Wielka Wojna (2)

Tomasz Fetzki

Kriegerdenkmal przydrożny I
reportaż poetyzujący

Czym się różni setne okrążenie Słońca przez Ziemię od okrążenia dziewięćdziesiątego dziewiątego? Albo od sto pierwszego? Niczym. Ale w naturze człowieka tkwi nieprzezwyciężona potrzeba podsumowań, rekapitulacji oraz celebrowania okrągłych jubileuszy. Wczoraj, prawie niezauważona w mediach (nawet kanały historyczne nie zgrzeszyły nadmiarem audycji) minęła setna rocznica wybuchu I Wojny Światowej. Wojny, która tak brutalnie, gruntownie i nieodwracalnie zmieniła świat, a już na pewno Europę. Wojny, której skutki wszyscy odczuwamy do dziś, choć zazwyczaj nie mamy o tym fakcie zielonego pojęcia.

Viator nie jest historykiem w pełnym tego słowa znaczeniu, ale jego kontakty z historią są szczególnego rodzaju: to coś znacznie więcej niż amatorstwo, ale też i nie pełny profesjonalizm. Są to jednak związki wystarczająco ścisłe, aby wędrowiec w czasie i przestrzeni miał dogłębną świadomość, że nie istnieje realna granica między przeszłością a teraźniejszością. Chcemy tego czy nie chcemy, wiemy o tym czy też nie, jesteśmy pogrążeni, zanurzeni w historii. Żyjemy jej spuścizną. Także dziedzictwem Wielkiej Wojny.

Mało kto myśli o tym, czym była Pierwsza Wojna, bo Wojna Druga skutecznie przesłoniła pamięć o niej. Choć ta Druga była zaledwie prostą i oczywistą konsekwencją tej Pierwszej, jej uzupełnieniem i dopracowaniem. O wiele okrutniejszym i bardziej zaawansowanym technicznie, ale tylko ciągiem dalszym. Zresztą, coraz częściej daje się słyszeć głosy, że nie było żadnych dwóch wojen światowych, tylko jedna. A maréchal Ferdinand Foch naprawdę trafił między proroki, gdy Traktat Wersalski nazwał zawieszeniem broni na dwadzieścia lat. Cóż więc? Wojna Trzydziestojednoletnia? Może kiedyś historycy tak ją nazwą i tak o niej nauczać będą? Zobaczymy. No, nie my rzecz jasna, ale nasza progenitura zobaczy z pewnością.

Kriegerdenkmal, War memorial, Monument aux morts… W Europie Zachodniej można je znaleźć w każdym mieście, każdej parafii i wiosce, ba! w każdym przysiółku. U nas nie są aż tak popularne. Chyba, że mówimy o tak zwanych Ziemiach Odzyskanych, choćby o Łużycach Wschodnich, gdzie mieszka Viator.

Pomniki Wojenne na Łużycach Wschodnich. Cóż to w ogóle znaczy „Łużyce Wschodnie”? Nowa nazwa, nowe pojęcie, wcześniej nigdy nie stosowane. Stworzone, bo nowa była sytuacja: po 1945 kraina między Kwisą a Nysą Łużycką została zasiedlona przez Polaków – to właśnie są Łużyce Wschodnie. Niemcy musieli stąd wyjechać, nie było więc komu dbać o Kriegerdenkmale, Pozostały niekompletne, bo nie miał kto obok personaliów krajanów poległych w Wojnie Pierwszej wykuć nazwisk tych, którzy zginęli dwadzieścia lat później.

Pozostały więc niekompletne, o ile w ogóle zostały. Część z nich zburzono, część obdarto z dawnej treści i nieco sztucznie obdarowano nową: Byliśmy, jesteśmy, będziemy!, W rocznicę powrotu do Macierzy i takie tam różne. Nie ma się co dziwić, Viator doskonale rozumie: przesiedleńcy „zawdzięczali” Niemcom kilka lat poniewierki, pogardy, głodu i strachu, a przy tym śmierć wielu bliskich. Na wszystko, co się z niemieckością kojarzyło, osadnicy Ziem Zachodnich reagowali alergicznie, toteż nie uszło na sucho także Pomnikom Wojennym. Za cud należy uznać to, że niektóre jednak przetrwały w niezmienionej formie! Właśnie do nich pielgrzymuje Viator, aby sobie zapewnić nastrój sprzyjający medytacji historiozoficznej. Nie ma w tym sformułowaniu ironii, ocalałe monumenty naprawdę zmuszają do refleksji. Viator odwiedza je raz już któryś z kolei (daleko nie ma – cała wyprawa to raptem trzy godziny spędzone na rowerze), ale za każdym razem odkrywa w nich coś nowego, jakieś przeoczone dotąd szczegóły. Tym razem – w setną rocznicę wybuchu Wielkiej Wojny – także.

Odwiedza przeto Viator po kolei te Kriegerdenkmale przydrożne i przy każdym z nich pogrąża się w krótkiej zadumie. Mieszają mu się wojny, mylą dekady, plączą nacje, wikłają kraje i idee. Ale tak chyba być musi – na tym właśnie polega pogrążenie w historii.

fetzkipmoniki_1Kościół w Złotniku źle zniósł porzucenie, ale Pomnikowi Wojennemu wyszło ono na dobre!

Wendyjski Złotnik, potem niemieckie Reinswalde, dziś: znowu Złotnik. Położony malowniczo wśród lasów, z rozległym widokiem na dolinę Bobru. W roku 1945 stały tu dwa kościoły: stary gotycki i nowy z XIX wieku, neogotycki rzecz jasna. Repatrianci, choć gorliwie wierzący, nie potrzebowali aż tylu. Do gustu przypadła im, skądinąd naprawdę reprezentacyjna, a przede wszystkim większa, świątynia neogotycka (cóż, de gustibus non est disputandum) i ją właśnie zagospodarowali. Stary przybytek porzucono. Obrócił się z czasem w ruinę, a teren wokół niego zarósł chaszczami i zielskiem. Gąszcz ów nie prezentował się zbyt elegancko, ale otulił i uchronił przed niechętnymi spojrzeniami obelisk wykuty w piaskowcu. Kiedy zaś dziką roślinność wykarczowano, monument już nikomu nie przeszkadzał, bo u dzieci i wnuków przesiedleńców słowo „Niemiec” inne emocje budzi.

A może bezpodstawnie martwi się Viator o bezpieczeństwo Kriegerdenkmalu? Wieś Złotnik ma pewną specyfikę. Wszystkie sąsiednie miejscowości zasiedlili repatrianci z Kresów albo Polski Centralnej. Tutaj było trochę inaczej. Nie bez przyczyny okolica nazywana jest, zgryźliwie zazwyczaj, Rumunią. Bo też i zdecydowana większość powojennych osadników przybyła do Złotnika z Bukowiny, która przez całą wojnę pozostawała częścią państwa rumuńskiego – sojusznika Hitlera. Tam nie było niemieckiej okupacji, choć Wehrmacht także w Karpatach walczył z Armią Czerwoną. Doświadczenia Polaków z Nowego Sołońca, Pleszy czy Suczawy były inne, niż tych z Wawra, Michniowa, Borysławia albo Święcian (właściwie warto dokładniej rozpytać o nie mieszkańców Złotnika, Viator ma tutaj kilku znajomych; może kiedyś jeszcze uczyni, to i opowie o tym czytelnikom). Symbole niemieckie chyba nie budziły wśród nich aż takiej nienawiści. Może też i dlatego nikt nie podniósł ręki na złotnicki Kriegerdenkmal?

fetzkipmoniki_2Für das Vaterland getreu bis in den Tod!

Zresztą, co ci Polacy pokaleczeni przez Wojnę Drugą mogliby mieć przeciw inskrypcji, jaką po Wojnie Pierwszej mieszkańcy Reinswalde uczcili swych poległych braci: Ojczyźnie wierni aż do śmierci. I chyba zgodziliby się, gdyby wiedzieli, w czym rzecz (a większość raczej nie wiedziała), że przywołany niżej biblijny cytat jest jak najbardziej na miejscu. My też się chyba zgodzimy, gdy rozszyfrujemy jego tajemnicę. A to nie takie łatwe! Skoro już przebrniemy przez językową barierę i zidentyfikujemy napis 1 Joh. 3.16 jako werset z Pierwszego Listu św. Jana, dalej jesteśmy w kropce: dobry luteranin Pismo musiał znać na wyrywki, ale u nas z tą biegłością różnie bywa. Dopowiedzmy przeto wprost: Po tym poznaliśmy miłość, że On za nas oddał życie swoje; i my winniśmy życie oddawać za braci. Gdy kuto w piaskowcu ten odsyłacz, nikt jeszcze nie mógł sobie wyobrazić gromady pomylonych Übermenschów, którzy za dwadzieścia lat utopią świat we krwi; jak czysto na ich tle jawi się ofiara młodych Niemców ze Złotnika! Choć i ta Pierwsza Wojna wcale czysta nie była…

fetzkipmoniki_3-4XXXXXXOcalała płaskorzeźba o treściXXXXXXXXXX…a nawet Krzyż Żelazny.
XXXXX   germańsko – militarnej…

Ale minęło od niej już sto lat, a prawie siedemdziesiąt od Drugiej. Czas płynie i chyba rzeczywiście leczy rany. Bo jak inaczej wytłumaczyć obecność znicza, który jakaś polska ręka postawiła na obelisku?

 fetzkipmoniki_5„Ustawki” są poniżej godności Viatora. Znicz naprawdę tam stoi.

 Jedźmy dalej. Kriegerdenkmale przydrożne czekają ze swą opowieścią.

Machbuba

Tomasz Fetzki

Ku przeznaczeniu

Przeznaczenie ma to do siebie, że jest nieuchronne. Dzieweczka z Abisynii, choć tak delikatna i niewinna, też mu się nie wymknie. Rusza, choć jeszcze o tym nie wie, wprost w jego zimne objęcia.
W Wiedniu wielkiemu panu, księciu na Muskau i Branitz, nie wypadało się afiszować związkiem z prostą niewolnicą, „dzikuską” – jak sam ją nazwał był jeszcze w Chartumie. Dlatego Pückler przedstawiał swą towarzyszkę jako córkę urzędnika, kto wie, szanowni państwo, może nawet spadkobierczynię książęcego rodu…(i chyba wtedy właśnie narodziła się legenda o szlachetnym pochodzeniu Ajiamé). Twierdził, że jej imię brzmi Machbuba, co jakoby miało znaczyć „Złota”; w rzeczywistości znaczyło „kochana”, a właściwie „kochanka” – zaprawdę, arystokratyczne korzenie dziewczyny wydają się wątłe. Ale mała Afrykanka zna już dworskie maniery, porozumiewa się po włosku, słowem, sprawy idą, comme il faut.
Nic nie pomogło: pojawienie się pary wszędzie wywołuje skandal. Mimo wszystko razi młodość Machbuby, a jeszcze bardziej różnica wieku między nią a Księciem. Czterdzieści lat! Rodziców Hermanna (a przypomnijmy, że matka urodziła go, będąc piętnastolatką) dzieliło „zaledwie” szesnaście wiosen. Przeszkadzają jej ród i status; nie wszyscy uwierzyli w bajeczki o wysokim pochodzeniu. Nie pomaga też fakt, że książę już od dawna ma wśród europejskiej société opinię, by użyć eufemizmu, nieszczególną.
Właściwie to nie małej Abisynce czyniono afronty. Była przecież, mimo piętnastu już lat, ciągle dzieckiem: uroczym, naturalnym i zagubionym. Bezgranicznie wierna i wpatrzona w swego protektora. Wzbudzała raczej czułość i litość, niż potępienie. Ostrze oburzenia skierowano, i słusznie, przeciw Pücklerowi. Na tyle boleśnie, że Książę zaczął sobie chyba wreszcie zdawać sprawę z powagi sytuacji, którą sprokurował. A przecież w Muskau czeka Ona – żona i nie żona, czyli Lucie. Od 1826 roku rozwiedziona z Hermannem, jako się rzekło formalnie, dalej jest rzeczywistą Panią na zamku i włościach. Co zrobi, jak przyjmie Machbubę?
Książę już od pewnego czasu starał się przygotować ją na to spotkanie, śląc wymowne, a jakże!, ale i błagalne epistoły. Jak się okazało, nieskutecznie. Arcytolerancyjna Lucie, córka pruskiego kanclerza, księcia von Hardenberg, primo voto grafini von Pappenheim (Hermanna pojęła za męża po pierwszym rozwodzie), znosiła dzielnie przez wiele lat liczne romanse partnera. Bez mrugnięcia okiem przyjęła roztrwonienie swego posagu na parkowe miraże Księcia. Zaakceptowała, dwuznaczną co najmniej, pozycję żony byłej de iure, ale prawdziwej de facto. Anioł, nie kobieta! Ale Kwiatuszek z Sahelu zasadzony nad brzegiem Nysy – to było za dużo nawet dla Lucie. Takiego despektu znieść nie mogła. Toteż demonstracyjnie opuszcza Muskau, udając się do Berlina.
Książę von Pückler niewątpliwie był lekkomyślny, ale nie głupi: prawdopodobnie spodziewał się takiego rozwoju wypadków. Mimo to wyjazd Lucie zniósł bardzo ciężko. Jakby tego było mało, Machbuba zaczęła chorować. A raczej: choroba dziewczynki po jej przybyciu do Mużakowa rozwinęła się dramatycznie. To już trzeci rok ich wspólnej podróży, od dłuższego czasu przebywają w Europie. Trudy wędrówki i klimat Północy okazały się zabójcze dla małej Ajiamé. Diagnoza: gruźlica (według niektórych źródeł – zapalenie płuc). Misterny plan Księcia rozsypuje się jak zamek z piasku, którym przecież był od początku. Jego marzenie o odrobinie Orientu na co dzień odpływa w dal.
To z kolei było za dużo dla Hermanna. Łatwo jest wyszukać całą listę pięknych, przekonujących tudzież skutecznie mącących obraz określeń (cóż za problem dla „inżynierów słowa”?), ale prawda jest prozaiczna: sytuacja przerosła psychikę Księcia. Stchórzył i podążył pokornie do Berlina, do Lucie. Ktoś rzekłby, że zachował się jak typowy facet. Viator mógłby podjąć dyskusję, ma inny pogląd na tę „typowość”. Ale oczywiście, ze zrozumiałych względów, Viator nie jest obiektywny.
Machbuba pozostała w Mużakowie. Nadchodzi jesień. Dziewczynka niewiele rozumie z tego, co się wydarzyło, lecz dalej niezłomnie kocha swego Pana. Tęskni. A suchoty, jak to suchoty: galopują. Cały dwór ze smutkiem obserwuje, jak Czarna Perełka powoli gaśnie. Cały dwór, bo wszyscy pokochali to dziecko; czy mogło zresztą być inaczej? Lekarz opiekujący się dziewczynką pilnie wzywa Hermanna do powrotu. Nawet okoliczne arystokratki, wzruszone jej losem, ślą listy mające zmiękczyć serce Pücklera. Nic nie pomaga. Książę nie przybył. Wysłał, i owszem, kilka czułych listów, pisanych po włosku, a zaczynających się od słów Cara mia Machbuba (Moja droga Machbubo). W jednym z nich stwierdza, nagle dziwnie po ojcowsku: Żywię nadzieję, iż trochę lepszym zdrowiem się cieszysz. Bardzo Cię miłuję i życzę sobie, byś czas przyjemnie spędzała, byś korzystała z rozrywek, ale też się i czegoś uczyła. Posłał nawet pudełko czekoladek! Ludzki Pan, nieprawdaż?
Kiedy powalony gorączką Hermann niemal konał na pokładzie statku płynącego Dunajem, Machbuba nie odstąpiła go ani na krok. Gdy to ona umierała w ponury jesienny dzień, 27 października 1840 roku, była sama. Jak mówią świadkowie: do końca odważna i do ostatniej chwili bezgranicznie oddana Księciu.
Co tu dużo mówić: nie zasłużył na tę miłość. Oczywiście, natychmiast po śmierci dziewczynki przyjeżdża do Muskau, rozpacza. Spędza dwanaście godzin, roniąc nad grobem Machbuby łzy żałoby, oczywiście – przy pełni księżyca, jakżeby inaczej. Odgrywa komedię? Mamy prawo być surowi, ale nie bądźmy okrutni: to mogło być szczere. Żal był egzaltowany i wyrażony teatralnie (całe życie Księcia było takie, może po prostu inaczej nie umiał, może forma przygniotła treść?), ale chyba jednak autentyczny. A było nad czym płakać: prawdziwa i utracona miłość, rozwiane marzenia, własna małość i tchórzostwo… Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni…

machbuba2 (1)Maska pośmiertna Machbuby.

Minie zaledwie pięć lat od śmierci małej Afrykanki, a zbankrutowany książę von Pückler sprzeda Mużaków i wyjedzie stąd na zawsze. Zostawi swe marzenia o zielonym królestwie (no, nie tak do końca: odwiedźcie park w Branitz, aby się przekonać, że Fürst czasami potrafił być konsekwentny). Porzuci grób Machbuby. Na szczęście znajdą się inni, którzy się nim troskliwie zajmą. Dzięki temu istnieje on do dziś. Kolejni właściciele Mużakowa, hrabiowie von Arnim, wzruszeni historią Dzieweczki z Abisynii, korzystając z zachowanej maski pośmiertnej, nakazali wykonanie dwóch brązowych posągów, które ozdobiły parkowe alejki. Niestety, w roku 1945 uległy one zniszczeniu.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA   Kościół św. Jakuba widziany od strony cmentarza. Przy ścianie wyeksponowano barokowe płyty epitafijne. O jednej z nich jeszcze wspomnimy.

Można oficjalnie: minąwszy Nowy Zamek przecinamy skosem rynek mużakowski, a następnie, krocząc prościutką Kirchstraße, docieramy pod kościółek św. Jakuba. Viator wybiera romantyczny skrót: idzie ścieżką parkową w kierunku Glorietty, nagle skręca w lewo (trzeba wiedzieć kiedy, bo oznakowania brak) i pokonując wąską dróżkę między drzewami, wchodzi wprost na plac przykościelny. Tak naprawdę – stary cmentarz. Sam kościół, choć mały, jest elegancki i świetnie utrzymany. Cmentarz także, mimo tego, że grobów zachowało się na nim niewiele, może dwadzieścia.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Das Grab der Machbuba.

Wśród nich ten najważniejszy. Na uboczu, przy samym murze. I tak dobrze, że nie poza nim: wszak pochowana jest tutaj poganka. Grób skromny, wręcz majestatycznie skromny, ale nabrzmiały znaczeniem. Trzeba się pochylić i odgarnąć nieco rosnący wokół bluszcz. Z bogatego repertuaru symboli sepulkralnych twórcy nagrobka wybrali tylko jeden, ale za to jaki!

SAMSUNG DIGITAL CAMERAXXXXWąż “wgryza się” w nagrobekXXXXXXXXXX…zaś po lewej wyłania                   XXXXXXpo prawej stronie…XXXXXXXXXXXXXXXXXsię łeb gadziny.

Wzorca, jak się zdaje, nie musieli szukać daleko. Pamiętacie epitafia stojące przy ścianie kościoła? Viator przyjrzał się im kiedyś dokładnie. Co zobaczył na jednym z nich, do powszechnej wiadomości podaje, a wnioski pozostawia czytelnikom.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAMemento mori w osiemnastowiecznym sztafażu.

Wiele lat później na grobie pojawił się jeszcze jeden znak. Bo te galopujące suchoty oczywiście były, miały wpływ, przyczyniły się, rzecz jasna… ale tak naprawdę wszyscy wiemy, że Ajiamé serce pękło z tęsknoty. To serce, które, jak chce legenda, zrozpaczony książę Pückler pochował tajemnie na jednej z parkowych ścieżek, do dziś zwanej ścieżką Cary (Cara mia Machbuba…)

SAMSUNG DIGITAL CAMERAI my, Polacy, mamy pamiątkę po Machbubie. Ścieżka Cary – w Parku, na prawym brzegu Nysy.

Książę, u którego forma przerosła treść, powiedział nad grobem Dzieweczki z Abisynii: Grobowce są górskimi szczytami piękniejszego świata. Viator, tym razem poskromiwszy pęd ku pajacowaniu, mówi po prostu: Śpij spokojnie, dziewczynko!

SAMSUNG DIGITAL CAMERAA sny, dziecko, miej piękne…

Jeśli ktoś znajdzie się w przygranicznej stronie i zapragnie własne słowa wyszeptać nad grobem, a może i czegoś więcej dowiedzieć się o małej Machbubie, niech koniecznie odnajdzie Katarzynę Jagiełło w siedzibie administracji polskiej części Parku Mużakowskiego. Pani Kasia (zaiste, Park zawsze słynął pięknem kwitnących w nim kwiatów; tak było kiedyś, tak jest i teraz) o Dzieweczce z Abisynii wie wszystko, przy tym chętnie dzieli się swą wiedzą. Także Viator wiele jej zawdzięcza i, korzystając z okazji, serdecznie dziękuje.

Dzieweczka z Abisynii

Tomasz Fetzki

Machbuba

Opowieść ta, jak i poprzednie, nosić miała podtytuł „reportaż poetyzujący”, ale nie nosi. Słowo Machbuba mieści w sobie już tyle poezji i nostalgii, że jakikolwiek dodatek byłby niestosowny, płodziłby tautologie, pleonazmy i takie tam różne. Ale historię naszą snuć możemy poetycko, czemu nie? Zacznijmy chociażby balladą:

Ktokolwiek będziesz w przygranicznej stronie
W równiny bezkresne Łużyc
Wjechawszy, ucisz mechaniczne konie
Aby się w Parku zanurzyć

Ten Park wielką literą zapisano, bo taki park, to jest… Park! Mużakowski, rzecz jasna. Kraina Zielonego Księcia, Hermanna von Püeckler-Muskau. Pana na łużyckim Mużakowie i Rogeńcu (które z czasem zaczęto zwać Muskau i Branitz). Fürst Hermann zapisał się w pamięci współczesnych krańcowo odmiennie. Dla jednych był miłośnikiem wolności i koneserem piękna zaklętego w różnych postaciach: kobiet i przyrody. Inni mieli go za wichrzyciela i libertyna, a przy tym nieuleczalnego kobieciarza i utracjusza, który fortunę utopił w fanaberii zielonego królestwa. Gdzie leży prawda? Nie pośrodku, tylko tam, gdzie leży. A gdzie to jest? Na takie pytanie Viator nie odpowie: dlaczego innym miałoby być łatwiej? Czemu sam ma rozsupływać nierozstrzygalne dylematy?
Niespiesznie przemierza Viator parkowe alejki. I jedynie siłą woli powstrzymuje się, by nie popłynąć na falach dygresji, hen w dal! Bo o Parku Mużakowskim, tak bliskim swemu sercu, mógłby opowiadać godzinami. A przecież nie po to tu przybył. Zresztą, Park stał się ostatnio niezwykle modny: kto chce się czegoś o dziele księcia Pücklera dowiedzieć, sięgnąć może do „wielkiej sieci”, w której stron odnośnych bez liku. Kiedyś, dziesięć lat temu, gdy wędrowiec odkrywał to miejsce, ciężko było zdobyć jakąkolwiek wiadomość. Ale dziś? Nie chce się przeto Viator naprzykrzać tym właśnie tematem, dysponuje pełną garścią innych. Lecz jeśli czytelnicy mają życzenie zobaczyć Park jego oczyma, wystarczy jedno słowo…

SAMSUNG DIGITAL CAMERANowy Zamek w Parku Mużakowskim.
Tak naprawdę ani „nowy”, ani „zamek”, ale… precz z dygresjami!

Mija Viator bajeczne mosty i wiadukty wkomponowane w parkowe wąwozy, ale je ignoruje. Przechodzi obok imponującej książęcej rezydencji, lecz zaledwie zaszczyca ją spojrzeniem: nie jej dzisiaj poświęci uwagę! W pośpiechu, en passant, podziwia liczne pomnikowe okazy drzew: tubylczych i sprowadzonych z dalekich krajów. Niektóre bez problemów zaadaptowały się i wyrosły potężnie. Ale jedna, tajemnicza roślinka, która wzeszła i rozkwitła w promieniach słońca Maghrebu, przesadzona tutaj, na łużyckie piaski, zwiędła i zmarniała. O niej chciałby opowiedzieć Viator.

SAMSUNG DIGITAL CAMERADwaj imigranci z dalekiej Ameryki Północnej: na pierwszym planie kanadyjski platan, w tyle cypryśnik błotny z bagien Luizjany. W Muskau, jak widać, radzą sobie świetnie, przeto ostawmy ich w pokoju.

Po chwalebnym udziale w wojnach napoleońskich dwudziestodziewięcioletni rotmistrz, hrabia Hermann (księciem zostanie za osiem lat) wyruszył roku pańskiego 1814 w podróż do Anglii. Wrócił zafascynowany wyspiarską sztuką komponowania ogrodów i zapragnął w swej rodowej siedzibie nad Nysą Łużycką stworzyć wielki park krajobrazowy. À l’Anglaise, oczywiście! Bez zwłoki zabrał się do pracy. I zanim nadszedł znamienny dla naszej opowieści moment, niemałą fortunę utopił był hrabia w tym przedsięwzięciu. Zdążył ożenić się i rozwieść pro forma (gdyż z byłą żoną wciąż łączyły go przyjaźń i wspólny cel), jedynie po to, by zapolować na nowy posag; bez sukcesu, prawdę mówiąc. Zdążył jeszcze raz odwiedzić Albion, zgłębiając wiedzę o architekturze krajobrazu. I już wiedział, że musi, po prostu musi, na własne oczy przekonać się, czego dokonali w tym zakresie mieszkańcy Bliskiego Wschodu, spadkobiercy królowej Semiramis. Dlatego Fürst (tak, teraz już bez wątpienia tytułem książęcym się pieczętujący) Hermann von Püeckler wyruszył w roku 1834 na wielką wyprawę po krajach Orientu. Był w Algierii, Tunezji i Grecji. Przemierzył Egipt (aż jęzor świerzbi, żeby tu właśnie wspomnieć o wyglądzie miejsca wiecznego spoczynku Księcia, niemniej „twardym trzeba być” – precz z dygresjami!), Sudan, Palestynę oraz Syrię. Odwiedził Azję Mniejszą i pokłonił się zabytkom złotego Konstantynopola, zanim via Wiedeń powrócił do domu.

machbuba (3)Orient oczarował Księcia bez reszty.

Powrócił, ale nie sam. Orszak Księcia poprzedzała plotka stugębna, przepowiadająca skandal i wieszcząca zgorszenie. A jego przyczyną była drobna, krucha, młodziutka dziewczynka, która niewiele rozumiała z tego, co się wokół niej dzieje. A już o tym, że jest przyczyną afery niemal międzynarodowej, pewnie pojęcia nie miała! Bo i skąd mogłaby mieć?
Kim była, co się z nią działo, zanim trafiła, na swoje nieszczęście, do kronik i annałów? Pochodziła najpewniej z pogranicza Sudanu i Abisynii (jak wówczas zwano Etiopię). Wspomnienia świadków wydarzeń, jedyny zachowany portret oraz maska pośmiertna świadczą, iż wśród jej przodków musieli znajdować się zarówno Afrykanie subsaharyjscy, jak i Arabowie: nie była czarna, ale miała smagłą cerę i twarz o rysach wyraźnie negroidalnych, twarz piękną subtelnym urokiem.
Prawdopodobnie była zwykłym dzieckiem, porwanym przez łowców niewolników podczas jednej z ich licznych wypraw. Ale wokół małej Abisynki zrodziło się mnóstwo legend. Jedna z nich mówi, że w jej żyłach krew płynęła książęca i że trafiła w ręce handlarzy żywym towarem w wyniku plemiennych walk o władzę, po śmierci ojca i dwóch starszych braci, zabitych na jej oczach. Być może tę bajeczkę wymyślił sprzedawca na targu niewolników, chcąc podbić cenę dziewczynki. Ale możliwe również, iż rzewną historyjkę stworzył sam książę Pückler, któremu z pewnych względów (jeszcze o nich wspomnimy) zależało na jej „nobilitacji”. Z czasem ten i ów zaczął nawet sugerować, że mała Afrykanka pochodziła z rodu, który wydał egipskich monarchów. Tu jednak źródło plotki jest dość oczywiste: gdy w roku 1929 król Fuad I planował trasę oficjalnej podróży po Niemczech, zażyczył sobie nieoczekiwanie wizyty w prowincjonalnym Muskau. Szeptano więc, że chce nawiedzić grób dalekiej krewnej; umknął jednak plotkarzom fakt, że mużakowski pałac należał wówczas do hrabiego von Arnim, niemieckiego dyplomaty w Egipcie, ponadto pradziad króla, Mehmed Ali, pozostawał z księciem von Pückler w zażyłości. Ale legenda ma swą moc i trudno ją tak po prostu „odpoetyzować”.
Nie wiadomo nawet, jak się ta córeczka (bo nie córa przecież) Orientu nazywała. Ponoć Ajiamé, ale czy na pewno? Imię jest zresztą nieistotne. Pochodzenie też nie. Liczy się tylko prawda uczuć. A jakie mogą być uczucia dwunastoletniego dziecka, porwanego od rodziny i bliskich przez brutalnych bandziorów, wywiezionego w nieznane krainy i wystawionego w roku 1837 jako towar na wielkim targu niewolników w Chartumie? Jak się to dziecko mogło czuć, muskane spojrzeniami obleśnych brodaczy w kefijach na głowach?
Mimo młodego wieku dziewczynka naprawdę musiała się prezentować niezwykle. Książę Hermann, koneser przecież nie lada, tak opisał swe wrażenia z pierwszego z nią spotkania: Nie miała na sobie nic prócz pasa z wąskich skórzanych rzemyków. Lecz handlarz niewolników dużą muślinową chustę na nią narzucił. Zdumieliśmy się nad nieskazitelnym w proporcjach ciałem tej dzikuski, z którym się wyrazista twarz o wybitnych rysach łączyła, tak, jak to właśnie lubię. Bez wahania wydał więc Książę 100 talarów, kwotę niebagatelną, aby stać się właścicielem „Czarnej Perełki”. Uznać trzeba, że miała w sumie sporo szczęścia. Mogła trafić do jakiegoś haremu, a harem to zawsze harem, nawet gdy Pan i Władca jest na poziomie – nie prostak. Mogła w głodzie i upale karmić owce i doić wielbłądzice. Tymczasem znalazła się pod rycerską opieką zauroczonego nią dżentelmena i romantyka. Gdyby jeszcze ten romantyk był odważniejszy, bardziej odpowiedzialny i naprawdę wiedział, czego chce! Wtedy może wszystko skończyłoby się zupełnie inaczej… Może Europa cieplej by przyjęła nieszczęsną Ajiamé?
Póki co, jesteśmy jeszcze w Afryce. Książę i niewolnica podróżują razem brzegami Nilu, a następnie Jordanu. Wspólnie wędrują przez wyżyny Anatolii i wspólnie odwiedzają Stambuł. Hermann wprowadza swą „brankę” (której dla niepoznaki każe nosić strój mameluckiego pacholika) w tajniki europejskiej cywilizacji, uczy ją manier dworskich oraz języków – najszybciej, i to zupełnie biegle, zaczęła się posługiwać językiem włoskim.

machbuba(4)„Czarna Perełka” w stroju chłopięcym.

Dziewczynka, wdzięczna za wyrwanie z łap handlarzy i z pewnością oczarowana takim traktowaniem, zaczyna, jak ktoś trafnie ujął, kochać swojego pana z oddaniem dziecka, a Pückler po raz pierwszy w życiu doznaje bezwarunkowej miłości. I odwzajemnia ją, choć w sposób mało, by tak rzec, ojcowski. Nie spieszmy się wszak z potępieniem księcia! Ten związek miał w sobie na pewno coś perwersyjnego, ale nie w tak drastycznym stopniu, jak ocenilibyśmy to dzisiaj. Pückler kupił ją, dziewczynę dwunastoletnią, a romans rozwijał się przez kilka kolejnych lat, to fakt. Realia były wtedy jednak nieco inne. Przecież matkę księcia, Klementynę von Callenberg, w podobnym wieku wydano za mąż. Syna poczęła, mając lat zaledwie czternaście! I nikt z tego nie robił bynajmniej afery.
Żegnają Konstantynopol i dalej wędrują już przez Europę. Osiągnąwszy Budapeszt wsiadają na statek, który wiezie ich w górę Dunaju. Gdy Książę zapada na cholerę, mała Abisynka z wielkim poświęceniem i doskonałym skutkiem pielęgnuje go podczas choroby. I tak, po kilku latach wędrówki i wielu przygodach, Hermann i Ajiamé przekraczają bramy stolicy Cesarstwa Habsburgów. Dla delikatnego, pustynnego kwiatuszka Wiedeń jest niemal stolicą świata, powoduje zawrót głowy, oszołomienie! Tak to sobie przynajmniej wyobraża Viator, próbując odtworzyć jej uczucia.
Nie wie jeszcze biedna Perełka, nie przeczuwa nawet, że koniec i to smutny, jest już blisko. A nam nie spieszno chyba, by się o tym dowiedziała. Poczekajmy choć tydzień: póki co, niech się dzieweczka cieszy tym, co oferuje jej wielki świat!

Lubanice, Benzler i Dirlewanger

Tomasz Fetzki

Czas Wielkiej Burzy, czyli reportażu poetyzującego o Lubanicach część trzecia

Syty wrażeń artystycznych, a przy tym naładowany metafizycznie, wychodzi Viator ze świątyni lubanickiej. Dopiero teraz (w czcigodnym wnętrzu trochę nie wypadało) składa głęboki ukłon i śle podziękowania za dobre słowa, jakie wyczytał tydzień temu w komentarzach do swego tekstu. Nie tylko za to: wielkie dzięki kieruje do Armina Kity, który pomógł stworzyć tekst niniejszy. Armin, Niemiec z krwi i kości, zna język francuski, angielski, a nawet japoński, ale polskiego ni w ząb. Nic pewnie nie zrozumie, lecz, gdy zobaczy na blogu swoje nazwisko, chyba będzie mu miło – zasłużył na to.

Kilkakrotnie głęboko odetchnął Viator świeżym wiejskim powietrzem, lecz gorączka metafizyczna nie zelżała. Ruszył przeto na przechadzkę po cmentarzu otaczającym kościół, bo gdzie, jeśli nie tutaj, można się pogrążyć w odmętach smugi cienia!

Cmentarz, można by rzec, jak cmentarz. Taki sam, jak większość wiejskich cmentarzy na ziemiach, zwanych Odzyskanymi: równe rzędy mogił z wyłącznie polskimi napisami. Po przedwojennych mieszkańcach Lubanic pozostały zaledwie nieliczne tablice wmurowane w ogrodzenie nekropolii. Resztki dawnych rodzinnych grobowców. Napisy niemieckie. Dlaczego nie serbołużyckie? Przecież Jakubica, przecież Poczatku bilo to Slowo… Ano, jako się już rzekło przy witrażu Lutra i Melanchtona, Lubanice stopniowo stały się Laubnitz. Poza powolnym i skutecznym procesem germanizacji, który objął całe Łużyce, na Ziemi Żarskiej te przemiany w pewnych okresach następowały w trybie przyspieszonym. Szczególną rolę odegrała Wojna Trzydziestoletnia. Przemarsze wojsk, walki, epidemie i głód oraz grabieże i morderstwa dokonywane przez soldateskę gruntownie zdemoralizowaną wieloletnią wojaczką, spowodowały spustoszenie całej okolicy. O ile w roku 1618 Lubanice liczyły 92 zagrody, to trzydzieści lat później było ich już tylko 44. Gdy wojna skończyła się, właściciele tych ziem, von Promnitzowie, zaludnili pustki osadnikami przyciągniętymi z różnych stron. Niestety, nie byli to Serbołużyczanie.

Dlatego inskrypcje czytamy po niemiecku. O ile jeszcze dają się odczytać, albowiem większość z nich solidnie już nadkruszył, jak to mówią, ząb czasu. Nagle – niespodzianka. Nie trzeba nawet oczu szeroko otwartych, wystarczą zwyczajnie bystre. Oto jedna z tablic odcina się swą „świeżością” od reszty grobowca. Bez dwóch zdań – nie jest przedwojenna.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAGrobowiec rodu Benzlerów: stary, ale nie całkiem.

Dzięki rozmowie z tutejszym kościelnym Viator wie, iż została wmurowana na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Człowiek, który to uczynił, twierdził, iż jest bratem zmarłego. Utrzymywał też, że Hans Benzler był oficerem i poniósł śmierć za spiskowanie przeciw władzom.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAHans Benzler – ofiara przemocy państwowej.

Niemiec, oficer, a przy tym Opfer der Gewaltherrschaft? W roku 1944? Skojarzenie narzucało się samo: uczestnik spisku Clausa Schenka, Hrabiego von Stauffenberg! I tak też początkowo myślał Viator, póki nie dotarł do ściślejszych wiadomości. Nie, Hans Benzler nie miał nic wspólnego z Zamachem 20 lipca. Można go raczej nazwać „samotnym wilkiem”. Od 1935 roku oficer Luftwaffe (gdzie dosłużył się stopnia kapitana), przebywał w Berlinie, pełniąc różne funkcje w Ministerstwie Lotnictwa Rzeszy. A potem nad Europą rozpętała się (a raczej ktoś ją rozpętał, wiadomo kto – precz z eufemizmami!) Wielka Burza. Jej podmuchy wypchnęły Hauptmanna Benzlera w roku 1941 daleko, hen na Ukrainę, gdzie nadzorował pracę kołchoźników na rzecz niemieckiej armii. Po bitwie na Łuku Kurskim odesłany ponownie do Berlina, kierował usuwaniem skutków alianckich bombardowań. Jak się wydaje, nigdy nie był Benzler gorącym zwolennikiem nazizmu, rzutowało to na atmosferę panującą w domu. Jego córka Hiltrud spisała swe wspomnienia z Kristallnacht, którą jako dwunastoletnia dziewczynka widziała w Żarach, ówczesnym Sorau: Moja matka powiedziała o tym dniu, że uświadomił jej jak żaden inny, jak różne są jej dzieci. Córka, która wróciła do domu cała we łzach nad losem wyszydzonego Żyda i syn, również powracający ze służby młodzieżowej do domu, który powiedział: „Mamo, ściągam mundur, musimy przebrać się po cywilnemu, zamaskować i podpalić synagogę…” W mojej matce wzbudziło to zgrozę i nie wypuściła już brata z domu na ulicę. Niełatwo, oj niełatwo było w takich czasach nie ulec zaczadzeniu, zachować kręgosłup moralny! Więc nigdy nie popłynął Hans Benzler na fali entuzjazmu, a stopniowo stawał się zdecydowanie krytyczny: przeżycia z Ukrainy (ze zgrozą opowiadał o nich w kręgu rodzinnym), coraz częstsze naloty, których skutki usuwał… No i śmierć syna: Axel, ten piętnastolatek, co to chciał podpalać synagogę, poległ w wieku lat dziewiętnastu na Półwyspie Kerczeńskim. Dość powodów, aby z malkontenta stać się wrogiem. Zajadłym, lecz ukrytym: kapitan Benzler był ostrożny i nie wynosił swych poglądów poza rodzinny krąg. Co więc go podkusiło, jaka czara goryczy się przelała, że pozwolił sobie na wygłoszenie kilku gorzkich, krytycznych słów w dworcowej poczekalni, w obecności przypadkowego towarzysza podróży? Oczywiście trafił do więzienia (skąd my znamy takich „towarzyszy podróży”!), a wkrótce potem usłyszał wyrok śmierci.

Viator ma swoją teorię co do przyczyn nieuwagi kapitana. Uwięzienie nastąpiło na początku 1944 roku, zaś Axel zginął w listopadzie roku poprzedniego… Ale to tylko teoria.

Rodzina i przyjaciele interweniowali, rzecz jasna. Nawet dość wysoko. Lubanicki pastor, Heinrich Hüffmeier, poprzez swego brata Friedricha, kontradmirała skądinąd, dotarł ponoć aż do samego Göringa! Zdaje się jednak, że ta interwencja bardziej zaszkodziła, niż pomogła: pastor Hüffmeier jeszcze w roku 1934 pozwolił sobie być autorem broszurki Odpowiedź ewangeliczna na „Mit 20 wieku” Rosenberga. No i zaprzeczcie, że Lubanice miały szczęście do nietuzinkowych pastorów!

Zaś zamach Grafa von Stauffenberg ostatecznie przypieczętował los Hansa Benzlera. 11 listopada, rok po śmierci syna, został rozstrzelany w berlińskim więzieniu.

Może nie bohater, ale na pewno człowiek, który w czas Wielkiej Burzy zachował przyzwoitość. A to już bardzo dużo – nielicznych stać było choćby na to. Spiskowcy Stauffenberga? Viator po to stał się Viatorem, aby nie wierzyć zbyt łatwo! Przeczytał kiedyś, co pan hrabia pułkownik myślał o Polakach i Żydach jeszcze po podboju Polski w 1939 roku. Wie również, że taki na przykład generał Henning von Tresckow, człek niechętny Hitlerowi, który ponadto chwalebnie popełnił samobójstwo po nieudanym zamachu, wcześniej umaczał był paluszki w rabunku polskich dzieci. A snute przez spiskowców plany zawarcia separatystycznego pokoju z zachodnimi aliantami, co uniemożliwiłoby odzyskanie przez nasz kraj niepodległości? A okoliczność, że ten ich antyfaszyzm jakoś dziwnie się wzmógł dopiero po Stalingradzie i Kursku? Owszem, wielu pośród sprzysiężonych to lepsza cząstka tego narodu. Ale en bloc? Jest o czym myśleć, za kilka dni minie siedemdziesiąta rocznica Zamachu: czy naprawdę nadaje się on na ikonę sprawiedliwych Niemiec? Czy nie ma lepszego symbolu? Nie było w czasie Wielkiej Burzy prawdziwych bohaterów, takich, którzy pokazali coś więcej niż minimum przyzwoitości? Nie było wśród Niemców gigantów ducha?

Ależ byli! Pastor Bonhoeffer, który ani na chwilę nie uległ zamroczeniu, Sophie Scholl i Weiße Rose, kobiety protestujące w chłodne marcowe dni na berlińskiej Rosenstraße… (Wszędzie te róże! Przypadek?) To garstka sprawiedliwych, dzięki którym Pan nie zniszczył Sodomy, choć ukarał ją zaiste surowo. Nie minęły nawet trzy miesiące od egzekucji Hansa Benzlera, gdy nad Łużycami zaczęły wściekle bić pioruny Wielkiej Burzy. Walec Armii Czerwonej niepowstrzymanie toczył się na zachód. Między Bobrem i Nysą Łużycką zacięty, choć bezskuteczny opór stawiły mu różne niemieckie jednostki; tuż obok Laubnitz (niespełna trzy-cztery kilometry na północny wschód od wioski) walczyły oddziały 36 Dywizji Grenadierów SS Dirlewanger: banda zwyrodnialców, kryminalistów i sadystów pod dowództwem gwałciciela trzynastoletniej dziewczynki (jakimś cudem – również doktora politologii). Pół roku wcześniej ta swołocz „wsławiła się” udziałem w rzezi Woli podczas Powstania Warszawskiego. Oskar Dirlewanger i jego dzielni chłopcy nawet przez zasłużonych esesmanów nie byli określani inaczej niż jako „bydło”, „przestępcza hołota” czy „gromada świń”. Nooo, na takim tle to nawet Stauffenberg czy Benzler jawią się jako świetliste anioły!

Nie pomogło Waffen-SS, nie poradził Wehrmacht. Nie było siły, która mogłaby zatrzymać krasnoarmiejców. A prości mieszkańcy Lubanic i innych okolicznych wsi oraz miasteczek, ci, którzy ostatecznie najmniej byli winni rozpętania Wielkiej Burzy, ucierpieli najdotkliwiej: kto przeżył przejście frontu, a po nim rabunki i gwałty, musiał stąd wyjechać. Zakończyła się historia Laubnitz. Niemieccy mieszkańcy wsi na zawsze utracili ojcowiznę. Z pewnością wielu z nich znajdowało pocieszenie w Słowie Pańskim: Słyszałem twoją modlitwę, widziałem twoje łzy. Po wielu latach właśnie te słowa, wzięte z Drugiej Księgi Królewskiej, umieścili dawni mieszkańcy na tablicy pamiątkowej Ku czci wszystkich Niemców, którzy w Lubanicach i Łukawach mieli swą małą ojczyznę. Tablica i pomnik pojednania, znajdujący się w południowej części cmentarza, są symbolem tego, iż zgoda jest możliwa – tak miedzy dawnymi i obecnymi mieszkańcami Lubanic, jak i w ogóle między Polakami a Niemcami.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIch habe Dein Gebet gehört
und Deine Tränen gesehen…

Musiało oczywiście upłynąć sporo czasu, musiały ucichnąć echa Wielkiej Burzy, zanim to pojednanie nastąpiło. Ale już wcześniej pewne znaki wskazywały, że będzie ono realne. Fakt, że nowi, katoliccy gospodarze lubanickiego kościoła uszanowali wizerunki Lutra i Melanchtona, oznacza przecież, że byli gotowi uścisnąć wyciągniętą rękę, gdy przyjdzie na to czas.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAPomnik Biblii Jakubicy.

A kiedy czas przyszedł, zebrali się tu wszyscy razem: Serbołużyczanie, Niemcy i Polacy, katolicy i ewangelicy. Zebrali się w 450 rocznicę przekładu pastora Miklawša, by poświęcić pomnik Biblii Jakubicy: bo to on właśnie wznosi się przy ścianie świątyni. Ponoć byli tacy, co widzieli, jak tego dnia Filip Melanchton uśmiechnął się na witrażu…

SAMSUNG DIGITAL CAMERARoku Pańskiego 1998 zebrali się Serbołużyczanie, Niemcy i Polacy.

Nieco podniesiony na duchu opuszcza Viator Lubanice. Jeszcze ostatnie spojrzenie kieruje na wioskę pogrążoną w popołudniowym, niedzielnym letargu. Spokój i cisza takie, że niemal rozczulają. Chciałby Viator wierzyć, że już nigdy nie nadciągnie tu żadna Burza. Chciałby, ale nie umie. Historia wskazuje jednoznacznie, że jakaś zawierucha kiedyś nadejdzie – prędzej czy później. Lepiej później. Ach knježe, ty synu Dawidow, zmiluj se nad nama! I nie dopuść, żebyśmy dożyli czasów, kiedy przyzwoitość wymaga bohaterstwa!

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKiedy znowu nad tą sielską krainą rozpęta się piekło?

Tak sobie niewesoło duma wędrowiec. Warto by może pomyśleć wreszcie o czymś innym. Ale o czym?… Tak!!! Viator już wie, że za tydzień zaprosi tych, którzy zechcą mu towarzyszyć, nad Nysę, do Mużakowa. Tam opowie historię wielkiej miłości. Nieszczęśliwej, rzecz jasna. Bo czyż istnieją inne, Gałązko Jabłoni?

Utalentowany Jakubica…

Tomasz Fetzki

…herezjarchowie i różki świętego Hieronima, czyli reportażu poetyzującego o Lubanicach część druga

Stało się! Wędrowiec smugą cienia omroczon (co nam szkodzi, nazwijmy go Viator), po swej peregrynacji stanął przed lubanicką świątynią, niegdysiejszą placówką Miklawša Jakubicy. Nie zdążył nawet przekroczyć bramy w murze okalającym templum, a już Pastor z Lubanic przypomniał mu o sobie: na prawo od rzeczonej bramy stoi sędziwa, siedemnastowieczna kapliczka, kryjąca skarb dużo starszy i daleko bardziej cenny niż ona sama. To późnogotycki krucyfiks, według legend i podań wykonany właśnie przez pastora Miklawša. Cóż, se non è vero, è molto ben trovato, albowiem aż się prosi, aż samo narzuca, żeby refleksję wysnuć poetyzującą o wszechstronnie utalentowanym robotniku Winnicy Niebieskiej, który w Słowie Pańskim i w drewnie lipowym z jednakową biegłością rzeźbił…

SAMSUNG DIGITAL CAMERAKrucyfiks Jakubicy. A nawet jeśli nie jego, to i tak daje nam pojęcie o duchu szesnastowiecznej pobożności.

Mógłby się ktoś żachnąć: ależ Reforma dążyła do zdarcia, zdrapania z Dobrej Nowiny wszystkiego, co do niej bałwochwalczo przez wieki przylgnęło! Przecież pastorzy przypominali z mocą to, co głosi Święta Księga: Nie wolno ci zrobić sobie figury ani żadnego obrazu tego, co jest w niebie na górze, ani tego, co jest na ziemi na dole, ani tego, co jest w wodzie pod ziemią!! Więc skąd ten krucyfiks!!? Prowokacja!!!! … Wolnego! Różnie bywało. Patriarcha z Genewy rzeczywiście bezwzględnie karał idolatrię: zbory kalwińskie słyną z surowego minimalizmu wystroju. Ale Mistrz z Wittenbergi nie był aż tak rygorystyczny, a świątynie luterańskie pod względem wyposażenia niekiedy walczą o lepsze z kościołami katolickimi. Zresztą – za chwilę będziemy mogli to zobaczyć. Tylko… czy umiemy patrzeć? Czy nie jesteśmy, jak ci ślepcy spod Jerycha, o których pastor Jakubica swym serbołużyckim owieczkom takiemi głosił słowy:

A hlej, dwa slepjej seźalej pći droze. A jak wonej wuslyšaštej, až Jezus mimo źe, wolaštej wonej a rjeklej: Ach knježe, ty synu Dawidow, zmiluj se nad nama. Albo ten lud jeju wobgroźi, aby milcalej. Wonej pak tym wěcej wolalej a rjeklej: Ach knježe, ty synu Dawidow, zmiluj se nad nama. Jezus wusta stojucy a zawola jeju a rjeknu: co chcetej, ažbych ja wama scynić derjel? Wonej źaštej k njomu: Knježe, aby naše wocy wotworjone byli. A zlutowal se Jezus a dotknul se jeju wocy. A nedym bychu jich wocy zase wiźucy a, šlej stej za nim.

Oby Pan, syn Dawidow, zlitował się też nad nami i również nasze oczy uczynił zase wiźucy! Wtedy zobaczymy to, co zwykle jest ukryte przed wzrokiem profanów. Choćby dwa średniowieczne kamienne krzyże pokutne, umieszczone na zwieńczeniach szczytów świątyni. Lokalizacja niezwykle rzadka, zazwyczaj bowiem takie krzyże wkopuje się w ziemię przy ścianie kościoła, lub po prostu w tę ścianę wmurowuje – ale tuż przy gruncie. W Lubanicach przy ścianie kościoła nie ma krzyży pokutnych, zamiast nich wznosi się dziwna konstrukcja. Co to takiego? Viator już wie. Ale, szlifując trudną sztukę suspensu, opowie o tym pod koniec wizyty. W trzecim odcinku – bo inaczej kto by dotrwał do końca tej ględy?

SAMSUNG DIGITAL CAMERAJakie wichry wywiały te krzyże tak wysoko?

Mając oczy wciąż szeroko otwarte wejdźmy do wnętrza świątyni. Jej bogate wyposażenie pochodzi z czasów, gdy służyła luteranom (czyli od 1523 do 1945 roku), papiści nic tu nie zawinili! Ale po tym, czego się już dowiedzieliśmy, nie dziwi fakt, iż katolicy bezproblemowo przejęli ten dorobek w całości.
Chociaż… coś nas jednak koniecznie powinno zastanowić. Ach knježe, ty synu Dawidow, zmiluj se nad nama! Ściana południowa kościoła znaczona jest pięcioma ostrołukowymi oknami, a każde z nich ozdobiono witrażem. Przedstawiają one mężów bożych, ustawionych parami. Są to, poczynając od lewej: ewangeliści Mateusz i Marek oraz Łukasz i Jan, a następnie apostołowie Piotr i Paweł – dwa filary Kościoła. Jak dotąd, nie odkrywamy niczego nadzwyczajnego – wizerunki takie zdobią większość katolickich świątyń. Ale ostatni witraż, znajdujący się na wprost drzwi wejściowych, każe się zatrzymać ze zdumieniem: postacie, które przedstawia, są wyjątkowe. Dwaj ojcowie Reformacji: Filip Melanchton i Marcin Luter. Wizerunki tych właśnie osób, zdobiące kościół, gdzie służba boża odbywa się w rycie rzymskim, to absolutne unikaty!

SAMSUNG DIGITAL CAMERAMelanchton i Luter: Ojcowie Założyciele, lub dwóch herezjarchów. Jak kto woli.

O Marcinie Lutrze wie każdy i nie ma potrzeby bliżej go charakteryzować. Warto natomiast nieco uwagi poświęcić Filipowi Melanchtonowi. Wybitny naukowiec, filozof, teolog, znawca prawa, medycyny i języków klasycznych. Profesor, a następnie rektor uniwersytetu w Wittenberdze. Był twórcą reformy niemieckiego systemu oświaty w duchu ideałów humanistycznych. Za te dokonania otrzymał przydomek Praeceptor Germaniae – Nauczyciel Niemiec. Nie mniej doniosłe są jego zasługi w dziedzinie reformy Kościoła. Od początku był jednym z głównych współpracowników i najbliższych przyjaciół Lutra. Tworzył podwaliny dojrzałego systemu ewangelickiej teologii i etyki.
Ci dwaj ludzie uzupełniali się w swych przeciwieństwach. Luter to prorok – człowiek czynu, gorliwy kaznodzieja, świetny organizator i namiętny polemista. Melanchton był raczej systematykiem, dociekliwym badaczem i człowiekiem słynnym ze swej ugodowej natury, łagodnego charakteru i dążenia do poszukiwania porozumienia gdzie się da i z kim się da.

W fakcie, że wizerunki obu tych ludzi znajdują się właśnie w kościele lubanickim, tak ważnym dla dziejów Serbołużyczan, kryje się wielki paradoks historii. Reformacja, dzięki naciskowi na czytanie Biblii i odprawianie liturgii w językach narodowych, stała się potężnym impulsem dla rozwoju piśmiennictwa, języka i kultury Serbów łużyckich. Na kilkaset lat spowolniła proces ich germanizacji. Ale Luter nie darzył Wendów zbytnią sympatią, a nawet posunął się do nazwania ich die schlechste aller Nationen, czyli najgorszym ze wszystkich narodów. Jego niesprawiedliwe opinie i wrogość, z którą odnosił się do Łużyczan, mogą szokować u humanisty takiego formatu. Jednak był on w tym tylko człowiekiem swojej epoki i członkiem swego narodu, gdzie podobne poglądy uchodziły za naturalne. Zaś sami ewangelicy nigdy nie traktowali dzieła Tischreden, zawierającego te przykre stwierdzenia, jako kanonu religijnego, uważając je wyłącznie za świadectwo prywatnych poglądów Lutra, który był człowiekiem powszechnie znanym z impulsywności.

Co innego Melanchton! Ten znawca myśli Ojców Kościoła i teologii prawosławnej miał rozliczne kontakty z przedstawicielami Słowian i był na takie spotkania otwarty. Dzielnie go w tym wspierał uczeń, następnie współpracownik z uniwersytetu w Wittenberdze i ostatecznie zięć – Kaspar Peuker rodem z Budziszyna, Serbołużyczanin biegle posługujący się językiem górnołużyckim. Wiadomo, że Melanchton pochodzenie swego zięcia i jego biegłość w wendyjskiej mowie poczytywał sobie za powód do dumy.

Czy włościanie lubaniccy mieli świadomość zawikłanych relacji, jakie łączyły twórców reformacji z narodem Serbołużyczan? Raczej nie. Ale nawet gdyby jakimś cudem ta wiedza do nich dotarła, czy miałaby jakiś wpływ na ich akces do zboru ewangelickiego? Na pewno nie miała żadnego wpływu na decyzję o umieszczeniu w oknie świątyni wizerunku obu Reformatorów. Nie mogła mieć z tego prostego względu, iż w drugiej połowie XIX w., gdy witraże powstały, Lubanice już nie były wsią serbołużycką. W wyniku burzliwej historii stały się miejscowością zamieszkaną wyłącznie przez Niemców.

Chwilę jeszcze podumał Viator nad tymi zawiłościami. Dręczy go pytanie: czym kierowali się powojenni repatrianci, stuprocentowi Polacy i katolicy gdy, biorąc w posiadanie kościół, pozostawili w spokoju Lutra i Melanchtona? Zresztą – jakimi bądź motywami by się kierowali, ich czyn wystawia im naprawdę chwalebne świadectwo.

Taką konkluzję z zadowoleniem sformułowawszy, skierował się Viator w stronę ołtarza. Jego konstrukcję flankują rzeźby dwóch mężczyzn. Kim są? Nasi przodkowie bezbłędnie potrafili czytać symbole, które skrywa Biblia Pauperum. Ale my? Szkoda słów… Jedno jest oczywiste: postać po lewej przedstawia kohena – kapłana żydowskiego, w prawicy swej piastującego kadzielnicę. To niestety jeszcze niczego nie rozstrzyga. Czy mamy przed sobą Aarona, pierwszego arcykapłana, i jego brata Mojżesza? A może to kapłan Zachariasz i jego syn, prorok Jan Chrzciciel, głoszący owładnięty duchem prorockim, namiętnie przy tym gestykulując? Obecność obu „duetów” w tym miejscu byłaby całkowicie uzasadniona.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAOłtarz powstał w siedemnastym wieku. Lubaniccy chłopi czytać nie umieli, a przecież doskonale wiedzieli, kim są obie postacie.

Problem można rozwiązać, sięgając do przedwojennych fotografii: widać na nich wyraźnie, iż druga z postaci trzyma dwie kamienne tablice. Sprawa jest rozstrzygnięta – to Mojżesz i Aaron.

luter (5)Mojżesz dzierżący Tablice Przymierza – tym razem akurat po lewej. Wichry wieją i ciągle coś zmieniają.

Ale nie trzeba zagłębiać się w stare albumy. Ba, to by podejrzanie pachniało łatwizną! Lepiej przyjrzeć się dokładnie. Ach knježe, ty synu Dawidow… Święty ma rogi! A w chrześcijańskiej ikonografii są one atrybutem Mojżesza. Wzięło się to ze starej, bo liczącej ponad półtora tysiąca lat, pomyłki tłumacza. Szemot, druga księga Tory, głosi: Mosze schodził z góry Synaj. Mosze miał w rękach dwie Tablice Świadectwa, gdy schodził z góry. Ale Mosze nie wiedział, że skóra jego twarzy promienieje z tego powodu, że [Bóg] z nim mówił. Aharon i wszyscy synowie Jisraela zobaczyli, że skóra twarzy Moszego promieniała. I bali się zbliżać do niego. Święty Hieronim, tworząc Wulgatę, przetłumaczył hebrajski wyraz qaran, oznaczający „wysyłać promienie, promieniować”, jako „wypuszczać rogi” Jest to drugie, pochodne znaczenie tego słowa, gdyż, według rabinackich komentarzy, promień światła przypomina kształtem rogi.

SAMSUNG DIGITAL CAMERA …skóra twarzy Moszego promieniała.

Michał Anioł, rzeźbiąc słynny posąg rogatego Mojżesza, utrwalił ten błąd i odtąd przez kilkaset lat w licznych wyobrażeniach przedstawiano Prawodawcę z rogami. Tako rzecz ma się i u postaci z lubanickiego ołtarza. Dzięki temu identyfikacja jest bezbłędna, mimo, że nikt z powojennych mieszkańców wsi nie pamięta, aby „ich” Mojżesz kiedyś trzymał tablice. Zaginęły one podczas Wielkiej Burzy, tej, przy której wichry reformacji okazały się być zaledwie subtelnym zefirkiem. Burzy, która pozostawiła w Lubanicach jeszcze inne ślady. O nich opowie Viator za tydzień. Zanim ruszy w dalszą drogę.

Poczatku bilo to Slowo…

Tomasz Fetzki

… czyli Lubanice Mikławša Jakubicy – reportaż poetyzujący

Czasem każdemu zdarza się mieć wolny dzień. Można go spędzić przed telewizorem, ale po co? Można przespać, ale jaki w tym sens? Można go też celebrować przy grillu i piwku, ale… ile można?

Korzystając z wolnego dnia wędrowiec, smugą cienia spowity, na rowerze lub per pedes wyrusza szukać w okolicy śladów, jakie pozostawiły po sobie burze dziejowe. I znajduje je! Bo też i każda, nawet najbardziej zapyziała okolica, kryje takie miejsca, gdzie historia zostawiła swoje piętno – trzeba tylko umieć je znaleźć. Nie chodzi o spotkanie z tą przysłowiową, przez Boya wyśmianą gruszką, gdzie sikał Kościuszko, ale o prawdziwe rarytasy.

Wędrowiec mieszka na Łużycach. A tutaj kiedyś się działo, że hej! Mówią: kto wiatr sieje, burzę zbiera. Pośród Łużyczan nigdy nie brakowało wiatrosiejów. Wędrowiec rusza poszukać pamiątek po jednym z nich.

Mikławš Jakubica to postać na poły legendarna, więc aż się prosi, by go reportażem poetyzującym zaprezentować. Bo dzięki temu nie trzeba odwoływać się do źródeł, które niejasne są i nieliczne. Może zresztą nie istniał? Lub raczej: żyło kilku wiatrosiejów, z których życiorysów ulepiono jedną postać? Wybierzcie sami. Tak czy owak, wędrowiec rusza do Lubanic.

1Na horyzoncie kościół w Lubanicach. Okolica spokojna, trudno uwierzyć, iż kiedyś potężnie wiały tu wichry reformacji.

Dane biograficzne na temat Mikławša (czyli Mikołaja) Jakubicy (a może Jakubika, bo i tak niektórzy sądzą) są niezwykle skąpe. Był Serbołużyczaninem, pochodził najprawdopodobniej z okolic Żar albo Lubska – badacze dochodzą do tego wniosku na podstawie faktu, iż biegle posługiwał się dialektem żarowskim języka dolnołużyckiego, charakterystycznym dla tego właśnie regionu.

Na przełomie XV i XVI wieku coraz wyraźniejsze stawały się różnice między Niemcami a Serbami, zamieszkującymi tak całe Łużyce, jak i Ziemię Żarską. Mieszczanie, zwłaszcza patrycjusze, oraz wielcy feudałowie i drobna szlachta – to byli Niemcy lub zniemczeni Słowianie. Dla Wendów pozostawała przeważnie funkcja rolników lub miejskiej biedoty. Jednak Mikławš Jakubica został w drugiej dekadzie XVI wieku mnichem w potężnym i wpływowym żagańskim opactwie augustianów. Kim więc był? Z jakiej rodziny pochodził? Może należał do nielicznej grupy Serbołużyczan, którym się lepiej powiodło. A może jego wybitne zdolności (bo o tym, że takowe posiadał, świadczą jego dokonania) zwróciły uwagę jakiegoś mądrego protektora – proboszcza albo starszego cechu, który pomógł mu wstąpić do zakonu. Nie ma na ten temat żadnej informacji. Nie wiadomo też, gdzie młody mnich Jakubica pobierał nauki, choć oczywistym jest fakt, że uzyskał gruntowne wykształcenie. Prócz łaciny i niemieckiego znał z pewnością język czeski i polski, co niewątpliwie było efektem przebywania zakonników tychże narodowości w żagańskim klasztorze. Pozostaje jednak otwartym pytanie, czy przełożeni wysłali go na studia do któregoś ze sławnych ośrodków akademickich; praktyka taka nie była przecież niczym nadzwyczajnym. Konwent dbał o wykształcenie swych członków i inwestował w najzdolniejszych spośród nich. Weźmy choćby takiego Paula Lemberga, utalentowanego syna mistrza cechu sukienników z pobliskich Żar. Pobożny opat Jodok Jäckiel, o którym napisano, że jako zwolennik surowej reguły zakazał nakładania płóciennych nocnych koszul, ustanowił codzienne msze i troszczył się o sprzęty kościelne, zatroszczył się również o to, by nie zmarnować talentów Paula i wysłał go w roku 1506 na studia teologiczne do Wittenbergi. Tam młody mnich zetknął się ze swym zakonnym współbratem, niejakim Marcinem Lutrem, także przecież augustianinem.

Musiała to być bliska i owocna zażyłość, choć Lemberg studiował nad Łabą tylko trzy lata. Już niedługo, w 1517 roku, Luter ogłosi swe słynne tezy. Zaczyna się burzliwa epoka reformacji. Zaś cztery lata później Paul Lemberg został wybrany opatem żagańskiego konwentu i natychmiast ujawnił się jako gorący zwolennik Reformy. Usiłował ją zaprowadzić w klasztorze: namawiał braci do występowania z zakonu (gratyfikował nawet pieniężnie takie apostazje), sprowadzał luterańskich kaznodziejów. Miał zresztą więcej nietypowych pomysłów. Zamiast habitu wolał na przykład nosić zbroję rycerską, co dla zakonnika, a przy tym mieszczanina z urodzenia, było dość osobliwe i zapewniło mu przydomek Żelaznego Opata.
Ale nie tylko w samym klasztorze wprowadzał Lemberg nowe porządki. Opactwo było bowiem właścicielem wielkich posiadłości ziemskich z kluczem kilkunastu wsi, w tym również położonych na północ od Żar Lubanic. Jako, że wioskę tę zamieszkiwali Łużyczanie, właśnie Łużyczanina Jakubicę – jeszcze niedawno mnicha, ale teraz już luterańskiego pastora – wyznaczył opat Lemberg do objęcia lubanickiej parafii. A może było inaczej? Może Mikołaj przebywał w Lubanicach już wcześniej, jeszcze jako katolicki proboszcz, który się później „spastorzył”? Nieważne. Istotny jest jedynie fakt, że w 1523 roku we wsi zwyciężył obrządek reformowany, wprowadzony właśnie przez pastora Jakubicę. Zgodnie z ideami reformacji głosił on wiernym Słowo Boże w ich własnym, czyli dolnołużyckim języku, a ściśle rzecz biorąc, w dialekcie żarskim, czyli żarowskim tego języka. I znalazł posłuch.

Większość Wendów nie znała języka niemieckiego, ani nie darzyła zbytnią sympatią niemieckich feudałów. Postulat Lutra dotyczący zniesienia zakonów dawał im być może nadzieję na zrzucenie jarzma zależności od żagańskich augustianów. Powodów mogło być wiele, ale rezultat był jeden: Lubanice szybko stały się protestanckie.

2Świątynia lubanicka, siedziba Pastora Jakubicy, coraz bliżej.

Nieco gorzej głosicielom nowej wiary poszło w samym Żaganiu. Większość mnichów stała twardo przy katolicyzmie. W roku 1524 Paul Lemberg został usunięty z funkcji opata, a dwa lata później w ogóle porzucił zakon. Nie wiadomo, czy te wydarzenia miały jakiś wpływ na sytuację w Lubanicach, ale w 1525 roku Jakubica opuścił swą trzódkę, a raczej został do tego zmuszony. Źródła milczą na temat miejsc, w których Mikławš Jakubica przebywał pomiędzy 1525 a 1555 rokiem. Podobno powtórnie w Lubanicach pełnił duszpasterską posługę w latach czterdziestych, podobno spędził sporo czasu w górnołużyckim Kulowie, czyli współczesnym Wittichenau, nieopodal Budziszyna. Podobno… Ale niemal na pewno wiadomo, czym się wtedy zajmował. Między 1541 a 1548 rokiem pastor Mikławš dokonał tłumaczenia Nowego Testamentu na język dolnołużycki. Przekład ten, dla którego podstawą była łacińska Wulgata oraz niemiecka Biblia Lutra, przeszedł do historii pod nazwą Biblii Jakubicy.

Poczatku bilo to Slowo,
A to w Slowo bylo podla Bogha,
a Bogh byl to Slowo,
to same bylo wot poczatku podla Bogha.
Schiczka weecz ie psches to same wuczynone,
a bes tego samego ney niczego wuczynone
to zcosch wuczynone ie.

Dzięki Mikławšowi Jakubicy Słowo po raz pierwszy w dziejach przemówiło po serbołużycku. Tradycyjnie przez wiele lat przyjmowano, iż Biblia Jakubicy została spisana w Lubanicach, prawdopodobnie dlatego, że była to jedyna miejscowość w sposób niemal pewny łączona z jej autorem. Dla tej samej przyczyny Mikławš Jakubica zachował się w pamięci potomnych jako Pastor z Lubanic. Ale tak naprawdę nie wiadomo, gdzie dokładnie powstał przekład. Za to wiadomo dla kogo: wszak dialektem żarowskim mówiono jedynie w okolicach Żar i Lubska, w Lubanicach również, rzecz jasna.
W 1555 roku Jakubica został pastorem w innej podżarskiej wsi – Lipinkach Łużyckich. Również i tu nauczał wiernych o sprawach bożych w ich własnej, wendyjskiej mowie. I z pewnością korzystał podczas nabożeństw ze swego przekładu Nowego Testamentu. Przecież tutaj także mówiono w dialekcie żarowskim. Pastor Mikławš Jakubica kierował parafią w Lipinkach do 1563 roku. W tymże roku najprawdopodobniej stanął przed obliczem Stwórcy, tam, gdzie już żaden ludzki język do niczego nie jest potrzebny.
Miejsce spoczynku Pastora z Lubanic nie zachowało się. Ale Biblia Jakubicy istnieje do dziś. Jak blisko, a jednocześnie jak bardzo egzotycznie brzmią jej wersy:

To njebjeskie kralostwo je pćirownano jednemu hospodarowi, kotory z jutra wen źeše, roboćerjow najimać do jogo winice. A jak won se z tymi roboćerjami zjedna na groš k mytu na źeń, posla won jich do swojeje winice. A pak wen źeše wokolo teje tćeśeje stundy a wupyta jinych na wikach proznych stojucy. A reknu k nim: Wy tež do mojeje winicy źiśe; a to, což prawidliwego budźe, to chcu ia wam dać. (…) Wokoło teje jedenasteje stundy won pak wen źeše a namaka jinich proznych stojucy a rjeknu k nim, co wy tudy ten caly źeń prozni stojiće? Woni rjekli k njomu: Njej nas nicht najimal. Won rjekl k nim: I wy tež źiśe do teje winice, a to, což prawjedliwego budźe, deri wam być.

Z całą pewnością nie stał bezczynnie Mikławš Jakubica i wiele się natrudził w Winnicy Pańskiej. Niech nasza pamięć będzie mu nagrodą.

I tak, ogarnięty podniosłymi, patetycznymi wręcz myślami, ani się spostrzeże wędrowiec, że oto stoi pod bramą lubanickiej świątyni. Wiele tam zobaczy! Wichry reformacji, i nie tylko one, zostawiły tu liczne ślady. Ale o tym opowie wędrowiec nie za tydzień, bo z uwagi na Apokalipsę pannie Kasi Kulikowskiej miejsca ustąpi, lecz za dwa tygodnie. W kolejnym odcinku, bo sporo ma do opowiedzenia.

3Brama wiodąca na teren kościoła. Co się za nią kryje? Ta kapliczka po prawej też ma swoje znaczenie dla naszej historii. Ale o tym za dwa tygodnie.

Nie ma Jaszkowic

Ciąg dalszy opowieści sprzed tygodnia

Tomasz Fetzki

7Tak czy inaczej, nie ma Jaszkowic. (…) … prawie nic. Prawie, bo paradoksalnie nie przeminęło to, co jest przemijania symbolem. Tak jak w bieszczadzkich Berehach, został cmentarz. Wprawne oko miłośnika klimatów sepulkralnych bez problemu wychwyci wśród sosnowego zagajnika lipową alejkę.

Aleja cmentarna

8Nagrobki, rozrzucone wśród drzew przez los…

9…przypadek, kto wie, co jeszcze; a przecież wyglądają tak, jakby …

10…układał je scenograf, godzien Oscara.

Wokół, otulone roślinnością leśnego podszytu, leżą nagrobki. Co jest bardziej egzotyczne: odczytywanie inskrypcji rytych cyrylicą gdzieś tam, u podnóża połonin, czy napisów kutych szwabachą gdzieś tutaj, pośród łużyckich borów? Trudno ocenić. Ale czytamy, i dowiadujemy się na przykład, że tu oto spoczywa, wraz ze swą małżonką, Generalmajor, Victor von Aigner. Tajemnicza postać. Tekst na kamieniu nagrobnym głosi, iż urodził się we Wrocławiu, zaś życie zakończył w Legnicy. Co więc go łączyło na tyle silnie z Jeschkendorfem, iż tu jego szczątki czekają dnia Sądu? Panowie generałowie lubią nieco bardziej prestiżowe miejsca wiecznego spoczynku; Colombey-les-Deux-Églises to raczej wyjątek, a nie reguła. Ale to nie jedyny sekret generała majora. Gdzie zdobył swoje generalskie szlify? Żył wszak w latach 1837-1907. Podczas wojny francusko-pruskiej? Trzydziestoczteroletni generał? Mało prawdopodobne, choć oczywiście możliwe. W Wielkiej Wojnie 1914-1918 von Aigner wziąć udziału już nie zdążył. Więc gdzie? Ciśnie się do głowy myśl nieprzyjemna, że niewykluczone niestety, iż Herr Generalmajor awansował w jakiejś wojence kolonialnej. Może z pruską skrupulatnością tępił Herrero i Namaqua? A może najniewinniejszy był to człowiek pod słońcem, zaś zasłużył się po prostu solidną pracą sztabową, pole bitwy znając tylko z opowiadań? Nie wiem, nie dotarłem do żadnych danych. Może ktoś z czytelników pomoże rozwikłać tę zagadkę. Zresztą nieważne: Gefreiter, Generalmajor, czy nawet Generalfeldmarschall. Ostatecznie los jednaki każdemu przeznaczon. Sic transit gloria mundi.

11Tyle zostało po generale majorze. Tak oto przemija chwała tego świata.

I tak przeminęła chwała Ježkojców, które stały się Jeschkendorfem, a nie zdążyły stać się Jaszkowicami.
Ludzie opuścili wioskę. Wydawałoby się, że nie będzie komu dbać o porzucone groby. Ale tak nie jest: zadbała o nie sama przyroda, która znów tutaj zakrólowała. Ona pamięta i ozdabia, jak umie. A umie wspaniale!

12Przyroda nie zapomniała – niezabudki na jaszkowickim cmentarzu.

13I kto może się równać z dekoratorskim kunsztem przyrody?!

Poza tym bądźmy sprawiedliwi: są i tacy ludzie, którzy nie zapomnieli. To wszyscy ci, pławiący się w smudze cienia, którzy pieszo i rowerami przemierzają łużyckie bory, w poszukiwaniu tego, co duszoszczypatjelne. Oni przystaną, pomyślą, czasem zapalą świeczkę (ach, pięknoduchy; przecież to środek lasu!).

14To nie „ustawka” – świeczkę zastałem już postawioną, zaś fotografię wykonałem kilka dni po Wielkanocy. Ktoś tu wtedy był.

Pozdrowienia ze smugi cienia! Zapraszamy na szlak. Tylko bądźcie ostrożni. Wraz z dziką przyrodą wróciły do Jaszkowic duchy z prastarych łużyckich legend. Choćby Wodnik czyli Wodny Muž, na Dolnych Łużycach zazwyczaj Nyksem zwany. Oj, potrafi on zwodzić wędrowców i zabełtać im w głowach! A że Nyksa spotkamy, rzecz niemal pewna: Złota Struga w ježkojskich lasach to siedziba piękna i ze wszech miar godna Nyksa. Czy ktoś zaprzeczy?

1516Nyks widziany oczyma jednego z najwybitniejszych serbołużyckich artystów: Měrćina Nowaka-Njechorńskiego.

Złota Struga w Jaszkowicach:
o, dobra rzeko, o mądra wodo…

Jaszkowice – reportaż poetyzujący

Tomasz Fetzki

Ponieważ to mój literacki debiut, najpierw skreślić muszę kilka słów niezbędnego wprowadzenia. Kocham literaturę, ale na co dzień zajmuję się tekstami naukowymi. I raz po raz stwierdzam, że ten szpagat pomiędzy nauką a sztuką to moje przekleństwo: dobrym naukowcem nie będę, bo mnie co rusz ponosi skłonność do zabawy słowem, prawie do pajacowania i w efekcie, zamiast prowadzić naukowy dyskurs, zaczynam opowiadać bajki; zaś dobrym literatem też nie będę, bo mi skrzydła fantazji pęta skłonność do systematyzowania oraz zakorzeniania wszystkiego w faktach potwierdzonych źródłowo. No trudno, artystą nie, ale może przynajmniej dobrym rzemieślnikiem mam szansę zostać – tacy też są potrzebni: ostatecznie nie codziennie je się muffinki i bezy, czasem można, a nawet należy, przegryźć uczciwego, ciemnego razowca (coś wspominałem o pajacowaniu…).
I w myśl powyższych refleksji już wiem, że mój tekst na blog to nie będzie ani rozprawka naukowa, ani misterna miniaturka prozy poetyckiej (jak mi się marzyło), a po prostu… reportaż. Chciałoby się rzec – reportaż poetycki, ale na miano autora takowego trzeba zapracować – więc zgódźmy się na „reportaż poetyzujący”. Dodam (ta skłonność do pajacowania jest silniejsza ode mnie), że jeśli tekst się spodoba czytelnikom, nie dopuszczę, aby został jedynakiem.

Jaszkowice – reportaż poetyzujący

Niektórzy, trudno powiedzieć czemu, nie wchodzą w smugę cienia około czterdziestki, ale tkwią w niej właściwie od zawsze. A jeszcze jak się zdarzy, że ktoś taki dorastał w jednym z miast na Ziemach Odzyskanych, to mamy nieuchronny efekt w postaci wrażliwości na wszystkie ślady dawnych katastrof dziejowych. I wyczulenia na to, co uzmysławia presję przemijania: stare niemieckie napisy (odkrywane choćby i na płytach otworów kanalizacyjnych), zatarte tablice epitafijne, pocztówki z dawno minionymi krajobrazami. I mamy skłonność do kosztowania smaczków smuteczku.

Kiedyś zdarzyło się, że ktoś taki, smugą cienia okryty, wyruszył „młodzieńcem będący” w podróż na ówczesne krańce świata, na drugi koniec Polski, w dzicz. Wtedy, w połowie lat osiemdziesiątych strasznego wieku dwudziestego, Bieszczady to jeszcze naprawdę była dzicz. Owszem: do Soliny czy Polańczyka dotarła jakaś cywilizacja: hotele, przystanie, ale dalej? Ale na południe od Otrytu? Pustka, bezkres połonin, dziurawe drogi i lasy, lasy, lasy… Całe zbocza pokryte szarą olszą, która, jak wiadomo, porosła dawne pola uprawne. Pola, których nie było już komu uprawiać. Bo Zmierzch Bogów, akcja „Wisła”, łuny pożarów. Zostały nazwy, brzmiące cokolwiek egzotycznie: Berehy, Rosochate, Tworylne. Tylko nazwy. Wioski umarły.

Nooo, dla tkwiącego w smudze cienia takie miejsca to gratka nie lada! Dalejże myszkować po zaroślach i szukać resztek fundamentów spalonych domostw. Odczytywać z trudem i zdziwieniem zatarte napisy cyrylicą kute w kamieniach nagrobnych. Rozkoszować się nostalgią. A wieczorem wzruszać niemal do łez, gdy przy ognisku ktoś z wielkim przejęciem (co do kunsztu, to różnie bywało…) zaczynał śpiewać:
W rozstrzelonej chacie rozpaliłem ogień…
I dalej tęsknie zawodził:
Święty Mikołaju, opowiedz, jak tu było
Jakie pieśni śpiewano, gdzie się pasły konie
A potem zgrzytały te słowa dziwnie nieprzyjemne:
A on nie chce ze mną gadać po polsku
Z wypalonych źrenic tylko deszcze płyną
Starcze, nauczę twoje dziecię po łemkowsku
Będziecie razem żebrać w malowanych wioskach.

Wtedy nie wiedziałem, ani nie rozumiałem: co za żale ma do nas Swjatyj Mykoła, że taki nieprzejednany. Potem dowiedziałem się. Ale dalej nie rozumiem. W ogóle mam wrażenie, iż człowiek z wiekiem tylko po to więcej wie, żeby więcej mieć do nierozumienia.

W każdym razie z pewnością wiem więcej. Na przykład to, że nie trzeba jechać na drugi koniec kraju, na ukraj, żeby móc się pławić w wytrawnej nostalgii smugi cienia. Bo Zmierzch Bogów miał iście kosmiczny wymiar i pozostawił ślady w wielu miejscach. Umarłe wioski można znaleźć nie tylko w Bieszczadach. Są i na zachodzie. Na Ziemiach Odzyskanych. Na Łużycach.

Między Żarami a Żaganiem też tylko lasy, lasy, lasy… Głównie bór żywicą pachnący. Ale nie pozwól, by ta woń pogrążyła twą czujność w drzemce. Nagle, nie wiadomo kiedy, wśród swojskich sosen pojawia się… no owszem, iglak, ale trochę nie z tej bajki. Ba, nie z tego kontynentu. Cyprysiki na niżu środkowoeuropejskim nie rosną. Chyba, że ktoś je posadzi. Na przykład w przydomowym ogródku. Bo tu kiedyś był przydomowy ogródek! Dom zniknął, ogródka nie ma, ale cyprysik wybujał nad podziw, w potężne drzewo.

1Cyprysik pośród sosnowego boru.

2Jaki to dokładnie gatunek? Stawiam na cyprysik Lawsona – przybysza z Kalifornii. Ale może ktoś mnie poprawi?

Teraz wystarczy rozejrzeć się dokładnie wokół. Więcej tu takich gości (ujmując fachowo – gatunków introdukowanych), choćby przybysz z Turcji, czyli poczciwy kasztanowiec. U nas już zadomowiony i pospolity, ale – dalibóg – nie w środku lasu! Wszystkie te drzewa zostały posadzone: przy drodze, w ogródku, jak to na wiosce. Bo tu była wioska! I to od dawna. Dokumenty wymieniły ją pierwszy raz w roku 1381, ale oczywiście istniała dużo wcześniej. Początkowo, jak wszędzie wokół, mieszkali w niej Serbołużyczanie, a jej nazwa w języku tych zachodnich Słowian brzmiała Ježkojce. Potem, też jak wszędzie wokół, skład etniczny ježkojczan stopniowo się zmieniał. W dziewiętnastym wieku w śródleśnej osadzie Jeschkendorf mieszkali już tylko Niemcy. Jeschkendorf zwischen Sorau und Sagan. Jeschkendorf – wioska graniczna: Żary to jeszcze Dolne Łużyce (dziś uznawane wręcz za stolicę polskich Łużyc), ale Żagań to przecież już Śląsk.

3Był Jeschkendorf – stare mapy nie kłamią.

Piękna to musiała być wioska: wszędzie wokół lasy i niewielka, choć urocza rzeczka Sochre (Żarka, częściej zwana Złotą Strugą), meandrująca w głębokich jarach. Rzekł Klasyk, iż byt określa świadomość, więc aktywność mieszkańców została zdeterminowana lokalizacją. Wydaje się, iż stosunkowo wcześnie Jeschkendorf stał się, bo stać się musiał, raczej wilegiaturą, niż wioską rolniczą. Pałacyk, jakieś wille, no i kilka młynów, poruszanych nurtem Złotej Strugi.

4Stare fotografie – pewnie nie kłamią, choć nieco koloryzują: aż tak sielsko, anielsko chyba nie było.

Przecież ze zwykłą, rolniczą wioską, nie miałby raczej związków Generalmajor, Victor von Aigner (do którego jeszcze wrócimy). Byle gdzie nie rezydowałby również najsłynniejszy chyba mieszkaniec Jeschkendorfu, Oberst Friedrich von Lindeiner-Wildau, komendant Stalagu Luft III. Tak, tak: tego stalagu od Wielkiej Ucieczki, rozsławionej filmem z kreacjami takich gigantów, jak Steve McQuinn, Charles Bronson, Donald Pleasence czy James Coburn.
Daleko do „pracy” pan pułkownik nie miał: odległość Jaszkowic od Żagania to mniej niż pięć kilometrów. Zresztą przysługiwał mu służbowy samochód. Tak naprawdę ten przekąs, ukryty pod cudzysłowem, w jaki wziąłem słowo praca, nie jest do końca sprawiedliwy: akurat Friedrich von Lindeiner-Wildau zasłynął jako jeden z najbardziej ludzkich i honorowych komendantów obozów jenieckich, o czym zgodnie zaświadczali nawet alianci. Tak czy inaczej – jeńcy uciekli (krwawe tego skutki znamy), a von Lindeiner stracił stanowisko i opuścił Jeschkendorf. Ale czym to wszystko było wobec faktu, że już niecały rok później do Żagania, Jaszkowic, Żar i jeszcze dalej na zachód dotarły hordy…, o przepraszam, wymsknęło mi się!, oddziały pokój miłującej Armii Czerwonej?
No i nastąpił ten kosmiczny niemalże Götterdämmerung. A po nim – by pozostać w konwencji – równie apokaliptyczny Völkerwanderung. Większość opuszczonych przez Niemców miast i wsi zostało powtórnie zasiedlonych, ale niektóre, z różnych powodów, porzucono.
Dlaczego taki los spotkał Jeschkendorf? Działania wojenne nie zostawiły tu zniszczeń. Ponadto przecież i położenie wobec okolicznych miast korzystne, i linia kolejowa ze stacyjką, i w tak pięknych okolicznościach przyrody… Czyżby szabrownicy działali zbyt gorliwie? A może za mało osadników przybyło w te strony? Krążą legendy (dla zachowania intelektualnej uczciwości zaznaczam, iż nie znalazłem źródłowego dla nich potwierdzenia), że saperzy Ludowego Wojska Polskiego urządzili tu sobie poligon. Ponoć najbardziej znęcali się nad młynem – bo duży, murowany, aż się prosił, żeby go zaminować i wysadzić – w celach ćwiczebnych, oczywiście! Jak mówią Włosi: jeśli nie jest to prawdą, to dobrze wymyślono.

5 Młyn jaszkowicki – ofiara adeptów rzemiosła saperskiego?

Tak czy inaczej, nie ma Jaszkowic. Zostały ruiny młyna, tu i ówdzie zarysy fundamentów, kupki gruzu. Został też mostek, na niektórych mapach określany jako holenderski. Co w nim niderlandzkiego, trudno zgadnąć, ale mostek jest ładny sam w sobie, a jeszcze ładniej położony i romantycznie komponuje się ze Złotą Strugą, żwawo pod nim płynącą.

6Mostek, a Struga pod nim nie tylko Złota, ale i wartka.

Więcej prawie nic. Prawie, bo paradoksalnie nie przeminęło to, co jest przemijania symbolem. Tak jak w bieszczadzkich Berehach, został cmentarz.

Ciąg dalszy za tydzień

Gender jako postawa życiowa

Poniższy tekst był głosem w dyskusji (“by nie rzec – pyskówie” jak informuje Autor) na temat gender podczas konferencji studenckiej w Łużyckiej Wyższej Szkole Humanistycznej imienia Jana Benedykta Solfy w Żarach w dniach 30/31 marca 2012 roku: “Nowe wyzwania stojące przed pedagogiką przedszkolną i wczesnoszkolną ‘w epoce gender’. Ujęcie problemu z perspektywy dziecka i wychowawcy”.

Tomasz Fetzki

Gender jako symbol i przykład rewizjonizmu – postawy pożądanej w zawodzie pedagoga

Wstęp

Żyjemy w epoce ciągłych, gruntownych przemian, obejmujących całokształt otaczającej nas rzeczywistości. Zmienia się nasz sposób myślenia o świecie, zmieniają się wartości wyznawane przez społeczności, a przy tym przekształcają się struktury tychże społeczności. Modyfikacjom ulega teorię oraz praktyka i organizacja działania w licznych dziedzinach życia.
Stwierdzenia powyższe są truizmem, zjawiska te opisano wielokrotnie i nie wymagają one dodatkowych wyjaśnień. Warto jednak zastanowić się, co z tego oczywistego faktu wynika dla współczesnych pedagogów.
Problem dotyczy zarówno teoretyków, naukowo zajmujących się pedagogiką, jak też praktyków – nauczycieli i wychowawców, zmagających się w codziennej pracy z wyzwaniami epoki przemian, a także studentów pedagogiki, czyli osób, których ambicją jest (a przynajmniej być powinno) jak najlepsze przygotowanie się do sprostania trudom działalności edukacyjnej w środowisku ciągłej i gruntownej zmiany. Wszyscy oni muszą być świadomi tych procesów i gotowi do aktywnego w nich udziału. Jedynie taka postawa gwarantuje twórcze i efektywne wypełnianie zadań związanych z zawodem pedagoga.

Gender, czyli symbol radykalizmu

Temat konferencji, podczas której niniejszy tekst został wygłoszony, to Nowe wyzwania stojące przed pedagogiką przedszkolną i wczesnoszkolną w epoce gender. Można przyjąć, iż „gender” rozumiemy w tym wypadku przede wszystkim jako symbol postawy radykalnej. Przez cały okres istnienia ludzkości (przy czym mamy na myśli wszystkie właściwie cywilizacje stworzone przez człowieka), poglądy i stereotypy wyraźnie rozgraniczające repertuar ról, zachowań oraz praw i obowiązków przypisanych do każdej z płci, były ściśle określone, a przy tym stabilnie umocowane w świętych księgach poszczególnych religii czy w różnorodnych kodeksach prawnych. Wydawały się czymś absolutnie nienaruszalnym, a nawet niekwestionowanym. Świat wokół mógł się zmieniać w każdej z dziedzin, ale miejsce kobiety w tym świecie pozostawało niezmienione: rewolucjoniści francuscy, ogłaszający z tak wielkim entuzjazmem w roku 1789 Deklarację Praw Człowieka i Obywatela, dwa lata później kompletnie zignorowali Deklarację Praw Kobiety i Obywatelki, a żywot jej autorki, Olimpii de Gouges, przerwało ostrze gilotyny .
Jednak, jak się okazuje, w dorobku człowieka nie ma niczego, co prędzej czy później, nie zostałoby przez tegoż człowieka zakwestionowane. W drugiej połowie XX wieku przyszedł czas na podważenie niezmiennych, wydawałoby się, stereotypów związanych z rolami społecznymi przypisanymi do każdej z płci. W pewnym uproszczeniu można przyjąć, że tym właśnie jest filozofia gender. Pojęcie „gender”, przywołując swój desygnat , w wyrazisty, symboliczny i niejako demonstracyjny sposób sygnalizuje, jak bardzo gruntowna czeka nas rewizja tradycyjnego rozumienia znaczeń i kontekstów rzeczywistości podlegającej gwałtownym przemianom – nie tylko w sferze ról związanych z płcią, ale w każdej dziedzinie życia. Konieczności przyjęcia takiej właśnie, rewizjonistycznej postawy, poświęcony jest niniejszy referat.

Rewizjonizm, czyli postawa kreatywna

Pojęcie „rewizjonizm” nie jest jednoznaczne. W najwęższym rozumieniu encyklopedycznym oznacza ono próby zmiany teoretycznych podstaw koncepcji K. Marksa i F. Engelsa, następnie – koncepcji uzupełnionej przez Lenina i Stalina, wreszcie – poglądów uznanych za ortodoksyjne i obowiązujące przez aktualnych przywódców ruchu komunistycznego. W takim ujęciu klasycznymi rewizjonistami byli Jacek Kuroń i Karol Modzelewski, autorzy Listu otwartego do Partii. To rozumienie pojęcia „rewizjonizm”, ze względu na uwarunkowania historyczne, jest najbliższe większości osób, które doświadczyły życia w ustroju „powszechnej szczęśliwości”. Pretekstem dla prezentacji niniejszego tekstu jest jednak konferencja studencka, zaś dzisiejsi studenci to grupa, którą szczęśliwie ominęło takie doświadczenie. Nie ma więc żadnego powodu, aby ograniczali się oni do zawężonego i „uwikłanego politycznie” rozumienia pojęcia „rewizjonizm”. Powróćmy zatem do jego pierwotnego znaczenia i przyjmijmy, iż oznacza on po prostu domaganie się zmiany ustalonego porządku, istniejącego stanu rzeczy, obowiązujących koncepcji i poglądów. Tak rozumiany rewizjonizm ma zastosowanie w każdej właściwie dziedzinie życia. W takim znaczeniu używa go na przykład Józef Hen, opisując konflikt rozgrywający się między dwoma wielkimi krytykami literackimi dwudziestolecia międzywojennego: No i krzywi się [Irzykowski]: „Nigdzie ani krzty rewizjonizmu”, podczas gdy Boyowi wydaje się, że trudno o większy rewizjonizm niż przekonać publiczność do Villona, Rabelais’go, Montaigne’a, Racine’a.
Autor niniejszego opracowania nie bez przyczyny poświęca sporo uwagi wyjaśnieniu pojęcia „rewizjonizm”, nieprzypadkowo także przywołuje (pozornie odległe tematycznie) słowa Hena. Chodzi mu bowiem o to, aby przed przystąpieniem do analizy meritum zagadnienia, precyzyjnie określić pozycję, z jakiej analiza ta zostanie przeprowadzona. Zwłaszcza zaś zależy mu na podkreśleniu dynamicznego i kreatywnego charakteru rewizjonizmu. Bowiem rewizjonista to nie malkontent, który krytykuje, kwestionuje czy podważa cokolwiek z powodu złośliwości lub dla samej „przyjemności niszczenia”. Przeciwnie, rewizjonizm (tak, jak rozumie go autor) ma na celu, poprzez sformułowanie zarzutów czy wątpliwości, „wypróbowanie” wartości danej koncepcji (w myśl refleksji biskupa Ignacego Krasickiego, twierdzącego w Monachomachii, iż Prawdziwa cnota krytyk się nie boi). Nie chodzi więc o burzenie, ale o budowanie – tyle, że na oczyszczonych i wzmocnionych fundamentach.
Logiczną konsekwencją takiego rozumienia rewizjonizmu może być postawienie następującej tezy: Bez odwagi rewizjonistów postęp nie jest możliwy. Teza ta, jak się wydaje, ma zastosowanie również w dziedzinie teorii i praktyki pedagogicznej. Aby uwiarygodnić takie stwierdzenie, autor chciałby przywołać postacie dwóch wybitnych pedagogów, których bez wątpienia można określić mianem „rewizjonistów”.

Séguin i Korczak, czyli rewizjonizm pedagogiczny

Wybór postaci pedagogów – rewizjonistów dla niniejszego opracowania nie jest przypadkowy. Wynika on oczywiście z preferencji autora tekstu, ale nie tylko, a nawet nie przede wszystkim, stąd. Istotniejszy jest fakt, iż w roku 2012, w którym odbywa się nasza studencka konferencja, obchodzimy dwie rocznice: 200-lecie urodzin pierwszej Séguina i 70-lecie męczeńskiej śmierci Korczaka.
Obaj uczynili wiele dla rozwoju pedagogiki i obaj zasługują na naszą pamięć oraz uwagę. Z postacią Edouarda Séguina większość uczestników konferencji oraz czytelników niniejszego tekstu styka się prawdopodobnie po raz pierwszy. Mimo to jego biografia i dokonania, ze względu na charakter opracowania, zostaną przedstawione skrótowo; podkreślę jedynie te wątki, które świadczą o rewizjonizmie Burgundczyka. Z kolei Janusz Korczak to postać powszechnie znana, można go uznać niemalże za „znak firmowy” pedagogiki polskiej. Dlatego tym bardziej nie ma potrzeby dokładnej prezentacji postaci Starego Doktora; analizie zostanie poddany również jedynie „rewizjonistyczny aspekt” jego dorobku pedagogicznego.
Édouard-Onésime Séguin (1812-1880) przyszedł na świat 20 stycznia 1812 roku w burgundzkim mieście Clamecy, jako syn miejscowego lekarza. Ukończył kolegium w Auxerre i liceum Saint-Louis w Paryżu. Następnie podjął studia na wydziale prawa Sorbony. W tym okresie pisał dla stołecznej prasy artykuły z zakresu krytyki sztuki, zaangażował się też politycznie, uczestnicząc w działalności grupy radykalnych rewolucjonistów, socjalistów utopijnych.
W roku 1837 w życiu Séguina nastąpił przełom. Przebył ciężką chorobę, porzucił dotychczasowe zainteresowania i całkowicie poświęcił się pracy z osobami niepełnosprawnymi intelektualnie, które w tamtej epoce były określane mianem „idiotów”. Pierwszym efektem naukowym tych działań była, wydana w roku 1839, broszurka Résumé de ce que nous avons fait depuis 14 mois (Podsumowanie tego, czego dokonaliśmy podczas 14 miesięcy), w której przedstawił zręby swej teorii pedagogicznej. W roku 1840 Séguin otworzył prywatną szkołę przy ul. Pigalle 6; była to pierwsza w dziejach szkoła dla dzieci niepełnosprawnych intelektualnie. Następnie przez pewien czas pełnił funkcję nauczyciela-wychowawcy kolejno w Hospicjum dla Nieuleczalnie Chorych i w szpitalu Bicêtre. W wyniku nieporozumień i konfliktów z administracją i z lekarzami w grudniu 1843 roku opuścił Bicêtre i ponownie otworzył prywatną szkołę. Przede wszystkim jednak publikował. W 1846 roku ukazuje się opus magnum Séguina, czyli Traitement moral, hygiène et éducation des idiots (Terapia moralna idiotów, ich higiena i edukacja). W książce tej przedstawił dojrzałą koncepcję pracy z osobami upośledzonymi, którą nazwał „metodą fizjologiczną”. Dzieło to zostało jednak zignorowane przez większość środowiska lekarskiego z którym, jak wspomniano, Séguin pozostawał w konflikcie. Podczas Rewolucji Lutowej 1848 roku znów zaangażował się po stronie radykalnych rewolucjonistów. W następstwie tych wydarzeń stał się we Francji osobą niemile widzianą – zarówno ze względów politycznych, jak i zawodowych.
W związku z tym w roku 1850, wraz z całą rodziną, emigruje do Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Dzięki wcześniejszym wizytom amerykańskich lekarzy i pedagogów we Francji Édouard Séguin był już znany w USA. Podczas trzydziestu lat pobytu tam Séguin miał możliwość zastosowania w licznych instytucjach swej metody edukacji niepełnosprawnych intelektualnie. W roku 1862 uzyskał tytuł doktora medycyny, zaś sześć lat później opublikował angielskojęzyczną wersję Traitement moral, znacznie wzbogaconą i uzupełnioną o doświadczenia zdobyte w Ameryce. Książka nosi tytuł Idiocy and its treatment by the Physiological method (Idiotyzm i jego terapia metodą fizjologiczną). Zmarł w Nowym Jorku, w siedzibie założonej przez siebie na Manhattanie Séguin Physiological School.
Tak pobieżnie naszkicowany życiorys nie wskazuje wprost, jakie jest znaczenie działalności Séguina dla rozwoju pedagogiki, ani na czym polega jego rewizjonizm. Podkreślmy więc wyraźnie: Edouard Séguin to twórca pedagogiki osób niepełnosprawnych intelektualnie. Jako pierwszy postulował zastosowanie w stosunku do tych osób oddziaływań o charakterze pedagogicznym, a nie medycznym i farmakologicznym, jak to miało miejsce wcześniej. Utworzył pierwszy ośrodek dla osób niepełnosprawnych intelektualnie, mający stricte pedagogiczny charakter, objął terapią liczne dzieci dotkniętych różnorodnymi formami i stopniami niepełnosprawności intelektualnej, stosując swe metody w ośrodkach różnego typu i działając w kilku krajach. Ponadto, na podstawie bogatych doświadczeń praktycznych, stworzył przemyślaną, usystematyzowaną i rozwiniętą koncepcję edukacji i terapii dzieci niepełnosprawnych intelektualnie, którą nazwał, jak już wspomniano, „metodą fizjologiczną”.
Przedstawione powyżej dane uzasadniają, jak się wydaje, opinię o wielkim znaczeniu Édouarda Séguina dla rozwoju pedagogiki. Pozostaje odpowiedzieć na pytanie: „w czym przejawia się jego rewizjonizm”? Najprościej można by odpowiedzieć: „w tym, iż w ogóle uznał, że osoby niepełnosprawne intelektualnie zasługują na terapię i edukację”. Dla człowieka współczesnego, zwłaszcza dla studenta pedagogiki w drugim dziesięcioleciu XXI wieku, ten postulat wydaje się oczywisty i takim rzeczywiście jest, ale gdy Séguin rozpoczynał swą działalność, był w swoich poglądach osamotniony. Nawet tak zasłużone dla rozwoju medycyny postacie i autorytety naukowe jak Philippe Pinel (który podczas rewolucji francuskiej uwolnił pensjonariuszy szpitali psychiatrycznych z kajdan i klatek, uznając, że są to ludzie chorzy, a nie opętani, w związku z czym należy ich leczyć, a nie represjonować i izolować) czy jego uczeń Jean-Etienne Dominique Esquirol, jeden z twórców nowoczesnej psychiatrii, uważały, iż osobom niepełnosprawnym intelektualnie całkowicie wystarczy zapewnienie godnych warunków materialnej egzystencji; w ich opinii edukacja osób z upośledzeniem umysłowym była bezcelowa, a nawet niewskazana.
Dopiero mając świadomość tych okoliczności, w pełni można docenić rewizjonizm Edouarda Séguina, wyrażający się w następujących słowach: Co się tyczy głuchoniemych i niewidomych, problem został rozwiązany pozytywnie, a osiągnięty sukces nie pozwala wątpić w ich pomyślną przyszłość; co do upośledzonych umysłowo – także osiągnięto sukces, lecz nie jest on tak oczywisty, gdyż sprawa jest świeża i niewielu jeszcze świadków może potwierdzić te dokonania; poza tym trzeba mieć na uwadze, że ci, którzy poświęcili tej sprawie swoje życie, nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa. Z tych powodów wciąż bardzo wielu ludzi kwestionuje możliwość edukowania upośledzonych umysłowo, jak też stopniowego przywracania im godności należnej człowiekowi.
Janusz Korczak (1878/79-1942) urodził się jako Henryk Goldszmit w rodzinie warszawskiego adwokata. Po ukończeniu rosyjskiego ośmioklasowego gimnazjum studiował medycynę na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu Cesarskiego w Warszawie, uzyskując w roku 1905 dyplom lekarza. Jako lekarz wojskowy uczestniczył w wojnie rosyjsko-japońskiej. Po powrocie do Warszawy podjął pracę w Szpitalu dla Dzieci im. Bersohnów i Baumanów.
Działał w środowisku polskim i żydowskim. W centrum jego aktywności, zarówno medycznej jak i pedagogicznej, było dziecko, szczególnie dziecko osierocone, samotne i krzywdzone. Dla dzieci żydowskich stworzył w roku 1912 Dom Sierot przy ul. Krochmalnej. Wraz z Maryną Falską współtworzył także Nasz Dom, czyli sierociniec przeznaczony dla dzieci polskich, ulokowany na warszawskich Bielanach.
Był autorem licznych prac naukowych i popularno-naukowych z zakresu pedagogiki (takich jak Prawo dziecka do szacunku, Jak kochać dziecko czy Dziecko salonu), napisał także wiele książek dla dzieci, z których najbardziej znane to Jośki, Mośki i Srule, Bankructwo małego Dżeka, Józki, Jaśki i Franki, a przede wszystkim Król Maciuś Pierwszy. Redagował Mały Przegląd – gazetę tworzoną przez i dla dzieci. Wygłosił też cykl pogadanek radiowych pod tytułem Gadaninki Starego Doktora.
Podczas okupacji hitlerowskiej znalazł się w warszawskim getcie, gdzie dalej kierował sierocińcem przeniesionym z ul. Krochmalnej, angażując się także w opiekę nad sierotami z innych ośrodków. Nie skorzystał z możliwości przejścia na „aryjską” stronę i, wraz z dziećmi oraz wychowawcami Domu Sierot, poniósł śmierć w komorze gazowej obozu zagłady w Treblince. Miało to miejsce 5 lub 6 sierpnia 1942 roku.
Jednak to nie całkowite – aż do ofiary życia – poświęcenie dla dzieci, przydało życiu i działalności Janusza Korczaka rewolucyjnego charakteru; ostatecznie nie on jeden poniósł śmierć wraz z powierzonymi swej opiece wychowankami . Tym, co w jego dorobku było i pozostaje najbardziej rewolucyjne, a więc rewizjonistyczne, to sposób, w jaki Stary Doktor traktuje dziecko i pozycja społeczna, w której chciałby je usytuować. Nieco ironicznie i zarazem melancholijnie Korczak charakteryzuje swe idee: Dzieci – to przyszli ludzie. Więc dopiero będą, więc jakby ich jeszcze nie było. A przecież jesteśmy: żyjemy, czujemy, cierpimy.
Dla Janusza Korczaka dziecko to nie „przyszły”, albo „niepełny” człowiek. To człowiek „tu i teraz”, a skoro tak, to już teraz należy mu się pełen szacunek, dokładnie taki sam, jak człowiekowi dorosłemu. Przywołajmy jeszcze raz słowa samego Korczaka, aby udowodnić, że powyższa teza to nie jedynie efekt nadinterpretacji autora niniejszego opracowania:
(…) Są jakby dwa życia: jedno poważne, szanowne, drugie pobłażliwie traktowane, mniej warte. Mówimy: przyszły człowiek, przyszły pracownik, przyszły obywatel. Że będą, że później zaczną naprawdę, że na serio dopiero w przyszłości. Pozwalamy łaskawie plątać się obok, ale wygodniej bez nich. (…) Szacunku dla bieżącej godziny, dla dnia dzisiejszego. Jak będzie umiało żyć jutro, gdy nie dajemy żyć dziś świadomym, odpowiedzialnym życiem?

Podsumowanie

Obserwacja (niekoniecznie wnikliwa) postaw licznych rodziców, wychowawców, nauczycieli oraz urzędników odpowiedzialnych za edukację i pomoc społeczną pozwala na wyciągnięcie, skądinąd niewesołego, wniosku, iż postulaty Edouarda Séguina i Janusza Korczaka wciąż pozostają dla sporej części społeczeństwa zbyt radykalne, by potraktować je poważnie. Nie chodzi o zmiany w sferze deklaratywnej: o prawach dzieci niepełnosprawnych do edukacji i dzieci w ogóle do szacunku, mówi się dużo i chętnie. Niestety, praktyka nader często wskazuje, że te idee nie są brane na serio.
Sytuacja taka z jednej strony świadczy skali rewizjonizmu Séguina i Korczaka, z drugiej zaś tym dobitniej przekonuje nas, iż postawa rewizjonistyczna jest w zawodzie pedagoga pożądana. Przed opiekunami, wychowawcami, nauczycielami i terapeutami pozostaje jeszcze wiele przesądów do obalenia, głupoty do wyśmiania, niesprawiedliwości do wyrównania i krzywdy dziecka, którą koniecznie trzeba usunąć. Pedagog po prostu nie może nie dostrzegać zła, ani tym bardziej godzić się z nim, tłumacząc, że „tak robią wszyscy”.
Warto, aby taką refleksję, „rewizję” własnych poglądów i postaw, przeprowadził każdy pedagog, szczególnie zaś każdy student pedagogiki. Oby niniejszy tekst i cała konferencja studencka stały się impulsem dla tej refleksji.

Bibliografia:
1. Barszczewska, L., Milewicz, B. (red.), Wspomnienia o Januszu Korczaku. Tom I. Warszawa: Nasza Księgarnia, Warszawa 1981.
2. Bradley H., Płeć, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2008.
3. Fetzki T., Jubileusz dwóchsetlecia narodzin Édouarda Séguina; u źródeł pedagogiki specjalnej, Szkoła Specjalna, nr 1, 2012, s. 64 – 70.
4. Fetzki T., Édouard Séguin, twórca pedagogiki osób niepełnosprawnych intelektualnie, Szkoła Specjalna, nr 2, 2012, s. 147 – 156.
5. Hen J., Błazen – wielki mąż. Opowieść o Tadeuszu Boyu – Żeleńskim, Wydawnictwo ISKRY, Warszawa 1998.
6. Iwasiów I., Gender dla średnio zaawansowanych. Wykłady szczecińskie, W.A.B., Warszawa 2004.
7. Korczak J., Pisma wybrane t. I – IV [wybór: Aleksander Lewin], Nasza Księgarnia, Warszawa 1978.
8. Korczak J., (1958). Wybór pism pedagogicznych. Tom I – II, PZWS, Warszawa 1958.
9. Kuroń J., Żakowski J., PRL dla początkujących, Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 1995.
10. Nowa encyklopedia powszechna PWN, tom 5, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1996.
11. Olczak – Ronikier J., Korczak, Próba biografii, Warszawa, Wydawnictwo WAB 2011.
12. Séguin É., Traitement moral, hygiène et éducation des idiots et des autres enfants arriérés ou retardés dans leur développement, Comité d’histoitre de la Sécurite sociale, Paris 1997.
Strony internetowe:
http://www.quercy.net/hommes/odegouges.html (dostęp dnia 03.03.2012).