Uwolnić Asię Bibi / Freiheit für Asia Bibi

Für meine deutsche Leser – sieh’ in Wikipedia, wer Asia Bibi ist und was ihr droht


asiabibi1asiabibi2

Sekcja polska organizacji CitizenGo, która zajmuje się sprawą Asii Bibi, stworzyła film o Asii Bibii. Film znajduje się na płycie DVD dołączonej do kartki pocztowej, która ma dotrzeć do tych, którzy mają wpływ na uwolnienie kobiety.

Wysyłajmy i rozdawajmy kartki z filmem wszystkim ludziom sumienia.
Działamy międzynarodowo!

Nasza inicjatywa odbywa się jednocześnie we wszystkich krajach Europy.

***

23 lipca bliscy Asii Bibi poinformowali CitizenGO o wyniku rozprawy w Sądzie Najwyższym w Islamabadzie, który uchylił wyrok Sądu Apelacyjnego w Lahore z października zeszłego roku i przejął sprawę do rozpoznania. To oznacza, że Sąd Najwyższy zbada sprawę na nowo i że w tej chwili nie obowiązuje wyrok śmierci wydany na Asię Bibi. Ciągle jest oskarżona, lecz według pakistańskiego prawa – nie można jej teraz zamordować.

Asia Bibi mogłaby opuścić więzienie (ale nie kraj) do czasu kolejnej rozprawy w Sądzie Najwyższym (jej termin nie jest jeszcze znany), lecz wraz z rodziną i prawnikami zdecydowała się na pozostanie w więzieniu do ostatecznego wyroku, ponieważ tam jest bezpieczniejsza. Poza więzieniem mogłaby zostać natychmiast zamordowana (wyznaczono nawet nagrodę w wysokości ok. 5000 $ dla tego, kto ją zabije). Rodzina uznała, że życie Asii Bibi jest ważniejsze od bolesnej rozłąki…

Ciągle podpisujmy petycję, a jeśli już to zrobiliśmy, poprośmy znajomych o podpisanie!
Nasze podpisy mają sens. Pozwalają – choć trochę – równoważyć nacisk tych, którzy chcą Asię Bibi zamordować.

Podpisz petycję

Dziękuję
Magdalena Korzekwa

Dyrektor CitizenGO Polska

Zmarły z cmentarza w Oliwie

Ewa Maria Slaska

W poszukiwaniu straconego mistrza

Od lat jestem zaprzyjaźniona z pochodzącym z Raciborza architektem i malarzem, Engelbertem Kremserem. Pisałam już o nim kiedyś, dziś wracam do niego, ale z innym pytaniem, bo interesuje mnie jego pierwszy mistrz.

Gdy rozmawiamy o życiu, Kremser zawsze opowiada o swoim  pierwszym nauczycielu malarstwa. Było tak. Był rok 1948 w powojennym Raciborzu. Chłopak miał 10 lat. Pewnego dnia zobaczył na ulicy malarza ze sztalugami. Stanął i zapatrzył się. Malarz podniósł wzrok, popatrzył na chłopaka, a ten wykrztusił z siebie tylko jedno zdanie, nie, nie zdanie, trzy wyrazy. Ja też maluję… No to pokaż, co malujesz, odparł malarz, a chłopak pobiegł do domu tak prędko, jak jeszcze nigdy w życiu nie biegł, ani przedtem, ani potem…

Malarz nazywał się Bolesław Juszczęć i uczył chłopaka malarstwa aż do matury. Za darmo. Był dla niego zastępczym ojcem. Prawdziwy ojciec nie wrócił po wojnie do rodziny, aż… Ale o tym za chwilę. Juszczęć nauczył Engelberta malarstwa i rysunku, i przygotowywał  do egzaminu do Akademii Sztuk Pięknych. Tymczasem chłopak-zdrajca nie chciał być malarzem, chciał być architektem i zdał egzamin na architekturę we Wrocławiu. Był rok 1956. I wtedy matka zabrała obu synów do Niemiec.

Myślę, że Malarz na pewno był zadowolony z tego, co osiągnął Architekt. Bo Engelbert został wprawdzie architektem, ale architektem-artystą, przedstawicielem fantastycznej gałęzi architektury, gdzie jego poprzednikami – choć nie wzorami, bo każdy z tych fantastycznych architektów buduje po swojemu – są Niki de Saint Phalle i Antoni Gaudi. Engelbert wymyślił metodę pracy, którą nazwał architekturą ziemi (Erdarchitektur). Zbudował w Berlinie kilka niezwykłych budynków w tym kawiarnię nad jeziorem na terenie dawnej wystawy ogrodniczej w Britz.

Jest jednym z niewielu architektów, którzy mają wizję i którzy cierpią w obliczu świata zbudowanego z betonowych kostek. To nie jest dziennikarska przesada, oni cierpią. Widzę to i słyszę, gdy rozmawiamy z Engelbertem o architekturze. Albo chodzimy po mieście.

Poza tym od lat maluje.

Tak, jestem przekonana, że Juszczęć był(by) zadowolony. Historię o Juszczęciu słyszałam już wielokrotnie, ale dopiero teraz przychodzi mi do głowy, że warto by było dowiedzieć się o nim czegoś więcej. Engelbert mówi mi tylko, że żona artysty pracowała w fabryce słodyczy. Dobrze zarabiała, Juszczęć nie musiał więc w ogóle pracować, ale chciał i przez wiele lat był nauczycielem sztuki w szkole dla głuchoniemych. Bardzo lubił tę pracę i miał wybitne efekty.

To wszystko. Nic więcej nie wiem. Ale w końcu umiem szukać, a internet został stworzony dla mnie.

Wrzucam imię i nazwisko Bolesław Juszczęć do internetu. Pojawia się kilkakrotnie, ale zawsze wspólnie z Kremserem. To wierny (a jednak wierny) uczeń lojalnie przypomina, u kogo się uczył i kto uczynił z niego artystę. Wydaje się, że Juszczęcia nie ma bez Kremsera, że istnieje tylko w tym podwójnym związku mistrza i ucznia, zastępczego ojca i zastępczego syna.

juszczecWreszcie jednak znajduję – cmentarz w Oliwie. Ten koło katedry Oliwskiej. Już dawno zamknięty, dopuszczalne są tylko pochówki uzasadnione związkami rodzinnymi z innymi osobami tu pochowanymi.
Bolesław Juszczęć, urodzony 12 sierpnia 1912 roku, zmarł 5 stycznia 1968 roku. Strona internetowa biliongraves podaje, że nie wiadmo, czy był żonaty, ale obok leży Maria Juszczęć. W dalszych poszukiwaniach dowiem się, że żona wprawdzie też była Maria, ale jest pochowana w Raciborzu, a na cmentarzu w Oliwie leży troje rodzeństwa – Bolesław, jego siostra Maria i ich brat, Kazimierz, żołnierz Royal Navy z czasów II wojny, który pływał w konwojach przez Atlantyk i do Murmańska.

Oczywiście początkowo nie jestem pewna, czy zmarły z cmentarza w Oliwie to on, ale w chwilę potem już wiem, że tak. W spisie publikacji Muzeum Narodowego we Wrocławiu znajduję bowiem następującą notatkę:

juszczecanonsA zatem to jego daty urodzenia i śmierci. Pod koniec życia zaniosło go do Oliwy. Potem dowiem się, że został tam przewieziony już po śmierci. Chorował na gruźlicę, a gdy w pamiętnym roku 1963 został przymusowo zaszczepiony przeciw czarnej ospie – to ta wielka akcja polskich lekarzy we Wrocławiu, moja ciotka Maryta Karpińska też brała w niej udział! – gruźlica się odnowiła. Umarł w niespełna cztery lata później.

Bolesław też był w wojsku w Anglii, ale w polskim. Po wojnie obaj bracia wrócili do kraju, co przyniosło im mnóstwo udręki, prześladowań, komunistycznych pomówień o szpiegostwo, a bratu nawet proces i więzienie. Po przyjeździe do kraju Bolesław pojechał do rodziców i siostry do Jeleniej Góry, dostał tam pracę w Teatrze Dramatycznym, tam poznał o 10 lat młodszą Marię i tam się następnego dnia oświadczył, tam wreszcie po trzech miesiącach wzięli ślub.

Zamyślam się nad tą informacją. Szybcy byli. Mój ojciec oświadczył się dopiero po tygodniu, a ślub wzięli po pół roku. Mieli dwoje dzieci, Anię, młodszą ode mnie o dwa lata i młodszą od niej o następne dwa lata Magdę.

anna-juszczec-teleman-notariusz_zdjecie5434To Ania opowiada mi przez telefon o Tacie i rodzinie, ale oczywiście najpierw musiałam ją znaleźć, co nie było proste, bo Engelbert wcale mi w tym nie pomógł. Ania wyszła za mąż za pana Telemana (tak, z tej rodziny slynnych muzyków!), jest notariuszką i mieszka w Piotrkowie Trybunalskim.

Ojciec tuż przed wojną studiował sztukę na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Gdy skończył zaczęła się wojna, a on przedostał się do Anglii. Był ranny, leżał w szpitalu w Manchesterze. Gdy wrócił mógł wykonywać tylko prace zlecone, ale nie miał pracy na etacie. Nie dlatego jednak, że – jak twierdzi Engelbert – żona tak dobrze zarabiała, tylko dlatego że był repatriantem z Wielkiej Brytanii i na dodatek żołnierzem “wrogiego” wojska polskiego na uchodźstwie. Córka mówi, że Ojciec dostał pracę wprawdzie jeszcze przed Odwilżą, ale już po śmierci Stalina w marcu 1953 roku.

Pracował w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Niesłyszących i Słabosłyszących. Dziś jest to budynek Liceum Ogólnokształcącego im Kasprowicza.

To tu w roku 1969 Ania zdała maturę. Taty wtedy już nie było, ani w Raciborzu, ani wśród żywych. Ojciec bardzo lubił tę pracę, mówi Ania, nauczył się nawet języka migowego, ale mimo to zawsze podczas lekcji również mówił, tak żeby ci, co chcieli, mogli czytać z ruchu ust. Pracował z pasją i zaangażowaniem, był lubiany, ceniony, szanowany. Jedna z jego uczennic, Basia Borowska, została nawet malarką, co było wielkim ewenementem, nawet nie tyle z uwagi na talent artystki, ile z powodu jej studiów w normalnej uczelni wyższej. Głuchoniemi z zasady byli kierowani do szkół specjalnych.

Juszczęć prowadził również zajęcia plastyczne w miejskim ośrodku kultury i w Zakładzie Wychowawczym. O tej pracy twierdził, że uczenie sztuki było tylko częścią jego zadań pedagogicznych, bo może ważniejsze były rozmowy, wychowywanie młodych ludzi. Ale i oni go bardzo lubili i cenili.

Gdy zachorował, wszystkie te zajęcia się urwały. Człowiek chory na gruźlicę nie może pracować z młodzieżą.

Ale też malował. Oczywiście – malował. Akwarela, gwasz, olej, rysunek piórkiem, tusz. Wykonywał prace na zamówienie Urzędu Miejskiego w Raciborzu, do ratusza, ale też przekazywane dalej jako prezenty dla honorowych gości Miasta. Miał wystawy indywidualne, uczestniczył w wystawach zbiorowych. Już po śmierci miał wystawę indywidualną w Empiku w Raciborzu, poświęconą ostatniej jego pasji – obrazom przedstawiającym konie. Ale malował i inne motywy – w mieszkaniu Ani znajdują się obrazy z czasów wojny, z Anglii, z Manchesteru, gdzie mimo służby wojskowej studiował sztukę. Są obrazy przedstawiające Racibórz, są portrety…

Mama, Maria Ludwika, jak Maria LudwikaGonzaga, była ekonomistką i, rzeczywiście, tak jak to zapamiętał Engelbert, pracowała w Fabryce Cukrów i Czekolady “Ślązak”. Fabryka została założon w roku 1898 jako Goldsiegel, Kakao- und Schokoladenfabrik, a jej budynki zlikwidowano dokładnie po stu latach, w roku 1999. Fabryka przetrwała wojenną zawieruchę i już w 1945 roku wznowiła produkcję.  Po Powodzi Tysiąclecia fabrykę rozebrano, dziś na jej miejscu stoi market Kaufland, a sama fabryka, teraz już pod nazwą “Mieszko”, przeniosła się do dawnej wieży ciśnień. I robi, jak twierdzi Ania, najlepsze słodycze w całej Polsce, bo jeszcze oparte o własne receptury.

fabrykaslodyczyTo zdjęcie, bezwzględnie z czasów Juszczęcia i Kremsera w Raciborzu, znalazłam na stronie Fotopolska.

Mama i Tata byli dobrym, zgodnym małżeństwem. Dzieci miały prawo do udziału w życiu dorosłych, mogły przysłuchiwać się rozmowom dorosłych, zwlaszcza, gdy była mowa o sztuce…

Tata był bardzo eleganckim mężczyzną. Nosił tylko buty robione na miarę, które wykonywał dla niego szewc Skibiński. Gdy nowe buty zjawiały się w domu, Tata przez dwa tygodnie codziennie je pastował i polerował. Również podeszwy. Dziąki temu stawały się eleganckie, błyszczące jak lakier, a zarazem nieprzemakalne.

Takie buty! W PRL-u!

***

PS. Trzy kolaże Kremsera można do 26 października zobaczyć na wystawie o architekturze lat 60 w Berlinische Galerie: Radikal modern. Planen und Bauen im Berlin der 1960er-Jahre. Fragment jego architektonicznej wizji budynku Europa Center został użyty w trailerze wystawy:

kremsereuropac

Pishka

Ewa Maria Slaska

Jedzenie po baszkirsku / Essen auf Baschkirisch

Oczywiście najpierw trzeba się zapytać, gdzie leży Baszkiria? / Natürlich muss man sich zunächst fragen, wo die Baschkiria liegt? Baschkiria das heißt Bashkortostan. /Baszkiria to Baszkortostan. Autonomiczna republika, wchodząca w skład Federacji Rosyjskiej, u podnóża Uralu. / Eine autonome Republik im östlichen Teil des europäischen Russlands, dicht an den Ural. Die Bevölkerung besteht zu über 90 % aus Russen, die Minderheiten sind die Tataren, Baschkiren, Kasachen, Ukrainer und Weißrussen. / W Baszkirii mieszkają głównie Rosjanie – mniejszości to Tatarzy, Baszkirzy, Kazachowie, Ukraińcy i Białorusini. Stolicą jest Kurgan. Tak podaje Wikipedia. Silja, właścicielka Pishki napisała mi jednak, że stolicą jest Ufa. Mapa Google by to potwierdzała. / Wikipedia meint, die Hauptstadt wäre Kurgan, aber Silja, Inhaberin von Pishka meint, es ist Ufa. Google-Map scheint es zu bestätigen.

baszkiria ***

Am 25. Juni eröffnete man ein baschkirisches Restaurant PISHKA in Kreuzberg. / 25 czerwca na Kreuzbergu otwarta została PISHKA, baszkirska restauracja. Poszłyśmy tam z koleżanką. Było świetnie. / Wir waren dort mit meiner Freundin. Es war wunderbar. Es gibt gutes hausgemachtes Essen und Wunderbares zum Trinken d.h. Kwas in vier Farben und Kompott, was keine Ähnlichkeit mit dem deutschen Kompott vorweist, ein Lieblingsgetränk aller aus dem Osten.

Personal ist unglaublich freundlich. Alle sind fröhlich, sie und wir. Super.

/ Do jedzenia są pierogi, wareniki, pielmieny, różne świetne pasztety, krokiety i pulpety, trzy zupy, w tym barszcz, do picia kwas w czterech kolorach i nasz swojski kompot. Przemiła obsługa. Wesoło.

pishka-scianka pishka1-menu pishka-dziewczyny  pishka-napoleonka

pishka-ruskaAlso – nichts wie hin. Eine Losung von Pishka ist: Esst mehr Piroggen Und so soll es sein! / Koniecznie trzeba iść. I podjeść pierogów, które smakują inaczej niż te nasze, a to zawszeć ciekawostka.

Ach und noch eine Preis-Frage – was bedeutet PISHKA? I jeszcze pytanko z nagrodą – co znaczy PISHKA?

Kreuzberg, Bergmannstr. 1, U-Bahn Mehringdamm.

Reblog: Heine Polinnen / Polki

Wpis zawdzięczam Agnieszce, bo to ona przypomniała mi, że przecież Heine pisał o Polkach (tekst polski niżej, pod tekstem niemieckim, niemiecki pierwszy – w końcu to oryginał) / Ich bedanke mich bei Agnieszka, die mich daran erinnerte, dass Heine über Polinnen schrieb.

Heinrich Heine, “Über Polen” (Fragment), 1822

Jetzt aber knien Sie nieder, oder wenigstens ziehen Sie den Hut ab – ich spreche von Polens Weibern. Mein Geist schweift an den Ufern des Ganges und sucht die zartesten und lieblichsten Blumen, um sie damit zu vergleichen. Aber was sind gegen diese Holden alle Reize der Mallika, der Kuwalaja, der Oschadhi, der Nagakesarblüten, der heiligen Lotosblumen, und wie sie alle heißen mögen – Kamalata, Pedma, Kamala, Tamala, Sirischa usw.!! Hätte ich den Pinsel Raffaels, die Melodien Mozarts und die Sprache Calderons, so gelänge es mir vielleicht, Ihnen ein Gefühl in die Brust zu zaubern, das Sie empfinden würden, wenn eine wahre Polin, eine Weichselaphrodite, vor Ihren hochbegnadigten Augen leibhaftig erschiene. Aber was sind Raffaelsche Farbenkleckse gegen diese Altarbilder der Schönheit, die der lebendige Gott in seinen heitersten Stunden fröhlich hingezeichnet! Was sind Mozartsche Klimpereien gegen die Worte, die gefüllten Bonbons für die Seele, die aus den Rosenlippen dieser Süßen hervorquellen! Was sind alle Calderonischen Sterne der Erde und Blumen des Himmels gegen diese Holden, die ich ebenfalls, auf gut calderonisch, Engel der Erde benamse, weil ich die Engel selbst Polinnen des Himmels nenne! Ja, mein Lieber, wer in ihre Gazellenaugen blickt, glaubt an den Himmel, und wenn er der eifrigste Anhänger des Baron Holbach war…

Weiter

Maryla Wereszczakówna, wielka miłość wieszcza Adama – w roku 1822 napisał na jej cześć słynny wiersz Do M*** / sie war die große Liebe des polnischen Nationaldichters Adam Mickiewicz; 1822 schrieb er ein Gedicht Do M*** über sie

A tu po polsku

Heinrich Heine, “O Polsce” (fragment), 1822

Lecz teraz proszę uklęknąć, lub chociaż zdjąć kapelusz – będzie mowa o polskich niewiastach. Mój duch wędruje brzegami Gangesu w poszukiwaniu najdelikatniejszych i najsłodszych kwiatów, by je z nimi porównać. Ale czymże są wobec tych piękności wszystkie powaby Malliki, Kawalaji, Oshadhi, kwiatów Nagakesar, świętych Lotosów i jakby się tam jeszcze one nie zwały – Kamalata, Pedma, Kamala, Tamala, Sirisha, itd.!! Mając pędzel Rafaela, Melodie Mozarta i mowę Calderona udałoby mi się może tchnąć w pierś twą uczucie, którego byś doświadczył, gdyby prawdziwa Polka, nadwiślańska Afrodyta, przed oczami twemi łaskawymi we własnej osobie stanęła. Czymże są jednak Rafaela kleksy wobec tych piękna malowideł, które sam Bóg wcielony w swej najweselszej godzinie nakreślił! Czym są Mozarta brzdękolenia wobec słów, dla duszy łakoci, które z tych słodkości ust różanych tryskają! Czym są wszystkie kalderońskie Ziemi gwiazdy oraz Nieba kwiaty naprzeciw tych panien nadobnych, które ja, po kalderońsku, aniołami Ziemi mianuję, gdyż aniołów samych Polkami Nieba nazywam! Tak, mój kochany, kto w ich oczy gazele spojrzy, ten w Niebo uwierzy, choćby nawet najzagorzalszym zwolennikiem barona Holbacha był…

Przetłumaczył bloger Szostka, reszta, przetłumaczona przeze mnie, TU

Reblog: Jak kupować ubrania

Pytanie: Jak kupować ubrania, żeby być fair?

Anna Piotrowicz

Większość ubrań na sklepowych półkach łączy jedno: miejsce produkcji nadrukowane na metce. Często to, co kończy zdanie „Made in…” kryje za sobą nieludzkie warunki pracy i nieprawdopodobnie niskie wynagrodzenie. Najczęściej dotyczy to Turcji, Europy Wschodniej i Azji. Przykładowo, z takiej koszulki uszytej w Bangladeszu i sprzedawanej za 59 złotych, 39 złotych dostaje sklep, 40 groszy  – szwaczka, resztę zabiera producent.

Długi łańcuch dostaw to norma przemysłu odzieżowego. Twoje ubranie, zanim do Ciebie dotrze, zdąży „zwiedzić” nawet kilkanaście krajów. Każdy z nich odpowiada za inny etap procesu wytwarzania – od produkcji tkaniny, po samo szycie. Przy każdej z tych czynności pracują ludzie. W większości przypadków, wysokość ich zarobków jest o wiele niższa niż wyznaczony przez ONZ próg ubóstwa, który wynosi jedynie 2 USD (około 7 złotych) dziennie. Jakie działania powinna podjąć firma odzieżowa, żeby można było mówić o godnym życiu pracownika?

Podstawową kwestią jest godna płaca!
Dla wszystkich zatrudnionych na wszystkich etapach łańcucha dostaw.

Ty, jako klient, masz na to większy wpływ niż myślisz. Podejmując codzienne decyzje, manifestujesz swoje stanowisko. Na rynku obecne jest multum marek odzieżowych. Spora część z nich nie spełnia wymagań produkcji etycznej. Niełatwo znaleźć ubranie, które wpasowałoby się w nurt odpowiedzialnej mody. Ale spokojnie – jeżeli chcesz robić świadome zakupy, musisz po prostu wiedzieć gdzie szukać informacji i po czym poznać odpowiednie produkty. Więc …

… JAK KUPOWAĆ, ŻEBY BYĆ FAIR?

Nie bój się szukać. Internet to kopalnia wiedzy o produkcji ubrań. Wszystkie zrzeszenia i organizacje walczące o godziwe wynagrodzenie i warunki pracy udostępniają swoje materiały dla każdego.

Kupuj w sklepach internetowych. Powstaje coraz więcej marek odzieżowych, które oferują ubrania potwierdzone certyfikatem. Taka informacja powinna znajdować się na ich stronie internetowej.

Pytaj. Większość firm ci odpowie. Jak nie, to u nich nie kupuj…

Wybieraj marki, które mają lokalnych dostawców i lokalne szwalnie. Skoncentruj się na polskich markach, których z roku na rok jest coraz więcej.

Nie masz czasu? Szukaj szybszych rozwiązań. Jednym z nich jest aplikacja mobilna „Fair Fashion?” To idealne rozwiązanie, jeżeli nie masz czasu szukać odpowiedniego sklepu, a chcesz dokonywać świadomych wyborów. Zawiera bazę danych o najbardziej popularnych sieciówkach.

Zwracaj uwagę na metki. Być może znajdziesz na niej odpowiedni certyfikat. Każdy z nich odpowiada nie do końca za to samo, więc warto je poznać. Taki certyfikat da Ci gwarancje, że dokonujesz lepszego zakupu.

Zasada jest prosta: jeśli na metkach nie ma niczego o tym, że wyrób jest produkowany etycznie, to znaczy, że nie jest.

I wreszcie, zmień sposób ubierania się:

  • Po pierwsze: zminimalizuj ilość kupowanych ubrań. Nie ulegaj impulsom, myśl o tym co można nosić przez kilka sezonów. Korzystaj ze swappingu, czyli wymiany ubrań. Kupuj w lumpeksach – nie będziesz wspierać wyzyskiwaczy, to możesz znaleźć tam prawdziwe perełki.
  • Po drugie: jedno ubranie, wiele możliwości. Pobaw się w projektanta, poprzeszywaj, poprzerabiaj. Znajdź nowe zastosowanie dla swojego ciucha.
  • Po trzecie: inwestuj w tekstylia, które są biodegradowalne lub nadają się do recyklingu.

A więc – możesz. Zawsze możesz coś zrobić! Nie musisz wspierać wyzyskiwaczy. Dowiedz się, jak kupować, aby być fair.

I jeszcze reblog nr 2:

1baner%20koszulka780X370Rozpoczynamy nową odsłonę kampanii „Godna Płaca dla Wszystkich”. Specjalna strona internetowa (w kilkunastu językach) zachęca konsumentów i konsumentki z całej Europy do składania symbolicznej reklamacji ubrań z powodu braku godnej płacy.

Dołącz do kampanii teraz i złóż reklamację do firm odzieżowych >>>>>>>>>>

Zarówno w krajach azjatyckich, jak i w Europie, pracownice globalnego przemysłu odzieżowego z trudem wiążą koniec z końcem, otrzymując zbyt niskie wynagrodzenie. Obecny poziom płac nie pozwala na godne życie. Ustawowa płaca minimalna to zaledwie 19% godnej płacy w Bangladeszu, 31% w Indonezji oraz 35% w Kambodży.

Obecny poziom płac minimalnych powoduje, że pracownicy muszą znosić upokorzenia i życie w ubóstwie bez szansy na poprawę swojego losu. Osoby pracujące w fabrykach odzieżowych od dekady postulują o godną płacę. Wychodzą na ulice, demonstrują i żądają od firm, na zlecenie których szyją, jednego: Godnego życia.

Zachęcamy europejskich konsumentów i konsumentki do przyłączenia się do symbolicznej reklamacji swoich ubrań z powodu wady, jaką jest brak godnej płacy dla osób które je uszyły. Nadszedł czas by przyznać prawo milionom pracowników i pracownic przemysłu odzieżowego do godnego życia. W ostatnich dwóch latach, więcej niż 110 000 europejskich konsumentów i konsumentek podpisało naszą petycję. To pokazuje, że widzą oni potrzebę działania firm i rządów w kierunku wprowadzania godnej płacy.

Kampania zakończy się w Brukseli, podczas Forum „Godna Płaca Teraz”, które odbędzie się 12-14 października 2015 roku. Podczas tego międzynarodowego spotkania Clean Clothes Campaign przedłoży postulaty wsparte przez tysiące konsumentek i konsumentów, dzięki podpisanej przez nich petycji o godną płacę dla wszystkich i wezwie przedstawicieli firm odzieżowych oraz decydentów z krajów UE do podjęcia solidnych działań na rzecz poprawy sytuacji pracowniczej w przemyśle odzieżowym, w obszarze respektowania praw człowieka.

Przypomnij firmom odzieżowym, że są odpowiedzialne za wprowadzenie godnej płacy w całym swoim łańcuchu dostaw! Dołącz to setek tysięcy osób i złóż reklamację >>>>>>

Dwie dziewczyny z cmentarza w Berlinie

Ewa Maria Slaska

Obie dziewczyny były muzułmankami i zostały pochowane na Landschaftsfriedhof Gatow, w berlińskiej dzielnicy Spandau (dawna słowiańska nazwa tej dzielnicy brzmiała Szpandawa), na Maximilian-Kolbe-Str. 6. Na cmentarzu jest duża kwatera grobów muzułmańskich, gdzie wszystkie groby są zorientowane w kierunku Mekki. Jedna z dziewczyn była Kurdyjką, druga – Syryjką. Obie były mężatkami czyli, podobnie jak w przypadku Julii, chodzi mi o dziewczyny z racji wieku a nie statusu.

Hatun Sürücü (1982–2005), Kurdyjka, była ofiarą tzw. mordu honorowego. Mord honorowy jest karą wymierzaną przez rodzinę za okrycie jej hańbą lub zniesławienie. Hatun została zastrzelona przez brata. Rodzina od lat 70 mieszkała w Berlinie. Hatun miała siedmioro rodzeństwa, dwie siostry i pięciu braci, wszyscy zostali wychowani nader tradycyjnie, a potem wręcz fanatycznie. Ale Hatun była inna, Hatun chciała żyć po swojemu, w żaden sposób nie odpowiadała ideałowi tradycyjnej muzułmańskiej córki, była samodzielna i uparta. Rodzice najpierw zabrali ją ze szkoły, a gdy miała 16 lat, wysłali ją do Istambułu i przymusowo wydali za mąż za kuzyna, z którym zaszła w ciążę. Hatun uciekła od męża i od rodziny, wróciła do Berlina i zamieszkała w ośrodku dla niepełnoletnich matek. Przestała nosić tradycyjny strój islamski. Urodziła syna, wynajęła samodzielne mieszkanie, ukończyła naukę zawodu. I wtedy brat ją zastrzelił.

Portret Hatun na zniczu postawionym na jej grobie w dziesiątą rocznicę śmierci, 7 lutego 2015 roku.

Jej brat, morderca został skazany na 9 lat więzienia. Dziś w dziesięć lat po jej śmierci i on, i jego dwaj starsi bracia, którzy wspierali go w planach zabójstwa, mieszkają w Turcji. Syn Hatun został oddany do rodziny zastępczej.

***

Drugą dziewczynę pochowano na “cmentarzu krajobrazowym” w Gatow przed miesiącem, 16 czerwca 2015 roku. Jest to młoda syryjska mężatka. W grobie leży też jej dwuletnie dziecko. Oboje utonęli w marcu w drodze na Lampedusę. Jej mąż przeżył i przeżyły jej trzy starsze córeczki, są w Niemczech. Mąż złożył podanie o azyl polityczny, ale ponieważ nie jest ono jeszcze rozstrzygnięte, nie dostał pozwolenia na opuszczenie aktualnego miejsca zamieszkania i nie wziął udziału w pogrzebie. Jednak wyraził zgodę na pochówek i na to że przyjmie on formę protestu artystyczno-politycznego. Ciało jego żony zaraz po wypadku zostało pochowane na Sycylii, teraz je ekshumowano i dostarczono do Berlina w ramach akcji “Die Toten kommen” – “Idą umarli”. Akcję zorganizowało “Zentrum für Politische Schönheit” (Centrum Politycznego Piękna) jako protest przeciwko bezdusznej polityce Europy w stosunku do uciekinierów.

Można się zastanawiać, czy ciało ludzkie powinno być używane jako eksponat w akcji artystycznej, nawet jeśli jest ona jednocześnie protestem politycznym w słusznej sprawie. Ale z drugiej strony… Zmarłych uciekinierów chowa się we Włoszech w workach na śmieci, w zbiorowych grobach, ciała czekają niekiedy tygodniami na pochówek. I to nie w lodówce! Tymczasem pogrzeb w Berlinie odbył się po ludzku, ba, więcej, bo zgodnie z muzułmańskimi zasadami. W uroczystości wziął udział imam. Trumnę pokrywał orientalny dywan, leżały kwiaty, przybyli żałobnicy.

W kilka dni później symboliczną wymowę pogrzebu podkreśliła demonstracja na łące przed budynkiem Reichstagu, gdzie koparka wykopała kilka symbolicznych grobów. W akcji wzięło udział pięć tysięcy osób.

W najbliższym czasie mają się pojawić w Berlinie kolejne groby. Prawdziwe i symboliczne. Organizatorzy są zdania, że tylko tak zdoła się wstrząsnąć świadomością rządzących, którzy na co dzień nie muszą się konfrontować ze śmiercią uciekinierów, bo ci umierają daleko stąd, gdzieś na morzu między Azją, Afryką i Europą. Ale, twierdzą artyści, choć umierają daleko od nas, to i tak tu przyjdą, a wtedy będziemy musieli gorzko zapłacić za naszą bezduszną politykę.

Habent sua fata libelli…

Pro captu lectoris habent sua fata libelli, zapisał w III w. n.e. Terentianus Maurus. Zdanie to naprawdę głosiło, że w zależności od tego co wie i pojmie czytający, książka zostanie inaczej odebrana, będzie więc inną książką. Ale dla mnie i, jak sądzę, nie tylko dla mnie, ta sentencja oznaczała, że książki mają swoje losy i że różne się im rzeczy przydarzają…

W tym tekście chodzi o losy książki, raz podziwianej, potem potem potępionej w czambuł, znowu podziwianej, znowu…

Bardzo proszę o komentarze!

Ewa Maria Slaska

Kamienie na szaniec

Ciocia zmniejsza bibliotekę. Po książki Wujaszka przyjedzie kierowca z Głównej Biblioteki Lekarskiej – zostaną włączone do Działu Starej Książki Medycznej. Po książki zwykłe przychodzimy my, wnuczki, siostrzenice, znajomi, dzieci znajomych i ich dzieci. Ciocia pokazuje regały. Można wybierać, co się chce. Biorę Kapuścińskiego, Boya, Reymonta… Kamienie na szaniec odkładam z powrotem na półkę. Jasne, kiedyś to czytaliśmy, ale po co mi takie starocie. Już mój syn tego nie czytał, wnuk na pewno nawet nie spojrzy…

kamienie-cover– A wiesz skąd jest ta książka? – pyta Ciocia.
Oczywiście nie wiem.
– Teresa, siostra Wujaszka została jeszcze przed studiami wysłana na praktykę do Biblioteki i wtedy…
Wyciągam książkę i oglądam strony. Wydanie III krajowe. Spółdzielnia Wydawnicza Warszawa 1946. W lewym górnym rogu na stronie 4 pieczątka: Biblioteka Publiczna m. st. W-wy. Nab. 12564.
Ale nr inwentarzowy znacznie niższy, bo zaledwie 128. Autor wyjaśnia, że dwa poprzednie wydania krajowe to publikacje podziemne z czasów okupacji – pierwsza z 1943 roku, druga – 1944.

– …i wtedy właśnie – ciocia upija łyk soku z żółtej szklaneczki – kierownictwo dostało polecenie usunięcia z biblioteki książek nieprawomyślnych. Najprościej było takie odrzuty spalić, na podwórku przygotowano więc ognisko i pracownicy zaczęli tam gromadzić tomy przeznaczone do likwidacji. Teresie udało się schować Kamienie na szaniec i zabrać do domu.

Patrzę na książkę-bohaterkę, która podlegała prześladowaniom i cudem uniknęła Zagłady czyli całopalenia.

Gdy następnego dnia opowiadam to grupie znajomych, nieco zdziwiona, bo wydawało mi się, że to przecież powieść o bohaterstwie młodych Polaków walczących z okupantem hitlerowskim, i że była to przecież jedna z tych książek, które budowały polski mit, a właściwie Mit, ktoś mówi – Jasne, to przecież książka o przedwojennych harcerzach.

Teraz to ja zabieram do domu Kamienie na szaniec. Po przyjeździe do Berlina sprawdzam w internecie, czy ktoś pisze coś o paleniu książki Kamińskiego, albo w ogóle o powojennym polskim paleniu nieprawomyślnych książek. Ale nic nie ma. Jest historia, jest treść, jest film, są zdjęcia grobów Wojtka, Zośki i Czarnego na Powązkach. Książka była lekturą szkolną w latach 1946-1950. To zapewne właśnie w roku 1950 przeznaczono ją na stos. Wróciła do szkół w roku 1958 i przetrwała tu 10 lat, do roku 1969. Wtedy czytałam ją w szkole. Po kolejnej przerwie Kamienie… wróciły na listę lektur w roku 1978, najpierw we fragmentach, a od roku 1985 w całości.

Okazuje się, że losy tej książki znowu podlec mogą zmianie, że znowu stanie się nieprawomyślna. W internecie znajduję bowiem artykuł o tym, że Kamienie na szaniec są lekturą antysemicką, pochwalającą homoseksualizm i skażoną bohaterszczyzną, która skłoniła młodych ludzi do udziału w bezsensownym Powstaniu Warszawskim. Niezwykły miszmasz argumentów, z lewa, z prawa, byle zaatakować.

Zacytuję tu obszerne fragmenty tej naukowej insynuacji. Sama jestem badaczką, ale co i raz przekonuję się, że my, naukowcy-humaniści, to rzadkie paskudztwo. Wolałabym być chemiczką, jak Babcia Aniela i moja ulubiona Maria C-S.

“Kamienie na szaniec” Aleksandra Kamińskiego to jedna z najbardziej mitotwórczych książek w polskiej historii. Warto spojrzeć na ten mit analitycznie i zastanowić się, co z niego da się ocalić, a co powinno być raczej przestrogą – uważa Elżbieta Janicka z Instytutu Slawistyki PAN. Naukowiec w lekturze doszukała się m.in. wątków homoseksualnych i antysemickich.

Zdaniem Janickiej główni bohaterowie “Kamieni na szaniec” – Alek, Rudy i Zośka – zastygli w postaci zaakceptowanej przez szkolne interpretacje. Ponieważ rozmawiamy w kulturze homofobicznej, gdzie zakwestionowanie czyjejś heteroseksualnej orientacji nie jest konstatacją, lecz denuncjacją, porównałabym Zośkę i Rudego do Achillesa i Patroklesa, pary legendarnych wojowników – podkreśla Janicka (…). Tym samym badaczka sugeruje, że obu mężczyzn mogło łączyć homoseksualne uczucie. (…) Uważam, że to jeden z najpiękniejszych tekstów o miłości nie znającej granic, zaś cała wiedza na temat relacji bohaterów świadczy o niespotykanej sile i głębi tego uczucia – mówi Janicka.

(…) Innym elementem, który wzbudzaja wątpliwości badaczki, jest bardzo silnie zaznaczony w “Kamieniach na szaniec” kult przedwojennego warszawskiego liceum im. Stefana Batorego i działającej przy nim 23 Warszawskiej Drużyny Harcerskiej. Taki kult jest problematyczny, biorąc pod uwagę, że w latach 30 dokonywało się w Batorym “czyszczenie” szkoły i drużyny z osób pochodzenia żydowskiego. (…) “Czyszczono” również harcerstwo, co zresztą miało miejsce nie tylko w 23 WHD, a w ruchu harcerskim w całej Polsce.

(…) Książka była szeroko czytana przez młodych ludzi, wywoływała entuzjazm. Można mówić o niej jako o podręczniku postaw patriotycznych, którego oddziaływanie nie słabło przez siedem kolejnych dekad. Dlaczego to oddziaływanie może wydawać się niepokojące? Bo przedstawia ona jako głęboko moralny i życiowo atrakcyjny wzorzec walki zbrojnej i śmierci “za ojczyznę” bez liczenia się z uwarunkowaniami, realną postacią i kosztami przemocy, także jej konsekwencjami moralnymi. W “Kamieniach na szaniec” śmierć jest przedstawiona jako romantyczna męska przygoda” – mówi Elżbieta Janicka.

Badaczka przypomina, że “Kamienie na szaniec”, wznowione w lipcu 1944 roku, budowały atmosferę, w której wbrew racjonalnym przesłankom przystąpiono do powstania warszawskiego. (…)

Można powiedzieć, że przez pół wieku lektura opowieści o akcji pod Arsenałem była częścią oficjalnej edukacji historycznej i polityki tożsamościowej. Związek Harcerstwa Polskiego kultywował tradycję Szarych Szeregów, organizowano rajdy na Arsenał. W 1977 roku na podstawie książki Jan Łomnicki nakręcił film, który zdobył główną nagrodę na festiwalu filmowym w Gdyni i cieszył się wielką popularnością szkolnej widowni. W przypadku “Kamieni na szaniec” PRL-owski mainstream i opozycja były zgodne, że jest to książka ważna, propagująca właściwe postawy. W 1988 roku Janusz Tazbir, tworząc na łamach “Polityki” listę dzieł – “kamieni milowych polskiej świadomości”, z literatury XX wieku umieścił na niej tylko jedną pozycję – właśnie “Kamienie na szaniec” – dodaje Janicka.

***
I na zakończenie:
Julisz Słowacki, Testament mój.
To stąd zaczerpnął autor tytuł dla swojej książki:

Żyłem z wami, cierpiałem i płakałem z wami,
Nigdy mi, kto szlachetny, nie był obojętny,
Dziś was rzucam i dalej idę w cień – z duchami –
A jak gdyby tu szczęście było – idę smętny.

Nie zostawiłem tutaj żadnego dziedzica
Ani dla mojej lutni, ani dla imienia; –
Imię moje tak przeszło jako błyskawica
I będzie jak dźwięk pusty trwać przez pokolenia.

Lecz wy, coście mnie znali, w podaniach przekażcie,
Żem dla ojczyzny sterał moje lata młode;
A póki okręt walczył – siedziałem na maszcie,
A gdy tonął – z okrętem poszedłem pod wodę…

Ale kiedyś – o smętnych losach zadumany
Mojej biednej ojczyzny- przyzna, kto szlachetny,
Że płaszcz na moim duchu był nie wyżebrany,
Lecz świetnościami dawnych moich przodków świetny.

Niech przyjaciele moi w nocy się zgromadzą
I biedne serce moje spalą w aloesie,
I tej, która mi dała to serce, oddadzą –
Tak się matkom wypłaca świat, gdy proch odniesie…

Niech przyjaciele moi siądą przy pucharze
I zapiją mój pogrzeb – oraz własną biédę:
Jeżeli będę duchem, to się im pokażę,
Jeśli Bóg uwolni od męki – nie przyjdę…

Lecz zaklinam – niech żywi nie tracą nadziei
I przed narodem niosą oświaty kaganiec;
A kiedy trzeba, na śmierć idą po kolei,
Jak kamienie przez Boga rzucane na szaniec!…

Co do mnie – ja zostawiam maleńką tu drużbę
Tych, co mogli pokochać serce moje dumne;
Znać, że srogą spełniłem, twardą bożą służbę
I zgodziłem się tu mieć – niepłakaną trumnę.

Kto drugi tak bez świata oklasków się zgodzi
Iść… taką obojętność, jak ja, mieć dla świata?
Być sternikiem duchami napełnionéj łodzi,
I tak cicho odlecieć, jak duch, gdy odlata?

Jednak zostanie po mnie ta siła fatalna,
Co mi żywemu na nic… tylko czoło zdobi;
Lecz po śmierci was będzie gniotła niewidzialna,
Aż was, zjadacze chleba – w aniołów przerobi.

Ein schöner Sommersamstag in Berlin

Guten Tag. Am Samstag gibt es keinen Morgen. Der Berliner muss sich ausschlafen. Der Tag beginnt spät.

Sommer auf dem Balkon. Foto Michał Krenz

balkonmichalSommer im Auto oder eh ein Auto im Sommer. Foto Michał Krenz.

autkomichaFür diejenigen, die es nicht erkennen – es ist ein Volvo P1800, ein Auto wie in der TV Serie Simon Templar (The Saint) mit Roger Moore.

Foto oben aus Wikipedia. Alle andere Fotos – ich.

Ein anderes Auto.

auto2Ein Vertrauenbeweis.

vertrauen1Wir lieben Ordnung und Sauberkeit.

ordnungNimm dir ein Buch.

nimmeinbuchnimmeinbuch2Das Buch, das ich genommen habe.

meinbuchEin anderer Vertrauenbeweis.

vertrauen2Linie Eins. Ein Geiger in der U-Bahn. Er spielte so schön. Ich weiß nicht, was es war. Palestrina vielleicht. Wieso musste ich die ganze Zeit an Warschauer Ghetto denken?

geigerLinie Nummer 6. Wartend auf die U-Bahn. Der Junggesellenabschied oder ein Polterabend. Der Bräutigam las vom IPod ein Gedicht über Hämorrhoiden. Ein bißchen geschmacklos, aber, was soll es? Es ist, halt, Berlin.

hemoroidyEr wird Lisa Lukaschewitsch heiraten.

lisalukaschewitschNo comments.

no commentsNacht auf dem Balkon.

nachtaufdembalkonNacht. Der Himmel über Berlin.

gutenacht

 

 

Vergessene Texte

Ewa Maria Slaska

Selbstmord und andere Liebesgeschichten

– Komm rein, sagt die Frau. Du bist doch die Gewittertochter, oder?
Sie nickt, öffnet das Gartentor und kommt rein. Die Frau stellt den Korb mit Iris auf den Rasen.
– Ich bin Julia, sagt Julia.
– Julia, sagt die Frau. Ich bin Helga. Dein Vater hat heute Geburtstag. Hast gerade den richtigen Tag gewählt, um hierher zu kommen.
– Sie wissen also von mir? fragt Julia unsicher.
– Nein, nichts, aber… du wirst sehen.
Sie gehen ins Haus hinein.
– Dirk, ruft die Frau, komm mal her, wir haben Besuch.
Dirk kommt aus der Küche, mit einer großen Schürze um. Er schaut sie an.
– Es ist Julia, sagt Helga, deine Gewittertochter.
– Julia, sagt Dirk. Wir müssen wohl Julia holen.
Ich bin doch da, will Julia erwidern, schweigt aber, denn sie spricht auch sonst nie viel.
– Julia, ruft Dirk nach oben.
– Komme gleich, antwortet eine junge Frauenstimme, noch eine Sekunde.
Meine Schwester, denkt Julia. Und so ist es, Julia ist so alt wie sie. Und sieht wie sie aus. Ein bisschen pummelig, nach dem Vater halt, schwarzes Haar, rosa Gesicht, braune Augen. Wir sehen wie Schwestern aus, keine Frage. Dies erklärt natürlich schon viel, ohne dass man es erklären muss.
– Julia, sagt Dirk, das ist deine Schwester Julia.
– Kann man wohl sagen, sagt die andere Julia und schaut sie an. Wie alt bist du?
– Na, sagt Helga, fünfundzwanzig, oder? Zweiundachtzig geboren.
– Im Februar.
– Fische also, sagt die andere Julia. Ich bin Schütze, Aszendent Schütze. Einundachtzig geboren. Drei Monate älter als du.
– Ich weiß, murmelt Julia unsicher.
– Bin Schauspielerin, viel unterwegs, sagt die andere Julia, und selten anzutreffen. Heute aber, da Papa grad fünfundfünfzig wird, weile ich ausnahmsweise sozusagen im Schoß der Familie. Hast Glück gehabt, heute kommen alle.
– Und deine Mutter, fragt Helga, wollte sie nicht kommen?
– Sie lebt nicht mehr, sie hat sich vor zwei Monaten umgebracht. Bei einer Mondfinsternis. Schweigen, na klar, was sonst. Soll ich sie ihnen erzählen, die Geschichte von Klaudias Selbstmorden? Dass sie es immer wieder versucht hat. Dass es ihr so oft nicht gelungen ist, dass es schon lustig war. Selbst Klaudia tat es als lustig ab. Es war aber gar nicht lustig und hörte nie auf. Und dann, einmal, gelang es.
Vielleicht war jetzt nicht die richtige Zeit, sofort mit dieser Information bei diesen lautfremden Menschen reinzuplatzen, aber wann ist dann der richtige Augenblick? Wenn man bestimmte Sachen nicht sofort sagt, kann man sie womöglich nie mehr erzählen. Und dann ist es wie mit Grass, sechzig Jahre Schweigen.
Also Schweigen. Es dauert eine Weile bis Dirk seine Hand verlegen ausstreckt und Julia die Wange streichelt.
Sie war siebenundfünfzig, wäre im September achtundfünfzig geworden. Wird es nun nie werden.
– Eine Liebesgeschichte, sagt Julia und schweigt wieder.
Geschichte einer unwirklichen Liebe zu einem Dämon. Ach Mama. Und dabei hat Klaudia nie mit diesem Mann geschlafen. Mit einem Dämon schläft man nicht, behauptete sie immer. Das haben sich nur die Inquisitoren für die Hexen ausgedacht. Vielleicht erzählt sie es ihnen doch, sie müssen solche Sachen verstehen, wenn sie sie selbst Gewittertochter nennen. Plötzlich fiel ihr auf, dass sie alle gleich aussehen, sie selbst, die andere Julia, Dirk, der Dämon und fast alle Männer, die in Klaudias Leben eine Bedeutung hatten. Als ob sie überall nur diesen einen gesucht hätte, mit dem sie diese eine Gewitternacht verbracht hat. Den Dirk also. Einen schönen jungen Mann mit braunen Augen, grader Nase und einer Mähne dunkler, lockiger Haare.
– Selbstmord. Liebesgeschichte. Mondfinsternis, sagt die andere Julia. Hast es nicht leicht gehabt mit deiner Mama, oder?
– Nein, bejaht Julia. Sie war eine Polin, wusstet ihr das? Eine Jüdin aus Polen.
Dirk nickt mit dem Kopf.
– Oje, sagt Julia und nimmt Julia an die Hand. Wir gehen jetzt nach oben, ihr schafft es wohl ohne uns, da in der Küche.
Sie bekommt ein Zimmer im Dachgeschoß zugewiesen, ein kleines Zimmerchen mit winzigem Bad und einer Küche wie im Puppenhaus. Jetzt sitzen sie zusammen auf einem niedrigen Bett, trinken Tee und rauchen.
– Hast du auch Angst vor Gewittern? fragt die andere Julia.
– Nein, aber Mama…
– Ja, ja, klar, das wissen wir. Das Einzige, was wir immer wussten. Von dir wussten wir nicht, von ihr wenig, aber davon, dass sie Angst vor Gewittern hatte, das wussten wir immer. Papa hat es reumütig sofort Mama erzählt, als er von diesem Seminar zurück nach Hause kam. Und dann alle Jahre wieder. Diese Geschichte war immer ein Partyhit. Wirst sehen, heut Abend. Wie war sie?
– Strange. Der Liebe ausgeliefert. Liebesabhängig. Aber ich weiß nicht viel, ich wohnte lang woanders… Sie meinte, jede ihre Wohnungen in Berlin war mit einem Mann verbunden. Sie hatte in Berlin in sieben Wohnungen gelebt. Wenn ihr eine Liebe zu Ende ging, versuchte sie sich umzubringen.
Julia schweigt wieder. So viel auf einmal hat sie seit langem nicht gesagt. Eigentlich hat sie seit Klaudias Tod kaum mit jemandem geredet. Sieben Wohnungen, denkt sie jetzt, ja, sicher. Und sieben Männer. Manche Wohnungen waren für mehrere Jahre, manche für nur ein paar Wochen. So wie die Männer.
– Schrecklich.
– Ja und Nein. Sie war eine Dichterin und mystisch.
– New Age?
– Nein, irgendwie anders. Kein Esoterikkram. Alles nur im Kopf und erlebt. Ihr passierte immer Ungewöhnliches. Es übertrug sich auf mich. Irgendwie. Bei jedem Mann, der mit ihr zusammen war, hatte ich andere Träume, auch wenn ich nicht bei ihr war, sondern bei Oma.
– Glaubst du daran?
– Nein, aber es ist eine Tatsache. Ich träumte ihre Träume. Auch von Selbstmord.
– Gott, wie unglücklich sie war…
– Aus all dem wurde immer nichts. All diese Männer, alle für die Katz.
Julia war drei als sie nach Berlin umzogen. Nach einem Jahr kam ihre polnische Oma und nahm sie mit nach Polen. Und so blieb es die ganze Zeit. Mal hier, mal da, Schule in Berlin, jeder freier Tag in Posen. Zweiundzwanzig Jahre lebte Klaudia in Berlin, in sieben Wohnungen, mit sieben Männern und sieben Todesarten. Als Julia 16 wurde, starb die Oma und Julia blieb in Berlin. Sie wohnten eine Zeitlang zusammen, dann zog sie aus, in eine WG.
– Immer wollte sie sterben, sagt Julia, schon als Kind. Sie hat stets darüber Gedichte geschrieben.
– Wie hat sie es gemacht?
– Sie ist zur Zugspitze gefahren, dort bis nach Betriebsschluss geblieben, mit Schlaftabletten eingeschlafen und erfroren. Man hat sie zwar gesucht…
– Wieso?
– Wegen der Zugkarte. Bei der Zugabfahrt gibt es einen automatischen Fahrkartenzähler. Wie viele Karten nach oben befördert wurden, so viele müssen auch zurück nach unten. Und da die eine Karte fehlte… Aber es war zu spät. Sie starb im Krankenhaus. Außergewöhnlich.
– Wieso? Selbstmord ist Selbstmord.
– Naaa. Sie machte es ohne Wasser, sonst hat sie es immer mit Wasser versucht.
Sie schweigen.
– Ich würde gern ein Bisschen schlafen, sagt Julia.
– Ach je, klar, sorry, aber …
– Klar, sagt Julia.
Der erste Traum an einem neuen Platz soll sich erfüllen. So sagt man. Julia träumt von ihrer Mutter. Es ist sie selber in diesem, in jedem Traum, aber sie träumt von ihrer Mutter. Sie hat noch keine echte Liebesgeschichte erlebt, nur Liebeleien, Affären, kleine Dinge halt, und keinen Selbstmord. Bis jetzt.
Sie sitzen in einem Jazzclub zusammen, Rafal, den ihre Mutter Dämon genannt hat, und Julia, die ihre Mutter Klaudia ist. Ein alter, zahnloser Penner kommt vorbei und schaut sie an.
– Wieso verliebt ihr euch nicht ineinander? fragt er.
– Schon gehabt, spottet Julia, erschrocken, dass der Typ ihren inneren Gedanken so hervorholt und auf den Tisch knallt. Sie hofft, dass ihre Ironie diese schreckliche Tatsache wegkaschiert. Sie schämt sich ihrer Liebe. Zumal Rafal sichtlich genervt ist.
– Gehen sie, sagt er, lassen sie uns in Ruhe.
Der Mann bleibt aber stur bei ihrem Tisch stehen und schaut Julia an. Wer weiß wie ein Himmelsbote auszusehen hat. Vielleicht grad so.
– Du wirst ihn hinkriegen.
Julia im Traum sieht ganz anders aus als Julia im Leben. Im Leben kommt sie in allem nach ihrem Vater, im Traum sieht sie wie Klaudia aus, dichte, rotbraune Locken, graue Augen, Sommersprossen, Silberblick. Eine Hippiebraut.
Mit dem letzten Satz des Penners ist Julia wach. Wieso hast du dich also umgebracht? fragt sie wortlos, wieso? Er hat dir doch versprochen, dass du ihn bekommst.
– Nein, sagt Klaudia in ihrem Kopf, es hätte nie klappen können. Er war kein Mann, er war meine letzte Lebensprobe.
– Und ich? fragt Julia, schläft wieder ein und gelangt in einen ihr sehr gut bekannten Traum von einer Prinzessin, die in einem großen, leeren Palast wohnt, umgeben von einem großen, menschenleeren Garten. Julia steht am Teich, schaut auf die glatte Wasseroberfläche, wo im Teich ihre Mutter reglos liegt, von Blumen umgeben. Der Tod sollte mit dem Wasser verbunden sein, das sagte sie doch immer. Klar, sauber, viel Grün, weiße auf dem Wasser verstreute Blumen. Rosen oder so.
Und Tabletten. Tabletten und Wasser. Ein nie erreichtes Ideal. Aber vielleicht ist Schnee doch auch Wasser. Und er ist weiß, Klaudias Lieblingsfarbe.
Rafal ist ja auch wieder da, in Julias Traum. Ein schöner Mann. Groß, schlank, intelligent, nett und charmant. Ein schönes Wesen. Braune Augen, dunkles Haar. Eine große grade Nase. Ein Unheilsbote. Ein Erzengel, wie sein Name. Gott heilt, bedeutet sein Name. Gott heilt. Er gibt ihr ein Glas Orangensaft. Und sie trinkt.
– Was zum Trinken? fragt die andere Julia.
Es ist schon dunkel und es ist Julia, die ihr ein Glas Saft gibt.
– Davon habe ich geträumt. Von Orangensaft.
– Geht in Erfüllung und zwar sofort. Wir müssen nach unten. Die Gäste sind schon eingetroffen.
Julia schaut auf die Uhr.
– Es ist erst sieben.
– Auf sieben ist auch eingeladen worden.
– In Berlin wären sie dann um elf gekommen.
– Wir sind in der Provinz, merk dir das. Hast du überhaupt Klamotten mit, die zu einer Gesellschaft in der Provinz passen oder soll ich dir etwas leihen?
Julia zieht ihr blaues Kleid aus dem Rucksack. Bissl zerknittert, wird aber gehen. Und ein Geschenk. Sie holt ein Päckchen hervor, eingewickelt in gelbgoldenes Papier.
– Was ist das denn?
– Ihr letzter Text, per Hand geschrieben. Dirk kommt auch drin vor. Daher.
– Dünn, sagt die andere Julia.
– Ist ja auch kaum was drin, nur eine Auflistung: Liebe, Wohnung, Träume, Todesart.
– Gott, wie makaber!
Julia zieht sich um. – Weißt du, sagt sie aus dem Badezimmer, sie hat auch kein Grab. Wollte keins.
Keine Beerdigung, kein Sarg, kein Grab. Ein Pappbeutel sollte es sein. Ist aber in Deutschland verboten. Musste aus der Schweiz geliefert werden, so eine Pappmachebox, wie für Eier…
Sie kommt wieder ins Zimmer, setzt sich auf das Bett, seufzt.
– O Gott, wie müde ich bin, als ob es mein Leben wäre und nicht das ihre.
– Bist du deshalb hierher gekommen?
– Kann sein, weiß nicht so genau. Ich brauchte etwas hier, unsere Familie in Polen existiert kaum, Juden halt, sind seit dem Krieg nie große Stämme…
Sorgfältig malt sie sich die Augen, Kajal, blauer Lidschatten, weiße und schwarze Mascara.
– Schluss, sagt Julia, mehr brauchst du nicht. Jetzt wird gegessen, getrunken, geredet und gelacht. Träumen wirst du später, du kleine Träumerin. Du hast deine Augen mindestens dreimal geschminkt.
Julia schaut in den Spiegel.
– Gelacht, sagt sie.
– Aha, erwidert Julia, kluge Köpfe lachen nicht, ja? Na dann komm mal, mal sehen, ob dich die Gewitterstory á la Dirk amüsieren wird.
Sie gehen nach unten. Als sie fast unten sind, sagt Julia wie beiläufig:
– Übrigens, er war zwanzig Jahre jünger als Mama und sah wie dein Vater aus.
– Unser Vater, antwortet Julia mechanisch, Vater unser, bete für uns… Dann hielt sie plötzlich inne. – Was haste gesagt? Wer war zwanzig Jahre jünger?
– Der siebente Mann.
Sie schauen sich an. – O Gott, sagt Julia. – Ja, stimmt Julia zu, wie doof. Und dabei war sie so klug.
Sie kommen ins Zimmer ein, wo sie ein allgemeines „Ah“ begrüßt.
– Meine Damen und Herren, sagt Dirk, der ihnen, zwei Gläser Champagner auf einem kleinen Tablett, entgegen kommt, meine Damen und Herren, eine Geburtstagsüberraschung. Meine Töchter, Julia und Julia! Ein lauter Applaus! Julia und Julia! So ähnlich! So schön! Wer? Was? Ach ja, natürlich, die Tochter der Gewitterfrau! Du alter Schuft, doch geschafft! Doch wahr die Geschichte, keine Erfindung! Sieh mal einer an! Und auch Julia? Woher der Name? Ach, Romeo und Julia, sehr romantisch, jaja, ausgesprochen romantisch. Und wie bist du, wie sind Sie hierher gekommen?
Helga kommt zu ihnen, legt ihre Arme um beide Julias, als ob sie sie schützen wollte.
– Hab gesucht, antwortet Julia. Im Internet. Es waren drei.
Dirk nickt mit dem Kopf. Stimmt ja, da sind noch zwei andere Dirks, Geister im Netz, ein Fregattenkapitän und ein Fußballer.
– Ich hab halt gewählt, sagt Julia. Wollte unbedingt einen Prof.
Alle lachen. Julia hatte Recht. Es wurde viel gegessen, getrunken, geredet, gelacht, getanzt und gesungen.
Sie gehen in den Garten, setzen sich auf dem Gras. Der Vollmond steht klar am Himmel, silbern, kühl. Die Leute um sie herum sprechen leise miteinander. Sie weiß, dass manche von ihnen von Klaudias Selbstmord sprechen. Es kann nicht anders sein. Aber es stört sie nicht. So ist es halt im Leben, es gibt eben Leute, die sich umbringen.
Dirk setzt sich neben sie, holt das kleine Büchlein von Klaudia aus seiner Jackentasche heraus.
– Hast du es gelesen? Klar, sicher hast du es gelesen.
– Sie hatte mehrere Male versucht, sich umzubringen. Das wusste ich sowieso, auch ohne ihr Büchlein.
– Dass sie die anderen Selbstmorde überlebt hatte…
– Wegen des Instinkts, antwortet Julia.
– Die sieben Männer…
– Mama war symbolisch. Ich hätte wissen müssen, dass es beim siebenten Mal klappen wird. Ihr ganzes Leben war ein Symbol…
– Und die Männer bekamen ihre Nummer.
Der Dirk bekam die Null.
Um sie herum wird jetzt getanzt. So wie Julia es gesagt hatte. Zuerst wird gegessen und getrunken, zwischendurch gelacht und erzählt. Die Gewittergeschichte von Klaudia und Dirk war Der Partyknaller.
Sie haben nur eine Nacht miteinander verbracht, die Nacht des Gewitters. Sie waren in Merl in einem Bildungshotel des Innenministeriums. Zu dem Seminar: Die Situation der Migrantinnen. Na eben. Nachts nach der Abschiedsparty gab es ein fürchterliches Gewitter. Der ganze Himmel ergoss sich bei einem ohrenbetäubenden Gedonner. Blitze zuckten durch die dunklen Wolken wie flammende Schlangen. Im Park am Teich brannte ein alter Baum. Klaudia lief panisch über den langen grauen Flur und kam in das erste Zimmer, dessen Tür sich öffnen ließ. Sie sah wunderschön aus. Am nächsten Tag hatte Dirk sich entschuldigt und gesagt, es würde nichts daraus werden, er sei verheiratet. Glücklich. Seine Frau erwartete gerade ein Kind. Selbstverständlich, soll Klaudia gesagt haben. Der Rest war Julia. Und Schweigen.
Auch jetzt schweigen sie mehr als sie reden.
– Hat sie all die Männer so geliebt? fragt Dirk.
– Nein.
– Sieben Männer deiner Mutter, hat dich das gestört?
– Acht. Du bist auch da, sagt Julia, sich vom Gras erhebend.
Sie gehen tanzen.

Am nächsten Tag sitzen sie alle beim Frühstück im Garten. Klaudias goldenes Büchlein auf einem freien Gartenstuhl
Sie hatte es bei sich gehabt. Sie nannte es „Notizen aus dem Todesjahr“. Die letzte Notiz ist auf der Zugspitze eingetragen, ein paar Minuten bevor Klaudia herausging, um eine zu rauchen.
Die Zugspitze war der einzige Ort in Deutschland, wo es in diesem warmen Winter Minustemperaturen gab. Auf der Zugspitze lief alles schief. Von Anfang an. Sie wusste nicht, dass man von oben her sich nirgendwohin entfernen kann, weil man wie in einem Kessel eingesperrt ist. Sie hatte es sich anders vorgestellt. Sonne, Winter, weißer Schnee. Sie geht spazieren, weit von dem Touristenpack, das da auf der Piste Ski fährt. Dann ist sie allein auf einer Alpenwiese, schluckt ihre unsterblichen Tabletten und erfriert romantisch. Dies war aber völlig unmöglich. OK, dann eine andere Version, viel weniger angenehm und romantisch. Sie wartete ab, bis sie irgendwann alleine dort oben zurückblieb. Als der letzte Zug nach unten fuhr, schlich sie aus dem Wartesaal nach Draußen. Es war schon dunkel, windig und kalt. Der Vollmond, der sich ein paar Stunden später während der Finsternis braun färben sollte, stand kalt und silbern am Himmel. Sie lief um die Gebäude herum und setzte sich hinter eine Hausecke.
Es war ein relativ kurzer Text. Jetzt haben ihn schon alle gelesen.
Die sieben Männer, die nach Dirk kamen, waren allesamt, meinte Klaudia, kaum was wert. Daher bekamen sie keine Namen. Nur Dirk hatte einen Namen. Und Klaudia. In ihrem Text schonte Klaudia ihre Männer nicht, sich selbst aber noch weniger. Als sie jung war, dachte sie, dass ihr in einer Beziehung die Intelligenz des Mannes fehlte, weil sie sich selber für intelligent, aber nicht schön hielt. So hatte es in ihrer Kindheit ihre Mutter bestimmt und so ist es geblieben. Als sie jung war, liebten die Männer schöne Frauen und die Welt war voll von ihnen. Nur sie alleine in der Welt war keine Schönheit. Jetzt, wo sie alt geworden war, lieben die Männer junge Frauen und die Welt ist voll mit jungen Frauen. Zuerst war sie also nicht schön, jetzt – nicht jung. Sonst ist alles ein und dasselbe. Nur die Haut zählt. „An meiner Haut bin ich gescheitert“, schrieb sie in ihrem Text.

Mann 1.
Mann 1. war fünf Jahre jünger. Sie waren alle jünger. Ein politischer Flüchtling und kluger Informatiker. Einmal sagte er ihr, sie hätten in ihrem Büro in Polen eine Mitarbeiterin gehabt, die sehr gut im Programmieren war. Für eine Frau erstaunlich gut. Sie sinnierten ein wenig darüber, bis sie entdeckten, dass ihre Beine stark behaart waren. Und dann war ihnen alles klar. Sie verstand es nicht. Was war euch klar? fragte sie. Was denn? Ist doch klar, sie war gar keine Frau, sie hatte viel zu viele männliche Hormone.
Sie wohnten in seiner kleinen Wohnung in Reinickendorf. Ein Zimmer, ein Tisch, zwei Stühle, ein Bett. Leer, alles eingepackt. Das war die Zeit, als Klaudias Mutter das erste Mal aus Polen zu Besuch kam und als sie weg fuhr, nahm sie Julia mit. Daher war es überhaupt möglich, dass Klaudia mit dem Mann 1. etwas hatte. Er war dabei, nach Amerika auszuwandern als sie sich kennen lernten. Seine Freundin war schon seit ein paar Monaten drüben. Sie war für ihn ein Lückenfüller, er für sie bloß ein Halt.
Die Träume, die sie bei ihm träumte, waren politisch. Man glaubt, man würde zwangsweise zurück in die Heimat gebracht, wo alles grau und politisch ist. Man wacht schweißgebadet auf. Alle Emigranten träumen davon. Manche schreien.
Sie schrie. Er schrieb darüber. Er war ein Schriftsteller, naja, so was in der Art. Sie waren alle in der Art schreibende Wesen gewesen, er arbeitete in einer polnischen Exilzeitschrift, wo auch sie angefangen hatte zu arbeiten.
Nach drei Monaten flog er nach New York.
Sie fühlte sich einsam und verlassen. Dem Leben ausgeliefert. Sie wollte nicht zurück, war aber auch nicht richtig da.
Daher.
Selbstmord á la Virginia Woolf. Steine in die Manteltaschen und ins Wasser gehen. Die Taschen unbedingt vorher zunähen, sonst spült das Wasser die Steine heraus. Und ohne Steine lässt sich der Körper nicht ertränken. Er kämpft, auch wenn er nicht schwimmen kann. Und gewinnt. Der Instinkt zu überleben lässt sich nicht so einfach überlisten.

Mann 2.
Mann 2. war zehn Jahre jünger. Ein Schriftsteller. Darüber hinaus ein romantischer. Das lag daran, dass er sehr jung war.
Bei ihm träumte sie sehr oft ihre typischen KZ-Träume. Sie faszinierten ihn und sie schrieb sie für ihn auf. Es ist nicht ausgeschlossen, dass er diese Träume in einen seiner Texte einmontiert hatte. Ihre Texte wanderten immer wieder zu den anderen. Auch ihre Sachen, Bücher, Klamotten. Natürlich auch Geld. Alles war flüssig und spülte sich aus ihrem Leben in das Leben der Anderen. In diesen Träumen war es immer ihre Mutter, die sie ins KZ schickte. Ihre jüngere Schwester durfte mit Mama zu Hause bleiben, nur sie musste hin. Fast jede Nacht.
Du machst deine Mutter zur Kripo, sagte der Mann 2. Sie schaute ihn an. Quatsch, sagte sie, meine Mutter hat das schon alles durchgemacht, jetzt bin ich an der Reihe. Und deine Schwester? fragte er. Ja, meine Schwester, sagte sie. Ich weiß nicht, das betrifft nur mich. Weil du wie eine Jüdin aussiehst und sie nicht, sagt er.
So einfach ist das.
Daher.
Sie wohnte bei ihm, in seiner dunklen Wohnung in der Sonnenallee. Die Wohnung war so dunkel, dass man am Tage immer, sogar im Sommer, Lampenlicht brauchte.
Er betrog sie.
Dann vielleicht daher.
Mann 2. schlief. Sie stand auf und ging sehr leise aus der Wohnung aus. Zum Urbanhafen am Landwehrkanal. Sie wollte ins Wasser gehen, ihre Tabletten schlucken und beim Einschlafen ins Wasser fallen. Der Mann 2. ist von seinem Hund geweckt worden. Er zog sich an und lief los. Er hätte verschiedene Straßen durchsuchen können, hat aber gerade die als erste genommen, die ihn zum Urbanhafen brachte. Hat sie noch am Leben und gerade beim Tablettenschlucken erwischt, weil sie ziemlich langsam ging, und er lief, und außerdem wollte sie noch vorher eine Zigarette rauchen.
– Die Enten, sagte sie, als der Mann 2. und sein Hund sie gefunden haben. Sie stand schon im Wasser. Es war kalt, aber es machte ihr nichts aus. Sie wollten nicht, dass ich hineingehe, sagte sie noch. Und schlief ein.
Sie glaubte, sie habe ihn geliebt. Er verließ sie. Für eine jüngere Blondine. Zehn Jahre später wollte er zu ihr zurück. Auch zwanzig Jahre später. Sie wollte das nicht. Zehn Jahre später graute ihr vor der Vorstellung, mit ihm Liebe zu machen.

Mann 3.
Den Mann 3. hatte sie sich „zugelegt“ als sie sich von Mann 2. trennte. Er war sieben Jahre jünger. Ein Araber, der in ihr Leben die ganze Palette der Requisiten einbrachte, die zum Bild der romantischen Liebe, Ausgabe orientalisch, dazugehören. Dem ist schwer zu widerstehen. Sie wohnte in Wedding, in einer Hinterhof-Einraum-Ofenheizung-Wohnung, direkt an der Mauer. Vor der Mauer gab es S-Bahn-Gleise und dahinter Häuser. Sie wohnte dort zwei Jahre und hatte nie jemandem aus dem Fenster schauen gesehen. Manche Leute meinten, dort wohnte niemand, die Häuser stünden leer. Andere wiederum behaupteten, da wohnten Stasimitarbeiter und sie schauten sehr wohl aus dem Fenster, bloß heimlich. Für den Mann 3. war sie zu dünn, er fütterte sie mit Nutella und Sahne. Es war keine Liebe, sie brauchte Trost und er eine Aufenthaltserlaubnis, und da sie ihn nicht sofort heiraten konnte, suchte er zwischendurch andere Frauen. Einmal ging sie mit ihm in eine Araber-Afrikaner-Disco. Alle Frauen waren älter als ihre Tänzer. Manche sahen fürchterlich aus, dick, wabbelig, große weiße schwammartige Gesichter. Da machte sie Schluss. Sie warf ihn raus. Obwohl er meinte, sie würde es nicht aushalten, jetzt ohne ihn zu leben, weil er sie mit Sex verwöhnt habe, und es würde ihr fehlen. Ja, sagte sie, vielleicht haste Recht. Und jetzt geh. Beim Weggehen hat er sie noch beklaut. Sie ekelte sich von sich selbst.
Daher.
Eine Ausnahme. Ein Freitodversuch ohne Wasser. Dafür aber mit einem Ofen. Ein Versuch sich mit Kohlendioxid zu töten. Lächerlich. Gehört zur Literatur des 19. Jahrhunderts, als alle Wohnungen mit einem Ofen beheizt wurden. Mit richtigen Kohlen. Mit Braunkohlen aber… wie konnte sie so dumm gewesen sein? Nichts außer Kopfschmerzen und einen Text, den sie am nächsten Morgen in ihrer Schreibmaschine fand: „Der Ofen wurde in der Volkskultur europäischer Länder als Symbol der Verbindung zwischen Himmel und Hölle betrachtet…“ Eruditen bleiben also auch unter Wirkung von Kohlendioxid kluge Menschen.

Mann 4.
Sie wohnten ein paar Jahre zusammen in einer Wohnung in Moabit, in der Nähe vom Moabiter Gefängnis. Er war siebzehn Jahre jünger. Der Einzige ihrer Liebhaber, der kein Schriftsteller war. Dafür aber klug und intelligent. Er liebte sie. Wollte sie heiraten, ein Kind haben. Auf seine Art liebt er sie bis heute. An einem fürchterlich kalten Gründonnerstag entdeckte sie, dass er ein Homosexueller ist und dass sein bester Freund sein Liebhaber ist.
Er hat sie belogen. Jahrelang. Baute um sie herum eine Mauer aus Lügen, die von allen, die ihn kannten, aufrechterhalten wurde. Alle wussten, dass er ein Schwuler ist, nur sie nicht.
Daher.
Sie erzählte überall, dass sie zu Ostern wegfährt, schloss sich in ihrer Wohnung ein, schrieb ein paar Gedichte, schluckte 90 Tabletten, trank zwei Gläser Wein und verstreute weiße Rosen in der Badewanne – für diejenigen, die ihre Leiche entdecken. Zwei Tagen später wurde sie tatsächlich entdeckt, aber doch sie und nicht ihre Leiche. Sie lebte. Mit hundert Schlaftabletten lebte sie zwei Tage. Hatte sogar Hunger inzwischen, war aus der Badewanne rausgekrochen und hatte sich ein paar Brote geschmiert. Nicht aufgegessen jedoch. Sie lagen in der Küche auf dem Fußboden. Mann 4. hat sie und ihre Brote entdeckt, weil er sich aus ihrer Wohnung ein paar Bücher holen wollte. Er rief die Feuerwehr an. Ein großer Sanitäter trug sie in den Armen aus ihrer Wohnung. Sie wurde in die Psychoanalyse geschickt und träumte von Reisen weit weg, nach Tibet oder Venezuela, wo sie nie gewesen ist.

All diese misslungenen Todesfälle. Und immer von neuem Tabletten sammeln. Das ist eine mühsame Aufgabe. Man muss neue Ärzte suchen, sich neue Geschichten einfallen lassen. Man bekommt höchstens 20 Tabletten im Monat. Um an einem vernünftigen Vorrat von circa 100 Tabletten zu gelangen, muss man sich schon ein halbes Jahr bemühen. Die Ärzte immer wieder anlügen, sie sehr klug und lebensfreudig anlächeln, sonst schöpfen sie Verdacht und ade du romantischer Tod mit Wasser und Tabletten.
Man kann natürlich auch ohne Tabletten und Wasser ist immer da. Aber auch dabei kann sich das Schicksal einmischen.

Mann 5.
Den Mann 4. hat sie also rausgeworfen. Ein paar Wochen danach kam der Mann 5. unerwartet aus Polen nach Berlin. Er war sieben Jahre jünger, sah wie Hugh Grant aus und war ein Schriftsteller. Und er war Jesus. Das glaubte er und sie glaubte ihm. Obwohl sie selber dachte, er sei Thanathos, der junge griechische Todesgott. Sie hatten sich vor Jahren in Polen kennen gelernt. Es war nichts daraus. Sie hatten sich jahrelang nicht gesehen und sie hat eigentlich nie erfahren, wie und wozu er sie nach all diesen Jahren suchte und in Berlin fand. Es sei denn, er kam, Hermes Psychopompos, um ihre Mutter auf ihrem letzten Weg zu begleiten. Nach ihrem Tod kam Julia für immer zurück nach Berlin und Klaudia trennte sich von dem Mann 5. Er war der schönste Mann, mit dem sie je zusammen gewesen war. Alle Frauen schauten ihn mit geöffnetem Mund und geöffneten Beinen an. Sie wohnten zusammen bei ihr in der Wohnung am Chamissoplatz oder bei ihm in einem alten Dorfhaus in den Sudeten. Er war ein typischer Intellektueller, der sich aus Warschau in die Natur zurückzog. Sie fuhr fast jede Woche mit dem Zug nach Görlitz, ging mit einem kleinen Köfferchen zu Fuß über die Grenze und nahm einen Bus zu einem Dorf, von dem man zwei Stunden über die Berge gehen musste, um zu ihm zu gelangen. Als sie das erste Mal dorthin kam, war es Mai, überall blühten weiß die Obstbäume und nachts kamen in Garten die Rehe. Sie liebten sich im Obstgarten und im Wald, sie schaute in die Sterne, die viel größer waren, als in Berlin. So waren auch ihre Träume, wie von Mozart. Fantastische Nachtlandschaften. Der Mann 5. hatte noch eine Wohnung in Warszawa und dort eine andere Freundin, die eine Jungfrau war. Das war ihm plötzlich sehr wichtig. Total altmodisch, sagte sie. Ich kann nichts dafür, erwiderte er. Du bist intelligent und begabt, das ist mir schier wichtig, aber ich brauche eine Ehefrau, eine Mutter meiner Kinder und… Er wollte sie beiden haben, diese Jungfrau in Warszawa und sie in Berlin. Nein, daraus wird nichts, sagte sie.
Daher.
Pulsadern in der Badewanne. Man muss aber wissen, wie man schneidet. Und vor allem ist das Wasser später rot. Sieht nicht so aus, wie es aussehen sollte. Es hat doch klar, sauber und durchsichtig zu sein. So oder so. Einmal ausprobiert. Falsch geschnitten. Quer statt längs. Dauerte lange bis sie in der Badewanne ohnmächtig wurde. Und dann hat sich ihr ohnmächtiger Körper aus der Badewanne rausgeschleppt und sich die Wunden verbunden. Der Instinkt zu überleben… usw.
Das ist eben das größte Problem, dass ab einem gewissen Moment, wenn der Wille und der Verstand ausgeschaltet werden, der Körper selber die Initiative ergreift und das Seine tut. Eigentlich hat sie das immer gerettet. Der Instinkt, den sie nicht auszuschalten wusste.
Julia war gerade bei einer Kanufahrt mit ihrer Klasse. Als sie zurückkam, war alles schon längst vorbei. Nur, dass Klaudia jetzt an beiden Handgelenken frische Narben hatte.

Mann 6.
Bei dem Mann 6. hatte Klaudia sehr farbige Träume. Oft träumte sie, dass sie ein Auto fährt, was sie im Leben nicht kannte. Sie führ mit ihrem Auto durch grüne Landschaften an große blaue Seen heran, und überall blühten große bunte Blumen. Sie wohnten in einer Altbauwohnung in der Nähe vom Hermannplatz. Mann 6. war der erste, der ausnahmsweise zwei Jahre älter und nicht zig Jahre jünger war als sie. Er war ein Versager, ein Melancholiker, ein Philosoph, und ein Nachttaxifahrer. Er sah gut aus. Ein wirrer Philosoph mit wirrem grauem Lockenhaar. Wie Einstein ungefähr, nur besser. Sonst aber war alles wie gehabt: Er schrieb und hatte einen sehr schwierigen Charakter. Daher war Klaudia sicher, dass sie ewig zusammen bleiben würden. Wie zwei alte Schildkröten. Alt und klug, und treu. Sie waren lange zusammen. Am längsten eigentlich. Und doch unterschätzte sie seinen Charakter. Oder den ihren. Sie hielt es nicht aus. Acht Jahre mit einer schwer depressiven, unzufriedenen Schildkröte wuchsen ihr über den Kopf. Als sie erklärt hatte, weshalb sie meint, sie sollten sich trennen, hoffte sie, dass er es als Warnung nähme und sich ändert. Er warf ihr aber ihre Schlüssel auf den Tisch und ging.
Sie weinte fürchterlich, als er ging. Julia wohnte schon in einer WG in Friedrichshain.
Daher.
Klaudia saß in der Badewanne voll warmem Wasser und zog einen Elektroheizlüfter in die Badewanne hinein. Es war eine schneevolle Silvesternacht, sie blieb am Leben, verursachte nur einen Kurzschluss und zwang das ganze Haus, ohne Strom auszuharren. Sie wusste nicht, dass in Deutschland die Badewannen geerdet sind.

Sie ließ alle rettenden Zufälle geschehen, aber der Lebenswille fehlte ihr nach wie vor. Sie lernte zu ironisieren. Sie nahm mit Bitterkeit wahr, dass sie wahrscheinlich unsterblich sei. Aber Ironie ersetzt das Gefühl der Wertlosigkeit nicht. Und man ist auch nicht schöner durch sie. Und nicht jünger.

Mann 7.
Dann lernte sie den 7. Mann kennen. Für drei Jahre. Nach drei Jahren trennten sie sich, freundlich, aber für immer. Er war 20 Jahre jünger und konnte sie nicht lieben. Er hätte sich nicht dazu zwingen können. Das waren seine Worte und das war der Grund, weshalb Klaudia diesen Satz über die Haut schrieb. Sie wusste: Er kann sich nicht zwingen, weil ein Mann eine junge Haut braucht. Sie bekam einen Hautausschlag, als sie den Satz geschrieben hatte. „Bei mir werden alle Symbole sofort Realität“, schrieb sie. Aber sonst war er eigentlich besser als alle anderen. Trug sie in den Armen, bewarf mit Blumen und Geschenken, schwärmte von ihrem Stil und Charakter, von ihrer Schönheit und Klugheit, meinte, sie sei die wichtigste Person in seinem Leben und weinte, wenn sie ab und zu sagte, ihre Beziehung habe keinen Sinn, sie sollten beide damit aufhören, sich gegenseitig zu belügen, die Sache sei sowieso nicht von Dauer.
War sie auch nicht. Klar. Er ging mit einer Frau weg, die mehr als 30 Jahre jünger war als Klaudia. Es war übrigens auch nicht von Dauer, aber danach kam eine neue, die noch jünger war als die erste. Klaudia saß in ihrer schönen großen weißen Wohnung in Kreuzberg und wusste, dass sie hilflos ausgeliefert war. Mit ihm ging nicht nur ihr Lebenssinn verloren. Sie verlor ihre Arbeit, hatte kein Geld, wurde plötzlich von allen möglichen Krankheiten befallen. „Ich bin jetzt alt“, schrieb sie. „Alt und zerbrechlich. Man kann mich so einfach verletzen und damit umbringen“. Als er ging, träumte sie von ihrer gestorbenen Mutter und anderen, die gestorben waren. Sie riefen sie zu sich.
Daher.
– Daher, sagte Dirk, als er das goldene Heft wieder ablegte.
– Nein, sagte Julia. Das ist ein falsches Wort.
– Wieso?
– Weil das bedeuten würde, dass diese Männer daran schuldig waren. Und sie waren es nicht.
– Sondern? fragte Helga.
– Sie selber. Sie konnte nicht leben. Die Männer, so lange sie sie liebten, schützten sie vor dem Tod. Als sie allein war, entstand in ihr eine Leere. Sie musste geliebt werden. Sonst hatte sie keinen Halt.
– Liebe, sagt die andere Julia, staunend. Sie wurde doch geliebt.
– Aber nicht bedingungslos und nicht ohne Abstriche.
– Platon, sagt Dirk. Ein Ideal der Liebe, das es nie und nirgendwo gibt.
– Und jetzt gibt sie es auch nicht mehr, sagt Julia. Daher. Sie nimmt wieder Klaudias Buch in die Hand.
Das letzte, was sie gesehen hatte, war der zahnlose Penner. Du wirst ihn hinkriegen, sagte er. Zu spät, erwiderte Klaudia, ich möchte schon niemand mehr kriegen.

Reblog: Jan Hus

Dziś mija 500 lat od momentu, gdy Jan Hus został spalony na stosie w Konstancji. Gdy umierał, miał powiedzieć “teraz palicie gąskę, ale za sto lat przyjdzie łabądź i jego już nie spalicie”. Za sto lat przyszedł Luter i zmienił obraz Europy i świata. / Heute vor 500 Jahren wurde auf dem Scheiterhaufen in Konstanz Jan Hus verbrannt. Vor dem Tode sagte er: “Heute verbrannt ihr eine Gans, aber in Hundert Jahre kommt ein Schwan und den wird ihr nicht verbrennen können”. Hus auf Tschechisch bedeutet Gans. In Hundert Jahre kam Luther. Daher gibt es an den evangelischen Kirchen oft die Abbildung eines Schwanes.

husbannerJan Hus (TV film)
Historický / Drama
Česko, 2015, 3×80 min

Režie: Jiří Svoboda
Scénář: Eva Kantůrková, Jiří Svoboda
Kamera: Vladimír Smutný
Hudba: Michael Kocáb

husfoto1Hrají:

Matěj Hádek, Jan Dolanský, Milan Kňažko, Vladimír Javorský, Marika Šoposká, Michal Dlouhý, Jan Plouhar, David Novotný, Petra Špalková, Luboš Veselý, Petr Klimeš, Petr Štěpán, Tomáš Dastlík, Anna Cónová, Petr Stach, Lukáš Melník, Tomáš Karger, Petr Motloch, Petr Lněnička, Hartmut Krug, Pavel Gajdoš, Ivo Kubečka, Václav Jiráček, Ján Sedal, Václav Neužil ml., Martin Finger, Adrian Jastraban, Jaroslav A. Haidler, Ondřej Kavan, Petr Franěk, Jiří Čapka, Hynek Chmelař, Jiří Bartoň, Justin Svoboda, Kajetán Písařovic, Rostislav Novák ml., Matouš Zah

Matěj Hádek v roli výjimečné osobnosti Mistra Jana Husa a synové Karla IV., bratři Václav a Zikmund, ve středověkém dramatu o smyslu pravdy a oběti nejvyšší.

Třídílný televizní film o Janu Husovi je jedním z největších televizních projektů současné České televize nejen svou náročností, ale především svým významem. Tragický osud tohoto velikána naší historie byl naposledy převeden na filmové plátno režisérem Otakarem Vávrou v roce 1954. Spisovatelka a historička Eva Kantůrková se osudem a odkazem betlémského kazatele zabývala dlouhou řadu let. Bylo tedy nabíledni, že se právě její román Jan Hus, poprvé vydaný v samizdatu, dočká nového filmového zpracování. Tvůrci, kteří se u jeho realizace sešli, patří v Česku k nejrespektovanějším filmovým profesionálům, herce nevyjímaje. Díky nim má televizní film Jan Hus všechny atributy mimořádného filmového zážitku a je zároveň důstojnou oslavou historické osobnosti světového významu. Spisovatelka Eva Kantůrková vede diváky příběhem Mistra Jana Husa od počátku XV. století až ke kostnické hranici. Na rozdíl od tradovaného obrazu sociálního reformátora sledujeme Husovo myšlenkové a mravní drama, jež předběhlo o celé století zásadní zlom evropského vývoje. Dramatický děj je ukotven ve spletitém střetu názorů, ambicí a mocenských manipulací církevních i světských autorit – krále Václava IV., jeho bratra Zikmunda, pražského arcibiskupa Zbyňka, ambiciózních kardinálů a tří papežů, kteří si dělají nárok na pastýřský stolec a z toho titulu i na odváděné daně. Západní církev prochází těžkou mocenskou i mravní krizí. Jan Hus, Mistr Karlovy university a Betlémský kazatel, pociťuje spoluzodpovědnost za osud rozštěpené církve ve vztahu k věřícím a dospěje k přesvědčení, že jediným východiskem z úpadku je víra v živého Krista a jeho učení. Volá po mravnosti těch, kteří mají být věřícím duchovními pastýři. To zesiluje zášť ze strany vysokého kléru i konkurujících farářů. Naštěstí se Jan Hus těšil přízni královny Žofie. V kritických okamžicích to byla právě ona, kdo mohl u svého manžela Václava IV. žádat pro Mistra ochranu. Husovým opakem je vzdoropapež Baltazare Cossa, pirát, cynický kořistník, a dokonce snad i vrah. Paradoxně také v Kostnici, kde byl Hus souzen za domnělé kacířství, byl Cossa týmž koncilem sesazen z papežského stolce a uvězněn. Prapodivným nástrojem, který sehrál v pronásledování Husa mimořádnou roli, byla nesourodá koalice ambiciózního pražského kléru, žárlivých kolegů z university, včetně Husova přítele, Mistra Štěpána Pálče. Ten se v Kostnici stal dokonce jedním z hlavních žalobců. Jan Hus chtěl své přesvědčení před Kostnickým koncilem v rámci disputace obhajovat. Koncil však taková pravidla nepřijal, Husovi určil pozici obžalovaného kacíře. Konečným rozsudkem nebyl odsouzen jen on, ale i jeho předchůdce, dávno mrtvý Jan Viklef, jehož kosti nařídil tentýž koncil vykopat, spálit a popel rozptýlit v řece.

Do příběhu vstupujeme ve chvíli, kdy mocenské spory králů Václava a Zikmunda sužovaly Čechy. Zikmund se chtěl zmocnit českého království, uvěznil Václava v Rakousích, nechal drancovat královský poklad, jeho Kumáni vypalovali české vesnice. A odvážný kazatel Jan Hus volal z kazatelny: „I pes, i had si chrání svůj pelech! Jsou snad Češi horší než psi a hadi?” Pak vzbouřil půlku univerzity, když sepsal apelaci všem mistrům a zemskému sněmu. Byl to on, kdo královně Žofii přinesl nabídku vlivných přátel, aby mohla pod jejich ochranou odjet do Bavor k rodině, protože by teď v Praze nebyla v bezpečí. Královna kategoricky odmítla. „Jsem česká královna, mé místo je tady!” Jan Hus veřejně kritizoval nepořádky v církvi, především způsob života Božích služebníků, například že nosí drahé šaty, nebo že vysedávají po hospodách a hrají hazardní hry. Byl přesvědčen, že hříšný kněz nemůže udělovat svátosti, nemůže být služebníkem Božím… Vysloužil si tím jejich nenávist. Stěžovali si na něj u krále, u arcibiskupa, jezdili žalovat papeži. Obviňovali ho z šíření Viklefova učení. A záviděli, že jeho Betlémská kaple byla pravidelně přeplněna věřícími, zatímco jejich kostely věřící navštěvovali jen sporadicky. Neshody na univerzitě kvůli Viklefovu učení eskalovaly a vyústily ve chvíli, kdy král Václav požádal univerzitní mistry, aby jej doprovodili na koncil v Pise. Německá část univerzity odmítla, a protože svými třemi hlasy proti jednomu německému získávala vždy většinu, král se rozhodl křivdu napravit Dekretem kutnohorským. Rozzlobení Němci na protest opustili Prahu. Viklefovo učení bylo vnímáno církevními hodnostáři jako kacířství a tomu obvinění se nevyhnul ani Štěpán Páleč. Přes Husovo varování odjel do Říma, aby se obhájil, cestou ho ale v Bologni nechal zatknout kardinál Baltazar Cossa. Když se po dlouhé době vrátil do Čech, byl to už jiný Štěpán Páleč. Jeho odvahu vystřídal strach. Mezi dosud věrnými přáteli, Husem a Pálčem, se objevily první pochybnosti a názorové neshody.

Jan Hus odsoudil odpustkovou papežovu bulu a papeže nazval Antikristem. Kupčení s odpustky způsobilo velkou vlnu nevole věřících a pro výstrahu ostatním byli uvězněni tři rebelové. Rozhořčená reakce Jana Husa na jejich popravu přivolala papežovu klatbu na betlémského kazatele a na Prahu interdikt. Zákaz všech církevních obřadů, křtů, sňatků i pohřbů. To byla pohroma nejen pro středověké věřící. Jan Hus musel opustit Prahu. Ani doma, v Husinci, však nebyl v bezpečí. Přijal pozvání Jindřicha Lefla a odjel na jeho hrad, kde se mohl ukrýt. Tam ho navštívil Zikmundův posel Jan z Chlumu se vzkazem, aby Hus odjel do Kostnice, kde bude mít šanci se ze svého obvinění hájit. Královský glejt mu měl zajistit nejen osobní bezpečí, ale také možnost vystoupit s disputací před Kostnickým koncilem. Hus souhlasil, nechtěl dál žít v ústraní, jako kazatel chtěl plnit své poslání, lidem vykládat pravdu písma. Věděl, že se do Kostnice sjela církevní elita a doufal, že všichni nebudou k jeho pravdě hluší. Že by si Zikmund neuvědomil, že papež nepodléhá světské moci, tedy králi? Hus nebyl v Kostnici přijat jako host koncilu, ale jako kacíř, který se těžce provinil proti církvi a její jednotě. Kostnický biskup ho zavřel do vězení a koncil ustanovil komisi, která měla posoudit Husovo kacířství. Členem komise byl také Štěpán Páleč a zoufalý Hus se k němu obrátil s nadějí, že konečně bude vypovídat někdo z jeho přátel. Zjištění, že Štěpán Páleč patří k hlavním žalobcům, mu vzalo poslední zbytky naděje i síly.

Ve svých kázáních Jan Hus zdůrazňoval, že opravdovou lásku k Bohu dokazuje jen život podle Kristových přikázání a jen takový může být služebník Boží. Připouštěl, že zbožný laik má větší právo udělovat svátosti, nežli zkažený kněz. Taková kritika církve nejenže nesmírně popuzovala její představitele, ale zároveň je děsila. Především Husův výklad Božího slova považovali za znevažování víry a církevního řádu. Věděli, že jeho vystoupení ohrožují jednotu církve. Nemocný a dlouhým vězněním vyčerpaný Hus ztrácel sílu k obhajobě, přesto se ale nevzdával naděje, že bude konečně pochopen. Ke všem žádostem o jeho propuštění z vězení byla církev netečná. Dokonce ani král Václav a král Zikmund neměli šanci zvrátit rozhodnutí Kostnického koncilu, držet Husa v žaláři a trvat na tom, aby odvolal, co kázal. Jako důkaz k jeho odsouzení měl sloužit výpis článků, které měl Jan Hus napsat ve spisu De ecclesia. Když se ale před Kostnický koncil konečně dostal pravý výpis Husových článků, komise zjistila, že Štěpán Páleč je zfalšoval. Bylo už ale nemožné, aby církev v případě Jana Husa stáhla své obvinění. Betlémský kazatel, jehož názory byly pro věřící nadějí i jistotou víry v Boha, ale nedokázal popřít sám sebe. Nemohl odvolat, co nekázal a nemohl odvolat ani to, co kázal. Byl pro církevní moc příliš nebezpečný. A proti církevní moci byli bezmocní i králové. 6. července 1415 vzplála hranice, na níž byl ke kůlu přivázán Jan Hus. Muž, který zemřel v ohni, protože žil v pravdě. Muž, kterého církev ukrutnou smrtí umlčela, aby jej lidé citovali i po šesti stech letech.