeglował do Australii. Towarzyszył mu kompan z powstania węgierskiego Leopold Kabat.

Był rok 1852, gorączka złota w stanie Wiktoria. Nic dziwnego, że obaj zabrali się do poszukiwań. Po czterech miesiącach bezowocnych wysiłków rozejrzeli się za stałą, solidną pracą. Znaleźli ją w policji. Prawdopodobnie w tym okresie Władysław Kossak zmienił pisownię swojego imienia na Ladislaus.
Być może ta zmiana inicjału z W na L zmyliła Magdalenę Samozwaniec i uznała, że australijski Kossak to Leon.

W sierpniu 1853 roku Ladislaus Kossak i Leopold Kabat zostali naturalizowani jako poddani brytyjscy (jako pierwsi Polacy w stanie Wiktoria).

Ladislaus Kossak był bardzo ceniony w policji. Inteligencja, inicjatywa. Bardzo szybko awansował. Po pięciu latach pracy zyskał rangę o kilka stopni wyższą, niż osoby, które razem z nim zaczynały karierę.
Mimo to miał kłopoty finansowe. Powodem było życie ponad stan. Istotnym wydatkiem było utrzymywanie stajni końskiej.
Po upadku powstania górników złota Ladislaus służył w zespołach eskortujacych transporty złota. Następnie pracował w wielu miejscowościach na terenie stanu Wiktoria.
W tym okresie zawarł bliską znajomość z Williamem Willsem, geodetą zatrudnionym w kilku instytucjach badawczych. Wills namawiał Kossaka do udziału w ekspedycji badawczej, której celem było dotarcie do północnego wybrzeża Australii. W ostatniej chwli Kosak odmówił. Na szczęście. Ekspedycja zakończyła się tragicznie, jej liderzy Burke i Wills oraz kilku członków wyprawy zmarli z wycieńczenia – KLIK.
W styczniu 1863 roku Ladislaus Kossak uczestniczył w ich pogrzebie w Melbourne.
Wkrótce potem dostał awans na inspektora. Niedługo się tym cieszył. Do Australii dotarły wieści o wybuchu Powstania Styczniowego. Ladislaus Kossak poprosił o 12 miesięcy urlopu.

W marcu 1863 odbyła się w Melbourne konferencja poświęcona wydarzeniom w Polsce. Dziennik Argus donosił:

(…) a gentleman whose name he was not at liberty to mention had recently resigned from appointment as inspector of Police in the colony, in order to take part in the present struggle, abandoning all the payments he would be entitled to in the way of rewards and pensions, on the condition of receiving one year’s pay. The Government has acceded to the request that the gentleman had made, and he was about to sail in the Yorkshire.
The hall was shaken by cheers. Everybody certainly knew that the gentlemen concerned was Inspector Ladislaus Kossak. (1)

Szczegóły udziału w powstaniu nie są znane. Wiadomo, że w 1865 dotarł do Anglii i tam, 2 września 1865 roku, wziął ślub z Elizą Scott.
Magdalena Samozwaniec pisze: “ożenił się z Angielką panną Hamilton“. Skąd to nazwisko? Wyjaśnienie proste, choć raczej smutne. Hamilton to nazwa miejscowości, w której pani Scott-Kossak zmarła (marzec 1914).

Jeszcze w Anglii państwu Kossak urodziły się trzy córki: Marcelina Antonina Isabella Alexandrina 1868, Jane Lee 1871, Ludwina Marija Stuart 1873. (5)
Jak widać z tego, nie pojechali po ślubie do Australii, jak to sugerowała Magdalena Samozwaniec. Najpierw pojechali do Polski.

W australijskich źródłach znalazłem informację, że Ladislaus Kossak pracował przez pewien czas w Krakowie jako agent handlu nieruchomościami.

W najbardziej wiarogodnym źródle (1) znajduje się informacja, że pracował w Towarzystwie Ubezpieczeń Wzajemnych w Krakowie – KLIK – rejon Podhajce.
W 1872 roku wrócił do Londynu, a w roku 1874, na statku Theophanos, pożeglował razem z rodziną do Melbourne.

Magdalena Samozwaniec: “… zamieszkali w miejscowości Wiktoria“.
Zamieszkali w Melbourne, w dzielnicy Brighton. Fakt, że Melbourne znajduje się w stanie Wiktoria.

Coś mi się wydaje, że ród Kossaków zwalił swoje niepowodzenia finansowe na barki kuzyna zamieszkałego w Australii. Oj, nieładnie.

Pozostało jeszcze jedno zdanie:
“U nas, w Australii, jeśli ktoś kogoś do siebie zaprasza, to zawsze zwraca mu koszty podróży”.
Z tym absolutnie się zgadzam. Polecam to uwadze wszystkich, którzy chcieliby mnie zobaczyć w swoich okolicach. (o! że zapytam w stylu epoki – a wiele to by było? – adminka)

Zanim pożegnam się ostatecznie z krakowską rodziną Kossaków, podam jeszcze kilka informacji na temat wspomnianego mylnie przez Magdalenę Samozwaniec Leona.
Otóż wybrał on karierę wojskową i służył w armii austriackiej na Węgrzech. W 1848 roku razem ze swoim oddziałem dołączył do Powstania.
Polska wikipedia wspomina, że przez rok przebywał w Australii – KLIK – ale Lech Paszkowski (1) kategorycznie stwierdza, że nie znalazł żadnego dokumentu potwierdzającego tę informację.
Leon Kossak brał udział w Powstaniu Styczniowym, został ranny w bitwie pod Kobylanką i zesłany na 8 lat na Syberię, z której powrócił jako schorowany i złamany przez życie człowiek. Zmarł w 1877 roku.
Liczne źródła wspominają, że zarówno Leon, jak i Władysław, byli malarzami. Żadnych informacji o malarstwie Władysława nie znalazłem. Jeśli chodzi o Leona, to dowiedziałem się, że malował pejzaże, ale reprezentował amatorski poziom.

We wrześniu 1876 Ladislaus Kossak zaczął prowadzić Point Henry Tea Gardens.
Point Henry w połowie XIX wieku był bardzo popularnym miejscem rekreacyjnym. W najlepszych latach przybywało tam około 80,000 gości rocznie. Głównie parostatkami z Melbourne.
Tea Gardens oferowały zieleń, cień drzew, restauracje, miejsca na piknik, rotundy do tańca, winiarnię z piwnicą zaopatrzoną w 20,000 butelek, Była tam nawet camera obscura.

By the end of 1876, the gardens were re-opened by Messr Kossak, who renovated the house and received a publican’s licence. He constructed a 150 ft long jetty, with a 20ft x 8ft cross pier. A ferry, the Jaffa, ran between the Yarra St Pier and the gardens. The gardens were taken over by Southey and Knowles in 1878, but were closed in 1879 due to lack of patronage. (3)

Jak widać z powyższego, Ladislaus wycofał się z tego biznesu w 1876 roku. Był zrujnowany. Powodem spadku popularności Point Henry było kilka katastrof statków dowożących klientów z Melbourne. Jego następcy też nie wytrwali długo.

Do pracy w policji nie mógł wrócić, gdyż nie przyjmowano nikogo, kto uczestniczył w rebelii w obcym państwie. Ciekawe, że udział w rewolucji węgierskiej 1848 roku nie stanowił takiej przeszkody.
Imał się różnych prac. W 1881 roku pracował przez pewien czas jako dróżnik na stacji South Yarra.
Nie znalazłem więcej informacji na temat zatrudnienia Ladislausa Kossaka, natomiast wiadomo, że jego żona Eliza pracowała jako urzędniczka oraz dawała lekcje muzyki i francuskiego.

Z niewiadomych powodów małżeństwo rozpadło się. Ladislaus Kossak ożenił się z Marią Stelaską – prawdopodobnie Stolarską. Mieli czworo dzieci – trzy córki i syna, który wyemigrował do Nowej Zelandii.
Po śmierci drugiej żony (1893) Ladislaus Kossak przeniósł się do Zachodniej Australii i zajął się poszukiwaniem złota. Temu zajęciu oddawał się przez 20 lat, aż do roku 1914 kiedy, w wieku 86 lat, wrócił do Melbourne i zamieszkał u córek z pierwszego małżeństwa – Marceliny i Ludwiny.

Zmarł 10 czerwca 1918 roku.

Źródła:
1. Lech Paszkowski – Polacy w Australii i Oceanii.
2. Krótka biografia – KLIK.
3. Point Henry Tea Gardens – KLIK.
4. Geni – genealogia rodziny Scott – KLIK.

Stuart 18

Joanna Trümner

Małe szczęście

Po miesiącach oczekiwania Stuart stał na lotnisku i z niecierpliwością czekał na przylot Meg. Rozpoznał ją od razu w tłumie pasażerów, a już po kilku wspólnie spędzonych godzinach czuł się tak, jakby nigdy nie wyjechała, jakby tylko na chwilę przerwali swoją ostatnią rozmowę, jakby nie było tych prawie sześciu miesięcy, podczas których każde z nich prowadziło osobne życie, jakby nie było samotności i zabijania czasu, i czekania, a ta feralna noc sylwestrowa, w którą poznał swoją ciemną stronę, była tylko złym snem. Meg opowiadała mu o nowinkach z Walton – o dziecku Eve, ślicznej, maleńkiej, złotowłosej Stelli. Dziecku, które od szóstego tygodnia życia nie przestawało się uśmiechać. „Wiesz, jak na nią patrzyłam, to zdałam sobie sprawę, że ja już też chciałabym mieć dziecko” – Stuart popatrzył na nią zaskoczony szczerością tych słów. Pomyślał o tym, że ich wspólne życie zaczynie się niedługo toczyć normalnymi torami, Meg na pewno uda się wkrótce znaleźć pracę i będą jak rodziny z filmów – mały domek z ogródkiem, huśtawka, na której bawi się dziecko, z czasem może i dwójka dzieci – chłopczyk i dziewczynka, dwa samochody przed domem, tylko schowana na strychu i pokryta kurzem gitara będzie mu czasami przypominała o marzeniach sprzed kilku lat. „Problem z dzieckiem na pewno da się jakoś rozwiązać” – odpowiedział z dwuznacznym uśmiechem i przytulił tę dziewczynę, która zjawiła się w końcu po miesiącach oczekiwania, przytulił ją mocno do siebie, tak jakby chciał zatrzymać na zawsze ten moment, o którym jeszcze w wiele lat później będzie myślał jak o momencie absolutnego szczęścia.

Prowadzący pub Ben miał dużo dobrych pomysłów, prawdziwym przebojem stały się spotkania dla starszych mieszkańców okolicznych miejscowości w pierwsze poniedziałki miesiąca. W pubie odbywały się czytania książek, spotkania z podróżnikami, wernisaże, już o szóstej wieczorem pub pękach w szwach. Dla młodzieży Ben organizował co dwa tygodnie piątkowe dyskoteki, a dla stałych bywalców pubu wprowadził po godzinie 20 happy hours. Jedyne jego kłopoty z prowadzeniem pubu to były problemy z Eve, która co kilka miesięcy chciała podwyższać mu czynsz. Na razie udawało im się jeszcze pertraktować i znajdywać rozwiązania do przyjęcia przez obydwie strony. Matka Stuarta z radością przejęła od Meg Einsteina i spędzała godziny nad morzem, na długich spacerach z psem. „Wydaje mi się czasami, że ten pies wie o twojej matce więcej niż jakikolwiek człowiek. Dawno nie widziałam jej tak zrównoważonej, może nawet czasem szczęśliwej. Poza tym dalej maluje te swoje piękne, kolorowe obrazy, chyba się w końcu odnalazła. Bardzo bym chciała, żeby i moja matka w końcu poradziła sobie ze swoim życiem. Na razie wyszła z kliniki i szkoła, w której do tej pory pracowała, przyjęła ją z powrotem, w tej chwili wszystko wygląda na to, że matka wychodzi na prostą, ale to jest ruletka i wiem, że ona z tym nałogiem będzie walczyła przez całe życie”. Stuart popatrzył na Meg z przerażeniem, myśląc o tym, że przy następnym powrocie matki do nałogu, Meg może znowu go opuścić: „Wiem, ale to przecież nie znaczy, że ty masz zrezygnować przez to ze swoich planów, ona jest dorosła i ponosi sama za siebie odpowiedzialność”.

Meg nie musiała długo szukać pracy, już po kilku tygodniach pobytu w Sydney znalazła etat w szkole dla dzieci upośledzonych. Praca z dziećmi bardzo różniła się od zajęć z dorosłymi i młoda psycholożka wieczorami nieraz zaglądała do biblioteki uniwersyteckiej, żeby czytać prasę fachową na temat różnych upośledzeń. Największym problemem były dla niej rozmowy z rodzicami. Przeważnie były to rozmowy z matkami – kobietami, które niepełnosprawność swojego dziecka odbierały jako wielką osobistą porażkę i nie potrafiły się z tym pogodzić. Często traciły całkowicie poczucie własnej wartości, a ich małżeństwa stały o krok przed rozwodem. Dużym problemem były dzieci autystyczne, których nie można było pogładzić po głowie, dotknąć, pochwalić, dzieci żyjące w swoich hermetycznie zamkniętych myślach, do których nie można było dotrzeć. Meg już po kilku tygodniach pracy zaczęła podczas zajęć puszczać podopiecznym muzykę i zauważyła, że dzieci, nawet te z największymi problemami, robią się spokojniejsze i bardziej obecne myślami.

Wieczorami młoda para spotykała się w kuchni, siedzieli przy stole i opowiadali sobie o pracy i o wrażeniach z minionego dnia. Podczas opowiadania Meg o pracy z dziećmi autystycznymi Stuart doszedł do wniosku, że i wśród jego przyjaciół nie brakuje autystów – Ian, który nie potrafi się w nic emocjonalnie zaangażować, i Tom – elokwentny, dowcipny, przystojny mężczyzna, w towarzystwie kobiet, które mu się podobają, zamieniający się w niemowę i dziwaka.

Stuart miał w swojej szkole zupełnie inne wyzwania – uczył dzieci elity Sydney, bogate i aroganckie, które ciężko było czymkolwiek zainteresować. Jego uczniowie wiedzieli, że nawet nie ucząc się, będą w życiu dysponowali wystarczającą ilością pieniędzy. O ile sympatyczniejsi byli uczniowie Stuarta z Walton – zakompleksione dzieci prowincji, dla których on, młody nauczyciel, który spędził kilka lat w Londynie był symbolem wielkiego świata. O ile łatwiej potrafił do nich dotrzeć, zaciekawić ich łamigłówkami matematycznymi. W przeciwieństwie do tego w szkole w Sydney każdy dzień oznaczył walkę z wewnętrzną inercją uczniów, walkę utrudnianą przez rodziców, patrzących nauczycielowi na ręce i krytykujących każdą złą ocenę i naganę. „Niektórzy rodzice nie powinni mieć dzieci. Wyrządzają im wielką krzywdę” – powiedział pewnego wieczoru do Meg.

Szybkie odejście

Like a shooting star flying across the room
So fast so far, you were gone too soon
You’re a part of me and I’ll never be the same here without you
You were gone too soon

Jak spadająca gwiazda, która przelatuje przez pokój
– Taka szybka i taka daleka, odszedłeś zbyt szybko
Jesteś częścią mnie i bez ciebie nigdy już nie będę sobą
Zbyt szybko odszedłeś

Daughtry Gone too soon

Ian został ojcem chłopca, który otrzymał imię Leo. Był to śliczne dziecko z bujną czupryną, którą odziedziczył po ojcu. Obserwując Iana w roli ojca, Stuart odnosił wrażenie, że syn jest pierwszą istotą na świecie, którą jego przyjaciel naprawdę pokochał. Od urodzenia Leo Ian, który do tej pory spędzał wiele czasu poza domem, nie mógł doczekać się powrotu do pomalowanego na niebiesko pokoju, gdzie czekał na niego syn. Z nim w ramionach Ian czuł się kimś naprawdę mocnym, kimś, czyje życie nabrało nagle sensu, przestawał być kupionym przez teścia klakierem, mężem niekochanej kobiety i zagubionym, nie mającym żadnego celu w życiu człowiekiem. Ta największa miłość jego życia trwała pięć tygodni. W nocy 7 kwietnia 1970 roku Ian przed zaśnięciem zajrzał do pokoju syna, żeby sprawdzić, czy nie trzeba mu zmienić pieluchy, albo przykryć go kołderką. Pochylił się nad nim, żeby posłuchać jak dziecko oddycha, żeby nacieszyć się jego przerywanym westchnieniami snem. Nieraz myślał o tym, jak dziwne były te westchnięcia i jak niesamowicie brzmiały w jego uszach –jakby ta mała istota, której jeszcze nikt nie zdążył zranić i która nie przeżyła w swoim kilkutygodniowym życiu niczego złego, wzdychała jak człowiek, który nosi na plecach wielki ciężar, zbierany przez lata.

Ian myślał o tym i tym razem, pochylając się nad łóżeczkiem syna. Zdziwiła go panująca w pokoju absolutna cisza, tak przerażająca, że szybko zapalił światło i wyjął ciało syna z łóżeczka. Trzymając małe ciało w rękach czuł bijące od niego zimno, wydawało mu się, że trzyma w ręku bryłę lodu. Zaczął potrząsać niemowlęciem, ale wkrótce zdał sobie sprawę z tego, że nie ma już o co walczyć i opanował go tak głośny, histeryczny płacz, że do pokoju przyszła rozbudzona Rita.

Następne dni minęły na wizytach na policji i w prokuraturze – Ian tak często musiał powtarzać historię tej najgorszej nocy w swoim życiu, że czuł się jak na ławie oskarżonych, tak jakby policja i prokurator zarzucali mu, że to właśnie on zabił swoje dziecko. Po raz pierwszy pomyślał z żalem o tym, że nie wierzy w żadną wyższą siłę, gdyby wierzył w Boga, miałby kogoś, kogo można byłoby obwinić za tą tragedię. A tak stała się po prostu smutnym, niewytłumaczalnym zdarzeniem, które według statystyki co roku przeżywają nieliczne rodziny na całym świecie.

Stuart nie wiedział o tragedii w domu Iana, w piękny słoneczny dzień wyjął ze skrzynki pocztowej list z wiadomością o pogrzebie i zdjęciem małego Leo.

Po pogrzebie Stuart podszedł do przyjaciela i kładąc mu rękę na ramieniu powiedział: „Gdybyś kiedykolwiek chciał się po prostu wygadać, to możesz na mnie liczyć”. W momencie, kiedy usłyszał jak te słowa wychodzą z jego ust, zdał sobie sprawę z tego, że były to najbardziej banalne i niepotrzebne słowa, jakich kiedykolwiek użył. Patrząc na Iana obiecał sobie w duchu, że napisze piosenkę dedykowaną małemu Leo – piosenkę o chłopcu, który nie dowiedział się, jak bardzo był kochany i potrzebny.

Cdn

26 stycznia – Australia Day

Lech Milewski

26 stycznia obchodzimy Australia Day – Dzień Australii. Konkretnie świętujemy rocznicę lądowania 26 stycznia 1788 roku pierwszej grupy zesłańców w miejscu obecnego Sydney – KLIK.

Korzystając z tej okazji przedstawię w skrócie główne wydarzenia wiążące się z tym świętem.
Uwaga: o Australii pisałem dość często, na kilku blogach, i sporo fragmentów tego wpisu może być już znanych moim czytelnikom. Mam jednak nadzieję, że z okazji święta wybaczą mi te powtórzenia.

Jak Australia została NIEodkryta.

1. Nieodkrycie Australii przez Aborygenów.
Aborygeni przybyli do Australii ponad 60,000 lat temu. Nie może to być jednak uważane za odkrycie gdyż:
a – nie mieli strzelb
b – nie mieli biblii
c – nie znali chorób zakaźnych
d – nie mieli flagi
e – nie mieli tytułów własności.
Do tego oszukali, gdyż prawdziwe odkrycie musi być dokonane ze statku, a oni prawdopodobnie przyszli tu w bród, korzystając z odpływu.

2. Nieodkrycie Australii przez Holendrów.
Zadziwiające, że Holendrzy nie odkryli Australii, gdyż odbywali częste podróże do pobliskiej Indonezji. Mało tego – odkryli Tasmanię, wyspę 111 razy mniejszą niż Australia, oddaloną od niej zaledwie o 400 km na południe. Nazwali tę wyspę najpierw Van Diemen’s Land, a potem na cześć kapitana-odkrywcy, Abla Tasmana, przemianowali na Tasmanię. W tych czasach bowiem (rok 1642) nie było w zwyczaju, by nazywać wyspę imieniem kapitana statku. Anthony van Diemen był w latach 1636-45 gubernatorem Wschodnich Indii (Indonezji). Usiłował zbadać wybrzeże Australii. W roku 1854 zmieniono nazwę wyspy na Tasmania.

3. Nieodkrycie Australii przez Hiszpanów (nazywanych czasem Portugalczykami).
Portugalczycy (nazywani czasem Hiszpanami) żeglowali po oceanach, nadając wszystkim wyspom imiona świętych. Gdy dotarli do obecnego Vanuatu, zabrakło im świętych, nazwali więc wyspy pospiesznie Ziemią Świętego Ducha (Terra Australis del Espiritu Santo) i wrócili do domu, aby uzupełnić listę świętych. To bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności, gdyż Australia była kolejnym lądem na ich trasie i gdyby tu przybyli, musielibyśmy mówić po hiszpańsku (albo po portugalsku, jak nazywają ten język Brazylijczycy).

Jak Australia została odkryta.

W 1770 roku kapitan Cook został wysłany na Tahiti w celu obserwacji tranzytu planety Wenus. Jednak jedyne co kapitan Cook zaobserwował na Tahiti, to grupa miejscowych kobiet w spódnicach z trawy (a może i bez), więc pożeglował dalej.
Tak dotarł do Australii, a miał ze sobą:
– strzelby,
– biblię,
– choroby zakaźne,
– flagi,
– tytuł własności.

Na miescu spytał tubylców jak się nazywa ten kraj. Oni jednak byli czarnoskórzy i nie mówili po angielsku, w związku z czym doszedł do wniosku, że są Walijczykami i nazwał te tereny Nową Południową Walią. To właśnie wpisał w Tytule Własności.

Następnie popłynął na Hawaje gdzie miejscowa ludność w obawie przed Odkryciem poszatkowała go na kawałki. Na pamiątkę tego wydarzenia wyspy nazwano Sandwich Islands, która to nazwa przetrwała do czasu, gdy wyspy prawidłowo odkryli Amerykanie.

Kilku członkom załogi kapitana Cooka udało się powrócić do Anglii, gdzie wręczyli tytuł własności królowi Jerzemu III, który wkrótce po otrzymaniu tego dokumentu oszalał.
Jednym z głównych objawów królewskiego szaleństwa było opodatkowanie Amerykanów, co zapoczątkowało cały łańcuch tragicznych wydarzeń, które trwają do dziś.

Wszystkie powyższe informacje pochodzą z tej strony – KLIK.

Wrócę jeszcze do kapitana Cooka. Otóż odbył on swoja podróż na zlecenie Królewskiego Towarzystwa Geograficznego, w celach czysto naukowych, ale potajemnie otrzymał od króla Jerzego III tajną instrukcję, która polecała:
– sprawdzić czy są powody, aby sądzić, że na południe od szlaku żeglugi statku HMS Dolphin znajduje się ogromny ląd
– jeśli tak to: zbadać naturę gruntu i jego produkty – zwierzęta, ptactwo, ryby, minerały. Przywieźć próbki tych ostatnich jak również próbki nasion i owoców
– obserwować naturę i zdolności tubylców jeśli takowi się znajdą. Usiłować nawiązać z nimi kontakt i przyjacielskie stosunki.

Pierwszy punkt został wykonany pomyślnie – 19 kwietnia 1770 roku flota kapitana Cooka osiągnęła południowo-wschodnie wybrzeże Australii.
Punkt drugi – trochę po łebkach. 29 kwietnia 1770 statek Endeavour przybił do brzegu w okolicach obecnego Sydney. Dwaj botanicy – Józef Banks i Daniel Solander (uczeń Linneusza) zbadali miejscową florę. To na ich pamiątkę miejsce lądowania nazwano Botany Bay.
Punkt trzeci – pełna kompromitacja. Przybijający do brzegu statek Endeavour został przywitany groźnymi gestami i okrzykami miejscowych mieszkańców, na co załoga statku odpowiedziała ogniem muszkietów. Jeden Aborygen został ranny. Tak zakończyło się “nawiązanie przyjacielskich stosunków”.
Flota kapitana Cooka popłynęła wzdłuż brzegów Australii na północ. Dotarła w okolice północnego skrawka Australii a do wykonania pozostał jeszcze ostatni punkt tajnej instrukcji:
…za zgodą miejscowej ludności wziąć w posiadanie, w imieniu króla Wielkiej Brytanii, dogodne pozycje w tym kraju“.
Co robić? Na horyzoncie pojawiła się niewielka wyspa. To była naprawdę ostatnia szansa. Wylądowali, wzniesiono brytyjską flagę, odczytano akt wzięcia w posiadanie wschodniego wybrzeża kontynentu, na którym kapitan Cook nie postawił nogi, oddano trzy strzały z muszkietów i tyle samo z dział na statku. Stosownie do okoliczności wyspę nazwano Possession Island – KLIK.
Najzabawniejsze w tym wszystkim jest to, że tajna instrukcja króla Jerzego była od samego początku nieważna, gdyż monarcha nie miał prawa robić żadnych zmian terytorialnych bez uprzedniej zgody parlamentu.

Kolonizacja.
O Australii przypomniano sobie dopiero 17 lat po jej odkryciu.
13 maja 1787 roku odbiła od brzegów Anglii flota pod dowództwem komandora Artura Philipa. Flota składała się z dwóch okrętów wojennych, trzech statków z zapasami i sześciu statków przewożących skazańców i ich strażników. W sumie zaokrętowano 1420 osób, w tym 789 skazańców, wśród nich 14 dzieci.
Podróż trwała ponad osiem miesięcy, w tym dwa dłuższe postoje w Rio de Janeiro i Cape Town. Ten ostatni był szczególnie istotny, gdyż przez następne dwa miesiące podróży nie było żadnego lądu. Panuje opinia, że była to jedna z bardziej udanych przepraw do Australii. Nie stracono żadnego statku, w czasie żeglugi zmarły tylko 43 osoby. W czasie podróży zesłańcom urodziło się 11 dzieci, a strażnikom 9.
Historia Pierwszej Floty tutaj – KLIK.

Flota przybiła 19 stycznia 1788 roku do Botany Bay, ale okazało się, że opis zatoki sporządzony przez kapitana Cooka zawierał wiele nieścisłości i zatoka nie nadawała się do lądowania dużej floty. Po kilku dniach poszukiwań znaleziono znacznie lepsze miejsce – Port Jackson – centrum dzisiejszego Sydney. Była tu niewielka zatoka, którą, ku czci ministra spraw wewnętrznych, Lorda Sydney, nazwano Sydney Cove.
26 stycznia 1788 roku statki pierwszej floty rzuciły tu kotwice. Dowództwo wyprawy zeszło na ląd, wciągnięto na maszt brytyjską flagę i oficjalnie ogłoszono prawo własności.
To właśnie wczoraj świętowaliśmy.
Dowódca Pierwszej Floty – komandor Artur Philip – został mianowany gubernatorem kolonii Nowej Południowej Walii.

Na początku wpisu podałem pięć warunków prawidłowego odkrycia. Jak dotąd nie wspomniałem dwóch z nich – biblii i chorób zakaźnych. To pierwsze nie było nigdy w Australii zbyt widoczne, co innego choroby.
W rok po lądowaniu Pierwszej Floty Aborygenów zaatakowała epidemia ospy. Do dzisiaj nie wyjaśniono dokładnie jej przyczyn. Ospa była plagą w Wielkiej Brytanii i znano szczepienia zapobiegawcze. Jest prawie pewne, że lekarze na statkach Pierwszej Floty wieźli ze sobą szczepionki przeciw ospie. Podczas podróży i po wylądowaniu nikt na ospę nie zachorował. Istnieje podejrzenie, że przez nieuwagę, a może celowo, ktoś wyrzucił butelkę ze szczepionką na ląd. Skutki były tragiczne.

Aborygeni.
Gubernator Artur Phillip otrzymał instrukcję, aby utrzymywać jak najlepsze stosunki z miejscową ludnością i dołożył sporo starań, aby tak właśnie było. Pierwsze utarczki między Aborygenami i białymi wynikały z całkowitego niezrozumienia zachowania drugiej strony i braku możliwości porozumienia.
Gubernator usiłował nawiązać kontakt z miejscowym plemieniem Eora, ale tubylcy ze zrozumiałych względów unikali kontaktu. Nie pozostało nic innego, jak złapać ich przywódcę i doprowadzić do spotkania na szczycie. Porwany nazywał się Bennelong. Umieszczono go w siedzibie gubernatora, gdzie starano się poznać jego język i obyczaje.
Po sześciu miesiącach uciekł, ale trzy miesiące później zaprosił gubernatora do siedziby plemienia. Tu wydarzyło się coś ciekawego – gubernatora zraniono w ramię ceremonialną dzidą. Tłumaczone jest to jako swoisty akt pogodzenia się – aby sprawiedliwości stało się zadość, muszę cię ukarać za doznane krzywdy, ale teraz już między nami zgoda. Najważniejsze, że gubernator Phillip tak właśnie to odebrał.
Bennelong utrzymywał stały kontakt z gubernatorem i poprosił nawet o wybudowanie mu domu blisko rezydencji gubernatora. Wybudowano, w Bennelong Point, gdzie obecnie znajduje się Sydney Opera House – KLIK.
Kolejnym akcentem dobrych kontaktów była prośba Bennelonga, aby jego żona mogła urodzić dziecko w rezydencji gubernatora. Był to w jakimś sensie symbol nawiązania rodzinnych więzi między kolonizatorami i plemieniem Eora.
W 1790 roku gubernator Phillip zrezygnował ze stanowiska i wrócił do Anglii. Bennelong popłynął razem z nim i został przedstawiony królowi. Po powrocie do Australii sytuacja się pogorszyła. Nowy gubernator nie miał dobrego kontaktu z Bennelongiem, a ten rozleniwił się i rozpił. Historia Bennelonga tutaj – KLIK.

Jak z powyższego widać, istniała wola polityczna, aby kolonizatorzy i Aborygeni żyli w zgodzie. Przeszkodziła ekonomia. Do Australii zaczęli przybywać “free settlers” czyli dobrowolni imigranci. Również wielu skazańców kończyło okres kary i odzyskiwało wolność. Jedni i drudzy otrzymywali od rządu ziemię do zagospodarowania. Prowadziło to do gwałtownych konfliktów z zamieszkującymi te tereny Aborygenami. Biali, którzy po odbyciu ciężkiej kary lub ciężkiej i ryzykownej podróży, chcieli zabrać się do gospodarowania na swoim, traktowali Aborygenów jak drapieżne zwierzęta. Aborygeni odpłacali w podobny sposób, czego skutkiem były karne ekspedycje wojska i policji. Aborygeni nie mieli szans.
Dlatego też świętowanie Australia Day z okazji lądowania 26 stycznia 1788 roku wywołuje pewne kontrowersje. Niektórzy nazywają ten dzień Dniem Inwazji. Zgłaszane są propozycje, aby świętować rocznicę powstania Australii jako samodzielnego państwa – 1 stycznia 1900 roku.
Fachowe informacje na temat Australia Day tutaj – KLIK.

Tegoroczne święto poprzedziły natomiast kontrowersje wywołane przez poniższe zdjęcie…

Australijki

To zdjęcie umieszczono na początku stycznia na plakatach reklamujących nadchodzące święto, jednak plakaty zostały zdjęte po kilku dniach, gdyż firma reklamowa otrzymała liczne telefony i listy z pogróżkami. W wyniku masowej akcji na internecie zebrano ponad $100,000, aby opłacić koszty umieszczenia tego zdjęcia na stronie internetowej i ponownie jako plakaty w przestrzeni publicznej. Szczegóły tutaj – KLIK.

W sumie jest to jednak radosny i beztroski dzień.
Środek lata, wakacje szkolne, sezon urlopowy. Formalne ceremonie są bardzo skromne. Większość ludzi celebruje święto w typowo australijski sposób: baranie czopsy na barbeque i piwo, dużo piwa…

Australia Day

Stuart 17

Ach ten Stuart! Tym razem wpasował się w aż dwie rocznice. Dziś 1500 wpis na blogu, pisałam o tym wczoraj, chcąc jednak zostawić Stuarta w jego stałym terminie, i, jak się okazało, słusznie, bo jutro… Oddajmy tu głos Lechowi Milewskiemu, naszemu Autorowi z Australii, który napisał już kilka dni temu: Mam nadzieję, że Stuart spędza dzisiejszy dzień – 26 stycznia – w Australii. Wszak świętują tam narodowe święto – Australia Day. Oficjalny wpis na ten temat opublikowany zostanie jutro. No to zobaczmy, czy Stuart spędza ten dzień w Australii. I, moi drodzy Czytelnicy, uwierzcie mi, ani Lech ani ja nie uzgadnialiśmy niczego z autorką!

Joanna Trümner

When your day is long
And the night, the night is yours alone
When you’re sure you’ve had enough
Of this life, well hang on
Don’t let yourself go
‘Cause everybody cries
And everybody hurts sometimes

Kiedy dzień jest potwornie długi
A nocą, nocą jesteś zupełnie sam
Kiedy jesteś pewien, że masz już dosyć tego życia
Nie poddawaj się, nie rezygnuj
Bo każdy czasami płacze i każdy czasami rani

Sometimes everybody hurts REM

Nowy Rok

Stuart wrócił do domu i zadzwonił do Meg z życzeniami noworocznymi. W zaśnieżonym Walton brakowało jeszcze kilku minut do rozpoczęcia Nowego Roku. Meg czekała na północ w swoim mieszkaniu w towarzystwie Einsteina i matki Stuarta. Odebrała słuchawkę po pierwszym sygnale, tak jakby nie mogła się doczekać tej rozmowy telefonicznej. „Gdzie byłeś na Sylwestra?” zapytała i w tym momencie Stuart poczuł ulgę na myśl o tym, że nie musi jej patrzeć w oczy. „Byłem ze znajomymi w knajpie. Kiedy w końcu przyjedziesz? Niczego więcej sobie w tym nowym roku nie życzę”, powiedział zmieniając temat i próbując opanować drżenie głosu. „Prawdopodobnie w połowie lutego, tutaj wszystko się powoli układa, to przecież tylko sześć tygodni, bardzo za tobą tęsknię”, powiedziała Meg, zaskakując go tym wyznaniem. Meg była do tej pory tak powściągliwa w okazywaniu swoich uczuć, że na myśl o nocy spędzonej z Tracy Stuart poczuł się jeszcze podlej niż przed rozmową ze swoją dziewczyną. „Ona nigdy nie może się o tym dowiedzieć” – pomyślał.

Dzień rozpoczynający rok 1980 był najdłuższym dniem w jego życiu, nie mógł znaleźć sobie miejsca w mieszkaniu, w marę mijających godzin coraz mocniej zdawał sobie sprawę z tego, jak bardzo jest samotny w Sydney. Wybrał się na Bondi Beach, żeby skorzystać ze słonecznego dnia na plaży i uciec od złych myśli, ale widok zakochanych i trzymających się za ręce par wprawił go w jeszcze gorszy humor. Kiedy odwracał wzrok od zakochanych widział grupy roześmianych młodych mężczyzn, rozmawiających ze sobą i leczących przez kąpiel w morzu kaca po wczorajszej imprezie. Patrzył na nich z zazdrością, bardzo brakowało mu przyjaciela, z którym mógłby podzielić wszystkie złe myśli, jakie się w nim zagnieździły i powracały jak bumerang. W drodze powrotnej do domu pomyślał: „To chyba najdłuższy i najgorszy dzień w moim życiu”. Nie mógł dłużej znieść ciszy w pustym mieszkaniu i po raz pierwszy od tygodni wziął do ręki gitarę. Kiedy śpiewał jedną ze swoich ulubionych piosenek Hanka Williamsa przy słowach: „I’ve never seen a night so long when time goes crawlin’ by, the moon just went behind a cloud to hide its face and cry (nigdy nie widziałem nocy tak długiej, kiedy czas tak się dłuży, a księżyc zaszedł za chmurę, żeby skryć swoją twarz i płakać), pomyślał: „To przecież o mnie”. Słowa tej piosenki opowiadały o wszystkim, co czuł w tej chwili – o samotności, zagubieniu i najgorszym, najbardziej bolesnym rozczarowaniu – rozczarowaniu samym sobą.

„Jak ludzie potrafią żyć bez muzyki? Przecież nic nie potrafi lepiej oddać naszych uczuć i emocji, które przed nami kiedyś ktoś już przeżywał. Może i on zrobił dużą głupotę i po napisaniu tej piosenki zrobiło mu się na duszy o wiele lżlej?” – pomyślał i poczuł, że zaczyna się wewnętrznie uspakajać. W oczekiwaniu na sen zaczął się zastanawiać nad tym, co może zmienić od zaraz, żeby jutro nie było tylko kolejnym dniem w kalendarzu, ale szansą na zmianę tego, co go dzisiaj tak bardzo bolało.

Wykorzystał tą szansę – kolejne tygodnie poświęcił pracy i poznawaniu miasta, które tętniło latem i życiem. „Jak dobrze, że świeci słońce, a ulice i parki pełne są szczęśliwych ludzi, cieszących się dobrą pogodą i latem” – pomyślał po kilku dniach chodzenia po Sydney z mapką w ręku i z ulgą stwierdził, że jego zły nastrój powoli przechodzi.

Dużo czasu spędzał w największej bibliotece w Sydney – Bibliotece Stanowej Nowej Południowej Walii przy Macquarie Street. Tam znalazł wiele materiałów do przygotowania lekcji z matematyki, tam też przez przez przypadek poznał Toma. W poszukiwaniu książki do zadań z geometrii Stuart podszedł do półki z książkami i zobaczył, że oprócz niego ktoś inny w tym samym momencie sięga po tę samą książkę. Nieznajomy uśmiechnął się do Stuarta trzymając w ręku: „Geometrię dla każdego”, pachnącą jeszcze farbą drukarską książkę, która sprawiała wrażenie jeszcze nigdy przez nikogo nie używanej. „Widzę, że nie tylko uczniowie obchodzą ją łukiem”, powiedział Tom z uśmiechem. Tom pracował od siedmiu lat jako nauczyciel matematyki w szkole dla dziewcząt i w kilka dni później opowiadał Sutartowi przy piwie o swoich problemach z uczennicami. „Wierz mi, że ostatnie, co je w życiu interesuje to matematyka. Wymyślam różne zabawy, próbuję im wytłumaczyć, że ten przedmiot to nauka logicznego myślenia, które potrzebne jest potem przez całe życie – a one patrzą na mnie z niedowierzaniem tymi swoimi wielkimi oczami i w duchu wiem, że gdyby tylko program szkoły przewidywał taką możliwość, to natychmiast zrezygnowałyby z nauki tego przedmiotu. Nie chcę być takim nauczycielem, jakich my poznaliśmy, nie chcę traktować ich z góry, straszyć, kompensować kompleksów i decydować o przyszłości, ale powoli nie wiem, co jeszcze mogę zrobić, żeby je zainteresować”. Wracając po północy do domu ze spotkania z Tomem Stuart po raz pierwszy od dawna czuł się szczęśliwy na myśl o tym, że poznał kogoś, z kim będzie mógł dzielić swój czas, że skończyła się jego samotność i godziny, oznaczające tylko czekanie na przylot Meg.

Z mieszkańcami domu starców pożegnał się koncertem piosenek, które oni sami sobie wybrali. W kilka dni przed koncertem z uśmiechem czytał sporządzoną przez nich listę, na której znalazło się siedem zapisanych drobnym maczkiem piosenek – zapomnianych utworów, na szukaniu których spędził godziny w bibliotece. Dodał do tej listy kilka starszych piosenek i z zaskoczeniem obserwował podczas koncertu, jak jego słuchacze – ludzie, którzy w większości zapomnieli kim są, przypominali sobie poznane podczas świadomej części swojego życia słowa piosenek. Rozejrzał się po publiczności i zobaczył, jak siedzący obok siebie na wózkach inwalidzkich pani Sorkin i pan Blacksmith trzymają się za ręce. „Więc i tuż przed grobem może nasz spotkać miłość”, pomyślał, uśmiechając się do zakochanej pary na wózkach. Ostatnim utworem, który zaśpiewał razem z mieszkańcami domu starców była ballada „Waltzing Matilda” i kiedy grał na gitarze ostatnie nuty tej piosenki przyglądał się ze smutkiem swoim podopiecznym, myśląc, że za rok z pewnością połowa osób siedzących w tej sali umrze, a ci, którzy będą tu dalej mieszkali zapewne nigdy więcej nie będą mieli okazji do posłuchania granej na żywo muzyki.

„Dzień Australii” – święto narodowe swojej nowej ojczyzny spędził razem z Tomem na plaży. Wygrzewając się w słońcu myślał o tym, że w jego życiu wszystko zaczęło się układać, Meg potwierdziła przylot w połowie lutego, on sam za dwa dni zacznie pracę w szkole, a i na muzykę przyjdzie znowu czas. Australia Day przez przypadek był też dniem jego 30 urodzin, Stuart wcale nie był więc zaskoczony, że gdy wrócił do mieszkania, przed domem czekał na niego Ian z butelką szkockiej whisky w ręce: „Pozdrowienia od ojczyzny. No i ode mnie, to osiemnastoletnia whisky, trochę się wykosztowałem, więc nie obrażę się jak mi zaproponujesz kieliszek albo dwa”. Zanim Stuart zdążył otworzyć drzwi mieszkania usłyszał odgłos dzwoniącego telefonu: „życzę Ci pięknego dnia i nie zapomnij odebrać mnie z lotniska” – usłyszał głos Meg.

Patrzył na Iana z zaskoczeniem – nie widział po przyjacielu ani śladu przygnębienia albo rezygnacji, zginęło gdzieś wrażenie zagubienia, które miał na twarzy podczas ich ostatniego spotkania. „Chyba się po prostu pogodził z tym, co jest, sprawia w każdym razie wrażenie szczęśliwego”, pomyślał i zapytał Iana o życie rodzinne. Lakoniczna odpowiedź przyjaciela: „Innego życia nie będzie, jest mi tak wygodnie, że nie będe niczego zmieniał – nie mam na to ani siły ani ochoty”, zaskoczyła Stuarta. Ian nie miał do tej pory żadnego powodu, żeby się zmęczyć życiem, wszystko za co się zabrał, po prostu mu wychodziło. „On ma przecież zawsze tak wygodnie w życiu, zawsze miał kogoś, kto płacił jego rachunki, przedtem tatuś, teraz teść, nigdy niczego nie szukał i nie miał takich mało realnych marzeń jak ja”. Jednak w momencie, kiedy złapał się na tym, jak negatywne i nieprzyjaźnie ocenia przyjaciela, Stuart przeraził się swoich myśli. „Zanim zapomnę, masz pozdrowienia od Tracy, pytała, dlaczego nie pokazujesz się w ‘Red Lion’” – zwrócił się do niego z uśmiechem na twarzy Ian. „Dziękuję, nie miałem po prostu czasu” – odpowiedział Stuart i patrząc na przyjaciela wiedział, że on się domyśla, dlaczego kelnerka tak się o niego dopytywała. „A kiedy ty tam byłeś, ty, przyszły ojciec, nie masz przecież czasu na przesiadywanie po knajpach?” – próbował przejść do ataku. „Tracy nie o każdego się tak dopytuje” – odpowiedział Ian – „widocznie zapadłeś jej w pamięć”. Do późna w nocy przyjaciele popijali whisky i śmiali się wspominając ludzi, których wspólnie poznali przez ostatnie lata. „Dlaczego z nim nie da się tak zawsze rozmawiać?” – pomyślał żegnając Iana.

W dwa dni później Stuart stał przy tablicy w klasie i patrzył na twarze swoich uczniów, z nadzieją, że uda mu się odgadnąć, kogo z nich uda się zainteresować matematyką, z kim będzie musiał walczyć o odrobienie lekcji, a kto nawet nie będzie próbował zrozumieć. Miał przed sobą dużo pracy, pracy, na którą się cieszył.

Cdn.

19 stycznia 1888 roku

Lech Milewski

Conrad w Australii

Osoba, którą zatrudniłem, to Mr Conrad Korzeniowski, posiadający uprawnienia kapitana statku. Ma dobre referencje z kilku statków, na których wypłynął z tego portu. Ustaliliśmy wynagrodzenie £ 14 na miesiąc licząc od dnia przyjazdu do Bangkoku. Na statku ma mieć zapewnione wyżywienie i wszelkie potrzebne przybory nawigacyjne. Jego przejazd z Singapuru do Bangkoku będzie opłacony z kasy statku. Również po przybyciu do Melbourne, jeśli jego kontrakt nie zostanie przedłużony, właściciel statku opłaci mu kabinę na statku do Singapuru.

Henry Ellis – Kapitan Portu Singapur – 19 stycznia 1888 roku
Źródło – Zdzisław Najder – Joseph Conrad: A Life.
Tłumaczenie wszystkich cytatów – autor tego wpisu.

W roku 1888 31-letni Joseph Conrad miał za sobą 15 lat żeglugi jednak nigdy dotąd nie pełnił funkcji kapitana statku.

Już w wieku lat 13 zamieszkały wtedy w Krakowie Józef Korzeniowski wyraził chęć pracy na morzu. Intelektualnie chłopiec był rozwinięty ponad swój wiek, jednak słabe wyniki w nauce nie rokowały dużych szans na uzyskanie wyższego wykształcenia, i jego opiekun – wujek, Tadeusz Bobrowski – uznał że kariera marynarza, być może połączona z prowadzeniem jakiegoś byznesu, jest dobrym rozwiązaniem.
W roku 1874 16-letni Józef został wysłany do Francji gdzie przez cztery lata pływał na statkach, głównie na trasach do francuskich kolonii na wybrzeżu Ameryki (Martynika, Haiti). Po trzech latach okazało się, że jako obywatel rosyjski musi posiadać specjalne zezwolenie konsulatu Rosji na pracę we francuskiej marynarce. Ponieważ był w wieku poborowym, było pewne, że takiego pozwolenia nie dostanie.
Nie pozostało nic innego jak przenieść się do Anglii (czerwiec 1878) i ubiegać się o obywatelstwo brytyjskie.
W Anglii kontynuował pracę na morzu przechodząc kolejno wszystkie stopnie kariery żeglarza (1880 – drugi oficer, 1884 – pierwszy oficer, po zdaniu egzaminu poprawkowego) i ostatecznie zyskujac uprawienia kapitańskie (listopad 1886, również dopiero za drugim podejściem). W sierpniu 1886 roku uzyskał obywatelstwo angielskie. Jednak na objęcie funkcji kapitana musiał jeszcze poczekać.

Tylko młodzi miewają takie chwile. Nie mówię o bardzo młodych. Ci w ogóle nie dostrzegają poszczególnych chwil. Przywilejem wczesnej młodości jest sięganie poza teraźniejszość – cudowna ciągłość nadziei, nie znającej przerw ani zagłębiania się w siebie. Ledwo zamkniesz za sobą furtkę dzielącą cię od wieku chłopięcego, a już wkraczasz w zaczarowany ogród. Nawet cienie jarzą się tu od obietnic… A czas biegnie, biegnie, aż… dostrzeżesz smugę cienia ostrzegającą, że krainę wczesnej młodości również musisz pozostawić za sobą. To okres życia, w którym takie chwile o jakich mówię mogą nadejść. Jakie chwile? Chwile nudy, znużenia, niezadowolenia. Chwile nierozwagi. Mam na myśli chwile kiedy młodzi są skłonni popełnić nieprzemyślane czyny – ożenić się nagle, porzucić pracę bez powodu.

Joseph Conrad – Smuga Cienia

Taka chwila przytrafiła się Conradowi nie raz. Chyba najbardziej dramatyczna jeszcze we Francji – nieudana próba samobójstwa w wielu 20 lat.

W styczniu 1888 roku Conrad miał już prawie 31 lat, a jednak po przybyciu do Singapuru na statku Vidar, na którym pełnił funkcję pierwszego oficera, bez podania powodu złożył rezygnację.
Zamieszkał w Domu Oficera i czekał na okazję powrotu do Anglii. Bardzo niechętnie uległ prośbom przyjaznego mu kapitana i zajrzał do Biura Portu, Tam otrzymał ofertę stanowiska kapitana na niewielkim żaglowcu Otago…

Ship! My ship, jak piękna dziewczyna, absolutnie moja (*). Była moja, bardziej moja niż cokolwiek na świecie; przedmiot odpowiedzialności i poświęcenia. Czekała na mnie, zaklęta, niezdolna wykonać ruch, wydostać się na świat (dopóki ja się nie pojawię), jak zaczarowana księżniczka. Jej wezwanie przyszło do mnie z jakby chmur. Nigdy nie podejrzewalem jej istnienia, nie wiedzialem jak wygląda, ledwie usłyszałem jej imię a przecież byliśmy nieodwracalnie złączeni na jakiś czas naszej przyszłości, płynąć lub utonąć razem!

Joseph Conrad – Smuga Cienia.

Natychmiast wsiadł na statek do Bangkoku. Wpływając do portu miał okazję zobaczyć swoje przeznaczenie – żaglowiec Otago…

Otago bark 1869

Na pierwszy rzut oka zobaczyłem, że była statkiem wyższej klasy, stworzeniem harmonijnym w konturze ciała, w proporcjach wysokości. Jakikolwiek jej wiek czy historia, zachowała ślad swego pochodzenia. Była jednym z tych stworzeń, które dzięki projektowi i wykończeniu nie będą nigdy wyglądały staro. Pomiędzy towarzyszami przycumowanymi do molo, wszystkie większe od niej, wyglądała jak stworzenie lepszej rasy – Arabska klacz pomiędzy końmi pociągowymi.

Joseph Conrad – Smuga Cienia.

Żegluga do Singapuru (800 mil morskich) trwała aż 3 tygodnie.
Dlaczego tak długo?
Po pierwsze formalności przekazania statku nowemu kapitanowi gdyż poprzedni poprzedni kapitan, John Snadden, który był równocześnie współwłaścicielem statku, zmarł podczas ostatniego rejsu. Zajęło to prawie 2 tygodnie. Po drugie stan zdrowia załogi. Kilku marynarzy było chorych na malarię i potrzebna była wymiana. Po trzecie wreszcie bardzo słaby wiatr.

W Smudze Cienia nad statkiem ciąży fatum poprzedniego kapitana, który w napadzie szału najpierw wyrzucił za burtę swe skrzypce, a gdyby mógł pogrążyłby swój statek na dno. Przeszkodziła mu w tym śmierć, lecz teraz nęka statek i jego załogę absolutnym brakiem wiatru i malarią.
W książce na malarię rozchorowała się cała załoga prócz kapitana i stewarda, którzy nadludzkim wysiłkiem doprowadzają statek do Singapuru.

Gazeta w Singapurze podała nazwisko kapitana jako Korgemourki.

7 maja 1888 sydneyski Morning Herald powiadomił o przybyciu statku: Otago, 345 ton, kapitan Konkorzentowski.

Właściciel statku zdecydował zatrzymać Conrada jako kapitana i 7 lipca Otago pożeglował z ładunkiem pszenicy do Melbourne.
Tu nastąpił przymusowy 4-tygodniowy postój spowodowany dysputą miedzy związkiem zawodowym marynarzy i stowarzyszeniem właścicieli statków.

Australijskie związki zawodowe – nie mogę powstrzymać uśmiechu 🙂
Wzmianki (bardzo krytyczne) o ich sile i akcjach napotykam we wspomnieniach wielu słynnych osób, które odwiedziły Australię. Poczynając od Conrada, poprzez Paderewskiego, na Arturze Rubinsteinie kończąc.

Następna podróż to żegluga na Mauritius z ładunkiem nawozów, mydła i łoju.
Tutaj Conrad, być może mając w pamięci niezdane egzaminy, postanowił wypróbować swoje umiejętności nawigacyjne – zaproponował właścicielom, że zamiast standardowej trasy – na zachód wzdłuż południowego wybrzeża Australii – popłynie na północ a następnie przez Cieśninę Torresa na Ocean Indyjski. Była to trasa dłuższa i bardziej niebezpieczna, ale szybsza. Właściciele wyrazili zgodę. Podróż minęła bez większych przygód, ale trwała dłużej niż oczekiwano. Na Mauritius dopłynął 30 września 1888.

Pobyt na wyspie przedłużył się do dwóch miesięcy z powodu trudności ze znalezieniem odpowiedniego ładunku.
J. Conrad relacjonuje pobyt na Mauritius w książce A Smile of Fortune. Wspomina tam o zainteresowaniu głównego bohatera młodą dziewczyna – Alice – córką agenta portowego Jacobusa, posiadacza pięknego ogrodu różanego…

Uwielbiałem oglądać jej powolne ruchy, pozwalające docenić zgrabny kształt ciała, obserwować tajemnicze spojrzenie jej wspaniałych czarnych oczu, pół zamkniętych, kontemplujących pustkę. Była jak istota zaczarowana z czołem bogini koronowanym przez zaniedbane wspaniałe włosy cygańskiej włóczęgi. Nawet jej obojętność była kusząca. Czułem do niej rosnące przywiązanie połączone z nierealnym pożądaniem, bo głowa mówiła – dość.

Joseph Conrad – Uśmiech szczęścia.

Rzeczywiście w Port Louis był dom z różanym ogrodem, mieszkał w nim agent okrętowy z córką – Alice (Shaw), ale to nie ona zainteresowała Conrada.

Doskonała znajomość francuskiego otworzyła mu drzwi wielu domów zamieszkałych przez elitę wyspy – głównie potomków dawnych francuskich kolonizatorów…

…potomkowie dawnych kolonizatorów: wszyscy szlachetnie urodzeni, wszyscy zubożali, pędzący marną egzystencję w stanie nudnego, dostojnego rozkładu.

Joseph Conrad – Uśmiech szczęścia.

Tam spotkał panny Renouf. Rodzina Renouf przechowała odpowiedzi Conrada na pytania w żartobliwej ankiecie. Ankieta była zredagowana w języku francuskim. Conrad, być może z przekory, napisał odpowiedzi po angielsku:
– Quel serait votre rêve de bonheur (jaki byłby twój sen o szczęściu)?
Nie śnię, chcę rzeczywistości.
– W jakim kraju byś zamieszkał?
Nie wiem. Może w Laponii.
– Gdzie mieszkałaby osoba zaprzątająca twoją uwagę?
W zamku w Hiszpanii.
– Co jest twoją ulubioną rozrywką?
Gonienie dzikich gęsi.
– Myślisz, że już kochałeś?
Odmawiam odpowiedzi.
– Twoja dewiza.
— brak odpowiedzi–
– Twoje imię?
J.C.K.

Ta odmowa odpowiedzi może być tłumaczona jako swego rodzaju deklaracja. Słusznie. Kilka dni przed opuszczeniem Mauritius Conrad zwrócił się do starszego z braci Renouf, Gabriela, z prośbą o rekę jego siostry Eugenii. Dziwne, że nie wiedział, że Eugenia była już zaręczona z miejscowym aptekarzem.
Po otrzymaniu odmowy nie odwiedził już domu państwa Renouf, zamiast tego napisał uprzejmy list do Gabriela Renouf, powiadamiając, że nigdy nie wróci na Mauritius i że w dniu wesela jego myśli będą z nowożeńcami.

Starał się o rękę zaręczonej panny?
Jedyne wytłumaczenie jakie przychodzi mi do głowy, to jakaś bariera między ludźmi morza i kobietami.

A jak to wygląda w Uśmiechu Szczęścia?
…pierwszy pocałunek jaki złożyłem na jej ustach był gwałtowny jak ukąszenie. Nie opierała się a ja nie poprzestałem na jednym pocałunku… jej duże, czarne, szeroko otwarte oczy patrzyły w moje oczy bez oznak gniewu lub satysfakcji lub jakiegolwiek uczucia. W tym spojrzeniu, które wydawało się bezosobowo obserwowac moje szaleństwo, mogłem wyczuć pewne zaskoczenie, nic wiecej. Zasypywałem ją pocałunkami i mogłoby się zdawać, że będzie to trwało bez końca… wyślizgnęła się z moich objęć i wybiegła z werandy, niezbyt wdzięcznie, wydawało się, że nieco kuleje…
… w drzwiach do pokoju stał Jacobus (ojciec). Jak długo tu był… może ta niezgłębiona dziewczyna usłyszała go i uciekła w porę…
…patrzył uparcie na podłogę. Podążyłem za jego wzrokiem. W absolutnej ciszy patrzyliśmy na pantofelek, który dziewczyna zgubiła podczas ucieczki.

Joseph Conrad – Uśmiech Szczęścia

Kopciuszek?

Dyrektor firmy czarterującej Otago wspomina Conrada:
Nieco poniżej średniego wzrostu, o silnych i bardzo mobilnych rysach przechodzących bardzo gwałtownie z delikatnosci do graniczącego z gniewem podniecenia.

Otago z ładunkiem cukru opuściło Port Louis 22 listopada i dotarło do Melbourne 5 stycznia 1889 roku. Tu zastał list od wujka (T. Bobrowskiego), który wspomina o swoim kiepskim stanie zdrowia i nalega na intensyfikację starań o pozbycie się rosyjskiego obywatelstwa, co było koniecznym warunkiem przyjazdu w rodzinne strony.

Następne dwa miesiące Conrad spędził prowadząc Otago na krótkich rejsach u wybrzeży Australii, a 26 marca, po doprowadzeniu statku do Adelajdy, zrezygnował z pracy.

Zanim Joseph Conrad opuści Australię rozejrzę się za jego śladami.
Brak. A w książkach?
Też nie. Wspomnę więc jego relacje o dwóch Australijczykach.

Pierwszy to kapitan statku Patna…

Wy, Anglicy, wszyscy jesteście łobuzy – ciągnął mój patriotyczny Australijczyk z Flensborgu (chodzi zapewne o Flensburg na granicy niemiecko-duńskiej), czy może Szczecina. Naprawdę nie pamiętam, jakiż to szlachetny port na bałtyckim wybrzeżu splamił się będąc gniazdem tak cennego ptaka.

Joseph Conrad – Lord Jim – tłumaczenie Michał Filipczuk.

Drugi to przedsiębiorca szukający nadzorcy na atolu bogatym w guano…

– Człowiek za burtą – odezwał sie za mną czyjś głęboki głos. Odwróciwszy się ujrzałem faceta, którego trochę znałem, Australijczyka z Zachodu, nazywał się Chester…
Mam zamiar zaproponować mu dobrą forsę… kompletnie nic do roboty, pas z dwoma sześciostrzałowcami… chyba nie będzie się bał, że tych czterdziestu kulisów wytnie mu jakiś numer – mając dwie pukawki i będąc tam jedynym uzbrojonym człowiekiem… Chcę żebyś pan pomógł mi go przekabacić. – Nie – krzyknąłem… z taką wściekłością, jakby domagał się ode mnie udziału w morderstwie.

Joseph Conrad – Lord Jim – tłumaczenie Michał Filipczuk.

2 kwietnia 1889 (22 marca według rosyjskiego kalendarza) Senatskiie Viedomosti w Petersburgu podały informację: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych zwolniło syna polskiego literata, kapitana w angielskiej marynarce handlowej, ze statusu rosyjskiego poddanego.

Przez kilka miesiecy Conrad żył z oszczędności. Wujek T. Bobrowski podwyższył mu nieco pensję. Próby znalezienia zatrudnienia były nieudane. Jego osiągnięcia zawodowe nie były imponujace. Większość żeglarzy w jego wieku dowodziło znacznie większymi statkami. Wygląd i silny obcy akcent nie pomagały.

Jesienią 1889 roku znalazł sobie inne zajęcie – zaczął pisać swą pierwszą książkę – Szaleństwo Almayera.
Nie mogąc znaleźć pracy w Anglii Conrad postanowił spróbować szczęścia na kontynencie. Pierwsze kroki skierował do Belgii. Tu poproszono go o cierpliwość. Wreszcie była możliwość odwiedzenia rodzinnych stron.
Po pokonaniu wielu trudności w uzyskaniu rosyjskiej wizy, w lutym 1890 roku Conrad, przybył do Warszawy, a stamtąd pojechał do rodzinnej Kazimierzówki.

29 kwietnia wrócił do Brukseli wstrząśniętej wiadomością o śmierci duńskiego kapitana Johannesa Freisileben, dowódcy parowca Florida, zamordowanego przez tubylców w Kongo…

… usłyszałem, że powodem kłótni było nieporozumienie w sprawie dwóch kur. Tak, dwóch czarnych kur. Fresleven – takie było jego nazwisko, Duńczyk – uznał się za oszukanego i zszedł na brzeg gdzie zaczął tłuc kijem szefa wioski. O, wcale mnie nie zdziwiło gdy usłyszałem jednocześnie opinię, że Fresleven był najdelikatniejszym, najspokojniejszym stworzeniem, jakie kiedykolwiek poruszało się na dwóch nogach. Bez wątpienia był, ale już dwa lata spedził tutaj, w służbie szlachetnej sprawy, rozumiecie, i zapewne poczuł potrzebę potwierdzenia w jakiś sposób szacunku dla samego siebie. Dlatego tłukł starego Murzyna bezlitośnie, otoczony przez oniemiały tłum, dopóki ktoś – powiedziano mi, że syn szefa wioski – na próbę dziabnął białego człowieka dzidą – a ta oczywiście przeszła całkiem gładko między jego łopatkami.

Joseph Conrad – Jądro ciemności.

Conrad dostał propozycję zajęcia jego stanowiska.
Znowu dowództwo statku, i znowu jest to statek, którego kapitan zmarł.
Ale to już zupełnie inna historia.

(*) The ship – moja dziewczyna. W języku angielskim statek (ship) jest rodzaju żeńskiego. Z cytowanych tekstów J. Conrada widać, że bardzo słusznie. Szczególnie w odniesieniu do żaglowców.

Źródła:

Zdzisław Najder – Joseph Conrad: A Life.
Joseph Conrad – The Shadow-Line – Smuga Cienia.
Joseph Conrad – A Smile of Fortune – Uśmiech szczęścia
Joseph Conrad – Lord Jim.
Wikipedia – Joseph Conrad – KLIK.
Wikipedia – Joseph Conrad’s career at sea – KLIK.

Stuart 16

Joanna Trümner

Grow old with me, let us share what we see
And all the best it could be – Just you and I

And our hands they might age and our bodies will change
But we’ll still be the same as we are

Zestarzej się ze mną, podzielmy się tym, co widzimy
Oraz tym, czym mogłoby się stać – tylko ty i ja

Nasze ręce pewnie się zestarzeją i zmienią się nasze ciała
Ale my będziemy ciągle tacy sami jak jesteśmy teraz

Grow Old with Me, Tom Odell

Czekanie

Tygodnie pobytu Meg w Sydney minęły bardzo szybko. Dziewczyna wstawała razem z nim, przygotowywała mu kanapki do pracy, a potem wracała na godzinę lub dwie do łóżka. Po porannej kawie wychodziła z domu i zwiedzała miasto. Już w kilka dni po przyjeździe do Sydney wiedziała o tym mieście więcej od swojego chłopaka, który mieszkał tu od kilku lat na stałe. Któregoś wieczoru opowiedziała mu o Muzeum Australijskim, do którego on sam nigdy jeszcze nie dotarł, a Stuart pomyślał z zażenowaniem, że to przecież wstyd, że tak mało zna to miasto. Może to przez to, że wszystkie ciekawe miejsca, muzea, teatry są tuż na wyciągnięcie ręki, pod nosem. I sama świadomość tego, że w każdej chwili można do nich pójść, usprawiedliwia lenistwo i prowadzi do tego, że nigdy się tego nie robi. Nadszedł czas, by poznać tę drugą ojczyznę i jej historię. Przypomiał mu się pobyt w Berlinie Zachodnim, kiedy to brnął w zimnie przez wiele zakątków miasta, ciekawy jego historii i ludzi. „Może ta ciekawość to tylko przywilej ludzi, którzy chcą wziąć ze sobą z podróży jak najwięcej wrażeń do domu?” – przeszło mu przez głowę.

W pierwszy weekend po przyjeździe Mag wybrali się na spacer po Ogrodzie Botanicznym. Gdy wrócili do posprzątanego mieszkania, gdzie czekał przygotowany przez Meg obiad, Stuart nie mógł powstrzymać się od uwagi: „Wiesz, czuję się, jakbyśmy byli starym małżeństwem i znali się od co najmniej kilkudziesięciu lat” „To niedobrze” – odpowiedziała Meg. „Stare małżeństwa przeważnie nie mają sobie już nic do powiedzenia i może po to głównie potrzebne są dzieci i wnuki, żeby chociaż na chwilę można było przerwać milczenie”. „Ale chyba są jakieś wyjątki?” – Stuart zorientował się, że źle dobrał słowa, którymi chciał nazwać rytuały, jakie powoli zaczęły wypełniać ich życie i swe powroty do mieszkania, które nie jest puste i w którym ktoś na niego czeka. Ktoś, z kim mógł się podzielić wrażeniami z całego dnia pracy, kto był wyrozumiały i bez marudzenia akceptował popołudniową drzemkę ktoś, komu nie przeszkadzały stojące na środku pokoju buty i nierówno wycisnięta tubka pasty do zębów.

Meg nie tylko zwiedzała miasto, ale zaczęła też zbierać informacje na temat życia w Australii i własnych perspektyw zawodowych. Odwiedziła kilka urzędów i z zadowoleniem dowiedziała się, że jej dyplom otwiera wiele drzwi i że mogłaby natychmiast podjąć pracę. Wybrała się, dość zresztą przypadkowo, na uniwersytet, gdzie wysłuchała wykładu na temat sieci prewencji samobójstw, ponoć najlepszej na świecie. Odtąd raz w tygodniu chodziła na uniwersytet i słuchała wykładów z psychologii. Po czterech tygodniach, kiedy jej pobyt dobiegał końca, uznała, że widzi dla siebie miejsce w Australii. W dzień przed jej odlotem do Anglii Stuart zabrał Meg do chińskiej restauracji niedaleko domu i zapytał, czy przyjedzie do niego na zawsze, „Tak, to będzie mój prezent na Święta” – odpowiedziała z uśmiechem. Na początku października odprowadził ją na lotnisko.

Mieszkanie opustoszało i nagle Stuart zdał sobie sprawę, że ma w Sydney tak niewielu znajomych, oczywiście oprócz Iana, którego jednak nie widział od dnia ślubu, poznał tutaj tylko kilka osób, kolegów z pracy i personel knajp, w których dawał kiedyś koncerty. Nie znał nikogo, z kim mógłby pójść na piwo albo spędzić wolny czas po pracy. „To trzeba będzie zmienić” – pomyślał, usprawiedliwiając swą samotność tym, że dopiero od kilku miesięcy ma w końcu adres i własny telefon. Któregoś wieczoru oglądał nudny program przyrodniczy o szkołach dla młodych słoni w Tajlandii i nagle zaskoczył go odgłos klucza otwierającego drzwi do mieszkania. „Tu nawet nie ma czego ukraść!” – próbował uspokoić lekki niepokój i wstał, żeby podejść w kierunku drzwi. Niespodziewanym gościem był Ian: „Chciałem ci oddać klucz od mieszkania i pogadać”. Stuarta zaskoczył wygląd przyjaciela – Ian sprawiał wrażenie starszego niż był i zmęczonego, a mówił w mechaniczny, monotonny sposób. „Albo się nieźle napił albo naćpał” – pomyślał Stuart i zrobiło mu się żal przyjaciela. Ian zaczął opowieść o swym życiu małżeńskim. „Nawet nie wiesz, w jakie piekło się wpakowałem. Tatuś rządzi wszystkim, ja w tej rodzinie nie mam nic do powiedzenia. Decyduje o umeblowaniu mieszkania, o urządzeniu pokoju dla dziecka, o mojej pracy, bo ta w banku, to był dla niego żart, sam więc zadzwonił do dyrektora i od początku października pracuję w jego firmie – jestem dozorcą i otwieram mieszkania klientom zainteresowanym wynajmem, zajmuję się wszystkim, co się w tych jego pieprzonych nieruchomościach popsuje – nieważne czy chodzi o zapchaną ubikację czy o zepsutą windę. „Niech się tym zajmie Ian”. Zarabiam lepiej niż w banku, ale to nie jest praca dla mnie, a jak się spróbuję postawić, to tatuś obetnie nam kasę i wyrzuci mnie z domu. Na każdym kroku słyszę „To nie twoje, nie twoja sprawa”. W tej rodzinie nikt się nie buntuje, mama jest szczęśliwa, że stać ją na fryzjera dwa razy w tygodniu, niezłe ciuchy i kosmetyczkę, która masuje jej na twarzy wszystkie ślady starzenia się. W niedzielę podczas wspólnych rodzinnych obiadków mamusia i moja żonka kiwają głowami na mądrości starego, a jak tylko się odezwą, to słyszą: „i tak się na tym nie znacie”. Stary na każdym kroku daje mi odczuć, że mnie po prostu kupił. Z moją wspaniała żonką nie mamy sobie wiele do powiedzenia – ją interesują tylko zakupy dla przyszłego dziecka – mamy już komplet różowych i niebieskich ubranek na następne dwa lata. Zostaje nam tylko łóżko, a i z tym nie najlepiej, bo ona jest ciągle potwornie zmęczona tym lataniem po sklepach i spotkaniami z przyjaciółkami. Źle mi się robi na myśl o tym, że tak będzie wyglądało moje życie aż do śmierci starego i nie wiem, co ze sobą zrobić. Pamiętam jak ojciec ciągle nam powtarzał: „Jak siebie nie uszanujesz, to nikt cię nie uszanuje” – ten głupi tekst mnie kiedyś potwornie denerwował. Myślałem, ot, jedna z wielu mądrości ojca, za którą niewiele stoi, przysłowie bez żadnego znaczenia, ale teraz, kiedy rano patrzę w lustro, wiem ile w tym jest racji i nie mogę na siebie patrzeć”. „Przecież tego chciałeś” – pomyślał Stuart, czując równocześnie litość nad Ianem. „Jak się teraz rozwiedziesz, to będzie to chyba najkrótsze małżeństwo w historii Australii” – powiedział, próbując obrócić sytuację w żart. „A tak naprawdę to byłeś kiedyś zakochany?” – zapytał, przypominając sobie te dziesiątki dziewczyn, które przyjaciel skrupulatnie zapisywał w notesie. „Ilu ludzi chodzi po świecie nie wiedząc nawet, że można być tak blisko drugiego człowieka. Miałem dużo szczęścia, że mogłem to przeżyć już dwa razy” – myślał czekając na odpowiedź przyjaciela. „W twojej siostrze, ale mnie nie chciała” – odpowiedział Ian.

Umówili się, że Ian może w każdej chwili wpadać do swojego byłego mieszkania i po prostu wygadać się przed Stuartem: „Ty nawet nie wiesz, ile to znaczy, że ktoś potrafi słuchać, dziękuję. To tak fajnie mieć prawdziwego przyjaciela”. Stuart pomyślał w duchu: „To nie jest moment, żeby mu powiedzieć, że dla mnie ta przyjaźń się skończyła, on mnie za bardzo teraz potrzebuje”.

Kolejne tygodnie mijały na pracy i sporadycznych koncertach w knajpach. Najczęściej występował w „Black Lion”, pubie, w którym dał przed laty swój pierwszy, zorganizowany przez Iana, występ. Ze zdziwieniem zobaczył, że jest to jedno z tych niewielu miejsc na świecie, w których nigdy nic się nie zmienia. Te same pożółkłe od tytoniu ściany, ten sam właściciel, który nie rozstawał się z papierosem, ta sama kelnerka – Tracy, która witała go za każdym razem słowami: „czas na sztukę” i patrzyła na niego z nieukrywanym podziwem, ci sami klienci, po których już przed rokiem widać było skutki picia alkoholu, znudzeni i zabijający czas, czekający na nowe twarze i nowe przeżycia. Czasami chodził do biblioteki i przygotowywał lekcje w szkole, dwa razy w tygodniu dzwonił do Meg i, mimo że te rozmowy pochłaniały dużą część jego zarobków, cieszył się za każdym razem, że słyszy głos. Te rozmowy były, pomimo tysięcy kilometrów, tak dobre, że chwilami wydawało mu się, że Meg siedzi obok niego i że czuje jej oddech. Pod koniec listopada, kiedy mieszkańcy Sydney cierpieli z powodu potwornej fali upałów, a w Walton spadł pierwszy śnieg, w środku nocy zbudził go telefon od Meg: „Muszę odwołać przyjazd na święta, matka znowu zaczęła pić i muszę się nią zająć. Przylecę, jak tylko ulokuję ją w jakimś ośrodku, w lutym, a może dopiero w marcu, nie wiem, bardzo bym chciała być teraz z tobą, ale, zrozum, nie mogę. Na pewno przyjadę, już dawno się zdecydowałam” .

Po tej rozmowie Stuart nie mógł zasnąć, był rozczarowany, że czekanie potrwa znacznie dłużej niż myślał. Po pracy wrócił do domu i nie mógł znaleźć sobie miejsca w pustym mieszkaniu. Wybrał się do „Black Lion”, żeby przy kilku drinkach spędzić wieczór i nie odczuwać tak okropnie samotności. Ucieszył się na widok Tracy, która wypytywała go o życie w Anglii, o Londyn, Berlin, wielki świat, którego nigdy nie poznała. Kiedy powiedziała: „Jak śpiewałeś Heart of gold to miałam łzy w oczach” poczuł, że jest dla niej kimś bardzo interesującym i świadomość, że ktoś go bezgranicznie podziwia, poprawiła mu humor.

W Sylwestra miał dyżur w domu starców. Kierownik ośrodka poprosił go o koncert dla pensjonariuszy. „Tylko nie przesadzaj, oni o dziewiątej mają być w łóżkach” – powiedział, zaznaczając, że dostanie za ten koncert dodatkowe pieniądze. O wpół do dziesiątej Stuart skończył pracę i czuł się podle – przecież i on brał udział w tej maskaradzie, kiedy starszym ludziom wmówiono, że już wybiła północ i że mają iść spać. Nie miał ochoty na imprezę dla pracowników i nie bardzo wiedział, dokąd ma pójść, żeby przywitać rok 1980. Wybrał się więc do „Black Lion” i tam słyszał zegary bijące dwunastą. „Happy New Year” – powiedział całując Tracy w policzek. „Happy New Year” odpowiedziała. Pił jednego drinka za drugim, kiedy „Black Lion” zamykał podwoje o piątej nad ranem, Stuart ledwie mógł się utrzymać na nogach. „Może przyjdziesz do mnie na śniadanie?” zapytała go Tracy.

W kilka godzin później zbudziły go w jej łóżku dochodzące z radia dźwięki piosenki Beatlesów: Don’t let me down. Jej słowa przeraziły go, wiedział już, że od tego dnia zawsze będzie mu się ona kojarzyła z największą głupotą, jaką zrobił w życiu i że w jego idealnym związku z Meg pojawiła się historia, której nie wolno mu będzie nigdy wyjawić.

Cdn.

 

Stuart 9

Joanna Trümner

Wizyta siostry

Zgodnie z obietnicą Kate przyleciała do Wellington z wizytą do brata na początku lipca. Pierwszy wieczór w domu Stuarta minął na opowiadaniach o zdarzeniach kilkunastu miesięcy, które minęły od ich pożegnania na lotnisku w Londynie. Kate zasnęła ze zmęczenia w fotelu przed kominkiem, a brat długo jej się przyglądał, myśląc o tym, że wraz z nią na drugim końcu świata pojawiło się wspomnienie rodzinnego domu i dzieciństwa. Przenosząc siostrę do łóżka w pokoju, cieszył się, że ma w rodzinie osoby, z którymi naprawdę się rozumie. Ci sami rodzice i wspólne dzieciństwo wcale automatycznie nie muszą oznaczać, że ktoś jest nam naprawdę bliski, że lubimy go jako człowieka i chętnie spędzamy czas w jego towarzystwie. Wiedział, że ze swoją drugą siostrą – Eve nie potrafiłby spędzić nawet kilku godzin, a miesiąc pobytu Kate w Wellington na pewno minie w mgnieniu oka. Następnego dnia Kate zajęła miejsce w pierwszym rzędzie w teatrze i niecierpliwie czekała na początek spektaklu. Na widok siostry, obserwującej każdy jego krok na scenie, Stuart poczuł tremę, bał się, że popełni błąd. Kate nie zdawała sobie sprawy z niepewności brata, a wysoki poziom sprektaklu, którego nie spodziewała się po prowincjonalnym teatrze, bardzo ją zaskoczył. Wieczorem cały zespół spotkał się w restauracji przy teatrze. Kate znalazła się w centrum zainteresowania – członkowie zespołu z ciekawością słuchali jej dowcipnych opowiadań o pracy w szkole w Brighton, próbach zainteresowania młodzieży prawdziwą literaturą i filmami, podróżach po Europie i nowościach z Anglii.

Z okazji przyjazdu siostry Stuart wyprosił w teatrze tygodniowy urlop i rodzeństwo wybrało się na wycieczkę po Nowej Zelandii. Różnorodność krajobrazu – czynne wulkany, zielone łąki, na których pasły się owce, gorące źródła, delfiny i wieloryby, widziane podczas rejsu statkiem oczarowały Kate i Stuarta. „Warto było dla tej podróży zrezygnować z lata” – wypomniała bratu żartem Kate. Podczas wspólnej podróży Stuart poznał wszystkie nowości z Anglii, ślub Eve z Williamem w maju przyszłego roku. „Musisz przyjechać na ślub”, zdecydowanie stwierdziła Kate. „Wszystko już jest zaplanowane, nawet to, jak zostaną złożone serwetki podczas przyjęcia weselnego. W zasadzie ten ślub mógłby się odbyć nawet dzisiaj, ale niech William skorzysta jeszcze trochę z wolności” – śmiała się Kate, szukając w portfelu fotografii pierścionka zaręczynowego siostry.

W rodzinnym domu w Walton życie płynęło spokojniej i szczęśliwiej niż przed wyjazdem Stuarta – matka zaczęła malować piękne, pastelowe obrazy, a ojciec nauczył się lepiej organizować pracę w pubie, dzięki czemu rodzice mieli więcej czasu dla siebie. Kate odnosiła wrażenie, że dopiero teraz, po wyprowadzeniu się dzieci i załamaniu nerwowym matki, zaczęli poznawać się na nowo i przeżywać wspólnie drugą młodość. Co dwa, trzy miesiące ojciec zamykał na kilka dni pub i rodzice wyruszali w podróże do Szkocji albo Irlandii.

Stuart-senior i Brian mieli dosyć szybkiego tempa życia w Londynie, zamierzali sprzedać galerię i wyruszyć w podróż po świecie. Sama Kate nie wracała po letnich wakacji do szkoły w Brighton. Dzięki kontaktom przyjaciółki ze studiów udało jej się znaleźć pracę w British Council w Berlinie Zachodnim. Kate odwiedziła już to miasto i zachwyciła się jego atmosferą – podobnie jak Londyn Berlin ożywał nocą, na każdym rogu spotkało się kogoś, kto mówił po angielsku, a bogate życie teatralne i muzyczne tego miasta było dodatkowym powodem, dla którego zdecydowała się spędzić tam najbliższy rok. „Poza tym Niemcy sa zaskakująco przystojni”, zakończyła zagadkowo rozmowę o swoich planach.

Catherine

City girls just seem to find out early how to open doors with just a smile
A rich old man and she won’t have to worry, she’ll dress up all in lace and go in style
Late at night a big old house gets lonely, I guess ev’ry form of refuge has its price
And it breaks her heart to think her love is only given to a man with hands as cold as ice

Dziewczęta z miasta szybko uczą się otwierać drzwi swym uśmiechem,
Stary, bogaty mężczyzna i już nie będzie musiała się martwić
Zacznie nosić koronkowe sukienki i najmodniejsze ubrania.
Późną nocą wielki, stary dom pustoszeje, myślę, że ucieczka zawsze ma swoją cenę,
Na myśl o tym, że daje miłość mężczyźnie o rękach zimnych jak lód
Pęka jej serce

The Eagles „You cannot hide your lying eyes”

Catherine Chapelle z Montrealu była jedną z tancerek w Jesus Christ i jedyną francuskojęzyczną. Jej zbyt długie do wymówienia imię członkowie zespołu zmienili na Kate – Stuart znał więc teraz dwie Kate – siostrę i kochankę. Pełen błędów i ciężkiego franuskiego akcentu angielski, którym posługiwała się „Kate”, miał w sobie coś tajemniczego, a w połączeniu z jej urodą i pełnymi dystynkcji ruchami tancerki sprawiał, że mężczyźni nie mogli oderwać od niej wzroku. W zespole miała wielu adoratorów – nawet na ciemnej twarzy Louisa pojawiał się na jej widok czerwony rumieniec. Dlaczego wybrała Stuarta i została u niego na noc po jednej z party w jego domu? Jej scenariusz na życie nie przewidywał przecież miłości – zdawała sobie sprawę z tego, że uroda jest potencjałem, który trzeba jak najlepiej wykorzystać. Do dnia, w którym poznała Stuarta, z dużą konsekwencją realizowała ten plan na życie – plan, który nie był zresztą jej planem, lecz planem samotnie wychowującej ją matki, mającej za sobą długą historią nieudanych związków i rozczarowań.

Podczas kolacji po spektaklu Kate i Catherine bacznie się obserwowały. Już podczas tego pierwszego spotkania stało się jasne, że tych dwóch skrajnie różnych kobiet nigdy nie połączy przyjaźń ani sympatia. Rzucająca się w oczy uroda Catherine wywołała u Kate zazdrość. „Ładnym kobietom jest w życiu o wiele łatwiej. Wystarczy tylko, że się uśmiechną, albo ubiorą w krótką spódniczkę, a już otwierają się przed nimi drzwi”, pomyślała, podając rękę nowej przyjaciółce brata.

W liście do siostry, w którym Stuart napisał kilka linijek na temat końca swojego celibatu, napisał o Catherine „jest tancerką z Montrealu”. Nieraz później zastanawiał się nad tym, że nie potrafi o niej więcej powiedzieć – nie łączą ich ani wspólne zainteresowania ani światopogląd. Catherine szybko uczyła się angielskiego, wraz z ilością używanych przez nią słów, do Stuarta coraz bardziej docierało, że ma przed sobą osobę, która oprócz urody nie potrafi go niczym zafascynować. „Kate” była jak piękny obraz, który w miarę czasu nam się opatrzy i w którym nie potrafimy znaleźć nic nowego, albo jak słuchana dziesiątki razy piosenka, która już nie potrafi wywołać w nas nowej emocji. Tę prawdę o niej przyjął z pewną ulgą, wiedząc, że nowej kochance nigdy nie uda się tak bardzo zbliżyć do niego, żeby go zranić.

Nie zdawał sobie sprawy z tego, że odgrywa jedną z głównych ról w greckiej tragedii – tragedii o miłości dwóch mężczyzn do tej samej kobiety. Tragedii o walce starszego, bogatego mężczyzny o prawdopodobnie ostatnią miłość w swoim życiu i młodym kochanku, który z nim rywalizuje. Stuart dziwił się co prawda, że Catherine nie chciała afiszować się ich romansem przed zespołem. Na jej prośbę nie wtajemniczył w ich związek nawet Louisa. Wieczorami „Kate” wpadała do jego domu na kilka godzin, które kończyły się w sypialni Stuarta, nigdy nie planowali wspólnych wyjazdów, a wspólne śniadania zdarzały się bardzo rzadko. W któryś z wieczorów, kiedy za oknami domu szalał wiatr, a przytulony do „Kate” Stuart wpatrywał się w palący się kominek, na chwilę przeszła mu przez głowę myśl, że ich związek przypomina związek z mężatką, która za kilka godzin wróci do męża i dzieci.

Jack, który sprowadził Stuarta z Sydney do Wellington, był głową całego teatru. Po śmierci żony i wyprowadzeniu się dzieci skoncentrował się jeszcze bardziej na pracy i nie szukał nowego związku. Jego zapatrzenie w Catherine zaskoczyło go samego, nie myślał, że jeszcze potrafi się zakochać. Nie był naiwny – wiedział, czego kobieta o tyle lat od niego młodsza, oczekuje od związku z nim, ale nie potrafił poradzić sobie z rosnącą fascynacją – szczęśliwy, że w ogóle coś jeszcze czuje, nawet jeżeli to uczucie często było tylko bólem zazdrości. Domyślał się, co połączyło „Kate” z Stuartem, i próbował odsunąć go od niej. Zorganizował serię występów zespołu w Nowej Zelandii, pozostawiając tancerzy w Wellington. „Są potrzebni do kolejnego projektu” – tym razem był to musical Hair, w którym Stuart nie dostanie żadnej roli. Jego pobyt w Nowej Zelandii dobiegał końca.

Cdn

Złoto Lassetera (3)

Lech Milewski

Przypomnę w jakim stanie pozostawiłem poszukiwaczy złota…

Trzon wyprawy przebywa na lądowisku w Illbilla. Szykuja się do wędrówki 150 mil na południe, to jest najnowsza sugestia Lassetera.
Samolot został rozbity w wypadku. Pilot Errol Coote jest w szpitalu w Alice Springs, kierowca Colson pojechał do Alice Springs zawieźć wrak samolotu.
Do Illbilla przybyli niespodziewani goście – Paul Johns, łowca psów, w towarzystwie dwóch Aborygenów i pięciu wielbłądów.

29 sierpnia przyjeżdża Colson z bardzo niepewną miną.
Był w Alice Springs, dostarczył rozbity samolot, odebrał pocztę, a tam znalazł list do siebie od dyrekcji kompanii – wypowiedzenie.
Nie wiedział, co zrobić, zwrócił się po radę do Coote’a, ale ten był zajęty dostawą nowego samolotu. Kierując się troską o towarzyszy, zdecydował wrócić do Illbilla.
Blakeley wpadł w szał, zatrudnił Colsona na własną odpowiedzialność, napisał odpowiedni raport do kompanii i ponownie wysłał Colsona z pocztą do Alice Springs (któryż to już raz?)
Jednocześnie proponuje Johnsowi pozostanie z wyprawą w Illbilla – w zamian może korzystać z zapasów żywności.

Po kilku dniach przylatują do Illbilla Coote i pilot Pat Hall. Stwierdzają, że samolot jest bardzo wolny i zużywa zbyt wiele paliwa. Decydują się polecieć do Adelajdy, żeby wymienić zbiornik paliwa na większy.

Korzystając z dostępu do samolotu Blakeley wysyła Halla z Lasseterem na lot rozpoznawczy. Wracają po dwóch godzinach, Lasseter jest wyraźnie podniecony.
Coote bierze Lassetera na stronę – czy widział rafę?
– Absolutnie tak, lecieliśmy nad nią.
– Dlaczego o tym nie powiedział?
– Bo nikomu nie ufa.
Coote nie ustępuje – umowa jest umową – jak nie powie, to zawiozą go do Alice Springs na policję i oskarżą o oszustwo.
To poskutkowało. Lasseter wyrysował mapę, zaznaczył na niej Lake Christofer. Dziwne, bo w Sydney zapewniał, że rafa nie była w pobliżu Lake Christopher.

Lot Lassetera

Coote przepytał Halla, ten potwierdził, że Lasseter był bardzo podniecony i potem polecił wracać. To nadal się nie zgadza – lecieli tylko godzinę czyli jakieś 60 mil, a nie 150.

Następnego dnia Hall i Coote lecą do Alice Springs, a następnie do Adelajdy po większy zbiornik paliwa.
Rusza również wyprawa, droga okropna, dwadzieścia mil od celu teren jest absolutnie nieprzejezdny. Lasseter ma bardzo niepewną minę, wygląda, że jest bliski wyznania, iż nigdy tu nie był.

7 września – po krótkiej dyskusji z zespołem Blakeley podejmuje decyzję – wracają. Przy okazji stwierdza, że jako powód niepowodzenia poda oszustwo Lassetera.
Na boku rozmawia z Lasseterem, otwarcie sugerując mu, żeby nie wracał z wyprawą, bo nie czeka go nic dobrego. Może będzie kontynuował poszukiwania z Johnsem? Lasseter akceptuje takie rozwiązanie, Johns również.
Blakeley zatrudnia Johnsa na dwa miesiąca za wynagrodzeniem pięciu funtów tygodniowo.

13 września wyruszają. Lasseter musi zredukować bagaż, przy tej okazji Blakeley odzyskuje zabytkowy podręcznik nawigacji.
Dwaj Aborygeni, którzy towarzyszyli Johnsowi, rezygnują z udziału w wyprawie i postanawiają wrócić do misji luterańskiej w Hermannsburgu.
Blakeley jest mocno zmartwiony. Po pierwsze Johns i Lasseter nie będą mieli przewodnika. Po drugie – w jaki sposób Aborygeni dotrą na piechotę do misji, to 150 mil, jak się wyżywią?
Obaj uśmiechają się z politowaniem – że też ci biali są tacy zagubieni.

Powrót do Alice Springs trwa długo, gdyż dwa dni spędzają na czyszczeniu gaźnika i przewodów paliwowych samochodu.
W Alice Springs już czeka instrukcja – Coote zostaje kierownikiem wyprawy. Jego zadaniem jest odnaleźć Lassetera i Johnsa i kontynuować wraz z nimi poszukiwania. Blakeley ma zorganizować transport Thornycrofta i wracać do Sydney.

Gdzie szukać Lassetera?
Prawdopodobnie gdzieś w okolicach Ayers Rock. Coote zarządza, że on poleci samolotem do Ayers Rock, natomiast Taylor dotrze tam z karawaną wielbłądów, ekwipunkiem i zaopatrzeniem. Piętnaście wielbłądów plus zawodowy przewodnik. Powinni z łatwością dotrzeć do Ayers Rock w ciągu dwunastu dni,
Coote odczekał dwa tygodnie i poleciał do Ayers Rock…

Uluru

Bardzo się cieszę, że znalazłem w internecie powyższe zdjęcie. Raz udało mi się spojrzeć na Ayers Rock (obecnie używa się tradycyjnej, aborygeńskiej, nazwy – Uluru) z góry. Czy Państwo widzicie to, co ja widzę? Zacisniętą lewą pięść?

Karawany ani śladu. Coote obszedł wielką skałę dookoła, znalazł grotę z dobrą wodą i czekał bezczynnie długie dni. Wreszcie dotarł Taylor z karawaną, w sumie zajęło im to 17 dni gdyż zmylili drogę.
Coote wraca samolotem do Alice Springs, gdyż samolot wymaga drobnych napraw. Tam dowiaduje się, że dyrekcja kompanii, nie otrzymawszy żadnych wiadomości o losie ekspedycji, zorganizowała akcję poszukiwawczą z udziałem lotnictwa wojskowego.
Coote dostaje kolejne polecenie – dosyć tego, zabrać samolotem Taylora spod Ayers Rock, karawana ma wrócić do Hermannsburga i czekać na dalsze instrukcja. Lassetera i Johnsa zostawić ich własnemu losowi.

13 listopada pojawia sie w Alice Springs mocno wyczerpany Johns z trzema wielbłądami.
Gdzie Lasseter? Co się stało? Czy znaleźli złotą rafe?
Odpowiedzi są w liście Lassetera do przedstawiciela rządu (Government Resident).
Przed przeczytaniem listu przedstawiciel pyta Johnsa, czy zna jego treść?
– Oczywiście, gdyby była dla mnie niekorzystna, to bym go nie dostarczył.
Wędrowali razem ponad pięć tygodni. W pobliży Lake Amadeus Lasseter udał się na samotne poszukiwania, które trwały dwa dni. Wrócił z radosną miną. Znalazł rafę, w worku ma pobrane tam próbki. Jednak nie chce ich pokazać Johnsowi. Dochodzi do ostrej bójki, podczas której Johns wyciąga rewolwer. Lasseter jest jednak nadspodziewanie sprawny i silny, wyrywa Johnsowi rewolwer, a ten niechcący naciska spust – młoteczek przycina  Lasseterowi dłoń między kciukiem a palcami. Pogodzili się i wspólnie wrócili do Illbilla. Wielbłądy były bardzo wyczerpane, zdecydowali więc, że Johns wróci do Alice Springs po nowe zwierzęta. Lasseter z dwoma wielbłądami powędruje do złotej rafy, żeby ją zakołkować. Dlaczego tego nie zrobił, gdy ją znalazł?

Nowa instrukcja z Sydney – Coote zdjęty ze stanowiska szefa wyprawy, kierownikiem zostaje Taylor. Zadanie – szukać Lassetera. Taylor rusza z wielbłądami do Illbilla, ma tam dolecieć nowy samolot z Sydney. Nie doleciał. Znowu wzywają na pomoc lotnictwo. Wojsko znajduje zagubiony samolot i zrzuca zaopatrzenie na spadochronie. Okazuje się, że samolot zabłądził, zła pogoda zmusiła pilotów do lądowania, skończyło się paliwo.
To już prawie połowa stycznia 1931 roku, dobry pastor w Hermannsburgu nie wytrzymuje i sam organizuje poszukiwanie Lassetera. Zatrudnia do tego osobę najlepiej znającą te okolice – Boba Bucksa.

Mijają ponad trzy miesiące…

Lasseter

Bob Bucks znalazł zepsute ciało w płytkim grobie przy Irving Ck. Przyniósł, co znalazł przy grobie – fotografie, pamiętnik, listy do rodziny, rewolwer, sztuczną szczękę.

Koroner za radą policji uznał to za dowód śmierci, przyczyna – zagłodzenie.

Głównym źródłem informacji o losach Lassetera są jego listy do rodziny i jego dziennik…

Pamiętnik

To bardzo przejmujący dokument – link do pełnego tekstu podany w Źródłach.
Wynika z niego, że po kilku dniach wedrówki uciekły mu wielbłady z całym ładunkiem. Od tej chwili zdany był na siebie, a właściwie na pomoc Aborygenów. Pokazali mu czym i jak się żywić, kilkakrotnie przygotowali mu posiłki, ale jego organizm źle je przyjmował. Słabł w oczach, wreszcie zmarł.
W listach znajdują się przejmujące słowa do rodziny, również zapewnienie, że znalazł rafę i jest pewien, że jego rodzina skorzysta z tego bogactwa.

Rodzina Lassetera to żona Irene i dwójka dzieci. Starsze z dzieci, syn Robert, miał sześć lat, gdy Lasseter zaginął. Robert kilkakortnie podjął wysiłek odszukania złotej rafy. Istotnym motywem było oczyszczenie ojca z zarzutów oszustwa.

Jedną z ostatnich prób była wyprawa zrelacjonowana w filmie “Lasseter Bones”. W końcowej sekwencji filmu podróżnicy kontaktują się z Aborygenami. Ci potwierdzają pamięć o wizycie Lassetera ponad 80 lat wcześniej, potwierdzają również istnienie zasobów złota.
I tu zaczynają się schody. Młody twórca filmu jest nadzwyczaj poprawnym politycznie Australijczykiem i według mnie wprost naprasza się, żeby go traktowano na dystans, jako obcą osobę. Inna sprawa to nieznajomość języków aborygeńskich i brak w ekipie kogokolwiek, kto rozumie tutejsze tradycje. Film kończy się sceną, w której aborygeński “elder” gniewnie odsuwa papiery i dokumenty, zaciera mapę, którą naszkicował na piasku i pogrąża się w kontemplacji.

Przypomina mi się opowieść mojej żony…
To było ponad dwadzieścia lat temu, w zupełnie innej okolicy – parku narodowym Kakadu (KLIK). Grupa wycieczkowa zatrzymała się na odpoczynek, w pobliżu przebywała grupka Aborygenów. Przewodnik wycieczki od razu miał się na baczności – nie róbcie zdjęć, nie podchodźcie zbyt blisko.
Moja żona oczywiście podeszła i zaczęła pytać o technikę aborygeńskiego malarstwa. Już po chwili zyskała sobie życzliwość całej grupy. Jedna z kobiet zaproponowała – zostań z nami, pokażę ci miejsce, gdzie jest złoto. Dużo złota.
Żona wykręciła się obowiązkami rodzinnymi.

Inna sprawa to – jaki pożytek ze złota znajdującego się w świętym miejscu? Co roku turyści, wbrew wyraźnym pouczeniom, zabierają na pamiątkę kamyk z Uluru. Administracja centrum turystycznego ma z tego powodu kłopot, gdyż codziennie przychodzą paczki z całego świata ze zwróconymi kamieniami. Skradzione kamienie przynoszą same nieszczęścia – KLIK.

Ostatni, ponad 240 kilometrowy, odcinek szosy z Alice Springs do Uluru nosi nazwę Lasseter Highway…

Lasseter Hwy

W tym miejscu należy odbić od szosy, powędrować nieco na południowy zachód… czy jest ktoś chętny?

Źródła: Lasseteria – encyklopedia wiedzy o Lasseterze i jego złocie – KLIK.
Warren Brown – “Lasseter’s Gold”.
Fred Blakeley – “Dream Millions”.
Errol Coote – “Hells’s Airport”.
Harold Lasseter – Diary. Pełen tekst tutaj – KLIK.
Luke Walker – film – “Lasseter’s Bones”. Zwiastun tutaj – KLIK.

Stuart 8

Doesn’t anybody stay in one place anymore
It will be so fine to see your face at my door
And it doesn’t help to know you’re so far away

Czy nikt nie zostaje w tym samym miejscu?
Tak dobrze byłoby zobaczyć cię w drzwiach
To, że wiem, że jesteś daleko, wcale mi nie pomaga

Rod Stewart „So far away”

Joanna Trümner

Pożegnanie

Ian odprowadził przyjaciela na lotnisko. Na pożegnanie pokazał mu znak zwycięstwa. Nie mógł opanować smutku na myśl o tym, że nie zobaczą się co najmniej przez kilka następnych miesięcy. Oczami wyobraźni widział Stuarta w samolocie do Wellington – z głową pełną muzyki i radości z niespodziewanej szansy w życiu. Ian nie zdawał sobie do teraz sprawy z tego, jak mocno zazdrości przyjacielowi talentu i nowego wyzwania. „Jaki ze mnie przyjaciel? Zżera mnie złość i zazdrość, a powinienem się cieszyć razem z nim. A jaki ja mam talent? Dlaczego nie mam w sobie żadnej pasji, niczego, co by mnie naprawdę interesowało? Ja się nawet nie potrafię zakochać, tylko zbieram jakieś głupie wpisy w notesie, imiona kobiet, których twarzy już nawet nie pamiętam”. W głowie kotłowało mu się od pytań i wątpliwości. Przypomniały mu się słowa Matta, który po kilku tygodniach wspólnego mieszkania w Sydney wystawił jego walizki za drzwi i napisał mu na kartce adres najbliższego schroniska młodzieżowego oraz zdanie: „Weź w końcu odpowiedzialność za swoje życie”.

Ian, który nigdy jeszcze nie zadał sobie pytania „co dalej?”, nie był przygotowany na ten moment prawdy o sobie samym, o pustce życia, które do tej pory prowadził i braku jakiegokolwiek dalszego planu. Kiedy dotarł do domu, był tak zmęczony walką ze złymi myślami i tak bardzo potrzebował towarzystwa innej osoby, że ucieszył się na widok Changa, krzątającego się po sklepiku w schronisku.

Rodzina Changów przyjechała do Sydney z Hong Kongu przed dwudziestoma laty. Changowie prowadzili sklepik, w którym przez całą dobę można było kupić niezbędne w podróży przedmioty – grzebienie, szczoteczki do zębów, filmy do aparatów fotograficznych, pocztówki, baterie oraz papierosy, jedzenie i alkohol. Przy plastikowym stoliku z dwoma krzesłami Chang częstował swoich klientów tanimi, domowym jedzeniem. Ian ze Stuartem nieraz żartowali sobie, że znaleźli w nim brata Rasheeda z Londynu i bywali w sklepiku tak często, że zdążyli poznać wszystkich członków rodziny – nie znających prawie angielskiego, wiecznie uśmiechających się do klientów rodziców Changa, małżeństwo Changów i ich dzieci – ośmioletniego Liu i starszą o kilka lat Pi. Ian i Stuart pomagali nieraz dzieciom przy odrabianiu lekcji z matematyki, w zamian za co Chang częstował ich smacznymi domowymi daniami.

W chwili, kiedy Ian wszedł do sklepiku, Chang przerwał na chwilę układanie towarów na półkach i wnikliwie spojrzał na swojego stałego klienta. Nie pytał o powody wypisanego na jego twarzy smutku. „Chodź ze mną na zaplecze, mam coś, co ci na pewno pomoże”. W ciasnym, zastawionym towarem pokoiku na zapleczu Chang poczęstował go grubo i nierówno skręconym papierosem z marihuaną. Pierwszy joint w życiu był dla Iana olśnieniem i natychmiast rozjaśnił mu nastrój. Wszystkie smutki i wątpliwości, które w drodze z lotniska do domu rozgościły mu się w głowie, nagle zaczęły się oddalać, odpływać w nieznanym kierunku. Im dłużej palił Changowego skręta, tym bardziej się uspakajał, a plan działania na najbliższe miesiące stawał się bardziej wyrazisty. „Jutro zacznę szukać mieszkania i pracy. Skoncentruję się na robieniu pieniądzy”.

Na myśl o tym, że w tym pięćdziesięciokilkuletnim imigrancie, w starym, znoszonym i źle skrojonym czarnym garniturze znalazł swojego dostawcę szczęścia, nie mógł pohamować głośnego śmiechu. Wrócił do pokoju na pierwszym piętrze schroniska i położył się najpierw na dolnym łóżku, na którym jeszcze do wczoraj spał Stuart, następnie wdrapał się na swoją pryczę, która nagle stała się tak szeroka i wygodna, że zasnął od razu z uśmiechem na twarzy.

Następnego dnia Ian ruszył w poszukiwanie pracy, w dwa tygodnie później udało mu się znaleźć posadę w Banku Australijskim. Pokój w schronisku zastąpiło dwupokojowe mieszkanie w północnej części Sydney.

Premiera

Grupa wystawiająca musical „Jesus Christ Superstar” składała się z trzydziestu osób z różnych zakątków świata. Już podczas pierwszego spotkania w teatrze, kiedy członkowie zespołu opowiadali o sobie i swej dotychczasowej karierze muzycznej, Stuart zorientował się, że znalazł się w grupie zróżnicowanych, a ciekawych ludzi, wśród których na pewno uda mu się znaleźć nowych przyjaciół.

Najlepszym piosenkarzem w zespole był Louis z Nowego Orleanu z głosem o pięknym brzmieniu i potężnej sile. Ten trzydziestoletni mężczyzna miał tak perfekcyjną prezencję sceniczną, że Stuart długo nie potrafił zrozumieć, dlaczego jego dotychczasowa kariera muzyczna oganiczała się do kilku tras koncertowych po Stanach. Podczas długich rozmów z nowym przyjacielem, kiedy opowiadał o zadymionych, małych knajpach w prowincjonalnych miasteczkach na południu Stanów i długach, w które wpadł w pogoni za uznaniem, Stuart znalazł odpowiedź na pytanie, dlaczego. Jego zdaniem to właśnie Louis powinien zagrać główną rolę w musicalu – rolę Jezusa, a nie niewdzięczną rolę Judasza. „Czarnego Jezusa nikt nie chciałby słuchać” – skomentował Louis podczas jednej z ich rozmów.

Kartka pocztowa z nowym adresem Iana i zamaszystym podpisem – „reprezentant Banku Australijskiego” – dotarła do Wellington w kilka tygodni po rozpoczęciu prób do musicalu. Stuart ucieszyła ta wiadomość, bo przy rozstaniu z przyjacielem na lotnisku bał się, że Ian niczego w swoim życiu nie zmieni i że nigdy nie skończy się jego niezbyt wygodne, ale nie zobowiązujące, przypominające wieczne wakacje życie w schronisku. Stuart wyobrażał sobie Iana w nowym, ciemnym garniturze, w koszuli z granatowym krawatem, który ze swoim rozbrajającym uśmiechem namawia klientów do inwestycji, przekonując ich o tym, że właśnie robią interes swojego życia.

Kolejne miesiące w Wellington minęły na przygotowywaniu spektaklu. Kiedy na ulicach miasta pojawiły się plakaty zapowiadające premierę „Jesus Christ Superstar”, zespół miał za sobą dziesiątki prób i godziny nauki wokalu. Dyrekcja teatru zrobiła wszystko, żeby to prowincjonalne miasto po raz pierwszy w swojej historii przeżyło wydarzenie kulturalne na światowym poziomie. W programie przygotowania spektaklu nie zabrakło rozmów członków zespołu z psychologami – rozmów, które pomagały w opanowaniu strachu przed wejściem na scenę i pokonaniu tremy. Stuart był coraz bardziej wdzięczny losowi za szansę, jaką był pobyt w Wellington i za profesjonalną pomoc, dzięki której nauczył się bezbłędnie posługiwać się głosem. Na plakatach zapowiadających premierę musicalu 21 maja 1972 roku, obok ról i nazwisk odtwórców pojawiły się miasta, z których przybyli, wśród trzydziestu nazwisk pierwszą pozycją było nazwisko Stuarta z dodatkiem Walton/London – Wielka Brytania.

Premiera musicalu była wielkim sukcesem, a Stuart szybko stał się jednym z najbardziej znanych mieszkańców miasta.

Uczucie monotonii, które odczuwał podczas występów w Sydney, zniknęło. Jezus w jego wykonaniu był na scenie za każdym razem kimś innym – czasami był to Jezus, nie potrafiący pogodzić się z wolą Ojca, innym razem Jezus wątpiący w sens swojego przeznaczenia, albo też Jezus, który po prostu chciałby prowadzić życie normalnego człowieka. Stuart występował w musicalu cztery razy w tygodniu, pozostały czas poświęcał próbom, nauce śpiewu albo komponowaniu nowych utworów. Utworów, które zgodnie z umową mógł prezentować publiczności w dni wolne od spektakli. Coraz częściej myślał o nauczeniu się dodatkowo gry na jeszcze jakimś instrumencie.

Nowe przyjaźnie pomogły mu zapomnieć o rozgoryczeniu, które czuł w dniu premiery – rozgoryczeniu, że nikt z jego najbliższych nie znalazł się wśród publiczności w dniu jego wielkiego sukcesu. Kontakty z rodziną i Ianem miały miejsce poprzez listy i sporadyczne rozmowy telefoniczne. Najczęściej docierały do niego listy od Kate, która podjęła w międzyczasie pracę nauczycielki angielskiego w Brighton. Kate wybierała się z wizytą do Wellington w lipcu, podczas wakacji szkolnych. Jej długie listy, na które czekał na początku każdego miesiąca, kończyły się zawsze zdaniem: „życzę ci końca celibatu”. To życzenie spełniło się – w kilka tygodni po przyjeździe do Wellington Stuart zaczął spotykać się z jedną z tancerek musicalu.

Cdn.

Złoto Lassetera (2)

Lech Milewski

W poprzednim odcinku ekspedycja ruszyła w drogę i przejechała 30 mil.

Zapowiadadało się dobrze. Thornycroft przedzierał się przez rzadki busz jak lodołamacz, torując drogę lżejszym samochodom.

Thornycroft

Po południu dotarli do dobrze zaopatrzonej w wodę stacji bydła, gdzie przenocowali. Pełni optymizmu ruszyli dalej. Na kolejnej stacji zbiorniki były prawie puste. Zabrali tylko 40 galonów cuchnącej wody do uzupełniania wody w chłodnicy samochodu. Dla wszystkich stało się oczywiste, że Blakeley popełnił karygodny błąd, nie ładując zbiorników do pełna na pierwszym postoju. Nie pozostało nic innego, tylko jechać do następnej studni.
Tym razem konwój natrafił na bardzo sypki piach, z którym Thornycroft nie mógł sobie poradzić. Wyprawa była wyposażona w maty, które rozkładało się przed kołami samochodu. Było to bardzo żmudne zajęcie, a poza tym Thornycroft tracił kontrolę i kilka razy wpadł w piach i trzeba było go wykopywać.
Woda w chłodnicy gotowała się i trzeba było ją ciągle uzupełniać, z wodą do picia też było kiepsko. Cała nadzieja w aborygeńskiej stacji Archie Giles. Tam z kolei okazało się, że wody jest niewiele i jest zanieczyszczona przez bydło.

Blakeley posiadał urzędowe pismo zobowiązujące Aborygenów do zapewnienia mu przewodnika. Jednak wszyscy zdolni do pracy byli daleko, z bydłem. Jedyna dostępna osoba to 45-letni Aborygen Mickey cierpiący na jaglicę.

Następny dzień był makabryczny. Wyprawa natrafiła na teren gęsto zarośnięty młodymi drzewami mulga.

Wprawdzie Thornycroft potrafił swoją masą łamać drzewa i torować drogę dla konwoju, ale drzewa łamały się w bardzo złośliwy sposób, tuż przy ziemi, pozostawiając bardzo ostry kikut, który bezbłędnie przebijał detkę samochodu. Wymiana koła w Thornycroft to osobna historia – postawienie podnośnika na sypkim piachu i zdjęcie koła, które ważyło prawie 80 kg.

Aborygen Mickey, który towarzyszył wyprawie na wielbłądzie, musiał wielokrotnie długo czekać.

Następnego dnia dotarli do skalistej odkrywki ze źródłem wody. Też nie było łatwo. Do źródła trzeba było dojść 300 m i nosić wodę w dziewięciogalonowych bębnach.

Blakeley dobrze pamiętał umowę – 50 mil za Alice Springs Lasseter poinformuje ekipę o zapamiętanych cechach terenu. Jednak z każdą chwilą Lasseter stawał się coraz bardziej zamknięty w sobie i niechętny do współpracy.
Przyciśniety do muru zaczął nagle rozpoznawać – ta skała 200 metrów wyżej, tam rozbiłem obóz, te dwa drzewa – między nimi powiesiłem hamak.
Członkowie ekspedycji reagowali sceptycznie – obóz pod tą skałą? Trzeba chyba być orłem, żeby tam się dostać. Miedzy TYMI drzewami? 30 lat temu?
Chciałem powiedzieć – między takimi drzewami – mitygował się Lasseter.

Kierowali się do Dashwood Creek, gdzie spodziewali się znaleźć wodę. Znaleźli tylko suchy, sypki jak talk, piach, kolejnę przeszkodę dla Thornycrtofta.
Na szczęście Colson, doświadczony buszman, zaczął kopać we właściwym miejscu. Wkrótce w piasku pokazała się wilgoć, jeszcze trochę i polały się strumienie czystej wody. To była kieszeń z wodą, ktora zachowała się pod skałą. Wreszcie mogli pić bez ograniczeń. Zagrzali wodę i urządzili sobie pierwszą od wielu dni gruntowną kąpiel.

Dobra okazja uruchomienia radionadajnika i wysłania depeszy do centrali w Sydney. Było to prawie 90-kilogramowe monstrum zasilane bateriami wielkości cegieł. Jeszcze w Sydney wyznaczono Lassetera na operatora i miał on trzy tygodnie czasu na zaznajomienie się z aparaturą.
Mickey wdrapał się na drzewo i zamocował antenę. Okazało się, że w aparacie brakuje kilku lamp, Lasseter nie wiedział jak połączyć przewody. Byli więc całkiem odcięci od świata.

Lasseter coraz bardziej izolował się od towarzyszy. Nie brał udziału w pogawędkach przy ognisku, na noc zamykał się w kabinie Thornycrofta z naładowaną strzelbą i pudłem z amunicją pod bokiem.
Wyjaśnił, że to na wypadek napaści Aborygenów, z czego wywnioskowano, że nigdy w życiu się z nimi nie spotkał i nie zna ich obyczajów.
Podczas przygotowywania posiłków zorientowano się, że nie wiedział jak upiec damper – rodzaj chleba pieczonego przez wędrowców na ognisku. Gdy ustrzelili kangura, widać było, że nigdy dotąd nie próbował kangurzego mięsa, mimo że podobno żywił się nim przez wiele dni podczas samotnej wędrówki.
Cała ekipa miała już go mocno dość.

Przy okazji warto było ustalić pozycję geograficzną. Mieli ze sobą sekstant i zabytkowy podręcznik nawigacji, który przed laty dotarł na biegun południowy z tragicznie zakończoną ekspedycją Scotta – własność kapitana Blakiston-Houstona.
Pomiarów podjął się Lasseter – dyplomowany geodeta. Najpierw spędził wiele czasu studiując książkę, wreszcie dokonał pomiarów. Według Blakiston-Houstona były one błędne.

Atmosfera zrobiła się napięta, Blakeley starał się łagodzić konflikty, obawiając się, iż Lasseter gromadzi argumenty, że ekspedycja nie udała się z powodu złej organizacji i wrogości jej członków.
W takim nastroju dotarli do pasma gór. Tu zdarzyła się poważna awaria – złamała się przekładnia stożkowa w dyferencjale ciężarówki.
Zdecydowano, że Colson i Coote pojadą osobowym chevroletem do Alice Springs i wrócą samolotem z nowym dyferencjałem.
Blakiston-Houston zdecydował zakończyć udział w wyprawie i pojechać z nimi. Poprosił Lassetera o zwrot zabytkowego podręcznika nawigacji. Lasseter odmówił i oświadczył, że jeśli zabiora mu tę książkę, to wycofuje się z wyprawy.
Blakeley znowu załagodził sprawę, dając słowo honoru, że książkę odzyska.

Po trzech dniach Colson i jego pasażerowie dotarli do celu. Wrócili samolotem z naprawionym dyferencjałem. Wymienili części w ciężarówce.

Blakeley zaproponował misję zwiadowczą samolotem, mając nadzieję, że może Lasseter rozpozna lokalizację rafy. Coote obawiał się, że lądowisko może być za krótkie, szczególnie z pasażerem na pokładzie. Zaryzykował próbny lot solo. Samolot z trudem zdołał wznieść się na tyle, żeby nie zawadzić o czubki drzew. Silnik ryknął i nagle samolot ostro zapikował w dół. Coote poderwał go w górę niecały metr nad ziemią, wykonał kilka kółek, żeby uspokoić nerwy i z trudem wylądował na zbyt krótkim lądowisku.

Postanowili powędrować 100 mil do Ilpbilla, gdzie znajdowało się lądowisko samolotów, przygotowane przed laty dla misji geodezyjnej. Było to niezbyt po drodze, ale było to dobre miejsce na skład paliwa i zapasów. Wędrówka trwała pięć dni.
Mickey stawał sie coraz bardziej zdenerwowany, poinformował Blakeleya, że tych terenów nie zna, obawia się duchów starych bogów obcego plemienia.

Przed nimi otwarty teren zarośnięty twardą trawą spinifex…

Spinifex

Pierwsze wrażenie było dobre – Thornycroft radził sobie niezgorzej na utwardzonej przez trawę ziemi. Wkrótce jednak zaczęły się kłopoty. Nisko zawieszony wał napędowy wyrywał trawę, okręcała się ona wokół wału i osi i często trzeba było się zatrzymywać i czyścić spód pojazdu. Nie było to bezpieczne ze względu na bardzo jadowite węże – spinifex snakes.
Jeszcze bardziej niebezpieczny był pożar – zapaliła się trawa zaczepiona wokół rury wydechowej. Udało się szybko ugasić, ale to było poważne niebezpieczeństwo – spinifex jest łatwopalny, potrafi osiągnąć temperaturę 900° C. Trzeba było często oczyszczać podwozie i trzymać gaśnicę pod ręką.

7 sierpnia, po dwóch tygodniach w drodze – dotarli do Ilpbilla. To było dobre miejsce – spore ladowisko, szopy, ścieżka wielbłądzia prowadziła do wody. Mogli się wykąpać, zmagazynować część ładunku.

Postanowili zatrzymać się tu kilka dni. Colson i Coote pojadą do miejsca, gdzie pozostawili samolot. Coote przyleci nim do Ilpbilla, natomiast Colson pojedzie dalej, do Alice Springs, wyśle raporty, odbierze pocztę, paliwo i wróci.

Niepodziewanie Lasseter powiadomił, że radio działa i że od pół godziny wysyła próbne sygnały SOS. Blakaley wpadł w furię. To może spowodować spadek akcji kompanii i wysłanie misji ratunkowej. Na szczęście okazało się, że radio nie działało, ale Blakeley miał uzasadnione obawy, że Lasseter użyje go bez zezwolenia. Zażądał zwrotu radia, Lasseter odmówił. Blakeley musiał zagrozić mu siekierą.

Minęły trzy dni, samolotu nie było.
Lasseter i Mickey zostali w Ilpbilla, reszta grupy, Blakeley, Taylor, Sutherland, pojechała do miejsca, gdzie pozostawili samolot. Na miejscu zastali rozbity samolot, ślady krwi i notatkę Colsona, że podczas startu nastąpił wypadek. Coote został poważnie poraniony, Colson zabrał go więc do Alice Springs. Po umieszczeniu Coote w szpitalu wróci.

Wrócił już następnego dnia.
Relacjonował, że samolot po starcie z trudem minął drzewa, wtedy silnik wydał dziwny odgłos, jakby strzał, samolot stracił równowagę i trafił skrzydłem w drzewo. Coote uderzył głową w pulpit, stracił czucie w nodze – miał głęboką ranę uda. Colson jechał z nim bez przerwy 22 godziny i dowiózł do szpitala.
Przywiózł listy z kompanii pełne nieaktualnych informacji i wskazówek, prócz tego list od Coote, informujący Blakeleya, że zwrócił się do kompanii, by zamówiła nowy samolot. To była ostatnia rzecz, jakiej Blakeley potrzebował.

Zapakowali rozbity samolot na ciężarówkę i Colson znowu pojechał do Alice Springs, grupa zaś wróciła do Ilpbilla.
Lasseter nagle zrobił się rozmowny. Wydaje mu się, że złota rafa jest w pobliżu, chyba rozpoznał pewne formacje terenu. W pobliżu rafy powinno być słone jezioro i góra. Czyżby to była znajdująca się w pobliżu Mt Marjorie?
Niepokojące było, że z jego opowieści wynikało, że rozważa zakołkowanie części rafy dla siebie.

24 sierpnia – miesiąc w drodze. Mt Marjorie nie było daleko, Blakeley i Lasseter wybrali się tam na piechotę. Wspinaczka była trudna. W południe Lasseter wykonał pomiary sekstantem – to są te same dane jakie zostawiłem w sejfie w Sydney – oświadczył.
Blakeley był zdumiony – więc złota rafa jest tutaj? Gdzie? Zażądał od Lassetera deklaracji co mają teraz zrobić.
– Pójść 150 mil na południe żebym mógł potwierdzić swoje pomiary.
– To po co żeśmy tu w ogóle wchodzili?
– Żebym mógł się upewnić, że trzeba iść 150 mil na południe – odpowiedział.

150 mil na południe były Peterman Rahges sprawdzone przez wiele ekspedycji, nie było tam żadnych minerałów. Blakeley miał dosyć. Zażądał pełnych informacji w celu przedłożenia ich dyrekcji i uzgodnienia z nią celowości dalszych poszukiwań.

Lasseter wyznał, że wiedząc o braku zaufania ze strony Blakeleya, trochę zataił, trochę przekręcił. Prosi o odrobinę zaufania. Wyciągnął mapę – tu jest coś czego dotąd nie pokazałem – widzisz tę górę – Three Sisters – jak tam dojdę, to znajdę trop.

Wrócili do obozu. Czy zakończyć wyprawę?
Blakeley uznał, że jeśli wrócą do Sydney, to Lasseter powie, że kręcił bo uważał, że Blakeley i Colson zamierzają oszukać kompanię. Obawiał się, że Coote może potwierdzić te podejrzenia, a dyrektor – John Bailey – może mu uwierzyć.
Zdecydował iść na południe i zbierać punkty przeciw Lasseterowi.

Szykowali się w Ilpbilla do następnego etapu. Sytuacja nie była dobra. Łożyska wału korbowego Thornycrofta stukały.
Wokół było widać sygnały dymne wysyłane przez Aborygenów. Kilka razy odwiedziły ich niewielkie ich grupki. Nie byli wrogo nastawieni, zadowolili się drobnym poczęstunkiem. Nie można było się z nimi porozumieć.
Któregoś dnia Lasseter oddalił się od obozu, zostawiając po raz pierwszy niezamkniętą walizkę.
Blakeley przeszukał ją. Znalazł próbki złota – prawdopodobnie sprzed 30 lat, ze złotej rafy. Zaznaczył je na wypadek, gdyby Lasseter twierdził, że to złoto znalezione podczas wyprawy. Znalazł też amerykański paszport Lassetera wydany na inne nazwisko.

31 sierpnia na horyzoncie pojawiła się niewielka karawana – młody biały mówiący z dziwnym akcentem, dwóch Aborygenów i pięć wiełbłądów, bardzo skromnie wyposażeni. Przybyli tu z misji luterańskiej w Hermannsburgu – KLIK.

Biały nazywał się Paul Johns, Niemiec, 22 lata, od trzech lat w Australii. Zajmuje się odławianiem psów dingo. To było dość dziwne gdyż w tych okolicach psy dingo nie występowały.

Łowcy psów – doggers – to byli zawodowi zabójcy. Za każdego zabitego psa rząd wypłacał nagrodę. Dowodem wykonania zadania był skalp. W tym przypadku skalp musiał obejmować czubek łba wraz z uszami i nieprzerwany pas skóry razem z ogonem.
Hodowcy bydła i górnicy traktowali ich z pogardą.

W obozie zapchniało śmiercią.

Dokończenie w następnym odcinku

Źródła:
Lasseteria – encyklopedia wiedzy o Lasseterze i jego złocie – KLIK.
Warren Brown – Lasseter’s Gold.
Fred Blakeley – Dream Millions.
Errol Coote – Hells’s Airport.
Harold Lasseter – Diary.
Luke Walker – film – Lasseter’s Bones.