Z wolnej stopy 44

Zbigniew Milewicz

Życie od nowa po raz drugi

Mój młodszy brat, Mariusz, który mieszka w Deggendorfie, jest jedynym krewnym, który regularnie czyta moje wpisy na tym blogu. To mi oczywiście pochlebia, ale też zmusza do ostrożności w pisaniu, bo jak coś przeinaczę, on to od razu wyłapuję, no i jest obciach. Chodzi zwłaszcza o familijne historie, o których od czasu do czasu rozprawiam; Mariusz zajmuje się zbieraniem informacji o swojej rodzinie już od początku lat 90. ubiegłego stulecia, czyli dłużej ode mnie. Ma pokaźny zbiór wiarygodnych dokumentów, ściągniętych z różnych miejsc w świecie, wszystko jest zdigitalizowane, uporządkowane – kapelusz z głowy, tym bardziej, że zawodowo bliżej mu do maszyn sterowanych cyfrowo niż archiwistyki.

Nie zapytałem go, kiedy przeczytał moje Życie od nowa z serii W górę rzeki, publikowanej tutaj w latach 2014-2015, ale z tych maili, które niedawno od niego otrzymałem wynikało, że dla przyzwoitości powinienem napisać ten odcinek od nowa. Przynajmniej w części dotyczącej losów Eugeniusza Bołtucia, męża siostry naszego ojca, o którym wiedziałem kilka lat temu mniej niż dzisiaj.

Zatem do rzeczy:

Przed wojną starsza siostra ojca wyszła w Wilnie za mąż za młodzieńca z dobrej, inteligenckiej rodziny. Byli w sobie zakochani, niestety ich związek trwał krótko; Marię wywieziono w głąb Rzeszy, on został na miejscu – opowiadałem przed laty. To była prawda, ale w lipcu 1940 roku, kiedy Rosjanie odebrali Niemcom Wilno, zaczęli od czystek wśród niepokornej, polskiej ludności. Wtedy trzydziestoletni Eugeniusz za przynależność do związku Polskiej Młodzieży Walczącej został zesłany do jednego z syberyjskich łagrów na dziesięć lat katorgi. Miał i tak dużo więcej szczęścia niż młodsza siostra ojca, Stasia, którą zesłano do Kazachstanu i już stamtąd nie wróciła, bo Eugeniusz wyszedł zza kolczastych drutów po roku. Wraz z tysiącami innych Polaków, na mocy układu Sikorski – Majski, został objęty amnestią i mógł i on, i inni, wstąpić do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, czyli Armii generała Władysława Andersa. Po jej ewakuacji z ZSRR i przejściu na Bliski Wschód, do brytyjskiej strefy wpływów, Eugeniusz walczył m.in. w obronie Tobruku, a w 1944 roku – pod Monte Cassino. Swój szlak bojowy zakończył w Palestynie. Dlaczego znalazł się w tamtejszym obozie dla uchodźców i czym się w nim zajmował, tego nie wiem, ale tam poznał Barbarę Wołoszyn z Suwałk, z którą postanowił ułożyć sobie życie.

Dalszy rozwój wydarzeń mógłby posłużyć za fabułę do filmu akcji:

Obóz odwiedza grupa jakichś oficjeli, wśród których znajduje się polski poseł. Eugeniusz, czyli Gienek, sprawia temu posłowi lanie (za co? – proszę mnie również nie pytać ) i trafia do pudła. Ucieka zza kratek, łapią go i znowu idzie siedzieć, tym razem oskarżony o dezercję z Wojska Polskiego (a więc nadal musiał w nim służyć ). Więzienie znajduje się w Nablus, w Palestynie. Stamtąd Eugeniusz śle pismo do I.R.O. w Genewie, Międzynarodowej Organizacji Uchodźców (następczyni UNRRA ), zajmującej się ich ewakuacją i repatriacją. Pełnomocnik organizacji, odpowiedzialny za Jerozolimę, proponuje mu powrót do Polski, gdzie Gienek obawia się represji ze strony komunistycznych władz, prosi więc o objęcie go programem ewakuacji do Europy Zachodniej. Tej prośby I.R.O. (finansująca obydwa programy ) nie może spełnić, ponieważ Eugeniusz jest wojskowym dezerterem. To się Eugeniuszowi wcale nie podoba, w ramach protestu robi więc dwutygodniową głodówkę i nagłaśnia sprawę w prasie, co mu prawdopodobnie pomaga wyjść warunkowo z więzienia. Przesądza jednak jego ostateczna, oficjalna zgoda na repatriację do Polski. Jest jednym z uprzywilejowanych, polskich więźniów, którzy mają dołączyć do rejsu pasażerskim samolotem do kraju, ale kiedy przychodzi czas odlotu, nie ma go na płycie lotniska.

Później – nadal z wolnej stopy – zagrywa rodzinną kartą. Blefuje, że jego przyjaciółka Barbara, która jest mamą trzyletniej córeczki, to jego żona, a jej córka to jego dziecko; obydwie są objęte programem ewakuacji na Zachód, więc pełnomocnik I.R.O. nie może zabronić mężowi wspólnego wyjazdu. Urzędnicy sprawdzają te informacje, kłamstwo wyszło na jaw. Para żyła w nieformalnym związku, a ojcem dziecka był inny mężczyzna. A jednak Eugeniusz postawił na swoim. Kiedy 15 lutego 1948 roku Barbara Wołoszyn wraz z córeczką Bogumiłą, która urodziła się w Tel Avivie, wsiadły w Lyddzie do pociągu, jadącego do Egiptu, Eugeniusz Bołtuć im towarzyszył. Nieformalnie co prawda, ale świadkowie donieśli pełnomocnikowi I.R.O., że widzieli go w pociągu. Punktem docelowym podróży Barbary była strefa francuska w Niemczech i tam cała trójka szczęśliwie dotarła.

Jak udało się Bołtuciowi przeszmuglować z Palestyny do Niemiec, tego też nie wiem. Władze więzienia w Nablus stwierdziły, że nie posiada on żadnych dokumentów tożsamości, ale pewnie w podróży do Niemiec miał je już przy sobie. Z dokumentów wynikało, że jest tapicerem, a taki fachowiec jak wiadomo zna różne meble na wylot, może udało mu się je ukryć przed strażami granicznymi i rewizorem za ścianą jakiejś salonki pierwszej klasy, albo pod dachem pociągu. Był zwinny, szczupły i gotów na wszystko. W papierach Barbary Wołoszyn widniała informacja, że jest telefonistką, ale czy wszystkie dane w dowodach tożsamości były prawdziwe, to jest zupełnie inna sprawa. W każdym razie we troje dotarli z dzieckiem najpierw do okupacyjnej strefy francuskiej w Niemczech, a później do amerykańskiej. 16 kwietnia 1949 roku, w Reute, koło Ravensburga, zawarli związek małżeński, po czym w Monachium Eugeniusz dowiedział się od kogoś, że jego legalna żona, czyli ciocia Maria, żyje i znowu jest w Wilnie.

Pierwsza informacja była prawdziwa. Siostra ojca przeżyła obóz pracy przymusowej w Darmstadt, w którym osadzeni wykorzystywani byli przy produkcji szkodliwych dla zdrowia odczynników chemicznych i chyba przez Czerwony Krzyż dowiedziała się, że Gienek jest w Monachium. Sama mieszkała już jednak w Polsce, więc wileński adres nie istniał. Historia milczy, jak wyglądało rozstanie Gienka z Barbarą i jak potoczyło się jej dalsze życie z córeczką. On sam załatwił sobie wizę wjazdową do ZSRR i ruszył fałszywym tropem – relacjonowałem w starym wpisie. Maria ze swoim bratem, czyli moim ojcem, znalazła go w Poniewieżu pod Wilnem i sporo zachodu kosztowało, żeby w ramach repatriacji i łączenia rodzin ściągnąć go do Polski. Jednym słowem znalazł się tam, gdzie wcześniej nie chciał – los bywa przekorny. Zamieszkali z ciocią Marią w Szczecinie, w którym ostatecznie zakotwiczył też i ojciec. Czy władze komunistyczne miały Bołtuciowi za złe jego służbę u generała Andersa? Tutaj również brak jakichkolwiek konkretnych informacji, ale na podstawie faktów historycznych wiemy, że za przynależność do tej formacji ludzie trafiali do więzień i tracili życie.

Osobiście nigdy go nie poznałem. W pamięci mojego młodszego brata zachował się pozytywnie, choć obraz wraz z upływem lat robi się coraz bardziej mglisty. Ciocia Maria była matką chrzestną Mariusza, często gościła z mężem w ich domu na Goleniowskiejw Szczecinie. Brat był podrostkiem, kiedy na wczasach w Muszynie Złockiej poznał dziewczynę z bułgarskiego zespołu folklorystycznego i zadurzył się w niej. Pochodziła z Silistry i urzekła brata do tego stopnia, że później pisali do siebie listy, zaś wujek Gienek był bardzo pomocny w tłumaczeniu korespondencji, która odbywała się w języku rosyjskim. Brat pamięta też jego wojenne opowieści, np. jak podczas obrony Tobruku brakowało wody i żołnierze pili własny mocz, cedzony przez onuce wypełnione piaskiem pustyni. Albo jak w kampanii włoskiej, w wiejskich piwnicach znaleźli wino w beczkach, które miało już postać galarety i kiedy tego spróbowali, to się porządnie upili. Pamięć Gienek miał bardzo dobrą, całą Redutę Ordona potrafił wyrecytować na jakimś rodzinnym przyjęciu, a liczył wtedy chyba już sześćdziesiąt lat, albo i więcej. Mariusz nie wie dokładnie, jak długo po wojnie żyli razem z ciocią Marią, ich małżeństwo w końcu się rozpadło. Nie podoba mu się jednak fraza, którą napisałem onegdaj:

To już jednak nie był ten sam Gieniuś, co kiedyś – martwiła się Maria. Wojna wykrzywiła mu charakter, dużo pił, plecami odwróciła się od niego nawet najbliższa rodzina, która po wyjeździe z Wilna osiedliła się we Wrocławiu.

Może i tak było, nie wiem – mówi – ale nie nam go oceniać. Wojna niejednemu człowiekowi zniszczyła życie.

Przyznaję mu rację, także w tym, że jego chrzestna była bardzo atrakcyjną kobietą. Dowiaduję się, że kiedy po powrocie z Niemiec do Polski dały o sobie znać szkodliwe chemikalia, które wdychała w fabryce, zauroczeni nią lekarze w szpitalu na Unii Lubelskiej zrobili wszystko, żeby wróciła do zdrowia. Najważniejsze, że im się to udało, ale żadnego odszkodowania od Niemców za roboty ciocia Maria nigdy nie dostała. Sam pomagałem jej na starość pisać pisma do Darmstadt w tej sprawie, były jednak jak groch o ścianę. Jeżeli zaś chodzi o jej męża, to w sumie postrzegam go jako szczęściarza, bo skosztował zakazanego przez europejską jurysdykcję wielożeństwa, bez prawnych, przykrych konsekwencji.

Ciocia Maria (z prawej) z przyjaciółką w Darmstadcie. To zdjęcie Maria wysłała w czasie wojny ukochanej mamie.

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka (6)

Do publikacji wybrał i opracował: Zbigniew Milewicz

W latach 70 w ramach tzw. „wymiany doświadczeń“, odwiedziła ówczesne województwo katowickie grupa prawników z zaprzyjaźnionego, ościennego państwa. Ze strony polskiej towarzyszył im ówczesny minister sprawiedliwości, zaś funkcję tłumacza pełniła pani sędzia Danuta Trojnar.
Gdy po całodziennej pracy, wieczorem, znużona wróciła do domu, zauważyła brak pierścionka na palcu. Przypomniała sobie, że w czasie pobytu w willi rządowej zdjęła pierścionek, gdy myła ręce w toalecie.
Natychmiast zatelefonowała pod ten adres. Telefon odebrał sam minister, który odnalazł pierścionek i obiecał przesłać go natychmiast właścicielce za pośrednictwem ówczesnego prezesa sądu wojewódzkiego. Nazajutrz prezes poprosił woźnego, by oddał pierścionek właścicielce, która prowadziła akurat rozprawę na sali sądowej.
Woźny wszedł na salę rozpraw i w obecności stron, ich pełnomocników i zebranej publiczności zawołał donośnym głosem:
– Pan minister przesyła pani sędzi – złoty pierścionek.
Szmer zdziwienia, ale i podziwu przeszedł przez salę rozpraw. Towarzyszył pani sędzi również przez kilka następnych tygodni.

Przodkowie i potomkowie

Przed laty w Prokuraturze Powiatowej w Zabrzu pracowała młoda, inteligentna i ambitna pani prokurator, Anna Andrysiak. W tym samym czasie Bolesław Andrysiak był już znanym i wziętym adwokatem katowickiej palestry.
Kiedy na jakimś spotkaniu, po raz pierwszy ich sobie przedstawiono, ona z młodzieńczą bezpośredniością powiedziała:
– Zastanawiam się, czy nie mamy wspólnych…
i w tym momencie fatalnie się przejęzyczyła, gdyż zamiast powiedzieć przodków, powiedziała potomków.
Pan mecenas skwapliwie podchwycił ten freudowski lapsus, a następnie – rozwijając rodzinny wątek powiedział :
– Pani prokurator ! Wspólnych przodków chyba nie mamy, ale jeżeli chodzi o wspólnych potomków, to… serdecznie panią zapraszam…

Prawnicze myślenie

Wybitny specjalista prawa międzynarodowego, prof. Julian Makowski egzaminuje inteligentnego, ale leniwego studenta, który słabo przygotował się do egzaminu. Na precyzyjne pytania profesora student odpowiada ogólnikowo i enigmatycznie, pomijając sedno sprawy.
Po pewnym czasie tego kulawego dialogu profesor zdenerwował się, wziął indeks studenta i wpisał: „idiota“. Student, nie tracąc rezonu, odpowiedział :
– Panie profesorze, widzę podpis, ale nie widzę stopnia.
Wówczas profesor roześmiał się serdecznie, przekreślił poprzedni wpis i wstawił ocenę „bardzo dobry“. A ustnie dodał:
– Za myślenie prawnicze.

Reszta opowiastek poniżej na zdjęciach; przypominam, że wystarczy kliknąć na każdą z nich, żeby obrazek się powiększył, ułatwiając czytanie.

Niestety brak miejsca, żeby przytoczyć wszystkie dykteryjki z tej kapitalnej książki. W rozmowie telefonicznej z panem Zygmuntem Ogórkiem dowiedziałem się, że ma on kilkadziesiąt nowych anegdot i nadzieję, że nadejdą kiedyś czasy, kiedy będzie je można opublikować.

Serdecznie życzę tego Autorowi i sobie przy okazji również.

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka (5)

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

Do publikacji wybrał i opracował Zbigniew Milewicz

Okazanie

W czasach PRL-u handel dewizami był zakazany. Można je było wprawdzie posiadać, ale nie wolno ich było – cóż za paradoks – kupić, zaś odsprzedać można było tylko bankom. W tej sytuacji – wziętej żywcem z Mrożka – pokątny handel dewizami był dość powszechny, a milicja uganiała się za pośrednikami po całej Polsce. Na ich celowniku znalazł się też znany handlarz walutami Marian vel Moszek M.

Pewnego razu zrobiono mu zdjęcie na końskim targu, gdy rozmawia z innym hurtownikiem w „dewizowej branży“. Milicjanci w przekonaniu, że teraz uda im się zagonić handlarza w kozi róg, wezwali go do komisariatu, okazali mu zrobione zdjęcie i zapytali tryumfalnie:
– Kto to jest?
Moszek M. wziął zdjęcie do ręki, popatrzył na nie z bliska i z pewnej odległości, przekręcił w lewo i w prawo, a na jego twarzy pojawił się wyraz skupienia i intelektualnego wysiłku. W końcu przemówił:
– Już go gdzieś widziałem, już gdzieś widziałem ten koński łeb.
W kadrze bowiem, na pierwszym planie znalazła się chłopska furmanka z koniem w zaprzęgu.
– Nie o konia chodzi, tylko o tego faceta, który obok pana stoi – zdenerwował się milicjant.
– A tego to nie znam, odpowiedział zdecydowanie Moszek M.

Poniżej dalsze opowieści prokuratora Ogórka. Przypominam, że wystarczy “kliknąć” w wybraną stronę, aby uzyskać łatwe w czytaniu powiększenie.

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka (4)

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

Do publikacji wyszukał i przygotował Zbigniew Milewicz

Kwiaty dla prokuratora

Skarga obywatelska jest instytucją prawną, ale niezasadna może stać się prawdziwą udręką dla urzędnika, zwłaszcza gdy skarżącym jest kwerulant lub psychiczny maniak. Wie o tym każdy doświadczony prokurator. Pod koniec lat 70 przekonali się o tym tyscy prokuratorzy, gdy odmówili pewnej kobiecie wszczęcia dochodzenia w sprawie rzekomego zagrożenia jej życia. Czyn ten, według słów pokrzywdzonej polegał na tym, że niezidentyfikowani sprawcy truli ją gazem, wpuszczanym do mieszkania przez dziurkę od klucza oraz napromieniowali ją przez szyby w oknie i zewnętrzne ściany mieszkania.

Wszelkie, delikatne zresztą, sugestie, że nie ma podstaw do obaw, spełzły na niczym. Kobieta wiedziała swoje.

Gdy zmęczonym prokuratorom brakło konceptu na zakończenie postępowania w sposób, który by zadowolił pokrzywdzoną, sprawę wziął w swoje ręce prokurator Leopold Zahraj.

Zaprosił kobietę do swojego gabinetu, z zatroskaną miną wysłuchał jej skargi, a następnie sporządził lapidarną notatkę służbową. Na zakończenie oświadczył pokrzywdzonej, że w jej sprawie powoła brygadę antyterrorystyczną, która zlikwiduje prześladowców. Zadowolona kobieta opuściła prokuratorski gabinet.

Po tygodniu wróciła przed oblicze prokuratora i wręczyła mu bukiet kwiatów „za to, że wytruł wszystkich sprawców“, którzy ją latami prześladowali.

Od Adminki: Przypominam, że poniższe opowiastki dadzą się lepiej przeczytać po tzw. “kliknięciu” na wybrane kartki.

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka 3

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

Wybrał i podał do publikacji Zbigniew Milewicz

Generał

Katowicki Oddział Zrzeszenia Prawników Polskich jest od wielu lat najaktywniejszym oddziałem w Polsce. Oprócz działalności wydawniczo-odczytowej i popularyzatorskiej prawa preferuje też różne formy działalności sportowej i turystycznej. Dobrą tradycją od wielu lat stały się organizowane kilka razy w roku – przez wspaniałego i niestrudzonego w tym względzie sędziego Janusza Kiercza – zbiorowe wycieczki w Alpy. Wśród wielu wytrawnych narciarzy, szczególną elegancją ruchów i perfekcyjną sylwetką na stoku wyróżnia się pan mecenas Henryk Tomera.

Ostatnio, na stokach szwajcarskiego Matterhornu zadziwił ponadto niecodziennym nakryciem głowy, a mianowicie wysoką futrzaną czapą a la Czapajew, z „bolszą“ czerwoną gwiazdą. To iście atamańskie nakrycie głowy wzbudziło autentyczną ciekawość turystów.

– Wer ist dieser Mann ? – pytali spokojni zazwyczaj Szwajcarzy.
– Ein russischer General – odpowiadali żartobliwie chórem nasi.

W ten sposób część generalskiej sławy spłynęła również na nas, jego towarzyszy.

Następne opowieści przeczytamy już z zeskanowanych stron – przypominam, że wystarczy kliknąć w kolejną stronę, żeby ją powiększyć i wygodnie przeczytać.

Następne historyjki za tydzień

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka… (2)

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

znalezione dla nas przez Zbigniewa Milewicza

Beznadziejna sprawa

Przypominam – kliknijcie w kolejny obrazek i wtedy da się wygodnie poczytać

Chuch świadka

Przez wiele lat po wojnie sądy nie nie dysponowały żadnymi urządzeniami do pomiaru alkoholu w organizmie ludzkim. Kiedy więc w latach 60 stający przed sądem w Mikołowie świadek zachowywał się bardzo dziwnie, sędzia Andrzej Josse powziął wątpliwość co do stanu jego trzeźwości. Poprosił świadka, by ten chuchnął w twarz woźnemu sądowemu. Woźny zapytany następnie, czy czuje zapach alkoholu od świadka, oświadczył, że wyczuł jedynie woń…bigosu.

Potem okazało się jednak, że świadek był długoletnim znajomym woźnego.

No to na drugą nóżkę, na zakończenie tego odcinka:

Czas trzeźwienia

W czasie rozprawy karnej, która toczy się przed Sądem Rejonowym w Katowicach, oskarżony zakłóca tok rozprawy i zachowuje się skandalicznie.

Sędzia Michał M., zorientowawszy się, że oskarżony jest kompletnie pijany, poleca wezwać patrol milicyjny, aby zatrzymać oskarżonego, a następnie zarządza 10-minutową przerwę.

Oskarżony wychodząc z sali rozpraw mruczy pod nosem:
Czy on myśli, że ja przez 10 minut wytrzeźwieję?

Następne historyjki za tydzień

§§§ Anegdoty prokuratora Ogórka (1)

This image has an empty alt attribute; its file name is oratorwinieta-2.jpg

Podał do publikacji Zbigniew Milewicz

Adwokat, ale nie rozbójnik…

W rubryce ozdobionej trzema paragrafami pisywałem kiedyś w Dzienniku Zachodnim swoje kryminałki, niech mi więc teraz wolno będzie znowu je sobie wypożyczyć na trochę. Dla uczczenia szczęśliwego finału poszukiwań książki Pana Zygmunta Ogórka, Orator Złotousty. Autora poznałem kiedyś na gruncie towarzyskim, to było jakieś przyjęcie w gronie katowickich prawników, na które zaprosił mnie Lolek Zahraj; obydwaj pracowali wtedy w Prokuraturze Wojewódzkiej. Prokurator był łatwy do zapamiętania: łysy jak kolano, z ujmującym uśmiechem i kulturą osobistą, zero pozy. Po wielu latach, kiedy wszyscy byliśmy już emerytami, odwiedziłem Lolka w jego ustrońskiej bacówce i wtedy podarował mi swoją książkę. Wyglądała, jakby ktoś ją próbował wyprać, ale darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby, więc oszczędziłem przyjacielowi ironicznego komentarza, że próbował coś usunąć o sobie.

Przeczytałem ją w jeden wieczór, z ogromną ciekawością i pomyślałem sobie, że koniecznie wrócę do niej w tym blogu. Niestety któregoś dnia gdzieś mi ją wcięło. Przewróciłem całe swoje tyskie mieszkanie do góry nogami, monachijskie również, gadałem z ludźmi, którzy mnie odwiedzili, czy aby im jej nie pożyczyłem, wszystko prowadziło do smutnego wniosku, że starość się Panu Bogu jednak nie udała. Kiedy w końcu dałem za wygraną i zdecydowałem zamówić w wydawnictwie nowy egzemplarz, nagle się znalazła – w kieszeni plecaka, który codziennie wszędzie noszę. To jest ukraiński plecak, który kupiłem w czasie jednej z wypraw na dawne, wschodnie Kresy. Ma on różne, zmyślne schowki, dobre na zmylenie złodzieja, albo gapowatego celnika i jak ich się często nie używa, to można zapomnieć, że w ogóle są. Zapraszam więc do książki, której poświęcę kilka kolejnych wpisów.

Oskarżyciel atakuje, obrońca broni, a sędzia rozstrzyga, po czyjej stronie leży racja, tak w bardzo prymitywnym skrócie wygląda przebieg sądowego procesu w społecznym odbiorze. Zygmunt Ogórek jest prokuratorem, choć w stanie spoczynku, to przecież wie, jak zacząć swoją orację, od zagrywki na nosie przeciwnika (proszę kliknąć w tekst i wtedy się da poczytać):

Następne historyjki za tydzień

Z wolnej stopy 42

Zbigniew Milewicz

Rzeźnik z Niebuszewa

Kobieta na legitymacyjnym zdjęciu nazywa się Irena Jarosz, ma 20 lat. Spogląda z uśmiechem, zalotnie, świadoma swojej urody. Tak, jakby chciała powiedzieć mężowi, że kiedy przyjdzie z pracy, wtedy czymś dobrym go poczęstuje. To nic, że w domu nie ma mąki, pójdzie do sąsiada, pożyczy. Wiedziała, że podoba się Cyppkowi, powinien ją wspomóc…

Cyppek, a właściwie Zyppeck, podobnie, jak ojciec – Joseph, pochodził z Opola, z mieszanej niemiecko-polskiej rodziny i doskonale władał obydwoma językami. Rocznik 1895, podobnie, jak mój dziadek Erwin, nawet w tym samym miesiącu się urodzili, w sierpniu. Obydwaj byli niedużego wzrostu, skryci w sobie i mieli uzdolnienia techniczne. Joseph został ślusarzem na kolei, a kiedy wybuchła I wojna światowa poszedł na front; wykazywał się odwagą na polu bitwy, za co dwukrotnie go odznaczono. W 1917 został ciężko ranny, stracił prawą nogę, w związku z czym w 1939 roku nie przyjęto go do Wehrmachtu, co dotkliwie odczuł. Czuł się Niemcem, gotowym walczyć i umrzeć dla führera; ten patriotyczny dług spłacili jego dwaj synowie, których miał w związku małżeńskim i był z tego powodu dumny. Ich matka, podobnie, jak matka Josepha była Polką. Starszy syn poległ na froncie wschodnim, młodszy zaginął w czasie działań wojennych gdzieś na Śląsku. Niedługo później Joseph stracił również żonę, która w grudniu 1944 r. zginęła podczas alianckiego bombardowania Opola.

Osamotniony, w ostatnich dniach wojny trafił do Szczecina, z którego Niemcy uciekali przed nadciągającą Armią Czerwoną, zostawiając cały swój dobytek. Wczesną wiosną 1945 roku w mieście pozostało już tylko około 6 tysięcy autochtonów, ale później zaczęła krążyć pogłoska, że los państwowości Szczecina nie jest jeszcze przesądzony i ci co opuścili swoje domostwa, zaczęli do nich wracać. Na początku lipca 1945 roku, kiedy miasto oficjalnie zostało przekazane Polsce, mieszkało w nim znowu około 90 tysięcy osób narodowości niemieckiej. Zaczęto więc wysiedlać Niemców, bo brakowało mieszkań dla Polaków; jednym z Niemców, którzy dobrowolnie zgłosili się na wyjazd, był Zyppeck, to miasto ze względu na swoją chaotyczność i wilgotny klimat mu nie odpowiadało. Odmówiono mu jednak wysiedlenia, bo miał częściowo polskie korzenie i zawodowe umiejętności, potrzebne nowej administracji do odbudowy infrastruktury.

Chcąc nie chcąc, musiał zmienić swoje nazwisko na Józef Cyppek, dostał pracę jako ślusarz w zajezdni tramwajowej i przydziałowe mieszkanie przy ulicy Wawrzyniaka. Ożenił się z miejscową prostytutką i sutenerką, Helgą, znaną w swoim środowisku, jako Margarita, Niemką, która także uniknęła wysiedlenia. Kiedy pewnego dnia Helga znalazła się za kratkami, znowu został sam. Przeniesiono go wtedy do mniejszego mieszkania, na Wilsona 7, dzisiaj jest to ulica Niemierzyńska, w dzielnicy Niebuszewo, cieszącej się złą sławą w Szczecinie. Tam kwaterowano drobnych przestępców, Niemców a także Żydów, przez co dzielnica zwana było Lejbuszewem.

Zamieszkał na parterze, pod numerem 3, a że od początku stronił od nowych sąsiadów i z nikim nie utrzymywał towarzyskich kontaktów, zdobył opinię dziwaka. Znikał na całe noce. Nikt nie wiedział, co robił i dokąd chodził. Przeszkadzały mu bawiące się na podwórzu dzieci i plotkujące pod jego oknami kobiety, czasami wykłócał się z nimi z tego powodu. Gdy Helga siedziała w więzieniu, któregoś dnia do mieszkania Józefa wprowadził się młody blondyn. Zaciekawionym sąsiadom Cyppek odpowiadał, że to jego zaginiony syn i na tym urywał wszelkie wyjaśnienia. Po pewnym czasie mężczyzna zniknął i już więcej się nie pojawił. Nikt nigdy nie dowiedział się, kim naprawdę był ów młody mężczyzna. Od tamtego momentu stał się jeszcze bardziej gburowaty i zamknięty w sobie. Jego jedyną rozrywką były seanse filmowe w pobliskim kinie „Młoda Gwardia”. I pewnie już do końca swojego życia Józef pozostałby dla wszystkich niegroźnym dziwakiem, gdyby nie zbrodnia na Irenie Jarosz, którą mu udowodniono.

11 września 1952 roku mąż ofiary, także Józef, wrócił wcześniej z pracy. W domu zobaczył sąsiadkę, Zofię, która opiekowała się ich kilkumiesięcznym dzieckiem; była umówiona z Ireną, ale kiedy przyszła nie zastała jej w mieszkaniu, tylko płaczącego niemowlaka w łóżeczku. Józef stwierdził, że z mieszkania zginęła również pierzyna, koc, prześcieradło, garnitur i dwa męskie zegarki. Zaniepokojony rozpoczął obchód sąsiedztwa; przechodząc obok mieszkania Cyppka, zauważył przez okno ich pierzynę leżącą na podłodze. Próbował dostać się do środka, jednak zarówno drzwi, jak i okna były zamknięte. Przerażony zawiadomił więc milicję. Przybyli na miejsce funkcjonariusze postanowili poczekać na powrót Cyppka, który w tym czasie przebywał w kinie, na seansie filmu Wilhelm Tell. Gdy wrócił, spokojnie wpuścił milicjantów do środka. To, co zastali na miejscu i opisali w służbowym protokole, jest zbyt drastyczne, żebym opowiedział. Nieszczęsny mąż ofiary potwierdził, że rozkawałkowane szczątki, pozbawione głowy, należały do jego żony. Józef Cyppek został więc natychmiast zatrzymany i osadzony w areszcie.

Władze postanowiły bezwzględnie rozprawić się z mordercą i to jak najszybciej. Dwa dni po odkryciu zwłok ofiary, do szczecińskiego sądu wpłynął akt oskarżenia „rzeźnika”, który miał odpowiedzieć za dokonanie zbrodni na tle seksualnym. Mężczyzna do wszystkiego się przyznał, a podczas przesłuchań dokładnie opowiedział o szczegółach dokonanego morderstwa. Zeznał, że 20-letnia Irena Jarosz od dawna mu się podobała. Gdy feralnego dnia zapukała do jego drzwi, aby pożyczyć szklankę mąki, Cyppek postanowił wykorzystać sytuację. W zamian za mąkę, zaproponował sąsiadce odbycie stosunku płciowego. Gdy kobieta odmówiła, w gniewie zatłukł swoją ofiarę młotkiem. Po dokonaniu zbrodni rozczłonkował ciało, a odciętą głowę zatopił w pobliskim jeziorze zaporowym Rusałka. Resztę ciała zamierzał wynieść w częściach z domu i także zatopić. Pierwotnie planował zakopać ciało w lesie, jednak zrezygnował z tego pomysłu, gdyż nie posiadał łopaty.

Sąd zdecydował się utajnić proces ze względu na obawy, że pochodzenie oskarżonego może wywołać w Szczecinie antyniemieckie nastroje oraz doprowadzić do „niepokojów społecznych” i zamieszek, a nawet do pogromów mniejszości niemieckiej. Przynajmniej tak mówił sądowy protokół. Proces rozpoczął się 17 września 1952 roku i zakończył tego samego dnia. Przyznanie się Cyppka do popełnienia zbrodni sąd uznał za najmocniejszy dowód jego winy. Znaleziono także wytłumaczenie rozbieżności pomiędzy wynikami sekcji zwłok („zbrodni dokonała osoba doświadczona w porcjowaniu mięsa”), a umiejętnościami Cyppka (z zawodu był ślusarzem). Wykazano, że znaleziona w jego mieszkaniu niemiecka książka lekarska, wystarczyła, aby morderca uzyskał dostateczną wiedzę co do fachowego rozczłonkowania ciała.

Obciążające były również zeznania przesłuchiwanych w trakcie śledztwa sąsiadów, którzy opowiadali o dziwnym zachowaniu Cyppka zarówno przed, jak i po morderstwie. Jedna z kobiet opowiedziała milicjantom o tym, jak tuż po zaginięciu Ireny, Cyppek w sposób bardzo ironiczny ubolewał nad faktem, że Jaroszowa pozostawiła swoje dziecko na pastwę losu.  Józefa Cyppka uznano za winnego i skazano na karę śmierci przez powieszenie. Będąc w więzieniu skazaniec poprosił ówczesnego Prezydenta RP Bolesława Bieruta o łaskę. Ta nigdy nie nadeszła i 3 listopada 1952 roku o godzinie 17:45 Cyppek został powieszony…

Wtedy zaczęła żyć legenda miejska o rzeźniku z Niebuszewa, okrutnym, seryjnym mordercy i kanibalu, który pod osłoną nocy mordował kobiety i dzieci, a z ich mięsa przyrządzał bigos, który sprzedawał później na miejskim targu. Nagle okazało się, że mieszkańcy okrytej złą sławą kamienicy przy Wilsona 7 wszystkiego się domyślali. Każdy czuł charakterystyczną woń, wydobywającą się z mieszkania nielubianego dziwaka i słyszał dziwne odgłosy. W Szczecinie, jak w całej Polsce w tamtym czasie, brakowało mięsa w oficjalnej sprzedaży i wszyscy szeptali o handlu ludzkimi ciałami, ale nikt nie miał odwagi mówić tego głośno. Według wspomnianej legendy, Cyppek pozostawał w dobrych stosunkach z rzeźnikami pracującymi w pobliskiej masarni przy ulicy 3 maja. I to właśnie im sprzedawał rozczłonkowane części ciał swoich ofiar, głównie dzieci. W historii tej znalazło się również miejsce dla wspólniczki rzeźnika – bileterki z kina „Młoda Gwardia”, która miała odsyłać do Cyppka niewinne ofiary – najczęściej dzieci, którym zabrakło kilku groszy na bilet do kina.

Nie wiadomo, ile w tym wszystkim jest prawdy. Józefa Cyppka oskarżono i skazano wyłącznie za jedno morderstwo, dokonane na Irenie Jarosz. Akta procesowe nie zawierają żadnej wzmianki o zamordowanych dzieciach i handlu ludzkim mięsem. Kilka tygodni po egzekucji „rzeźnika” postanowiono osuszyć jezioro Rusałka. Na dnie zbiornika odnaleziono wtedy kilka ludzkich czaszek, głównie dziecięcych, niektóre źródła mówią nawet o kilkunastu. Nikt wtedy nie potrafił odpowiedzieć na pytanie do kogo one należały i jak się tam znalazły; znalezisko pasowało do kanibala Cyppka, więc legenda je przyjęła. W kolejnej wersji Cyppek był dawnym SS-manem. Pamięć o niedawnych niemieckich zbrodniach wojennych wzmacniała wrogość polskich mieszkańców Szczecina do wszystkiego co niemieckie. Nagle sprawca przestał był pół-Polakiem i stał się czystym Niemcem, w dodatku członkiem znienawidzonej formacji. Tylko ktoś taki mógł z zimną krwią mordować kobiety i dzieci. Mało kto zwracał uwagę na fakt, iż Józef Cyppek nie miał najmniejszych szans na przyjęcie do SS. Wykluczało go kalectwo jak i niski wzrost (158 cm).

Nic nie wskazuje na to, że Cyppek miał stragan na bazarze, gdzie niby handlował wyrobami z ludzkiego mięsa. Znał za to dobrze dwóch niemieckich rzeźników, Güntera i Hansa oraz ich pracownicę Johannę, którzy na szczecińskim bazarze sprzedawali robiony przez siebie bigos. Nie ma jednak żadnych dowodów, że bigos ten zawierał ludzkie mięso. Istnieje hipoteza mówiąca, że Cyppek sam był kanibalem, ale tutaj także brak dowodów. Wątpliwości mogą natomiast budzić niektóre jego zeznania złożone w śledztwie i w trakcie procesu. Świadkowie, którzy byli na sali rozpraw, opisywali oskarżonego jako człowieka o wyglądzie kogoś, kto został dotkliwie pobity. Czy zatem jego zeznania zostały wymuszone?

Istnieje historia, która przy zbrodni Józefa Cyppka stawia kolejne znaki zapytania. W 1952 roku, w nielegalnej masarni w Niebuszewie, została zamordowana klientka, która przypadkiem znalazła na stole do rozbiórki mięsa ludzkie, rozkawałkowane zwłoki. I jako niewygodny świadek podzieliła los wcześniejszej ofiary. Okoliczności przestępstwa do złudzenia przypominały scenariusz z Wilsona 7, obydwa zbiegały się w czasie. Sprawa wyszła na jaw dopiero po wielu latach, wiadomo było, że milicja aresztowała rzeźników, ale, co się z nimi dalej stało, historia milczy. A może nieprzypadkowo te zbrodnie miały tyle podobieństw, może były dziełem tego samego sprawcy, albo sprawców? Istnieje teoria, która mówi wprost, że czyn Józefa Cyppka wykorzystało Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego do zatuszowania wcześniejszych zbrodni, w które miał być zamieszany bardzo wpływowy żydowski gang rzeźników, sprzedający na szczecińskim targu ludzkie mięso. Cyppek jako nielubiany pół-Niemiec, pół-Polak, dziwak i samotnik mógł być idealnym kozłem ofiarnym, a celowo rozpowszechniane plotki zrobiły swoje… Dlaczego Kurier Szczecinski poświęcił sprawie Cyppka zaledwie niedużego szpunta i to dopiero dwa dni po procesie? Gazeta ta żyła z taniej sensacji, czy komuś więc zależało na milczeniu mediów?

W historii rzeźnika z Niebuszewa nic nie jest pewne.  Po śmierci Józefa Cyppka jego mieszkanie przy Wilsona 7 przez wiele lat stało puste. Nikt nie chciał się tam wprowadzić. Dopiero pewien szewc się odważył; kuchnia, w której odnaleziono zwłoki Ireny Jarosz, została przerobiona na schowek gospodarczy i toalety. Miejsce spoczynku sprawcy na szczecińskim Cmentarzu Centralnym figuruje w miejscowych archiwach, ale nie ma pewności, czy szczątki należą do Józefa Cyppka. Podobno jednak od niepamiętnych lat ktoś anonimowy stawia na zaniedbanej mogile zapalony znicz; nie zdziwiłbym się, gdyby dbały o to dyskretnie wnuki tamtych rzeźników.

Z wolnej stopy 41

Zbigniew Milewicz

Ząb nadprzyrodzony

Zamiast przepowiadanego mi przez niektórych, dwuletniego urlopu, skończyłem się wałkonić już po dwóch tygodniach. Mój wewnętrzny leń odpuścił, kiedy ze świątecznej, białej kiełbasy wydłubałem złotego zęba i zacząłem dociekać, skąd mógł się tam znaleźć. Najpierw automatycznie zerknąłem w lustro, ale wszystko było na swoim miejscu – górne, jeszcze przeważnie swoje i dolna, sztuczna szuflada. Dopiero wtedy uzmysłowiłem sobie, że nigdy nie wstawiano mi żadnych złotych zębów. A więc skąd u licha wziął się ten tutaj?

Przypomniała mi się archiwalna sprawa rzeźnika z Niebuszewa, zbyt ponura, żeby o niej pisać w czasie, kiedy jeszcze dobrze nie strawiliśmy wielkanocnych smakołyków. Ząb miał wygląd górnej trójki, czyli kła, ale do Londona nie należał, bo Jack napisał Białego Kła, a mój był dobrej próby, szczerozłoty. Kiełbasę przywiozła mi do Monachium stryjeczna ciotka szwagra siostry mojego kuzyna, pochodząca spod ukraińskiej granicy, w tamtych stronach stronach jeszcze ludzie miewają wysokokaratowy uśmiech. Ciotka Aldona gwarantowała, że wyrób jest w stu procentach wieprzowy, czyściutki, z zaprzyjaźnionego uboju i jak się do niego wychyli szklaneczkę dobrze zmrożonej wódki, to żaden covid człowieka nie zmoże. A jednak zmógł, może dlatego, że nie popiłem święconką i teraz siedzę w domu na kwarantannie. Wolnego czasu mam w związku z tym w bród i mogę w nieskończoność snuć domysły na temat pochodzenia mojego złotego znaleziska.

Nie wykluczone, że trop zaprowadzi mnie dalej na wschód, do Donbasu, gdzie zielone ludziki w zmowie z Kremlem znowu niepokoją międzynarodową opinię publiczną. Muszę koniecznie zobaczyć w telewizorze, jak aktualnie uśmiecha się Władimir Władimirowicz Putin – jak zwykle szczerze i otwarcie, a może tylko półgębkiem? Bo jeżeli półgębkiem, to teoretycznie owa złota trójka mogłaby być nawet jego własnością. Wszystko, co rosyjskie należy do Kremla. Oczywiście (choć bardziej pasowałoby mi tu dosadniejsze słowo „Oczywista!“), zaraz ktoś zapyta, w jakich okolicznościach świnia połknęła ten ząb. Proszę Państwa, gdybym nią był, to bym wiedział. To są pazerne stworzenia, zmiotą wszystko, niczym się nie brzydzą, o czym ludzie w swojej jeszcze większej żarłoczności często zapominają. Dlatego dziwią się wegetarianom i wcinają wieprzowinę, aż im się trzęsą uszy.

***

I na zakończenie coś na temat.

Z wolnej stopy 40

Zbigniew Milewicz

Bibeloty

Jutro minie rok, jak tutaj co tydzień coś skrobię. O taką dyscyplinę nigdy bym sam siebie nie podejrzewał, więc tym bardziej w nagrodę należy mi się urlop. Oczywiście bezpłatny, jak człowiek pisze coś w czynie społecznym, to grzechem byłoby wyciągać – na przykład do Billa Gatesa – ręce po pieniądze, skoro powszechnie wiadomo, że biedak ma na utrzymaniu cały świat w walce z pandemią korona wirusa. Ponieważ dzisiaj kończy się ustanowiony przez Adminkę miesiąc Kobiet, więc w przedurlopowym prezencie podarowuję moim Czytelniczkom kilka strzał Amora, które trafiły mnie w różnych okresach życia i później wylądowały w szufladzie biurka. Mam wątpliwości, czy są one poezją, co najwyżej – westchnieniami duszy, ubranymi w romantyczne szatki słów.

Miałaś ruchy najlepszej tancerki
z haremu sułtana
głos, który mógłby zwieść na pokuszenie
nawet świętego
zwiewną suknię
a pod spodem taką rzeźbę kobiecości
że pożerając cię wszystkimi zmysłami
dziś, w czasie kontemplacji czasu przeszłego dokonanego
nie mogę sobie przypomnieć
jakie miałaś oczy

Chciałbym jeść z tobą maliny w śmietanie
jeszcze bardziej z ciebie, moje ty kochanie
rozłożyłbym na tobie obrus z malin prosty
rdzawych, jędrnych, pysznych
a z tych cierni ostrych
zrobiłbym zaporę dla wołów i osłów
bom zazdrosny wielce o Ciebie jedyna
i każdego, co tylko mizdrzyć się zaczyna
więc chodźmy w maliny póki Wenus sprzyja
piękna, ale zmienna, wolna i niczyja
jak mi się nie oddasz na malin pościeli
ze śmietaną pośpieszę do innej w niedzielę

Zmarszczek mi nie liczysz
zdrowia, szczęścia życzysz
lecz dlaczego, Pani
gdy jestem na bani
gorszaś niż pokrzywa
albo lewatywa
obie są na zdrowie
ale cierpi człowiek

Bez muzy poeta dupek
źle widzi, pisze i czuje
jeden wiersz z biedą skleci
drugi zupełnie zepsuje
pół roku z okładem chodzi zasmarkany
w nocy zamiast gzić się
przelicza barany
słonko go nie cieszy
tylko w glacę parzy
a gdy coś go wkurzy
nikt mu zmarszczek
nie zliczy na twarzy
dlatego kochajcie dziewczęta poetów
głaskajcie i chwalcie
nawet, jak rym jest do du..
bo jak im grzdylom
waszych wdzięków braknie
kto o Was napisze
tak trafnie, tak ładnie

W zamku z marzeń zbudowanym
gdzieś w Szkocji dalekiej
żyła piękna lady
dojrzała już wiekiem
malował ją Rubens
i Ingres i Goya
Alkifron listy pisał
Balzac dzieła swoje
kruszyli o nią kopie
najmężniejsi z mężnych
fortuny tracili królowie potężni
a Ona to wszystko skrzętnie notowała
i w swojej skarbnicy na klucz zamykała
zwała ją płci pamięcią
albo też mądrością,
którą włodarzyła ze swą pedantyczną
szkocką oszczędnością
dzięki niej do dziś gród stoi i kwitnie
a po lady lat nie widać
…zbyt dobitnie

Myślę o Twoich oczach
są, jak dwie filiżanki
gorącej, aromatycznej czekolady
muszę je wypić
bo umrę z pragnienia

Mówisz, że łapiesz deszcz
bo tylko on na Ciebie leci
a skąd wiesz, czy on zwykły
może w każdej kropli tkwi
zaklęty, spragniony Ciebie mężczyzna
popatrz, jak ich wielu
i każdy chce być tym jedynym
ale łączą się zgodnie
w potoki i rzeki
i spływają po twoim ciele
czasem łagodnie
kiedy indziej pożądliwie
i burzliwie
aż do sargassowego morza swojego przeznaczenia…

A ponieważ za kilka dni piękna Wielkanoc…

Nie wiem, ktoś Ty
ani skąd
lecz pamiętasz, więc dziękuję
pomyślności Ci winszuję
wiosny w sercu
smutki w kąt
Wesołych Świąt!