Memy XXI wieku

Ewa Maria Slaska

Cecilia Gallerani i jej zwierzątko

Urodziła się w roku 1473, kochanką księcia Ludwika Sforzy zwanego Il Moro została w roku 1489. Miała więc 16 lat, w rok później  sportretował ją Leonardo da Vinci. Była już w ciąży.

Zwierzątko, które trzyma na ręku doczekało się niezliczonej ilości interpretacji. Podobno na początku miał to być kot, ale jest w końcu łasiczka zwana gronostajem. Jak gronostaj to to stworzenie nie wygląda, ale podobno książęcy kochanek był kawalerem Zakonu Gronostaja i dlatego… Można jednak dopuścić i inne wyjaśnienie, gronostaj, który nam się kojarzy przede wszystkim z królewskim płaszczem wszystkich bajkowych królów z dziecinnych książeczek, był symbolem niewinności i… opiekunem kobiet ciężarnych. A Cecylia była w ciąży. Ale jednak może nie, może jednak historycy sztuki pozwolą zwierzęciu, które wygląda jak łasiczka być łasiczką. Łasiczka nazywa się po grecku γαλέη (galée) i byłaby przypomnieniem nazwiska rodowego pięknej Włoszki, choć Gallerani to nie tylko Łasica czy raczej Łasiczy tylko … Koci. Więc jednak kot! Symbol nieprawych związków miłosnych. Ale namalowana jest łasica. Leonardo lubił takie gry pomiędzy słowem a obrazem. Na portrecie Ginevry d’Benci twarz dziewczyny otaczają gałązki jałowca, który po włosku nazywa się ginepro a po łacinie juniperus. A o związku nazwiska Gioconda (Wesoła) ze słynnym uśmiechem portretowanej kobiety napisano chyba tysiące tomów.

29 grudnia 2016 Fundacja Książąt Czartoryskich przekazała do Skarbu Państwa całą kolekcję, w tym Damę z gronostajem-łasiczką-fretką, za kwotę 100 mln euro. Była to transakcja równie wieloznaczna jak zwierzątko, który głaszcze piękna Cecylia. Podobno wcale nie musieliśmy jej kupować… Podobno koniecznie trzeba ją było kupić. Ciekawe czy zmiana właściciela rozwiąże problem, z którym od kilku lat borykają się internauci. Bo póki obraz należał do Fundacji Czartoryskich, właściciele nie pozwalali go reinterpretować. Oficjalnie, czyli np. w takiej jak poniżej reklamie piwa. Nieoficjalnie w świecie sztuki i tak każdy robi, co chce.

Grafika Łukasz Adamczyk. Praca nagrodzona w konkursie na reklamę piwa. Reklamy nie wolno jednak było użyć, bo Fundacja zażądała jej usunięcia. Zakaz nie ma podstawy prawnej, bo dzieło nie jest objęte prawami autorskimi. Prawa autorskie należały (by) do Leonarda da Vinci, ale nie należą bo malarz umarł dawniej niż 70 lat temu. Fundacja się po prostu szarogęsi, co przypomniało mi sprawę, kiedy to firma Wawel zakazała pewnej blogerce podawania przepisu na ptasie mleczko, bo dobroć powszechnie spożywana jest własnością korporacji. Zezłoszczeni zakazem polscy internauci z “Dziennika Intenautów” ogłosili konkurs Zabaw się kreatywnie z Damą z łasiczką.

 

      “Dama z tapirem”                      “Dama w łańcuchach”                       “Dama ugryziona”
xxxRadosław CzajkaxxxxxxxxxxxxxBartosz KurasxxxxxxxxxxxxxRadosław Prekurat
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxI nagrodaxxxxxxxxxxxxxxxNagroda Redakcji DI

Moja ulubienica, “Dama hipsterka” Karoliny Drozd

A tymczasem, jak mawia chętnie mój wnuk, ustalając narrację aktualnej zabawy – jego gry fabularne rozwijają się zgodnie z dwoma osiami czasowymi: “a tymczasem” i “a nagle” – a tymczasem internauci światowi w ogóle nie musieli sobie zawracać głowy jakimiś pseudoprawami właścicieli i robili, co chcieli i co mogli.


Tom Waldschrat (?) “Gronostaj z gronostajem”

z-aua

I tak dalej…

***

Dopisane po kilku miesiącach, a dokładnie po Cake Festiwal Polska 2017. I nagroda – Monika Zaniuk, Dama z tortem:

dama z tortem

Dawno zapomniane śniadanie

Pamiętacie Rasmusa i włóczęgę. Pewnie nie pamiętacie. Ja nie pamiętałam. Rasmus ucieka z domu dziecka, jest noc. Chłopiec biegnie i podśpiewuje sobie piosenkę “Nie boję się iść sam po zielonej ścieżce”, ale oczywiście się boi, tak jak każdy, a nie tylko mały dziesięcioletni chłopczyk, boi się iść sam w lesie po ciemku.

Astrid Lindgren
Przekład Irena Szuch-Wyszomirska, tłumaczka książek Astrid Lindgren i słynnych Muminków.

Rasmus i włóczęga

Krótka letnia noc staje się długa, gdy się wędruje drogami. Gdy się wędruje bez wytchnienia, aż nogi ledwo mają siły się poruszać. Aż powieki niemal zamykają się i jest się tak śpiącym, że głowa kiwa się i opada w marszu. Nastaje świt, słońce rzuca pierwsze promienie pomiędzy drzewa, ale nie widzi się tego. Pajęczyny błyskają pomiędzy trawami, krople wody lśnią na płatkach kwiatów, lekkie mgły poranne giną, nikt nie wie gdzie, a na wierzchołku najbliższej brzozy siada drozd i wznosi pierwszy radosny trel poranka. Lecz tego się nie widzi, gdy jest się tak bardzo zmęczonym i sennym. Tak niewypowiedzianie sennym.
Rasmus dochodzi wreszcie do niewielkiej szarej szopy, do takiej właśnie, w jakiej lubią spać włóczędzy. Stoi ona pośrodku łąki i mimo swej szarości wygląda bardzo gościnnie. O tej porze roku takie szopy na łąkach pełne są siana.
Z trudem otwiera ciężkie wrota. Wewnątrz jest mrocznie i cicho, a siano pachnie mocno i pięknie. Rasmus wydaje westchnienie ciężkie jak łkanie i opada na siano. Już śpi.

Obudziło go zimno i źdźbło siana, które łaskotało go w nos. Usiadł gwałtownie, nie pamiętając, gdzie się znajduje, skąd się tu wziął. Potem przypomniał sobie nagle wszystko i uczucie bezgranicznego osamotnienia wycisnęło mu łzy z oczu. Poczuł się bardzo nieszczęśliwy – o wiele trudniej było być zbiegiem, niż przypuszczał. Tęsknił już za Västerhagą, za Gunnarem, za ciepłym łóżkiem i poranną kaszką. Tak, czuł tęsknotę za domem dziecka jak za utraconym rajem. Mogło się oczywiście zdarzyć, że się dostało w skórę, nie było to jednak takie straszne, jak być samemu na świecie, marznąć i być głodnym.
Przez szparę w ścianie przesączał się ku niemu wąski strumień słońca. Tego dnia pogoda była piękna, więc nie powinien tak bardzo marznąć. Miał na sobie odświętny kubraczek i zwykłe codzienne spodenki z grubego samodziału, które ciocia Olga połatała na kolanach. A jednak marzł tak, że szczękał zębami. Najchętniej położyłby się i spał dalej, ale wiedział, że nie uśnie, gdy jest tak zimno. Siedział więc, drżąc, na sianie i śledził ponurym wzrokiem pyłki kurzu, wirujące w promieniach słońca.
Wówczas usłyszał coś. Coś przeraźliwego, co dreszczem lęku przeszyło całe jego ciało. Ktoś  z i e w n ą ł  tuż obok niego. Nie był więc sam w szopie. Ktoś oprócz niego spał tu tej nocy. Wodził wokoło wylęknionymi oczyma, aby dojrzeć, kto tu jest. Wtem zobaczył kędzierzawą czuprynę wyłaniającą się zza sterty siana tuż obok niego. Nagle dał się słyszeć głos:
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx    Ho, ho, tak, tak,
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx        i noce, i dzionki,
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx       ale najgorsze te poranki…

Zza siana wyłoniła się głowa, a potem cała twarz okrągła, nie ogolona, z ciemnym zarostem. Para mrugających oczu spojrzała na niego ze zdziwieniem, a okrągłą twarz przeciął szeroki uśmiech. Coś jakby zabulgotało w nim ze śmiechu, po czym powiedział:
– Sługa uniżony?
– Sługa… uniżony – odpowiedział Rasmus z wahaniem.
– Coś ty taki wystraszony? Czy myślisz, że zjadam dzieci?
A gdy Rasmus się nie odezwał, mówił dalej:
– Coś ty za knot? Jak się nazywasz?
– Rasmus.
Powiedział to cichutkim głosem, bał się zarówno odpowiadać, jak i milczeć.
– Rasmus… ach tak, Rasmus – powtórzył brodacz i kiwnął głową w zamyśleniu. – Czy uciekłeś z domu?
– Nie, nie… z domu – wyjąkał Rasmus, który uważał, że nie kłamie. Västerhaga nie była prawdziwym domem. Jak ten brodacz mógł myśleć, że się miało ochotę uciekać z  pXrXaXwXdXzXiXwXeXgXo   domu!
– No, nie rób takiej wystraszonej miny. Powiedziałem ci przecież, że nie zjadam dzieci.
Wówczas Rasmus zebrał się na odwagę i zapytał ostrożnie:
– A czy wujek uciekł z domu?
– Wujek… czy ja wyglądam na wujka, co? Czy uciekłem z domu… tak, tak, to się zgadza – odpowiedział brodacz i roześmiał się serdecznie.
– To wujek jest włóczęgą – informował się Rasmus.
– Daj spokój z wujkowaniem, mój drogi. Nazywam się Oskar.
Podniósł się na sianie, a wówczas Rasmus zobaczył, że jest on z pewnością włóczęgą. Kraciasta marynarka wytarta była i wystrzępiona, a spodnie zwisały jak wór. Był wysoki, barczysty, miał dobrą twarz, a gdy się śmiał, białe zęby lśniły w jego brodatym obliczu.
– Włóczęga, powiedziałeś… czy nie słyszałeś nigdy o Rajskim Oskarze? To właśnie jestem ja. Rajski włóczęga i wolny ptak boży – to właśnie ja.
– Wolny ptak? – Rasmus zaczął się zastanawiać, czy ten włóczęga ma dobrze w głowie. – Dlaczego Oskar jest wolnym ptakiem? – zapytał.
Oskar pokiwał w zamyśleniu głową.
– Ktoś musi nim być przecież. Musi być ktoś, kto się wybiera na włóczęgę i jest wolnym ptakiem bożym. Pan Bóg chce, żeby byli włóczędzy.
– Naprawdę chce? – zapytał Rasmus z powątpiewaniem.
– Oczywiście, że chce – odpowiedział Oskar. – Skoro zadał sobie tyle trudu, że usiadł i zmajstrował całą ziemię, to chce, żeby  w s z y s t k o  na niej było, rozumiesz chyba. A jak by to wyglądało, gdyby było na niej wszystko oprócz włóczęgów.
Oskar pokiwał głową z zadowoleniem.
– Wolny ptak – tak, tak!
Potem wsadził rękę do plecaka, leżącego obok niego na sianie i wyjął dużą paczkę, owiniętą w gazetę.
– Teraz śniadanko będzie pysznie smakowało! – ucieszył się.
Słysząc to Rasmus poczuł, jak żołądek kurczy mu się z głodu. Czuł taki głód, że gotów był żuć siano jak wół.
– Mam tu gdzieś koło szopy butelkę mleka – mówił dalej Oskar.
Jednym susem znalazł się przy wrotach. Skrzypnęły, gdy je otwierał i ciężko poruszyły się w zawiasach. Oskar pchnął je i otworzył na rozcież. Szeroki pas światła słonecznego wpłynął do szopy. Oskar stanął w świetle słonecznym, przeciągnął się, a potem znikł nagle. Powrócił niebawem z dobrze zakorkowaną litrową butelką mleka w ręku.
– Teraz śniadanko pysznie będzie smakowało! – powtórzył, sadowiąc się wygodnie na sianie. Odwinął papier i wyjął ogromne pajdy wiejskiego razowego chleba. Z pomrukiem zadowolenia zatopił zęby w jednej z nich. Rasmus dojrzał na chlebie plasterki schabu, a schab na zimno był, zdaniem Rasmusa, najlepszą rzeczą na świecie.
Oskar najwidoczniej także lubił schab na zimno. Żuł, spoglądał z lubością na pajdę chleba i znów żuł. Rasmusowi aż nos zbielał z głodu. Starał się patrzeć w innym kierunku, lecz było to zupełnie niemożliwe. Jego oczy nieposłusznie powracały do kromki chleba i czuł, że ślina napływa mu do ust.
Oskar przestał żuć. Przekrzywił głowę i spojrzał zaczepnie na Rasmusa.
– Ty na pewno nie chcesz takiej zwykłej kromki chleba z mięsem – powiedział. – Tacy jak ty jadają chyba rano tylko kaszkę na mleku z rodzynkami? Zwykłej prostej pajdy chleba nie chcesz chyba?
Czy ktoś odmawia niebiańskiej rozkoszy, jeśli mu ją proponują?
– Owszem, proszę – odpowiedział Rasmus, głośno przełykając ślinę. – Owszem, proszę, jeśli można.
Oskar bez słowa podał mu kromkę chleba. Była wspaniale gruba i wspaniale długa i leżały na niej dwa duże kawałki schabu. Rasmus wpakował ją sobie do ust i ugryzł… o nieba, ten słony smak schabu zmieszany ze wspaniałym smakiem razowego chleba. Przymknął oczy i jadł.
– Mleko – powiedział Oskar.
Wówczas otworzył oczy.
Oskar podał mu blaszany kubek wypełniony po brzegi. Chłopiec zaczął pić głębokimi łykami. Zimno mu się zrobiło w żołądku i marzł jeszcze bardziej niż przedtem, ale to nie miało znaczenia. Pił, dopóki nie zostało ani jednej kropelki.

oskar-rasmus
Ilustrowała Maria Orłowska-Gabryś

– Jeszcze chleba? – zaproponował Oskar, podsuwając mu następną kromkę, długą jak pomost.
– Czy można? Nie będzie za wiele? Czy starczy?
– Ależ proszę cię bardzo – zapraszał Oskar. – Nie wszystkie baby na wsi są skąpe, a ta, która mi to dała, musiała przeczuć, że cię spotkam:
Siedzieli na sianie, milcząc, i jedli, dopóki nie zostało ani okruszynki. Wypili całe mleko, a Rasmus uczuł jeszcze większe zimno w żołądku.
– Dziękuję bardzo – powiedział syty i dygocący. – To było najlepsze ze wszystkiego, co kiedykolwiek jadłem.

 

Barataria 1 Początek przygody

Dla Maryny Over

Ewa Maria Slaska

Między Cervantesem a Lipką

Tak się zaczęło…

Krzysztof Lipka, Pensjonat Barataria

Omijając osadę, podążyliśmy górską drogą w bok, aż ukazał się nam dość znaczny budynek, całkiem otoczony wzniesieniami, niewysokimi co prawda, ale całkiem dzikimi i zupełnie przesłaniającymi horyzont. Pensjonat jest rodzajem pałacu, willi czy zameczka w niemieckim stylu z końca ubiegłego wieku; jednopiętrowy, lecz na tyle obszerny, że każdy z czterech rogów budynku wieńczy całkiem masywna wieża. Dawna romantyczna rezydencja, przemieniona w dość zapuszczoną siedzibę górskiego sanatorium (strona 7).

Nie wiem, czy Państwo zastanawiali się kiedyś nad nazwą naszego zakładu, Pensjonat Barataria. Nazwa ta nie została nadana bez głębokiej przyczyny i ma swoje daleko idące uzasadnienie. (…) Ci z Państwa, których nazwa naszego Pensjonatu zastanowiła, zwrócili może uwagę, że wiąże się ona bezpośrednio z geografią, z pewnymi rejonami świata, ściśle z Zatoką Meksykańską. A to chyba w naszym punkcie globu nie jest wystarczająco uzasadnione? I zapewne skłania do dociekań. Otóż tak właśnie jest, nasz Pensjonat ma nierozerwalne więzi z tamtymi właśnie terenami morskimi dzięki jednej osobie, bardzo bliskiej naszemu sercu. Osoba nader ważna dla historii naszego zakładu, osoba znająca dokładnie wody Zatoki Meksykańskiej słowem – nie będę robił tajemnicy – gdyż są tu, jak wiem, i tacy, którzy znają go osobiście – osoba, o której mówię to Pierre Stein. On to, nie kto inny, wielki Stein, nadał temu Pensjonatowi imię Barataria po wieloletnich żeglugach po świecie. Dziś muszę zatem temat, który pragnę rozwinąć, zacząć od pewnej, legendarnej już historii. Otóż któregoś razu, gdy brygantyna Steina po kilku dniach błądzenia wydawała się znajdować w beznadziejnej sytuacji, gdy brakowało już pożywienia, słodka woda była na wykończeniu, gdy kilku spośród załogi powaliła złośliwa malaria, a inni jawnie okazywali niezadowolenie, Stein usłyszał nagle w powietrzu jakieś dalekie odgłosy, jakby dźwięki wydawane ze skonstruowanego ludzką ręką instrumentu. Z początku wziął to za omamy słuchowe spowodowane gorączką, która go trawiła, szczególnie że dziwna muzyka zdawała się spływać z góry, jakby z samych obłoków. Wsłuchawszy się jednak przez chwilę, uchwycił wyraźniej kierunek, z którego dolatywało to nieokreślone brzęczenie. Lądu nie było jak okiem sięgnąć, brygantynę otaczała gęsta, wilgotna mgła, posuwano się do przodu, kierując się wyłącznie dźwiękiem, który wydawał się posłańcem losu, przewodnikiem, zwiastunem wybawienia. Stein opowiadał nieraz o tej muzyce i nigdy nie potrafił, on, człowiek o takim geniuszu, oddać słowami jej istoty. Była jakby nieco podobna do brzmienia skrzypiec – mówił sam poszukując skojarzeń – so skrzypiec powtarzających wciąż jedno długie muzyczne zdanie w najrozmaitszych wariantach, jak wariacje skrzypcowe, lecz dźwięk był donośny i słodki zarazem, potężny i miękki. I bezustannie spływał z góry, tak że – jak się sam Stein wyraził – pomyślał wówczas o średniowiecznej Musica Mundana, będącej jądrem samego stworzenia, poruszającej najpierwotniejszy mechanizm wszechświata, czy też, jakby zapragnął Schopenhauer, stanowiącej bezpośrednią emanację czystej prawoli natury. Kierując się tedy tym pradawnym dźwiękiem, dotarł Stein do maleńkiej wyspy, której nazwa, jak mam nadzieję, niektórym już się w tym miejscu przypomina. To oczywiście słynna Barataria, znana doskonale z tego, co napisał o niej hiszpański podróżnik Saavedra. Była bezludna, ale sąsiedni archipelag zamieszkiwało plemię Kajunów, pośród którego Stein miał już nieco wcześniej spędzić trochę czasu. Tym razem Stein poznał bliżej ich życie i obyczaje. Nic w tym chyba dziwnego, że najbardziej zainteresowała go muzyka, owe dźwięki, które uratowały statek i załogę od niechybnej śmierci, a jemu samemu już po kilku dniach przywróciły krzepkość i zdrowie. Stein, proszę państwa, przebadał tę muzykę, wykrył jej istotę i choć minęło od tamtej pory kilkadziesiąt lat, jest dotąd jedynym człowiekiem, który dogłębnie zna sedno tej sztuki, owej muzyki cudownie leczniczej, uprawianej na naszym globie jedynie przez to plemię, zwanej muzyką cyrkularną (strona 79).

Gdy teraz czytam tę powieść po raz kolejny, po przytoczonym powyżej rozdziale sięgam oczywiście do internetu i znajduję wyspę, zatokę i Sancho Pansę. Nie ma Indian, ale są piraci. O nich jednak za tydzień.

Wyspa Barataria leży dokładnie pośrodku Barataria Bay i wszystkie źródła zgodnie donoszą, że wyspa i zatoka Barataria, tak zaznaczane na mapach już w roku 1732, zostały nazwane na cześć pewnej wyspy na lądzie oddanej we władanie Sancho Pansy.

… bo oto wielki Sancho nas przyzywa na świadków szczęśliwego rozpoczęcia rządów na wyspie Barataria. (…) Nasz dzielny gubernator po krótkiej podróży przybył do małego miasteczka, liczącego około tysiąca mieszkańców, które było jedną z główniejszych posiadłości księcia. Oświadczono mu, że to jest wyspa Barataria.

Po niespełna dwóch tygodniach Sancho Pansa przestanie być gubernatorem. Na jego włodarstwo z hałasem ogromnym trąb i bębnów napadnie wróg, Sancho, tchórz zakamieniały, nie stanie do walki,  mieszkańcy sami się obronią, a on wyciągnie z tego zdarzenia naukę i sam złoży urząd. Nie lubię Don Kichota, czytałam go raz i mimo usilnych prób nigdy mi się nie udało ponownie przebrnąć przez tę absurdalną księgę, nie pamiętałam więc nawet o tym epizodzie, gdzie Sancho Pansa pojawia się jako niezależny bohater, nie zaś jako giermek swojego pana. Barataria to utopia, kolejna nieistniejąca wyspa na mapie kultury europejskiej, Nowa Atlantyda. Cervantes, podobnie zresztą jak Platon, używa tej opowieści, żeby pouczyć czytelnika o tym, jak powinno funkcjonować nowoczesne państwo i jakie są zadania dobrego władcy. Zanim Pansa odjedzie na placówkę Don Kichot spędzi z nim długi czas, pouczając go o jego zadaniach.

Niech łzy ubogich zawsze wzbudzają w tobie współczucie, ale i dla bogatych bądź sprawiedliwym. Szukaj prawdy, nie zważając na obietnice i podarunki możnych, ani na łzy i prośby ubogich, bo i jedni, i drudzy oszukać mogą. Gdy będziesz sądził występnych, nie trzymaj się ściśle surowości prawa i jeżeli można bez obrażenia sprawiedliwości, ku miłosierdziu nakłoń ucho.

Jeżeli nieprzyjaciel stanie pod twoim sądem, wyrzuć z serca wszelką urazę do niego i w ścisłej sprawiedliwości osądź jego postępki.

Jeżeli piękna kobieta przyjdzie wymagać sprawiedliwości twojej, nie daj się podejść; zamknij oczy i zatkaj uszy, nie na twarz jej, ale na słuszność sprawy uważaj.

I tak dalej… Sensowne etyczne pouczenia dla władcy, które i dziś mogłyby śmiało znaleźć zastosowanie.

Barataria, podobnie jak jej pierwowzór, nie przechodzi do rejestrów jako li tylko kolejne miejsce literackiego żartu, lecz wciąż na nowo powraca.

***
Lipka nader postmodernistycznie traktuje wartości kultury europejskiej. Bacha przywołuje wprawdzie z imienia jako niedoścignionego mistrza muzyki, ale o Cervantesie i jego Sancho Pansie (póki co) nawet nie wspomni. Jak, Czytelniku, nie wiesz, no to trudno.  Chcesz, to szukaj… Autor zdecydowanie wyprzedził swój czas, wtedy w Polsce nikomu jeszcze nie przychodziło do głowy, żeby kazać czytelnikowi szukać, badać i dociekać… We wczesnych latach 90, kiedy powieść powstawała, nikt nie liczył się jeszcze z tym, co z naszym dostępem do wiedzy uczyni internet.

Podzielę się tu z Czytelnikami pewną myślą. Otóż jestem zdania, że gdyby autor Pensjonatu Barataria żył w Anglii albo we Francji, albo gdyby nagle literatura polska zyskała sobie taką renomę w świecie, jaka w latach 60 przypadła w udziale literaturze latynoamerykańskiej, Lipka byłby sławny jak Marquez, a tak, obawiam się, nikt go nawet nie czyta. Zawsze miałam wrażenie, że jestem jedyną osobą na świecie, która zna jego książki (choć niestety nie wszystkie). Dopiero teraz, przygotowując ten wpis, znalazłam w jakimś przez nikogo nie czytanym kwartalniku czy roczniku z lat 90 esej Zbigniewa Bieńkowskiego o kondycji współczesnej literatury. Bieńkowski dzieli w nim literaturę na reakcyjną i kreacyjną (nie należy jednak przykładać do tych wyrazów znaczeń politycznych) i pisze:

Zakończę te uwagi dwoma konkretnymi przykładami dzieł, które model kreacyjny litera­tury realizują. Trafiłem na dwie książki wybitne, które mnie olśniły czystością intencji, nie­zależnością i absolutnym antyoportunizmem myślenia. Książki niepodobne, z odmiennych dziedzin i dyscyplin. Pierwsza z nich to powieść Krzysztofa Lipki „Pensjonat Barataria”. Powieść jest imponującym odwróceniem się od reaktywności. Jest hymnem egzaltującym miłość i muzykę. Bohaterem powieści jest Bachowska szakona odmieniająca swoją melo­dyką ludzkie losy. Rzecz dzieje się w izolacji od jakiejkolwiek rzeczywistości, w pensjonacie, który nosi imię wyspy, jaką Sanczo Pansa władał przez 10 dni – Barataria. Życie toczy się tu indywidualnym rytmem. Nikt przez okno nie wygląda, by sprawdzić, czy świat istnieje. Książkę Krzysztofa Lipki odebrałem jako wyzwanie rzucone oczywistości. Wnętrze ludzkie­go wzruszenia zbuntowane przeciwko rygorowi zewnętrzności.
(…) W świecie posttotalitaryzmu nareszcie i literatura ma prawo być sobą.
XXX

dr hab. Krzysztof Lipka

Fot. Jerzy Wojciechowski

Krzysztof Lipka – muzykolog, historyk sztuki, filozof, pisarz, poeta. W latach 1975–2001 redaktor w Polskim Radiu (liczne nagrody, w tym „Złoty Mikrofon”, 1992); do 2016 zatrudniony na stanowisku prof. Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina. Autor kilkunastu książek, w tym wiersze (Usta i kamień, 1992, Elegie moszczenickie, 2000, Kasztanów Dwadzieścia, 2003), opowiadania (Wariacje z fletem, 1989, Technika własna, 2007), powieści (Pensjonat Barataria, 1993, Wszystko przez Schuberta, 2001, Nóż na gardle, 2012), eseje (Słyszalny krajobraz, 2003, Miasta i klucze, 2005), baśń dla dzieci (Laura na Zamku Godzin, 2012).

Ostatnie trzy książki wydane przez Uniwersytet Muzyczny Fryderyka Chopina poświęcone są filozofii sztuki, głównie muzyki (Utopia urzeczywistniona. Metafizyczne podłoże treści dzieła muzycznego, 2009, Pejzaż nadziei. Historyczny rozwój muzyki jako proces o charakterze teleologicznym, 2010, Entropia kultury. Sztuka w ponowoczesnej pułapce, 2013).

Ciąg dalszy za-niedługo, a potem nie wiadomo jak długo

Trzy kobiety Leonarda

Po tym jak za sto milionów dolarów kupiliśmy to, co ponoć i tak było nasze, rozmyślam sobie zgoła apolitycznie o kobietach Leonarda. Widziałam świadomie trzy z nich, Monę Lisę del Giocondo, Ginevrę d’ Benci i Damę z łasiczką czyli Cecylię Gallerani. Piszę, że te trzy widziałam świadomie, bo pamiętam sytuację, kiedy je widziałam, a i bardzo dobrze pamiętam do dziś same portrety. Czwartej nie pamiętam w ogóle czyli świadomie jej nie widziałam, mimo że wystawiana jest w Luwrze obok Giocondy. To tak zwana La Belle Ferroniere, surowa anonimowa piękność, której przydomek wskazuje na związek z żelazem lub kowalstwem, być może kochanka króla Francji Franciszka I, a może Ludwika Sforzy, być może zresztą ta sama Cecilia Gallerani. Ma na czole opaskę z drogim kamieniem, którą od tego portretu nazywa się ferroniere czyli… żelazko albo kowalka.

Z tych czterech kobiet dwie, Lisa i Cecilia (z łasiczką), są niewątpliwie uczestniczkami popkultury, a poznać to między innymi po ilości memów w sieci.

Gioconda ma ich masy. Moja warszawska przyjaciółka zbiera je z lubością i od dawna już namawiam ją, żeby zrobiła nam taki wpis na bloga. Ponieważ jednak jeszcze mi się to nie udało, to ja pokażę kilka z nich, w tym (proudly) te które to ja znalazłam w sieci lub w realu i jej wysłałam. Powód jest jak najbardziej aktualny, tego mema bowiem znalazłam w internecie w Nowy Rok:

Komentarz był taki, że portret ogólnie udany, nie wiedzieć jednak dlaczego Dama została sportretowana bez broszki.

Zaczynamy świątecznie i zimowo.

Jesień

Lato

 

Wiosna

Mona Lisa bez słynnego uśmiechu

Nowoczesna i Razem

 

Coraz bardziej nowoczesna, tak dalece, że porusza świat i siebie samą

A w ogóle to oszukała nas. Tak naprawdę wcale jej nie ma. Albo jest mężczyzną. A może zresztą Arabką.

Cecylią Gallerani zajmiemy się za tydzień. Tu tylko, na dobry początek, obraz niejakiego Kosałki, Jerzego zresztą 🙂

 

 

 

Z cyklu: losy książek

Ewa Maria Slaska

Książki z mojej biblioteki

Moja biblioteka ma to do siebie, że mimo najstaranniejszej selekcji i usuwania zbędnych książek, tych przeczytanych (tylko raz i nigdy więcej!) i tych nie przeczytanych, wciąż rośnie. Gdy się wyprowadzałam z poprzedniego, dużego, mieszkania do tego, gdzie obecnie mieszkam, a które jest o połowę mniejsze, oddałam zgodnie z zasadami matematyki stosowanej połowę książek. Poszły do znajomych i przyjaciół, a resztę – wraz z połową regałów Billy – zabrał samochód dostawczy instytucji, która nazywa się Büchertisch czyli po prostu Stół z Książkami, i która te książki rozdaje w różnych miejscach, gdzie godne to jest i sprawiedliwe, słuszne i zbawienne, żeby rozdawać książki za darmo, na przykład w szpitalach, biurach opieki społecznej, szkołach… Tę pozostałą przy mnie połowę książek przywiozłam do nowego mieszkania, gdzie okazało się, że zastosowałam złą matematykę, nieważne czy stosowaną czy nie, i połowę książek musiałam wstawić w kartonach do piwnicy. Nie umiałam na bieżąco ocenić, które kartony wnosić na czwarte piętro, a które znosić do piwnicy, i dziś nie wiem nawet, co tam mam. Zresztą gdy patrzę na półki domowej biblioteczki, to przyznaję, że i tu nie do końca wiem, co mam.

2berlinskieksiazkimamaWiem tylko, że na samej górze stoją stare książki, kupowane przez moich rodziców za grosze tuż po wojnie. Bo książki wtedy kosztowały grosze, co było częścią peerelowskiego programu oświatowego. Ich charakterystyczną cechą jest dziś kolor, po 70 czy 60 latach wszystkie są szarobure. Chyba nigdy do nich nie sięgam, a mimo to nie miałabym serca, żeby je wyrzucić. Moi młodzi rodzice, biedni jak myszy kościelne, odejmowali sobie od ust, żeby je kupić, bo nawet jeśli kosztowały grosze, to jednak kosztowały…2berlinskieksiazki-mamatata

 

Mam natomiast w biblioteczce coraz więcej książek “z historią” i coraz bardziej je cenię. Pisałam już kilkakrotnie o takich książkach, o uratowanych z płomieni Kamieniach na szaniec, czy o znalezionych na ulicy kartkach książek, które potem kupiłam, jak Verdammt starke Liebe Lutza van Dijka czy Die Stadt hinter dem Strom Hermanna Kassacka.

Dziś kolejne dwie takie książki. BUtterfield 8 Johna O’Hary przyniosłam kilka dni temu z Büchertisch w Ratuszu Kreuzberg, Milczenie morza Vercorsa “znalazła” na półce w mieszkaniu naszych dzieci (regał Billy, a jakże) moja “współteściowa”. Dla wyjaśnienia zapis tytułu BUtterfield nie jest literówką, tak od 16 grudnia 1930 roku zapisywano numery centralne urzędów w Nowym Jorku. Numer składał się z nazwy dzielnicy, w której dwie pierwsze litery pisane były jako wielkie, oraz kolejnego numeru; w przedwojennej Warszawie byłby to więc np. MOkotów 21 dla Szkoły Głównej Handlowej).
X
ohara-vercors

BUtterfield zainteresował mnie ze względu na amerykańskie pieczątki na frontyspisie. Lonia czyli artystka-plastyk Longina Poterek, mama mojej synowej, przyjechała na święta do Berlina, wyjęła z półki pierwszą lepszą książkę i zobaczyła na stronie tytułowej podpis właściciela – człowieka, którego znała.

Obie książki były czyjąś własnością i właściciel tę własność wyraźnie zaznaczył.

2berlinskieksiazkifronty O’Hara został wydany w roku 1935, Vercors w 1956. 

John O’Hara należał do biblioteki wojsk amerykańskich Army Library w Garlstedt, potem do  biblioteki naukowej w Poczdamie (Wiss. Allgemeinebibliothek), następnie do Biblioteki Miejskiej i Krajowej, przy czym chodzi o kraj związkowy czyli tzw Land Brandenburgia (SLB – Stadt- und Landesbibliothek Potsdam), gdzie wchodził w skład księgozbioru Amerika-Bibliothek.  Kiedyś go “wysortowano” czyli usunięto, co zaświadcza kolejna pieczątka, jednak nie ma tam daty, kiedy tego dokonano.

Garlstedt to miasto w Dolnej Saksonii, gdzie w latach 70 zbudowano garnizon dla 200 żołnierzy okupacyjnej armii amerykańskiej (na fotografii powyżej). Dla tych, którzy są za młodzi, żeby pamiętać: Niemcy do roku 1992 znajdowały się pod okupacją aliantów, czyli wojsk, które zwyciężyły w II wojnie światowej: USA, Wielkiej Brytanii, Francji i Związku Radzieckiego. Na terenie sowieckiej strefy okupacyjnej powstało państwo zwane NRD, pozostałe trzy strefy utworzyły RFN. W wojsku amerykańskim w Niemczech służył w latach 1958-1960 Elvis Presley, już jako znany muzyk. Tu poznał swoją pierwszą żonę, Priscillę, z którą wziął ślub w roku 1967.

Okupacja obejmowała oczywiście również Berlin. Gdy przyjechałam w roku 1985 do Berlina, mieszkałam najpierw w strefie francuskiej, a potem angielskiej. Teoretycznie wciąż jeszcze obowiązywała w tym mieście godzina policyjna – była “zawieszona”, ale bez trudu można ją było w każdej chwili “odwiesić”. Teoretycznie musieliśmy zawsze mieć przy sobie paszport, dowód lub inny dokument ze zdjęciem. Zanim wolno było człowiekowi złożyć podanie o azyl polityczny, trzeba było całkiem praktycznie i zgoła nie teoretycznie, udać się na przesłuchania do aliantów.

***

Właścicielem Milczenia morza był najpierw Fr(anciszek) Burkiewicz, który nabył tę książkę od razu w roku wydania i zapisał to pod zamaszystym podpisem. Podpis jest wykonany atramentem, który rozlewa się na miękkim peerelowskim papierze. W roku 1989 książkę nabyła w antykwariacie B. Kozica, która przekreśliła ołówkiem podpis Burkiewicza i sama się podpisała, też dodając rok nabycia.

Ciekawe, że Burkiewicz, poznański grafik, autor exlibrisów, tej książki nie oznakował exlibrisem, tylko ją podpisał. Znałam go, powiedziała Lonia podczas noworocznej partyjki scrabble’a, nie osobiście, ale często go widywałam w klubie ZPAP (Związku Polskich Artystów Plastyków) na Starym Rynku.  Był w wieku moich profesorów licealnych. Zawsze w jasnopopielatym garniturze i białej koszuli. Schludny, nienaganny.

Internet pozwala uzupełnić te informacje i wtedy dowiaduję się, że związany z Poznaniem Burkiewicz urodził się w Berlinie! Przyjechał do Poznania jako dziecko w roku 1920.

Była to więc zapewne rodzina tzw. optantów. Po I wojnie światowej rodziny polskie w Niemczech podobnie jak rodziny niemieckie w Polsce uzyskały tzw. opcję wyboru obywatelstwa i miejsca zamieszkania. W ściśle określonym czasie – teoretycznie zgodnie z Traktatem Wersalskim w dniach od 10 stycznia 1920 roku do 10 stycznia 1922 roku (w praktyce bywało różnie) – rodziny polskie mogły się zadeklarować jako polskie i powrócić do wyzwolonej ojczyzny, lub też wybrać opcję niemiecką i pozostać w Niemczech. Anna Poniatowska, badaczka dziejów Polaków w Berlinie, pisze, że ok. 10% Polaków w Berlinie wybrało opcję polską.
Często było tak, że część rodziny wyjeżdżała do Polski, część zostawała.

Franciszek Burkiewicz urodził się w roku 1910, zmarł w roku 2002. W latach 1925-1930 pobierał nauki w Państwowym Seminarium Nauczycielskim im. E. Estkowskiego, studiował w Państwowej Szkole Sztuk Zdobniczych i Przemysłu Artystycznego w Poznaniu, gdzie w roku 1935 uzyskał absolutorium na Wydziale Grafiki u prof. J. Wronieckiego. Studia kontynuował na Akademii Sztuk Pieknych w Warszawie (absolutorium 1939 r., dyplom w 1947 r.)

Patrzę na te daty i myślę, że mógł się znać z Mamą, która zaczęła studia na ASP w Warszawie w roku 1945. W końcu oboje studiowali grafikę.

Podczas studiów był stypendystą Funduszu Kultury Narodowej Prezydium Rady Ministrów (1936-1939). W czasie wojny pracował w „Deutsche Reichsbahn”, po wojnie powrócił do pracy w zawodzie. Na PWSSP wykładał liternictwo, grafikę użytkową, drzeworyt i rysunek. W latach 1963-1965 był dyrektorem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych. Po roku 1965 był już tylko grafikiem uprawiającym wolny zawód, udzielał się jednak czynnie w ZPAP. (Jak Mama, myślę, która nigdy nie pracowała na etacie, ale działała w Oddziale Gdańskim Związku, w sekcji grafiki). Burkiewicz brał udział w 377 wystawach w Polsce i na świecie, w tym 45 indywidualnych; otrzymał ponad 40 nagród i wyróżnień. Uprawiał drzeworyt, linoryt i rysunek. Był pejzażystą, pod koniec życia uprawiał fantastykę i abstrakcję. Przedstawia życie w wodach i dolinach aż po góry i dalekie horyzonty pełne chmur i powietrza. Wszystko przenika dziwnym światłem, dającym atmosferę niesamowitości i tajemnicy, pisze krytyk Jan Mulczyński. Stosuje monotypie, które powstałe na zasadzie przypadku i dowolnego wyboru stanowią pretekst do budowania nowych jakości między bielą i czernią. Z monotypii wyrastają często pierwsze kształty, najpierw abstrakcyjne, dalej przechodzące w bardziej realne, by znowu zerwać z nimi i kontynuować abstrakcyjny wątek; najczęściej zlewają się z rysunkiem w jednolitą całość.

***

Tyle na dziś o tych dwóch książkach. Można by jeszcze mnóstwo o nich opowiedzieć,  a zwłaszcza o ich autorach. A zwłaszcza o Vercorsie. Obie powieści właśnie (jednocześnie) czytam, jedną po angielsku, drugą po polsku. Obie należą do kanonu obowiązkowej literatury światowej. Obie są świetne. Polecam.

Spassfaktor

Ewa Maria Slaska

Herbst 2016 in Berlin. Eine Lesung über Spass.

Für Agnieszka und Tomasz

Ich komme von einem Geburtstag zurück. Es war alles elegant, wundervoll elegant, wir aßen kleine Häppchen, tranken Ingwer-Limonade, von der glatten Schokoladentorte ist viel geblieben, die Gastgeberin packt mir ein großes Stückchen in einen großen Karton, in dem sie vorher die ganze Torte von Nikos gebracht hatte.

Es ist Freitagabend, in Berlin gerade Höhepunkt der Völkerwanderung. Alle wollen irgendwohin, um Spaß zu haben.  Es kommt ein kleiner alter Mann in den U-Bahn-Wagen rein. Ich vermute er ist ein Türke, sieht aber wie ein alter Jude aus, ein alter Jude im Warschauer Ghetto. Mir schaudert… So wie er aussieht, ist es noch einigermaßen OK im Ghetto, man stirbt noch nicht auf den Straßen, aber wenn man nicht im vergangenem Leben wohlhabend war, alt ist, zerbrechlich, da ist man schon zum Betteln verurteilt. Er macht beim gehen einen Buckel, damit er uns, die wir auf den Banken sitzen, nicht von oben herab anschaut, sondern unterwürfig, von unten… Erfahrener Bettler also, kennt sein Metier. Aber das denke ich mir jetzt, als ich es schreibe, als wir uns begegneten, war ich nicht imstande auf etwas anderes zu denken, außer meinen Großonkel Stefan in Ghetto. Er war vor dem Krieg so elegant, so gutaussehend, verkehrte in den mondänen Kreisen Warschaus, ging zum Tanzen in die Adria, danach musste er aber so ausgesehen haben, und dann starb er… Ich hoffe, er beugte sich nicht, ich möchte fest daran glauben, dass er stehend um sein Leben kämpfte und nicht, sich beugend. Er gab im Ghetto eine Zeitschrift heraus, sie hieß Żagiew / Die Fackel …

Ich stelle den Karton mit der Torte af den Boden ab und krame in meiner Tasche, suche meinen Geldbeutel, aber natürlich, Scheiße! wie immer! wieso habe ich nie Geld dabei?! Ich nehme den Karton mit der Torte und gebe ihn dem Mann. Bitte, nehmen Sie es, stammele ich, das ist die beste Torte in Berlin… Er schaut mich verwundert aus, ich wiederhole etwas von dem glauben Sie mir, die beste Torte… Ich habe Schweißperlen auf der Stirn. Jakob-Kaiser-Platz, der Mann steigt aus, ich fahre nach Hause, die große Masse fährt weiter, nach Mitte, Friedrichshain, Prenzelberg, um Spaß zu haben…

Den polnischen Film Ida über einer Novizin, die ihre jüdische Abstammung entdeckt, habe ich bei der Vorpremiere im Kino gesehen. Ein schöner, ruhiger, überhaupt nicht aggressiver Film, ich bin jedoch erschüttert von der Geschichte. Ida und ihre Tante fahren nach irgendwohin, in die polnische Provinz, in die Nacht, in die Walachei, um heimlich das Grab der Eltern zu besuchen, ach was, es ist kein Grab, es ist nur ein Beerdigungsort, aus dem ein Bauer die Skelette Idas Eltern ausbuddelt. Ida und ihre Tante besuchen nicht den Ort, sie berauben ihn, das ist das Wort dafür, oder, wenn man Totenköpfe und Gebeine der Leichen aus dem Grab entfernt?

Schwarze Milch der Frühe wir trinken sie abends
wir trinken sie mittags und morgens wir trinken sie nachts
wir trinken und trinken
wir schaufeln ein Grab in den Lüften da liegt man nicht eng

Als ich dann in Polen bin, kaufe ich eine Illu mit dem Film. So ist es in Polen oft, dass man beim kaufen einer Zeitschrift noch etwas bekommt, sei es eine Strandtasche, einen billigen Schmuck oder eben einen Film auf DVD. Diesmal kaufe ich Zeitschrift Forum und Ida. In Berlin rufe ich meine Freudinnen an, lade sie zum Filmgucken ein. Wir essen Kuchen, trinken Kaffee. Mitten im Film sagt eine von ihnen, aber Ewa, du siehst es dir schon das zweite Mal, wie kannst du es aushalten, mir macht er keinen Spaß, es ist so langweilig… Ich zucke mit den Armen. Mir gefällt`s, sage ich, weil wenn ich es sage, hütet es mich davon, ihr ins Gesicht zu schreien, dass ich es super finde, dass sie an dem Film keinen Spaß hat… und dass wir den Film zusammen gucken, weil ich Glück habe… weil es genauso gut die Leiche meiner Mutter sein konnte, die sich halt auch den ganzen Krieg verstecken musste… Wie Idas Mutter. Und dann wäre ich nicht geboren…

Natürlich habe ich meinen kleinen Spaß, wenn ein paar Monate später Ida den Oskar gewinnt. Das Ida angeblich ein monotoner langweiliger Film sein sollte, ist offensichtlich ganz vergessen. So ist es mit dem jüdischen Spaß in der zweiten Generation nach Holocaust. Keine einfache Sache. Mal ist er da, mal doch nicht…

Wir waren gerade im Jüdischen Museum. Nach wie vor finde ich das Museumsgebäude schrecklich, preußisch, militärisch und die Ausstellung kindisch, unintelligent, manchenorts gar primitiv. Aber ich habe Gäste aus Polen und die wollen. So ist es. Die Deutschen fahren nach Polen und suchen die Juden, die Polen kommen nach Deutschland und suchen ebenfalls Juden. Mich können sie alle allemal, sie sollen sich zum Teufel scheren und nach Israel fahren… Oder mich mindestens in Ruhe lassen. Aber es gibt kein Auswinden aus der Sache. Wir sind im Museum, schauen uns alles an. Auch das Innere des Holocaustturmes, in dem eine dicke Schicht metallener Gesichter aufgelegt wurde. Dicke knirschende Schicht, jeder Gesicht für einen Ermordeten, alles in der Farben, die letztens fürs Erinnern bestimmt wurden, Betongrau und Rostbraun. Es kommt eine Gruppe der jungen Mädchen rein, eine nach der anderen gehen sie auf die Gesichter, die unter ihren Schritten klingeln. Es macht Spass, klar.

ein Mann wohnt im Haus der spielt mit den Schlangen
der schreibt der schreibt wenn es dunkelt nach Deutschland
dein goldenes Haar Margarete
er schreibt es und tritt vor das Haus und es blitzen die Sterne
er pfeift seine Rüden herbei
er pfeift seine Juden hervor läßt schaufeln ein Grab in der Erde
er befiehlt uns spielt auf nun zum Tanz

Wir gehen zum Holocaust-Mahnmal. Pärchen machen sich händehaltend Selfies zwischen den Säulen, Jungs springen obendrein von einer Stele zu der anderen, die Mädchen gucken hinter der Pfeilern vor, lächeln kokett, lassen sich Bilder machen, die sind für Tinder… Es gibt eine besondere Internetseite dafür: tinder holocaust monument. Hat sogar eigenen Namen: tindercaust. Wissen meine Leser überhaupt, was der Tinder ist? Ein Zunder, eine mobile Dating-App… App wisst ihr schon, oder? Eine Applikation… Egal. Man stellt dort ein Foto von sich und gibt ein paar Angaben über sich und ein paar über den, den man daten will. Geschlecht, Alter, Wohnort, Interessen… Aus diesen Angaben stellt das Portal ein Angebot für mich. Das heißt nicht für mich, ich benutze den Tinder nicht, aber egal, es ist einfacher zu schreiben, als ob die Tinder-Offerte für mich gemeint wäre. Und wenn ich einen Mann suchen würde. Klassisch langweilig also. Ich gucke mir das, was für mich ausgesucht wurde und zack, der, der mir nicht gefällt wird von mir nach links verschoben, und nach links, nach links und wenn mir jemand gefällt, dann nach recht. Wenn es auf der anderer Seite zufällig auch nach rechts geschoben wurde, stellt der Portal uns beide auf den Chat-Modus um. Der Rest hängt schon von uns beiden ab.
Und dafür ist es jetzt in Mode für den Zunder die Fotos zu haben, die man im Denkmal geschossen hat.

Schwarze Milch der Frühe wir trinken dich nachts
wir trinken dich morgens und mittags wir trinken dich abends
wir trinken und trinken

Ich liebe dieses Gedicht, obwohl ich ihn nicht ganz verstehe. Es geht um Musik machen in einem Kazet, das ist klar, Leonard Cohen sang auch ein Lied darüber, dance me dance me to the end of love… Ich found es auf you tube, in Bebilderung ein schönes Paar tanzt, dazwischen kommen Flammen und die Bilder von Auschwitz. Ein der Kommentare darunter: wieso packt ihr Juden immer wieder und überall diese verdammte Bilder?

Na. Ist doch eine Frage… Wieso eigentlich? Meine Mutter und meine Tante schwiegen über den Krieg als ob sie das Schweigen geschworen hätten. Papa übrigens auch. Jeder hatte seine eigene Gründe dafür. Von dem Krieg zu erzählen gehörte zu denen da oben, na, Kommunisten halt, Quatsch, keine Kommunisten, die an der Macht… Unter uns machte man es nicht… Als Kind wollte ich es sowieso nicht, weil ich fürchterliche Angst hatte. Danach fanden wir es einfach peinlich. Wir mochten auch keine Kriegsfilme, bis dann diese Sekunden entscheiden und die Vier Panzersoldaten mit dem Hund produziert wurden. Aber ich hab sie eigentlich auch ungern gesehen. Oder gar nicht. Bohaterszczyzna mag ich nicht. Bo-ha-ter-szczy-zna… Könnt ihr das Wort geniessen. Und dann auch seine Bedeutung. Unschatzbar. Keine Übersetzung, nirgends. Niepotrzebna, właściwa Polakom skłonność do brawury i osiągania mało znaczących zwycięstw kosztem ogromnych strat w ludziach. Unnötige, charakteristische für die Polen Neigung zur leichtsinnigen Kühnheit, um unbedeutende Siege auf Kosten der großen Verluste zu erzielen.

Und viel erzählen darüber! Total uncool.

Ein Mann wohnt im Haus der spielt mit den Schlangen der schreibt
der schreibt wenn es dunkelt nach Deutschland
dein goldenes Haar Margarete
Dein aschenes Haar Sulamith
wir schaufeln ein Grab in den Lüften da liegt man nicht eng

Also, wie gesagt, es ist jetzt in Mode die Fotos im Denkmal zu schiessen. Zu schiessen. Ja, jetzt kann ich nicht umhin, ich muss einen kleinen Abzweig machen, wegen des Fotosschiessens. In einer Schule hat man mit Hilfe des Googles-Translator einen Zettel für die Eltern übersetzt. Mit solcher Übersetzungen ist immer etwas dabei, was unerwartend komisch sein kann. Als mein Sohn noch klein war, hat man uns, den polnischen Eltern ein höflich gemeinten Briefchen gegeben, das etwa so anfing: Miłość Ojciec Matka (die Liebe der Vater die Mutter). Wir brauchten schon ein Bissl Zeit, um zu verstehen, dass man so mit Hilfe des Wörterbuches die Redewendung Liebe Eltern übersetzt hat. Diesmal wurden die syrischen Eltern auf Arabisch um Erlaubnis gebeten, das Kind in der Schule erschießen zu dürfen… Es war halt in der Schule Fotoshooting vorgesehen.  صور اطلاق النار. Viel Spaß!

Aber Spaß bei Seite, wir sind immer noch im Museum, unsere Runde endet im Raum mit Gästebuch. Hier müssen wir kurz warten bis uns ein Museummitarbeiter abholt und mit dem Fahrstuhl zum Ausgang bringt. Wir sind nämlich zu Dritt und eine von uns sitzt im Rollstuhl. Wir warten, wir sind müde. Ob einem die Ausstellung gefällt oder nicht ist eine Sache, aber auch, wenn sie uns nicht gefällt, müde macht sie trotzdem. Wir lehnen uns an die Wand, nach ein paar Sekunden fahre ich jäh hoch. Wisst ihr was da an der Wand steht? frage ich. Auf der Wand gibt es nämlich drei Fragen, in großen Buchstaben auf Deutsch, in kleineren auf Englisch. WAS HAT EUCH SPASS GEMACHT? Ich schau auf den Englischen Text, vielleicht irre ich mich, vielleicht verstehe ich etwas falsch, aber nein, auf Englisch ist dasselbe gefragt: What was the most fun? Es musste aber ein Mensch übersetzt haben, weil der Google macht daraus die Frage: WHAT HAPPENED?

Ja, Mensch, WHAT HAPPENED? Was willst du eigentlich?

Er ruft stecht tiefer ins Erdreich ihr einen ihr andern singet und spielt
er greift nach dem Eisen im Gurt er schwingts seine Augen sind blau
stecht tiefer die Spaten ihr einen ihr andern spielt weiter zum Tanz auf
Schwarze Milch der Frühe wir trinken dich nachts

***

Das hier zitierte Gedicht ist die Todesfuge von Paul Celan

Wigilia i Pasterka

Nadesłaliście mi tyle materiałów na święta (dziękuję!), że nie mam wyjścia, już wczoraj połączyłam teksty Romana Brodowskiego ze zdjęciami Krysi Koziewicz, dziś natomiast najpierw “z życia wzięta” jak najbardziej aktualna proza Basi Kowalskiej, potem harcerski tekst o Pasterce sprzed prawie 80 lat, a na zakończenie jeszcze ja się troszeczkę wymądrzam. No tak! Wszystkiego najlepszego i Happy Chanukka!

Basia Kowalska

Przy wigilijnym stole

przy-wigilijnym-stole-1-docx

25.11

Co?! Mamo! Zaprosiłaś Stefana z Magdą i z ciocią? Będzie Paweł i Kacper..? Paweł, Kacper, ciocia są w porządku – ale oni! Do tego te dzieci! Trójka dzieci! No litości… A dlaczego oni nie jadą do rodziców Magdy do tych Kozich Głów czy gdzieś?! No tak – nie chce im się. Wiadomo, upakować troje dzieci w samochodzie, parę godzin tłuc się tym samochodem, tam się gnieść – u rodziców, w ciasnocie dzień i noc, to wygodniej się wprosić do nas! Nie zaprosili nas na chrzciny ale na Wigilię to bardzo chętnie przyjdą… Tak, oczywiście, że ich nie lubię. Tak, właśnie dlatego, że są taką wspaniałą zakochaną w sobie rodziną, a ja jestem rozwiedziona. Tak, zazdroszczę im tego, że oni mają trójkę dzieci a ja nie mam żadnych. Tak, wkurza mnie to, że Magda ma męża a ja nie.

27.11

Co to za rodzina! Stefan nie chciał mi pomóc ze sholowaniem samochodu, gdy go o to prosiłam. „Ja mam żonę i dzieci, którymi muszę się zająć, ale wykup sobie na przyszłość assistance” – tyle od niego usłyszałam. …A pamiętam jak z ojcem holowaliśmy naszym maluchem – malucha wujka, w którym Stefan siedział jako mały brzdąc. Jechaliśmy przez całą Warszawę. Sznurek zerwał się dwa razy, trzeba było wiązać. Mróz był i czołgi na ulicach, a my spieszyliśmy się, by wrócić do domu przed 22. Przyjechaliśmy 10 minut po. Mama była mocno zdenerwowana. Jakoś nam nie przyszło do głowy powiedzieć: „sorry – twój problem”.

30.11

Szkoda, że moje życie się tak potoczyło… Nie ma przy mnie tych, których kocham… Nie sądziłam, że tak będzie…

02.12

Mamo, poproś ciocię żeby poprosiła Kacpra żeby nie wchodził z ojcem na tematy polityczne. I poproś ojca, żeby nie prowokował Kacpra. Jeśli ty go poprosisz, to on to będzie miał na względzie, jak ja go poproszę to go to tylko rozsierdzi…

04.12

Tyle pieniędzy pójdzie na te Święta… W tym roku zrobię to tak, żeby jak najmniej wydać… Żadnych specjałów… Dla kogo mam się starać?… Dla Stefana? dla Magdy?… jasne… Tylko tak zrobić, żeby stół ładnie wyglądał ale z gotowaniem to się nie wysilać…

10.12

O! pojawiły się już choinki na ulicach. Ciekawe po ile? Jak ma się dzieci to pewnie ale tak dla siebie samej…? Poza tym przytaszczyć ją do domu… …hm …taka choinka to jest dużo ładniejsza niż sztuczna. W zeszłym roku rozstawiłam sztuczną to może w tym roku postawić prawdziwą! Bombki zupełnie inaczej wyglądają jak wiszą na żywych gałązkach. Sztuczna to taka atrapa, plastik, a prawdziwa… pachnie ładnie …

13.12

Może zrobię sałatkę z brokułów, kukurydzy, jajka, fety i świeżego ogórka? O tak, ona jest dobra. Tylko trzeba w ostatniej chwili przed podaniem na stół dodać ogórek i majonez. W przeciwnym razie woda wycieka i się robi nie smaczna. Przepis dostałam od Agnieszki, siostry Adama, zanim się rozwiedliśmy… Lubiłam ją… A może zrobię kutię? – z maku, klusek, miodu, pomarańczy… Zrobiłam 5 lat temu, jak spędzaliśmy Wigilię u teściowej… już świętej pamięci…

16. 12

Barszcz kupię Krakusa ale pierogi to zrobię sama. Moje – nie równają się z kupnymi. A Magda to akurat tak słabo gotuje, że może się ode mnie uczyć! Jak kiedyś upiekła ciasto to na stole stało i stało! I na talerzach zostało u wszystkich! Po prostu było – niejadalne. Nie to co moje wypieki! Znikają od razu! Zrobię rafaello. Podkład z krakersów, krem z mleczka kondensowanego, wiórki kokosowe… Łatwe w przygotowaniu, nie trzeba piec, tylko chłodzić. Zawsze wszystkim smakuje i zawsze w magiczny sposób znika ze stołu… I wszyscy się rozpływają nad tym ciastem – jakie to ono dobre… I mnie chwalą! To jest warte zachodu.

  1. 12

Choinkę kupiłam prawdziwą – 100 zł. A co tam! Raz się żyje! Czy to że nie mam własnej rodziny to znaczy, że nie mogę mieć także choinki takiej jaka mi się podoba! Ubrałam ją jak zwykle pięknie. Nie chcę się chwalić ale w rodzinie to zawsze choinka w moim domu była najładniejsza. I tak trzymać!

  1. 12

Kupię jeszcze drożdże do kulebiaka z kapustą i grzybami.. Przy okazji odbiorę obrus z pralni. Jeszcze zmienię firanki. …Łazienkę, ubikację, kuchnię już posprzątałam, może uda mi się dziś wcześnie położyć, wyśpię się bo zmęczona jestem… Jeszcze przed świętami muszę zapłacić rachunki i pójść do administracji, wyjaśnić sprawę z miejscem na rower w piwnicy. Sąsiad stanął na moim legalnym miejscu i się jeszcze awanturuje. Trzeba to wyjaśnić, nie przeciągać sprawy na Nowy Rok.

23.12

Choinka wygląda przepięknie. Duże bombki wiszą na dole a im wyżej tym mniejsze – to jest szyk! Tata mnie tak uczył ubierać jak byłam mała. Lampki – równomiernie rozmieszczone, i żeby nie było np.: dwóch czerwonych obok siebie, albo dwóch zielonych… Z przodu, wiszą te, które coś przedstawiają – złoty tukan, łabądź, szopka, mikołajek, dzwonek. A z tyłu – te, które są nadgryzione zębem czasu ale mają jakąś wartość sentymentalną, np.: taka, którą babcia kupiła za okupacji.

24.12

Goście poszli. Ale pięknie Antoś zaśpiewał kolędę! I znał wszystkie zwrotki! A jak im smakowało moje ciasto! Ręce im same chodziły do stołu. A jak przy piątej porcji Magda powiedziała maluchom – „dość” – to Martynka się rozpłakała jak bóbr, wyła jak syrena J Fajnie, że Paweł przyjechał z Dubaju. Jako skrzypek w Polsce nie ma co liczyć na pracę. Jemu nie poszło z założeniem rodziny, chociaż bardzo chciał… Kacper mi doradził jak spisać umowę pod wynajem mieszkania – dobrze mieć w rodzinie prawnika, do tego ma świetne poczucie humoru… Ciocia przyniosła pyszne, własnoręcznie robione śliwki w zalewie słodko-kwaśnej i kiszone jabłka, palce lizać… Fajnie, że przyszli…

24.12 – godz. 22.

Pasterka. No, tu to akurat zawsze jest święto. Dusza się raduje. „Bóg się rodzi, moc truchleje…”
(…)

…To przypomina mi wierszyk z dzieciństwa, który kończy się tymi słowami:
„Tyle to trzeba trudu, mozołu – dla sporządzenia jednego stołu”.

przy-wigilijnym-stole-2-docx

Rys. Lutczyn, z książeczki dla dzieci pt.:„Stół” – autorstwa Juliana Tuwima.

Życzę wszystkim aby w Święta Bożego Narodzenia zasiedli do jednego stołu z tymi, których kochają. Życzę wszystkim aby przez kolejny rok, nie tracili zapału, siły i wiary by ten jeden, wspólny stół tworzyć. Życzę wszystkim aby tych, których nie kochają ale przy wspólnym stole, w ten wyjątkowy wieczór – goszczą, bo tak wypada – zaakceptowali takimi jakimi są, puścili w niepamięć to co dzieli, darowali to co boli; nikt nie jest doskonały.

Na pustyni nie ma ludzi, których nie lubimy a przecież nikt by tam nie chciał spędzać świąt.

….Ciiii, Dzieciątko usnęło…

skrzydla1Ewa Maria Slaska

W styczniu 1930 roku ukazał się pierwszy numer gazety harcerek – Skrzydła. Taka data widnieje na okładce. Jednak numer musiał się ukazać co najmniej tydzień wcześniej i musiało to być zaplanowane, bo na pierwszej stronie umieszczony został tekst zatytułowany Na pasterkę.

Są święta, po cygańskiej wigilii chodźmy więc na harcerską Pasterkę.

Być może tekst, który tu cytuję, został napisany przez Karusię czyli moją cioteczną babkę, Karolinę Lubliner-Mianowską. Była ona harcmistrzynią Rzeczypospolitej Polskiej, doktorem biologii, specjalistką briologii czy jak się ta jej dziedzina wiedzy nazywała, którą my w domu nazywaliśmy “mchy i porosty”. Piszę, że tekst o pasterce napisała być może Karusia, a być może nie, bo wiele autorek pisało do Skrzydeł zarówno pod własnym nazwiskiem, jak i pod pseudonimem, a czasami również sygnowały swoje krótsze teksty po prostu literą. Karusia pisywała więc jako Karolina Lublinerówna i jako Bukowa Jagoda, natomiast z podpisami literowymi jest kłopot, bo teksty podpisane K.L. są zapewne jej, ale ten króciutki opis harcerskiej wędrówki na Pasterkę został podpisany tylko literką L, czyli jego autorką mogła być też druhna harcmistrzyni Lewandowska.

pasterka-kl***
Byłam ostatnio w Warszawie i spędziłam dwa dni w Bibliotece Narodowej czytając harcerskie Skrzydła. To piękna lektura i jak sądzę całkowicie zapomniana.  Oto jakimi słowami harcerki rozpoczęły swoją działalność wydawniczą:

Mottem był cytat z Promethidiona Norwida: Słowo jest czynu testamentem.

A przesłanie gazety było jednocześnie tłumaczeniem jej tytułu:

Niech Skrzydła niosą w świat słowa nasze – testament naszego czynu – i niech je rzucają na glebę żyzną. Niech Skrzydła nasze mają moc i treść.

***

W najbliższym czasie opublikuję tu kolejne artykuły Karoliny Lublinerówny i Bukowej Jagody. Już teraz zapowiadam – Bukowa Jagoda pisała o lesie i przyrodzie, ale Karolina, o!  Karolina, pisała między innymi o myśleniu, w tym również o myśleniu logicznym.

Czego i nam wszystkim życzę w ten dzień świąteczny!

***

PS. Jeden numer miesięcznika Skrzydła kosztował 50 groszy.

Przedświąteczne inspiracje (Lego)

Znalezione w sieci – szopki z klocków Lego.

Dla J. A. i A.

The Child was born under the star in the holy (brick)night… 🙂

To samo ale w wersji Star Wars!

I jeszcze jedna, bardziej pokojowa. Ze świniakiem w zagródce. Można by mieć pretensje do twórcy, że nie przestrzega zasad, ale cóż – sama widziałam rok temu w Muzeum Polin w Warszawie “dzieło sztuki” jakichś artystów muzealnych, przedstawiające życie żydowskie w średniowiecznym miasteczku i tam też był świniak jak żywy.

Tę szopkę podobno wymyśliły i zrobiły dzieci.

Tę sam budowniczy określił jako “cool”.

nativitylegocool

A ta reprezentuję ideę minimalu. Podoba mi się. Taką to ja bym potrafiła zrobić. Ale czy ja wiem, podpis głosi, że to Fun4Boys.

PS from 22nd of Dec: made by family

szopkajackaantosia

 

Przedświąteczne inspiracje

Od kilku lat pokazuję na blogu i na facebooku zarówno moje mieszkanie bez choinki jak i choinkowe inspiracje znalezione w sieci lub w życiu. Niektóre z nich to komercja, inne to na pewno dzieło indywidualnie wykreowana. Zwłaszcza ostatnia choinka w dzisiejszym wpisie – jej autorem jest nieznany mi osobiście Sebstian – zasługuje na długą chwilę zadumy. Do gwiazdki zostały jeszcze dwa tygodnie, ale radosna twórczość rękodzielnicza wymaga czasu.

Przy okazji zastanawiam się, czy ktoś jeszcze pamięta opowiadanie Haška pt. Słodkie gniazdeczko? Historia o opętanej manią dekoracyjnych robótek młodej żonie, urządzającej przytulne mieszkanko dla siebie i nowo poślubionego męża. Ha! Niestety w internecie nie do znalezienia, nikt nawet nie wspomina, jak kto nie ma na półce (bardzo) starego wydania, to się musi pofatygować do biblioteki.

A my do choinek.

Moje ulubione – choinki z książek. Do budowy tej na samym dole użyto Hobbita.

choinka-z-ksiazek-2-podw

Choinka ze sznurka, super minimal.

choinka_zesznurka

Choinki do zjedzenia (przynajmniej teoretycznie).

choinka-z-sera

choinka-z-owocow Wydaje mi się, że choinki z sera i owoców są ewidentnie wykoncypowane jako świąteczny sposób podania jedzenia na stół, natomiast w choinkach z makaronu makaron, który i tak się na surowo do niczego nie nadaje, traktowany jest tylko jako budulec, często jest też malowany, co zbliża choinkę do estetyki szkatułek z muszelek. Mimo to niektóre strony internetowe podsuwają pomysł wykonywania wspólnie z dziećmi choinki z makaronu i podkreślają, że jest to produkt ekologiczny. Tymczasem produkt taki na pewno zostanie później wyrzucony, czyli jest to wspieranie zwkłego marnotrawstwa. Zdziwiłam się, bo o ile choinki z patyków, książek i desek są jednak sposobem ekologicznego obchodzenia się z naturą, o tyle choinki z makaronu raczej nie zasługują na uznanie, choć tej kompozycji z niemalowanego makaronu (po lewej), przypominającej snopek słomy czy chochoła, nie można odmówić pewnego ludowego wdzięku.

choinka-z-makaronu-potr

Patyki i deski. Na tej z patyków wiszą różne rzeczy, nie tylko ozdoby choinkowe. Np papryczka chili.

choinka-z-patykow-desek

Puszki po napojach. Hmmm – podpis pod zdjęciem głosił, że wprawdzie po choince po prawej widać, z czego jest zrobiona, to ta sama choinka po oświetleniu (zdjęcie z lewej) jest niemal nie do odróżnienia od prawdziwej. No dobrze, ja odróżniam, ale rzecz jest tak czy owak mało ładna.

choinka-z-puszek

I wreszcie choinkowy minimal Sebastiana. Zdjęcie umieściła na portalu plotek.pl Ewa Farna i napisała: Wszyscy pokazują swoje choinki, to ja pokażę obcą 🙂

Sebastian! Pierwsza nagroda! Gratulacje!

chinkazeschlybadyl

Muzeum kotów

Ewa Maria Slaska (tekst), Maria Gast Ciechomska (zdjęcia)

Poszłyśmy do Muzeum Kotów, miało więc być o muzeum kotów, ale gdy siadłam do pisania przypomniało mi się nagle Muzeum Psów, dość niemiła ale świetna książka Jonathana Carolla, którą czytałam wiele lat temu w wydaniu Rebisu i tłumaczeniu Pawła Kwiatkowskiego. Wydawnictwo dołączyło do książki taki tekst:

Harry Radcliffe, sławny i błyskotliwy architekt, bez skrupułów wykorzystuje każdą nadarzającą się okazję i każdą piękną kobietę. Podejmuje się nawet zaprojektowania Muzeum… Psów, na które sułtan Saru, obawiający się zamachu na swoje życie, chce wydać miliard dolarów, by się zapisać w pamięci potomnych.

Ciekawe, wydawało mi się, że akcja powieści rozgrywa się przede wszystkim w rozmowach projektanta muzeum z synem zleceniodawcy. A że facet jest bez skrupułów, nie wiem, nie pamiętam… Chyba przede wszystkim pamiętam puste spalone słońcem górskie krajobrazy, gdzie w jakiejś rozpadlinie powstanie muzeum… W gruncie rzeczy nic nie pamiętam. A mimo to wiem, że była to świetna książka. Niespokojna.

Muzeum kotów mieści się w spokojnej mieszczańskiej dzielnicy Berlina, w spokojnej mieszczańskiej kamienicy i nie ma w nim, na szczęście, nic demonicznego… Przeciwnie – jest Helmut Glantz, miły starszy pan, który od ponad 40 lat zbiera wszystko o kotach – figurki, obrazki, porcelanę, przedmioty codziennego użytku i wyszukane obiekty kolekcjonerskie. Masową produkcję pamiętkarską i cenne unikaty. A zaczęło się wszystko od małego białego kotka, kupionego za kilka marek przez ucznia ze szkoły średniej… Teraz koty zajęły całe mieszkanie, kurator i jego rodzina (teraz już tylko żona, dzieci poszły na swoje) oraz, oczywiście, koty zajmują inne mieszkanie w tej samej kamienicy. Tu nie ma miejsca dla żywych, tu rządzą koty uprzedmiotowione. Ale jak!

Katzenmuseum
Über 30 Jahre sammelten Katzenliebhaber Helmut Glantz und seine Frau alles, was mit Katzen zu tun hat. Das Ergebnis dieser Leidenschaft macht er der interessierten Öffentlichkeit in Berlins einzigen Katzenmuseum zugänglich.

Tassen, Teppiche und Vasen mit Katzenmotiven, gestrickte Katzen, Katzen aus Holz, Spieluhren mit Katzen und über 1000 Katzen-Porzellanfiguren. Es gibt buchstäblich nichts, was nicht mit Glantz’ Lieblingsmotiv verziert wurde. Zusätzlich verfügt das in einer 3 Zimmer-Wohnung in Lichterfelde beheimatete Katzenmuseum über eine kleine Bibliothek mit Sachbüchern zur Katzenzucht und Pflege. Feste Öffnungszeiten gibt es nicht, die Besucher werden nur nach telefonischer Voranmeldung empfangen und durch das Museum geführt.

Adresse / Adres:
Luisenstraße 38
12209 Berlin
Telefon: (030) 772 51 49
Öffnungszeiten / godziny otwarcia: Besichtigung nur nach Terminvereinbarung möglich / trzeba się umówić
Eintrittspreise / Ceny: frei / bezpłatnie (Spenden willkommen, datki mile widziane)