Prowincjonalne Theatrum Mundi 1

Stefan Andrzejewski

Jest wiosna 1990 roku. Już za miesiąc matura! Wszystkich trzydzieści czworo uczniów klasy czwartej humanistycznej miejscowego liceum zajmuje stanowiska bojowe przed mającą się rozpocząć lekcją języka polskiego. Uczniowie klasy humanistycznej mają poczucie misji i mocno zakorzenione przekonanie o swojej wyjątkowości. Wszak przed czterema laty, na pierwszej lekcji polskiego, Pani Polonistka zakomunikowała im tonem nie znoszącym sprzeciwu: «Wy, klasa humanistyczna, macie być elitą intelektualną tego miasta, od was będzie się wymagać więcej niż od innych!»

Trzydzieści lat poźniej, w Polsce Anno Domini 2020, tego typu stwierdzenie zabrzmiałoby śmiesznie. Ale wiosną roku 1990 w całym mieście wojewodzkim – dodajmy, iż stało się nim ono dzięki reformie administracyjnej towarzysza Gierka; dziś nie miałoby szans na taki status – było tylko jedno liceum ogolnokształcące. Trzeba będzie czekać jeszcze kilka dobrych lat, zanim każde Pierdziszewo Dolne dorobi się swojej wyższej szkoły zawodowej, w sąsiednim Pierdziszewie Górnym powstanie prywatny uniwersytet, zaś licea i technika zaczną hurtowo produkować maturzystów.

Na razie jeszcze uczniowie klasy czwartej humanistycznej podtrzymują przekonanie o swojej elitarności. Nie zmienia to jednak faktu, że prawie nikt nie jest dzisiaj przygotowany do zajęć. Trwają wszak kolejne Miejskie Spotkania Teatralne. Jako elita intelektualna tego miasta wszyscy humaniści mają przecież wykupiony karnet na cały tydzień teatralnego maratonu. Wczorajszy spektakl zakończył się późnym wieczorem, po nim odbyło się jeszcze spotkanie z artystami. Uczniowie mieszkający w okolicznych wioskach wrócili do domu grubo po północy, by rano o szóstej wsiąść do autobusu, który zawiezie ich do szkoły.

Na szczęście Pani Polonistka to też miłośniczka teatru i aktywna uczestniczka tego święta sztuki, które zawitało do prowincjonalnego miasta. Łatwo daje się więc wciągnąć w dyskusję wokół przedstawienia. Pani Polonistka robi dobrą minę do złej gry: udaje, że to nie ona dała się uczniom odciągnąć od ćwiczeń z fonetyki i fleksji, ale że sama narzuciła teatralny temat.

Dyskusja jest tak żywiołowa i pasjonująca, że prawie nikt nie słyszy dzwonka oznajmiającego przerwę… Uczniowie czwartej klasy, jako humaniści, niewiele mają do czynienia z naukami ścisłymi. Ale w takiej chwili uświadamiają sobie, na czym polega teoria względności, którą ich koledzy z klasy matematyczno-fizycznej mieszczą w jednym paluszku. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że czterdzieści pięć minut fonetyki ciągnie się jak flaki z olejem, zaś tak samo długa lekcja o teatrze biegnie szybko i pozostawia po sobie niedosyt?

Tak wygląda cały szkolny tydzień. Z dnia na dzień, z przedstawienia na przedstawienie, energia, jaką przekazują twórcy poszczególnych spektakli, kumuluje się i gęstnieje.

Każdy uczeń i każda uczennica widzi już oczyma wyobraźni swoją przyszłość, oczywiście zwiazaną z teatrem. Jeśli nie aktorstwo, to reżyseria, albo przynajmniej teatrologia. Uczniowie klasy humanistycznej mają poczucie misji i mocne przekonanie o swojej wyjątkowości: już niedługo zdobędą rząd dusz!

*

Jest wiosna 2020 roku. Za miesiąc trzydziesta rocznica matury. Z trzydziestu czterech absolwentów klasy humanistycznej na zjazd rocznika dojechało, z różnych stron Polski i świata, około dwudziestu osób. Inni nie dotarli «z przyczyn obiektywnych», wśród nich piszący te słowa. Ale udało się nawiązać kontakty, niektóre przerwane na długie trzydzieści lat, odświeżyć szkolne przyjaźnie.

Piszący te słowa okłamałby Czytelnika, gdyby powiedział, że wszyscy odurzeni sztuką teatralną uczniowie klasy humanistycznej z roku 1990 poszli w kierunku, o którym przed laty skrycie marzyli. Chociaż… jest w ich gronie jedna producentka filmowa, dość dobrze znana w kraju, do którego wyemigrowała, są dwie osoby, które po ukończeniu teatrologii żyją z recenzji teatralnych. Przeważają w tej grupie jednak sami humaniści: nauczycielki języka polskiego, historii, języków obcych; jest wzięta pani adwokat, pan prokurator tropiący groźnych przestępców, jest kilku biznesmenow i jeden duchowny należący do dominującego w Polsce wyznania.

Ostatni z wymienionych, piszący te słowa, po ukończeniu szkoły chyba ani razu nie był już w teatrze; teatru telewizji nie licząc. Wiele mu jednak z tamtej fascynacji pozostało. Liturgia to też w pewnym sensie teatr – kombinacja słowa, gestów, światła, rekwizytów, muzyki, scenografii i kostiumów. To także podział na scenę i publiczność. Czasem to teatr jednego aktora, czasem monumentalne przedstawienie z dużym rozmachem. Niedoszły nasz aktor wie, że słowo, które wypowiada ze sceny, musi być słyszane nawet w ostanim rzędzie; że musi być zsynchronizowane z gestem; że jeśli «bierzcie i pijcie», to trzeba podnieść kielich w tym właśnie momencie, ani sekundy wcześniej, ani sekundy później.

Co jeszcze zapamiętał duchowny ze szkolnych doświadczeń z teatrem? Że trzeba zagrać swój spektakl tak samo dobrze dla wypełnionej po brzegi sali, jak i dla jednego widza. Owszem, czasem jest to nie tylko spektakl jednego aktora, ale też jednego czy dwóch widzów…

A rząd dusz? Chyba aż takich ambicji nie żywi nasz bohater: pamięta, że ma nad sobą Reżysera. Jemu pozostawia wgląd w ludzkie serca i sumienia.

Jednak zawsze staje nasz ksiądz ex-humanista przed publicznością z pewnym drżeniem. Bo wie, że słowo – ale także Słowo – ma wielką moc: może uleczyć, może też i zabić. Może dać nadzieję, albo jej na zawsze pozbawić.

*

Wielu rzeczy, trzydzieści lat po maturze, nasz bohater już zapomniał. Ale pamięta słowa wiersza, który często mu przychodzi na myśl, gdy ogarnia go zwątpienie w to, czy jego teatr jest jeszcze komuś potrzebny:

Ta drabina to schody do nieba,
a ta miska pod schodami to księżyc.
Tamten miecz to zwyczajny pogrzebacz,
a z garnków są hełmy rycerzy.

Ale kto w te czary nie uwierzy?

To jest teatr.
A teatr jest po to,
żeby wszystko było inne niż dotąd.
Żeby iść do domu w zamyśleniu,
w zachwycie.

I już zawsze w misce księżyc widzieć…