Amor, Amor…

Krystyna Koziewicz

Amory

Historie miłosne, okazuje się, mają sporą poczytność, sama tego na tym blogu doświadczyłam jakiś czas temu. Być może jest tak, bo niejeden z nas chciałby dowiedzieć się, jak wygląda u innych miłość, jak wygląda życie kochającej się pary? Mówi się, że miłość zaślepia, ale kto wie, może jednak coś, nie widząc, widzimy, może konfrontując się z naszymi uczuciami, dowiadujemy się nieco więcej o sobie?

Obserwując znane mi szczęśliwe pary, zauważam jedną wspólną cechę, sprzyjającą długiemu pożyciu. Otóż, akceptacja partnera takim, jakim jest, bez próby wywierania nacisku i wymagania zmian oraz spora dawka osobistej wolności.

Przykładem niech będzie poniższa historia.

W domu, w którym mieszkam, pojawił się osiem lat temu nowy bywalec, nieco dziwacznie ubrany, wyglądem przypominający clocharda, ale uprzejmy, grzeczny, pozdrawiał wszystkich napotkanych ludzi. Niekiedy zdarzało się, że mijaliśmy się na korytarzu, w bramie wejściowej czy na ulicy. Pewnego razu, staliśmy oboje przed wejściem do naszego domu, moją uwagę przykuła gestykulacja owego gościa, który przesyłał całusy komuś z ostatniego piętra. Spojrzałam dyskretnie w górę i własnym oczom nie wierzyłam – ten ktoś miłośnie pozdrawiał moją polską sąsiadkę, panią, która liczyła sobie p0nad 75 wiosenek. I owszem, miała sympatyczny wyraz twarzy, gładką jasną cerę, która odmładzała ją o dobre dziesięć lat… Wiele lat była samotna, cieszyłam się więc, że po wielu, wielu latach życia w samotności znalazła bratnią duszę. Tylko dlaczego związała się z bezdomnym?, zastanawiałam się.

No tak, jak pamiętam – zawsze miała dobre serce dla ludzi w potrzebie, regularnie wysyłała pieniądze do Afryki, wpłacała datki dla rozmaitych fundacji charytatywnych. Pomyślałam sobie, że to jej misja życiowa – pomagać innym. Zatem nie powinno mnie było dziwić, że zajęła się facetem z tzw. marginesu społecznego. W skrytości bałam się jednak, że zostanie podstępnie wykorzystana.

Z moją sąsiadką spotykałyśmy się dawniej na kawę, czasem na obiad, raz u mnie, raz u niej. Od jakiegoś czasu nie było pogaduszek, co świadczyło, że aktualnie nie jest to towarzysko konieczne.

W dalszym ciągu widywałyśmy się jednak w windzie czy przed budynkiem, zatrzymywałyśmy się na krótkie pogaduszki. Za którymś razem przyznała, że poznała mężczyznę o 28 lat młodszego, który zwyczajnie zagadał ją na ulicy, zapraszając na kawę do pobliskiej kawiarenki. Od tej pory znajomość zaczęła się stopniowo rozwijać, on potrzebował kogoś z kim mógłby porozmawiać, ona tak samo. Lubił wypić, ale na wesoło – jak powiadała. Nie był alkoholikiem, pił piwo wieczorami, które mu szumiało w głowie do następnego dnia. Zakazała mu jednak odwiedzin, jeśli był pod wpływem alkoholu, nie otwierała drzwi. Była w swej decyzji konsekwentna, facetowi chyba zależało na niej, skoro był trzeźwy – przynajmniej w dzień wizyt.

Wygląd mężczyzny, jak sama stwierdziła, jej nie przeszkadzał. Chwaliła go za zamiłowanie do porządku i higieny osobistej. Na moje oko z wyglądu przypominał skrzyżowanie świętego Mikołaja z kimś, kto dopiero wyszedł z lasu, takie sympatyczne straszydełko. Włosy sięgały mu do tyłka, niekiedy związane w kucyka, broda długa, cieniutka, jak mysi ogonek, szerokawe spodnie majtające podczas chodzenia. Ponieważ był bardzo miły, nikt w okolicy go nie zaczepiał, grzecznie się odkłaniano. Na mój widok okazywał radość, pewnie zmiarkował, że jestem rodaczką jego oblubienicy.

W bloku komentowano ten związek, i z uwagi na wygląd, i różnicę wiekową. Moja sąsiadka, Turczynka, zazdrościła, że taka stara i ma miłość, a ona po czterdziestce i zero seksu od dziesięciu lat.

Co się okazało, związek tej starszej kobiety z młodszym partnerem z roku na rok rozkwitał coraz intensywniej. Sąsiadka pochwaliła się, że miło spędzają razem czas, grając w karty, oglądając filmy przyrodnicze, na dyskusjach, rozmowach podczas spaceru po parku. Raz się wygadała z lekkim uśmieszkiem, że za bardzo ją niekiedy „męczy”, ale co mam zrobić?, powiedziała pytająco. To była jedyna słodka skarga na faceta. Spotykali się codziennie i widać było, że czerpią radość z tego bycia razem. Od sąsiadki słyszałam same zalety i zachwyty o partnerze, widziałam, że jest zadowolona. Rozstawali się zazwyczaj po południu, ponieważ on lubił programy sportowe i muzyczne, ona z kolei lubiła rozwiązywać krzyżówki i robótki ręczne.

Niestety, historia tej niezwykłej znajomości niedawno się zakończyła, przetrwała osiem lat i trwałaby do tej pory, gdyby nie postępująca demencja sąsiadki. Od roku objawy stawały się niebezpieczne dla życia. Parę razy straciła orientację w mieście, gubiła pieniądze, drogę do lekarza, o mało nie spaliła własnego mieszkania. Mężczyzna opiekował się nią troskliwie, jednak stwierdził, że potrzebuje fachowej pomocy. Wezwał rodzinę z Polski.

Podczas ostatniej wizyty synów, kiedy już nie rozpoznała swoich bliskich, dzieci zadecydowały, że zabiorą matkę do Polski i umieszczą w domu opieki. Było mi smutno, kiedy się o tym dowiedziałam, nie miałam okazji pożegnać się z nią – tak szybko została zabrana.

Po wyprowadzce sąsiadki ciekawiło mnie, co się stało z jej facetem, bo przestałam go widywać, a mieszka w pobliżu. Od innej zaprzyjaźnionej sąsiadki dowiedziałam się, że ów mężczyzna strasznie rozpacza, całkowicie załamał się, popadł w depresję i nie wychodzi z domu. Ponoć ciężko się rozchorował. A może powrócił do nałogu?

No cóż, jedno muszę stwierdzić – na pewno połączyło ich piękne uczucie – chęć bycia razem. Dawali sobie to, czego każde z nich potrzebowało – siebie nawzajem.

Człowiek i Kościół…

Krystyna Koziewicz

… ja i Kościół

W Berlinie odbyły się Dni Kościoła z przesłaniem „Widzisz mnie”. Dla mnie osobiście był to piękny czas, czas, kiedy mogłam nieco przybliżyć się do spraw ludzi wierzących i uczestniczyć w interesujących debatach, pogłębiając wiedzę o współczesnych problemach Kościoła.

Kościół jest miejscem skrywającym tajemnice, wzbogacającym duchowo tych, którzy zaliczają się do społeczności wiernych. Czy rzeczywiście nauki docierają do wszystkich, czy są to tylko słowa rzucane na wiatr?

Osobiście do kościoła chodzę zazwyczaj wtedy, kiedy nie ma w nim za dużo ludzi. Lubię pomedytować w ciszy, porozmawiać sam na sam z Bogiem, podzielić się swoimi myślami. Najczęściej mam mnóstwo spraw, często dotyczą zdrowia, są prośbą do Niego, by dał siły, by pozwolił przezwyciężyć zagrażającą życiu chorobę. Nie tłumaczę się z niczego, choć pewnie powinnam. Za dużo nie grzeszę, żyję – tak mi się wydaje – przestrzegając przykazań boskich, które w dzieciństwie wykułam przecież „na blaszkę”.

Jestem tylko człowiekiem, jak każdemu z nas zdarzają mi się błędy, ale nie są zamierzone. W życiu starałam się kierować dobrymi intencjami, choć nie wszystko zależało ode mnie. Kiedy już naprawdę zapragnęłam pójść do kościoła, to znaczy, że byłam na zakręcie życiowym. „Jak trwoga to do Boga”, powiedzą postronni obserwatorzy. Ale to nie tak, bo Bóg jest ze mną, myślę o Nim nie tylko w kościele, jest częścią mnie, czuję to wewnętrznie, widzę w tym, jak mnie prowadzi przez życie. Często czuję boską rękę nad moim losem. Kiedy ktoś pyta, czemu zdecydowałam się na samotne życie po dwóch związkach małżeńskich, zawsze odpowiem – „nie jestem sama, ze mną jest Bóg”.

Bezsprzecznie najłatwiej jest właśnie w kościele skupić się na Bogu. Mnie takie spotkanie zawsze wzrusza dogłębnie, po takiej „naszej” wspólnej rozmowie niekiedy płaczę spazmatycznie bez opamiętania. Dlaczego? Nie wiem. Może to rodzaj samooczyszczenia. Jedno jest pewne, Bóg jest dobry i potrafi wysłuchać próśb.

To Bóg. Z Nim wszystko jest w porządku. Gorzej z Kościołem…

Muszę otwarcie przyznać, że nie mam zbyt dobrego doświadczenia. Już jako mała dziewczynka nie rozumiałam, dlaczego mój tata, który w każdą niedzielę tak starannie „szykował się” do nabożeństwa, po powrocie ze mszy zawsze miał zły humor, a często ogarniała go wściekłość. Nie lubiłam więc kościoła, nie tyle jako obiektu sakralnego, ale i dlatego że ojciec robił się niedobrym człowiekiem po przyjściu z kościoła. Z byle jakiego powodu maltretował mamusię na naszych oczach, bez opamiętania karcił kijem moich braci. W domu na ścianach wisiały obrazy święte, do których musieliśmy się modlić bez zająknięcia, ale on w obecności tych świętych obrazów ubliżał mamie, katował moje rodzeństwo do tego stopnia, że niekiedy krew tryskała po tych świętościach.

Któregoś razu, a miałam wtedy sześć lat, ojciec chciał mojemu przyrodniemu bratu obciąć głowę na pieńku, na którym zabijało się kury. Brat nie zdał matury i to był powód morderczego ataku. My wszyscy razem wzięci, całe rodzeństwo, a była nas piątka, tak potwornie krzyczeliśmy w niebogłosy, że zawahał się i nie spuścił siekiery na szyję brata. Do tej pory żyję z tą traumą, moje rodzeństwo także, i od tego czasu unikałam ojca jak diabeł święconej wody. Zresztą los sprawił, że wszyscy opuściliśmy nasz wspólny dom z powodu ojca.

Zapamiętałam jeszcze wiele innych przykrych sytuacji z udziałem ludzi kościoła, sióstr zakonnych, choć akurat nie dotyczyło to mnie, a innych.

Mam też i dobre wspomnienia. Już jako dorosła osoba przeżyłam fascynujące rozmowy z biskupem opolskim, Alfonsem Nossolem, uwielbiałam mowy papieskie Jana Pawła II, Benedykta XVI, w ogóle lubiłam kazania, również te nasze berlińskie, wygłaszane w bazylice św. Jana przez polonijnego księdza, Marka Kędzierskiego.

Kiedy dowiedziałam się, że ksiądz Wojciech Lemański jest w Berlinie, natychmiast zgłosiłam się na spotkanie. O księdzu Lemańskim krąży wiele kontrowersyjnych opinii, przez długi czas jego sprawa była tematem medialnym numer jeden, opinie dziennikarzy często podgrzewały negatywne emocje. Dla mnie zawsze interesujący jest poznanie człowieka oko w oko.

Ksiądz Wojciech Lemański podczas spotkania zorganizowanego przez KOD w Berlinie
Foto Krystyna Koziewicz

Wiemy, że ksiądz Lemański nie może występować w mediach. Nie może uczyć dzieci religii, odebrano mu parafię w Jasienicy. Arcybiskup Hoser kolejne kary uzasadniał wciąż tymi samymi przewinieniami: naruszanie nauki episkopatu w sprawach moralnych (a konkretnie obrona in vitro), krytyka Kościoła za opieszałość w walce z pedofilią duchownych i za przywiązanie do dóbr materialnych, podważanie autorytetu biskupów, a zwłaszcza nieposłuszeństwo wobec zwierzchnika.

Nie może już nosić sutanny. Wojciech Lemański został w Kościele skazany na milczenie. Musi milczeć i nie wolno mu mówić o niczym, a więc i o tym, co go do głębi porusza, o ofiarach czystek etnicznych: Osetyjczyków, Tutsi z Ruandy, Żydów z Chełma, zbrodni w Jedwabnym, nie wolno mu już publicznie piętnować księży pedofilów, alkoholików i tych, którzy pobłądzili w kapłaństwie.

Ksiądz Lemańskiego w takim ludzkim spotkaniu to ksiądz, taki, jaki w naszym pojęciu powinien być ksiądz – człowiek w pełni oddany swemu powołaniu, który patrzy na otaczający świat przez pryzmat dobra i zła. Bo zło istnieje, także w Kościele, co przecież nie znaczy, że złem jest mówienie o tym. Wojciecha Lemańskiego spotkała dotkliwa kara za rzekomy brak szacunku i posłuszeństwa wobec biskupa diecezjalnego.

Przyznaję, że dawniej dość umiarkowanie interesowałam się sprawami Kościoła polskiego i niemieckiego. Niekiedy oglądam, bardziej dla ciekawości, porównując ze sposobem odprawiania mszy niemieckiej, msze święte transmitowane przez TVP Polonia. To niebo i ziemia – powiedziałabym.

Msza w telewizji niemieckiej

Polska msza się odbywa, w niemieckiej więcej się przeżywa. Sam wygląd tych naszych polskich opasłych księży jest dla mnie czymś niesmacznym. Słowo Boże całkiem inaczej brzmi w ustach polskiego księdza. Treść i ton to często moralizowanie, pouczanie wiernych. Niemiecki ksiądz mówi o problemach dzisiejszych, o tym, żeby patrzeć z miłosierdziem na drugiego człowieka, na chorych, bezdomnych, uchodźców, ludzi starszych czyli tych w każdym społeczeństwie najsłabszych. Taka mowa trafia do serca, porusza sumienia, pewnie dlatego społeczeństwo niemieckie tak bardzo lubi pomagać. Przykładów moglibyśmy wymienić bez liku, ja przypomnę tu tylko ogromną pomoc jaką Niemcy okazali Polsce przed 32 laty, po wybuchu stanu wojennego. Do Polaków dotarły wtedy miliony paczek i nikt z nas nie wie, czy przeżylibyśmy ten straszny czas, gdyby nie wsparcie ze strony Niemców.

Urzędujący Papież Franciszek słusznie gromi obłudnych chrześcijan na pokaz! Mądrze sugeruje, że lepiej być ateistą niż człowiekiem, który podaje się za katolika, a z premedytacją czyni zło. Mój wybór – być człowiekiem i patrzeć na ludzi przez pryzmat człowieczeństwa. To tyle i aż tyle!

Z obserwatorium zwykłej baby… Miłość

Krystyna Koziewicz

Miłość bez granic

Wiele medialnego szumu wywołała historia związku małżeńskiego nowego prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Dla jednych sensacja, szok i niedowierzanie, dla drugich zaciekawienie oraz podziw, a dla tych najostatniejszych z ostatnich powód do wyżycia się w mediach społecznościowych z niskich pobudek.

A cóż jest w tym dziwnego? Na pewno ciekawostką jest fakt, że ten związek przetrwał 20 lat oraz że młody mężczyzna ze starszą od siebie partnerką stali się najważniejszymi osobami we Francji. I co komu do tego? Czytając komentarze, zwróciłam uwagę, że zazwyczaj mężczyźni zabierają głos w tej sprawie. Kobiety wypowiadają się rzadziej, ale za to częściej wyrażają się pochlebnie, czasem czuje się wręcz zachwyt, może być, że i trochę zazdroszczą pierwszej damie Francji. Ja, tak!

Powyższa historia przypomniała mi własne przeżycia. Trzykrotnie zdarzyło się, że o wiele młodsi ode mnie mężczyźni proponowali mi romans, mimo iż byłam mężatką ze stażem i dwojgiem dzieci.

Synowie dorastali. W domu często spotykali się duże grupy kolegów ze szkoły, zamykali się w pokoju na pogaduszki, żartowali sobie lub słuchali muzyki. Czasami podawałam młodym herbatę i piętrowe kanapki, które uwielbiali. Jeden z nich jakoś zawsze dziwnie przyglądał się, miałam wrażenie, że mnie obserwuje. Dość często nas odwiedzał, przychodził nawet pod nieobecność syna i czekał cierpliwie w jego pokoju przy otwartych drzwiach. Chętnie zagadywał mnie, pewnie dla zabicia czasu – myślałam.

Pewnego razu zasapany wparował do domu, mimo iż wiedział doskonale, że syna nie zastanie, bo wyjechał na obóz sportowy do Słowacji.

– Maćka nie ma, przecież wiesz – powiedziałam
– Ale ja przyszedłem do Pani! – usłyszałam.
– Do mnie? Czy Maćkowi coś się stało? – spytałam, wpuszczając go do domu.
– Nie, nie, zaraz wszystko powiem.
– No to słucham! – i wciąż jestem zatrwożona, że może ma złą wiadomość
– Nie, nie, nie chodzi o Maćka, tylko o mnie!

W tym momencie zaczęły się wyznania miłosne, przez które z wrażenia o mało co nie zleciałam z fotela.

– Kocham Panią, zakochałem się pół roku temu, tylko proszę się nie śmiać – oznajmia (właśnie parsknęłam śmiechem). Czytałem książki psychologiczne na temat i taka miłość istnieje naprawdę – przekonuje. – Nie mogę spać, ciągle myślę o Pani, o tym, żeby tu przyjść, bo tak naprawdę to wcale nie przychodziłem tu dla Maćka.
– Przecież jesteś w wieku mojego syna, mam męża (przebywał za granicą), czego oczekujesz ode mnie – pytam…
– O, nie, ja jestem starszy o rok od Maćka, chcę się z Panią spotykać, są wakacje, możemy pojechać gdzieś pod namioty – proponuje.
– A co mielibyśmy robić w tym namiocie?
– No jak to co? Kochać się, marzę o tym! Uwielbiam patrzeć na Panią – tu wymieniał zalety intelektualne, ale także walory fizyczne, które brzmiały dla mnie strasznie zabawnie. Różnica wieku prawie 20 lat, w jego oczach byłam księżniczką, gwiazdą niczym Liz Taylor.
– Nie rozśmieszaj mnie – prosiłam – od razu mówię „nie, nie, nie” i nie pytaj, dlaczego? Po prostu nie wchodzi w grę romans z młodym chłopakiem, który mógłby być moim synem.

Mniej więcej tak wyglądała nasza rozmowa, tłumaczyłam mu, ale argumentacja do niego nie docierała. On dalej swoje, że czytał na ten temat, bo to jest normalna sprawa. Przekonywał mnie, że możemy być szczęśliwi, ba, posiada nawet pieniądze na wyjazd, tylko mam się zastanowić , daje mi czas do następnego dnia. Przyjdzie jutro po odpowiedź – usłyszałam.

– Już dzisiaj daję odpowiedź negatywną!
– Nie, do jutra! Mam przemyśleć i już!

No więc przyszedł, jednak nie pozwoliłam mu przekroczenie progu. Oznajmiłam, że nie ma mowy o wspólnie spędzonym czasie i ogóle jakimkolwiek romansie. Zareagował niczym piorun z jasnego nieba, zrobił zamaszysty krok, pędził po schodach o mało nóg nie pogubił, wybiegł niczym opętany na podwórze zatrzaskując drzwi z całej siły, aż witryny się zatrzęsły. Trochę się wystraszyłam, że może sobie coś złego zrobić.

Do czasu przyjazdu syna żyłam w niepewności. Miałam wyrzuty sumienia, że tak ostro postąpiłam, niepedagogicznie. Ale, okazało się, że wszystko było w porządku, choć nie do końca. Nie tak szybko zrezygnował z odwiedzin syna, przychodził, przynosząc niekiedy ciastka do herbaty. Synowie mieli uciechę, podśmiechiwali się pokątnie, korzystali z jego hojności. Którego razu zaprosił nas na lody, chciał, żebym razem z nimi poszła. Moi chłopcy prosili, bym skorzystała z propozycji, dla nich była to dobra zabawa. Zakochanemu nie przeszkadzało rechotanie. Siedział obok mnie na jednej ławce, synowie z boku. Ubaw mieli po pachy, mnie natomiast było przykro, że dałam się namówić, że w ogóle chłopak ma problem przeze mnie.

Po jakimś czasie wyjechałam na Zachód, więc sprawa rozwiązała się sama przez się. Od tej pory miałam wreszcie spokój!

Na koniec dla ciekawostki podam, że parę lat temu na moim profilu na Naszej Klasie zobaczyłam, że odwiedził mój profil. Tak sobie pomyślałam – czyżby to była rzeczywiście miłość czy tylko zauroczenie? Czort wie.

Pod jednym względem chłopak się nie mylił, związki, w których kobieta jest znacznie nawet starsza od mężczyzny, wcale nie są takie znowu rzadkie. Myślę, że wiele z nas coś takiego przeżyło, oznacza to jednak również, że sytuację taką znają i mężczyźni, bo kto w końcu zakochuje się w starszych od siebie kobietach, jak nie młodsi od nich mężczyźni? A że się nie przyznają… No cóż, kolejny raz musimy sobie powiedzieć, że sami siebie z lubością oszukujemy… Zapomniał wół, jak cielęciem był? Zapewne to bardzo powszechne, skoro aż stało się przysłowiem.

***

PS adminki:

Raymond Chandler, słynny autor czarnych kryminałów, w roku 1924 ożenił się z Pearl Cecily Bowen, matką kolegi z wojska. Była od niego o 18 lat starsza. Po śmierci żony w 1954 przeżywał załamanie, podczas którego próbował popełnić samobójstwo.

Edith Piaf w roku 1962 wyszła za młodszego od siebie o 21 lat Theophanisa Lamboukasa, znanego jako Théo Sarapo. Pomimo osobliwości tej sytuacji, krytykowanej przez wielu jej przyjaciół, Théo okazał się jej wiernym przyjacielem, opiekującym się troskliwie piosenkarką aż do jej śmierci.

Urodzona w roku 1842 Maria Konopnicka miała do późnego wieku licznych adoratorów. Jeden z nich, zdolny filozof i historyk Maksymilian Gumplowicz (urodzony w roku 1864) potraktował odrzucenie wyjątkowo poważnie i zastrzelił się w 1897 r. przed hotelem w Grazu, gdzie poetka aktualnie mieszkała.

Apulejusz z Madaury, Berberyjczyk, urodzony w roku 125, autor Metamorfoz czyli Złotego Osła, w roku 155/156, zawarł związek małżeński z bogatą i znacznie od niego starszą wdową Pudentillą. Po śmierci najstarszego syna Pudentili, jej krewni przekonani, że do małżeństwa tego Apulejusz doprowadził dla zagarnięcia jej majątku, wytoczyli mu proces, w którym dowodzili, że dokonał tego za pomocą czarów. Mowa obronna Apulejusza, znana pod tytułem Apologia, sive Pro se ipso de magia liber, posiada znaczną wartość literacką i jest ważnym źródłem do poznania jego życia osobistego. Okazała się ona na tyle przekonująca, że nie tylko oczyszczono Apulejusza z zarzutów, ale też powierzono mu w Kartaginie stanowisko sacerdos provinciae, tj. kapłana kultu cesarza w całej Afryce i wystawiono na jego cześć posąg.

I tak dalej…

Zalewamy Facebook sztuką 2

To  już drugi wpis o facebookowej akcji (zobaczcie). Krystyna była pierwszą osobą, która zalajkowała “mojego Memlinga”. Przyznałam jej artystę bez zastanawiania się. Egon Schiele, napisałam. Nawet sobie potem zadałam pytanie, ale właściwie dlaczego? Odpowiedź jest tu.

Krystyna Koziewicz

W moim domu – Egon Schiele

Każdy człowiek ma swoje słabości, jedną z moich jest zaciekawienie sztuką,  a zwłaszcza malarstwem. Gdy zwiedzam muzea czy galerie, mam zwyczaj kupowania reprodukcji ulubionego artysty, ażeby na co dzień cieszyły oko i duszę. To pasja, którą kontynuuję od młodych lat.

Potrzeba przebywania w miejscach przesiąkniętych sztuką zrodziła się w momencie, kiedy przeprowadziłam się ze wsi do dużego miasta. Gdy zwiedzałam wystawy, dostrzegłam, że ciekawią mnie niezwykłe obrazy, które miały w stosunku do mnie samej moc terapeutyczną, uspokajały, dawały radość, poprawiały nastrój. Obcowanie ze sztuką rozbudziło nienasyconą ciekawość świata sztuki, wielkich mistrzów pędzla. Istnieje wiele fascynujących dzieł malarstwa, które trafiają prosto do serca. W poszukiwaniu sensu i komunikatu wewnętrznego obrazu można w ich głębi odkrywać tajemnicę, magiczną moc, a niekiedy nawet siebie?

Oglądałam katalog jakiejś wystawy i wpadł mi natychmiast w oko obraz Egona Schiele Siedząca kobieta. Aż westchnęłam z zachwytu! Miałam wrażenie, że ktoś mnie namalował. A był to przecież obraz, który powstał w 1917 roku, rok przed końcem I wojny światowej.

Egon Schiele Siedząca kobieta ze zgiętymi kolano, obraz, który jest mi szczególnie bliski, na ścianie w moim mieszkaniu.

Utożsamiam się z nim emocjonalnie i kiedy zobaczyłam gdzieś w sklepie plastycznym jego reprodukcję, od razu kupiłam ją do nowego mieszkania.  Gdy patrzę na ten obraz, przypominam sobie sytuacje z okresu dzieciństwa i młodości. Wprawdzie z natury jestem optymistką, entuzjastką życia, nie tylko istnienia, ale i ja mam i miałam przecież momenty osamotnienia i smutku. Siadałam wtedy na krześle, podłodze czy trawie w podobnej pozycji. Takie chwile sam na sam umożliwiają spojrzenie w głąb siebie, zdobywa się wiedzę o sobie. Bywanie ze sobą daje wytchnienie, a często doprowadza człowieka do przełomu w myśleniu i w życiu.

Tak, tak, to właśnie jestem ja na tym obrazie! – dalej tak uważam. To dziwne, że wśród wielu reprodukcji obrazów zdobiących ściany mojego mieszkania, a są tu i dawni mistrzowie, Klimt, Munch, Van Gogh, Monet, Matisse, Gaugain, Modigliani, Botticelli, i współcześni mi artyści berlińscy, których znam osobiście jak Woźniewska, Fiszbach, Piwarski, Dybowski, Olbiński, Nawrocka, Betlińska, na najbardziej wyeksponowanym miejscu wisi ten właśnie obraz: Egon Schiele Siedząca kobieta  ze zgiętym kolanem.

Fascynacja obrazem trwa po dzień dzisiejszy.

Po polsku

p1270420


Krystyna Koziewicz (zdjęcia), Roman Brodowski (proza i poezja)

Apokryf II

Na niebie jak kiście winogron
Rozbłysły gwiazdy wróżebne
Stada owiec pasły się spokojnie
A powietrze wypełniał smutek

Szarojesiennej nostalgii czas nastał
Niedobra to pora dla wędrowca
Mężczyzna z brzemienną kobietą
Szukali ciepłego kąta na nocleg

W Betlejem brak było miejsca
Nikt nie lubi obcych pod dachem
Niepotrzebny zbędny balast
W czas nocnego spoczynku.

Chłodny wiatr wiał ze wschodu
A wokoło nic – bydlęca stajenka.
Proroctwo rzucone na jałową glebę
Czekało poczęcia Bożego majestatu

I nagle zwyczajny płacz dziecka
Leżącego obok oślicy przy żłobie
Matka przytuliwszy dziecię do piersi
Błogosławiła Pana na niebiosach

I nastała era nowego przymierza…
– Ojciec złożył ofiarę ludzkiego cierpienia –

Nieliczni uwierzyli tej prawdzie.

p1270416

Dlaczego mój świąteczny tekst rozpoczynam tym apokryfem? Ano właśnie dlatego że są to święta upamiętniające biblijny przekaz narodzin tego, który stał się ziarnem chrześcijańskiej doktryny wiary, Jezusa zwanego Chrystusem. To właśnie On uczył nas boskości. Zgodnie z jego nauczaniem, człowiek należący do grona wybrańców Wszechmogącego, to ten który wierzy, trwa w nadziei i kocha innych, ten który kieruje się trzema bożymi przymiotami jakimi są: wiara, nadzieja i miłość. Wielokrotnie Jezus na pierwszym miejscu stawiał miłość jako najważniejszy element potrzebny do zbawienia, bo, jak twierdził, „ jego niebiański Ojciec jest „miłością”.

p1270412

Co prawda, faktycznej daty urodzenia twórcy chrześcijaństwa nie znamy, bo w kronikach cesarstwa rzymskiego, zarówno na terenie Judei jak i innych prowicji wchodzących w jego skład, brak jest jakichkolwiek zapisów potwierdzających fakt narodzin Jezusa. Trochę skąpych informacji zasięgnąć możemy od ewangelistów Mateusza i Łukasza, oraz rzymskiego filozofa i historyka żydowskiego pochodzenia, Józefa Flawiusza, urodzonego w 36 roku, który w swoim dziele „Dawne dzieje Izraela” dwukrotnie wspomniał o Jego istnieniu.

Wiara jednak nie potrzebuje twardych dowodów, bo nie byłaby wiarą.
Symboliczną datę narodzin tego największego z ludzi, a jednocześnie bożego syna chrześcijaństwo zapożyczyło od innych, wcześniejszych religii, jak mitraizm czy religia egipska. 25 grudnia, moment przesilenia zimowego, święcił mitraizm jako dzień Sol Invictus i Solaris, Słońca Niezwyciężonego czyli boga Mitry. Egipcjanie 6 stycznia czcili urodziny Ozyrysa, dzisiaj jest to dzień Bożego Narodzenia we wschodnim chrześcijaństwie. Na marginesie dodam, że dzień 25 grudnia jako dzień urodzin Jezusa chrześcijaństwo obchodzić zaczęło dopiero w 354 roku.

p1270410

Ale powtórzmy, wiara nie potrzebuje twardych dowodów, bo nie byłaby wiarą. Dla nas, chrześcijan kościoła katolickiego, wieczór czuwania – wigilia, pasterka, święta „Bożego Narodzenia”, mają charakter szczególny. Z jednej strony przypominają nam o postaci Jezusa, o jego roli w tworzeniu naszej religii, o jego życiu, misji, jaką miał do spełnienia na ziemi, oraz ofierze, jaką złożył za nas ludzi, swoją osobą. Z drugiej zaś strony dni te są okazją do wspólnej rodzinnej biesiady w duchu chrześcijańskiej pobożności. I właśnie ta chrześcijańska pobożność, zwłaszcza w tym okresie powinna pobudzić nas do refleksji, do zadumy nad tym, jacy tak naprawdę jesteśmy. Ile jest w nas prawdziwej miłości, wiary i nadziei, a ile pozoru bożego człowieczeństwa.

p1270333

Kiedy zasiądziemy do wspólnego, wigilijnego stołu, zanim podzielimy się z najbliższymi opłatkiem, pomyślmy o innych. O tych, których na co dzień nie zauważamy, czasami nie tolerujemy, traktujemy jak obcych czy też wrogich nam.

Tymczasem zgodnie z nauczaniem Tego, którego dzień narodzin świętujemy, wszyscy pochodzimy od jednego źródła jakim jest „Miłość” – Bóg Ojciec. A To zobowiązuje.

Święta Bożego narodzenia, mimo sakralno-teologicznej otoczki są świętami szczęścia. Upiększone wiekowymi tradycjami, w każdym regionie innymi, obrzędami pochodzącymi często z przedchrześcijańskiej kultury, sprawiają nam radość. Do tego syto nakryte stoły, choinka, oraz prezenty którymi nawzajem się obdarowujemy. Czy to wszystko nie jest piękne.

Tak, nieważne kiedy i gdzie urodził się Jezus, ważne, że w niego wierzymy, że dzięki temu co ewangeliści nam o Nim przekazali, o jego dla nas przesłaniu, możemy stać się lepsi, empatyczni i ludzcy.

p1270474

Święto emigranta

Stary kalendarz kłania się ze ściany
Wypełniony naszym doświadczeniem
Przypomina że święta nadchodzą
Czas rodziny – Boże Narodzenie.

Stół nakryty świątecznym obrusem
Pod nim siano skoszone jesienią
A na stole potrawy (dwanaście)
Wokół pachnie naszą polską ziemią.

Świerk stojący w gościnnym pokoju
Obwieszony szklanymi bombkami,
A pod świerkiem prezenty świąteczne
Które przywiózł… Mikołaj (saniami)

Już za oknem na bezkresie nieba
Srebrzy jasno gwiazda zwiastowania
Przypomina że czas nadszedł dla nas
Miłości, radości, pojednania.

Jeszcze tylko modlitwa dziękczynna
Po niej kruchy, opłatek chlebowy
I życzenia lepszej, dalszej drogi
W szacie nowej, duchowej odnowy

Każde święta zawsze takie same
Takie nasze, chociaż na obczyźnie ,
Bo wywodzą sie z naszej tradycji
Tej tradycji jaka jest w ojczyźnie

Lida / Białoruś 23.12. 2009
p1270443
Krystyna Koziewicz sfotografowała te szopki w ubiegłym roku w muzeum Alte Münze w Berlinie

Zamiast życzeń i zamiast prezentów

Krystyna Koziewicz

Apel

Na całym świecie grudzień jest najbardziej świątecznym miesiącem w kalendarzu, w którym rozpoczyna się nieustające święto zakupów. Zaczyna się od kupowania prezentów na Mikołaja, którego postać kojarzona jest z brodatym staruszkiem, z torbą wypełnioną prezentami. Ów staruszek, wedle legendy z XV wieku, przemierza świat w saniach zaprzężonych w renifery, wchodzi do domu przez komin i wypełnia dziecięce skarpety zabawkami i słodyczami. Czasem to on przynosi też prezenty „pod choinkę”, czasem Aniołek, Dzieciątko Jezus, Gwiazdor czy Dziadek Mróz.

W okresie przedświątecznym wielką radością jest też czas odświętnego dekorowania całego domu. Czarowne są te wszystkie fantazyjnie migocące światełka, kolorowe ozdoby choinkowe oraz wypiek ciast i gotowanie wigilijnych potraw. Co jak co, ale nie da się uciec od tego wszystkiego, co stało się już odwiecznym rytuałem i wciąż trwa. Bo to magiczny i pełen wzruszeń czas. W tę niezwykłość, jaką są Święta Bożego Narodzenia, wpisane są cudowne aromaty, których pełno snuje się po kątach wypucowanego mieszkania. Któż oprze się egzotycznym zapachom cynamonu, kardamonu, gorących pierników, gotowanych uszek z grzybkami, smażonego karpia? Na to wszystko nakłada się pachnące igliwie choinki i cieszący oczy widok palących się świec. Świąteczna krzątanina udziela się wszystkim i szczęśliwy jest ten, kto nie musi się zastanawiać, z kim zasiądzie do wigilijnego stołu, albo czy Mikołaj i jemu przyniesie prezenty.

Ale bywa i inaczej. Nie każdemu spełnią się marzenia. Na przykład wnuczka Asia pisze w liście do „Gwiazdki”, że chce, zamiast prezentu, by „babcia wyzdrowiała po ciężkiej chorobie raka…” Kolega z klasy Asi chciałby, aby wszystkie prezenty zostały wysłane do Domu Dziecka w Opolu. Tylko pozazdrościć rodzicom, że mają dzieci o tak wielkim sercu. To wielki dar od losu! Bo DAJĄC, uszczęśliwiamy samych siebie, bo właśnie w dzieleniu się z innymi odnajdujemy radość. To taki rodzaj dziwnej arytmetyki, w której nie ubywa nam z tego, co mamy, mimo że się tym dzielimy. Przy okazji niejako wzbogacamy samych siebie, bo otrzymujemy w zamian coś znacznie droższego, coś, czego nie można kupić za żadne pieniądze świata, czyli – RADOŚĆ osoby obdarowanej,  jej UŚMIECH i SERCE. W wielu domach te oczekiwane cudeńka spoczywają pod choinką. Bywa, że jakieś ciekawskie oczy zajrzą do środka i CZAR niespodzianki gdzieś pryska, generalnie jednak każdy chce dotrwać „pierwszej gwiazdki”, by tradycji stało się zadość. Nawet dorośli ze wzruszeniem oczekują tej magicznej wręcz chwili i cieszą się jak dzieci, gdy wreszcie nadejdzie…

Każdy dzień zbliża nas do Świąt Bożego Narodzenia. Magiczna moc świąt, wyjątkowy czas rodzinnych spotkań powoduje, że dzięki tradycji odrabiamy stracony czas. Nasze myśli skierowane są ku najbliższym i kiedy łamiemy się opłatkiem pozwólmy wszystkim żalom i smutkom odpłynąć w sina dal. Podarujmy sobie wzajemną życzliwość i radość z pojednania. To właśnie dzięki zwyczajom świątecznym zbliżamy się do siebie otwierając swoje serca z tej najlepszej strony. Niechaj wigilijny stół połączy nas rodzinnymi opowieściami, wspomnieniami i pamięcią o tych, którzy od nas odeszli. Radujmy się, świętujmy, niech wspólny czas pozostanie niezapomniany w naszej pamięci!

Polskie rytuały Bożonarodzeniowe mają specyficzny podniosły klimat, a przestrzega się ich wszędzie tam, gdzie znajduję się Polacy. Kultywowanie polskich tradycji i zwyczajów religijnych na emigracji to nasz obywatelski, rodzicielski, nauczycielski obowiązek wobec młodego pokolenia. Wszystkie te tradycje, jak ubieranie choinki,  wspólna kolacja, kiedy cała rodzina zasiada do stołu wigilijnego, dzielenie się opłatkiem, śpiewanie kolęd, jasełka są łącznikiem pomiędzy pokoleniami. Jeśli my, dorośli będziemy kultywować świąteczne tradycje, przetrwają nawet wtedy, kiedy już  przeminiemy. Zwyczaje nadal będą żyć w pokoleniach, które po nas przyjdą.

Okres  świąteczny to czas relaksu, odskoczni od codzienności, czas, kiedy człowiek poddaje się magicznej ceremonii starych obyczajów ludowych, na które każdego roku z radością wszyscy czekamy.

My, Polacy w Berlinie tworzymy jedną wielką rodzinę, mamy polskie korzenie i chcemy przy okazji Świąt spotkać się ze sobą, spędzić kilka godzin w przyjaznej atmosferze, pełnej serdeczności i życzliwości. Nie zapominajmy, że to czas pojednania sie z bliźnimi, wzajemnego wybaczania sobie błędów, darowania win. Obdarowujmy siebie życzeniami zdrowia, nie żałujmy sobie dobrych słów, czułych gestów… Nie żałujmy…

Od kilku lat pisze już dla Czytelników tego bloga takie i podobne życzenia i refleksje świąteczne.

W tym roku jednak nad radością tego pięknego czasu zawisł straszny los Aleppo.
To miasto umiera jak Warszawa przed 72 laty. Jesienią i zimą 1944 roku, po upadku Powstania Warszawskiego, świat patrzył bezczynnie, jak okupanci dobijają konającą Warszawę.
Przez dziesięciolecia my, Polacy, nie mogliśmy o tym zapomnieć.

Nie pozwólmy, by teraz, gdy żyjemy w pokoju i dobrobycie, na nas spadła hańba, iż patrzyliśmy bezczynnie na śmierć całego miasta!

Możemy jeszcze uratować 100 000 osób z masakrowanego miasta. To cywile, którzy nie mają jak stamtąd uciec. Otwórzmy drogę do Polski, dla tych, którzy wymagają NATYCHMIASTOWEJ pomocy, przyjmijmy ofiary wojny, rannych i potrzebujących, kobiety i dzieci, osoby starsze, niepełnosprawne, które wymagają natychmiastowej opieki medycznej i zapewnienia im podstawowego bezpieczeństwa.

Pamiętajmy o tych wszystkich, którzy zginęli w Warszawie i pomóżmy Aleppo!

Przychodzimy, odchodzimy 1

Krystyna Koziewicz

Śmierć na emigracji

Kiedy patrzysz na człowieka życzliwym okiem, widzisz same zalety… podziwiasz nie tylko urodę, ale styl życia, pięknie urządzone mieszkanie, przeczytane książki, dalekie podróże, intratny zawód, posiadaną wiedzę oraz szlachetne wartości przekazywane innym. Te wszystkie cechy brzmią tak olśniewające, że człowiek zaczyna sam siebie karcić, że nie potrafi błyszczeć, dobrze zaprezentować i pchać się przed szereg. Normalny człowiek akceptuje, że wśród nas są lepsi, mądrzejsi i zdolniejsi, bo przecież nie każdy miał szanse czy warunki, żeby się doskonalić. I tak wydawałoby się na zewnątrz mamy piękna twarz, wooow…, a co skrywamy w środku ciała? Zaraz bedzie o tym mowa…

Pewnie ktoś zapyta, a dlaczego taki enigmatyczny wstęp do tytułu artykułu: śmierć emigranta. Bo to się naprawdę zdarzyło, piszę pod wpływem emocji, na gorąco. Tak, umarł Polak na emigracji! Ojciec, brat, eks małżonek, kolega. Umarł pewnie w cierpieniach, bo choroba była straszna. Trudno mieć do kogokolwiek pretensje, że go nie zauważaliśmy, sam się izolował, o problemach nie mówił, a kiedy zapytano zawsze odpowiadał, że ok.

OK.

Zmarł w samotności i była to naturalna śmierć – o czym powiadomiła policja, która przeze mnie, bo to ja jestem eks małżonką, szukała najbliższych członków rodziny. Byłam w szoku, oczywiście, przekazałam posiadane informacje, które pozwoliły odnaleźć jego córkę, zamieszkałą w Monachium i siostrę w Holandii. Najbliższe osoby, w tym wypadku – każda z nich żyła w innym kraju, innym mieście.

Ja zresztą też na własną rękę, poprzez internet, szukałam łączności do obu kobiet. Ucieszona, że znalazłam adres jednej z nich, wysłałam maila, potem zatelefonowałam, zero reakcji. Także policja ją znalazła, nawiązali kontakt, ale córka jako bezrobotna i biedna nie zorganizuje ojcu pogrzebu. A więc to miasto dokona pochówku, anonimowo.

Już raz przeżyłam podobna historię z piłkarzem Kazimierzem Polakiem http://blog-polonia.pl/wspomnienie-o-pilkarzu/.

Polak. Nomen omen…

Ale teraz myślę o moim byłym mężu, o Bartku. Gdyby nie miał nikogo, dobrze… Lorka i Mozart też nie mieli grobu, nie trzeba mieć grobu, nie o ten kawałek miejsca na cmentarzu chodzi, tylko o pamięć. Bartek ma córkę, kochał ją, opłacał jej studia artystyczne, teraz już nie, bo skończyła, jest specjalistą, anonsuje się w sieci, że wykonuje Wohnungseinrichtung. Urządza wnętrza mieszkalne. Oglądam piękne zdjęcia, wnętrza jej mieszkania niczym z bajki, jak wyjęte z ekskluzywnego katalogu. Tak, tak rozpoznaję ją, to ona jest na zdjeciu. Nie chce mi się wierzyć, że nie chce własnemu ojcu zorganizować godny człowieka pochówku. Przecież musi być szlachetnym człowiekiem z darem boskim – artysta o wielkiej wrażliwości i ta buzia… taka śliczna…

Nic nie rozumiem.

Szukam siostry… w internecie nie ma jej nazwiska, nie ma na facebooku. Dzwonię do polskiej ambasady, do znajomych w Holandii z prośbą o pomoc. Słyszę dobre rady, ale dalej działam na własna rękę. O co mi właściwie chodzi? Po co to robię?

Żeby zmarłego na emigracji Polaka nie pochowano na psim polu.

Myślę sobie, siostra na pewno nie pozwoli, by jedynego brata pogrzebano w nieznanym miejscu. Dzwonię do Haarlemu na policję, policja jednak nie odnajduje nikogo o podanym nazwisku, ale… znajduje nazwisko i imię matki zmarłego, która jest zanotowana w komputerze. Ja wiem, że już nie żyje od dwóch lat, ale pewnie tam mieszka i siostra. Niestety, szczegółów nie znam. Od poszukiwań jest policja. Odnajdzie? A jak nie? A jak i ona odmówi?

Czarny scenariusz… Zostanie pochowany w Berlinie, anonimowo, tak, ale przecież w miejscu, które będzie znane. Podam tu adres, może ktoś przyjdzie, może go godnie pożegnamy.

Spoczywaj w spokoju!

bartekklein

Foto: Ania

Kasza, cukier, bluzka, klocek…

Krystyna Koziewicz

Oj, mamuśki, mamuśki

Impulsem do podzielenia się swoimi spostrzeżeniami są moje obserwacje dziecięcego świata widziane okiem seniorki. Przebywam dużo z wnukami i widzę, że w miarę szybko otwierają się na rozmowy, wyrażają emocjonalnie własne zdanie, marzenia, plany. Tak naprawdę mają tyle do powiedzenia, że głowa mała. Nasze wspólne rozmowy zawsze traktujemy poważnie, niekiedy nie przyznaję racji, staram się korygować i popierać stanowisko mamy, taty, nauczycielki. Zaskakują mnie jednak niezwykle trafną krytyką życia dorosłych, którzy popełniają błędy na oczach dzieci. Jednak żadne z nich nie odważy się zabrać głosu w tej sprawie, kochają rodziców bezgranicznie, co nie znaczy, że bezkrytyczne. Z babcią jest inaczej… można powierzyć wszystkie tajemnice. I tym sposobem zmierzam do celu. Nie opisuję tutaj żadnych odkrywczych rewelacji, ale to co mnie zasmuca to naga rzeczywistość bez retuszu.

Otóż, co najmniej raz do roku podczas letnich wakacji zabieram wnuki do siebie do Berlina, żeby wiedziały i poczuły, że należę do ich rodziny. Nie są ze mną na co dzień, więc staram się rekompensować deficyty intensywnie przez dłuższy okres czasu.

Dzieci, oczywiście, cieszą się bycia z babcią, lubimy się, rodzice też mają wiele powodów do zadowolenia. Obcowanie w wielopokoleniowej rodzinie to skarb, dar losu, marzenie wielu ludzi. Nigdy nie zauważyłam, żeby dzieci cierpiały z powodu wakacyjnego braku najbliższych. Wręcz odwrotnie, cieszą się z poluzowania norm, zasad, jakie zazwyczaj obowiązują w domu, co wcale nie oznacza, że im na wszystko pozwalam. Wolności maja tyle, ile sprawia im radość, a mnie bez kłopotu przychodzi. Zawieramy rodzaj umowy, co im wolno, a czego nie, ta forma okazuje się skuteczna, wtedy dzieci doskonale wdrażają ustalone przepisy, bo je znają.

Dzieci bez rodziców czują się świetnie, już tak nie tęsknią, jak wtedy, kiedy jeszcze były małe. Po prostu czują luz, swobodę u babci, która pozwala im być sobą, prezentują się w całej krasie ze wszystkimi nabytymi umiejętnościami. Zdolne to pokolenie jest i dobrze wychowywane – trzeba przyznać.

No cóż, mamuśki z reguły są święcie przekonane o swojej racji odnośnie wychowywania i odżywiania dzieci. Przywieziono mi więc z Polski produkty ekologiczne, które mam wykorzystywać do babcinych potraw. Są kasze, słodycze, kisiele, suszone owoce (w lecie!) i warzywa na pierwsze dni pobytu. Ekologiczne, oczywiście. Przy okazji nasłuchałam się wykładu o szkodliwości jedzenia z tanich sklepów, przez co nabawiłam się wrażenia, że niedługo umrę z zatrucia i ze mną cały świat.

Wzięłam sobie do serca ostrzeżenia, jeśli chodzi o dzieci. No i zaczęło się… proponuję dzieciom na obiad warzywa z kaszą i cielęcinę w sosie śmietankowym . Dzieciaki zrobiły dziwną minę, pewnie nie zachwyciłam ich propozycją… pytam więc, co chciałyby na obiad?

– Babciu tylko nie warzywa… mamy dość marchewki, brokolii, cukinii, kalafiora, kaszy jaglanej, gryczanej, soczewicy… wymieniają nazwy kasz, niczym pracownicy ze sklepu spożywczego.

Nie będę zdradzać tajemnicy, z jakim apetytem wcinały moje obiadki, podwieczorki i śniadanka. Zawsze z dokładką, zwłaszcza zupy. To wszystko, co mama przywiozła pewnie zabierze z powrotem do domu.

A wcale się nie opychają słodyczami, od czasu do czasu rączki sięgają do koszyka ze smakołykami, które same sobie wybrały w sklepie. Je, ale nie jest żarłoczny.

dzieciatka

Ciekawe, bo w domu niejadek, a w przedszkolu, szkoda gadać. Przypomniałam sobie pewną przedszkolną wycieczkę do lasu. Pojechałam razem z nim, zabierając co nieco do plecaka. Inni rodzice też. Kiedy dzieci zasiadły do stołu pełnego rozmaitych potraw, mój wnuczek rzucił się na jedzenie, niczym pies do miski i zgarniał łapczywie wszystko, zapychając buzię. Byłam w szoku, nie wierzyłam, że dziecko może być do tego stopnia łapczywe. Zapytałam nauczycielkę, czy wnuczek w przedszkolu też się tak zachowuje? Potwierdziła, zjada wszystko, zawsze prosi o dokładkę i wyjada od innych dzieci niejadków pozostawione porcje. W przedszkolu wszystko mu smakuje, u babci też, a w domu? Niejadek!

Z mojej strony nie będzie puenty, proszę samemu odpowiedzieć na pytanie, dlaczego?

P.S. (od Autorki) Ponoć seniorzy mają negatywny wpływ na dzieci i młodzież – czytam ostatnio w prasie polskiej. Głupich stwierdzeń jakiegoś idioty pewnie bez własnej rodziny, oderwanego od świata realnego nie mam zamiaru komentować.

P.S. (od Redaktorki) Zawsze to samo – fanatyzm w sprawie dobrego jest nadal fanatyzmem. Jestem za tym, żebyśmy my wszyscy, nie tylko nasze dzieci, jedli zdrowo. Jestem za tym, żebymy my wszyscy, nie tylko nasze dzieci, nosili ekologiczną odzież, bardzo bym była za tym, żebyśmyto  lub tamto… Ale bardzo nie lubię fanatyzmu, nawet w najlepszej sprawie…

 

 

Z życia w PRL

Sprawa z Wałęsą wstrząsnęła społeczeństwem bardziej chyba nawet niż ustawa inwigilacyjna czy zmagania o Trybunał Konstytucyjny. Pewnie dlatego, że ustawy mogą się wydawać dalekie od naszego życia, ale jak zszargano imię Wałęsy dotyczy chyba nas wszystkich. Dziś kolejny wpis…

Krystyna Koziewicz

Wbrew własnej woli

Osobiście z SB nie miałam nigdy nic wspólnego, ale przypadek sprawił, że co nieco mogłam się dowiedzieć. A było tak…

Wspólnie z moim eks pilnie poszukiwaliśmy dla naszej rodziny mieszkania, o którym w tamtych latach można było tylko pomarzyć. Mieliśmy dużo szczęścia, bo trafiliśmy na człowieka, zresztą pijaczka, który akurat chciał odsprzedać, rzekomo własne, lokum. Radości nie było końca, cieszyliśmy się, że złapaliśmy pana Boga za nogi, wszak byłam w ciąży, krótko przed rozwiązaniem. Za pożyczone pieniądze kupiliśmy mieszkanie z umową i meldunkiem. Spokojnie zaczęliśmy się urządzać, kupiliśmy meble, jednak ten stan nie potrwał zbyt długo, o co postarali się nasi przyszli sąsiedzi. Dziwnie zaczęli dopytywać się o nasze miejsca pracy, więc dumnie odpowiadałam, że ja pracuję w oświacie, a mąż w opolskim teatrze (zmieniał zakłady, jak skarpetki, ale o tym potem).   Patrzyli na nas, jak na Marsjan, z kolei nas dziwiła ich reakcja i wścibskość. Rychło się jednak wyjaśniło, a to, co usłyszeliśmy od naszych życzliwych sąsiadów, było po prostu szokiem, bo okazało się, że budynek był własnością milicji.

Gorzej być nie mogło. Wkrótce otrzymaliśmy pismo z nakazem opuszczenia lokalu. My jednak nie chcieliśmy się poddać. Mąż postanowił, a ja się zgodziłam, żebyśmy nie reagowali na pismo. W końcu byliśmy zameldowani przez urząd, więc o co chodzi? Otrzymałam wezwanie do osobistego wstawienia się na milicji, a tam bez jakichkolwiek wyjaśnień urzędnik zaczął pisać akt eksmisji. Stukanie na maszynie zostało przerwane w momencie, kiedy zażądali okazania mojego dowodu, by prawidłowo wpisać poprzednie miejsce zamieszkania. Chodziło o mój poprzedni adres, bo tam miałam zostać eksmitowana. Adres brzmiał Dom Dziecka w Skorogoszczy. Co, w Domu Dziecka? Zdenerwowany urzędnik wyciągnął kartę z maszyny i wyszedł.

Po upływie kilku minut, które dla mnie były jak wieczność, urzędnik wrócił i wręczył mi oficjalnie przydział na mieszkanie z zapewnieniem, że mogę sobie spokojnie mieszkać tak długo, jak długo zechcę. W tym momencie ogarnął mnie spazmatyczny płacz ulgi i uczucie radości, że wśród milicjantów byli też ludzie. Z łezką w oku wspominam ten humanitarny gest.

W ten oto sposób znalazłam się w „doborowym” towarzystwie, gdzie sąsiadami byli pracownicy SB i milicji. Często chwalili się swoimi „osiągnięciami”, jak czytanie poczty zagranicznej czy sensacyjek kryminalnych. Od nich dowiedziałam się rewelacji, że każdy kto miał telefon, musiał wcześniej otrzymać akceptację SB, a kto chciał wyjechać Zachód, zobowiązany był podpisać lojalność wobec polskiej racji stanu. Mówili ogólnikowo, więc nie jestem w stanie wyciągnąć z pamięci więcej szczegółów.

Mój stary był do sąsiadów wrogo nastawiony, po prawdzie to nimi gardził, głównie za kapowanie. Oni uważali go za wichrzyciela, bo słuchał radia Wolna Europa, nie chodził na wybory i oficjalnie wyrażał antykomunistyczne poglądy. Najgorzej było w dzień wyborów, pamiętam, że za każdym razem przyjeżdżali po niego suką, przypominając o obowiązku. Z tego też powodu miał przechlapane w zakładach pracy, bo głośno krytykował komunę, stawiał się kierownikom, dyrektorom i różnej maści funkcjonariuszom partyjnym. Lekceważył ich, naśmiewał, więc długo nie zagrzał miejsca w żadnym zakładzie pracy. My, rodzina, cierpieliśmy z tego powodu, brak było bowiem stabilizacji finansowej.

Któregoś razu zniknął bez śladu, nikt nie wiedział, co się z nim stało? Byłam bliska załamania, a on po prostu zwiał za granicę nielegalnie, bez paszportu. Jednak bez happy endu, bo został zatrzymany na granicy czesko-austraickiej. Otrzymał pół roku do odsiadki. Z więzienia wrócił nieco spokojniejszy, mniej prowokował publicznie, ale marzenie wyjazdu za granicą dalej w nim drzemało.

Często otrzymywał wezwania do stawienia się na posterunku policyjnym… powiedziałabym, że nawet bardzo często. Zawsze wracał zakłopotany, zamyślony, widać było, że ma problem. Początkowo nie chciał mnie wtajemniczać, ale w końcu przyznał, że musiał podpisać jakąś lojalkę. Co to oznaczało? Do końca nie wyjaśniał, ale zapewniał, że „nie jest taki głupi, jak sobie myślą”. Chciał koniecznie wyjechać na Zachód, żyć w wolnym kraju, dobrobycie i podróżować po świecie.

Złożył wniosek o paszport, który po wielokrotnych odmowach, dziwnym trafem otrzymał, ale wcześniej został wezwany na rozmowę. I znów ta sama śpiewka, najpierw musiał coś podpisać i dopiero wtedy mógł by wyjechać – oznajmił mu urzędnik. Wtedy po raz pierwszy ujawnił mi w tajemnicy, co chcą, ale także i tym razem zapewniał, że „głupiego znaleźli”. Wiedziałam, że nikogo nie sypnie, nie zdradzi, ale też wiedziałam, że będzie to koniec dla naszej rodziny. I tak też się stało. Bał się wrócić do Polski, pozostał na Zachodzie, a my rozeszliśmy się.

Takie były czasy, że wbrew woli, ludzie prawdopodobnie musieli podpisywać tzw. lojalki, co wcale nie znaczy, że od razu donosili. Zatem, ostrożnie w ocenach Wałęsy, bo Wałęsa dla SB to dopiero był gruba ryba, mój eks był tylko płotką, a jakie miał kłopoty.

Wiem jedno, że prawie każdy mężczyzna, który w latach 60 i 70 wyjeżdżał zagranicę musiał odbyć rozmowę z urzędnikiem policyjnym. Innej opcji nie było, ale to nie oznacza, że byli współpracownikami SB czy innych organów. Wśród nich byli tacy, co pozostali na Zachodzie, bo nie godzili się na współpracę, bali się wrócić do kraju w obawie przed przykrymi konsekwencjami. Pewnie byli też tacy, co bez problemu wyjeżdżali tam i z powrotem, jak mój dawny znajomy. Może oni byli nadgorliwi, ale to są jedynie moje przypuszczenia.

Zresztą moi sąsiedzi sami w przypływie szczerości opowiadali, jak popisywali się przed szefem pracowitością. Podobnie jak ojciec kolegi, który tuż przed śmiercią wyznał mu, że wiele fikcji produkował w aktach policyjnych.

To byłoby na tyle! To sobie przypomniałam w tym okrutnym czasie, kiedy atakuje się człowieka, któremu Polska wiele zawdzięcza. Nie ma ludzi kryształowych, ale na miłość boską – osądzajmy przywódców partyjno-rządowych i czasy, w jakich przyszło nam żyć, a nie tych zwykłych ludzi, którzy często musieli postępować wbrew własnej woli.

Pod choinkę bez choinki… rozmyślania ekologiczne

Krystyna Koziewicz

 Natura cierpi

Nasza planeta cierpi, jest zagrożona – tak brzmi konkluzja ONZ w panelu ds. Zmian Klimatu IPCC. Raport ocieplenia obciąża człowieka za emitowane gazy cieplarniane czyli dwutlenek węgla. Unia Europejska postanowiła, że do roku 2020 zmniejszyć trzeba o połowę emisję dwutlenku węgla. Co więcej za 13 lat 20% całej energii ma pochodzić ze źródeł odnawialnych – słońca, wiatru, wody czy biomasy. Budowanie nowych elektrowni atomowych budzi coraz więcej protestów zarówno organizacji ekologicznych jak i tzw. zwykłych ludzi. Niewątpliwie po katastrofach w Czernobylu i Fukushimie niezwykle wzrosła społeczna świadomość zagrożeń.

Podczas szczytu klimatycznego władcy świata debatowali na ten temat w Paryżu. Przez dwa dni z tej okazji leciały non stop reportaże z różnych zakątków świata. Byłam załamana tym, co się stało z naszą Ziemią – zamiast ratować banki lepiej ratować Ziemię!

krysia eko (1)

Co jednak my zwykli obywatele tego świata możemy w codziennych działaniach uczynić dla ochrony środowiska? Najlepiej byłoby zacząć od siebie, od małych kroków, które zsumują się w czyny wielkie i dopiero powszechność pewnych nawyków i zachowań spowoduje dostrzegalne efekty. Zaoszczędzony litr wody, pomnożony przez parę milionów, daje już pojemność małego jeziorka. Idąc po sprawunki nie musimy za każdym razem kupować plastikowej torby, nie trzeba też używać pralki z paroma ciuszkami, palić światła w pomieszczeniu, gdzie nas nie ma. Przyroda cierpi. Tak pisze o tym ks. Jan Twardowski.

Rachunek dla dorosłego”

 Jak daleko odszedłeś od prostego kubka z jednym uchem
Od starego stołu ze zwykłą ceratą
Od wzruszenia nie na niby
Od sensu
Od podziwu nad światem.

Warunkiem tworzenia społeczeństwa żyjącego zgodnie z prawami natury jest edukacja, kształcenie powszechnej świadomości, że świat składa się z określonej puli zasobów, której nie da się pomnożyć i która wystarczyć musi na następne pokolenia. Nie ma miejsca na egocentryzm i zachłanność. Człowiek nie może dominować nad przyrodą, lecz musi nauczyć się ją respektować. Nasze zachowania konsumenckie muszą być bardziej świadome – musimy kupować rzeczywiście to, co jest naprawdę potrzebne. Każda rzecz ma swój koniec i wcześniej czy później najelegantsza sukienka czy najdroższy samochód stanie się zużytym śmieciem. Podobnie śmieciami staną się w swoim czasie najwytworniejsze markowe sprzęty domowe, butelki po napojach, tysiące opakowań, tony plastiku. W gospodarce rynkowej to klienci uznają, co jest warte nabycia, a producenci się ich potrzebom podporządkowują.

Każdy kto wychowywał się na wsi, nabył co nieco nawyków ekologicznych, które wymuszało samo życie, jak palenie śmieci, oszczędność wody (czerpało się ze studni) i światła, stara polska zasada, że nie wolno wyrzucać jedzenia – odpadkami karmiono ptactwo, zwierzynę. Do sklepu chodziło się z małą siatką, foliowe torebki były nieznane, śmietanę i mleko kupowało się butelkach na wymianę, a kolorowe cukierków rzadko były opakowane. Z pewnością dzieciństwo spędzone na zielonej trawie w ogrodzie, wśród krzewów i drzew, zwierząt domowych, wielkich połaci łąk i pól wykształciło podziw i respekt dla przyrody.

Pierwsze nawyki ekologiczne przyswoili mi już w dzieciństwie rodzice, babcia, dziadek. Pokazali, do którego wiadra wrzucać resztki jedzenia dla świnek, gdzie składać papiery, a gdzie odstawiać butelki. Wspólnie ze starszym rodzeństwem spędzaliśmy czas w ogrodzie na zabawach, zrywaniu owoców, ale też i na pracy. Trzeba było bardzo uważać, by nie łamać gałęzi i nie zapominać o podlewaniu kwiatów, warzyw. Ojcowskie nakazy!

Niestety, z różnych powodów trzeba było opuścić cudowną krainę i zamieszkać w mieście. Byłam jeszcze dzieckiem. Nowe miejsce – miasto wojewódzkie było brzydkie – wokół zabudowania, bloki mieszkalne, zabetonowane ulice, asfalt, żadnej zieleni. Owszem, parę drzewek i krzewów rosło dla ozdoby i jakieś tam rabatki w centrum miasta, na głównych ulicach drzewa powycinano, ażeby kierowcy mieli lepszą widoczność.

I choć dzisiaj warunki życia są diametralnie różne, konsumpcja dóbr materialnych przerasta potrzeby ludzkie. Co innego dzisiejsi renciści, emeryci – to grupa społeczna żyjąca najbardziej ekologicznie. Ich po prostu nie stać na marnotrawstwo!

krysia eko

Nieraz zadaję sobie pytanie, czym ziemia ma oddychać, skoro kurczy się jej wolna powierzchnia, oddana pod nowo powstające budowy? I te betonowe dróżki do garażu, aby opony nie naraziły się na zabrudzenie – to już naprawdę wielka przesada!

Zdaję sobie sprawę, że mówię tu banały i że jest to po prostu śmieszne, a jednak namawiam do zmiany nawyków, do segregowanie śmieci, stosowania żarówek energooszczędnych, gotowania pod przykrywką, prania pełnej pralki, izolacji okien, używania papieru toaletowego z recyklingu. Pamiętam – kiedy chodziłam do szkoły, zbierałam flaszki, makulaturę, dźwigałam wielgachne tobołki do punktu skupu. W ten oto ciężki dla wątłej osóbki sposób osładzałam sobie życie, zarabiając na dropsy, lizaki, lemoniadkę, czekoladkę. To samo robiły moje dzieci, polując zapalczywie na wszelakie żelastwo, butelki, papier, tekturę – bo miały z tego wielką uciechę. Dzisiaj słyszy się o zbieraniu przez młodzież nakrętek, baterii, ale podobnych punktów skupu makulatury nie widzę, więc kto i po co będzie zbierał, jeśli nikomu na tym nie zależy? A może się mylę? Daj Boże!

Podczas pobytu w Kanadzie byłam świadkiem, jak dwa czy trzy razy w tygodniu ludzie wystawiali w kolorowych pojemnikach posegregowane śmieci. Każdy mieszkaniec dzielnicy wiedział w jaki dzień zbiera się makulaturę, odzież, odpadki biologiczne. Ja, nie znająca zwyczajów, wystawiałam początkowo wszystko, podczas gdy firma zabierała tylko ten właściwy surowiec. Po tygodniu „wpadek” i instruktażu syna opanowałam sztukę „wystawki”. Spodobał mi się też zwyczaj wystawiania raz w miesiącu przed domem przedmiotów do odsprzedania i do darmowego zabrania. I nie było w tym nic wstydliwego. Z zazdrością przyglądałam się, jak mieszkańcy dzielnicy willowej całymi rodzinami spacerowali wokół domów i nie dość, że odnajdywali potrzebne rzeczy, to jeszcze sobie pogawędzili, kawkę wypili i pokosztowali domowych wypieków. Było czego pozazdrościć!

Od kiedy mieszkam w Berlinie przyzwyczaiłam się, że kupując napoje płacę z góry kaucję, automatycznie więc każda butelka i każdy słoik są w poszanowaniu. Powszechną popularnością cieszą się sklepy tzw. drugiej ręki, podobnie jak pchle targi, na które każdej niedzieli chodzą tłumy ludzi.

To wszystko to sprawnie funkcjonujący system pozyskiwania przedmiotów z recyklingu, łatwy do zrozumienia, przyswojenia i realizacji.

Jednym słowem nie ma sensu za wiele filozofować o poszanowaniu matki Ziemi, bo każdy o tym wie… tylko przejąć rozwiązania sprawdzone, a ludzie sami włączą się w łańcuch naczyń powiązanych. Inaczej zmarnujemy bez potrzeby tony papieru wypisywaniem morałów, a natura nadal będzie cierpieć.

Najbardziej cieszy mnie fakt, kiedy moje dorosłe wnuczki podczas pobytu w Berlinie mogą się co nieco przyuczyć do pewnych „babcinych” dziwactw, zwłaszcza segregowania śmieci. Nieraz patrzą zdziwionym okiem, kiedy im tłumaczę, po co to wszystko, ale niech tam…

Co ciekawe, wnuczki na skutek babcinych „wykładów” przestały kupować kolorowy papier toaletowy, który zawiera szkodliwe substancje chemiczne podrażniające delikatne części ciała. Brawo! Podszkoliły się też w wyłączaniu świateł, a także w podlewaniu licznych kwiatów w mieszkaniu i na balkonie. Codzienne sprawdzanie ilości wody w doniczkach uważam za wielki sukces, ponieważ w ich domu żaden kwiatek nie przeżył roku. Temat wstydliwy, ale to już przeszłość! Wnuczki pokochały chodzenie do parków i ogrodów, zwłaszcza berlińskiego parku „Ogrody świata” na Marzahnie. Bo jak nie kochać ogrodów, słuchając romantycznej piosenki w wykonaniu Jonasza Kofty „Pamiętajcie o ogrodach”, która powinna stać się hymnem organizacji ekologicznych.

Ale WAŻNA JEST EDUKACJA nie tylko dzieci, ale przede wszystkim dorosłych, bo to ONI zniszczyli naszą Matkę Ziemię!

Kończąc eko-wywody, chcę dodać, że unikam w mieszkaniu wielkiej elektryfikacji, plastikowych dupereli i innych niepotrzebnych kurzołapów i durnostojek, natomiast wysoko cenię wyroby z naturalnego tworzywa, zwłaszcza wikliny, które za psie grosze kupuję na pchlich targach. Jak zatem widać, przemysł nie ma ze mnie za wiele pożytku, ponieważ moim sklepem i zaopatrzeniowcem są targowiska z używanym sprzętem, odzieżą i innymi potrzebnymi gadżetami.

No i jeszcze – sadźmy drzewa! To pomysł, który zrodził się, kiedy trzeba było kupić prezent urodzinowy dla brata. Kupiłam mu sadzonkę do ogrodu i od tej pory każdemu, kto posiada dom z ogrodem, kupuję drzewko. Jedno z nich rośnie nawet w Kanadzie. Może chociaż w ten sposób oddam ziemi to, co sama nieopatrznie zniszczyłam.

Ach no i…

Nie kupuję choinki, tylko w dzieciństwie miałam w domu rodzinnym – ozdabiam stoły i szafki pachnącymi świeczkami, drewnianymi ozdobami ludowymi, z bombek robię lampiony, zawieszam kartki świąteczne na tasiemce przy drzwiach… Za to stół nakryty pięknym haftowanym obrusem, pod obrusem sianko, i całe mieszkanie udekorowane jest żywymi kwiatami – gwiazdą betlejemską.