Nowy bard

Ewa Maria Slaska

Roman Brodowski, który kiedyś regularnie pisywał na bloga “w pierwsze piątki miesiąca” (ostatnio się trochę opuścił), przysłał mi kiedyś swoją nową piosenkę – nagrał ją sam, grając jednocześnie na pianinie. Piosenka zaczynała się słowami: Nie oddamy naszej Polski Kaczyńskiemu, a Roman zaśpiewał ją na melodię słynnej piosenki o Wani (Nad kołchozem ciemne chmury wiszą, idzie Wania pijaniutki z Griszą, Wania kandydat do partii…). Nie pozwolił mi jej opublikować na blogu, uznał, że to “zbyt prywatne”. Pozwolił mi natomiast poszukać muzyka, kóry to wykona.

Dwa lata temu podczas demonstracji KODu berlińskiego pod siedzibą Instytutu Polskiego spotkali się poeta, który czasem śpiewa – Roman Brodowski z muzykiem, który jest też poetą – Andrzejem (Andym) Klukowskim. Przedstawiłam ich sobie, a Roman zaśpiewał wówczas ową piosenkę. Andrzej obiecał, że nagra piosenkę Romana, a w dzień lub dwa później przysłał nam nagranie… z nową melodią.

Było to świetnie nagranie. Opublikowałam je tu dwa razy na blogu, w sierpniu 2017 roku w okresie demonstracji w obronie wolnych sądów.

A potem jeszcze raz we wrześniu.

W grudniu 2017 roku Andrzej Klukowski opublikował tę piosenkę na założonej przez siebie stronie Piosenka Patriotyczna, a Roman na swoim profilu faceebookowym, po czym “wrzucił ją” na kilka stron polskich o prodemokratycznej orientacji – KOD, Koalicja Białych Róż, Obywatele RP. W tym momencie Ojczyzna przestała się własnością jej autorów, a stała się pieśnią ludową, setki razy szerowaną na profilach i fanpagach, zyskując to pół, to trzy, to półtora miliona odsłuchań. Już tego nigdy nie policzymy.

Na moją prośbę Roman przekazał mi tu kilkadziesiąt wybranych na chybił trafił komentarzy, bo i komentarzy są już tysiące.

Najpierw posłuchajmy, a potem poczytajmy:

Dorota Kasner Smutne, ale tak bardzo prawdziwe . Choc mieszkam daleko, przykro patrzec na to co dzieje sie w kraju mojego urodzenia.

Dabek Krzysztof Serdecznie pozdrawiam i bardzo dziekuje.

Iga Borowska-Krajnik Roman……. mocne, bardzo mocne i bardzo prawdziwe….. Dziękuję!!!!!

Lidia Markiewicz Pieknie i oby nam sie udalo !

Bożena Bączkiewicz Dziękuję !

Zofia Kowalkowska Dziękuję.

Lidia Romanowska-malm Cudne

Krystyna Żychlińska Bardzo mądre przemyślane słowa

Wiesława Hajducka Ciekawa jestem czy Kaczyński to odsłuchał ,okazuje się,że mamy tyle mądrych ludzi.A głupi mądrymi rządzi,a to dlatego ,że mądry głupiemu ustąpi.Gdyby nie było to tak tragiczne dokąd zaprowadzą nas te rządy.

Halina Bumbul

MY NARÓD. NIE ODDAMY NASZEJ POLSKI KACZYŃSKIEMU.

Helena Szuster-Kowalczyk vor 1 Monat

Andy, zakochałam się w tych Twoich piosenkach, bardzo dziękuję, są światełkiem w mojej samotności i tej ogarniającej beznadziei, życzę zdrowia, weny, szczęścia zawsze i wszędzie – serdeczności emerytka HeLena

Bogumiła Pawłowska

Piękne i wzruszające.

Stefan Jackowski

PIEŚŃ PIĘKNA I WIELE MÓWIĄCA

Elżbieta Lisowska

piękna pieśń narodowa

Urszula Odrobińska Piękna piosenka ,akurat na te czasy .

Ania Papierkowska Super, piękna ballada… i dziwne skojarzenia z latami 80-tymi.

Jolanta Majewska Piekna

Basia Biernacka Smutno mi

Jacek Puzdrowski To powinien być Hymn zbliżających się wyborów.

Małgorzata Kwinta Piękny i smutny

Sylwestra Tegowska Popłakałam się. Smutny ale prawdziwy tekst.

Kazia Orman Myślałam że Pietrzak nabrał rozumu, i śpiewa ale to nie on.

Jacek Puzdrowski Nie liczyłbym na to,niektórzy ludzie po zeszmaceniu nigdy nie wracają.

Kazia Orman Jacek Puzdrowski Prawdziwa prawda.

Agnieszka Wowro wspaniałe i realistyczne

Halina Pilejczyk Wspaniały wzruszający song

Alicja Ratajczak

😧😢

Helena Bialokozowicz Dlaczego nie mogę udostępnić?

Renata Szmajnta Skopiowałam i udostępniłam na swojej stronie.

Anna Tokarska Piekny i na czasie song 😢👍👏

Ewa Słowińska Smutno i Boże.

Chyba Tomasz Szwed to spiewa

Anna Małkowska ”…. czego ten szaleniec od rodaków chce …”’ –jakie prawdziwe słowa —

Zdzislaw Dominiak Cudne.

Agnieszka Leżyńska Piękny brawo

Janusz ZawadaJ Wygrajmy razem dla Polski !!!!!!!

Barbara Abramowicz Pieknie …wezmy te slowa do serca

Krzysztof Piwnicki UDOSTĘPNIAMY. Tak też można walczyć by…. nie trzeba bylo naprawdę walczyć.

Halina Wieczorek-Kołodziejczak Prawda …. przesłanie dla Polaków….opamiętajcie się zanim będzie za późno. Ja już swoje życie prawie przeżyłam ale młodzi niech pomyślą o przyszłości ich dzieci i wnuków ratujmy Polskę od dyktat

Bernarda Kaufman piekne

Danuta Banaszczyk Piękna piosenka te słowa prawdziwe

Halina Chołodowska ach za serce chwyta

Sławomir Kosieniak jestem z Wami

Barbara Bieńkowska

Miałam nadzieję że to nigdy nie wróci.Naród przekupiony ,podzielony dokąd ty Polsko zmierzasz

Anna Antosiak Powinni to śpiewać na manifestacjach za demokracją Świetny song

Olga Bicz Slowa chwytaja za serce,piekne.

Teresa Okupnik Piękne slowa walczymy z nienawiścią

Jerzy Kurkowski piękny i prawdziwy.

Joanna Oktaba Pięknie, łzy cisną się do oczu

Malgorzata Piszczek Pięknie spiewa

Malgosia Pentman Tak to jest tekst ktory powinien laczyc nas rodakow a nie dzielic. Tak chce kaczynski ale my Polacy nie chcemy. Katolik nie katolik keidys rozmawialismy ze soba i nic nas nie dzielilo. Mielismy czesto te same problemy. Nikt nikogo nie ocenial za wiare albo nie wiare. Pomagalismy sobie na wzajem. Przez kaczynskiego rozpadlo sie to wszystko. Szkoda😖😞 👎🆘😷😷😩😷😩😩🆘

Jolanta Grzeszczak Piękne ..cudne ….

Bozena Petrow Do czego to doszło od czasów Solidarności nikt nie komponował politycznych pieśni

Pola Bartosiewicz Słowa piękne i prawdziwe chwytają za serce

Małgorzata Gronek

Panie Roman Brodowski jest Pan wspaniałym teksciarzem. Dziękuję Panu.

Elzbieta Rafalowicz

Kingula Ko Extra song

Irena Mokosa Chodun SUPER MOZE RUSZY MŁODYCH

Bozena Lochowska Bardzo mądre słowa 😰

Antoni Markwat Pięknie!! Brawo!!!

John Galtandy a mi to przypomina Kaczmarskiego

Ewa Machate Piekny i mądry przekaz😊

Anna Maria Patané I daj trochę rozumu tym zaślepionym religią, i naucz ich pisać poprawna polszczyzną.

Yvonne Wojewoda Piękny apel spoleczenstwa

Jadwiga Kolosowska Sympatyczne 🙂

Janina Rapinska Brawo

Janina Rapinska Popieram

Marzena Furmanek PIĘKNE i smutne

Grazyna Krzymanska Schubert BRAWO

Janusz Kuciński Piękne.

Stefania Waleczko Daje nadzieje

Jola Kaźmierczak Piekne

Ewa Badzioch Piękna pieśń. Dziękuję autorom

Halina Jagielska Popieram całkowicie.🥀

Lidia Tarnowska Marne szanse póki wojsko i policja są po ich stronie. Ale pięknie zaśpiewane, wzruszyłam się. Dzięki

Barbara Uptas Przejmujący 😙😚😍

Joan Nelligan I don’t understand but it sounds beautiful

Wanda Bagińska Zostawiam to bez komentarza.

Piotras Na Czysta, brudna prawda.

Halinka Anna Maria Sobczyk Prawda …. przesłanie dla Polaków….opamiętajcie się zanim będzie za późno

Mariola Zawada Pięknie popieram

Elisabeth Konczewicz Cudna pieśń! Oby jak najwięcej Rodaków zrozumiało jej przesłanie!

Jerzy Bucki Ja już swoje życie prawie przeżyłem ale młodzi niech pomyślą o przyszłości ich dzieci i wnuków ratujmy Polskę od dyktatury

Andrzej Pobrucki Bardzo piękne

Wiesia Wawrzyn Śliczna

Jacek Manowski Roman , świetny tekst 💪👍

Wiera Miedzybłocka Wzruszające!

Wacław Dulemba Piekny protest song,czas buntu spolecznego na olbrzymia skalę szybko się zbliza,ludzie powrócą z urlopów,bedzie znaczniej “goraco”Osobiście uważam ze jest to tekst jak i muzyka w sposób precyzyjnie. Skomponowana.Panowie bardzo duża klasa.Po wysluchaniu musiałem”ochłonąć”

Mariola Roz Super

Andrzej Szafranek Nie unikniesz konusie przeznaczenia 😡😡

Marzena Clinton Ta piękna piosenka nie jest adresowana do takich jak pan. Współczuję, bo z takiego zašlepienia chyba już się nie da wyleczyć, aż do momentu gdy się pan obudzi z ręka w nocniku

Andrzej Wisniewski Piekne I prawdziwe

Alicja Tomalska Pieśń smutna ale jaka piekna

Józef Cholcha Smutne szkoda że prawdziwe.

Jrena Ucińska Cała prwada

Irena Hołyniewska To jest to czego potrzebujemy.Niech to będzie song SUWERENA.

Irena Hołyniewska Polacy dobrze zapamiętajcie i śpiewamy na spotkaniach pod sądami.

Violetta Mądrzyńska Takie pieśni są potrzebne, żeby śmietnik historii zapelnil się szybko i zamknął. Żeby każdy był “za” a nie “pis” s”

Eugenia Kownacka Song Suweren

Marta Onyszkiewicz Wzruszajace

Alicja Kotowski

😰😰😰

Teresa Krystyna Bernacka Jakie to prawdziwe

Danuta Roginska Cos pieknego – moze niech ten utwor bedzie naszym,anty PiS HYMNEM ?

Roman Brodowski Dziękuję za podniesienie tej pieśni do godności ” hymnu” . To od narodu zależy jak słowa tego przesłania zagospodaruje – pozdrawiam .

Izabela Jer Smutna ta nasza rzeczywistość. Smutny jest ten realny nasz podział który się uwidocznił… Smutne są i będą konsekwencje tego podziału…

Jagódka Jagoda Piękne i smutne slowa jakze prawdziwe piekne wykonanie lza cisnie sie do oczu!!!😌😌😭

Marek Keyha Bardzo mocne.M

Katherina Koper Chcielismy miec Ameryke – mamy Ameryke i drugiego donalda

Dana Borek My nie mamy Donalda tylko Jarosława .a zamiast Ameryki mamy Białoruś.

Teresa Prońska Sliczny song!!👍👍👍👏👏

Wiola Kasprzakwajs Oj brawo dla wykonawcy slowa smutne jagrze przemyslane wzruszajace jeszcze raz brawo

Wojciechowski Olga 😪😪 bardzo smutne.

Małgorzata Kolodziejska Piękne słowa i muzyka, oby więcej takich protest-songów w obronie demokracji, nie można się powstrzymać od łez bo dobro naszej ojczyzny leży na sercu jak dobro naszych bliskich……

Irena Linkowska Coś pięknego chwyta za serce

Urszula Gacek Rząd który doprowadza naród do podziałów, nienawiści- to kat dla narodu!

Leszek Pilawa mocne.

Wiktor Morawiec Przypominają mi się lata 80te

Ola Halina Berg Piękne w swojej prostocie i smutku 🙂

Ewa Parzyszek ten POLAK WYSPIEWAL CALA PRAWDE

Barbara Myszkowska Rewelka tak ten Polak wspierał cała prawdę i muzyka pyszna.Dziękuję z całego serca A u t o r o m Basia Myszkowska

Ewa Walenkiewicz Piekne

Wladek Bilyk Takiej muzyki wiecej ! moze trafi to do pisiakow!

Jozef Jarosz Oby sie nie skonczylo na zachwycie?
Tresc i muzyka sprawiA,ze obojetni powinni zrozumiec w jakim miejscu naród STOI.

Hanna Hanth I nie możemy doposcic do rozlew krwi a na tym najbardziej zależy PISOWI….. To my Polacy jesteśmy rządem to my opowiedzy się za innym kierunkiem prawa obroną Konstytucji. Ci którzy sprawują władze w naszym imieniu stracili nasze zaufanie odbierzmy im nasze głosy jesteśmy w stanie to zrobić przejąć władze…..

Grażyna Opara Piekne słowa moze wiecej takich piosenek chwytają za serce

Greys Pfeiffer-Wiergan Piekne

Alina Czesława Kaczmarska Czekamy…czekamy z utesknieniem…

Halina Ślifirska Smutno ale prawda.

Alicja Krzystek Pieknie wyspiewane

Irena Cieplak Całą prawda wstyd jaroslawiec kaczynski

Halinka Halinka Żyła Coś pięknego

Wanda Lederman Łza się w oku kręci.

Grazyna Krempinska JESTESMY WOLNI TAK TRZYMAC A KACZYNSKI MAŁY PIKUŚ😀🍷ZA ZWYCIĘSTWO

Helena Müller smutna prawda

Mirka Grzegorczyk Pięknie,niech każdy Polak śpiewa

Agnieszka Pawlikowska Nie pozwólmy !

Maria Kowalczyk Piękne.

Elzbieta Staniucha Dziękuję bardzo pozdrawiam serdecznie

Anna Regina Jankowska Super pięknie !

Marta Krukowska Smutne…

Marta Krukowska Prawdziwe…

Stanisław Kubicki und Hermann Stöhr

Stanisław Kubicki, geboren 1889, gestorben (ermordet) 1943, war ein polnischer Maler, Graphiker und Dichter, aber auch ein politisch engagierter Mensch, der den grössten Teil seines Lebens in Deutschland lebte und und somit als Vermittler zwischen den Deutschen und Polen aktiv war. Er diente als Soldat während des 1. WK. Studierte Kunst auf der Königlichen Kunstakademie in Berlin. Kubicki machte sich als origineller Graphiker und Maler einen Namen. Er war ein wichtiger Vertreter der modernen Avantgarde Europas. Er verfasste utopische Manifeste,  zT in der Gedichtform und naturphilosophische Abhandlungen.


Während des 2. WK schloss sich Kubicki dem polnischen Widerstand. Als Kurier brachte er Informationen aus Polen zur Berliner Botschaft von Mandschukao, die von dort weiter nach London gelangten. Auf dem Rückweg schmuggelte er Geld für den Widerstand nach Polen. Mitte 1941 wurde er verhaftet. Ein genaues Todesdatum ist unbekannt. Sein letzter Brief aus dem Pawiak-Gefängnis in Warschau wurde am 14. Januar 1942 gestempelt.

Hermann Stöhr, geboren 1898, gestorben (hingerichtet) 1940, war ein deutscher Schriftsteller, Publizist, Verleger und Doktor der Staatswissenschaften, tätig in Stettin und Berlin.

Auch er diente als Soldat während des 1. WK.  1919 bis 1922 studierte Stöhr Volkswirtschaft, öffentliches Recht und Sozialpolitik; er promovierte 1922. Er lebte in Berlin wo er bei verschiedenen evangelischen Friedens- und Sozialorganisationen tätig war, wie zB. Sozialen Arbeitsgemeinschaft Berlin-Ost. Er kümmerte sich um arbeitslose Jugendliche, die sich rund um Ostbahnhof, aufhielten. Als Publizist schrieb er über die Notwendigkeit der Aussöhnung mit Polen. Dafür verlor er seine Arbeit und kehrte in seine Geburtsstadt Stettin zurück. Dort gründete er 1936 den Ökumenischen Verlag. Er war Mitglied der Bekennenden Kirche.

Im Frühjahr 1939 wurde er zur Armee einberufen – verweigerte aus Gewissensgründen den Kriegsdienst. Am 31. August 1939 wurde er verhaftet  und zum Tode verurteilt. Er starb am 21. Juni 1940 im Strafgefängnis Berlin-Plötzensee.

***

In ihrer Biographien gibt es wichtige Gemeinsamkeiten
– fast dieselbe Lebens- und Wirkenzeit
– tiefe soziale Prägung, Engagement für arme, sozial benachteiligte Menschen
– tiefer Pazifismus
– tiefes Christentum
– beide engagierten sich gegen das Naziregime und zahlten dafür mit ihrem Leben

Sie sind beide Vorreiter der deutsch-polnischen Versöhnung und Symbolfiguren der modernen deutsch-polnischen Beziehungen


Beiträge über Stanisław Kubicki und Hermann Stöhr. Texte auf Deutsch/Polnisch/Englisch (manchmal nur eine Sprache, manchmal in 2 oder 3 Sprachen)

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2016/10/28/hermann-stohr-i-stanislaw-kubicki/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2017/04/21/hermann-stohr-stanislaw-kubicki-1/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2017/05/02/wernisaz-vernissage-hermann-stohr-stanislaw-kubicki/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2017/05/27/finissaz-finissage/

Bericht Stöhr – Kubicki 2017 

http://staedtepartner-stettin.org/language/de/aus-unserer-veranstaltungsreihe/

http://staedtepartner-stettin.org/wp-content/uploads/2015/07/2016-Bericht-Compatibility-Mode.pdf

http://staedtepartner-stettin.org/language/de/hermann-stohr-und-stanislaw-kubicki/

http://staedtepartner-stettin.org/language/pl/stanislaw-kubicki-i-hermann-stohr/

http://staedtepartner-stettin.org/wp-content/uploads/2015/07/2016-Bericht-Compatibility-Mode.pdf;15 KUBICKI Stoehr UZ

http://staedtepartner-stettin.org/language/pl/w-starej-rzezni-o-hermannie-stohrze-i-stanislawie-kubickim/


Andere Beiträge über Stanisław Kubicki (und Avantgarde & Bunt):

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2017/05/20/der-turmbau-zu-babel/ 

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/11/26/exhibition-bunt-expressionism-

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/07/01/nie-dziela-nasze-sa-wazne-lecz-zycie/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/12/10/17526/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2014/04/23/kubicki-und-hufeisensiedlung/ 

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/11/17/poezja-poesie-stanislaw-kubicki/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2014/07/31/hulewicz-kraft-kubicki/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2014/04/29/dwa-pomniki/ 

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/08/26/zdroj/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/29/artifex-doctus/ 

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/02/der-brennende-dornbusch/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/04/01/mojzesz/


Beiträge über Kubicki und seiner Frau Margarete

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/12/03/bilder-von-margarete-kubicka-in-der-hufeisensiedlung/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2017/05/19/artpieces-by-the-kubickis/


Beiträge über Schenkung Professors Stanislaw K. Kubicki an polnische Museen 2015

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/12/11/bunt-und-bunt-and-also-the-revolt/

transborder-avant-garde-in-wroclaw/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/11/07/finissage/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/10/03/bunt-und-die-gegenwartskunst/ 

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/09/30/bunt-3-filme/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/09/04/es-ist-bunt-in-dresden/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/07/15/15640/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/05/31/15095/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/05/15/noc-muzeow-ulotka/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/04/19/powrot-grafik-ruckkehr-der-praphiken/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2015/04/17/bunt-ekspresjonizm-transgraniczna-awangarda/

Beiträge von Stanislaw Karol Kubicki (Professor) über seine Kindheitsaufenthalte in Polen

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/09/02/immer-montags-der-polnische-adel/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/09/09/immer-montags-der-polnische-adel-2/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/09/16/immer-montags-der-polnische-adel-3/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/09/23/immer-montags-der-polnische-adel-4/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/09/30/immer-montags-der-polnische-adel-5/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/10/07/immer-montags-der-polnische-adel-6/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/10/14/immer-montags-der-polnische-adel-7/

https://ewamaria2013texts.wordpress.com/2013/10/28/immer-montags-der-polnische-adel-8/

Książki i dynie…

Ewa Maria Slaska

Jesień. Jak co roku nazbierały się dynie na balkonie.

Jesienią tak jest. Jabłka, śliwki, gruszki, orzechy, dynie. W tym roku do zbiorów dołączyły książki. Przez nikogo nie wytypowana, nie licząc, ale myśląc, dlaczego – wybrałam siedem książek. Na FB pokazuje się okładki bez komentarza, ja jednak co nieco skomentuję…

Mogłam wziąć więcej – na zaprzyjaźnionym festynie ulicznym w Szczecinie – było całe stoisko pełne naprawdę niezłych książek. Wzięłam tylko kilka i to starannie wybierając. Postaram się opisać kryteria, bo niekiedy mój wybór mnie samą zdziwił.

1.

Marta Tomaszewska, Zamach na wyspę. Książka z roku 1973, wydanie Naszej Księgarni z roku 1986. Niech nas  to jednak nie myli. To książka z lat 70, wszystko w niej jest z tamtych czasów – jak długie włosy chłopców, za których wychodziłyśmy za mąż. Długie włosy, wąsik, koszule z szerokim kołnierzem, garnitury z krempliny, ale też nasze długie spódnice i loki…

Przygodowa książka dla chłopców. Dalekie morza, łodzie żaglowe, wyspy. Takie wtedy miały być te przygody. Wzięłam z myślą o wnuku, ale nie sądzę, by chciał ją czytać, tak jak żaden chłopak nie wziął by dziś po naszych mężach ich garniturów z krempliny. Nawet ja, choć lubię wyspy i przygody, a poza tym z przyzwyczajenia jeśli zaczęłam czytać książkę, to czytam ją do końca – zatem, powtarzam, nawet ja nie przebrnęłam poza 50 stronę…

Książkę dostał w nagrodę za stopnie i sprawowanie niejaki Tomek Bożek, uczeń szkoły podstawowej w Swobnicy. Nie wiadomo z której klasy. Nie wiem też, gdzie leży Swobnica, ale to akurat łatwo sprawdzić. Fajna wioska. Ma zamek Joannitów. To jeden z najcenniejszych zabytków Pomorza Zachodniego. Wybudowany w 1377 roku na półwyspie jeziora Grodziskiego – około 50 km na południe od Szczecina. Na przestrzeni wieków przebudowywany, trafił w końcu w ręce prywatne na początku lat 90. Dziś ponownie jest własnością gminy Banie, która walczy o jego odbudowę.

Nienacki to by wokół tego zamku zbudował przygodę, ale chłopakowi ze Swobnicy dają wydumaną historyjkę Tomaszewskiej, której akcja rozgrywa się w Polinezji.

2.

Jerzy Wittlin, Przedstawiamy humor polski. Pory roku. Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe 1974. Okładka to całe polskie lata 70. Właściwie kwintesencja. Rogatywka i pawie pióro, ale jakoś krzywo i na bakier. Nazwisko autora antologii jest właściwie znakiem firmowym dobrej roboty literackiej tamtych czasów. Jeszcze wszyscy znali polski, jeszcze nikt nie “ubierał butów” ani sukienek, a układ typograficzny serii zrobił Jan Bokiwicz, świetny grafik z tamtych czasów. Poznałam go 12 lat później – mieszkałam już w Berlinie. A przez te 12 lat zachciało nam się dwukrotnie wolności, raz ją zdobyliśmy, raz utraciliśmy i wciąż jeszcze nikt nie “ubierał płaszczy”, co najwyżej ubierano nas w różne sprawy, najczęściej a może zawsze polityczne… Polska miała rosnąć w siłę, a ludziom miało się żyć dostatniej. Mieliśmy pomóc. Mieliśmy zostać drugą Japonią. Mieliśmy czapkę z piór.  Jeszcze jej wicher nie poniósł…

Wittlin wybrał utwory 48 autorów. Otwieram książkę na chybił trafił. Wybieram jednego. Boy. Krakowski jubileusz.

Magnificus się podnosi:
(Przypadkowo ginekolog)
I znów z innej beczki głosi
Lapidarny swój nekrolog.

Myśli wątku nie rozprasza,
Ale skupia w treść ogólną:
«Panie… ten… ojczyzna nasza…
Jest nam wszystkim… matką wspólną…

No, tym się przecież dzisiaj zajmują ginekolodzy – ojczyzną.

3.

Alistair MacLean, Santoryn.
Książka potwornie brzydko wydana w roku 1990 w Spółce Wydawniczej ORBITA. Do tego jeszcze właściciel potraktował ją paskudnie, książka jest poplamiona, nadżarta czymś brunatnym, wytarta, nadpleśniała. W oryginale wydana w roku 1986 – ostatnia powieść autora, którego w latach 70 i 80 wszyscy w Polsce czytali, podobnie jak Raymonda Chandlera, możliwe więc, że wszystkim nam mieszają się powieści obu pisarzy. Nie było, a może i do dzisiaj nie ma polskiego autora (niech mi Joe Alex, Bonda i Krajewski wybaczą), który mógłby się równać z tymi dwoma. Santorynu nie czytałam, ale byłam na wyspie Santorini.

4.

Lernt mit uns. Podręcznik do klasy I Liceum Ogólnokształcącego i Liceum Ekonomicznego. Nie zostało to napisane, ale jest to podręcznik do nauki niemieckiego. Na okładce kwintesencja NRD. Wydawnictwa szkolne i pedagogiczne 1974. Wydanie  jedenaste. Ilustracje – Gwidon Miklaszewski. Mój Boże, zapomniałam w ogóle, że istniał, a przecież był czas, że co druga książka wydawana była z jego charakterystycznymi, łatwymi do rozpoznania ludzikami. Wer ist Lehrer? Herr Ebert ist Lehrer. Przeskakuję ze sto stron. Was macht der Lehrer? (die Übung, der Schüler). Er liest die Übung des Schülers.

Notatki ucznia koło ćwiczeń świadczą o tym, że pan Lehrer słabo się starał (albo uczeń się nie przykładał): in der szule… albo was yst der…

Książka jest najpaskudniejsza z paskudnych. Zresztą w ogóle niemiecki był paskudny i my z klasy łacińskiej czyli A nigdy do końca nie zrozumieliśmy, co skłoniło tych z D do wyboru niemieckiego. Wiem, wiem, nie musicie mi mówić, sama wiem… 11 lat później mieszkałam już w Berlinie. Książka jest symbolem mojej klęski, mojej niemożności utrzymania w życiu konksekwentnej linii życiowej. Nie lubię niemieckiego – nie jadę do Niemiec.

Nota bene, teraz lubię niemiecki.

W książkę wetknięte kolorowe zdjęcie uczniów z lat 70. Nasze zdjęcie. Wszyscy przecież dzisiaj wyglądamy tak samo. To wtedy jedne z nas były brzydkie, inne ładne i ładnie ubrane. Dziś zdjęcie z lat 70 wykonane  papierze Fujicolor, ale mimo to martwo szaro-bure, udowadnia, że wszyscy byliśmy tacy sami. Jest też kawałek kliszy filmowej, z enerdowskiej firmy ORWO, z pięcioma czarno-białymi zdjęciami: ktoś leży na brzuchu, podnosi głowę znad książki, patrzy w obiektyw; ktoś wiosłuje dwoma wiosłami; dom jednorodzinny otoczony płotem, za płotem dwa drzewa; dwie kobiety siedzą blisko siebie; ściana bloku mieszkalnego – widać tylko górne piętra na tle nieba.

Na zdjęciu z tyłu ktoś napisał:
to snor – chrapać (powinno być snore)
a pod spodem
I’ve got to stop think about that
I feel the earth move under my feet

Piosenka jest z roku 1971, ale widocznie właściciel książki dostał krążek po roku 1974.

Zanim odłożę książkę znajduję gdzieś jeszcze słowo Fernseher – telewizor zapisane: Fernzijer…

Patrzę jeszcze na cenę. Wydawca wycenił książkę na 330 złotych, ale potem ktoś dopisał piórem cenę 4000 zł. Czyli co – cztery bańki? Ile to była bańka, sto? tysiąc? milion? Nie wiem…

5.

Henning Mankell, Piramida, wab 2011

To zupełnie inna kategoria. To po prostu Mankell, którego czytam jeszcze chętniej niż kiedyś czytaliśmy Chandlera. Na pewno nie ja jedna, bo całą serie Mankella w roku 2011 wab wydał w ramach lektur na wakacje Polityki.

6.

Elżbieta Szemplińska-Sobolewska, Kochankowie z Warszawy / Śmierć Bazylego. Wydawnictwo Literackie 1985. To dwie powieści z 1939 roku, pierwszą wydano w Roju, drugą w Dzienniku Powszechnym.

Szemplińska-Sobolewska jest bardzo nowoczesna. Emancypowana kobieta. Lubię ją, choć czytałam tylko jedną jej książkę i choć nie pamiętam tytułu (wiem, mogę sprawdzić, ale mi się nie chce), jej treść pamiętam znakomicie – jest to historia dwóch sióstr, z których jedna, samotna, niepokorna, niezależna ma kota, a druga potulna i podporządkowana – psa. Lubię tę pisarkę, mimo iż (a może właśnie dlatego), że okrzyczano ją jako zakamieniałą komunistkę. Pewnie była.

Na okładce fragment obrazu Wacława Borowskiego, Jabłko i kotara.

7.

J. Marchlewski (oczywiście Julian, ale na okładce jest J.), Listy do St. Żeromskiego i Wł. Orkana, Wydawnictwo Literackie 1953.

A… ta książka to zupełnie inna historia. Zupełnie inna. Marchlewski żył w Niemczech, w latach 1903-1904 prowadził w Monachium wydawnictwo, mające na celu propagowanie nowej literatury europejskiej, w tym przede wszystkim polskiej i rosyjskiej na świecie. Sam był tłumaczem tej propagowanej przez siebie literatury.  Tak, oczywiście, również komunistycznej. W roku 1903 Marchlewski wydał 29 tytułów, w roku następnym 19. Jednocześnie jest czołowym wspśłpracownikiem Czerwonego sztandaru. W książce jest pełna lista wydanych przez Marchlewskiego pozycji z literatury światowej – Bunin, Dygasiński, Gorki, Przerwa-Tetmajer, Przybyszewski, Żeromski, Wilde…

Ale Marchlewski to nie tylko sztandarowy komunista i nie tylko wydawca. Jest on również ojcem Zosi (Sonji), która jako druga żona Heinricha Vogelera mieszkała po I wojnie światowej w kolonii artystów w Worpswede, a to miejsce, czas i grupa artystyczna, która nas obie z siostrą nadzwyczaj zajmuje.
Heinrich Vogeler, Portret Sonji, 1922
Urodziła się w roku 1898 (była rówieśniczką moich różnych dziadków i babek), zmarła w Warszawie w roku 1983. Pochowano ją na Cmentarzu Powązkowskim.

Polska Wikipedia pisze:

Urodziła się ze związku Juliana Marchlewskiego i Bronisławy z domu Gutman (córka Henryka-Hirsza Gutmana (Бронислава Генриховна Гутман). Od 1921 do 1932 działała w Komunistycznej Partii Niemiec. Była tłumaczką w Kominternie. Po wyjeździe do ZSRR pracowała w moskiewskim Instytucie Marksa-Engelsa-Lenina, Komitecie Centralnym Międzynarodowej Organizacji Pomocy Rewolucjonistom (MOPR), w Sowinformbiuro, oraz do 1950 pracowała w Związku Pisarzy ZSRR. W 1957 powróciła do Polski, gdzie poświęciła czas na pisaniu wspomnień o swoim ojcu. Opublikowała dwie książki, pisała felietony i recenzowała artykuły i inne publikacje na temat Juliana Marchlewskiego. Była członkiem PZPR.

Straszny życiorys. A i tak nie podaje wszystkiego. Bo do Moskwy Zofia wyjechała z mężem, który tego ideologicznego porywu nie przeżył. A Zofia przeżyła.

Tę historię znajdzie się dopiero w krótkiej notatce o Vogelerze.

Johann Heinrich Vogeler (1872-1942) – niemiecki malarz, pisarz, myśliciel (utopista, pacyfista) i komunista.

Po zdobyciu władzy przez Adolfa Hitlera wyjechał do ZSRR. Działał w otoczeniu niemieckich komunistów, zgrupowanych wokół Wilhelma Piecka. W okresie wielkiej czystki został oszczędzony, podobno przez wzgląd na fakt, iż jego teściem był Julian Marchlewski (był mężem Zofii Marchlewskiej).

W 1941 po rozpoczęciu wojny niemiecko-sowieckiej został ewakuowany do Kazachstanu, gdzie pracował przy budowie tamy i zmarł z wycieńczenia.


Siedem książek, dwie do czytania, pozostałe jako świadectwo historii, historii mojego życia i historii moich zainteresowań.

Siedem książek, cztery dynie i jedna cukinia…

Mgła

Tak mi się powoli w komputerowych kątach zbiera jesień. I to nie ta piękna, złota, radosna, ale od razu całą gębą – mglista.

Mietek Węglewicz podrzucił zdjęcie jeziora, potem znalazłam w internecie rzeźbę dziwnego człowieka we mgle. Teraz wydaje mi się, że wcale tu nie ma żadnej mgły, ale nie bądźmy drobiazgowi. Z jakiegoś względu zapisałam sobie to zdjęcie jako: “dziwny człowiek we mgle”.

Zainspirowana tym pięknym zdjęciem Mietka, może z Mazur, może z Ciechanowa,  postanawiam poszukać innych mgieł. Podejrzewam, że zarówno Wichrowe wzgórza jak Tajemniczy ogród muszą być pełne opisów mgieł. Ale choć rzeczywiście wrzosowiska w Tajemniczym ogrodzie często spowija mgła, w książce nie ma żadnego jej opisu. Z kolei Wichrowe wzgórza w ogóle nie dają się ściągnąć jako tekst. Zastanawiam się, czy jest strona internetowa “mgła w literaturze”, bo myślę, że musi być, ale nagle przypominam sobie, że “mgła, brzoza i samolot”, i odechciewa mi się szukania w sieci. Wolę poszukać w głowie. Może Moby Dick. Może Tajemnicza wyspa. Na morzu zawsze jest mgła, myślę, i przypomina mi się niezwykły opis w jednej z książek ojca. Fascynowały go trudno dostępne lodowate krajobrazy, a jednym z takich zauroczeń była wyspa Jan Mayen.

Północ to ogromny akwen, napisał Ojciec. Jest tam wiele miejsc, gdzie dałoby się dotrzeć, i równie wiele dróg. Ale ja, prawdę powiedziawszy, cel takiej wyprawy miałem upatrzony już od dawna. Podczas rejsów na trawlerach rybackich wiele czasu spędziłem, studiując mapy morskie Północnego Atlantyku. Zafascynowała mnie samotna norweska wyspa w połowie drogi między Islandią a Spitsbergenem – Jan Mayen. Frapowała izolacją geograficzną i tajemniczością, tym bardziej, że poza suchą wzmianką w locji, nie znalazłem o niej żadnych informacji. 

(…) W maju 1965 roku nareszcie ruszyli na Północ. Najpierw było spokojnie, potem wiały wiatry i były sztormy.

Zanim dotarliśmy do Lerwick, największego portu na Szetlandach, musieliśmy jeszcze przejść dogrywkę. Nocą dopadł nas nagły ciężki szkwał, a potem otoczył wielki tuman mgły. Mimo to sprawnie weszliśmy do małego kamiennego portu.
Zaskoczyła nas cisza. To było pierwsze wrażenie w zetknięciu z Północą. Jedynym ruchem w niezwykle spokojnym miasteczku było… nasze własne wewnętrzne kołysanie. Ląd pod nogami kołysał się przy każdym kroku bardziej niż morze, przez które szliśmy tyle dni. Minęły godziny, nim nauczyliśmy się normalnie chodzić. (…)  Wędrując cały dzień między wyspami, wydostaliśmy się na otwarty ocean. Zaczynał się najważniejszy etap rejsu: droga na wymarzoną Północ, prosto do Jan Mayen. Ledwie Wyspy Owcze zniknęły za horyzontem, ocean wypadł na nas wschodnim sztormem. Wicher narastał, a my przez cały dzień redukowaliśmy żagle, próbując wytrwale iść kursem na północ. Wiatr wciąż się wzmagał. Zrzuciliśmy resztę żagli i płynęliśmy już tylko na gołym olinowaniu. Jacht ustawiał się bokiem do fali, raz po raz wpadając w głębokie przechyły. (…)

Nie dotarli. Popłynęli do Reyjkjaviku. Do Jan Mayen dotarli innym jachtem w sześć lat później. Był rok 1971. Najpierw musieli się we mgle przebić przez lody, które coraz szczelniej zaciskały się wokół jachtu. Ojciec o tym nie pisze, ale wszyscy na pokładzie wiedzieli, co się stanie, jeśli lody się zacisną całkowicie. Jak ruszasz na polowanie na wielkie zwierzęta, zawsze wiesz, że może się zdarzyć, że to one upolują ciebie.

(…) skoro tylko odsunęliśmy się od Spitsbergenu, lód przestał nas nękać, ale pogoda naprawdę nie była do pozazdroszczenia. Szliśmy na południowy zachód, ku Jan Mayen, tam, dokąd przed laty nie udało nam się dotrzeć „Kismetem”.
Teraz próbowaliśmy znowu, pod pełnym bajdewindem, smagani bryzgami odkosów, niesionych ostrym wiatrem aż do rufy, w szarudze gęstych mgieł, pod ciemnymi nasępionymi chmurami, które nawisły tuż nad topami masztów, w zacinającym deszczu, a nieraz i w gęstym tumanie śnieżnej zamieci. Zwyczajna żegluga praktycznie niewiele się różniła od sztormu, skracało się żagle i dalej było jak co dzień. Mokro i zimno. Przed wilgocią nic nie chroniło, była stale obecna, docierała wszędzie. Przesycała ubrania, koce, żywność. I nigdy nie znikała – zawarta w niej morska sól podtrzymywała ją i utrwalała. To przenikliwe zimno wskazywało wyraźnie, że idziemy co prawda ku południowi, ale w zimnym prądzie, niosącym wodę i lód wprost z Oceanu Arktycznego. A tam, wiadomo, lód płynie szerokim na kilkadziesiąt, a czasem nawet kilkaset mil strumieniem, przesuwając się wzdłuż Wschodniej Grenlandii, wokół Farvel, po zachodniej stronie wyspy sięgając dalej w głąb Cieśniny Davisa. Nie widzieliśmy go, ale był niedaleko, tuż za zachodnim horyzontem. I raził nas dojmującym chłodem.
Osobliwym utrudnieniem była nawigacja. Odkąd wydostaliśmy się z lodowego osaczenia na północ od Spitsbergenu, nie mogliśmy dokładnie określić pozycji wyjściowej. Naszym celem była niewielka wyspa. Pomiędzy nią a nami rozciągało się ponad 700 mil otwartego morza. My zaś – niczym żeglarze z dawnych lat – dysponowaliśmy tylko kompasem magnetycznym, logiem burtowym i ołowianą sondą na lince. O pozycji astronomicznej, z powodu warunków atmosferycznych, nie było w ogóle co myśleć. Pozostawała żmudna i mało dokładna nawigacja zliczeniowa. Na szczęście, Lutek był świetnym nawigatorem i wszystkim nam imponował wiedzą, wprawą i skrupulatnością. W miarę upływu dni, z rosnącym napięciem obserwowaliśmy go, czekając, aż powie: przed nami ląd.
W końcu któregoś dnia Lutek oznajmił, że według jego zliczenia jesteśmy w pobliżu Jan Mayen. Nie zważając na
przelatujące nad kokpitem bryzgi, wylegliśmy wszyscy na pokład.
Nawet kuk doglądał obiadu, siedząc w zejściówce z głową nad pokładem. Wpatrywaliśmy się w widnokrąg, właściwie nie wiadomo na co licząc, bo mgła była taka, że widać było zaledwie kilka fal przed dziobem. Na moment oderwałem wzrok od morza i spojrzałem w górę. W małej przerwie między chmurami, niemal pionowo nad głową, wysoko ponad masztami, zobaczyłem ośnieżone skały. Byliśmy tuż pod brzegiem! Trafiliśmy na Jan Mayen tak dokładnie, jakby prowadził nas satelita.
Mgła na powitanie podniosła się, a okryty lodem masyw wulkanu osłonił nas od szarpiącego wiatru i uspokoił morze, które już tylko drobną krótką falą wskazywało, że po drugiej stronie wyspy nadal trwa sztorm. 

Barataria 84 Babcia i wnuczek – opowieść 2

Pierwsza była tydzień temu i napisał ją Gałczyński. Teraz my…

czyli Bóg i Franz w limuzynie

Tekst i zdjęcia Anton Lee Slaski
spisała i opatrzyła komentarzami Ewa Maria Slaska


Bawiliśmy się na skwerku w sklep. Była to nasza ulubiona zabawa, kiedy Antoś był mały, a teraz ją sobie przypomnieliśmy.

Anton jest sprzedawcą, ja kupuję. Czasem kupuję samolot, czasem ołówki i farby, tym razem chciałam kupić białe i niebieskie filiżanki do herbaty. I spodeczki – niebieskie do białych filiżanek, białe do niebieskich. Talerzyki, dzbanek, półmisek do ciasta, miseczki do lodów. Łyżeczki i widelczyki. Okazało się jednak, że goście przyjdą też na obiad – kupiłam więc talerze głębokie i płytkie, kilka półmisków i misek, kieliszki do wina i szklanki do wody.

Okazało się, że w sklepie mają pyszne ciasto, kupiłam więc, zamiast piec. Mieli też dobre lody. Kupiłam owoce i sałatę, kotlety i kluski. Zapytałam o zupy, bo jak już to już – nic nie będę gotowała. Okazało się, że mają ogórkową i pomidorową i potrafią ją zapakować do wspólnego garnka, oddzielając jednakże od siebie obie zupy pionową przegródką.

Towarów było coraz więcej i sprzedawca zawołał Franza, żeby mi to wszystko zapakował w pudełka i obwiązał niebieskimi wstążkami. Poprosiłam, żeby doczepił do pudeł kółka i rączki, no bo jak ja się zabiorę do autobusu z taką ilością paczek. Przyjechał autobus, ale nie mogliśmy jeszcze wsiąść, bo Franz nie zdążył wszystkiego spakować.

Okazało się zresztą, że przecież muszę kupić jeszcze miski dla kota i masę smakołyków (kot jest bardzo wybredny). Biedny Franz zwijał się jak w ukropie. Przyjechał autobus, ale machnęliśmy na niego ręką. Miałam za dużo paczek. Franz poszedł po limuzynę.

Płaciłam, płaciłam i płaciłam. Ale towar był zaiste pierwszorzędny.

Gdy wsiedliśmy wreszcie do trzeciego lub czwartego z kolei żółtego autobusu, była to już fioletowa limuzyna, którą moje bambetle wypełniły niemal w całości. Siedzieliśmy z Franzem z tyłu za kierowcą.

Chyba właśnie wtedy znana nam od lat i od dawna traktowana z przymrużeniem oka zabawa zmieniła się w urządzanie świata. Demiurgiem-wykonawcą był Franz czyli mój wnuk Antoś. Okazało się, że ma firmę złożoną z fachowców, znających się na każdej pracy. Ja już nie byłam babcią – Franz naradzał się z Bogiem, jak urządzić świat, żeby był jak najlepszy. Zaczęło się od porządków w domu, do którego wieźliśmy zakupy. Firma Franza umyła podłogi, okna, ściany i dachy, wysprzątała strychy i piwnice, posadziła kwiaty na balkonach, zamiotła alejki wokół domów. Wszystko zostało odmalowane. Franz zarządził, żeby stare i zbyt brudne domy wymienić na nowe. Posprzątane zostało całe miasto, cały kraj, morze, oceany. Nareszcie nie było już plastiku. Firma Franza wymyśliła nihilator, który zamieniał śmieci w tlen, powietrze stawało się więc też coraz lepsze. Nie było już żadnych urządzeń pracujących na węgiel czy ropę naftową – wszystko zastąpiła energia wiatru, słońca i fal (nie na próżno dziecko od lat jeździ  z mamą do duńskiego centrum energii odnawialnych). Bóg płacił Franzowi za każde wykonane zadanie, ale naprawdę się opłacało, bo świat był coraz lepszy, czystszy i przyjemniejszy. Piękny.

Jednym z ciekawszych pomysłów w procesie odnawiania świata było wysłanie 8 miliardów mieszkańców na sąsiednią planetę, po to by raz wreszcie posprzątać ten cały bałagan, jaki ludzie zrobili na Ziemi. Uporano się z tym bardzo szybko – pach pach, wszyscy wrócili na Ziemię i mogli nareszcie żyć długo i szczęśliwie.

Zanim dojechaliśmy do domu, Franz przeżył kolejną przemianę. Przestał mianowicie kasować od Boga pieniądze za każdy przedmiot i wszelką pracę. Zresztą Bóg nie miał już z czego płacić, bo wszystko, co miał, przeszło na własność Franza. Ale Franz przestał właśnie być handlarzem, który ustanowił cennik na wszystko. Teraz stał się Wykonawcą Szczęścia. Każdy człowiek na Ziemi dostał od Franza pieniądze, żeby już nikt nie był biedny ani głodny. Naukowcy wymyślili dla ludzi obrączki i bransoletki, a dla zwierzaków obroże usuwające wszystkie choroby. Gdy ktoś był zły, na przykład bił dzieci, szedł na zabieg hipnozy usytuowany na innej planecie (na Marsie) i już nawet nie pamiętał, że był kiedyś zły. Odbywało się to w specjalnych domach, gdzie w pięknych pomieszczeniach wszystko, co było odrażające, brudne i złe  stawało się piękne…

Cały świat stał się piękny i taki zostanie już na zawsze.

Na zdjęciach – Franz i Bóg w limuzynie. Rozmawiają o kolejnych metodach poprawiania świata.

Uwaga adminki.

Już kiedyś babcia i wnuczek bawili się w historię o dobrej królowej, pomagającej ludziom, którzy musieli uciekać przez Białe Góry z kraju, w którym była wojna. Ale, choć staram się nie tworzyć za wnuka jego zabaw, tylko podążać w nich za nim, przyznaję, że opowiadałam mu czasem o mojej pracy z uciekinierami… Tamta zabawa wzruszyła mnie, ale nie wzbudziła zdumienia.

Zabawa w utopię zdumiała mnie natomiast w najwyższym stopniu, bo choć od półtora roku zajmuję się Baratarią czyli nieistniejącym dystopijnym państwem, rządzonym przez sprawiedliwego władcę, wydaje mi się, że nigdy o tym nie rozmawialiśmy z Antosiem. Teraz musiałam mu jednak powiedzieć, że to, co stworzył, pasuje do tego, czym się zajmuję i o czym piszę. Spytałam, czy mogę zapisać i opublikować na blogu historię o Franzu, który rozmawia z Bogiem w limuzynie i którzy razem urządzają świat. Powiedziałam też, że piszę książkę o doskonałych państwach, jakie zostały wymyślone przez ostatnie sześć tysiącleci.

Ciekawe, że zanim nie powiedziałam tego głośno w berlińskim autobusie, wcale nie wiedziałam, że piszę książkę…

Ale słowo się rzekło…

Jeszcze jedna uwaga: zauważmy, że cała historia zaczęła się od dwóch biało-niebieskich filiżanek do herbaty. To czysty Zen. Zacznij gdziekolwiek, a ogarniesz cały świat.

I uwaga trzecia: wszystko w swoim czasie. Babcia i wnuczek urządzili świat wtedy, gdy babcia jako autorka opowieści o Baratarii, dzięki Mietkowi W., dotarła wreszcie do oryginału czyli sztuki Gałczyńskiego. Babcia i wnuczek czyli noc cudów.

Wyalienowani z rozentuzjazmowanego tłumu, babcia i wnuczek, oboje w żółtych butach, podczas wielkiego wernisażu. Zajmujemy się sprawamy wyższymi, choć siedzimy najniżej.

O śpiewaniu

Zanim przejdę do tematu, chciałam podzielić się z wami maleńką obserwacją. We wspomnieniach dzisiejszych czterdziestolatków jak refren przewija się zdanie: Nie było Teleranka. Tak oni, wtedy dzieci, odebrali wybuch stanu wojennego. Nie było Teleranka.

Legenda głosi, że na wiadomość o wybuchu II wojny światowej wszyscy Anglicy zareagowali identycznie – ktoś powiedział do kogoś, żona do męża, brat do siostry, babcia do służącej: let’s make some tea (albo: put the water on, co oznacza dokładnie to samo – zagotuj wody na herbatę).

Bardzo proszę, jeśli przyjdą wam do głowy inne takie “historyczne” zdania – napiszcie tu o tym. 

Wpis dedykowany Annie Marii Patane i Łukaszowi Szopie.

Ewa Maria Slaska

O śpiewaniu

Swobodne dywagacje na temat felietonu Jana Zbigniewa Słojewskiego (Hamiltona) z wydanej w roku 1984 książki Pod znakiem Lwa i Armaty, felietony z lat 1975-1980.

Za chwilę miała się zdarzyć Solidarność (wybuchnąć – jak się mówiło za naszych czasów), na razie jednak świat był przerażająco smutny. Ciamkaliśmy się w “tym kraju” i w “tych czasach”, jak napisze autor parę rozdziałów dalej. Nawet jeśli osobiście byliśmy szczęśliwi albo przynajmniej zadowoleni, mieliśmy wspaniałych ludzi wokół siebie i  pełni byliśmy pomysłów. Jeśli przeżywaliśmy miłość, ślub, koniec studiów, początek pracy, dziecko, to perspektywy były porażająco szare i ograniczone – żyliśmy udławieni w Komunie, zamknięci w szarej papierowej torebce, która wprawdzie dziś byłaby szczytem ekologicznej doskonałości, wtedy natomiast była (przynajmniej dla mnie) symbolem grozy. Przynosiło się w niej do domu na przykład 10 jajek, z których jedno zawsze (zawsze!) się rozbiło i upaprało połowę zawartości siatki ze sprawunkami.


Zresztą rok wydania tej książki objawiał czytelnikowi taką samą porażająco beznadziejną perspektywę, a może nawet jeszcze gorszą, bo stworzyliśmy Solidarność i nie udało się nam jej utrzymać (wtedy zresztą nie wiedzieliśmy, że symbolem tej straty był stracony złoty róg, wtedy wierzyliśmy, że to “oni” nam tę “naszą Solidarność” przemocą odebrali. Teraz wiemy lepiej.)

***
Hamilton

Wokół piosenki

Emerytowany nauczyciel śpiewu pan H. zwrócił mi uwagę na paradoks. Żyjemy w czasach, gdy piosenka zyskała sobie prawo obywatelstwa, jakiego nie miała nigdy, równocześnie nie było chyba czasów, w których by przeciętny obywatel śpiewał tak mało jak dziś. Śpiewność zbiorowości spadła dziś właściwie do zera, co jest wynikiem nie tyle złego humoru czy złego słuchu, ile raczej tego, że takie obowiązują dziś konwencje i konwenanse obyczajowe. Śpiewa wojsko i śpiewa przedszkole. Śpiew poborowych na dworcach – oto co jeszcze słychać (też rzadkość). Śpiewa stadion. Po meczu ulice przyległe do stadionu rozbrzmiewają śpiewem schrypłym, nieskładnym. Okropność, okropność, jednak lepsze to niż ta cisza. Ale to tylko blisko stadionu. Kilkaset metrów dalej śpiewy coraz cichsze i oto już nie ma, ich, zgasły.

(…)

Śpiewać człowiek nauczył się wcześniej niż mówić. Najpierw zawył z radości, a dopiero potem powiedział, że się cieszy. Dziś radość – towar deficytowy, który trzeba schować głęboko w sobie i pod siebie, pod kocem i pod korcem. Śpiew budzi nieufność. Co mu tak wesoło? pijany? Wariat? Oczy nabite podejrzliwością wstrzeliwują się w nieszczęsnego śpiewaka jak kule karabinowe. Sparaliżowany tym wzrokiem milknie. I tak samo zaczyna patrzeć na innych. Jeśli ktoś zapomni się i coś zanuci, zaraz mu swymi oczkami melodię z ust i z duszy wypłoszy. (…) Śpiew zamiera na ustach spłoszony czymś w rodzaju wstydu. Czuje się jak złodziej schwytany za rękę (…).

Co to? kto śpiewa? Ależ to skandal? Coś, co wyłamuje się z normy. Co jest normą? Statystyczna przeciętność. Wszyscy idą, jeden biegnie – robi nieporządek. Wszyscy jadą, jeden idzie – nieporządek. Wszyscy milczą, jeden mówi – nieporządek. Nikt nie śpiewa, ja śpiewam – nieporządek. Ileś tam lat temu nieporządek robił ten, co nie śpiewał. Dziś jest na odwrót. Tak zmieniają się kryteria. Może by je uporządkować? Jak? Według jakich kryteriów? Kretynie, ułóż kryteria.

(…)

Śpiewność jakiejś zbiorowości można rozpatrywać sensownie tylko w kontekście obowiązującej w danym okresie i w danej populacji obyczajowości. Śpiew jest czynnością społeczną, bo śpiew słychać. Nawet najciszej wymruczaną historię jednak słychać. Kontroler w autobusie, który by gwizdał jakąś melodię. Ależ pasażer pomyślałby, że gwiżdże na niego. Pasażer zniesie wszystko i jeszcze więcej. Ale takiego chamstwa nie. Awantura pewna. Kiedyś śpiew ludzi łączył, dziś rozdziela. Nie chodzi o śpiew z taśmy czy z płyty, ale z gardła. Znajdźcie mi jednak te rozśpiewane gardła, a ja wam znajdę rosnącego na Marszałkowskiej borowika.

A teraz pytanie. Czasy się zmieniły czy miejsce? Minęło ze 40 lat. Nie ma Komuny, ja zresztą mieszkam i tak gdzie indziej czyli, jak wiadomo, w Berlinie. Berlin jest miastem pełnym muzyki. Pod mostami, w przejściach podziemnych, przy wyjściu z metra, ale i po prostu na ulicy całe mnóstwo grajków. Ta muzyka wszędzie mi ostatnio towarzyszy.
Wychodzę z kina, Leon siedzi pod mostem i gra na gitarze.
Pielęgniarz podający instrumenty chirurgowi, który zszywał mi głowę, gwizdał Bacha. I jak gwizdał!
Czekamy na pociąg przesiadkowy ze Szczecina do Berlina. Spóźni się. Mieliśmy tu stać 20 minut, będziemy ponad pół godziny. Młody chłopak zaczyna grać na gitarze i śpiewać. Śpiewa po niemiecku, ale czasem wtrąca jakieś słowa po polsku. Bijemy brawo. Ludzie na peronie z przyzwyczajenia sięgają po portmonetki – ulicznym grajkom się płaci, ale chłopak macha ręką. Nie zarabia śpiewaniem, po prostu śpiewa. To jego piosenka.
Wczesnym rankiem na stacji  metra klasa szkolna z jedną tylko nauczycielką (to dziwne, bo zgodnie z przepisami na taką gromadką powinny być ze trzy osoby dorosłe). Stoją swobodnie, ale wszystkie razem, nie “rozłażą się”, i śpiewają, najpierw jednym głosem, a potem dwoma jakąś wesołą piosenkę o tym, jak ciekawie jest mieszkać w naszej dzielnicy – Tempelhof.  Biję brawo. Jedziemy tym samym metrem. Głos pierwszy wsiada pierwszymi drzwiami, drugi – drugimi. Nie mamy daleko, ale dowiaduję się, że jadą do biblioteki, a potem pójdą do wielkiego parku, z którego czasem uciekają jelenie. Jak kiedyś po raz pierwszy o tym usłyszałam, bardzo się zdziwiłam – bo jeleń to w końcu wielkie zwierzę, ale okazało się że to są daniele (i tak lepiej niż pytony). Wysiadamy. Dzieci idą i śpiewają nauczycielka dyryguje.

Tego samego dnia wieczorem idziemy z przyjaciółmi do restauracji hiszpańskiej. Przy stoliku obok siedzą Irlandczycy i śpiewają. Nie wiem co, ale nie jest to śpiew zawodowy, to jakaś irlandzka Szła dzieweczka…

I tak dalej. Na wszystkich ulicach muzyka umyka w dal, i dalej w dal, wciąż dalej i dalej daniele biegają w dal, daleko w dal…

Jan Zbigniew Słojewski, pisze Wikipedia, (ps. Hamilton) urodził się w roku 1934, zmarł 9 sierpnia 2017 roku. Rok temu.

Nota bene, koledzy i koleżanki dziennikarze – Słojewski pisał felietony ręcznie, w domu lub w redakcji, po czym dyktował je maszynistce. Dyk-to-wał! Gdy o tym czytam, ogarnia mnie zdumienie. Dyktował.

Borowików na głównej ulicy Berlina nie widuję, ale kanie i wielkie pieczarki jak najbardziej, a ostatnio, doprawdy w samym centrum, spotkałam lisa. Chudy był jakiś, ale bardzo chyży…

To ta piosenka: Bei uns im Tempelhof. Stara piosenka, na pewno sprzed 1900 roku. Nie wiadomo, kto ułożył melodię, słowa układa się wciąż nowe, w zależności od okoliczności. Kiedyś pierwsza zwrotka tej piosenki głosiła, że mamy na Tempelhofie kościół kryty strzechą, w której gnieżdżą się myszy, a kolejna, że szkoła jest z gliny i ściany się trzęsą, gdy nauczyciel nas leje.

Die Musiker und die 20 Jahre

Ewa Maria Slaska

Zwanzig und nicht die Zwanzigern! Die Musiker und die 20 Jahre. Eine Bestandsaufnahme aus der Filmindustrie der letzten Jahre und meinem eigenem Leben, aufgeschrieben 20 Jahre nachdem ich in Berlin zwei unbekannte Musiker traf, die in der Wohnung meines Sohnes wohnen sollten. Der Sohn war weg. Ich traf die zwei junge Kanadier auf der U-Bahn, brachte ihnen die Wohnungsschlüssel und führte sie in die kleinen Geheimnisse ein, die jede Wohnung verbirgt. Die beiden waren sehr blass und sehr schlank, oder eigentlich dünn. Sie hatten unglaublich viel Gepäck – das erste mal sah ich damals jemanden, der zwei Rücksäcke trug – einen riesigen auf den Rücken und einen nicht zu kleinen vorne auf der Brust. Handtaschen und Plastiktüten ergänzten den Eindruck, zwei solche vor sich zu haben, die nach Berlin für immer kamen, alles mitbrachten, was sie Mal hatten (viele Musikinstrumente), dass sie sich in Berlin nur der Kunst widmen werden und, na ja, nie zu etwas bringen werden. Sie sahen so aus, wie so viele andere, die mit demselben Ziel nach Berlin kamen und nie zu etwas brachten. Der Trend, der jetzt das ganze Stadtleben prägt, hat gerade angefangen, aber man sah schon genug von denen, um zu wissen…
Wir verabschiedeten uns damit, dass sie ab morgen im Klub Berlin Tokyo spielen werden und ich sei eingeladen. Den Klub kannte ich, er befand sich in einem langem dunklem Hof in der Mitte, direkt neben den anderen Hof, wo sich das Literaturbüro befand, in dem ich damals arbeitete. Relativ oft ging ich ins Kino neben dem Klub. Immer wenn ich dabei den Klubeingang sah, dachte ich, ich soll Mal da reinschauen und sehen, wie es den beiden geht, es kam aber nie dazu. Ein paar Jahre später fragte mich mein Sohn, ob ich mich an die beiden erinnere, ich bejahte, er erzählte, sie machen jetzt Kariere. Wir belassen es dabei.

Erfolgreiche Geschichte nach 20 Jahren.

Gestern zeigte er mir im TIP eine Filmbesprechung: Biopic Shut up and play the piano über Chilly Gonzales. Das ist er, sagte er. Wer? Der Kanadier von damals. Und sie?, fragte ich. Weisst du es nicht? Gonzales und Peaches.
Berlin, schon vereint, im Osten ramponiert, billig, faszinierend. Die Stadt arm aber sexy, noch keine Hipsters, es kommen alle, denken an die große Kariere und versagen, die beiden aber nicht. Elektro-Sound, Spiel mit sexuellen Identitäten, Clubs überall, Chilly Gonzales und Peaches. Und ein Film.

Der kommt heute ins Kino.

Überall im Kino gibt es jetzt Filme über die Musiker. Ich dachte, es begann mit Sugar man, der Sohn wusste (natürlich) besser – Walking the line über Johnny Cash… Klar, ja, aber trotzdem bleibe ich bei der Reihe, die ich gestern angesammelt hatte, der Film über Gonzales eingeschlossen. Dokus, Biopics, Fiction, egal. Die Musiker und die 20 Jahre, auch wenn 20 etwas symbolisch oder gar biblisch ist. Zwanzig Jahre. Noch unsere Zeiten, aber schon Geschichte, schon vergessen.

Gundermann von Andreas Dresen, 20 Jahre nach dem Tod des noch jungen Musikers gedreht. Ein Musiker der zu einem gewissen Ruhm in der DDR gebracht hatte und von dem im Westen kaum jemand kaum was weisst.

Sugar man, ein Film von Sixto Rodriguez, ein Musiker der mit dem Album Cold fact in den Staaten so gefeiert wurde wie Bob Dylan. Und danach als Bauarbeiter in vollkommener Vergessenheit lebt, bis Anfang der Zehnerjahre Malik Bendjelloul ein Film über ihn drehte.
Niko, 1988 alias die Mondgöttin alias Christa Päffgen, die Muse von Andy Warhol – auch hier sind die symbolischen 20 Jahre in der Tat 40. Muse? Göttin? Quatch. Fragen sie auf der Strasse. Niemand weisst was…

Das sind alles wahre Musiker gewesen. Es gibt aber auch Features darüber. Ein Chancon für dich mit Isabelle Huppert und Kévin Azais – eine Geschichte einer Sängerin und ihr coming back nach Jahren… Ein Drama.
Juliet, naked, ein Film nach der Buch Vorlage von Nick Hornby über einen Rockmusiker (gespielt von Ethan Hawke), der vor 20 Jahren plötzlich von der Oberfläche verschwand und erst gerade jetzt auftaucht. Eine Komödie oder, wie man es jetzt sagt, eine romantische Komödie über Liebe und Patchwork-Families.

Den Film habe ich gerade gestern gesehen und schon bei der Vorführung dachte ich über all die anderen Filme nach. Ein wahrer Trend, oder? All diese verschwundene, vergessene, unbekannte Musiker…

Es war eine Pressevorführung dh früh. Die sind immer ziemlich früh, diese Pressevorführungen. Um 13 Uhr gehe aus dem Kino Filmkunst 66 und gehe unter die S-Bahn-Brücke. Jemand spielt Gitarre. Ich gehe zu dem Musiker. Er heisst Leo. Ich frage, ob ich ihn fotografieren darf. Ich erkläre, worüber ich schreiben werde und dass er mit seiner Gitarre einen Abschluss meines Beitrags bilden wird.

OK, sagt er. Kannst schreiben. Ich spiele seit 22 Jahren Gitarre…

Verdammte 20 Jahre.

In Juliet, naked sitzt ein Unidozent mit seiner neuer Arbeitskollegin in der Kantine. Sie sagt, sie glaubt an Kunst, daran, dass die Kunst den Menschen heilt. Er schaut auf die Leute an den Tischen und sagt: die hier… die lassen sich nicht heilen, auch wenn Bob Dylan hier käme und für sie spielte, würden sie den Kopf nicht von ihrem Sudoku heben…

Ich weiss es doch. Ein weltberühmter Geiger spielte letztens unter einer Brücke (In Paris? Ich weiss es nicht). Seine Geige war ein Stradivarius. Er sammelte vielleicht 2 Euro…

Leo

Jom Kippur 5779

Für meine Deutsche Leser ein Link zu einem Beitrag über Meike Weinemuth – sehr interessant.

Mija dziesięć Strasznych Dni Pokuty. Zaczął je Nowy Rok czyli Dzień Sądu, kończy Jom Kipur – Dzień Pojednania. Bóg zakończył osądzanie ludzi, wydał wyroki oraz wybaczył pokutującym winy.

Księga Kapłańska 23:27–30

Dziesiątego dnia tego samego siódmego miesiąca będzie dzień pojednania. Będzie to dla was święte zgromadzenie. Ukorzycie się i złożycie Panu ofiary ogniowe. Żadnej pracy w tym dniu wykonywać nie będziecie, gdyż jest to dzień pojednania, aby pojednać się z Panem, Bogiem waszym.

Maurycy Gottlieb, Żydzi modlący się podczas święta w synagodze (1878)

Stanisław Vinzenz, Tematy żydowskie, rozdział Ofiary w Kołomyi

W miasteczku Pistyń pod Kołomyją wierzono wśród Żydów, że podczas nabożeństwa umarli wstają z cmentarza i biorą udział w Sądnym Dniu, w nocy Sądu Bożego. Niech i dziś będą obecni w sądzie nad światem (…).

Poszedłem na nabożeństwo Sądnego Dnia. Znalazłem fenomen modlitwy tak gorącej, tak przemieniającej, a tak odmiennej u każdego z modlących się, że wszelkie ślady nowoczesnych “wmówień”, jakoby sama modlitwa była tylko jakimś wmówieniem, wyłącznie ułudą czy iluzją, odpadały ze mnie. (…) Wnikając w teksty modłów, przedłożone nam gościnnie w przekładzie niemieckim, słuchając śpiewów i łamiącego się tragicznie głosu starca, przewodnika modlitwy, oglądając twarze starców, lecz także ludzi zupełnie młodych, wyczerpane postem i wysiłkiem nieustannej modlitwy, przesiedzieliśmy razem (…) aż do północy, a następny dzień aż do wieczora (…), a wszyscy modlący się pościli bez przerwy, nawet ci starcy, nawet ci, którzy mdleli z wyczerpania, nie wzięli do ust ani kropli wody.

Ale myli się Vinzenz, bo to co opisał tak pięknie, to nie Dzień Sądu lecz Dzień Pojednania, Jom Kippur – dzień całkowitego postu. Na stronie israel heute (izrael dziś) znajduję informację, kiedy zaczynamy i kiedy kończymy pościć:

Jerusalem – początek (wczoraj) 18:05 koniec (dziś) 19:16
Tel Aviv – początek 18:22 koniec 19:16
Haifa – początek 18:15 koniec 19:17
Beersheva – początek 18:23 koniec 19:17
Eilat – początek 18:11 koniec 19:16

Gmar Chatima Tova

I pamiętajcie, że najlepiej, żeby na kolację były ciasto, owoce i ryba na słodko z bakaliami.

Przypominam sobie, że przed kilkunastu laty, podczas pielgrzymki do Santiago de Compostella, nocowałam tej nocy w czteroosobowym pokoju (na piegrzymce wielka rzadkość!) – były ze mną dwie studentki z Izraela i niemiecki strażak, który czytał Biblię. Była to ostatnia noc pielgrzymki – następnego dnia wieczorem spotkałam się z siostrą na placu przed najpiękniejszą katedrą na świecie katedrą, wzniesioną przez Mistrza Mateusza dla szczątków apostoła Jakuba.

A przy okazji – wiecie, że są co najmniej dwie książki polskie z Jom Kippur w tytule? A ja do dziś o żadnej z nich nie słyszałam. Mylą się więc ci, którzy sądzą, że ja to wszystko czytałam. O nie!

Powieść Wiesława Mandryki-Bukowińskiego nie jest podobno (nie wiem, nie czytałam) powieścią o Żydach lecz o kondycji ludzkiej, nie chodzi w niej o religię lecz o kondycję ludzką.

Natomiast druga książka, Jom Kipur Kazimierza Traciewicza to przede wszystkim powieść o polskich Żydach, a raczej, jak można sądzić z blurba (tej powieści też nie czytałam) o Polakach i Żydach w czasie wojny: Powieść Traciewicza osadzona jest mocno w materii życia i materii historii a ich zrozumienie prowadzi do uznania niejednoznaczności i wielości krańcowych przejawów człowieczeństwa: od heroizmu do podłości, i to tak po stronie polskiej jak i żydowskiej. 

Mam nadzieję, że ten tekścik nie odpowiada jakością książce – przyznaję, że dawno nie czytałam takiego pustosłowia jak to jedno zdanie.

Niebiańska Jerozolima

Pod koniec stycznia 2017 roku przyjechałam do Brna na Morawach, żeby przez kilka dni wziąć udział w Marszu dla Aleppo. Nocowaliśmy na zapleczu lokalnego meczetu. Gdy przyjechałam wszędzie ktoś spał. Szłam powoli z sali do sali, szukając miejsca, gdzie by rozłożyć materacyk. W jakiejś wnęce stał zielony namiot.
– A to co? – zapytałam.
– A – odpowiedziała dziewczyna, która mnie wpuściła – a to… taki jeden. Zawsze śpi w namiocie.

Następnej nocy namiotu nie było, ale nie zwróciłam na to uwagi.

Dopiero w kilka miesięcy później, gdy Marek, występujący na Facebooku jako Tabor Regresywny, odwiedził mnie w Berlinie, dowiedziałam się, że to był jego namiot, i że on wyjechał wtedy, gdy ja właśnie przyjechałam. Mogliśmy się więc spotkać, ale się nie spotkaliśmy. Marek pojawił się w Berlinie, podobnie jak pewna ilość innych osób, których przedtem nie znałam, a które są autorami tekstów, jakie opublikowałam na blogu (tym lub innym). Taka wizyta jest często honorarium za tekst. Na marginesie dodam, że czasem  wizyta przekształca się w trwałą współpracę lub nawet przyjaźń.

Namiot stanowi nieodłączną część taboru regresywnego, to znaczy coraz bardziej samowystarczalnego, samo-redukującego-się zespołu do przemieszczania się w przestrzeni. Tabor podczas marszu był wózeczkiem, na którym mieściły się namiot, materac, śpiwór i maszynka do zaparzenia kawy wszędzie, gdziekolwiek by się człowiek nie znalazł.

Foto Ryszard Szpytman, Brno, styczeń 2017

Już poprzedni tekst Marka – przepraszam Autora! –  był lekko szurnięty. Ten jest, myślałby kto, jeszcze bardziej szurnięty :-). A tymczasem ja też znam takie sytuacje, że coś mówię, a to się robi. Samo. 

To co poniżej, opatrzone niezbędnymi wyjaśnieniami w kolorze jasnoszarym, które pochodzą ode mnie czyli adminki, Marek napisał do mnie na messengerze ze dwa tygodnie temu. Nie do końca wiem, czy dobrze zrozumiałam, o co Autorowi chodzi, ale może jak to opublikuję, to „samo się zrozumie“.

Teksty (liczne a krótkie, jak to na messengerze) były pisane z Macedonii.
Zamieszczam też moje odpowiedzi (i też na szaro – jak karpie).

Marek Włodarczyk

Niech się zrobi!

Od kilku lat mam duży problem. Nie chcę go rozwiązywać, chcę go połączyć z innymi dużymi problemami, może same się rozwiążą. Mam na oku dwa. Jeden był bardzo dla mnie odległy. Dziś dowiedziałem się, że mogę go mieć po sąsiedzku. Jestem w miejscowości Demir Kapija w Macedonii, w domu mojego syna. Niedaleko stąd szykują ośrodek dla emigrantów. Podobno mają to być emigranci przysłani z Niemiec. Ludzie mówią, że będą problemy. Nie mówię, że jest mi to na rękę, by nie wywoływać wilka z lasu.

Byłem prezesem Towarzystwa Filozoficzno-Kajakowego TAK im. Kubusia Puchatka (KP). Pływaliśmy z Szelmami z Kościelnej przełomem Nysy Kłodzkiej do Barda, żeglowaliśmy po jeziorze Otmuchowskim, zimą wędrowaliśmy na nartach biegowych. Musiałem rozwiązać TAK im. Kubusia Puchatka. Powodów było wiele, ale ja użyłem jednego. Koncern Disneya kupił od Brytyjskiego Towarzystwa Literackiego prawa do wizerunku Kubusia Puchatka i jego przyjaciół, po czym od razu zakazał ich używania, by nabrały wartości jako gadżety reklamowe.

Trzy lata temu kolega zauważył, że mija 18 lat od powstania TAK i można by zorganizować jakieś obchody. Spodobało mi się to i “zarządziłem”, niech się same zorganizują. Mam pewne przesłanki, by domniemywać, że CMFA (Civil March for Aleppo) był elementem tych obchodów.

Jakie to są przesłanki? Jakiś czas po tym Henia (Królowa Madagaskaru – sklep z kawą) powiedziała, że poszłaby pieszo do Syrii na znak protestu. Stwierdziłem, że tak nie można, skoro się powiedziało, to trzeba iść. ALE rozsądnie, w kierunku Syrii chodźmy do najbliższego kosza na śmieci. I poszliśmy – Henia, Mieciu i ja. Każdy podniósł jeden papierek i wrzucił do kosza. Na drugi dzień Mieciu napisał o tym artykuł, który się ukazał. Nie mogę wykluczyć, że te zdarzenia stanowią prehistorię CFMA . Pod zdjęciem mojego wozu w stanie chaosu, zrobionym podczas marszu przez Ryśka Szpytmana, jest wpis Heni: “Marek, Ty zdrajco, mieliśmy iść razem.“

ALE jest jeszcze coś.

Z okazji 18 rocznicy urodzin TAK im. KP jako prezes poczułem, że powinienem odkupić od koncernu Disneya prawa do wizerunku KP.

A tak naprawdę chodzi mi o inny sposób “czynienia ziemi sobie poddaną”. Myślę, że było to w jakiś sposób udziałem CFMA. Nie był spektakularnego wejścia do Aleppo. ALE tak się złożyło, że wraz z marszem sytuacja w Aleppo się normalizowala – to złe słowo, ale to właściwe mi umyka. Marsz miał trzy cechy działania o które mi chodzi. Intencję, marsz i zaniechanie. Według mnie potencjał marszu jest niewyobrażalny. (No jasne – przecież mamy dostać Nobla!)

Kiedyś napisałem na FB: “przyjmę każdą ilość uchodźców na czas niczym nieograniczony.” Oczywiście nikt się nie zgłosił. Od półtora roku spotykam się ze Ziadem Abu Salechem, Syryjczykiem, od 30 lat w Polsce, socjologiem, zajmującym się uchodźcami i dialogiem międzykulturowym.

Wierzę w to, co napisałem na FB i by być wiernym sobie, powinienem tę ofertę powtórzyć, wyjeżdżając taborem do ośrodków emigrantów. Załóżmy, że oferta nie jest niepoważna, załóżmy, że będą zainteresowani. Czy mam szansę na taki eksperyment? Czy mam szansę na poważną rozmowę z władzami, które będą o tym decydowały?

Ciekawe pytanie! Zakładam, że to może zależeć od władz lokalnych, ale zakładam też, że być może przed wyborami władze lokalne nie chciałby ryzykować, a z kolei po wyborach może się okazać, że władze lokalne już niczego nie zrobią wbrew temu, co zostało zarządzone na górze.

A ja bym chciał spróbować na terenie Niemiec.

No kolego, czyli co – ktoś z nas ma to zrobić? Ania i Thomas to zrobili. I wielu innych moich przyjaciół. Dali takim ludziom miejsce do bycia (a nie tylko do spania), pomogli im przetrwać czasy ciężkiej zapaści biurokratycznej i znaleźć własny sposób na nowe życie w nowym miejscu. Ale – i to jest bardzo ważne! – byli w tym wspierani przez państwo niemieckie. Po pierwszych dniach, gdy ich podopieczni zostali zarejestrowani, zaczęli otrzymywać od państwa zapomogę na życie i na kursy języka i zawodu.

To już tu zostało wypróbowane… Zanim zaczniesz wyważać otwarte drzwi, spotkaj się z Anią i Thomasem i zapytaj, jak to jest i jak było?

Moim zdaniem próba jest interesująca tylko na terenie Poski, bo w Polsce panuje w kwestii pomocy dla uciekinierów albo totalna negacja, albo obojętność, albo wolna amerykanka czyli walka karnawału z postem

Mam na myśli co innego. Coś niebywale prostego w wykonaniu i niebywale trudnego do przyjęcia. No i oczywiście to ja muszę to zrobić, a nie dawać przepis innym… Jak pisałem, że chcę honorarium odebrać osobiście, to nie miałem na myśli wizyty u Ciebie, tylko przyjazd do Berlina taborem regresywnym. Ograniczylem się jednak do piecyka do parzenia kawy, a i tego nie udało mi się rozłożyć. Chociaż nie – na festynie polonijnym pokazałem ten piecyk dwóm facetom. Bardzo się cieszyli.

Jeśli chcesz robic jakieś „taborowe“ zaklinanie rzeczywistości, to nie mogę się na ten temat wypowiadać. To ty i twoje zadania życiowe.

Też tak to widzę.

Ale mogę na blogu opublikować wpis o taborze i jego zaklęciach.

Może o to tak naprawdę mi chodziło. Często sprawy potrzebują akuszerek. Oddaję sprawę w Twoje ręce.

Ale chyba musisz nam (mnie i Czytelnikom) jednak trochę wyjaśnić. Nie tylko CO, ale również JAK tabor zaklina rzeczywistość?

Za tym stoi pewna Fizyka, rozumiana jako odpowiedź na pytanie – co istnieje? Symbolem tej Fizyki jest kostka, którą u Ciebie zostawiłem (o kostce u mnie – za chwilę).

Stoi za tym cała historia dochodzenia do “innego sposobu czynienia ziemi sobie poddaną”. Chyba Ci opowiadałem o zdarzeniu z jabłkiem. Ale powtórzę. Wracaliśmy z Basią (żona) zmęczeni włóczęgą po górach. Przy drodze stała jabłoń bez liści i wysoko jedno jabłko. Basia mówi – zjadłabym to jabłko. Nie chciało mi się robić żadnych wysiłków i mówię – to niech spadnie. I spadło. Basia mówi – ty to potrafisz, a ja na to – co to dla mnie. Oczywiście przez wiele lat funkcjonowało to jako opowieść. Dziś nazywam to zdarzeniem możliwym (jabłka spadają, nie ma w tym nic nadzwyczajnego), ale mało prawdopodobnym. Na tym przykładzie spróbuję odpowiedzieć na Twoje pytanie. Była intencja, było zaniechanie (tym, że jabłko spadło, byłem równie zaskoczony jak Basia). Ważne jest, że kobieta kazała mi zrobić coś. Ważne i bardzo trudne jest nie oczekiwać skutku. Tę “moją Fizykę” nazywam fizyką zdarzeń jednorazowych. Jest to bardziej zabawa niż poważne działanie. A jest jeszcze jedna sprawa. Uzurpacja. Jak mówiłem „co to dla mnie“, to bezczelnie przypisywalem sobie skutek.

Ostatnio prowadziłem szkolenie żeglarskie dla franciszkanów. To była lipa nie szkolenie, ale za to piękna konferencja teologiczna o dużym współczynniku bankietowości. Pewnego dnia płynęliśmy między tu a tam. Wiatr w mordę i jeszcze kręcił. W końcu nie można się było połapać. Na migi pokazałem braciszkom, żeby puścili ster i żagle. Łódka powoli obróciła się sama dookoła, a my gadaliśmy, i wtedy przyszedł piękny wiatr z baksztagu. Franciszkanie cieszyli się jak dzieci.

Z tej kostki potrafię wyprowadzić relatywistyczne prawo dodawania prędkości i zreinterpretować mechanikę kwantową. Napisałem kiedyś artykuł pt. „Optyka kwantowa w klasie kucharzy małej gastronomii“. Żartuję sobie, że trafiłem na coś, co dodało mi odwagi w myśleniu, że jednak mamy (a przynajmniej nasza podświadomość) wpływ na to, co się dzieje, a wręcz kreujemy świat. Niesamowite.

KONIEC

To jest owa kostka. Sześcian o wymiarach 6 x 6 x 6 centymetrów, wykonany z deszczułek o grubości 7 milimetrów, czyli dość grubych. Kostka jest otwieranym pudełkiem, wieczko jest umocowane na zawiaskach i zamykane na mały metalowy zameczek, w którym kulista główka wchodzi w mały otworek. W środku znajdują się bardzo praktyczne i poręczne przybory do szycia (wciąż ich używam).

Trzy ścianki kostki są pomalowane na żółto, trzy na zielono, obramowanie jest białe i czarne, narożniki czerwone i niebieskie. Całość wygląda jak przedmiot wykonany podczas lekcji prac ręcznych i, jak na taki przedmiot, jest wykonana bardzo starannie. To jak sądzę produkt ready made w stylu Duchampa.

Do kostki przynależy niebieska kartka z opisem przedmiotu i informacją.

A położenie miasta onego jest czworograniaste,
a długość jego taka jest jak i szerokość.
I pomierzył miasto ono trzciną
na dwanaście tysięcy stajań; a długość i szerokość,
i wysokość jego są równe.
Apocalypsis 21.16

Marek Włodarczak (tak, gdzieś jest błąd i nie wiem, czy Włodarczyk i Włodarczak to pomyłka), “Złota Jerozolima”, 38 x 54, rys 3D, technika własna
Wyróżnienie

Przywłaszczyłam sobie tę kostkę, bo Marek pakując plecak przed wyjazdem z Berlina, trzymając ją w ręku, powiedział, że chce mi coś dać w podziękowaniu za gościnę. Wyciągnęłam rękę i wzięłam od niego tę kostkę, a wtedy się okazało, że to nie to miało być, że TO to dzieło sztuki filozoficznej, że dostało nagrodę i że jest czymś w rodzaju magicznego wahadła jak na obrazie Piera della Franceski. I że to niebiańska Jerozolima.

Pala Montefeltero: Piero della Francesca, Madonna ze śpiącym dzieciątkiem w otoczeniu świętych, 1472 Pinacoteca di Brera. Klęczący mężczyzna w zbroi to Montefeltero, zleceniodawca. Znamy go dobrze ze słynnego podwójnego portretu z żoną.

Natychmiast spróbowałam oddać Markowi jego skarb, ale uparł się, że nie – że skoro zawładnęłam kostką, to znaczy że jest moja.

Parszywa historia, ale może kiedyś uda mi się oddać Dzieło Artyście.

PS. Jerozolima jest kolista. To Rzym był kwadratowy. Tak mnie pouczali mądrzy. Ale Apokalipsa…

Wahadła są z reguły zakończone przedmiotem o kształcie jaja. W Berlinie przedmiot taki wisi w krematorium. Jest piękny. Kostka jest sześcienna i na rysunku tkwi w środku jaja. To na pewno ma znaczenie.

To mi przypomina wiersze pewnego nieżyjącego już Poety z Łobezu, Leona Zdanowicza, w których najpierw centralnym motywem była kura, potem jej miejsce zajęła Madonna, a potem… kostka… Pisałam już o tej kostce i wrócę do niej przy najbliższej okazji…