Reblog: Trylogia o… (3)

Ten tekst, tekst sprzed tygodnia i tekst sprzed dwóch tygodni zostały opublikowane na blogu W altanie w styczniu 2015 roku

Lech Milewski

Ciocia Stasia

Moim pierwszym placem zabaw był cmentarz. Matka siedziała zamyślona przy grobie mojego Ojca, a ja bawiłem się w czołg na sąsiednim grobie.
Domem mojego dzieciństwa był dom starców. Rodzice przenieśli się w 1943 roku z Warszawy do Kielc i zamieszkali w domu Fundacji Malskiej dla zubożałej inteligencji i starszych pań z ziemiaństwa. Po zakończeniu wojny dom zamieniono na państwowy dom starców prowadzony przez Siostry Sercanki.
Naturalne więc chyba było, że pierwsze wakacje poza domem spędziłem w zakładzie dla dzieci cofniętych w rozwoju.

Miałem wtedy blisko 5 lat. Jechaliśmy z Matką pociągiem całą noc. Oczywiście Matce nie udało się dostać miejsca siedzącego w przedziale. Jechała na buforach między wagonami w pozycji półkucznej, trzymając mnie na kolanie.
Rano dojechaliśmy do Mierzęcina. Po kilku minutach marszu dotarliśmy do bram zamku. Z dala, w portalu, majaczyła niewielka biała figurka…

 

– To Ciocia Stasia – powiedziała Matka – pobiegnij do niej.
Oczywiście nie posłuchałem, tylko złapałem się jeszcze mocniej matczynej dłoni.
Po krótkich powitaniach Ciocia zaprosila nas na śniadanie. Mój zachwyt wzbudziły misterne porcelanowe filiżanki i talerze ze złotym szlaczkiem. Na śniadanie był chleb, wędliny, jajka na miękko, herbata. Obstukałem czubek jajka i zacząłem je obierać.
– Lusiu, Lesio nie umie jeść jajek na miękko – powiedziała Ciocia do mojej Mamy.
– Ależ Siniu, on nie ma jeszcze 5 lat.
– Och przepraszam Cię, przecież ja nigdy nie byłam matką.

Wieczorem Mama wyjechała, a ja spędzałem całe dni z dziećmi pod opieką sióstr. To były Siostry Samarytanki. Bardzo podobały mi się ich welony. Nad czołem miały szpiczasty daszek – kojarzyły mi się z jakimiś przyjaznymi ptaszkami.

Ciocię widywałem tylko przelotem. Jedynie w niedzielę, po mszy, jadałem śniadania z Ciocią. Lubiłem niedziele. Najpierw msza, wtedy jeszcze odprawiana po łacinie. Siostry pięknie śpiewały, najbardziej podobało mi się Credo: Bóg z Boga, światło ze światłości – Deum de Deo, lumen de lumine KLIK.
Potem śniadanie. Cieszyłem się na nie, mając w pamięci te filiżanki i talerze ze złoconymi brzegami. Dostawałem jajko przezornie ugotowane na twardo. Ciocia nie jadła, tylko piła kawę i opowiadała mi legendy o początkach Polski. Lubiłem jej głos, cichy, spokojny a jednak czuło się w nim siłę. Taki sam głos miał jej brat czyli mój wujek – kapitan polskich i brytyjskich statków handlowych. Potrafił takim głosem utrzymać w ryzach załogę podczas rejsów do Murmańska i dzikiego strajku u wybrzeży Australii.

Na wakacje do Samarytanek jeździłem przez kilka lat dopóki Ciocia nie uznała, że tamtejsze towarzystwo nie jest już dla mnie odpowiednie.

Dopiero kilka lat później dowiedziałem się o Jej osobistej tragedii. Oczywiście, w Jej obecnosci tego tematu nie poruszaliśmy. Poza Jej plecami też nie, była uważana za swego rodzaju rodzinną świętość.
Matka czasem wspominała Jej role teatralne – Orcio, Puk, Consuela, ślepa Berta. Bardzo lubiłem słuchać jak Matka deklamowała wiersze. Szczególne wrażenie robił na mnie wiersz o księciu Józefie Poniatowskim: “…Epos kona! 0, gwiazdo! Gwiazdo Polski i Napoleona!…”Może ktoś zna tytuł tego wiersza?
Matka miała bardzo silny głos i wyrazistą mimikę.
– Gdy wróciłam z Paryża – wspominała – poznałam Aleksandra Zelwerowicza. – Chwycił mnie za obie dłonie i zawołał:- Dajcie mi ją do teatru! Ale Stasia zasłoniła mnie.
Z łatwością mogłem sobie wyobrazić moją Matkę na scenie w jakiejś dramatycznej roki. Gdy wiele lat później oglądałem w Teatrze Narodowym Matkę Courage w wykonaniu Ireny Eichler doznałem szoku, wydawało mi się, że to moja Matka. Niewiele się myliłem, Irena Eichler rozpoczęła studia pod kierunkiem Aleksanda Zelwerowicza kilka miesięcy po opisanej powyżej scenie.
– A jak było w Paryżu? – pytałem. Matce pochmurniała twarz.
– Komu taki pomysł przyszedł do głowy? Jak moja matka mogła się na to zgodzić? Przecież ja miałam 18 lat. Ja miałam być podporą dla kogoś, kto przeżył taką tragedię? Stasia spędzała całe dni na cmentarzu, a ja siedziałam przy niej. Długie godziny w milczeniu. Czasami Stasia zapominała o jedzeniu, to i ja całymi dniami nic nie jadłam.

Przez wiele lat kontakt z Ciocią był rzadki i przypadkowy. Dwa razy w roku jeździła na rekolekcje i jeśli było jej po drodze to odwiedzała Kielce. Któregoś roku przywiozła książkę Thomasa Mertona – The Seven Storeys Mountain i poprosiła żebym spróbował przetłumaczyć ją na polski. Oczywiście było to ponad moje siły. Teraz też nie podjąbym się takiego zadania. Po prostu Matka nadmiernie zachwalała moją znajomość angielskiego. Tylko za to mogła mnie pochwalić, angielski był jedynym przedmiotem, z którego miałem dobrą ocenę w szkole.
Wtedy zdałem sobie sprawę, że Ciocia to nie jest żywy pomnik, ale żywa osoba, nadal bardzo aktywna umysłowo, zainteresowana najnowszymi wydarzeniami. Może miała jakieś oczekiwania związane z moją osobą? Niestety oddalenie uniemożliwiało bliższe kontakty.

Z cytowanej w poprzednich odcinkach książki – Album z rewolwerem – dowiedziałem się jak bliski i intensywny miała kontakt z autorem, Zdzisławem Umińskim, swoim bratankiem. To dla niego robiła kaftanik podczas pobytu w paryskim więzieniu.
Być może istotne były podobne traumatyczne doświadczenia. Zdzisław w wieku niespełna 18 lat uczestniczył w wykonywaniu wyroków na konfidentach Gestapo.
Zdzisław był pisarzem, według mnie bardzo dobrym. W swej książce wspomina o poczuciu, że Cioci jego twórczość nie zadawalała, że oczekiwała po nim czegoś wielkiego, na miarę Krasińskiego lub Norwida.

Po przejściu na emeryturę Ciocia zajmowała się indywidualnie trudniejszymi dziećmi i spędzała troche czasu w przyklasztornym ogródku – powyższe zdjęcie z archiwum Władysława Noakowskiego.

W roku 1976 Ciocia miała wylew, po którym jej stan fizyczny mocno się pogorszył. Dwa listy napisała odręcznie, bardzo odmienionym charakterem pisma, następne pisały za nią siostry.

Zmarła w dniu Bożego Narodzenia 1977 roku. Pogrzeb odbył się kilka dni później w zakładzie sióstr Samarytanek w Niegowie niedaleko Wyszkowa.
Oprócz mnie przybył Zdzisław Umiński i dwie siostrzenice Cioci. Nie mogli przybyć bratanek i siostrzeniec, którzy przebywali na stałe za granicą. Tylko tyle nas zostało, a przecież Ciocia miała aż dziewięcioro rodzeństwa.

Msza odprawiana była po polsku, ale siostry śpiewały tak jak przed laty – Credo in unum Deum…
Po mszy zgłosiłem się do pomocy przy niesieniu trumny. Siostry przyjęły mnie życzliwie, ale już po chwili okazało się, że niezbyt pasuję do zgranego zespołu.
– Dziękujemy, ale lepiej jak my same poniesiemy, robimy to tak często.
Splotły razem ramiona w siostrzanym uścisku i poszły ze śpiewem na ustach. W bramie zakładu przełożyły trumnę na furkę.
Wiejski cmentarz był po drugiej stronie szosy. Ciocię pochowano w prostym grobie pod drzewami. Od kuzyna, siostrzeńca Cioci, tego który w 1977 roku mieszkał za granicą, dowiedziałem się, że obecnie groby wszystkich zakonnic przeniesiono na teren zakładu.

 

Reblog: Trylogia o… (2)

Ten tekst, tekst sprzed tygodnia i tekst, który ukaże sę za tydzień, zostały opublikowane na blogu W altanie w styczniu 2015 roku

Lech Milewski

Siostra Benigna    

W marcu 1936 roku w Domu Zakonnym Samaria w Niegowie opodal Wyszkowa odbyły się śluby wieczyste siostry Benigny, która od prawie 9 lat pracowała w zakonie Samarytanek. Wśród zaproszonych gości, oprócz najbliższej rodziny, znajdował się znany reżyser Leon Schiller. W ten sposób zakończyło się świeckie życie Stanisławy Umińskiej.

Stanisława Umińska zadebiutowała w 1919 roku, w wieku 18 lat, na scenie Teatru Polskiego w sztuce G.B. Shawa, Major Barbara. Kilka miesięcy później zyskała zainteresowanie krytyków rolą Orcia w Nieboskiej Komedii.

Drobna, szczupła, do roli Orcia obcięła sobie krótko włosy. Nic dziwnego, że wieloktrotnie powierzano jej chłopięce role: Arlekin w Mandragorze Szymanowskiego, Dionizy w komedii Duhamela, Cherubin w Weselu Figara.
O tej ostatniej roli Kornel Makuszyński pisał:
Rola ta, niesamowicie trudna, zachwycająca równocześnie, wymaga koniecznie doskonałej sprawności aktorskiej w połączeniu z dziecinnym, niefałszowanym wdziękiem, co bardzo rzadko chodzi w parze. Połączenie to […] ma panna Umińska; brak frywolnej lekkości, która każdego urwisa czyni ogromnie sympatycznym, nadrobiła dziwną swoją urodą, która przybrana w świetny kostium, wywierała to wrażenie z lekka i miło niepokojące, jakie ma budzić ten pączek, jeszcze nierozkwitły, nawet w większym stopniu, niż to było trzeba“.

I znowu chłopcy – nieznośny Nono w farsie Luigiego Pirandella Człowiek, zwierzę i cnota, Puk w Śnie nocy letniej.
“Była w tej roli ‘wcieleniem wyśnionego przez poetę ducha lasu’”, poświadczał Jan Parandowski.„Dała Puka pełnego swawoli, humoru, beztroski, a podała to z taką zwinnością, finezją i urokiem, a przede wszystkim szczerością, że grą swoją ożywiała ten fantastyczny las zaczarowany”, pisał Breiter. „Cudowny Puk Umińskiej” – jeszcze dziesięć lat później pamiętał Boy-Żeleński. „Był perłą wieczoru” – zachwycał się Rabski”. Źródła (2)

Julian Tuwim napisał dla niej tekst kabaretowy- Mała Gigolette.

Dramatyczny wymiar swojego talentu zademonstrowała w roli Consueli w sztuce Leonida Andrejewa – Ten, którego biją po twarzy.
“Jan Lechoń, tłumacz sztuki, w swoim Dzienniku w 1956 roku przypomniał ten spektakl: ‘Cóż mówić o Stasi Umińskiej – westchnął – jedynej Consuelli na świecie'” – Źródła (2).

W ciągu niespełna pięciu lat kariery aktorskiej Stanisława Umińska wystąpiła w ponad 20 sztukach i w jednym filmie. Uważana była za czołową aktorkę młodego pokolenia.

W 1923 roku również jej życie osobiste nabrało kolorów. Poznała wtedy Jana Żyznowskiego – pisarza, krytyka, malarza.

“Jak niosła wieść rozplotkowanej warszawskiej bohemy, pokochali się od pierwszej kolacji, jaką wydał na cześć aktorki Teatr Mały. Ona upajała się właśnie pierwszym smakiem artystycznej kariery. On – sukcesami czytelniczymi swojej prozy – Krwawego strzępu i Kamieni ugornych. On skończył właśnie 34 lata, miał za sobą traumę pierwszej wojny światowej, w czasie której walczył w szeregach armii francuskiej, dwa zawody miłosne i ból po śmierci serdecznego przyjaciela, towarzysza broni, pisarza Eugeniusza Małaczewskiego. Ona nie miała jeszcze 22 lat i dopiero wyrywała się z bezpiecznego kokonu rodzicielskiej opieki.
W mieszczańskiej Warszawie wydawało się to być skandalem samym w sobie. (…) Ogrom ich uczucia musiał robić spore wrażenie na współczesnych, nikt bowiem nie odważył się, co było nagminne, umieścić wzmianki o najpopularniejszej parze stolicy w żadnej z kronik towarzyskich. Zdawało się, że los zetknął tych dwoje, by pokazać umęczonej wojnami Warszawie piękno miłości”. Źródła (5)

Pod koniec 1923 roku u Żyznowskiego wykryto raka wątroby, warszawscy lekarze byli bezradni. Żyznowski udal sie do Paryża, do kliniki doktora Roussy, który leczył raka promieniami radioaktywnymi.

Umińska podążyła za nim. Przed wyjazdem wystąpiła jeszcze w roli ślepej Berty w Świerszczu za kominem.
“Ślepe ruchy rąk, – analizował Stanisław Pieńkowski – a szczególnie ruchy szczęk i warg, tak znamienne dla ociemniałych, były w wykonaniu artystki wzorowym studium kunsztu aktorskiego. Przy tym całą postać prześwietlała aktorka duszą od wewnątrz – głosem, pozą i ruchem, a w technice patrzenia ślepymi oczami nie załamała się ani na chwilę. Tragiczność roli Berty – pisał Adam Zagórski – uzyskała nie przez jednostajny lament, ale właśnie doskonale podkreśliła go przez uśmiech, przez promienność tej pokrzywdzonej przez los istoty, dla której kalectwo nie jest powodem do przekleństw, a przeciwnie powodem do ofiary serca” – Źródła (2).

Kuracja w Paryżu nie przyniosła oczekiwanych efektów, choroba rozwijała się. Radioaktywne naświetlania spowodowały wypalenie otwartych ran i powiększyły cierpienia. Jedyną ulgą byla morfina.
Stanisława czuwała przy chorym dzień i noc, robiła mu zastrzyki, dwukrotnie oddała krew do transfuzji.
W chwilach przytomności Żyznowski dyktowal jej swoją ostatnią powieść Z podglebia, która mocno przypominała ich losy. Bohater książki popełnia samobójstwo, ale przedtem stwierdza: “…miłość do zboczenia – wszystko to ją wywlokło w chorobę świętości”.

Żyznowski poprosił swoją żonę (w Paryżu wzięli cichy ślub) o skrócenie cierpień. Poinstruowal ją jak posługiwać się rewolwerem browning.

Stanisława: Czy dla niego nie ma już ratunku?
Doktor Roussy (posępnie): Jest.
Stanisława (z odrobiną nadziei): Jaki to ratunek?
Doktor Roussy: Jedyny jaki mu jeszcze pozostał.
Stanisława: Na miłość boską…
Doktor Roussy: Tym ratunkiem jest śmierć. Wtedy przestanie cierpieć.

Stanisława:… czy choremu można w większym niż dotychczas stopniu ulżyć. Mam na myśli bóle.
Doktor Roussy: To właściwie przekracza nasze możliwości. Otrzymuje zastrzyki i to jest wszystko.
Stanisława: Chyba więc już wrócę do niego.
Doktor Roussy: Oczywiście, a może pani ma jakieś specjalne życzenia?
Stanisława: Jakie na przykład panie doktorze?
Doktor Roussy: Rozumiem. Przykro mi bardzo, ale będę musiał panią pożegnać.

Zdzisław Umiński – Album z rewolwerem.

Nad ranem 15 lipca 1924 roku Stanisława zabiła ukochanego strzałem w głowę.

Następne kilka miesięcy spędziła w paryskim więzieniu. Skracała sobie czas robiąc na drutach kaftanik dla właśnie narodzonego bratanka Zdzisława.

Proces rozpoczął się na początku lutego 1925 roku…

Ława przysięgłych potrzebowala zaledwie 5 minut by wydać wyrok uniewinniający. Aktorka przyjęła wyrok zupełnie obojętnie.
Pozostała w Paryżu jeszcze kilka miesięcy, towarzyszyła jej młodsza siostra Lucyna. Duchowym wsparciem służył ksiądz Augustyn Jakubisiak.

Po powrocie do Polski próbowała wrócić na scenę.
“W październiku 1926 zaczęła próby w Teatrze Małym w sztuce Paula Raynala Pod Łukiem Triumfalnym w reżyserii Węgierki. „Lecz prasa – wspominał Janusz Warnecki – rozpętała ohydną wrzawę brutalnie przypominając tragedię aktorki. Umińska załamała się ponownie i ustąpiła ze sceny, z wielką, niepowetowaną stratą dla sztuki”. Najpewniej nie potrafiłaby grać ze świadomością, że w każdej roli towarzyszy jej sensacyjne zainteresowanie widowni”. – Źródła (2)

17 marca 1927 roku Stanisława Umińska wstąpiła do Stowarzyszenia Sióstr Samarytanek, którego ideą była troska o osoby najbardziej upośledzone.

“Umińska przyjęła imię zakonne Benigna i podjęła najpierw pracę w szpitalach skórno-wenerycznych św. Józefa w Lublinie i św. Łazarza w Warszawie. Potem skierowano ją do zakładów dla dzieci upośledzonych umysłowo.” – Źródła (2) .

“Była zawsze zadumana, poważna, bardzo rzadko uśmiech zjawiał się na jej twarzy.– wspominała Cecylia Młodawska, kierowniczka zakładu specjalnego dla chłopców w Karolinie – Była nadzwyczaj uczynna, niezmiernie dobra dla wszystkich, pełna głębokiego uczucia, wyrozumiałości, poświęcenia, a pokorą, nie uniżonością, przewyższała stokroć wszystkie siostry. Ogólnie bardzo kochana, a dzieci przepadały za nią; pisała im różne wierszyki, opowiadała bajeczki, prowadziła urozmaicone zabawy, zajęcia. Dzieci nazywały ją ‘aniołem’. W zakonie pełniła różne funkcje. […] był to człowiek nieprzeciętny o nadzwyczajnym charakterze”. Źródła (2) .

Źródła:
1. Siostra współczucia – Palestra 7-8/2004 – KLIK
2. Prof. Lidia Kuchtówna – Portrety teatralne – Stanisława Umińska
3. Marta Grzywacz – Miłość i eutanazja – gazeta.pl – KLIK – artykuł opublikowany w 90 rocznicę tragedii w paryskim szpitalu
4. Zdzisław Umiński – Album z rewolwerem – Czytelnik
5. Jak mnie kochasz to mnie zabij – KLIK

Reblog: Trylogia o… (1)

Ten tekst i jego dwa kolejne odcinki ukazały się na blogu W altanie w styczniu 2015 roku

Lech Milewski

Pastorałka

Jest styczeń 1943 roku. Grupa warszawskich artystów marznie na stacji Most koło mostu Kierbedzia (dziś: Śląsko-Dąbrowski), czekając na kolejkę do Jabłonny. Są wszyscy – Kreczmarowie i Wyrzykowscy, Wierciński, Lutosławski, Panufnik, Andrzejewski i Miłosz. I grupka młodzieży z tajnego Instytutu Sztuki Teatralnej. Jedziemy do Henrykowa, gdzie Leon Schiller wystawił ‘Pastorałkę’ z zespołem upadłych dziewcząt, złodziejek, morderczyń, prostytutek.” – Andrzej Łapicki.

Zakład dla upadłych dziewcząt w Henrykowie – poniżej zdjęcie budynku sprzed kilku lat…

To była ciekawa instytucja. Jej początków należy szukać w szpitalu św. Łazarza w Warszawie, założonym w XVI wieku przez Piotra Skargę. Początkowo było to schronisko dla ubogich i trędowatych. Pod koniec XVIII wieku zamieniono je na szpital specjalizujący się w leczeniu chorób skórnych i wenerycznych. W latach 20. XX wieku trafiały tam prostytutki schwytane przez policję i straż miejską. Były poddawane obowiązkowym badaniom i w razie potrzeby, przymusowej, długotrwałej kuracji.

Do tego szpitala zgłosiła się do ochotniczej pracy szarytka – Jadwiga Jaroszewska, która przybrała zakonne imię – siostra Wincenta. Jej wizja pomocy ludziom wybiegała poza szpitalne mury. Leczenie chorób wenerycznych to był tylko czubek góry lodowej.
Po pierwsze w szpitalu, w jednej sali, przebywały osoby całkiem zdemoralizowane i młode dziewczęta, które trafiły na ulicę w wyniku lekkomyśności, szantażu, przymusu.
Po drugie w szpitalu, na tym samym oddziale co dorosłych, leczono dzieci obciążone dziedziczną chorobą weneryczną.
Po trzecie – wyleczone prostytutki, zaopatrzone w czarną książeczkę, nie miały innej szansy na przeżycie jak tylko powrót na ulicę.

Jadwiga Jaroszewska założyła nową rodzine zakonną, która przyjęła nazwę sióstr Samarytanek ( oficjalnie uznane przez Watykan w 1933 r.) i już jako Matka Wincenta doprowadziła do przeniesienia dzieci do osobnego oddziału. W 1927 r. rada miejska zaproponowała Matce Wincencie przejęcie zakładu w Henrykowie. W zakładzie kontynuowano leczenie chorych dziewcząt i jednocześnie prowadzono proces resocjalizacji, przyuczano do praktycznych zawodów, wdrażano do pracy. Ponad 50% dziewcząt wracało do normalnego życia.

W 1937 r. Matka Wincenta zmarła. W tym czasie Stowarzyszenie prowadziło kilka ośrodków, niektóre z nich zajmowały się opieką nad dziećmi chorymi i upośledzonymi. Kierownictwo nad zakładem w Henrykowie przejęła Matka Benigna – Matka Łagodna.

Nadeszła wojna. Do zakładu w Henrykowie zaczęły się zgłaszać osoby potrzebujące pomocy. Najpierw uciekinierzy z bombardowanej Warszawy, potem ukrywali się tu członkowie ruchu oporu i Żydzi.
Znajdowal się tam również, założony bez wiedzy sióstr, skład broni i amunicji AK.

W 1942 r trafił do zakładu słynny reżyser teatralny – Leon Schiller.
Leon Schiller – pełne nazwisko to Leon Schiller de Schildenfeld. Ten przyrostek otrzymała jego rodzina podczas nobilitacji przez cesarzową Marię Teresę.
Piosenkarz, muzyk, aktor, reżyser, pisarz, działacz kulturalny – prawdziwie renesansowa postać. Gorąco zachęcam do przeczytania atrykułu o jego działalności – link podany w źródłach.
Podczas okupacji Leon Schiller nie czuł zagrożenia ze strony Niemców, uważał, że chroni go austriacki tytuł szlachecki. Nie uchronił. W marcu 1941 roku Armia Krajowa wykonała wyrok na Igo Symie – popularnym warszawskim aktorze kabaretowym, współpracowniku Gestapo – KLIK. Po zamachu Niemcy przeprowadzili serię aresztowań w warszawskim środowisku teatralnym. Aresztowali również Schillera i zesłali go do Oświęcimia. Stamtąd wykupiła go siostra.

Matka Benigna szukała różnych sposobów, aby zmienić i wzbogacić życie duchowe swoich podopiecznych. Jednym z nich był teatr. Bardzo oczywistym wyborem były jasełka. A czyż mógł być ktoś bardziej powołany do stworzenia takiego przedstawienia niż Leon Schiller propagujący mickiewiczowską wizję teatru monumentalnego – KLIK?

Matka Benigna nawiązała z nim kontakt. Na swój list otrzymała taką odpowiedź:
Wielce Szanowna i Czcigodna Siostro!
Pozwalam sobie przesłać egzemplarz ‘Pastorałki’, jedyny, jaki po spaleniu całego nakładu, ocalał, dlatego z przykrością, po ewentualnym zużytkowaniu go, będę musiał prosić o łaskawy zwrot.
Tekst niniejszego misterium ludowego (…) został ułożony ‘na wyrost’, można go dowolnie skracać i nawet w tym duchu utrzymywanym wbogacać. (…)
W egzemplarzu zaznaczyłem zielonym i czarnym ołówkiem kwestie i śpiewy mogace wejść w skład skróconego widowiska, którego plan podaję na osobnej karteczce.(…)
Łączę wyrazy głębokiego szacunku i czci głębokiej. Leon Schiller
“- Zdzisław Umiński, Album z rewolwerem.

Zdzisław Umiński – przebywający w Henrykowie członek AK – wspomina:
Po przybycu Leona Schillera przez miesiąc trwały przygotowania do wystawienia sztuki. Wielki reżyser zjawiał się dwu lub trzykrotnie w ciągu tygodnia, w końcu, na prośbę Przełożonej, został na stałe. (…)
Pensjonariuszki podzieliły się na dwa obozy (te, które chciały wystąpić i te, które nie chciały -przypisek mój). Tylko Teresa, dziecko prawie szesnastoletnie, bardzo grzeczna i na pozór skromna, chodziła ze spuszczoną głową powtarzając cichym głosem: ‘Dziwka jestem, biedna, nieszczęśliwa dziwka’. (…) W połowie grudnia Przełożona wezwała ją do siebie proponując, żeby odegrała rolę jednego z aniołów. Zgodziła się i jakby odzyskała wiarę w siebie.
– Będę aniołem – mówiła prawie każdemu, kogo tylko napotkała. Ale podczas prób załamała się, stanęła na proscenium i nagle oznajmiła głosem wypełnionym po brzegi smutkiem:
– Nie, nie jestem aniołem, jestem kurwą – i zaczęła się histerycznie śmiać.
Pan Leon zrobił gest pełen rozpaczy, odszedł do niej i usiłował uspokoić, ale dziewczyna zawołała:
– Nie, niech pan mnie zostawi, wy wszyscy jesteście tacy sami.
” – Album z rewolwerem.

Po przestawieniu Andrzej Łapicki wspominał: “Przedstawienie było niezwykłe. Matka Boska – prostytutka z ogoloną głową – przejmująco odśpiewała ‘Pomaluśku Józefie’. Józef – dziewczyna o twarzy morderczyni – była troskliwą opiekunką Maryi. Niezwykłe wrażenie. Przejęcie i czystość tych dziewcząt udzieliły się widowni. Jedno z najpiękniejszych wzruszeń teatralnych, jakie przeżyłem. ..”

Czesław Miłosz pisał: “Matka Boska ubrana na niebiesko, nieduża, prawie dziecinna, szczupła, jasnowłosa. Uczestniczyłem w misterium, równocześnie odsłaniającym esencję teatru. Tą esencją jest chyba ludzka możność bycia kimś innym, co, jeżeli się zastanowić, znaczy, że każdy człowiek jest domem wielu osobowości przebywających w nim potencjalnie, nigdy nie zrealizowanych, bo jedna tylko z nich występuje na zewnątrz i dostarcza przyjętej przez innych maski. “

Jeszcze raz Czesław Miłosz – „I wtedy przychodzi to nagłe uświadomienie sobie, że przecież teatr sakralny polega właśnie na transformacji dokonującej się przed naszymi oczami, że dziewczyna gra tylko samą siebie, prawdziwszą od tej, co włóczyła się z niemieckimi żołnierzami, że jest, wstępując w wyższy wymiar, tylko sobie przywrócona”.

Po przedstawienu Leon Schiller spytał Zdzisława Umińskiego jaka jest jego opinia:
… interesuje mnie co sądzi o tym niefachowiec.
– Dziewczyny grały jakoś tak, jakby grały dla całego świata. I dla nas, i nawet dla Niemców, którzy…
Schiller przystanął, odwrócił się i pocałował mnie w policzek
– Powiedziałeś prawdę, mój drogi parobczaku – po chwili powtórzył jeszcze raz – Tak, właśnie tak było. Jakby całemu światu i Niemcom. I Niemcom także!
” – Album z rewolwerem.

Goście wracają do Warszawy.
Żegnamy się z siostrą Benigną. Bije od niej spokój i dobroć. A przecież to kobieta, która zabiła. Zabiła we śnie wielką miłość swojego życia.” –  Andrzej Łapicki.

Ciąg dalszy w następny poniedziałek…

Źródła:
Teatr-Pismo – wspomnienie A. Łapickiego – KLIK.
TVN24 – Co ma Miłosz do Białołęki – KLIK.
Dzielnica Białołęka – Historia domu Sióstr Benedyktynek w Henrykowie – KLIK.
Leon Schiller – Życie i twórczość – KLIK. Polecam koniecznie!!!
Zdzisław Umiński – Album z rewolwerem – Czytelnik – 1984.

Wizyta w Davos

Tekst w pierwotnej wersji był dawno temu na innym blogu (TU), ale tak się zmienił, że po namyśle postanowiliśmy nie dodawać mu wyrazu “reblog”. 

Lech Milewski

Drogie syreny…

Drogie syreny, tak musiało być,
kochane fauny, wielmożne anioły,
ewolucja stanowczo wyparła się was.
Nie brak jej wyobraźni, ale…

… byłby to żart
i nadmiar wiekuisty, i kłopoty,
których przyroda mieć nie chce i nie ma.
………………

Dobrze, że choć dopuszcza do scen tak zbytkownych,
jak dziobak mlekiem karmiący pisklęta.
Mogłaby się sprzeciwić – i któż z nas by odkrył,
że jest obrabowany?

A najlepsze to,
że przeoczyła moment, kiedy pojawił się ssak
z cudownie upierzoną watermanem ręką.

Wisława Szymborska – Tomasz Mann – z tomu Widok z ziarnkiem piasku.

Zestawienie Tomasza Manna z dziobakiem jest dla mnie, mieszkańca Australii, bardzo inspirujące. Prawdę mówiąc to i bez tego podświadomie próbuję kojarzyć przeróżne informacje z twórczością tego autora. Oczywiste więc było, że gdy przeczytałem we wspomnieniu Ewy Marii, że jej pradziadek Stanisław Leopold Lubliner udał się (po 1904 roku) do Davos żeby zapoznać się z kuracją płuc za pomocą sztucznej odmy – KLIK – to przypomiało mi się, że pewnego lipcowego dnia 1907 roku…

Młoda wysoka dziewczyna w zielonym swetrze, źle uczesana i z głupkowatymi, na wpół tylko otwartymi, oczami, przeszła tuż obok Hansa Castorpa, dotykając go prawie ramieniem. Przy tym gwizdała… Nie, to było coś niesłyczanego! Gwizdnęła wyraźnie na niego, ale nie ustami, bo wargi miała zaciśnięte, bynajmniej nie wysunięte. Coś w niej gwizdało…
Był to gwizd wybitnie niemiły – chropowaty i ostry, chociaż pusty i przeciągły…
Stał osłupiały…
– Dlaczego masz taką minę?- zapytał (Joachim)
– Ona gwizdała! – odrzekł Hans Castorp. – Ten gwizd wychodził jej z brzucha, kiedy przechodziła koło mnie…
– Ach – powiedzial Joachim i roześmial się pogardliwie. – Nie z brzucha, nonsens. To była Hermina Kleefeld, gwiżdże sztuczną odmą…
Mogę ci to wyjaśnić… to jest coś z dziedziny chirurgii, jak się pewnie domyślasz, operacja, którą tutaj w górze często się stosuje. Behrens ma w tym wielką wprawę…

…ma w tym wielką wprawę – no to nic dziwnego, że aż z Polski przyjeżdżali tu po naukę.

Miałem szczęście do Tomasza Manna gdyż nie zacząłem kontaktu z nim od Buddenbrooków. Moja Matka poleciła mi Czarodziejska Górę, znalazłem ją w bibliotece w domu akademickim i zaczarowała mnie.

Gdy zastanawiam się nad szczegółami, widzę w Czarodziejskiej Górze wiele słabych punktów, ale wydaje mi się, że osoba zakochana lubi czasem wynajdywać drobne skazy w obiekcie swoich uczuć.

Bohater powieści przyjeżdża odwiedzić swojego kuzyna przebywającego w sanatorium dla gruźlików w Davos. Przyjeżdża na 3 tygodnie. W sanatorium odkrywa urok wolności jaką daje choroba – rozluźnienie obyczajów, brak poczucia odpowiedzialności. Odkrywa też wspomnienie młodzieńczego niepokoju, które tutaj przybrało postać zielonookiej Rosjanki i które wywołuje w nim typowy dla tego miejsca stan podgorączkowy.

Co jest skutkiem a co przyczyną? Nieważne, ważne, że nie chce się z tego wyleczyć. Z chęcią przyjmuje ofertę przedłużenia pobytu do 7 tygodni, aby poddać się medycznej obserwacji. Ani się spostrzega a mija 7 miesięcy tego chorobliwego stanu. Dopiero 29 lutego czyli w dniu, który jest również wybrykiem kalendarza, odważa się odezwać się do obiektu swoich uczuć. I to jak – “…gruntownie, iście po niemiecku”.
Następnego ranka jego ukochana wyjeżdża. Nie wiadomo dokąd, nie wiadomo czy kiedykolwiek wróci.
Nasi pacjenci zawsze w końcu tu wracają – stwierdza naczelny lekarz sanatorium – radca Behrens. I Hans Castorp pozostaje. Pobyt w sumie trwa 7 lat. Ta pasja Tomasza Manna do liczb wydłużyła książkę poza granice cierpliwości.

Ja czekałem jeszcze dłużej. W roku 2003, czyli sześciokroć po 7 lat od chwili zaczarowania, odbyłem pielgrzymkę do Czarodziejskiej Góry. Pretekstem był kolejny wyjazd na maratony narciarskie. Zamiast, jak Hans Castorp, z Hamburga startowałem z lotniska Okęcie.
Była Środa Popielcowa. Czekając na lotnisku oglądałem telewizyjny dziennik – na ekranie kardynał Glemp posypywał wiernym głowy popiołem. Trzy dni wcześniej słyszałem ewangelię o tym jak Jezus tłumaczył, dlaczego apostołowie nie przestrzegają postu – gdy są blisko mnie, nie muszą pościć.
Za 2 godziny byłem w Zurychu. Słonecznie. Na dworcu kolejowym odbywał się kiermasz żywności. Pachniało piwem i wędlinami.
– Czyżby Szwajcarzy byli bliżej Boga? – pomyślałem.
Zamiast prosto do Davos jechałem w kierunku St Moritz. W którymś momencie zaczęły się góry…

Moim pierwszym celem w Szwajcarii był Engadin Maraton – cudowna zabawa w niesamowitej scenerii.
Następnego ranka po wyścigu wsiadłem w pociąg do Davos. Trasa prowadziła w dół, co wydało mi się ogromnie śmieszne bo niweczyło cały patos powtarzanego często w książce zwrotu: ...u nas na górze. Wysiadłem, tak jak Hans, w Davos-Dorf…

Po wyjściu z pociągu rozejrzałem się – …skręcili w lewo przez tor, przecięli rzekę… – to zupełnie nie miało sensu, bo wtedy wylądowaliby na północnym stoku góry, gdzie nie dochodzi słońce, a zatem nie ma żadnych sanatoriów.

Po kilku krokach ulicami Davos zauważyłem plakaty informujące, że właśnie jest tydzień braci Mann i co wieczór będą odczyty, dyskusje, czytanie książek itp. Ogromnie mnie to podekscytowało i już chciałem przedłużyć pobyt, gdy zdałem sobie sprawę, że to nie dla mnie, przecież nie znam niemieckiego na tyle, by cokolwiek skorzystać.
No tak, dla mnie Tomasz Mann pisze… po polsku. Znane mi tłumaczenia na angielski robią na mnie smutne wrażenie. Trudno mi zresztą uwierzyć, aby jego książki można było napisać równie dobrze po niemiecku.

Po zakwaterowaniu w hotelu młodzieżowym udałem się prosto do Waldhotel Bellevue. Spacer pod górę stromą Buolstrasse..
…nasze sanatorium, jak widzisz, leży jeszcze wyżej niż ta miejscowość – ciągnął Joachim. – Wyżej o pięćdziesiąt metrów. W prospekcie podane jest sto, ale naprawdę jest tylko pięćdziesiąt… 

Pani w recepcji była przygotowana na takie wizyty i najpierw sprzedała mi książkę Tomasz Mann i Davos, a potem skierowała do korytarza, gdzie były pamiątki hotelowe sprzed 90 lat; na końcu pokój z oryginalnym wyposażeniem:
białe metalowe łóżko, umywalka z niklowanymi kranami… przedwczoraj umarła tu jedna Amerykanka, naturalnie wszystko poddano gruntownej dezynfekcji.

Była jednak niespodzianka – nocnik! Ten szczegół Tomasz Mann pominął w swojej powieści.

Zajrzałem do sali restauracyjnej. Była pusta. Również w barze nie było nikogo. Wróciłem do recepcji
– Czy w barze macie państwo kulmbacheńskie piwo? – zapytałem.
– Kulmbacheńskie piwo? – zdziwiła się recepcjonistka. – Nie słyszałam o takim. Bar otwierają o 5, proszę przyjść i sprawdzić, ale wątpię.
Nie słyszała o kulmbacheńskim piwie???

– Czy nie ma przypadkiem porteru? – zapytał grzecznie karlicy. Niestety porteru nie było. Ale obiecała podać mu piwo kulmbacheńskie i rzeczywiście natychmiast je przyniosła. Było gęste, czarne, z brązową pianą i doskonale zastępowało porter. Hans Castorp pił chciwie z wysokiej półlitrowej szklanki.
Nieco zawiedziony opuściłem hotel i zszedłem na dół do miasta. Wstąpiłem gdzieś na lunch. Tam też nie słyszeli o kulmbacheńskim piwie, więc w zastępstwie zamówiłem ciemne piwo – Perla – nie umywało się do tego, które podano Hansowi.

W hotelu przejrzałem nowonabytą książkę i już na pierwszych stronach wybuchnąłem śmiechem. Otóż Mann celowo pozmieniał topografię Davos, aby zapobiec plotkom i niezdrowej sensacji wokół istniejących obiektów. A więc wyjaśniło się moje zdziwienie na dworcu.

Samo Davos – typowy resort narciarski, tyle że może trochę większy i z dużą ilością normalnych domów mieszkalnych…

No i oczywiście centrum kongresowe, w którym odbywa się Światowe Forum Ekonomiczne i wiele innych międzynarodowych spotkań, ale to nie należy do tej historii.

Ludzie? Masa młodzieży z nartami i snowboardami. Niepretensjonalny tłum. Na internecie znalazłem wzmiankę, że życie nocne w Davos nie jest zbyt ekscytujące.
A ci… “Anglicy z białymi zębami, silnie wyperfumowane panie, Amerykanie o małych głowach… tłum ludzi dość podejrzanych”? Jeśli już gdzieś ich spotkałem to nie w Davos, lecz w hotelu Kempinski w St Moritz.

Następny dzień spędziłem na nartach zjazdowych, ale nie siliłem się, aby odszukać szlak, na którym Hans przeżył swój dziwny sen.

Ostatniego dnia wróciłem do Berghoffu, przepraszam do Waldhotel Bellevue. Znalazłem Hohe Promenade i ruszyłem na spacer śladami bohaterów książki.
Droga była wystarczająco szeroka dla trzech osób, więc Hans Castorp oraz panowie Settembrini i Naphta szli obok siebie, a ja trochę z tyłu. Słuchając ich dyskusji ani się spostrzegłem jak dotarliśmy do hotelu Schatzalp…

Najwyżej położone jest sanatorium Schatzalp, tam, po tamtej stronie, stąd go nie widać. Ci muszą ekspediować swoje zwłoki na bobslejach, bo drogi są zasypane.

Jeszcze jeden dowód potwierdzający celowe pokręcenie topografii przez autora. Schatzalp jest na tym samym zboczu co Waldohtel Bellevue. Musi tu być, bo tylko ten stok jest skierowany na południe.
Zamiast toru bobslejowego znalazłem ulicę Bobbahnstrasse oraz tor saneczkowy, z którego od dawna nikt nie korzystał…

W drodze powrotnej odwiedziłem cmentarz, ale nie znalazłem żadnego z wymienionych w książce nazwisk…

Dwie godziny później zjeżdżałem na dół, tym razem “właściwą trasą” przez Lanquart do Zurychu. Od tego czasu często wspominam tę wizytę. Jej suchy opis wygląda niezbyt ciekawie. Ale nie rozczarowałem się.
A teraz? Zaczarowanie trwa już nieomal osiemiokroć po 7 lat. Rozpoczął się kolejny rok, a więc doskonała pora, żeby przypomnieć sobie, jak: Było to w środku lata. Pewien zwyczajny sobie młody człowiek jechał z Hamburga, swego rodzinnego miasta, do uzdrowiska Davos w kantonie Graubunden…

***

PS. Zapytałam Autora, co to była ta odma? Odpowiedział:

T. Mann chciał uchodzić za doktora wszechnauk tak jak Goethe i pewnie dlatego nie szczędzi szczegółowych opisów różnych teorii naukowych, procedur i aparatów. Czasami są cudowne czasami trochę żenujące – np. opis prześwietlenia klatki piersiowej. Celem odmy jest dać choremu płucu trochę odpoczynku. Wypełnia się je azotem i w ten sposób wyłącza z działania. Po pewnym czasie (pół roku), gdy ubytki spowodowane chorobą zwapnieją, można płuco włączyć do pracy. Odmę trzeba co kilka tygodni uzupełniać – dopompowywać – gdyż azot ulatnia się. Gwiżdżąca Hermina Kleefeld musiała być dopompowywana co tydzień.

Australia (odcinek 4) i gdzie indziej

Lech Milewski

Bez stałego adresu

Potem poznał Adam Ewę, żonę swoją, która poczęła i porodziła Kaina.
I rzekła: otrzymałam męża od Pana. I porodziła zasię brata jego Abla;

i był Abel pasterzem owiec, a Kain był rolnikiem.
I stało się po wielu dni, iż przyniósł Kain z owocu ziemi ofiarę Panu.
Także i Abel przyniósł z pierworodztw trzód swoich i z tłustości ich.
I wejrzał Pan na Abla i na ofiarę jego.
Ale na Kaina i na ofiarę jego nie wejrzał...

Biblia Święta – Brytyjskie i Zagraniczne Wydawnictwo Biblijne

Więc Abel był pasterzem a Kain rolnikiem! Zauważyłem to dopiero teraz, dzięki Robyn Davidson – tej, która przewędrowala z wielbłądami prawie 3,000 km po australijskiej pustyni.

Dalszy ciąg biblii według Robyn Davidson brzmi tak:
naśladowcy Kaina pozostają w jednym miejscu, przywiązani do ziemi i jej plonów. Naśladowcy Abla wędrują ze swoimi stadami w poszukiwaniu paszy.
Produkty roli – wysokokaloryczne, o małej zawartości protein, jednorodne – są gorsze niż produkty hodowli. Mogą wyżywic więcej ludzi, lecz strawą o niższej jakości. Koczownicy są zdrowsi, gdyż lepiej się odżywiają, mają bardziej urozmaicony tryb życia, nie są dotknięci okresami nieurodzaju, gdyż przenoszą się z miejsca na miejsce.
Potomstwo rolników jest chorowite, dręczą je epidemie, które nie dotykają ludzi pozostających w ciągłym ruchu. Kobiety ludów osiadłych mają dużo miej swobody, są regularnie w ciąży, gdyż rola potrzebuje wciąż nowych rąk do pracy.
Koczownicy nie mogą gromadzić dóbr i nie mogą ich ukryć przed oczami współtowarzyszy, a ludzie żyjący za roli zatracili kulturę dzielenia się wszystkimi dobrami. Nadmiernie ekspoloatowana ziemia traci wydajność, rozrost rodzin zwiększa zapotrzebowanie na płody rolne. Rozwiązanie jest proste – powiększać tereny uprawne – karczować lasy, wypędzać koczowników z bezpańskich stepów.
Powstają wsie, zupełnie nowa forma społeczności, nowy kod moralny, skoncentrowany na ochronie prywatnej własności. Następuje specjalizacja, coraz większe różnice majątkowe, segregacja społeczeństwa. Nagromadzone dobra kuszą złodziei, powstaje zapotrzebowanie na zawodowych strażników.
Kolejny etap rozwoju to miasta, konglomeracje ludzkie, wymagające instytucji utrzymujących spójność siłą, pojawia się policja, wojsko, urząd podatkowy, kościół.
Naśladowcy Abla są skazani na wymarcie. Każdy wartościowy skrawek ziemi został zajęty przez ludy osiadłe, pozostały pustynie, szczyty gór, tereny arktyczne.
Naśladowcy Kaina przehandlowali zanurzenie się w Naturze na dominację nad Naturą. Natura stała się przeciwnikiem, którego trzeba podporządkowac ludzkim wymaganiom. Ludzie przestali być homo sapiens, stali się homo arrogans.
Ziemia staje się miejscem niemożliwym do życia. Coraz częściej przywołuje się wizję Apokalipsy, podczas której tylko wierni wyznawcy prawdziwej religii zostaną uratowani.
Nienawidzący życia Bóg z radością zniszczy Ziemię, tę Ziemię.

Robyn Davidson nie kpi sobie z religii, nie jest też działaczką na rzecz ochrony przyrody. Jest wędrowcem. W swoim eseju wspomina, że słowo wędrówka tłumaczy się na francuski l’errant. Rdzeń tego słowa to err – błądzić, popełniać błędy, a zatem i uczyć się na błędach.

Nie mam więc do niej pretensji, że przedstawiła rozwój ludzkości nieco jednostronnie. Dla porządku przypomnę, że Adam i Ewa, po Kainie i Ablu, spłodzili jeszcze Seta. Z rodu Seta wywodzi się Noe, a zatem, zakładając, że podczas potopu utopili się potomkowie Kaina (i Abla jeśli miał potomstwo), jesteśmy wszyscy potomkami Seta – co za ulga.

Podczas wędrówki przez pustynie Australii Robyn miała okazję bliżej poznać tradycje i kulturę Aborygenów i wielokrotnie stawia ją jako wzór harmonijnego współżycia człowieka z naturą. Dowód jest prosty – Aborygeni żyli w Australii ponad 40,000 lat i utrzymali tutejszą przyrodę w dziewiczym stanie.
Nie byli oni nomadami w powszechnym rozumieniu tego słowa. Nie byli też pasterzami jak Abel. Byli myśliwymi i zbieraczami, pozostawali w ciągłym ruchu na terenach gdzie żyły duchy ich przodków, nie gromadzili dóbr, kobiety pełniły role równie istotne jak mężczyźni, nie rozmnażali się nadmiernie.

Na marginesie wspomnę, że stosunki między członkami aborygeńskiej społeczności są określone przez skin name czyli imię określające pokrewieństwo z szeroko rozumianą rodziną. Wchodzący w świat dorosłych Aborygen znając swoje skin name wie jak się ma zachować w stosunku do ludzi wokół niego. Z kim może utrzymywać kontakt, komu okazywać specjalny szacunek, za kogo ponosi odpowiedzialność, z kim może się ożenić – to ostatnie było bardzo istotne w niewielkich społecznościach i skutecznie chroniło Aborygenów przed poczęciem dzieci z wadami genetycznymi.

Robyn Davidson ma chyba zbyt niespokojnego ducha, by dołączyć na stałe do aborygeńskiej społeczności. Zresztą takich autentycznych aborygeńskich społeczności już nie ma.
Po zerwaniu z Salmanem Rushdie Robyn czuła potrzebę działania, zrobienia czegoś na własną rękę. Przez przypadek spotkała Narendrę, człowieka ze społecznych wyżyn Rajastanu, który zaproponował, żeby przyjechała do Indii, tu znajdzie coś dla siebie.

Stary mit głosi, że bóg Sziwa zesłał Rabari na Ziemię, aby zajmowali się wielbłądami…

Znalazła – wędrowne plemię Raika zwane również Rabari. Zajęło jej ponad rok, zanim znalazła grupę koczowników, która zgodziła się ją przyjąć. Po pierwsze takich grup nie ma już wiele. Niektóre z nich mają już stałe siedliska i udają się tylko na krótkotrwałe wyprawy z bydłem, pozostawiając kobiety w domu. Po drugie koczownicy obawiali się, że Robyn stanie się przynętą dla porywaczy, liczących na sowity okup. Po trzecie obawiali się, że nie da sobie rady i narobi kłopotu. Po czwarte wreszcie podejrzewali, że jest mężczyzną  i narobi kłopotu ich kobietom.

Ostatecznie znalazła odważnych w sąsiednim stanie Gujarat. Dang czyli grupa koczowników liczyła 50 osób, które wyruszały w drogę z 20 wielbłądami i stadem 5,000 owiec. Wódz grupy – Phagu – zwołał konferencję z udziałem swojej żony i starszyzny. Robyn musiała odpowiedzieć na wiele pytań i ostatecznie została zaakceptowana. Każdy członek dangu musi mieć określone relacje z resztą grupy, a więc Phagu zaadoptowal Robyn jako swoją córkę.
Gdy decyzja została ogłoszona, Robyn zostala otoczona przez kobiety, które przyniosły jej słodycze i drobne prezent oraz nadały jej imię Ratti-ben – siostra z krwi. Pokazały jej jak ma załadować swoje rzeczy na wielbłąda, jak go rozładować i jak przygotować sobie legowisko. Legowisko miała rozbijać między dwoma gałęziami swojej rodziny – rodziną swojego “ojca” i rodziną jego brata.
Robiło się ciemno, trzeba było szybko przygonić jagnięta, które na noc przywiązywało się do długich sznurów. Wreszcie pora na gotowanie kolacji – zawsze takiej samej – chleb roti z kaszy jaglanej i zupa z maślanki.

Rozkład dnia wyglądał mniej więcej tak: pobudka przed 5. To dla kobiet. Mężczyźni spędzali noc pilnując owiec. Kobiety myły garnki, doiły owce, ubijały mleko, żeby oddzielić masło i maślankę. Po śniadaniu wyganiano owce na wyznaczone pastwisko. Mężczyźni szli w poszukiwaniu nowych terenów, kobiety zaś udawały się do najbliższej wioski po zakupy.

Wyznaczone pastwisko, najbliższa wioska – nie wygląda to na swobodne życie z dala od cywilizacji. Cywilizacja wpycha się wszędzie. Dang musiał uzgadniać każdy swój ruch z miejscową osiadłą ludnością. Głównym argumentem na korzyść koczowników było dostarczenie bezpłatnego nawozu. Jest to coraz mniej atrakcyjny towar, ciągłe więc trzeba planować kolejne ruchy, co staje się coraz bardziej uciążliwym zajęciem.

Zależnie od planu dnia czasem dang pozostawał na noc w tym samym miejscu, czasem wędrował na nowe. Czasem trzy kilometry, czasem pięćdziesiąt. Bagaże, dzieci i chorych ładowano na wielbądy, i w drogę.
Po przybyciu na miejsce obozu pierwszą sprawą było przyniesienie wody – czasem kilkaset metrów, czasem kilka kilometrów. Pora na gotowanie obiadu. W tym czasie w pobliże obozu, w tumanach kurzu, wpływały strumienie owiec. Pasterze przynosili nowonarodzone jagnięta, przyganiali wielbłądy, oddzielali jagnięta od matek, przeglądali wyposażenie i wreszcie mogli dołączyć do swoich rodzin.

Nadchodziła najmilsza część dnia. Rozpoczynała się kilku minutami ciszy dla rozładowania zmęczenia i emocji, po czym następował przegląd wydarzeń dnia. Powoli rozmowy cichły, znużeni ludzie zapadali w sen. Noce były dla Robyn wyjątkowo nieprzyjemne. Przywiązane wokół jej legowiska owieczki wskakiwały na nią, potrącały, lizały. W rezultacie rzadko spała dłużej niż 3 godziny.

Swoje doświadczenia z tej wyprawy opisała w książce Desert Places, która jest nieosiągalna w Australii, w związku z czym opieram się tu na materialach podanych w źródłach.

Robyn myślała, że spędzi z koczownikami cały rok. Wytrzymała niewiele ponad miesiąc. Przyczyn było wiele – bardzo istotną był brak snu. Koczownicy spali w nocy tylko 3-4 godziny, ale potrafili zapaść w odżywczy sen w każdej wolnej chwili. Robyn nie posiadła tej umiejętności. Drugi problem to bariera językowa. Robyn nie znała języka koczowników, porozumiewała się z nimi w jezyku hindi, który obie strony znały dość słabo. To uniemożliwiało jej autentyczne uczestnictwo w życiu obozu, a mnie nastraja dość sceptycznie do jej entuzjastycznych ocen stosunków społecznych w dangu.
Po trzecie czuła się bezużyteczna, nawet próby lekcji angielskiego dla obozowych dzieci nie były udane. Zdawała sobie sprawę, że jest dodatkowym ciężarem dla grupy, która i bez tego ma wiele codziennych kłopotów.
W wywiadze dla Dumbo Feather ocenia ten projekt jako całkowitą porażkę.

Pozostała jednak w Rajastanie, ale w zupełnie innej roli. Jej znajomość z Narendrą – rajastańskim arystokratą, który zachęcił ją do przyjazdu do Rajastanu – przekształciła się w uczucie i trwały związek. Po śmierci Narendry Robyn zachowała dużą posiadłość, w której zatrudnia bardzo liczny i niezbyt użyteczny personel. To miejscowy sposób dobrowolnej dystrybucji bogactw. Być może lepszy niż dążenie za wszelką cenę do wysokiej wydajności pracy i utrzymywanie rzesz bezrobotnych na zasiłkach.

W swoich publikacjach i wypowiedziach Robyn stale podkreśla pozytywy pradawnego życia Aborygenów i koczowniczych plemion. Nie ma jednak złudzeń co do kierunków rozwoju cywilizacji.
Paradoksalnie nadruchliwość stała się znakiem naszych czasów. Ponadnarodowe korporacje, biznesmeni spedzający całe lata w hotelach i samolotach. Ludzie masowo zmieniający kraje dla kariery, lub znalezienia jakiejkolwiek pracy, lub ucieczki przed wojną czy innym kataklizmem.
Nie da się to jednak porównać do tradycyjnego koczownictwa. Tam i wtedy ludzie czuli stale bliski związek z terenami, w których przebywali i ze swoją społecznością. Nowoczesny nomada jest oderwany od swoich korzeni. Zaprawdę nie nomada lecz monada – samotna jednokomórkowa istota.

Cóż nam pozostaje?
W każdej religii – pisze Robyn – można znaleźć motyw porzucenia osiadłego życia i ruszenia własną drogą do boskości. Sadhu (Hindi), który porzucił dom aby żyć jako żebrak, pielgrzymi w drodze do Santiago lub Mekki, Budda. Tylko w drodze możemy odkryć lepszą część nas samych.

Źródła:
Robyn Davidson – No fixed address, Nomads and the fate of the planet.
Wywiad z Robyn Davidson w Dumbo FeatherKLIK.

Poprzednie posty Lecha o Robyn Davidson:
Dziewczyna z wielblądami
Dalszy ciąg opowieści  o dziewczynie z wielbłądami
Wyprawa

Australia – odcinek 3

Lech Milewski

Wyprawa

Skoro National Geographic został sponsorem wyprawy, trzeba było ustalić z grubsza przebieg trasy, punkty spotkań i punkt docelowy. Ostatnie nasuwało się samo – Ocean Indyjski. Jeśli chodzi o przebieg trasy, to National Geographic miało tylko jedno stanowcze wymaganie – sesja zdjęciowa w okolicach Ayers Rock.

Długość trasy – około 2,700 km.

Był początek marca, doskonały czas na start, żeby zakończyć wędrówkę w połowie grudnia, przed nadejściem najgorszych upałów.
Wielbłądy zostały przetransportowane z Utopii do Alice Springs, gdzie Robyn kompletowała w pośpiechu potrzebny jej sprzęt.
Przyjechal tam również Rick Smolan pełen entuzjazmu i najlepszych chęci. Przywiózł wiele niepotrzebnych sprzętów – radio krótkofalowe, ogromny mechanizm do ładowania baterii, gumową łódkę.
Widział już siebie w wielkiej romantycznej przygodzie. Nie zdawał sobie sprawy, że on sam jest częścią problemu.

Sallay Mahomet zaoferował się podwieźć wielbłądy do miejsca, gdzie kończyła się szosa, a zaczynała pustynia. Osobiście załadował na nie cały ekwipunek…

Pożegnanie z ojcem i siostrą, i w drogę…

Po kilku krokach rozwiał się nerwowy ucisk w żołądku. Wokół było światło, siła, przestrzeń i słońce. Chciała krzyczeć: kocham was, kocham was niebo, ptaki, wiatr, urwiska, słońce, pustynię, pustynię, pustynię! PSTRYK – sponsor czuwa
Hej, jak Ci idzie, przywiozłem kilka zdjęć, które zrobiłem, jak wyruszałaś na trasę – Rick siedzial uśmiechnięty w samochodzie, kołysząc się w rytm muzyki z radia.

Twardy powrót do rzeczywistości. Ładunek na grzbiecie Dookie był niebezpiecznie przechylony, Zeleika ciągnęła linę do tyłu, chcąc zobaczyć, co się dzieje z jej synkiem, Goliath wyrywał się do matki, szarpiąc siodło na grzbiecie Buba. I do tego ten intruz z wszechobecnym aparatem fotograficznym. Na szczęście następne spotkanie dopiero pod Ayers Rock.

Pierwszy samodzielny ranek. Załadowanie wielbładów zajęło dwie i pół godziny. Prawie 400 kg – 8 pojemników na wodę (łącznie 100 litrów), narzędzia, żywność, medykamenty, sprzęt kempingowy. Teraz można usiąść na grzbiecie Buba i dać się nieść. Ciszę pustyni przerywa tylko dźwięczenie dzwonków na szyjach wielbłądów.

Marzec – pustynia pulsuje życiem. Wiele rodzajów ptaków i bogactwo rośłin.
Robyn poznala trochę tajników aborygeńskiej kuchni. Na australijskiej pustyni można znaleźć odpowiedniki ziemniaka, papryki, pomidora, bakłażana. Kłopot w tym, że bardzo trudno je odróżnić od mocno toksycznych odmian. Z upływem czasu Robyn korzystała coraz częściej z darów natury, uzupełniając je okazjonalną puszką sardynek i dużą ilością słodkiej herbaty.
Nocleg na pustyni – cisza, ciemność, miliony gwiazd nad głową. Robyn miała już na tyle doświadczenia, żeby po przebudzeniu nie nastąpić na skorpiona lub nie wpaść w uściski grzejącego się przy niej jadowitego węża. Najgorszą zmorą było ciągłe nasłuchiwanie wielbłądzich dzwonków. Dzwonią – może wielbłady oddalają się? Nie dzwonią – może uciekły? Jeśli cisza trwała zbyt długo, Robyn wołała wielbłady. Jeśli cisza trwała nadal trzeba było wstać i zobaczyc gdzie poszły. Na ogół nie dalej niż 100 metrów od obozu. I tak dwa, trzy razy każdej nocy.

Po trzech dniach dotarła do osiedla Ayeronga, zamieszkałego przez aborygeńskie plemię Pitjantjara. Już kilometr przed osadą została przywitana przez tłumek dzieci. Skąd wiedziały o jej przybyciu? Bush telegraph?
Aborygeńskie dzieci, najbardziej radosne i przyjazne dzieci na świecie. Po minucie obsiadły plecy Robyn i grzbiety wielbładów. Robyn wypróbowywała swoją znajomość języka Pitjantjara, co było kwitowane wybuchami śmiechu. Jedyne co sama mogła zrozumieć to kunga rama-rama – szalona kobieta.

Następne dwa tygodnie to wędrówka do Ayers Rock. Im bliżej, tym częściej spotyka turystów – przedobrzone samochody terenowe, krótkofalówki, kapelusze z korkami na sznurkach (ochrona przed muchami), nieodłączna butelka piwa w dłoni i aparat fotograficzny. Traktowała ich bardzo gburowato, ale to niewiele pomagało.
Te dwa tygodnie były niemiłe – stały niepokój o wielbłądy, zmęczenie, zniechęcenie – po co ja właściwie to robię?

Wreszcie Uluru – wielka skała, która wtedy nosiła jeszcze nazwę Ayers Rock. Widok tego monolitu złagodził wszelkie niepokoje…

Niestety zaraz, za kilka godzin pojawił się Rick i zaczęły się niekończące się sesje zdjęciowe. Robyn z wielbłądami pod skałą, przy skale, na tle skały.
Hej Rick, gdzie się podziało uczciwe dziennikarstwo? – wołała Robyn, stroiła fochy, robiła ponure miny lub patrzyła gdzieś w bok.
Bardzo denerwowal ją fakt, że Rick w ogóle nie czuł pustyni, nie czuł się jej cząstką. Gdy nie robił zdjęć, słuchał muzyki i czytał. Sprawę pogarszało to, że Robyn zdawała sobie sprawę, że jest o bardzo inteligentny i wrażliwy człowiek, że wkłada wiele entuzjazmu, w to co robi, że chciałby jej pomóc. Czuła wyrzuty sumienia, że traktuje go tak źle, ale inaczej nie mogła.
Po dwóch dniach miała dosyć – albo się dzisiaj dogadamy albo wynosisz się stąd, a ja zwrócę National Geographic otrzymane od nich pieniądze. Trwało to wiele godzin, ale osiągnęłi jakieś porozumienie.

Pogoda pogorszyła się, zaczęły się deszcze, na domiar złego Dookie doznał kontuzji nogi. Postój trwał sześć tygodni. Robyn obozowała na skraju aborygeńskiego osiedla i miała częste kontakty z miejscowymi kobietami. Były bardzo życzliwe i pomocne, zaprosiły ją nawet na niektóre, wyłącznie kobiece, ceremonie, ale nie było mowy o pełnym zrozumieniu i bliższym kontakcie.
Następne 160 km trasy przebiegało przez tereny, na których znajdowało się wiele aborygeńskich świętych miejsc. Do niektórych z nich kobieta mogła zbliżyć się tylko w towarzystwie mężczyzny. Robyn poprosiła kobiety o wybadanie, czy znalazłby się ktoś chętny, żeby jej towarzyszyć. Brak odpowiedzi oznaczał odmowę.
Stan nogi Dookie polepszył się. Ruszyła w dalszą drogę w nadal w złym nastroju.

Po kilku dniach doszło do spotkania z dzikimi wielbłądami, samcami. Pomna wskazówek Sallaya sięgnęła po karabin. Myślała, że wystarczy odstraszający strzał w nogę. Niestety trzeba było oddać kilka strzałów i wreszce zabić. Jednego, drugiego, trzeciego.

Pogoda zmieniła się na słoneczną. Pustynna sawanna zmieniła się w piaszczyste wydmy. Wędrówka stała się powolna i uciążliwa. Dlaczego te wielbłady wypijają tyle wody? Po kilku dniach sytuacja stała się krytyczna. W nocy gnębiły ją halucynacje i makabryczne sny. Wreszcie na horyzoncie jakaś zieleń, za parę chwil świergot ptaków – źródło.

W nocy obudził ją warkot samochodu. Turyści – pomyślała z niechęcią – natrętne pytania, fotografie. W głowie czuła zupełną pustkę, żadnych myśli, nie chce rozmawiać, nie może znaleźć żadnych słów.
Okazalo się, że to Aborygeni powracający z plemiennego spotkania. Przyjacielscy, weseli, zmęczeni. Nie ma obaw, przy nich nie trzeba niczego udawać, wystarczy siedzieć przy ogniu, popijać herbatę ze wspólnego garnka, nie trzeba niczego mówić.
Następnego ranka Aborygeni zakomunikowali jej, że jeden z nich będzie jej towarzyszył przez następne dwa dni, aż dojdzie do pobliskiej osady.
Z grupy wystąpił starszy mężczyzna, na jednej stopie miał zbyt dużego adidasa, na drugiej damski trzewik. Wskazał na siebie palcem i przedstawił się – Mr Eddie.
Przedstawiła się również Robyn i zdała sobie sprawę, że jej imię zostało zrozumiane jako królik. Oboje wybuchnęli śmiechem.

W towarzystwie Mr Eddie wiele problemów przestało istnieć. Niepotrzebna była mapa i kompas, Mr Eddie był wszędzie i zawsze u siebie. Przy nim zrozumiała lepiej stosunek Aborygenów do Ziemi.

Ziemia w obecnym jej kształcie została stworzona w okresie Dreamtime przez przodków o nadludzkiej mocy i energii. Podczas ich wędrówek powstała obecna topografia, a ich energia pozostała na trasach, zaklęta w formacjach skalnych, w miejscach wyjątkowych wydarzeń. Obecni ludzie mogą czerpać tę energię poprzez związek duchowy i wypełnianie religijnych obowiązków wobec świętych miejsc. W aborygeńskim świecie żadna rzecz ani istota nie istnieje sama w sobie. Wszystko jest częścią nieskończenie skomplikowanej sieci powiązań.
W tym świetle prawo własności ziemi jest absurdem. Człowiek nie może posiadać ziemi, to Ziemia posiada człowieka.
Oczywiście we współczesnym świecie Aborygeni muszą działać zgodnie z obowiązującymi zasadami prawa, a zatem sprawa prawa do ziemi przodków jest bardzo istotna. Więcej na ten temat pisałem tutaj – KLIK.

Po dwóch dniach dotarli do osiedla Aborygenów. Po krótkich pertraktacjach Mr Eddie zgodził się towarzyszyć Robyn przez dalsze 300 km.
Na początek Robyn pozbyła się dużej części bagaży, które okazały się niepotrzebne.
Następnie przyszedł czas na zawarcie ugody z czasem. Robyn zdała sobie sprawę, że budzik wyznaczający termin wykonania przeróżnych czynności jest tylko obciążeniem psychicznym. Na pustyni czas niesie ze sobą właściwą porę na wszystko, trzeba się tylko w to wsłuchać i włączać się w przyjazny nurt. Po kilku dniach nakręciła dobrze swój budzik i zostawiła go na pustyni.
Poznała też aborygeńskie określenia dystansu – mały kawałek, kawałek, trochę długi kawałek, długi-długi kawałek, za daleko. Oczywiście cel jej wyprawy zaliczał się do tej ostatniej kategorii.

Ulubioną potrawą Mr Eddie był pieczony kangur. Robyn zastrzeliła kangura i wyjęła nóż aby go oprawić. My Eddie gwałtownie zaprotestował – tego nie wolno robić. Należy opalić sierść kangura nad ogniem i zetrzeć zwęglone włosie a następnie zakopać tuszę w piasku pomieszanym z rozżarzonym węglami. Po godzinie mięso jest niezwykle soczyste i smaczne. Oczywiście było tego zbyt wiele jak na dwie osoby i psa i taką ucztę wyprawili sobie chyba tylko raz.

Spotkanie z turystami uprzytomniło jej, że osiągnęli swój cel – osiedle aborygeńskie Warburton. Radosne okrzyki, aparaty fotograficzne, pogardliwe traktowanie Mr Eddie. Robyn po raz pierwszy zrozumiała, jak Aborygen czuje się w takiej sytuacji. Ogarnął ja wstyd, poczucie winy i wściekłość. Ale co można zrobić? Mr Eddie był na to lepiej przygotowany – zaczął biegać w kółko wymachując rękami i wrzeszcząc – money, money. Przestraszeni turyści odbiegli uprzednio opróżniając swe portmonetki z drobnych. Gdy turyści zniknęli oboje dostali histerycznego ataku śmiechu.

W Warburton oczekiwał ich Rick Smolan z aparatem i karabinem – prezentem dla Mr Eddie.
Odpoczynek w Warburton trwał tydzień i dopiero wtedy Robyn zorientowała się, jak bardzo się zmieniła podczas ostatnich tygodni. Zapomniała o trasie i o czasie, w jej pamięci pozostała magia cudownych wizji i wspomnień. Tak, taką właśnie wyprawę chciała przeżyć, ale aż do tej chwili o tym nie wiedziała.

Przed Robyn był najdłuższy odcinek wędrówki – Gibson Desert – 650 km pustkowia, zarośniętego ostrą, niejadalną trawą spinifex. Minimum miesiąc bez szansy spotkania człowieka.
Robyn ruszyła w pogodnym nastroju, pełna wiary we własne siły. Jej obuwiem były luźne sandały, nie chroniły przed żwirem, kamieniami, ostrą trawą, ale podeszwy stóp Robyn były trwarde jak skała. Osiągnęła niewyobrażalny poziom zdrowia, sprawności i odporności na upał, zimno i ból. Niekończące się szeregi piaszczystych wydm nie przerażały jej. Wszystko mialo sens. Choćby ślady małego żuka. Kiedyś byłby to tylko abstrakcyjny wzór na piasku. Teraz była to cała historia – skąd przyszedł, dokąd idzie, czego szuka, kto na niego poluje.

Wielbłądy dostroiły sie do niej. Szły jak demony w głębokim osypującym się piachu Ranne pakowanie bagażu trwało tylko pół godziny. Wkrótce zorientowała sie, że wcale nie trzeba jej tyle płynów, ile zalecają doświadczeni pustynni wędrownicy.
Samotność zabijała długimi rozmowami z psem i pisaniem listów do dalekich przyjaciół. Prawdopodobnie spotka się z nimi wcześniej niż dotrą do nich te listy, ale stały się one regularną wieczorną ceremonią.

Punkt docelowy – stacja hodowlana Carnegie – okazał się wielkim rozczarowaniem. Walące się płoty, wysuszone szkielety zwierząt, ani żywej duszy, ani źdźbła trawy. Stacja padła ofiarą suszy i rabunkowej gospodarki (nadmiar inwentarza) hodowców bydła.
Musiała zmienić kurs, skierowała się w stronę starych terenów hodowlanych, w nadziei, że znajdą trochę trawy i funkcjonujące studnie.
Wielbłądy trzymały się dobrze na niewielkiej ilości paszy. Problemem była Zeleika a właściwie jej rozpuszczony synek, Goliath, który wysysał z matki wszelkie soki. Rozdzielenie ich było bardzo trudne.

Po kilku dniach dotarli do stacji Glenyale zamieszkałej przez starsze małżeństwo. hodowców z krwi i kości. Zaoferowali jej gościnę na tydzień, traktowali jak własną córkę.
Jeśli chodzi o ich stację to nie mieli złudzeń. Bydło padało z głodu, praktycznie żadnych dochodów, żadnej pomocy, jeśli jutro nie spadnie deszcz to koniec. I tak trwali do następnego jutra.
Wielbłądy nabrały trochę ciała, czas w drogę. Państwo Ward, poza zaopatrzeniem w żywność, dali Robyn kaganiec dla Diggity. To tereny hodowlane, uważaj na strychninę jaką tu zrzucają z samolotów, żeby wytruć drapieżne psy dingo.

Diggity nie chciał nosić kagańca, jego instynkt zawiódł. Którejś nocy obudził Robyn z pianą na ustach, musiała go zastrzelić.

Dygresja – w pierwszym odcinku napisałem, że Robyn z czwórką wielbładów i psem dotarła do celu. Gdy zobaczyłem opublikowany wpis, zdałem sobie sprawę, że coś nie jest w porządku. Przecież nie pamiętam scen, w których Diggity skacze do oceanu. Mam film na dvd więc zajrzałem – oczywiście wszystko jest, dokładnie jak w książce, to moja pamięć skasowała najbardziej tragiczne wydarzenie.
Przy okazji zauważyłem wiele bardzo drobnych szczegółów, których, bez przeczytania książki, niesposób spostrzec czy zrozumieć. Zdałem też sobie sprawę jak szczera i naturalna jest relacja autorki. Podobnie jak przy spotkaniach z fotografem Robyn w swojej książce unika wszelkiego kreowania nastroju i budowania napięcia. To może zmniejszać atrakcyjność książki i filmu, ale jak napisałem na wstępie pierwszego odcinka – żeby polubić australijską przestrzeń, trzeba ją pokochać.

Robyn kompensowała szok po śmierci psa zwiększonym wysiłkiem – czasem do 40 km dziennie. Po 10 dniach dotarła do stacji hodowlanej Wiluna, gdzie czekało na nią wielu mniej lub bardziej profesjonalnych łowców sensacji.
Po śmierci Diggity uznała, że dalsza wędrówka nie ma sensu. Przecież nigdy nie było jej zamiarem gdziekolwiek dotrzeć, przygoda na pustyni była już kompletna. Teraz uznała, że musi iść dalej, tylko po to, żeby uciec od ludzkiej natarczywości.
Rick okazał się bardzo pomocny. Pomagał jej ukrywać się przed obiektywami aparatów. Od tego miejsca wędrowali już razem. Razem postanowili spłatać mediom wielkiego figla. Oficjalnym celem wyprawy była miejscowość Carnavon i tam mogli oczekiwać dużej ilości reporterów. Robyn udało się znaleźć farmera mieszkającego nad brzegiem oceanu, który zgodził się przyjąć jej wielbłądy na zasłużoną emeryturę. A zatem zakończyli wędrówkę na tej farmie i potem wykąpani, odświeżeni, przyzwoicie ubrani przyjechali do Carnavon.

Dwa lata po zakończeniu wędrówki ukazała się relacja z wędrówki – książka Tracks – która natychmiast zdobyła dużą popularność i po dzień dzisiejszy jest regularnie wznawiana.

Łatwo się domyślić, że Robyn nie spoczęła na laurach i że nie zmieniła trybu życia na osiadły. O jej fascynacji życiem nomadów postaram się napisać w przyszłym roku.

Korzystając z okazji życzę czytelnikom blogu miłej końcówki Świąt i żeby Wasza wędrówka przez kolejny rok była szczęśliwa, ciekawa i satysfakcjonująca.

PS. Ponad 30 lat po wspólnej przygodzie Robyn i Rick Smolan pozostają nadal przyjaciółmi.

źródła:
1. Robyn Davidson – Tracks – wydawnictwo Bloomsbury – 2012.
2. Film TracksKLIK.
3. Robyn Davidson, Rick Smolan – Inside Tracks – album fotograficzny.
4. Wywiad z Robyn w programie Talking Heads – KLIK.
5. Wywiad Robyn dla Phoebe Smolan (córki Ricka) – KLIK.

Australia – odcinek 2

Lech Milewski

Dalszy ciąg opowieści o Dziewczynie z wielbłądami, rozpoczętej w zeszłym tygodniu

W poprzednim odcinku pisałem głównie o marginesach pustynnej wędrówki Robyn Davidson. Dzisiejszy wpis o wędrówce zacznę więc od początku.

W 1975 roku 25-letnia Robyn przyjechala do Alice Springs z zamiarem wielomiesięcznej wędrówki z wielbłądami po pustyni. Wydawało się jej, że $6 to wystarczający kapitał – przecież na pustyni nie ma sklepów. O wielbłądy też się nie martwiła, tysiące dzikich wielbłądów krążą po australijskich pustyniach.

Pierwsze wielbłądy sprowadzono do Australii w 1860 roku na potrzeby ekspedycji odkrywczych. Sprawdziły się tak dobrze, że do końca XIX wieku sprowadzono ich 15,000, głównie z północnych stanów Indii. Ich poganiaczami byli najczęściej imigranci z Afganistanu. Na początku XX wielu kolej wyparła wielbłądy z gospodarki. Pojawił się The Ghan – pociąg z Adelajdy do Darwin. Długość trasy 2,927 km. Nazwa pociągu – The Ghan – to oczywiście ukłon w stronę afgańskich poganiaczy – skrót słowa Afghan.

Afgańscy poganiacze dostali polecenie zastrzelenia zwierząt. Nie posłuchali, wypuścili je na pustynię. Wkrótce stały się zagrożeniem dla środowiska. Spis przeprowadzony w roku 2008 wykazał, że był ich prawie milion, a ich populacja podwajała się w ciągu 10 lat. Zabrano się energicznie do uboju. Obecnie udaje się utrzymać populację wielbłądów na stałym poziomie około 300,000.

Wielbłady

Po przyjeździe do Alice Springs Robyn poszukała taniego noclegu. Znalazła go oczywiście na kempingu – $3 we własnym namiocie, w przeciwnym wypadku $8. Nie miała ani własnego namiotu ani ośmiu dolarów. Na szczęście zauważyła młodych ludzi z długimi włosami rozbijających duży namiot. Spytała czy może z nimi przenocować. Zgodzili się.

Znowu muszę się zatrzymać – samotna młoda dziewczyna bez środków finansowych pcha się w bardzo ryzykowne sytuacje. Czy to normalne, czy to możliwe?
W tamtych latach – wczesne lata 70 – to było całkiem naturalne, tłumaczy Robyn w wywiadzie radiowym. Nasze pokolenie nie miało żadnych obaw o teraźniejszość ani o przyszłość. Byliśmy dziećmi powojennego prosperity. Obecnie życie bez dokładnego planu ekonomicznego jest zakazane.

Znalazła pracę w pubie, ale zrezygnowała gdy zorientowała się , że jej ludzkie podejście do Aborygenów nie jest tolerowane. Skierowała kroki do firmy prowadzącej wielbłądzie przejażdżki.
Nieskazitelnie biały austriacki domek. Idealny porządek dookoła. Przywitał ją mężczyna w białym beduińskim stroju i białym turbanie na głowie, mówiący z bardzo silnym niemieckim akcentem – Kurt Posel.
Ledwie wypowiedziała pierwsze zdania, a już miał dla niej propozycję – osiem miesięcy pracy i da jej dwa dzikie wielbłądy oraz sprzeda jednego wytrenowanego za pół ceny.
Następnego dnia dostała służbowe ubranie – biały stój i turban oraz pierwsze zadanie – sprzątać wielbłądzie odchody. Okazało się, że z wielbłądów sypią się wciąż “kozie bobki”, Robyn uwijała się więc po placu z łopatką. Przerwała na chwilę i już zjawił się przy niej Kurt – syczący oddech, krystalicznie zimne oczy rzucały pioruny – VOTTT IS DATTT? Przyklękła, lecz nie widziała niczego. Kurt ukląkł obok niej i wskazał odrobinkę wielkości kilku ziarenek piasku. Sprzątnęła i Kurt jakby nigdy nic zaczął tłumaczyć jej zwyczaje wielbładów. Pierwszym odruchem było natychmiast odejść, ale przeważyła świadomość, że Kurt wie o wielbłądach wszystko.

Wielbłądy to według Robyn zwierzęta równie inteligentne jak psy. Łatwo przywiązuja się do ludzi, są bezczelne, rozbrykane, dowcipne, cierpliwe, pracowite, zagadkowe i pełne wdzięku. Kochają wolność i to w połączeniu z dużą inteligencją powoduje, że są trudne do wytrenowania.
Trenowane w niewłaściwy sposób potrafią być bardzo niebezpieczne. Nogi wielbłąda potrafią kopnąć w każdym kierunku i zabić. Paszcza wielbłada potrafi objąć ludzką głowę i zrguchotać ją jak orzeszek. Ich pomysłowość w jaki sposób zrzucić lub zmaltretować dosiadającego je jeźdźca jest niewyczerpana.

Praca u Kurta rozpoczynała sie o 4 rano od schwytania i rozpętania wielbłądów i przyprowadzenia ich do osiodłania. Osiodłanie, przyniesienie karmy i porządki, nieustajace porządki, którym towarzyszyły częste wyzwiska. I tak do zachodu słońca i jeszcze dłużej. Z drugiej strony Robyn ma uznanie dla Kurta jako doskonałego nauczyciela, który zawsze się upewnił, czy uczennica wszystko zrozumiała i nigdy nie pozostawił jej w sytuacji, z którą nie mogłaby sobie dać rady.
Jedna rzecz była jednak przerażająca – bezwzględne okrucieństwo. Kurt uważał, że każde nieposłuszeństwo musi byc ostro ukarane. Opisu tych kar oszczędzę.
Tak minęło 8 miesięcy. W miarę jak zbliżał się termin wywiązania się z umowy, Kurt stopniowo przykręcał śrubę. Gdy zażądał, aby zaczynała pracę o 2 godziny wcześniej (o 2 w nocy?), nie wytrzymała i odeszła.

Odwiedziła firmę zajmujaca się łapaniem dzikich wielbładów, prowadzoną przez syna byłego poganiacza. Sallay Mahomet nie miał wątpliwości, że ktoś kto wytrzymał osiem miesięcy u Kurta, zasługuje na szansę. Za dwa miesiące pracy da jej dwa dzikie wielbłądy.
Dotrzymał słowa.

W tym samym okresie Robyn dostała propozycję zamieszkania w rozpadającej się ruderze, której właściciele wyprowadzili się i czekali na ewentualnego kupca. Miała więc kawałek dachu nad głową i teren do trenowania swoich wielbłądów. Mieszkanie na swoim niosło ze sobą pewne niebezpieczeństwa. Robyn kupiła karabin, którego musiała raz użyć, żeby odstraszyć natrętów.

Jej wielbłądy to były dwie samice Zeleika i Kate. Bardzo szybko Robyn ogarnęło zwątpienie, czy da sobie radę. Na noc wielbłądy zostawia się w pętach, żeby mogły się poruszać, ale nie odejść zbyt daleko. Każdy ranek rozpoczynał się od poszukiwań, które czasem trwały kilka godzin. Wydawało się, że wielbłądy są chore. Weterynarz stwierdził, że Zeleika miała złamane żebro, które źle się zrosło, oba wielbłądy miały infekcje. Na dodatek Zeleika była potwornie chuda i nie mogła przybrać na wadze.
Sallay Mahomet szybko wyjaśnił tę sprawę – wielbłądzica była w ciąży. Według niego był to bardzo szczęśliwy zbieg okoliczności. Wystarczy dobrze przywiązac na noc wielbłądzie dziecko, a matka na pewno do niego wróci. Natomiast stan zdrowia Kate pogorszył się i Robyn musiała ją zastrzelić.
To był ogromny szok, do którego dołączyła głęboka depresja. Minął już rok, a ona nadal nie ma pary dobrych wielbłądów, żadnego ekwipunku i ogromne kłopoty z wytrenowaniem jedynego wielbłąda, którego posiada.

Samodzielne mieszkanie pozwoliło Robyn nawiązać trochę kontaktów towarzyskich. Główne to Ada – zamieszkała w pobliżu Aborygenka z dwójką dzieci oraz grupa młodych entuzjastów, którzy pracowali w aborygeńskich osiedlach wokół Alice Springs. Podczas jednego ze spotkań, po wysłuchaniu listy kłopotów Robyn, ktoś rzucił pomysł – napisz do National Geographics, może oni zostaną Twoim sponsorem. Napisała.
W międzyczasie Kurt Posel sprzedał komuś naiwnemu swoją firmę i zniknął bez śladu. Nowi właściciele zgłosili się do Robyn o pomoc. Okazało sie, że nie mają zielonego pojęcia, jak obchodzić się z wielbłądami. Robyn służyła im pomocą i wskazówkami, a przy okazji kupiła od nich dwa młode samce za $700, których nie miała.
Z nowym entuzjazmem zabrała się do przygotowań. Same niepowodzenia. Wielbłądy nie słuchały, często doznawały róznych kontuzji, dług u weterynarza stale rósł, Wreszcie zginęły na dobre. Dwudniowe poszukiwania nie dały rezultatu. Znajomi zosrganizowali poszukiwnia samolotem, bez rezultatu.
Nagle Robyn poczuła błogość – zrządzenie losu – nie muszę już się męczyć z tą przeklętą wyprawą! I właśnie wtedy pilot zauważył wielbłądy.

Kilka dni później Zeleika urodziła synka, któremu nadano imię Goliath. Robyn zdecydowała sie na próbę generalną. Powędrowała wraz ze swoim stadem do oddalonego o 150 km aborygeńskiego osiedla Utopia.
Przed rozpoczęciem wyprawy Sallay Mahomet wykastrował oba samce – Dikkie i Buba – i udzielił jej ważnej wskazówki – gdy będziesz na pustyni nie raz przybiegną do was dzikie samce. Gdy tylko je usłyszysz, a usłyszysz już z daleka, strzelaj.

Wędrówka była koszmarem. Pobudka była o 4 rano, następnie wędrówka do 10, 6 godzin odpoczynku w cieniu i kolejne 4 godziny marszu. Ta rutyna nie zgadzała się z rytmem odżywiania wielbłądów, były więc niesforne, wypijały ogromną ilość wody, karmiąca Zeleika była potwornie chuda, siodła i torby podróżne nie sprawdzały się w akcji. Bez stałej pomocy pojazdu towarzyszącego Robyn nie doszłaby do celu.

Utopia była to farma hodowli bydła oddana pod zarząd Aborygenów przez rząd Partii Pracy. Mieszkało tam kilkunastu białych – nauczyciele i personel medyczny. Większość z nich byli to idealiści pełni entuzjazmu i wiary w swoją misję. Ten entuzjazm powodował, że gdy Aborygeni sceptycznie odnosili się do ich pomysłów, to zamiast wysłuchać racji drugiej strony, przedstawiali coraz bardziej skomplikowane argumenty. Na marginesie tych obserwacji, Robyn zauważa, że ci ludzie w identycznie nonszalancki sposób traktowali kobiety.

Robyn spędziła w Utopii kilka tygodni i tam zastał ją telegram z National Geographics oraz bilet powrotny do Sydney.

Na wyprawę do Sydney Robyn kupiła sobie obcisłe dżinsy i kowbojskie buty na wysokich obcasach. Interview trwało 15 minut i zostało nagrodzone brawami. Czek na $4,000 zostanie wysłany jeszcze dzisiaj, jak miło było Cię spotkać, do zobaczenia za kilka miesięcy w Nowym Jorku, good luck my dear.
Pozostała sama z fotografem National Geographic, Richardem Smolan, i po kilku chwilach ekstazy poczuła smak porażki.

Cóż najlepszego zrobiłam? Międzynarodowy magazyn ilustrowany będzie kontrolował moją wyprawę. Nie tylko wyprawę. Przecież Rick będzie spotykał mnie w umówionych miejscach, żeby przeprowadzić sesje fotgraficzne. Będą kontrolować moje zachowanie, moje gesty. Gdzie tu miejsce na samotność, na uwolnienie się od wszelkich powiązań z cywilizacją i przeszłością, całkowite oczyszczenie mózgu z zalegających tam śmieci? To już nie będzie MOJA wyprawa. Sprzedałam ją. 

Ciąg dalszy nastąpi

Australia – odcinek 1

Lech Milewski

Dziewczyna z wielbłądami  

– (Kochankowie) przestali mi sprawiać przyjemność. Przeważnie byli to rewolucyjni socjaliści, którzy musieli zadowalać się mną, podczas gdy tak naprawdę marzyli o bohaterskich kobietach widzianych na Kubie podczas trzytygodniowych wycieczek na tę wyspę. Tamtych nigdy nie tknęli palcem, oczywiście; mundury polowe i czystość ideologiczna odstraszały ich nie na żarty. Wracali do kraju nucąc Guantanamera i dzwonili do mnie.
Wypisała się z tego (…)
Zaczęła się wspinać i zwykle tłumaczyła wtedy “robię to, gdyż wiem, że oni nigdy za mną tam nie wejdą”.
– Potem jednak pomyślałam, a gówno. Nie zrobiłam tego ze względu na nich; zrobiłam to dla siebie.

Salman Rushdie – Szatańskie Wersety – wydawca i tłumacz nie ujawnieni.

W październiku zeszłego roku na ekrany australijskich kin wszedł film Tracks opowiadający historię młodej dziewczyny, która w 1977 roku powędrowała z czwórką wielbłądów z Alice Springs do Oceanu Indyjskiego – około 2,700 kilometrów.

Przypomniało mi się jak kiedyś towarzyszyłem mojej córce w jeździe samochodem z Sydney do Melbourne – koło 1.000 km. W którymś momencie Ania spytała: Tatusiu, jak myślisz, czy naszej rodzinie lub znajomym w Polsce podobałaby się taka jazda?
– Oczywiście, że nie. Spalony słońcem jednostajny krajobraz. Nudziliby się okropnie.
– Tak myślałam. A mnie ta jazda tak bardzo się podoba… – i po chwili – ja chyba kocham ten kraj.

Mając to w pamięci nie spodziewałem się zbyt wiele po filmie. Wędrówka trwała około 9 miesięcy. Oczywiste jest, że sedno sprawy czyli ta długa i jednostajna wędrówka to nie jest atrakcyjny materiał filmowy. Do filmu nadaje się to, co się działo, gdy bohaterka nie wędrowała. I tak właśnie było.

Robyn Davidson w wieku lat 25, bez zawodu za to z 6 dolarami w kieszeni, psem Diggity i walizką pełną nieodpowiedniej garderoby przyjechała do Alice Springs z zamiarem odbycia wielomiesięcznej wędrówki po pustyni.
Na pytanie – dlaczego chcesz to zrobić? – odpowiadała wzruszeniem ramion – a dlaczego nie?

Alice Springs w roku 1975 – trochę lokalnych biznesmenów utrzymującyh się z turystów, którzy właśnie zaczynają odkrywać te okolice, straceńcy, którzy szukają tu przygody albo awantury, trochę Aborygenów. Lokalne biznesy zatrudniały Aborygenów do prostych prac. Regułą było, że wypłatę Aborygen mógł odebrać tylko w pubie. Większość nie wynosiła z pubu ani centa. Na osobną wzmiankę zasługuje handel obrazami malowanymi przez Aborygenów. Handlarze kupowali te malowidła za bezcen i sprzedawali po wygórowanych cenach.

wielbladaustralijski
Powyższy obraz nie pochodzi od handlarzy z Alice Springs. Tamci oczekiwali od domorosłych artystów malowania pseudo-aborygeńskich kiczów.

Znaczna grupa Aborygenów w Alice Springs to widma, ludzie, którzy porzucili lub zostali odrzuceni przez swoje plemiona. Spędzają dni i noce w wyschniętym korycie rzeki Todd River.

Robyn planowała, że zamieszka wśród nich, złapie na pustyni wielbłąda albo dwa, przecież są ich tam tysiące, i pójdzie w spaloną słońcem dal.
Już w pociągu dostała inną propozycję:Jesus Christ, mate, you’re not goin’ to Alice alone are ya? Listen ‘ere lady, you’re fuckin’ done for. Them coons’ll rape youze for sure. Fuckin’ niggers run wild up there ya know. You’ll need someone to keep an eye on ya. Tell youze what. I’ll shout youze a beer, then will go up to your cabin and get acquainted eh? Whaddya reckon?”Robyn Davidson – Tracks – książka.

Nie skorzystała. Od miejscowych dowiedziała się, że w korycie Todd River nie przeżyje jednej nocy oraz, że złapanie i okiełznanie dzikiego wielbłąda przekracza jej możliwości. Przyjęła pracę w miejscowym pubie, gdzie była świadkiem niezwykle pogardliwego czasem nieludzkiego traktowania Aborygenów. Kilka razy wstawiła się za nimi. Któregoś dnia, po powrocie z pracy do swojego pokoju, znalazła na poduszce starannie ułożone gówno. Czas zmienić miejsce pobytu.

Zgłosiła się do pracy w firmie organizujacej przejażdżki na wielbłądach dla turystów. Prowadził ją Niemiec – Kurt Posel. To było idealne miejsce, żeby poznać wielbłądy i nauczyć się współpracy z nimi. Kurt pokręcił z powątpiewaniem głową, gdy usłyszał o planach Robyn, ale zaoferował jej pracę. Za darmo od świtu do nocy, za co po 8 miesiącach da jej wytrenowanego wielbłąda. Przyjęła.
Kurt Posel… w rozmowie z dziennikarzem Robyn nazwała go “mad Kurtie” . Brzmi jak ktoś z powieści Conrada – zauważył dziennikarz. O tak, on był zdecydowanie z powieści Conrada – potwierdziła Robyn.
Wyznam, że to zadecydowało o moim dalszym zainteresowaniu losami bohaterki. No cóż, mam słabość do osób, które odwołują się do moich ulubionych książek.

A zatem sięgnąłem po książkę. Wędrówka Robyn nabrała światowego rozgłosu i angielskie wydawnictwo zamówiło u niej książkę – relację z podróży. Robyn pisała ją w domu Doroty Lessing, z którą zaprzyjaźniła się korepondencyjnie. Książka zyskała bardzo dużą popularność. Hollywood przymierzał się kilka razy do produkcji filmu, planowano nawet obsadzić Julię Roberts w roli Robyn. Na szczęście do tego nie doszło. Film wyprodukowano w zeszłym roku, a główną rolę gra Australijka – Mia Wasikowska.

Robyn Davidson bardzo pozytywnie wypowiada się o filmie, a wyjątkowo ciepło o wykonawczyni główniej roli. Nie pozostawia jednak wątpliwości – to nie jest moja wędrówka, to jest film o wędrówce kogoś innego, nawet podobnego do mnie, na przykład mojej siostrzenicy.

Nie miałem więc wątpliwości, że moja relacja będzie oparta na książce.

Już teraz zdradzę zakończenie – Robyn Davidson, jej pies i cztery wielbłądy dotrą do Oceanu Indyjskiego.

W oceanie

Może komuś nasunęło się pytanie: a cóż do tej całej historii ma początkowy cytat z Szatańskich Wersetów wyraźnie odnoszący się do kobiety bywałej w świecie i wspinającej się na Mt Everest?
Okazuje się, że całkiem dużo. Robyn Davidson w wieku 11 lat została osierocona przez matkę, która popełniła samobójstwo. Ojciec oddał dwie córki pod opiekę swojej siostry, starej panny, która oddała dziewczynki do szkoły z internatem. Robyn, po zakończeniu edukacji, uciekła z domu do Sydney, gdzie pędziła żywot dziecka ulicy. Spała w bramach i pod mostami, wieczorami wystawała pod tylnymi drzwiami restauracji, czekając, aż rzucą jej jakiejś resztki. W wywiadzie wspomina, że była ogromnie nieśmiała, gdyby była odważniejsza, może spróbowałaby otworzyć usta, poprosić o pracę.
Z upływem czasu nawiązała znajomości z miejscowymi hippisami, a przez nich trafiła do nieformalnego klubu Sydney Push. Była to grupa lewicujacych artystów, intelektualistów, dziennikarzy, studentów. Wielu z nich robi obecnie karierę w australijskiej polityce i mediach.

Wątpliwe, czy Salman Rushdie dowiedziałby się kiedykolwiek o istnieniu takiego klubu a tymbardziej o Robyn Davidson, gdyby nie fakt, że była ona jego partnerką w okresie, gdy pisał Szatańskie Wersety. Burzliwy związek skończył się po dwóch latach.

Na marginesie wspomnę, że cytowana bohaterka Szatańskich Wersetów to niejaka Alleluja Cone, córka pochodzącego z Warszawy żydowskiego małżeństwa, państwa Alicji i Ottona Cohen.
Polscy Żydzi nazywali się Cohen?
To pytanie skierowane do Salmana Rushdie. Salman Rushdie, którego erudycję cenię bardzo wysoko, w tym momencie chyba trochę przysnął. Otton i Alicja prawdopodobnie w Polsce nazywali się Kahan. To popularne żydowskie nazwisko, na liście ofiar warszawskiego getta powtarza się prawie 50 razy, po hebrajsku oznacza kogoś pochodzącego z rodu kapłanów. Pan Otto emigrując do USA zmienił pewnie pisownię nazwiska na Cohen a potem, aby odciąć się od żydowskich korzeni, zmienił je na Cone.

Linki:

Robyn Davidson mówi o filmie Tracks

Wywiad radiowy z Robyn Davidson

Ciąg dalszy za tydzień

W salonach

Lech Milewski

Salon Misi Sert z Ravelem w tle

W cyklu wpisów o Almie Mahler wspomniałem, że w jej gościnnym domu zatrzymał się Maurice Ravel, a jego wizyta w Wiedniu miała dość nieoczekiwane następstwa – KLIK. Następstwa na tyle poważne, że zdecydowałem poświęcić im osobny wpis.

Jako podkład muzyczny proponuję zatem kamień niezgody – La Valse – fantazję na temat wiedeńskiego walca – tym razem w wersji oryginalnej, w wykonaniu orkiestrowym…

Wiedeński walc zainteresował Ravela już w 1906 roku. W korespondencji z przyjaciółmi zachwycał się żywiołowością tej muzyki i przeciwstawiał ją francuskiemu purytanizmawi (chyba tylko muzycznemu). Pięć lat później napisał utwór Valses nobles et sentimentales.
W 1919 roku Ravel otrzymał zamówienie od Siergieja Diagileva na napisanie baletu opartego na motywie wiedeńskiego walca.
Od chwili zauroczenia wiedeńskim walcem upłynęło 13 lat. Francja miała za sobą wojnę, w której Austria była jej przeciwnikiem. Wirujące w takt walca Cesarstwo Austriackie przestało istnieć.
Czy miało to wpływ na kompozycję Ravela? Wydaje mi się, że tak. Pierwsze pół minuty utworu nie zapowiada niczego dobrego. Ostatnie dwie minuty to taniec upiorów.
Ravel ukończył zamówienie w 1920 roku podczas pobytu w Wiedniu i wykonał je na prywatnym koncercie zorganizowanym przez Artura Schönberga.

Prezentacja utworu dla zamawiającego odbyła się w Paryżu, w salonie Misi Sert, której Ravel dedykował swój utwór. Wykonawcami byli autor i Marcelle Meyer.

Misia Sert

Zatrzymajmy się na chwilę pod salonem wspomnianej wyżej Misi Sert.

Misia, a właściwie Maria Zofia Olga Zenajda Godebska była córką mieszkającego we Francji rzeźbiarza Cypriana Kamila Godebskiego, twórcy, między innymi, pomnika Adama Mickiewicza w Warszawie.
Misia przyszła na świat w tragicznych okolicznościach. Jej matka w ostatnich dniach ciąży pojechała do Rosji, żeby zdemaskować kochankę swego męża. Umarła podczas porodu. Wpółosierocona dziewczynka spędziła dzieciństwo w Brukseli, w domu dziadka ze strony matki, znanego wiolonczelisty, Adrien-François Servais. Pod jego opieką wyrastała na świetną pianistkę. Niestety ojciec Misi, który w międzyczasie kilka razy się ożenił, umieścił córkę w prowadzonej przez zakonnice szkole z internatem gdzie przebywała kilka lat. Kontynuowała tam wprawdzie naukę gry na fortepianie, ale o karierze muzycznej nie było mowy. Po ukończeniu szkoły powróciła do domu ojca, gdzie pokłóciła się z macochą, uciekła z domu i zamieszkała samodzielnie, utrzymując się z lekcji gry na pianinie.

W wieku 21 lat Misia wyszła za mąż za Tadeusza Natansona, potomka rodu bankierów, współwydawcę pisma literacko-artystycznego La Revue Blanche i bywalca artystycznych salonów Paryża. Do jego bliskich znajomych i przyjaciół należeli między innymi Marcel Proust, August Renoir (autor powyższego portretu), Toulouse-Lautrec, Andre Gide.

Małżeństwo zakończyło się bardzo dziwnie – Natanson odstąpił żonę magnatowi prasowemu, Alfredowi Edwardsowi w zamian za kontynuację wsparcia finansowego dla La Revue Blanche. Mam nadzieję, że odbyło się to za pełną zgodą najbardziej zainteresowanej.

Salon Misi Sert stał się centrum paryskiego życia kulturalnego, a Misia, która zyskała sobie przydomek Królowej Paryża, stała się muzą wielu twórców. Ravel, prócz La Valse, dedykowal jej również utwór La Cigne. Marcel Proust sportretował ją, i to nie raz, w W poszukiwaniu straconego czasu.

Misia była szczodrą opiekunką talentów artystycznych. Szczególną sympatią darzyła Sergieja Diagilewa i jego Ballets Russes. Uczestniczyła w opracowaniu choreografii i projektowaniu kostiumów. Dzięki jej doraźnej zapomodze w wysokości 4000 franków uratowano premierę baletu Petruszka.

Teraz wiemy dlaczego to właśnie w jej salonie odbyła się prezentacja La Valse.
Komentarz Sergieja Diagilewa – Ravel, to jest majstersztyk, ale to nie jest balet. To jest portret baletu.
Ravel śmertelnie się obraził i od tego czasu obaj panowie starannie się unikali. Gdy spotkali się przypadkowo w 1925 roku, Ravel nie podał Diagilewowi ręki, na co ten zareagował wyzwaniem kompozytora na pojedynek. Ulegając perswazjom przyjaciół, Diagilew wycofał wyzwanie, obaj artyści nie spotkali się już jednak nigdy więcej.

La Valse został wystawiony jako balet w roku 1925 przez uciekinierkę z zespołu Diagilewa, Idę Rubinstein. Warto wspomnieć, że na jej zamówienie Ravel napisał w 1928 roku słynne Bolero.

Misia towarzyszyła Diagilewowi do ostatnich dni jego życia w Wenecji i zadbała, aby miał odpowiedni pogrzeb.

Małżeństwo Misi z Alfredem Edwardsem nie trwało zbyt długo, podobnie jak i ostatnie małżeństwo, z rzeźbiarzem José-Maria Sertem.
Ten ostatni zasłynął z tego, że to właśnie jemu Nelson Rockefeller zlecił namalowanie części muralu w Rockefeller Centre, która została pierwotnie wykonana przez Diego Riverę, lecz na wniosek zleceniodawcy zniszczona.

Wielką, długoletnią, przyjaciółką Misi była Coco Chanel, która nazywala Misię – Madame Verdurinska – aluzja do Mme Verdurin z W poszukiwaniu straconego czasu.

Lata wojny i choroby usunęły Misię w cień.
Wikipedia pisze: przetrwała wojnę nie zbrukawszy swojego charakteru, czego nie można powiedzieć o wielu bywalcach jej przedwojennych salonów.
Zmarła 15 pażdziernika 1950 roku.

O ile lepiej los potraktował Almę Mahler.
Może nie tyle lepiej co wyjątkowo przewrotnie. Wszak Alma ze swoją filozofią woli mocy (Wille zur Macht, will to power) i demonstrowanym na każdym kroku antysemityzmem była idealnym materiałem na nazistkę. Tą drogą poszła zresztą rodzina jej ojczyma.
Alma miała tylko jedna słabość, do której publicznie się przyznawała – nie mogła żyć bez Żydów. Małżeństwa z Żydami, Mahlerem i Werflem, uratowały ją od pogrążenia się w odmętach nazizmu. Po prostu była spalona i musiała uciekać do USA.
Tak sobie pomyślałem, że gdyby Martin Heidegger nieco mocniej kochał Hannę Arendt, to też może uniknąłby niesławy.

Spekulacje, spekulacje. Lepiej wróćmy do Ravela.

Alma Mahler z rozbawieniem wspomina “perwersyjną maskę” Ravela. Kompozytor schodził na śniadanie wyperfumowany, w pełnym makijażu, w sukni z tafty i wyraźnie dobrze czuł się w takim przebraniu.

Ravel w sukni z tafty! Pokręciłem z niedowierzaniem głową.

Pierwszym źródłem moich wiadomości o życiu i twórczości Ravela była książka Stefana Kisielewskiego Gwiazdozbiór Muzyczny.

Dziwił nawet swoją postacią, swą zewnetrznością – był niecodzienny, osobliwy, jak ptak rzadkiej rasy. (…) Usposobienie Ravela pełne było sprzeczności: niezwykle pracowity, systematyczny, zakochany w matematyce… miał jednocześnie upodobanie do koleżeńskich cygańskich wieczorów, do nocnych włóczęg po Paryzu i małych, zagubionych kawiarenek. Przyjacielski, miły i dowcipny był przy tym wyjątkowo skryty: nikt nic nie wiedział o jego sprawach erotycznych, nigdy się nie ożenił, największą miłością jego życia była matka. (…) Matka Maurycego Ravela pochodziła z zanikającego, na pograniczu Francji i Hiszpanii mieszkającego, dziwnego starego narodu Basków.

Zanikającego narodu Basków? Kisielewski pisał to w 1956 roku. Hiszpania pod rządami generała Franco prawdopodobnie wydawała się być monolitem. Jednak już wtedy zdziwiły mnie te słowa.
Jeszcze bardziej zaskoczyło mnie stwierdzenie: ...nikt nic nie wiedzial o jego sprawach erotycznych.
A dlaczego niby ktokolwiek miałby wiedzieć? To nie były czasy, w których mówiono by o czyichś sprawach erotycznych. W Gwiazdozbiorze Muzycznym Kisielewski napisał jeszcze o 16 innych kompozytorach i przy żadnym z nich nie zastanawiał się, czy wiadomo coś o jego życiu erotycznym.

Dopiero w XXI wieku i po niedyskrecji Almy Mahler powróciłem do tego tematu. Zajrzałem do internetu i zaczęło się znowu od “dziwnego” narodu Basków.
W 1608 roku król Henryk IV wysłał specjanego wysłannika w celu sprawdzenia pogłosek o opanowniu tego narodu przez czarowników i demony.
W swoim raporcie sędzia Pierre de Lancre donosił:

Miejscowe czary są sposobem wyrażenia zakazanej seksualności – diabła – przez stosunki z chłopcami i dziewczynkami. (…) Ostatecznie stwierdzono, że Baskowie nie wierzą z Szatana, ale po prostu lubią rozpustę i sodomię…

I co dalej? I jaki to ma związek z Ravelem? Brak odpowiedzi.

Alma Mahler wspomina, że na zakończenie wizyty Ravela zorganizowała wieczór pożegnalny, na który zaprosiła cały świat muzyczny Wiednia. Młode wino Heuriger lało się obficie, Ravel poprosił, żeby orkiestra grała walce Straussa, całował każdego, kto się nawinął i bawił się znakomicie.
I to ma być skryty, trzymający się zawsze na dystans Ravel?
Być może pobyt w zdominowanym przez kobietę domu, z dala od snobistycznego Paryża, w przyjaznym i beztroskim Wiedniu wyzwoliły skrzętnie ukrywane upodobania.
Następnego dnia Ravel powrócił do Paryża i nikt już się niczego o jego życiu erotycznym nie dowiedział.

Ravel wrócił jeszcze kilka razy do Wiednia. Wizyta w 1929 roku zaowocowała zamówieniem koncertu fortepianowego. Paul Wittgenstein, świetnie się zapowiadający pianista (starszy brat znanego filozofa Ludwika) utracił podczas wojny prawą rękę. Po powrocie z obozu jenieckiego w Omsku zamówił u wielu znanych kompozytorów utwory fortepianowe na lewą rękę. Komponowali dla niego Benjamin Britten, Paul Hindemith, Erich Korngold, Siergiej Prokofiew, Richard Strauss, ale chyba tylko Koncert fortepianowy na lewą rekę Ravela pojawia się w salach koncertowych do dnia dzisiejszego.

Premiera utworu odbyła się w 1932 roku, wykonawcą był Paul Wittgenstein, który dokonał istotnych zmian w partii fortepianowej. Na zarzuty Ravela odpowiedział – wykonawca nie musi być niewolnikiem. Riposta Ravela – wykonawca jest niewolnikiem.
Nie muszę chyba dodawać, że od tego czasu obaj panowie starannie się nawzajem unikali.

Proszę posłuchać drugiej części koncertu w wykonaniu Paula Wittgensteina – KLIK.

Dokumentacja:
Szczegóły na temat La ValseKLIK.
Ilustrowana kronika życia Misi – KLIK.
Obszerna refleksja na temat życia Misi Sert – KLIK.
Misia Sert na zdjęciach i obrazach – KLIK.

Alma (9)

Lech Milewski

Niejedno życie Almy

Jako akompaniament proponuję ostatnią część Symfonii Nr 45 Józefa Haydna – Pożegnanie. Powodów mam aż trzy. Po pierwsze przypominają mi się słowa Almy, gdy Gustaw Mahler prezentował jej swoją kolejną symfonię – wolę Haydna. Ja też. Po drugie ten post to moje pożegnanie z tą serią wpisów. Po trzecie… to wyjaśnię w zakończeniu. Teraz czas na muzykę…

Pierwsze życie Almy.

Benedictine

Prawie 30 lat życia z Franzem Werflem zakończone. Alma miała już 66 lat, stopniowo traciła słuch, przybrała znacznie na wadze, nie rozstawała się z butelką Benedictine. Jednak energia jej nie opuściła.
Pierwsza sprawa to proces z siostrą Franza o prawa autorskie po zmarłym. Alma wygrała.
Kolejna sprawa – łatwa do przewidzenia – ktoś rozpuścił plotkę, że Alma zamierza wyjść za mąż za słynnego dyrygenta Bruno Waltera – KLIK. Według moich obliczeń to już szósta propozycja małżeństwa nie licząc tych, które doszły do skutku. Alma zdementowała te pogłoski.

W 1947 roku Alma uzyskała obywatelstwo USA i wybrała się do Europy. W Londynie odwiedziła córkę Annę, zamężną po raz czwarty, ale nie ostatni. Córka Anny nie spodobała jej się. Status babci był dla niej nie do przyjęcia. Szybko opuściła Londyn i pojechała do Wiednia.
Tam spotkało ją szereg rozczarowań. Po pierwsze, miasto jej wspomnień leżało w ruinach – opera, katedra, Burgtheater. Jej rodzinny dom częściowo zburzony, jej dom w Semmering sprzedany Rosjanom, którzy zamalowali freski Oskara Kokoschki nad kominkiem. Jej ojczym Carl Moll – nazista z przekonań – popełnił wraz ze swoimi synami samobójstwo w dniu wkroczenia Armii Czerwonej do Wiednia. Na dodatek, jeszcze za życia, sprzedał wszystkie dzieła sztuki, które Alma oddała pod jego opiekę. Próby odzyskania tych dzieł były skazane na niepowodzenie, gdyż wszelkie instytucje, do których zwracała się Alma i jej adwokat, były nadal obsadzone przez osoby o poglądach nazistowskich, traktujące Almę z najwyższą nieufnością, wręcz pogardą. Opuściła Wiedeń w gniewie i przez resztę swojego życia już tu nie wróciła.

Namiętności i pasje wygasły – Alma była wreszcie wolna – bez mężą, bez kochanka, bez zależności od kolejnego wielkiego człowieka. Nie wiadomo, czy rozważała możliwość poświęcenia się swojej pasji z młodości – muzyce. Pewnie było już na to za późno. Pozostała jej do odegrania tylko jedna rola – wdowy. Czas przewartościował wiele dzieł sztuki, twórczość Franza Werfla szybko blakła i odchodziła w zapomnienie, za to twórczość Gustawa Mahlera zaczynała przeżywać prawdziwy renesans. Wybór był prosty – wdowa po Mahlerze. Alma przeniosła sie do Nowego Jorku i urządziła salon podobny do tego wiedeńskiego, z końca lat 20. Dzieła sztuki, rękopisy dzieł Mahlera, ubrana na czarno wdowa – niektórzy nazywali ją Wdową Czterech Sztuk – KLIK.

Alma zapraszano jako honorowego gościa na każde wykonanie utworów Mahlera. Do jej drzwi pukali wszyscy, którzy chcieli poznać kulisy powstania dzieł jej pierwszego męża – Bernstein, Solti, Britten. Stała się instytucją. Stosownie do tej roli zrobiła porządek w papierach, czystkę w listach i pamiętnikach, wydała dwie książki – Gustav Mahler, memories and letters i And the bridge is love.

Walter Gropius podczas pobytów w Nowym Jorku odwiedził kilkakrotnie Almę. Mieszkający na stałe w Szwajcarii Oskar Kokoschka pisał do niej listy do końca życia. Nie wiem, czy na nie odpisywała. Pewnego dnia przyjechał do Nowego Jorku i napisał kartkę do Almy prosząc o spotkanie.
Przypomniała mi się wypowiedź Almy:
Nigdy nie lubiłam muzyki Mahlera, nigdy nie interesowało mnie co napisał Werfel – (mogłaby dodać – nigdy nie obchodziło mnie co robił Gropius), ale Kokoschka, tak, Kokoschka zawsze wzbudzał we mnie emocje.
W tym kontekście oczywiste było, że Alma odmówiła.

Alma zmarła 11 grudnia 1964 roku w wieku 85 lat – zatem w tym roku przypada 135 rocznica jej urodzin i 50 rocznica śmierci.
Nie znalazłem żadnych informacji o jej pogrzebie poza wzmianką, że wybierając muzykę na swój pogrzeb, nie włączyła do niej żadnego utworu Mahlera.
Udało mi się znaleźć treść nekrologu opublikowanego w The New York Times w niedzielę 13 grudnia 1964 roku. Znając dbałość Almy o formę wszelkich oficjalnych deklaracji, jestem przekonany, że to ona była jego autorką a więc przytoczę go w całości.
Mrs. Alma Mahler Werfel, widow of the writer Franz Werfel and earlier of the composer Gustav Mahler, died Friday in her apartment at 120 East 73d Street. Her age was 85. She had also been married to Walter Gropius, the architect. Mrs. Werfel, who was once described as <<The most beautiful girl in Vienna>>, recalled in her autobiography that she had always been attracted to genius. She noted that she had once confided to her first husband, Mahler, that what she really loved in a man were his achievements. <<The greater the achievements>>, she told the great German composer, <<the more I love him>>. And genius also seemed to have been attracted to Mrs. Werfel. The former Alma Schindler, the daughter of Emil J. Schindler, a landscape painter in Austria, she grew up in Vienna surrounded by art and artists. Her intellect, which was nurtured by her brilliant father, complimented her beauty. She was a 21-year-old music student in 1902 when she met Mahler, who was 41 years old and director of the Court Opera House. He had already made his mark in the music world. After a short courtship they were married. Alma traveled with her husband on conducting tours in Europe and the United States. They had two daughters, but only one, Anna, survived. She became a sculptor. While still married to the composer, she met Walter Gropius, then a little known architect. She described him in her diary as an <<extraordinarily handsome German>>, and added that the night of their first meeting wore into sunrise. <<There remained no doubt>>, she wrote, <<that Walter Gropius was in love with me and expected me to love him>>. Mahler found out about their affair, brought the architect to their home and asked Alma to make a choice. She chose to remain with the compooser, but Gropius continued to write love letters to her. She said in her book And the Bridge is Love, published in 1958, that Mahler read Gropius’s correspondence and <<wrote beautiful poems about it>>. Mahler died in 1911 and his widow returned to Vienna to live with her parents. One day her father told her of <<a poor starving genius>> who painted. Later he brought Oskar Kokoschka home to paint her picture. She wrote that after he had finished sketching her he stood up, embraced her and walked out. He then started sending love letters and they became lovers. The affair lasted three years until Kokoschka joined the German Army. Shortly afterward Alma began corresponding with Gropius, who had become successful, and they were married in August 1915. They had a daughter, Manon, who died in her teens. While still married to Gropius she met Franz Werfel and had a son by him. The child died in infancy. Gropius and Alma finally agreed to divorce in 1918. She then moved in with Werfel, and they were married in July, 1929. She also wrote in her diary that she was pursued by other geniuses. The following was dated 1926 and referred to a conversation she had with Gerhart Hauptmann, the German drammatist and poet: <<‘It’s a pity’, he said to me, ‘that the two of us don’t have a child together. That would have been something You, you my great love…’ (…) ‘In another life’, he once told me, ‘we two must be lovers. I make my reservation now’. <<His wife heard it. ‘I’m sure Alma will be booked up there too.’ she said flippantly. He and I only smiled…>> She also wrote that other great men who were in love with her were Dr. Paul Kammerer, the biologist, and Ossip Gabrilowitsch, the Russian pianist and conductor who later married Mark Twain’s daughter. Werfel and Alma fled Nazi Germany in the late nineteen-thirties. Their experiences prompting Franz to write The Song of Bernadette and Jacobowsky and the Colonel. They came to the United States in 1940 and settled in California, where Werfel died in 1945. She moved to New York in 1952. Besides And the Bridge is Love, Mrs. Werfel wrote Gustav Mahler: Memories and Letters.

Alma została pochowana na cmentarzu Grinzing w Wiedniu, tym samym, na którym pochowani są Gustaw Mahler i jej dzieci.

Drugie życie Almy.

W nekrologu Almy była stosowna wzmianka na ten temat i wiemy na pewno, że Gerhardt Hauptmann dokonał stosownej rezerwacji.

Jestem przekonany, że drugie życie Almy jest niemniej urozmaicone niż pierwsze i gdy tylko uzyskam informacje z pierwszej ręki, pospieszę się nimi podzielić.

Trzecie życie czyli Problem pod tytułem Alma.

Jak wspomniałem na początku tego projektu, głównym źródłem moich informacji była książka Françoise Giroud – The art of being loved. Znalazłem gdzieś dość sceptyczną ocenę tej książki i podstawowy zarzut – książka słowem nie wspomina o “Alma Problem”. Rzeczywiście nie wspomina. Wrzuciłem więc haslo do google i zakotłowało się – 32 miliony trafień!

O co chodzi? Skonsolidowana odpowiedź jest w wikipedii – KLIK.

Jak wspomniałem nieco wyżej Alma przez 20 lat była instytucją. Na podstawie jej wspomnień, listów i książek dwie generacje muzykologów i krytyków muzycznych kształtowało obraz życia i twórczości coraz bardziej popularnego kompozytora. Aż nagle (wikipedia nie podaje kiedy) wyszło szydło z worka. Z ponad 350 listów otrzymanych od Gustawa Mahlera Alma ukryła/zniszczyła prawie 200. Spośród 159 opublikowanych 122 zostało zmienionych.
Jej książki zawierają wiele przeinaczeń. Lista innych przewinień podana jest na zlinkowanej powyżej stronie.

Jak to zwykle bywa, ludzie mediów, zamiast w cichości przeżywać swoją porażkę i wstyd, rozgłośnili ja ponad wszelką miarę. Miliony trafień google są tego dowodem. Z jednej strony Alma jest przedstawiana jako potwór, który wyssał wszelkie siły i życie geniusza, z drugiej jako ofiara zbyt silnych charakterów, którymi była otoczona. Napisano o niej kilka książek, zrobiono kilka filmów, napisano tysiące artykułów.

Dla mnie jednak książka Françoise Giroud pozostaje nadal najpełniejszym obrazem życia Almy. Nie pomija ani nie ukrywa żadnych czynów czy wad Almy, ale przedstawia je w logiczny i wyważony sposób.

Prawdę mówiąc gdybym od początku wiedzial o “Alma problem” nie zdecydowałbym się na opracowanie tego cyklu wpisów. Zrobiło to już tak wiele osób. Jednak błogosławieni naiwni – poznawanie życia Almy oraz osób i wydarzeń z nim związanych było i nadal jest dla mnie emocjonująca przygodą, której najbardziej esencjonalny fragment przedstawiłem w moich wpisach.

Dziękuję Ewie Marii za danie mi szansy na publikację moich odkryć, a wszystkim czytelnikom za cierpliwość i wyrozumiałość.

Czas na Pożegnanie…

Trzeci powód włączenia Symfonii Pożegnalnej do tego wpisu. Symfonia została napisana w okresie służby Haydna na dworze księcia Esterhazy – na plus księcia należy zapisać, że Haydn był tam trzecim najwyżej płatnym pracownikiem. Zwyczajem księcia było przenosić się na lato wraz z dworem do letniej posiadłości. W 1772 ten letni pobyt przedłużał się ponad zwykłą miarę i członkowie orkiestry byli mocno znużeni długim rozstaniem z rodzinami. Wtedy to Haydn skomponował tę symfonię, w której ostatniej części muzycy kolejno opuszczają scenę pozostawiając na niej ostatecznie tylko dyrygenta i pierwszego skrzypka (Haydna). Książę pojął aluzję i orkiestra dostała wkrótce zasłużony urlop. Tyle komentatorzy muzyczni.
A mnie kołacze się po głowie myśl, że może ten przedłużony pobyt dworu na wsi wiązał się w jakiś sposób z obowiązkami księcia na dworze cesarskim. Przecież tam pracowano wtedy nad bardzo poważnym projektem – pierwszy rozbiór Polski został oficjalnie podpisany 5 sierpnia 1772 roku w Petersburgu.
Oczywiście nie mam żadnych podstawy do takich przypuszczeń. Po prostu na stare lata wszystko co jest dla mnie istotne, kojarzy mi się z wszystkim.

W zlinkowanym video ucieczka ze sceny rozpoczyna się w 3 minucie i 20 sekundzie.

Tym razem to ja mam ostatnie słowo, a więc odchodzę ostatni.