Sonet żelaznych dróg

Tomasz Fetzki

1. Przejazd

Zaiste, jak z żelaza: twarde, zimne, głuche
Są drogi kolejowe, koleiny losu.
Mkną po nich w monotonii stukotów odgłosu
Pociągi, w dal uwożąc nasze chwile kruche.

Zawrotnie mkną, złym jakimś ożywione duchem,
Aż pejzaż się rozmywa i nie słychać głosów.
Zbyt wiele przegapiłeś w tym pędzie kairosów!
Już czas hamulec szarpnąć jednym pewnym ruchem

I przysiąść na nasypie, woni ziół skosztować:
Rumianek, mięta – rosną tutaj w obfitości;
Banalnie zadrzeć głowę, chmurki kontemplować
Bez obaw o spóźnienie. W przeczucia jasności

Niestety, taką pewność wszyscy mieć możemy:
Na stację docelową niechybnie dotrzemy!

2. Konie

Festiwal piosenki natrętnej V

Tomasz Fetzki

Przedwiośnie, czyli natręctwo sprowokowane

Decyzja zapadła. Szefowa w profetycznym uniesieniu śmiało zarysowała wizję i precyzyjnie wytknęła kierunek marszu: witamy wiosnę!

Na Łużycach co prawda przyroda jeszcze nie wariuje tak jak w Berlinie, ale pewne zwiastuny zmian i tutaj można już zaobserwować. Niby zimno, ale w niektóre dni niebo wygląda jak lapis lazuli. Niby szaroburo, lecz gdzieniegdzie z błocka wychynęły zielone lance przebiśniegów – jeszcze nie kwitną, ale jaka to intensywna zieleń! Słowem, nie ma co grymasić. Wiosna to wiosna. I o niej opowie dzisiejszy tekst. Zresztą: poprzedni pomysł na wpis i tak był do chrzanu, trzeba to uczciwie przyznać…

Dziarskie hasło padło, a sprowokowane nim natręctwo natychmiast przybyło. Inna sprawa, że i tak by przyszło, tylko może nieco później. Bo przyplątuje się co roku na przedwiośnie. Wtedy, gdy kwiecie jeszcze nie kwitnie a dnie wciąż krótkie, ale już pyli leszczyna, zaś dreszczyki ciepła co i raz wstrząsają powietrzem. Zawsze w tym czasie Viator lubi sobie posłuchać kompozycji Czesława Wydrzyckiego, stworzonej do wiersza Jarosława Iwaszkiewicza. Taki duet musiał zaowocować powstaniem czegoś jedynego w swoim rodzaju. Chciałoby się stwierdzić: nie ma co dłużej gadać, po prostu słuchajcie. Poczujecie niepowtarzalną atmosferę głębokiego, jeszcze sekretnego przedwiośnia. Usłyszycie tęsknotę za wiosną: nie tylko tą klimatyczną skądinąd.

Chciałoby się, ale Viator, jak to on, musi pofilozofować. To silniejsze od niego. Przebóg! Jakże nie filozofować, gdy okoliczności aż się o to proszą? Nie chodzi tylko o ten bonus w postaci napisu Interwizja, pojawiającego się co pewien czas w tle scenografii. Nie idzie jedynie o zaskakującą refleksję, iż czym ta Interwizja była, tym była, ale kudy utworom z festiwali Eurowizji do takiej perełki…

Przemyśleń ma Wędrowiec więcej. Kiedyś obiła się o jego uszy opinia, iż powstanie piosenki było zaprawione odrobiną wazeliny. Że był to ponoć nieco wymuszony – czy raczej wyperswadowany – hołd dla sędziwego, a wciąż wpływowego Iwachy. Jeśli tak, to daj nam Panie nieco tego samego. Prawdziwego talentu nic nie ukatrupi. Ale może było zupełnie inaczej?

To wszystko jednak drobiazgi. Oto teraz Viator pozwoli sobie na świętokradztwo: ma odwagę nie godzić się z Autorem! Chyba dlatego, iż przeżył już kilka zim, które to i owo w nim wymroziły. Jestem w nieskończoności, w morzu miłości do ludzi… Ludzi, ludzkości… Nie przemawia ta fraza do Pielgrzyma, brzmi cokolwiek fałszywie: kto ludzkość miłuje, rzadko potrafi kochać konkretnego człowieka. Morze miłości skurczyło się Wędrowcowi do rozmiarów jeziora. Aralskiego. Sama sobie ludzkość winna.

Rozpacz to? Cynizm? Może jednak realizm? Na pociechę trzeba wszak dodać, iż nie jest Viator zupełnie pozbawiony zdolności do ciepłych uczuć. Ludzkości raczej nie lubi, ale kilkoro ludzi, których prawdziwie kocha, dałoby się odnaleźć. Będzie ich nawet więcej, niż tych sprawiedliwych, których Awraham szukał w Sodomie.

Zresztą, z czego chciałby się teraz wstydliwie zwierzyć, także Viator każdego dnia zanurza się w morzu czułości. Nie zdziwaczał do tego stopnia, żeby męczyć codziennie wszystkich wokół opowieściami o swej suczce, albo zasypywać serwisy społecznościowe jej fotografiami. Ale do kroćset! Raz na piętnaście lat chyba można?!

Łatka: jubilatka piętnastolatka. Patrząc w te oczy nie sposób nie zanurzyć się w morzu czułości.

Dość filozofowania. Idzie wiosna! Słuchajmy.

 

I znowu zimowe nastroje

Tomasz Fetzki

kominek

Rozmyślania przy kominku

Powiedział Wieszcz: wiek męski – wiek klęski. Coś w tym jest: do człowieka dociera świadomość, że nie wszystko, co chciał, osiągnął i pewnie już nie osiągnie. Viatorowi też ona doskwiera. Przebiega Wędrowiec wspomnieniami po swych młodzieńczych planach oraz zamierzeniach. I… ach, szkoda gadać. Ale jedno mu się udało. Marzył o kominku i ma kominek! Znaczy się, życia nie zmarnował.

Taki kominek to dobra rzecz. Nie tylko dlatego, że ciepło z płonących szczap jest żywe i zupełnie inne niż kaloryferowe. Nie tylko z tego powodu, że konieczność zadbania, by tych szczap nie zabrakło, wymaga wysiłku, który powoduje, iż wiek męski nie zmieni się (oby!) zbyt szybko w dziadkowski. Taki kominek to dobra rzecz, bo można siąść przy nim, nacieszyć oczy płomieniem i trochę pomyśleć. Zwłaszcza teraz. Wokół śnieg, mróz, ciemno, smutno i pusto. I jeszcze długo tak będzie, wszak to dopiero środek zimy. Jest ciężko i nie zapowiada się szybka zmiana na lepsze… chodzi oczywiście o porę roku; no, ale jeśli komuś co innego na myśl przychodzi, jeśli zima ma dla niego wartość metafory, to czemu nie? Viator sam mógłby sypnąć garścią takich znaczeń ukrytych, tylko po co.

Optymistyczne to wszystko nie nastraja. Ale skoro mamy kominek i czas (co z tego, że zły? jest, więc trzeba z niego korzystać), usiądźmy i podumajmy. W głębi zimy, depresji, mroku zbierzmy się trochę w sobie. Refleksję, choćby niewielką, wysnujmy. Strategicznie zaplanujmy, jak doczekać wiosny. Skoro już mamy czas…

Biegnie przeto Viator myślami na szlak przyszłych wędrówek. Póki co może jednak tylko sięgnąć po laptop, napawać się ciepłem bijącym z kominka, zerkać co i raz na wesołe ogniki, i przeglądać fotograficzną dokumentację niegdysiejszych itinerariów.

Heureka! Kilka lat temu. Kożuchów. Mur kościoła pod wezwaniem Oczyszczenia Najświętszej Maryi Panny. Pośród licznych wmurowanych weń epitafiów jedno zafrapowało Wędrowca szczególnie. Bo treść jego mocna, a forma niezwykła.

kwatera-pan-kostka

Proroctwo Ezechiela. Brzmi jak dzwon i niesie nadzieję, zwłaszcza w środku ponurej zimy. Co ciekawe, nie ze względu na treść religijną: na tej się Viator nie zna i mądrować się na jej temat nie zamierza. Ale przeczytajcie sami, to kawał prawdziwej literatury. A sztuka też ma ponoć moc zbawczą!

Spoczęła na mnie ręka Pana; i wyprowadził mnie w swoim duchu, i postawił mnie w środku doliny, która była pełna kości. I kazał mi przejść dokoła nich, a oto było ich bardzo dużo w tej dolinie i były zupełnie wyschłe. I rzekł do mnie: Synu człowieczy, czy ożyją te kości? I odpowiedziałem: Wszechmocny Panie, Ty wiesz. I rzekł do mnie: Prorokuj nad tymi kośćmi i powiedz do nich: Kości wyschłe! Słuchajcie słowa Pana! Tak mówi Wszechmocny Pan do tych kości: Oto Ja wprowadzę do was ożywcze tchnienie i ożyjecie. I dam wam ścięgna, i sprawię, że obrośniecie ciałem, i powlokę was skórą, i dam wam moje ożywcze tchnienie, i ożyjecie, i poznacie, że Ja jestem Pan.

Prorokowałem więc, jak mi nakazano. A gdy prorokowałem, rozległ się głos, a oto powstał szum; i zbliżyły się kości, jedna kość do drugiej. I spojrzałem: a oto pojawiły się na nich ścięgna i porosło ciało; i skóra powlokła je po wierzchu, ale ożywczego tchnienia w nich nie było. I rzekł do mnie: Prorokuj do ożywczego tchnienia, synu człowieczy, i powiedz ożywczemu tchnieniu: Tak mówi Wszechmocny Pan: Przyjdź, ożywcze tchnienie, z czterech stron i tchnij na tych zabitych, a ożyją. I prorokowałem, jak mi nakazano. Wtem wstąpiło w nich ożywcze tchnienie i ożyli, i stanęli na nogach – rzesza bardzo wielka.

To działa, prawda? Zresztą, zawsze działało. Viator zajmuje się pedagogiką, także w ujęciu historycznym. I natrafił swego czasu na tekst autorki, której przedstawiać bliżej chyba nikomu nie trzeba. Maria Montessori. Cóż ona pisze w swych Domach Dziecięcych (La Case dei Bambini)? Przytacza Proroctwo Ezechielowe jako alegorię wychowania, zwłaszcza dzieci, których rozwój przebiega wśród trudów i niepowodzeń. W tych słowach znalazła inspirację dla swojego dzieła; jego efekty można dziś podziwiać. Zaiste, jest w nich moc. Pomogą doczekać wiosny. Otuchy, suche kości!

A wizja artysty z Kożuchowa? Ma w sobie coś przejmującego – te dynamiczne przemiany w tłumie szkieletów. Jednocześnie jest rozczulająco naiwna: cztery tchnienia z wydętymi policzkami, w górnym lewym rogu! Oczu nie można oderwać.

Tak sobie radzi Viator z zimą naszej niedoli. Tak suche kości poradzą sobie z każdą zimą. A co słychać u krzaka dzikiej róży? Dziękuję, trwa dzielnie i ma się świetnie. Jego owoce na tle białego puchu wręcz płoną swą czerwienią. Chciałoby się zawołać: Krzew gorejący! Ale lepiej tego nie czynić, bo jeszcze on przemówi i będzie nowa draka na kolejne trzy i pół tysiąca lat. Piękna jesteś, różo!

a

Polskie ulice / Polnische Strassennamen

Viele Wochen sammelten Tomasz Fetzki und ich die polnischen Strassennamen in Berlin; dann gesellte sich noch der Hans-Jürgen Moder zu uns. Ursprünglich nahmen wir an, dass derjenige, der behauptet hatte, in Berlin gebe es 93 polnische Strassennamen, recht hat. Hat er nicht. Wir sind schon bei mehr als 150 und es ist sicher nicht das Ende der Geschichte. Sucht weiter und schickt die neuen Namen uns zu… Oder korrigiert das, was wir geschrieben / gefunden haben!

Achtung: Rote Strassennamen wurden von den Leser schon nach der Veröffentlichung dieses Beitrags  zugeschickt

Przez wiele tygodni Tomasz Fetzki i ja zbieraliśmy polskie nazwy ulic w Berlinie. Potem dołączył do nas jeszcze Hans-Jürgen Moder. Gdzieś znalazłam informację, że w Berlinie są 93 ulice z polskimi nazwami. Jest ich jednak znacznie więcej. Obecnie nasz rejestr obejmuje ponad 150 polskich nazw, a to na pewno nie koniec. Szukajcie i przysyłajcie… Ale poprawiajcie też błędy, bo na pewno nie wszystko spisaliśmy jak należy…

Uwaga: Czerwone nazwy ulic dosłali Czytelnicy już po publikacji tego wpisu 

Aktualnie / Momentan 158 Namen / nazw ulic

***
Städte / Miasta

BACHWITZER (BACHOWITZER) STRASSE / ULICA WIELOŁĘCKA

BAUERWITZER STRASSE / ULICA BABOROWSKA

BENTSCHENER WEG / ULICA ZBĄSZYŃSKA

BERUNER STRASSE / ULICA BIERUŃSKA (Bieruń Stary/Bieruń Nowy k. Katowic)

BICHOFSTALER STRASSE / ULICA UJAZDOWSKA (Ujazd Śląski)

BIRNBAUMER STRASSE / ULICA MIĘDZYCHODZKA

BISMARCKFELDER STRASSE / ULICA ŚWINIARSKA

BLÜTENAUER STRASSE / ULICA KWIECISZEWSKA

BOSCHPOLER PLATZ, STRASSE / ULICA BOŻOPOLSKA (Bożepole Wielkie, Bożepole Małe)

BRACHFELDER STRASSE / ULICA PANIGRÓDZKA

BRACHLINER STRASSE / ULICA ZBRACHLIŃSKA

BRANDORFER WEG / ULICA PRZYPROSTYŃSKA

BREITENFELDER STRASSE / ULICA PRZYBOROWSKA

BRESLAUER PLATZ/ PLAC WROCŁAWSKI 2 x

BRIESENER WEG /  ULICA WĄBRZEŹNIEŃSKA

BRODAUER STRASSE / ULICA BRODOWSKA

BUCHENHAINER STRASSE / ULICA BOGUNIEWSKA

BUDSINER STRASSE / ULICA BUDZYŃSKA

BÜTOWER STRASSE / ULICA BYTOWSKA

BUSCHINER STRASSE / ULICA BUŚNIEŃSKA

CROSSENER STRASSE / ULICA KROŚNIEŃSKA

CZARNIKAUER STRASSE / ULICA CZARNKOWSKA

DANZIGER STRASSE / ULICA GDAŃSKA

DAMERAUER ALLEE /ALEJA DĄBROWSKA (Dąbrowa k. Malborka)

DEBENZER STRASSE / ULICA DĘBIENIECKA

DIRSCHAUER STRASSE / ULICA TCZEWSKA 2x

DEUTSCHHOFFER ALLEE – ALEJA NAMYŚLACKA (Namyślaki)

DOLGIZERSTRASSE / ULICA DŁUŻKOWSKA

DOMNAUER STRASSE / ULICA DOMNOWSKA

DRAMBURGER STRASSE / ULICA DRAWSKA

DRAUSNITZER STRASSE / ULICA DROŹDZIENICKA

DRENZIGER ZEILE / ZAUŁEK DRZEŃSKI

DRIESENER STRASSE / ULICA DREZDENKOWSKA (Drezdenko)

DROSSENER STRASSE / ULICA OŚNIEŃSKA (Ośno Lubuskie)

DRUSCHIENER STRASSE / ULICA DRUŻYNIAŃSKA (Drużyny)

ERNSTRODER STRASSE / ULICA PIGŻAŃSKA

FEUERSTEINER STRASSE / ULICA KRZEMIENIEWSKA

FINKELWALDER WEG / ULICA ZDROJOWA (Szczecin-Zdroje)

FORDONER STRASSE / ULICA FORDOŃSKA

GEMBITZER STRASSE / ULICA GĘBICKA

GERZLOWER STRASSE / ULICA JAROSŁAWSKA

GLADAUER STRASSE / ULICA GŁODOWSKA

GLATZER STRASSE / ULICA KŁODZKA

GLEIWITZERSTRASSE/ ULICA GLIWICKA

GLOGAUER STRASSE / ULICA GŁOGOWSKA

GOLDAPER STRASSE / ULICA GOŁDAPSKA

GRAUDENZER STRASSE / ULICA GRUDZIĄDZKA

GROTTKAUER STRASSE / ULICA GRODKOWSKA (Grodków)

GÜLZOWER STRASSE / ULICA GOŁCZEWSKA

GRÜNBERGER STRASSE / ULICA ZIELONOGÓRSKA 2x

HEDWIGSKIRCHGASSE – ZAUŁEK KOŁO KATEDRY ŚW. JADWIGI ŚLĄSKIEJ

HEDWIGSTRASSE – ULICA ŚW. JADWIGI ŚLĄSKIEJ

HEDWIGSTRASSE – ULICA KSIĘŻNICZKI JADWIGI POLSKIEJ

HERTWIGSWALDER STEIG / DRÒŻKA DOBOSZOWICKA (Doboszowice, pow. Ząbkowice Śl.)

KADINER STRASSE / ULICA KADYŃSKA

KALISCHER STRASSE / ULICA KALISKA

KAMENZER DAMM / TRAKT KAMIENIECKI (Kamieniec Ząbkowicki)

KAMMINER STRASSE / ULICA KAMIEŃSKA (Kamień Pomorski)

KARWITZER PFAD /KARWICKA ŚCIEŻKA

KATTOWITZER STRASSE / ULICA KATOWICKA

KÖSLINER STRASSE / ULICA KOSZALIŃSKA

KOLBERGER STRASSE & PLATZ / ULICA KOŁOBRZESKA i PLAC 3x

KÖNIGSHÜTTER WEG / ULICA CHORZOWSKA

KONITZER STRASSE / ULICA CHOJNICKA

KUDOWASTRASSE & KOLONIE PAUSBORN-KUDOWA / ULICA KUDOWSKA & OGRÒDKI DZIAŁKOWE „PAUSBORN-KUDOWA”

KÜLZER STRASSE / ULICA KULICKA

KULMER STRASSE / ULICA CHEŁMNIŃSKA

KULMSEESTRASSE / ULICA JEZIORA CHEŁMŻAŃSKIEGO

LANDSBERGER STRASSE/ ULICA GORZOWSKA

LAPPINER PLATZ/STRASSE / ULICA ŁAPIŃSKA

LIEGNITZER STRASSE/ ULICA LEGNICKA

LISSAER STRASSE / ULICA LESZNIEŃSKA

MARIENBURGER STRASSE / ULICA MALBORSKA

MIELTSCHINER WEG/ ULICA MIELŻYŃSKA

MÜHLTALER STRASSE / ULICA SMUKAŁOWSKA (Bydgoszcz-Smukała)

MÜNSTERBERGER WEG / DROGA ZIĘBICKA (Ziębice, pow. Ząbkowice Śl.)

MÜNSTERWALDER STRASSE / ULICA OPALENIEWSKA (Opalenie k. Kwidzyna)

MYSLOWITZER STRASSE / ULICA MYSŁOWICKA 2x

NEUDAMMER STRASSE / ULICA DĘBNIEŃSKA (Dębno koło Myśliborza)

NEUFAHRWASSERWEG / ULICZKA NOWY PORT

NITZWALDER STRASSE / ULICA NICWALDZKA

OHLAUERSTRASSE/ ULICA OŁAWSKA

OLIVAER PLATZ / PLAC OLIWSKI

OPPELNERSTRASSE/ ULICA OPOLSKA

PÖLITZER STRASSE / ULICA POLICKA (Police k. Szczecina)

POLLNOWER STRASSE / ULICA POLANOWSKA

PROSKAUERSTRASSE / ULICA PRÓSZKOWSKA

RATIBORSTRASSE/ ULICA RACIBORSKA

RIDBACHER STRASSE / ULICA RZECKA (Rzeck, gmina Mrągowo)

ROGAUER WEG / ULICA ROGOWSKA (Rogów Opolski)

RÜGENWALDER WEG /  DROGA DARŁOWSKA

SAGANERSTRASSE/ ULICA ŻAGAŃSKA

SANDOWITZER PLATZ / PLAC ZEDOWICKI

SCHLAWER STRASSE / ULICA SŁAWIEŃSKA

SCHLOCHAUER STRASSE / ULICA CZŁUCHOWSKA

SCHRODAER STRASSE / ULICA ŚREDZKA (Środa Wielkopolska)

SCHWIEBUSER STRASSE / ULICA ŚWIEBODZIŃSKA

SORAUERSTRASSE/ ULICA ŻARSKA

STADER STRASSE / ULICA WIELISTOWSKA

STEPNITZER WEG /  DROGA STEPNICKA (Stepnica, pow. Goleniów)

STETTINER BAHNHOF & STRASSE / DWORZEC SZCZECIŃSKI & ULICA

STREHLENER STRASSE / ULICA STRZELIŃSKA (Strzelin)

STRIEGAUER STRASSE / ULICA STRZEGOMSKA

THORNER STRASSE / ULICA TORUŃSKA

TYCHYER STRASSE / ULICA TYSKA

WALDENBURGER STRASSE / ULICA WAŁBRZYCHSKA

WAPLITZER STRASSE / ULICA WAPLEWSKA (Waplewo)

WARSCHAUERSTRASSE/ ULICA WARSZAWSKA

WEISSENHÖHER STRASSE / ULICA BIAŁOŚLIWIŃSKA

WILHELMSBRÜCKER STRASSE / ULICA PODZAMCZE (dzielnica Wieruszowa k. Kalisza)

WONGROWITZER WEG / ULICZKA WĄGROWIECKA

ZOPPOTTER STRASSE & ZOPPOTER WEG / ULICA SOPOCKA & DROGA SOPOCKA

ZÜLLICHAUER STRASSE / ULICA SULECHOWSKA

Doppelte Stadtnamen an der Grenze / Podwójne nazwy miast granicznych

GUBENER STRASSE / ULICA GUBIŃSKA /GUBEŃSKA

GÖRLITZER STRASSE / ULICA GÖRLICKA /ZGORZELECKA 3 x

KÜSTRINER STRASSE / ULICA KOSTRZYŃSKA / KUESTRIŃSKA 2 x

Landschaften, Berge, Flüsse / Krainy, góry, rzeki

BESKIDENSTRASSE / ULICA BESKIDZKA

BOBERSTRASSE / ULICA BOBRZAŃSKA

BORUSSIASTRASSE & KOLONIE BORUSSIA / ULICA PRUSKA i OGRÒDKI DZIAŁKOWE „PRUSY”

NEISSE STRASSE / ULICA NYSKA

NETZESTRASSE / ULICA NOTECKA

NOGATSTRASSE / ULICA NOGATU

ODERSTRASSE / ULICA ODRZAŃSKA

POMMERSCHE STRASSE / ULICA POMORSKA

SCHLESISCHESTRASSE – BRÜCKE – BUSCH – TOR/ ULICA – MOST – ZAGAJNIK – BRAMA ŚLĄSKA

VOR DEM SCHLESISCHEN TOR / PRZED BRAMĄ ŚLĄSKĄ

WARTHESTRASSE (PLATZ) / ULICA (PLAC) WARCIAŃSKA

WEICHSELSTRASSE / ULICA WIŚLANA

Menschen / Ludzie

AM BALTENRING / OBWODNICA BAŁTYCKA (Bałtowie)

CHOPIN STRASSE

CHODOWIECKI STRASSE / ULICA CHODOWIECKIEGO

GOTZKOWSKY STRASSE / ULICA GOCKOWSKIEGO 2x

MARIE-CURIE-ALLEE / ALEJA MARIE CURIE (SKŁODOWSKIEJ)

JABLONSKI STRASSE / ULICA JABŁOŃSKIEGO

JANUSZ KORCZAK STRASSE

KOPERNIKUSSTRASSE / ULICA KOPERNIKA 2x

POMMERNALLEE / ALEJA POMORZAN

ROSA-LUXEMBURG-PLATZ & STRASSE / ULICA & PLAC RÓŻY LUKSEMBURG 2x

OSTROWSKI STRASSE / ULICA OSTROWSKIEGO

Sonstiges / Inne

ESPERANTOPLATZ / PLAC ESPERANTO

Festiwal piosenki natrętnej IV

Tomasz Fetzki

Cavatina, czyli nieodwołalnie utracona beztroska

Dziś piosenka nietypowa. Właściwie: w ogóle nie piosenka, tylko miniaturka instrumentalna. Wszelako natrętna. I to bardzo.

Gdy słuchamy utworu tekstowo-muzycznego, sprawa jest jasna, a treści oczywiste. Jednak go braknie słów… Mówią, że muzyka to najbardziej czysta, abstrakcyjna spośród sztuk wszelakich. Niczego nie przedstawia, niczego nie oznacza, po prostu wyraża ukrytą harmonię kosmosu. Skoro mówią, pewnie tak jest!

Jednak, od czasu do czasu, ktoś melodiom usiłuje nadać znaczenie; bywa, że z dobrym skutkiem. Gdyby Rudy Ksiądz z Wenecji nie opatrzył swego koncertu skrzypcowego E-dur dodatkowym tytułem, czy ta muzyka przywodziłaby nam na myśl powiew zefirka, trzepotanie motylich i pszczelich skrzydełek oraz taniec promyków młodego słoneczka? Może tak, może nie. Ale skoro kompozytor nazwał utwór Wiosną, to już się nam tak ona nieodparcie będzie kojarzyć. Podobne przykłady można mnożyć, ale to by było przeładowanie tekstu ornamentyką, a przecież ostatnio podnosiły się na blogu głosy sprzeciwu wobec barokizowania. Niechże przeto za cały barok Vivaldi wystarczy!

Albo taka, panie dziejaszku, muzyka filmowa. Siłą rzeczy, zwłaszcza, jeśli mamy do czynienia z dziełem wybitnym (a przecież jednym z elementów dobrego filmu jest sugestywna ścieżka dźwiękowa), melodia, choć sama w sobie nic nie znaczy, już na zawsze kojarzyć się będzie z treścią obrazu. Pozostaje tylko kwestia tego, jaką kto treść z jakiego filmu wysnuł dla siebie. Bo można różne.

Łowca jeleni. Budzi skrajne oceny. Dla niektórych synonim dłużyzny i nudy. Dla innych arcydzieło pod każdym względem. Wiadomo, de gustibus… Viator nikogo przekonywać nie ma zamiaru, ale chce zadeklarować: on należy do owych innych. Jego osobisty ranking od wielu lat niezmiennie plasuje ten film w pierwszej trójce najlepszych. Bo to dzieło znacznie głębsze, niżby się na pozór wydawało.

Można, rzecz jasna, skupić się na najbardziej zewnętrznej, publicystycznej warstwie, i potraktować go jako rozliczenie Amerykanów z wojną w Wietnamie. I będzie to oczywiście prawda. Ale jakże powierzchowna! Kontakt naskórkowy. Bo przecież nie przeżycia potomków łemkowskich imigrantów z Pensylwanii, wysłanych nad Mekong, są tu najistotniejsze. Gdyby zamiast nich ukazać młodzieniaszków z Karlsruhe zamarzających pod Stalingradem? Albo chłopców z Irkucka, walczących w Kabulu? Czy też dandysików z Bordeaux tonących w lodowatych nurtach Berezyny? Lub dziewczyny spod Tarnopola, które po latach poniewierki wstąpiły do Platerówek? Czy to byłoby coś innego? Łowca jeleni jest filmem o tym, jak wojna nieodwracalnie niszczy osobowość. Tylko wojna? Wojna to symbol zaledwie! Chodzi o zło. Nie takie zło zwykłe, codzienne, ale to stężone, dotkliwe i, co najistotniejsze, niezawinione. W miejsce wojny wstawcie sobie gwałt, zdradę (zwłaszcza doznaną od tych, od których najmniej się jej spodziewało), długotrwały mobbing, czy co tam jeszcze chcecie. Zło rani wszystkich, nawet odpornych. Co cię nie zabije, to cię wzmocni? Wolne żarty! Oto najsilniejszy z gromady przyjaciół: Michael. Wrócił z Wietnamu lepszy? Co najwyżej – nie gorszy. A na pewno bardziej cierpiący. O tym jest ten obraz.

Powiadają ludziska, że początkowe sceny Łowcy jeleni – wizyta na sali bilardowej, wesele, polowanie – są zdecydowanie za długie i właściwie w ogóle niepotrzebne. Viator pozwala sobie zaprotestować: oto mamy do czynienia z najbardziej przejmującymi fragmentami filmu. To, co się wtedy rozgrywa między bohaterami (a co oddano subtelnie ukradkowymi spojrzeniami, znaczeniem ukrytym pomiędzy zdawkowymi dialogami, zatrzymanymi wpół gestami): lęk przed przyszłością, przeczucie nieuchronnego końca młodości – to istota Łowcy jeleni. Najlepiej widać ów strach w zachowaniu Stevena, tego spośród przyjaciół, który charakteryzował się najsłabszą konstrukcją psychiczną. Inna sprawa, że i spadło się na niego najwięcej. Nie tylko powołanie do wojska. Wszak to jego ślub i jego wesele. Których właściwie w ogóle być nie powinno. I teraz sami powiedzcie: jakiż to z Łowcy jeleni film wojenny?!

Takie treści wysnuł z niego Viator. Dlaczego właśnie te? Może dlatego, że, gdy oglądał go pierwszy raz, sam był w chwili przełomu, właśnie zdał maturę i musiał decydować, co dalej? Swoją drogą: słusznie ktoś już zauważył, że paradoksem, ironią losu i piekącą niesprawiedliwością jest fakt, że kluczowe decyzje, które na długo i głęboko zaważą na naszym życiu, musimy podejmować w momencie, gdy to życie i samych siebie, póki co jeszcze, exusez le mot, gówno znamy. No naprawdę – rosyjska ruletka!

Takie treści przemieszały się w umyśle Viatora z muzyką ilustrującą film. Żal za kończącą się młodością. Ściślej – za odchodzącą w przeszłość beztroską.

Może, gdyby Wędrowiec był wyznawcą cyklicznej teorii czasu, byłoby mu łatwiej. Tkwi jednakże po czubek głowy w teorii linearnej, czuje wyraźnie, iż nic dwa razy się nie zdarza i nie zdarzy; z tej przyczyny utrata beztroski jest tak dotkliwa.

Kilka miesięcy temu jadł Viator jabłka maczane w miodzie, celebrując Rosz ha-Szana. Kilka dni temu pił szampana, świętując imieniny Sylwestra. To wszystko daty wybrane arbitralnie, jest pewnie jeszcze kilkanaście innych potencjalnych początków nowego roku, które można sobie obejść. Ale każdy z nich przypomina niestety, że czas nieubłagalnie płynie, a czarodziejska epoka beztroski odpływa coraz dalej. I w takich chwilach natrętnie brzmi Pielgrzymowi w uszach Cavatina.

Nie chciałby jednak Viator kończyć swej opowiastki zbyt pesymistycznie. Przemijanie, utrata – zgoda. Ale ta muzyka ma w sobie coś jeszcze, choć ciężko to coś określić. Nadzieja? Może raczej pogodna zgoda na nieuchronne. Przyjmij spokojnie, co ci lata doradzają, z wdziękiem wyrzekając się spraw młodości. Tak, chyba o to właśnie idzie. To się w tej melodii natrętnej ukrywa.

Nic się nie ukrywa! Niczego tam nie ma, poza dźwięków cudowną harmonią. I Tobie może zupełnie inne natrętne myśli przyniesie ze sobą Cavatina? Przekonaj się.

Pastorałka

…a raczej coś w rodzaju pastorałki

Tomasz Fetzki

Natrafił na niego Viator podczas przedświątecznych porządków, pośród hałd szpargałów. Skąd się wziął u niego ten tekst? Istnieje kilka wersji wyjaśnienia zagadki:
a. Rękopis znaleziony został w Saragossie.
b. Odkryto go w starym kościele Św. Pawła w Baltimore, datowany, rzecz jasna, 1692 rok.
c. Spod gruzów odkopały go urocze kłamczuszki, przy okazji znalezienia zapisu nutowego Adagia Tomaso Albinoniego, w ruinach Staatsbibliothek w Dreźnie.

Wybierzcie tę opcję, która wam pasuje. A wraz z nią i z samą pastorałką przyjmijcie najserdeczniejsze świąteczne życzenia.

Kim Ty byłaś: gwiazdą Wenus, wstającego dnia probierzem
Meteorem lotu pędem rozżagwionym w jonosferze
Czy kometą splatającą warkocz z pyłu kosmicznego?
Obojętne – serca rwałaś ku tęsknocie do lepszego.
Pewnie nikt Cię tutaj nie słał, nam się tylko skojarzyło
Z tej nadziei beznadziejnej, by się wreszcie odmieniło!
Piękna, gdy dokoła siałaś blaskiem świetlnej aureoli
Et in terra pax hominibus
Pokój ludziom dobrej woli…

Skąd byś przyszła, co znaczyła, dokąd miałaś pożeglować
Warto było choć przez chwilkę Twą zagadkę kontemplować
Przypomniałaś, że nie białej szmaty trzeba do corridy
Że za wcześnie, by się poddać i ogłosić tryumf ohydy
By opuścić wzrok, ramiona, zatłuc w sobie wyobraźnię.
Ty po niebie z gracją płyniesz, my wśród kurzu jakby raźniej
Już idziemy, choć czasami każdy krok i oddech boli
Et in terra pax hominibus
Pokój ludziom dobrej woli!

O nas tyle! Jeśli wolno dodatkowe prośby zgłaszać:
Czy byś mogła, czy byś chciała niepokoju ziarno zasiać
Tam, gdzie rolnik pracowity pielęgnuje wciąż z oddaniem
Bujne, plenne swe poletko, porośnięte gęstym łanem
Intryg, szczucia, wiarołomstwa, sprzedajnego uniżenia.
Może jego sercem także szarpnie jasność zrozumienia
Że bezcenne, bo jedyne, życie niszczy i partoli?
Et in terra pax hominibus
Pokój ludziom dobrej woli

Na zimowe nastroje

Tomasz Fetzki

Dzika róża czyli zajączek

Dzisiejsza opowiastka będzie krótka, bezpretensjonalna i raczej mało oryginalna. Ale kto wie – może właśnie taka przypadnie komuś do gustu?
Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: błogosławieni ci, którym tego oszczędzono! Viator do nich nie należy. Odkąd sięgnie pamięcią, musi się męczyć ze skłonnością do nastrojów depresyjnych. Ale to chyba cecha rodzinna, a już na pewno w tym pokoleniu: jego ukochana – wszak jedyna – młodsza siostrzyczka też tak ma. Przy okazji: Asiu, wszystkiego co wymarzone z okazji urodzin Ci życzę! Popatrz – nadrabiam jak potrafię…
I musiało to nieszczęsne rodzeństwo wynajdywać jakieś domowe sposoby przeciwko deficytom nadziei na lepsze jutro. Doszło na przykład do wniosku, że pewną ulgę może przynieść wychwytywanie refleksów piękna. Symbolem takiego rozbłysku stała się dla nich wspólnie ulubiona, jedna z najbardziej uroczych akwarel Dürera, czyli Zajączek.

1 Zajac

Niewinny, mięciutki i… po prostu piękny. Oczy bystre, uszy czujne i każdy włosek sierści oddany tak realistycznie. Rzeczywiście, potrafił i wciąż potrafi poprawić samopoczucie.
Od tego czasu nazywa się to wyszukiwaniem zajączków. A one czasem pomagają, a czasem nie. Bo nieraz do tego stopnia człowieka ściśnie, że żaden szarak nie poradzi, niechby i najbardziej milusi.
Ale teraz nie jest aż tak źle. Po prostu: jesień już zgniła, zima się jeszcze nie zaczęła, ludzie wokół… no… powiedzmy – różni. Brudno, szaroburo, słowem: melancholia nasza powszednia.
Prawdę mówiąc, z tą szaroburością nieco Viator przesadził. Popatrzcie dokładnie.

Znajdziemy tu zieleń – głęboką, choć odrobinę przygaszoną. Jest wytworny brąz, dyskretna oliwka, elegancki beż, znajdzie się i przydymiona nieco żółć. Tyle, że wszystkie te barwy takie jakby nienachalne. Ich odkrycie wymaga wysiłku, a czego jak czego, ale chęci do wysilania się nastrojonemu depresyjnie Viatorowi brak! Na szczęście kica ku niemu zajączek.
Płomienna, soczysta czerwień. Żadnego wysiłku nie wymaga jej odkrycie, sama odcina się wyraziście od pastelowego tła. Refleks piękna. Otucha Wędrowca. Jesienny krzak dzikiej róży, obsypany owocami. Już teraz wygląda zjawiskowo, a co będzie, gdy spadnie śnieg?! Mija go szczęśliwiec Viator każdego dnia, gdy pośród szarych porannych mgieł brnie do pracy.

Mało oryginalne? Z pewnością.
Ale, zaiste, pomaga!

Festiwal piosenki natrętnej III

Tomasz Fetzki

Śmiech

Dziś będzie o natręctwie niemalże mistycznym. Wyrosłym, by tak to ująć, na enologicznym podglebiu.

Żyjemy w kręgu cywilizacji śródziemnomorskiej? Żyjemy. Jesteśmy spadkobiercami kultury grecko-rzymskiej? Jesteśmy. Należy to dziedzictwo kultywować? Należy. Toteż nie miejcie do Viatora pretensji o to, iż od czasu do czasu – nie za często przecież – kultywuje. Że przenosi swoją duszę utęsknioną do tych pagórków attyckich, drzewami oliwki porośniętych, by dołączyć do orszaku szlachetnego Dionizosa. By ująć krzepką dłonią tyrs. By w korowodzie menad i satyrów przemierzać w uniesieniu wzgórza i doliny Lidii, Frygii oraz Tracji!

Tyle, jeśli chodzi o Greków. A Rzymianie? Są i oni! Wszak pierwsi stwierdzili: in vino veritas! A prawda rzadko bywa radosna. Tym bardziej, że te smuteczki, które pragnął był Viator utopić, są, co już dawno ktoś dostrzegł, wybornymi pływakami. O czym się Wędrowiec wciąż na nowo, za każdym razem z naiwnym zdziwieniem, przekonuje. Nie on jeden. A każdy wyraża to inaczej, wszak z obfitości serca mówią usta. Może to być: słuchaj rodaku, czerwone maki, serce, ojczyzna… albo coś zupełnie innego.

Niedawno – przed miesiącem zaledwie – podczas jednego z takich nostalgicznych misteriów dionizyjskich, usta Wędrowca wypowiedziały (tak to trzeba określić; nie sam Viator, ale coś w nim, poza jego wolą, powiedziało) słowa od wielu lat zapomniane, ukryte skrupulatnie gdzieś w najciemniejszych zakamarkach mózgu: Nie umieraj, Pinokio! Skąd właśnie one? Dlaczego? Dionizos jeden raczy wiedzieć. Już samo to było tajemnicze, ale misterium miało trwać dalej. Pamięć, jakby uwolniona zaklęciem, zaczęła, zwrotka po zwrotce, wyrzucać z siebie tekst i melodię piosenki – precyzyjnie i bezbłędnie. Co jest o tyle niezwykłe, że ostatni raz słyszał Viator tę piosenkę (czy może nawet sam zaśpiewał) około trzydziestu lat temu. Od tego czasu, tak się złożyło, ani razu się z nią już nie zetknął.

Chce uwierzyć Wędrowiec, iż poczuł muśnięcie mistyki, ale nic z tego. Wie przecież, że to jedynie procesy biochemiczne, które uruchomił nieopatrznie w swych neuronach. Do bólu naturalne i doczesne, choć mimo to niezwykłe.

A piosenka? Od tamtego tajemniczego wieczora regularnie prześladuje Viatora. Nie ma w tym niczego dziwnego. Skoro tak dokładnie i długo przechowała ją pamięć, by teraz natrętnie podsuwać, należy przyjąć, iż utwór był i pozostał dla Pielgrzyma ważny. I tak jest w istocie.

Viator był młodzieńcem sympatycznym, lecz snobowatym; może nawet dość inteligentnym, ale na pewno niezbyt bystrym. O ile potrafi zrekonstruować swój ówczesny, sprzed trzech dekad, stan świadomości, musiałby chyba przyznać, że nie bardzo wiedział wtedy, kto jest autorem czy oryginalnym wykonawcą piosenki. Znał ją tylko z interpretacji starszych, obytych w świecie kolegów, którzy mu imponowali. Nieszczególnie też rozumiał jej treść. Ale mu to nie przeszkadzało. Ważny był nastój. Czysta poezja.

Czegoś się tam zapewne domyślał. Ale co może pojąć z życia oszczędzany przez nie dotąd nastolatek? Jednak to, co żółtodziób turysta przeczuwał zaledwie, Wędrowiec, który już przekroczył półmetek, rozumie znacznie lepiej – choć też nie do końca. Smarkacz mógł się niepewnie półuśmiechnąć, słysząc o umieraniu… Pinokia (no bo czemu Pinokia, u diabła?!) Pielgrzym, gdy słyszy – czemu żyć chcesz, Pinokio? – z kamienną twarzą doda: właśnie, dlaczego? Wie już przecież, jak bardzo złe potrafią być te dni i w jak długie, ponure korowody potrafią się ustawiać.

Teraz Viator rozumie, dlaczego właśnie Pinokio. I ma już świadomość, że w realnym świecie Wróżka rzadko zwycięża – znacznie częściej tryumfują Lis z Kotem. Szczerze mówiąc – tryumfują prawie zawsze.

Nie umieraj, Pinokio! Czternaście lat temu odszedł Pinokio, który napisał tekst. Nie żyje już dwóch spośród Pinokiów, wykonujących piosenkę, zaś trzeci też był bardzo blisko. My żyjemy! A miasto wciąż nam się śni.

Skąd wziąć na to wszystko siły? Autor podpowiada – z autoironii. Nie można pokonać przeznaczenia, trzeba je z twarzyczką zapłakaną wyśmiać. Na nic innego nie zasługuje.

Pinokio, jeszcze jedną noc trwaj! I jeszcze następną. Może doczekasz nocy prawdziwie mistycznej?

Festiwal piosenki natrętnej II

Tomasz Fetzki

Piosenki

Pojawiają się nie wiadomo skąd. Przybywają, kiedy same zechcą: czasem przy okazji ważnej rocznicy, niekiedy sprowokowane jakimś wydarzeniem. Natrętne piosenki. Niegdyś usłyszane, raz po raz wracają.

Balast to czy bogactwo? Viator skłania się osobiście ku pierwszej opcji; z biegiem lat coraz mocniej dochodzi do przekonania, że im kto głupszy, tym szczęśliwszy. Ale to obojętne – w każdym z przypadków warto się z tych wizyt natrętnych zwierzyć Czytelnikom. Jeśli są ciężarem, łatwiej go będzie wspólnie nieść. Jeżeli zaś  to skarb – niechże się mnoży przez podział!

Ogłasza przeto Wędrowiec inaugurację festiwalu piosenki natrętnej. Ściślej, zaczęła się ta gala nieco wcześniej – stąd dwójka w tytule dzisiejszego tekstu – refleksją wysnutą na rocznicę wrześniowej inwazji Sowietów. Bo już piosenka Grechuty, zamieszczona przy okazji rozważań o destrukcyjnej naturze władzy, to nie pomysł Viatora, lecz Samej Szefowej Bloga. Rzecz nie w tym, jakoby była to inicjatywa nietrafiona (bo jest wprost przeciwnie), lecz w tym, że Wędrowiec czuje głęboką niechęć do przypisywania sobie cudzych inicjatyw.

Ale teraz zaczynamy na serio. Co nie znaczy bynajmniej – systematycznie. Natręctwo to natręctwo, pulsuje własnym rytmem, za którym podążać będziemy.

Jutro 11 listopada. U nas, co zrozumiałe, to dzień refleksji nad odzyskaną niepodległością. Tak jest i tak być powinno. Ale gdzieś niesłusznie umyka nam to, co stało się treścią tego święta we wszystkich innych krajach świata: koniec Wielkiej Wojny. Koniec koszmaru. Koniec rzeźni. Niesłusznie i niepotrzebnie nam umyka, bo warto się czasem – a teraz wszak czas najlepszy – zastanowić nad skutkami, jakie ten konflikt zbrojny wywarł, i wywiera właściwie do dziś, na nasze życie. Ale o tym, że Wielka Wojna, choć tak ważna, pozostaje z niezrozumiałych względów zapoznana i pomijana, snuł już Viator refleksje w stulecie jej wybuchu (i kto zechce, może je sobie przeczytać). Teraz nie zamierza się ponownie nad tematem nadmiernie pochylać. Teraz czas na piosenkę natrętną. Poznał ją Wędrowiec wiele lat temu, gdy zdarzyło mu się zamieszkać na dłużej w Słodkiej Francji, więcej nawet – zrządzeniem przewrotnego losu usłyszał ją po raz pierwszy w Compiègne, miejscu podpisania zawieszenia broni 11 listopada 1918 roku. Ma owa piosenka już 25 lat, ale może ktoś jej dotąd nie poznał? Może jednak będzie Viator oryginalny?

Jej treść dotyczy tematu zakończenia I Wojny Światowej choć wyraziście, to jedynie pośrednio. Ale i tak co roku, w tych właśnie dniach, utwór natarczywie powraca. Dlaczego? Trudno orzec: natręctwo to natręctwo, rządzi się własną logiką.

Nie powie Wędrowiec niczego odkrywczego jeśli stwierdzi, że istnieją piosenki, które są autonomiczne wobec swych wykonawców i wielu może je zaśpiewać z doskonałym skutkiem. Oraz że stworzono takie, które, z różnych skądinąd względów, są przypisane do konkretnego artysty, zrośnięte z nim na zawsze. Nic odkrywczego, po co więc Viator o tym mówi? Ano dlatego, że może się zdarzyć sytuacja, gdy ktoś spośród Czytelników nie miał dotąd okazji spotkać się z wykonawcami dzisiejszej piosenki natrętnej. A ich postacie są tutaj kluczowe: trzeba znać pewne szczegóły, aby wyczuć wszystkie smaczki, wyłapać wszelkie konteksty, słowem – aby utwór w pełni odebrać. Voila, Messieurs-Dames: trio Fredericks Goldman Jones, działające w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku!

Założyciel, główny kompozytor i autor grupy to Jean-Jacques Goldman, poniekąd jeden ze znaków firmowych współczesnej francuskiej muzyki rozrywkowej. Francuz, a jakże! Syn żydowskich imigrantów – ojciec przybył nad Sekwanę z Polski, matka z Niemiec. Swoją drogą – jaka byłaby francuska piosenka bez tych wszystkich mniej rdzennych – bez Nany Mouskouri, Yvesa Montanda, Dalidy, Jacquesa Brela, Georgesa Moustaki czy Charlesa Aznavoura. No, jaka? Francja dla Francuzów? Powodzenia, chłopaki!

Carole Fredericks, najmłodsza z trójki, spadkobierczyni dziedzictwa afrykańskich niewolników, urodziła się w wolnym, północnym stanie Massachusetts; ona też najwcześniej odeszła. Trochę symbolicznie, bo na afrykańskiej ziemi, podczas tournée w Senegalu, mając zaledwie 49 lat.

No i Michael Jones – rudawy (w młodości, rzecz jasna, bo dziś raczej mocno szpakowaty), zadziorny, chciałoby się rzec: typowy Irish! I niewiele byśmy się pomylili. Nie Irlandczyk co prawda, ale jednak Celt. Tyle, że łaskawy los dał mu ojczyznę na drugim brzegu Morza Irlandzkiego, w Walii.

Viatorka twierdzi, że taki zestaw wykonawców jest zbyt łopatologicznie oczywisty, zaś muzyka na kilometr pachnie Eurowizją. Ale to chyba przesada: biografie artystów przydają piosence autentyzmu, a muzyka brzmi po prostu przestrzennie, pomaga gładko przemierzać bezkresy czasu i obszarów, po których prowadzą nas wykonawcy. Zaś aranż jest perfekcyjny!

Tekst? Nie oczekujcie wyrafinowanej poezji. Zamiast niej otrzymacie słowa bezpretensjonalne i proste, ale szczere. I chyba dlatego właśnie przekonujące. Mocne.

Dla słuchacza wersji oryginalnej, tak jak dla Polaka, niemieckie słowo Leidenstadt, jest obce i nic nie znaczy. Dlatego Viator nie zdecydował się na jego przetłumaczenie. Choć być może warto by tak uczynić. Bo nie ma takiego miasta – to nazwa symboliczna, stworzona przez autora. Tylko jak ją przełożyć? Bolesty? Cierpiętopol? Zostawmy to germanistom. I słuchajmy.

https://dailymotion.com/video/x8r6p

A jeślibym się urodził w roku 17 w Leidenstadt
Na ruinach, na polu bitwy
Stałbym się lepszy czy gorszy niż oni
Gdybym był Niemcem?

Wykołysany upokorzeniem, nienawiścią i niewiedzą
Wykarmiony marzeniami o zemście
Czy miałbym tę niemożliwą świadomość
Kropli w potoku?

A gdybym dorastał pośród doków Belfastu:
Bojownik wiary i klanu
Czy miałbym na przekór wszystkiemu siłę,
By stanąć przeciwko swoim
I zdradzić – uściskiem dłoni?

A gdybym przyszła na świat biała i bogata
W Johannesburgu, między władzą i strachem
Czy słyszałabym te skargi niesione przez wiatr?
Nic już nie będzie takie, jak dawniej.

Nie dowiemy się nigdy, co czai się w naszych wnętrzach
Ukryte pod płaszczykiem pozorów:
Duch bohatera czy wspólnik kata
To, co najgorsze, czy to, co najpiękniejsze.
A gdyby wymagano od nas czegoś więcej, niż słowa
Stawilibyśmy opór, czy poszli, jak barany w stadzie?

Jeślibym się urodził w roku 17 w Leidenstadt
Na ruinach, na polu bitwy
Stałbym się lepszy czy gorszy niż oni
Gdybym był Niemcem?

I niech nam będzie zaoszczędzona
Tak długo, jak możliwe
Konieczność stanięcia przed tym wyborem.

Pieprzona żądza władzy

Tomasz Fetzki

O przedwczorajszych wydarzeniach, mimo sugerującego i zachęcającego tytułu, nie znajdziecie tutaj niczego. Chwyt marketingowy: wybory są tylko pretekstem. Minifelieton niniejszy powstał wcześniej, a wynik niedzielnego głosowania, jakikolwiek był, nie ma najmniejszego wpływu na jego treść. Nie idzie mi bowiem o publicystykę, lecz o meditatio philosophica, choćby i trącącą amatorszczyzną. Triumfatorzy wyborów się zmieniają, problem pozostaje.

Żądza władzy. Chora żądza władzy. Paląca wnętrzności żądza władzy. Destrukcyjna żądza władzy. Przeklęta żądza władzy. Pierdolona żądza władzy. Żaden epitet nie będzie tu nadmierny, naciągany czy przesadny.

Poeta zastanawiał się swego czasu:
Kto pierwszy został panem, kto pierwszy został sługą
Kto musiał wstawać wcześnie, a kto mógł spać za długo
.

Na to pytanie odpowiedzi znaleźć się już chyba nie uda. Ale jedno jest pewne: dzień, w którym ktoś z nas po raz pierwszy odczuł przyjemność dominacji nad swym bratem, to najczarniejszy moment historii ludzkości. Odtąd już nie ma braci. Zresztą, czy kiedykolwiek byli?

Ta żądza rozprzestrzeniła się błyskawicznie, jak lotny wirus. I trwa. Stanowisko, organizacja, eklezja, opcja polityczna, zakres – są sprawami drugorzędnymi. WŁADZA! Sama w sobie, w stanie krystalicznie czystym, wydestylowana z kontekstów czasu i przestrzeni.

Ta żądza jest niebezpieczna, jak wirus zjadliwy. Nic tak nie skrzywi osobowości, nie zdegeneruje i nie upodli, jak przeklęta żądza dominacji. Żądza pieniądza? Żądza używki? One też niszczą, oczywiście. Ale tylko możność sprawowania władzy pozwala się ujawnić temu, co w człowieku najbardziej podłe, oślizgłe i ohydne. Zapyta jednak adwersarz: co to znaczy podłe, oślizgłe i ohydne? Konkrety proszę! Odpowiadam: dokładnie to – co podłe, oślizgłe i ohydne. Im ktoś więcej przeżył i zobaczył, tym lepiej zrozumie, o czym mówię, bo zna miarę podłości, oślizgłości oraz ohydy. A właściwie – brak miary.

Żeby było zabawniej, rozmiar owego bezmiaru w żadnym stopniu nie zależy od rangi zajmowanego stanowiska. Może być i odrobinka władzy – byle realnej! Byle pokazać, kto tu rządzi. Byle móc wpływać na życie innych wedle własnego upodobania. Tak po prawdzie – te małe, lokalne, kieszonkowe hitlerki, salazarki, kleopaterki, aminkowie, stalinki, pinocheciki, lady makbecikowe i inny pocieszny drobiazg – oni są najgorsi. Bo już zakosztowali ambrozji, lecz odrobinę jeno, i teraz pragnienie ich pali. Zrobią wszystko, by je ugasić. To nie figura stylistyczna. Naprawdę wszystko. Nie ma tak bliskiego przyjaciela, którego by nie zdradzili, tak żenującego donosu, którego by nie złożyli, tak odrażającej dziury, do której by, jak mówi prosty lud, bez masełka po stópki nie weszli…

Ja to wiem od niedawna. Lub inaczej – oczywiście teoretycznie wiedziałem o tym zawsze, ale realnie się przekonałem, że to aż tak – niedawno, krótko po czterdziestce. Wtedy dopiero doznałem wątpliwej przyjemności przekonania się naocznego, naskórnego i naemocjonalnego, do jakiego stopnia z ludzi, zwykłych ludzi, których się nawet lubiło, może wychynąć psychopatyczne bydlę. Oraz przekonania się, co potrafią robić, gdy już JĄ – władzę – mają. I że robią to z jednego tylko powodu – bo mogą.

Właściwie mogę się uważać za szczęściarza. Ostatecznie długie cztery dekady żyłem w błogosławionej niewiedzy. Wątrobę oszczędziłem, wrzodów się nie dorobiłem, żółci za wiele nie wyprodukowałem. Ale teraz szybko to nadrabiam. Jednak nie ma tej żółci znowu aż tak dużo, by mi zalewała oczy. Widzę wyraźnie. Wiem, że kierowanie innymi to zło konieczne. Oba słowa – zło oraz konieczne – są w tym miejscu tak samo potrzebne i prawdziwe. Dostrzegam też, że istnieją tacy – moja żona mówi o nich zadaniowcy – którzy dzierżą stanowiska dla realizacji celów, a nie dla napasienia swej chorej żądzy. Nie władcy, tylko administratorzy (przypominam: administrare pochodzi od ministrare, czyli służyć; minister to sługa, ot, taki żenujący żarcik). Oni jednak chyba myślą podobnie do mnie i moich inkryminacji nie odniosą do siebie. A poza tym – iluż ich jest?

Adwersarz znów zabiera głos: Towarzysze! Krytyka – tak. Ale konstruktywna!

Co mu odpowiem? Jak zaradzić złu? Natury ludzkiej zmienić nie sposób. Wydaje się, że jedynym rozwiązaniem byłoby powierzanie wszelkich stanowisk tym, którzy najmocniej się przed nimi bronią i, korzystając z pierwszej nadarzającej się okazji, pozbywają się wątpliwych zaszczytów. Oni nie zrobiliby krzywdy sobie, ani innym.

To, rzecz jasna, niemożliwe, ale cóż szkodzi pomarzyć… A na razie, czekając na Godota, trzeba sobie jakoś radzić. Nigdzie i nigdy nie pozwalać, aby ktokolwiek uzurpował prawo do zajęcia miejsca naszej mamy i naszego taty. Nie wiem jak wy, ale ja sobie nie życzę – nikt nie jest tego godzien.

Kto z gwiazdozbioru Vega patrząc na ziemię zgadnie
Kto pierwszy był człowiekiem, kto będzie nim ostatni.
A kto nim, na własne życzenie, być przestał…
Dlaczego ja nie zapisałem się do anarchistów?