Modlitwa jak miecz ostra

Roman Brodowski

Modlitwa do Prawdy

Wołają Ciebie Panie od zawsze
Szukają w zakrytej przestrzeni
Dotykają granicy człowieczeństwa
A Ty się ukrywasz między psalmy.

Otwierają ksiegę Twej mądrości,
Tajemnicę objawionego Jestestwa,
I ślepotą czasu błądzą w ciemności
By dosięgnąć mocy sprawiedliwej

A ja słyszę Dawida niosącego modły
Do gwiazdopełni bezkresu nieba
Głos wypełniający sakralną przestrzeń
Zapachem, niepojętej nikomu, prawdy.

Słyszę Jezusa w aureoli wszechmocy
Głoszącego światu Chwałę Twoją,
Syna Ojca, stąpającego ścieżką prawdy
Odrzuconego przez zgniłe owoce ziemi.

Słyszę przemykające obok mnie cienie,
Każdy z symbolem jakiegoś wyznania
Niesie w swych ustach relikwie niemocy
Zapach mirtu zmieszany z piołunem.

Świat przestał się pytać o sens istnienia,
Przestał pytać o drogę pojednania.
Wiara nie potrzebuje drogowskazu
Oliwne lampy dawno wygasły

Czy to nie Ty powiedziałeś – Ojcze
Głosem Narodzonego Zbawienia
Że nie można służyć dwóm panom?
Jak mam odnaleźć Cię pośród innych?

Świat gubi się w urodzaju świętości,
A ja spragniony czystej źródlanej opoki,
Nadal tkwię w ciasnym uchu igielnym
Wystawiony na drwiny bogobojnych.

Bo wciąż szukam śladów w mej bliskości
W wielkiej szczodrości chlebowej ziemi
W konarach przydrożnych, starych drzew
W nostalgii szumiącego, leśnego potoku.

Idąc za głosem mojego jestestwa
Do Ciebie zwracam się z prośbą żebraczą.
Nie do dogmatów, obrazów, skał nagich…
Nie do pasterzy pasących owce bezwiedzą

Z Tobą rozmawiam potrzebą wnętrza
Jak marotrawny syn z miłosierdziem Ojca
A Ty? – Czekając na progu, zapraszasz do snu

Hosanna! – Oto tajemnica mojej drogi

Berlin, kwiecień 2011

Apokryf XXIX

„Kim jesteś ty, co się odważasz
Sądzić cudzego sługę?”
List do Rzymian 14:4

Oni nie rozumieją
Mówią – Żeś jeden dla wszystkich
A wiary w ich czynach nie odnajdziesz.
Dlaczego – Ojcze!

W ślepej bezwierze
Bezprawiem czynią prawo
Dzieląc na lepszych i gorszych
Dlaczego – Ojcze!

Dla małego człowieka
Wyrzekają się twojej wielkości
Osądzają efekt Twojego dzieła
Dlaczego – Ojcze!

Nawet niebo w bezkresie
Nawet słońce w mocy światła
Nawet ziemia w zapachu chleba
Żyją wolą Twojego tchnienia

Oni nie rozumieją
Mówią – Żeś jeden dla wszystkich
A nie poznają synów Twoich w pragnieniu.
Dlaczego – Ojcze.

Czyżby właśnie dlatego?
– Ojcze!

Berlin, 26.09. 2007

Apokryf XXXVI

„Oto nadejdą dni, gdy ześlę głód na ziemię,
nie głód chleba ani pragnienia wody,
lecz głód słuchania słów Pańskich”
Księga Amosa 8:11

Niby szarańcza na przedżniwiu
W nadmiarze zachłanności
Na żer ruszyły, być i mieć
Ludzkiego dosytu wiary

Pola pleśń chabrów ukwieciła
Ziarno pokory pokrył chwast
A słowa pieśni dziękczynnej
Pojedynczo opuszczają skansen

I tylko nieliczni podnoszą ręce
Ku chwale niepojętej mocy
Składając swoje być i mieć
Na ołtarzu zwyczajnej pokory.

Świat naszego Bogochwalstwa
Powoli odchodzi do lamusa
Zamykając kolejny akt nadziei.

Nadchodzą dni posuchy Twych słów

Berlin, 21.03. 2013

Apokryf XXXXII

„…Nie człowiek wyznacza swoją drogę
I nie w jego mocy leży kierować krokami, gdy idzie”
Jer 10 :23

Kryształki kwarcu
Rozsypane
Na bezdechu
Karmionej
Powolną erozją
Pustynnej wielkości
Niemego
Doświadczenia.

Wielkość
Odziana
W sakramenty
Ostatniej posługi
Rzucona w beskres
Ludzkiej niemocy
W czas procesu
Dojrzewania.

Człowiek
Poszukający
Kolejnej gwiazdy
Na bezdrożu
Dogmatycznej
Interpretacji
Świadomego
Boskiego Bytu,

I Przestrzeń
Zaknięta
Granicą przemijania
Zwaną potocznie
Wiecznością.
Nieosiągalna
Przestrzeń wiedzy.
Tylko miejsca dla Boga… brak.

Berlin, 27. 07. 2016

Gen. Stefan Rowecki Grot

Roman Brodowski

Preambuła

rowecki-pomnik1Kolejny sierpień. Kolejny miesiąc pamięci, obfitujący w wiele jakże dla naszego narodu tragicznych wydarzeń, poczynając od dnia pierwszego, czyli wybuchu Powstania Warszawskiego, a zaraz potem trzeci sierpnia, dzień, kiedy prawdopodobnie wykonano wyrok śmierci na gen. Stefanie „Grocie” Roweckim w oranienburskim obozie zagłady – Sachsenhausen, nieopodal Berlina.

Przypomnę tu mój artykuł, opublikowany w ubiegłym roku na portalu „Polonia Viva” w którym starałem się w skrócie przypomnieć, lub nieco przybliżyć, postać tego wielkiego, (zdradzonego przez „Polaków”) polskiego patrioty jakim był gen „Grot”.

Dlaczego proponuję konkretnie ten, odgrzewany niby kotlet, a nie inny tekst? Dlaczego nie piszę czegoś nowego, inaczej, bogaciej? – Mądre pytania, które sam bym zadał autorowi, będąc na waszym miejscu. I jako autor, chętnie na nie odpowiem, rozważając dwa aspektów, mające wspólny mianownik – wyrażam bowiem sprzeciw i dezaprobatę dla tego, co od pewnego czasu dzieje się w sferze nauki historii, zwłaszcza naszej, będącej nie tylko dziedzictwem polskiego społeczeństwa, ale najważniejszym budulcem narodowej wspólnoty. Od zawsze, nie tylko jako Polak, ale przede wszystkim jako człowiek, traktowałem obowiązek pamięci jak sacrum. Dla ludzi mojego pokolenia a i dla pokoleń wcześniejszych szacunek oraz pamięć dla historycznych zdarzeń, które miały miejsce na przestrzeni wieków w naszej ojczyźnie, dla bohaterów naszego narodu, którzy swoją osobą złożyli siebie i swoje życie na ołtarzu honoru i patriotyzmu, jak też pamięć o naszych przodkach, jest i pozostanie obowiązkiem. Jest podstawą etyczno- moralnej i religijnej tożsamości w stosunku do nas samych.

Obelisk poświęcony pamięci gen. Stefana „Grota” Roweckiego przy obozie w Sachsenhausen

Nie zgadzam się na fałszowanie naszej historii, na poddawanie jej obróbce dla potrzeb tych, którzy nasz historyczno-kulturowy dorobek powoli zamieniają wedle szowinistyczno-nihilistycznych zachcianek swojego dyktatora.

Prawdą jest, że naszą historię od co najmniej zakończenia drugiej wojny światowej tworzyło się zgodnie z filozoficzno-politycznym nurtem czasu. Prawdą jest, że tworzyło się ją dla potrzeb ideologicznych i indoktrynacyjnych. Prawdą jest także i to, że w poprzednim systemie (delikatnie mówiąc) zrobiono wszystko, by nasze społeczeństwo znało historyczne tło tylko tego, co ten system i jego bohaterów gloryfikowało, wprowadzając do niego wiele nieprawdy, często fałszując fakty, ignorując, a nawet negując „innych” , którzy za swoją postawę powinni zająć miejsce w panteonie zasłużonych dla Ojczyzny.

Oczywiście IPN oraz inne instytucje powinny ujawnić prawdę i przekazać ją zgodnie z faktami społeczeństwu, nie wylewając przy okazji rewizji naszej historii , przysłowiowego „dziecka z kąpielą”.

Niestety, istota problemu tkwi w tym, że dzisiaj działania dużej części tzw. zideologizowanych i upartyjnionych historyków, oraz podległe rządowi instytucje

badawcze, z IPN włącznie, zamiast bezstronnie w rzetelny sposób, zgodnie z zasadami apolityczności, edukować nasz naród, przekazując prawdziwy obraz rzeczywistości historycznej, jak ich poprzednicy, niszczą wszelkie świadectwa minionej epoki.

Obawiam się, że to co dla mojego pokolenia przedstawiało i przedstawia pozytywną wartość historyczną, na naszych oczach, w dużej mierze zastąpywane zostaje nową symboliką, symboliką epoki „kaczyzmu” z jego ideologią włącznie.

Tak – doświadczenie niczego nas nie nauczyło, a wprost przeciwnie. Co niektórzy       (będący dzisiaj na fali) tzw. historycy nowej generacji, z pomocą wielu pseudodziennikarzy i polityków, popychają naród z jednej skrajności w drugą. Potwierdzają się słowa znanego niemieckiego filozofa Fryderyka Hegla , że

„Z historii narodów możemy się nauczyć, że narody niczego nie nauczyły się z historii , i dotyczą … również nas.

Wracając do meritum mojego artykułu to – gen. Stefan Rowecki ps. „Grot” – jak na razie, jeszcze ma swoje miejsce w naszej pamięci, jeszcze nie został poddany ponownej weryfikacji i dlatego by zachować pamięć o Nim, pragnę przybliżyć jego sylwetkę , zwłaszcza że zbliża się kolejna rocznic jego tragicznej, męczeńskiej śmierci

Pod obeliskiem

Wraz z przyjaciółmi składamy kwiaty w imieniu Polaków przy obelisku gen. Stefana „ Grot” Roweckiego znajdującym się przy wejściu do obozu, w rocznicę (prawdopodobnego) dnia jego śmierci – 3 sierpnia.

Generał Stefan „Grot” Rowecki

Dla wielu historyków był on postacią tak barwną i ważną w historii naszego kraju, że co jakiś czas podejmują wezwanie napisania kolejnej jego biografii. I tak też powinno być. Należy on bowiem do tych osób, o których naród nasz nigdy nie powinien zapomnieć. Ten Wielki Polski Patriota całe swoje życie poświęcił walce o suwerenność, wolność i niepodległość naszej Najjaśniejszej.

Urodził się 25 grudnia 1895 roku w Piotrkowie Trybunalskim. Jako jedenastoletni chłopiec rozpoczął edukację gimnazjalną. Już 1911 roku dał się poznać jako dobry organizator i prawdziwy patriota, współtworząc pierwszą w tym mieście, tajną organizację skautów. W lipcu 1914, a więc w miesiącu rozpoczęcia pierwszej wojny światowej, rozpoczął kurs oficerski w Nowym Sączu, a po jego ukończeniu, pod koniec tegoż roku wstąpił do Legionów Polskich dowodzonych przez Piłsudskiego. Do sierpnia 1917 walczył w Pierwszej Brygadzie Legionów.

Internowany w obozie dla oficerów Legionów w Beniaminowie za odmowę złożenia przysięgi na wierność Cesarza Wilhelma II, doczekał  tam zakończenia wojny. W listopadzie 1918, po  utworzoniu niepodległego państwa polskiego, uczestniczył w rozbrajaniu okupantów niemieckich. Walczył w wojnie z bolszewikami, był szefem Oddziału II Frontu Południowo-Wschodniego i Grupy Uderzeniowej gen. Edwarda Rydza-Śmigłego.

Od 1918 roku porucznik Rowecki odbył wiele kursów oficerskich oraz pełnił ważne funkcje w strukturach wojskowych. Druga wojna światowa zastała go w Warszawie, gdzie pełnił służbę jako dowódca Warszawskiej Brygady Pancerno-Motorowej. W Kampanii Wrześniowej, podporządkowany Armii Lublin, dowodził brygadą w obronie środkowej Wisły oraz w walkach pod Tomaszowem Lubelskim.

Po kapitulacji powrócił do Warszawy, gdzie rozpoczął działalność konspiracyjną jako zastępca Komendanta S.Z.P. W maju 1940 awansowany do stopnia generała dywizji. W tym samym roku został komendantem Okręgu Warszawskiego Z.W.Z  a następnie całego obszaru okupowanej Polski. Jako szczególnie groźny wróg III Rzeszy był intensywnie poszukiwany przez wywiad, SS oraz Gestapo. Na liście poszukiwanych był numerem jeden. Wykryty przez polskich agentów wywiadu radzieckiego, a następnie przez nich zdradzony, został wydany Niemcom przez agentów Gestapo działających w strukturach AK. Aresztowano go i osadzono w Alei Szucha 30 czerwca 1943 roku.

W połowie lipca 1943 roku przewieziony został do Berlina, gdzie stanowczo odrzucił niemiecką propozycję podjęcia współpracy na rzecz współdziałania przeciwko wrogom Rzeszy, między innymi Rosjanom. Za odmowę uwięziony został w obozie  koncentracyjnym  w  Sachsenhausen – jako więzień szczególny.

Ostatnie miesiące swojego życia spędził w całkowitej izolacji, w podobozie obozu, wybudowanym dla tak zwanych „gości honorowych” , noszącym niechlubne miano „miejsca kaźni”. Na rozkaz Himmlera (prawdopodobnie  z zemsty za rozpoczęte w Warszawie Powstanie), został zamordowany w nocy pomiędzy 2 a 5 sierpnia 1944 roku.

Prochy jego rozsypane i wymieszane z tysiącami innych zamordowanych w tym obozie, stały się dla niego grobem – Polskim Grobem na Niemieckiej ziemi.

Moi Synowie z polskimi przyjaciółmi przy obelisku poświęconemu zamordowanym księżom katolickim w obozie Sachsenhausen, podczas składania kwiatów podczas Dnia Zmarłych. Obelisk znajduje się 20 metrów obok obelisku poświęconego Stefanowi „Grot” Roweckiemu

Uwaga: Spotykamy się dziś o 12.30 na stacji S-Bahn Oranienburg

Ze wsi jesteś…

Roman Brodowski

Poezją przez wieś
(wstęp do opowiadania „ Wsi mojej minionej ” – Berlin, wrzesień 2014)

„Nie masz się co martwić, nie masz się co smucić, ze wsi jesteś…” brzmią słowa starej ludowej przyśpiewki. Ta prawda dotyczy i mnie. Tyle tylko, że słowa te zawsze sobie powtarzam w nieco innej formie , a mianowicie: z życia wyszedłem, do życia powracam.
Tak – wieś od zawsze była i jest dla mojej romantycznej duszy synoniomem życia. To na wsi zobaczyć mogłem wyrastające z ziarna łany pszeniczne, złotodajne miodne kwiecie rzepaku, pachnące słodko buraczane pola i jesienne zbiory kartofli, podczas których prawda o wiejskim i braterskim życiu, niemalże w sielankowej symbiozie ,nabierała szczególnego znaczenia.

Z okresu dzieciństwa najlepiej pamiętam właśnie prace polowe, które (zwłaszcza w społeczności chłopskiej, posiadającej swoje hektary) miały charakter zbiorowy. Co to oznaczało? Może i dzisiaj (zwłaszcza młodzieży) trudno w to będzie uwierzyć, ale w tamtych, jakże nieodległych jeszcze czasach, w okresie żniw i zbiorów płodów rolnych, sąsiadujący ze sobą członkowie wiejskiej wspólnoty niby pszczoły w ulach (nie bacząc na animozje dnia codziennego) pomagali sobie bezinteresownie tak, by to co „ziemia żywicielka” dawała, nie zostało zmarnowane.

Jeszcze dzisiaj, kiedy odnajduję siebie pośród niedopisanych, często zapomnianych szpargałów mojej dawnej tożsamości, z rozrzewnieniem, nostalgią, wspominam tamte dawne, kartoflane wykopki na polu pana Pawła, kiedy to w towarzystwie mieszkańców naszej całej ulicy wybierałem dojrzałe bulwy z wilgotnej, pachnącej łękowinami ziemi, by jak najprędzej wypełnić nimi wiklinowy kosz. Wówczas, na tamtym polu nie było pani Fredowej, Jeleńskiej Dylowej, Chmielewskiej, Wiatrowskiej… były ciocie: Hela, Terenia, Stefcia, Ola, Lusia. Była też oczywiście moja mama, która (co prawda jako urodzona mieszczanka z wielkiego miasta, tak jak i mój ojciec, nie posiadała mentalnie wiejskiej ogłady), zawsze, kiedy tylko miała czas uczestniczyła wraz z nami , z moim rodzeństwem i mną w tych wyjątkowych dla naszej ulicy roboczo- sąsiedzkich spotkaniach.

Pamiętam radość kilkunastu dorosłych osób, które po kilku godzinach ciężkiej pracy na pustym już kartoflisku z satysfakcją opowiadały sobie o wszystkim, tak jakby siebie długo nie widziały, dowcipkując przy tym i popijając kwas chlebowy lub piwo. Pamiętam radość, jaką mieliśmy my, dzieci biegające boso wokół ogniska, w którym piekły się najpiękniejsze z ziemniaków…, co jakiś czas obdarowywane przez gospodarza cukierkami i czerwoną oranżadą.

Niestety, tamta wieś i tamci ludzie powoli umierają, a ogólnospołeczna więź jaka ich łączyła, zaniknęła, nie znalazło się godnych kontynuatorów tamtej tradycji.
Dzisiejsza wieś to przemysł, to biznes i, często, życie jednostki dla jednostki w odizolowanym świecie własnego obwarowanego zabezpieczeniami, ogródka.
Może właśnie dlatego z sentymentem wspominam to, czego nie mogę znaleźć w naszej obecnej, pozbawionej kolorytu wspólnoty, rzeczywistości .

pszenica2

Żniwa
(Żory, lipiec 1985)

Pociemniało nad rodzinną ziemią
Jak przed nagłym, burzowym koncertem
Podczas suszy długotrwałej, letniej
W czas chłopskiego święta żniwowania.

Po bezkresie nieba życie przybyło obfite
Wymodlone wiarą serc wieśniaczych
Podczas mszy w dziękczynnej kaplicy
Stojącej od wieków na rozstaju dróg

A nad chabrów błękitu przestrzenią
Wymieszaną polnych maków kwieciem
Słowik śpiewa pieśń altowym głosem
I jaskółka swój zniżyła lot

Jutro słońce Bożym chłopu darem
Błogosławiąc pracę potnych rąk
Wstrzyma chmur pierzastych łzy
Na czas trudu, na czas chłopskich żniw.

Pójdzie chłop z ojcowskim kultem
Sierpem w ciemnej, wymęczone dłoni
W pole dojrzałego ziarnozłota
By rozpocząć żniw bogatych plon.

Będzie pokarm, będzie chleba sytość
Dla narodu w zgłodniałej ojczyźnie
Polskiej wsi i polskiej ciężkiej pracy
W imię troski o nasz polski ród

Zapachem chleba
(Berlin – 24.06.2016)

Już dawno odeszły
Do lamusa
Chłopskie chaty
Kryte strzechą

Już dawno odeszły
W zapomnienie
Wiejskie konie
Ciągnące pług

Już dawno odeszły
W przeszłość
Zapachy polskiej wsi
W chłopskich zagrodach

Już dawno odeszły
W ciszy niebyt
Odgłosy świń i krów
Pasących się w przydrożu

Już dawno odeszły
Do królestwa rymów
Obrazy polskich pól
Przecinanych konarami wierzb.

Tylko chleb pozostał ten sam
Pszennożytni smak, spowity
Zapachem chłopskich rąk
W szarej codzienności przemijania.

pszenica1

Foto: EMS

Słowo o patriotyzmie

Roman Brodowski

Festiwal Poloneza

Historia Polski, historia polskiego narodu, zwłaszcza ta na przestrzeni ostatnich dwustu pięćdziesięciu lat pokazuje, jak szybko niezgoda społeczna może osłabić znaczenie państwa i to zarówno pod wzgędem militarnym jak i politycznym.

Pomijając okres przedrozbiorowy, czasy Konfederacji Barskiej i I rozbioru pozbawionej już wcześniej suwerenności na rzecz caratu Polski, dokonanego na mocy układu Rosyjsko-Pruskiego zawartego w lutym 1772 roku, przypomnę nieco późniejsze fakty z naszej historii, czyli czas Sejmu Czteroletniego, uchwalenia Konstytucji 3 Maja oraz II rozbioru, będącego następstwem podziałów w narodzie, jakie nastąpiły w wyniku jej uchwalenia.

Odebranie wielu dotychczasowych przywilejów zarówno magnaterii jak i szlachcie (między innym zakaz udziału szlachty w sejmikach, czy też zmiejszenie wpływów magnatów na wybór króla), zniesienie Liberum Veto oraz zapewnienie równości wszystkim wyznaniom religijnym, istniejącym na terenie królestwa, nie były jedyną „kością niezgody”, ale to właśnie te założenia ustawy doprowadziły do zawiązania się wśród jej przeciwników konfederacji zwanej (od nazwy miasteczka, gdzie się zawiązała) Targowicą.

Targowiczanie (w skład których wchodziły wibitne postaci elity polskiego społeczeństwa jak na przykład: Stanisław Szczęsny Potocki, hetman wielki koronny Franciszek Ksawery Branicki, hetman polny koronny Seweryn Rzewuski oraz znakomita elita kościoła katolickiego) nie mając dostatecznej siły, by zapobiec procesowi wdrażania w życie uchwalonych przez Sejm nowych przepisów prawa, zwrócili się o pomoc do carycy Katarzyny, aby ta nie dopuściła do przeprowadzenia reform. W konsekwencji na Rzeczpospolitą ruszyła stutysięczna armia rosyjska. O wiele mniej liczne Wojsko Polskie pod dowództwem księcia Józefa Poniatowskiego, mimo spektakularnych zwycięstw pod Dubienką i Zieleńcami, nie było w stanie obronić państwa.

Epilogiem wojny polsko-rosyjskiej 1792 roku i rządów Targowicy był II rozbiór Polski, dokonany w styczniu 1793 roku przez Rosję i Prusy. W 1795 roku nastąpił kolejny rozbiór, po którym Polska przestała istnieć na geopolitycznej mapie świata. Kolejne 125 lat naród polski walczył różnymi sposobami o zachowanie swojej tożsamości religijnej i społecznej, o zachowanie języka oraz tradycji.

Pominę tu zrywy patriotyczne Polaków w postaci powstań ogólnonarodowych i lokalnych, tym niech zajmują się historycy – broń Boże pseudo, jakich dzisiaj mamy pod dostatkiem, a skupię uwagę na roli ludzi kultury. To właśnie oni wierszem, prozą, muzyką, pobudzali polski naród do trwania, bezustannie przypominając o jego przeszłości, zaszczepiali nadzieję, nawoływali do walki. Mickiewicz, Słowacki, Norwid, Chopin, Moniuszko, to tyko niektórzy z tych, którym jesteśmy wdzięczni za ich narodowe dzieła.

Wśród nich był ktoś, kogo nie sposób pominąć, ktoś o kim wie prawie że każdy maturzysta, każdy meloman i … każdy Polak. Mowa tu o twórcy Poloneza „Pożegnanie z Ojczyzną”, zwanego potocznie Polonezem Ogińskiego.

Książę Michał Kleofas Ogiński urodził się w 1765 roku był nie tylko kompozytorem, tworzącym polonezy, walce, mazurki czy też marsze (Marsz polskich Legionów w Lombardii), ale był też senatorem w rządzie Aleksandra I, walczącym o sprawy Polaków, żyjących w rosyjskim zaborze.

Dlaczego wspominam właśnie jego i właśnie dzisiaj?

Odpowiedź jest związana z corocznym „Festiwalem Poloneza”, jaki od 23 lat odbywa się w małym prowincjonalnym miasteczku na naszych byłych Kresach a dzisiaj na terenie Białorusi, w Słonimiu nieopodal Kosowa – miejsca urodzin Tadeusza Kościuszki. To właśnie w tym miasteczku przed laty polska patriotka, nauczycielka, więźniarka z Sybiru, pani Leonarda Rewkowska, dla przypomnienia postaci Kleofasa księcia Ogińskiego, zorganizowała po raz pierwszy „Festiwal Poloneza”. Pani Leonarda była pierwszą przewodniczącą oddziału słonimskiego Stowarzyszenia Polaków na Białorusi oraz założycielką Domu Polskiego w Słonimiu. Jako współtwórczyni zespołu folklorystycznego, mimo podeszłego już wieku, do dzisiaj wraz z nim śpiewa nasze polskie narodowe pieśni.

Wracając do festiwalu – na przestrzeni lat z małej lokalnej imprezy przeszkształcił się w wielkie międzynarodowe wydarzenie, odbywające się zawsze w ostatnią sobotę maja. Rozpoczyna się wczesnym porankiem od przemarszu barwnych zespołów folklorystycznych po nadbrzeżnym bulwarze przepływającego przez miasto kanału – Kanału Ogińskiego (nota bene budowniczy kanału, Michał Kazimierz Ogiński, był kuzynem ojca kompozytora).

Następnie na ustawionej na secesyjnym ryneczku scenie odbywa się Konkurs różnych form przedstawiania utworu Ogińskiego (ale nie tylko jego), począwszy od tańca, poprzez interpretacje muzyczne, a na żywym słowie skończywszy. Przegląd trwa zazwyczaj do wczesnych godzin popołudniowych. Po czym zarówno Jury festiwalu jak i jego uczestnicy udają się na wspólny obiad. Po południu wyłonieni zostają laureaci konkursu. Później, po ogłoszeniu wyników i wręczenie nagród (dokonuje tego zazwyczaj przedstawiciel ministerstwa kultury Białorusi), odbywa się występ laureatów. Wieczorem zaś zaczyna się festyn i trwa do północy.

Dzięki moim białoruskim przyjaciołom i ja kolejny już raz będę uczestniczył w tej patriotycznej imprezie, zorganizowanej przede wszystkim dla naszych kresowych rodaków, którzy do dzisiaj walczą o swoją polską tożsamość narodową, przekazując młodszym pokoleniom Kresowian tradycję, kulturę i historię swoich przodków.

Jeszcze raz wiosna

Roman nadesłał kilka wierszy wiosennych, ja dodaję  zdjęcia z wiosennego pobytu w Güstrow. Pewnie to już ostatni blogowy wpis o wiośnie w tym roku, bo ile można…

aniol3 klein

Wiszący anioł (Schwebender Engel) – dzieło Ernsta Barlacha w nawie bocznej katedry w Güstrow. Anioł ma rysy twarzy słynnej artystki niemieckiej, Käthe Kollwitz. Rzeźba została wykonana w roku 1927 na zamówienie ówczesnego kaznodziei katedralnego, Johannesa Schwartzkopffa, jako pomnik pamięci o poległych w I wojnie światowej. Zawieszono ją uroczyście podczas obchodów siedemsetlecia katedry i dokładnie w dziesięć lat później, za czasów reżimu nazistowskiego, rzeźba, zaklasyfikowana jako dzieło sztuki zdegenerowanej, została usunięta z katedry i oddana na szmelc. Zachowały się jednak trzy odlewy oryginału, które dziś można oglądać w katedrze w Güstrow, w kościele Antonitów w Kolonii i w muzeum w Schloss Gottorf w Szlezwiku. 

Roman Brodowski

Syberyjska wiosna

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy zima odpływa obłokiem
Wystarczy rękę wyciągnąć
By złapać wiosnę w dłonie.

Lubię patrzeć przed siebie,
Gdy tajga do życia się budzi
Wystarczy podejść do sosny
By ujrzeć zmartwychwstanie.

Lubię patrzeć przed siebie
Gdy wokół wrzawa wiosenna
Wystarczy posłuchać wiatru
By słyszeć ptasie śpiewanie.

Lubię patrzeć przed siebie
W marzeniach tulić nadzieję
Wystarczy wspomnieć o domu
By poczuć zapach polskiego bzu.

Lubię patrzeć przed siebie
Bo za mną jest tylko rozpacz
Wystarczy głowę odwrócić…,
No właśnie – A ja chcę żyć.

Berlin 21.04. 2012

katedra front klein wiosna przed katedra klein

Katedra w Güstrow, typowa przedstawicielka północnoniemieckiego gotyku ceglanego, zbudowana w I połowie XIII wieku.

Ewangeliczna wiosna

Kolejny już raz nadeszła
Pora stwórczego przebudzenia
Śnieżnobiałe szaty snu
Podobne matczynej trosce
Pokryły kolory życia

A ostatnie świadectwa zimy
Niby flisacze rzemiosło
Powoli spływają nurtem
Leniwej o tej porze rzeki
Ku morskiej przystani.

Oceanem bezkresnego nieba
Do opustoszałych gniazd
Coraz śmielej powracają
Zwiastuny nowego urodzaju
Wędrowne polskie bociany.

Nawet przydrożne wierzby
Odziawszy nagość gałązek
Srebrnoszarym puchem
Witają nadchodzące płody
Noworodnej ziemi.

Tylko mój czas spełnienia
Wciąż jeszcze na uwięzi
Czeka wiosennego roztopu.
W bijącej arytmii serca
Śpi nadzieja lepszego świata.

Zmartwychwstanie.

renesansowe figury-klein

strusiepisanki kleinwnetrzekatedry klein

W katedrze. Renesansowy nagrobek ścienny, ręcznie malowane pisanki ze strusich i gęsich jajek oraz słoneczny krzak forsycji rozświetlający mroczne wnętrze.
Kobiety tu pochowane to pierwsza żona księcia Ulryka III Meklemburskiego, księżna Elżbeta Duńska (zmarła w roku 1576) i jego druga żona, Anna von Pommern-Wolgast (1554–1626), siostra księcia szczecińskiego Bogusława XIII i ciotka nadzwyczaj kochanego w Szczecinie Bogusława XIV.

Kaziuki

Roman Brodowski

Dzień świętego Kazimierza resztki zimy uśmierza

Dzisiaj mamy czwartego marca. Mój Boże, jak ten czas szybko biegnie. Tak niedawno brałem udział w zorganizowanym po raz kolejny przez Związek Polaków na Białorusi, Grodnieńskim Święcie Kaziuków…

Właściwie tradycja Kaziuków, ludowego festynu jarmarcznego, pochodzi z Litwy. Jarmark ten organizowany jest już od ponad trzystu pięćdziesięciu lat, zarówno w Wilnie jak i okolicach.

Po raz pierwszy, połączony z pochodem przebierańców, kuglarzy, kupców i mieszkańców, odbył się ponoć w 1638 roku.

Na początku swojego istnienia przypominał on nieco dzisiejszy targ, połączony z odpustem. Można na nim było kupić wyroby rękodzielnicze, żywność wszelkiego rodzaju napitki, no i oczywiście dewocjonalia pod wieloraką postacią. Ten jedyny w swoim rodzaju, trwający dwa dni festyn, był nie tylko czasem zabawy, ale także świętem kultu religijnego św. Kazimierza. Był okresem wspominek o nim, czasem modlitwy. Był też zaczerpniętym z tradycji przedchrześcijańskiej, świętem witania nadchodzącego przedwiośnia.

Kwoli przybliżenia (w kilku słowach) postaci tego świętego nadmienię, że Kazimierz był synem „Pana na Wawelu”, Kazimierza Jagiellończyka i Elżbiety Habsburżanki, oraz wnukiem pogromcy Krzyżaków, Władysława Jagiełły. Urodził się w 1458 roku w Krakowie. W wieku dziesięciu lat został uczniem Jana Długosza. Pomimo tego że od najmłodszych lat przy boku ojca uczestniczył w wyprawach wojennych, spotkaniach dyplomatycznych, czy też sejmach, nigdy nie zainteresował się polityką, a wprost przeciwnie. Odznaczał się miłosierdziem względem ubogich i niebywałą, jak na pretendenta do tronu, religijnością. Wiosną 1483 roku król ojciec wysłał go na Litwę, gdzie na początku piastował funkcję podkanclerza, a następnie sprawował faktyczną władzę królewską. Odznaczał się wyjątkową inteligencją. Biegle władał polskim, litewskim, niemieckim oraz łaciną. Znany był z tego, że głosił i wprowadzał na Litwie Kult Najświętszej Marii Panny i Wielkiego Jej Miłosierdzia. Przypisywano mu chrześcijańską zasadę, „lepiej umrzeć niż zgrzeszyć”.

W 1484 roku niespodziewanie zmarł na gruźlicę w odległym od Wilna o sto pięćdziesiąt kilometrów, Grodnie. Miał 26 lat.

Spoczął w podziemiach Katedry Wileńskiej i jest to do dziś miejsce kultu młodego Jagiellończyka.

Za swoją pobożność oraz wkład w krzewieniu kultury chrześcijańskiej, wyniesiony został na ołtarze w 1602 roku. Obrano go patronem Litwy i Polski, czyli Rzeczypospolitej Obojga Narodów, powstałej na mocy Unii Lubelskiej w 1569 roku.

W 1950 roku Pius XII ogłosił go też patronem młodzieży litewskiej. Kanonizacja zmarłego królewicza miała także aspekt polityczny. Chrześcijańska (wówczas już od ponad stu lat) Litwa nie posiadała bowiem żadnego rodzimego patrona, a dla religijnego prestiżu był on nader potrzebny. Kazimierz został pierwszym świętym tej ziemi.

św. Kazimierz w Katedrze Wileńskiej
(ok. r. 1520)

Dniem wspominania świętego Kościół ustalił dzień 4 marca – dziś dzień imienin Kazimierza.

Wracam do moich „kaziukowych” wspomnień. Chętnie sięgam pamięcią do tych wileńskich z 2009 roku.

Do Wilna zaproszony zostałem przez grono moich przyjaciół, z okazji imienin jednego z nich – Kazimierza. Zapowiedzieli mi, że weźmiemy udział w „kaziukowym jarmarku”. Ja jako „polski poeta z Berlina”.

Z Berlina wyjechałem rejsowym autokarem lini Berlin – Tallin – Wilno, wieczorem trzeciego marca.

Trudów podróży zbytnio nie odczuwałem, ledwo wszedłem do autokaru, już, prawie że natychmiast, zasnąłem. Ktoś obudził mnie dopiero na dworcu autobusowym w Kaunas czyli Kownie, gdzie zgodnie z planem musieliśmy przesiąść się z wygodnego pojazdu do mniej wygodnego, lokalnego mini-busa. Czekały na nas cztery pojazdy, które odwoziły pasażerów do Rygi i Tallina lub Wilna i Mińska.

Do Wilna dojechałem wczesnym popołudniem. Moi znajomi czekali na dworcu i od razu zawieźli poza miasto, do motelu. Dali mi kilka godzin, bym mógł odpocząć i doprowadzić się do porządku po trudach podróży. Umówiliśmy się na spotkanie przed motelem o godzinie 18.

Ledwo zdążyłem się wykąpać i założyć na siebie wizytowe ubranie, gdy ktoś zapukał do drzwi. Spojrzałem na zegarek. Minęła 17. Otworzyłem. Przed drzwiami stało kilka nieznajomych mi osób, z kwiatami i szampanem. Byłem zaskoczony. Wtedy zza pleców jednej z pań wyłonił się Czesław, brat mojego przyjaciela – Kazimierza, wilniuka, mieszkającego od wielu lat w Grodnie. Unosząc napełniony jakimś trunkiem kryształowy puchar w kształcie baraniego rogu, zaintonował „sto lat, sto lat, niech…” Kazik powiadomił go widocznie, że dziś są moje 50 urodziny. Złożył mi życzenia i wręczył kielich, bym jako pierwszy umoczył w nim usta. To był krymski szampan.

Wypiłem nieco, po czym przekazałem napój dalej. Gdy ostatni z gości dopił resztę szlachetnego płynu, udaliśmy się do znajdującej się w piwniczce motelu restauracji.

Jakież było moje zdziwienie, gdy przy suto zastawionym stole ujrzałem Kazimierza, Leszka, który specjalnie na ten wieczór przyjechał z Białegostoku, Ludmiłę z Grodna, Marię, polską nauczycielkę z Wilna oraz Anię, lepszą połowę Czesława. Byli wszyscy, których chciałem zobaczyć. Moi przyjaciele połączyli jutrzejszą imprezę imieninową Kazimierza i moje „półwiecze”. Przyjęcie trwało do północy w miłej, zakrapianej dobrymi trunkami i „zakąszanej” kawiorem i litewskimi „specjałami” atmosferze.

To była naprawdę prawdziwa niespodzianka i mój najpiękniejszy dzień urodzin.

Następnego dnia około dziesiątej pod motel podjechał Czesław. Założyłem palto, przerzuciłem przez ramię torbę z kilkoma egzemplarzami moich zebranych w skromny tomik wierszy, oraz rękopisami, i zaczęliśmy kolejną imprezę. Żona Czesława przygotowała śniadanie. Już od drzwi poczułem swojskie zapachy. Ugoszczono mnie bigosem, białą kiełbasą, jajkami w majonezie, przystrojonymi czerwonym kawiorem, typowo po polsku, ale wszak i rodzina typowo polska. Gospodarze i ich małe dzieci świetnie mówili po polsku, bo już i rodzice Czesława trzymali się reguły, że w domu domownicy rozmawiają tylko w języku przodków. Poza domem oczywiście mówią po litewsku, sporadycznie po rosyjsku, ale w domu – nigdy!

Po śniadaniu wyruszyliśmy do miasta, a tam nieopodal Wilni, rzeczki wpływającej do Nerisa, czekał na nas jarmark – porozstawiane stragany, wozy, prowizoryczne sceny i… prawdziwe mrowisko ludzi. Przy jednym ze stoisk, takim z wileńskimi „specjałami”, czekali na nas Kazimierz i pani Mirka, działaczka mniejszości polskiej na Litwie. Wypiliśmy grzane piwo z miodem i skosztowaliśmy wielkiego „cepelina ze spyrką”, który przypomina w smaku naszą polską pyzę z mięsem, tylko jest o wiele większy i w kształcie podobny do piłki, w jaką grają rugbiści.

Przeciskaliśmy się między ludźmi i co kilkadziesiąt metrów zatrzymywaliśmy obok jakiejś kapeli folklorystycznej, a było ich bardzo wiele. Stoiska kusiły „cepeliadą” – można było kupić wszystko, od wyszywanych serwetek, poprzez tradycyjne pamiątki z drewna, po twory sztuki garncarskiej, kowalskiej, piekarniczej. Były rzeczy antykwaryczne i wielkanocne palmy kunsztownie splecione z kwiatów, ziół, jesiennych liści i gałązek.

kaziuki2

Widok bawiących się całymi rodzinami wilniuków, rozradowanych dzieci, staruszków trzymających się za ręce, korzystających z pierwszych przedwiosennych promieni słońca, i młodzież ciekawej tradycji ojców, naprawdę cieszył nie tylko oczy, ale i duszę.

kaziuki 3

W końcu dotarliśmy prawie że na skraj tego jarmarcznego buszu, w okolice jakiegoś parku. Pod drzewami ustawiona była mała scena, na której właśnie kończył się występ młodzieżowej grupy tanecznej. Pani Mirka podeszła do jakiegoś pana, wyjęła z torby jakieś pismo i pokazała mu, wskazując jednocześnie ręką w naszą stronę. Po chwili pan ów wszedł na scenę i zapowiedział kolejną atrakcję. Tego, co powiedział, niestety nie zrozumiałem, zapowiadał bowiem w języku litewskim. Zrozumiałem natomiast, po geście jaki w moim kierunku wykonał i jego ostatnich słowach – Romanis Brodouskaus – że chodziło o mnie.
Tak – po litewsku nazwisko moje brzmi „Brodouskaus”.
To że w programie mojego pobytu w Wilnie przewidziano spotkanie literackie ze mną, wiedziałem, ale nie wiedziałem, że ma się odbyć w takiej scenografii.

Nieco zaskoczony wszedłem na scenę, usiadłem na krześle i, z mikrofonem w ręku, zacząłem recytować jeden z przygotowanych na tę okazję wierszy. Przed sceną stało kilka osób, nie licząc moich przyjaciół. Dopiero po kolejnym utworze wokół sceny zrobiło się ciasno – przybywało coraz więcej Polaków z Wilna. Czytałem i recytowałem przez dobre pół godziny, a gdy skończyłem, rozległy się głośne brawa. „Wileńscy Polonusi” dziękowali mi za wystąpienie. Na bis przeczytałem jeszcze dwie rymowanki dla dzieci, rozdałem kilkanaście książek z autografem i wreszcie pożegnałem się z audytorium.

Katedra w Wilnie_

Późnym popołudniem udaliśmy się do Katedry na uroczystą mszę w intencji św. Kazimierza, a wieczorem, po kolacji, mój zgoła nie święty Kazimierz pokazał mi swoje piękne miasto przy blasku migoczących na nieboskłonie gwiazd.

Wilno - Ostra Brama
Ostra Brama z obrazem Matki Boskiej, Katedra ze swoją charakterystyczną, podobną wieży w Pizie, dzwonnicą, Baszta Giedymina, pozostałość po świetlanych czasach królewskiego miasta, a wreszcie cmentarz „Na Rossie”, gdzie znajduje się grób matki Józefa Piłsudskiego oraz jego serce. Przeszliśmy wąskimi uliczkami starego miasta do domu, w którym podczas studiów, mieszkał Adam Mickiewicz.

wilno 2009
Tam postanowiłem podziękować Kazimierzowi za gościnę i na miejscu napisałem dla niego wiersz, wiersz o „Kaziukach”. Co prawda trwało to „wieczność”, bo i latarniane oświetlenie, i nocna już pora niezbyt mi w tym przedsięwzięciu pomogły. Jeżeli do tego dodam, że ręce mi kostniały, bo pisałem na prowizorycznym stole – lodowatej masce jakiegoś samochodu, to można powiedzieć, że wiersz dla mojego przyjaciela powstawał w iście „spartańskich warunkach”.

Następnego dnia po śniadaniu, w asyście przyjaciół, obładowany podarkami, z wielkanocną, „kaziukową” palemką w garści udałem się na dworzec autobusowy.

– Jaka szkoda, że muszę wracać na ten męczący Zachód. Tak dobrze się tutaj czuję – powiedziałem, wchodząc do autokaru.
– To wracaj do nas. Będziemy na ciebie czekali, Romku – powiedział Czesław.
– „Za rok, może dwa – zanuciła a capella pani Maria, całując mnie na pożegnanie w policzek.

Autokar ruszył, przyjaciele machali, oddalając się powoli, a ja wciąż miałem przed oczyma wydarzenia z ostatnich dwóch dni…

Dzisiaj mamy dzień czwartego marca. Mój Boże, jak ten czas szybko biegnie, a ja muszę leżeć w tym nudnym… szpitalu

Berlin, 04.03.2015

Kaziuki

Na Kaziuki do Wilna
Pan Kazimierz zaprosił
Toż odmówić to grzech
W takiej sprawie
I zobaczyć też warto
Słynny Jarmark Marcowy
Bo go nie masz i w Gdańsku
I w Mławie

Tysiąc kramów, kramików
A być może i więcej
Rozstawiono na rynku i wokół
Można kupić i sprzedać
Byle wykpić się nie dać
Tyle dobra przed nami
I z boków

Ludu nawet nie zliczysz!
Z Litwy z Łotwy z Estonii
Z Białorusi i z naszej ojczyzny
Przyjechali w przedwiośnie
Kresowiacy radośnie
By tradycję podtrzymać
Polszczyzny

Wszędzie palmy, palemki
W różnych tęczy kolorach
Każda inna i kwieciem bogata
Że aż łezka się kręci
I do kupna są chęci
Dla najbliższych dla siebie
Dla brata

Ta tradycja jest piękna
„Kaziukowe spotkania”
Święto Wilna i jego okolic
Przypomnienie przeszłości
Dla potomnych, przyszłości
Co go nie ma w żadnej
Ze stolic…

Wilno, 04.03.2009

Przy Kresowym Stole

Roman Brodowski
napisał do mnie list

Droga Pani Ewo,

pytasz mnie (nie Ty pierwsza), dlaczego tak wiele miejsca w mojej twórczości poświęcam naszym byłym polskim „ Kresom ”, zwłaszcza tym leżącym dzisiaj za naszą wschodnią rubieżą? Dlaczego właśnie te ziemie, pozostałe po zmianie granic naszego kraju w 1945 roku poza Polską, czyli na Białorusi, Litwie i Ukrainie, stanowią tak ważne miejsce w moim życiu?
Jak wiesz, urodziłem się nieopodal Gdańska i tam spędziłem moje spokojne dzieciństwo. O pochodzeniu moich przodków, o moich korzeniach, zwłaszcza tych po mieczu, wiedziałem bardzo mało. Ojciec mój, o sobie i swojej rodzinie rzadko kiedy nam opowiadał. Nawet na zadawane pytania odpowiadał lakonicznie. Widać było, że piętno wojny dawało o sobie znać, był zamknięty i małomówny. Z dokumentów i z tego, co udało nam się od niego usłyszeć, wiedziałem, że urodził się na Zamojszczyźnie, że w 1942 roku, jako młody , niespełna szesnastoletni chłopak, wysłany został na roboty przymusowe do Rzeszy i że w 1944 roku po ucieczce z kopalni soli w Salzburgu wraz z kilkoma innymi więźniami dotarł do armii partyzanckiej generała de Gaulle’a, stacjonującej w Alpach, w której dotrwał zakończenia wojny. Jako repatriant z Francji do kraju powrócił w 1946 roku. W Gdańsku, a właściwie w Gdyni poznał moją mamę, i tam, kierowany wielkim do niej uczuciem, postanowił założyć nasze rodzinne gniazdo.
Szczerze mówiąc, w tamtym odległym już dla mnie okresie dzieciństwa, późnego dzieciństwa i wczesnej młodości, nie przejawiałem potrzeby poznania odpowiedzi na pierwszą część filozoficznego pytania, a mianowicie – Skąd pochodzę?, interesowała mnie bardziej jego druga część, czyli – Dokąd zmierzam?
Dopiero rok 1975 zaważył na tym, że to, skąd pochodzę?, skąd pochodzą moi przodkowie, nabrało dla mnie szczególnego znaczenia. Wtedy zaczęła się
moja własna historia związana z Kresami, wielka życiowa pasja odkrywania księgi pokoleń mojego skromnego zaściankowego rodu.
Pewnego letniego popołudnia poznałem moją ciocię Lidzię. To od niej dowiedziałem się o moich korzeniach, o pochodzeniu i losie moich antenatów i dzieciństwie mojego Ojca.
Z ciocią Lidzią, mieszkającą od 1963 roku w Uradzie, koło Brzegu Dolnego, która jako repatriantka z Syberii, otrzymała tam mały domek z ogródkiem, spotkałem się kilka razy. Za każdym razem wyjeżdżałem od niej wzbogacony o kolejną opowieść, dotyczącą jej syberyjskiego losu, nigdy niezapomnianych przez nią Kresów oraz przedwojennego tam życia.
To właśnie dzięki jej wspomnieniom i na ich podstawie powstały moje pierwsze utwory poświęcone tamtym, kresowym i syberyjskim klimatom.

Spotkania te zrodziły we mnie potrzebę dokładnego poznania mojego rodowodu. Poszukiwania rozpoczęłem od miejsca urodzin mojego ojca, jego ojca, i tak dalej, czyli po nitce do… Z relacji moich krewnych żyjących w Zamościu i Krasnymstawie oraz wpisów w księgach parafialnych kościołów w Lublinie i Radomiu wynikało, że moi pradziadowie przyjechali na te tereny na początku XX wieku z ziemi łuckiej, okolic Włodzimierza Wołyńskiego, czyli z Wołynia.

Niestety, po raz pierwszy (pomimo wcześniejszych starań) ziemię wołyńską odwiedziłem dopiero w 1983 roku. Tak się złożyło, że pracowałem wówczas w kopalni „ZMP”, w Żorach, a było to miasto partnerskie Łucka! Kopalnia i miasto w ramach wymiany kulturalnej zorganizowały wycieczkę do Łucka. Tak udało mi się pojechać do stolicy Wołynia. Oczywiście organizatorzy zaplanowali nam pobyt, ale mieliśmy też czas wolny i poświęciłem go na poszukiwanie śladów mojej rodziny.
Nie było to łatwe i wydawało się, że nikt nie jest w stanie mi pomóc. Informacje posiadał specjalny urząd, do którego trzeba było wystosować odpowiednie pismo, a po ziemi łuckiej poruszać się można było tylko za zgodą tak zwanego „Propuska” od milicji.
Mimo to pobyt na Wołyniu wywarł na mnie niezwykłe wrażenie. Poczułem coś, co mnie jak magnes ciągnęło w tamte strony. I do dzisiaj mnie ciągnie.

Od tamtej pory minęły lata. Zdążyłem wyjechać do Niemiec, założyć rodzinę, nieco się postarzeć. Ot takie zwyczajne koleje losu. Jednakże o Kresach nie zapomniałem. Kiedy w 2004 roku,po zmianie systemu na Wschodzie, po powstaniu państwa ukraińskiego , bez przeszkód mogłem przekroczyć granicę i swobodnie poruszać się po ziemi wołyńskiej, uczyniłem to natychmiast.
Spełniło się moje marzenie. Z bagażem informacji wyruszyłem w poszukiwaniu gniazda moich przodków. Z pomocą pewnego mnicha, mieszkającego w łuckiej parafii kościoła katolickiego odnalazłem siedzibę rodziny. Po tym co zobaczyłem, co zastałem, nigdy więcej nie odważyłem się tam pojechać. Opisałem to natomiast w jednym z wierszy.

W opuszczonej zagrodzie
Historia śpi spokojnie
Czekając przebudzenia,
Kolejnego aktu prawdy.

Dziko rosnąca jabłoń
Od zawsze wierna ziemi,
Na której kwitło życie,
Rodzi ocet w owocach.

Stary, powalony żuraw
Zagląda do pustej studni
Zginając zmurszały kark.
Trwa w pozie żebraczej.

Gliniany, pusty dzbanek
Leżący obok krzyża,
Okryty wilgotnym mchem
Przypomina o przemijaniu.

I mur z ciemnego kamienia
Podobny do ściany płaczu
Proszący o proste psalmy
W intencji odeszłych.

I ukryte w starym dębie
Wieczne dusze przeszłości
Wołające o głos sumienia,
Dusze, których nikt nie słucha.

Tyle po Nich pozostało,
Ile pozostało ich we mnie

***
Kresy.

To ciekawe, że Kresy i Ukraina to właściwie to samo, bo nazwa Ukraina pochodzi od rosyjskiego słowa „Okrajna” – skraj, pobocze czy też rubież państwa. Po raz pierwszy tereny wschodniej Rusi, a więc po części dzisiejszej Ukrainy nazwane zostały tak przez Cara Iwana Groźnego.

Ten sam świat, tyle że ich „Okrajna” leżała na Zachodzie imperium carskiego, nasze „Kresy” na Wschodzie Polski.

***

Od wielu lat utrzymuję ścisły kontakt z kresowianami mieszkającymi na Grodzieńszczyźnie, na Białorusi.

Tak… nie potrafię ani tobie, ani sobie odpowiedzieć na pytanie – co sprawiło, że tamte, kresowe tereny, ludzie, ich kultura, ich mentalność, wywierają na mnie tak wielki wpływ? Może geny? Jedno jest pewne. Zawsze, kiedy tylko przebywam na Kresach, czuję się, jakbym był w domu, w moim rodzinnym ciepłym gnieździe.

Serdecznie pozdrawiam

zaproszenieKresy

Ze wspomnień Zofii Grabińskiej 3

Poprzednie odcinki opowieści Romana o przeprowadzce małej Zosi na Wołyń ukazały się w listopadzie i w grudniu ubiegłego roku. Dziś kolejny fragment, a zarazem ostatni. Resztę poznamy dopiero, gdy ukaże się książka. 

Roman Brodowski

Podróż wozami

Kiedy się obudziłam, słońce wisiało już wysoko nad otaczającym mnie światem, a dorośli krzątali się wokół, przygotowując tabor do wymarszu.

Obok mnie, na talerzyku leżała kromka razowego chleba, posmarowana moimi ulubionymi powidłami, obok w kubeczku – babciny sok.

Zeskoczyłam w pośpiechu z wozu, przywitałam się grzecznie ze wszystkimi, umyłam się w ciepłej wodzie czekającej na mnie w emaliowanej misce, i szybko spałaszowałam przygotowane śniadanie.

Ruszyliśmy w drogę, mijając wsie, majątki ziemskie i pojedyncze zagrody chłopskie. Czasami zatrzymywaliśmy się w takich miejscach, by uzupełnić wodę i paszę dla koni. Gospodarze ochoczo proponowali nam wytwory własnej produkcji – świeże masło, chleb wypieczony przed świtaniem, mleko, jajka. Rodzice chętnie korzystali z takich okazji, twierdząc, że gospodarskie to świeże, tanie, no i od serca.

Pierwsze trzy dni nie sprawiły ani nam ani koniom większego problemu. Codziennie skoro świt wyruszaliśmy z nocnego postoju, by powoli zbliżać się do obranego celu, wciąż dalej i dalej na wschód od Parzymiechów. Wieczorem zaś, po zachodzie słońca zatrzymywaliśmy się na odpoczynek, zazwyczaj w pobliżu gościnnych, wiejskich zabudowań.

Dopiero na wyżynnych terenach kieleczczyzny, poczuliśmy prawdziwe zmęczenie.

Kamieniste pełne przeszkód drogi, pnące się serpentyną w dół i w górę, oddalały nas od kresu naszej podróży. Często tacie i mamie przychodziło pomagać zwierzakom, popychali to jeden, to drugi wóz, co jakiś czas podkładając kamienie pod koła, by wóz się nie stoczył.

Największą przeszkodą z jaką przyszło nam się zmierzyć było pokonanie rzeczki, nawet niezbyt szerokiej, niedaleko Sandomierza. Podczas wiosennych roztopów kra uszkodziła wiekową konstrukcję starego, drewnianego mostu, który, pod jej naporem upadł do wody, a przez rzeczkę przerzucono prowizoryczną kładkę.

Oczywiście nasze wozy nie był w stanie przejechać na drugi brzeg, zwłaszcza że woda była tu na ponad metr głęboka. Na szczęście mieszkający w pobliżu ludzie wskazali nam miejsce możliwe dla łagodnego przeprawienia naszego taboru w bród, dzięki czemu udało nam się zaoszczędzić kilkanaście zbędnych kilometrów.

Dopiero za Tomaszowem Lubelskim mogliśmy nieco odetchnąć. Skończyły się pagórki a zaczęły równinne nieco piaszczyste tereny. Droga była mniej uciążliwa, mniej wyboista, koniom było o wiele lżej, no i mama była spokojniejsza o los naszej zastawy stołowej oraz innych szklanych przedmiotów znajdujących się na wozach.

Piątego dnia podróży, około południa, na horyzoncie pojawiły się kontury jakiegoś większego miasta. Strzeliste wieże kościołów i dymiące kominy fabryk prawie niczym nie różniły się od tych, jakie wcześniej mijaliśmy podczas naszej podróży. Prawie – bo obok kościoła drewnianego kościółka stała jakaś wielka budowla z okrągłą, pomalowaną na niebieski kolor kopułą, na której widniał krzyż. Nie był to jednak taki normalny jak w naszym katolickim kościele, krzyż, chociaż bardzo do niego podobny.

Przed rogatkami miasta tato zatrzymał tabór, podszedł do do wozu, na którym siedziałam z mamą, popatrzył na nas i powiedział, wskazując zabudowania:
– Dotarliśmy do celu. Tam jest nasze nowe miasto – Kilkaset metrów za tą cerkwią znajdują się budynki magistratu kolejowego, a w jednym z nich czeka na nas się nasze nowe gniazdko – zażartował.
– Cerkiew? – a co to jest cerkiew? – zapytałam.
– Cerkiew, kochanie, to taki prawosławny kościół, do którego chodzą ludzie, co tak jak my wierzą w Pana Jezusa, tylko inaczej się do niego modlą – wytłumaczył tato.
– To tu mieszkają też innowiercy – zaniepokoiła się mama.
– Oczywiście – potwierdził tata. – Przecież jesteśmy na kresach, tu mieszkają i Ukraińcy, i Polacy, i Żydzi, a można też spotkać Niemca i Rosjanina. To jest taka prawdziwa Arka Noego. Wszyscy tu żyją jak jedna wielka rodzina – dodał. – I od pokoleń tworzą wspólną historię. Razem z nami żyli w ciężkich dla nas chwilach pod jednym i tym samym zaborem. Więc nie masz się czego obawiać, kochanie – zakończył.
Przytulił nas do siebie, pocałował i wrócił do swojego wozu.

Konie wolno ruszyły w kierunku miasta. Im bardziej się do niego przybliżaliśmy, tym większe emocje mną targały. Ogarnęła mnie tęsknota za przyjaciółmi, za babcią , za Parzymiechami.

W końcu dotarliśmy do pierwszych zabudowań. Przed małym domkiem, z jeszcze mniejszym ogródkiem, siedział jakiś staruszek i palił fajkę.

– Przepraszam – zagadnął go nasz woźnica. – Jak mamy dojechać do ulicy Kolejowej?
Staruszek nie reagował.
– Jak dojechać do Kolejowej. – Tato powtórzył nieco głośniej pytanie przyjaciela. Dopiero teraz staruszek leniwie wstał z ławeczki i podszedł do naszych wozów.

– A wy z daljeka? – zapytał. – Z daleka, z daleka – odpowiedział woźnica i ponownie poprosił go o wskazanie drogi.
– Do Kolejowej to wam nada jechać prosto i … – wyjaśniał gestykulując rękoma. Nie to co, ale jak mówił, zwróciło moją uwagę. Mowa jego była przyjemnie melodyjna z dziwnie miękkim, nieznanym mi dotychczas akcentem, przy czym niektóre słowa słyszałam po raz pierwszy. Po chwili ruszyliśmy dalej.

– Miły był ten dziadunio, rozmowny i wesoły – stwierdziła mama.
– To prawda – potwierdził tato. – Po głosie poznać było, że Ukrainiec.

Po kilkunastu minutach jazdy wąskimi uliczkami dotarliśmy pod wskazany przez tatę adres. Dom jak dom, z czerwonej cegły, dwupiętrowy. Obok stały jeszcze cztery identyczne, a za nimi nieco większy, w którym – jak powiedział tato – mieściły się biura dyrekcji kolei, gdzie ma podjąć pracę.

Pod domem na małym trawniku bawią się dzieci, w oknach siedzą kobiety, obserwując nowych.

Tato poszedł do biura kolei po klucze, a ja wysiadłam z wozu i obserwowałam zabawę moich rówieśników , którzy nie zwracając na mnie uwagi rzucali do siebie szmacianą piłką. Nagle, niespodziewanie dziewczynka o długich, jasnych włosach, pozostawiła swoich przyjaciół, podeszła do mnie i podała rękę. – Jestem Natalka – przedstawiła się. – A wy chyba będziecie naszymi nowymi sąsiadami. Mama mówiła, że dzisiaj lub jutro mają przyjechać Polacy i że będą mieszkali w mieszkaniu po Żarnowskich.

– Tak, to prawda, będziemy tu mieszkali. Mój tatuś otrzymał pracę na kolei… Nie dokończyłam, bo tata właśnie wrócił z jakimś panem i zawołał mnie do siebie. – Ja mam na imię Zosia – zdążyłam jeszcze na odchodnym przedstawić się nowo poznanej koleżance.

Tato wziął mnie i mamę pod ramię i weszliśmy do domu. Mieszkanie mieściło się na parterze.

Pan, który przyszedł z tatą, otworzył drzwi, oddał tacie pęk kluczy i odszedł. My staliśmy w milczeniu w naszym nowym, pustym jeszcze mieszkaniu, jakbyśmy czekali na jakiś znak, na jakieś niewidoczne zaproszenie. Niespodziewanie tato wziął mamę na ręce i przekroczył próg. Weszłam i ja.

Mieszkanie było świeżo wybielone kredą. Dwie duże izby, kuchnia i prawdziwa łazienka. Nie jakiś tam wychodek na półpiętrze, ale prawdziwa łazienka, z wanną, toaletą i wodą w kranie.

Podeszłam do okna, popatrzyłam na podwórko, gdzie wesoła gromadka moich przyszłych towarzyszy zabaw, nadal grała w piłkę.

Nieznajomi jeszcze nam ludzie zdejmowali nasze meble z wozów i wnosili do pokoi, do kuchni, do korytarza. Witali się. To byli nasi nowi sąsiedzi. Podawali imiona, zadawali pytania, gotowi do niesienia pomocy…

Tak się rozpoczęła moja wielka, wieloletnia przygoda na wołyńskiej ziemi, dwa nowe rozdziały mojego życia: późne dzieciństwo i młodość.

Drogi czytelniku, tak kończy się pierwszy rozdział opowiadania „Wołyńskie echa”, które zostanie opublikowane w książce „Bicie wschodniego serca”. Jest to opowieść o losach dwóch kobiet, jednej z Wołynia, drugiej z dalekiej Syberii. Książka ukaże się w drugiej połowie tego roku, o czym poinformuję na blogu Ewy Marii. O losach „Sybiraczki” też już tu pisałem.

Po świętach o świętach

Roman Brodowski

Wigilia w odchodzącej w zapomnienie starej polskiej wsi na obrzeżach Puszczy Białowieskiej. Po raz pierwszy uczestniczyłem w obchodach uroczystości Świąt Bożego Narodzenia w Ostrowie, oddalonej o trzydzieści kilometrów od Słonimia, umierającej powoli, wyludnionej wiosce. Mimo pustych, opuszczonych chat we wsi kwitnie nadal stara ojczyźniana tradycja kolędowania, o czym przekonałem się na własne uszy i oczy.

Jeszcze w latach dziewięćdziesiątych w Ostrowie żyło około 800 mieszkańców. Była tam szkoła, przedszkole, poczta, świetlica i społeczna „bania”. Dzisiaj po tych instytucja pozostał jedynie duch tamtej epoki – gnijące ściany, powybijane okna i pachnące pustką zmurszałe, nie domykające się drzwi. We wsi jest jeszcze mały sklepik, do którego dwa razy w tygodniu dostarcza się świeże pieczywo. A mimo to żyje tu mała, niespełna stuosobowa społeczność czekających swojego czasu starszych ludzi.

Piękno tej wsi oraz jej tradycję zapisałem w fotografii oraz filmiku, do którego obejrzenia zapraszam.

ostrow (10) ostrow ostrow (1) ostrow (2) ostrow (3) ostrow (4) ostrow (5) ostrow (6) ostrow (7) ostrow (8)

 

Dwie historie wigilijne

Roman Zygmunt Brodowski

Puste krzesło

Czy pamiętam moją najpiękniejszą wigilię? – Oczywiście.

Był grudzień roku 1981 – pamiętny miesiąc rozpoczęcia stanu wojennego.
O, ironio, ten tragiczny dla naszego narodu okres, dla mnie stał się lekcją prawdziwej pokory, miłości i wiary.
W tym czasie mieszkałem w kopalnianym domu górnika, wybudowanym przy nowo powstałej kopalni w Żorach. Właśnie w Żorach znalazłem miejsce schronienia, po tym jak opuściłem Bytom, ostrzeżony przez personalnego kopalni „Dymitrow” przed sankcjami, jakie mnie czekały za niesubordynację, czyli nie podjęcie pracy podczas strajku generalnego.

Kiedy 13 grudnia internowano mojego brata, a moja mama ukryła się przed SB u swojej koleżanki, z dala od domu, wiedziałem, że w tym roku nie spotkamy się wszyscy przy naszym rodzinnym, wigilijnym stole.

Nie wiedziałem natomiast tego, co miało nastąpić krótko przed planowanym wyjazdem do domu. Okazało się bowiem, że nie dostałem przepustki na wyjazd, co równało się temu, że święta spędzę wraz ze współmieszkańcami „wólca”, jak Ślązacy zwykli nazywać hotel robotniczy.

24 grudnia kopalnia przygotowała dla nas na terenie hotelowej stołówki tradycyjną kolację wigilijną.
Właściwie nie wiem, czy można to było nazwać kolacją. Wieczerza rozpoczęła się bowiem o godzinie piętnastej.
Do stołu zasiadło nas dziesięciu, może dwunastu „samców” i dwie kucharki. Nie było ani opłatka ani choinki. Jedynym świątecznym elementem był stroik z wielką bombką leżący pośrodku stołu, na którym pokazały się typowe polskie potrawy, czyli barszcz z uszkami, wigilijny karp i zupa grzybowa.
Mimo przytłaczającej atmosfery staraliśmy się jak najbardziej podtrzymywać sztuczny klimat rodzinnej sielanki.

Po godzinie wspólnego posiłku rozeszliśmy się, jedni do swoich pokoi, inni do świetlicy, jeszcze inni na dwór
Ja postanowiłem wybrać się na spacer. Wieczór był wyjątkowo mroźny i pogodny. Księżyc jaskrawo oświetlał zaśnieżone pola.

W zamyśleniu podążałem w kierunku Świerklan. W oświetlonych oknach nielicznych domów widniały wystrojone choinki. Ich mieszkańcy odziani w odświętne stroje krzątali się po izbach, śpiewali kolędy, rozpakowywali prezenty. Widok ten wyciskał mi łzy z oczu.

Tęsknota za najbliższymi, strach o nich, wywoływały we mnie huśtawkę nastrojów, od zwykłego żalu aż po frustrację.

Właśnie mijałem kolejny dom, gdy nagle nie wiadomo skąd, naprzeciwko mnie stanął starszy mężczyzna, a obok niego kilkuletnia dziewczynka.

– Wesołych Świąt – powiedział
– Wesołych – odpowiedziałem starając się go wyminąć.
– Niech pan zoczeka panoczku – zagadnął nieznajomy, delikatnie chwytając mnie za ramię. – Pan chyba nietutejszy – kontynuował.
– Nie, nie tutejszy – potwierdziłem jego przypuszczenia. Mieszkam w domu górnika – wskazałem widniejący na tle szybu oświetlony blok.

Mężczyzna pokiwał głową i począł wypytywać skąd pochodzę, ile mam lat, jak liczną rodzinę, jakie plany na świąteczne dni i tak dalej.
Natomiast dziewczynka obserwując mnie z ukosa, co jakiś czas mnie zaczepiała, szturchając rubasznie w bok. Nawet nie wiem, jak to się stało, ale im dłużej ze sobą rozmawialiśmy, tym większa była tajemnicza nić sympatii, przybliżająca nas ku sobie.

W końcu starszy pan zaproponował, abym spędził u niego wigilię. Oczywiście na początku odmówiłem, tłumacząc się, przeziębieniem i bólem głowy. Dziewczynka nie dała za wygraną i chwyciwszy mnie za rękę zaczęła prosić, żebym się zgodził.
– Piknie was prosza ponocku, pódź z nami. Bydymy wos radzi – powtarzała.

W końcu zgodziłem się. Chociaż szczerze mówiąc było mi bardzo głupio.

Po kilku minutach stanęliśmy w progu dużego jednorodzinnego domu.
Przy drzwiach stała starsza kobieta w ludowym stroju, a obok niej trzy dziewczynki.
– Kaj ze sie smykoł chopecku – zapytała – i nie czekając na odpowiedź, kazała prosić gościa, czyli mnie do chałupy.

W wielkiej izbie krzątały się cztery dorosłe osoby. Kobiety nakrywały do stołu, a mężczyźni ustawiali krzesła. Dziwił mnie fakt, że oprócz otaczającej mnie gromadki dzieciaków, nikt nie zwracał na mnie uwagi, nikt o nic mnie nie pytał.
Dopiero gdy wszystko już było gotowe do rozpoczęcia wieczerzy, dorośli zaczęli podchodzić do mnie i witając przedstawiali się po kolei. Następnie spokojnie zajmowali miejsca koło stołu.

Stałem obok drzwi, nie wiedząc jak się zachować. Dopiero gdy senior rodu, pan który mnie przyprowadził, postawił talerzyk z opłatkiem na stole, jego syn zapalił świece, a seniorka rodu położyła na pustym krześle białą haftowaną serwetkę, zrozumiałem o co chodzi.
Oboje staruszkowie podeszli do mnie i wziąwszy pod ramię zaprowadzili do tego pustego krzesła. Wszyscy wstali i modlitwą wypowiedzianą ustami seniora rozpoczęli wigilijną kolację.
Nikt nie może sobie wyobrazić wzruszenia, jakiego doznałem, gdy podczas modlitwy usłyszałem następujące słowa.

„Dziękujemy Tobie Panie Boże za łaskę, jakiej doznajemy i za przybysza jakiego nam posłałeś, byśmy się mogli dzielić naszą radością z innymi”.

Po wigili poszliśmy na pasterkę. A i święta spędziłem z tą wielopokoleniową rodziną.

Co było potem? – Potem przez kilka wspaniałych lat mieszkałem u nich. Najpierw jako lokator wynajmujący stancję, później przyjaciel domu, aż w końcu niepisany członek rodziny moich niezapomnianych Nieszporków i Dworoków.

Minęło wiele lat, a ja wciąż pamiętam, wciąż czuję wobec nich dług wdzięczności za ich chrześcijańską dobroć.

Jak dobrze, że znów nadchodzą święta. Jak zawsze postawię puste krzesło, z nadzieją, że ktoś obcy, ktoś smutny, sponiewierany przez los, zapuka do mych drzwi. A może w tym roku poszukam go sam. Przecież jestem chrześcijaninem.

Berlin grudzień 1996 – zmodyfikowane grudzień 2015

Spotkanie

Jadąc berlińskim metrem na tradycyjne comiesięczne spotkanie z
„Kresowianami” spotkałem niezwykłych ludzi. Była to para staruszków dostojnie odzianych w czarne sukienne palta. Usiedli vis-a vis. Trzymając się za ręce, patrzyli na mnie uśmiechając się. Cicho, o czymś rozmawiali Nieco poirytowany ich spojrzeniami i ja zacząłem ich obserwować. Na początku wydawało mi się, że jest to jakieś bardziej europejsko cywilizowane małżeństwo tureckie. Na posiwiałej głowie jegomościa leżała czapeczka z ciemnoniebieskiej włóczki, podobna do tych jakie zazwyczaj noszą Turcy, kształtem przypominająca nieco głębszą żydowską „jarmułkę”. A i zadbana siwa broda, śniada cera, ciemne brwi i oczy klasyfikowały go jako obywatela Turcji. Kobieta także pasowała wyglądem do tej nacji. Tyle tylko, że na głowie brakowało stałego elementu ubioru kobiet w tym wieku czyli zakrywającej włosy chusty.
Dopiero mowa jaką się porozumiewali, kazała mi zastanowić się nad tym, skąd pochodzili. Była niepodobna ani do tureckiej, ani arabskiej, ani do żadnej znanej mi fonetycznie odmiany języków południowych, czy też bliskowschodnich.

Zaciekawiony, delikatnie zapytałem mężczyznę o pochodzenie jego języka. Niestety on mnie nie zrozumiał. Powtórzyłem pytanie posługując się wątpliwie mi znanym angielskim. Odpowiedział, że jest to język syryjski. Zdziwiłem się, bo syryjski to jednak arabski, ale oni oboje mówili tak łagodnie, że ich mowa zabrzmiała mi całkiem tajemniczo.
Obawiając się, że po angielsku mogę sobie nie poradzić, zadałem mu jeszcze pytanie, a mianowicie, czy oprócz syryjskiego i angielskiego, zna jeszcze inne języki. Okazało się, że zna rosyjski i pobieżnie francuski. Odetchnąłem z ulgą, bo i jeden i drugi jest mi znany.
Rozmawialiśmy o wielu sprawach. Dowiedziałem się, że mój rozmówca był znanym lekarzem w Damaszku. Pracował jako onkolog w szpitalu, prowadził wykłady na uniwersytecie medycznym. Rosyjski zna dobrze, bo w młodości studiował w Moskwie, a po studiach pięć lat odbywał staż w jednym z moskiewskich szpitali.
Opowiadał o ojczyźnie , o tęsknocie do niej, o tym ile musiał przejść, by dzisiaj spokojnie być tu, w Berlinie.

O tym, co mi powiedział, nie napiszę, bo i tak 90% polskiego społeczeństwa wie lepiej, jak tam w Syrii jest, kto doprowadził do dramatu narodu syryjskiego i kto ich zdaniem ponosi winę za to co się dzisiaj dzieje na bliskim wschodzie. Nie będę
burzył wewnętrznego spokoju i przekonania o własnej nieomylności moich rodaków, bo nie widzę w tym sensu.
A i polscy intelektualiści? – (mówiąc o tych dla których „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”) także wiedzą swoje – ze słyszenia.

Zresztą – o powolnej zmianie kulturowej i religijnej, jaka zachodzi w Europie i na świecie, a czego jesteśmy świadkami, pisałem już w 2007 roku.
I tak jak wówczas również dzisiaj moje zdanie dla naszych decydentów jest bez znaczenia, a listy tzw. otwarte jakie w związku z moim zaniepokojeniem od czasu do czasu wysyłam, trafiają zapewne do kosza lub w przysłowiową próżnię.
Powiem tylko tyle, że pomyliłem się, bo proces przemian kulturowych, a przede wszystkim religijnych zachodzi o wiele szybciej, niż myślałem. Wówczas twierdziłem, (w oparciu o badania socjologiczne, jakie zostały wykonane przez holenderskich naukowców w 2007 roku) że nieunikniona zmiana dominacji tak zwanej kultury zachodniej na rzecz cywilizacji islamskiej, zwłaszcza w obszarze religii i kultury, może w Europie nastąpić już w roku 2050. Proces ten (jak pisałem) miałby przebiegać w sposób pokojowy, poprzez tak zwaną wojnę przyrostu naturalnego. Kryzys demograficzny po stronie społeczeństwa rozwiniętego, starzejące się narody oraz brak zainteresowania tworzeniem wspólnot rodzinnych, przy pełnej akceptacji dominantu komercji nad podstawowymi wartościami chrześcijaństwa na bazie których powstaliśmy, z jednej strony, i ekspansywna polityka zwiększenia populacji w przestrzeni państw kultury wschodniej (islamskiej) zwłaszcza na terenie Europy (na koszt Europejczyków – pomoc socjalna) z drugiej, prostą drogą prowadzą do wyparcia na naszych terenach trwającego ponad dwa tysiące lat chrześcijaństwa. Nietety dzisiaj zarówno tempo jak i sam proces tych przemian coraz bardziej nabiera cech konfrontacji siłowej.

Wracając do spotkania oko w oko z syryjskimi uchodżcami, to w momencie gdy stwierdziłem (wyrażając solidarność z ich narodem), że mam nadzieję, iż winien tylu zbrodni Assad, poniesie w końcu zasłużoną karę , usłyszałem, że nie od Assada naród syryjski ucieka, a od fanatyków islamskiego państwa oraz wspierających ich sojuszników. Przyznam, że nie mam pojęcia o kim mówił mój rozmówca, a może i lepiej nie wiedzieć.
Po co ma mnie ktoś posądzać o wrogą naszej polskiej racji stanu propagandę. Przecież polskie środki przekazu są jak ksiądz na ambonie, czyste i zawsze prawdomówne.
Dojeżdżając do celu postanowiłem godnie pożegnać moich współtowarzyszy podróży. Dopiero gdy wstali zauważyłem w klapie palta Pana Syryjczyka maleńki złoty krzyżyk.
– A to co? – zapytałem.
– To pamiątka mojego chrztu – uśmiechnął się dobrodusznie. – Od pokoleń moja rodzina i ja jesteśmy członkami chrześcijańskiej wspólnoty i od pokoleń modlimy się do Pana Jezusa. Uścisnąłem mu dłoń i wysiadłem z metra.

– Jak dobrze, że znów nadchodzą święta – pomyśałem. – Jak zawsze postawię puste krzesło, z nadzieją, że ktoś obcy, ktoś smutny, sponiewierany przez los, zapuka do mich drzwi. A może w tym roku poszukam go sam. Przecież jestem chrześcijaninem.

Opowiadanie oparte jest na faktach
Berlin 29.11. 2015