O!

Ewa Maria Slaska

Wygnanie z królestwa Lakonii

Wpis noworoczny dla wszystkich, specjalnie jednak dla Agnieszki, Doroty, Kingi, Tomka, Adama i wszystkich innych, którzy nie lubią moich małosłownych odpowiedzi na maile, choć nie zawsze dali temu wyraz. Musi być ich jednak mnoga rzesza, bo ostatnio bez przerwy ktoś zgryźliwie komentuje, że “się rozpisałam”… Podczas gdy ja odpowiadając w biegu na ich maile pisałam do nich O! albo Super! Albo Dziękuję, OK

Ale te krótkie odpowiedzi, tak pomocne w biegu przez płotki i obowiązki, są jednak czymś więcej, są nawet dwoma “czymsiami”. Po pierwsze nie lubię pisania do znajomych, bo wolę, lubię i cenię przede wszystkim rozmowę z drugim człowiekiem. Dlatego też często jest tak, że jak ktoś wylał w mailu rwącą rzekę swych aktualnych problemów życiowych, moja jedyna odpowiedź będzie brzmiała, w czwartek na śniadanie? albo zadzwoń w niedzielę albo przyjedź do Berlina to pogadamy

Jestem człowiekiem potwornie zajętym, ale zawsze znajdę dla Was czas, jak przyjdziecie czy przyjedziecie ze mną porozmawiać, a jak będziecie chorzy albo niedołężni, to ja przyjdę do Was porozmawiać. A nawet przyjadę. I na pewno możecie do mnie zatelefonować choćby w środku nocy, jeżeli musicie pogadać…

Ale proszę proszę proszę dajcie mi święty spokój z długim odpisywaniem na maile i czaty. Jeśli OK starcza za odpowiedź, to proszę niech Wam to moje OK starczy. Bardzo Was lubię i znajdę dla Was czas nawet w biegu i nawet w żmucie tysiąca obowiązków, który mnie oplątał. Znajdę czas, ale nie chce mi się szukać ręki, która napisze maile, ubierające OK w długie zdania.

To pierwszy powód. Ale jest jeszcze tak, że ja lubię lakoniczność.

Nauczyła mnie jej Mama. Dla tych, którzy ją znali brzmi to może dziwnie, bo zachowała się w pamięci wszystkich jako ktoś, kto dużo mówi, ale zapewniam, że jedno drugiemu nie przeczy. Bo lakoniczność to nie brak słów w ogóle, lecz usuwanie słów niepotrzebnych. Opór przed nadmiarem.

Była graficzką i to ten kunszt ją uczył oszczędności wyrazu.

Irena Kuran-Bogucka, Ameryka Południowa, drzeworyt 1958 / Dedal i Ikar, drzeworyt 1963 / Poniżej – Kobiety nad morzem, drzeworyt 1962

kobiety-nad-morzem1

Z roku na rok jej grafiki stawały się coraz oszczędniejsze, coraz mniej linii było jej potrzeba do opisania sytuacji. Madonna Nomadów to już tylko kilka kresek, więcej pojawia się w tle niż ich Mama użyła do zarysowania kobiety i dziecka.

MadonnaNomadow-uBabacia

A metopy barbarzyńskie już w ogóle obywają się bez kreski.

kuran-metopy4

To oczywiście znany proces. Tak z realistycznego wizerunku rodziła się abstrakcja, bez której sztuka nowoczesna nigdy by się nie pojawiła jako nowa epoka i przełom w historii.

Nasza Lidia Głuchowska, niestrudzona badaczka awangardy w sztuce, pokazuje w jednej ze swych książek, jak Stanisław Kubicki, wychodząc od realizmu dochodzi do tego, co krytycy w latach dwudziestych, wciąż jeszcze nieobeznani z tym, co nowe, złośliwie nazywali trzy kuby Kubickiego.


Stanisław Kubicki, Trzy autoportrety, 1918 -1920

To samo oczywiście w nowoczesnym świecie odbywało się ze słowami. Już w barokowym wielosłowiu pojawiają się powściągliwe statementy. Haiku tylko uporządkowało ten trend.

Jan Andrzej Morsztyn, Niestatek

Oczy są ogień, czoło jest zwierciadłem,
Włos złotem, perłą ząb, płeć mlekiem zsiadłem,
Usta koralem, purpurą jagody,
Póki mi, panno, dotrzymujesz zgody.

Jak się zwadzimy — jagody są trądem,
Usta czeluścią, płeć blejwasem bladem,
Ząb szkapią kością, włosy pajęczyną,
Czoło maglownią, a oczy perzyną.

To w końcu XVII wiek w Polsce. A co dopiero Matsuo Basho, wiek ten sam, ale w Japonii.

Chimaki musubu katate ni hasamu hitaigami

Owijając ryżowe knedle liśćmi bambusa
Jedną ręką dotyka
Włosów nad czołem.

Tłumaczyła Teresa Kowalska.

Przez następne stulecia posuniemy się przecież w oszczędności znacznie dalej. Już dawno pojawia się taka “skrócona” angielska koperta zwana SASE (Self Addressed Stamped Envelope), wzór wszystkich maili, smsów, twittera, dla mfG, lol & fytk.

Zgodnie z tym obowiązującym trendem, ja –  mentalnie z całą pewnością członkini Tajnego Stowarzyszenia Jawnych Przeciwników Barokizowania Budowli Gotyckich – próbując sprostać obowiązkom grzeczności korespondencyjnej – słynne zapomniane thank you letters – przeciwstawiając się jednocześnie obezwładniającej polskiej normie nie odpowiadania na maile, w poczuciu zatem, że… no więc częstokroć, żeby dać… ach tam… I wtedy pojawia się to moje

O! lub Super!

I uwierzcie mi, ja naprawdę tak myślę. Myślę, że O! i myślę, że super!

O, jak super, że mnie zrozumieliście i już nie będziecie się na mnie złościć…

Nowy Rok, życzę Wam wszystkiego!

Reblogi czyli opowiadania o uchodźcach

polityka okladkaTak to jest… Nam Christmas… Im monotonia bytowania w schronisku. Chociaż różnie bywa. Syryjczycy z Oławy nagrali kolędę. Śpiewają po polsku i po arabsku…

Die Flüchtlinge aus Syrien in Ohlau (Niederschlesien) singen Weihnachtslieder in Polnisch und Arabisch

Gazeta Wyborcza

Sześć krakowskich rodzin przyjęło na święta syryjskich uchodźców

28 grudnia 2015

Łukasz Grzesiczak

Ośmioro syryjskich uchodźców z obozu w Be rlinie spędziło święta w Krakowie. Przyjęło ich sześć rodzin. To spontaniczna akcja, którą przy pomocy mediów społecznościowych zorganizowała krakowianka Hania Hakiel.

Hania Hakiel pochodzi z Krakowa, ale od pięciu lat mieszka w Berlinie. – W pewnym momencie zobaczyłam, że uchodźcy to moi sąsiedzi. W Polsce obserwowałam niechęć wobec idei przyjmowania uchodźców i mnóstwo negatywnych stereotypów na ich temat, dlatego poczułam coś w rodzaju poruszenia serca. Postanowiłam ich poznać, zobaczyć, co mogę i chcę dla nich zrobić. Zaczęłam chodzić do obozów dla uchodźców, rozmawiać z nimi, bawić się z dziećmi, rysować, zawiązałam pierwsze przyjaźnie – wspomina.

Dalej

***
Jak to miło!  Znam Hanię Hakiel niejako wirtualnie, przysłała do nas do schroniska wspaniałą grupę teatralną… w Nowym Roku mamy zamiar wspólnie działać dalej…

Polityka

Uchodźcy przyspieszą rozwój niemieckiej gospodarki

Niemcy zdecydowanie chętniej niż inne kraje Unii Europejskiej przyjmują uchodźców. Nie wynika to jednak z empatii dla pokrzywdzonych, ani nawet z poczucia winy za minione grzechy.

W 2013 roku Niemcy zdali sobie sprawę, że jest ich o dwa miliony mniej niż do tej pory myśleli – 80 milionów, o 2 mln mniej niż powszechnie sądzono. Prognozy są na dodatek kiepskie. Spodziewać się można, że do połowy obecnego stulecia ich liczba spadnie poniżej 69 milionów. Gdyby się to potwierdziło Niemcy utraciłyby tytuł największej gospodarki europejskiej na rzecz Wielkiej Brytanii. Trudno sobie wyobrazić bardziej namacalny dowód na kryzys demograficzny w ciągle największym kraju UE. Dlatego właśnie obecny europejski kryzys imigracyjny bywa w samych Niemczech postrzegany jako szansa dla trapionego niżem demograficznych kraju.

Niemcy są jednak zbyt poważną nacją aby podejmować jakąkolwiek decyzję bez uprzedniego dokonania rachunku zysków i strat, w tym i odpowiedzi na pytanie czy gospodarka niemiecka poradzi sobie z dużym napływem ludności obcej. Optymiści sugerują, że nie można było sobie wyobrazić lepszego niż obecnie okresu do stawienia czoła kryzysowi imigracyjnemu.

Przyczyny historyczne

Wielu Niemców otwartych jest na pomoc imigrantom z czysto humanitarnych powodów. Postawa rządu Niemiec jest już jednak bardziej złożona. Już pięćdziesiąt lat temu było jasne, że jedynie imigranci mogą zaradzić wielu kłopotom trapiącym ówczesną gospodarkę niemiecką. Wśród nich była m.in. nierównowaga płciowa w latach powojennych. Skoro wielu Niemców zginęło na froncie i brakowało rąk do pracy (zwłaszcza tej, która była poza zasięgiem kobiet), siłę roboczą należało importować.

Teza ta nie została nigdy formalnie postawiona, ale wiele przemawiają za nią wypowiedziane w 2008 r. słowa niedawno zmarłego byłego kanclerza Helmuta Schmidta w wywiadzie-rzeka udzielonemu Giovanniemu di Lorenzo: Kiedy gospodarka Niemiec Zachodnich nabierała na skutek wygenerowanego przez Ludwiga Erharda cudu gospodarczego rozpędu rodziło się pytanie co dalej. O ile Schmidt postulował podniesienie płac bądź co bądź wymęczonym wpierw wojną a potem odbudową kraju Niemcom, Erhard optował za podtrzymaniem za wszelką cenę niskich kosztów pracy w gospodarce. A do tego potrzebni byli mu imigranci, których napływ hamował przez długi czas roszczenia niemieckich pracowników.

Hamowanie presji płacowej w Niemczech musiało mieć pozytywny wpływ na konkurencyjność gospodarki tego kraju, co w średnim okresie czasu wykazało słuszność koncepcji Erharda. Co ważniejsze, koncepcja Erharda przyczyniła się może i do opóźnionego, ale za to trwalszego procesu bogacenia się Niemiec. Zwróćmy uwagę na to, że inne kraje Europy (zazdroszczące Niemcom silnej marki) nie miały innego wyboru jak zacząć naśladować politykę monetarną Niemiec.

Niższe koszty pracy doprowadziły do sporych nadwyżek handlowych, za sprawą których doszło do gwałtownej aprecjacji marki niemieckiej prowadzącej pośrednio do wzrostu dobrobytu w tym kraju. Jednak Schmidt – gdy już doszedł do władzy w 1974 r. – postanowił wyhamować przypływ imigrantów, których liczbę szacowano już wówczas na ok. 3,5 miliona osób. Schmidt obawiał się o zdolność do asymilacji w niemieckim społeczeństwie. Miał świadomość, że tzw. wyzwanie asymilacyjne przerasta zarówno imigrantów, jak i samych Niemców. Zielone światło dalszemu napływowi ludzi z zewnątrz dało dopiero nadejście ery Helmuta Kohla.

Rachunek ekonomiczny

W ciągu pierwszych 8 miesięcy 2015 roku niemiecką granicę przekroczyło 219171 Syryjczyków. Przybyło ich być może nawet więcej. Jeszcze we wrześniu niemiecki rząd mówił, że wiązać się to będzie z kosztem około 670 euro miesięcznie. Bardziej realistycznie kwestię widzi prof. Marcel Fratzscher, szef niemieckiego instytutu Deutsches Institut für Wirtschaftsforschung, prof. Marcel Fratzscher, który szacuje koszt niemieckiego budżetu z tytułu przyjęcia jednego imigranta na niespełna 12 tysięcy euro rocznie, czyli około 1 tysiąc euro miesięcznie.

Trzymając się tego bardziej realistycznego rachunku i zakładając, że w 2015 r. przybędzie do Niemiec łącznie 800 tysięcy uchodźców, sfinansowanie ich przyjęcia kosztować będzie Niemcy około 10 mld euro rocznie. Fratzscher wychodzi z założenia, że w 2016 r. do Niemiec napłynie dalsza podobna liczba uchodźców, co oznaczać będzie wzrost wydatków o kolejne 10 mld euro, co odpowiadać będzie 0,6 proc. PKB Niemiec.

Jest to duże obciążenie budżetu naszych zachodnich sąsiadów. Fratzscher zaleca jednak patrzenie na tę kwotę przez pryzmat programu nakręcającego koniunkturę w Niemczech. Jego zdaniem jeśli nawet połowa z omawianych tutaj 20 miliardów pójdzie na konsumpcję ze strony uchodźców, to gospodarka niemiecka i tak zyska w postaci wyższego wzrostu PKB. A dokładniej konsumpcja ze strony uchodźców może dołożyć ok 0,3 proc. do całego wzrostu przewidzianego na rok 2016.

Fratzscher nie ogranicza jednak swojej projekcji tylko do roku 2016 i wybiega naprzód aż do roku 2035. Zakłada, że w latach 2017-2020 będzie napływać do Niemiec 400 tysięcy uchodźców rocznie. Z różnych powodów (przede wszystkim chodzi o barierę językową), współczynnik aktywności zawodowej imigrantów będzie niski (na poziomie 20 proc.). Do 2027 r. powinien on jednak wzrosnąć już do 70 proc., a jego efektywność pracy będzie wynosić 67 proc. efektywności przeciętnego Niemca.

Przy takich założeniach w 2020 r. koszt utrzymania przybyłych w latach 2015-2020 do Niemiec 3,2 milionów nowych uchodźców sięgnie 1,2 proc. PKB. W 2020 r. wielu uchodźców powinno już jednak zacząć pracować na siebie. W jego ocenie wygenerują oni już wzrost gospodarki niemieckiej rzędu 0,54 proc. Za sprawą bardzo wysokich kosztów utrzymania tzw. wzrost netto wyniesie jednak nadal minus 0,66 proc. PKB. Sytuacja powinna znacząco poprawić się już w 2025 r. kiedy tzw. zmiana netto PKB będzie już dodatnia i wyniesie 0,8 proc. PKB. A 10 lat później (to jest w 2035 r.) zmiana netto podskoczy nawet do 1,12 proc. PKB.

Optymizm Fratschera bazuje na założeniu dotyczącym struktury wiekowej uchodźców. Z punktu widzenia budżetu Niemiec najlepszym przedziałem wiekowym jest przedział od 25 do 30 lat. Przybysze w tym wieku są już oni ukształtowani zawodowo i nawet w przypadku możliwej przeciągającej się ich integracji z rynkiem pracy będą oni w stanie zapracować na swoją emeryturę. Tak więc ich tzw. obciążenie netto dla budżetu będzie wręcz ujemne.

Na strukturę wieku zwraca uwagę  też prof. Clemens Fuest z Zentrums für Europäische Wirtschaftsforschung (ZEW), który dość sceptycznie podchodzi jednak do wyliczeń Fratschera. Zdaniem Fuesta byłoby wręcz idealnie gdyby wśród uchodźców dominowali inżynierowie z Bagdadu i lekarze z Kabulu. Jest to jednak oczywiście mrzonka. Fuest nie kwestionuje korzyści dla rynku pracy, zwraca jednak uwagę na stronę fiskalną całego przedsięwzięcia, a dokładniej na obciążenie dla niemieckiego podatnika. Wbrew pozorom nie musi to być dla wszystkich w Niemczech oczywiste. Niemcy już w 2012 r. płacili per capita 125 euro za każdego uchodźcę przebywającego w Niemczech. Suma ta może znacząco wzrosnąć w najbliższych latach.

Fuest bazuje swoją ocenę na wyliczeniach prof. Holgera Bonina z 2014 r i które odbiły się w Niemczech szerokim echem. Bonin w swoich badaniach oceniał obciążenia dla niemieckiego podatnika wynikające z tytułu przyjęcia jednego uchodźcy. Ich wysokość zależy od poziomu wykształcenia imigranta. Przy obecnej strukturze wykształcenia imigrantów każdy Niemiec dopłaca do jednego imigranta 125 euro.

Gdyby struktura wykształcenia imigrantów upodobniła się do struktury wykształcenia całej ludności niemieckiej (13 proc. Niemców ma wyższe wykształcenie, 62 proc. ma wykształcenie średnie lub zawodowe, a 16 proc. nie posiada wyuczonego zawodu) dotychczasowe obciążenie przekształciłoby się w korzyść w wysokości 347 euro per capita.

Z najnowszych danych niemieckich wynika, że wśród uchodźców jest nawet 11 proc. osób z wyższym wykształceniem. Czas dzielący od momentu przekroczenia granicy przez uchodźcę z wyższym wykształceniem do momentu jego wejścia na niemiecki rynek pracy może jednak trwać nawet do 15 lat. Nie chodzi tu tylko o opanowanie i tak już bardzo trudnego języka niemieckiego, ale i nostryfikację wszystkich niezbędnych dokumentów.

Czy Niemcy wytrzymają ten okres dostosowawczy? Budżet na 2016 rok, ze względu na spore nadwyżki w 2015 r. pozostanie zrównoważony. W 2017 r. może się już jednak okazać, że przyjęcie fali uchodźców zachwieje równowagą zrównoważonego dotychczas niemieckiego budżet, co wypadnie akurat w roku wyborczym.

Za przyjmowaniem uchodźców optują niemieckie kręgi biznesowe. Wynika to z prostej kalkulacji – w Niemczech będzie brakować rąk do pracy. Gdyby jednak przyjmowane szacunki nie potwierdziły się, koszty okazały się wyższe, a potencjalne zyski niższe, Niemcy mogą ponieść duże koszty polityczne tych kalkulacji. Kosztem tym byłoby wyłonienie się w Niemczech silnej partii o zabarwieniu mocno nacjonalistycznym.

***
Ewa Maria Slaska

Bardzo rozsądny głos w dyskusji, ale… Ale choć lubię wyważoną i rozsądną argumentację, ta nie podoba mi się wcale. Autor patrzy chłodnym okiem i racjonalizuje, dokonuje reinterpretacji ludzkiego gestu kanclerz Merkel i Niemców.  W jego oczach all that jazz to czysty merkantylizm i chłodna kalkulacja.

Nie umiemy czy nie chcemy docenić ludzkich uczuć?

Przecież w samych Niemczech wszyscy się dziwią, jak to się stało, że Angela zdobyła się na taką postawę i przy niej trwa. Wir schaffen es – damy radę stanie się jednym z symboli XXI wieku.

Ale moje obawy, że jest to racjonalizacja przesadzona, a zatem szkodliwa – idą jeszcze dalej, bo oto podświadomie (ufam, że podświadomie) myjemy ręce, a nawet je umywamy. NIE MUSIMY zajmować się uchodźcami, to nie nasza broszka, niech się nimi zajmują ci, którym to przyniesie zyski.

W rozmowach z moimi rodakami usłyszałam już wiele argumentów przeciw uchodźcom, a zwłaszcza przeciw temu, byśmy my jako Polacy musieli ich przyjąć i zapewnić im opiekę.  Wypływały one niekiedy z głębi serca, z przekonań, z systemu wartości, ze światopoglądu, z głupoty, z tchórzostwa. To co tu czytamy, wypływa z analizy ekonomicznej i wydaje mi się jeszcze bardziej niebezpieczne niż głupota. 

Biedroń: początki PRL-u były podobne – Kropka nad i

Reblog: Polska PiSu – pełzający autorytaryzm

Wywiad z prezydentem Słupska, Robertem Biedroniem – 23 grudnia 2015 – Kropka na i.

biedron-olejnik

Biedroń: początki PRL-u były podobne – Kropka nad i

– Jako samorządowiec, który mógł korzystać potencjalnie z Trybunału Konstytucyjnego dziś patrzę z przerażeniem na to co dzieje się z TK.

A w komentarzach:

Świetna decyzja Pani Moniki Olejnik, aby zaprosić do swojego programu Pana Roberta Biedronia, który krytykując decyzje polityków, nie opluwa wszystkich i wszystkiego lecz mówi konstruktywnie, merytorycznie i jako politolog z wykształcenia – potrafi oceniać fakty i przewidywać ew. konsekwencje różnych działań. Polacy, posłuchajmy tego Człowieka, wyciągnijmy wnioski.

Wreszcie ktoś z ludzką twarzą, merytorycznymi wypowiedziami, inteligencją urokiem osobistym, piękny świąteczny prezent!!!!

Pan Robert Biedroń, przyszły prezydent Polski!

Dobra analiza, Biedroń wyrasta na lidera lewicy, dużo głębsze te analizy niż Nowackiej a nawet Millera czy Palikota. Biedroń w następnych wyborach do Sejmu marsz, mogą być wcześniej niż przewiduje PiS.

Miasto Ottonów

2ewyEwa Maria Slaska

Magdeburg

zima-kwiaty

Co roku odwiedzam zimą co najmniej jedno nieznane lub dawno nie widziane miasto. Tak byłam przed kilku laty w Kopenhadze, a w zeszłym roku w Lund. Tym razem pojechałam do miasta Ottonów. Lubię Ottonów od zawsze, lubię historię o małym Bolku, który został zabrany od rodziców jako zakładnik i idzie po raz pierwszy spotkać się z groźnym cesarzem, co zostało pięknie opisane w Bolesławie Chrobrym Antoniego Gołubiewa. Lubię domysły Illiga o oszustwie, jakim było ukrycie w klasztorze w Quedlinburgu sfałszowanej wiadomości o tym, jakoby cesarzowa Teofanu, synowa Ottona I, miała być urodzoną porfirogenetką. Był to bardzo wyrafinowany zabieg. Teofanu, siostrzenica cesarza-uzurpatora, Jana I Tzimiskesa, była wykształcona, piękna, a też bajkowo wręcz bogata. Jednak najbogatsza oblubienica średniowiecznej Europy, dwunastoletnia dziewczynka z Bizancjum, nie pochodziła z “prawdziwego” rodu cesarskiego, a tylko taka żona dla syna przydałaby dynastii pierwszych cesarzy rzymskich narodu niemieckiego nimbu władzy danej od Boga… Lubię wyjaśnienie, że było to potrzebne dopiero władcom, którzy rządzili po upadku dynastii Merowingów. Ta bowiem pochodzić miała w prostej linii od Jezusa, a więc Boga, i nie potrzebowała żadnych innych sposobów potwierdzania, że sprawuje władzę w imieniu Boga. To wszystko przeczytałam w książce Święty Graal, Święta Krew Baigenta, Leigha i Lincolna.
A jeszcze jest historia syna Ottona II i Teofanu, czyli Ottona III, przyjaciela Chrobrego, szczegółowo opisana przez Bernatha w jego progejowskich powieściach o Teofanu i Ottonie. Na wiele lat dzięki powieści o Ottonie młodo zmarły cesarz stał się patronem niemieckich homoseksualistów.

4groby

To wszystko kłębi mi się w głowie, gdy przyjeżdżam do Magdeburga i biegnę do katedry, żeby zobaczyć grób Ottona. Jest pięć po czwartej. Katedra jest zamknięta. Tak to jest, jak się zwiedza miasta poza sezonem… Od listopada do marca katedra otwarta jest od 10 do 16. Nie wiem, czy zdążę rano, bo nie pamiętam, o której mam pierwszy wykład w szkole…

2koscioly

Wracam do hotelu już spokojnie. Nie muszę nigdzie pędzić – wiem, że jak zdążę rano, to obejrzę grób Ottona, a jak nie to nie, i nic tego nie zmieni… Dopiero teraz widzę miasto, w którym jest coś więcej niż katedra z grobem, pierwsza gotycka budowla w Niemczech. Oglądam kilka innych kościołów, stary klasztor przerobiony na salę koncertową i muzeum z oknami z luster, i wreszcie różowy dom zaprojektowany przez Stowodę czyli Hundertwassera, zwany zieloną cytadelą. Różowy dom zwany zieloną cytadelą… Ładne.

rozowozielone

Spaceruję o zmierzchu, a potem już we wczesnym grudniowym zmroku i odnotowuję wszechobecność rzeźb ulicznych przedstawiających nagie ciała. Zdumiewająca, powszechna dostępność metalowych i kamiennych biustów, bioder, pośladków i penisów. Chyba nigdy nie widziałam w jednym mieście takiego nagromadzenia nagości.

fontannafaunow

3pupy 2pupyGdy rano idę do szkoły (ale zdążyłam najpierw do katedry!), stwierdzam że nagość dotarła i tam. Nagi, metalowy, kanciasty mężczyzna ze sterczącym penisem to praca jednego z uczniów kółka plastycznego, wystawiona dumnie tuż koło wejścia do biblioteki. Ciekawe, jakby to było z tą nagością, gdybyśmy się znaleźli w mieście pod władzą PiSu?

fiut

Reblog: Bernhardt w Australii

Lech Milewski opisał w dwóch odcinkach pobyt Pasteura w Australii. W drugim wpisie pojawiła się Sarah Bernhardt, w tak niezwykłej opowieści, że dziś rebloguję plotki o pobycie wielkiej aktorki i miłośnicy w Australii…

The Divine Sarah Bernhardt (1844–1923) in Australia, 1891: sex, theatre, sun

Young Czech artist Alphonse Mucha (1860-1939) after moving to Paris created an Art Nouveau poster in 1884 to advertise Bernhardt’s role of Gismonda at Paris’ Theatre de la Renaissance. This poster broke new ground in the art poster world, and within a week of printing, Mucha became a very well known artist in Paris. Sarah Bernhardt loved the poster, and signed Mucha to a 6-year contract. During that time, Mucha designed other posters for her and became very close to the theatrical legend.

Bernhardt was also a keen fan of photography,  using the most modern 19th century technologies available to get her image out to the public.

Bernhardt as Gismonda, created by Mucha in 1884, Paris

By the time the Divine Sarah Bernhardt arrived in Australia in 1891, she was the most famous actress in the world. The Pall Mall Gazette in July 1891 noted that the 46-year-old star’s arrival in Sydney emptied State Parliament and caused wild scenes at Redfern station where she was received with extraordinary honours. The Mayor left his duties to meet her and took her to an official reception. The harbour was decorated as if for a regatta, and the town was illuminated at night.
*
Everyone cashed in on her trip to Australia. The fabulous Australia Hotel, whose foundation stone had been laid by the state premier Sir Henry Parkes just two years earlier, asked Sarah Bernhardt to perform the grand opening. Her name was first in the new hotel register, later displayed in a glass showcase in the main foyer.

Hotel Australia, 1891, opened by Bernhardt

Impresario George Tallis was closely associated with the JC Williamson firm for 50+ years. While concentrating on the business side, Tallis learned every aspect of theatrical management, from choosing costumes to handling international stars. Enticing Bernhardt to do a tour of Australia in 1891, Tallis said, marked the high point in his early career and led to his later fame and knighthood.

The newspapers were agog. The Melbourne Argus in Sep 1890 told its readers that JC Williamson has concluded an agreement with Mme Sarah Bernhardt and company, who would visit Australia for a theatrical season of 10 weeks. She would first appear in Melbourne in June 1892. The plays to be produced would include M. Sardou’s drama Cleopatra. In July 1891 The Argus wrote  “Madame Sarah Bernhardt opened the Sydney season to night at Her Majesty s Theatre in Camille. The house was crowded by a brilliant audience, who, though somewhat impassive during the first act of the play, were gradually warmed to genuine enthusiasm, and rewarded the magnificent performance of the great actress by thunders of applause. Tomorrow La Tosca will be produced”.

Photo of Bernhard, taken during her Australian trip, 1891 (State Library Vic)

During the Sydney leg of her tour, Bernhardt performed in Camille, La Tosca, Fedora, Jeanne D’Arc and Cleopatra. Her performances at Her Majesty’s were in French, so Sydney audiences were provided with English translations via booklets. They followed the play using these booklets. This meant that the house lights were not lowered during the performances. Despite the language difference, Sydney theatregoers rapturously received Sarah Bernhardt. As in France, her costumes were sublime.

At the very same time, Australia needed help to end the appalling rabbit plague and Professor Louis Pasteur sent his brilliant nephew Dr Adrien Loir (1862-1941), a handsome young scientist, to represent the family business – the Pasteur Institute. Apparently Dr Loir needed a translator since he didn’t speak English well, so Bernhardt offered her services (sic)! Bernhardt, aged 47, was already a legendary lover with a particular interest in much younger men. She took one look at young Dr Loir and instead of going on to fulfil her contractual obligations in Brisbane, the couple had a passionate romp for a week on the tiny Rodd Island in Sydney Harbour.

In time, the lovely Bernhardt returned to France alone, but clearly island life had started to appeal to her. At home she bought a Napoleonic fort on the lovely Belle Isle off the coast of Brittany where she spent holidays for the rest of her life.

It is just as well she did her romping in Australia. At 70 she injured her leg when performing Victorien Sardou’s play Tosca, in which she was the heroine who finally hurls herself off a castle wall to kill herself in despair. She tried wearing a cast but that failed;  the Divine Sarah then decided she would be better off without the leg altogether. She wrote to one of her lovers, the surgeon Samuel Pozzi, telling him to cut it off above the knee. Even then, wooden legs failed her, so she was carried around on a sedan chair for the rest of her life, including on stage and on tour.

When the star died in 1923, half a million citizens lined the streets of Paris to bid farewell to France’s most beloved heroine.

***
Read Sarah: The Life of Sarah Bernhardt, written by Robert Gottlieb and published by Yale UP, 2010. And read EdwardianPromenade for some of the gossip that surrounded her early adult life.

 

Z pamiętnika wolontariuszki (i pracowniczki)

13 grudnia 2015 pokazano w audycji / 13. Dezember 2015 lief bei

ein Filmchen von Wolfgang Kübel über meine Arbeit in einem Flüchtlingswohnheim von AWO-Mitte. Sie können den Film sehen, wenn Sie auf das Bild oben klicken! (Achtung – es gilt nur für nächste 3 Monate, dann verschwindet es).

niewielki filmik Wolfganga Kübela o mojej pracy w schronisku dla uchodźców należącym do organizacji charytatywnej AWO-Mitte. Filmik można obejrzeć klikając w powyższy obrazek, ale tylko przez najbliższe 3 miesiące, potem zniknie.

Und noch zwei Erklärungen, weil es im Film irrtümlich was unwahres gesagt wird. Ich bin 1985 als politischer Flüchtling nach Berlin gekommmen (und auch später als Asylberechtigte anerkannt), aber nicht nach Gefängnis! Da hat man zwei verschiedene Sachen miteinander vermischt! Sorry, ich will mir keine unwahre Identität aufbauen!

Und zweitens: Ich war zwar in “meinem” Wohnheim vam Anfang als Freiwillige tätig, seit einem Monat habe ich aber dort schon eine reguläre Arbeit, dh. ich bin bei AWO-Mitte angestellt. Also im Klartext: ich arbeite und bin keine Freiwillige (mehr)!

Uwaga – do filmu wkradły się dwa nieporozumienia: NIE wyjechałam z Polski po karze więzienia i NIE pracuję w schronisku jako wolontariuszka, tylko mam tam etat.  Bardzo przepraszam wszystkich widzów…

Graża

Jaki jest świat, w którym przyszło nam życ, każdy widzi. Rajem na pewno nie jest. Dla wielu jest piekłem na ziemi. Ludzie ludziom zgotowali ten los. Niestety.

Są na tej planecie ogromne obszary, gdzie ich mieszkańcy cierpią nie tylko biedę i niedostatek, ale życie ich i ich rodzin jest bezustannie zagrożone. Na ich domy spadają bomby, terror puka nocą do drzwi. Wyrokami losu, wielkich mocarstw i wielkich pieniędzy, znaleźli się w oku dziejowego cyklonu, który miota ich życiem jak listkiem na wietrze i to życie jest niewiele więcej od listka warte. Nie może nikogo dziwić, że nie mając nic do stracenia, a wiele do zyskania, bo rzecz najcenniejszą, jaką jest życie ich i ich bliskich, podejmują szaleńczą próbę ucieczki przed grozą wojny i bezwzględnego fanatyzmu.

Nam w sytej i bezpiecznej Europie trudno nawet wyobrazić sobie okropieństwa, jakie przeżyli ludzie dotknięci wojennym koszmarem.
Jakże łatwo oceniać innych siedząc wygodnie na kanapie, oglądając świat na płaskim ekranie telewizora. Jakże łatwo w ciepełku pisać przemądrzałe komentarze…

A przecież to nasze bezpieczeństwo, ten nasz dostatek, nie jest wcale oczywisty. Ludzie, którzy piechotą przemierzają tysiące kilometrów o głodzie i chłodzie, aby znaleźć się w bezpiecznym miejscu, też kiedyś posiadali domy i telewizory. Ich dzieci chodziły do szkół. Jakaż ogromna musi być desperacja, jakiż ważki powód, aby porzucić swój świat i udać się na niewiadome, na poniewierkę.

Obyśmy nigdy nie musieli tego doświadczyć…

Najbardziej szkoda mi dzieci. Ten koszmar, który dane im było przeżyć w ciągu ich krótkiego życia pozostawi na zawsze ślady w ich młodych sercach.

Niestety nie mamy tej mocy, tych możliwości, aby zmienić cały świat. Ale mamy moc i możliwość, aby czynić dobro i dokonywać zmian malutkich, na miarę naszych możliwości. Takie możliwości ma każdy z nas, a ludzi dobrej woli jest więcej, jak śpiewał dziwiący się światu Czesław Niemen.
Wystarczy się skrzyknąć. Wystarczy, że ktoś rzuci pomysł. Jak pomóc potrzebującym. Często tak niewiele trzeba. A jaka satysfakcja! Od razu rośnie poczucie wartości, że jednak nie jest tak źle, że jednak można, że świat nie jest taki zły, skoro można czynić dobro.

Jak niewiele trzeba było zrobić, jak niewiele włożyć wysiłku w to, aby wywołać uśmiech na dziecięcych twarzyczkach, aby rozjaśniły się pociemniałe cierpieniem oczy.
Wystarczyło zebrać parę groszy i kupić parę zabawek, tak aby każda dziewczynka w schronisku miała własną lalkę, a każdy chłopiec własny samochodzik. Ileż radości! Radości zaraźliwej, jak każda dziecięca radość. Aż się chce żyć, bo czynienie dobra, nawet niewielkiego, nadaje życiu sens.
Wiara w innego człowieka też.
Okazuje się, że ludzie chętnie pomagają, że potrafią dzielić sie z potrzebującymi. To wspaniale! Bo część dzieci idzie od nowego roku do szkoły. Nareszcie! Bardzo się na tę szkołę cieszą. Nawet jak nie mają zeszytów, piór, kredek, tornistrów i czego tam jeszcze. Nie mają nic. Ale to nie szkodzi.

Wierzę, że znowu się skrzykniemy i wspólnymi siłami zaopatrzymy maluchy w potrzebne przybory szkolne. Już wici rozpuszczone, już są chętni do pomocy. Damy radę!

Świat nie jest taki zły!
***
A na dokładkę / Und als Zugabe


Weihnachtskrippe ohne Juden, Araben und Flüchtlinge (gezeichnet von J. Wieruszewska)

Reblog: Oskarżam moich znajomych…

Gazeta Wyborcza

Paweł Wieliczko

Oskarżam moich znajomych, że stali się rasistami. Ze strachu, z niepewności, z pychy

16.11.2015

Polska mogłaby ze względu na swoją wieloetniczną przeszłość oraz grzechy wojenne i powojenne pełnić rolę Sprawiedliwego wśród Narodów. Do tego trzeba mieć jednak gotowość społeczną. Tymczasem mam wrażenie, że poglądy rasistowskie lub antyimigranckie nie dotyczą już łysych chłopców z blokowisk, ale stały się powszechne.

Mam wrażenie, że szczególnie chętnie poglądy rasistowskie przejęli niepewni przyszłości mieszkańcy warszawskiego Wilanowa oraz podobnych dzielnic w innych miastach. Wykształceni ludzie z kredytami oraz niewielką rodziną boją się o swój stan posiadania i dzieci. Mając głębokie przekonanie o znajomości świata, wypowiadają opinie. Bo przecież widzieli Araba w Egipcie, Turcji, Maroku, widzieli, że leniwy, cham, pewnie trochę zboczeniec. Czytali Kapuścińskiego, tylko bez zrozumienia, bo kto spamięta te nazwiska. Czytali w gazetach o zabójstwach honorowych, byli “Charlie Hebdo”.

Tak, oskarżam moich znajomych o to, że stali się ze strachu rasistami. Oskarżam o to, że na podstawie własnych miernych obserwacji wyciągają ogólne wnioski. Porzucając chęć zrozumienia na rzecz tabloidowej codzienności. Słyszę od Was, że Arabowie nie pracują, że “Zamszowi” plenią się w Londynie, że żerują na niemieckich socjalach – stajecie się nie lepsi od kiboli z pochodniami, a za parę lat nie zareagujecie, gdy obok was będą zabijać człowieka za kolor skóry. Być może Wy będziecie zabijać, choć dziś mówicie tylko, że chcielibyście pokazać mamie prawdziwy Paryż, ale takiego już nie ma, bo te brudasy. Linia podziału staje się coraz wyraźniejsza.

Pisanie tego tekstu przerwały mi wybuchy w Paryżu. Mój kolega Piotr zadzwonił do mnie rano. Ja jadłem śniadanie, a on dzwonił z dzielnicy XI. Mówił, że stoi na ulicy, na zakrwawionym chodniku, pośród porzuconych w chaosie sprzętów medycznych, noszy, kamizelek, że słyszał wybuchy, strzały, panikę. W tym gruzowisku odczuć wiedział tylko, że należy coś zrobić, by zatrzymać niechęć do obcych, że trzeba uświadomić wreszcie, iż do nas dociera kawałek piekła, przed którym uciekają uchodźcy. Czy ktoś pamiętał, wiedział w ogóle, co w tym samym czasie działo się w Bagdadzie (21 ofiar) czy Bejrucie (43 ofiary)?

Terroryści w jednym są zgodni z prawicą o lekkim zabarwieniu brunatnym – obie strony uznają, że życie Europejczyka jest więcej warte niż życie Araba.

Tracimy szansę na bycie społeczeństwem otwartym

Globalizacja sprawiła, że dziś wszyscy są albo uczestnikami, albo świadkami. Trudno jest powiedzieć, że się nie wiedziało, za to łatwo zobojętnieć albo ułożyć świat z jednakowych elementów na zewnątrz, pozostawiając wszystkie, które nie pasują. Zresztą, może to nie jest kwestia globalizacji, może ona daje tylko skalę dla zjawisk w przeszłości już występujących. Czyż nie zaznaliśmy obojętności – wobec Zagłady, nienawiści do innych, jak w Kielcach w roku ’46, wreszcie zaślepienia głupotą, jak w roku ’68. Jesteśmy jednym z narodów jednoczesnych ofiar i katów. Dlatego jesteśmy zobowiązani do głębszej refleksji, zanim wydamy orzeczenie o winie.

Tymczasem w Polsce tracimy szansę na bycie społeczeństwem otwartym. 11 listopada w telewizji zobaczyłem, że naród imigrantów zarobkowych postanowił postawić chrześcijańsko-nacjonalistyczno-kibicowski mur przeciwko innym imigrantom. To Święto Niepodległości było inne, wyraźnie podzielone, pełne napięcia. Wozy transmisyjne czekały na bijatyki narodowców z policją, podpalenia, demolowanie ulic. Tymczasem zasadniczo wszyscy szli wyznaczoną drogą, palić nie można było nawet tęczy, bo znikła. Młodzi panowie w kominiarkach pokazali, że potrafią być grzeczni. Jednak w sferze języka było jak zawsze. Cała ta mieszanka nie wydawała się nacjonalizmem ugrzecznionym, ale wyczekującym.

Podsycanie ksenofobii jest kuszące dla polityków. Buduje wspólnotę spajaną wrogiem. Przez lata był to Żydziak, potem Pedał. Starzy wrogowie nie odeszli, ale od roku 2015 na prowadzenie wysunął się Muzułmanin.

W homogenicznym społeczeństwie upraszcza się definicje. Migrant został zrównany z wyznawcą islamu. Ponieważ strach został zasiany wszędzie, dość często widuje się na portalach społecznościowych opatrzone zdjęciem apele w rodzaju “Mój mąż nie jest muzułmaninem, tylko sikhem. To grupa religijna z Indii”. Wiedzę opieramy na wrażeniach z wycieczek do Egiptu oraz widoku imigrantów w krajach zachodnich. Upraszczamy, rozszerzając indywidualne doświadczenia czy zachowania pojedynczych osób na całe grupy i wspólnoty. Z grupy migrantów sprytnie eliminuje się też prawie dwa miliony Polaków, którzy wyjechali z kraju po 2004 roku, a przecież w Wielkiej Brytanii Polacy są drugą pod względem liczebności mniejszością narodową, w Irlandii pierwszą, wielu “naszych” jest też w Niemczech i innych krajach UE. Ruchy antyimigranckie dość szybko zauważyły tę niespójność i zaczęły mówić już nie o napływie ludzi, ale inwazji czy nawet wojnie kulturowej. Głównym zarzutem stała się więc nieumiejętność integracji i przekonanie o nieszczerych intencjach przybyszów z Afryki czy Bliskiego Wschodu. Nikt nie pamięta, że uciekają oni przed przemocą, której odpryski docierają do Europy wraz z zamachowcami.

Opowiedzmy o sobie i pozwólmy się poznać

Echa arabskiej wiosny, upadku reżimów oraz lata niewidzenia sprawiły, że Afryka oraz bliskowschodnie wojny zmienią Europę na zawsze. Od nas, obywateli, zależy, czy zbudujemy podzielony, słaby kontynent, czy przezwyciężymy kryzysy. Stoją przed nami zadania najważniejsze od czasów zakończenia drugiej wojny światowej. Ruchy skrajnie prawicowe stały się popularne nie tylko w Europie Wschodniej, nowych krajach Unii, ale także we Francji, Włoszech, w Wielkiej Brytanii, Hiszpanii, Grecji oraz ściśle związanej z UE Szwajcarii. Nikt dziś nie wyobraża sobie sytuacji z czasów pierwszej wygranej Jörga Haidera, kiedy Unia bez wahania wprowadzała faktyczne sankcje i ostracyzm Austrii. Myślę, że niewielu tę sytuację w ogóle pamięta.

W przyszłym roku przyjadą do nas ludzie, którzy uciekli przed wojną. Przyjadą do obcego kraju, w którym mają żyć, a jest dla nich egzotyczny jak dla nas Tanzania. Będą okaleczeni wspomnieniami i stratą całego dotychczasowego życia. Wyrwani z korzeniami. Przyjmijmy ich z szacunkiem, opowiedzmy o sobie i pozwólmy się poznać. Wykorzystajmy szansę, by stać się lepszymi.

Paweł Wieliczko – prawnik współpracujący z organizacjami pozarządowymi

Z pamiętnika wolontariuszki (wolontariuszy nadal nie ma)

Zanim zaczniemy, posłuchajcie.

 

Piękna muzyka, prawda? U nas też tak będzie, właśnie zaczynamy:

Anita 1 i Anita 2

A tu obrazki  z wystawy w Ratuszu Kreuzberg. Ośmioro artystów. Jedna z ósemki, Dominique Caillat, sfotografowała dzieci i ich rodziców w schronisku dla uchodźców. Jest ich w Berlinie 90, ale chyba nieważne w którym. Te dzieci są wszędzie. Ja sfotografowałam te fotografie na wystawie fotografii :-).

naszedzieci2

Monika uczy dorosłych niemieckiego:

Monika:

Seit Frühjahr 2015 helfe ich in einem Heim in Zehlendorf, indem ich dort Deutsch für Flüchtlinge unterrichte, einmal pro Woche. Das Heim gehört also nicht zu den gerade errichteten Einrichtungen sondern besteht schon eine Zeitlang. Erstaunlicherweise fehlen da immer wieder Schüler und Teilnehmer für Deutschkurse; ja, Kurse kommen gar nicht zustande, es sind meistens Einzelschüler, die von qualifizierten Lehrern unterrichtet werden, grotesker noch: manchmal sitzen zwei Lehrer bei drei Schülern. Bei einer Belegung des Heims mit ca. 340 Menschen ist das für mich unverständlich. Bis jetzt habe ich die verschiedensten Nationen unterrichtet, aber keine Syrer; es waren Leute aus Moldawien, Serbien, Kosovo, Tschetschenien, Afghanistan, Albanien, Pakistan und Eritrea.

Viele von ihnen sind, nach eigenen Angaben, schon über ein Jahr in dem Heim, und sie haben, soweit ich sehe, schon ausreichende Deutschkenntnisse, um sich in einem Job zu versuchen. Das tatenlose Herumsitzen macht die Situation für sie oft unerträglich, doch sie bekommen keine Papiere und sie sollen, wie sie sich ausdrücken, warten.

Aus meiner Erfahrung wäre es gut, wenn die ehrenamtlichen Lehrer auch eine Art von Zertifikat austeilen könnten und die Leute über die Anfängerstufe A1 einstufen könnten. Das würde die Teilnehmer vielleicht mehr motivieren, und ihnen Zuversicht geben, dass das auch anerkannt wird.

Vieles in dem Heim hat sich zum Guten verändert; es gibt ein Kinderspielzimmer, wo Vormittags immer jemand mit kleinen Kindern beschäftigt ist, es gibt Basare, wo die Flüchtlinge sich warme Kleidung, Haushaltsgeräte und andere Sachen aussuchen können. Das erfreut sich auch, soweit ich das beurteilen kann, großer Beliebtheit in dem Heim.

Die Kommunikation zwischen dem Büro und den ehrenamtlichen Lehrern ist leider gleich null. In „meiner“ Zeit hat auch dreimal die Leitung des Hauses gewechselt, was natürlich die Zusammenarbeit erschweren muss. Die Versuche herauszufinden, wo sich die „eigenen“ Schüler befinden, enden meistens in nebulosen Erklärungen.

Meiner Meinung nach hängt das Funktionieren von solchen Heimen von den Menschen, und zwar von jedem einzelnen ab, die darin arbeiten. Ich für meinen Teil würde mir mehr Kooperation und Unterstützung für unsere Arbeit als Deutschlehrer wünschen.

 

 

 

From Skolwin with love. And more.

einladungSkolwin

Kulturhaus Klub Skolwin in Stettin

und

Städtepartner Stettin – Friedrichshain/Kreuzberg Berlin e.V.

laden herzlich zur Vernissage der Fotoausstellung ein

Stettin – der zweite Blick

Wir stellen die Ergebnisse eines Stettiner Fotowettbewerbs vor, der von 2014-2015 stattfand.

Berlin, Rathaus Kreuzberg, Yorckstraße 4-11 (2. Etage)
17. November 2015 / 18:30 Uhr

Wir laden Sie ein, eine Auswahl der besten Fotos einer Gruppe von Fotoenthusiasten anzusehen, für die Fotografie eine Leidenschaft ist – sie widmen ihr jeden freien Augenblick, arbeiten mit all ihren Talent, Gefühl und Sensibilität. Stettin, wie es auf den Fotografien der Teilnehmer gezeigt wird, ist eine Stadt, die einen Besuch wert ist und sich lohnt entdeckt zu werden, jeder tut es auf seine Weise.

Als Vorgeschmack können Sie manche Bilder auf unserer Fanpage sehen.
Wir sind auch auf Social Media zu finden

Wir freuen uns auf Ihren Besuch!

Es sprechen
Sascha Langenbach
Pressesprecher
Bezirksamt Friedrichshain Kreuzberg von Berlin
Folker Schmidt
Vorstandsmitglied
Städtepartner Stettin e.V.
Adam Komorowski
Direktor
Kulturhaus Skolwin

***

Und danach!

Fotospaziergang

Im Rahmen der Ausstellung planen wir je einen generations- und interessenübergreifenden Foto-Spaziergang.

In Berlin gehen wir direkt ins Zentrum, ins Herz der Stadt. Sozusagen: Vom Aussen nach Innen. Der Spaziergang findet am 29. November statt.

Treffpunkt ist Weltzeituhr am Alexander Platz umd 10.30 Uhr.

Die Fortsetzung dieses Spaziergangs findet am 6. Dezember in Skolwin statt, wo wir uns in die ganz andere Richtung bewegen werden, sozusagen: Vom Innen nach Aussen.

Skolwin, wenig bekannter Stettiner Bezirk, ist ein ausgesprochen schöner und interessanter, weit weg vom Zentrum gelegener Stadtteil, wo die Natur and die Industriebrachen stießt, und neue Ideen an soziale Brennpunkte. Und mittendrin agiert unser Veranstalter – Kulturhaus Skolwin.

Treffpunkt ist Bahnhof Gesundbrunnen um 7:45 Uhr.
Wir werden um 8:05 abfahren und am Abend zurückkommen. Die Fahrtkosten übernehmen die Organisatoren.

Bitte sich für beide Veranstaltungen bei Dorota melden dh. HIER.

***

Mit freundlicher Unterstützung von Regenbogenfabrik & Polnischer Sozialrat

Organisation, PR und Graphik: Dorota Kot