Zapomniałam o śmierci Emily Davison. Umarła w czerwcu, w ubiegłym roku minęło sto lat od jej śmierci. Przypomniałam sobie dopiero dziś, bo mamy pracować wspólnie z K. nad pytaniem czy mózg ma płeć? Ja uznałam i napisałam, że nie, bo miałam na myśli mózg, a nie historię emancypacji. Tymczasem to świetne pytanie odnosiło się do historii myśli feministycznej, a odpowiedź wydała mi się, no cóż, nieciekawa, bo zbyt dobrze znana. Od co najmniej stu lat kobiety próbują uzasadnić, że są równe, a może nawet lepsze, a naukowcy od co najmniej 50 lat bardzo poważnie traktują historię tych wysiłków. Tylko, jak to u pracowników oficjalnej nauki – wszystko ma być obiektywne, równorzędnie potraktowane, wyzbyte emocji – od emocji są dziennikarze, a nie naukowcy. Już nawet wykład – zaprezentowany na foliach szarych z ciembnobrązowym tłlem dla czarnego tekstu – zieje niepokonywalną nudą. Mój mózg wyłącza się i zamiast przyswajać czarną wiedzę z ciemnobrązowego tła na szarej folii, przypomina sobie, jakie to było fascynujące, dobijać się jako kobieta o swoje prawa, ile w tym było spermy, potu, krwi i śliny, ile miłości, rozpaczy, zawziętości, zdolności ponoszenia ofiar.
Sarah „Saartjie“ Baartman (* 1789 w Południowej Afryce; †29 grudnia 1815 roku w Paryżu), kobieta z plemienia Khoikhoi, potocznie zwanego Hotentotami, zbudowana w sposób typowy dla swojej grupy etnicznej – miała m.in. bardzo wydatne pośladki. W roku 1810 została jako młoda kobieta sprowadzona do Europy, gdzie wystawiano ją w ludzkim zoo na całym kontynencie. We Francji i Anglii zyskała wielką popularność i przeszła do historii jako Wenus Hotentocka (Hottentot Venus, Vénus hottentote). Również po śmierci służyła jako obiekt do oglądania, bo została spreparowana i po części zakonserwowana.
Ci, którzy mnie znają od dawna, wiedzą, że lubię koty, czerwone sukienki i irysy. Wielokrotnie dawałam temu wyraz tu na blogu. Sukienki były całkiem niedawno, dziś kolej na irysy. Irysy w nowej wersji – nie jako pojedynczy kwiat lub bukiet, lecz jako pole.
To stary motyw w historii sztuki. Sprawdzam, czy już tu pokazywałam ten najstarszy znany obraz, przedstawiający księcia, który idzie przez pole irysów. Okazuje się, że przez 11 lat ani razu nie zająknęłam się o księciu, a teraz jak go szukałam, zorientowałam się, że w literaturze niemieckiej nazywa się go Księciem lilii (Lilienprinz) a nie Księciem irysów.
Z tym freskiem jest całe morzez zgryzot. Ale zacznijmy od pozytywów. To jedno z najwspanialszych malowideł ściennych z pałacu króla Minosa w Knossos. Klasyfikację młodzieńca jako księcia lub ewentualnie kapłana zaproponował odkrywca Knossos, brytyjski archeolog Arthur Evans (1851–1941). Pałac pochodzi z epoki brązu i jest klasycznym wręcz przykładem sztuki minojskiej. Książę ma na głowie koronę z piór, a przyodziewa go tylko opaska na biodrach. Evans przypuszczał, że książę prowadzi na smyczy jakieś mistyczne zwierzę, gryfa albo smoka, tak jak księżniczka z obrazu Ucella, którą niedawno przypominałam. Ale tak naprawdę nic więcej nie wiemy i nauka nie zidentyfikowała żadnego zwierzęcia mistycznego. Wprawdzie wedle legendy żył tu Minotaur, czyli człowiek z głową byka, a zabił go Tezeusz, ale o Minotaurze też nic pewnego nie da się powiedzieć, poza tym, że jego kult przetrwał do dziś w postaci corridy. Obecnie naukowcy podejrzewają, że wizerunek księcia w ogóle nie jest autentyczny i rekonstruktor fresku, Emile Gilliéron, kierując się sugestiami Evansa, nieudolnie skleił go z kilku innych fragmentów. Poza tym wcale nie jest pewne, czy to aby na pewno książę, i jest to problem zarówno historyczny – nie wiadomo kto – jak i genderowy, bo być może to wcale nie jest książę, tylko księżniczka (bardzo jest biała, za biała na chłopaka). No i wreszcie nie jest pewne czy to lilie czy irysy, bo książę jako się rzekło, w różnych językach apaceruje wśród różnych kwiatów. Być może Gilliéron, skoro był Francuzem, domalował jednak stylizowane lilie burbońskie.
Ciekawe jest to “pomięszanie” pojęć, bo lilia i irys to dwie zupełnie inne rośliny, lilia (ta po prawej) wyrasta z cebuli, irys z kłączy. Każdy w kwiaciarni bez trudu odróżni białą lub kolorową lilię od białego lub kolorowego irysa. A jednak w języku symbolicznym lilia i irys to często jedna i ta sama roślina. Albo jeszcze prościej – białe kwiaty to lilia, niebieskie – to irys. Kwiaty w Knosos są niebieskie. No, w każdym razie nie są białe i mają niebieskie liście. A zatem irysy.
Ale wpiszcie w google Knossos lilie lub też Knossos irysy, a zobaczycie – wcale nie wiadomo, co to za rośliny.
Więc nie książę, nie pole i nie irysów.
Inne pola irysów, które znalazłam, są już znacznie prostsze.
To są więc iris fields forever: Claude Monet, Vincent van Gogh, Timothy Easton i jeszcze dwa razy van Gogh
Dnie się robią coraz cieplejsze, ci co mają ogrody, na pewno już pracują, teraz przyszła pora na nas, właścicieli balkonów.
Dzieci chcą, żeby rodzice byli tacy jak rodzice innych dzieci. Mnie się nie podobało, że Mama nie wysiaduje z innymi mamami na ławeczce za domem. Mój syn uważał, że mama sąsiada znacznie lepiej gotuje niż ja. Na pewno jest tak, że nawet gdy społeczny konwenans akurat wspiera oryginalną indywidualność, to i tak dzieci będą wymagały od rodziców, by byli oni indywidualni dokładnie tak samo jak rodzice kolegów i koleżanek. “Wszyscy jesteście indywidualistami”, woła Brian z Życia Briana. “Wszyscy jesteśmy indywidualistami”, odkrzykuje tłum. I tylko jeden człowieczek odważa się podnieść palec, jak uczeń zgłaszający się do odpowiedzi, i zapiszczeć, że nie, on nie. Wszystko odróżniało Mamę od innych matek. Była dziwna. Była artystką, ubierała się na czarno, miała brudne ręce, gotowała dziwne rzeczy albo nie gotowała wcale, przyjaźniła się z dziwnymi ludźmi, słuchała dziwnej muzyki, jakiej nikt nie słuchał. Spała do trzeciej po południu. Pracowała w nocy. To o niej ta piosenka, idzie niebo ciemną nocą, ma w fartuszku pełno gwiazd…
Hella Moja (16. Januar 1892 in Königsberg; † 15. Januar 1937 in Berlin) war eine deutsche Schauspielerin, Filmproduzentin und Drehbuchautorin polnischer Abstammung.
Geheimnisse
Sie ist eine geheimnisvolle Persönlichkeit gewesen, von der, obwohl zeitlang sehr berühmt, nichts sicher ist. Sowohl ihr Geburtsort, -datum und -name als vor allem ihr Todesdatum varieren in verschiedenen Quellen.
Niedawno pojawł się to na blogu wpis o kobietach w czarnych sukniach. Spodobał się Wam. Było dużo miłych reakcji, a Christine Ziegler przysłała mi dwa moje zdjęcia w czerwonych sukniach (dziękuję, Krysia!).
I tak się złożyło, że właśnie wczoraj przygotowałyśmy obie, Krysia Koziewicz i ja, zaproszenie do Polskiej Kafejki Językowej o, tak, o Krystynach w czerwonych sukniach.
Na tych zdjęciach to ja, Ewa. Pierwsza fota została zrobiona przez Christine Ziegler, druga pochodzi z filmu “Legenda Zygmunta Blask”, reżyseria Jemek Jemowit, kamera – Krzysztof Honowski; trzecie zdjęcie zrobiła Krystyna Koziewicz 24 lutego, podczas wernisażu prac powarsztatowych projektu Polkopedia w Regenbogenfabrik.
Ewa Maria Slaska, Berlin & Mirosław Makiewicz, Szczecin
Ze Szczecina przyszła taka maleńka i bardzo celna mowa pożegnalna. Napisał ją Mirek Makiewicz, wieloletni przyjaciel Folkera i Anne, ale też nasz, Eli Kargol, Krysi Koziewicz i mój.
Człowiek wielkiego serca i wielkich zasług. Najbliżsi zawsze mogli na niego liczyć. W trudnych czasach zdobył niezbędne wykształcenie. Wkrótce założył rodzinę i wychował dwoje dzieci. Doczekał się trzech wnuków (czwarty, Odo, przyszedł na świat w dwa dni po jego śmierci), które wszystkie tu są z nami i żegnają zmarłego. Przez wiele lat pracował na Wolnym Uniwersytecie, gdzie przeszedł wszystkie szczeble awansu zawodowego. Wierny członek i wyborca SPD. Na emeryturze przez wiele lat czynnie zaangażowany w towarzystwie Partnerstwo Miast Szczecin – Kreuzberg/Friedrichshain, gdzie perfekcyjnie pełnił funkcję skarbnika. Nigdy nie odmawiał pomocy potrzebującym. Wiele osób właśnie jemu zawdzięcza swoje osiągnięcia i sukcesy.
Ja też. Pisałam już o tym. To dzięki niemu, Anne i Wolfgangowi Hahnowi zorganizowaliśmy w roku 2015 tu, na tym cmentarzu wystawę o polskich grobach w Berlinie i niemieckich w Szczecinie, a potem wydaliśmy książkę, zatytułowaną Ich bin nicht tot / Nie umarłem. Pozwoliłam sobie przynieść tu kilka egzemplarzy tej książki. To publikacja po polsku i po niemiecku. Może kogoś zainteresuje. Jeśli tak, to proszę sobie wziąć egzemplarz.
To taki mój mały gest dziękczynny w stosunku do Folkera. Dziękuję Folker i pamiętaj, nie umarłeś!
Przyjemnej lektury.
Aus Stettin kam eine kleine und sehr treffende Abschiedsrede. Sie wurde von Mirosław Makiewicz geschrieben, einem langjährigen Freund von Folker und Anne, aber auch von uns, Ela Kargol, Krysia Koziewicz und mir.
Er war ein Mann mit großem Herzen und großen Verdiensten. Die Menschen, die ihm am nächsten standen, konnten sich immer auf ihn verlassen. In schwierigen Zeiten erwarb er die notwendige Bildung. Er gründete bald eine Familie und zog zwei Kinder groß. Er erlebte drei Enkelkinder (das vierte, Odo, wurde zwei Tage nach seinem Tod geboren), die alle hier bei uns sind, um von dem Verstorbenen Abschied zu nehmen. Er war viele Jahre lang an der Freien Universität tätig, wo er alle Stufen der beruflichen Beförderung durchlief. Er war ein treues Mitglied und Wähler der SPD. Im Ruhestand engagierte er sich viele Jahre aktiv in der Städtepartnerschaft Stettin-Kreuzberg/Friedrichshain, der er als Schatzmeister hervorragend diente. Immer hat er Bedürftigen geholfen. Viele Menschen verdanken ihm ihre Leistungen und Erfolge.
So auch ich. Darüber habe ich bereits geschrieben. Ihm, Anne und Wolfgang Hahn ist es zu verdanken, dass wir 2015 hier auf diesem Friedhof eine Ausstellung über polnische Gräber in Berlin und deutsche Gräber in Stettin organisiert und später ein Buch mit dem Titel Ich bin nicht tot/ Nie umarłem veröffentlicht haben. Ich habe mir erlaubt, ein paar Exemplare dieses Buches hierher zu bringen. Es ist eine Veröffentlichung in polnischer und deutscher Sprache. Vielleicht wird es jemanden interessieren. Wenn ja, nehmen Sie bitte ein Exemplar und lest es.
Er wird es mit Euch mitlesen. Danke Folker. Und wir glauben Dir, Du bist nicht tot.
Było tak, pewnej nocy śnił mi się uporczywie pewien sen – uporczywie, tak jak to bywa niekiedy ze snami, rozwiązywałam wciąż od nowa to samo zadanie – miałam zrobić kolaż na temat słynnej Polki w czarnej sukni. Myślę, że to była reminiscencja przeprowadzonych 20 stycznia warsztatów, mających wzbogacić Polkopedię… hola, stop, bo mi główny temat ucieknie. No więc kolaż na temat tej kobiety, o której nic nie wiedziałam, tylko ta czarna suknia, długa, ozdobna, obfita, sugerująca, że chodzi o portret z XIX wieku. We śnie usiłowałam się dowiedzieć, kto namalował tę kobietę, czy Rodakowski?
Przyszła wczoraj pocztą. Książka z bloga! Nawet nie wiecie, jaka to radość dla adminki, jak się takie dzieła ukazują. Było ich już kilka, czasem o nich tu pisałam, kto chce, niech sobie poszuka, a ja tymczasem zajmę się moim kolejnym dzieckiem. Oczywiście, to nie moje dziecko, to Zbych Milewicz napisał tę książkę, ale, jak słusznie zauważył w dedykacji, to ja byłam akuszerką tego dziecka.
Bułki, bo u autora często zdarza się, że wszyscy coś jedzą, coś przeżuwają, coś mamlą. Często są to bułki. Po bułki się też wstaje rano i idzie.
Turecki Don Kichot, przysłany z urlopu przez Monikę Wrzosek-Müller
Ale jednak, nie ma co, zacznijmy od początku.
Są takie dni, że nie chce mi się ani pisać, ani czytać. Nie chce mi się oglądać filmów, rozwiązywać trudnych sudoku, ani nawet iść na spacer. Stan “nie chce mi się” doprowadza do tego, że staję przed regałami i szukam książki zapomnianej lub przegapionej. W stanie “nie chce mi się” tylko takie rzeczy dają się czytać. Zapomniane, zakurzone. Tak kilka dni temu wpadł mi w ręce Kijowski. Andrzej Kijowski, Bolesne przypomnienia, zbiór felietonów z Tygodnika Powszechnego z wczesnych lat 70. Wczesne lata 70, czyli lata mojej młodości, ostatnio mi często towarzyszą, a w literaturze i szerzej sztuce spoglądam na nie ze zdumieniem, bo najczęściej autorzy z tamtych czasów nie piszą, nawet nie wspominają mimochodem o tym, że człowiek wylądował na Księżycu. Ostatnio coraz bardziej mnie to zdumiewa.
Czy Kijowski pisał o lądowaniu na Księżycu jeszcze nie wiem, bo dopiero zaczęłam czytać, ale na pewno od razu w pierwszym felietonie jest don Kichot i to nie jako jakiś strzępek metafory, nie – jest jako pełnogęby pan ostatniego akapitu i autorskiej puenty.