Pogrzeb cioci

W tym roku jakoś mało “hucznie” zorganizowałam na blogu okres Bożego Narodzenia, no to niech się jego koniec (zbliża się wszak Matka Boska Gromniczna) przynajmniej odznaczy wpisem szczególnym

Ela Kargol

Kilka dni temu byłam na pogrzebie siostry mojego taty, w Nysie. Pogrzeb i cała oprawa skromna, bo i skromne było życie nieboszczki. Cmentarz stary, na którym już nie chowają. Ale ciocia miała to „szczęście”, że był tam już grób jej męża, zmarłego jakieś 50 lat temu.

Msza pogrzebowa w neogotyckim kościele przy klasztorze Werbistów. Kościół, o tak!, robi wrażenie, zabudowania też. Nie było czasu, żeby się rozejrzeć po okolicy. Ksiądz taki sobie, mylił się i nieskładnie mówił, oratorem nie był.

Kuzynka Marysia zarządziła, że nie dajemy na mszę, bo on (ksiądz) nie wyczyta z imienia i nazwiska, pomyli daty i miejsca, itp. i lepiej dać u siebie, w swojej parafii i przypilnować. Tak też zrobiłam, nie dałam.

W części budynku klasztornego mieści się szkoła, zresztą jest jakby kontynuacją dawnego gimnazjum misyjnego.

W kościele jest nas garstka, oglądam witraże, drzeworyty, staram się skupić, ale marznę i nici ze skupienia. Trochę się wstydzę za księdza i odliczam minuty, żeby wyjść, ogrzać się styczniowym słońcem, może jeszcze się rozejrzeć wokół.

Ale nic z tego, nie wypada, nie ma czasu. Organizujemy się, kto z kim, i jedziemy na cmentarz.

Przed kaplicą cmentarną, wymagającą natychmiastowego remontu, stoją panowie z firmy pogrzebowej, jeszcze „nieprzebrani”. Klną jak szewcy. Mróz siarczysty i słoneczny. Drewniany krzyż z tabliczką informującą o dacie urodzin i dacie śmierci (ot całe życie!) stoi niedbale oparty o mur kaplicy i czeka na to, żeby go postawić na grobie, zresztą zwyczajowo tylko na jakiś czas, bo potem zastąpi go tzw. pomnik. W kaplicy nie można wytrzymać z zimna. Na zewnątrz słońce, jakby na przekór mrozowi, podnosi rtęć w termometrze nieco do góry. Wujek Kazek rozpoczął modlitwę za zmarłych, ale niektórzy, w tym i ja wychodzą do słonka.

Szkoda, że wcześniej tego nie wiedziałam, choci, może właściwie dobrze, że nic nie wiedząc rozglądam się i chłonę to, co uda mi się w ciągu tych kilku minut dostrzec. Widzę, że cmentarz stary, że na pewno poniemiecki, bo to przecież te tereny. Dostrzegam ślady dawnych alei, obsadzonych z jednej strony starymi drzewami. Podejrzewam, że z braku miejsca te aleje zwężono.

Dopiero później dowiaduję się, że to Cmentarz Jerozolimski (Jerusalemer Friedhof), cmentarz o bardzo długiej historii, siegającej XVII wieku, albo jeszcze dłuższej. Niestety po roku 1945 cmentarz zagospodarowano na nowo, zniszczono stare groby. Cudem ocalał grób i nagrobek Josepha von Eichendorffa (1788-1857). Podobno jest zaraz przy Kościele Jerozolimskim pod wezwaniem Świętego Krzyża, który widzę. Jakbym wiedziała, że to tak blisko, może bym podeszła choć na chwilkę. Ciekawostką jest, jak podaje Wikipedia, że przy budowie kościoła spełniono wymogi tzw. miary jerozolimskiej – odległość między nyskim ratuszem (symbolem władzy) a kościołem jest taka sama jak odległość między domem Pata a miejscem Ukrzyżowania Chrystusa w Jerozolimie.

Sam cmentarz zachęcał bardzo do spaceru.

Ale to był pogrzeb cioci. Cioci, którą mało znałam, która żyła zgodnie i godnie, pracowicie i długo, bo aż 85 lat, pochowała wcześnie męża, wychowała sama troje dzieci, przeżyła śmierć syna.

Ksiądz rozpoczął w kaplicy ceremoniał pogrzebowy. Zaintonował pieśń „Anielski orszak”. Oprócz wujka i księdza nikt nie znał dokładnie słów, albo nie odważył się śpiewać. Panowie grabarze już przebrani (czarne marynarki i białe szaliki) wynieśli trumnę z kaplicy, uderzając trzy razy o próg i nieśli ją na barkach kilkadziesiąt metrów dalej do wykopanego grobu.

Minęliśmy mały murek na kórym zapalono kilka zniczy panu prezydentowi Adamowiczowi. Jego trumę też dwa dni temu nieśli – prezydenci innych miast.

Modlitwa nad grobem, potem trumnę na linach dość szybko zsunięto w dół.

Później kwiaty, bardzo dużo sztucznych, przy tych mrozach wytrzymają do wiosny, praktycznie. Jadąc na pogrzeb zamawiałam wiązanki. Pani z drugiej strony telefonu przekonywała mnie do sztucznych: „jest mróz, żywe zmarzną”. Może miała rację. Bo z jakiej racji ja mam mieć rację wybierając żywe, sztucznie pędzone?

Znicze się wypalą prędzej czy później. Zapomnimy prędzej czy później ciocię Genię, Eichendorffa może nie, pana prezydenta Adamowicza nie wiem.

Jest taki wiersz Eichendorffa, którego w szkołach niemieckich uczą się wszystkie dzieci na pamięć. Nie wiem, czy powstał w Nysie, ale mogę sobie to wyobrazić.

Weihnachten

Markt und Straße steh’n verlassen,
still erleuchtet jedes Haus;
sinnend geh ich durch die Gassen,
alles sieht so festlich aus.

An den Fenstern haben Frauen
buntes Spielzeug fromm geschmückt,
tausend Kindlein steh’n und schauen,
sind so wunderstill beglückt.

Und ich wandre aus den Mauern
bis hinaus ins freie Feld.
Hehres Glänzen, heil’ges Schauern,
wie so weit und still die Welt!

Sterne hoch die Kreise schlingen;
aus des Schnees Einsamkeit
steigt’s wie wunderbares Singen. –
O, du gnadenreiche Zeit!

Boże Narodzenie

Pusty rynek. Nad dachami
Gwiazda. Świeci każdy dom.
W zamyśleniu, uliczkami,
Idę, tuląc świętość świąt.

Wielobarwne w oknach błyski
I zabawek kusi czar.
Radość dzieci, śpiew kołyski,
Trwa kruchego szczęścia dar.

Więc opuszczam mury miasta,
Idę polom białym rad.
Zachwyt w drżeniu świętym wzrasta:
Jak jest wielki cichy świat!

Gwiazdy niby łyżwy krzeszą
Śnieżne iskry, cudów blask.
Kolęd dźwięki niech cię wskrzeszą —
Czasie pełen Bożych łask!

Tłumaczył ks. Jerzy Szymik

Reblog: więzienie, ogródki działkowe i cmentarz

Ela Kargol

Niepozorna kolonia ogródków działkowych, nieopodal głównego dworca w Berlinie (Berliner Hauptbahnhof) dobrze ukryta za parkiem historycznym, który powstał w połowie XIX wieku na terenie byłego więzienia Lehrter Straße.
Właśnie tu odbył się w 1847 tzw Proces berliński (Polenprozess) przeciwko 254 uczestnikom konspiracji polskiej. Wśród oskarżonych byli Ludwik Mierosławski, Karol Libelt.

Chyba niewielu z setek tysięcy podróżnych przelewających się co dnia przez berliński dworzec główny zastanawia się, co jest za wysokim murem po przeciwnej stronie Invalidenstraße. A ci, co skracają sobie drogę, nie zwracają uwagi na nienarzucającą się, choć przemyślnie skomponowaną architekturę historycznego parku.

Do więzienia należały zachowane po części do dzisiaj budynki mieszkalne służby więziennej, przydomowe ogródki, kościół, w którym nota bene odbywał się berliński proces i cmentarz – częściowo zlikwidowany.

O istnieniu ogródków i tej dość nietypowo położonej nekropolii przeczytałam w działkowym czasopiśmie Gartenfreund. Nie mogłam sobie wyobrazić cmentarza wśród altanek, leżaków, rzodkiewki, relaksu po pracy przy piwie i grillu. A jednak jest to możliwe. W samym środku kolonii, pod rozłożystymi starymi drzewami rozrzucone są jakby w nieładzie, obrośnięte starym bluszczem przykryte trawami części nagrobków. Wszystko ogradza jasnozielony żelazny płot na podmurówce z żółtej cegły. Brama cmentarna jest zamknięta. Jest to jednak tylko część cmentarza, na którym chowano urzędników służby więziennej. Druga część przeznaczona dla więźniów została zlikwidowana i zagospodarowana przez działkowców. Tylko okazałe platany zaznaczają cmentarną aleję. Spotkana działkowiczka nie umiała jednak zbyt dużo o cmentarzu powiedzieć. Wspomniała jedynie, że urząd dzielnicy obiecał uporządkować teren tej małej nekropolii. Bardziej jednak martwiły ją włamania. Bezdomni, szukający schronienia przed zimnem są tam częstymi nieproszonymi gośćmi.
Mimo różnych problemów działkowców ogródki są atrakcyjną oazą wypoczynku w zieleni. Są jedyną kolonią w dzielnicy Tiergarten i ze względu na historyczną przeszłość cały teren objęty jest ochroną zabytków.

This slideshow requires JavaScript.

100 zdjęć na 100 lat / 100 Fotos für 100 Jahre

Elżbieta Kargol

Białoczerwień

Wszystko zaczęło się na wernisażu wystawy w Klubie Polskich Nieudaczników w Berlinie, wystawie zorganizowanej z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości przez Polskę.

Fotografowałam dzieła sztuki, artystów i zwiedzających, widok ogólny i szczególny, z przodu i z tyłu, wewnątrz i zewnątrz. Jedno zdjęcie zrobione na obrzeżach klubu, w zasadzie już w innym budynku, wzbudziło ogólne zainteresowanie. Pytano mnie, czyje to? Podejrzewano znaną berlińską artystkę, ale ona wyparła się dzieła. Dzieło było niczyje, niezamierzone, stworzyło się właściwie samo i wpasowalo w temat wystawy. Okno z białą firanką, od dołu zalepione do połowy czerwoną folią. W ten sposób powstał bialo-czerwony prostokąt, który mógłby, gdyby nie krata i wymiary, od biedy uchodzić za polską flagę.

Dziesiątki flag oprócz innych barw szczycą się białoczerwienią, a kilkanaście z nich samą białoczerwienią. We fladze Cesarstwa Niemieckiego oprócz czerni występowała też białoczerwień.

Rozejrzałam się wokół. Wszędzie białoczerwień, w naturze i nienaturze, jakby była ulubionym zestawem kolorów miasta, w moim przypadku Berlina, choć nie musiałaby to być wcale stolica Niemiec. Dowolne większe miasto dostarczyłoby tyle samo motywów białoczerwieni.

Biało-czerwone róże kwitną w parkach, na oknach pelargonie, dzikie wino w jesiennej bordowej barwie pnie się po białej ścianie, robię notatki biało-czerwonym długopisem i zajadam pomidory z mozzarellą.

Biały samochód zaparkował za czerwonym, albo odwrotnie, białe okna na tle czerwonej cegły, ktoś zapiął biały rower czerwonym łańcuchem, koło ratunkowe przy Teltowkanal, czerwona książka przy białej ścianie, czerwona maska na białej ścianie, czerwona zakładka w białych kartkach śpiewnika w kościele przy Bergheimer Platz.

Ścieżka rowerowa, którą podążam w poszukiwaniu białoczerwieni, też jest biało-czerwona, znaki zakazu, barierki i słupki ostrzegawcze, biało-czerwone jest logo napoju, który często piję. Biało-czerwony jest statek płynący po Szprewie, biało-czerwona antena na berlińskiej wieży telewizyjnej, najwyższym niemieckim budynku, biało-czerwony niedźwiedź na plakacie reklamującym berlińskie Berlinale, aż wreszcie biało-czerwony transparent znanej berlińskiej artystki na ulicach Berlina i biała tablica przy Reichstagu, upamiętniająca Solidarność, przytwierdzona do fragmentu czerwonego muru Stoczni Gdańskiej, muru przez który przeskoczył Lech Wałęsa.

Wymieniać można bez końca.

Białoczerwień jest wszechobecna, tak jak wszechobecni są Polacy na całym świecie.

Prawie wszystkie fotki zrobiłam w przeciągu dwóch dni, co świadczy o popularności obu barw. Częstotliwość i prawdopodobieństwo ich występowania przeogromne.

100 FOTEK NA STO LAT!

Einzeln sind all diese rot-weiße Fotos zu sehen: / pojedynczo wszystkie biało czerwone zdjęcia Eli są

HIER / TU

Eli kwietnik jesienny i jabłka Tibora

Ela Kargol

1
Lawendzieją zagony
fioletem barwione,
jeszcze latem pachnące,
jeszcze słońca łaknące,
a już nić babiego lata
za sobą ciągnące.

2
Skąd się wzięła tak nagle
ta nawłoć wszędobylska?
Ozłociła pola, rowy i ugory
i urządza finisaż letniej roku pory.

3
Sloneczniki van Gogha rosną w moim ogrodzie.
Radowałby się Vincent,
gdyby je zobaczył
wziąłby pędzel do ręki,
usiadł przy sztaludze
i na płótnie zatrzymał
ostatnie lata tchnienie
i te słoneczniki ze starości zgarbione,
ku zachodowi slońca się chylące.
i te ostatnie
te za późno kwitnące,
które już nie zdążą,
ptakom ziarnem sypnąć
I te co już nie zakwitną,

4
Petunia jak unia,
ciągnie ku jesieni
i pnie się w prawą stronę.
Choć kwiaty jeszcze w rozkwicie,
liście już przysuszone.
Może na wiosnę,
zmieni zdanie,
i piąć się na prawo
w końcu przestanie.

5
Widzę dalie w oddali
za daliami daleko
też dalie,
Dal się w daliach przegląda,
z oddalenia ogląda
barwy, stroje,
nadobność i czar,
elegancję bez miar.
Jesień minie,
zima minie,
wiosna minie
i znów późnym latem zakwitną…..
georginie.

6
Dąbki zdębiały,
bo dęby takie wielkie,
i zamiast kwiatów żołędzie rozdają.
A dąbki kwiaty tylko mają,
zimna się nie boją,
cmentarze ozdobią,
w wazonie postoją
i podziwiać będą okazałość dęba,
którego korona
aż do nieba sięga.

7
Rdest Auberta
trelem wróbli wypełniony,
obserwowany przez gołębie w locie,
pod autostradą na Szczecin
z powodu ocieplenia klimatu
zakwitł drugi raz.
Był październik
i nie był to kwitnięcia rdestu czas.


Tibor Jagielski

voll der äpfel
der runden speicher der sonnenenergie
und keiner gleicht dem anderen
manche haben rotbäckchen
die in der hand lachen
bis es kitzelt  zwischen den fingern

ein tag
voll von stillen sonnentropfen
gesammelt ausgebreitet
wie gedichte eines buches
genannt
wink des himmels
………………………………………………………………….
mein schrebergarten ist jetzt auf winter bereit
apfelwein ist angesetzt

Barataria 80 Don Kichot i Janosik

Elżbieta Kargol

Na pewno można porównać Don Kichota i Janosika, ale za mało znam obie postacie, żebym się odważyła.

Tetmajerowskiego Janosika znam tylko z filmu Passendorfera. Byłam wprawdzie w Ruzenberku, gdzie został schwytany, ale nic poza tym.

Don Kichota zaczęłam czytać w liceum, ale chyba nie skończyłam. W sumie nie byłam zadowolona, gdy Tomek, przy mojej zresztą pomocy, tego Janosika w tym miejscu stawiał. Zburzył mi horyzont, może nie horyzont, ale to samo od lat spojrzenie w dal. Już się jednak przyzwyczaiłam. Latem w całej tej zieloności nie wysuwa się już tak na pierwszy plan. Tomek obiecał mi, że zmieni mu nakrycie głowy na bardziej “janosikowe“, na coś w rodzaju kłobuka zbójnickiego (kołpaka). No bo miska udająca kapelusz góralski czyni z niego górala podhalańskiego lub… Don Kichota.


Jak powstał? Ojciec mój budując dom w Lachowicach nasadził obok niego dużo świerków, jodeł i sosen. Gdy wyrastały za wysoko, ścinał im wierzchołki. Starał się tak uciąć w specjalnym miejscu, żeby swierkowi wyrosło kilka nowych wierzchołków. Im więcej tym lepiej, wtedy mógł ściąć taki świerk i po okorowaniu i odpowiednim przycięciu powstawało coś w rodzaju wideł do rozrzucania siana.

Świerkowi janosikowemu wyrosły tylko dwa wierzchołki, które Tomek zamienił w kończyny dolne a trzeci, jakby w zarodku, stał się janosikowym przyrodzeniem. Ramiona i ręce są umocowane i doczepione z pomocą metalowych obręczy, zakupionych w miejscowym sklepie budowlanym. A że postać jest wysoka, chuda, koścista, a w rękach trzyma ciupagę niczym kopię, która przy większym wietrze się łamie, z pewnością może przypominać Don Kichota.

Nasz Janosik Don Kichot zamiast z wiatrakami walczy z dzikimi świniami, które podchodzą pod okna i są tak bezczelne, że potrząsają śliwką i częstują się nie pytając.

Nie wiem, czy rzeźbiarz zaplanował następne postacie.

Zależy co wyrośnie i co się zetnie, i jak się zetnie lub co rzeźbiarz znajdzie.

Ja rok temu znalazłam w lachowickim potoku kamień już wyrzeźbiony. Dla mnie to Madonna z Dzieciątkiem, ale można też w kamieniu zobaczyć bacę z owieczką, może tą, która uciekła Don Kichotowi.

Koni w Lachowicach dostatek, tych rzeźbionych i tych prawdziwych, są kozaki, Sanczo Pansa też się znajdzie niejeden, no i Maryna biegnąca ku dolinom.

Zdjęcia: autorka, rzeźby: Tomek

Kwietnik lato

Elżbieta Kargol


Przy Grodzkiej grążel wygrążył się z Odry,
nieśmiało wysunął głowę spopod wody.
Złotą, kulistą, mokrą i gładką.
A ja ją wiosłem musnęłam czule.

Speszony spojrzał ku słońcu.
Nakazał liściom drogi mi ustąpić,
bym popłynęla do drugiego brzegu,
a ja niezdarnie wiosłowałam dalej
ku innym światom,
nowym celom
złotym grążelom.


Nie wiem, czy turki rosną też w Turcji?
U mnie mieszkają obok nasturcji.
Nasturcja nigdy w Turcji nie była,
ale z turkami w przyjaźni żyła .


Wierzbówka kiprzyca,
śwarna góralica
na Bachledzkim Wierchu
sierpniowa, różowa.
biała, fioletowa,
halnego dziewczyna,
gorąc jej niestraszny
i żadna gadzina.

Choć od wierzby mniejsza,
gdy wiater zawieje,
szumi niczym ona,
w kwiatach dorodniejsza,
giętka,
gibka,
smukła,
w Tatry zapatrzona.


Kwietek
nagietek
u cioci Irki w ogrodzie,
przy murku,
u stajni,
sad niedaleko,
w dole szumi rzeka,
a on tylko czeka,
aż się o niego upomni
apteka.


Na butach ostroga,
ostróżka w ogrodzie,
nikt się nie oprze twojej urodzie.
Choć ostrogami bronisz się zawzięcie,
to nie uchronisz się przed
ścięciem
lub
przekwitnięciem.


Wrotycz wrota otwiera
na hale i dziedziny,
na wierchy spoziera,
pola, łąki, zagony,
dalekie krainy.

Różne zioła sprasza,
ustawia w szeregu
i lipowym łykiem w bukiety związuje.
Matce Boskiej Zielnej
wszystkie podaruje.


Wchodząc na Rysy
jadłam irysy
i prawie wszystkie zjadłam.
Gdy zeszłam z Rysów,
to przy irysach
nieco zmęczona siadłam.


Dwa nagie miecze
w środku kwiat waleczny,
dzielny odważny i purpurowy.
Czyżby do walki był gotowy?

Nie, on się tylko ku słońcu pręży.
Nie widział nigdy grunwaldzkiego pola.
Dwa nagie miecze,
a w środku gladiola.


Jeż spotkał jeżówkę
i się nieco zjeżył.
Szybko zwinął się w kłębek,
bo nadchodzil Jerzy.

A Jerzy niósł jarzyny,
nie spojrzał na jeża,
ani na jeżówkę,
bo do domu zmierzał.


Złotogłowa lilio,
lelują nazwana,
długo cię szukałam
dziś z samego rana.

na grani Zawratu
i na Szpiglasowej,
na szlaku do Pięciu Stawów
i na Kondratowej.
Wreszcie cię znalazłam
na drzwiach starej chaty,
gdzie zręczny artysta
wyrzeżbił cię przed laty.

Kwietnik, powiośnie

Elżbieta Kargol

1
Jadę rowerem przez miasto.
Jest czerwiec, zakwitły lipy.
Gałęzie ciężkie od kwiatów
kłaniają się swojej ulicy,
miastu i światu.
Pachnie lipową herbatą
i czarnoleskim panem.
„odpoczni sobie!”, wołają.
Więc przystanęłam i chwilę zostanę.

2
Gdybym nie miała dziadka pszczelarza,
nie znałabym faceli.
Brał mnie za rękę, przy ulach sadzał
i opowiadał małej Eli,
o kwiatach, pszczołach, drzewach, ptakach
i o faceli.

3
W jaśminowej sukience
poszłam z Jasiem pod rękę,
tam gdzie kwitną jaśminy.
Jaśnie jaśmin czarował,
Liściem pieścił,
a kwiatem całował,
bałamucił, flirtował.

Jaś minąl jaśmin
i stanął opodal.
Nie w smak Jasiowi jaśminowe zaloty.
A ja pod jaśminem usychałam z tęsknoty.

4
Zakwitły róże w moim ogrodzie,
rozwielmożniły się wszędzie.
Cierniami bronią swojej urody,
jakby się bały,
że im jej ubędzie.

5
Ekscelencjo,
hortensjo!
Usychasz z gorąca,
kurczysz się od słońca,
nie cierpisz suszy,
ale, o zgrozo!
Nie nosisz kapeluszy!
I jak cię tu ochronić
od wszelkich niedogodności,
jeśli w tobie tyle niepoprawności.
Za mało pijesz,
niewiele się ruszasz,
więc może jednak przekonałabyś się do kapelusza?

6
Wyrosła malwa przy płocie,
w powiewnej, kwiecistej sukience.
Smukła, wyniosła jak dama,
dosięgnąć pragnie obłoków
i rzadko kiedy jest sama,
sióstr kilka trwa u jej boku.

A płot ją kocha szalenie,
bo stała się jego ozdobą.
On stary, koślawy, dziurawy,
z nią odmłodnieje na nowo.

7
Czekam na ciebie co roku z nadzieją,
w tę noc najdłuższą ze wszystkich nocy
i nadaremnie wypatruję
kwiatu, jakim mnie zauroczysz.

Do wielkich skarbów drogę wskażesz,
zapewnisz szczęście, bogactwo, miłość.
Może tym razem mi się pokażesz?
i wynagrodzisz za mą wytrwałość.
Lecz ty jak zwykle mącisz mi w głowie,
zwodzisz, kołujesz, bajki opowiadasz.
Że nie zakwitniesz, to ja już wiem.
Chociaż bym chciała raz ujrzeć cię.

8
Zwinna jak zwinka
wyka pomyka,
tu się zakręci, a tam wywinie,
i spod kontroli się wymyka.
Taka jest wyka,
wolna i dzika.

9
W chabrowym kolorze bardzo ci do twarzy.
Ja wiem, że czasem inny ci się marzy.
Ale ten nieprzeciętny modrakowy
jest właśnie taki wyjątkowy.
Inaczej bym cię nie dojrzała wśród łanów zbóż wszelakich,
jakbyś nie był jaki jesteś, a byłbyś byle jaki.

10
Mam nieco z lwa, a resztę z konia,
oto ja lewkonia.
Końskie mam zdrowie, a lwie pazury
moją kuzynkę małą maciejkę traktuję z góry.

No i co z tego, że wieczorami czarujesz wonią,
ubogą krewną tylko zostaniesz,
nigdy lewkonią.

Zdjęcia Autorka, rysunek Tomasz

Kwietnik, wiosna

Elżbieta Kargol


Bzów bezmiarem otulona,
odurzona jego wonią,
bezy jadłam w lila-gaju,
a bąk bzyczał w bzowym raju,
w maju.


Słońca w stupłatkach zamknięte
stokrotnieją na łące,
a gdy je skrócisz o głowę,
jak hydrze wyrosną trzy nowe.

Stokrotne siły posiadasz,
niczym armia setnika.
Choć wzrost twój napoleoński,
wiosnę po stokroć witasz,
stokrotko


Woń twoją rozsiewasz po całym ogrodzie,
tak przenikliwie, że głowa pęka,
a białe dzwonki bezgłośnie grają,
konwalio majowa, o piękna!


Białe grona od miodu ciężkie,
możesz dłonią dotknąć ich kiści,
poczuć smak, odgonić pszczoły,
a gdy potem powróżysz z liści,
może kocha,
może lubi,
i może się ziści.


To nie są maki spod Monte Cassino,
to maki z berlińskiego ogródka,
czas tamtych maków już dawno minął,
choć żołnierz nadal będzie ginął
i niepotrzebnie przelewał krew.
i niepotrzebna śmierć,
i niepotrzebny gniew.


Jestem wonią i stosunkiem
obwodu koła do długości jego średnicy,
przynajmniej tak mówią o mnie matematycy.

Jestem πwonią zielonoświątkową,
nie białą,
nie czerwoną,
jestem πwonią różową.
W trójcy ogrodowej
tą najważniejszą,
tą najdumniejszą,
tą najpiękniejszą.


Margarytko biała
na beskidzkich łąkach,
niczym panna młoda
dumnie po nich stąpasz.
Trawy ci welonem,
z macierzanki wianki,
a pan młody konik polny,
jak ty wolna
tak on wolny.


Akwarela, Tomasz Kargol

Moja mama lubi kaczeńce,
bo zrywała je będąc dziewczęciem.
W gaiku, strumyku, na mokradłach.
Naręczami znosiła do domu,
w sieni na stoliku je kładła.
Potem wianki z nich wyplatała,
boso biegła ku rzece,
złote wianki puszczała.


Niebo się w lustrach ziemi przeglądało,
o bożym świecie całkiem zapomniało,
zaniebieściło
i tak już zostało


Słońcem nasycone
rzepakowe pole.
Rzepą nie obrodzi,
będzie miód i olej.

Zdjęcia Ela Kargol

Berlin o każdej porze roku. Wiosna

Elżbieta Kargol

Tulipany, tulipanie, tulipaństwa

I znowu zakwitły, wszędzie w ogrodach, w parkach, na skwerach, na klombach, rondach, między drzewami, za płotem i w trawie, w doniczkach i w wazonach, a przede wszystkim w berlińskim Britzer Garten, gdzie 21 kwietnia odbyło się oficjalne otwarcie kwitnięcia i gdzie ich ilość, różnorodność, barwność i miejsce przyprawiają każdego o kolorowy zawrót głowy. Skala ich barw jest niewiarygodnie szeroka, nie występują tylko w czysto niebieskim i czarnym okwiecie. Kwiaty są pojedyncze lub pełne, a ich kształt zmienia się od kielichowatego przez miseczkowy, kubkowaty, do form o skręconych lub postrzępionych płatkach, niektóre podobne do róży, inne do piwonii, ale najczęściej do lilii, bo do rodziny liliowatych wszak należą.

Mowa o tulipanach, tulipaniach i o całych tulipaństwach. Na świecie istnieją 194 państwa. Gatunków tulipanów jest około 120, a odmian uprawnych ponad 15 tysięcy. O nazwie nadawanej nowej odmianie decydują hodowcy. Nadawanie tulipanom imion znanych ludzi to element promocji. Jest Irena Sendlerowa i Fryderyk Chopin, jest Jurij Gagarin i Elvis Presley, i tysiące innych znanych lub mniej osobistości.


Tulipan zezwala, aby go podziwiano, ale nie budzi gwałtownych uczuć – pożądania, zazdrości, miłosnych zapałów. Jest pawiem wśród kwiatów.

Zbigniew Herbert

Niektórzy za ich ojczyznę uważają Holandię. Nic bardziej mylnego! Kwiaty te pochodzą z Azji środkowej, gdzie ich dzikie odmiany rosły na zboczach gór Tienszanu, Pamiru i Ałtaju, później w Chinach, Mongolii, aż dotarły do Persji i Imperium Osmańskiego. W XVIII wieku Turcją rządził sułtan Ahmed III. Czas jego panowania został nazwany “Wiekiem Tulipanów”. Nazwa tulipan pochodzi od tureckiego słowa tülbent – oznacza tkaninę, z której uwijano turbany. Czerwony tulipan, po turecku laleh, zapisuje się takimi samymi literami jak imię Allaha, a czytany od tylu daje helal czyli półksiężyc. Turcy wierzą, że kwiat ma boską siłę. Jego nazwa, choć zupełnie inna, pojawia się też w Pieśni nad pieśniami.

*

W połowie XVI wieku do Europy tulipany sprowadził z dworu sułtańskiego austriacki ambasador w Turcji, a ich uprawą zajął się holenderski botanik Karol Clusius. Rozpoczęło się tulipanowe szaleństwo. Ceny niektórych cebulek był warte domu w Amsterdamie. Do dzisiaj Holandia jest światowym potentatem w uprawie tulipanów.

Przed laty skorzystałam z oferty taniego przewoźnika i wybrałam się do Holandii, do Keukenhofu, aby podziwiać kwitnące łany tulipanów. Nic, oprócz folią przkrytych pól nie widzieliśmy. Był początek lub środek marca, wycieczka dwa tygodnie później kosztowałaby już 100 marek więcej.

Tulipan jest łatwy w obsłudze, rośnie w każdej ziemi, cebulki wysadzamy jesienią do gruntu, i w zależności od gatunku zakwitną od marca do czerwca. Po przekwitnięciu lepiej wyjąć cebulki z ziemi, przechować w chłodnym i ciemnym miejscu, a jesienią powtórzyć proces, żeby następnej wiosny znów cieszyły oczy.

Z moim dziadkiem, ogrodnikiem i pszczelarzem z zamiłowania, zajmowaliśmy się krzyżowaniem tulipanów. Przenosiliśmy pyłek z białego kwiatu na czerwony. W następnym roku dziadek patriota pokazywał mi w ogrodzie biało-czerwone tulipany, efekt naszych botanicznych eksperymentów. Prawdopodobnie mnie trochę oszukiwał, ale dawno mu to wybaczyłam, bo wszystko co wiem o faunie i florze w ogrodzie, na polach i łąkach, zawdzięczam właśnie jemu.

W berlińskim Britzer Garten posadzono 250 tysięcy tulipanowych cebulek. Choć zimne dni marcowe zaszkodziły wielu roślinom i nie wszystkie zakwitły lub nie zakwitną, to jednak większośc ich otuli(pani)ła ziemię barwnym kobiercem kwiatów

Tulipan

Jak ptak jesteś – o piórach z purpury i złota!
Nakrapianyś – jak skóra cudownego węża!
Jak płomień – którym wiatr bezgłośnie miota!
Jak płomień – co w pośpiechu ostygłby i stężał!

Chrzęścisz cicho jedwabiem pod zakrzepłym żarem,
siarkę mieszasz z krwi pąsem w chlasty, bryzgi, smugi,
aż powalony wreszcie własnym, szkarłatnym ciężarem,
masz w sobie coś z Mefista i chorej papugi…

Beata Obertyńska, z tomu Otawa, 1945


Zdjęcie Autorka, dalsze zdjęcia – mnóstwo wspaniałych zdjęć – TU

Miłość w czasach komuny

Elżbieta Kargol

Z pamiętników moich rodziców
Janina ur. 1931 / Stanisław ur. 1929, zm. 2016

Poznali się w Łodzi, na studiach. Mama studiowała na dziennych, tata na zaocznych. Oboje wybrali matematykę, z zamiarem późniejszej pracy w szkole, zresztą wcześniej już nauczali łaknącą wiedzy i nadrabiającą wojenne zaległości młodzież. Wiele ich różniło. Mama, adoptowana córka, urzędnika przedwojennego magistratu w Nowym Tomyślu, byłego Hallerczyka, zaangażowanego społecznika i patrioty, wychuchana jedynaczka, której wojna wprawdzie dała się we znaki, ale inaczej niż ojcu. On, jeden z dziesięciorga rodzeństwa, z biednej chłopskiej rodziny z Lachowic koło Suchej Beskidzkiej, któremu punkty za pochodzenie otwarły możliwości, o jakich przed wojną nawet nie odważył by się marzyć.

Zanim amor napiął cięciwę swojego łuku i przeszył strzałą serca rodziców, Janiny, nazywanej w okresie młodzieńczym Janetą, i Stanisława, obydwoje wzdychali do innych lub oweż zaloty odtrącali, przy czym mama żartowała, flirtowała i nie traktowała poważnie swoich adoratorów, ani rozterek sercowych, ojciec zaś cierpiał niczym młody Werter.

O miłostkach, zalotach i uczuciach mojej mamy wiem więcej, niż o ojcu. Mama opowiada chętnie, z pewną dumą i rozrzewnieniem. Zachował się zresztą pamiętnik z wpisami nie tylko wielbicieli.

Brulion zatytułowany A WARTIME LOG, oprawiony w sztywną płócienną okładkę, przeznaczony pierwotnie dla jeńców amerykańskich osadzonych w niemieckich stalagach, w jakiś sposób znalazł się w mamy posiadaniu i zapełnił się wpisami różnej treści.

Ojciec nie był skłonny do zwierzeń, a tym bardziej do wspominania swoich zauroczeń, ale zostawił również osobliwy pamiętnik, też oprawiony w sztywną płócienną okładkę, tylko inaczej zatytułowany: „Die deutsche Mutter und ihr erstes Kind“. Okładka tego nacjonalistycznego poradnika dla niemieckich matek skryła w sobie zszyte karki brulionu zapisane ręką ojca, które poradnikiem bynajmniej nie są, ale bardzo osobistymi przemyśleniami o miłości i nie tylko.

Ponieważ wiele lat przed śmiercią podarował go mojej córce, więc uznaję to za przyzwolenie do publikacji kilku fragmentów.

Och to jest straszliwe zakochać się tak na umór bez opamiętania. Cierpię więcej, co już na świecie było przecierpiane razem …. prawdą jest, że człowiek któremu odejmą strzaskaną rękę, czuje ból w próżni równającej się długości ręki.

Wciąż mi staje przed oczami widmo straszliwe twej piękności. Czuję, że się nie oprę pokusie, która stale trącana pęknie i zatruje mój młody organizm – więc miłość to trucizna? Trucizna ?(!!!) – tak! zatruła mi wszystko sen, jedzenie, radosne chwile przy rodzeństwie zamąciła spokój…

pisze w roku 1948. Wiem, że nadrabiał zaległości szkolne, ekspresowo i eksternistycznie zdawał małą maturę, pracował już w szkole i kochał się w Zosi, sklepowej z Kukowa. Czy do niej tak wzdychał, trudno powiedzieć, tym bardziej, że mama wspominała, iż owa Zosia pięknością nie była, jedna powieka zawsze jej opadała, no ale miłość ponoć ślepą jest. Prawdopodobnie z powodu owej Zosi, która nie przyjęła z należytą powagą wyznań miłosnych taty i skwitowała je tylko uśmiechem, tato poczuł niczym Kordian ból istnienia i bezsensu życia.

Przeklęte życie! przeklęta miłość! przeklęta miłość twórcza, przeklęta jesteś! Zgiń!!! Miej życie przeklęte, pełne goryczy zgrozy, wyrzutów nieprzyjacielskiej zemsty.

Więc czuję że jednak muszę iść tam gdzie ona chce. Ale ona się nie spieszy… widocznie jeszcze mało wycierpiałem: Śmierć to jakaś sławna i ważna osobistość i ma najzupełniejszą rację. Pragnąłbym, aby tym którzy będą po mnie żyli, został zwrócony raj na ziemi, aby nie musieli się męczyć i cierpieć tak jak ja. Niszczę sobie sam karierę nosząc na sercu szyld pierwszej niewinnej miłości, która jest ołowianą kulą w mym życiu, w życiu które jest szare zamienione w jałową pustynię, na której nie ma ani jednego serca do którego mógłbym się przytulić w tym opuszczeniu, po której twojej widmo się błąka, z którego słychać straszliwy krzyk istnienia. Życzyłbym sobie… w takim życiu… miałbym życzenie na takiej pustyni zamknąć ciebie przynajmniej raz w objęciach I choć raz złożyć pocałunek na twych ustach, ale wiem, że to jest niemożliwe – ma ofiara musi być zupełna – nie wolno mi myśleć o sobie. Ja jestem już u kresu życia, ale ciebie czeka świat…

Mama w tym czasie podkochiwała się w Janku, który nie był ją kompletnie zainteresowany, jego lakoniczny i oklepany wpis do pamiętnika tylko to potwierdzał. Choć rysunek, który dołączył do dwuwiersza, wiele obiecywał i pozwalał mamie na pozwalające mieć nadzieję interpretacje.


Tata, jako przyszły matematyk, pragnący miłości i jednocześnie dręczony tą namiętnością, próbował ją przedstawić jako równanie, nie wiem dlaczego zapis ów przekreślił, za mało danych, zbyt wiele niewiadomych? Równanie sprzeczne, bez rozwiązania?

Miłość końcowa to znaczy teraźniejsza minus miłość początkowa – dokładniej sprzed dwóch lat wzięta w nawias i pomnożona przez czas da nam na wynik: średnią proporcjonalną względnie geometryczną miłości mojej do ciebie (…..)?

Dużo prościej poradził sobie z równaniem niejaki filozof chłopski, który chyba niewiele miał pojęcia o trygonometrii, skoro sinus do cosinusa dawał mu całus do całusa. Mama opowiadała, że mógł ją dopiero wtedy pocałować w policzek, gdy nauczył się wszystkich tożsamości trygonometrycznych wraz z dowodami.

Tata w końcu spotkał dziewczynę i już prawie wydawało mu się, że to koniec jego udręki, ale pojawiło się zbyt dużo wątpliwości i trybu przypuszczającego.

Dlaczego Haniu nie pokochałem cię prawdziwie szczerze i wiernie? Czemu ten poryw nie był pierwszą miłością? Kochałbym cię teraz. Byłbym szczęśliwy. Znikłaby mi ta piękność tej młodej dziewczyny Choć czuję, że niezdolny jestem jeszcze do pierwszej miłości, to jednak Haniu chciałbym ciebie kochać.

Hanię dość szybko w pamiętniku zastąpiła Halinka.

Spotkałem dziewczynę, której kształty przypominają tamtą z marzeń … lecz wiem, że ona nie może do mnie należeć z prawa naturalnego, czy też moralnego…. dzieckiem jest dla mnie, miłość jeszcze do niej nie należy, pochwałę piękności przyjmuje na pewno tylko od matki. Dobrze, że ty nic o tym nie wiesz, postaram się zapomnieć na imię jej Halinka.

Mama zajęta nauką, harcerstwem, jeszcze nie całkowicie wypaczonym i zindoktrynowanym politycznie, miała szczęście do adoratorów piszących wierszem swoje płomienne wyznania. Wiersz, piosenkę, którą napisał tylko dla niej Janek A. pamięta do dzisiaj i z wypiekami na twarzy deklamuje:

Była sobie raz piosenka.
Młody uczeń ją ułożył.
Dla najdroższej swej dziewczyny,
W której swe nadzieje złożył.
xxxDziewczę piękne niby lilia
xxxJest ozdobą „ogródeczka”
xxxWłoski nosi w dwa motylki
xxxA na nosku dwa szkiełeczka.
Co w Jej sercu jest ukryte,
Bogu tylko jest wiadomo.
Bo na zewnątrz nic nie zdradza.
Umie kochać po kryjomu.
xxxLecz to serce, które bije.
xxxTylko dla niej na tym świecie
xxxCzasem wielkie ma cierpienie,
xxxGdy niepewność go przygniecie.
W dni ostatnie trzeciej klasy,
Piszę tobie to wspomnienie.
Gdy ci będzie kiedyś smutno,
Z serca przyślij mi westchnienie.
xxxWspomnij tego co cię kochał
xxxI tę piosnkę ci ułożył.
xxxWlał w nią całą swoją duszę.
xxxSwoje serce do niej włożył.

Innym poetą, któremu należałoby poświęcić osobną opowieść, był Longin D., starszy kilka lat od mamy, który być może miał poważne plany wobec niej, ale zrozumiał, że mamie jeszcze nie w głowie zakładanie rodziny. Podarował mamie trzy własnoręcznie napisane tomiki poezji, a kilka następnych przesłal po 60 latach!

Kto szczerze pokochał świat, ludzi i życie
Nie patrząc na nędze, cierpienia i trudy,
To szczęście i spokój od jego oblicza,
Odgoni cień troski zmartwienia, ułudy.

On pójdzie z uśmiechem przez klęski i znoje
Promienny, szczęśliwy w dniu każdym obrocie,
Bo serce i dusza właściwość tą mają,
Że czynią szczęśliwych tych, którzy kochają.

Ojca nie ominęła służba wojskowa. Dostał się do marynarki, i też próbował być poetą, rymował dość nieudolnie, tak po marynarsku. Dla kogo były te wiersze? Przed jaką nieznajomą udawał chojraka z pistoletem przy boku?

Piszę do ciebie z wybrzeża,
Szukając gwiazd na niebie,
A wokół mroźny wiatr gwiżdże
I cisza otacza mnie!

Piszę do ciebie z wybrzeża
Stojąc na posterunku
I słyszę groźny szum morza
Lecz PM mam przy boku!

Do ZMP mama się nigdy nie zapisała, choć było wielu, którzy ją do tego namiawali. Niejeden z jej absztyfikantów wielbił Lenina i Stalina, przynajmniej na równi z nią albo nawet więcej.

Bądź wierna ideałom ZMP
Bądź wierną towarzyszką walk braci walczących o wolność w krajach kapitalistycznych.
Sław i szanuj imię Marksa, Engelsa, Lenina, Stalina, Bieruta i tych, którzy walczą o lepszą przyszłość dla nas ludu i dla mas.

Zetempowskie „Cześć” koleżance z ławy szkolnej
wpisał się na pamiątkę ateista chcący być komunistą.

Potem był Mietek, z którym mama dośc okrutnie postępowała. Nie przychodziła na umówione spotkania, zamykała go w szafie z mapami, a na listy, w których zawsze prosił o „odpis mego listu”, mama przepisywała jego własne słowa i mu odsyłała. Oj, nacierpiał się biedaczek, zanim zrozumiał, że nie tędy droga i nie do tej.

Wreszcie nadszedł ów dzień: 18 lipca 1954, park Poniatowskiego w Łodzi.

Tata dostał przepustkę, żeby nadrobić zaległości na uczelni, oddać zaległy referat z ekonomii. Referatu nie napisał, czasu mało. Uczynna sekretarka w dziekanacie wypożyczyła ojcu jedną z prac już ocenionych. Przypadek albo zrządzenie losu sprawiły, że dostał referat mamy. Nie wiem, jak tata go odpisywał, podobno szybko i słowo w słowo, jednak ocenę dostał dużo lepszą. No cóż, dyskryminację kobiet w komunizmie, mimo zakłamanego równouprawnienia, można było odczuć na każdym kroku.

Nazywa się Janeta. Ale ja mówię do niej: Janetko i wydaje mi się, że ją teraz kocham.

Janetko! dałaś mi poznać rozkosz pocałunku rozbudziłaś we mnie szał i jakieś dziwne uczucie nienazwane – chyba to jest namiętność — i całować chciałbym całe życie twe usta … chciałbym abyś całe życie tuliła się do mnie była przy mnie …

pisał w lipcu 1955 roku, po spotkaniu w parku, a potem kupił czekoladę i bilet do teatru. Mama nie pamięta jaka to była sztuka, a tata nie pamiętał o czekoladzie lub też zbyt długo czekał na odpowiedni moment wyjęcia jej z wewnętrznej kieszeni marynarki. Podczas antraktu mama widząc wielką brązową plamę na koszuli taty, krzyknęła z przerażenia. Później były opowiadane różne wersje tego zdarzenia, że wytrwali do końca przedstawienia, że tata wybiegł zawstydzony sam z teatru, że wybiegli razem do stancyjnego pokoiku mamy i mama prała, a tata czekał.

Chyba to bez różnicy, jak było naprawdę, to przecież gorąc serca roztopił czekoladę. Wreszcie skutecznie dosięgła ich strzała Amora i już nie odpuściła aż po grób.

Mama podarowała mi ostatnio pakunek przewiązany, pewnie z braku różowej wstążki, różową chustką, pełen listów tak bardzo miłosnych, niezwykłych jak na dzisiejsze czasy, kiedy sztuka epistolarna jest na wymarciu. Lektura tych listów, ich intymna forma literacka, ich treść, a nawet kształty liter przepełnione są tak dużym ładunkiem emocjonalnym, szczerością i młodzieńczą namiętnością, że można je czytać po wielokroć.

Uczucie tych dwojga bliskich mi ludzi przetrwało dziesiątki lat, mimo burz i nawałnic, wzlotów i upadków. Gdyby nie przedwczesna śmierć taty, bo każda śmierć jest przedwczesna, obchodziliby diamentowe gody.

Mamie go bardzo brakuje

Spogląda swoim już niedowidzącym wzrokiem na puste miejsce przy stole, na jego opuszczony fotel, na książki, których nie przeczyta, krzyżówki, których nie rozwiąże, walizkę, której nie spakuje, sweter, którego nie włoży, laskę, którą się nie podeprze … żyje wspomnieniami… Wielkiej Miłości.