Zbigniew Milewicz
Życie od nowa po raz drugi
Mój młodszy brat, Mariusz, który mieszka w Deggendorfie, jest jedynym krewnym, który regularnie czyta moje wpisy na tym blogu. To mi oczywiście pochlebia, ale też zmusza do ostrożności w pisaniu, bo jak coś przeinaczę, on to od razu wyłapuję, no i jest obciach. Chodzi zwłaszcza o familijne historie, o których od czasu do czasu rozprawiam; Mariusz zajmuje się zbieraniem informacji o swojej rodzinie już od początku lat 90. ubiegłego stulecia, czyli dłużej ode mnie. Ma pokaźny zbiór wiarygodnych dokumentów, ściągniętych z różnych miejsc w świecie, wszystko jest zdigitalizowane, uporządkowane – kapelusz z głowy, tym bardziej, że zawodowo bliżej mu do maszyn sterowanych cyfrowo niż archiwistyki.
Nie zapytałem go, kiedy przeczytał moje Życie od nowa z serii W górę rzeki, publikowanej tutaj w latach 2014-2015, ale z tych maili, które niedawno od niego otrzymałem wynikało, że dla przyzwoitości powinienem napisać ten odcinek od nowa. Przynajmniej w części dotyczącej losów Eugeniusza Bołtucia, męża siostry naszego ojca, o którym wiedziałem kilka lat temu mniej niż dzisiaj.
Zatem do rzeczy:
Przed wojną starsza siostra ojca wyszła w Wilnie za mąż za młodzieńca z dobrej, inteligenckiej rodziny. Byli w sobie zakochani, niestety ich związek trwał krótko; Marię wywieziono w głąb Rzeszy, on został na miejscu – opowiadałem przed laty. To była prawda, ale w lipcu 1940 roku, kiedy Rosjanie odebrali Niemcom Wilno, zaczęli od czystek wśród niepokornej, polskiej ludności. Wtedy trzydziestoletni Eugeniusz za przynależność do związku Polskiej Młodzieży Walczącej został zesłany do jednego z syberyjskich łagrów na dziesięć lat katorgi. Miał i tak dużo więcej szczęścia niż młodsza siostra ojca, Stasia, którą zesłano do Kazachstanu i już stamtąd nie wróciła, bo Eugeniusz wyszedł zza kolczastych drutów po roku. Wraz z tysiącami innych Polaków, na mocy układu Sikorski – Majski, został objęty amnestią i mógł i on, i inni, wstąpić do Polskich Sił Zbrojnych w ZSRR, czyli Armii generała Władysława Andersa. Po jej ewakuacji z ZSRR i przejściu na Bliski Wschód, do brytyjskiej strefy wpływów, Eugeniusz walczył m.in. w obronie Tobruku, a w 1944 roku – pod Monte Cassino. Swój szlak bojowy zakończył w Palestynie. Dlaczego znalazł się w tamtejszym obozie dla uchodźców i czym się w nim zajmował, tego nie wiem, ale tam poznał Barbarę Wołoszyn z Suwałk, z którą postanowił ułożyć sobie życie.
Dalszy rozwój wydarzeń mógłby posłużyć za fabułę do filmu akcji:
Obóz odwiedza grupa jakichś oficjeli, wśród których znajduje się polski poseł. Eugeniusz, czyli Gienek, sprawia temu posłowi lanie (za co? – proszę mnie również nie pytać ) i trafia do pudła. Ucieka zza kratek, łapią go i znowu idzie siedzieć, tym razem oskarżony o dezercję z Wojska Polskiego (a więc nadal musiał w nim służyć ). Więzienie znajduje się w Nablus, w Palestynie. Stamtąd Eugeniusz śle pismo do I.R.O. w Genewie, Międzynarodowej Organizacji Uchodźców (następczyni UNRRA ), zajmującej się ich ewakuacją i repatriacją. Pełnomocnik organizacji, odpowiedzialny za Jerozolimę, proponuje mu powrót do Polski, gdzie Gienek obawia się represji ze strony komunistycznych władz, prosi więc o objęcie go programem ewakuacji do Europy Zachodniej. Tej prośby I.R.O. (finansująca obydwa programy ) nie może spełnić, ponieważ Eugeniusz jest wojskowym dezerterem. To się Eugeniuszowi wcale nie podoba, w ramach protestu robi więc dwutygodniową głodówkę i nagłaśnia sprawę w prasie, co mu prawdopodobnie pomaga wyjść warunkowo z więzienia. Przesądza jednak jego ostateczna, oficjalna zgoda na repatriację do Polski. Jest jednym z uprzywilejowanych, polskich więźniów, którzy mają dołączyć do rejsu pasażerskim samolotem do kraju, ale kiedy przychodzi czas odlotu, nie ma go na płycie lotniska.
Później – nadal z wolnej stopy – zagrywa rodzinną kartą. Blefuje, że jego przyjaciółka Barbara, która jest mamą trzyletniej córeczki, to jego żona, a jej córka to jego dziecko; obydwie są objęte programem ewakuacji na Zachód, więc pełnomocnik I.R.O. nie może zabronić mężowi wspólnego wyjazdu. Urzędnicy sprawdzają te informacje, kłamstwo wyszło na jaw. Para żyła w nieformalnym związku, a ojcem dziecka był inny mężczyzna. A jednak Eugeniusz postawił na swoim. Kiedy 15 lutego 1948 roku Barbara Wołoszyn wraz z córeczką Bogumiłą, która urodziła się w Tel Avivie, wsiadły w Lyddzie do pociągu, jadącego do Egiptu, Eugeniusz Bołtuć im towarzyszył. Nieformalnie co prawda, ale świadkowie donieśli pełnomocnikowi I.R.O., że widzieli go w pociągu. Punktem docelowym podróży Barbary była strefa francuska w Niemczech i tam cała trójka szczęśliwie dotarła.
Jak udało się Bołtuciowi przeszmuglować z Palestyny do Niemiec, tego też nie wiem. Władze więzienia w Nablus stwierdziły, że nie posiada on żadnych dokumentów tożsamości, ale pewnie w podróży do Niemiec miał je już przy sobie. Z dokumentów wynikało, że jest tapicerem, a taki fachowiec jak wiadomo zna różne meble na wylot, może udało mu się je ukryć przed strażami granicznymi i rewizorem za ścianą jakiejś salonki pierwszej klasy, albo pod dachem pociągu. Był zwinny, szczupły i gotów na wszystko. W papierach Barbary Wołoszyn widniała informacja, że jest telefonistką, ale czy wszystkie dane w dowodach tożsamości były prawdziwe, to jest zupełnie inna sprawa. W każdym razie we troje dotarli z dzieckiem najpierw do okupacyjnej strefy francuskiej w Niemczech, a później do amerykańskiej. 16 kwietnia 1949 roku, w Reute, koło Ravensburga, zawarli związek małżeński, po czym w Monachium Eugeniusz dowiedział się od kogoś, że jego legalna żona, czyli ciocia Maria, żyje i znowu jest w Wilnie.
Pierwsza informacja była prawdziwa. Siostra ojca przeżyła obóz pracy przymusowej w Darmstadt, w którym osadzeni wykorzystywani byli przy produkcji szkodliwych dla zdrowia odczynników chemicznych i chyba przez Czerwony Krzyż dowiedziała się, że Gienek jest w Monachium. Sama mieszkała już jednak w Polsce, więc wileński adres nie istniał. Historia milczy, jak wyglądało rozstanie Gienka z Barbarą i jak potoczyło się jej dalsze życie z córeczką. On sam załatwił sobie wizę wjazdową do ZSRR i ruszył fałszywym tropem – relacjonowałem w starym wpisie. Maria ze swoim bratem, czyli moim ojcem, znalazła go w Poniewieżu pod Wilnem i sporo zachodu kosztowało, żeby w ramach repatriacji i łączenia rodzin ściągnąć go do Polski. Jednym słowem znalazł się tam, gdzie wcześniej nie chciał – los bywa przekorny. Zamieszkali z ciocią Marią w Szczecinie, w którym ostatecznie zakotwiczył też i ojciec. Czy władze komunistyczne miały Bołtuciowi za złe jego służbę u generała Andersa? Tutaj również brak jakichkolwiek konkretnych informacji, ale na podstawie faktów historycznych wiemy, że za przynależność do tej formacji ludzie trafiali do więzień i tracili życie.
Osobiście nigdy go nie poznałem. W pamięci mojego młodszego brata zachował się pozytywnie, choć obraz wraz z upływem lat robi się coraz bardziej mglisty. Ciocia Maria była matką chrzestną Mariusza, często gościła z mężem w ich domu na Goleniowskiejw Szczecinie. Brat był podrostkiem, kiedy na wczasach w Muszynie Złockiej poznał dziewczynę z bułgarskiego zespołu folklorystycznego i zadurzył się w niej. Pochodziła z Silistry i urzekła brata do tego stopnia, że później pisali do siebie listy, zaś wujek Gienek był bardzo pomocny w tłumaczeniu korespondencji, która odbywała się w języku rosyjskim. Brat pamięta też jego wojenne opowieści, np. jak podczas obrony Tobruku brakowało wody i żołnierze pili własny mocz, cedzony przez onuce wypełnione piaskiem pustyni. Albo jak w kampanii włoskiej, w wiejskich piwnicach znaleźli wino w beczkach, które miało już postać galarety i kiedy tego spróbowali, to się porządnie upili. Pamięć Gienek miał bardzo dobrą, całą Redutę Ordona potrafił wyrecytować na jakimś rodzinnym przyjęciu, a liczył wtedy chyba już sześćdziesiąt lat, albo i więcej. Mariusz nie wie dokładnie, jak długo po wojnie żyli razem z ciocią Marią, ich małżeństwo w końcu się rozpadło. Nie podoba mu się jednak fraza, którą napisałem onegdaj:
To już jednak nie był ten sam Gieniuś, co kiedyś – martwiła się Maria. Wojna wykrzywiła mu charakter, dużo pił, plecami odwróciła się od niego nawet najbliższa rodzina, która po wyjeździe z Wilna osiedliła się we Wrocławiu.
Może i tak było, nie wiem – mówi – ale nie nam go oceniać. Wojna niejednemu człowiekowi zniszczyła życie.
Przyznaję mu rację, także w tym, że jego chrzestna była bardzo atrakcyjną kobietą. Dowiaduję się, że kiedy po powrocie z Niemiec do Polski dały o sobie znać szkodliwe chemikalia, które wdychała w fabryce, zauroczeni nią lekarze w szpitalu na Unii Lubelskiej zrobili wszystko, żeby wróciła do zdrowia. Najważniejsze, że im się to udało, ale żadnego odszkodowania od Niemców za roboty ciocia Maria nigdy nie dostała. Sam pomagałem jej na starość pisać pisma do Darmstadt w tej sprawie, były jednak jak groch o ścianę. Jeżeli zaś chodzi o jej męża, to w sumie postrzegam go jako szczęściarza, bo skosztował zakazanego przez europejską jurysdykcję wielożeństwa, bez prawnych, przykrych konsekwencji.

Ciocia Maria (z prawej) z przyjaciółką w Darmstadcie. To zdjęcie Maria wysłała w czasie wojny ukochanej mamie.































































