Rok reformacji

Elżbieta Kargol

Luter i luteranie w Szczecinie

W tym roku mija 500 lat od wydarzenia, które zapoczątkowało reformację. Zakonnik zgromadzenia świętego Augustyna, wtedy już doktor Pisma Świętego, Martin Luter ogłosił 95 tez, krytykujących naganne praktyki części ówczesnego kleru. Tezy te, jak głosi podanie, miały zostać przybite do drzwi Katedry Zamkowej w Wittenberdze.

W konsekwencji odważnego wystąpienia Martina Lutra powstaje kościół ewangelicki, niezależny od Stolicy Apostolskiej. Święto reformacji obchodzone jest w tym roku szczególnie uroczyście ze względu na tę doniosłą rocznicę.

Również ewangelicy w Polsce dołączają się aktywnie do obchodów. W porównaniu do katolików jest ich stosunkowo mało, mogą jednak z dumą spoglądać na bogatą tradycję.

W Księstwie Pomorskim protestantyzm wprowadzono oficjalnie w 1534 roku, podczas sejmu w Trzebiatowie. Mieszczanie Księstwa, a zwłaszcza Szczecina na przełomie XV i XVI wieku byli nieufni wobec duchowieństwa. Dlatego z uwagą śledzili wieści o rozpowszechniającej się w Niemczech reformacji.

Luter w Szczecinie nigdy nie był, ale wysłał na teren ówczesnego Księstwa Pomorskiego swoich kaznodziei.

Na czele Kościoła luterańskiego stanął panujący książę, Jerzy I Pomorski, potem jego syn Filip I – w myśli ówczesnej zasady „cuius regio, eius religio”. W początkach reformacji administracją kościoła w Szczecinie zajmowali się jego twórcy: Paweł von Rode, Jan Bugenhagen, Amandus i inni. Von Rode głosił nową religię często w porcie, pod gołym niebem, niedaleko kościoła przyszpitalnego św. Gertrudy.

Właśnie ten kościół, dzisiaj już pod wezwaniem Świętej Trójcy, z okazji obchodów roku reformacji zaoferował zainteresowanym dni otwarte – 16 i 17 września.

Neogotycki kościół zbudowany został w 1896 na Łasztowni w Szczecinie na miejscu istniejącego tu już od XIII wieku gotyckiego kościoła przyszpitalnego, wtedy jeszcze pod wezwaniem Świętej Gertrudy. Zaprojektowany został przez Wilhelma Meyera-Szwartau, przedwojennego architekta miejskiego, tego samego, który zaprojektował słynny szczeciński Cmentarz Centralny.

Po wojnie kościół kilkakrotnie zmieniał właścicieli. Budynek został przekazany w 1959 roku parafii ewangelicko-augsburskiej, choć już zaraz po roku 1945 był miejscem, gdzie – nie zawsze za zgodą ówczesnych władz – odbywały się nabożeństwa protestanckie. W 1960 roku kościół otrzymał nazwę Świętej Trójcy.

Główny ołtarz w prezbiterium zdobi obraz Henryka Osten Ostachiewicza (powstańca warszawskiego) – „Chrystus w Getsemane

Przy kościele dobudowano w roku 1995 dom parafialny im. Dietricha Bonhoeffera.

Pastor Bonhoeffer był ewangelickim pastorem, wybitnym teologiem, zaangażowanym przeciwnikiem reżimu hitlerowskiego. W podszczecińskim wówczas Finkenwalde (obecnie Szczecin-Zdroje) prowadził półlegalne seminarium kształcące duchownych dla Kościoła Wyznającego (Bekennende Kirche), wspólnoty opozycyjnej w stosunku do oficjalnego Niemieckiego Kościoła Ewangelickiego.

W tej chwili znajduje sie tam Międzynarodowe Centrum Spotkań i Studiów im. Dietricha Bonhoeffera, któremu, podobnie jak Domowi jego imienia w Szczecinie, z braku funduszy grozi zamknięcie.

Proboszczem Parafii Ewangelicko-Augsburskiej Świętej Trójcy w Szczecinie jest obecnie pastor Sławomir Sikora, przyjaciel naszego Stowarzyszenia, który wraz ze swoją żoną Izabelą, diakonką, jest bardzo zaangażowany w codzienne życie parafii. Pełni funkcję przewodniczącego Szczecińskiego Oddziału Polskiej Rady Ekumenicznej oraz jest organizatorem Biegów Charytatywnych w Szczecinie. Maratończyk z rekordem życiowym 3:26:51.

Oto maratończyk
Na mecie triumfalnie podnosi ręce.
Nieważne z jakim czasem, zwyciężył.
Medal na szyję. Gratulacje.
Czas wracać do domu.
Jakiś nieznajomy uśmiecha się,
życzliwie i z szacunkiem.
Oto maratończyk…

Tak zaczyna się jeden z wierszy pastora poety zamieszczonego w tomiku Myśli w biegu.

17 września nabożeństwo, na które docieramy z kilkuminutowym opóźnieniem, jest bardzo uroczyste, pastor nawiązuje w kazaniu do przypowieści z Ewangelii św. Marka o trędowatym, a tym samym do historii kościoła, który wtedy w XIII wieku był za murami miasta przy porcie i jako kościół przyszpitalny był miejscem skupiającym wielu chorych, i tych wszystkich przybyszów, których obowiązywała kwarantanna. Nabożeństwu towarzyszą podniosłe pieśni ewangelickie w wykonaniu chóru Concordia ze Zgierza.

Luter powiedział: „muzyce wyznaczam najwyższe miejsce i najwyższe zaszczyty – tuż za teologią. Nie zmieniłbym tej odrobiny wiedzy o muzyce na żadne wspaniałości.”

A Magdalena Cieślar solistka i kameralistka w rozmowie o muzycznym credo reformacji mówi o Lutrze jako o prekursorze feminizmu:

Dzięki reformatorowi, możliwość uczestniczenia w kościelnym życiu muzycznym zrewolucjonizowała wszystko. Śpiewać mogli wszyscy bez względu na płeć. Pokusiłabym się o żartobliwe stwierdzenie, że Luter był prekursorem feminizmu, a nawet tak modnego i dziś wszystkich emocjonującego gender. Powstawały pieśni wielogłosowe, wzbogacone ze skarbca muzyki ludowej. Śpiewano w języku ojczystym, przez co intensywniej uczono się czytać, aby potem swobodnie wspólnie muzykować. To właśnie Marcin Luter sprawił, że obecny chrześcijański świat chyba już nie wyobraża sobie egzystencji bez czynnego udziału w kościelnym muzykowaniu.

Po nabożeństwie i krótkim zwiedzeniu kościoła (to bardziej szczegółowe było dzień wcześniej) wyruszamy w kierunku portu.

Mamy podwójne szczęście, jest piękna pogoda, a towarzyszy nam bardzo kompetentny i zaangażowany w życie społeczne Szczecina przewodnik Ryszard Kotla autor monografii o szczecińskim porcie.

Port jeden z najstarszych w Europie, według słów przewodnika działa nieprzerwanie od VIII wieku, oddalony wprawdzie od morza około 70 km, ale mogą do niego zawijać statki transatlantyckie o dużej pojemności.

Jest z nami pastorka pani Izabela Sikora – pytam ją o kościół i o ewangelików szczecińskich.

Przed wojną parafia liczyła ok. 10 000 osób, była jedną z 15 parafii ewangelickich w Szczecinie. Teraz liczy 430 osób. Posiada filiały w Trzebiatowie oraz w Kłodzinie, dwa razy w miesiącu organizuje nabożeństwa w języku niemieckim. Jest jedną z dwóch parafii ewangelickich w Województwie Zachodniopomorskim.

Dwa lata temu na Święto Reformacji ks. Sławomir Sikora w swoim kazaniu mówił:

Reformacja jest początkiem. Początkiem czegoś wielkiego i ważnego, sięgającego krańce ziemi, początkiem tego, co trwa do dziś. Luteranie i inni protestanci odwołujący się do wystąpień Lutra to ludzie, którzy zmieniają oblicze ziemi… Reformacja to nie tylko Luter, choć to jego tezy przyjęto za początek. Byli poruszeni Słowem i przed Lutrem, jak chociażby Jan Hus, którego 600 rocznicę męczeńskiej śmierci w tym roku obchodzimy. Również w XVI wieku za Lutrem poszło wielu, to był ruch pobudzonych Słowem serc, a nie dzieło czynione przez jednego człowieka.
Reformacja – tworzenie, kształtowanie czegoś od nowa, metanoia (łac. conversio) odnowienie umysłu jest początkiem…

Miesiąc temu w Kalwarii Zebrzydowskiej

Elżbieta Kargol

Wakacyjne podróże

Pakuję do plecaka kilka zerwanych w Lachowicach ziół: miętę, wrotycz, nawłoć i dziurawiec. Wiążę gumką, bo nie mam lipowego łyka. Przyzwalam na to, że się poduszą, połamią i zwiędną, ale nie o to przecież chodzi, swojej mocy nie stracą. Dziś 15 sierpnia: święto Matki Boskiej Zielnej, w kalendarzu kościoła katolickiego jest dniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny, w kościołach wschodnich to święto obchodzone jest dwa tygodnie później i ma inną nazwę: Zaśnięcia Bogurodzicy.

Pamiętam jak babcia, osoba głęboko wierząca, opowiadała mi, jak to po śmierci Marii apostołowie nie znaleźli w jej grobie ciała, tylko same kwiaty, zioła i kłosy zbóż. Od babci też wiem, że w tym zielnym bukiecie, przygotowanym do poświęcenia, nie powinno być roślin pastewnych: wyki, łubinu, koniczyny, lucerny – być może dlatego, że nie jedli ich ludzie.

Te sierpniowe zioła według tradycji po poświęceniu zyskują moc wręcz magiczną. Będą nas chroniły przed burzami piorunami i gradobiciem przed chorobami i wszelkimi innymi nieszczęściami.

Ksiądz wygłaszający kazanie mówi coś o związku Matki Boskiej Zielnej z porami roku, że połowa sierpnia to czas zbiorów, pierwszych dożynek i dlatego w tym dniu święci się kwiaty, zboża, zioła i warzywa.

Nie wspomina nic o pogańskich wierzeniach staropolskich, o Marzannie – Zbożowej Matce, nazwanej przez Jana Długosza Dziewanną, o rzymskiej bogini Dianie, której wniebowzięcie starożytni Rzymianie obchodzili też 15 sierpnia.

Dojeżdżam busem do Suchej Beskidzkiej i wsiadam do pociągu w kierunku Krakowa, pojadę nową wyremontowaną trasą, choć w dalszym ciągu jednym z odgałęzień kolei transwersalnej z 1884 roku łączącej Kraków z Wiedniem, przez prawie 400-metrowy most w Zembrzycach nad Skawą i nad zalewem wodnym w Świnnej Porębie, skąd roztacza się malowniczy widok na sierpniowy Beskid Makowski.

Pociąg wije się zakosami wśród pól i lasów, wzgórz i pagórków, co po chwila gwiżdże i trąbi. Ponieważ dróżki kalwaryjskie są po obu stronach torów, musi często zwalniać przed przejazdami. Z okna widzę i słyszę grupy pątników chcące przejść z jednej strony torów na drugą, od jednej kaplicy do drugiej.

Zbliżamy się do Kalwarii.

Łacińska Calvaria, po hebrajsku Golgota czyli czaszka utożsamiana jest ze wzgórzem w pobliżu Jerozolimy na którym dokonywano egzekucji skazańców.

Na wzniesieniu, według przesłania religii katolickiej, ukrzyżowano Jezusa Chrystusa, który przed śmiercią przeszedł Drogę Męki Pańskiej, niosąc krzyż od pretorium Piłata do miejsca śmierci.

Kalwaria Zebrzydowska, usytuowana jest w malowniczym Pogórzu Makowskim, w kotlinie rzeki Skawinki u stóp góry Żar i Lanckoronskiej Góry. Sanktuarium pasyjno-maryjne w Kalwarii Zebrzydowskiej jest jedną z najstarszych i największych w Europie kalwarii, jako jedyna kalwaria na świecie, wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO, jest miejscem kultu Męki Pańskiej i kultu maryjnego, miejscem świętym nie tylko od święta, które przyciąga wierzących i agnostyków, ciekawskich i pielgrzymów, żebraków, kalekich, zdrowych i chorych, świętych i nieświętych, wszystkich.

Początki sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej sięgają roku 1600. Fundatorem jej był Mikołaj Zebrzydowski potem jego synowie Jan i Michał, a później rodzina Czartoryskich. Mikołaj Zebrzydowski był zafascynowany powstawaniem w Europie średniowiecznych wzorowanych na Jerozolimie przestrzennych sanktuariów pasyjnych zwanych Kalwariami, a ponieważ dostrzegł w swoich dobrach rozpostartych między Lanckoroną a Żarem znaczne podobieństwo do Jerozolimy postanowił upamiętnić stacje Męki Pańskiej.

Pierwszą kaplicą, która powstała według jerozolimskiej kaplicy św Krzyża była kaplica Ukrzyżowania Jezusa, potem zbudowano jego grób, Wzgórze Żarek zamieniło się w Golgotę, wzniesienie przy kaplicy domu Kajfasza stało się górą Syjon, rzeka Skawinka Cedronem.

Mikołaj Zebrzydowski podpisał też specjalny dokument, który uczynił Zakon Braci Mniejszych czyli Bernardynów opiekunami sanktuarium w Kalwarii.

Przed bramą wjazdową na dziedziniec klasztoru przystojni, młodzi Bernardyni na dużym fotobanerze promują swój zakon, zachęcając płeć męską do wstąpienia w ich szeregi.

Dziadkowie moi z kilkuletnim wtedy ojcem i jego starszym i młodszym rodzeństwem wyruszali pieszo z Lachowic w Wielki Czwartek, żeby dojść przez Mucharz na wielkopiątkowe Misterium Męki Pańskiej do Kalwarii. Szli polami miedzami, potokami, często boso lub wymieniając między rodzeństwem jedną parę butów. 

Mnie nigdy takie ekstremalne pielgrzymki nie pociągały. Zresztą nie uczestniczyłam w żadnej. Z dworca kolejowego w Kalwarii Zebrzydowskiej jest dość spory kawałek do przejścia, cały czas pod górę, mnie to wystarczy.

Jest ciepło, wszyscy z bukietami niczym z kwiaciarni, więc na razie nie wyciągam tych moich zeschniętych badyli.

Idę, coraz więcej ludzi, grup, pielgrzymek, turystów i wszędobylskiej, wszechobecnej komercji, jarmarcznej tandety, kiczu, koników bujanych, cukrowej waty i z piernika chaty, obok dewocjonalia rodem z Chin (nie obrażając Chińczyków) przeplatanych pistolecikami,wiatrówkami a zamiast ołowianych żołnierzyków, plastikowe, metalowe, na baterie czołgające się i strzelające. O tempora, o mores! Dzisiaj jest przecież nie tylko odpust Matki Boskiej Kalwaryjskiej, ale też Święto Wojska Polskiego!

Festyn różności i próżności, gdzie nie może zabraknąć Dziadów Kalwaryjskich. To o nich ojciec opowiadał historie mrożące krew w żyłach. Ci żebracy lub często udający żebraków umiejętnie podwijali nogi lub ręce przywiązując w to miejsce kawały surowego krwistego mięsa, czym wzbudzali ogólny strach, żal i litość.

Kalwarię odkryłam i zobaczyłam i przeżyłam dla siebie będąc już w wieku średnim, towarzysząc ojcu w kolejnej jego podróży do sanktuarium. Do dziś przyjeżdżam tu chętnie. Lubię to miejsce, nie irytują mnie tłumy ludzi, ani pomieszanie sacrum i profanum, to przecież element misterium.

 

Z daleka widzę już figury franciszkańskich świętych, którzy pilnują klasztoru, poznaję Świętego Antoniego z lilią w ręce, a na Placu Rajskim wypatruję kolumny ze świętym Franciszkiem. Nie mogę się nigdy doliczyć tych 11 wież, o których opowiadał dziadek, mnie zawsze wychodzi 7 lub 8.

(Jest i Droga św. Jakuba – dopisała Adminka)

Nigdy nie przeszłam całości dróżek Maryjnych i Chrystusowych, choć myślę, że ciągle jeszcze to przede mną. Nie uczestniczyłam w obrzędzie pogrzebu Matki Boskiej ani w Misterium Męki Pańskiej. Zawsze przyjeżdżałam już po fakcie, gdy łotrzy schodzą z Golgoty wesoło śmiejąc się i gawędząc z Jezusem i sprawdzają najnowsze wpisy na smartfonach. 

Następna msza o 13, a więc zdążę się pomodlić przed obrazem Matki Boskiej Kalwaryjskiej, kupić medalik dla wnuczki, wrzucić pieniążek do fontanny Świętego Franciszka, zdążę jeszcze na Golgotę i do pustelni Świętej Heleny i wpiszę tam różne moje prośby.

Do kościoła nie mogę się już dopchać, więc siadam przy jednym z wielu pustych konfesjonałów w podcieniach Placu Rajskiego. Kazanie jest nieciekawe. Może to tylko wina nagłośnienia i bodźców zewnętrznych albo wina bylejakości mojej wiary, która pozwala mi być uczestnikiem i obserwatorem. Relatywizm moralny naciągam do swoich potrzeb i swojego w sumienia, usprawiedliwia mnie on i rozgrzesza i pozwala mi w pełni uczestniczyć w Eucharystii.

W końcu wyciągam moje zioła po przejściach. Tylko te poświęcone nabiorą cudownej mocy. Te mniejsze zasuszę potem w „Księgach Jakubowych“, a z większymi obejdę trzy razy chałupę dookoła i powieszę na drzwiach, żeby strzegły domostwa do kolejnych wakacji, chyba w październiku, w kolejnym miesiącu maryjnym.

Z Kalwarii blisko do Lanckorony, o której śpiewa Grechuta, do Wadowic, do Stryszowa z jego XVII-wiecznym dworem. Ja wracam do Lachowic, by następnego dnia pojechać do dużo mniejszego sanktuarium w dużo większych górach: na Wiktorówki do Matki Boskiej Jaworzyńskiej.

Reblog. Czarodziejskie ogrody 2

Elżbieta Kargol

Pamiętajcie o ogrodach

a konkretnie o ogródkach działkowych w Berlinie. Jest ich wprawdzie jeszcze ponad 70 tysięcy, ale z każdym dniem ich ubywa. Do roku 2025 ma zniknąć 3 tysiące ogrodów z mapy Berlina, a na przeszło 10 tysięcy wydany jest wyrok zabudowy.

Nasza „Kolonia Oeynhausen“,założona w roku 1904, jest jedną z najstarszych w Berlinie. Nie pomogło wygrane referendum, nie pomogły petycje, protesty, demonstracje. Jedyne co wywalczyliśmy: połowa naszych ogródków została, w zamian za to inwestor budowlany Groth będzie budował ciaśniej i wyżej, kolejne “domy z betonu”. Polityka ugięła się znowu pod finansami.

Z poczuciem przegranej, ze smutkiem, z bezsilnością i ze złością musieliśmy przyglądać się, jak spychacze i inne niszczące maszyny położyły kres ponad stuletnim ogrodom i jeszcze starszym drzewom. Groteską dla mnie było wysianie słoneczników na wielkiej mogile po zdewastowanych i opustoszałych parcelach. Mija już drugi rok i na terenie dawnych odebranych nam 150 działek nic się nie dzieje, nawet nie kwitną już słoneczniki. Jak w piosence: „To już jest koniec, nie ma już nic, jesteśmy wolni możemy iść.“ Ale takiej wolności nikt nie chciał.

Dopiero od dwóch lat jesteśmy gospodarzami naszej działki. Mieliśmy to szczęście w nieszczęściu, że nasz ogródek znalazł się, w tej części, której darowano życie. No cóż, niesprawiedliwość dziejowa (ale takich dużo) była dla nas przyjazna. Parcele musieli opuszczać działkowicze z ponad 50 letnim stażem.

Ogrodem zawiaduje dziadek Tomek i króluje tu niepodzielnie i chwała mu za to, bo nikt z nas nie włożyłby tyle serca i pracy w te niecałe 300 metrów kwadratowych zielonej oazy. Ale tylko dzięki Tomkowi ogród jest tym czym jest, pełnym kwiatów, owoców i warzyw, śpiewu ptaków, bzyczenia pszczół i zielonych jaszczurek, choć żadnej prawdziwej zwinki jeszcze nie spotkałam.

Dziadek Tomek zamienił równo przyciętą prosto z katalogu działkę poprzednika w ogród pełen wrażeń i niespodzianek i małej anarchii. Każde zielsko jest tu zielem i ma prawo bytu. Dziadek Tomek uprawia biodynamicznie, nie stosuje chemii. Korzysta z doświadczeń ogrodniczych sióstr Benedyktynek z klasztoru we Fuldzie; przede wszystkim przejął od nich metodę kompostowania.

Wzoruje się na starożytnej technice rolniczej “Trzy siostry”, w której fasola, kukurydza i dynia są uprawiane razem. Siostry pracują wspólnie: kukurydza ma sztywną łodygę, po której pnie się fasola; fasola dostarcza kukurydzy azotu mineralnego; kukurydza i fasola wspólnie zapewniają dyni cień i odpowiednią wilgotność; dynia chroni siostry przed chwastami i erozją gleby.
Około 3,5 tysiąca lat temu technika ta była już powszechnie stosowana w Mezoameryce. Te rośliny były ponoć specjalnym prezentem od Wielkiego Ducha Indian i zostawały pod ochroną trzech bogiń-sióstr, które razem zwano “De-o-ha-ko” (te które nas utrzymują).

Może Wielki Duch spojrzy na nas łaskawie i nasz ogród będzie cieszył następne pokolenia, a wnuki, a może nawet prawnuki będę pokazywać i opowiadać swoim dzieciom: „wiesz, to drzewo zasadził twój pradziadek.“

“Bluszczem ku oknom
Kwiatem w samotność
Poszumem traw
Drzewem co stoi
Uspokojeniem
Wśród tylu spraw

Pamiętajcie o ogrodach
Przecież stamtąd przyszliście
W żar epoki użyczą wam chłodu
Tylko drzewa, tylko liście.”…

Powtórzmy za autorką:

Z poczuciem przegranej, ze smutkiem, z bezsilnością i ze złością musieliśmy przyglądać się, jak spychacze położyły kres ponad stuletnim ogrodom i jeszcze starszym drzewom. Groteską było wysianie słoneczników na wielkiej mogile. Mija już drugi rok i na terenie odebranych działek nic się nie dzieje, nawet nie kwitną już słoneczniki.

Z archiwów rodzinnych

Już dawno Wam mówiłam, żebyście przeszukali archiwa rodzinne… Tym razem Ela  przysłała tekst Taty:

konkurs-ogloszElżbieta Kargol / Stanisław Trzop (1929 – 2016)

 

Pożółkłe kartki

Porządkując dokumenty mojego taty znalazłam jego notatki z początku lat sześćdziesiątych. Na pożółkłych kartkach zeszytu w kratkę są spisane wspomnienia na ogłoszony w roku 1962 konkurs na pamiętniki młodzieży wiejskiej. Wycinek gazety z regulaminem konkursu włożony był między kartki zeszytu. Organizatorzy konkursu zwracają się tam do młodych synów i córek rolników, by opowiedzieli o swoich kolejach życia. Przewidziano nagrody przede wszystkim za konkretność i szczerość opisu.

Nie potrafię powiedzieć, czy wspomnienia taty trafiły na ten czy inny konkurs, zachował się jednak w rękopisie ciekawy dokument o estetyce chyba znamiennej dla tamtych czasów. Był on dla mnie interesującym odkryciem. Już znacznie później od tych zapisków tata wiele opowiadał mi o swoim dzieciństwie i młodości przypadającym przed i na krótko po drugiej wojnie światowej. Choć fakty się zgadzały z zapiskami, to ich późniejsza ocena była znacznie łagodniejsza dla rządów sanacji i jeszcze bardziej potępiająca okupację hitlerowską, przejście armii sowieckiej i powojenny ustrój.

Drewniany budynek, w którym ujrzałem światło dzienne 6 października 1929 roku miał już wtedy 103 lata. Na tragarzu drewnianym podtrzymującym pułap widnieje napis 1826. Wydaje mi się, że należy do jednych z najstarszych domów we wsi Lachowice powiat Sucha Beskidzka, i gdyby nie fakt, że w 1914 została nałożona nowa konstrukcja dachu i miejsce oryginalnych góralskich gontów zajął eternit, okaz ten znalazłby się pod ochroną zabytków muzealnych. Kontrast między współczesną techniką a oryginałem sprzed powstania listopadowego pogłębił się jeszcze więcej, gdy w 1960 roku zabłysło w nim światło elektryczne.

Pomieszczenie jakie zajmowała nasza rodzina składało się z jednej kuchni o powierzchni 8 metrów kwadratowych, która zarazem była pokojem i sypialnią. Dzisiaj mówi się o trudnościach mieszkaniowych, ale wątpię czy takie warunki mieszkaniowe jakie zajmowała nasza rodzina można spotkać w obecnej chwili.

Wspominając te chwile łzy mi się mimo woli cisną do oczu, bo cóż to za życie było?

Ojciec 3 lata pracował w kopalni we Francji, skąd przywiózł stary rower i zniszczone zdrowie. Matka z półtora hektarowego gospodarstwa próbowała nas wyżywić. A było nas wtedy troje i jak to przysłowiowe zdanie mówi: „co rok to prorok“, po powrocie ojca z Francji w 1933 roku doczekaliśmy się do 1939 roku jeszcze sześcioro rodzeństwa.

Ponieważ jednak, jak to się wyraziła matka, aniołek zabrał nam dwie siostrzyczki i braciszka, zostało nas pięciu braci i jedna siostra. Ja byłem trzeci z kolei. Dodaję tu, że w 1940 i 1943 roku doczekaliśmy się jeszcze dwóch siostrzyczek. Tak więc 10 osób mieszka w kuchni o powierzchni około 8 metrów kwadratowych. Trudno sobie dziś wyobrazić, że takich rodzin było więcej, i że obraz ten to obraz Polski przedwojennej, że to wynik polityki rządów sanacyjnych i aż strach mnie w tej chwili ogarnia, że nie umarliśmy z głodu, że nie zamarzliśmy z zimna. Mieliśmy wówczas tylko jedną pierzynę. Przyznać muszę, że jest to najcięższy i najsmutniejszy odcinek mojego życia i dlatego też trudno mi o tym życiu pisać. Nie tylko dlatego, że w człowieku tkwi jakaś pycha bliżej nieokreślona i nakazuje mu wspominać o najprzyjemniejszych chwilach życia, o radości i szczęściu, ale także i dlatego, że trudno będzie mi znaleźć w tej chwili kogoś, kto by mi w to uwierzył, a ponadto byłyby to może słowa oskarżenia pod adresem ojca i matki.

Ale czy oni są winni, że cukier zamykali, gdy miałem trzy lata, bo był on dla młodszej siostrzyczki, a kawę ze zboża paloną słodzili nam sacharyną, że nie zaznałem smaku ani masła ani jajka. Było i wtedy masło i jajka, lecz trzeba było je sprzedać, bo za cóż można było kupić sól, bo przecież trzeba było się ubrać.

Tą niesprawiedliwość, jaka istniała wtedy na świecie, czułem. Przecież byłem człowiekiem z takich samych pierwiastków ulepionym, jak hrabiowie i książęta. Niemniej jednak wiadomość o prawdzie dotarła do mnie dopiero po wojnie.

Wieś, w której mieszkałem przed 1939 rokiem, niewiele interesowała się polityką . Pamiętam, że stawiano sobie pytanie: albo będzie wojna albo nie, ale dlaczego ta wojna miała być, nikt nie wiedział. Przecież rząd sanacyjny nie mógł wpajać nienawiści do faszyzmu skoro sam go reprezentował, a uczucia patriotyczne, których w Lachowicach nie zabrakło, nie wystarczyły na to, aby odeprzeć atak czołgów i samolotów niemieckich w dniu 1-go września 1939 roku. Tak więc do nędzy, głodu i zimna doszedł jeszcze strach przed wysiedleniem.

Wspomnienie z okresu okupacji to drugi odrębny odcinek mojego życia.

Nie odkryję chyba nic nowego, jeżeli stwierdzę że sprawy bytowe w okresie okupacji poprawiły nam się. Jest to chyba wszystkim jasne, że niemiecka polityka gospodarcza przewyższała o 100% naszą przedwojenną gospodarkę. Świadomość biednego małorolnego chłopa ograniczała się właśnie tylko do warunków bytowych. Jeżeli nasza rodzina przed wojną zużywała dwa do trzech kilogramów cukru rocznie, na osobę przypadało 0,3 kg, to w okresie okupacji współczynnik ten wzrósł do około trzech kilogramów rocznie, czyli dziesięciokrotnie.

Wraz ze „wzrostem dobrobytu“ wzrósł niepomiernie strach przed okupantem.

Najstarszy brat Julek ma właśnie w 1940 roku 14 lat, a więc jest zmuszony do pracy i został zatrudniony u gospodarza niemieckiego. Ojciec, aby wyżywić resztę dzieci, sam zgłasza się do niemieckiego pośrednictwa pracy i trafia do Jaworzna, gdzie pracuje wraz z więźniami Oświęcimia. Wśród wiadomości z frontów drugiej wojny światowej, z walki i bohaterskich czynów partyzantów, opowiadań ojca o więźniach i katach Oświęcimia kształtowała się i poznawała zło i prawdę moja świadomość i moja osobowość. Znałem w ujęciu sanacyjnym historię polskich królów, ale dopiero wtedy zaczynałem dostrzegać i widzieć wroga społeczeństwa polskiego, wroga ludzkości. Szczególnie utkwił mi w pamięci esesman, który nie może patrzeć jak zabija się kurę, ale kopie konwulsyjnie drgające ciało więźnia, szczuje psami ludzi, którzy z głodu rzucali się do rynsztoku po resztki jedzenia wyrzucone z pomyjami.

Do szkoły podstawowej skierowano mnie w 1938 roku. Była to szkoła wiejska z jednym nauczycielem. Uczęszczając tam do czerwca 1943 roku ukończyłem 4 klasy. Nudziłem się w tej szkole, a szczególnie w okresie okupacji, zabronione wtedy było nauczanie historii, literatury i geografii. A samo nauczanie rachunków, przyrody i gramatyki przy łączonych klasach, pozwalało na grę w karty. Nasza pani ukarała nas jednak przykładowo za ten występek, za co jestem jej niezmiernie wdzięczny. Niemniej jednak mam pewien uraz psychiczny do wspomnień z okresu tej szkoły.

Po ukończeniu tej szkoły skierowano mnie do okupacyjnego pośrednictwa pracy. Dzięki jednak lekarzowi Polakowi zostałem skierowany na przymusowe leczenie bliżej mi nieznanej choroby oczu i równocześnie do pracy w miejskim ogrodzie najbliższego Lachowic miasteczka, dzisiaj miasta powiatowego Suchej Beskidzkiej.

Tam doczekałem się wyzwolenia.

konkurs-kartka

Zetknięcie się bezpośrednio po raz pierwszy z ludźmi różnego środowiska zrobiło na mnie silne wrażenie. Zaczynam wtedy dopiero widzieć życie, takie jakie ono jest, czasem okrutne, czasem beztroskie, czasem smutne, ale jakże inne niż to, w którym się znajdowałem. Ciasny dom, nędza, bojaźń przed księdzem, Bogiem, przed ludźmi z wyższych sfer, urzędnikami, okupantem itp.

Zaczynam więc spostrzegać, że ludzie z naszej wioski, a w szczególności najbliższe moje otoczenie – rodzice są zaszczuci prawami panów przedwojennych. Świadomość ta niepostrzeżenie opanowuje mnie do reszty. Gdy kolega, towarzysz wspólnej doli i pracy, pokazuje mi pistolet przechowywany w gumowych butach, zrozumiałem, że bohaterstwo, o którym czytałem w powieściach, jest realne, trzeba tylko pozbyć się strachu, a walka z wszechwiednym okupantem będzie skuteczna. Niestety bojaźni, w której wychowywało mnie otoczenie, a w szczególności rodzice, nie mogłem się długo wyzbyć .

Rozumiem to jednak i wyciągam wniosek, jak silny jest system wychowania i jaką ma wielką potęgę i wartość .

Okupacja minęła bezpowrotnie, choć nieraz wydawało nam się, że taki porządek, jaki okupanci zaprowadzają, w konsekwencji winien być wieczny. Tu znowu wyciągam wniosek, że nie ma trwałych i wiecznych zasad ani porządku społecznego, że wszystko jest uwarunkowane okolicznościami i przyczynami, które z kolei wywołują taki czy inny skutek, taki czy inny porządek społeczny i ustrój polityczny. Dlatego też łatwo mi było zrozumieć, dlaczego u nas w Polsce Ludowej zaczyna się wszystko od nowa, dlaczego mówi się 5 lat, 10 lat ludowładztwa w Polsce.

Ten nowy prąd „od nowa“ nurtował mnie i dlatego też pewnego dnia rzucam motykę i oświadczam rodzicom, że chcę jechać do Żywca zapisać się do szkoły. Matka mocno zdziwiona dała mi pieniądze na podróż i nie troszcząc się o nic więcej, poszła do porzuconej motyki aby przygotować ziemię do sadzenia ziemniaków.

Wszystkie formalności załatwiłem i od pierwszego września 1946 roku zostałem uczniem państwowego kursu przygotowawczego do Liceum Pedagogicznego w Żywcu, które ukończyłem dwa lata później i w następnym roku złożyłem egzamin dojrzałości jako eksternista w Krakowie.

konkurs-fot

Okres pobytu w szkole to nowy cykl życia, w czasie którego rośnie i utrwala się moja samodzielność.

Już w szkole podstawowej czuję się nieraz dzieckiem pokrzywdzonym, z którym rówieśnicy nie dzielą się wszystkimi tajemnicami. Uczucie to stopniowo przeradza się w kompleks niższości, szczególnie w szkole średniej. Byłem wzorowym, jednym z najlepszych uczniów, miałem poważanie wśród koleżanek i kolegów, pomagałem im w nauce. Lecz gnębiły mnie ich piękne i często nowe ubrania przy moim, w którym rozpocząłem i ukończyłem szkołę, ich i moja teczka, którą sobie sam uszyłem ze starej dermy, pościel kolegów i moja lniana, w której każda nić była uprzędzona rękami matki.

Bywało i tak, że z razowym chlebem, który mi matka dała i który miał starczyć na cały tydzień, musiałem się ukrywać, bo czułem wstyd, że nie mogę sobie kupić chleba. Ubóstwo naszej rodziny towarzyszyło nam wszystkim jeszcze kilka lat po wojnie. Sytuacja materialna zaczęła się dopiero poprawiać, gdy w 1947 roku wprowadziliśmy się do nowego domu wybudowanego własnym wysiłkiem.

O wkładzie pracy w ten budynek najlepiej świadczy fakt, że zatrudniono tylko jednego kwalifikowanego robotnika cieślę na okres 10 dni, a pozostałą pracę wykonał sam ojciec z naszą pomocą.

Opuściliśmy wreszcie ten ciasny kąt przenosząc się do dwupokojowego mieszkania z oddzielną kuchnią. Najstarszy brat Julek od 1946 roku przebywa już tylko poza domem. Dwa lata służby wojskowej w marynarce a następnie sześciomiesięczny kurs rybacki uczyniły z niego zamiłowanego rybaka i dzisiaj nikt nie przypuszczałby, że ten dobrze zbudowany mężczyzna, szyper kutra rybackiego w Kołobrzegu, to właśnie jeden z tych, których dzieciństwo minęło w skrajnej nędzy, który za kawałek chleba już od 6-tego roku życia pracował pilnując krów bogatszych gospodarzy.

Drugi brat Józef opuścił rodzinną wioskę Lachowice w 16-tym roku życia. Uczy się zawodu piekarza i dzisiaj pełni funkcję brygadzisty w Spółdzielni Piekarzy w Żywcu. O jego stanie materialnym najlepiej świadczy fakt, że z zaoszczędzonych pieniędzy buduje sobie domek jednorodzinny.

Pozostali dwaj bracia szybko też znaleźli pracę w rozwijającym się przemyśle i śladami starszego rodzeństwa opuścili rodzinny dom. Podobna sytuacja spotkała siostry, z których najstarsza wychodzi za mąż i zamieszkuje w Nysie, druga siostra kończy szkołę pielęgniarek i pracuje w szpitalu w Chorzowie. Przy rodzicach została tylko najmłodsza siostra, która też marzy w zasadzie o opuszczeniu domu rodzinnego i podjęciu pracy w przemyśle w mieście.

Na ogół stwierdzić można, że członkowie rodzin gospodarstw małorolnych naszej wioski szukają pracy poza rolnictwem. Daje się tu zauważyć zatracenie tego szlachetnego przywiązania do ojcowizny, co zresztą tłumaczy się także zjawiskami pojawiającymi się po wojnie – usunięcie granicy dzielącej miasto ze wsią oraz zrównanie życia i pracy miasta i wsi.

W tej chwili nie widzę konkretnego i prawidłowego rozwiązania problemu wsi lachowickiej, jak chyba tylko za pomocą szeroko zakrojonej akcji kółka rolniczego, które w tej chwili nie odgrywa jeszcze decydującej roli. Sądzę, że nie wystarczy, aby decyzją kółka zabronić chłopom młócić zboże, dlatego tylko aby dwa traktory, którymi kółko dysponuje, miały co robić w ciągu kilku miesięcy. To miało miejsce w 1961 roku, lecz zostało jednak zignorowane dzięki własnej inicjatywie chłopów, którzy domagali się aby ich zboże było zaraz po zwiezieniu do stodoły wymłócone, gdyż to jest ich obowiązkiem.

O działalności sklepu GS najlepiej świadczy fakt, że jego artykuły znalazły nabywców u wszystkich rolników i coraz częściej chłop rezygnuje z wyjazdu do miasta po zakup wideł, gwoździ itp.

W początkowej fazie istnienia GS odezwała się jednak w społeczeństwie niechęć w stosunku do produktów znajdujących się w sklepach, nie z racji gorszych gatunkowo, ale z wrogiej roboty ludzi, którzy bogacili się ze spekulacji (Po co będziesz kupował w sklepie spółdzielczym i wzbogacał ich…?)

Minęła więc bezpowrotnie nędza i znika obraz wsi przedwojennej w Lachowicach.

Wprawdzie stary dom drewniany, unikat z 1826 roku jeszcze stoi, ale wieczorem świeci w nim światło elektryczne a przez otwarte okno słychać dźwięki muzyki pierwszego programu radiowego z Warszawy. W społeczeństwie zarysowuje się wyraźny podział na dwie grupy ludzi; z jednej strony młodzież, do których zalicza się moich rówieśników i która przyjmuje „nowe“ z otwartym sercem i zapałem oraz pokolenie starsze, do których zaliczam moich rodziców, dla których odwiecznego porządku i pracy na roli nie jest w stanie zmienić żadna najnowsza maszyna z kółka rolniczego, a którzy jednak dość chętnie ustępują młodszym.

Losy moje potoczyły się po innej drodze. Od 1949 roku pracuję jako nauczyciel na jednej ze wsi powiatu żywieckiego, której życie, praca i obyczaje przypominają mi wieś rodzinną. Następne dwa lata służby wojskowej utrwaliły we mnie przekonanie o potędze naszej ojczyzny.

Po powrocie z wojska pracuję nadal kształcąc się zaocznie w Wyższej Szkole Pedagogicznej. Skończone studia wyższe pozwoliły mi na zajęcie stanowiska nauczyciela matematyki w Technikum Rolniczym w województwie poznańskim. Zaczęła się dla mnie nowa rola, rola wychowawcy młodego narybku rolnictwa, ludzi którzy oby nigdy nie dopuścili do takiej nędzy wsi, w jakiej ona znajdowała się przed wojną.

konkurs-chalupa