Zimy naszego dzieciństwa (2)

Taki nasz własny blogowy Mikołajek i jego zabawy. W zeszłym miesiącu była górka, jaką każdy z nas na pewno w dzieciństwie miał, dziś zabawa karnawałowa…

Roman Brodowski

Zabawa szkolna

Dzisiaj na ostatniej lekcji pani zakomunikowała nam, że za trzy tygodnie, w sobotę odbędzie się zabawa noworoczna, a dzieci, które chcą w niej wziąć udział, powinnny przygotować na ten dzień wymyślone przez siebie stroje.
– Huuuura! – krzyknąłem uradowany! – będzie zabawa, będzie zabawa! –
Inne dzieci także, zapominając o tym, że trwa jeszcze lekcja, dały upust swoim nieposkromionym emocjom. To był prawdziwy wybuch euforii. I nie było w tym nic dziwnego, bo przecież po raz pierwszy mieliśmy uczestniczyć w szkolnej zabawie. Co prawda, dla niektórych z nas, to znaczy dla tych, którzy chodzili do przedszkola, zabawa przebierańców nie była niczym nowym, ale to nie to samo – bo szkoła to jednak nie przedszkole.
Głośną dyskusję rozpoczęła Ania, siedząca z Grażynką w pierwszej ławce. Ania poinformowała nas, że będzie królewną śnieżką, bo jest najładniejsza, a poza tym ze wszystkich dziewcząt ma najdłuższe włosy. To prawda, jej jasne jak len, sięgające prawie że kolan, długie faliste włosy, były obiektem zazdrości niejednej dziewczyny z naszej klasy. – Ja, będę twoją dobrą wróżką, Aniu – wtrąciła Grażynka. Grażynka i Ania, były dla siebie jak dwie siostry, jak dwie papużki nierozłączki, zawsze i wszędzie razem.
W klasie zapanował hałas. Każdy z nas chciał coś powiedzieć, pochwalić się, kim będzie, i jak będzie ubrany. Przekrzykiwaliśmy się wzajemnie, wymyślając coraz to dziwniejsze stroje, począwszy od znanych z bajek, postaci, a na bohaterach filmowych skończywszy. Samych Zorro było chyba z pięciu, a każdy chciał być piękniejszy i bardziej podobny do oryginału. Dobrze, że nikt nie zdecydował się, przebrać za Wilka, bo na pożarcie miałby nie jednego, a trzy „Czerwone Kapturki” i to tylko z naszej klasy, bo i piegowata Ewa, i ciemnowłosa Jagoda i Krysia miały ten sam pomysł.
Siedziałem cicho, zasłaniając uszy, a w głowie rodziły się pytania. – Za kogo mam się przebrać? czym mam wszystkich zaskoczyć?
Na początku chciałem zostać królewiczem, ale królewiczami chcieli być też Leszek i Zbyszek, więc pomysł upadł. Zorrem, Kotem w butach czy czarnoksiężnikiem też nie mogłem być, bo postacie te zostały już wcześniej zarezerwowane przez innych. Spoglądając co jakiś czas na kolegów, byłem bezradny. Im bardziej myślałem, tym większą czułem pustkę w głowie i… gdyby nie Marysia, to chyba bym się rozbeczał. Siedząca dotychczas w milczeniu obok mnie przyjaciółka powiedziała prawie szeptem, że przebierze się za Gerdę, bohaterkę baśni o „Królowej śniegu”. – Już wiem, będę Kajem! – krzyknąłem z radości na całe gardło, uśmiechając do wystraszonej moim podniesionym głosem Marysi. W klasie zapanowała cisza. Wszystkie oczy skierowały się na mnie. Na szczęście jednak dalsze spory o to, kto ma kim zostać, oraz to, kto jest ważniejszy w hierarchii postaci, przerwał dzwonek. Ten dzwonek był jedynym ratunkiem dla proszącej nas wielokrotnie o ciszę pani. Pożegnaliśmy się z nią, szybko opuściliśmy klasę, przenosząc dyskusję na korytarz, do szatni a potem na dziedziniec szkolny.

Dni mijały nieubłagalnie wolno, a czas spędzany w szkole nie pozwalał zapomnieć o zbliżającej się zabawie. Każdego dnia ktoś z naszej klasy chwalił się tym, że jego przebranie na ten wyjątkowy dzień jest już gotowe i piękne. Tylko ja jeszcze, szczerze mówiąc, nie wiedziałem jak mam wyglądać podczas zabawy. Kaj przecież był chłopcem, który z wyglądu niczym szczególnym się nie wyróżniał. W gruncie rzeczy wystarczyłoby założyć na siebie ciepły sweter, zrobiony na drutach przez mamę, czapkę z pomponem, długi wełniany szal oraz rękawiczki, by się do niego upodobnić. Tylko czy którykolwiek uczeń domyślił by się, że ktoś tak pospolicie ubrany, przedstawiał będzie sobą tamtego, uwięzionego w krainie wiecznego lodu przyjaciela Gerdy? – No właśnie.
Obawami swoimi, postanowiłem podzielić się z Marysią. Ku mojemu zadowoleniu, okazało się, że Marysia miała ten sam problem. Po długim zastanowieniu, doszliśmy do wniosku że, przebierzemy się za pastereczkę i kominiarczyka, bohaterów bajki Christiana Andersena pod tym samym tytułem. Wiedzieliśmy, że przygotować odpowiednie stroje nie będzie łatwym zadaniem. Ale po co ma się rodziców i starsze rodzeństwo. Jeszcze tego samego dnia, poinformowałem moją mamę i tatę o naszej decyzji. prosząc jednocześnie o pomoc w przygotowaniu ubranka dla kominiarczyka.
Rodzice nie mieli zastrzeżeń do pomysłu, pod jednym jednakże warunkiem.
Za ich pomoc powinienem zapłacić dziesięcioma dobrymi ocenami w szkole, co oznaczało, że nie wolno mi było otrzymywać niższych ocen jak czwórka plus i piątka, bo tylko te należały do ocen dobrych. Oczywiście – nie mając innego wyjścia – przyjąłem ten warunek bez najmniejszych oporów.
Marysia uczyniła to samo. Zarówno ciocia Helenka (tak nazywałem jej mamę), jak i jej dużo starsze rodzeństwo, natychmiast zaangażowali się do pomocy w przygotowaniu stroju dla pasterki, podobnego do tego opisanego w bajce. A że do zabawy pozostały tylko cztery dni, wszyscy stawali na głowie, żeby zdążyć.
W końcu nadeszła sobota. W tym dniu, w związku z zabawą, która dla dzieci od pierwszej do czwartej klasy rozpoczynała się o godzinie trzeciej po południu, a dla dzieci starszych od szóstej, w szkole nie było zajęć. W tamtych czasach nie było wolnych sobót w szkole, a i dorośli musieli w soboty (co prawda tylko na sześć godzin) chodzić do pracy.

Mama moja pracowała w pobliskiej mleczarni, tak że zazwyczaj w sobotę wracała do domu około drugiej. Tego dnia czekałem na nią wyjątkowo niecierpliwie. Tylko ona wiedziała jak mam się ubrać. I chociaż w szafie wisiała przygotowana przez nią czarna, przerobiona i ozdobiona dwoma rzędami srebrnych guzików, kamizelka, czarne spodnie i szary zrobiony na drutach, golf, a na szafie leżał zrobiony przez mojego starszego brata, czarny, papierowy, kominiarski cylinder, ja czekałem na mamę. Mama wróciła, niespodziewanie, wcześniej, bo krótko po pierwszej, do domu
– Zdążyłam – powiedziała zziajana – zwolniłam się, żeby zdążyć was wyprawić do szkoły – dodała, zdejmując zaśnieżone obuwie.
– Nas nie trzeba wyprawiać – zaprotestował Zbyszek. – Ja i Krysia, poradzimy sobie. Już od dawna nie jesteśmy dziećmi. To prawda, Krysia chodzi do szóstej, a Zbyszek do siódmej klasy, i nie w głowie im stroje przebierańców. Oni po prostu, modnie ubrani pójdą na tę zabawę dla starszych. Tam nikt się nie przebiera.
Spojrzałem na Jolkę, moją młodszą siostrzyczkę, która stojąc oparta o piec, szlochała.
– Nie płacz – powiedziałem – obejmując ją troskliwie – ty też będziesz miała swoją zabawę w przedszkolu. Tyle tylko, że w przyszłym tygodniu. Ze strojem dla Joli nie było tylu problemów co z moim, bo mama postanowiła przebrać ją za muchomorka. Już wcześniej poobszywała jej białą, koronkową sukienkę, czerwonymi kropkami, wyciętymi z moich za krótkich już szortów.
Gdy Jola się nieco uspokoiła, szybko, przy pomocy mamy, założyłem ubranie, cylinder na głowę i przerzuciwszy przez ramie przygotową szczotkę na sznurku imitującą taką, jaką posługują się prawdziwi kominiarze, wyszedłem na ganek. – Poczekaj jeszcze chwilkę – powiedziała mama – przecież nie masz wąsów, a prawdziwi kominiarze zawsze je noszą. Pomalowała mi wąsy czarną jak smoła kredką do rzęs i pocałowała mnie w czoło na pożegnanie.

Na ulicy czekały już na mnie Marysia i Ewa. Ewa mieszkała na naszej ulicy od zawsze i często towarzyszyła nam w drodze do szkoły. Obie wyglądały wspaniale. Marysia ubrana była w różową, sięgającą poza kolana sukienkę, na której widniał, obszyty koronką, żółty fartuszek na szerokich szelkach. Rozpuszczone, przepasane wstążką, kasztanowe włosy, jak morske fale, falując, swobodnie spływały po ramionach. Do tego jej siostra pomalowała Marysi policzki lekko różową pomadką, i nieco ciemniejszego koloru szminką, usta. Ewa natomiast przebrana była za kota w butach. W szerokim kapeluszu z piórkiem na głowie, w brązowym żakiecie, tego samego koloru spodniach i skórzanych, ciemnych kozakach, oraz z przylepionymi pod nosem długimi wąsami z końskiego włosa, rzeczywiście przypominała kota.
Po kilku minutach podziwiania się na wzajem, wyruszyliśmy do szkoły.

ZabawaJedyne  ocalale moje zdjecie. Rok chyba 1970 (nie jestem pewien).
Szkolna zabawa.  Ja jestem w górnym rzędzie, w chuście na głowie.

Szkoła, tego dnia wyglądała inaczej niż zwykle. Nad drzwiami wisiały kolorowe balony i napis „Witamy wesołe dzieciaki – rok 1966”.
W środku cały korytarz i wielki hol, na co dzień służący do zajęć gimnastycznych, wystrojone były zwisającymi od sufitu serpentynami, balonikami oraz srebrnymi gwiazdkami różnej wielkości. Na środku holu ustawiono wysoką, ustrojoną bombkami i watą choinkę. Pan dyrektor, nauczyciele, woźny, a nawet kucharka, wszyscy byli, poprzebierani. Nasza pani wyglądała jak grecka muza. Trzymając w lewym ręku wielkie gęsie pióro, a w prawym jeszcze większą księgę, od razu przypominała nam o lekcjach.

Równo o piętnastej pan woźny, pod postacią pingwina, zadzwonił ręcznym dzwonkiem, aby nas uciszyć. Teraz do choinki zbliżył się pirat czyli pan dyrektor, który pozdrowił nas wszystkich i życzył nam miłej zabawy.
W końcu usłyszeliśmy muzykę. To znany w całej szkole pan Władysław, mąż naszej pani sekretarki, wychodząc z sekretariatu grał na akordeonie. Pana Władysława lubiły wszystkie dzieci. Zawsze, kiedy przychodził do szkoły, przynosił ze sobą radość i uśmiech. Potrafił z każdym dzieckiem porozmawiać, doradzić, rozweselić. Tego dnia miał na nosie wielkie okulary przymocowane do czerwonego, plastikowego nosa.
Na początku, dla rozgrzewki, zagrał kazaczoka. Tańczyliśmy w rytm muzyki wokoło drzewka. Tylko Zorro, a było ich tylu, że można by było z nich utworzyć cały oddział, konkurowali ze sobą o to, który jest ładniejszy, silniejszy i zwinniejszy. Gdyby nie pan woźny, to chyba doszłoby do draki.
Kotów w butach też był dostatek. O dziwo większość z nich stanowiły dziewczęta. Mi osobiście podobały się Danusia z naszej klasy i Wiesia z pierwszej B. Niestety, ani jedna, ani druga nie chciały się ze mną bawić. Także moja Pastereczka Marysia też gdzieś przepadła. Od czasu do czasu widziałem ją tańczącą z przebranym za rycerza Grzesiem. Ja, nie chcąc zostać sam, bawiłem się z Kopciuszkiem, za którego przebrała się Małgosia. Małgosia chodziła do naszej klasy i była bardzo nieśmiałą, ale za to była najjaśniejszą dziewczynką w szkole. Jej włosy były tak jasne jak śnieg, jak biały, połyskujący w słońcu śnieg. Cera też bardzo jasna. Może właśnie z tego powodu Małgosia stroniła od innych dzieci, myśląc że się z niej śmieją.
Ta, jak się w trakcie zabawy okazało, bardzo sympatyczna i pogodna koleżanka, urodziła się w tym samym dniu co ja, w tej samej sali i przyjmowała ją ta sama położna co mnie. Na dodatek nasze mamy znały się od wielu lat. Muszę przyznać, że czułem się przy niej tak dobrze, że wkrótce zostaliśmy prawdziwymi przyjaciółmi.
Zabawa była naprawdę udana. Nauczyciele co chwilę obdarowywali nas słodkościami, a w świetlicy można było dostać ciepłą herbatę z cytryną lub mleko. W wielkim koszu czekały na nas pączki z marmoladą.

Jak na takich zabawach bywa, nie obeszło się też bez konkursów. Był konkurs wiedzy, tańca, i na najładniejszy strój. Był też konkurs na najładniej bawiącą się parę. W konkursie na najładniejszy strój, ku mojemu zdziwieniu, wygrała pastereczka czyli Marysia. Trochę jej zazdrościłem. Bo przecież pastereczka bez kominiarczyka, to tylko połowa – pomyślałem.
Na szczęście okazało się, że na drugim miejscu, w konkursie najładniej bawiących się par, zaraz po Ani z klasy drugiej B i Marku z trzeciej, najładniej bawiła się nasza para. Zarówno ja jak i Małgosia byliśmy bardzo szczęśliwi.
Na zakończenie wszyscy uczestnicy zabawy wzięli się za ręce, tworząc korowód. Tak przetańczyliśmy w rytm melodii granej przez pana Władysława po wąskich korytarzach szkoły ostatni wspólny taniec.

Tak zapamiętałem moją pierwszą szkolną zabawę.

Berlin, styczeń 2015
Na podstawie opowiadania z 1986 roku

Szkolna zabawa

W naszej szkole jest zabawa
Pan nam na harmonii gra
Dzieci tańczą na parkiecie
Tańczę z Zosią także ja.

Marek przebrał się za Zorro
Peleryna, szabla z boku
No i maska oczywiście…,
Tradycyjnie, jak co roku.

Basia jest królewną śnieżką.
Biała wstążka wpięta w włosy
Suknia piękna, aż do kostek
Na niej lśnią kropelki rosy.

Jest też Krysia z mojej klasy,
Ma jak Pipi Langstrumpf piegi
Taka śmieszna jest ta Krysia
Właśnie idzie do kolegi.

Polonistka z piórem w ręku
Niby Grecka muza chodzi
Do swych uczniów się uśmiecha
Rymem mówi, wiersze płodzi.

Nikt z nas dzisiaj nie jest sobą,
Nauczyciel, uczeń, woźny
Nawet nasz dyrektor szkoły
Jest cieplutki w czas ten mroźny

No bo przecież jest zabawa
Tak jak zawsze, jak co roku.
Każdy bawi się wesoło
I nikt z nas nie stoi z boku.

Berlin, 15.01. 2008

Zimy naszego dzieciństwa (1)

Roman Brodowski

Nasza górka

Prawie każdy z nas miał lub ma swoją zimową górkę, swoje miejsce zimowych igraszek, miejsce, do którego chętnie powraca wspomnieniami.
I ja miałem taką moją górkę. Znajdowała się tuż obok naszego kościoła. Była nią nasza wiejska ulica, a właściwie piaszczysta droga, z niedużym, ale dość długim spadem, w okresie zimowym wspaniale nadająca się na plac zabaw dla dzieci z naszej okolicy. Po tej drodze jeździła zazwyczaj furmanka sąsiada, kilka rowerów i sporadycznie, raz, może dwa razy na dzień, jakieś auto. Więc nie było w tym nic dziwnego, że przy pierwszych opadach śniegu, ulica bez przeszkód stawała się rajem dla spragnionych zimy, amatorów sanek, nart czy łyżew, i to nie tylko tych najmłodszych . W tamtym czasie, w okresie mojego dzieciństwa, a było to na początku lat sześćdziesiątych, śnieg z reguły pojawiał się punktualnie na początku drugiej dekady grudnia i leżał aż do początków marca. Zimy bywały o wiele chłodniejsze, ale i o wiele ciekawsze niż dzisiaj.
Jednakże pewnego roku zima, nie wiedzieć czemu, nadeszła z wielodniowym opóźnieniem. Codziennie z niepokojem spoglądając na niebo, czekaliśmy pierwszych opadów białego puchu. Niestety poza stadami latających z głośnym krakaniem wron na tle szaropierzastych chmur niczego innego nie widzieliśmy. Jeszcze w dniu wigilii mieliśmy nadzieję, że po pasterce, nocą, przyjdzie ta długo oczekiwana chwila, że obudzimy się w pierwszy dzień Bożego Narodzenia, zasypani po kolana, w srebrzystym oceanie śniegu. Jednakże ani pierwszego ani drugiego dnia nic się nie zdarzyło. Były to pierwsze święta w moim życiu bez śniegu i, chociaż mróz dawał się we znaki, a pokryty grubym lodem staw, znajdujący się w samym środku naszej wsi, zapraszał do zabawy, nie miałem ochoty wychodzić z domu.
Aż tu nagle, niespodziewanie, wczesnym porankiem, w dzień przed sylwestrem, ktoś kilka razy uderzył czymś miękkim w okno. Podszedłem i odsłoniwszy zasłonę, zobaczyłem stojącą przed nim Marysię. Odziana w gruby wełniany sweter, opatulona w również wełnianą , kolorową chustę, w jednej ręce trzymała sznurek od sanek, zaś w drugiej ulepioną, gotową do rzucenia, śniegową kulkę. Wokół niej, gdzie tylko okiem sięgnąć, leżała gruba warstwa połyskującego w porannych promieniach słońca świeżego, srebrnobiałego śniegu.

chelminskaTo nie jest zdjęcie Romana, i nie są to Pszczółki, ale jest to zima w latach 60 – zdjęcie z Unisławia znalezione w sieci

– Jest! – krzyknąłem uradowany. Hura! Mamy prawdziwy śnieg !
– Śnieg, jaki śnieg? – zapytała, otwierając oczy Jola.
– Nie pytaj tylko wstawaj z łóżka. Marysia na nas czeka – powiedziałem. Jola z niedowierzaniem zbliżyła się do okna. – Nareszcie – wyszeptała machając na powitanie wciąż stojącej za oknem Marysi – tak długo czekałam.
Po chwili, umyci, w ciepłej odzieży, kierowaliśmy swoje kroki do wyjścia.
– A wy dokąd, maluchy – zapytał opiekujący się nami podczas nieobecności rodziców, starszy brat, tarasując przejście.
– My na sanki! – odpowiedziałem. – W nocy napadało śniegu!
– Wiem braciszku, wiem. Ale wiem też, że śnieg nie jest z czekolady i nikt go wam nie zje. Natomiast wy musicie najpierw zjeść śniadanie, a dopiero potem możecie wyjść na dwór – odpowiedział z powagą Zbyszek.
– Ale na nas czeka… – nie dokończyłem, bo ktoś zapukał do drzwi, a następnie bez zaproszenia wszedł do sieni. Była to oczywiście nieco zmarznięta i zmęczona czekaniem Marysia.
– Czy mogę się troszeczkę ogrzać? – zapytała.
– Oczywiście, zdejm buty, załóż kapcie i chodź do kuchni – zaprosiła naszą koleżankę Krysia, ostatnia z naszego rodzeństwa, która właśnie przygotowywała nam śniadanie. Zanim wyjdziemy, napijmy się wszyscy ciepłej herbaty z miodem i zjedzmy ciepłe rogaliki z dżemem.
– Jak to wyjdziemy? To ty też idziesz z nami? – skierowałem wzrok na siostrę.
– Co to znaczy, ty idziesz? Idziemy wszyscy. Obiecałem rodzicom, że po śniadanu zabiorę was spacer – zaśmiał się Zbyszek.
Po sytym posiłku, ciepło odziani, wyruszyliśmy w drogę. Tuż za progiem usłyszeliśmy gwar dziecięcych głosów i śmiechy, dobiegające od strony kościoła. Zbyszek, „zaprzężony” do naszych nowych, dwuosobowych sanek, na których siedziałem ja i przytulona do mnie Jola, ruszył pierwszy. Sanki dostaliśmy kilka dni temu jako prezent pod choinkę. W ślad za Zbyszkiem szła Krysia, ciągnąc za sobą naszą wesołą przyjaciółkę. Po kilku minutach dotarliśmy na miejsce. Na górce znajdowało się już kilkanaście osób. Niektórym dzieciom towarzyszyli rodzice, którzy zajęci byli przygotowywaniem górki do bezpiecznych zjazdów.
Zbyszek, pozostawiając nas pod opieką Krysi, udał się do naszego sąsiada, który wraz z innymi, szeroką łopatą odśnieżał pobocze drogi, tworząc niejako prowizoryczny chodnik. Po krótkiej rozmowie, przejął od niego łopatę, a sąsiad tymczasem posypywał odśnieżone miejsca przygotowanym wcześniej piaskiem. Niektórzy rodzice ugniatali śnieg na trasie zjazdu, usuwali leżące gdzieniegdzie przeszkody lub wypełniali śniegiem niebezpieczne dla sanek dziury.
My natomiast, przedzierając się przez zaspy koło muru oddzielającego przykościelny cmentarz od ulicy, zaczęliśmy lepić bałwany, budować zamki, igloo i inne budowle, by potem z ukrycia prowadzić walkę, obrzucając się wzajemnie śniegowymi kulkami. Nawet ksiądz, zamieniając sutannę na spodnie, wziął czynny udział w  przygotowaniach do inauguracji naszego toru saneczkowego.

zimadziecinstwoLata 60, zima w mieście, też zdjęcie z sieci

Z biegiem czasu na górce pojawiało się coraz więcej amatorów zimowej rozrywki.
Około południa tor był wreszcie gotowy. Nastąpiło uroczyste otwarcie. Najpierw wszyscy obecni, zwłaszcza dzieci (a było nas więcej niż na niedzielnej mszy porannej), skupiwszy się wokół księdza, wysłuchaliśmy jego przestróg, zaleceń i zakazów. Następnie zaproszony milicjant odsłonił znak informujący, że przejazd tą drogą jest zamknięty do odwołania, a do ulicy dotrzeć można objazdem, po czym ksiądz błogoławiąc niejako to miejsce, jako pierwszy zjechał na sankach w dół. Ileż było uciechy, gdy pędząc z wesołym okrzykiem, w połowie drogi spadł z sanek, a potem niby biała śnieżynka wstawał oblepiony śniegiem.
– To na szczęście, na szczęście! – wołaliśmy rozbawieni.
– Ja wam dam “na szczęście”, hultaje – odpowiedział pleban, uśmiechnął się jednak nader dobrodusznie i poszedł.
My natomiast, zgodnie z zaleceniami księdza, pod kontrolą osób starszych rozpoczęliśmy prawdziwą zabawę, zjeżdżając do późnego wieczora bezpiecznie na sankach, nartach i innych przedmiotach. Jak dobrze że nowy rok spędzimy na naszej pszczółkowskiej górce.

Berlin 21.12. 2014
(na podstawie opowiadania pod takim samym tytułem z 1986 roku)

Zima

Otulony śnieżnym puchem
Bezkres pól chlebowych
Śpi jak niewiasta brzemienna
Przed kolejnym czasem rodzenia.

W zwisających kryształkach lodu
Pośród nagich gałęzi drzew
Przegląda się słońce zimowe,
Układając mozaikę tysiąca barw.

Ptaki cierpliwie siedzą na opłotkach
W oczekiwaniu na dar ludzkich serc,
Na odrobinę pszenicznego ziarna,
Na skórkę pachnącej słoniny.

A wiatr tańczący wokół domu
Pieści mrozem stare okiennice
Maluje misterny świat na szybach
I gra z dymem z komina w berka

Zaś w kuchni, z pieca bucha żar.
Ciepło rozchodzi się po ścianach,
Gorąca herbata paruje z czajnika
I matczyna dobroć, gotująca strawę

Otulone, gotowe do wyjścia, dzieci
Dźwigają stare, drewniane sanki
Złożone letnią porą pod strzechą.
Dziecięcy uśmiech zimowego chłodu.

Grodno 19.12. 2014

Zimowa kołysanka

Białe śnieżynki
Niby gwiezdny puch
Cicho spadają na ziemie
A ziemia pod kołderką z nich
Spokojnym snem już drzemie

Polarny wiatr
Jak młody ptak
Szybuje ponad światem
Niosąc na grzbiecie nieba dar,
Mroźną, srebrzystą szatę.

Półnagie drzewa
W wiekowej puszczy
I bobry w swych żeremiach.
Czekają na słoneczne dni
Na porę przebudzenia.

I tylko ludzie
W chłodny czas
Ukryci w wiejskich hatach
Bojąc się zimy, proszą o…
Powrót do pory lata.

Żory, 17.02. 1985

Hanys z Pomorza

Roman Brodowski

 Dlaczego Hanys z Pomorza?

Gdy po ukończeniu szkoły podstawowej podjąłem decyzję nauki w szkole górniczej, nie myślałem o tym, że na Śląsku spędzę wiele wspaniałych lat mojego życia. To że chciałem uczyć się zawodu górnika, bądź co bądź nieco egzotycznego dla pomorzanina, spowodował fakt, iż szkoła znajdowała się bardzo daleko od domu rodzinnego, posiadała internat, a do tego była to, jak mi się wydawało, szkoła dla wybranych. Poza tym podobał mi się ten zawód. Wiele się o nim w tamtych czasach mówiło. Dla naszego pomorskiego społeczeństwa ludzie pracujący pod ziemią, wydobywający węgiel, kojarzeni byli z siłą i odwagą – jednym słowem, byli twardzielami. A ja, najsłabszy i najmniejszy w klasie, często wyśmiewany z powodu cherlawego wyglądu, chciałem być takim prawdziwym twardzielem.

– Co mi tam – myślałem. Ukończę zawodówkę, potem technikum i wrócę do domu. Przecież i na Pomorzu górnicy mogą się przydać, a do tego zarobki w tym zawodzie są o wiele wyższe niż gdzie indziej.

Rzeczywistość jednak okazała się inna niż moje zamierzenia. Po przyjeździe do szkoły górniczej prawie natychmiast poczułem się jak w domu. Większość kolegów, podobnie jak, ja nie pochodziło ze Śląska, lecz z terenu całej Polski. Mietek na przykład przyjechał z okolic Białegostoku, a Adam z Młynar koło Elbląga. Mieszkaliśmy razem w trzyosobowym pokoju.

Miejscowi nazywali nas prześmiewczo „gorolami” (proszę nie mylić z góralami), my zaś mówiliśmy o nich, że są „ hanysami” czyli z niemiecka – Hansami.

To prawda, w tamtych czasach różnice między przybyszami a rodowitymi Ślązakami były dość znaczące. My, przyjezdni, zazwyczaj przywoziliśmy ze sobą naszą kulturę, tradycję oraz nasze „inne” pojęcie świata, co często doprowadzało do konfliktów. Ale też brak było tolerancji.

Pierwsze tygodnie nauki odbywały się w atmosferze wzajemnego poznawania, zawiązywania znajomości czy też przyjaźni. Gdyby nie to, że byliśmy jedyną klasą, do której nie uczęszczała ani jedna, powtarzam, ani jedna dziewczyna, bylibyśmy najbardziej reprezentatywną, i to pod każdym wzgędem, klasą w szkole. Niestety klasy o profilu mechaniczno – technologicznym przewidziane były tylko dla chłopców i wraz z klasami elektro-automatycznymi zaliczały się do tak zwanych klas elitarnych.

Nic więc dziwnego, że zazdrościliśmy innym, mieszanym, klasom przyjemności uczenia się z koleżankami.

Doskonale widać to było na przerwach lub imprezach szkolnych. Gdy któryś z nas, zwłaszcza nie Ślązak, próbował skontaktować się z jakąś ładną śląską koleżanką, natychmiast znajdował się przy niej tak zwany „anioł stróż”, który zazwyczaj skutecznie uniemożliwiał jakąkolwiek przyjemność. A przecież mieliśmy już po szesnaście lat i nic dziwnego w tym nie było, że lgnęliśmy do towarzystwa dziewcząt. One zaś, w okresie dojrzewania, nie były już dla nas głupimi gąskami, nadającymi się do targania za włosy, poklepywania czy też wykorzystywania jako pomoc naukową do odrabiania lekcji. Z wiekiem ich wartość w naszych oczach wzrastała, i to w zastraszającym tempie. Zaczęły być obiektem westchnień, zauroczeń, czy też nie całkiem jeszcze pojętych przez nas pragnień. Tak, to prawda – w naszym gronie przyszłych mechanizatorów górnictwa, czuliśmy się jak w klasztorze, jak duchowni obarczeni balastem celibatu.

Pod koniec października pojawił się w naszej szkole jakiś tajemniczy facet. Chodził od klasy do klasy i w obecności nauczycieli obserwował uczniów, zadając niektórym pytania.

Do naszej klasy wszedł podczas lekcji języka polskiego. Powoli podszedł do nauczycielki, długo z nią o czymś rozmawiał. Sprawiali wrażenie, jakby się bardzo dobrze znali.
My zaś, przekonani, że mamy do czynienia z pracownikiem kuratorium oświaty, czekaliśmy w napięciu na dalszy rozwój sytuacji.
Nagle oboje zwrócili się w naszą stronę, a pani wskazując palcem wywołała kilku z nas po imieniu. Na pierwszy ogień poszedł Mietek, następnie Gerard, Andrzej, a na końcu ja.
– To że Mietek został wybrany, to i słusznie, bo miał najlepsze wyniki w nauce, a poza tym wyróżniał się spokojem i inteligencją – pomyślałem sobie wówczas.            – Gerard też potrafił więcej od innych. Jak na Ślązaka, był wyjątkowo łagodny i koleżeński. Andrzej należał do klasowej elity. Ale ja? Dlaczego ja? Przecież w niczym się nie wyróżniałem. Niczego, ani złego, a tym bardziej dobrego, nie można było o mnie powiedzieć.
Mężczyzna podszedł do mnie i zapytał, czy potrafię dobrze czytać. Zaśmiałem się.         – Czy potrafię czytać? – powtórzyłem z niedowierzaniem pytanie. – Pan chyba ze mnie żartuje, proszę pana – odpowiedziałem z lekką drwiną. – W dziewiątej klasie chyba każdy normalny człowiek potrafi czytać i pisać.
– Twardy jesteś chłopcze i widać że masz charakter, a to mi się w tobie podoba. Skoro więc twierdzisz, że potrafisz, to udowodnij mi i przeczytaj ten wiersz.
Podał mi otwartą książkę. Spojrzałem do środka i zacząłem pospiesznie, na głos, czytać. Najpierw tytuł, potem nazwisko autora, a następnie płynnie i szybko cały utwór. Pamiętam, że była to „Ciemność” Cypriana Kamila Norwida.
Przeczytałem i spojrzałem, w poczuciu dobrze wykonanego zadania, na kolegów, a następnie, oddając książkę właścicielowi, pewny siebie czekałem na werdykt.
– Muszę przyznać, że sprawnie ci to poszło. Bez zająknięcia, jednym tchem i szybko. Super. Nie wiem, czy rozumiałeś treść tego, co przeczytałeś – uśmiechnął się nieco szyderczo. Jeżeli tak, to wytłumacz nam proszę, co autor chciał przekazać swoim czytelnikom słowami tego dzieła?
W klasie zapanowała cisza. Nie wiedziałem c o powiedzieć. Rzeczywiście, z jednej strony przeczytałem tekst, z drugiej zaś nie potrafiłem wytłumaczyć jego sensu.
– To normalne, przyjacielu, że nie wiesz o czym Norwid myślał, pisząc swoje dzieło.     Ja też bym tego nie wiedział, gdybym nie przeczytał powoli, z zastosowaniem tak zwanej analizy myślowej tekstu – przerwał tę ciszę, wybawiając mnie niejako z opresji mój rozmówca.
– A swoją drogą, masz dobrą dykcję i potrafisz w nieudawany sposób wyrażać nie swoje emocje, czyli masz talent i wszelkie predyspozycje, by zostać dobrym aktorem – dodał na zakończenie i, poklepawszy mnie po plecach, odszedł. Pozostał w klasie jeszcze przez jakiś czas, rozmawiając krótko z Mietkiem, Gerardem i Andrzejem, a ja, siedząc w ławce, przez cały ten czas próbowałem zrozumieć, co usłyszałem. Pochłonięty myślami, nawet nie zauważyłem, kiedy po rozmowie z nauczycielką pożegnał się i wyszedł. Dopiero, gdy polonistka, która była jednocześnie opiekunką naszej klasy, zwóciła się do mnie po imieniu – zareagowałem.

– Jutro ty i Gerard zgłosicie się o dziewiątej w Wojewódzkim Domu Kultury, w Katowicach. Zostaliście wytypowani do reprezentowania naszej szkoły podczas tegorocznego święta „Barbórki” i przez najbliższe pięć tygodni, zawsze we wtorek i piątek będziecie uczestniczyli w próbach zespołu międzyszkolnego. Reszty dowiecie się na miejscu – powiedziała. – Pan, który przed chwilą nas opuścił, jest reżyserem, odpowiedzialnym za przygotowanie programu artystycznego. Poszukiwał utalentowanych uczniów we wszystkich szkółach górniczych naszego zjednoczenia – dodała.

Tak więc Gerard jak i ja zostaliśmy wybrani. Szkoda tylko, że Mietek odpadł. Zmartwiło mnie to trochę, byliśmy już niemalże przyjaciółmi.

Następnego dnia wczesnym rankiem, zwolnieni z zajęć, wyruszyliśmy z Gerardem i pięcioma innymi kolegami z naszej szkoły do domu kultury w Katowicach. Kiedy przybyliśmy, w gmachu czekało już około stu pięćdziesięciu uczniów z innych szkół. Punktualnie o dziewiątej wyszedł do nas w asyście dwóch młodych dziewczyn, poznany już wczoraj reżyser.

Powitał nas, przedstawił siebie i obie panie, opisał szczegółowo nasze zadania. Było nas 180 osób z dwunastu szkół i mieliśmy stworzyć zespolony chór, którego zadaniem było przygotowanie i wykonanie trzech śląskich pieśni podczas centralnej akademii z okazji „Barbórki”. Otrzymaliśmy teksty piosenek i asystentki „kapelmajstra” (tak nazwaliśmy szefa) ustawiły nas w sześć rzędów. Mnie oczywiście, jako że należałem do najniższych, postawiono w pierwszym rzędzie, niemalże pośrodku. Reżyser podszedł do jakiegoś chłopaka o kędzierzawych, jasnych włosach, następnie do mnie i, wyciągając nas z rzędów, powiedział: – Dla was panowie mam szczególne zadanie. Nauczycie się na pamięć wierszy i będziecie je recytować między pieśniami. Zajmę się wami osobiście. Pierwsza próba trwała cztery godziny, chór śpiewał, a właściwie wył niby stado zgłodniałych baranów, a my w maleńkim pomieszczeniu socjalnym poznawaliśmy otrzymane wiersze.

Karol, chłopak z Szombierek, dostał trzystonicowy monolog Gustawa Morcinka, ja zaś ośmiozwrotkowy wiersz jakiegoś nieznanego poety z Zabrza.
Po próbie, zmęczony, z tekstem w kieszeni wróciłem wieczorem do internatu.
– Ciesz się bracie, że ciebie nie dostali – powiedziałem do Mietka na powitanie. – Ciesz się – powtórzyłem, rzucając zmiętą kartkę z tekstem do wyuczenia, na stół.

Mijały tygodnie, czas do barbórkowego święta przybliżał się nieubłagalnie, a my zachowywaliśmy się coraz bardziej profesjonalnie. Chór dawno przestał wyć, a zaczął śpiewać tak, że aż miło było posłuchać. Ja także mój wiersz dawno już opanowałem i to do do tego stopnia, że mógłbym go recytować w każdej formie, a to w wersji dramatycznej, a to jak satyrę , a to znowu jak utwór liryczny. I mimo że powtarzałem go go setki razy, reżyser zawsze znalazł coś, co mógłbym lepiej powiedzieć.

W końcu nadszedł ten dzień. W chłodną, słoneczną sobotę, ubrany w galowy strój z czakiem na głowie, maszerowałem przez miasto. Po drodze spotykałem dziesiątki osób odświętnie odzianych
w stroje ludowe lub mundury górnicze.
Wszyscy spieszyli w tym samym kierunku,
do „Spodka”.

Kiedy przybyłem na miejsce, okazało się, że jestem tym ostatnim, na którego czekano.
– No, nareszcie! – usłyszałem zza pleców zdenerwowany głos Karola.
– Gdzie ty się podziewałeś? – zapytał. – Kapelmistrz od zmysłów odchodzi, wydzwaniając za tobą do szkoły.
– Jak to – zdziwiłem się. – Przecież umawialiśmy się na trzecią, a teraz jest dopiero za dwadzieścia – dodałem – spoglądając na zegarek.
-Jakie za dwadzieścia. Dwadzieścia po trzeciej, a nie za dwadzieścia! – wyjaśnił.
Spojrzałem jeszcze raz na cyferblat, następnie przyłożyłem zegarek do ucha. Nie tykał.
– No tak, masz… – nie dokończyłem.
Niespodziewanie, obok mnie pojawił się, jakby spod ziemi wyrósł, Pan Reżyser. Popatrzył, kazał się okręcić, poprawił pióra na głowie i z nieudawanym zadowoleniem, pozytywnie skomentował mój wygląd.

– Przepraszam… – chciałem wyjaśnić spóźnienie. – Nie trzeba. Ważne, że jesteś – przerwał mi, jakby znając moje intencje. Nagle usłyszeliśmy donośny głos organizatora akademii. – Za pięć minut Chór wchodzi na scenę – poinformował – proszę się przygotować.

Dopiero teraz można było zauważyć nasze zdenerwowanie, tremę, strach. Każdy z nas starał się wygłuszyć narastające napięcie, jak tylko potrafił. Jedni bezwiednie poprawiali włosy, inni manipulowali przy guzikach, a jeszcze inni wykonywali jakieś nieskoordynowane ruchy rękoma. Nie mniej od nas przeżywali to, co ma się za chwilę wydarzyć, opiekunowie naszej grupy. Od tego, jak my zaprezentujemy się na scenie, zależało ich „być, albo nie być”

– Wchodzimy – usłyszeliśmy sygnał. Powoli przez odsłoniętą szpaltę zwisającej kurtyny, przesuwalśmy się na wyznaczone wcześniej miejsce na scenie. Scena była ogromna i pomieściłaby nie jeden, a trzy takie chóry jak nasz. Staliśmy na niej podczas prób, nie była więc nam obca. Tym razem jednak wyglądała inaczej.

Oślepiające światła reflektorów, przygotowana w nocy scenografia, a przede wszystkim wypełniona pięcioma tysiącami widzów widownia wywarła na nas wrażenie, że trudnobyłoby to opisać. Na szczęście, o czym dowiedzieliśmy kilka minut przed wystąpieniem, wraz z członkami naszego chóru wystąpić ma około dwudziestu członków zespołu pieśni i tańca, „Śląsk”, wtopionych w naszą grupę. Dzięki temu poczuliśmy śmielej i pewniej.

Zaczęło się. Na początek zaśpiewaliśmy znaną piosenkę „Walczyk górniczy”. Poszło nam całkiem nieźle. Potem wyszedł Karol i powiedział , z prawdziwie aktorskim zacięciem, przygotowywany tak długo monolog , zaśpiewaliśmy jeszcze dwie śląskie pieśni. Przy pomocy zawodowych śpiewaków wykonaliśmy je prawie-że profesjonalnie. W końcu przyszła kolej na mnie.
Wyszedłem z rzędu na trzy kroki do przodu, spojrzałem na publiczność i…
Nie potrafiłem wykrztusić ani jednego słowa. Nogi miałem jak z waty i zapomniałem wszystko, co miałem powiedzieć. Po prostu – zjadła mnie trema .

Na widowni zapanowała cisza, którą co jakiś czas przerywał błagalny szept stojącego z boku reżysera. – Mów coś, nie bój, jestem przy tobie, mów! – powtarzał. Powiedziałem. Nie wiem jak to się stało, ale powiedziałem. Zacząłem spokojnie, bez nerwów szukać w myślach treści wiersza. – Najważniejsze to mówić logicznie, na temat, z właściwie dobranym rymem. – podpowiadało mi moje wnętrze, moje drugie ja.
Nie wiem jak długo mówiłem i co mówiłem. Byłem jak w transie. Dopiero kiedy skończyłem, zrozumiałem, co się stało. Publiczność biła brawo, a ja stałem, nie mogąc się ruszyć. Dopiero, kiedy zeszliśmy ze sceny, emocje opadły.

Kiedy podszedł do mnie ten, który przez kilka tygodni walczył o to, aby nauczyć mnie prawdziwej recytacji, nie potrafiłem spojrzeć mu w oczy, Czułem, że go zawiodłem. A On powiedział tylko: „Geniusz, prawdziwy talent, chciałbym mieć takiego syna”. Z tym geniuszem to oczywiście przesadził, a to że porównał mnie do syna? –
Z tego co wiedziałem, to po utracie żony w czasie wojny, pozostał sam.
***
– Dlaczego Hanys z Pomorza? – no właśnie. Kiedy schodziłem ze sceny, to głośno dziękowałem św. Barbarze za opiekę, słowami „Gryfna Panienko, kej by nie Ty, to bych nie szafnoł. Dziękuja Ci, ześ mnie obekła w siły”. Idący obok mnie Gerald, kiedy usłyszał te słowa – wykrzyknął „ To jest nosz, Hanys…, z Pomorza!”

I tak przez kolejne trzy lata szkoły nazywano mnie Hanysem z Pomorza.

Panie i Panowie! Zastanówcie się!

Tekst napisany w Berlinie 25.11.2014 i opublikowany przez Autora na Facebooku, został tego samego dnia przekazany do publikacji na blogu.

Roman Brodowski

Kolejna odsłona polskiego dramatu?

Po wielu miesiącach obserwania tego co się dzieje w naszej Najjaśniejszej, zarówno w sferze politycznej, ekonomicznej, jak i społecznej, po sposobie uprawiania polityki rządowej w naszym kraju, jak też próbach przeniesienia tej dzisiejszej parlamentarnej pełnej nienawiści, kłamstwa i oszczerstw, retoryki, na grunt europejski – zadałem sobie pytanie: Ile czasu pozostało jeszcze, by cieszyć się naszą wolną i suwerenną Ojczyzną?!

Przed kilkoma laty napisałem nieco polityczne opowiadanie, w którym opisałem moje obawy, mój niepokój związany z przyszłością mojego narodu, opowiadanie które ukazało się w tym roku na kartkach mojej najnowszej książki Sacrum – Profanum i …Kresy.

Oto jego fragment

No tak, ale o czym to ja myślałem? Właśnie – niezgoda i podziały, jakie panowały w narodzie w owym przedrozbiorowym okresie, i jakie panują dzisiaj wśród Polaków, w gruncie rzeczy są takie same i prowadzą prostą drogą do kolejnej tragedii, do utraty, po raz kolejny naszej suwerenności. Tylko patrzeć, jak wykluje się nowa Targowica. A może ona od dawna już istnieje? Z jednej strony nieudolny rząd, sprawiający wrażenie, że robi coś dobrego dla kraju, forsujący (często dosyć kontrowersyjne) ustawy, który nie potrafi poradzić sobie z przeprowadzeniem najprostszych, potrzebnych i jakże bardzo istotnych dla sprawnego funkcjonowanie państwa reform, a tak naprawdę prowadzący brutalną walkę z opozycją o utrzymanie się za wszelką cenę przy władzy. Z drugiej – tak zwana opozycja, nie mająca nic wspólnego z prawdziwą, w całym tego słowa znaczeniu opozycją parlamentarną. Jej zadaniem powinno być konstruktywne przeciwdziałanie w przypadku niekorzystnych lub niebezpiecznych dla interesu narodowego decyzji podejmowanych przez rząd, czy też blokowanie ustaw szkodliwych dla prawidłowego funkcjonowaniu naszego państwa.

Taka jest rola demokratycznej opozycji w nowoczesnym państwie. Tymczasem zadanie, jakie na siebie przyjęła dzisiejsza opozycja w Polsce, to nie praca na rzecz przyszłości w duchu dobra narodowego, lecz prowadzenie polityki zamętu, w którym jedynym celem jest niedopuszczenie do tego, by rządowi udało się zrealizować cokolwiek z tak zwanych obietnic przedwyborczych.                       

Niestety, dzięki tej pełnej nienawiści postawie ugrupowań politycznych (mam tu na myśli zarówno PIS i PO, oraz ich ugrupowania statelickie), retoryce jaką w stosunku do siebie i innych, stosują, do głosu coraz częściej dochodzi skrajna prawica i ugrupowania o charakterze czysto nacjonalistycznym, często wspierane przez instytucjexkościelne.

Polska po raz kolejny, powoli, ale widocznie staje się na arenie międzynarodowej mało wiarygodnym partnerem, zarówno w sferze społecznej jak i gospodarczej. Coraz częściej słychać opinie, że naród polski jest na tyle skłócony, że Polacy nie są w stanie się samodzielnie rządzić.

Tam, gdzie w miejsce zgodnie współdziałających ze sobą w celach obrony tożsamości narodowej, rozwoju gospodarczego i społecznego kraju organizacji rządowych, społecznych i religijnych do głosu dochodzi żądza władzy, pieniądza oraz wpływów, wcześniej czy później dojdzie też do ogólnospołecznych konfliktów.Stare, mądre przysłowie, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje zwłaszcza dzisiaj nabrało szczególnego znaczenia.

W ciągu ponad trzystu lat Polska była elementem rozgrywek pomiędzy Wschodem i Zachodem i to się nie zmieniło. Zmieniły się natomiast metody tych rozgrywek. Dzisiaj nikomu niepotrzebne jest poszerzanie granic. Przecież jesteśmy w jednej Europie. Dzisiaj, jeżeli nie siłą, to sprytem, poprzez działania ekonomiczne, gospodarcze oraz politykę międzynarodową, można skutecznie ograniczać suwerenność i niezależność narodów słabszych, do których niestety i my należymy.Bo przecież nie ma nic za darmo. Prawdą jest, że jesteśmy już prawie całkowicie uzależnieni od obcego kapitału i przemysłu. Nasze zadłużenie jest tak wysokie, że nie jestem w stanie sobie nawet wyobrazić, w jaki sposób je spłacimy. Jednak nie to mnie najbardziej niepokoi.Boję się tego, że retoryka i metody walki politycznej, jakie stosują rząd, opozycja i kler doprowadzą do tego, że i tak podzielony już naród w swojej niemocy rozpocznie walkę wewnętrzną, a to z kolei doprowadzi do…?

To, czego nie widać wewnątrz, gdzie negatywne emocje, a nie zdrowy rozsądek zaślepiają umysły, doskonale widać z zewnątrz, z boku. A widać wiele analogii z okresem przedrozbiorowym, czasem wręcz z czasem rozbiorów.

Niestety ostatnie wydarzenia, jakich jesteśmy świadkami – mam na myśli wybory, wypowiedzi polityków (tych przegranych i tych wygranych) przypominają mi okresy najciemniejszej polskiej historii ostatnich kilkuset lat, począwszy od Sejmu Czteroletniego, poprzez wybory pierwszego prezydenta Gabriela Narutowicza itd … Przykładów podziałów i niezgód prowadzących do nienawiści społecznej w naszej kochanej Ojczyźnie możnaby mnożyć. Zawsze kończyło się to tragedią.

To prawda – wiele błędów wydarzyło się podczas ostatnich wyborów, zbyt wiele, by można je traktować pobłażliwie, by przejść obok nich spokojnie. Jednak w żadnym wypadku nie może być to powodem do tego, by nawoływać do buntów społecznych. Myślę, że mądrość narodu, a szczególnie tych, którzy mają w nim coś do powiedzenia, nie zakłóci tak zwanego „miru” w naszym kraju i nie doprowadzi do kolejnej destabilizacji, a wprost przeciwnie. Mam nadzieję, że ci, dla których losy naszego kraju przedstawiają wartość nadrzędną, odrzucając wszelkie animozje, uczynią wszystko, by rozwiązać ten wyjątkowy problem w sposób pokojowy, zgodnie z prawem, w poszanowaniu wartości narodowych, a co najważniejsze na drodze kompromisów

Kilka dni temu w Parlamencie Europejskim przedstawiciele naszego kraju (PIS-u) poprosili Europę o pomoc w rozwiązaniu naszego (wewnętrznego) konfliktu, oskarżając innych przedstawicieli naszego narodu o wiele spraw (między innymi o fałszowanie wyborów) Nie potrafię zrozumieć, jakim celom przyświeca tego typu postępowanie?!

Często, kiedy nie potrafimy ze sobą rozmawiać, kiedy nie potrafimy rozwiązywać naszych własnych problemów, dotyczących naszego kraju, na własnym podwórku, zwracamy się o pomoc w rostrzyganiu sporów do stron trzecich.
Czy to brak zdrowego i patriotycznego rozsądku, czy też celowe działanie na szkodę naszego kraju popycha (nie po raz pierwszy) niektórych mieniących się „prawdziwymi Polakami” (określenie często nadużywane przez parlamentarzystów) do tak idiotycznych – moim zdaniem rozwiązań – tego nie wiem.

Czyżby nasza tragiczna historia niczego nas nie nauczyła? Wielokrotnie w przeszłości korzystaliśmy z takiej pomocy i zawsze wychodziliśmy na tym źle. Przypomnijmy sobie Konrada Mazowieckiego, Bogusława Radziwiłła czy też Stanisława Augusta Poniatowskiego. Przykładów takich jest o wiele więcej. Nieumiejętność roztrzygania sporów we własnym gronie, brutalna, daleko wybiegająca poza ramy kultury dyplomatycznej walka o władzę, z zastosowaniem najprymitywniejszych elementów propagandowo-filozoficznych, opracowanych w XV wieku przez Machiavellego, uzupełnionych filozofią Fryderyka Nitschego, za każdym razem razem pociągały za sobą ofiary społeczne i narodowe. Świadczyły o słabości naszego państwa i podważały jego zarówno autorytet jak i wiarygodność.

Panowie i Panie, Parlamentarzyści i Senatorowie! Działacze PIS-U, PO, SLD, SP i wielu innych ugrupowań, zarówno z prawej jak i lewej strony! Zastanówcie się nad tym, dokąd prowadzi nasz kraj wasza polityka, wasza nienawiść, wasz cynizm i pazerność władzy. Siądźcie po raz kolejny do okrągłego stołu i jak Polak z Polakiem, pokażcie swoją dojrzałość polityczną i prawdziwą troskę o naszą Ojczyznę, by w przyszłości historia oceniła was nie jak zdrajców narodu, ale patriotów.

Polski Listopad

Wczoraj pod hasłem Wolna i Niepodległa odbył się w Berlinie koncert zorganizowany przez Konwent Organizacji Polonijnych w Niemczech. Głównym gościem koncertu był znakomity polski zespół rockowy Budka Suflera, który po 40 latach śpiewania i grania żegna się w tym roku z publicznością w kraju i za granicą. Z Budką przyjechała wypromowana ongiś przez zespół, dziś całkowicie samodzielna gwiazda – Izabela Trojanowska oraz “zapomniany głos” BS – Felicjan Andrzejczak.

W pierwszej części koncertu, rocznicowej i patriotycznej, wystąpiły berlińskie zespoły Bloody Kischka Wojciecha Zawadzkiego i Crazy Vibes Iwony Cudak. Jak już wiele razy w ostatnim czasie z Polski przyjechał do Berlina Piotr Kajetan Matczuk z zespołem Piramidy,  a z nimi gościnnie wystąpiła też Eliza Banasik, również już dobrze znana w Berlinie. Muzykom towarzyszył chór młodzieży z europejskiej szkoły w Berlinie: Robert-Jung-Oberschule prowadzony przez Mariusza Łagodzińskiego.

Imprezę rozpoczął nasz berliński poeta patriotycznym wierszem o tym, jak zaczęła się Polska.

Roman Brodowski

Rozmowy z wnukiem – Monolog
(Wolność przybyła pospiesznym z Berlina)

…Pytasz mnie jak zaczęła się Nasza Polska ?

Było to dziesiątego Listopada 1918 roku
W pochmurny i chłodny niedzielny poranek
Staliśmy na dworcu obok siebie, w milczeniu,
Ramię przy ramieniu, jak dwoje bliskich przyjaciół
Czekających na zbliżający się koniec beznadziei.

Wujek Antek w rosyjskim podartym, szynelu
Ja w pruskim, pachnącym ziemią mundurze.
Nieopodal nas stały młode sanitariuszki.
Widać, że przyjechały z dalekiego frontu
Ubrane w galicyjskie uniformy, dzieliły się chlebem

Być może kiedyś siedzieliśmy w okopach
Naprzeciwko siebie, we wrogich sobie armiach
Modląc się w tym samym, polskim języku,
O szczęśliwy powrót do rodzinnych domów.
Tak, mój wnuku, w tym samym polskim jezyku.

Mój Boże, jak wiele nas wówczas dzieliło

Na peron wjechał pociąg pospieszny z Berlina.
Niemiecki, a na lokomotywie Biało-Czerwona.
Pamiętam godzinę. Była siódma trzydzieści pięć.
Na peronie przebywało niewiele jeszcze ludzi.
Pierwsi podróżni, żołnierze wracający do domu.

Do jednego z wagonów podeszło kilka osób.
Czekali cierpliwie na odgłos otwierająch się drzwi.
Twarze niektórych z nich były mi znane.
W środku stał Książe Zdzisław Lubomirski
Obok por. Adam Koc komendant P.O.W.-u.

Nagle drzwi zajęczały, odsłaniając tajemnię wagonu.
Na schodkach ukazał się pułkownik Sosnkowski
Po nim, zmęczony, w rozpiętym, szarym płaszczu
W maciejówce z orłem strzeleckim, na głowie
Wyszedł gwarant naszej wolności – Brygadier J. Piłsudski.

Na peronie zapanował cisza, mój wnuku. A potem?

Potem na naszych twarzach ukazały się słone krople rosy.
Ktoś zaintonował „Nie rzucim ziemi skąd nasz ród”,
Inni wspomogli go wydając dźwięki podobne do śpiewu.
Słowa odbijajały się o mury dworca, donośnym echem
Wypełniając przestrzeń najwyższym be-mol patriotyzmu

Twórca Legionów rozejrzawszy się dookoła, wyszeptał
– nie rzuciliśmy rodacy, nie rzuciliśmy! –
Po czym odwróciwszy, powoli, w towarzystwie przybyłych, oddalił się
A my staliśmy wpatrzeni w znikający symbol odrodzenia

Tak, nasza wolność przybyła pociągiem pospiesznym z Berlina…

Berlin, 4 listopada 2012

Rozbrajanie Niemców w Warszawie – 10 listopada 1918 r. Fot. CAW  

Portal ściąga.pl podaje, inaczej niż w wierszu, ale też inaczej niż widzą to historycy, że Piłsudskiego na dworcu witały rozentuzjazmowane tłumy. Tak nie było. Marszałek przyjechał i udał się na narady. W dzień później, 11 listopada 1918, Rada Regencyjna przekazała Józefowi Piłsudskiemu władzę nad podległym jej wojskiem. Tak powstała Polska. Był to jednocześnie dzień bezwarunkowej kapitulacji Niemiec. Tak zakończyła się I wojna światowej. Jednak tzw. wojny Pigmejów, jak to powiedział Churchill, trwały na całym świecie jeszcze do roku 1922. Wojna polsko-bolszewicka, zakończona wielkim zwycięstwem Piłsudskiego, też jest uważana za część Wielkiej Wojny.

***
Poeta o bladym świcie napisał jeszcze jeden wiersz patriotyczny, wysłał go do mnie i poszedł spać:

Polski Listopad

Kolejny miesiąc gdzieś odchodzi
Nowy przypływa w nieboskłonie
Niosąc ze sobą czas nostalgi
I kilka wspomnień…, właśnie o Niej.

O tej, co kiedyś Jej nie było
Przez sto dwadzieścia trzy wiosenki.
O tej co nigdy nie zdradziła
Mimo poniżeń, zbrodni , męki.

Trzeba nam o tym przypominać,
By nigdy nie zapomnieć tego
Co w naszym kraju się zdarzyło,
Ileż w Ojczyźnie było złego.

To w Listopadzie Król Stanisław
Który narodem polskim rządził
Królestwo oddał wschodniej pani
Ileż tym aktem szkód wyrządzł.

To w listopadzie w noc pochmurną
By świat usłyszał słowo Polska.
Powstanie wszczęli chorążowie
Polscy Patrioci, szlachta, wojska.

To w Listopadzie o poranku
Promyk zaświecił niby gwiazda
Przynosząc wolność, niepodległość
Polskiego, piastowskiego gniazda.

Polski listopad, polski miesiąc
Jest w nim i radość i dramaty
Więc pamiętajmy o tym zawsze

Tam jest historia…, gdzie są daty

Berlin 06 listopada 2014, godz. 4³°

Jesień dla każdego

jesiendlaraomana1Roman Brodowski

Kresowa jesień

W tym roku jakoś inaczej
Śpiewają wody Niemna.
Jesienna pora nadeszła
Niby złodziej czasu, ciszą

Stare drzewa w pokłonie
Oddają resztę przepychu
Czekającej pokarmu ziemi,
Pozostają w smutnej nagości.

Okryte złotym dywanem
Ułożonych wiatrem, liści,
Nadniemeńske nadbrzeża
Zapraszają na randes-vous

Ptaki żegnają przestrzeńjesiendlaraomana5
Szybując niby kluczami
Po bezkresie szarego nieba
Do nowej przystani spokoju.

Na chlebowych polach chłopi
Zbierają ostatnie plony,
Ostatnie dary bożej łaski
Na czas długiego snu.

I tylko łosie beztrosko stąpają
Po bujnej zieleni mokradeł,
Witają jesienny czas nostalgii.
Na dalekiej, kresowej rubieży.

Berlin, 02.10. 2013

Czas wrzosu

Niedługo zakwitną wrzosyjesiendlaraomana6
Na barwnej polanie mej duszy,
I jesień nadejdzie – czas zbioru
Uczynków, doświadczeń i wzruszeń.

Usiądę przed wyschłym żurawiem,
Przy którym wiatr tańczy żałosny
I wspomnę, co tylko potrafię
I wrócę pamięcią do wiosny.

Zawitam pieszczotą młodzieńczą
Pod strzechę matczynej czułości
By poczuć raz jeszcze – ostatni
Smak miodnej i winnej miłości.

A potem na skrzydłach gołębich,jesiendlaraomana2
Odziany w biel prawdy sumienia,
Odwiedzę żyjące w przestrzeni
Tęsknoty, pragnienia, marzenia.

I może napiszę tę powieść
O losie człowieczym, o trwaniu.
Tę powieść znaczoną mym życiem,
Mym smutkiem, radością, kochaniem.

Tak – pora nostalgii i wspomnień
Czas kwiecia chryzantem i wrzosu
Jest czasem rozliczeń, pokory…,
Czekaniem w ramionach Logosu.

Berlin, 18.08.2014

Wierszyk jesienny

Kasieńce

W zielonym parku
Niewielkiego miastajesiendlaraomana3
Rosną dwa drzewa
Obak siebie, w zgodzie.
Jednym jest kasztan
Rozłożysty, zdrowy,
Drugim zaś dąb wielki…,
Widać, że wiekowy.

Chociaż są tak różne,
Niepodobne do siebie
Począwszy od koron
A na pniach skończywszy,
Mają coś wspólnego,
Jedną wspólną cechę
Darzą wszystkie dzieci
Radością i śmiechem.

Od lat niepamiętnych,
Zawsze w złotą jesień
Gdy dojrzeją owoce,
Gdy pożółkną liście,
Zrzucają swe skarbyjesiendlaraomana4
Na trawiasty taras,
By je ktoś zobaczył
By je ktoś odnalazł.

Tak leżąc cierpliwie
Brzuchate kasztany,
Żołędzie w czapeczkach,
Liście wielobarwne,
Marzą sobie o tym
By je ktoś pozbierał,
Zaniósł do przedszkola
By się nimi bawiły
Kasia, Zbyszek, Ola…,

By wszystkie dzieciaki,
W jesienną pogodę,
Gdy na dworze szaruga,
Gdy pochmurne niebo,
Mogły z darów przyrody
Tworzyć świat wesoły
Z kasztanów, z żołędzi,
Ludziki, psy, pszczoły…

Wrzesień 2012

Kartoflisko

Nad rozczochranym polem
Unosi się zapach dostatkujesiendlaraomana8

Brunatne chłopskie dłonie
Pieszczą płody rodzicielki

Kosze wypełnione darami
Świadczą o pełni miłosierdzia.

A na wydeptanej twardej miedzy
Czeka ptactwo swojego udziału

Szara jesień przysiadłwszy nad ziemią
Słucha modlitwy świerszcza.

Zapatrzona w pożogę kartowliska
Cierpliwie czeka ostatniego zbioru

A po nim? – no właśnie, co po nim ?
Spieszmy się przed nastaniem głodu.

Berlin 07.10. 2011

Jak uśmiech jesieni

Złotolistny dywan pod stopami leży
Babie lato srebrzy wśród promieni. PICT2716.JPG
Klucze ptaków płyną po bezkresie,
Po jesiennej, pochmurnej przestrzeni.

A ja lubię nostalgię jesienną,
Wspominanie lata przy herbatce
I jesienne przy świecach wieczory
W mojej małej, wsią pachnącej chatce

Lubię deszcze płynące po szybie
Szelest wiatru w gałęziach dębiny
I płomienie w kominku tańczące…,
Lubię uśmiech jesiennej dziewczyny.

Złotolisty dywan pod stopami leży
Babie lato srebrzy wśród promieni
A ja czekam cierpliwie tej jednej,
Która przyjdzie w uśmiechu jesieni.

Bytom, 15.10.1981

jesiendlaraomanaAFotos Ania, Dorota, Ewa, Krzysztof, Kasia

Na początek szkoły…

Roman Brodowski przygotował opowiadanie o dniu, gdy to on, zapłakany przedszkolak, poszedł do szkoły i spotkał się tam z Marysią. Ciekawe, czy to ta sama, którą już poznaliśmy w opowiadaniu o zielonej miłości?

Mój pierwszy dzień

Czy pamiętam ten dzień, kiedy po raz pierwszy przekroczyłem mury szkoły?   Oczywiście że pamiętam! Tego dnia nie potrafiłbym zapomnieć.

To było w czwartek, pierwszego września 1966 roku. Wybudzony ze snu, siedziałem na miękkim, wygodnym łóżku, a obok mnie, odwrócona głową w kierunku ściany, leżała śpiąca jeszcze spokojnie moja młodsza siostrzyczka.

Spojrzałem na stojącą naprzeciwko łóżka starą, dębową szafę, służącą na codzień do przechowywania ubrań, a tam na jej niedomkniętych drzwiach wisiał nowy, ciemnogranatowy mundurek z przypiętym śnieżnobiałym kołnierzykiem. Obok szafy stał wyładowany książkami, zeszytami, plasteliną oraz pachnącymi kolorowymi kredkami szary tekturowy tornister. Przy nim, jeszcze nie spakowana, najważniejsza z książek – duży wielobarwny Elementarz, no i oczywiście – ręcznie uszyty worek z miękkimi kapciami.

– Wstawaj syneczku – powiedziała mama, wchodząc do pokoju cichuteńko na palcach, by nie zbudzić Joli. – Nadszedł twój wielki dzień! Czyżbyś o tym zapomniał? – dodała, podając mi na dzień dobry czystą podkoszulkę. – Dzisiaj rozpoczynasz nowe życie.
– Ale ja nie chcę, nie chcę, Mamo. Chcę chodzić do przedszkola! – rozpłakałem się, przeczuwając koniec dziecięcej, beztroskiej wolności.
Mama, widząc moją reakcję, przytuliła mnie do siebie i ocierając rąbkiem kuchennego fartucha łzy, zaczęła tłumaczyć:
– Jesteś już dużym i mądrym chłopcem. Wszystkie dzieci w twoim wieku muszą rozpocząć naukę w szkole. Twoje starsze rodzeństwo, Zbyszek i Krysia, już od kilku lat chodzą do szkoły i są z tego powodu bardzo zadowoleni.
– Ale ja nie chcę, boję się, Mamo, nie chcę – nie dawałem się przekonać.
Mama, nieco poirytowana moim zachowaniem, nie zwracając już uwagi na te fanaberie, zaczęła ubierać mnie w przygotowaną na dzisiejszą uroczystość odzież.
Krysia i Zbyszek już buszowali po kuchni, pałaszując świeże bułeczki z marmoladą. Odziani w szkolne mundurki, czekali tylko na nas. Po sytym śniadaniu, z ciężkim tornistrem na plecach wyruszyłem do szkoły.

Obok, po prawej stronie, trzymając mnie za rękę szła Mama, po lewej – Zbyszek. Krysia. idąc kilku kroków za nami, zabezpieczała niejako tyły, czyli drogę na wypadek ewentualnej mojej próby ucieczki. Tak – to była prawdziwa droga rozpaczy, droga w niejasną przyszłość. To były dwa kilometry dłużącej się w czasie niepewności.

W końcu dotarliśmy na miejsce. Stanęliśmy przed nowo wybudowanym, jasnym i największym w naszej miejscowości budynkiem. Szkoła.
Wydawała mi się ogromna i muszę przyznać, że była bardzo ładna.
Główne drzwi wejściowe znajdowały się na ogrodzonym metalową balustradą tarasie, na który po obu bokach prowadziły szerokie schody.
Przed szkołą, wokół wyłożonego betonowmi płytami dziedzińca, rosły jeszcze młode niedawno posadzone drzewka i mnóstwo kolorowych kwiatów, wyglądających jak małe wysepki w morzu zielonej trawy.

Na dziedzińcu zgromadziła się spora gromadka rozkrzyczanych dzieciaków. Prawie wszyscy chłopcy, tak jak i ja ubrani byli w ciemnogranatowe mundurki, zaś dziewczęta w fartuszki podobnego koloru, obszyte białymi koronkami. Na prawym rękawie u każdego ucznia widniała szkolna tarcza, będąca niejako wizytówką szkoły. Tylko u tych dzieci, które rozpoczynały pierwszą klasę, na rękawach jeszcze nic nie było.

Stanęliśmy z mamą z boku placu, nieco oddaleni od całej tej grupy i cierpliwie czekaliśmy. Wtedy podeszła do nas miła, uśmiechnięta, czarnowłosa pani i, gładząc mnie po głowie, zapytała, czy jestem pierwszoklasistą.
– Oczywiście – odpowiedziała mama – to moje kolejne dziecko, które oddaję do waszej szkoły – dodała z dumą, wskazując na mnie palcem.
Pani pochyliła się nieco i szeptem zapytała, jak się nazywam:
– Romek – odpowiedziałem niegrzecznie, z nadzieją że zostawi nas w spokoju.
– A ja jestem pani Irenka – przedstawiła się, objąwszy mnie delikatnie. Teraz rozstaniemy się na kilka godzin z Mamą i razem pójdziemy do innych dzieci – zaproponowała, podając mi dłoń.
Okazało się to niestety nie takie proste . Wystraszony, chwyciłem się kurczowo za maminą sukienkę i wrzeszcząc, jakby mnie kto ze skóry obdzierał, rozpłakałem się po raz kolejny dzisiejszego dnia.

Mama i pani nauczycielka wszelkimi środkami, a to gładząc, a to obiecując różne rzeczy, bezskutecznie próbowały mnie uspokoić i przekonać o konieczności rozpoczęcia nauki w szkole. W końcu, zmęczony płaczem, rezygnując z dalszej walki, zgodziłem się pójść do klasy, ale tylko w towarzystwie Mamy. Nauczycielka, nie widząc innej możliwości, wyraziła na to zgodę i zaprowadziła nas do pomieszczenia, w którym w ustawionych w trzy rzędy ciemnozielonych ławkach czekało już kilkunastu innych pierwszoklasistów.

Pomieszczenie pachniało świeżą farbą, było duże i przestronne. Na przeciwko drzwi całą ścianę zajmowały duże okna. Natomiast na ścianie szczytowej wisiała ogromna, czarna jak smoła tablica, przy której leżały szara gąbka i kilka kawałków białej kredy. Nad tablicą wisiał Biały Orzeł, obok tablicy, pośrodku klasy, stał stół, a przy nim krzesło dla nauczyciela. Były też szafy i półki wyładowane pomocami naukowymi.

Jednak nie to było dla mnie najważniejsze. Okazało się bowiem, że oprócz mnie do naszej klasy chodzi też czworo moich przyjaciół z przedszkola, mieszkająca po sąsiedzku Marysia oraz Alina, Jagoda i Ewa – koleżanki z mojej ulicy. Puszczając rękę mamy bez pożegnania, szybko usadowiłem się w stojącej przy oknie ławce, w której siedziała już samotnie Marysia. Mama opuściła klasę, a ja, zajęty rozmową z siedzącym obok nowym kolegą, powoli przyzwyczajałem się do szkolnej rzeczywistości. Co jakiś czas do klasy przychodził ktoś nowy, a my witając go oklaskami czekaliśmy z niepokojem na rozpoczęcie pierwszej w naszym życiu lekcji.

Nagle usłyszeliśmy dziwny hałas, dochodzący z korytarza.
– Do klas dzieciaki. Koniec wakacji. Czas się brać do nauki! – krzyczał ktoś grubym, nieco ochrypłym głosem, wymachując przy tym wielkim dzwonkiem. Dopiero teraz uświadomiłem sobie, że czas wolności się skończył i rozpoczęła się długa przygoda z nauką. Siedząca dotychczas przy stole nauczycielka wstała i, spojrzawszy na nas wesołp, poprosiła o ciszę.
– Drogie dzieci – zaczęła – witam was serdecznie w waszej nowej szkole.  Nazywam się pani Irena i od dzisiaj przez dwa lata będę waszą opiekunką oraz wychowawczynią, a wy będziecie moimi uczniami. Mam nadzieję, że szkoła będzie waszym drugim, kochanym domem…
Opowiadała nam jeszcze o tym, co nas w tej szkole czeka, jak będą wyglądały lekcje, czego będziemy się uczyli i o wielu innych sprawach. Na koniec otworzyła dziennik i wywołując po nazwisku każdego ucznia z osobna, w kolejności alfabetycznej, prosiła żeby opowiedział o sobie. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, kto jak ma na imię, skąd pochodzi i gdzie mieszka. Po zakończeniu sprawdzania obecności pani porozsadzała nas parami w ławkach tak, aby ci najniżsi, do których i ja należałem, siedzieli z przodu, a najwyżsi z tyłu klasy. Na szczęście nam, to znaczy Marysi i mnie, pozwoliła pozostać tam gdzie wcześniej usiedliśmy, czyli w pierwszej ławce przy oknie.

Usłyszeliśmy po raz drugi dźwięk dzwonka, który tym razem oznajmił koniec lekcji, po której parami poszliśmy całą klasą do świetlicy, gdzie uczniowie starszych klas, nauczyciele oraz dyrektor szkoły przywitali nas, pierszoklasistów, brawami. Tam miała miejsce oficjalna uroczystość rozpoczęcia roku szkolnego. W jej trakcie starsi koledzy przypięli do naszych mundurków tarcze, a koleżanki wręczyły małe słodkie upominki.

Tak się rozpoczął mój pierwszy dzień w szkole, w której spędziłem kolejnych osiem niezapomnianych lat.

Berlin, 1992

Niestety nie jest to zdjęcie autora w pierwszej klasie, tylko zdjęcie znalezione w sieci – klasa Ib, szkoła nr 23 w Oliwie, rocznik 1969/70

Wielka Wojna (5)

Kolejny wpis o Wojnie, tej Wielkiej, ale przecież zarazem w rocznicę Powstania Warszawskiego, którą media mają dziś uczcić 70 sekundami ciszy. Nie zapomnijmy więc i my o tej ciszy. Dziś o godzinie 17. 

Roman Brodowski

Przed stu laty, 28 lipca 1914 roku, rozpoczęła się „Wielka wojna”, pierwsza wojna światowa. Była to rzeczywiście pierwsza wojna, w której zaangażowało się tak wiele państw. Po jednej stronie państwa Ententy, będącej niejako protoplastą dzisiejszego sojuszu północnoatlantyckiego – zaś po drugiej Niemcy i Austro-Węgry, wspomagane przez (między innymi) Turcję czy Bułgarię.
O przebiegu tamtych wydarzeń możemy przeczytać w różnych pracach naukowych, dowiedzieć się o nich z dzieł beletrystycznych, czy też filmów dokumentalnych.
Niestety, dzisiaj nie możemy czerpać bezpośredniej wiedzy od świadków tej okrutnej wojny, bo już dawno od nas odeszli.
Pewne jest to, że fakty historyczne są niezmienne i bezsprzeczne. I chociaż interpretacja przebiegu samej wojny jest różna i często z przyczyn prowadzonej polityki, podlega ciągłej rewizji, to dla nas, Polaków najważniejsze były, są i pozostaną jej skutki.

To właśnie ta wojna, zmieniła geopolityczną mapę świata. To miedzy innymi w wyniku przegranej państw środka i rozpadu Cesarstwa Niemieckiego, Austrii i Habsburgów i Rosji Romanowów, Polska, podobnie jak wiele innych zniewolonych państw, uzyskała suwerenność i niepodległość.

Nasi rodacy, uwikłani w ten konflikt, w zależności od tego, w jakim zaborze się znajdowali, walczyli na różnych frontach, często stając na przeciwko siebie jako wrogowie. Walczyli z nadzieją, że gehenna, jaką przeżywali pod zaborczym jarzmem, wkrótce się skończy. Wierzyli, że ofiara ich przodków nie poszła na marne, że zbliża się czas odrodzenia ich długo oczekiwanej Ojczyzny, naszej Ojczyzny.
Nie mylili się. Wolność przyszła na sztandarach w Listopadzie 1918 roku.
Niestety, wielu nie doczekało tego dnia. Oni znaleźli swoją wieczną wolność w chłodnych ramionach śmierci. Otuleni czarną ziemią, często pod zmurszałymi przydrożnymi krzyżami, śpią na polach całej Europy, czekając ostatniego apelu.

RIMG0009Groby wojenne żołnierzy poległych podczas I wojny światowej na cmentarzu garnizonowym w berlińskiej dzielnicy Wedding. Pośród 1184 nazwisk są 92 nazwiska polskie.

Kiedy odwiedzam groby moich Rodziców i Brata na cmentarzu nieopodal placu Kurta Schumachera w Berlinie, zawsze przechodzę obok grobów niemieckich żołnierzy, którzy zginęli w latach 1914-1918, obok tablicy, na której widnieje napis – myśl Alberta Schweitzera, że „największymi głosicielami pokoju są groby poległych żołnierzy”.

romangroby_3
Tak, to prawda. Z jednej strony świadczą o tej największej ofierze, jaką złożyli swoim ojczyznom ich obrońcy, z drugiej zaś – o wiecznym ich pokoju, tam gdzie nie ma wojen, nienawiści i łez.
I właśnie o nich, o ich grobach, o ich pamięci mówią te wiersze.

Polskim grobom

Wiele jeszcze krzyży
Stoi pośród łanów zbóż.
Pszeniczne, żyzne pola
Rodzą pachnący chleb
Na nowopolskiej ziemi,
A one pachną żywicą.

Drzewa kłaniają się nisko
Małym, leśnym pagórkom.
Ściółka bogata w życie
Niby matczyna pierzyna
Tuli tajemnice wieczności
Śpiące snem pańskim.

A przed chłopską chatą
Postawiono małą kapliczkę.
Wyryty w drewnie napis
„Chwała posłańcom wolności”
I zgaszona wiatrem świeca
Na wysuszonym bukiecie róż.

Jutro znowu zaрłoną znicze.
Na strojnym placu pamięci.
Ktoś wspomni o poległych.
Ktoś złoży krwistobiały wieniec
Z okazji rocznicy żniw.
A potem? – 365 dni pustki

I tylko polne, stare krzyże,
Leśne, pokryte mchem pagórki,
I te przydrożne, małe kapliczki.
Pozostaną niezmiernie wierne.
Historia wołająca z otchłani
Prosi o wieczny, nam, pokój.

Berlin, 01.11. 2001

romangrobyDobrze, że jesteś

Położyłem bukiet kwiatów
Zerwanych przy strumieniu,
Na małej leśnej mogile.
Bukiet żółtych kaczeńców.

Okryty w starość kamień
Dźwiga balast historii,
Wyryte słowo – „Nieznany”
I data ur. 1892 – zm. 1916.

Z brzozowych gałęzi
Ułożyłem biały krzyż
Na pamięć przeszłości.
Akt młodzieńczej pokory.

Pośród smukłych sosen
Odprawiłem modlitwę.
Ptaki zaśpiewały psalm
A wiatr zapłakał w konarach.

Tylko ziemia milczała.
Tuląc matczynym ramieniem
Śpiąca, przerwaną historię.
Milczące dziecię narodu.

Położyłem bukiet kwiatów
Zerwanych przy strumieniu,
Na małej leśnej mogile.
Bukiet żółtych kaczeńców.

– Dobrze że jesteś – Ojczyzno!

Żory, 19.05.1985

Lekcja historii

Pośród zmurszałych drzew
W zapomnianej przestrzeni
Leżą otulone wiatrem historii
Świadkowie epoki – krzyże

Na pokrytym mchem granicie
Wyryty ledwo widoczny napis
I jakieś cyfry, tajemnicza data,
Na której rozłożyły się ślimaki.

I nikt by nie wiedział o śpiącej
Wiecznym snem przeszłości,
Gdyby nie płonące znicze
Na zielonych gałązkach świerku.

Gdyby nie dzieci stojące obok.
Patrzące pokorą ciepłych serc
Na przytulone do chłodu ziemi
Tajemnice wiecznego przemijania.

Berlin, 29.10.2013

Na słowiańską nutę

Roman Brodowski

„Na zielonej Ukrainie…”

Niedawno wróciłem z Kresów. Na zaproszenie białoruskiego związku literatów razem z przyjaciółmi gościłem w przepięknym i, jak zwykłem mawiać, „moim” Grodnie. Okazja była szczególna – obchody dziesiątego „Międzynarodowego Festiwalu Kultur Narodów ”, który odbywa się tu od dwudziestu lat. Poproszono mnie, „przyjaciela pisarzy grodzieńskich”, zrzeszonych w tym związku, o udział w spotkaniu autorskim, co uczyniłem z radością. W spotkaniu uczestniczyło kilkunastu pisarzy z dziewiętnastu państw.
O moich, a właściwie naszych, wrażeniach z festiwalu nie będę pisał. Tym podzielę się następnym razem. Tu powiem tylko, że wspaniałym przeżyciem dla nas był udział w pochodzie festiwalowym. Wraz z kilkusetosobową grupą rodaków, na co dzień członków zespołów folklorystycznych, krzewiących naszą kulturę w diasporze polskiej żyjącej na Białorusi, jak i tych rodzimych z Podlasia i Kurpiowszczyzny, przemaszerowaliśmy ulicami miasta. Wzruszenia nie da się opisać słowami.
Wtopieni w kilkutysięczny wielobarwny, wielonarodowy pochód, ze śpiewem na ustach, witani przez zebrane na poboczach tłumy mieszkańców, którzy klaskali i wołali „Jeszcze Polska nie zginęła”, „Niech żyje polska”, „Kochamy Was” czy „Dziękujemy, że jesteście”. I rzeczywiście, byliśmy dumni, że jesteśmy, kim jesteśmy. Niejeden z uczestników naszej grupy, ze mną włącznie, ocierał wilgotne oczy, chociaż deszcz w tym dniu nie padał.

ukrainaromana (4)
Przed nami szli Palestyńczycy, a za nami, zgodnie z porządkiem alfabetycznym Rosjanie, Turkmeni, Tadżycy i… spora grupa z Ukrainy.
Ukraińcy, nasi słowiańscy przyjaciele, cierpiący na własnej ziemi, uwikłani w bratobójcze walki, w których nie ma i nie będzie zwyciężców, będą tylko ofiary.
Spojrzałem na idących obok mnie członków zespołu ludowego, reprezentującego puszczańską ziemię kurpiowską i mrugnąwszy okiem porozumiewawczo zaintonowałem – …hen tam gdzieś spod czarnej wody…, a za mną z kilkuset gardeł wydobyły się dalsze słowa znanej pieśni o Ukrainie.

ukrainaromana (2)Rosjanie nie znając słów wspomogli nas improwizując na guzikówkach melodię.
Widzieliśmy wzruszenie, jakie zapanowało wśród Ukraińców. Niektórzy z nich także zaczęli śpiewać tę pieśń, tyle tylko, że w swoim narodowym języku.

Tak – właśnie na tym festiwalu poczuliśmy się wszyscy jak jedność, jak jedna wielka rodzina. Ukraińcy, Polacy, Rosjanie. Szliśmy obok siebie, pozdrawialiśmy się nawzajem, śpiewaliśmy, obdarowywaliśmy drobnymi upominkami i… czuliśmy to samo – smutek oraz współczucie dla tych, którzy tam na Ukrainie giną…

Po powrocie do domu, jak zawsze napełniony pozytywną energią, jaką mnie obdarowują ludzie żyjący na Kresach, zasiadłem do pisania. Postanowiłem napisać o tym, co się dzieje w kraju naszych sąsiadów, w kraju, który przez wieki tworzył z nami naszą wspólną historię, na Ukrainie. Postanowiłem przelać na papier to, co usłyszałem o tej strasznej bratobójczej wojnie nie z telewizji, radia czy prasy, ale od tych, którzy świadczą prawdę,widzianą własnymi oczyma, od ukraińskich uciekinierów, którzy schronili się przed niespodziewaną śmiercią na terenie Białorusi, u białoruskich rodzin.

ukrainaromana (3)
Postanowiłem oddać hołd tym, którzy przeżywają katusze, i to tylko dlatego, że znaleźli się w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwej porze, w centrum walki o ich tak zwaną lepszą przyszłość, o ich dobro i o wolność Ukrainy. Pragnę oddać hołd tym wszystkim, którzy stali się ofiarami tego, co ja nazywam brudną polityką możnych tego świata. Oddaję hołd wierszam, bezideowo, niepolitycznie, zwyczajnie i po ludzku. Niektóre z tych wierszy są nowe, inne powstały już jakiś czas temu, świadcząc o tym, że konflikty między nami Słowianami już od dawna leżały mi na sercu.

Na słowiańską nutę

Ciągle modlimy się do Pana
Prosimy Go by dał nadzieję,
Żyjemy duchem naszej wiary
A co się dzieje? co się dzieje?

Na niebie słońce już przygasa
Ziemia w ciemności się pogrąża
Wiatr zaś unosi strach, niepewność…,
Dokąd nasz stary świat podąża?

Dlaczego? – pytam czasem siebie
„Homo hominii lupus est”
Skoro dobrocią człek być winien,
Tak jak dobrocią Stwórca jest.

Rosjanin gnębi Ukraińca,
W nim zaś nienawiść do Polaka,
Polak Ruskiego ma za wroga…,
Ot taka to słowiańska draka.

A przecież można żyć inaczej.
W naszej słowiańskiej społeczności
Można wybaczyć winy przodków…,
Dla naszych dzieci, ich przyszłości.

Można zbudować lepsze jutro,
Żyć w nim jak nasi pra-przodkowie
Nas „Słowian” przecież wiele łączy…
I to nie tylko w tymże słowie.

Berlin 02.04.2012

ukrainaromana (1)Łzy jak kwiaty bzu

Kilka gałązek bzu na bruku
Pamięć w powietrzu się unosi
I zgliszcza dymiącego domu
Który o pomstę Boga prosi.

Wczoraj tętniło tutaj życie
Ludzie krzątali się po gmachu
Była nadzieja na normalność.
A dziś tu nie ma nawet strachu.

Tak, ludzie ludziom, niby bestie,
Jak w czas wojenny, w czas pożogi,
Piekło sprawili… Tylko za co?
– Za wybór nowej, innej drogi –

Ziarno Bandery daje plony
Jak feniks się odradza faszyzm
A z boku wielcy tego świata.
Dzielą na tamtych i na naszych.

Czynią to w imię ważnej sprawy.
W imię pokoju, bezpieczeństwa.
Tylko dlaczego kosztem słabych
Kosztem łez, życia i męczeństwa.

Biedny narodzie ukraiński,
Nie krwią buduje się dostatek
I nie dopływa się do władzy,
Morzami łez wdów, żon i matek.

Może i jestem nierozumny,
Własnym rozumem nie ogarniam,
Tego, co dzieje się na Wschodzie…
Na swoich poszła … swoja Armia

Berlin 05.05.2014

Co będzie jutro?

U nas zakwitły dziś kasztany
Słońce serwuje dzień bezstroski
Niedzielne dzwony słychać w dali
A tam? – tam płoną miasta, wioski.

Ludzie chowają się w piwnicach
Wtulone w kąty matki, dzieci…
W oddali słychać huk wystrzału
Kolejny pocisk świszcząc leci.

U nas wiosenny deszcz się zaczął,
Woda strumieniem bruk obmywa
Chmury po niebie płyną srebrne,
A tam? – krew ofiar lepka spływa.

Brat ruszył w drogę przeciw bratu
Poniósł ze sobą śmierć okrutną,
Otrzymał rozkaz, by zabijać.
Nie wie, co będzie później, jutro.

A jutro będzie jeszcze smutniej.
Czas ciężkie zacznie leczyć blizny
Powstanie wiele nowych grobów
Tych, co zginęli dla ojczyzny.

Nadejdzie pora zbioru plonów
Obfitych w nowych bohaterów.
Tylko dlaczego dla jednostek
Musi umierać aż tak wielu?

Pytanie niby bardzo proste
Każdy rozumny zna odpowiedź,
Lecz nikt nie mówi o tym głośno,
Bo po co komu szczera spowiedź

Berlin 03.06.2014

Apokryf XXVII

Obiecują lepszą wartość bytu
Przybywają na czarnym koniu
Niby panowie światłonocy,
Pijani krwią naiwnych dusz.

Rozdzierają utkaną życiem szatę
Rzucając jedność w otchłań.
Dla nierozumnej jeszcze idei,
Karmią maluczkich nienawiścą.

Oni zaś syci, odziani w służalczość,
Niosą brunatne sztandary śmierci.
Idą drogą bolesnej ciemności,
Ku chwale nieznanych im światów.

I tylko prawda wyrzucona z ich ust
Błąka się po przestrzeni absurdu
W poszukiwaniu sprawiedliwych.
A wiara? – Tylko gdzie ona jest?

Berlin 24.06.2014

Zdjęcia Stafen Dybowski, na ostatnim zdjęciu, wśród sióstr Słowianek, nasz autor, Roman Brodowski

Zielona miłość

Roman Brodowski

Święta – muszę przyznać – były dla mnie wyjątkowo udane. Niestety minęły (jak wszystko, co dobre) bardzo szybko, i pozostały po nich tylko wspomnienia.
Natomiast okres między świętami a Sylwestrem nie był ani udany, ani przyjemny, a wprost przeciwnie, był to czas smutnej szarości.
Maria niespodziewanie oznajmiła mi, że została zaproszona przez swoich szkolnych przyjaciół na wyjazd w góry, by tam wspólnie przygotowywać się do zapowiedzianych na styczeń sprawdzianów z matematyki, chemii i czegoś tam jeszcze, a co za tym idzie, nie będzie jej przez kilka dni w domu. Oczywiście przyjąłem to ze zrozumieniem, co wcale nie oznacza, że nie było mi przykro, bo przecież tak naprawdę, to właśnie z Marysią wiązałem nadzieje na wspólne i pełne niespodzianek spędzenie czasu wolnego od szkolnych obowiązków. Byłem przekonany, że bycie razem pozwoli nam zbliżyć się do siebie. Najgorsze było jednak to, że nie mogłem zrealizować tego, co miało być niejako kulminacją naszego „sam na sam”, i jednocześnie niespodzianką dla Marysi, czyli wyjazd we dwoje do Malborka. To właśnie tam, pośród murów starego zamczyska, w romantycznej scenerii, z dala od ludzi postanowiłem (po raz pierwszy) wyznać jej niesamowite uczucia, jakimi ją darzę, moją bezgraniczną i wierną miłość. Właśnie tam pragąłem porozmawiać o moich, a związanych z nią, planach, marzeniach, nadziejach. Od wielu tygodni przygotowywałem się na tę przecież trudną dla mnie rozmowę.
Zamiast tego całymi dniami siedziałem w pustym mieszkaniu, spoglądając co jakiś czas przez okno na zaśnieżoną drogę, prowadzącą od dworca kolejowego, w oczekiwaniu na jej powrót.

Do domu powróciła dopiero w ostatnim dniu roku, wczesnym porankiem. Cieszyłem się, jak małe dziecko. Życie znów nabrało ciepłych, wiosennych kolorów. W momencie, kiedy ją zobaczyłem, natychmiast zapomniałem o tym, że mnie zostawiła, że czułem się zawiedziony, opuszczony i że było mi z tym bardzo źle. Najważniejsze było to, że znów jest, że mogłem ją słyszeć, jej dotykać, że mogłem się do niej przytulić, a poza tym to ostatni dzień, noc sylwestrowa, w którą, tak jak wcześniej zaplanowaliśmy, będziemy się bawili w gronie naszych przyjaciół.

Sylwester był naprawdę wspaniały. Po raz pierwszy skosztowałem prawdziwego szampana. Nie jakieś sowieckie „Krymskoje”, ale prawdziwego francuskiego szampana, którego przyniosła ze sobą Jola. Mój nieco euforyczny nastrój, czas i miejsce, w jakim się znajdowaliśmy dodł mi na tyle śmiałości, że w każdej dogodnej chwili, starałem się być jak najbliżej mojej dziewczyny. W tańcu, podczas biesiady, podczas konkursów robiłem wszystko, by przekazać jej to, czego nie udało mi się zrealizować wcześniej, tam w Malborku, a mianowicie wyznać moje gorące uczucie.
Tak Sylwester pozostawił we mnie wiele pięknych wspomnień. Bawiliśmy się wspaniale do samego rana, i gdyby nie to, że byliśmy ostatnimi gośćmi lokalu, który należało punktualnie o szóstej opuścić, bawilibyśmy się o wiele dłużej.
Do internatu przyjechałem w porze obiadowej, dzień przed rozpoczęciem zajęć w szkole. W pokoju czekał już Mietek. Przyjechał tego samego dnia, tyle że wczesnym rankiem. Na stole stało kilka słoików z kiszonymi ogórkami, smalcem i marynowanym mięsem, a na nich wisiały pęta aromatycznej kiełbasy. Obok zaś leżała powiązana sznurkiem, pachnąca jałowcem, szynka.
– Nareszcie w domu – zażartowałem, witając się serdecznie po kilkunastu dniach rozłąki, z moim przyjacielem, a stare dobre przysłowie mówi, „zgłodniałego nakarmić”, dodałem, wskazując na skarby polskiej wsi, kuszące swoim widokiem.

Mijały tygodnie, życie wróciło do normy, a ja wciąż wspominałem moje ostatnie zimowe ferie i niecierpliwie wyczekiwałem listów od mojego kochania. Niestety, nie wiedzieć czemu, zawsze przychodziły z opóźnieniem i nieco rzadziej
aniżeli przed feriami. Fakt ten tłumaczyłem sobie brakiem czasu, spowodowanym nawałem nauki przed egzaminami. Wszakże liceum to nie szkoła zawodowa.
To dziwne, ale wydawało mi się, że od czasu naszego ostatniego spotkania listy, jakie do mnie pisała, zawierały jakby nieco inną treść. Wprawdzie Marysia tak jak dawniej informowała mnie o tym, co porabia, jak się czuje, co słychać w dalekim i bliskim świecie, ale brak w nich było tego czegoś, co daje poczucie ciepła, bliskości, emanacji uczuć…

Nareszcie zbliża się marzec, rozpocznę osiemnasty rok życia. Z tej okazji odbędzie się moja urodzinowa „feta”. Szykuje się dobra impreza. Przed kilkoma dniami wysłałem zaproszenia do mych przyjaciół, no i oczywiście do Marii. Nie wyobrażałem sobie tego wydarzenia bez niej. To ona jest przecież najważniejszym i najbardziej wyczekiwanym gościem, najpiękniejszym podarkiem, o jakim marzę i jaki pragnę tego dnia otrzymać. Uroczystość, za zgodą kierownika internatu, który również będzie w niej uczestniczył, miała się odbyć w pokoju gościnnym. Spodziewałem się około dwudziestu pięciu gości.

Mietek już od wczoraj, niby dobra gosposia, biegał po sklepach, by kupić niezbędne artykuły. Właśnie przynieśli z Adamem dwie skrzynki coca–coli i słone paluszki. To się nazywa prawdziwy przyjaciel. Zaangażował się w przygotowanie mojego dnia, jakby to on sam był solenizantem. Zadbał o wszystko, począwszy od menu, poprzez napoje, wystrój pokoju, a na programie artystycznym skończywszy. Zresztą i inni zaprzyjaźnieni ze mną mieszkańcy internatu włączyli się do pomocy w organizację mojej osiemnastki…

– Doczekałem się, przyszedł, jest – krzyczałem od progu drzwi naszego pokoju, do czytającego jakąś książkę Mietka, wymachując długo oczekiwanym listem.
– I co ciekawego pisze? – zapytał przyjaciel – nie odrywając oczu od lektury.
– Nie wiem, jeszcze nie czytałem – odpowiedziałem, otwierając delikatnie list, by nie uszkodzić pachnącej, białej koperty.
Usiadłem wygodnie i zacząłem czytać.
„W pierwszych słowach mojego listu pragnę…”
Im bardziej poznawałem jego treść, tym szybciej biło mi serce, a na twarzy zaczęły pojawiać się srebrzyste krople potu.
– To niemożliwe, to nieprawda – mówiłem do siebie rozżalonym półgłosem. – Dlaczego, dlaczego? – powtarzałem jak mantrę, jedno i to samo pytanie.
Mietek zaniepokojony moim stanem, podszedł do mnie, objął po przyjacielsku i zapytał o powód mojego załamania. Nie potrafiłem wypowiedzieć słowa, ani jednego słowa. Łzy uwięzły w gardle, piekąc okrutnie, a potem… spowiła mnie ciemność…

Obudził mnie coraz głośniejszy, nieznajomy dźwięk. Tak jakby ktoś mnie wołał po imieniu. Otworzyłem oczy. Leżałem w łóżku, przy którym stał wystraszony Mietek, obok niego lekarz i kierownik internatu. Patrzyli na mnie jak na jakiś kosmiczny obiekt.
– Co się stało? – zapytałem zdezorientowany.
– Nie denerwuj się – uspokajał mnie lekarz – to tylko nerwowe załamanie. Stres.
Poleżysz kilka dni w szpitalu, odpoczniesz, a my w tym czasie sprawdzimy kondycję twojego serca.
– Jak to poleżysz? A moje urodziny. Przecież jutro… – nie dokończyłem.
Przypomniałem sobie treść listu. Zaczynałem rozumieć, co się stało. W liście Maria prosiła mnie o wybaczenie, bo nie przyjedzie, bo chciałaby, żebym o niej zapomniał, bo pokochała kogoś innego i jest z nim szczęśliwa, bo nie potrafi…
Jakże straszny prezent otrzymałem na moje osiemnaste urodziny – pomyślałem – i to od najdroższej dla mnie osoby. Jak z tym żyć? I po co? Przecież sensem mojego życia jest właśnie ONA. Dlaczego, dlaczego?!
Tysiące myśli tańczyło po mojej głowie, zadając coraz to większy ból. Powoli zamknąłem zmęczone powieki i, prosząc w modlitwie Boga o wieczny sen, zasnąłem

Bytom, 1979