Berlin leuchtet

Tomasz Fetzki

Berlin świeci. Berlin zaskakuje. Mieni się kolorami. Drga iluminacją. Przez kilkanaście październikowych wieczorów najważniejsze stołeczne gmachy odsłaniają zupełnie nowe, świetliste, chciałoby się rzec, oblicze. Właśnie trwa Festiwal Świateł! W tym roku odbył się już jedenasty raz. Viator skłamałby i zaparł się samego siebie, gdyby stwierdził, że nie lubi piwa. Ale prawdziwy Oktoberfest to właśnie Festiwal Świateł. Złocistym napojem można się delektować gdzie indziej i kiedy indziej. Zaś TAKĄ berlińską katedrę można zobaczyć tylko w Berlinie i tylko w październiku. Viator i Viatorka wraz z Ewą Marią oglądali ją w ostatnią sobotę. A tym, co zobaczyli, chcą się podzielić.

Braki profesjonalizmu fotografii wyrównuje z nawiązką siła autentyzmu… Nieprawdaż?

17 września 1939

Wpis numer 1000!

Tomasz Fetzki

Nieprzeliczone dzieci Soso

Jacek Kaczmarski tworzył trzy rodzaje utworów: dobre, bardzo dobre i wybitne. Ten, którego za chwilę, Gościu, wysłuchasz, plasuje się gdzieś między drugą a trzecią kategorią. Co jest tym bardziej wyczynem, że powstał w konwencji doraźnej publicystyki, a właściwie – tępej propagandy. Mógłby się obejść bez słowa komentarza z mojej strony, a i tak ciary by Cię, drogi Słuchaczu, przeszły we wszystkich kierunkach.

I taki był pierwotny plan. Zmienił się ze względu na jubileusz tysiącwpisu i na kilka innych okoliczności, o które mniejsza… Ale obiecuję, będzie krótko.

Po co w ogóle obchodzić rocznice, zwłaszcza złe i smutne? Zdarza mi się w różnych okolicznościach, bardziej lub mniej profesjonalnych, popularyzować wśród młodzieży wiedzę historyczną. A młodzież, jak to młodzież, zazwyczaj ma historię w nosie. Nie o to idzie, że zła, zdemoralizowana czy z wypranymi mózgami jest ta dzisiejsza młodzież. Ich po prostu nie interesuje minione, bo nie dostrzegają żadnego przełożenia dawnych wydarzeń na swoje życie. Trzeba im jakoś (łatwo powiedzieć: jakoś!, jak?!) uświadomić, że historia trwa i wszyscy tkwimy w niej po szyję. A to się nijak nie uda bez własnego osobistego przetrawienia przeszłości.

Sporo przeczytałem i obejrzałem na temat Września. Sam, rzecz jasna, nie doświadczyłem tego czasu (łaska późnego urodzenia), więc usiłowałem się wczuć w przeżycia Ówczesnych. I wciąż jestem na początku drogi, jednak wydaje mi się, że musiało być tak: Pierwszy Września to wielki strach, ale podszyty nadzieją i rozgrzany patriotyzmem. Siedemnasty to zimna, bezsilna, naga rozpacz: samobójstwa (z tym najsłynniejszym, w Jeziorach) zaczęły się właśnie wtedy. Pieśń Jacka wyraża tę rozpacz tryumfem i bezsiłę potęgą: à rebours, o ileż dobitniej!

Są tacy, nawet dosyć liczni, którzy, zwłaszcza na okoliczność ostatnich i najbliższych wyborów, śpiewają ochoczo po kościołach Ojczyznę wolną racz nam wrócić, Panie! Chciałoby się im powiedzieć: Stuknijcie się w durnowate łby! Nie da się ukryć, są w Ojczyźnie rachunki krzywd, naprawiajcie je, jeśli potraficie. Ale nie bluźnijcie! Bo zedrzecie gardła na tym zbyt głośnym i zbyt wysokim, kompletnie nie w tonacji, śpiewie. I gdy przyjdzie prawdziwa potrzeba, nie wydacie z siebie nawet jęku. A ona może przyjść, wszak Fortuna dicitur caeca, ostatnio widać to wyraźnie. Dzieci Soso naprawdę są nieprzeliczone, co więcej, w wielu miejscach Ziemi trwa permanentny casting na nowego Soso.

Tak by się chciało im powiedzieć, ale po co? Oni raczej nie zbłądzą na ten blog. Lecz Ty, miły Gościu, słuchaj, pomyśl, poczuj.

Twardy komunista z cmentarza w Krościenku

Tomasz Fetzki

Twardy komunista z cmentarza w Krościenku

Jest niewielka, niepozorna i na dobrą sprawę można ją przeoczyć. Nic nie wskazuje na to, że do wybuchu ostatniej wojny ta osada nad Strwiążem, dopływem Dniestru, była jedną z największych i najbogatszych wsi w okolicy. Właściwie małym miasteczkiem: niemal półtora tysiąca mieszkańców, kościół, cerkiew, synagoga, ukraińska spółdzielnia przetwórstwa drzewnego, biblioteka oraz świetlica, polskie gniazdo organizacji Sokół. Wszystko dzięki doskonałemu położeniu, a zwłaszcza stacji kolejowej obsługującej tak ruch pasażerski jak i towarowy. Potem nadciągnęła zawierucha wojenna, część mieszkańców zginęła, część mniej lub bardziej dobrowolnie wyjechała, zaś w 1945 roku wioska znalazła się w strefie nadgranicznej… tyle, że po sowieckiej stronie granicy, która przecięła też linię kolejową, niwecząc jej znaczenie. Gdy zaś przyszedł roku 1951, w wyniku braterskiej wymiany terytoriów między naszym krajem a ZSRR (złoża węgla wokół Sokala w zamian za dzikie nieużytki okolic Ustrzyk Dolnych i Lutowisk; aż się prosi, by, wraz z Mozambickimi czworaczkami, zawołać: wy nam węgiel, my wam banana!) Krościenko – gdyż o nim oczywiście mowa – znalazło się na powrót w Polsce, ale znów w pobliżu granicy, która przebiega teraz niecały kilometr na wschód od wsi. I w tym kierunku podąża Viator, lecz na Ukrainę się nie wybiera. Nie tym razem, bo teraz ma na uwadze inny cel, który go już zresztą od dawna przyciągał, tylko jakoś tak dotąd nie złożyło się. Skądinąd, rozleniwiony faktem zamieszkiwania w strefie Schengen, od kilku lat nie może się Wędrowiec zebrać w sobie i wyrobić nowego paszportu.

Zatrzymać się trzeba zaraz za wioską. Oznakowanie, jakkolwiek niepozorne, jednak istnieje. Mały placyk typu klepisko, żadnego utwardzenia. Tam zostawia Viator samochód i pozostałe dwieście metrów pokonuje piechotą. Ścieżka zarośnięta i zaniedbana, ponadto trzeba naprawdę uważać, bo z obu jej stron rosną gąszcza wysokiego na ponad dwa metry barszczu Sosnowskiego. Monstrualne baldachy chwieją się przy najlżejszych podmuchach wiatru, grożąc poparzeniem. Ale czymże jest uraz spowodowany przez kontakt z Heracleum sosnowskyi, skoro w powietrzu unosi się coraz silniej zapach ukąszenia heglowskiego!

Jesteśmy na miejscu. Brama w miarę solidna, ale na szczęście furtka otwarta: nie będzie musiał Viator szukać dziury w płocie, tak, jak kilka dni wcześniej zmuszony był uczynić, aby się dostać na teren bejt-olam w Bobowej. Bo wejść tam musiał – innej opcji nie było. Tutaj bez problemu przekracza bramę, ozdobioną dwiema biało-błękitnymi chorągiewkami; dla pełnej jasności: miniaturami greckiej flagi państwowej.

Barwy narodowe Hellady gdzieś pośród beskidzkiej zieleni.

Cmentarz, by użyć ryzykownego sformułowania, czasy świetności ma już za sobą. Regularne pochówki ustały prawie czterdzieści lat temu, choć znaleźć można i groby XXI-wieczne. Trawa tudzież inne zielsko pleni się tutaj swobodnie i radośnie. Ale nagrobki zachowały się, generalnie, w przyzwoitym stanie. Napisy można odczytać bez problemu.

Bez problemu, o ile się, rzecz jasna, zna alfabet grecki. A jeśli nie, to też nie ma sprawy, bo większość inskrypcji oddano również łacinką.

Czas najwyższy, aby się Viator wytłumaczył z ewokowania woni heglizmu, którą jakoby da się tu wyczuć. Rzecz w tym, iż Grecy w Krościenku nie wzięli się przecież znikąd ani bez przyczyny.

Lata 1946-1949 nie były dla Hellady epoką wytchnienia po okrutnej nazistowskiej okupacji. Dwa różne pomysły na urządzenie państwa i społeczeństwa stały się przyczyną krwawego starcia, zwanego grecką wojną domową. Jak w wielu innych konfliktach tamtej złej, chorej na ideologię i nienawiść epoki, zwarły się w boju siły monarchistycznej prawicy z republikańską (a często komunistyczną) lewicą. Obie strony, tak jak wcześniej miało to miejsce choćby w Hiszpanii, stosowały terror, żadna nie wyszła z tych zmagań czysta. Armia królewska, dzięki poparciu Wielkiej Brytanii i USA, ostatecznie zwyciężyła. Liczni, naprawdę liczni czerwoni wraz z rodzinami musieli opuścić ojczyznę. Niemal piętnaście tysięcy z nich przybyło do Polski, zatrzymując się głównie na Dolnym Śląsku, zwłaszcza w Zgorzelcu. Po wspomnianej już tak zwanej korekcie granicy pewną ich część osiedlono w Krościenku i okolicznych wioskach. Niby dlatego, że górzyste okolice miałby im przypominać rodzinną Tesalię czy Macedonię, łagodząc gryzącą nostalgię. Inna rzecz, że coś z tymi ludźmi trzeba było zrobić, a dobrowolnie mało kto chciał wtedy tutaj przyjechać.

Zamieszkali przeto wśród podkarpackich pagórków, założyli spółdzielnię rolniczą Nea Dzoi czyli Nowe Życie, hodowali owce, uprawiali ziemię i próbowali sobie rzeczywiście życie na nowo ułożyć. Dominowali w miejscowym pejzażu społecznym do roku 1974, gdy większość z nich, korzystają z politycznych przemian w Grecji, wróciła do starej ojczyzny.

Niektórzy twierdzą, że świadomość, zdolność myślenia i refleksji, to nasze błogosławieństwo, inni – że przekleństwo. Jedno jest pewne: dar to uciążliwy i męczący. Stoi Viator pośród greckich nagrobków i myśli, myśli… choć wie, że odpowiedzi na swe pytania nie znajdzie. Bo jak sprawiedliwie i uczciwie zważyć, rozsądzić oraz ocenić tamte zwariowane czasy, trudne wybory życiowe, zaangażowanie, poświęcenie i ofiarę? Nie chodzi o oczywiste, jednoznacznie godne potępienia biografie czerwonych katów i cynicznych komunistycznych oprawców; dyskusja o nich jest zbędna. Ale co począć z tysiącami, jeżeli nie milionami tych, którzy szczerze wierzyli w nowy, lepszy świat i o niego walczyli? Gdyby wiedzieli wtedy to, co my wiemy dzisiaj, może wybraliby inaczej. A może nie. Zmarnowali najlepsze lata czy też nie? Powinni się wstydzić, czy przeciwnie – mają powody do dumy?

Kiedy myślimy o greckich komunistach i innych lewicowcach, musimy pamiętać o kilku ważnych sprawach. O ile chcemy, by nasza ocena była choć w miarę sprawiedliwa. Przede wszystkim spróbujmy się wczuć w ich sytuację: co my byśmy zrobili, gdybyśmy mieli okazję patrzeć, jak degeneraci, którzy jeszcze niedawno przez kilka lat gorliwie wysługiwali się hitlerowskim okupantom, uczestnicząc w prześladowaniu własnego narodu, teraz, jakby nigdy nic się nie stało, wracają do łask, więcej – stają się podporą nowego ładu? Po której byśmy stanęli stronie? A te szuje jeszcze kilka razy pokazały, na co je stać! Długo nie mogli przyjąć do wiadomości, że ich czas minął. Wszak ostatnim, excusez le mot, odbiciem tej czkawki, wybitnie sfermentowanej i nieświeżej, były jeszcze rządy czarnych pułkowników. To dopiero po ich upadku emigranci mogli bezpiecznie powrócić do domu. I o tym zapominać nie wolno. Poza tym warto mieć świadomość, że bojownicy Demokratycznej Armii Grecji w żadnym razie nie mogą być nazwani sowieckimi pachołkami. Walczyli na własny rachunek. Cień górala kremlowskiego tutaj nie straszył, bowiem ten, który palce tłuste jak czerwie w grubą pięść układa, a słowo mu z ust pudowym ciężarem upada, do spraw greckich się nie mieszał, oddając kraj aliantom zachodnim; dość miał do połknięcia i strawienia terenów bardziej na północ.

W centrum Krościenka wznosi się niepozorny pomnik. Postawili go miejscowi Grecy; przyjrzyjmy się, czyją pamięć sławi.

NIKOS BELOJANNIS CZŁONEK KC KPG
DZIAŁACZ MIĘDZYNARODOWEGO RUCHU ROBOTNICZEGO
BOHATER NARODU GRECKIEGO URODZ. 1915
STRACONY 30.III.1952
PRZEZ REAKCYJNY RZĄD GRECKI

Z Krościenkiem Nikos może i nie miał wiele wspólnego, ale z Polską jak najbardziej: tutaj przebywał czas jakiś jako emigrant. Mógł sobie bezpiecznie mieszkać dalej, ale tęsknota i poświęcenie sprawie pchnęły go do powrotu. A w ojczyźnie czekał na niego ustawiony polityczny proces i egzekucja, mimo, że na całym świecie protestowali przeciw niej ludzie, których często trudno posądzić o najmniejszą choćby sympatię dla komunizmu. Powszechnie znana jest wszak znamienna refleksja prawosławnego arcybiskupa Aten, Spirydona: Jestem głęboko poruszony etyczną wielkością Belojannisa. Przewyższa nawet tę u pierwszych chrześcijan, jeśli zważyć, że Belojannis nie wierzy w istnienie życia po życiu.

Niewątpliwie liczni mieszkańcy Krościenka znali Belojannisa osobiście. Ich zdaniem zasłużył na pomnik. Nie tylko ich zdaniem: monumentów Nikosa powstało więcej. Ewo Mario, wy tam w Berlinie też macie takowy, nieprawdaż? (Ależ tak proszę bardzo – na dziedzińcu Wyższej Szkoły Technicznej w dzielnicy Treptow, czyli na terenie dawnego Berlina Wschodniego – EMS)

4 NikosZdjęcie Belojannisa wykonane podczas procesu. Sławny Mężczyzna z goździkiem, inspiracja dla wielu artystów, zwłaszcza dla Picassa.

I jak oceniać takich ludzi, ich biografie, wybory życiowe, ideały? Nic tu nie jest proste ani łatwe. Viator tego nie rozstrzygnie. Czy ktoś uczciwie powie, że potrafi?

Jedno wszakże uczucie rodzi się w Viatorze z całą pewnością na greckim cmentarzu w Krościenku. I to pomimo świadomości kontrowersji oraz zażenowania, jakie może budzić znajdująca się tam symbolika. Szacunek. Dla wierności dochowanej ideałom.

Mia dzon dosmene eton agona – całe moje życie jest walką (Mirka, dzięki!) Tak chciał być zapamiętany Ewgenis Cironis, takim go przeto pamiętajmy. A gwiazda i tak odpadła, więc nie przywiązujmy do niej wagi.

Ale Ewgenis to jeszcze nic! Ostatecznie odszedł młodo, może i nie miał czasu, by się rozczarować. Co innego ten naprawdę spiżowy komunista, który zmarł w Krościenku w wieku 75 lat. Od pewnego czasu można było bezpiecznie wracać pod błękitne niebo Hellady, lecz dla niego było już na to chyba zbyt późno, zapewne ze względu na wiek. Ale swą wiarę zachował do końca. Szacunek!

Chodzi o nagrobek pośrodku. Symbolika aż bije po oczach. Przynajmniej Viatora. A was?

Jeszcze jedno, na koniec. Przypatrzcie się krzyżowi na sąsiednim nagrobku. Można razem? Można!

Czy WIECZNY, tego Viator nie wie; ale ODPOCZYNEK – z całą pewnością. Zasłużyli.

 

 

Tajemnica cmentarza w Radomsku

Tomasz Fetzki

Bejt-olam, czyli dom wieczności, czyli cmentarz żydowski, popularnie zwany kirkutem. Jest ich w Polsce około tysiąca: starszych i młodszych, rozmaitej wielkości, w różnym stopniu zachowanych. Każdy godzien odkrycia, toteż Viator odwiedził ich już wiele. Ale bejt-olam w Radomsku jest pośród nich, z pewnych względów, wyjątkowy. Zastanawiał się Wędrowiec, czy do publicznej wiadomości podawać to, co tam odkrył, a co intymności dotyka. Ale skoro ktoś sam umieścił to na widoku… Miał zapewne intencję, aby rzecz była szerzej poznana.

Radomszczański cmentarz warto odwiedzić nie tylko ze względu na tajemnicę, jaką skrywa, a którą za chwilę Viator przedstawi. Można w nim bowiem czytać jak w książce dzieje polskich Żydów. Oto, przemieszczając się z jego starszej, zachodniej części, na wschód, obserwujemy, jak zmieniał się kształt macew oraz ich okazałość, jak przekształcały się artystyczne motywy sepulkralne, jak miejsce świętego, liturgicznego języka hebrajskiego zajmował jidysz: mame-loszn, język matczyny; by w końcu zauważyć coraz częstsze inskrypcje wykute po polsku – dowód postępującej asymilacji.

Starsza, dziewiętnastowieczna część cmentarza. Napisy na płytach nagrobnych kute w czcigodnym języku hebrajskim.

Młodsze, dwudziestowieczne kwatery. Inskrypcje na macewach już zazwyczaj w codziennym, świeckim jidysz, a czasem nawet po polsku.

W najnowszej części nekropolii polskojęzyczne nagrobki wręcz przeważają. Kontrastując ostro z napisem hebrajskim, umieszczonym nad wejściem do ohelu kryjącego groby rodu Rabinowiczów, dynastii radomszczańskich cadyków.

Inskrypcja na grobowcu głosi: Baal Tiferet Szlomo zecher cadik liwrocha, czyli Błogiej pamięci bogobojny, dzierżący imię Tiferet Szlomo (podziękowania dla Pani Borzymińskiej!) – to Salomon Rabinowicz, założyciel dynastii.
A nagrobki na pierwszym planie, jak wspomniano, opatrzone polskimi napisami.

Wejdźmy na chwilę do tego ohelu. Jako się rzekło, wiele kirkutów odwiedził Viator, ale takich macew, jakie odkrył w radomszczańskim grobowcu, nie widział dotąd nigdzie. Zawsze sądził, że żydowskie płyty nagrobne są jednobarwne, koloru skały, z której je wyciosano.

Nagrobki rodu Rabinowiczów. Nie tylko, że polichromowane, ale jak jaskrawo!

Właściwie wnętrze sanktuarium, kolorowe macewy, stosy karteczek z prośbami do świętych mężów, to temat na osobną gawędę. Ale nie dlatego opowiada Viator o swej wizycie w Radomsku. Nie przede wszystkim dlatego. Po cóż więc?

Opuśćmy grobowiec i przyjrzyjmy się jeszcze raz polskojęzycznym nagrobkom stojącym w jego sąsiedztwie. A zwłaszcza jednemu z nich. Właściwie nie macewa to, ale epitafium.

Ś. P. PAULA NEST
ZMARŁA DN 20 KWIETNIA 1986 R.
WYBACZ MI ŻE NIE DOTRZYMAŁEM
SŁOWA I TO MNIE BARDZO NIEPOKOI
CIEBIE TUTAJ NIE MA TY LEŻYSZ
W OBCEJ ZIEMI. MYŚLAMI NIE STOJĘ
NA MIEJSCU BO WE MNIE BIJĄ FALE
I CORAZ TO NOWE OBRAZY.
KAŻDY OTWIERA MNIE GŁEBIEJ
KAŻDY ODCHODZĄC OBMYWA MNIE
I WYDZIERA COŚ Z SERCA
SPLATAM DŁONIE BŁAGALNIE.
JAKŻE MOCNO KOCHAŁEM CIEBIE
TĄ, KTÓRĄ TERAZ W KAŻDEJ CHWILI
UWIELBIAM TAK JAK KIEDYŚ.
ZAWSZE JESTEM Z TOBĄ
I POZOSTAJĘ W GŁĘBOKIM ŻALU.
KOCHANEJ POLI
MOJEJ NAJDROŻSZEJ ŻONIE
NATHAN – JAN NEST

Co, oprócz świadectwa wielkiej, pięknej miłości, kryje poetycka inskrypcja? Jaką tajemnicę? Viator nie byłby sobą, gdyby bodaj nie spróbował jej rozwikłać. Nawiązał już jeden znaczący kontakt, być może uda się dzięki niemu rozświetlić mroki radomszczańskiego sekretu; jeżeli tak się stanie, Wędrowiec poinformuje o tym Czytelników. Na razie szuka po omacku… no, może nie całkiem. Wpadł bowiem na pewien trop, przekopując zasoby Wielkiej Sieci.

Jakie słowo dał swej żonie Natan Nest? Czy nie chodziło przypadkiem o odzyskanie kogoś, kogo oboje zagubili w dniach Apokalipsy? Kogo zza oceanu przybył szukać kilkanaście lat potem? Bez skutku zresztą, choć niebo i ziemię poruszył.

Historię tę można poznać w całości w Gazecie Częstochowskiej numer 17 z roku 1960, na stronie 9. Przywołajmy to, co w relacji Ocalonego najważniejsze. Słyszeliście na pewno już wiele takich opowieści, ale przeczytajcie i tą. Warto.

„… Po wkroczeniu hitlerowskich zbirów wygnano nas do ghetta. Zaczęły się akcje, gnębienie i morderstwa. Potem otoczono ghetto. Cudem z żoną umknęliśmy z tego piekła. Zaczęła się wędrówka. Kobieta na wsi, która nas przyjęła i uratowała była dla nas matką i pozostanie nią do końca życia”

(…) Zygmunt M. mieszkał kiedyś razem w jednym podwórku z Nestami. Pewnego dnia Nest zjawił się u M. i oznajmił, że jego żona, Pola jest w ciąży i lada dzień spodziewa się rozwiązania. – Uciekamy, panie M. – powiedział pobladły Nest. Muszę za wszelką cenę ratować Polę i dziecko… Mam tylko do pana prośbę. Niech pan jakoś przeprowadzi nas do bezpiecznego miejsca, żebyśmy mogli się wydostać z miasta… Tego wieczora Nestowie przemierzyli drogę z Radomska do Kocierzowów… Potem znaleźli się we Fryszerce. Właścicielka tamtejszego majątku nie rozmawiała długo z Nestem. – Mówi pan, panie Nest, że chce się pan ukryć. Że pańska żona spodziewa się dziecka… – Proszę bardzo, panie Nest, jeżeli ma pan złoto, wszystko jakoś załatwimy… Ale Nestowie nie mieli złota. Mieli tylko iskrę nadziei, że uda im się wyrwać śmierci. Że nie zabiją ich, zanim urodzi się dziecko. Wtedy losem żydowskiego małżeństwa zajęła się prosta, wiejska kobieta, którą Nest nazywać będzie do śmierci matką. Józefa Straszewska służyła we dworze w Fryszerce. To ona okazała się cichą bohaterką. U siebie, w maleńkim pokoiku, znajdującym się na uboczu zabudowań majątkowych, ukryła Nestów. Dziś ten fakt wydaje się bardzo prosty. Ale wtedy… – Tylko ja mogłam to zrobić – mówi Straszewska. – Do mojego pomieszczenia nikt specjalnie nie zaglądał. Czy się bałam? To nie był tylko strach. To była sprawa życia i śmierci moich dzieci, moich najbliższych, gdyby hitlerowcy wykryli Nestów. Ratowałam ludzi, którzy wyrwali się z rąk oprawców…

Natan Nest pisze:

„… Żona moja była w ciąży. Byłem zmuszony wyjść z ukrycia w poszukiwaniu akuszerki. Skierowano mnie do pani Wiśniewskiej w Radomsku…”

Nestowa urodziła po kilku dniach, w domu położnej Wiśniewskiej, syna. Potem przybył po nią Nest. Po nią i po dziecko. Mieli zamiar przenieść je do miejsca ukrycia.

„… Dziś trudno mi powiedzieć jak to się stało, że nie chwycili nas hitlerowcy. Przecież od Radomska do Fryszerki to kawał drogi. Nie mógłbym powiedzieć, co wtedy czułem. Tyle lat minęło. Ale to było przecież nasze pierwsze dziecko. To wszystko robiliśmy dla niego. Ryzyko? Nie, to były chwile, których pełnej treści nie można podać. Chcieliśmy zabrać dziecko od Wiśniewskiej, bo w tym samym czasie córka Straszewskiej również urodziła dziecko. Po krótkiej naradzie powiedzieli, żeby przynieść naszego syna. Mieli zameldować, że córka Straszewskiej urodziła bliźnięta. Ale pani Wiśniewska nalegała, żeby tego nie robić. Mówiła „zostawcie dziecko u mnie. Starajcie się sami jakoś ukryć. Znałam przecież Waszych rodziców. Skończy się wojna, zapłacicie za pobyt dziecka i odbierzecie je sobie…”

(…) Nadszedł rok 1945…

„… I znów nie umiem oddać nastroju tamtych dni, dni wolności, w roku 1945. To było zbyt wielkie przeżycie. Oślepiło nas… Udaliśmy się zaraz do pani Wiśniewskiej. Cieszyła się nami, że żyjemy, że przetrwaliśmy. Kiedy zapytaliśmy o dziecko, powiedziała nam, że żyje, że jest na wsi pod Radomskiem. – Ładny chłopczyk – mówiła – biega już, śmieje się, widziałam go dwa tygodnie temu. Płakaliśmy z żoną. To było przed wieczorem. Ponieważ wolno było chodzić tylko do 20-ej, Wiśniewska powiedziała: – Przyjdźcie jutro. Pójdziemy po dziecko. To były słowa, które nam zostały w uszach do dziś…”

Ale następna wizyta nie przyniosła rezultatu. Ani wiele dalszych. Wiśniewska wymawiała się różnymi powodami i zwlekała z pójściem po dziecko. Mijały tygodnie. Nestów ogarniała coraz większa rozpacz. (…) Po kilku tygodniach Wiśniewska nagle zmieniła wersję. Oświadczyła, że wysłała dziecko Nestów do Warszawy. Tam zginęło ono w czasie bombardowania. Potem drzwi mieszkania Wiśniewskiej nie otworzyły się już przed Nestami…

„… To było w kwietniu. Byliśmy bliscy obłędu. Zameldowałem o tym wszystkim władzom śledczym. Byliśmy razem z Wiśniewską na przesłuchaniu. Kręciła. Kłamała. Ale potem przyznała się. Powiedziała, że dała dziecko kobiecie ze wsi, która do niej nosiła mleko. Potem mówiła, że jest chora, żeby ją puścić z przesłuchania do domu. Kazała mi przyjść za dwa dni. W poniedziałek…”

Nest poszedł. Wtedy Wiśniewska oświadczyła mu wprost. – Ja się tam niczego nie boję. Jak mnie wsadzą, to mnie wsadzą. W tym samym czasie Nestowie zaczęli otrzymywać anonimy, w których zawarte były niedwuznaczne groźby. Nadchodziło ich coraz więcej. Coraz groźniejszych. Trudno było ustalić autora. Wreszcie Nest domyślił się, kto nim jest. Spotkał go kiedyś teść Wiśniewskiej, K. i powiedział otwarcie: – Panie Nest, chce pan być dobrym obywatelem? To siedź pan spokojnie… A kiedy, mimo tych pogróżek, Nest nie ustawał w poszukiwaniu dziecka, K. oświadczył mu pewnego dnia, że go zabije… W 1945 roku Nestowie opuścili Polskę i udali się do Stanów Zjednoczonych. Mijały lata…

(…) Zeznanie Nesta, identyczne z tym, jakie złożył piętnaście lat temu, jest pierwszym w sprawie „Morderstwa Mieczysława Nesta”. Tak, morderstwa. Jeżeli bowiem w dalszym ciągu nie natrafi się na nić, która zaprowadzi przedstawicieli władz śledczych do miejsca, gdzie przebywa chłopiec, trzeba przyjąć drugą alternatywę. Innej bowiem nie może być (…). Następuje moment najważniejszy. Zeznania ma złożyć Wiśniewska. Jest to w tej tragicznej historii świadek koronny, najważniejszy. Ona tylko najlepiej wie, jak potoczyły się losy dziecka. Ona kilkoma słowami może rozwikłać całą dramatyczną zagadkę. Ale Wiśniewska dochodzi w swych zeznaniach tylko do jednego punktu…

– W maju, 1943 roku, zjawiła się w moim mieszkaniu kobieta, którą znałam jeszcze z czasów przedwojennych. Była kosmetyczką. Wiedziałam, że jest Żydówką. Powiedziała mi, że chce urodzić u mnie dziecko, że ukrywają się z mężem kilkanaście kilometrów od Radomska. Wyraziłam zgodę. Po dwóch dniach Nestowa urodziła syna. Niedługo potem przybył Nest. Oświadczyli mi, że nie zależy im na dziecku, żebym zrobiła z nim, co chcę. Im chodzi tylko o uratowanie własnego życia. (…) Postawmy pytanie, które zresztą nieodparcie się nasuwa: kto (…) mówi prawdę, a kto kłamie? Świadków nie ma. Są tylko dwie zaineresowane strony. Za prawdziwością zeznań Nesta przemawia żelazna konsekwencja, z jaką powtarza on od piętnastu lat, niezmiennie, te same fakty, podczas gdy Wiśniewska zmienia wyjaśnienia. Ale te względy przemawiające za Nestem dla prawa są tylko domysłami. Prawo wymaga dowodów.

(…) Nadchodzi nowa, sensacyjna wiadomość. Wynika z niej, że w roku 1943 w posesji nr 10 przy ulicy Przedborskiej, a więc w domu sąsiadującym z tym, w którym mieszkała Wiśniewska, odnaleziono w czasie remontu kuchennego pieca rozkładające się zwłoki noworodka chłopca. Śledztwo skręca w tym kierunku. Zeznaje znów wiele osób. Wreszcie, po żmudnych dociekaniach i mrówczej pracy wywiadowców ustala się ponad wątpliwość, że wypadek miał miejsce w lutym 1943 roku, a wiec kilka tygodni przed urodzeniem się małego Nesta. Wyniki przesłuchań okazują się bez wartości. Śledztwo w sprawie „Morderstwa Mieczysława Nesta” pozostawione zostaje bez dalszego biegu.

Wojna zabrała miliony istnień ludzkich. (…) Ale wojna nie tylko zabijała. To brzmi niesamowicie, ale częstokroć gorszymi od śmierci, która wyrywała z grona żywych jednostki na zawsze, były tragedie takie, jak Nestów. Tragedie przynoszące ból i rozpacz na całe lata, przynoszące rozpaczliwe wizje i domysły.

Wiśniewska nie poniosłaby żadnej odpowiedzialności, nawet wtedy gdyby, ratując własne życie, zmuszona była pozbawić opieki pozostawione u niej dziecko i narazić je na śmierć. Groza okupacji nie uznawała żadnych praw. Łamała najwyższe nawet wartości ludzkie. I Wiśniewska, i Nestowie zdawali sobie doskonale sprawę z tego, że los dziecka nie zależy tylko od nich. Zależał w dużej mierze od szczęścia. (…) Ale Wiśniewska uczyniła Nesta, jego żonę na zawsze ludźmi nieszczęśliwymi. Zaszczepiła w ich dusze bolesną, targającą sumieniami wieczną nadzieję…

Ufff… wystarczy! Chciałoby się zapytać: Ile w każdym z nas jest Straszewskiej, a ile Wiśniewskiej? Aż korci, żeby zawołać: Między Straszewską a Wiśniewską rozpięta jest nasze egzystencja! I po co to pajacowanie? Ano, pod maską błazna ponoć najłatwiej ukryć łzy.

Dzieciątko z cmentarza w Berehach Horisznich

Tomasz Fetzki

Coś takiego można chyba nazwać podróżą sentymentalną. W poszukiwaniu bezpowrotnie utraconej młodości, he he. Odwiedziny, po trzydziestu latach od pierwszej wizyty, w jednej z bieszczadzkich wiosek.

Pewnych doznań nie da się powtórzyć i to z racji czysto technicznych: pociąg na trasie Przemyśl-Zagórz przez terytorium ZSRR już nie kursuje. A były to doznania co się zowie! Zwłaszcza dla nastolatka: te zasieki na granicy, ci sowieccy sołdaci pod bronią, obstawiający na czas tranzytu wszystkie wejścia do wagonów, świadomość, że mijane rzeki i potoki płyną ku Morzu Czarnemu, egzotyka PRAWDZIWYCH radzieckich miasteczek… Niżankowice, Dobromil i Chyrów z monumentalną bryłą sławnego Zakładu Naukowo-Wychowawczego Ojców Jezuitów (o tym, że klasztor pełnił kiedyś taką funkcję, Viator wtedy jeszcze nie wiedział, ale budynek zrobił na nim wrażenie). Wspomnienia natrętne… No, ale od Ustrzyk Dolnych trasa już ta sama: wielką pętlą bieszczadzką. Tyle, że trzy dekady temu trzeba było tłuc się zapchanym do granic możliwości autobusem, a teraz, gdy człowiek obrósł w piórka, porusza się samochodem. Co posiada tę między innymi zaletę, że można się zatrzymać w dowolnym miejscu, na przykład w punkcie widokowym.


Na horyzoncie Tarnica, Halicz i pasmo połonin. Na planie pierwszym, w dolince, Lutowiska. Zapamiętajmy tę miejscowość i te odległości, bo są ważne dla naszej opowieści.

Za Ustrzykami Górnymi skręt w prawo, jeszcze jedna przełęcz pokonana dzięki malowniczym serpentynom i jesteśmy na miejscu. Tabliczka głosi co prawda, że to Brzegi Górne, ale każdy, kto miał choć odrobinę kontaktu z tymi górami, nie powie inaczej, niż Berehy; Brzegi brzmią w ustach bieszczadnika nienaturalnie, jak zgrzyt. Berehy: taką właśnie, bojkowską nazwę, nosiła wieś, która się tu znajdowała do 1946. Wtedy, jak wszystkie inne okoliczne osady, została w wyniku walk z Ukraińcami zniszczona i wysiedlona. Choć z tymi Bojkami sprawa nie jest do końca oczywista. Na pewno to nie Polacy, lecz podobnie jak Łemkowie, Rusini wyznania greckokatolickiego lub prawosławnego. Ale czy Ukraińcy? Wśród samych Bojków nie ma co do tego jasności (trochę tak, jak wśród Ślązaków): niektórzy uważają swój lud za część wielkiego narodu ukraińskiego, inni twierdzą, że należą od odrębnej, karpatoruskiej nacji. Z Polakami także ich stosunki układały się różnie, nie zawsze dobrze, o czym świadczy choćby krwawy epizod wspólnej historii z przełomu 1918 i 1919 roku, zwany Republiką Komańczańską; zapamiętajmy go, bo jest ważny dla naszej opowieści. Nie Viatorowi te rzeczy rozstrzygać, wystarczy świadomość, że, bez wchodzenia w nadmierne niuanse, wszystkie okoliczne wsie wysiedlono hurtowo w niespokojnych tutaj latach po zakończeniu II wojny światowej. A każda z nich była w zdecydowanej większości rusińska. Średnio na kilkuset Łemków lub Bojków przypadało kilkunastu do dwudziestu kilku Polaków i tyluż Żydów. Tak było i w Berehach, choć źródła, do których dotarł Viator, z jakiegoś powodu są mocno rozbieżne; jedne mówią, że w roku 1921 na 445 grekokatolików przypadało 82 katolików rzymskich, inne, że w tymże roku mieszkało tutaj 497 Rusinów i 2 Polaków. Jak by nie liczyć, Polacy stanowili mniejszość. Znikomą. Najbliższa polska wieś, czyli Polana, znajdowała się około 20 kilometrów stąd… ale w linii prostej, a po drodze było kilka pasm gór i wzgórz. Zapamiętajmy te fakty, bo są ważne dla naszej opowieści.

Teraz w Berehach stoi jeden dom: tak było trzydzieści lat temu i nic się przez ten czas nie zmieniło. Tyle, że pojawiły się jeszcze: spory parking oraz budka mieszcząca sezonowy punkt informacyjny parku narodowego. Niektóre okoliczne wsie, takie jak Wetlina, Ustrzyki Górne czy Nasiczne odbudowano (inna rzecz, że ohydnie, bez cienia pomyślunku o związkach architektury z krajobrazem, ale jednak odbudowano). Berehy pozostały pustkowiem. Dlaczego? Kto wie, może dlatego, że leżą na końcu świata, w odciętej kotlince, wciśniętej między trzy potężne szczyty: Połoninę Wetlińską, Połoninę Caryńską i Wielką Rawkę? Pamiętajmy o tej izolacji, bo jest ważna dla naszej opowieści.

Strome, zdziczałe zbocze Połoniny Wetlińskiej dominuje nad doliną, w której kiedyś rozciągała się wieś.

Ludzi wygnano, domy spalono albo porzucono. Taki los spotkał też, co oczywiste, cerkiew i otaczający ją cmentarz. Który Viator odwiedza raz wtóry po trzydziestu latach. O nim skądinąd myślał, snując swego czasu opowieść o zatartych napisach cyrylicą kutych w kamieniach nagrobnych. Są, tak samo jak były wtedy. Nawet bardziej, bo od tamtego czasu pozostałości cmentarza kilkakrotnie były odnawiane przez miejscowych pasjonatów historii.

Cerkwi już dawno nie ma, a tyle pozostało z greckokatolickiego cmentarza. Na szczęście ktoś dba o to tyle.

Napisy cyrylicą kute w kamieniach nagrobnych. Przez niejakiego Hrycia Buchwaka, miejscowego artystę-samouka. On też wykonał ornamenty, widoczne na tym i innych zachowanych nagrobkach.

Dość dobrze wyrył Viator w swojej pamięci to miejsce. Większość szczegółów się zgadza. Ale nie ten. Tej płyty nagrobnej nie przechował we wspomnieniach. Dlaczego? Przegapił ją? Była zbyt zarośnięta zielskiem? A może jej kawałki tkwiły gdzieś w ziemi, a zostały wydobyte i zakonserwowane podczas jednej z renowacji? Bo przecież gdyby ją wtedy Wędrowiec zobaczył, zapamiętałby niechybnie: różni się wszak od pozostałych wyraźnie.

ATu spoczywa Janina Jankowska. Zmarła w pierwszej wjośnie życia. 14/3 1935.

Nie chodzi bynajmniej o metafizykę unoszącą się wokół grobu dzieciątka (niektórzy twierdzą, że taki grób to dowód à rebours na istnienie czegoś po drugiej stronie, bo przecież taka niesprawiedliwość to już o zbytni absurd się ociera… ale czy mało to innych absurdów na tym świecie, absurdów tryumfujących?) Nie o taką metafizykę chodzi, można jej doświadczyć na kwaterze dziecięcej najbliższego cmentarza, nie trzeba po to jechać na koniec świata, do Berehów.

Viator myśli raczej o matce Janeczki. O jej samotności. Spotęgowanej splotem okoliczności.

Bo koniec świata, bo wyniosłe, przytłaczające szczyty dokoła.

Bo sąsiedzi prawie wszyscy innego języka. Czy życzliwi chociaż? A może raczej wrodzy? Często dawni kresowiacy we wspomnieniach przywołują idylliczne współżycie kilku nacji, zniszczone dopiero przez demona wojny. Tak pięknie chyba nie było, pamięć cukruje Arkadię dzieciństwa. Wzajemna nienawiść, która wybuchła w roku 1939 i szalała kilka kolejnych lat, nie wzięła się znikąd… Nie chodzi o rozliczenia, kto zaczął i kto bardziej winien; na to nie czas tutaj i nie miejsce, zresztą i kompetencji brak Viatorowi do wydawania takich rozstrzygnięć. Idzie jedynie o proste stwierdzenie faktu, że napięcie między Rusinami i Polakami już wtedy było i narastało. Także w Berehach. Wydarzenia związane z Republiką Komańczańską rozgrywały się tylko kilkanaście kilometrów stąd i zaledwie szesnaście lat wcześniej. Pamiętano o nich z pewnością! Nie wyklucza to oczywiście istnienia jednostkowych serdecznych i przyjaznych kontaktów czy relacji. Czy matka Janeczki mogła na takowe liczyć? Czy miała sąsiadki, którym by się wypłakała w zapaskę?

Bo ciemna i mroźna zima. Tak, tak, Wędrowiec pamięta, że był marzec. Ale to są góry i śnieg tutaj czasem zalega prawie do maja. To chyba zima uniemożliwiła pochówek dzieciątka na cmentarzu rzymskokatolickim: najbliższy znajdował się w Lutowiskach – niby niecałe 20 kilometrów stąd, ale przez góry, w śniegu i błocie! Czy dotarł chociaż do Berehów ksiądz obrządku łacińskiego?

Czy mąż stanął na wysokości zadania i, pomimo surowego bieszczadzkiego życia i ciężkiej pracy, dał jej wystarczająco dużo ciepła i wsparcia? Czy miała inne dzieci, dla których mogła żyć?

Co się stało potem? Przeżyła wojnę, czy pochowana jest blisko Janeczki? A może wyjechała stąd gdzieś daleko? I zostawiła Janeczkę samą?

Koniec i bomba, ale kto czytał, ten nie trąba. Bo każda myśl o dzieciątku daje jej ulgę w tej samotności. Ot, taka metafizyka…

Natione Polonus, gente… origine…

Tomasz Fetzki

Przeznaczeniem Pielgrzyma jest wędrówka. Ciągła pielgrzymka czasoprzestrzenna. Ale niekiedy pewne rejony odwiedza bardziej intensywnie. Latem na przykład, co zrozumiałe, można się skoncentrować na podróżach po przestrzeni. Tak też czynił Viator przez dwa ostatnie miesiące. Sporo przewędrował: niekiedy były sentymentalne wizyty w miejscach odwiedzonych już lat temu kilkadziesiąt, kiedy indziej rejsy dziewicze w rejony dotąd nieznane.

Dokumentował Viator swe podróże skrupulatnie i cząstkę tych zbiorów chciałby dziś przedstawić. Wszystkiego pokazać nie sposób, przeto fotografie dobrane są według klucza. Dość oczywistego, żadnych subtelności doszukiwać się tutaj nie warto. Tym bardziej, że i tytuł nie pozostawia pola do przesadnej interpretacji. Intencja jest jasna i nieszczególnie oryginalna. Po cóż przeto ten pokaz? Bo ujęcie znanego tematu osobiste? Bo obserwacje przepuszczone, jak mówią, przez pryzmat wrażliwości Wędrowca? Tym bardziej szału nie ma i spodziewać się go nie należy. Dlaczego więc? Aby wprowadzić Czytelnika w odpowiedni nastrój. To sztafaż, entourage, który pozwoli lepiej zrozumieć i, kto wie – może nawet intensywniej przeżyć – historie, które Viator będzie snuł przez kolejne wtorki. Opowieści o tematyce, by tak rzec, nekropolitalnej, częstej ostatnio na łamach blogu, bo też w rzeczy samej dającej duże pole do popisu. Zaczynamy. Na dzień dobry – Dobrodzień.

SSAMSUNG DIGITAL CAMERA
SAMSUNG DIGITAL CAMERA

Dziewczyna z cmentarza w Łodzi

Tomasz Fetzki

Człowiek uzależniony powinien unikać niebezpiecznych okazji, to oczywiste. Jeśli nie posłucha i wpakuje się w kłopoty, może mieć żal tylko do siebie. Toteż i Viator nie wini nikogo. Ostatecznie sam, własnowolnie przeczytał TU i TU teksty o pannie Biełousow. I dopuścił do tego, że ukryty w nim niespełniony literat, obolały i zgorzkniały, ale przecież już nieco podleczony oraz pogrążony w krzepiącej drzemce, znów się obudził, żądny czynu!

Trudno, stało się. Wędrowiec wyrusza w kolejną podróż. Poniekąd w krainę wspomnień, bo ostatni raz opisywane miejsca odwiedził cieleśnie ponad dziesięć lat temu. Wtedy nie miał ze sobą aparatu fotograficznego, teraz nie ma możności ruszyć się ze swych łużyckich lasów i błot. Dlatego, pod względem ikonografii, zmuszony jest skorzystać z zasobów Wielkiej Sieci. Dwa kluczowe dla sprawy zdjęcia zawdzięcza internaucie ukrywającemu się pod nickiem wojci52 i dziękuje mu za nie. To wszakże nie koniec podziękowań.

Wyprawia się Pielgrzym w regiony eschatologiczne. Obszar to tajemniczy i respekt budzący: zaświaty w ogóle to kraina nieznana, a cóż dopiero mówić o zaświatach żydowskich! Dobrze mieć w takiej podróży towarzysza. Dantego prowadziła trójka opiekunów. Viator to, rzecz jasna, nie Alighieri, ale Przewodników też miał troje: panią Annę Przybyszewską-Drozd i Zofię Borzymińską oraz pana Marcina Urynowicza. Bez nich zaginąłby niechybnie Wędrowiec w krainie cieni i tekst, który ma przed oczyma Czytelnik, by nie powstał. Chwała Przewodnikom!

A wszystko, co zebrał, przetopił Viator w swym tygielku grafomana. Jesteście ciekawi efektów? Czytajcie!

HaAlma HaAdina

Miało być o młodej dziewczynie. I będzie. Ale zacząć musimy od mężczyzny. Nie dlatego, jakoby Viator przejawiał patriarchalne inklinacje. Po prostu: tak każe logika wywodu.

Prawo Mojżeszowe od początku zakazywało surowo sporządzania podobizn postaci ludzkich, zwłaszcza ich twarzy. Wszak, gdy na górze Synaj Sebbaoth, pośród obłoku i przy dźwięku szofaru, dawał Synom Jisraela Dziesięć Przykazań, zazdrośnie ogłosił: Nie wolno ci zrobić sobie figury ani żadnego obrazu tego, co jest w niebie na górze, ani tego, co jest na ziemi na dole, ani tego, co jest w wodzie pod ziemią.

Z czasem, na ścianach synagog i w iluminacjach świętych ksiąg, zaczęto umieszczać wizerunki zwierząt: lwów, pawi czy gazeli, ale nigdy ludzi. Niekiedy postacie ludzkie pojawiły w sztuce świeckiej, lecz nie na bejt-olam, czyli domu wieczności, czyli cmentarzu. Do czasu… Bo nadszedł czas haskali, asymilacji, nowinek i bezbożnictwa. Tu i ówdzie, coraz częściej, zwłaszcza w drugiej i trzeciej dekadzie XX wieku, także na cmentarzach zaczęto wznosić nagrobki, które ortodoksi uznawali za bluźnierstwo, protestowali, gotowi byli do czynnego dewastowania tych dzieł sztuki. Bo to były prawdziwe perełki artyzmu, wykonane przez wybitnych rzeźbiarzy, wśród których największą i w pełni zasłużoną sławą cieszył się Abraham Ostrzega. Zanim jego bystre oczy, silne ramiona i zręczne dłonie obróciły się w proch w krematoriach Treblinki, zdążył wykuć liczne pomniki ku czci umarłych. Był, jako się rzekło, artystą, wykonane przez niego postacie ludzi i człekokształtnych aniołów są delikatne, chciałoby się powiedzieć: impresjonistycznie rozmyte. Po prostu – piękne. I nigdy, przenigdy nie widać ich twarzy. Ale dla haredim to i tak było zdecydowanie zbyt wiele.

Większość dzieł Ostrzegi znajduje się na cmentarzu przy ulicy Okopowej. Wiadomo: stolica, duże miasto, przeto o maskilów, liberałów, socjalistów i innych burzycieli odwiecznego porządku tutaj najłatwiej. Jest tych rzeźb na tyle dużo, że nie wiadomo, czy rzeczywiście wszystkie można atrybuować mistrzowi Abrahamowi. Niewykluczone, że niektóre z nich przypisuje mu się siłą inercji: jeśli postać ludzka, to na pewno robota Ostrzegi! Co zresztą także, choć pośrednio, świadczy o jego renomie…

1-2-3-PochylonyAniolZakutyTrzy spośród warszawskich nagrobków, których autorem z pewnością jest Abraham Ostrzega. Podziwiajmy pomysłowość rzeźbiarza w sposobach ukrywania oblicza przedstawionych postaci!
Zdjęcie po lewej dzięki życzliwości dr hab. Rafała Żebrowskiego

Poza Warszawą Ostrzega tworzył rzadko, mimo że skupisk ludności żydowskiej w ówczesnej Polsce nie brakowało. Choćby taka Łódź, wspólnota liczna i znacząca. Cmentarz warszawski kryje największą ilość grobów, ale łódzki jest najrozleglejszy. I zawiera największe w kraju, o ile nie na całym świecie, żydowskie mauzoleum – pseudomauretański ohel-gigant, czyli grobowiec rodu Poznańskich.

Jednak na bejt-olam przy ulicy Brackiej nowinkarstwa sepulkralnego brak. Dlaczego? Nie z przyczyn finansowych: w gminie łódzkiej osób majętnych nie brakowało, poza mauzoleum Poznańskich świadczą o tym choćby hellenistyczne świątyńki nad grobami Silbersteinów czy Jarocińskich. A skoro byli łodzianie Żydami bogatymi, to niejednokrotnie także nowoczesnymi i w świecie bywałymi. Na smaku artystycznym również im nie zbywało: jego wyrazem są liczne macewy zdobione wizerunkami połamanych drzew, gryfów, jelonków, dzbanów lewickich i szaf bibliotecznych czy też groby w kształcie starożytnych sarkofagów (ściśle – pseudosarkofagów, bo przecież micwa nakazuje pochować ciało bezpośrednio w ziemi). Więc dlaczego nie ma tu przedstawień figuralnych? Skąd ten konserwatyzm? Trudno powiedzieć, ale w rzeczonych okolicznościach tym bardziej przykuwają uwagę oraz intrygują nagrobki, które taki motyw zawierają. Dokładnie – dwa nagrobki.

Chronologicznie pierwszy z nich to macewa Stanisława Heymana, zmarłego w 1928 roku. Dzieło, jakże by inaczej, Abrahama Ostrzegi, który tym razem objawił się jako poeta rzeźby: Anioł zbierający kwiaty to nie tyle postać, ile jej zarys, zapowiedź, sugestia, metafora…

4- nagrobek-stanislawa-heymanaImpresja na temat anioła, czyli nagrobek Stanisława Heymana, łódzkiego prawnika i działacza społecznego

Teraz trzeba przejść do sektora W, na lewo od głównej alei, blisko bramy wejściowej. Tam znajdziemy drugi nagrobek. Ale jaki! Unikalny nie tyko w skali łódzkiej nekropolii, lecz także w zestawieniu z Aniołem na grobie Heymana. Mało by o nim rzec – nieortodoksyjny. Bluźnierczy! A że bluźnierstwo może przybrać formę arcydzieła? Dzieje ludzkości znają takie przypadki. Nic dziwnego, że od ponad dziesięciu lat tkwi ta niezwykła macewa w pamięci Viatora. Teraz wspomnienie ożyło, budząc jednocześnie, jako się rzekło, uśpionego grafomana.

ruta2Niektórzy widzą w tej macewie płaczącą twarz: głowy postaci tworzą oczy, zaś ich szaty spływają w dół na podobieństwo łez, pień palmy to nos, jej liście – brwi, a skrzydła anioła wieńczącego kompozycję (bardzo ostrzegowatego w charakterze) to włosy. Zaś tablica z napisem wyobraża usta wygięte w podkówkę z wielkiej żałości. Kto wie, może rację mają ci niektórzy…

 Nagrobek jest pełen symboli, kryje też kilka zagadek (niektóre łatwe do odszyfrowania) oraz jedną wielką tajemnicę. Płaczący żałobnicy – wiadomo. Palma – jasna sprawa, rzekł przecież Psalmista:

Sprawiedliwy wyrośnie jak palma / Rozrośnie się jak cedr Libanu / Zasadzeni w domu Pańskim / Wyrastają w dziedzińcach Boga naszego. Ale co znaczy hebrajska inskrypcja:

Malachej Szalom Mar Iwikajun
Po nikwara
HaAlma HaAdina
HaJeszara veRabot HaChen
Bat Szaaszuim veAchot Nechmada
Rachel Bas r(eb) Avrohom Icchok N’J Akabia
Niktefa Keeva BeSznat HaKaf”A LeChaja
BeJom Rewii Dchu’’ham [5]690 – TNCWE

W mowie mieszkańców kraju Polin zabrzmiałoby to mniej więcej tak:

Wysłańcy Pokoju Gorzko Zapłakali
Tu spoczywa
Panna Delikatna
Bogobojna i licznymi zaletami obdarzona
Radująca innych i siostra przyjemna
Rachela Akawie, córka pana Awrahama Jicchaka
Rozkwitający pąk, ścięty w 21 roku życia
W dniu czwartym chol hamoed
Święta Pesach 5690 – Niech Jej Dusza Będzie Wpleciona w Węzeł Życia

Zaś poniżej, językiem polskim i alfabetem łacińskim zapisano zdanie, które każdy może przeczytać i każdy winien odczuć lekkie ukłucie w sercu: RUTA AKAWIE ZGASŁA w 22ej WIOŚNIE ŻYCIA.

Jakie zagadki i jaką tajemnicę ukrywa ten niezwykły nagrobek?

Pierwsza z nich jest dość prosta: rozbieżność w wieku Ruty-Racheli podanym po hebrajsku i po polsku. Jeden z nich to ukończona ilość lat, drugi – rozpoczęty rok życia.

Kolejna zagadka była nieco trudniejsza, ale i ją udało się Viatorowi, dzięki pomocy nieocenionych Przewodników, rozwiązać. Publikacje dotyczące łódzkiego cmentarza zwykle informują, że Panna Delikatna Ruta Akawie zmarła w 1910 roku kalendarza gregoriańskiego, czyli w roku 5670 według rachuby żydowskiej. Tymczasem dostępne dokumenty wyraźnie wskazują na datę 1930! Skąd się wzięła ta rozbieżność? Ano, z podobieństwa kształtu literek-cyferek. Rzeźbiarz wykuł tam znak tsadik, na tyle jednak niewyraźnie, że przypomina dość podobną literę ayjin. Jeżeli jednak przyjrzymy się dokładnie, okaże się, że wszystko pasuje: mamy rok 5690 od stworzenia świata. Ani nagrobek nie kłamie, ani dokumenty. Zaś szanowni Czytelnicy dowiadują się o rozwikłaniu tej zagadki jako pierwsi!

I kolejna zagadka wydaje się być dzięki temu odgadnięta. O ile bowiem w przypadku macewy Stanisława Heymana autorstwo Abrahama Ostrzegi nie budzi raczej wątpliwości, o tyle nagrobkowi Racheli taka pewność dotąd nie towarzyszyła. Zwłaszcza, jeśli w grę wchodziłby rok 1910 – rzeźbiarz był wtedy jeszcze młodym i nikomu nieznanym studentem. No, ale jeżeli rzecz miała miejsce dwadzieścia lat później, to całkowicie zmienia jej postać! Ostrzega jak najbardziej mógł wykuć grupę żałobników płaczących w cieniu palmy: klasa dzieła dodatkowo uprawdopodabnia takie przypuszczenie. Lecz całkowitej pewności nie mamy. Może to i lepiej. Mgiełka niejasności tworzy wszak doskonały entourage dla romantycznych rozmyślań.

To wszystko jednak drobiazgi. Naprawdę liczy się tylko jedna, największa tajemnica: DLACZEGO? Dlaczego reb Awraham Jicchak zdecydował się na tak kontrowersyjny sposób uczczenia pamięci córki? To, że jako człowiek bogaty, właściciel hurtowego składu papieru, miał środki na opłacenie wybitnego rzeźbiarza, tłumaczy jedynie metodę jego działań, ale nie motywy. Skąd wziął natchnienie i co mu dało odwagę, by tak radykalnie wyłamać się z konserwatywnej społeczności łódzkich Żydów? Fakt, że był w pewnym stopniu asymilowany (o czym świadczy polska fraza na nagrobku) i prawdopodobnie wyznawał poglądy syjonistyczne (na co wskazuje, stylizowana bo stylizowana, ale jednak gwiazda Dawida na szczycie palmy)? Trop raczej fałszywy: cmentarz przy Brackiej pełen jest macew z polskimi napisami i z gwiazdami Dawida. Więc dlaczego?

Viator ma swoją teorię na ten temat. Rozpacz. Rozpacz i bunt przeciw Najwyższemu powodowały Awrahamem Jicchakiem. Wcześniej stracił już żonę, a mała, ośmioletnia zaledwie Ruta, matkę. Frajndla Laia odeszła po piętnastu latach małżeństwa, w czterdziestej piątej wiośnie życia. Dziś powiedzielibyśmy: zmarła młodo. Ale i wtedy nie był to bynajmniej wiek podeszły, powołajmy się raz jeszcze na Psalmistę, który mówi: Życie nasze trwa lat siedemdziesiąt / A gdy sił stanie, lat osiemdziesiąt. Frajndli Lai sił zabrakło. A Ruta-Rachela miała ich jeszcze mniej. Nie zdążył się Awraham Jicchak nacieszyć żadną z nich. Spoczęły obie w kwaterze W, na lewo od głównej alei. Zaś oszalały z rozpaczy mąż i ojciec, zamiast poddać się woli bożej i recytować pokornie Szema Jisrael, pogroził Niebiosom pięścią, wołając jak prorok Jirmijahu: Ilekroć przemawiam, muszę krzyczeć i wołać: Gwałt i zniszczenie! I tak słowo Pana stało mi się hańbą i pośmiewiskiem na co dzień. A gdy pomyślałem: Nie wspomnę o nim i już nie przemówię w jego imieniu, to stało się to w moim sercu jak ogień płonący, zamknięty w moich kościach. Ogień rozpaczy trawił kości Awrahama Jicchaka, a on wyzywał Pana na pojedynek. Nagrobek ocierający się o bluźnierstwo był li i jedynie prowokacją, mającą skłonić Najwyższego do udzielenia odpowiedzi na pytania bez odpowiedzi.

Tak to sobie wyobraża Viator, ale jak było rzeczywiście? Salomon Akawie, brat Ruty-Racheli przeżył Wojnę. Może jego potomkowie do dziś mieszkają nad brzegami Jordanu lub gdzieś za wielką wodą? Może oni znają prawdę? A może nie poznamy jej nigdy? Czy musimy? Czy warto? Jeszcze jedno pytanie, na które nie ma odpowiedzi?

6 FryzAniołowie, Wysłańcy Pokoju Gorzko Zapłakali nad grobem Racheli, siostry przyjemnej. Naszej siostry w człowieczeństwie.
Zapłaczmy i my.

Dwugłos o sześciu apostołach

Jurkowi na imieniny

Wracaliśmy z konferencji w Lublinie. Tomasz odwiózł mnie do Poznania, czy raczej pod Poznań, do domu Loni, babci mojego wnuka. Opowiedziałam jej, że człowiek, który mnie przywiózł to Tomasz, historyk z Żar i… tak powstał dzisiejszy wpis.

Tomasz Fetzki, Żary

Żarska fara. Czyli kościół farny. Czyli parafialny. Kościół parafialny średniowiecznego miasta lokacyjnego (bo był też klasztorny, franciszkański). Najważniejszy i największy kościół Żar. Ale zapytajcie któregokolwiek żaranina, gdzie się znajduje fara, to zrobi oczy wielkie jak stare pięciozłotówki z rybakiem. Jaka fara? Nikt tutaj po wojnie nie używał takiego określenia. Każdy mówi: KATEDRA. Bo wielka, bo monumentalna… Ale to określenie zwyczajowe, gdyż, jako żywo, Żary nigdy nie były siedzibą biskupstwa. Co najwyżej, w czasach protestanckich, nadintendentury, czyli tak plus minus, katolickiego dekanatu. Ale katedra to katedra i nic tego nie zmieni!

stararzezbaKościół powstawał długo, kilkaset lat. Początkowo wybudowany w stylu romańskim, swój obecny, gotycki kształt i rozmiar uzyskał w wieku XV. Rozmiar zaiste imponujący. Na całych polskich Łużycach, poza farą gubińską, nie ma większej świątyni. W ciągu kolejnych kilkuset lat gotycka forma została wypełniona barokową treścią: pseudomarmury, kaplice, dwa piętra empor, organy i malowidła. Skończyło się to wszystko gwałtownie i nieodwracalnie we wtorek po Wielkanocy, 11 kwietnia 1944 roku, gdy niemal setka Latających Fortec B-17 obróciła w gruz większość Żar, poważnie uszkadzając także farę. Miary zniszczenia dopełniło powojenne porzucenie i opuszczenie świątyni.

starewnetrzeW latach 1963-75 parafia polskokatolicka użytkowała prezbiterium, nawy niszczały sobie spokojnie dalej. A potem całość kościoła została przekazana katolikom rzymskim i rozpoczęła się wielka odbudowa. Zdecydowano się nie odtwarzać późniejszego wyposażenia, pozostały gołe gotyckie mury. Stało się tak po trosze z niedoboru funduszy, a po trosze ze względów ideowych: taki zabieg, czyli regotyzacja, miał nawiązywać do prapolskich tradycji tych ziem. Zresztą katedry w Warszawie, Poznaniu i Gnieźnie też regotyzowano podczas odbudowy ze zniszczeń wojennych.

Po nalocieFara została uroczyście konsekrowana, pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa, w czerwcu 1980 roku. A potem zaczął się, trwający właściwie do dziś, proces zaopatrywania kościoła w niezbędne wyposażenie: ławki, organy, witraże… W połowie lat osiemdziesiątych w prezbiterum pojawiło się sześć posągów, które przedstawiają czterech Ewangelistów oraz dwa filary Kościoła Świętego: apostołów Piotra i Pawła.

wnetrzenowe

Ewa Maria Slaska, Berlin

piotr… a tych czterech ewangelistów i tych dwóch co to, jak opoka, Kościół podtrzymują, wykonał mój współteść (wiem wiem, nie ma takiego słowa, ale jak go użyję, to, mam nadzieję, każdy będzie wiedział, że tak jak ja jestem teściową mojej synowej, to mój współteść jest teściem mojego syna, i to się zdarza w każdej rodzinie, ale u nas jest jeszcze trudniej, bo mój współteść jest na dodatek bratem mojego szwagra i szwagrem mojej siostry… Czyli brata ojca szwagra syn… No… nie warto dochodzić.)

Współteść czyli Jerzy Krenz był zachwycającym człowiekiem. Był, bo niestety cztery lata temu umarł. Był wspaniałym gawędziarzem i wszyscy go podejrzewali, że ubarwia, ale, o dziwo, wcale tak nie było, bo naprawdę przydarzały mu się sprawy niezwykłe. Może zresztą wcale się nie przydarzały, tylko on sam je wywoływał, jak wtedy, gdy jadąc autem zobaczył kątem oka, że tuż obok szosy, koło jakichś zabudowań stoi statek. Tak mu się to spodobało, że zawrócił, znalazł statek, obgadał sprawę i statek ów zakupił, a potem wielką ciężarówką wiózł go do Poznania.

pawelPrzede wszystkim jednak był artystą, rzeźbiarzem, malarzem… Żył trochę tak jak mój Dziadek, pracował dla dworów i kościołów, jak taki dawny, średniowieczny wędrowny artysta. Złotousty Hessego, Colas Breugnon Rollanda. Robił ołtarze, ambony, od drugiej połowy lat 70 również lampy, kandelabry, świeczniki.

Gdy coś dobrze wyszło, robił duplikaty i rozdawał je hojną ręką. Sama dostałam od niego dwa wielkie świeczniki, tacę granitową i kutą lampę. Lubił tę pracę, mówi żona, każdą pracę lubił, bo każda była czymś nowym i stanowiła wyzwanie. Pod koniec życia się ustatkował, osiadł na stałe w rodzinnych pieleszach, w domu pod Poznaniem, nadal pracował dla dworów i kościołów, jeździł po najdziwniejszych kątach zachodnich i śląskich Kresów, ale już bardziej trzymał się rodzinnej skiby…

Dla kościoła w Żarach pracował wraz z kolegą, też plastykiem, Bogdanem Fijałkowskim,
i wykonywali te betonowe rzeźby, naturalnej w końcu wielkości, w pomieszczeniach na Świebodzińskiej w Poznaniu, odlewając je w jakichś wannach. Jak? Nikt już tego nie wie, natomiast rodzina świetnie pamięta, że obaj artyści pracowali na żywych modelach czyli na sobie samych. Jeden odlewał drugiego. Szaty miały jakieś wzorce w innych kościołach, w podręcznikach historii sztuki, ale apostolskie twarze i ręce to po prostu Fijałkowski i Krenz.

ewangelistowczterech

Zdjęcia 1, 2, 3, 4 z sieci, pozostałe – Tomasz Fetzki

Pieredwiżniki III

Tomasz Fetzki

Sięgnąłem przed dwoma tygodniami po starą księgę, aby wspominać. Tego, który mi ją dyskretnie położył przed oczyma. Ale też siebie samego z tamtych lat, z czarodziejskiej krainy dzieciństwa, gdzie czułem się bezpiecznie, bo On był obok.

Które obrazy wtedy wywierały na mnie najsilniejsze wrażenie? Chyba te najbardziej efekciarskie, bo takie najłatwiej przemawiają do wyobraźni dziecka. Prawdopodobnie z tego samego względu są to najlepiej i najpowszechniej znane oraz kojarzone prace Pieredwiżników. Wielkie, kolorowe i bogate freski historyczne: Bojarynia Morozowa i Poranek kaźni strzelców Surikowa czy Procesja w guberni kurskiej Riepina. Bez problemu znajdzie je w Wielkiej Sieci, kto zechce; ja poprzestanę na przywołaniu ich tytułów.

Jako się rzekło, najpierw był gruby kaliber. Gust zaczął mi się wydelikacać i uwrażliwiać z czasem. Dlatego dopiero później potrafiłem należycie docenić prace kameralne, ciche w treści, a w kolorystyce stonowane. Choć to nie do końca prawdziwe stwierdzenie… bo poza wspomnianymi już pracami Riepina i Surikowa od najwcześniejszego dzieciństwa tkwi mi w pamięci inny obraz: historyczny co prawda, a w żadnym wypadku nie pompatyczny ani nie tętniący akcją. Przeciwnie.

po-bitwie-orly(1)Wiktor Michajłowicz Wasniecow,
Po bitwie Księcia Igora Światosławowicza z Połowcami
temat ze „Słowa o wyprawie Igora”

Godzinami potrafiłem wpatrywać się we wschodni przepych zbroi i tarcz, w zadziwiająco młode i blade oblicze poległego rycerzyka na pierwszym planie oraz w ten łuk, zwrócony w kierunku lecącego sępa. Ciągle się zastanawiałem: resztkami sił chce wojownik ustrzelić ptaszysko, czy po prostu w takiej pozie zastygł po śmierci? Byłem za mały na to, by przeczytać tytuł pod reprodukcją (inna sprawa, że te podpisy są jedynie po angielsku, francusku, niemiecku i rosyjsku, więc i tak bym nie zrozumiał), przeto dodatkowo dręczyło mnie pytanie: kto tu z kim walczył i dlaczego.

Zdecydowanie, obrazy Pieredwiżników potrafią przyciągać uwagę już samą kompozycją, kolorem, nastrojem. A kiedy się dorośnie do pojęcia treści i wymowy szczegółów, kiedy się zaczyna rozumieć ich kontekst, ukryte znaczenia, cieniutkie aluzje… wtedy kontakt z tymi dziełami niechybnie wpływa na ukształtowanie określonej wrażliwości, pomaga wypracować pewne postawy i normy moralne. Tym bardziej, że, jak wspomniałem, prawdę na temat biedy, wyzysku, ludzkich słabości czy obłudy członkowie Towarzystwa Objazdowych Wystaw Artystycznych dostrzegali bez złudzeń i pokazywali ją bez ogródek, choć nie używali w tym celu prymitywnej łopatologii – byli na to zbyt wielkimi artystami.

A że były to z grubsza te same postawy i normy, że była to taka sama wrażliwość jak ta, którą kształtował we mnie swoim przykładem Tato? Przypadek? Chyba nie…

przyjecie(2)Wasilij Grigoriewicz Pierow, Refektarz

Ta wrażliwość od niektórych ludzi (nie idzie tu oczywiście o profesję, problem tkwi głębiej) każe się trzymać z daleka…

pracekolejowe(7)Konstantin Apołłonowicz Sawicki, Prace remontowe na kolei żelaznej
…a stawać zawsze po stronie innych.
(Tak na marginesie: gdybyż Sawicki, albo inny Pieredwiżnik mógł przewidzieć budowę Biełmorkanału!)

Wrażliwość moralna swoją drogą, zaś artystyczna swoją. Najlepiej, jeżeli sobie towarzyszą. U kogoś, komu książkę o Pieredwiżnikach podsunął taki człowiek, jak mój Tato, tak być musi. Po prostu. Dlatego nie dziwi fakt, że teraz, jako duży chłopiec, godzinami mógłbym się wpatrywać w inny obraz, choć pozornie nic się na nim nie dzieje.

samowar(5)Wasilij Nikołajewicz Bakszejew, Proza życia

Nic się nie dzieje… Dobre sobie! Tylko, że takie NIC trzeba umieć dostrzec. Aż się prosi o postawienie hipotezy, że Bakszejew namalował go po lekturze Czechowa. Ale to chyba nieprawda: Iwanow już co prawda istniał, lecz Czajka, Wiśniowy sad i Trzy siostry powstaną dopiero za kilka lat.

facet-z-kijem(3)pionWrażliwość artystyczna… Mówią, że Pieredwiżniki byli realistami, naturalistami – to prawda, choć nie do końca. Na światło wrażliwość mieli nie mniejszą od impresjonistów. Tylko, że to rosyjskie światło ponad sto lat temu, to coś zupełnie innego niż w kraju Gallów.

Mykoła (Nikołaj) Ołeksandrowicz Jaroszenko, Palacz

Oto Georges de la Tour, któremu przyszło tworzyć gdzieś nad Wołgą (a może i w Donbasie).

Mało było tego światła. A na dodatek widok tego, co oświetlało, też nie napawał nadzieją. Ale światło to zawsze światło! Nawet, gdy wpada tylko przez jedno, małe okienko.

w-celi(4)-pionpranie(6)pion

X

X

X

X

X

X

X

X

Mykoła Ołeksandrowicz Jaroszenko                         Abram Jefimowicz Archipow
Więzień                                                                                                                                  Praczki

Zdarzyło się kiedyś, że Ten, którego pamięć przywołuję tutaj już trzeci tydzień, jechał pociągiem z wizytą do dziewczyny (kilka lat później to właśnie ona zostanie moją Mamą). W metafizycznym momencie, gdy noc jeszcze nie odeszła, a dzień jeszcze nie powstał, gdy światło i mrok walczą ze sobą, rozmywając kształty i kolory świata, wyjrzał przez okno. Co zobaczył, namalował.

SAMSUNG DIGITAL CAMERACzy w takich okolicznościach ja mógłbym na światło pozostać niewrażliwy? Talentu malarskiego po Nim nie odziedziczyłem, ale na szczęście to nie jedyny sposób ekspresji wrażliwości.

autor-z-tata(7)-pion …gdzieżeś jest, jeśliś jest…

 I tyle. Już.

Pieredwiżniki II

Tomasz Fetzki

Wędrujmy dalej po kartach starej księgi. Jeżeli będziemy uważni, odkryje ona przed nami jeszcze niejedną tajemnicę.

Tydzień temu wspominałem o wrażliwości malarzy z kręgu Towarzystwa Objazdowych Wystaw Artystycznych na biedę i jej skutki. Ten temat pojawiał się w ich pracach bardzo często, a widzieli go ostro i bez złudzeń. Chłopstwo, depozytariusz, jak chciał Dostojewski, największych wartości moralnych Świętej Rusi? Nic z tych rzeczy! Ci biedni i rzeczywiście uciemiężeni ludzie byli w swej biedzie i w swym człowieczeństwie, chciałoby się rzec, arcyludzcy. Za pierzynę czy strzęp odzieży mogliby się chyba pozabijać… a już znienawidzić na lata – z pewnością!

Wasilij Maksimowicz Maksimow, Podział spadku

Zresztą, tak było właściwie w każdym przypadku. Chłopi, arystokraci czy artyści, wielka historia czy miałka codzienność: we wszystkich tych pretekstach tematycznych Pieredwiżniki widzieli przede wszystkim człowieka. Tylko człowiek jest ciekawy. Popatrzmy i my. Na jeszcze jednego cara i jeszcze jednego carskiego syna.

Mówią poniektórzy, że współcześni lekarze są w stanie precyzyjnie rozpoznać, na jakie choroby (zwłaszcza weneryczne) cierpieli krakowianie, pozujący Mistrzowi Veitowi Stoßowi, rzeźbiącemu Ołtarz Mariacki. Mistrz Riepin także nie pozostawia wątpliwości co do przyczyn, jakie zabiją jego modela cztery dni po ukończeniu tego obrazu… Bo Mistrz to Mistrz.

Ilia Jefimowicz Riepin, Portret kompozytora Mussorgskiego
Niestety, nie pierwszy to i nie ostatni artysta, który nadwrażliwość duszy odartej ze skorupy cynizmu leczył alkoholem.

O Modeście Mussorgskim wiem to i owo. Ale Pelagia Strepetowa? Nic mi to nazwisko nie mówi. Nie znam tej postaci w ogóle. Za to pewien malarz rodem z ukraińskiej Połtawy poznał tajniki jej duszy, jak się wydaje, bardzo dokładnie. Wręcz niebezpiecznie blisko.

Taka intymność w pewnym momencie zaczyna trochę ciążyć. Ostatecznie – ile można patrzeć z bliska na emocje, namiętności, cierpienie? Wyjdźmy na czyste powietrze, pospacerujmy wśród łanów zboża, powdychajmy aromat igliwia… Przyroda, pejzaż – to dla Pieredwiżnika nic obcego, zwłaszcza, jak się jest Szyszkinem.

SAMSUNG DIGITAL CAMERAIwan Iwanowicz Szyszkin, Żyto
Ale dla mnie w tym obrazie najważniejsze są jednak sosny.

A w taki sposób sosny zobaczył i namalował Ten, któremu zawdzięczam zażyłość z Pieredwiżnikami. Ten, któremu tak naprawdę poświęcony jest tekst niniejszy.

SAMSUNG DIGITAL CAMERASosny widziane i zinterpretowane przez mojego Tatę.

 Za tydzień wspomnień serdecznych odcinek trzeci i ostatni.